Wciąż od nowa - Diane Keaton

Reflow text when sidebars are open.
Spis treści
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Dedykacja
Motto
Myśl
CZĘŚĆ PIERWSZA
1. Dorothy
2. Jack
CZĘŚĆ DRUGA
3. Manhattan
4. Ważny rok
Pierwsza kolorowa wkładka
Pamiętniki Dorothy Hall. Fot. Nick Reid
Strona z albumu z wycinkami poświęconymi Diane Keaton, autorstwa Dorothy Hall. Fot. Nick Reid
Album z wycinkami dotyczącymi Diane Keaton, autorstwa Dorothy Hall. Fot. Nick Reid
Zawartość pamiętników Dorothy. Fot. Nick Reid (1)
Zawartość pamiętników Dorothy. Fot. Nick Reid (2)
Zawartość pamiętników Dorothy. Fot. Nick Reid (3)
Zawartość pamiętników Dorothy. Fot. Nick Reid (4)
Grzbiety pamiętników Dorothy. Fot. Nick Reid
5. Lista
6. Pięcie się w górę kontra zjazd w dół
7. Di-Annie Hall
Wkładka czarno-biała
Diane w dzieciństwie. Fot. Dorothy Hall
Jack Hall.
Dorothy Hall z małą Diane.
Randy Hall. Fot. Dorothy Hall
Robin (stoi) i Dorrie Hall. Fot. Dorothy Hall
Diane z Woodym Allenem. Fot. Dorothy Hall
Diane jako młoda kobieta. Fot. Frederic Ohringer
Diane w zbliżeniu. Fot. SMP/GLOBE PHOTOS, INC.
Diane w garniturze. Fot. ? Gary Lewis / CAMERAPRESS/RETNA LTD, USA
Diane i Dorothy Hall. Fot. Jack Hall
Diane z dłońmi przy głowie. Fot. Dorothy Hall
Warren Beatty. Fot. za zgodą wytwórni filmowej Paramount Pictures. Niebiosa mogą zaczekać; copyright 1979 by Paramount Pictures Corporation. Wszystkie prawa zastrzeżone.
Al Pacino na planie zdjęciowym. Fot. za zgodą wytwórni filmowej Paramount Pictures. Ojciec chrzestny, cz. 3; copyright 1990 by Paramount Pictures Corporation. Wszystkie prawa zastrzeżone.
Duke i Dexter Keaton. Fot. Julia Deanadka
Diane z Dukiem i Dexter. Fot. Ruven Afanador
Diane z perłami. Fot. Michel Comte
8. Wielka rzecz dla małej rodziny
CZĘŚĆ TRZECIA
9. Sztuka
10. To nie zdarza się czasem, tylko zawsze
Druga kolorowa wkładka
Ucho, kolaż autorstwa Dorothy Hall. Fot. Nick Reid
Szanuj siebie, kolaż Dorothy Hall. Fot. Nick Reid
Kobieta z dłonią na piersi, kolaż autorstwa Dorothy Hall. Fot. Nick Reid
Napis THINK przypięty do korkowej tablicy Dorothy Hall. Fot. Nick Reid (1)
Napis THINK przypięty do korkowej tablicy Dorothy Hall. Fot. Nick Reid (2)
Kto mówi, że nie masz szans?, kolaż autorstwa Dorothy Hall. Fot. Nick Reid
Nogi, kolaż autorstwa Dorothy Hall. Fot. Nick Reid
Albo nie być, kolaż autorstwa Dorothy Hall. Fot. Nick Reid
11. Następstwa
12. Witajcie
13. Szara strefa
14. Wciąż od nowa
Posłowie
Ku pamięci
Podziękowania
Fotografie i szata graficzna. Nagłówki i podpis
Okładka
Mama uwielbiała porzekadła, cytaty, maksymy. Do ściany w kuchni zawsze były przyklejone drobne przypomnienia. Na przykład słowo MYŚL. Znalazłam MYŚL przypięte pinezką do tablicy korkowej w jej ciemni fotograficznej. Widziałam je przymocowane taśmą klejącą do pudełka na ołówki, które ozdobiła własnym kolażem. Natknęłam się nawet na broszurę zatytułowaną MYŚL na jej nocnym stoliku. Mama lubiła MYŚLEĆ. Napisała w notatniku: Czytam książkę Toma Robbinsa I kowbojki mogą marzyć. Fragment o małżeństwie odnosi się do walki kobiet o spełnienie. Notuję to sobie do przyszłych ROZMYŚLAŃ... A dalej zamieściła cytat z Robbinsa: Dla większości biednych, głupich kobiet po cywilizacyjnym praniu mózgu małżeństwo jest szczytowym osiągnięciem. Dla mężczyzn to kwestia logistyki: mężczyzna dostaje wikt, nocleg, opierunek, telewizor, seks, potomstwo i wszelkie wygody pod jednym dachem. [...] Ale dla kobiety małżeństwo to kapitulacja. Małżeństwo to chwila, gdy dziewczyna rezygnuje z walki... i pozostawia mężowi wszystkie interesujące i istotne zadania... mężowi, który obiecuje dbać o nią. [...] Kobiety żyją dłużej niż mężczyźni, ponieważ tak naprawdę nie żyły*. Mama lubiła ROZMYŚLAĆ o życiu, zwłaszcza o doświadczeniu bycia kobietą. Lubiła też o tym pisać.
W połowie lat siedemdziesiątych podczas odwiedzin w domu robiłam w ciemni mamy odbitki zdjęć z Atlantic City, gdy wtem natknęłam się na coś, czego nigdy dotąd nie widziałam. Było to coś w rodzaju, bo ja wiem, szkicownika. Na okładce widniał kolaż złożony z rodzinnych fotografii, opatrzony słowami: Liczy się podróż, a nie dotarcie do celu. Wzięłam brulion do ręki i zaczęłam przerzucać strony. Zawierał wprawdzie kilka kolaży wykonanych z rozmaitych fotek oraz wycinków z pism ilustrowanych, lecz przede wszystkim wypełniały go zapiski strona po stronie.
Spędziłam owocny dzień w księgarni Hunter's. Przearanżowaliśmy dział książek o sztuce i odkryliśmy wiele interesujących, a schowanych dotąd pozycji. Minęły dwa tygodnie, odkąd przyjęli mnie do pracy. Zarabiam trzy dolary i trzydzieści pięć centów na godzinę. Dzisiaj wypłacono mi w sumie osiemdziesiąt dziewięć dolarów.
Nie był to jeden z jej typowych albumów z wycinkami, na który składały się te same co zwykle serwetki z Clifton's Cafeteria, stare czarno-białe fotografie i moje nie tak znów porywające świadectwa szkolne. To był pamiętnik.
Wpis z datą 2 sierpnia 1979 roku brzmiał:
NA TEJ STRONIE UWAŻAJ. Od ciebie, potencjalny przyszły czytelniku, będzie wymagało to odwagi. Mówię, co mnie gryzie. Jestem zła. Obiekt złości - Jack - wyzwiska, te, które rzucił mi prosto w twarz - NIE DA się ich zapomnieć i jest to bez wątpienia problem - "Ty przeklęty draniu" - powiedziane - odczute. Boże, wydaje mu się, że kim niby jest, do ciężkiej cholery?
Tyle mi wystarczyło. Zabolało, mocno zabolało. Nie chciałam wiedzieć o takiej stronie życia matki i ojca, która zachwiałaby moim wyobrażeniem o ich miłości. Odłożyłam pamiętnik, wyszłam z ciemni i nie zaglądałam więcej do żadnego z osiemdziesięciu pięciu dzienników aż do jej śmierci dobre trzydzieści lat później. Lecz oczywiście bez względu na to, jak bardzo starałam się zaprzeczyć ich istnieniu, nie mogłam nie widzieć, jak zalegają na półkach z książkami albo leżą wsunięte pod aparat telefoniczny czy też łypią na mnie z wnętrza kuchennej szuflady. Kiedyś zaczęłam przeglądać nowy album mamy z reprodukcjami obrazów Georgii O'Keeffe, leżący na stoliku do kawy i zatytułowany Sto kwiatów, a natychmiast znalazłam pod spodem dziennik opatrzony tytułem Kto mówi, że nie masz szansy?. Odniosłam wrażenie, że wszystkie sprzysięgły się przeciwko mnie: "Weź nas do ręki, Diane. Weź nas". Ani mi się śni. Nie ma mowy, żebym przeżyła to doświadczenie jeszcze raz. Zaimponowała mi jednak nieustępliwość mamy. Jakim cudem wytrwała w pisaniu, nie mając czytelników, nawet pod postacią własnej rodziny? Tymczasem wytrwała, tak po prostu.
Pisała o powrocie do nauki w wieku czterdziestu lat. Pisała o byciu nauczycielką. Pisała o każdym bezpańskim kocie, którego uratowała. Kiedy jej siostra Marti zachorowała na raka skóry i straciła większą część nosa, pisała także i o tym. Pisała o frustracjach starzenia się. Gdy tato zachorował w 1990 roku, jej dziennik tchnął wściekłością na niesprawiedliwość, że rak zaatakował jego mózg. Dokumentowanie powolnego odchodzenia taty okazało się jedną z najlepszych relacji mamy. Jak gdyby opiekowanie się Jackiem zrodziło w niej miłość, która pomogła jej stać się taką osobą, jaką zawsze pragnęła być.
Próbowałam nakłonić dziś Jacka do jedzenia. Nie był jednak w stanie. Po pewnym czasie zdjęłam okulary. Przysunęłam do niego twarz i powiedziałam mu, wyszeptałam do ucha, że mi go brakuje. Zaczęłam płakać. Nie chciałam, żeby to zobaczył, więc odwróciłam głowę. A Jack tymi resztkami sił, które jeszcze tliły się w jego nieszczęsnym ciele, wyjął mi z kieszeni serwetkę i powoli, jak to on, bardzo powoli popatrzył na mnie tymi świdrującymi niebieskimi oczami i otarł mi łzy. "Damy radę, Dorothy".
Nie dał rady. Mama opiekowała się tatą, tak samo jak wcześniej opiekowała się Randym, Robin, Dorrie i mną - przez całe nasze życie. Tymczasem kto był przy niej, gdy kreśliła drżącą ręką: Czerwiec 1993. Oto dzień, w którym usłyszałam, że mam początki choroby Alzheimera. Przerażające. Tak rozpoczęła się piętnastoletnia walka z utratą pamięci.
Nie zrezygnowała z pisania. Gdy nie była już w stanie zapisywać pełnych akapitów, poprzestawała na zdaniach w rodzaju: Czy byśmy się mniej ranili, gdybyśmy częściej dotykali się nawzajem? albo Szanuj siebie. Jak również krótkich pytaniach i stwierdzeniach, na przykład: Szybko. Jaka dziś data? Albo dziwactwach w stylu: Moja głowa bierze zakręt. Gdy nie mogła pisać pełnymi zdaniami, notowała pojedyncze wyrazy: CZYNSZ. TELEFON, KWIATY, SAMOCHÓD. A nawet swoje ulubione słowo: MYŚL. Gdy zaczęło brakować słów, zapisywała liczby, a w końcu nie mogła zapisać już nic.
Dorothy Deanne Keaton urodziła się w Winfield w stanie Kansas w 1921 roku. Jej rodzice, Beulah i Roy, przenieśli się do Kalifornii, zanim skończyła trzy lata. Byli przybyszami z samego serca Ameryki goniącymi za wielkim marzeniem. Ta pogoń rzuciła ich na wzgórza Pasadeny. W liceum mama grała na pianinie i śpiewała w triu o nazwie Dwie Kropki i Kreska. Miała szesnaście lat, gdy jej ojciec odjechał w siną dal, pozostawiając Beulah z trzema córkami zdanymi tylko na siebie. Pod koniec lat trzydziestych nastały dla Keatonek ciężkie czasy. Beulah, która nie przepracowała w życiu ani jednego dnia, musiała znaleźć sobie jakieś płatne zajęcie. Dorothy zrezygnowała z marzeń o studiach, żeby pomagać w domu, póki Beulah nie znalazła wreszcie posady dozorczyni.
Mam fotografię szesnastoletniej Dorothy stojącej obok swego ojca, Roya Keatona. Dlaczego zostawił ukochaną córkę, podobną do niego jak dwie krople wody, dlaczego? Jak mógł spakować manatki, wiedząc, że na zawsze złamie jej kawałek serca?
Wszystko uległo zmianie, gdy Dorothy poznała Jacka Halla w Highland Park, na boisku do koszykówki w Los Angeles Pacific College. Mama uwielbiała wspominać, jak ów przystojny młody mężczyzna o czarnych włosach i niebieskich oczach przyszedł z zamiarem poznania jej siostry Marthy, ale to od niej nie odrywał wzroku. Śmiała się i mówiła: "To była miłość od pierwszego wejrzenia". I musiało tak być, ponieważ wkrótce potem uciekli chyłkiem do Las Vegas i pobrali się w Stardust Hotel.
Mama nigdy nie opowiadała mi, o czym w życiu marzy. Pojawiały się jednak pewne wskazówki. Przewodniczyła Stowarzyszeniu Nauczycieli i Rodziców, jak również Arroyo Vista Ladies Club. Uczyła w szkółce niedzielnej w naszym kościele wolnych metodystów. Brała udział w każdym konkursie ogłaszanym na opakowaniach płatków śniadaniowych. Ubóstwiała teleturnieje. Naszym ulubionym był Queen for a Day (Królowa Jednego Dnia), prowadzony przez Jacka Baileya, który nieodmiennie pięć razy w tygodniu rozpoczynał każdy odcinek pytaniem: "Czy chciałabyś zostać... KRÓLOWĄ... JEDNEGO... DNIA?". Zabawa wyglądała tak: Bailey przeprowadzał rozmowy z czterema kobietami; tę, która była w najgorszej formie - w ocenie publiczności mierzonej siłą braw - koronowano na Królową Jednego Dnia. Przy dźwiękach orkiestrowego marsza otulał zwyciężczynię aksamitną peleryną z białym futrzanym kołnierzem, wkładał jej na głowę skrzącą się tiarę i wręczał cztery tuziny czerwonych róż z hollywoodzkiej kwiaciarni Carl's. Mama i ciocia Martha nieraz wysyłały formularze zgłoszeniowe z opisem swoich smutnych historii. Mama o mały włos dostałaby się do programu, kiedy napisała: "Mojemu mężowi potrzebne jest płuco". Przyparta do muru o podanie więcej szczegółów, wyjawiła prawdę - cóż, w pewnym sensie. Jack Hall, zapalony płetwonurek, musi nurkować coraz głębiej, żeby na talerzach rodziny znalazło się więcej jedzenia. Mamę wyeliminowano.
