Ira
Ostrze siekiery zagłębiło się w czole mojej
ofiary, jakby wreszcie znalazło swoje miejsce na świecie. Drewniana
rękojeść sterczała niczym dodatkowa kończyna.
Jak ja kochałam taki widok!
I jak umiejętnie go osiągnęłam! Siekiera poleciała pięknym łukiem niczym
spadająca gwiazda. Jedno uderzenie i mężczyzna stracił życie.
Dokładny, przemyślany, precyzyjny czyn.
Moje morderstwa były dziełem sztuki! A ja ich świadomą auteur. Nie
zadowalałam się kompromisem.
Szkoda, że nie mogliście być świadkami tego boskiego wydarzenia! A ponieważ tak się nie stało, musicie zadowolić się moją opowieścią.
W ciągu dość długiego czasu wysłałam na tamten świat nadzwyczaj wielu
ubranych w garnitury mężczyzn. Tak wielu, że gdyby ludzie poznali liczbę
moich ofiar, toby nie uwierzyli. Jak mi się udało zabić ich wszystkich i dotąd nie zostałam schwytana?
Mężczyźni wpadali do grobu na wzór kostek domina. Jakby celem ich życia
było po prostu pozwolić mi, żebym ich zamordowała.
Może to prawda.
Dlaczego nikt nigdy nie nagradza morderców za ich osiągnięcia?
Wyobrażałam sobie siebie, jak stoję na podium, zajmując oczywiście
pierwsze miejsce. Kłaniałam się wiwatującemu tłumowi, a gdy fanfary w końcu ucichły, wygłosiłam przemówienie. Podziękowałam samej sobie,
przyjęłam puchary.
Ocknęłam się ponownie w sypialni ofiary. Trzymałam dizajnerską lampkę
zabraną z nocnego stolika i ściskałam jak mikrofon.
Odstawiłam ją na miejsce. Zasłoniłam oczy rękami i spojrzałam przez
palce, które kadrowały siekierę. W pokoju panował porządek. Mężczyzna
leżał spokojnie na łóżku. Wyglądał tak, jakbym uwolniła go od
długotrwałych cierpień.
Szkoda, że nie wiedział, jak godnie przyszło mu umrzeć. Ja odejdę
prawdopodobnie, gdy będę stara i zmęczona życiem. Chyba że wynajmę
mordercę, żeby mnie załatwił.
Gdybym tylko mogła zrobić sobie selfie obok tego dzieła sztuki.
Chciałabym uwiecznić zwłoki i siekierę. Ale nie wolno mi produkować
obciążających mnie dowodów.
Miałam ochotę położyć zakrwawione palce na stygnącym czole. Zostawić
odciski na dowód, że to wyłącznie ja jestem zabójczynią. Aby nikt inny
nie mógł przypisać sobie tego morderstwa, ukraść go.
Pomyślałam, że nie mam już czasu na dalszą zwłokę. Wyciągnęłam z plecaka
paczkę chusteczek dezynfekujących. Wytarłam podstawę lampy i klamkę
drzwi do sypialni. Poza tym niczego nie dotykałam, no i włożyłam
rękawiczki nitrylowe. Ale nigdy nie jest się za bardzo dokładnym. Dzięki
tej zasadzie nie wpadłam z powodu popełnionych przez siebie przestępstw
i tym razem też nie wpadnę.
Spojrzałam przez okno. Ze znajdującej się naprzeciwko restauracji
Kyläkaivo wytoczył się pijany mężczyzna. Gdybym tylko chciała, mogłabym
z łatwością upolować tam następną ofiarę.
Pospiesznie przeszłam do przedpokoju.
Dopiero wtedy je zauważyłam.
Wśród leżących na stelażu brudnych butów i oblepionych błotem adidasów
walała się para różowych zamszowych szpilek.
Nie bez powodu mordowałam jedynie samotnych mężczyzn. Nie chciałam, żeby
w trakcie ich zarzynania ktoś mnie zaskoczył.
Czy zabity przeze mnie mężczyzna był żonaty albo miał partnerkę?
Wszystko jedno, przyjaciółka czy żona. Palące pytanie brzmiało: gdzie
się schowała ukochana?
Mój ekstatyczny nastrój zniknął.
A jeśli ona usłyszała, jak wchodzę z ofiarą do mieszkania? Zobaczyła, że
wyciągam siekierę, przestraszyła się i ukryła?
Pot wystąpił mi na czoło.
Nigdy wcześniej nie zabiłam kobiety.
Teraz też tego nie chciałam.
Ale chyba nie mam wyjścia.
Czy ona ukrywa się gdzieś w przedpokoju? Może ma broń? Strzelbę? Jakiś
ciężki przedmiot? Mosiężny świecznik odziedziczony po przodkach?
