Nie mam pewności, czy Greta zdaje sobie ze wszystkiego sprawę. Zakładam, że Miki jej nie powiedział, bo ten facet wie, co to dyskrecja. Ma w sobie coś z obrońcy. Jeśli wierzyć, że przypadki się nie zdarzają, to Miki stanął na mojej drodze specjalnie po to, bym mogła pozbierać choć część siebie. Powkładać kilka elementów z powrotem na miejsce i zacząć funkcjonować na łonie społeczeństwa.
Wcześniej przez siedem lat siedziałam w mieszkaniu, gapiąc się w sufit. Odbierałam tylko telefony od matki i zamawiałam żarcie na wynos. Dobrze, że mam ten etap za sobą. Nie wiem, gdzie podziało się te siedem lat. Minęły tak szybko, jakbym je przespała. Nie pozostawiły mnie jednak bez szwanku. Wciąż mam wrażenie, że w środku jestem wydrążona. Pusta, pozbawiona sensu.
W dzień śmierci Alana umarłam razem z nim. Na moje miejsce weszła nowa Sara. Obca mi kobieta, pozbawiona wielu cech, które w sobie lubiłam. Ta nowa Sara długo zawodziła na różnych polach, ale potrafiła podejmować decyzje. Dokonywała błyskawicznych cięć i w krótkim czasie odrąbała całe stare życie jak zainfekowaną nogę. Przeniosła mnie do mieściny. Choć mieszkam tu kilka lat i codziennie widuję mieszkańców, nadal nikogo nie znam. Nie zapamiętuję imion i twarzy. Uświadomiła mi to kiedyś pewna siksa z liceum. Miała na powiekach zielony cień i mocno wytuszowane rzęsy.
- Co będzie?
Dziewczyna rzuciła mi spojrzenie pełne pogardy. Była wyniosła i chyba wkurzona, pewnie nie na mnie.
- Co będzie? - parsknęła. - Od roku przychodzę tu kilka razy w tygodniu. I zamawiam zawsze to samo. Jak można tego nie zapamiętać?
Odczekałam kilka sekund, obarczając ją wymowną ciszą.
- To co będzie?
Zasyczała jak wściekła kotka.
- Wegetariańska bez majonezu. I koktajl truskawka-banan na mleku kokosowym.
Może i chcę rozpoznawać ludzi, nawiązywać jakieś relacje. Tylko po co?
Problem w tym, że nic nie ma sensu.
* * *
Miki już jest. Włączył światła i uruchomił ekspres: gigantyczny kombajn, który może zrobić osiem espresso na raz. Ten zapach zawsze sprawia, że czuję się lepiej. Boże, bez tego miejsca zapewne wylądowałabym w szpitalu psychiatrycznym.
Dziękuję, mamo, że byłaś taka nieustępliwa i zmusiłaś mnie do szukania pracy.
- Cześć - mruczy. - Kawa?
Zauważam, że trzęsą mi się ręce.
- Nie. Dzięki.
Oddaję stery w ręce stresu. Wiem, że Miki będzie dzisiaj na zmianie cały dzień. I tak naprawdę odwali za mnie całą robotę, bo ja jestem dzisiaj kupką złego nastroju. Kazał mi przyjść, żeby mieć kontrolę nad tym, co się ze mną dzieje. Czuję, że bezustannie zaciągam u niego jakiś dług, ale on ma na ten temat inne zdanie. Powiedział mi, że przez picie stracił rodzinę i musi teraz odpracować dobrą karmę. Ja jestem tylko niewielką częścią odkupienia.
- Idę na zaplecze, pokroję składniki - mówię.
Greta ma być lada moment, ale muszę czymś zająć ręce.
- Lepiej uzupełnij ladę - zatrzymuje mnie stanowczym, ojcowskim tonem.
Woli, bym nie ruszała noży. Jakiż on przewidujący. Nie, żebym chciała coś sobie zrobić. Ale na mur beton przez nieuwagę straciłabym palec.
- Dobrze.
Układam kartony z mlekiem, wsypuję ziarna kawy do wielkiego młynka, czyszczę ekspres. Pierwsi klienci zjawią się jeszcze przed ósmą. Sporo uczniów i ludzi pracujących kupuje u nas śniadanie na wynos.