Pewnego ranka obudziłam się, zastawszy grupę obcych osób plączących się po całym domu i wtykających nos do każdego pomieszczenia. Mama nie zadała sobie trudu, by nas poinformować, że zgłosiła się do konkursu Mrs. America na szczeblu lokalnym. W rywalizacji chodziło o wyłonienie idealnej gospodyni domowej. Później poinformowała nas, dzieci, że współzawodnictwo obejmuje takie umiejętności, jak nakrywanie do stołu, układanie kwiatów w wazonach, ścielenie łóżek oraz gotowanie, a także zarządzanie domowym budżetem i wyróżnianie się wyglądem osobistym. Jedyna reakcja, jaka przyszła nam do głowy, brzmiała: "O RANY".
Miałam wtedy dziewięć lat, a zatem wystarczająco dużo, by zasiąść na widowni kina przy Figueroa Street, gdzie koronowano ją na Mrs. Highland Park. Nagle moja matka, świeżo upieczona najdoskonalsza gospodyni domowa Highland Park, wyrosła przede mną na przepastnej scenie, na tle wielkiej kurtyny z czerwonego aksamitu. Gdy rozsunęły się draperie, ukazując telewizor RCA Victor Shelby, pralkę i suszarkę Philco, zestaw walizek marki Samsonite, modną garderobę z domu towarowego Ivers oraz sześć kobaltowoniebieskich flakoników wypełnionych perfumami "Evening in Paris", nie bardzo wiedziałam, na co właściwie patrzę. Co widzę? Dlaczego mama stoi w świetle reflektorów jak jakaś gwiazda filmowa? Było to niesamowicie ekscytujące, a zarazem wyjątkowo nieprzyjemne. Coś się stało, doszło do zdrady. Mama mnie opuściła, lecz co gorsze, znacznie gorsze, marzyłam w duchu o znalezieniu się na tej scenie zamiast niej.
Pół roku później Dorothy Hall zdobyła tytuł po raz kolejny, tym razem jako Mrs. Los Angeles, i odebrała koronę z rąk Arta Linklettera w hotelu Ambassador. Mój brat Randy i ja oglądaliśmy ją w naszym nowiutkim telewizorze wygranym przez mamę w poprzednim konkursie. Do obowiązków Mrs. Los Angeles należało pokazywanie się w lokalnych supermarketach, domach towarowych i klubach na terenie całego hrabstwa Los Angeles. Rzadko bywała w domu, a kiedy już się tam znalazła, piekła na okrągło to samo niemieckie ciasto czekoladowe z orzechami włoskimi w nadziei otrzymania korony Mrs. California. Tato miał powyżej uszu całej tej męki i nie krył swoich uczuć. Przegrawszy upragniony tytuł, zaakceptowała porażkę z taką samą łatwością, z jaką powróciła do powszednich domowych obowiązków; coś się jednak zmieniło, przynajmniej w moim odczuciu.
Czasem zastanawiam się, jak przeobraziłoby się nasze życie, gdyby mama postanowiła zostać Mrs. America. Czy przeistoczyłaby się w osobistość telewizyjną, tak jak Bess Myerson, czy zostałaby rzeczniczką firmy Philco produkującej urządzenia elektryczne, czy może felietonistką magazynu "McCall's"? Co stałoby się z moimi marzeniami znajdowania się w centrum uwagi, gdyby ona zrealizowała swoje? Inna matka sprzątnęła jej sprzed nosa okazję, mnie to jednak nie obchodziło; byłam zadowolona, że nie muszę dzielić się nią z szerszym światem.
Mama wierzyła, że jej dzieci czeka świetlana przyszłość. Ja byłam przecież taka zabawna. Randy pisał wiersze. Robin śpiewała, a Dorrie błyszczała intelektem. Zanim trafiłam do gimnazjum, zebrałam wystarczająco dużo trój z minusem, by dowieść, że nie jestem jednak uczennicą, którą czeka świetlana przyszłość. Podobnie jak resztę narodu, w 1957 roku poddano mnie testowi na inteligencję. Wyniki mnie nie zaskoczyły. Z jednym wyjątkiem - czymś, co nazywało się "myśleniem abstrakcyjnym". Nie mogłam się doczekać powrotu do domu i opowiedzenia mamie o tym myśleniu abstrakcyjnym. Co to w ogóle takiego? Podekscytowana każdym naszym osiągnięciem, wyjaśniła mi, że myślenie abstrakcyjne to umiejętność analizowania informacji i rozwiązywania problemów na poziomie złożonego, racjonalnego rozumowania. Bez względu na to, jak bardzo starałam się znaleźć odpowiedzi na pytania drogą gruntownych przemyśleń, wciąż nie do końca rozumiem, czym właściwie jest owo myślenie abstrakcyjne.
W 1959 roku, gdy do sąsiedniego domu wprowadzili się Bastendorfowie, nasze kulturalne horyzonty uległy zmianie. Bill był psychologiem z doktoratem. Zwłaszcza tato nie ufał "lekarzom od głowy". Nie mógł jednak nie polubić Billa oraz jego żony Laurel, którzy wywołali niemałe poruszenie w okolicy, ponieważ pozwalali dzieciom biegać na golasa po dworze.
Na naszej ulicy identycznych domków osiedlowych obramowanych równiutko skoszonymi trawnikami sąsiedzi nie umieli przekonać się do ogrodowej dżungli Bastendorfów ani do ścian ich domu obwieszonych plakatami z reprodukcjami dzieł Picassa, Braque'a i Miró. Czasem Laurel zawoziła mamę do jedynej kawiarni bitników w Santa Ana. Pewnego razu rozmawiały tam przy filiżance espresso o artykule z najnowszego numeru magazynu "Sunset" poświęconym dyktatorom wnętrzarskich mód rangi Charlesa Eamesa czy Cliffa Maya - coś w tym guście. Wiem tylko, że mama była zachwycona, szczególnie kiedy Laurel pokazała jej, jak się układa obrazy z muszli. Tak ją to zainspirowało, że stworzyła własną hybrydę - obraz z kamyków. Wkrótce rozpanoszyły się w całym domu. Ten, który zapamiętałam najlepiej, miał co najmniej metr na półtora metra i ważył tak dużo, że niektóre kamienie zaczęły odpadać. Choć większość ludzi uważała Dorothy za gospodynię domową, ja dostrzegałam w niej artystkę zmagającą się z poszukiwaniem środka wyrazu.
Zainspirowana przykładem Bastendorfów, mama zapakowała nas, dzieciaki, do rodzinnego kombi i zawiozła aż do Nowego Jorku na wystawę Sztuka asamblażu w Museum of Modern Art. Joseph Cornell oraz sposób, w jaki poruszał się po swoim świecie wyobraźni zamkniętym w pudełkach i kolażach, wprawiły nas w zachwyt i osłupienie. Natychmiast po powrocie do domu postanowiłam pokryć kolażami całą ścianę swojego pokoju. Mama zapaliła się do tego pomysłu, podsuwając zdjęcia z magazynów, które, jak sądziła, mogłyby mi się spodobać, na przykład fotografię Jamesa Deana stojącego na Times Square. Wkrótce kolaże znajdowały się niemal wszędzie: na koszach na śmieci, na pudełkach do przechowywania różnych rzeczy zrobionych z grudkowatej masy papierowej; nawet ozdobiła kolażami wnętrza wszystkich szafek kuchennych. (Szkoda gadać). Randy wyniósł sztukę kolażu na nowy poziom, stając się prawdziwym artystą kolażystą. Do dziś dosłownie setki kolaży z aktualnego cyklu, Powstrzymane przez twarz kobiety, zalegają stosami w jego piekarniku, gdzie, jak twierdzi, są bezpieczne. Można by pewnie rzec, że zbieranie i przerabianie obrazków, przekształcanie tego, co znane, w zaskakujące połączenia i wzory w nadziei odkrycia nowej jakości stało się dla nas jednym ze wspólnych przekonań. Kolaż, podobnie jak myślenie abstrakcyjne, był wizualnym procesem analizowania informacji. "Racja?", jak zawsze pytałam mamę w dzieciństwie. Z pewnością przyznawała mi rację.
Miałam czternaście lat, kiedy zaczęłam nosić w sobie wspomnienie, które pozostało ze mną na zawsze. Mama tańczyła z tatą w świetle księżyca na wzgórzu w Ensenada w Meksyku. Przygrywał zespół mariachi. Patrzyłam z boku, jak całują się z głębokim uczuciem, które powinno speszyć nastoletnią córkę. Tymczasem wzbudziło mój podziw. A wręcz tchnęło we mnie jakąś nową wiarę. Wiarę w ich miłość. Otoczona skrzydłami ich wzajemnego zauroczenia wiedziałam, że nie będzie pożegnań.
Na ostatniej stronie mojego pamiętnika nastolatki napisałam: "Do wszystkich zainteresowanych. Kiedy wyjdę za mąż, chcę omawiać wspólnie z mężem wszystkie ważne sprawy. Żadnych emocjonalnych wybuchów na oczach dzieci. Żadnego przeklinania. Nie chcę, żeby mój mąż palił, ale może od czasu do czasu pozwolić sobie na drinka. Chcę, żeby moje dzieci chodziły co niedziela do szkółki niedzielnej. Będą dostawały klapsy, ponieważ wierzę w ich skuteczność. W gruncie rzeczy chciałabym, żebyśmy prowadzili z mężem dom tak samo, jak robią to teraz mama i tato".
"Do wszystkich zainteresowanych"? Komu chciałam mydlić oczy? I dlaczego starałam się zgrywać taką grzeczną dziewczynkę, skoro moje prawdziwe uczucia były dalekie od tych zasad na niby w temacie, który mnie przerażał? Oto coś, co pominęłam w pamiętniku, a co na zawsze utkwiło mi w pamięci. Pewnego razu puszczaliśmy sobie z Dave'em Garlandem liściki na lekcji algebry u pani Hopkins w dziewiątej klasie. Dave był "prawdziwym równiachą", ale "mnie nie znosił". Zakończył naszą wymianę korespondencji czterema słowami: "Będziesz kiedyś dobrą żoną". Żoną? Nie chciałam być żoną. Chciałam być dziewczyną, która ma powodzenie, kimś, z kim wszyscy chcą się obściskiwać po kątach. Chciałam być Barbrą Streisand, która śpiewa: "Nigdy, nigdy nie wyjdę za mąż; wolność moim przeznaczeniem". I nigdy za mąż nie wyszłam. Nigdy nie związałam się z nikim na stałe. Podczas gdy jako oddana i posłuszna córka nie przestawałam zadowalać rodziców, głowę miałam w chmurach, całując się w wyobraźni z nieosiągalnymi bożyszczami w rodzaju Dave'a Garlanda. Wykoncypowałam, że jedynym sposobem zrealizowania mojego głównego marzenia - zostania prawdziwą gwiazdą komedii muzycznych na Broadwayu - jest poprzestanie na roli kochającej córki. Miłość do mężczyzny oraz rolę żony należało zepchnąć na bok. Zatem nadal goniłam za nieosiągalnymi bożyszczami.
Imiona się zmieniały, najpierw Dave, później Woody, Warren i wreszcie Al. Czy mogłabym stworzyć z nimi trwały związek? Trudno orzec. Podświadomie musiałam wiedzieć, że nigdy by to nie wypaliło i z tego powodu nigdy nie stanęli na mojej drodze do realizacji marzeń. Ja mierzyłam wyżej. Pragnęłam publiczności. Jakiejkolwiek. Co zatem zrobiłam? Chodziłam na wszelkie możliwe przesłuchania, nie opanowując przy tym żadnych szczególnych umiejętności. Śpiewałam w chórze kościelnym i szkolnym zespole wokalnym. Próbowałam swoich sił przy naborze do wymachującej pomponami drużyny cheerleaderek. Zgłaszałam się na przesłuchanie do każdego konkursu młodych talentów i każdego przedstawienia, z Poskromieniem złośnicy, której nie rozumiałam, włącznie. Byłam klasową dyskutantką i redaktorką biuletynu Chrześcijańskiego Stowarzyszenia Młodzieży Żeńskiej. Kandydowałam na stanowisko sekretarza dziewiątej klasy. Błagałam nawet mamę, żeby pomogła mi dostać się do Job's Daughters, sponsorowanego przez masonerię tajnego klubu, którego członkinie paradowały w długich sukniach w widowiskowej atmosferze. Pragnęłam być wielbiona, postanowiłam zatem pozostawać w bezpiecznych ramionach Jacka i Dorothy; tak mi się przynajmniej wydawało.
Teraz, kiedy przekroczyłam sześćdziesiątkę, chcę lepiej zrozumieć, jak czuła się urodziwa żona Jacka Halla wychowująca czworo dzieci w słonecznej Kalifornii. Chcę wiedzieć, dlaczego mama nieustannie zapominała pamiętać, jaka jest cudowna. Chciałabym, żeby była dumna z tego, jaką wielką sprawiała nam frajdę, kiedy grała dla nas na pianinie Mamusię i śpiewała: "Słonko na wschodzie, słonko na zachodzie, a najjaśniej - u mamusi w ogrodzie". Nie wiem, dlaczego nie doceniała, jakie niezwykłe fundowała mi przeżycia, zabierając mnie do muzealnej sali, w której stał marmurowy lew z odłupaną prawą stroną pyska; brakowało mu też stóp. Wyniosła bogini w innej sali była pozbawiona ramion. Mama wydawała z siebie ochy i achy:
- Diane, czy to nie piękne?
- Przecież wszystkiego im brakuje. Są niekompletne - zauważałam.
- Ale czy nie widzisz? Nawet bez tych wszystkich utrąconych fragmentów, zobacz, jakie są wspaniałe.
Uczyła mnie patrzeć. A mimo to nigdy nie przypisywała sobie żadnych zasług. Ciekawa jestem, czy ten brak poczucia własnej wartości był wczesnym objawem zapominania. Czy to rzeczywiście alzheimer skradł jej pamięć, czy raczej obezwładniające poczucie braku pewności siebie?
Przez piętnaście lat mama nieustannie się żegnała: żegnała się z nazwami miejsc; żegnała się ze swoimi słynnymi zapiekankami z tuńczykiem; żegnała się z BMW, które tato kupił jej na sześćdziesiąte pierwsze urodziny; żegnała się z rozpoznawaniem we mnie własnej córki. Witała się z kocią karmą układaną na papierowych talerzykach w apteczce; witała się z pielęgniarkami i opiekunkami; witała się z wózkiem inwalidzkim wiozącym ją na ulubiony program nadawany co rano na kanale PBS; witała się z pozbawionym wyrazu spojrzeniem. Gdzieś między tymi okropnymi powitaniami i tragicznymi pożegnaniami zaadoptowałam malutką dziewczynkę. Miałam pięćdziesiąt lat. Przez całe życie unikałam bliskości, a nagle zaznałam jej aż nadto. Kiedy mama z trudem kończyła zdania, ja przyglądałam się, jak Dexter, moja córka, a kilka lat później także Duke, mój syn, zaczynają formować słowa, żeby uchwycić i utrwalić sobie w pamięci cud rozwoju ich mózgów.