Dziesięciokilową gałkę do drzwi, którą roztrzaska mi kolano?
Muszę ją znaleźć. Nie mogę odejść, dopóki tego nie zrobię.
A jeżeli nie ma jej jednak w domu? W takim razie powinnam wyjść jak
najszybciej, zanim wróci.
Znów wyciągnęłam siekierę z plecaka. Nie chciałam zostawiać narzędzia
zbrodni policji jako dowodu rzeczowego. Nawet jeżeli pasowało tak ładnie
do czoła ofiary.
Rozejrzałam się dokoła. Mój wzrok padł na antyczną szafę z drewna
orzechowego, podobną do tej, przez którą wchodzi się do Narnii.
Otworzyłam ją. Drzwi były lżejsze, niż sądziłam, więc aż się zachwiałam
pod wpływem szarpnięcia. W ostatniej chwili przytrzymałam się ościeżnicy
i dzięki temu nie upadłam.
Odsunęłam ulstery i popelinowe płaszcze.
W szafie nie było nikogo.
Przeszłam do salonu.
Dominowała w nim sofa chippendale obita luksusowym czarnym zamszem i za
niska, żeby ktoś się pod nią zmieścił. Morelowe zasłony, które
obramowywały okna, były prześwitujące. Regał został przymocowany tuż
przy ścianie, więc nikt by się za niego nie wcisnął. Pomieszczenie
wyglądało na puste.
Teraz czekała na mnie kuchnia.
Wodoodporny obrus w róże miał krótkie brzegi. Nie musiałam zaglądać pod
stół. W pomieszczeniu znajdowała się tylko jedna ewentualna kryjówka. W komórce ujrzałam jednak wyłącznie odkurzacz, mop i wiadro.
Pozostała mi sypialnia. Spoconą dłonią ścisnęłam mocniej rękojeść
narzędzia. Ostrożnie przekroczyłam próg.
W żaden sposób ewentualna przyjaciółka nie mogła się ukryć w tym pokoju,
być świadkiem zamordowania partnera i nie wydać przy tym żadnego
dźwięku. Przecież ofiara zaczęła krzyczeć przerażona, gdy zobaczyła nad
głową siekierę.
Mimo to musiałam sprawdzić i to pomieszczenie.
Chwyciłam ostrożnie narzutę.
Pod łóżkiem nie dostrzegłam nikogo.
Niebezpieczeństwo minęło, ale żona ofiary mogła się pojawić w każdej
chwili. Znów wyciągnęłam chusteczki jednorazowe z plecaka, wycofałam się
szybko pod drzwi wyjściowe i w pośpiechu wytarłam wszystkie
powierzchnie, których dotykałam.
Wypadłam z mieszkania na klatkę schodową, zbiegłam po stopniach i dotarłam do wyjścia. Na przystanek autobusowy także dotarłam biegiem.
Musiałam natychmiast wydostać się z Vallili. Wsiadłam do pierwszego
nadjeżdżającego autobusu i zajęłam miejsce z tyłu. Dopiero teraz
zauważyłam, że drżą mi ręce.
Nigdy nie byłam tak blisko wpadki.
Rozejrzałam się. Autobus wydawał się niemal pusty. Z tyłu nie siedział
nikt oprócz mnie.
Wyciągnęłam z torebki gruby zeszyt i długopis. Zaczęłam pisać.
Ostrze siekiery zagłębiło się w czole mojej ofiary, jakby wreszcie
znalazło swoje miejsce na świecie.
Arto
Przygotowałem się do tego zadania starannie
niczym zawodowy przestępca. Miałem na sobie czarną trykotową bieliznę,
żeby Ira nie zauważyła mnie w mroku, i w takim samym kolorze skarpetki,
by poruszać się bezgłośnie jak królik. Wełniane skarpetki dostałem na
gwiazdkę od ciotki staruszki, która zrobiła je na drutach w domu opieki,
ale ubranie kupiłem specjalnie na tę okazję.
Starałem się iść bardzo cicho w ciemnym przedpokoju, kierując się w stronę pokoju córki.
Przyznaję, że takie zachowanie nawet we mnie wzbudzało dreszcze.
Znów musiałem się przekonywać -?jak wielokrotnie przedtem -?że mam do
tego prawo, że nie mam innego wyjścia. Starałem się po prostu chronić
Irę, chociaż jednocześnie naruszałem jej prywatność.
W korytarzu wisiało lustro. Odwróciłem instynktownie głowę. Nie chciałem
ujrzeć w nim odbicia swojej zgarbionej sylwetki, nie mówiąc o oczach
odzwierciedlających stan, który powodował przygnębienie. Starałem się
nie dopuszczać go do siebie, ale znów mnie pochłonął niczym fala podczas
sztormu.