Ściany Chill&Grill mają dwa olbrzymie okna, za którymi widać niewielki skwer oraz kawałek parkingu. Cały dzień gapię się na ten fragment pejzażu, znam go na pamięć, o każdej porze roku. Właśnie zaczyna padać, co mnie nie dziwi. To ja zatrułam dzisiaj powietrze i przywołałam ciężkie chmury. Choć właściwie nie powinnam się smucić. Przecież to nie dzień śmierci, ale urodzin. Gdyby Alan żył, skończyłby właśnie trzydzieści cztery lata.
Być może poszlibyśmy to uczcić do jakiejś knajpki. On, ja i Eryk. Mała, ale szczęśliwa rodzina. Alan zapewne pracowałby w jakiejś galerii sztuki, organizował wystawy. A może byłby wykładowcą? Tyle możliwości. Czy miałby kogoś? Dzieci? Nigdy nie zostanę babcią.
Wchodzi Greta, bez parasola. Ocieka wodą, bo porządnie lunęło.
- Cześć! Skąd ta pogoda? Nikt nie mówił, że będzie lało - narzeka, ale pogodnym tonem.
Taka już jest. Ma w sobie mały grzejniczek, który nie pozwala jej pogrążyć się w rozpaczy. Jest samotna i wiem, że jej to doskwiera.
Miki dziwnie dobrał zespół. I jednocześnie zrobił to doskonale. Chill&Grill jest naszym domem i dbamy o to miejsce z dużym zaangażowaniem. Nie jesteśmy pracownicami, ale częścią pokręconej rodziny.
Moje stanowisko pracy jest już gotowe na cały dzień. Normalnie poszłabym na zaplecze z nimi patrzeć, jak jedzą śniadanie. Dzisiaj jednak zostaję na froncie. Jestem odrętwiała i nie mam pojęcia, jak dotrwam do wieczora. W pamięci przewijam sceny z kolejnych urodzin Alana. Dmuchanie świeczek, prezenty. Kiedy poszedł do szkoły średniej, przestaliśmy robić imprezy dla jego znajomych. Zrobiło się ich mniej niż w podstawówce, Alan coraz staranniej dobierał przyjaciół. Nie martwiłam się tym. Mój syn był niezwykle inteligentny emocjonalnie. Dojrzały, trochę ponad swój wiek. Potrafił okazywać uczucia, więc doskonale się rozumieliśmy.
Więc dlaczego to się stało?
* * *
Mija pierwsza poranna fala gości. Miki obsługuje klientów, a ja tylko parzę kawę. Normalnie robię wszystko, a Miki jedzie załatwiać swoje sprawy. No chyba że Greta ma wolne, wtedy działa w kuchni. Jednak dzisiaj lepiej, abym nie podchodziła do ludzi. Mam w oczach taką rozpacz, że mogliby go posądzić o coś złego. Kto trzyma pracownika w takim stanie?
Nawet nie wiem, kiedy dobijamy do godziny dwunastej. Lokal jest niemal pusty, z wyjątkiem jakiejś dziewczyny, która chyba pisze powieść i zamawia już drugą kawę.
Miki poszedł do Grety, a ja słyszę, że drzwi się otwierają. Ktoś składa parasol, ale nie podnoszę wzroku. Machinalnie staję za ladą, by zapytać: "Co będzie?". Nigdy nie silę się na uprzejmość, uśmiech czy chociażby cień dobrej woli. Oschłość stała się jedną z moich naczelnych cech.
- Dzień dobry.
Głos chłopaka. Licealista jak nic. Nie odpowiadam. Gdzie jest Miki?
- Czy mogę zamienić szynkę na ser? Najlepiej na poczwórną porcję sera. I czy zamiast majonezu dałoby radę dać masło orzechowe i dżem?
Zamieram. Moje ciało zaczyna pulsować ciepłem, mam wrażenie, że krew w żyłach przekształca się we wściekły potok. Muszę przytrzymać się blatu, bo czuję, jakby ktoś włączył zasilanie. Przypływ energii niemal zwala mnie z nóg.
Unoszę głowę i patrzę mu prosto w oczy.
To oczy Alana, mojego syna. Mój syn wrócił.