Stan bycia kobietą zawieszoną między dwiema miłościami - jako kochana córka i kochająca matka - odmienił mnie. To nie lada wyzwanie być świadkiem podstępnej, okrutnej choroby, a jednocześnie uczyć się dawania miłości zawierającej w sobie obietnicę stabilizacji. Skoro moja matka była dla mnie najważniejszą osobą, skoro to, kim jestem i jaka jestem, zawdzięczam w dużej mierze temu, kim była i jaka była ona, co w takim razie mówi to o moim wpływie na Duke'a i Dexter? Myślenie abstrakcyjne zdaje się tu na nic.
Na początku ostatniego roku życia Dorothy mały krąg jej oddanych przyjaciół wydatnie się skurczył. Ludzi, którzy ją kochali, można było policzyć na palcach jednej ręki. Trudno było rozpoznać w niej kobietę, którą znaliśmy. Czy jednak da się we mnie rozpoznać tę samą osobę, którą byłam, kiedy bez mała trzydzieści pięć lat temu Annie Hall wchodziła na ekrany kin? Pamiętam, jak ludzie podchodzili do mnie na ulicy ze słowami: "Tylko nigdy się nie zmieniaj. Po prostu się nie zmieniaj". Nawet mama powiedziała kiedyś: "Nie starzej się, Diane". Nie spodobała mi się wtedy ta przestroga i nie podoba mi się do dzisiaj. Wyczerpujący wysiłek kontrolowania czasu poprzez niwelowanie skutków jego upływu nie daje szczęścia. Oto istotne słowo: "szczęście". Dlaczego uważałam, że szczęście to coś, do czego mam prawo? A tak w ogóle, czym jest szczęście? "Brakiem wrażliwości". Tak wyraził się Tennessee Williams.
Ostatnie słowo mamy brzmiało "nie". Nie - bezustannemu podpowiadaniu. Nie - nieproszonym najazdom. Nie - pytaniu "Dorothy, kolacja?". Nie - uwagom "Czas na lekarstwa. Otwórz buzię". "Teraz przewrócimy cię na bok, mamuśko". "NIE!" "No proszę, czy teraz nie wygodniej?" "NIE!!" "Chcesz pooglądać telewizję? Leci właśnie program Lucy's". "Podam ci słomkę. Przyniosę widelec". "NIE". "Pomasuję ci ramiona". "Nie, nie, nie, nie, NIE!!!" Gdyby mogła, powiedziałaby: "Na litość boską, zostawcie mnie i moje ciało w spokoju. Nie dotykajcie mnie. To moje życie. To mój koniec". Nie w tym rzecz, że wszystkie te czynności były wykonywane bez czułości i troski; nie w tym tkwił problem. Problem tkwił w braku niezależności. Kiedy byłam mała, mama zaszywała się w którymś z nieużywanych pokojów, owładnięta tęsknotą, która brała górę nad jej wszechogarniającą miłością do nas. Tam odkładała na bok rolę oddanej matki i kochającej żony i uciekała w świat własnych rozmyślań. Koniec końców, jedyne, co pozostało Dorothy z pragnienia, by szanowano jej wolę, było owo "nie".
"Wyzwolona wreszcie z przymusu życia, mama połączyła się z tatą - tak samo jak połączyła się ze swoimi siostrami, Orphą i Marthą; swoją matką Beulah; oraz ze wszystkimi ukochanymi kotami, począwszy od Węgielka, na Cyrusie skończywszy. Obiecuję zaopiekować się jej myślami i słowami. Obiecuję MYŚLEĆ. I obiecuję nieść dalej spuściznę przepięknej Dorothy Deanne Keaton Hall z Kansas, urodzonej trzydziestego pierwszego października 1921 roku - mojej matki".
Wygłosiłam te słowa podczas nabożeństwa żałobnego w listopadzie 2008 roku. Mama wciąż jest dla mnie najważniejszą osobą, mającą na mnie największy wpływ. Jeśli patrzeć z zewnątrz, wiodłyśmy diametralnie odmienne życie. Ona była gospodynią domową oraz matką, która marzyła o sukcesie; ja jestem aktorką, której sukces - pod pewnymi względami - przeszedł najśmielsze oczekiwania. Porównywanie dwóch kobiet o dużych aspiracjach, które zmagały się z wieloma identycznymi rozterkami, a przy okazji odgrywały rolę zarówno matki, jaki i córki, stanowi poniekąd opowieść o tym, co zatraca się w wielkiej karierze, a co zyskuje poprzez akceptację zwyczajnego życia. Byłam zwykłą dziewczyną, która wyrosła na zwykłą kobietę, z tym jednym wyjątkiem: mama dała mi niezwykłą siłę woli. Nie przyszło to bez wysiłku. Lecz ostatecznie życie mamy także nie było usłane różami.
Dlaczego zatem napisałam wspomnienia? Ponieważ mama wciąż jest blisko; ponieważ starała się ocalić w słowach historię naszej rodziny; ponieważ kilka dekad zajęło mi zrozumienie, że jej najbardziej urzekającą cechą była złożoność charakteru; ponieważ nie chcę, żeby zniknęła, chociaż zniknęła. Tak wiele powodów, jednak najlepszą odpowiedź daje fragment tekstu, w którym posłużyła się swą znakomitą, przekazaną mi umiejętnością abstrakcyjnego myślenia. Był rok 1980. Miała pięćdziesiąt dziewięć lat.
Każdą żyjącą osobę należałoby zmusić do napisania autobiografii. Wszyscy powinni cofnąć się do przeszłości i wyjaśnić oraz ujawnić wszystko, co pomieściło ich życie. Odkrywanie niezwykłego sposobu, w jaki autorzy ubierają swoje idee w słowa, daje mi niezmiernie satysfakcjonującą wiedzę, że także i ja mogłabym to uczynić, gdybym się na tym skoncentrowała. Być może pomogłoby mi to rozładować napięcie spowodowane nagromadzonymi wspomnieniami, które nie dają mi teraz spokoju. Tymczasem robię coś okropnie głupiego. Powtarzam sobie, że moje dawne przyzwyczajenia zbyt mocno trzymają mnie w szachu. Naprawdę chciałabym opisać swoje życie, bliskich przyjaciół, nasze życie rodzinne, ale się powstrzymuję. Gdybym była całkowicie szczera, mogłabym dotrzeć pewnie do punktu, w którym zaczęłabym widzieć SIEBIE w bardziej zrozumiałym świetle. W obecnej chwili moimi wspomnieniami rządzi chaos, a mimo to wiem, że spisanie ich tylko przyniosłoby mi pożytek.
Żałuję, że tego nie zrobiła. I dlatego właśnie napisałam wspomnienia nie swoje, lecz nasze. Opowieść o dziewczynie, która dzięki matce zrealizowała marzenia, nie jest odkrywcza, za to jest moja własna. Głęboka miłość i wdzięczność, które czuję teraz, kiedy odeszła, skłoniły mnie do próby wyjaśnienia tajemnicy jej podróży. Czyniąc to, miałam nadzieję odnaleźć istotę naszych relacji oraz zrozumieć, dlaczego spełnione marzenia tak osobliwie ciążą. Stworzyłam w rezultacie książkę, która łączy w sobie moje własne wspomnienia i opowieści z tymi zawartymi w notesach i pamiętnikach mamy. Sięgając pamięcią do jej albumów z wycinkami i czerpiąc z naszego wspólnego upodobania do kolaży, zestawiłam jej słowa ze swoimi, okraszając je listami, wycinkami oraz innymi materiałami dokumentującymi nie tylko nasze życie, ale i łączącą nas więź. Pragnę przedstawić obok siebie życie własne i mamy, ażeby, jak sama napisała, dotrzeć do punktu, w którym zacznę widzieć siebie - oraz ją - w bardziej zrozumiałym świetle.
* Fragment powieści I kowbojki mogą marzyć Toma Robbinsa w przekładzie Piotra W. Cholewy.
1
Nadzwyczajna
Pisarskie zacięcie Dorothy rozpoczęło się od listu do chorążego Jacka Halla, który stacjonował z marynarką wojenną w Bostonie. Było tuż po zakończeniu II wojny światowej. Mama leżała w połogu w szpitalu Queen of Angels, wydawszy mnie na świat. Sama jak palec, z niemowlakiem ważącym trzy kilogramy i czterysta gramów, zainicjowała korespondencję, która rozwinęła się później w pasję innego rodzaju. W owym czasie na sposób wysławiania się mamy miała wpływ garstka filmów, które Beulah pozwalała jej oglądać, na przykład Broadway Melody z 1938 roku. Niewinne, banalne strzępy dialogu zasłyszane z ust Judy Garland. Mamine "kocham cię ponad wszystko " oraz używane z upodobaniem "świetnie" bądź "nikt nie uszczęśliwiłby mnie bardziej niż ty" odzwierciedlały amerykański światopogląd i związane z nim nadzieje w latach czterdziestych. Dla Dorothy najważniejsza była miłość. Był nią Jack. Była nią Diane. I było "świetnie".
Mama napisała swój pierwszy list z cyklu Cześć, kochanie kiedy miałam osiem dni. Pięćdziesiąt lat później ujrzałam swoją córkę Dexter i trzymałam ją w ramionach, kiedy miała osiem dni. Była pogodnym dzieckiem. Wbrew mojemu długo utrzymującemu się przeświadczeniu ja wcale nie byłam dzieckiem pogodnym ani nawet uroczym. Zatroskanie mamy z powodu mojego wyglądu wyjaśniało kiepskie zdjęcie. Fotografia od razu narzucała ludziom mój wizerunek. Oblałam egzamin taty na ładną buzię, zresztą u mamy też go nie zdałam. Dorothy, zaszyta w małym parterowym domku babci Keaton przy Monterey Road w Highland Park, nie miała wyboru. Patrząc na mnie swoimi dwudziestoczteroletnimi oczami, pragnęła wierzyć, że jestem nadzwyczajna. Nieodwołalnie. Przekazała tę nadzieję maleńkiej córeczce, która zaraziła się potęgą jej wiary. Nasze spędzone tylko we dwie pół roku przypieczętowało układ. Dorothy odczuwała wszystko ze wzmożoną intensywnością, ponieważ rozpierały ją radość, ból, lęk i empatia świeżo upieczonej matki.
13 stycznia 1946
Najdroższy Jacku,
pewnie docierasz właśnie do Bostonu i założę się, że jesteś wykończony podróżą. Trudno wyobrazić sobie, że tam może być tak zimno, skoro u nas tak przyjemnie. Przepraszam za moje zachowanie przed Twoim wyjazdem. Absolutnie nie chciałam, ale myśl o Twoim wyjeździe bardzo wytrąciła mnie z równowagi. Starałam się ze wszystkich sił przestać płakać, ponieważ wiedziałam, że to niedobre dla Diane.
Jest 20.00 i Twoja córka śpi. Z każdym dniem robi się ładniejsza, a kiedy ją zobaczysz, postanowisz pewnie schrupać ją na pierwszy posiłek. To nie fair, kochanie - ja poznałam Cię pierwsza, a więc powinnam zajmować pierwsze miejsce w Twoim haremie, nie sądzisz? Wpadły dzisiaj Chiquita i Lois. Zgodnie stwierdziły, że mała jest świetna, mimo że ma jeden paskudny zwyczaj - gdy tylko ktoś na nią patrzy, ona w odpowiedzi zezuje.
Wiesz, kochanie, chyba obudzę małego aniołka. Trafiła się nam nagroda, nie ma co. Za każdym razem, kiedy na nią spoglądam, nie mogę się doczekać, kiedy i Ty będziesz mógł ją zobaczyć i kiedy będziemy znów razem.
Dobranoc, kochany,
Dorothy
18 stycznia 1946
Cześć, kochanie,
okropna ze mnie beksa. Sama siebie nie rozumiem. Póki nie wyszłam za mąż, nic nie mogło zmusić mnie do płaczu. Myślałam już, że nie potrafię płakać - a teraz wystarczy, że pomyślę o Tobie i o tym, jaki jesteś świetny i jak okropnie za Tobą tęsknię, a zanim się obejrzę, ryczę jak, nie przymierzając, mała Diane. Kocham Cię tak mocno, że nawet sobie nie wyobrażasz, skarbie. Chociaż nie mówię tego zbyt często, gdy Cię widzę, zawsze tak czuję.
Zrobiłyśmy sobie z Diane zdjęcia - takie małe, tanie fotki. Obawiam się, że nie wyszła na nich zbyt dobrze - taki z niej drobiażdżek - i oczywiście ja też nie, ale tego można było się spodziewać. Mam nadzieję, że chociaż trochę będziesz mógł zobaczyć, jak wygląda. Fotograf powiedział, że była bardzo grzeczna jak na tak małe dziecko. Nie jest gruba, tak jak kiedyś jej mama. Nawiasem mówiąc, wciąż jestem pulchnawa - psiakość. Mała waży prawie cztery kilogramy i, jak powtarzam w każdym liście, z każdym dniem robi się słodsza. Uważam, że to miły pomysł, żeby przesyłać jej po dwa dolary. Odkładam je dla niej. Stosik rośnie. Może wkrótce będziemy mogli założyć jej konto oszczędnościowe. Dobranoc, mój skarbie.
Pozdrawiam Cię,
Dorothy
21 lutego 1946
Dzień dobry, kochanie,
jestem strasznie rozczarowana. Zdjęcia są dokładnie takie, jak się spodziewałam - okropne. Diane wygląda trochę dziwnie. Nie będę ich wysyłać, bo pomyślisz, że Cię nabieram, mówiąc, że jest taka urocza.
Napisałeś w liście, że chciałbyś jeszcze raz przeżyć tamte stare dobre czasy. Ja też spoglądam wstecz i z rozrzewnieniem wspominam, jak było świetnie. Nigdy się nie zmienimy, prawda? Chociaż mamy teraz rodzinę i więcej obowiązków, nie wydaje mi się, żeby to był powód do spoważnienia i niebawienia się tak dobrze, jak kiedyś. Racja?!