Poczucie winy, poczucie winy, poczucie winy.
Oprócz lustra na ścianie wisiało jedynie zdjęcie ślubne moje i Marji.
Oprawione w prostą ramkę. Dlaczego jeszcze go nie ściągnąłem?
Bez wątpienia nasz związek rozpadłby się, ale żona umarła wcześniej.
Jednak zostawiłem zdjęcie w spokoju, przypuszczając, że Ira ma dobre
wspomnienia o matce i pewnie chce, żeby była nadal obecna w jej życiu,
choćby na fotografii.
Mój wzrok padł przypadkiem na wyblakłą plamę lakieru na podłodze.
Marja chorowała na raka, kiedy Ira była jeszcze dzieckiem, ale przed
śmiercią cudownie ozdrowiała, a w każdym razie lekarz prorokował coś
takiego. Początkowo radioterapia przynosiła dobre efekty i moja żona
czuła się tak dobrze, że chciano wypisać ją ze szpitala do domu.
Zdążyłem wtedy kupić puszkę farby i stałem z pędzlem w dłoni w przedpokoju, żeby pomalować ściany na jej ulubiony kolor. Miałem
nadzieję, że odbierze to jako serdeczne powitanie w związku z powrotem
na pole walki, na którym rozstrzygaliśmy nasze kłótnie, ale wtedy
zadzwonił telefon.
Stan żony drastycznie się pogorszył, lekarz nie mówił już o wypisaniu
jej do domu, w każdym razie nie podczas tej rozmowy ani później.
Natomiast oświadczył, że jeśli chcę jeszcze z nią porozmawiać, to muszę
szybko przyjechać do szpitala.
Pobiegłem do wieszaka w przedpokoju i niechcący kopnąłem dopiero co
otwartą puszkę, przewracając ją. Farba się rozlała aż pod próg pokoju
Iry. Ta plama zawsze przywodziła mi na myśl śmierć Marji, ale do tej
pory nie zdobyłem się na to, żeby ją usunąć. Przypominająca bukiet
bratków, kojarzyła mi się z nadzieją, chociaż złudną.
Pospieszny przyjazd do szpital okazał się niepotrzebny. Agonia Marji
trwała długo, lecz wtedy nie mogłem tego wiedzieć.
Chwyciłem ostrożnie klamkę. Drzwi zamiauczały jak głodny kot. Od dawna
nie smarowałem zawiasów. Moje życie składało się z rzeczy, które
powinienem załatwić, ale którym nie poświęcałem nawet jednej myśli.
Żyłem otoczony chaosem. I nie mówię teraz o chaosie, który zawładnął
moim umysłem, lecz o konkretnych zadaniach, z którymi bezskutecznie
próbowałem się uporać. Po tym jak moja żona umarła.
Zastygłem przed drzwiami. Czy córka usłyszała skrzypienie zawiasów?
Równomierny szum wody lejącej się z prysznica w łazience nie ustawał,
więc zebrałem się na odwagę i przemknąłem do pokoju. Wstrzymałem oddech,
jakby Ira mogła słyszeć powietrze krążące w moich płucach.
Stałem w środku i pewnie zgadniecie, że nie byłem z siebie dumny. Ale
jak już powiedziałem, myślałem tylko o tym, co dla niej najlepsze,
chociaż moje zachowanie na to nie wskazywało.
Ira żyła jak wampir. Zwykle nie odciągała zasłon nawet w dzień. Na
bezchmurnym niebie świeciło słońce, lecz czarny materiał pochłaniał
nawet najostrzejsze promienie. Miałem ochotę odsłonić okna, żeby do
środka wlała się choćby odrobina światła, ale oczywiście nie mogłem,
boby się wydało, że tu byłem.
Pokój przypominał więzienną celę. Biurko, krzesło i regał na książki. Te
same poobijane meble, które Ira miała w swojej ciasnej kawalerce
dawniej, gdy w niej mieszkała, zanim się do mnie przeprowadziła. Funkcję
stolika nocnego pełniło zniszczone kartonowe pudło z licznymi plamami po
kubkach z herbatą. Nie było tu nawet łóżka, a jedynie materac na
podłodze. Żadnych plakatów, obrazów ani ozdobnych przedmiotów, które
mówiłyby coś o charakterze lokatorki.
Z jednym wyjątkiem.
Nad materacem wisiał obraz ze znanym hasłem.
Live Love Laugh.
Ira właściwie nie przestrzegała tych zasad.
Przystąpiłem w pośpiechu do realizacji zadania.
Brzytwy. Nożyczki. Noże.
Każdego ranka, gdy córka się budziła i szła pod prysznic, przeszukiwałem
jej pokój. Zmierzyłem czas i doszedłem do wniosku, że przebywała w łazience średnio od sześciu do siedmiu minut. Ściszałem więc dźwięk
kuchennego dzwonka i nastawiałem go na pięć minut. W tym krótkim czasie
sprawdzałem pokój. Wciskałem dłonie pod wąski materac, chcąc się
przekonać, czy coś tam znajdę. Przeszukiwałem szuflady biurka, które
razem z Irą pomalowaliśmy na turkusowo, kiedy była jeszcze dzieckiem.
Wchodziłem na drewniane krzesło i przesuwałem ręką po szczycie regału.
Nic.
Żadnych brzytew. Żadnych nożyczek. Żadnych noży.
Mimo to nadal nie wierzyłem, że Ira skończyła z samookaleczaniem.
Albo przestała myśleć o samobójstwie.
Kiedy dawna terapeutka córki Clarissa Virtanen i jej mąż Pekka -?albo
Potwór, jak nazywała go Ira -?zostali skazani, postanowiliśmy zamieszkać
razem. Potwór, korzystając z pomocy żony, porwał moją córkę po raz
pierwszy, gdy dziewczynka miała dziesięć lat, a po raz drugi -?dziesięć
lat później.
Ira i ja uznaliśmy, że będziemy się troszczyć o siebie nawzajem.
Zapisałem się do klubu AA i skończyłem z piciem, natomiast ona starała
się zwalczyć swoje traumy. Chociaż wspólne zamieszkanie budziło w ludziach zdziwienie, ponieważ córka skończyła już dwadzieścia cztery
lata, ja się tym nie przejmowałem.
Zadzwonił minutnik. Usłyszałem, że Ira opuszcza łazienkę i wchodzi do
ubikacji. Podkradłem się pod drzwi i nasłuchiwałem. Czy chciała
zwymiotować? Jej zaburzenia pokarmowe powoli mijały, ale nie byłem
przekonany, że całkowicie wyzdrowiała.
Stałem z uchem przyciśniętym do drzwi i mój umysł znów ogarnął mrok
spowodowany ogromnym poczuciem winy. Czemu nie mogłem zaufać córce,
która robiła wszystko, żeby wyjść z choroby? Jeszcze bardziej męczyłem
się myślą, że dotyczy to także mnie.
Ona również nie mogła mi ani trochę ufać.
Pewnie się tego nie domyślała, ale owszem, wiedziałem, że podczas mojej
nieobecności sprawdzała mój pokój. Materac. Biurko. Regał na książki.
Przeszukiwała te same miejsca, które ja oglądałem, gdy wkradałem się do
niej. Nietrudno było wywnioskować, że wiedziała o moich wyprawach do jej
pokoju w dokładnie takim samym celu.
Tylko że zamiast brzytew, nożyczek i noży szukała u mnie butelek.
Spuściła wodę w ubikacji, a ja wróciłem szybko do kuchni.
Przyjrzała się podejrzliwie ugotowanej przeze mnie owsiance. Nabrała
łyżką tylko to, co było na brzegu talerza, pozostawiając położone na
środku masło nietknięte, jak się tego spodziewałem.
Jedliśmy śniadanie w milczeniu. Od prowadzenia rozmowy uwalniał nas
dziennik "Helsingin Aviisi" -?w skrócie "Heavi". Odwracałem strony
gazety z szelestem. W następnym tygodniu mieliśmy zacząć pracę w redakcji: ja jako pracownik sezonowy, a Ira -?jako stażystka. Byłem na
pewno jedynym w historii "Heavi" zatrudnionym sezonowo dziennikarzem,
który poświęcił dziennikowi kilkadziesiąt lat.
Znów spytałem sam siebie, jak można żyć tak blisko drugiego człowieka i nie nawiązać z nim żadnego kontaktu. Miałem wrażenie, jakbyśmy byli
dwójką astronautów w kosmosie, którzy nie wiedzą o swoim istnieniu.
Chciałem poklepać Irę po ramieniu i powiedzieć, jak dużo dla mnie
znaczy, ale naturalny związek między nami już nie istniał, nie po tym,
jak Potwór wszystko zepsuł.
Czy umiałbym się zadowolić tymi chwilami, które mogłem spędzić w towarzystwie Iry -?a nawet poczuć się szczęśliwy -?gdybym wiedział, co
niedługo czeka nas oboje?
Ale teraz nie chcę o tym myśleć.
Pozwólcie mi nacieszyć się trochę tą sytuacją, kiedy tak siedzimy przy
stole, milcząc, a ja za nią tęsknię.
Żadne z nas nie przypuszczało, że los ponownie będzie chciał rozerwać
nasze życie na kawałki.