Dobranoc, najdroższy Jacku,
Twoja Dorothy
31 marca 1946
Drogi Jacku,
jestem na Ciebie tak wściekła, że naprawdę bym Cię obsztorcowała, gdybyś tylko tu był. Nie mam pojęcia, skąd ten idiotyczny pomysł, że mogłam się zmienić i "polubić kogoś innego". Nie jesteś jedyną osobą na świecie, która wierzy w udane małżeństwo - dla mnie znaczy ono równie wiele, co dla Ciebie, a jeśli sądzisz, że chodzę i rozglądam się za kimś, kto mógłby mi trochę bardziej odpowiadać, to znaczy, że nie masz o mnie zbyt dobrego mniemania. Nie uważasz, że poważnie traktuję małżeństwo? Powinieneś wiedzieć, jak bardzo Cię kocham - więc dlaczego, u licha, miałabym szukać sobie innego? Mówiłeś, że chcesz, żebym była szczęśliwa - no to uwierz mi, nie mógłbyś unieszczęśliwić mnie bardziej, nawet gdybyś się postarał. Gdybyś miał choć odrobinę wiary we mnie i bardziej mi ufał, nie wymyślałbyś takich historii. Nie musisz mi przypominać, że obiecaliśmy najpierw wyznać wszystko sobie nawzajem, gdyby coś się zmieniło. To dotyczy także i Ciebie. Byłoby Ci przyjemnie, gdybym w kółko powtarzała, że nie sądziłam, że to będzie coś trwałego i że wkrótce znajdziesz sobie inną? Cóż, mnie w każdym razie nie podoba się to ani trochę, więc proszę, nie pisz więcej takich rzeczy.
Pewnie nie powinnam wysyłać tego listu, ale im dłużej o tym myślę, tym większa ogarnia mnie złość! Jednak bez względu na to, jak bardzo się wścieknę, skarbie - kocham Cię całym sercem i gdybym przeszukała cały świat, nie widziałabym nikogo poza Tobą, ponieważ z nikim nie będę nigdy tak szczęśliwa, jak byłam, jestem i będę z Tobą. Już mi lepiej - złość mi przeszła, ale wścieknę się nie na żarty, jeśli jeszcze kiedyś napiszesz do mnie w ten sposób - zapamiętaj.
Pozdrawiam,
Dorothy
PS Postanowiłam jednak wysłać Ci nasze zdjęcia.
25 kwietnia 1946
Cześć, kochanie,
A więc nie podobały Ci się fotografie, co? Proszę Cię, nie myśl, że Twoja córka tak wygląda, ponieważ zapewniam Cię, że tak nie jest. A nawet gdyby nie była śliczna, byłaby urocza z uwagi na swoją osobowość. Bo już ją ma - to pewnik. Myślę, że nieco odczekam, zanim znów wybiorę się z nią do fotografa.
Wiesz, oczywiście, że mamy bardzo niezwykłą i inteligentną córkę. Sprawdzałam w swojej książce o dzieciach, co powinno robić czteromiesięczne niemowlę, a ona już w wieku dwóch miesięcy robiła to wszystko, o czym jest tu napisane, naprawdę. Nieustannie próbuje siadać, a dzieci robią to dopiero w wieku pięciu, sześciu miesięcy. Naprawdę wdała się w Ciebie pod każdym względem - wyglądu, bystrości umysłu i osobowości. Nie martw się, na pewno wyrośnie na piękność.
Cóż, kochanie, jeszcze tylko trzydzieści osiem dni do tej cudownej chwili, kiedy znowu Cię zobaczę. Diane powiedziała "ju-hu!".
A w każdym razie się uśmiechnęła.
Do zobaczenia, skarbie,
pozdrawiam,
Dorothy
Spoglądając na zachód
Moim pierwszym wspomnieniem są cienie tworzące wzory na ścianie. Z łóżeczka widziałam sylwetkę kobiety o długich włosach przesuwającą się za szczebelkami. Nawet kiedy mama brała mnie na ręce, była dla mnie tajemnicą. Niemal jakbym od początku wiedziała, że świat i życie na tym świecie będą niezrozumiałe, a mimo to naładowane pociągającą, bezustanną i wnikliwą fascynacją. Jakby reszta życia miała upłynąć mi na próbach zrozumienia tej kobiety. Czy to wspomnienie jest prawdziwe? Nie wiem.
Pewne rzeczy rysują się wyraźnie: zamieć śnieżna w Los Angeles, gdy miałam trzy latka; barak z blachy falistej, w którym mieszkaliśmy do mojego piątego roku życia. Miał cudowny kształt. Od tamtej pory uwielbiam łuki. Pewnego wieczoru pan Eigner, nasz sąsiad, posłyszał, jak śpiewam Over the Rainbow na świeżo wybrukowanym przez tatę podjeździe. Myślałam, że dostanę burę. Tymczasem sąsiad oznajmił, że jestem "niezwykle utalentowaną młodą damą". Tato pracował w wydziale wodno-energetycznym w centrum Los Angeles. Odwiedziłam go w jego biurze, kiedy miałam pięć lat. Było coś hipnotyzującego w spoglądaniu na zachód z wagonika kolejki szynowej Angels Flight. Zza wzgórza wyzierały wysokie budynki, między innymi ratusz. Przepadałam za barem Clifton's i domem towarowym przy Broadwayu. Wszystko było skondensowane, betonowe, kanciaste i tętniło życiem. Śródmieście było bez skazy. Uważałam, że tak jak w Los Angeles może być tylko w raju. Nic jednak nie równało się z radością ciągnięcia mamy za rękaw i pokrzykiwania: "Patrz! Mamo, patrz". Obie uwielbiałyśmy patrzeć.
Trudno było się zorientować, co mama lubiła bardziej: obserwować czy pisać. Rozwlekłe wyjaśnienia pod fotografiami psuły sporządzane przez nią albumy z wycinkami, przynajmniej te z okresu mojego dzieciństwa. Kiedy byłam starsza, unikałam jak ognia niechcianych kopert z jej Listami do Diane. Kogo obchodziły jakieś listy? Mnie interesowały tylko zdjęcia. Po epizodzie z maminym dziennikiem znalezionym w ciemni fotograficznej miałam dość. Kiedy jednak, mając sześćdziesiąt trzy lata, powzięłam decyzję spisania wspomnień, zaczęłam czytać pamiętniki mamy w zupełnie przypadkowej kolejności. W połowie natknęłam się na coś, co było zapewne jej próbą przelania na papier własnych wspomnień. Na okładce widniała wytłoczona na złoto data "1980". Co oznacza, że zaczęła pisać w wieku pięćdziesięciu dziewięciu lat. Każdy wpis był datowany. Czasem mama rozpoczynała ustęp, po czym przerywała, zostawiając kilkadziesiąt pustych stron. Albo pisała akapit poświęcony jakiemuś wydarzeniu, a powracała do niego dopiero parę lat później czy też od nowa podchodziła do tematu po kilku miesiącach. W ciągu pięciu lat przeskakiwała do wspomnień z dzieciństwa i z powrotem, niemal na zasadzie wolnych skojarzeń. W przeważającej mierze ton zapisków był łagodny i życzliwy, czasem uderzała w elegijną nutę. Ale bywało inaczej. Sporządzała zapewne bilans swojego życia, przywołując wspomnienia dawnych czasów, lat trzydziestych, kiedy znajdowała się między młotem a kowadłem, wciśnięta pomiędzy surowe reguły wytyczane przez Kościół wolnych metodystów a nęcące uroki życia poza narzuconymi przez Beulah ograniczeniami. Wolałabym, żeby prawda była inna, ale życie zadało Dorothy kilka ciosów, z których się nie otrząsnęła.
Klimaty rodzinne
Kiedy byłam bardzo mała, miałam może trzy albo cztery latka, mój ojciec Roy Keaton przezywał mnie Perkins. Używał tej ksywki, kiedy ogarniały go "uczucia familijne". Gdy czuł się wyalienowany, mówił do mnie "Dorothy". Tatuś nie krył przy żadnej z trzech ciąż mamy, że pragnie syna. Kiedy my, dziewczyny, dorastałyśmy, stało się jasne, że to ja miałam być jego wymarzonym chłopcem. Byłam chłopczycą, cichą dziewczynką, która nie sprawiała nikomu kłopotu. Nie wiem, dlaczego tato faworyzował akurat mnie. Czasem zwierzał mi się z przemyśleń, którymi nie dzielił się nawet z matką. Zawsze słuchałam bez słowa. Na koniec pytał: "Czy to nie racja, Perkins? Co?". Wiedział, że zawsze przytaknę. Myślę, że wiedział także, że matce również przytakuję.
Często się przeprowadzaliśmy. Kiedy miałam cztery latka, mieszkaliśmy w starym piętrowym domu z drewna przy Walnut Street w Pasadenie. Stał dosłownie na chodniku. Mieliśmy za to wielkie podwórze z tyłu ciągnące się aż do torów kolejowych, po których jeździł nowiutki pociąg "Super Chief" do Santa Fe. Nic nie dzieliło naszego podwórka od torów, ani mur, ani żaden rodzaj ogrodzenia. Widziałam twarze pasażerów zaglądające nam do kuchni. Dziś byłoby to niedopuszczalne, ale wtedy nikt się nie przejmował. Owczarek niemiecki taty, niejaki Zrzęda, spał na torach, ale za każdym razem zwlekał się stamtąd na czas.
Zawsze mieliśmy koty. Byłam wciąż jeszcze dzieckiem, kiedy przenieśliśmy się do tańszego domu czynszowego na szczycie wzgórza w Highland Park. Wzniesiono go na połowie akra grząskiej ziemi ze skrawkiem trawy. Sąsiadów nie mieliśmy. Niewielu ludziom chciało się wspinać na górę stromymi schodami z ulicy. Dla kotów miejsce było wprost wymarzone. Mama pozwalała mi mieć ich tyle, ile dusza zapragnie. Trzynaście. Tato miał to w nosie. Zresztą bywał tam rzadko. Pieniędzy było jak na lekarstwo. Jakimś cudem te małe futerkowe stworzenia dostawały codziennie jedzenie, wraz z naszą piątką. W jednym tygodniu znalazłam Ślicznotka, Ciacho, Krzykacza i Aleksa. Ale tylko jeden kot najmocniej zapadł mi w pamięć. A właściwie kotka. Nazywała się Dzidzia. Była nijakim burym stworzonkiem o chudych łapach i wielkich oczach, które dominowały w mordce, z przetrąconym, zwisającym krzywo ogonem. Najdziwniejsze było to, że nie wydawała żadnych dźwięków; żadnego miauczenia, żadnego prychania, żadnego mruczenia. Dzidzia była uważana za genetyczną pomyłkę przez wszystkich oprócz mnie. Kochałam ją. Pewnego dnia wydała na świat miot złożony z czterech kociąt. Ku mojej wielkiej rozpaczy później już nigdy nie była taka sama. Wkrótce zdechła. Orpha aż tak się tym nie przejęła. Umawiała się już z chłopakami, o których nie mówiła mamie, więc nieustannie wymykała się z domu w środku nocy. Marti była jeszcze malutka, nie zwracała więc na nie uwagi, dla mnie jednak koty były najważniejsze i najukochańsze pod słońcem. Matka zawsze powtarzała, że jako średnia siostra mam w sobie najwięcej wrażliwości. Tego nie wiem, ale było mi smutno, że nie mam z kim dzielić swoich zachwytów. Nigdy nie zwierzyłam się siostrom z marzenia posiadania wielkiej kociej farmy, gdzie mogłabym przygarniać wszystkie kocie sieroty, na jakie bym się natknęła, i te chore czy kulawe, i te zdrowe.
Pierworodna
Bycie dzieckiem pierworodnym miało swoje zalety. Mogłam mieć mamę i tatę tylko dla siebie. Potem pojawił się Randy, młodszy ode mnie o dwa lata. Randy był wrażliwy - nazbyt wrażliwy. Jako przewodnicząca i założycielka Klubu Bobra kazałam Randy'emu, skarbnikowi, pójść na schody obok wyschniętego koryta rzeczki i szukać pieniędzy. Naszą misją numer jeden był zakup czapek ze skóry szopa, takich, jakie nosił Davy Crockett. Kosztowały dolara i dziewięćdziesiąt osiem centów za sztukę. Kiedy już się zniechęciliśmy, Randy zauważył prawdziwą, najprawdziwszą półdolarówkę. A to dopiero. Ponieważ to ja pełniłam funkcję przewodniczącej Klubu Bobra, moim samozwańczym obowiązkiem było zajmowanie się wszystkimi finansami, wzięłam więc monetę i trzymałam w ręku przez jedną upojną chwilę, póki Randy nie podniósł larum. Zadarłam głowę i zobaczyłam samolot sunący po niebie w zwolnionym tempie. Wielka mi rzecz. Randy był jednak tak przerażony, że nie dał się zatrzymać, pobiegł do domu ze łzami w oczach i schował się pod piętrowe łóżko. Nawet mama nie potrafiła go przekonać, że to przecież zwykły samolot. Po tym incydencie Randy nabrał poważnego dystansu do świata zewnętrznego, zwłaszcza do obiektów latających. Kiedy miał kilkanaście lat, skłonienie go do wyściubienia nosa z własnego pokoju graniczyło niemal z cudem. Robin była przekonana, że Randy znika, no i znikał: wsiąkał we Franka Zappę, którego teksty piosenek, jak choćby Zomby Woof, stały się mantrą Randy'ego.
Mama i tato martwili się o niego od samego początku. Wykorzystywałam to ich strapienie, usilnie starając się różnić od Randy'ego pod każdym względem. Gruby błąd. Nie rozumiałam, że jego wrażliwość pozwalała mu postrzegać świat z wielką intensywnością i wnikliwością.
Aż nazbyt łatwo było wycyganić od niego różne przedmioty, na przykład jego jedyne zielone jo-jo firmy Duncan Tournament albo nugatowy batonik Big Hunk, który zostawił sobie z Halloween, czy jedną z bardzo wyjątkowych szklanych kulek z kocim okiem, które ukrywał pod piętrowym łóżkiem. Oczywiście, miał lepszą intuicję i był wyjątkowy, ale co mnie to obchodziło, skoro dostawałam to, co chciałam?
Kiedy trzy lata po Randym pojawiła się Robin, zżerała mnie zazdrość. Dziewczynka? Jak to możliwe? Na pewno zaszła jakaś pomyłka. Musieli ją adoptować. Oczywiście okazała się śliczna i miała lepszy głos ode mnie, ale najgorsze ze wszystkiego było to, że została oczkiem w głowie taty. Wiele lat później dostałam szału, kiedy Warren Beatty nazwał Robin "śliczną, ponętną siostrzyczką".
Dorrie przyszła na świat jako "nieprzewidywana niespodzianka". Byłam od niej siedem lat starsza, więc nie mogła mi w żaden sposób zagrozić. Jej buzia była miniaturową kopią twarzy Dorothy. Była najbystrzejszym i najinteligentniejszym dzieckiem Hallów. Prawdę mówiąc, jako jedyna z rodzeństwa przyniosła do domu świadectwo szkolne z szóstkami od góry do dołu. Uwielbiała czytać biografie inspirujących kobiet, takich jak Simone de Beauvoir i Ana?s Nin. Przeczytała Szpiega w domu miłości, ponieważ była to dobra powieść "z przesłaniem". Twierdziła, że ta książka wpoiła jej optymistyczne spojrzenie na przyszłość. Robin uważała, że mogłabym znaleźć tam smakowite kąski przystające do mojej "filozofii miłości". Nie miałam żadnej filozofii miłości. Właśnie to przyciągało mnie do Dorrie; jej pełna sprzeczności natura. Pewnie dlatego została jedyną intelektualistką w naszym gronie.