Kerttu
Szef policji Tiilihella patrzył ostrym wzrokiem.
Oprócz niego wpatrywało się we mnie pięć równie poważnych twarzy.
Portrety poprzedników dyrektora utrzymane były w przygnębiająco szarej
tonacji, sztywnym i realistycznym stylu, jakby malarze chcieli
podkreślić, że praca stróżów prawa jest smutną harówką. Postacie na
obrazach wydawały się konkurować o to, która z nich przybierze
najkwaśniejszą minę. Żadna jednak nie przebiła ponurością siedzącego
przede mną zwierzchnika.
Nawet mój ojciec na swoim portrecie.
Łączyły mnie z nim dwie sprawy: nazwisko i zawód. Rodzice oczywiście
założyli, że ja też będę policjantką. W młodości przez pewien czas
pracowałam jako fryzjerka tylko po to, żeby ich zirytować. Podczas stażu
niemal ucięłam jednemu klientowi ucho i dopiero wtedy potrafiłam się
przyznać, że pozostaje mi tylko iść w ślady ojca.
Mina Tiilihelli wykluczała jakąkolwiek interpretację. Właściwie to
czekałam, aż powie: "Albo zgodzisz się od razu, albo najpierw popłaczesz
i dopiero wtedy się zgodzisz". Nie musiał jednak tego robić. Jego "nie"
było kategoryczne, więc musiałam się podporządkować. Wiedziałam, że nie
warto z nim dyskutować.
Mimo to próbowałam.
A właściwie błagałam. Bo tak odbierałam swoje wywody.
Tiilihella wzmocnił polecenie, uderzając pięścią w stół. Wydawało mi się
nawet, że na jego centrum dowodzenia -?antycznym dębowym biurku -
widnieje wgłębienie w kształcie dłoni. Na pewno nie byłam jedyną, która
nie od razu akceptowała odmowę. My, policjanci, bywamy czasami uparci.
Tiilihella szukał czegoś wzrokiem na biurku i wreszcie to znalazł.
Wyciągnął ku mnie paczkę papierosów. Nie pamiętał, że próbowałam rzucić
palenie. Kiedy pokręciłam głową, wziął sobie jednego, zapalił i zaczął
ssać z zapamiętaniem. Nie mogłam oprzeć się pokusie, więc chwyciłam
rzuconą na blat paczkę, wyciągnęłam papierosa i poprosiłam, żeby podał
mi ogień.
Szukałam za oknem czegoś, co dałoby mi poczucie bezpieczeństwa. Chmury
swobodnie kursowały po jasnoniebieskim niebie. Wyobraziłam sobie, że
wspinam się na dach policyjnego budynku w Pasili, a stamtąd na grzbiet
jednej z nich. Zostawiam za sobą to miejsce, zostawiam wszystkie
nierozwiązane sprawy. Tiilihella patrzyłby na mnie i krzyczał bezradnie,
prosząc, żebym wracała. Pomachałabym do niego. Oderwała kawałek chmury i pozwoliła, żeby przypominający w smaku watę cukrową kawałek lodu
roztopił mi się w ustach.
Kwadrans temu szef odszukał mnie w smutnej policyjnej stołówce, w której
na obiad podawano zupę z popularną kiełbasą. Siedziałam sobie jak zwykle
luksusowo w osamotnieniu, jadłam i rozwiązywałam krzyżówkę. Właśnie
udało mi się wymyślić hasło na pięć liter z podpowiedzią "Nobel i Pasternak". Literatura nigdy nie była moją mocną stroną, ale Borys
ciągle pojawiał się w krzyżówkach. Ich rozwiązywanie zapobiegało podobno
demencji, choć ja tak nie uważałam. Jak wpisywanie na nowo tych samych
słów w krzyżujących się rzędach mogło pomóc komukolwiek?
Tiilihella podszedł do mnie szybko, poprosił, abym po lunchu przyszła do
jego biura, no i dlatego teraz tu cierpię. Jeszcze raz pomyślałam, że
mój przełożony ma świetny instynkt, typowy dla psychologa. Fotel, w którym siedziałam, natychmiast pozbawiał każdego wszelkich złudzeń,
ponieważ był znacznie niższy od tego zajmowanego przez szefa. Czułam się
jak na dywaniku w gabinecie dyrektora szkoły. Widziałam też, jak wyżsi
ode mnie mężczyźni siedzieli tutaj z uszami w kolanach, a Tiilihella
patrzył na nich z góry, zaciskając wargi w ostrą linię. Naprawdę miał
swoje sposoby.
Ale mnie nie upokorzy.
Obok jego biurka stała komoda, a na niej rząd fotografii oprawionych w ramki. Oprócz żony zauważyłam też dzieci i wnuki. Jeśli chodzi o potomstwo, to Stwórca dał mu ich tak dużo, że ktoś mógłby pomyśleć, że
należy do jakiejś sekty zakazującej stosowania środków
antykoncepcyjnych.
Na mojej komodzie nie stało ani jedno zdjęcie. Byłam wdzięczna tym
wszystkim, którzy się rozmnażają i zaludniają Ziemię, ponieważ nie
wypełniałam obywatelskiego obowiązku wobec cierpiącej z powodu niżu
demograficznego Finlandii.
Tiilihella zaczął pisać coś w notesie na znak, że sprawa została
załatwiona i mogę już odejść.
Ale ja nawet nie drgnęłam.
Odwróciłam się, żeby popatrzeć na wiszący nad komodą obraz, który
namalowałam szefowi z okazji jego pięćdziesiątych urodzin. Przedstawiał
letnią posiadłość, dokąd on i jego żona Arja zapraszali mnie co roku,
żeby świętować Juhannus. Na obrazie Tiilihella leży w hamaku z błogim
wyrazem twarzy i czyta jakiś thriller. To było moje pierwsze podarowane
komuś dzieło. Nadal czułam się z niego bardzo dumna, chociaż od tamtej
pory rozwinęłam swój warsztat, więc okrągłe oczy szefa lśniłyby teraz
jeszcze bardziej.
Tiilihella podniósł wzrok znad notatnika, sprawiał wrażenie
zaskoczonego, że jeszcze tu siedzę. Kiedy zrozumiał, że nie mam zamiaru
zrezygnować, westchnął.
-?Leppänen, nie zmienię swojej decyzji.
Jego telefon zaczął dzwonić. Przypomniało mi to dawny wykręt stosowany
podczas randki w ciemno. Należało poprosić przyjaciółkę, żeby zadzwoniła
po półgodzinie od rozpoczęcia spotkania. Jeżeli randka była zupełną
katastrofą, to kłamało się partnerowi, że dzwoniąca pilnie potrzebuje
pomocy, i natychmiast się wychodziło. Tiilihella chwycił za słuchawkę z taką ulgą, że z pewnością skorzystał z tego sprytnego wybiegu.
Najwyraźniej udawał, że nie zauważył mojej wściekłości wywołanej jego
decyzją.
Aby choć trochę się uspokoić, uciekłam się do starej sztuczki za pomocą
wyobraźni. Leżałam w bezpiecznym miejscu, na białej piaszczystej plaży i przysłuchiwałam się pluskom fal uderzających o brzeg turkusowego morza.
Banalna reklama biura podróży spełniła swoje zadanie i trochę
ochłonęłam.
Ale tylko trochę.
Wstałam z fotela i krzyknęłam:
-?Robisz błąd!
Gdybym tylko wiedziała, komu przyjdzie za niego zapłacić.
Na pewno nie Tiilihelli.
Tylko właśnie mnie.
Ira
Usłyszałam, że ojciec zamyka drzwi do
mieszkania, i poszłam do jego pokoju.
Chwyciłam pokrywę starego kufra, który kiedyś należał do dziadka. Ktoś
namalował na niej starannie cienkim pędzlem wizerunek syrenki. Zielony
niczym morskie wodorosty ogon stworzenia sprawiał wrażenie, jakby
trzepotał porażony prądem. Przed domem, w którym znajdował się gabinet
Clarissy, stała nieco podobna figura wyrzeźbiona z drewna.
Wielokrotnie męczył mnie ten sam sen. Nurkowałam z jakimiś syrenami na
błotniste dno jeziora, a potem nie mogłam się wydostać na powierzchnię.
Później dowiedziałam się, że obecny właściciel domu Clarissy i Potwora
pociął rzeźbę na kawałki i spalił.
Zastanawiałam się, co się stało z ubraniem terapeutki, które miała na
sobie podczas procesu sądowego. Przypominało upiornie ikoniczną garsonkę
Chanel, czyli tę, którą nosiła Jackie wtedy, gdy zastrzelono Johna F.
Kennedy'ego. Brakowało jedynie różowego toczka i białych rękawiczek.
Dobór stroju nie był przypadkowy. Clarissa chciała dać do zrozumienia
reporterom relacjonującym przebieg procesu, że jej mąż jest niewinną
ofiarą, a ona rozpaczającą żoną.
Kiedy sądziła, że nikt nie widzi, puściła oko do mojego ojca jak Betty
Boop.
Nadal nie daje mi to spokoju.
Zasiadałam na kozetce w gabinecie niezliczoną ilość razy i wyobrażałam
sobie, że Clarissa chce mi pomóc. A ona i Potwór planowali wspólnie moje
porwanie.
Ciągle nie mogę w to uwierzyć.