Wszystkie weekendy i wakacje spędzaliśmy nad morzem. W 1955 roku na plaży Huntington wydawano jeszcze rodzinom zezwolenia na biwakowanie przez okres jednego miesiąca. Nasz namiot wyrastał z piasku niczym czarna kostka. Tamtego lata przeczytałam Czarnoksiężnika z Krainy Oz i The Adventures of Perrine. Miałam dziewięć lat. Wydawało się, że życie zawsze będzie przepojone czarnymi słowami na białych stronicach, w oprawie białych grzbietów fal i czarnych jak smoła nocy. Co rano mama smarowała mi nos maścią cynkową, zanim zdążyliśmy z Randym pozbierać butelki po napojach, upchnąć je do pożyczonych wózków sklepowych i oddać do supermarketu A & P po dwa centy za sztukę. Z pieniędzmi w kieszeniach mogliśmy wykupić wstęp na słynny basen z podgrzewaną morską wodą. Kilka lat później tato zawiózł nas dalej na południe i rozstawił nasz namiot na plaży Doheny, gdzie łapaliśmy fale na prawie dwumetrowych deskach surfingowych i śpiewaliśmy przy ognisku ludowe piosenki w rodzaju Hang Down Your Head, Tom Dooley. Czasem jechaliśmy do Rincon, gdzie rozbijaliśmy obóz z boku autostrady Pacific Coast. Ale serce taty skradła zatoczka Divers Cove na Laguna Beach. Tato i jego najlepszy przyjaciel Bob Blandin wciągali pianki i znikali pod powierzchnią oceanu na wiele godzin, podczas gdy my, dzieciaki, bawiliśmy się na brzegu. Mama pakowała mnóstwo majonezu do kanapek z kiełbasą. Willie, żona Boba, malowała się szminką w kolorze chińskiej czerwieni i paliła papierosy, co mama kwitowała słowem "paskudztwo". Pamiętam klify. W nocy wyglądały jak dinozaury gotowe do ataku. Za dnia wspinaliśmy się na sam szczyt i omiataliśmy wzrokiem naszą ukochaną Laguna Beach. Gdyby patrzeć na nas z perspektywy plaży w dole, można by uznać nas za typową kalifornijską rodzinę lat pięćdziesiątych, śliczną jak z obrazka.
Zgrana rodzinka
Radio odgrywało w naszym życiu wielką rolę. Odbiornik, który zapamiętałam najlepiej, to wysoki model szafkowy wyprodukowany przez firmę Philco. Kupiliśmy je na raty, tak jak wszystkie kosztowniejsze urządzenia. Niedziele były dniami radia. Na trójce leciała Zgrana rodzinka. To było moje ulubione słuchowisko. Pędziłyśmy z siostrami po kościele do domu, żeby śledzić losy ojca Fryzjera i jego doskonale zorganizowanej rodziny. Wprost nie można było sobie wyobrazić kogoś równie dobrego, mądrego i wyrozumiałego, jak ojciec Fryzjer. Uważałam, że to niesprawiedliwe, że nie mam ojca, który przytulałby córkę, rozmawiał z nią i żartował. Zawsze się zastanawiałam, dlaczego mój tato nie jest taki ciepły i cierpliwy, i czuły... po prostu nie i już! Gdyby tak czasem prosił: "Chodź tu, Perkins, daj tatusiowi buziaka". Gdyby tak mama mówiła: "Pośpiesz się, wiem, że już nie możesz się doczekać kolejnego odcinka rodziny Fryzjerów".
Jedyne, co mieliśmy wspólnego z tymi serialowymi rodzinami, to nieustanna pogoń za lepszym życiem. Uważałam, że to nie fair. I bynajmniej nie zamierzałam żyć tak jak moi rodzice, kiedy dorosnę. Moja rodzina będzie doskonała. Już ja się o to postaram: po wsze czasy szczęśliwa, uśmiechnięta i piękna.
Pytania bez odpowiedzi
Kiedy miałam sześć lat, telewizja zrobiła mi prezent. W postaci Gale Storm. Wcale nie Lucille Ball. Właśnie Gale Storm w serialu My Little Margie. Ucieleśniała wszystkie cechy, które pragnęłam mieć - była bystra, nieustraszona i zawsze skora do wariackich wygłupów, które nieodmiennie wpędzały ją w wielkie tarapaty i kłopoty z ojcem. Zabawna, a zarazem delikatna. To mi się podobało. I Love Lucy uchodził za serial komediowy numer jeden, miał najwyższe notowania. Jego kopia, The Gale Storm Show, plasowała się na drugim miejscu, ale nie w moim mniemaniu. Byłyśmy z Gale bratnimi duszami, a przynajmniej tak mi się wydawało. Po sto dwudziestym szóstym odcinku My Little Margie zszedł z anteny. To był smutny dzień.
Piętnaście lat później, kiedy studiowałam w szkole teatralnej Neighborhood Playhouse, chodził ze mną na zajęcia Phil Bonnell, syn Gale Storm. Podczas ferii świątecznych zaprosił mnie do domu swojej matki w Beverly Hills. Oto, co zapamiętałam. Było południe. Gale Storm nigdzie ani śladu. Phil wyjaśnił, że sypia do późna. Sądziłam, że wszystkie matki wstają o szóstej rano i serwują gorącą owsiankę przy ryczącym w radiu Bobie Cranie, królu eteru Los Angeles. W domu Bonnellów, niewygodnym, pełnym zakamarków, parterowym budynku w stylu ranczerskim, nie grało żadne radio. Kiedy wreszcie pokazała się Gale, wcale nie tryskała energią ani nie błaznowała. Phil powiedział mi później, że sporo pije. Gale Storm pije? Wtedy do mnie dotarło: życie Gale Storm nie było usłane różami, choć wydawało się, iż spełniła swoje marzenia.
Następnego bohatera znalazłam sobie w liceum: był nim Gregory Peck. A konkretnie Gregory Peck jako Atticus Finch w filmie Zabić drozda. Zainspirowało mnie jego bezpretensjonalne, spokojne podejście do rozwiązywania życiowych dylematów moralnych. Moje uwielbienie dla niego było nawet silniejsze niż młodzieńcze zadurzenie w Warrenie Beattym z Wiosennej bujności traw.
Zawsze zwierzałam się mamie ze wszystkiego - wszystkiego prócz tego, co myślę o współżyciu seksualnym oraz takich gwiazdach filmowych jak Warren Beatty. Natomiast o Gregorym Pecku rozprawiałam bez końca. Gdyby tak można go poznać. Mama musiała przecież zrozumieć, że tylko on jeden mógł nauczyć mnie być taką osobą, jaką pragnęłam się stać, bohaterką samą w sobie. Pod jego przewodnictwem miałabym odwagę ratować ludzi przed niesprawiedliwością społeczeństwa rasistowskiego albo nawet ryzykować własnym życiem w imię przekonań.
Zawsze dająca wsparcie mama pozwalała mi błądzić wśród dość nieprzemyślanych koncepcji. Powiedziałam jej kiedyś, jaki tato jest irytujący. Jego zdaniem nigdy niczego nie robię dobrze. Wiecznie gderał: "Nie siedź tak blisko telewizora, bo oślepniesz" albo "Dokończ jedzenie na talerzu, w Chinach ludzie głodują", czy też najbardziej znienawidzona uwaga: "Nie jedz z otwartymi ustami, bo ci wpadnie mucha". Czy ukształtowała go w ten sposób profesja inżyniera budownictwa? Czy to z tego powodu uważał, że wszystko robię źle? Mama była inna. Nie osądzała mnie ani nie próbowała narzucać swojego zdania. Pozwalała myśleć samodzielnie.
Dziadek Keaton
Wiadomość nadeszła późnym lutowym wieczorem. Rozmowa międzymiastowa z Oklahomy. Pilna. Musiała być pilna. W 1937 roku nie telefonowało się z byle powodu. Odebrał tato. "Przyjeżdżaj po ojca. Nie możemy go tu dłużej trzymać".
Tato nie mógł w żadnym wypadku zostawić pracy, postanowiono zatem, że mama i ja przywieziemy dziadka, żeby dożył u nas reszty swoich dni. Jaka szkoda, opuszczę dwa tygodnie szkoły. Udawałam, że "reagowanie w sytuacji awaryjnej" jest obowiązkiem, który należy wypełnić. A w głębi duszy byłam wniebowzięta.
Wyruszyłyśmy naszym buickiem sedanem z 1936 roku z dwudziestoma pięcioma dolarami w kieszeni, dwiema kartami kredytowymi na paliwo i torbą kalifornijskich ciuchów. Pojechałyśmy drogą 66 przez Kingman, Flagstaff i Gallup aż do samej Oklahomy. Kiedy dotarłyśmy pod dom krewnych, dziadek był już gotowy. Wszystkie jego dobra doczesne mieściły się w małej sfatygowanej walizce. Włosy miał potargane, ale uśmiechał się do nas ze łzami w oczach. Mówiono nam, że nie jest w stanie wyrazić żadnej myśli.
Dziadek Keaton był leniwym, acz dobrodusznym człowiekiem. Matka Roya, Anna, dźwigała ciężar życia z nim. W końcu była zmuszona pójść do pracy. Gdy uparła się zakończyć małżeństwo - rzecz nie do pomyślenia w tamtych czasach - dziadek ruszył w świat, przemierzając kraj czerwonym fordem, modelem T, w towarzystwie swego psa Kumpla. Z czasem sprawy się pogorszyły i dziadek wrócił do domu. Anna przygarnęła go pod swój dach, aż wreszcie załamała ręce i zadzwoniła do nas w samym środku zimy, żebyśmy po niego przyjechali i go zabrali.
W drodze powrotnej do domu dziadek sprawiał wrażenie szczęśliwego. Zanim wgramolił się na tylne siedzenie naszego buicka, pochylił się i wręczył mamie wielki zwitek banknotów. Podróż do domu była znacznie wygodniejsza niż droga w tamtą stronę, ale sporo nas kosztowała. Ubranie dziadka rano graniczyło z cudem. Wkładał spodnie tył na przód. Nie mógł trafić w rękawy marynarki. Nie umiał zasznurować butów. Odmawiał włożenia skarpet. Brakowało mu manier przy stole, zębów zresztą też mu brakowało. Workowate spodnie były ciągle wilgotne. Nie kontrolował czynności fizjologicznych. Irytowało to mamę niezmiernie. Jechałyśmy bez przerwy przez wiele godzin, żeby droga powrotna zamknęła się w trzech i pół dniach.
Nie trzeba dodawać, że z dziadkiem, który zajął jedną z trzech sypialni, nasze życie uległo zasadniczej zmianie. Tato kategorycznie odmówił uczestniczenia w opiece nad własnym ojcem. Ten obowiązek spoczął na mamie. Działy się rzeczy niesłychane. Dziadek wymykał się z domu i uciekał przynajmniej dwa razy w tygodniu. Mama musiała szukać go po całej okolicy. W końcu zamknęliśmy go w jednym pokoju. Walił w drzwi tak głośno, że aż skarżyli się sąsiedzi. Kiedy dostawał zaparcia, mama zmuszała tatę do zrobienia mu lewatywy. Rezultaty były straszliwe, do tego stopnia, że zapychała się toaleta. Szybko doszliśmy do wniosku, że stan dziadka nie nadaje się do domowej opieki. Zorganizowaliśmy przeniesienie go do szpitala dla weteranów przy Sawtelle w Los Angeles. Tato się ociągał, ale mama twardo postawiła na swoim.
Kiedy widziałam dziadka po raz ostatni, machał mi na do widzenia z okna samochodu odwożącego go na oddział dla sędziwych żołnierzy w szpitalu weteranów wojennych. Tato nigdy tego mamie nie wybaczył, choć nie kiwnął nawet palcem, żeby jej pomóc. Wyznaję ze wstydem, że ani ja, ani Martha też nie przyszłyśmy jej w sukurs. Miałyśmy po kilkanaście lat, a dziadek był jedną wielką żenadą. Później dowiedziałam się, że podczas gdy mama dźwigała na swych barkach trudy opieki nad dziadkiem, tato spotykał się z inną kobietą. Wkrótce później wyjechał i tyle go widziałyśmy.
Morze białych krzyży
W ostatnich czterech latach pięć razy w tygodniu przejeżdżałam na skróty obok tego samego szpitala weteranów położonego przy bocznej ulicy w pobliżu Sawtelle. Po północnej stronie kompleksu znajduje się cmentarz nazywany przez Duke'a "morzem białych krzyży". Czasem opowiadam mu o żołnierzach, którzy oddali życie za bezpieczeństwo naszego kraju. Zawsze dopytuje się, czy wyglądali jak zielone plastikowe żołnierzyki, które kupujemy w sklepie z zabawkami.
Dopóki nie przeczytałam pamiętnika mamy, nie znałam historii o niekontrolującym swojej fizjologii, szwendającym się po okolicy Keatonie, który zamieszkał pod wspólnym dachem ze swoją wnuczką Dorothy, która miała wkrótce poznać niejakiego Jacka Newtona Halla, który miał zostać moim ojcem. Jak to możliwe, że przez tyle lat przejeżdżałam obok "morza białych krzyży", nie wiedząc, że krzyż pradziadka Lemuela W. Keatona stoi tak blisko domu?
Kazania
Wszystkie kazania traktowały zawsze o zmartwychwstaniu żywego Jezusa Chrystusa z Nazaretu, który narodził się, by ocalić ludzkość przed groźbą wiecznego potępienia w piekle. Cały wic polegał na tym, że trzeba narodzić się na nowo. Ja postępowałam ostrożnie. Czytałam Biblię i oświadczałam na spotkaniach modlitewnych, że mój duch jest zbawiony, uświęcony i że narodziłam się na nowo. Za każdym razem, kiedy starczało mi odwagi, by wstać i wygłosić tę wyuczoną na pamięć formułkę, całe zgromadzenie wiernych się uśmiechało. Nigdy nie rozumiałam, co ta moja deklaracja oznacza. Mnie zależało tylko na tym, żeby w kościele było kolorowo. Żeby grano w nim piękną muzykę, na przykład Mesjasza Haendla i Wiosnę w Appalachach Coplanda. Nie chciałam słuchać o krwi i śmierci. Jednak tego rytuału nie dało się uniknąć. Krew. Grzech. Wina. Łzy. Śmierć. Całun. Grób. Było to niczym więcej jak wyrzeczeniem się wolnej woli na rzecz filozofii głoszącej, że wszyscy ludzie rodzą się w grzechu i muszą dostąpić przebaczenia oraz wybawienia od własnych słabości, ażeby stać się godnymi wiekuistego pokoju. Uporządkowanie tych spraw w głowie zajęło mi całe sześćdziesiąt lat życia i uwierzcie, uwolniłam się w końcu od brzemienia. Jestem wolna od wpajanego mi strachu, wolna od gniewnego Boga, prostej i wąskiej drogi do nieba oraz męczarni smażenia się w piekle. Jestem wdzięczna tej mocy we wszechświecie, która odsunęła mnie od całej szpetoty narzuconej mi przez fałszywe wyobrażenia o tym, jak powinno wyglądać życie. I kiedy mój czas dobiegnie końca w tym wielkim planie, nie będę bała się tego, co nastąpi. Amen.
Igranie ze śmiercią
Kiedy miałam dziesięć lat, przeprowadziliśmy się na pół roku do Garden Grove. Tato wynajął dom kryty łupkowym dachem. Jego właściciele, kobieta i mężczyzna, wyglądali dość tandetnie. Ona miała tlenione blond włosy, on prowadził bar. Tato nazywał ich alkoholikami. Nigdy wcześniej nie słyszałam tego słowa. Znaczyło, że pili dużo mocnego alkoholu. Tato stwierdził, że gospodarze są flejtuchami. Miał rację. W domu panował bałagan, były tam za to cztery sypialnie i dwie łazienki. W życiu nie widziałam większego domu, był o wiele większy niż tamten tynkowany, niebieski, który tato przetransportował ciężarówką na Bushnell Way Road w Highland Park. Kuchnia miała drzwi wahadłowe, takie same jak w serialu Gunsmoke z Jamesem Arnessem. Dorrie i Robin dzieliły ze sobą sypialnię. Randy, podówczas ośmioletni, dostał osobny pokój, podobnie jak ja.
Pewnego dnia Robin bawiła się z koleżankami na podwórku za domem. Chciałam się przyłączyć, ale nikt nie zwracał na mnie uwagi, a już zwłaszcza Robin. Postanowiłam wziąć sznur z naszej huśtawki, owinąć go sobie wokół szyi i udawać, że się wieszam. Kiedy przebiegła obok mnie Robin, nie kiwnąwszy mi nawet głową, zaczęłam wydawać z siebie głośne odgłosy duszenia się. Wtedy się chyba opamięta. Ale gdzie tam, bawiła się dalej w najlepsze. Więc jej pokazałam. Mocniej zwiesiłam głowę w pętli, krztusiłam się najgłośniej jak umiałam, wzięłam głęboki haust powietrza, wrzasnęłam i umarłam. W ogóle nie zauważyła.
Z twarzą ściągniętą od płaczu wparowałam do domu i poskarżyłam się mamie, że Robin pozwoliła mi umrzeć. Mama spojrzała na mnie i zapytała, dlaczego tak się przejmuję, czy chcą się ze mną bawić, czy nie. Śmierć, nawet ta symulowana, nie jest sposobem na dostanie tego, czego chcę. To nie żarty. W twarzy mamy dostrzegłam to, czego nie zauważyłam na obliczu Robin. Troskę. Prawdę mówiąc, powtórzyłabym całą tę błazenadę od początku, byle tylko znów mama otoczyła mnie ramionami tak ciasno, że aż poczułam bicie jej serca.
Empatia mamy była bezdennym, niewyczerpanym źródłem regeneracji sił. Wciąż widzę, jak sączy popołudniową filiżankę kawy, a ja siedzę przygnębiona po drugiej stronie kuchennego blatu. Niezliczone wersje tej sceny odgrywałyśmy wciąż na nowo przez lata. Rada mamy brzmiała zawsze tak samo. "Nie bądź taka przewrażliwiona, Diane. Jeszcze kiedyś im pokażesz. Głowa do góry". I nawet kiedy powinęła mi się noga, robiłam dalej swoje niczym trybik w zegarku, nie tylko dlatego, że potrzebowałam potwierdzenia swoich możliwości, lecz i dlatego, że chciałam wracać do mamy i zasiadać z nią przy blacie w kuchni do skończenia świata.
Tamte czasy wywoływały okropny mętlik w mojej głowie, szczególnie wtedy, gdy uświadomiłam sobie, że Robin nie ma najmniejszej ochoty grać roli, którą jej wyznaczyłam, i że alkoholicy piją świństwo, które robi z nich złych ludzi, o wiele gorszych niż Willie Blandin i jej ohydne papierosy. Ale najgorsze, najbardziej szokujące i najstraszliwsze zdarzyło się wtedy, kiedy tato podjął się poinformowania mnie, że wkrótce stanę się kobietą. Kobietą? Czy on zwariował? Pędem wybiegłam do swojego pokoju, zatrzasnęłam drzwi i rzuciłam się na łóżko, chowając twarz w pościeli. Chwilę później zajrzała do mnie mama i powiedziała, że bardzo spodoba mi się bycie dorosłą. Nie chciałam ranić jej uczuć, ale byłam zniesmaczona. Nie chciałam miesiączki, cokolwiek to było, ani sterczących piersi, ani owłosienia w miejscach intymnych. Nie chciałam być kobietą. Chciałam być sobą - taką, jaką byłam.
Krwawa niedziela
Niedziela Wielkanocna była równie ważna i ekscytująca jak Boże Narodzenie. Nigdy nie podkreślano piękna tego dnia, tak znaczącego w chrześcijańskim świecie. Zamiast tego wygłaszano rozwlekłe kazania o okrutnym ukrzyżowaniu Jezusa Chrystusa, naszego zbawiciela, który umarł na krzyżu, przelewając swoją krew dla naszego zbawienia... MOJEGO zbawienia. Nie potrafiłam nigdy pojąć sensu tej idei. W hymnach ciążyły zwroty: "obmyci krwią Baranka", "zbawieni przez krew Chrystusa", "przelał za mnie swoją najdroższą krew". Krew, potężny symbol, była dla mnie całkowicie pustym słowem.
Wielkanoc oznaczała jedno: komplet nowych ubrań. Mama zabierała się do szycia dla mnie sukienki z dużym wyprzedzeniem. Najbardziej podobała mi się różowa, do kostek, z sutą falbanką na dole i pod szyją. Wszyscy kupowaliśmy nowe buty i kapelusze. Panie i dziewczęta paradowały w odświętnych wiosennych strojach wokół kościoła wolnych metodystów. Była to nasza wersja parady wielkanocnej. Uwielbiałam ją.
Zachowaj na później
Jeszcze zanim stałam się nastolatką, uświadomiłam sobie, że coś nie gra. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego wszystkie geny atrakcyjności zostały przekazane moim młodszym siostrom, Robin i Dorrie, a nie mnie, pierwszej z czworga rodzeństwa. To niesłychane partactwo wymagało poprawki. Nie cierpiałam swojego nosa, dlatego sypiałam z zaciśniętą na nim spinką do włosów w nadziei, że bulwa skurczy się i wyprostuje. Przed lustrem w łazience godzinami ćwiczyłam specjalny uśmiech, przekonana, że zatuszuję w ten sposób mankamenty urody. Wytrzeszczałam oczy najszerzej jak się dało, zdeterminowana, by je powiększyć.
Kilka lat później wraz z moją najlepszą przyjaciółką Leslie Morgan przemykałyśmy chyłkiem korytarzami liceum Santa Ana niczym ciemne plamy w świecie czerwieni, bieli i błękitu. Wymalowane nie do poznania białą szminką i czarnym ołówkiem do oczu, starałyśmy się być ładne, odrzucając obowiązujący kanon. Na początku każdego miesiąca zaglądałyśmy do drogerii w Honer Plaza, żeby sprawdzić, czy jest już nowy numer "Vogue'a". Uwielbiałyśmy Penelope Tree; miała długą prostą grzywkę, która niemal przesłaniała jej twarz. Postanowiłam także zrobić sobie grzywkę - długą. Zakryła czoło, ale nie rozwiązała problemu. Problemem była moja fiksacja na punkcie ładności. Mama nie udzieliła mi żadnych wskazówek, co robić z twarzą. Odnosiłam czasem wrażenie, że w kwestii urody nie wiązała z moją osobą większych nadziei. Podsuwała za to mnóstwo pomysłów dotyczących stylu. W gruncie rzeczy byłoby może lepiej, gdyby dała mi nieco mniej swobody wyrazu w zakresie ubioru.
Ale, hej, tworzyłyśmy, moim zdaniem, całkiem zgrany zespół. Nie ukończyłam jeszcze piętnastu lat, a już projektowałam większość swoich ubrań, natomiast mama je szyła. Przez "projektowanie" rozumiem przerabianie gotowych wykrojów i zmienianie w nich drobnych detali. Podstawowy fason pozostawał ten sam. Mama była wielką zwolenniczką sukienek "na poczekaniu". Były tak proste w szyciu, że można było "usiąść do szycia po śniadaniu... i wyjść w gotowej sukience na obiad!". Sprawą podstawową był materiał. Wszystkie tkaniny dostępne w sieciach Woolworth albo Penney były zdecydowanie zbyt oklepane. Rozszerzyłyśmy z mamą pole poszukiwań i uderzyłyśmy do sklepu charytatywnego Dobrej Woli, gdzie znalazłyśmy istną skarbnicę ubrań czekających, aż ktoś da im drugie życie: w groszki, paski, szkocką kratę. Cięłyśmy tweedowe męskie marynarki i szyłyśmy z nich patchworkowe minispódnice. Oczywiście wszystko spadło na mamę. Nauka szycia zupełnie mnie nie interesowała. Boże, tylko nie to. Liczyły się wyłącznie efekty - szybkie efekty i wygląd.
Byłam nieświadoma faktu, że mama kwestionuje moją prezencję, póki nie natknęłam się na coś, co napisała w 1962 roku. Pod nagłówkiem "Diane" zanotowała:
Diane nosi włosy nastroszone na co najmniej dziesięć centymetrów. Jej spódnice kończą się jakieś osiem centymetrów powyżej kolan i choć wszyscy niemiłosiernie się z niej nabijamy, ogólny efekt jest chyba całkiem ładny. Według nas, domowników, najlepiej wygląda wieczorami, kiedy nie ma natapirowanych włosów, wkłada wygodne spodnie i nie nosi makijażu. W przedostatniej klasie liceum zrobiła się z niej bardzo zdecydowana osóbka. Ma w sobie niezależność. Reprezentuje zbiór wartości, które ustanowiła sama dla siebie. W tej kwestii jest nieugięta. Pewnym sposobem na porażkę w dyskusji z Diane jest powiedzenie jej, co powinna robić lub myśleć. Podejmuje decyzje samodzielnie.
I rzeczywiście je podejmowałam, dzięki niej. Moim absolutnie ulubionym strojem była dziwaczna kreacja, którą wykombinowałyśmy na uroczystość ukończenia liceum w 1963 roku. Po przerobieniu znalezionego w żurnalu wykroju na sukienkę mini, który mama kupiła w domu towarowym Newberry, gdzie pracowałam w dziale biustonoszy, udałyśmy się do sklepu charytatywnego i znalazłyśmy idealną tkaninę w czarno-białe grochy, z której była uszyta szmizjerka z rozkloszowanym dołem. A później zaszalałyśmy i kupiłyśmy drogie buty na obcasie z białej słomki, ze spiczastymi noskami i czarnymi pomponami. Dobrałam do nich czarne pończochy ze szwem, żeby wyglądać trochę modniej. Wymyśliłam nawet taką teorię: jeśli ukryję twarz, a podkreślę mój największy atut, za który uznałam uśmiech, zwrócę na siebie większą uwagę. Potem jednak wydarzyło się coś, co odmieniło moje życie. Szperałam w naszym drugim ulubionym sklepie dobroczynnym Armii Zbawienia, aż nagle mnie olśniło: kapelusz, stary męski melonik. Włożyłam go na głowę - i to był strzał w dziesiątkę!
Po raz pierwszy mama stanęła okoniem. "Jest świetny, ale nie na tę okazję, Diane".
Zjawiwszy się na rozdaniu świadectw, osiągnęłam pożądany efekt. Mój uśmiech się wyróżniał i przykuwałam uwagę wszystkich. Nie miało znaczenia, czy wyglądam komicznie; mimo przeciwności udowodniłam, że stać mnie na coś więcej niż bycie zwykłą szarą myszką. A mama miała rację w kwestii kapelusza. Lepiej było zachować go na inną okazję.
2
Mało prawdopodobne
Kiedy byłam mała, nie rozumiałam taty. Nie robił nic innego, tylko bez końca przypominał o gaszeniu światła, zamykaniu drzwi lodówki i jedzeniu tego, co ugotowała mama, pod groźbą spania w garażu. Każdego dnia wkładał do pracy w zakładach energii i gospodarki wodnej tę samą szarą marynarkę i krawat w paski. Powtarzał: "Wypij całe mleko, będziesz miała mocne kości", "Pamiętaj o używaniu słów proszę i dziękuję" oraz - nieustannie - "O wszystko pytaj". Dlaczego taki był? W kółko zadawałam mamie to pytanie. A mama za każdym razem odpowiadała, że jest zajęty i ma mnóstwo ważnych spraw na głowie. On miał jakieś sprawy na głowie? Ciekawe jakie? Wcale nie pomagała mi zrozumieć ojca. Jedyna podpowiedź mieszkała kilka kilometrów dalej, ale wszyscy się jej bali, ja zaś nie byłam tu żadnym wyjątkiem.
Nie chodziło o babcię Keaton; skądże znowu, chodziło o całe metr siedemdziesiąt pięć babci Hall o brązowych włosach i srogim obliczu. Mawiała, że nie przekonała się do noszenia wielu żywych kolorów, ponieważ "zajmuje swoją osobą sporo miejsca" i chciała, żeby wszyscy widzieli ją "taką, jaką jest". Babcia Keaton skomentowała, że przyczyną krzywicy taty było niekarmienie go przez panią Hall pożywnym jedzeniem, które wyprostowałoby mu nogi; w rezultacie wyginały się do tyłu jak żagiel na łódce. Nie myliła się.
Mimo że babcia Hall mieszkała blisko babci Keaton, nie zaprzyjaźniły się. Nietrudno zrozumieć dlaczego. Twarz babci Hall była naznaczona sceptycyzmem, natomiast oblicze babci Keaton promieniało wiarą. Co niedziela babcia Keaton piekła anielski biszkopt z siedmiominutowym lukrem, serwowany z domowymi lodami i lemoniadą w wysokich szklankach. Raz do roku babcia Hall robiła z gotowego proszku biszkopt z piekła rodem. Babcia Keaton była bogobojną chrześcijanką. Babcia Hall była pobożną katoliczką. Babcia Keaton wierzyła w niebo. Babcia Hall uważała to za "stek bzdur".
Po tym, jak jej mąż przepadł w latach dwudziestych jak kamień w wodzie, Mary Alice Hall przeprowadziła się z Nebraski do Kalifornii wraz z synem Jackiem oraz siostrą Sadie. W owym czasie z pewnością niełatwo było chłopcu wychowywać się bez ojca. Mary Hall nie udzielała żadnych wyjaśnień. Wciąż pozostaje bez odpowiedzi pytanie, czy tato był bękartem, czy też, jak twierdziła Mary, Chester rzeczywiście zmarł przed narodzinami Jacka. Jakakolwiek była prawda, Mary, twarda, mocno stąpająca po ziemi irlandzka katoliczka, pozbierała się po ciosie i pożegnała jedenaścioro rodzeństwa, matkę, ojca oraz podupadłą farmę rodzinną w Nebrasce. Nie oglądała się za siebie.
Nikt nie wie, skąd wytrzasnęła pieniądze na kupno dwupoziomowego bliźniaka w stylu hiszpańskim kilka przecznic na północ od nowej autostrady 110. Wynajęła parter swojej siostrze Sadie, mężowi Sadie, Eddiemu oraz ich późno urodzonemu synowi, kuzynowi Charliemu. Mary dzieliła piętro z George'em Olsenem, który wynajmował pokój na końcu korytarza, obok pokoju taty. Nie wiadomo, kim George był dla Mary. Nikt o to nie pytał. Babcia niechętnie opowiadała o swoim życiu osobistym.
Mary mieszkała przy Range View Avenue 5223 aż do śmierci, która dosięgła ją w jadalni, tej samej, do której mama i tato wlekli nas ze sobą co roku w Dzień Dziękczynienia. Pewnego razu czmychnęłam korytarzem, zakradłam się do jej pokoju, ostrożnie otworzyłam komodę i znalazłam zbiór ćwiarteczek poupychanych w starych skarpetach. Byłam tak podekscytowana tym odkryciem, że podzieliłam się nim nawet z kuzynem Charliem, który miał mnie głęboko w nosie, od kiedy pokłóciliśmy się o jego głupiego katolickiego Boga. Oznajmił, że jestem idiotką i że zbiór ćwiarteczek to pestka w porównaniu z workami studolarówek, które znalazł pod podłogą garderoby na zimową odzież.
Babcia była bardziej męska niż kobieca i tak też wyglądała. Uwielbiała opisywać siebie jako kobietę interesu, która nic nikomu nie zawdzięcza i wynajmuje pokoje lokatorom. "Interesuje mnie świat handlu. Chcę zarobić kupę forsy, i to szybko". W istocie rzeczy Mary Alice Hall była lichwiarką, która bezwstydnie krążyła po okolicy, inkasując pożyczone na wysoki procent środki płatnicze od ludzi, którym nie dopisało w życiu szczęście. Miała jeden cel: zdobyć i gromadzić pieniądze, góry pieniędzy. Z taką samą "otwartością i jawnością" wybierała codzienną prasę. Dumnie prenumerowała "Herald Express", "gazetę adresowaną do nizin społecznych, ludzi, których interesują morderstwa, UFO oraz wyniki rozgrywek sportowych". Nie była pretensjonalna ani nadęta. Rozumiała ludzi, którzy nagle zapadali się pod ziemię, bo wpakowali się w parszywe małżeństwo, mieli puste konto w banku albo popełnili drobne przestępstwa. Dlaczego miałaby nie czytać o całej masie banalnych, pospolitych i smutnych historii, z których składało się życie większości ludzi?
Macierzyństwo w wydaniu Mary opierało się na prostej zasadzie: jeśli Jack źle się zachowywał, zamykała go w komórce i wychodziła. Ni mniej, ni więcej. Kiedy jej brata Emmeta, nicponia i szulera, prześladował pech, kazała małemu Jackiemu dzielić z nim pokój. Na pewno sobie pomyślała: a co tam, przyda się dodatkowa forsa. Zdaniem taty Emmet był niemoralny. Tuż przed zapisaniem się taty na Uniwersytet Południowej Kalifornii Emmet wyłudził od niego sto dolarów. Nie rozmawiali ze sobą przez dwa lata, mimo że nadal mieszkali w tym samym pokoju. Tato nienawidził Emmeta, ale z ich wymuszonego sojuszu wynikło jednak coś dobrego. Jack Hall nie został kłamcą ani oszustem, jak jego cuchnący cygarami wuj.
Tato nigdy nie poznał imienia swojego ojca. Podobnie jak cała reszta, nie pytał. Mary pilnowała, by nikt nie wspominał mężczyzny zwanego Chester. Ciotka Sadie dostosowała się do nakazu i trzymała język za zębami. Mama również. Ostatnią rzeczą, jakiej pragnęła Dorothy, była konfrontacja z teściową. Nie warto było zadzierać z Mary Alice Hall. Zagadka pozostała nierozwiązana, póki nie natknęłam się w segregatorze mamy na artykuł z gazety.
Żona od 9 lat poszukuje męża; domaga się wypłaty ubezpieczeniaPoniedziałek, 23 czerwca 1930. Jest pewna, że mąż nie żyje, tak twierdzi. Zniknął trzy miesiące po ślubie.
Los podobny do losu Evangeliny z wiersza Longfellowa podzieliła Mary Hall. Z tą różnicą, że nie wytrzymała tak długo jak bohaterka romantycznego poematu. Przeczesała kraj od wybrzeża do wybrzeża, poszukując Chestera N. Halla, który odszedł od niej dziewięć lat temu, wkrótce po ślubie wziętym w Omaha. Nigdy później nie miała od niego żadnej wiadomości i uznała go za zmarłego. "Gdyby żył, na pewno by do mnie wrócił", stwierdziła. "Łączyła nas wielka miłość".
Taką historię przedstawiono we wniosku złożonym w imieniu pani Hall przez adwokata Harry'ego Hunta, w którym małżonka domaga się prawnego uznania Halla za zmarłego, aby mogła odebrać jego ubezpieczenie na życie w kwocie tysiąca dolarów.
26 czerwca 1921 roku, trzy miesiące po zawarciu małżeństwa, Hall wrócił do domu melancholijny i przygnębiony. Miał dobrą pracę, więc żona nie mogła zrozumieć powodów takiego nastroju. "Około dziewiątej", relacjonowała kobieta, "wziął kapelusz i oznajmił, że idzie do kina. Już nigdy nie wrócił". Pani Hall przyjechała do Kalifornii z ich wspólnym synem Jackiem cztery lata temu. Twierdzi, że podjęła wszelkie możliwe próby zlokalizowania Halla.
Zanim Jack Newton Ignatius Hall dorósł i został inżynierem budownictwa, był małym synkiem Mary Hall. Można sobie tylko wyobrazić, jak to wyglądało. Matka była kobietą z jajami czy - jak powiedziałby mój syn Duke, "ze starymi woreczkami na orzechy". Zanim tato zaczął kroić wzdłuż i w poprzek ziemię pod osiedla mieszkaniowe w Orange County w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, stał z nosem przyciśniętym do szyby i obserwował, jak matka rżnie do północy w pokera na stateczku hazardowym zacumowanym u wybrzeży Cataliny. Nim zainicjował pionierski projekt budowania systemu krawężników i rynsztoków bezpiecznie odprowadzających wodę do kanałów burzowych, uprawiał skoki do wody w uniwersyteckiej drużynie pływackiej. W życiu dorosłym Jack Hall chlubił się dzieleniem gruntu na parcele z matematyczną logiką.
Czasem zastanawiam się, czy tato nie postanowił zostać inżynierem budowlanym właśnie dlatego, że dawało mu to złudne poczucie możliwości zmieniania czegoś tak ogromnego i nieprzewidywalnego jak ziemia. W dzieciństwie nauczył się, że nigdy nie zdoła zmienić swojej matki. Mary Hall nie miała najmniejszego zamiaru przytulać go czy też chwalić albo ocierać mu łez. Żadna bliskość nie była mu pisana. Może dlatego skierował swoje starania na tę drugą matkę, Matkę Ziemię. Gdy się teraz nad tym zastanawiam, łatwiej mi zrozumieć, w jaki sposób tato znajdował wspólny język - czy raczej nie znajdował - z naszą mamą oraz nami, dziećmi.
Od czasu do czasu próbował wcisnąć się w wewnętrzny krąg Dorothy: to znaczy w świat nas, dzieci. Był wszak naszym ojcem. Ale jak miał dopasować się do trudnych do zrozumienia dzieci i nerwowej, przewrażliwionej żony? Co wieczór wracał z pracy do domu i co wieczór my, domownicy, przerywaliśmy nasze zajęcia, gdy tylko przestąpił próg i witaliśmy go przyjaznym, acz zdystansowanym murem milczenia. Z przykrością przyznaję, że nigdy nie zaprosiliśmy go do wspólnej zabawy. Tato chyba się z tym pogodził, podobnie jak wcześniej zaakceptował takie zachowanie ze strony własnej matki.
Trzy opowieści
Tato opowiedział nam, dzieciom, dosłownie trzy historie o dorastaniu i ani jednej więcej. Była zatem opowieść o krzywicy w dzieciństwie, tak strasznej, że musiał chodzić w aparacie ortopedycznym. Była opowieść, jak to babcia Hall kazała mu grać na klarnecie w orkiestrze dętej pułkownika Parkera, chociaż absolutnie nie znosił tego instrumentu. I była też jego ulubiona: o poznaniu mamy na meczu koszykówki w Los Angeles Pacific College, gdy mieli po dziewiętnaście lat, i jak to od razu wiedział, że ona jest dla niego tą jedyną kobietą na świecie. Zakończenie brzmiało zawsze tak samo: "Pół roku później uciekliśmy z waszą mamcią i cichcem wzięliśmy ślub w Las Vegas". I tyle. Albo, jak powiedziałaby Mary, szast-prast i po zawodach.
Trzy wspomnienia
Kiedy miałam dziewięć lat, tato nauczył mnie otwierać owoc granatu. Brał nóż, nacinał skórkę po obwodzie, chwytał rękami z obu stron i z trzaskiem rozdzielał na dwie części. W środku znajdowała się skarbnica pestek podobnych do małych klejnotów - granatów, moich szczęśliwych kamieni. Zatapiałam zęby w owocu. Miażdżyłam ustami pięćdziesiąt czerwonych klejnocików naraz. Jakbym jednocześnie wgryzała się w niebo i ziemię.
Nie było takiej rodzinnej wycieczki, która nie prowadziłaby nad brzeg oceanu. Wszystko jedno, czy obozowaliśmy w Guaymas, czy w Ensenada, czy dalej, za Santa Barbara; co wieczór tato siadał i wpatrywał się w wody Pacyfiku, swojego uległego przyjaciela. Wieczór był dla niego chwilą wytchnienia. Gdy byłam starsza, przyłączałam się do niego ze szklanką 7up z lodem. Siedzieliśmy w milczeniu. A potem: "Twoja matka to prawdziwa piękność". "Twoja mamcia - mój Boże, czy ja ją kocham, czy co?" "Di-annie, wyświadcz mi przysługę i nie zapomnij powiedzieć mamie, że ugotowała pyszny obiad". Komplementy były taty sposobem na zagłuszenie poczucia winy z powodu podporządkowanej roli mamy w domu. Troszczył się o Dorothy, ale nie na tyle, by zmienić swoją postawę. Nigdy nie zastanawiał się nad zmianą podejścia. Zatopiwszy wzrok w oceanie, zapewne rzucał w jego ciszę słowa nagromadzonych przez lata przeprosin. Może sądził, że wszystkie strapienia odejdą wraz z odpływem.
Myślałam, że umieram. Nie mogłam oddychać. Astma była wystarczająco paskudna, ale koklusz bił ją na głowę. Kiedy tato przekręcił mnie do góry nogami, niemal natychmiast odzyskałam oddech. Jakby zdarzył się cud. Mama martwiła się tak bardzo, że przez dwa miesiące czwartej klasy nie pozwalała mi chodzić do szkoły. Codziennie smarowała mi klatkę piersiową vaporubem, a co godzina serwowała 7up z lodem. Czasem nawet pozwalała oglądać telewizję. Któregoś wieczoru obejrzeliśmy z tatą dramat o bardzo leciwej pani, której pies przewodnik zginął pod kołami ciężarówki. Zapytałam tatę, dlaczego Bóg pozwolił umrzeć niewinnemu psu. Odpowiedział, że nie należy się bać. Zabrzmiało to w jego ustach dość dziwne, ponieważ sama słyszałam, jaka mama mówiła cioci Marthcie, że tato zemdlał, kiedy wcześniej tego samego dnia ukłuł się kolcem róży. Nigdy nie uważałam taty za tchórza. Bądź co bądź, uratował mi życie. A ze strony Boga wydawało się podłe, że pozwolił, aby naprawdę sędziwa staruszka z telewizji straciła psa, skoro i jej samej nie pozostało już wiele życia. Zapytałam więc tatę: "Dlaczego starzy ludzie muszą umrzeć tylko dlatego, że są starzy?". Posadził mnie sobie na kolanach i odparł: "Starzy ludzie żyją już długo i są przygotowani na śmierć. Nie martw się, Diane, oni nie cierpią". Dał mi całusa, zsadził mnie z kolan i kazał szykować się do spania. Tamtego wieczoru słyszałam, jak mama i tato rozmawiają za zamkniętymi drzwiami. Może tato czuł się przy mamie na tyle bezpiecznie, by opowiedzieć jej o tak przerażających rzeczach jak róże, które przyprawiają go o utratę przytomności, albo jak ukochany pies ginący w głupim wypadku, albo po prostu starość.
Myśl pozytywnie
Tato znalazł swoją biblię, a raczej dwie biblie, w postaci książek Moc pozytywnego myślenia Normana Vincenta Peale'a oraz I ty możesz być liderem: jak zdobyć przyjaciół, wpływać na ludzi i skutecznie zmienić świat Dale'a Carnegiego. Pewnie dlatego posługiwał się frazesami, okraszając je dodatkowo hasłami w rodzaju "myśl pozytywnie". Jako dziewczynka powtarzałam je w kółko w nadziei, że nauczę się pozytywnie myśleć i działać. Gdy zapytałam tatę, dlaczego najwyraźniej nic z tego nie wynika, odpowiadał nieodmiennie: "Spróbuj jeszcze raz". Ale co oznaczało owo bycie pozytywnym? A co bardziej istotne, czym było myślenie? Chciałam wiedzieć. Jak zwykle powiedział mi, żebym nie ustawała w zadawaniu pytań, i jak zwykle posłuchałam jego rady.
Przeprowadziliśmy się do beżowego, obitego deskami domku na osiedlu otoczonym hektarami gajów pomarańczowych przy North Wright Street 905 w Santa Ana. Był rok 1957. Nie sposób było oprzeć się utopijnej wizji, jaką południowa Kalifornia roztaczała przed tymi z nas, którzy dorastali w latach pięćdziesiątych. Wierzyliśmy, że posiadanie buicka kombi, motorówki oraz basenu zagwarantuje nam szczęście. Nie upłynęło wiele czasu, a gaje pomarańczowe zaczęły znikać na rzecz kolejnych osiedli o nazwach w rodzaju "Słoneczne rezydencje". Zrównanie z ziemią drzewek pomarańczy w hrabstwie pomarańczy napełniło mnie smutkiem i zwierzyłam się z tego tacie. Jego odpowiedź była zwięzła. "Takie jest życie, Diane, tak to wygląda". Na swój własny nieudolny sposób zaufałam jego wierze w ziszczenie się amerykańskiego marzenia, ale wytrzebienie drzewek pomarańczowych na długo zapadło mi w pamięć.
Przeprowadzka do Santa Barbara była moim wstępem do okresu dojrzewania. Nie dość, że miałam stać się młodą kobietą, to tato zaczął mówić, jaka to będę ładna i jak to zakocha się we mnie na zabój jakiś chłopak i czy nie będzie wtedy fajnie? Nie chciałam, żeby kochał mnie jakiś chłopak, ani trochę, ani przez ułamek sekundy. Zaczęłam snuć teorie, o ileż byłoby lepiej, gdyby kochało mnie wielu ludzi zamiast jednego kłopotliwego i trudnego do zrozumienia chłopaka. Między innymi właśnie ten ledwo uświadomiony pogląd przypadkowo pociągnął mnie ku aktorstwu. Wiele komunikatów taty stało się usprawiedliwieniem dla poszukiwania publiczności zamiast bliskości. Bliskość, podobnie jak picie i palenie, była czymś, czego należało się wystrzegać. Bliskość oznaczała miłość tylko jednej osoby, a nie tysięcy, milionów. Przypomniała mi się mama na scenie hotelu Ambassador i niezadowolenie taty, że musi dzielić się nią z innymi.
Znaleźliśmy drogę do prowadzenia bardziej satysfakcjonujących rozmów po wygraniu przeze mnie szkolnej debaty w gimnazjum Willarda. Zapoczątkowało to liczne wieczorne dysputy nad rozwiązywaniem problemów rodzinnych oraz polityką lokalną. Tato był republikaninem. Opowiadał się za niższymi podatkami i większą dyscypliną. Mama, zdeklarowana demokratka, wierzyła w wyższe opodatkowanie i większą pobłażliwość wobec nas, dzieci. Ja postanowiłam występować w jej obronie. To, co działo się w ferworze naszych polemik, stało się dla mnie czynnikiem decydującym w przyszłości. Im bardziej zagorzała była dyskusja, tym celniejsze wytaczałam argumenty. Kierowanie się impulsem zaowocowało czymś szaleńczo ekscytującym: uruchamiało myślenie. Walczenie o coś w bezpiecznych ramach formalnego kontekstu stało się moją drogą do osobistego wyrazu, ale, co bardziej istotne, dało mi także okazję poznania taty od innej strony. Okazał się znakomitym dyskutantem. W dodatku dowcipnym. Liczyły się nie tyle temat czy treść naszych rozważań, co wspólne przeżywanie. Było mi absolutnie wszystko jedno, czy przegram, czy nie. Wtedy jeszcze tego nie wiedziałam, ale okazało się to punktem zwrotnym w moich relacjach z tatą. Uczyłam się, jak sterować czymś zupełnie nowym: tokiem myślenia taty.
Trója z minusem
Gdy miałam czternaście lat, mama wręczyła mi po szkolnej wywiadówce w ósmej klasie Mój pamiętnik. W taki oto sposób zareagowała na moją tróję z minusem z angielskiego. Umieszczono mnie w grupie tak zwanych tumanów, wraz z dwujęzycznymi Meksykankami, niegrzecznymi chłopcami oraz rozkojarzonymi, bujającymi w obłokach indywiduami mojego pokroju. Z dobrze rozwiniętymi dziewczynami z Meksyku połączyły mnie wspólne niedostatki wiedzy i zawarłyśmy ze sobą przyjaźń. Wzięły pod swoje skrzydła małą Diane o silnej osobowości, która nie wkroczyła jeszcze w okres dojrzewania. Były przychylne i życzliwe, stanowiły wspaniałą widownię dla moich wpadek. Po trzech latach zajęć wyrównawczych z angielskiego nadal nie potrafiłam odróżnić spójnika od przyimka, tudzież rzeczownika pospolitego od nazwy własnej. W tamtych czasach nie stosowano żadnych alternatywnych metod nauczania, by pomóc takim dzieciom jak my. Byłam rozwinięta emocjonalnie, ale nie rozumiałam, czego nas uczą. Czy to w ogóle było nauczanie? Wątpię. Wydaje mi się, że zwyczajnie nas zbywali. Mama nie dostawała kręćka na punkcie odrabiania lekcji. Wolała zajmować się moimi aspiracjami. Na przykład to ona wpadła na pomysł zaczernienia zębów, kiedy poszłam na przesłuchanie do konkursu młodych talentów, gdzie miałam zaprezentować piosenkę All I Want for Christmas Is My Two Front Teeth (Wszystko, czego pragnę na Gwiazdkę, to dwa przednie zęby). Kiedy należałam do grupy wokalnej The Melodette, poradziła mi, żebym zwróciła się do pana Andersona, naszego chórmistrza, z propozycją śpiewania duetów, takich jak Anything You Can Do I Can Do Better (Cokolwiek zrobisz, ja potrafię to lepiej), zanim podejmę próbę przekonania go, że poradzę sobie z zaśpiewaniem solo szlagieru Doris Day When the Red Red Robin Comes Bob Bob Bobbin' Along. Mama wspierała wszystkie moje zapędy wokalno-aktorskie, ale tamta wywiadówka musiała utwierdzić ją w przekonaniu, że Mój pamiętnik pomoże nauczyć mnie szacunku dla potęgi słowa.
Drogi Pamiętniku,
chciałabym mieć chłopaka. Nigdy nie będą się podobać chłopakom, bo jestem płaska jak deska. No, może jeden by się znalazł, ale też nie na pewno. Jest taki jeden Joe Gibbins, ale przyłapali go dzisiaj na wąchaniu kleju. Rety. Paskudna sprawa. Mam nadzieję, że nigdy nie poznam innego, który to robi. Przenigdy.
Chciałabym śpiewać jak Megan. Będzie brała lekcje u Kenny'ego Akina. I w dodatku dostaje wszystkie solówki. Oczywiście każdy uważa, że jest świetna. Poproszę mamę, żeby też pozwoliła mi pobierać lekcje śpiewu u Kenny'ego Akina. On organizuje mnóstwo występów w Orange County.
Drogi Pamiętniku,
dzisiaj poszłam z Virginią Odenath i Pat Amthor do miasta. Bez przerwy ze sobą gadały. A do tego Pat wypaplała Virginii, że podoba mi się Larry Blair. Nie cierpię jej w każdym calu i tych jej spuchniętych ust. A potem oczywiście Virginia nie omieszkała mi powiedzieć, że Larry'emu podoba się Genene Seeton. No i niech ją sobie weźmie. Mało tego, ktoś przepowiedział na jutro koniec świata, a ze sprawdzianu z algebry dostałam pałę.
Jedno, co dobre, to to, że mama zgodziła się na lekcje. A więc wreszcie będę śpiewać z Megan. Bomba.
Kochany Pamiętniku,
uważam, że to po prostu nie fair, że Kenny Akin nigdy nie daje mi szansy zaśpiewać solo. Jestem tu nikim. Na bank. Może nie nadszedł jeszcze mój czas. No dobra.
Kochany Pamiętniku,
dowiedziałam się dzisiaj, że Megan jest adoptowana, a jej siostra dostała pomieszania zmysłów i próbowała się zabić. To strasznie smutne. Dlaczego ktoś miałby chcieć umrzeć? Przede wszystkim chciałabym, żeby nikt nie musiał umierać. To zbyt okropne. Modlę się, żeby w niebie wszyscy byli szczęśliwi i nie pamiętali, jak to jest, kiedy człowiek chce się zabić, tak jak siostra Megan.
Kochany Pamiętniku,
wreszcie odważyłam się zaprosić chłopaka na potańcówkę. I powiedział, że ze mną pójdzie. Bosko, no nie? Jest z tych, co to mają powodzenie. Można z nim boki zrywać. Zawsze nazywa mnie głupolem. Zgadnij, kto to? Ronnie McNeeley. Nie mogę się doczekać, kiedy powiem o tym Mahali Hoien, mojej nowej najlepszej koleżance. Nosi koszule w rozmiarze 18. I to jest w tym wszystkim najfajniejsze. Dziewczyny mają uszyć chłopakom koszule pasujące do ich bluzek. Czy to nie super?
Kochany Pamiętniku,
biały taniec był całkowitą katastrofą. Myślałam, że zapowiada się ubaw po pachy. Nic z tego. Ronnie zachowywał się tak, jakbym nie dorastała mu do pięt. W dodatku poprosił do tańca Pat Amthor zamiast mnie. I miał czelność wyjść przed końcem. Gardzę nim (i go przeklinam). Powinien był zatańczyć ze mną chociaż raz. To okropne. Chłopcy po prostu mnie nie lubią. Nie jestem wystarczająco ładna.
Kochany Pamiętniku,
na Boże Narodzenie Kenny wystawił przedstawienie operowe zatytułowane Amahl i nocni goście. Megan grała główną rolę. O rany, czy wszyscy tak jej nadskakują? Na przykład Judy pyta: "Zimno ci, Megan?", Virginia oferuje: "Megan, proszę, weź mój płaszcz". A ja tu zamarzam. Myślisz, że mnie ktoś by zaproponował płaszcz?
Kenny przeprowadził dzisiaj ze mną długą rozmowę i powiedział, że w przyszłym roku będzie często mnie obsadzał. I że zostanę kiedyś doskonałą artystką komediową. Ha, ha.
Kenny Akin
Kenny Akin znany był jako "Pan Muzyka z Orange County". Wyglądał jak mierzący metr osiemdziesiąt wzrostu sobowtór marionetki Howdy Doody z popularnego programu dla dzieci, animowanej przez Buffalo Boba. Chociaż nie potrafiłam połapać się w sensie relacji uczeń-nauczyciel z tą imponującą postacią, musiałam intuicyjnie czuć, że ten człowiek jest środkiem prowadzącym mnie do celu. Poza wystawieniem i wyreżyserowaniem musicalu Kismet, Oklahoma! oraz operetki Babes in Toyland Kenny Akin kierował własnym studiem wokalno-aktorskim oraz śpiewał jako główny tenor w licznych spektaklach operowych od Los Angeles po San Bernardino County. Protegowana Kenny'ego, Megan, oraz ja miałyśmy po trzynaście lat, z tą różnicą, że Megan była atrakcyjna, opanowana, pewna siebie i miała absolutnie zabójczy głos. Nie ma co mydlić sobie oczu: Kenny uważał Megan za bliską ideału. Ja zaś jawiłam się w jego oczach wyłącznie jako jedna wielka POMYŁKA.
Dzięki Bogu nigdy nie przekonał się do modelu atrakcyjności, jaki reprezentowałam. Odrzucenie przez Akina dało mi wolę wytrwania na tyle długo, by znaleźć furtkę, która zmusiłaby go do dania mi szansy. Tą furtką była jak zwykle moja mama. Przy filiżance kawy w kuchni opowiedziałam jej, że Kenny powierza Megan wszystkie duże role. Mama nic nie odrzekła, pokręciła tylko głową. Wiem jednak na sto procent, że odbyła małą pogawędkę z panem Akinem, ponieważ kilka dni później widziałam ich przez szparę w drzwiach jego gabinetu. Wszystko, co mogę powiedzieć, to to, że Dorothy Deanne Keaton Hall potrafiła być bardzo przekonująca, gdy gra toczyła się o jej dzieci.
Po rozmowie mamy przydzielano mi role epizodyczne, które doprowadziły w końcu do roli Szmacianej Lalki w Babes in Toyland. Musiałam odnieść sukces, ponieważ Kenny zaczął traktować mnie poważniej. A wtedy ja zaczęłam traktować mniej poważnie Kenny'ego. Nie minęło wiele czasu, gdy oznajmiłam mamie, że nie chcę już pobierać u niego lekcji. Nauczyłam się od niego wszystkiego, co było mi potrzebne. Nie potrafiłam formułować swoich myśli, ale mając już na swoim koncie niemałe doświadczenie, umiałam nie poddawać się wystarczająco długo, by utorować sobie drogę do publiczności. To publiczność ma przesądzić o moim losie, a nie pan Kenny Akin. Zawsze sądziłam, że poczuję się zmiażdżona przez ludzi, którym nie przypadnę do gustu. Tymczasem nic podobnego. Znajdzie się jeszcze wielu takich Kennych Akinów, którzy będą na mnie skazani, czy im się to podoba, czy nie.
Oklaski
Tamtego wieczoru, kiedy zaśpiewałam Matę Hari w naszej szkolnej inscenizacji musicalu Little Mary Sunshine, nie było żadnej rozmowy z rodzicami. Przedstawienie wyreżyserowane przez naszego nauczyciela teatru, pana Roberta Leasinga, było godne Broadwayu - przynajmniej w moim mniemaniu. Grałam drugą główną rolę, Nancy Twinkle, która uwielbia flirtować z mężczyznami. Do głowy mi nie przyszło, że śpiewana przez moją bohaterkę piosenka Mata Hari zbierze burzę oklasków. Biegałam w kółko po scenie, śpiewając o słynnej kobiecie szpiegu, która "szpieguje i zbiera informacje, robiąc to i tamto", a w wielkim finale zjechałam po linie do kanału dla orkiestry. I wtedy usłyszałam eksplozję. Były to oklaski. Kiedy mama i tato zjawili się u mnie za kulisami, ich twarze promieniały. Tato miał łzy w oczach. Nigdy nie widziałam go tak podekscytowanego. Więcej niż podekscytowanego - zdumionego. Właśnie tak. Widziałam, że zaskoczyła go jego nieudolna córka - ta, która oblała algebrę, rozbiła jego nowego forda kombi starym buickiem kombi i spędzała pół godziny w łazience, zużywając całe opakowanie lakieru do włosów. Przez jeden porywający moment byłam jego wyścigowym koniem Seabiscuit, Audrey Hepburn i Wonder Woman w jednej osobie. Byłam Amelią Earhart dokonującą samotnego przelotu nad Atlantykiem. Byłam jego bohaterką.
Później tato chwalił się moją karierą, ale to Mata Hari stała się przełomem w naszych relacjach. Nie powiedział nic. Wszystko - każda bezcenna sekunda - zawierało się w jego przenikliwych, jasnoniebieskich oczach. Tych samych, w których zakochała się mama. Nie było już odwrotu.