Pokrywa kufra wydawała się ciężka niczym grzech.
A raczej grzechy, które -?jak się obawiałam -?skrywała.
Gdy byłam dzieckiem, ojciec schował w tym miejscu wszystkie swoje
sekretne rzeczy.
Podniosłam oburącz pokrywę, która uderzyła z hukiem o ścianę.
Wyrzuciłam na podłogę dziurawe skarpety i wypłowiałe kalesony. Lata temu
ojciec ułożył je w kufrze na wierzchu w nadziei, że jak je zobaczę, to
stracę zainteresowanie zawartością skrzyni, gdyby udało mi się ją
otworzyć. Nic z tego. Przeszukałam jej wnętrze od góry do dołu już
wtedy, kiedy zaczęłam szkołę. Niestety, zawiodłam się, nie znalazłam w niej szlachetnych kamieni ani złotych monet. Wtedy jeszcze nie
rozumiałam, że schowany w niej skarb ma o wiele większą wartość.
Wyciągnęłam ze środka porcelanowego kota. Babcia dostała go w prezencie
od dziadka po jego powrocie z rejsu do Niemiec. Na powierzchni figurki
widniały zarysowania powstałe podczas zabawy. Prawie się wyślizgnęła z moich spoconych rąk i złapałam ją w ostatniej chwili.
Kot odsłonił stos listów leżących w kufrze. Związane były różową
aksamitną wstążką. Jako nastolatka przeczytałam je dokładnie. Doznałam
wstrząsu, kiedy sobie uświadomiłam, że moi rodzice kiedyś się kochali.
Nie sądzę, aby ojciec nadal pamiętał tamte ciepłe uczucia. Albo chciał o nich pamiętać. Nie słyszałam, żeby kiedykolwiek powiedział o matce coś
dobrego.
Może łączyło ich tylko pożądanie, a nie miłość. Skąd mam to wiedzieć.
Zawsze z trudnością identyfikowałam uczucia.
Nagle ścisnęłam trzonek siekiery.
Jej ostrze było czerwone od krwi.
Ktoś się zaśmiał.
Minęła chwila, zanim uświadomiłam sobie, że to ja się śmieję.
Nikt nie jest przy mnie bezpieczny.
Nawet ojciec.
Dawniej bałam się, że zrobiłam coś takiego, co w rzeczywistości nie
nastąpiło.
Teraz bałam się, że nie zdołam przestać tego robić.
Moja ręką sięgnęła jakby mimowolnie do kołnierza i wsunęła się pod
bluzkę. Dotknęłam wiszącego na mojej szyi klucza na srebrnym łańcuszku.
Otrząsnęłam się jak mokry pies. W ten sposób udało mi się powrócić
myślami do obecnej chwili.
W pokoju zaległa cisza, a siekiera wypadła mi z ręki.
Wyciągnęłam z kufra stary album ze zdjęciami. Znałam je na pamięć.
Ojciec był na nich jeszcze młody. Zmieniał przyjaciółki jak rękawiczki i wydawało się, że w jego studenckiej klitce słychać nieprzerwanie stukot
maszyny do pisania.
Z albumu wypadła na podłogę fotografia. Podniosłam ją i wsunęłam między
inne zdjęcia przedstawiające matkę i ojca pchającego wózek dziecięcy w parku.
Chciałam znaleźć coś, co by świadczyło, że ojciec wie.
Że wiedział wcześniej niż ja.
Jednocześnie przysięgłam Bogu, losowi, komukolwiek, że zrobię wszystko,
żeby nie poznał prawdy.
W kufrze pod albumem leżała paczka zawinięta w biały papier japoński.
Znalazłam w niej zieloną jedwabną sukienkę. Obok dostrzegłam parę
skórzanych kozaków w elektryzującym niebieskim kolorze. Miały tak
wysokie obcasy, że jak się buty włożyło, można było zobaczyć drugie
miasto.
Czułam do ojca wdzięczność za to, że chciał ocalić pamięć po matce.
Strój, który lubiła i w który być może ubrała się na pierwszą randkę lub
tego dnia, kiedy się zaręczyli.
Owinęłam suknię z powrotem papierem japońskim.
Następnie czekały na mnie stare szkolne zeszyty z niebieskimi okładkami.
Wysunęły mi się z rąk i spadły na podłogę, układając się na niej jak
wachlarz.
Ojciec przechowywał wszystkie swoje wypracowania. Te opowieści były
niczym kopie książek dla chłopców z jego dzieciństwa. Szalone przygody
na ziemi, morzu i w powietrzu. Może już wtedy marzył, żeby zostać
pisarzem. Jednak matka zdążyła to zrobić przed nim. I gdy opublikowała
swój pierwszy utwór, on się zaciął. Nie potrafił potem sklecić nic
więcej poza jednym albo dwoma zdaniami, nie mówiąc o całej powieści.
Kufer opustoszał. Nic nowego się w nim nie pojawiło.
Ulga zalała mnie wielką falą, ale to uczucie nie trwało długo.
Pozwoliłam sobie na głębokie oddechy. Lecz ciało nie zamierzało mnie
słuchać i nadal oddychałam płytko.
Zaczęłam wkładać rzeczy z powrotem do kufra.
Poczułam znajome brzęczenie. Wściekłe osy w mojej głowie wpadały na
siebie, czekały niecierpliwie na chwilę, w której będą mogły żądlić. Na
próżno starałam się je okiełznać. Nie poddawały się moim rozkazom.
Nic bym nie poradziła, gdyby chciały kogoś zaatakować. Cztery lata to
długo. W ciągu czterech lat strachy mogą się urzeczywistnić.
W ciągu czterech lat mysz może się zamienić w kota.
Już nie rozpoznawałam w sobie dwudziestoletniej osoby. Jak taka
wystraszona dziewczyna mogła zapędzić Potwora w pułapkę?
Teraz to by mi już nie wystarczyło.
Teraz nie pozostawiłabym go przy życiu.
Arto
Łańcuchy huśtawek zazgrzytały, gdy dwie
dziewczynki zaczęły się bujać. Śmiały się perliście. Rozwieszone na
suszarce prześcieradła powiewały na wietrze.
Słońce gładziło mi przyjemnie twarz. Szkoda, że nie włożyłem podkoszulka
zamiast grubej koszulki polo.
Stałem w małym parku przed blokiem w dzielnicy Töölö i wpatrywałem się w okno mieszkania na najwyższym piętrze, starając się robić to dyskretnie.
Z klatki B wyszła kobieta, niosąc puste butelki w plastikowej torbie.
Przesunąłem się trochę na bok, w cień starej sosny. Zrzuciła część
igieł, ale jej grube gałęzie były tak gęste, że osłaniały mnie przed
promieniami słonecznymi. Zerknąłem na zegarek i prychnąłem jakby
poirytowany czekaniem na kogoś, kto bardzo się spóźniał. Wyszedłem spod
rozłożystego drzewa, chcąc przekonać kobietę, że nie mam nic do ukrycia,
że nie przebywam w parku bezcelowo, lecz istnieje dobry powód, żeby
spędzać tu czas. Moje starania odniosły najwidoczniej skutek, ponieważ
nieznajoma wyciągnęła z kieszeni komórkę i wolną dłonią zaczęła
skrolować jej zawartość.
Znów obróciłem się w stronę okna.
Tamto mieszkanie zajmowała Ira, zanim przeprowadziła się do mnie. Często
stałem tutaj, w parku, i obserwowałem życie córki przez szybę. Trudno mi
było pogodzić się z tym, jak powoli popełnia samobójstwo, więc
przyglądałem się jej z pewnej odległości.
Chociaż wyprowadziła się stamtąd lata temu, od czasu do czasu
przychodziłem w to miejsce. Może robiłem to z dawnego przyzwyczajenia.
Na dziedzińcu zawsze ogarniało mnie to samo przygnębienie i strach,
które odczuwałem wcześniej. Za każdym razem, gdy docierałem do parku,
bałem się, że nie zobaczę Iry w oknie. A to oznaczałoby dla mnie tylko
jedno: że umarła.
Chociaż równie dobrze mogła wyjść wtedy do sklepu albo do kiosku, żeby
kupić papierosy.
Zamiast zadzwonić do drzwi jej mieszkania, siedziałem godzinami na ławce
wśród drzew. Nie miałem sił stawić czoła rzeczywistości.
Teraz ten dawny strach znów podniósł łeb. A jeżeli zaburzenie w odżywianiu mojej córki ponownie wymknęło się spod kontroli? Jeżeli
podchodziłem do wszystkiego zbyt optymistycznie?
Jaka to magnetyczna siła przyciągała mnie raz po raz do tego punktu?
W tym czasie chmury zasłoniły słońce i nagle zrobiło się zimno. Ktoś
zostawił na ławce jasnofioletową kołdrę, którą bawiły się dzieci. Miałem
ochotę okryć się nią, ale nie chciałem tłumaczyć ewentualnemu
właścicielowi, gdyby jej szukał, dlaczego się nią owinąłem.
Gdy tak przyglądałem się kołdrze, zauważyłem, że na ziemi leży coś
błyszczącego. Wyglądało to na pierścionek. Pochyliłem się, chcąc mu się
przyjrzeć, ale zobaczyłem zwykły śmieć, nalepkę z pudełka po cukierkach.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki