Wciąż mnie prześladują - Jennifer Lee

Reflow text when sidebars are open.
Jestli to sztylet, co przed sobą widzę,Ze zwróconą ku mej dłoni rękojeścią?
I
Oto najstarsza z pokus. Nie władza, nie złoto, za które ją kupisz, nie miłość ani nawet głębokie, trawiące duszę płomienie żądzy. Tym, czego pragniemy najbardziej, jest wiedza. Ale nie każda wiedza. Pragniemy wiedzy zakazanej, nieśmiertelnej, uwodzicielskiej i zdradliwej niczym błędny ognik migocący jak nieziemski owoc wśród ciemnych gałęzi.
Taką przynajmniej opowieść podsuwa Księga Rodzaju. Oczywiście nie wierzę we wszystko, co mówi Pismo Święte. Ale to dobra opowieść, a ja lubię opowieści. A poza tym niezależnie od tego, czy wiedza jest najstarszą z pokus, jest niewątpliwie pokusą najniebezpieczniejszą. Urzekającą w dawnym, pełnym sensie tego słowa. Na to mogę przysiąc. Urzekła także mnie i zwabiła na krawędź przepaści, bliżej, niż byłam gotowa przyznać.
W moim przypadku wabikiem był głos, niski, melodyjny. Tak to w każdym razie zapamiętałam. Wciąż ją widzę: podchodzi do wysokiego okna, odsuwa jasnoniebieskie haftowane zasłony z chińskimi smokami i otwiera oba skrzydła na chłód szkockiej nocy. Do pokoju wpada ostry zapach sosen, jedwab drga, smoki zdają się wić i ją oplatać.
Wiekową, bardzo bladą twarz dobiegającej siedemdziesiątki lady Nairn pokrywała siateczka zmarszczek delikatnych jak chińska porcelana. Skąpana w księżycowym blasku, z rękami wciśniętymi głęboko w kieszenie żakietu, ze zwiewnym szalem na szyi i ściągniętymi w elegancki kok francuski włosami barwy najbledszego złota, stara dama zdawała się świecić własnym światłem.
To jedno z Sidlaws - powiedziała w zadumie, patrząc przez okno na wzgórze dominujące w krajobrazie. Wzgórze osobne, dziwnego kształtu, ze szczytem jak wieża. - Pochodzące od staroangielskiego hlaew słowo law oznacza wzgórze, górę albo kopiec, a także puste miejsce w ich wnętrzu: jaskinię albo kurhan. A sid, z gaelickiego sidhe - wymówiła to jak she - to Dobrzy Ludzie - dokończyła, nie odwracając głowy - Mieszkańcy Zaświatów, czyli wróżki, elfy... To jest wzgórze wróżek.
Wysoka, wyższa ode mnie, wciąż imponowała - po kimś takim nie spodziewałbyś się rozważań o elfach.
Lekko wzruszyła ramionami, jakby otrząsała się z mych myśli.
- Ludzie wchodzący na wzgórze czasem znikali. Mieszkańcy Zaświatów chwytali ich i zabierali na ucztę do zaczarowanych komnat, gdzie czas płynie inaczej, a cudowną aurę przesycają śmiech i śpiew. Większość nie wracała. A powracający byli nawiedzeni. Zelfowani, jak mówią miejscowi. W każdym razie tak głoszą stare legendy. - Rozejrzała się wokół siebie. - Ale wróżki te nie przypominały błonkoskrzydłych kwietnych istot, kruszynek z wiktoriańskich ilustracji. Mówię o wróżkach szkockich. Mylonych czasem z Parkami lub czarownicami, ale nie z wiedźmami przedstawionymi przez Szekspira. W Szkocji wróżki są bystre, piękne, jasnowidzące. I niebezpieczne.
Uderzyła mnie nagle myśl, że osrebrzona światłem księżyca lady Nairn wygląda jak jedna z nich.
- Obowiązująca w tym domu zasada brzmi: "Nie wchodź na to wzgórze sam .
Poznałam ją wcześniej tego wieczoru. Oczywiście dzięki, jakżeby inaczej, Atenaidzie.
Atenaida Dever Preston, drobna siwowłosa kobieta o wielkiej osobowości, mimo mikrej postury zarządzała ogromnym ranczem, zajmującym sporą połać południowo-zachodniego Nowego Meksyku. Mieszkała tam w niebywałym pałacu, którego wzorem był Elsynor Hamleta, pałacu ukrytym w wymarłej osadzie Shakespeare. Po śmierci kuzynki Rosalind Howard, mojej dawnej mentorki z Harvardu, Atenaida uznała, że potrzebuję rodziny i że ona najlepiej mi ją zastąpi.
Tego ranka z głębokiego zawoju snu wyrwał mnie w londyńskim mieszkaniu dzwonek telefonu.
- Moja znajoma chciałaby cię poznać.
- Atenaida? - wychrypiałam. Usiadłam prosto i spojrzałam na zegarek. - Jest piąta rano.
- Nie natychmiast, mija. Wieczorem. Przy kolacji. Jesteś zajęta?
Od tygodnia tęskniłam za randką z Chopinem przy moim pianinie, o kieliszku aksamitnego caberneta, no a potem o bezmyślnym gapieniu się w telewizor. Miałam jednak wobec niej dług nie do spłacenia.
- Nie - zaprzeczyłam niechętnie.
- Nawet z szanownym panem Benjaminem Pearlem?
Zirytowana przełknęłam ślinę. Ben Pearl i ja poznaliśmy się dwa lata temu. Staraliśmy się ubiec mordercę usiłującego zawłaszczyć jedną z zaginionych sztuk Szekspira. Był to afekt, który mógł stopić nas ze sobą jak piorun. Z początku nasze możliwie najczęstsze, roziskrzone jak fajerwerki spotkania musowały niczym smakowity szampan. Przez tydzień, może dziesięć dni, byliśmy nierozłączni i nienasyceni. Ale potem wezwały nas obowiązki zawodowe i nasze ścieżki zaczęły się rozchodzić. Doprowadziło to w końcu do dużych napięć. Sześć miesięcy temu rozstaliśmy się na dobre, ale Atenaida uparcie nie przyjmowała tego do wiadomości.
- No cóż. - Cmoknęła z dezaprobatą. - Prawdziwa miłość zawsze idzie jak po grudzie, powiedział ktoś mądry i młody. A teraz zapisz: Boswell's Court na Castle Hill.
Zaczęłam zapisywać adres, lecz przerwałam w pół słowa. W Londynie nie było żadnego Castle Hill.
- Masz na myśli Parliament Hill? Tower Hill?
- Nie, Castle Hill, mija. W Edynburgu.
- W Edynburgu? - spytałam załamanym, bezkofeinowym głosem.
- Ile jest tam z Londynu... z pięćset kilometrów? - Prychnęła. - Bliżej niż z tego rancza do Santa Fe. Wycieczka, a nie podróż.
- Ale.
- W Boswell's Court o wpół do dziewiątej - ucięła stanowczo. - O wpół do czwartej masz pociąg z King's Cross. Bilet będzie na ciebie czekał. Przyjedziesz, jak mi powiedziano, kwadrans po ósmej. Zdążysz więc dotrzeć na to wzgórze.
- Atenaido...
- Bon appetit, Katharine. Lady Nairn to najbardziej czarująca osoba, jaką znam. Sama przyjemność.
Nim odłożyła słuchawkę, usłyszałam jej perlisty śmiech.
W niemym niedowierzaniu wpatrzyłam się w niebieską poświatę telefonu gasnącą w ciemnościach. No to po Chopinie i debilnym reality show. Z jękiem opadłam na łóżko i parsknęłam śmiechem. Rodzice Atenaidy projektowali kostiumy dla takich gwiazd jak Bette Davis i Grace Kelly, ona zaś, dorobiwszy się miliardów, spędziła życie, obracając się w wytwornych kręgach. Jeśli jej znajoma należała do śmietanki towarzyskiej, z pewnością nie dorastałam jej do pięt.
Po kilku minutach odrzuciłam kołdrę i podreptałam do kuchni na kawę. Z ciekawości przystałam na propozycję Atenaidy, a przynajmniej jej nie odrzuciłam. W końcu mogła mi się spodobać. Nawet bez udziału szanownego pana Benjamina Pearla.
Pociąg dotarł do Edynburga dobrze po zapadnięciu zmroku. Wzdłuż szerokiego bulwaru Princess Street przesuwało się schludne, chociaż zadeszczone, eleganckie Nowe Miasto w stylu Jerzego V, a na strome wzgórze po drugiej stronie dworca, ku osadzonemu na szczycie, skąpanemu w złowieszczo złotej poświacie zamkowi, wspinał się wytrwale średniowieczny gród.
Kilka minut później znalazłam się na tylnym siedzeniu taksówki, która zawiozła mnie na wzgórze krętą, ciemną rozpadliną ulicy pomiędzy wysokimi szarymi kamienicami, śliskimi od wilgoci. Zatrzymała się tuż przed wjazdem na plac przed zamkiem.
- Boswell's Court - poinformował mnie taksiarz, wskazując otwartą bramę.
Nad nią błyszczał w deszczu niczym staroświecki szyld gospody plakat ze złoconym napisem "Czary", dwoma kozłami stojącymi na zadnich nogach i głową diabła, chytrze łypiącego oczami.
Niski kamienny łuk wiódł na mały dziedziniec. W drewnianym domku na jego drugim końcu dominowały wielkie czarne drzwi. Szerokie schody tuż za nimi wiodły do bogatego, fantazyjnego pałacu w stylu króla Jakuba. Niemi dworzanie z gobelinów polowali na jelenie, ciemne ciężkie meble puchły od rzeźbień, a migocące w żelaznych lichtarzach świece wyglądały na skradzione z katedr albo z lochów.
Za hostessą podążyłam przez restaurację i skręciłam w kąt sali. Cienie i pełzający blask świec sprawiły, że najbardziej czarującą osobę, jaką znała Atenaida, zobaczyłam dopiero z bliska. Okazało się, że stoję przed legendą.
- L.. .lady Nairn? - wybąkałam stremowana.
- A pani to z pewnością Kate Stanley. Wstała i podała mi rękę. - Tak, jestem lady Nairn. Lepiej znana jako Janet Douglas - dodała z rozbrajającym uśmiechem. - Wieki temu.
Janet Douglas była kiedyś tak piękna, że Helena Trojańska zzieleniałaby z zazdrości. W latach pięćdziesiątych zajaśniała na scenie jak meteor, zwracając na siebie uwagę rolą Wioli, złotoustej bohaterki Wieczoru Trzech Króli. Zaraz potem zagrała w pół tuzinie filmów, które przeszły do klasyki. Lecz dopiero kreacja Lady Makbet, szekspirowskiej demonicznej królowej, na londyńskim West Endzie sprawiła, że jej twarz wryła się w świadomość pokolenia. Była to jej największa rola, lecz zarazem ostatnia. Na premierze zakochał się w niej - nic w tym nadzwyczajnego - szkocki lordziak. Ważne, że odwzajemniła jego afekt. Miesiąc później porzuciła nagle scenę i ekran, żeby go poślubić. Od tego dnia zniknęła ze świata teatru całkowicie i bardziej tajemniczo niż jakakolwiek aktorka od czasów Grety Garbo.
A w tej chwili z rozbawioną miną ściskała mi dłoń.
- Długo czekałam na tę chwilę - powiedziała gardłowym, zaprawionym słodyczą głosem, znanym mi z filmów i wywiadów. - Widziałam Cardenia w pani reżyserii. I Hamleta.
Zrealizowałam te sztuki dla londyńskiego teatru Globe.
Nie do wiary! Janet Douglas była na widowni w Globe i nikt jej nie zauważył?! W Londynie, wszechświatowej stolicy tabloidów?
A zresztą tu też chyba jej nie zauważono. Rozejrzałam się. Żaden gość ani kelner nie zerkał ukradkiem w stronę naszego stolika i nie szeptał.
Dopiero po chwili spostrzegłam, że się pomyliłam. Z boksu na drugim końcu restauracji obserwował nas mężczyzna. Powinnam była go zauważyć zaraz po wejściu. Przez moment z racji wzrostu i ciemnych włosów wzięłam go za Bena. Przyjrzałam się mu ponownie. Twarz miał pociągłą, nos długi, patrycjuszowski, a oczy blade, prawie srebrne. Nie znałam go. Patrzył w naszą stronę, na jego ustach igrał półuśmiech, lecz w oczach nie było rozbawienia - wyłącznie dzikość, wygłodniałość, niemająca nic wspólnego zjedzeniem.
Jeżeli lady Nairn go spostrzegła, to nie dała nic po sobie poznać.
- Dziękuję, że przyjechała pani z tak daleka dla zachcianki starej kobiety - powiedziała.
Uśmiechnęłam się na wspomnienie sarkazmu Atenaidy: "Wycieczka, a nie podróż".
- Chcę, żeby poznała pani moją wnuczkę. Lily MacPhee. Choć raczej powinnam powiedzieć, że chcę, aby ona poznała panią. - Rozłożyła ręce, udając konsternację. - Dwudziestopięcioletnia piętnastolatka. W tej chwili jest na próbie, ale po kolacji ją odbiorę. Miała ciężki rok, tak jak ja. Jej matka - moja córka Elizabeth - i ojciec zginęli sześć miesięcy temu w wypadku samochodowym.
Targnął mną żal. Odłożyłam łyżeczkę. Drżała w mojej ręce.
- Mniej więcej w tym wieku straciłam rodziców - powiedziałam ostrożnie. Co się ze mną działo? Żal sprzed piętnastu lat wezbrał we mnie z nową siłą.
Lady Nairn skinęła głową.
- Wiem, od Atenaidy. To jeden z powodów, dla których chciałam panią poznać.
- A inne?
Westchnęła.
- To był straszny rok dla Nairnów. Nasz annus horribilis. Ja również niedawno straciłam męża.
Przyszło mi na myśl, że czarna jedwabna suknia jest jej zbroją.
- Współczuję pani - powiedziałam.
Jej słynne turkusowe oczy rozbłysły, ale nie odwróciła głowy.
- Mało kto wie, że Angus, mój mąż, poświęcił życie zbieraniu różności związanych z. hm, ze "szkocką sztuką".
Mówiła o Makbecie. W świecie teatru wymienianie tytułu tej sztuki stanowiło tabu. Nazywano ją "sztuką szkocką", "sztuką kraciastą", a nawet "MacDaddy" i "MacBeast". Niemniej zaskoczyło mnie, że czterdzieści lat po odejściu z teatru ta światowa kobieta kultywuje stary przesąd.
- Był zafascynowany zarówno tym historycznym królem, jak i dramatem Szekspira - ciągnęła. - Wszystkim, co wiązało się z tą historią. Ze mną włącznie, niestety. - Uśmiechnęła się przepraszająco i spuściła wzrok. Gdy podniosła oczy, dostrzegłam w nich niepokój. - Czasem zadaję sobie pytanie, czy ta klątwa nie uczepiła się mnie.
Zmarszczyłam brwi. W teatrze narastające zło w nawiedzonej przez wiedźmy tragedii Szekspira jest tak silne, że rozlewa się z wątłych ram sceny na świat zewnętrzny. Z mocy długiej tradycji nie wolno cytować Makbeta w teatrze, z wyjątkiem prób i spektakli. Nie wolno nawet wymieniać imion głównych bohaterów. Królowa to Lady M, a jej mąż to Szkocki Król. Albo po prostu Król i Królowa, tak jakby inni monarchowie, zmyśleni i prawdziwi, w ogóle się nie liczyli. Odpędzeniu zła rozpętanego przez naruszenie tego tabu służą zawiłe rytuały.
W aspekcie antropologicznym intrygujące. W praktyce absurdalne, a nawet wywołujące irytację.
- Pani wybaczy, ale trudno mi w to uwierzyć.
- Owszem. - Westchnęła. - Mnie w zasadzie również. - Łyknęła wina. - Planowaliśmy wystawić kolekcję Angusa. Nadal chcę to zrobić, żeby go upamiętnić. Z pani pomocą.
Poruszyłam się zaniepokojona.
- To raczej zadanie dla historyka - odparłam. - Albo kuratora. Prędzej dla kogoś z British Museum.
Pokręciła głową.
- Nie o takie wystawienie chodzi. "Jakiż to smętek - jej głos nabrał poetyckich tonów - spocząć, dobiec kresu, ulec bez czynu rdzy, nie błyszczeć w boju." Pragnę, żeby kolekcja Angusa, by tak rzec, rozbłysła. W tym przedstawieniu. W Makbecie. Pragnę też, żeby je pani wyreżyserowała.
Zakrztusiłam się winem i odstawiłam kieliszek.
- Jeszcze nie ustaliłam daty - ciągnęła. - Ale będzie to tylko jeden spektakl, w Hampton Court, wyłącznie za zaproszeniami. Sybilla Fraser pisze się na rolę Lady M. A Jason Pierce zgodził się zagrać Króla.
Znałam Sybillę z widzenia. Znali ją wszyscy. W Wielkiej Brytanii była "najmodniejsza". Diwa na stażu, jak ją nazywano. Wschodząca gwiazda o złotej karnacji i kaskadzie ciemnozłotych loków. Nawet oczy miała koloru bursztynu, wyniosłe i nieodgadnione jak u lwicy. Natomiast Jasona znałam osobiście. Podtrzymywał wokół siebie aurę niesfornego australijskiego gwiazdora filmowego, ale był o wiele poważniejszym aktorem, niż się przyznawał. Marzył o podbiciu sceny dramatycznej rolami szekspirowskimi. Pracowałam z nim zarówno przy Hamlecie, jak i Cardeniu. Nie zachowywał się wobec mnie po koleżeńsku, lecz bezwzględnie krytykował.
Uniosłam brew.
Lady Nairn westchnęła.
- Owszem, to nałogowy kobieciarz...
- Niesłychany - wtrąciłam.
- Ale to podobno ona ma kogoś nowego. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, wyładują napięcia w lodowato-gorących uczuciach Makbeta i jego żony.
- A jeśli nie?
- Czeka nas darmowy pokaz ogni sztucznych.
- A więc Jason, Sybilla...
- I ja - dokończyła lady Nairn. - Po raz ostatni - dodała, widząc moją spóźnioną reakcję. - Wystąpię na scenie. Oczywiście nie w roli Królowej. Szkockiej Królowej. Na to już za późno. - Z cichym stukiem odstawiła kieliszek. - Mówię o Hekate, królowej czarownic.
"Wywiędłe i szpetne. Nie zdają się mieć nic wspólnego z ziemią, są jednak na niej" - tak scharakteryzował swoje czarownice Szekspir.
- Hekate do pani nie pasuje - oznajmiłam.
- Dwuznaczny komplement, jeśli to komplement - odparła z uśmiechem.
- Atenaida nazwała panią najbardziej czarującą osobą, jaką zna.
- Tak? - Lady Nairn uniosła brew. - "Czarujący" to stare szkockie słowo oznaczające tyle co "magiczny". Odnoszące się zwłaszcza do mocy tkania sieci iluzji. Wszystko było złudą, prawdą nic, jak to ujął sir Walter Scott.
Cały ten wieczór zakrawał na złudzenie. Janet Douglas powracała na scenę w Makbecie? Chciała, żebym to ja wyreżyserowała sztukę?!
- Dlaczego ja?! - wypaliłam. - Pani nie odmówiłby nikt.
- Dlaczego pani? A zna pani innego reżysera, który byłby zarazem specjalistą od Szekspira okultystycznego?
Piekło i szatani - pomyślałam. A więc o to chodzi. Rozprawę na ten temat - to znaczy o szyfrach i wskazówkach, które Bard ukrył zdaniem różnych osób w swoich dziełach - napisałam wieki temu. Widać przekręcone znaczenie niepozornego słowa "okultystyczny" miało mnie prześladować, póki żyję.
- Proszę mnie źle nie zrozumieć, nie chcę pani rozczarować, ale przez "okultystyczny" rozumiem.
Zbyła mnie ruchem ręki.
- Mówi pani o dawnym sensie tego słowa: ukryty, niejasny, tajemniczy. Nie "magiczny". Wiem o tym. Wysłuchałam wywiadów z panią. Jednak wybrałam panią nie z powodu magii. - Nachyliła się ku mnie. - Jak wspomniałam, mój mąż zbierał wszystko, co mu wpadło w rękę, a co miało związek z Makbetem. Na tydzień, może dziesięć dni przed śmiercią stał się tak napięty, tak podekscytowany, że mogło to oznaczać tylko jedno. Na coś natrafił.
Z wolna zaczęło kiełkować we mnie ziarenko wątpliwości.
- Natrafił na co?
Usiadła prosto, patrząc na mnie, a potem wstała i dotknęła dłonią mojego ramienia.
- Zapraszam do Dunsinnan.
Nie znałam tej nazwy.
- Proszę skojarzyć ze wzgórzem Dunsinane. Dunsinnan to zły zamek Makbeta. Na pewno go pani pamięta. - Uśmiechnęła się przelotnie. - Mieszkam tam.
Obróciła się szybko i skierowała do schodów.
"Wiedza, najstarsza z pokus". Wiedziona ciekawością, wstałam i wyszłam z sali.
Deszcz ustał, ale powietrze wciąż było wilgotne i nawet tu, w starym kamiennym sercu miasta, przesycone intensywną paprociową wonią jesieni. Skręciłyśmy w lewo, wspinając się w stronę zamku na wzgórzu.
Lady Nairn zaprosiła do siebie całą przyszłą obsadę sztuki na "poszukiwanie atmosfery", jak się wyraziła, zamierzając za dwa dni zawieźć swoich gości do Edynburga, na Święto Ognia Samhain, staroceltycką noc zaadoptowaną przez chrześcijaństwo i przerobioną na Halloween. Wymawiane przez Anglików z grubsza jako "sou-en", w szkocko-gaelickim samhuinn znaczy "koniec lata" - wyjaśniła. Stanowi przełomowy punkt roku, gdy drzwi pomiędzy światem żywych i światem zmarłych stają się cienkie jak muślin. Święto w Edynburgu było zimowym karnawałem, ulicznym widowiskiem, w którym zamaskowani aktorzy odtwarzali nowoczesną wersję starego pogańskiego mitu o bitwie Króla Lata z Królem Zimy.
Brała w nim też udział wnuczka lady Nairn, Lily.
- Poniesie pochodnię - wyjaśniła moja nowa znajoma. - W roli odpowiednika szekspirowskiego halabardzisty. Potrzebnego, choć prawie niewidocznego. Myślę jednak, że ma ambicję zagrać kiedyś kajak.
Tak w każdym razie zrozumiałam jej słowa.
Zaśmiała się na widok mojej zdezorientowanej miny.
- Nie "kajak". Cailleach - wyjaśniła. - Kolejne gaelickie słowo. Anglikowi kojarzy się z eskimoską łódką, ale oznacza "starą kobietę". Starucha Zima nabiera mocy z uwiądem i śmiercią lata. - Ciaśniej owinęła się płaszczem. - To władczyni ciemności i śmierci. ale też odnowy - ciągnęła cichym głosem. - Większość o tym nie pamięta. Nie ma jednak życia bez śmierci, nie ma wiosny bez wielkiego obumarcia zimy.
Przez chwilę szłyśmy w milczeniu, nasze kroki stukały na bruku.
- Dawne mity personifikują tę zagadkę. A Samhain je dramatyzuje. Cailleach wybiera na swojego orędownika Króla Zimy i podbechtuje go do walki z Królem Lata. Wszystko na migi. Jest to tak archetypowe, że słowa są zbyteczne.
Przez głowę przemknął mi obraz strasznej królowej namawiającej woja w kwiecie wieku do zabicia starego króla i zajęcia jego miejsca.
- To przecież historia Makbeta - powiedziałam.
- Ten mit stał się jej kanwą - sprostowała.
- Ale Makbet ma podłoże historyczne. Jest oparty na historii Szkocji.
Prychnęła.
- Historii przerobionej, pociętej i posklejanej tak, by pasowała do mitu. Uczeni zapomnieli o tym drobiazgu, jeśli w ogóle był im znany. Ale mitu nie da się łatwo osaczyć i przykroić do zgranej akademickiej formy.
Przez wszystkie lata, które spędziłam w filologicznej wieży z kości słoniowej, dążąc do profesury z Szekspira - zanim zakochałam się w Bardzie na scenie i porzuciłam uczelnię dla teatru - nigdy nie słyszałam podobnej teorii. Ale wersja lady Nairn pasowała. Pasowała jak ulał dzięki prostocie prawdy.
- Sądzi pani, że Szekspir to wiedział? - spytałam cicho.
Spojrzała mi w oczy, a kąciki jej ust wygiął figlarny uśmiech.
- Myślę, że wiedział znacznie więcej, niż mu przypisujemy.
Budynki znikły. Weszłyśmy w ciemną pustkę Esplanady. Na jej drugim końcu wznosił się zamek. Na placu defiladowym, pod luźną siatką śmiechów, w płomieniach migocących tu i tam pochodni, kłębił się głośny tłum. Pośrodku ktoś w jeleniej masce rzucał głową, dźgając rogami mrok, a w stronę księżyca wznosiło się co jakiś czas falami nieziemskie tęskne wycie.
Kiedy świętujący się przemieścili, na chwilę mignął mi brunet z restauracji. Nasze spojrzenia się spotkały, lecz ludzie znowu zawirowali i mężczyzna
zniknął mi z oczu. Od skraju tłumu odłączyła się tyczkowata dziewczynka, sadząc ku nam dziecinnymi susami.
Lily MacPhee miała szeroko osadzone oczy swojej babki, wysokie kości policzkowe, ale całkiem inną karnację. Faliste, ogniście rude włosy opadały jej na ramiona, mlecznobiałą skórę pstrzyły piegi niczym gwiazdy, oczy były bladozielone jak morze, a w nosie błyszczał klejnocik. Prerafaelici toczyliby zawzięte pojedynki o prawo namalowania jej jako Ginewry czy Pani Jeziora.
- Zgodziła się pani! - zawołała z dziewczęcym rozradowaniem.
- Powiedziała: być może - odparła jej babka. - Mniej więcej.
Wzgórze Dunsinane jest osiemdziesiąt kilometrów stąd. Tuż na północ od rzeki Tay - powiedziała mi lady Nairn podczas jazdy. W epoce żelaza była tam warownia, ale ze starych podań wynika, że tysiąc lat temu historyczny król Makbet odbudował fortyfikacje.
Przez pokolenie rządził Szkocją ze szczytu Dunsinane, aż do 1054 roku, kiedy jego młodszy kuzyn Malkolm nadciągnął tu na czele armii Sassenach - znienawidzonych Anglosasów z północnej Anglii - wraz z garstką wikingów. Szturmując wzgórze, Saksonowie Malkolma starli się ze Szkotami Makbeta w zażartej, trwającej od wschodu do zachodu słońca bitwie. Stoki pokryły się żerem dla kruków i wron. Ale był to dopiero początek końca. Makbet przeżył. Po stracie zamku i wzgórza uszedł ze swoim rozbitym wojskiem na odludzie. Dwa lata później Malkolm wreszcie go dopadł i tym razem dobił. Nadziawszy jego głowę na pikę, ogłosił się królem Szkocji.
Makbet był dobrym władcą, wielkodusznym, dzielnym, wedle niektórych ostatnim prawdziwym szkockim królem celtyckim, rządzącym na starą modłę. Ale ponieważ do najbardziej trwałych zdobyczy zwycięstwa należy prawo pisania historii, na spuściznę Makbeta prędko rzucono cień. Jednakże to Szekspir uczynił z niego synonim zła.
Oto tragiczny obrót dziejów - pomyślałam, kiedy lady Nairn zamilkła - upadek po śmierci: od bohaterskiego króla do obrzuconego błotem tyrana. W każdym razie przedstawiony przez Szekspira Makbet pogrążył się z własnej winy.
- Tam.
Lady Nairn wskazała zaokrąglone wzgórze z niewielkim osobnym wierszkiem z boku.
Zjechaliśmy z autostrady na południe wąską, obrębioną żywopłotami drogą wśród pól. Wiodła ona prosto do wzgórza, w ostatniej chwili okrążała jego zachodnie zbocze, przecinała sosnowy las, kamieniołom i po południowej stronie skręcała w lewo. Zaraz potem zboczyliśmy z drogi, oddalając się od wzgórza i wjeżdżając na żwirowy podjazd.
Dwór Dunsinnan stał na wysokim wzniesieniu, na północ zwrócony ku wzgórzu, od którego wziął nazwę, a na południe ku migotliwym wodom zatoki Tay. Zachowany wysoki prostokąt murów starego szkockiego zamczyska rozrósł się w następnych wiekach o kilka nowych skrzydeł, nie wspominając
o dobudowywanych najwyraźniej ad hoc wieżach, hełmach, balkonach, zatokowych oknach, przydających budowli urody wiekowej damy dumnie wciśniętej w suknię z lat młodości i przystrojonej na chybił trafił błyskotkami i świecidełkami pochodzącymi z rożnych okresów jej życia.
Lady Nairn zaprowadziła mnie śpiesznie na drugie piętro, do narożnej sypialni ze ścianami pokrytymi błękitną morą. W trzech wysokich oknach od północy wisiały zasłony, również z błękitnego jedwabiu, z wyhaftowanymi chińskimi smokami.
- Pomyślałam, że spodoba się pani widok - powiedziała, idąc przez pokój do środkowego okna, żeby wpuścić do wnętrza szum i zapach sosen.
Okno wychodziło na wzgórze, którego obecność zdradzał brak gwiazd.
"Nie wchodź na to wzgórze sam". Zdanie to zawisło między nami.
- Jak wspomniałam, niedawno straciłam męża. W sensie bardziej dosłownym, niż pani sądzi. - Lady Nairn obejrzała się na wzgórze. - Trzy miesiące temu którejś nocy zniknął. Naturalnie zawiadomiliśmy policję. Porozglądali się trochę, lecz nic nie znaleźli. Dali do zrozumienia, że być może zrobił sobie skok w bok. Ale to do niego niepodobne. Stara Callie, wieśniaczka, którą znał z dzieciństwa, znalazła go po tygodniu na tym wzgórzu. Siedział jak dziecko, z nogami dyndającymi z szańców. Kołysał się w przód i w tył, powtarzając jedno zdanie: "Dunsinnan musi pójść do lasu Birnam".
- Zagadka Makbeta - powiedziałam cicho.
- Nie. - Pokręciła głową. - Zagadka czarownic. - I zacytowała Szekspira:
Nie tknie Makbeta żaden cios morderczy, Póki las Birnam ku dunzynańskiemu Wzgórzu nie pójdzie walczyć przeciw niemu.
W sztuce Makbet, uznawszy tę zagadkę za metaforę słowa "nigdy", odkrywa dosłowność proroctwa czarownic, kiedy las rusza.
- "Poznaję dwuznaczność wyrazów wiecznego mego wroga" - wybąkałam.
Uśmiechnęła się smutno.
- Nie jestem pewna, czy to dwuznaczność, skoro brak jasnej odpowiedzi. Przeciwnie, jest ich za wiele. A poza tym Angus odwrócił sens tego zdania: "Dunsinnan musi pójść do lasu Birnam". Myślałam, że mówi o sobie, nosił przecież tytuł Nairn of Dunsinnan. A ponieważ z tego wzgórza widać las, a raczej to, co z niego zostało, mylnie zrozumiałam, że to on musi pójść do Birnam. Zaprowadziłam go tam. Choć znał to miejsce od dzieciństwa, nie rozpoznał go. Stał pod tym wielkim dębem i obracał się bez końca, całkiem zagubiony. Dwa tygodnie później zmarł - dodała z goryczą. - To znaczy miesiąc temu. Na swoje szczęście. Bo niemal całkowicie stracił rozum. Tyle mu go zostało, by zdawał sobie sprawę, że nie jest przy zdrowych zmysłach. To go wpędziło w rozpacz.
Żeby uspokoić drżący głos, zamilkła, zwróciła się ku oknu i wierzchem dłoni otarła mokre policzki.
- Przepraszam - powiedziała, otrząsając się. - Lekarze orzekli, że miał udar. Z pewnością się nie mylą. Ale to nie wszystko. Kiedy go znaleźliśmy po tygodniu, był gładko ogolony, a ubranie miał nieskazitelnie czyste. - Uniosła podbródek. - Jakby przed chwilą wyszedł z domu!
Przeszyła mnie spojrzeniem.
- Zna pani definicję magii Aleistera Crowleya? To "nauka i sztuka dokonywania zmian podporządkowanych woli".
Zmarszczyłam brwi. Była to słynna definicja, słynna z pojemności. W jej świetle niemal wszystko było magią. Crowley zaliczył do niej nie tylko rytuały magiczne i rzucanie uroków, lecz także hodowlę ziemniaków i bankowość. Dokąd to prowadziło?
- Pewne osoby źle życzyły Angusowi - powiedziała z dyskretnym naciskiem, pochylając się w moją stronę. - Niestety, głównie z mojego powodu.
- Życzenia to nie czyny.
- Być może.
W rogu trawnika widocznego przez okno za jej plecami coś przemknęło w ciemnościach rozkołysanym chodem - łasica albo gronostaj, podejrzany cień. Niemal do rytmu z nim przebiegł mnie dreszcz złego przeczucia. Co sugerowała? Że ktoś zamordował jej męża, używając magii?
- Jeśli podejrzewa pani, że sir Angusa zamordowano, najlepiej zgłosić to policji - powiedziałam.
- Myślę, że tę sprawę trzeba załatwić inaczej. - Przekrzywiła głowę. - Jak dobrze pani zna historię powstania Makbeta? Nie mówię o fabule. Mówię o pisaniu.
Zmarszczyłam czoło.
- Niewiele o tym wiadomo. To najkrótsza tragedia Szekspira. Opublikowana po jego śmierci w Pierwszym Folio.
- Pierwszym zbiorze jego sztuk. - Skinęła głową. - Datowanym na tysiąc sześćset dwudziesty trzeci rok, siedem lat po jego śmierci. Ale dotyczy to druku, a nie napisania.
- Nic nie wiemy o tym, jak je pisał.
- Istniała wcześniejsza wersja szkockiej tragedii - oświadczyła wyzywająco.
- To pogląd wielu badaczy - odparłam ostrożnie. Tak w istocie było, głów-nie za sprawą czarownic. W jednej chwili są dziwne i przerażające, a w następnej komiczne. Nie wspominając już o ich królowej Hekate, zapożyczonej żywcem z innej, późniejszej sztuki Thomasa Middletona i wciśniętej na siłę do tragedii Szekspira. Prawdę mówiąc, uosabiany przez nią typ radosnego, rozchichotanego zła byłby bardziej na miejscu w filmie Disneya. - Niemniej brak jakiegokolwiek rzetelnego dowodu.
- Dziadek mojego męża - weszła mi w słowo - spotkał w dzieciństwie na tym wzgórzu starą kobietę. Usłyszał od niej, że bawiący tu dawno temu z trupą angielskich aktorów Szekspir zawarł znajomość z mroczną wróżką, czarownicą żyjącą w kipiącym jeziorze. Kiedy nauczyła go wszystkich ciemnych sztuk, skradł jej duszę i uciekł. Szukała jej wszędzie, ale dobrze ją ukrył. Nie w kamieniu, nie w jaju, pierścieniu czy koronie. W żadnym z miejsc, gdzie zwykle chowa się takie rzeczy. Znalazła ją wreszcie wpisaną w dramat, pomieszaną z inkaustem, którym Bard pokrył karty swojej księgi. Pochwyciła ową księgę, przeklęła jego słowa za to, że zamiast radować, unieszczęśliwiają, i na powrót zniknęła w jeziorze. Jakiś czas przedtem na tym wzgórzu przepadł prapradziadek mojego męża, tak więc kiedy dziadek usłyszał tę historię, uznał, że to owa stara kobieta jest ciemną wróżką z własnej opowieści, księga zaś, jeśli ją odnajdzie, będzie rekompensatą za utraconego przodka. W późniejszych latach doszedł do przekonania, że mówiła o Makbecie.
Patrząc na swą rozmówczynię w milczeniu, rozważałam, w jakie taktowne słowa ubrać myśli.
- Lady Nairn. z całym szacunkiem, opowieść dziadka pani męża, jakkolwiek cudowna, jest jedynie mglistym wspomnieniem dziecka sprzed wieku. Trudno uznać ją za dowód na istnienie wcześniejszej wersji sztuki.
- Owszem, aczkolwiek nie jest dowodem samym w sobie, zgadza się z tym. - Lady Nairn podeszła do biurka i podała mi odbitkę kserograficzną, którą wyjęła z teczki na dokumenty. - Pochodzi z księgi rachunkowej starego dworu Dunsinnan - wyjaśniła. - Po trosze księgi, po trosze dziennika.
Pod datą pierwszy listopada 1589 roku ktoś napisał: "Angielscy igrcy odjechali". Ale nie wymienił nazwisk.
- Proszę przeczytać następne zdanie - zachęciła lady Nairn.
"Tegoż dnia lady Arran uwiadomiła o kradzieży zwierciadła i książki i oskarżyła o to igrców. Ale nie można ich znaleźć".
Podniosłam wzrok. Słyszałam o lady Arran, Elizabeth Stewart. Współcześni szydzili z niej, że jest skąpa, zachłanna i ambitna. Izebel przestająca z wiedźmami. Młody król Jakub był przez jakiś czas zauroczony nią i jej mężem. Po kątach szeptano, że to z jej przyczyny nie ma żony. Inne pogłoski oskarżały ją, że gdyby mogła, toby go zabiła, bo nade wszystko pragnie zostać królową. Niektórzy twierdzili, że to ona posłużyła za model postaci lady Makbet.
Lady Nairn uśmiechnęła się.
- Wiedziałam, że rozpozna pani to nazwisko. Tak więc jednak mamy dowód.
- Na co? - spytałam, z trudem zachowując spokój. - Ze lady Arran tu była? Tak. Lecz nie na to, że był tutaj Szekspir. Niemal na pewno dowiedział się o niej. dwadzieścia lat później. Ale nie wiadomo, czy znał ją osobiście. W ogóle nie wiemy, co robił w roku tysiąc pięćset osiemdziesiątym dziewiątym ponad to, że żył. W samym środku okresu nazywanego jego straconymi latami. Nie ma żadnych dokumentów, z których by wynikało, gdzie wtedy przebywał.
- A jeżeli był tutaj? Mogłaby pani z łaski swojej przyznać, że nie da się tego wykluczyć - odparła z wyrzutem. - Łączy się to również, tak się składa, z moimi rodzinnymi legendami. - Wyjrzała w noc. - Po kądzieli pochodzę w prostej linii od Elizabeth Stewart. Od lady Makbet.
Z niedowierzania rozdziawiłam zapewne usta, bo posłała mi cierpki uśmiech.
- Mąż uznał te koligacje za urocze. Lily nic o nich nie wie i chcę, żeby tak zostało. Nie jest to informacja niezbędna. piętnastolatce.
- W pani rodzinie zachowały się legendy na temat Elizabeth? - spytałam lekko oszołomiona.
- Elizabeth Stewart nie zadawała się z czarownicami. Sama była czarownicą. Ale nie starą wiedźmą czczącą diabła, na poważnie zgłębiała magię. Według wiedzy mojej matki i babki Bard podpatrzył ją kiedyś w trakcie tajemnych czynności, które potem dokładnie odtworzył w sztuce. Niełatwo było go odwieść od jej wystawienia, ale się udało. A rękopis przepadł.
W głowie miałam mętlik, chwyciłam się krzesła.
- O czarach, Kate, może pani myśleć, co chce. Ale nie na magię pragnę zwrócić pani uwagę - powiedziała lady Nairn cierpliwym tonem. - Chodzi o rękopis. - Podała mi teczkę z biurka. - Trzy dni temu, przeglądając papiery Angusa, znalazłam to.
Otworzyłam teczkę. Zawierała kartkę grubego papieru listowego barwy kości słoniowej i pocztówkę z reprodukcją jednego z moich ulubionych brytyjskich obrazów, portretu Ellen Terry jako lady Makbet pędzla Johna Singera Sargenta. Terry zaliczono do najwspanialszych odtwórczyń tej roli. Była ostatnią z wielkich przed Janet Douglas. Sargent z jakiegoś powodu namalował ją w błyszczącej zielononiebieskiej sukni. Z rudymi długimi warkoczami, błyszczącym złotym pasem wokół talii i w opadającej ku ziemi zwężającą się kaskadą szmaragdowej sukni podkreślającej krągłość jej bioder, wydawała mi się zawsze bardziej syreną niż królową.
Papier listowy pod pocztówką zapełniały słowa napisane krągłym, zdecydowanym, pewnym, a przy tym po dziecięcemu upartym charakterem pisma. Spojrzałam na podpis: Nell, zakończony ogonem długim jak kometa.
Tak pieszczotliwie nazywali Ellen Terry przyjaciele i rodzina. Podniosłam wzrok.
- To faks, ale zarówno podpis, jak i list są na moje oko autentyczne. - Lady Nairn znów wyjrzała przez okno. - Proszę przeczytać. Mamy czas.
List nosił datę 1911. Zaczynał się od słów:
Mój drogi Monsieur Superbe Homme. Mój niezwykły mężczyzno. Drogi supermenie.
Przesyłam Ci osobliwy list, który otrzymałam niedawno od znajomej z branży dramatycznej. Jej osobista historia dorównuje tragizmem rolom, w jakie mogłaby się wcielić na scenie. Jednak nie mam żadnej pewności, czy trapiące ją od dawna nieszczęścia nie wpłynęły w końcu na jej poczytalność. Jak zobaczysz, biedaczka nie tylko sądzi, iż pierwsza udostępniona wersja Makbeta pana Szekspira różniła się zasadniczo od tej, która przetrwała do dziś, ale też uważa, że wersja wcześniejsza ocalała (!) - i że ona strzeże jej kryjówki.
- Z pewnością nie wierzy pani.
- Mój mąż był przekonany, że tajemnicza stara kobieta, którą poznał jego dziadek, i "biedaczka" z listu Ellen to ta sama osoba.
Wpatrzyłyśmy się w siebie.
- Proszę czytać - przerwała milczenie. Powróciłam do listu.
Bez wahania uznałabym, że to wariatka, gdyby nie uzupełniający jej opowieść załącznik, który ci przesyłam. Już sama książka jest wystarczająco dziwna, ale w środku znajdziesz jeszcze osobliwszy list. Niestety, w całości poświęcony charakterowi domniemanej wcześniejszej wersji, głównie różnicom w przedstawieniu postaci, zwłaszcza Hekate, która "jest tam i jej nie ma".
Podniosłam wzrok.
- Stąd Hekate?
Wzruszyła ramionami.
- Jestem aktorką. Poznaję postaci, grając je. Proszę dokończyć.
Niewiele mi już pozostało.
Zagadkowe zdanie, całkiem w stylu Szekspira, ale tak czy owak irytujące. Nie potrafię doszukać się w nim sensu. Tuszę jednak, że Ty dostrzeżesz las spoza drzew.
Nell
Zajrzałam do teczki, ale nic więcej w niej nie było.
- A załącznik?
- Zaginął. - Westchnęła. - Nie ma żadnej wskazówki, skąd, kiedy i jak Angus zdobył ten list. Tak więc nie wiem, co odkrył. - Przekrzywiła głowę. - Ale wiem, czego szukał.
Usiadłam na chwilę w głuchej ciszy. Ktoś - prawdziwa kobieta, nie czarownica, nie wróżka - wierzył nie tylko w istnienie wcześniejszej wersji Makbeta, ale także w to, że przetrwała ona do początku XX wieku. I choć Ellen Terry wydawała się sceptyczna, to nie odrzuciła z miejsca opowieści autorki listu. Na dodatek w wersji tej ponoć inne były czarownice i ich magia, czyli to, co w tej sztuce nastręczało badaczom najwięcej kłopotów interpretacyjnych.
Zadrżałam z podniecenia, a może przeszedł mnie dreszcz? A jeśli ta wersja istniała? Rękopis Cardenia, który pomogłam odnaleźć, uważano za stracony. w tym przypadku jednak. chodziło o jeden z wielkich dramatów. O jedną z najwnikliwszych analiz zła w historii ludzkości. Dzieło, które mogli cytować wszyscy, nawet ci, którzy nigdy go nie czytali. ani żadnej innej sztuki Szekspira. "Dalej! żwawo! hasa! hej! Buchaj, ogniu! Kotle, wrzej!"
- Ile byłby wart, pani zdaniem, ten rękopis? - wyrwała mnie z zamyślenia lady Nairn.
Cardenio poszedł na aukcji za wiele milionów. Zaginiona wersja Makbeta przyniosłaby na pewno więcej. Makbet, który wiązał Szekspira z prawdziwymi praktykami magicznymi, a nie ze scenicznym trajkotem. Oblizałam suche usta.
- Nie mam pojęcia - odparłam.
- Ta suma mogłaby być tak duża, że znaleźliby się ludzie gotowi śmiertelnie przerazić staruszka.
Spojrzałam na nią bystro.
- Myśli pani.?
- Nie wiem, co myśleć. Ale chciałabym wiedzieć, co się przytrafiło mojemu mężowi. Jeśli odkrył, o czym pisała Ellen Terry. tym bardziej. Chcę, żeby pani znalazła tę sztukę - oświadczyła wyniosłym tonem królowej. - A potem wystawiła ją na scenie.
Wyprostowała się, niczym monarchini idąca na egzekucję.
- Kochałam Angusa, Kate. Porzuciłam dla niego scenę, uwielbienie świata. On mi wystarczył. Był tego wart. Pani jedna pojmie wagę mojej prośby. Nie proszę o to, żeby pani wykryła, kto go zabił. Proszę, żeby pani znalazła ten rękopis. Pomoże mi pani?
Coś z jej połączonej z kruchością dumy chwytało za serce. Podejrzenie o mord na jej mężu mocno niepokoiło, a prawdopodobieństwo, że zaginiony rękopis Makbeta ocalał, było na tyle duże, iż rozbudziło moją ciekawość.
- "Dunsinnan musi pójść do lasu Birnam" - powiedziałam cicho. - Zabrała go tam pani?
Potwierdziła skinieniem głowy.
- Nie miałam pojęcia - ciągnęłam - że to miejsce rzeczywiste, a w każdym razie, że istnieje do dziś. Chyba od niego powinnyśmy zacząć.
Wyraźnie jej ulżyło. Westchnęła przeciągle i znów pokiwała głową.
- Dziękuję. - Wyprostowała się i ruszyła do wyjścia. - Pojedziemy tam z samego rana. - Przy drzwiach obróciła się ku mnie. Oczy jej błyszczały, trudno powiedzieć: od łez czy w poczuciu triumfu. - A tymczasem niech pani nie wchodzi na to wzgórze sama.
Kiedy przebierałam się w jedwabną piżamę w paski i kładłam do łóżka, wciąż kręciło mi się w głowie. Na nocnym stoliku leżał egzemplarz Makbeta.
Przez chwilę siedziałam, obejmując rękami kolana. Moja zgoda na udzielenie pomocy lady Nairn zaczęła zakrawać na szaleństwo. Już sam zarzut zamordowania jej męża pachniał powrotem do mrocznych przesądów, do źródeł polowań na czarownice. Nawet bardziej racjonalna część jej opowieści budziła wątpliwości. Przecież list Ellen Terry mógł być sfałszowany. Na podstawie faksu nikt nie był w stanie orzec, czy jest autentyczny. Renomowani eksperci z pewnością nawet by na niego nie zerknęli.
No a o czym mówiła historia dziadka? Że jakaś mroczna wróżka powiedziała mu, iż Szekspir nauczył się tu magii od czarownicy mieszkającej w kipiącym jeziorze?
"Chcę, żeby pani znalazła tę sztukę. A potem wystawiła ją na scenie". Zważywszy na charakter lady Nairn, jej żądanie wydawało się nieco mniej szalone od miejsca, jakie wybrała na siedzibę stara wróżka. Gniewna, zgnębiona bogini wyznaczyła mi zadanie: odszukać to, co znalazł jej mąż. A jeżeli nie znalazł? Bardziej prawdopodobne było to, że zaangażowała mnie do schwytania mrzonki nieboszczyka.
A poza tym nie była boginią. Była lady Makbet, w sensie głębszym, niż ktokolwiek sądził. Co znaczyło mieć w żyłach taką przeszłość?
Westchnęłam i otworzyłam książkę. Przeczytałam parę scen, licząc, że zastrzyk adrenaliny przywróci mi jasność myślenia. Niebawem głowa zaczęła mi opadać i nim dotarłam do końca pierwszego aktu, zasnęłam.
Świadoma, że wędruję we śnie, zaczęłam się wspinać na strome wzgórze, które zmieniło się w rozległe płaskie pole. W oddali wznosił się zamek. Wysoko na jego blankach wpatrywała się w noc rudowłosa kobieta, nie zwracając uwagi na szydzący w dole tłum. Suknia trzepotała na wietrze, jakby jej właścicielka stała w czasie burzy na dziobie ogromnego statku. Wokół niej wyczuwałam nadciągające zło, tak stężone, że trudno było oddychać.
Obudziłam się w ciemnościach, łapiąc powietrze. Przez chwilę nie mogłam skojarzyć, gdzie jestem. A potem przypomniałam sobie słowa lady Nairn: "Dunsinnan... Zły zamek Makbeta".
Wstałam i nalałam sobie wody z kranu. Wracając do łóżka, minęłam toaletkę, w której lustrze odbijały się trzy wysokie okna i niebo widoczne między wciąż rozsuniętymi zasłonami. Na moment przystanęłam, patrząc na odbicie. Księżyc zaszedł, ale na zachodzie wciąż widziałam jego słabą poświatę. Kiedy tak patrzyłam, ożyła mrugająca żółta gwiazda. Obróciłam się ku środkowemu oknu. To nie była gwiazda. Wysoko, daleko za drogą, wybuchły płomienie, rozpalając się na szczycie wzgórza w wielkie ognisko.
Nie wiem, jak długo się w nie wpatrywałam. Wokół nich rozciągała się ciemna, cicha noc. A potem bliżej dostrzegłam ruch. Cień sunący po trawie. Kobietę w krótkim płaszczu, spodniach i bladym, łopoczącym szaliku na szyi. Ale jeszcze bledsze od szalika były jej związane w schludny kok włosy.
Lady Nairn przeszła przez trawnik i zniknęła w cieniach na podjeździe. Dokąd szła - sama - o tej porze?
Jakieś pół godziny później znów dostrzegłam ruch, tym razem wysoko, w oddali. Być może sprawił to wiatr i wilgotne szkockie powietrze. A może mi się to przyśniło. Ale byłam gotowa przysiąc, że na tle ognia widzę niewyraźną postać, tańczącą z rozpostartymi ramionami w bezksiężycowej nocy.
Patrzyłam i patrzyłam, lecz w końcu zaczął morzyć mnie sen i chwiejnym krokiem wróciłam do łóżka. Wsparta na poduszkach zwinęłam się w kłębek twarzą do okna i obserwowałam wzgórze, aż zasnęłam.
Kiedy się obudziłam, ognisko zgasło. Lustro i okno stały się nagle złowróżbnymi wytrzeszczonymi oczami. Wstałam, zasunęłam zasłony, nakryłam lustro szlafrokiem, po czym wróciłam do łóżka i spałam do rana.
Obudziłam się późno, niewyspana, i szybko się ubrałam, gotowa na wyprawę do lasu Birnam. Jadalnia na dole była pusta. Śniadanie - a właściwie lunch - podała mi kucharka. Przełknęłam trochę owsianki, skubnęłam jajko i wzięłam się do czytania sztuki, ale myśli i żołądek skakały mi jak pobudzone króliki. Na moje pytanie, gdzie są pani domu i jej wnuczka, kucharka odparła grzecznie, lecz wymijająco. Poza nami dwiema w domu nie było nikogo.
Pozostało czekać. Mogłam jednak wykorzystać czas inaczej. Nie dokończywszy śniadania, wzięłam jabłko i wyszłam do ogrodu. Ranek był wyjątkowo ciepły jak na tę porę roku. Na pewno była tu jakaś ławka, na której mogłam się zmierzyć z dawno nieczytanym Makbetem.
Na drugim końcu stromego podjazdu, bliżej drogi, ciągnęły się gęste trawniki graniczące z wysokim szpilkowym lasem. Z lewej był mały renesansowy zielnik ze żwirowymi ścieżkami i niskimi żywopłotami, wytyczającymi romboidalne i trójkątne rabaty z lawendą, rozmarynem, tymiankiem i wieloma innymi ziołami, których nie umiałam nazwać. Przez chwilę przechadzałam się, nie widząc żywej duszy, aż wreszcie u stóp wzgórza dostrzegłam ławkę, usiadłam i wróciłam do czytania.
Rychłoż się zejdziem znów przy blasku
Błyskawic i piorunów trzasku?
Lektura tej sztuki w cieniu wzgórza Dunsinane była ekscytującym przeżyciem, ale nie aż tak bardzo jak lektura Makbeta na szczycie wzniesienia, na którym szkocki król stoczył ongiś bitwę.
Nagle przypomniałam sobie słowa lady Nairn: "Ze szczytu widać las Birnam albo to, co z niego pozostało". Wstałam, zrobiłam dwa kroki ku wzgórzu, jakby kryło w sobie magnes, i się zatrzymałam. Powiedziała również: "Niech pani nie wchodzi na to wzgórze sama. Ludzie czasem tam znikają". Był wśród nich jej mąż. Wzdrygnęłam się na wspomnienie widzianego w nocy ognia. Ale to było dobrze po północy - zapewniłam się. Widocznie wszystko mi się przyśniło. W jasny ciepły dzień, bardziej sierpniowy niż październikowy, krótka wycieczka - czy raczej przechadzka - nie mogła zaszkodzić.
Stoki po drugiej stronie były skaliste. Nie dało się na nie wspiąć. Ale kiedy tu jechałyśmy, w płocie dostrzegłam przełaz, a za nim szlak wijący się po północnym zboczu. Do domu było stamtąd niedaleko. Łatwo dojść. Obejrzałam się za siebie z wahaniem. Okna wpatrzyły się we mnie ślepo.
"Pomoże mi pani?" - spytała lady Nairn. Nie mogłam odmówić. Upchnęłam sztukę do kieszeni żakietu i zdecydowanym krokiem ruszyłam w stronę drogi.
Dojście do przełazu zajęło mi dwadzieścia minut. Dróżka za nim biegła skrajem stromego, porośniętego trawą pola i przez gęsty sosnowy młodniak. Trawa ustąpiła wrzosom z kępami kolcolistu, a potem zniknął także i on; pozostały tylko rdzawobrunatne fale morza wrzosów, które czesał wiatr. Wędrując pod górę, słyszałam rozsadzający poranną ciszę chrzęst i stukot z kamieniołomu. Wrzosy pod moimi stopami urwały się raptem na skraju dużej łąki. Na zachodzie napis na płocie, przez który przezierało tylko niebo, ostrzegał: "Uwaga, niebezpieczeństwo!" Za to na południu łąka docierała do trawiastych stoków wzgórza z dziwnym cylindrycznym wierzchołkiem, strzelającym w niebo niczym szmaragdowy ziggurat. Ze starej twierdzy pozostały jedynie nędzne ślady ziemnych szańców i zarys tarasów okalających szczyt niczym droga wznosząca się spiralą w niebo.
Wstrzymałam oddech. Na tym szczycie stał kiedyś Makbet, prawdziwy Makbet.
Dziesięć minut później, wdrapawszy się na niewielką krawędź, stanęłam na brzegu pustej trawiastej niecki na wierzchołku świata. Wdychając przez chwilę wiejący tu bez przerwy przyjemny wiatr, rozejrzałam się dokoła.
Zstąpiłam do niecki. Od razu zrobiło się ciszej i cieplej, jakbym raptem znalazła się w innym miejscu i innym czasie. Podeszłam do kamiennego kopca, żeby się na nim oprzeć, ale zatrzymałam się po kilku krokach. Tuż za nim, skryty za małym pagórkiem, był krąg okopconych kamieni. Mimowolnie, jakby mnie przyciągała niewidzialna siła, podeszłam do nich i schyliłam się. Popiół był jeszcze ciepły.
Odskoczyłam, serce mi waliło. Minionej nocy rzeczywiście rozpalono tu ognisko. W dodatku, sądząc z wydeptanej trawy wokół kręgu, ktoś tu tańczył. Przez chwilę miałam chęć uciec.
Ale dzień był pogodny, piękny, no i byłam tu sama. A poza tym czy w rozpaleniu ogniska na wzgórzu w pogodną jesienną noc należało się doszukiwać czegoś złowieszczego? Nie miałam powodu płoszyć się natychmiast jak antylopa. Skoro tu dotarłam, mogłam obejrzeć to, po co tu przyszłam.
Obróciłam się i spojrzałam na północ. Daleko w dolinie wznosiły się falami głębokiego fioletu szkockie Highlands. Gdzieś tam, u podnóży gór, był las Birnam. "Dunsinnan musi pójść do lasu Birnam" - powtarzał sir Angus. Co to, do licha, miało znaczyć?
Odwrotność tego zdania niedobrze wróżyła królowi Makbetowi, przynajmniej w wersji Szekspira.
Dłuższą chwilę stałam rozdrażniona, patrząc na dolinę. Wreszcie spoczęłam na trawie, oparłam plecy o kamienny kopiec i wyjęłam tekst dramatu. Jeśli słowa sir Angusa stanowiły jakąś wskazówkę, to była nią też w pewnym sensie sama sztuka. Nie mogłam dotrzeć do lasu Birnam bez skrzydeł, a trudno o lepsze miejsce na lekturę Makbeta niż to wzgórze
Rychłoż się zejdziem znów przy blasku
Błyskawic i piorunów trzasku?
Gdy bitwa owdzie wrząca
Dociągnie do końca.
Więc przed zachodem słońca.
Gdzież schadzka?
Jak ten chrust we wrzosach.
Tam Makbet z naszych ust
Dowie się o swych losach...
Szpetność upięknia, piękność szpeci;
Nuże przez mgły i par zamieci!
W słowach tych, nawet czytanych po cichu, tkwił dziwny rytm zaklęcia. Z oddali dobiegało urywane parkotanie traktora, splatające się z bliższym mnie szczękiem z kamieniołomu i głosami przefruwających ptaków. Wszystko to razem tworzyło rytmiczny akompaniament do Szekspira.
Nawoływania ptaków wzmogły się, zaostrzyły. Spod wzgórza dobiegło mnie ciche rżenie konia, a potem dźwięk znany jedynie ze sceny: szczęk szpad.
Ocknęłam się ze wzdrygnięciem. Nie miałam pojęcia, na jak długo się zdrzemnęłam, nim zaczęłam śnić, ale trwało to jakiś czas, gdyż południowe ciepło znikło, a świat otulił całun zimnej szarej mgły. W dole, na południowym zachodzie, słońce zmieniło się w spowitą jedwabiem perłę. Sądząc z jego położenia na niebie, było późne popołudnie. Oznaczało to, że długo spałam. Kiedy zbierałam książkę i niedojedzone jabłko, wiatr przywiał, nie byłam pewna, z której strony, szept: "Przyszła królowo, cześć ci!"
Zamarłam. Słyszałam tylko cichy szmer, z jakim omiatał wierzchołek wzgórza. Wciąż jestem jedną nogą we śnie - pomyślałam i zaczęłam ostrożnie schodzić do ścieżki zbiegającej w dół po dawnych szańcach twierdzy. Raptem przystanęłam. U mych stóp zalśnił metal.
Pochyliłam się, żeby go obejrzeć. Z trawy wystawał na wpół widoczny sinoszary nóż. Skierowana ku mnie czarna rękojeść połyskiwała srebrzyście. Sięgnęłam po nią i zobaczyłam stopę.
Na brzegu starego okopu leżał w trawie ktoś przykryty ciężką zielononiebieską suknią, błyszczącą jak pawie pióra. Ale nie były to pióra, tylko łuski. Zbliżyłam się. Suknia, przypominająca tę, w której Ellen Terry została sportretowana jako lady Makbet, zdawała się wić w trawie niczym długi wąż, rozciągnięty w nieskończoność na. na kimś. Sądząc ze smukłości delikatnej stopy, na kobiecie, i to młodej.
Odruchowo zacisnęłam palce na trzonku noża. Wyjęłam go z trawy i podeszłam do leżącej. Nie drgnęła.
Uniosłam rąbek sukni i ujrzałam ogniście rude włosy. Świadoma głuchego łomotu serca, uniosłam suknię wyżej. Chwila wystarczyła, by ten obraz utkwił mi w pamięci. Dziewczyna ręce miała związane na plecach, a tułów mocno opasany zakrwawionym kawałkiem materiału, który biegł od krocza do węzła zaciśniętego na szyi.
Leżąca przede mną Lily była martwa.
Wiatr przywiał jeszcze jeden szept. "Musi umrzeć". I kolejny, bliższy, trzeci: "To jest tylko we mnie, czego nie ma". Czymkolwiek były, osaczały mnie.
Zielononiebieska suknia wysunęła mi się z ręki. Zacisnęłam dłoń na nożu, cofnęłam się kilka kroków, odwróciłam i pobiegłam.
Pędząc w dół po wrzosowisku i ściskając sztylet, potykałam się we mgle, ześlizgując z szańców. Wtem z wirującej szarości wyłonił się krzak kolcolistu. Gdy się przed nim uchyliłam, ktoś chwycił mnie od tyłu. Obróciłam się z nożem, ale mi go wytrącono; z głuchym stukiem wpadł we wrzosy. Szeroka dłoń zakryła mi usta. Zostałam powalona na ziemię i ściągnięta ze ścieżki.
- Nie trza robić, czego robić nie trza - szepnął mi do ucha głos z silnym szkockim akcentem.
Obróciłam się, żeby zobaczyć, kto mnie napadł, i ujrzałam siwowłosą, mocno zbudowaną kobietę o szeroko rozstawionych oczach, co najmniej dwadzieścia lat starszą ode mnie.
Spróbowałam się wyrwać, ale szarpnęła mnie za ręce tak fachowo, że niemal zachłysnęłam się z bólu.
- Nie chcesz, żebyśmy obie zginęły, to leż spokojnie - powiedziała.
Kilka sekund później usłyszałam to, co z pewnością wyczuła wcześniej: tę-tent kopyt konia zbiegającego ze wzgórza. Spojrzałam na ścieżkę w samą porę, by zobaczyć, jak z mgły zaledwie kilka metrów od nas wyłania się wierzchowiec. Spłoszone przez kolcolist zwierzę zarżało, cofnęło się i jeździec raptownie pochylił się do przodu. Walcząc o odzyskanie równowagi, skupiony na koniu, nawet nas nie zauważył. Za to koń - owszem.
Uderzywszy kopytami w ziemię najwyżej o pół metra od mojej głowy, cofnął się kilka kroków i rzucił do ucieczki. Ale zdążyłam zobaczyć twarz jeźdźca. Bruneta z restauracji.
Leżałyśmy pod kolcolistem jak trusie całe wieki. Wreszcie kobieta uniosła głowę. Usiadłam.
- Ciii - ostrzegła. Nadstawiła ucha.
Z dołu dobiegły nas kroki. Kroki, nie stukot kopyt. Tym razem nie musiała mnie ściągać do ziemi. Skuliłam się przy niej jak najmocniej.
Tuż koło nas przebiegł pochylony nisko mężczyzna. Zatrzymał się, obejrzał, podniósł coś z ziemi.
Moją książkę! Wpadłam w popłoch.
Ruszył ku nam ukradkiem, stanął. Idź - modliłam się z całej duszy. Idź, nie oglądaj się!
Obrócił się, cofnął o krok, jeszcze jeden, a potem znienacka wyciągnął rękę i chwycił mnie za przegub.
Siwowłosa Furia za moimi plecami krzyknęła, popchnęła mnie prosto w jego ramiona i niczym strzała pomknęła przez wrzosowisko. Machając rękami jak ptak ze złamanym skrzydłem, zniknęła we mgle.
Spróbowałam się wyrwać z uchwytu, ale napastnik trzymał mocno.
- Witam, profesorko - usłyszałam znajomy głos i zdałam sobie sprawę, że napastnik ma ciemne, kręcone włosy i zielone oczy.
Ben Pearl zaniósł się śmiechem.
- Ty?! - wydusiłam z siebie.
- Nic ci nie jest? - zatroskał się, słysząc ton mego głosu.
- Lily! - wykrztusiłam, wreszcie mu się wyrywając.
- To twoja znajoma? - spytał, wskazując głową w kierunku, w którym pobiegła kobieta.
- Nie ona. Piętnastoletnia wnuczka lady Nairn. Na wzgórzu - odparłam. - Nie żyje.
Schyliłam się, szukając we wrzosach noża.
- Prr! - Ben przycupnął obok. - Zwolnij.
Przysiadłam na piętach, ocierając gorące łzy.
- Na tym wzgórzu. Znalazłam nóż. A potem ją, Lily, martwą, z podciętym gardłem. Usłyszałam głos, może dwa głosy. Szepty. Sama nie wiem. Uciekłam. Ta siwowłosa, którą widziałeś. nie wiem, kim jest. wytrąciła mi nóż i ściągnęła ze ścieżki, a potem o mało mnie nie stratował brunet na widmowym koniu. - Wskazałam w stronę szczytu. - I teraz nie mogę znaleźć tego noża - poskarżyłam się bliska płaczu.
Ben opadł na czworaki i zaczął przeczesywać wrzosy.
- Słyszysz?! Piętnaście lat! I nie żyje!
- Słyszę.
Dwie minuty później wyłowił nóż z kępy wrzosów. Klinga błysnęła złowrogo, spiralny wzór na stali pochwycił dziwne szare światło, a ostrze zafalowało, zdając się wić jak żywe.
Wpatrzony w nóż Ben cicho gwizdnął.
- To gdzie znalazłaś tę dziewczynę, Kate?
- Na szczycie wzgórza.
- Pokaż mi.
Nagle stał się rzeczowy.
- Musimy wezwać policję - powiedziałam.
Patrząc w górę przez mgłę, wolno pokręcił głową.
- Czy ona na pewno nie żyje?
- Widziałam ją!
- Sprawdziłaś puls?
- Nie żyje.
- Powiedziałaś, że podcięto jej gardło. Ale na tym nożu nie ma krwi.
- Więc może morderca użył innego.
Głos mi zamarł. Przy ciele też nie było dużo krwi. Puściłam się biegiem. Ben za mną.
Dotarcie na szczyt nie zajęło nam wiele czasu. Na chwilę przycupnęliśmy pod krawędzią niecki, nasłuchując, ale dobiegł nas tylko szum wiatru w trawie. Ben w milczeniu wyciągnął czarny pistolet, z którym się nie rozstawał, ostrożnie wystawił głowę nad krawędź niecki, po chwili zeskoczył na dół. Poszłam w jego ślady.
Był tam kamienny kopiec, a obok krąg ogniska, ale w miejscu, gdzie leżało ciało, ujrzałam tylko trawę.
Oprócz mnie i Bena na szczycie wzgórza nie było żywej duszy. Ani martwej.
Ależ była tutaj - zapewniłam. - Znalazłam ją. Tam. Przy jednym z tych dołów. Kilka minut temu.
Wskazałam w kierunku miejsca, gdzie ją zobaczyłam. Razem obeszliśmy wolno wzgórze tuż przy brzegu niecki. Ben, z wyciągniętym i odbezpieczonym pistoletem, przeszukiwał wzrokiem trawę. Zatoczywszy pełne koło, zerknął w górę.
- Zostań tu - polecił i nisko pochylony zaczął posuwać się w milczeniu, zaglądając do każdej jamy.
Przy ostatniej wyprostował się i przywołał mnie ruchem ręki. W pustych dołach były wyłącznie trawa i wiatr.
- Była tutaj! - powtórzyłam z uporem.
Ben przykucnął, sokolim wzrokiem wpatrując się w trawę.
- Nic na to nie wskazuje - oznajmił po dłuższej chwili. Ponownie przysiadł na piętach. - Kilka odcisków stóp, ale ani śladu odcisku ciała.
- Była tu - powtórzyłam. - Lily. Martwa.
Popatrzyłam na niego bez słowa, lecz po chwili, czując znowu na policzkach gorące łzy, obróciłam się na pięcie i pomknęłam w dół wzgórza.
- A ty dokąd? - spytał, doganiając mnie.
- Do domu - odparłam. Mogła tam być Lily. albo nie. - A ty?
- Szukałem ciebie. Znalazłem i nie wiem, co dalej.
Zatrzymałam się.
- Wiedziałeś, że tu jestem?
- Wiem od lady Nairn, że ostrzegła cię, żebyś nie wchodziła na wzgórze. Dlatego najpierw zajrzałem na nie.
- To nie jest śmieszne.
- Za to trafne.
Wyszkolony przez jedną z formacji brytyjskich sił specjalnych, której nazwy nigdy mi nie zdradził, odszedł z niej i założył nowoczesną firmę ochroniarską. "Taką z ochroniarzami i pistoletami - powiedział mi, kiedy się poznaliśmy. - Nie od akcji i obligacji". Nie dziwiło więc, że lady Nairn potrzebowała kogoś takiego jak on. Było pewne, że najmniejsza wzmianka o przedstawieniu wywoła szturm paparazzich. Bez wątpienia martwiła się też o kolekcję sir Angusa, a przynajmniej o tę jej część, którą zamierzała przewieźć do Hampton Court i z powrotem.
Ale to Lily wymagała ochrony. I jej nie otrzymała. Ben nawet o niej nie słyszał.
Nim dotarliśmy do zatoczki przy drodze, zmierzch szybko zmienił się w mrok. Ben w milczeniu odwiózł mnie do domu.
Wyskoczyłam z wozu, gdy tylko się zatrzymał, i wpadłam do domu. Sadząc po dwa stopnie, wbiegłam na piętro i szerokim korytarzem popędziłam tam, skąd dochodził gwar rozmów. Całkiem zapomniałam o wieczornym przyjęciu lady Nairn.
Goście już się zebrali w starej wielkiej sali, przerobionej na wygodny salon z sofami, fotelami i ogromnym kominkiem, w którym płonęły miło pachnące drwa. Poszukałam wzrokiem lady Nairn. Stała przy długim rzędzie okien, w towarzystwie trzech mężczyzn.
- Gdzie jest Lily?! - spytałam zdławionym głosem.
Rozmowy w pokoju ścichły, brzęk kieliszków i lodu ustał, a spojrzenia wszystkich zwróciły się na mnie.
Lady Nairn popatrzyła w stronę fortepianu w przeciwległym kącie sali. Pochylał się nad nim roześmiany aktor Jason Pierce. Spostrzegłszy, że wszyscy umilkli, wyprostował się i odwrócił, odsłaniając zarumienioną, uradowaną Lily w zielonych aksamitach.
- A - powiedziała na mój widok. - To pani.
Ogromnie mi ulżyło, lecz jednocześnie poczułam zakłopotanie. Martwa dziewczyna to nie Lily. ale w takim razie kto?
Lily zaczęła grać poważną, mroczną toccatę i fugę d-moll Bacha.
- "Palec mnie świerzbi, to dowodzi, że jakiś potwór tu nadchodzi" - zaśpiewała.
W sali zapadła głucha cisza.
- Sztuka. - wykrztusiła drobna siwa kobieta, ściskając srebrny krzyżyk zwisający z szyi. - To cytat z tej sztuki.
- Gorzej! - Sybilla Fraser z wdziękiem oplotła palcami smukłą szampankę. - Zacytowała wiedźmy.
Płomienista jedwabna kreacja podkreślała jej złote włosy i cerę. Oczy pałały blaskiem. W naturze była jeszcze piękniejsza niż na ekranie.
Ale mnie wciąż prześladował widok dziewczyny na wzgórzu. Nie znaleźliśmy z Benem po niej śladu. Może mi się przyśniła. A jeżeli zostawiłam ją martwą albo umierającą samotnie w ciemnościach?
Odwróciłam się, żeby wyjść, i ujrzałam, że w drzwiach ktoś stoi, zastawiając mi drogę. Siwowłosa Furia ze wzgórza. Złowróżbnym, oskarżycielskim gestem podniosła rękę i wskazała Lily. Tak przynajmniej sądziła większość gości w sali. Ale z mojej perspektywy wskazywała mnie.
- To ty wniosłaś zło do tego domu - wymruczała groźnym, niskim głosem.
- Ta klątwa działa tylko w teatrze - odrzekła Lily, wstając. Prawda? - spytała zdetonowana, gdy nikt jej nie odpowiedział.
- Dziś teatrem jest ten dom - oświadczyła Sybilla. - Wyjdź!
- Daj spokój, Syb - zaprotestował Jason. - To przecież dziecko. Poza tym nie zaczęliśmy jeszcze prób. Za wcześnie na wchodzenie w rolę krwiożerczej, szatańskiej królowej.
- Ty też wyjdź!
Oczy Sybilli rozbłysły
- "Szatańskiej królowej"?! - zadrwił. - Więc to też się liczy?
Za plecami Sybilli stał potężny mężczyzna z wydatnym brzuchem i wianuszkiem posiwiałych rudych włosów wokół łysiny.
- Cytat to cytat, chłopcze - powiedział. - Ma pani rację, zebraliśmy się tu na próbę. Wprawdzie nieoficjalną, ale jednak. Dlatego oboje stąd wynocha.
- A bodaj to! - zaklął Jason, przemknął obok mnie i siwowłosej, po czym wypadł przez drzwi. Za nim podążyła zagniewana Lily.
Siwowłosa Furia ani drgnęła. Teraz już wyraźnie wskazywała na mnie.
- Czy któreś z nich zna zaklęcie odczyniające klątwę? - rzucił rudzielec.
- Pokażę im, co robić - zadeklarowałam, wykorzystując okazję, by również wyjść.
Siwa kobieta, gdy ją mijałam, nachyliła się do mojego ucha.
- Odnieś go - powiedziała.
"Odnieś go"?! Wiedziała o nożu? A jeśli tak, czy wiedziała też o zwłokach?
- Czy dziś po południu widziała pani kogoś na tym wzgórzu? Czyjeś zwłoki? - spytałam tak cicho, by nikt nie usłyszał.
Pokręciła głową.
- To o nóż powinnaś się martwić - odparła i prędko wypchnęła mnie z salonu.
Drzwi trzasnęły głucho za moimi plecami.
- Wierzysz w to całe bzdurne wudu? - burknął Jason.
- Nie chodzi o wiarę, tylko o tradycję - odparłam.
- Powiedz to tej siwej Meduzie - odparował.
- Starej Callie - wtrąciła Lily. Stała obok nas w zielonej sukience z rozszerzanymi rękawami, z burzą rudych włosów wokół twarzy, z wściekłości bliska łez. - Gra jedną z czarownic. Dzieci z wioski myślą, że nią jest.
Stara Callie? To imię kobiety, którą odnalazł sir Angus - przypomniałam sobie.
- Chyba widziałam cię dziś po południu - powiedziałam do Lily - Na wzgórzu.
- Wcale nie. Widziała pani, jak Sybilla robi ze mnie idiotkę. A babcia jej na to pozwala.
Czyżbym śniła? A może wtedy na wzgórzu to nie była ona? Musiałam tam wrócić, żeby się przekonać. Ruszyłam korytarzem.
- O nie! - Jason chwycił mnie za rękę. - Nigdzie nie pójdziesz, dopóki nas z tego nie wyciągniesz.
Ścisnął mnie mocniej. Zamiast się spierać, wolałam mu ustąpić i pokazać, jak odczynić klątwę. Po moich lakonicznych wskazówkach obrócił się trzykrotnie zgodnie z ruchem wskazówek zegara, zastukał do drzwi salonu i poprosił o wpuszczenie. Otworzyła mu Sybilla.
- "Szczęśliwe myśli niech ci towarzyszą" - powiedział, przestępując próg. Sybilla uśmiechnęła się do niego triumfalnie, a potem, traktując Lily jak powietrze, zatrzasnęła drzwi.
- Krowa! - wypaliła dziewczyna. Obróciła się trzy razy, podeszła do drzwi. Już miała w nie zastukać, gdy jej wyciągnięta dłoń zastygła w powietrzu. - Co mam powiedzieć?
Spojrzałam z obawą na korytarz.
- Musisz zacytować którąś ze szczęśliwych sztuk Szekspira. Jason wypowiedział zdanie z Kupca weneckiego. Więc może zacytuj coś ze Snu nocy letniej.
Wzruszyła ramionami.
- Jasne.
- Dyżurny cytat to: "Z wdziękiem wróżek splótłszy ręce, nućcie, a ja dom poświęcę".
Jej zielone jak morze oczy błysnęły figlarnie.
- Powinna to pani powiedzieć na tym wzgórzu. To wzgórze wróżek. Nim zdążyłam odpowiedzieć, zastukała mocno do drzwi. Otworzyła jej lady Nairn.
- Wejdź, Lilidh Gruoch MacPhee - powiedziała.
Lily pociągnęła mnie za sobą. Zebrani w sali nadstawili uszu. Dziewczynka wypuściła powietrze, zdmuchnęła z twarzy rudy kosmyk, utkwiła wzrok w Sybilli i wydeklamowała:
To, co ujrzysz przebudzona,
Kochaj, błagaj, tul do łona.
Żbik, ryś, niedźwiedź, lampart czy to
Dzik ze skórą w kolce krytą,
Cokolwiek ci w oczach stanie,
Gdy się ockniesz - twe kochanie.
Ujrzyj stworę niespodzianie.
Okręciła się na pięcie i wyszła z sali, tak mocno trzaskając drzwiami, że zadrżały jelenie rogi na ścianach.
Gości zamurowało. Zdałam sobie sprawę, że Lily świetnie wiedziała, co robić. Co powiedzieć. Nic dziwnego, skoro dorastała w takim domu. Zadając mi pytanie, po prostu żartowała. To i owo zmieniła, pamiętając sens, a nie frazy, ale słowa wyjęła z ust króla elfów Oberona, które wypowiedział je do swojej śpiącej żony Tytanii. Można to łagodnie nazwać fortelem miłosnym. Ale tak naprawdę był to magiczny figiel, mający na celu jej upokorzenie.
- To nie błogosławieństwo. To kolejna klątwa - oświadczyła drżącym głosem kobieta z krzyżykiem.
Sybilla wstała, powiodła chłodnym wzrokiem po gościach i zatrzymała spojrzenie na Jasonie.
- Jak to się kończy?. Aha. "Tytania ze snu się podniosła i wraz, jak los chciał, pokochała osła".
Przepłynęła przez salon, wyszła przez wąskie drzwi na balkon i zniknęła.
Jason jęknął i poszedł za nią.
- Wisus dziewka - rozległ się tubalny szkocki głos rudzielca.
- Sybilla czy Lily? - spytała lady Nairn. Dziś znowu zaczesała włosy do tyłu i ubrała się na czarno, tym razem w kostium ze spodniami.
- Co kto woli - odparł mężczyzna z uśmiechem. - "Wisus" pochodzi od "obwiesia" - rzucił w moim kierunku. - W Szkocji to komplement. To urwis, szelma, ktoś śmiały.
- W sensie dosłownym "szubienicznik" - dodała z powagą lady Nairn. - Własnoręcznie wzniosę szubienicę, jeśli zaczniemy tracić aktorów jeszcze przed próbami. Kate, przedstawiam pani wisusa Eirchearda. - Zabrzmiało to jak Air Cart, choć z bezdźwięcznym gardłowym "c" w wygłosie, jak w słowach "loch" i "Bach". - W naszym przedstawieniu lojalny królewski sługa Sejton. A na Samhain skazany na zgubę Król Lata. Z naciskiem na "skazany na zgubę".
Rudzielec puścił do mnie oko.
- Maszerujący radośnie, choć cokolwiek chwiejnie, na rzeź.
Zrobił kilka kroków w moją stronę, wyciągając rękę, i wtedy spostrzegłam, że utyka. Jedną stopę skrywał mu ciężki but dziwnego kształtu.
- Eircheardzie, poznaj Kate Stanley - kontynuowała lady Nairn. - Ale zawłaszczysz ją dopiero, kiedy pozwolisz jej uciec na górę i się odświeżyć. Położyłam coś na pani łóżku - powiedziała do mnie. - Mam nadzieję, że będzie pasować.
Slainte mhath. - Eircheard wzniósł w moją stronę kieliszek. - Kiedy się pani stosownie odstawi, żeby dostać drinka, przepije pani do mnie. Nauczę panią, jak - obiecał i odwrócił się z roześmianymi oczami.
Zanim ktokolwiek mógł mnie zatrzymać, wymknęłam się z salonu i zbiegłam po schodach w noc.
Kiedy dotarłam do drogi, wjechał na nią samochód i po chwili zrównał się ze mną.
- Tam jej nie ma, Kate - powiedział Ben zza kierownicy.
Szłam dalej.
Wyskoczył z wozu, chwycił mnie za ramiona i obrócił twarzą do siebie.
- Widziałam ją! - powtórzyłam z uporem. - Oczywiście nie Lily. ale to nie znaczy, że nie było na wzgórzu innej dziewczyny.
- Dlatego tam wróciłem.
Zamrugałam oczami.
- Ty.?
- Wróciłem - powtórzył. - Sprawdziłem szczyt centymetr po centymetrze i dla pewności pobliskie zbocze. Nie ma jej tam. Przywidziało ci się, Kate.
- Ależ była! Rzeczywista jak jej suknia. Zielononiebieska. Ciężka. Szeleściła. Dotknęłam jej, na miły Bóg!
Pamiętałam, że spływała po niej z suchym grzechotem, przypominającym odgłos deszczu na pustyni.
- Tak bywa z przywidzeniami.
Pozwoliłam mu odwieźć się do domu. Kiedyś Ben sam walczył z własnymi demonami, po krwawym fiasku jakiejś afrykańskiej misji. Szczegółów nigdy nie poznałam. Zdradził mi to i owo przed dwoma laty, kiedy poszukując mordercy, zetknęłam się z makabrycznymi zdarzeniami. Wstrzymałam oddech. To go martwiło? Upatrywał w tym spóźnionej reakcji na tamte przeżycia?
- Nic mi się nie przywidziało - zapewniłam obronnym tonem, gdy szliśmy przez taras. Zatrzymałam się przy ławce koło drzwi, usiadłam i zamknęłam oczy, by powstrzymać łzy. - Ten nóż jest prawdziwy.
- To kolejny powód, dla którego wróciłem. - Wyjął nóż z chlebaka i położył na ławce. W świetle księżyca zalśnił wzór w spirale i zwoje. - Nie miałaś prawa iść tam sama, Kate. Bez kurtki. Bez latarki. Nieuzbrojona. Jeżeli ona istnieje, to na górze był - i może wciąż jest - morderca. Chcesz tam wrócić, to przynajmniej poproś, żebym ci towarzyszył.
- Właściwie to powinnam pojechać do lasu Birnam - powiedziałam.
Usiadł na ławce. Oddzielał nas nóż.
- Kate. musimy porozmawiać.
Zesztywniałam.
- Nie teraz.
Obawiałam się tej chwili.
- Ja.
- Nie teraz! - Chciałam myśleć o nożu. O dziewczynie na wzgórzu: prawdziwej, wyśnionej? O rękopisie i tajemniczej śmierci sir Angusa. O wszystkim, byle nie o naszym rozstaniu. - A poza tym co tu robisz?
- Doradzam.
Przywykłam do półprawd i wykrętów, do wszystkiego, co mógł lub chciał mi powiedzieć o czarnej dziurze w swojej biografii. Nienawidziłam tajemnicy spowijającej jego życie, choć rozumiałam jej konieczność.
- Lady Nairn - domyśliłam się. - Namówiła cię na to Atenaida?
Uśmiechnął się wymijająco.
W tym momencie zza rogu tarasu wyszła smukła postać. Lily - wnioskując z miny, wciąż wściekła na cały świat.
- Cześć - powiedziała cierpko. - Nie spodziewałam się, że was tu zastanę.
- Właśnie szliśmy na przyjęcie - odparłam.
- Mam w takim razie nadzieję, że szybko zmienicie kostiumy. Babcia ma bzika na punkcie strojów wieczorowych. Pokaż się w dżinsach w jadalni, zawróci cię od drzwi bez kolacji. - Dostrzegając lśniący nóż leżący między nami na ławce, raptownie zaczerpnęła powietrza. - Jak Tristan i Izolda, co?
Ben westchnął i wstał.
- Pozwolisz, że go zatrzymam? - Wskazał głową nóż. - A może chcesz go zabrać na kolację? Zakładając, że przy drzwiach kontrolują jedynie stroje, a nie to, czy ktoś ma broń.
- To dom babci - wtrąciła Lily. - Dżinsy nie. Sztylety tak. Choć zazwyczaj w parze z kiltami.
- Goście są już wystarczająco roztrzęsieni, by dawać im na dokładkę powód do obaw, że w ich gronie jest maniakalny morderca - powiedziałam, wręczając Benowi nóż.
Schował go do chlebaka.
- Zobaczymy się w środku - rzekł i wszedł po schodach do domu.
Lily przysiadła się do mnie.
- Niech mi pani powie. czemu w ogóle podoba się pani ta głupia sztuka? No bo Szekspir zerżnął ją ze starych legend, obsmarował dobrego króla i pozbył się naprawdę bardzo ciekawej kobiety. - Tupnęła w kamienny chodnik. - Kto normalny odesłałby za kulisy osobę taką jak lady Makbet?! Jak się mieszka z dziadkami, zwłaszcza z babką o scenicznej przeszłości, to dziedziczy się ich obsesję. Ale pani?
Zaczerpnęłam głęboko powietrza i zmusiłam się, by skupić na niej uwagę.
- Szekspira kocham chyba od dziecka - odparłam. - Uwielbiam opowieści. Rodzina mnie do tego zachęcała. Ale Makbet to inna historia. To bunt. Moja mama nienawidziła tej sztuki. W naszym domu był na nią zapis. Więc jej oczywiście poszukałam.
Lily targnęła głową i zaśmiała się.
- Oto sposób na zachęcenie dziatek do lektury Szekspira. Zakaz czytania. - Wstała, otrzepując ręce. - Wchodzi pani?
- Za kilka minut.
Wzruszyła ramionami i weszła po schodach w ślad za Benem.
Oparłam się plecami o ścianę, patrząc na księżyc przeświecający zza drzew. Nazwała nas Tristanem i Izoldą, porównała do występnych kochanków, którzy nieomylnym symbolem swojej niewinności czynią miecz, kładąc go między sobą na łożu, zanim do ich miłosnego gniazda wtargną szpiedzy. Świadczyło to ojej dobrym wykształceniu, zapewne w prywatnej, szokująco drogiej szkole, ale jeśli chodzi o Bena i o mnie, Lily grubo się myliła. Bohaterowie eposu nie dopuścili, by rozdzieliły ich oceany, waśnie ani śmierć. Bena i mnie rozłączyły drobne losowe zakręty naszych zawodowych karier.
Jako osiadła w Londynie amerykańska reżyserka teatralna, specjalizująca się w Szekspirze, jechałam tam, gdzie była praca, a odnalezienie Gardenia sprawiło, że otrzymywałam propozycje z całego świata. Co do Bena, trudno było wyjaśnić, czym się zajmował, zwłaszcza, że na słowo "najemnik" reagował szyderczym parsknięciem. Zanim się poznaliśmy, wycofał się z udziału w operacjach specjalnych, do których go wyszkolono - w wojsku? tajnych służbach? - i założył firmę ochroniarską, utrzymującą się ze zleceń, takich jak to, lady Nairn. Ale podejmował się też misji specjalnych, zbyt delikatnych i ryzykownych jak na nerwy polityków. Misji, które, sam sobie będąc szefem, mógł przyjąć lub odrzucić. Miałam go za współczesnego Drake'a lub Raleigh.
- Bierzesz mnie za pirata? - spytał z rozbawieniem, gdy powiedziałam mu to w łóżku pewnego deszczowego popołudnia.
- Nie pirata. Kapra.
Wzruszył ramionami na to rozróżnienie.
- Za kapra? A co to znaczy? Czy aby nie "kaprawy"?
- Lubię jak mnie pi. ratujesz - odparłam.
Stanął nade mną, nagi, piękny, a ja, zaśmiewając się, na powrót zagrzebałam się w pościeli. Tydzień potem przepadł i dwa miesiące nie wiedziałam, gdzie jest ani nawet czy żyje.
Na pojednanie załatwił nam tygodniowy pobyt w Irlandii, w wiejskim domu z widokiem na morze: tylko my dwoje, obiecał, łagodne konie, długa dziewicza plaża. I wówczas zadzwonił do mnie agent.
- Koriolan? - spytał z niedowierzaniem Ben, kiedy przez telefon odwołałam wyjazd. - W Sankt Petersburgu? Nikt nie lubi Koriolana.
I tak to szło, coraz trudniej znajdowaliśmy dla siebie czas, coraz łatwiej irytowaliśmy się, że jedno z nas jest nieobecne. Obliczyłam, że przez półtora roku naszego związku spędziliśmy ze sobą dwa miesiące. Góra trzy.
A potem, któregoś pogodnego czerwcowego ranka, zaszłam do jego mieszkania. Śpiewały ptaki, a on w dżinsach i zielonym podkoszulku, w którym jego oczy miały barwę malachitowego morza, roztargniony patrzył przez okno na Tamizę.
- Chcesz tego? - Pomyślałam, że pyta o śniadanie. - Mówię o nas - wyjaśnił takim głosem, że przeszedł mi głód.
- Oczywiście. - Przełknęłam ślinę. - Przepraszam za wczorajszy wieczór. Ale nie tylko ja.
- Bóg świadkiem, nie jestem wzorem domatora. Ale gdy ja zawalam jedną randkę, to ty wystawiasz mnie na trzy.
Nie było to oskarżenie, tylko konstatacja faktu, tak spokojna, że o wiele straszniejsza od oskarżenia lub ciętej riposty.
- Przynajmniej wiesz, gdzie jestem.
Chciałam to powiedzieć beztrosko, a wyszło tak opryskliwie, że się skrzywiłam.
- Nie tu.
Posłał mi gorzki uśmiech.
- Zaczynam bardzo interesującą pracę - zaprotestowałam. - Taka szansa się nie powtórzy. Za kilka lat bardziej się ustabilizuję. Więcej będę mogła zaplanować.
Stać mnie będzie na odrzucenie dorywczych propozycji - pomyślałam. Ale nie wypowiedziałam tego na głos.
Ben przyglądał się słońcu złocącemu niczym łuska rzekę.
- Łączy nas coś. niezwykłego, Kate. Będę czekał, w każdym razie jakiś czas. Czy będziesz na końcu tego tunelu? Czy ten tunel kiedyś się skończy?
Nie mogłam mu podać daty ani złożyć fałszywych obietnic. Nie byłam nawet pewna, czy tego chcę. Kiedy tak stałam w ciszy, milcząc jak zaklęta, coś pękło i po niebie rozeszło się milion niewidzialnych rys.
Było to przyjacielskie, choć słodko-gorzkie rozstanie. Bardzo dorosłe. Spowita małym szarym całunem wróciłam do siebie.
- A ile trwa "jakiś czas"? - spytała Atenaida na wieść o naszym rozstaniu.
Nie znałam odpowiedzi. Rzuciłam się w wir pracy, tego lata na szczęście
miałam jej pod dostatkiem. Po kilku dniach wyciszenia zaczęłam sobie wyrzucać, że popełniłam straszny błąd.
Aż do tej chwili.
Wstałam i poszłam na górę się przebrać.
Na łóżku zastałam jedwabną niebieską sukienkę z głębokim dekoltem. Mało brakowało, żebym zrobiła w tył zwrot i zeszła na kolację w powalanym trawą khaki. Tylko myśl, że będę musiała wytłumaczyć się gościom ze stroju, skłoniła mnie do przebrania się w sukienkę. Wsunęłam ją przez głowę, włożyłam czarne pantofle na obcasie, przygładziłam włosy i spojrzałam w lustro.
Nie byłam majestatyczną pięknością jak Ellen Terry, ale po takim popołudniu prezentowałam się znośnie. W mojej wyobraźni odbicie w lustrze zmącił inny obraz - nie syreniej morderczej królowej, lecz nagiej, spętanej, okrytej zielononiebieskim jedwabiem dziewczynki z płomiennymi rudymi włosami i z rozciętą, zakrwawioną szyją.
Zakryłam lustro szlafrokiem i zeszłam na kolację.
Goście byli już w jadalni, ale wciąż się kłębili, szukając swoich miejsc. Przy drzwiach lady Nairn przedstawiła mnie Effie Summers, siwowłosej damie, która zaprotestowała, gdy Lily zacytowała Makbeta. Teraz rozszerzonymi oczami rozejrzała się na boki, jakby moja obecność mogła skłonić kogoś do przytoczenia niebezpiecznego cytatu, i oddaliła się truchtem.
Zastawiony na ponad dwadzieścia osób stół był wiktoriańską fantazją z porcelany i kryształu, z piramidą kandyzowanych owoców pośrodku. Przed każdym talerzem stał mały emaliowany ptak, z kartką z nazwiskiem gościa w dziobie. Swoją znalazłam w dziobie łabędzia. Po mojej prawej ręce siedział Jason, a Eircheard zajmował miejsce przy końcu stołu, w pobliżu milczącej, nadąsanej Lily. Nici z nauki toastów gaelickich, musiałam poprzestać na australijskich.
- Gdzie mam usiąść? - spytała Sybilla, odymając wargi.
Lady Nairn zaprowadziła ją do wolnego krzesła, które stało naprzeciwko mojego. Sybilla zmarszczyła brwi, wzięła ptaka - kruka - i obróciła go tak, by schludne czarne pismo na kartce w jego dziobie mogli odczytać wszyscy obecni.
Hal Berridge.
- A kto to jest? - spytał Jason.
Siedząca przy końcu stołu Effie Summers wstała.
- Chłopiec. - Łapiąc powietrze, sięgnęła do szyi i odszukała krzyżyk na naszyjniku. - Zmarły chłopiec.
Okrzyki zaskoczenia szybko umilkły.
- Pierwsza lady M - dodała Effie głosem bliskim histerii.
Lady Nairn z konsternacją wpatrywała się w bilecik Sybilli, lecz widząc, że Effie zaczyna wpadać w panikę, pośpieszyła z wyjaśnieniem:
- Młodziutki aktor z trupy Szekspira, w czasach gdy kobietom nie wolno było grać na scenie i żeńskie role odtwarzali chłopcy. Na dzień przed premierą w obecności króla Hal Berridge zachorował i umarł.
- Kiedy liczono już godziny do rozpoczęcia przedstawienia - dodała Effie, pochylając się w stronę Sybilli. - Jedynym aktorem, który na tyle dobrze znał rolę, żeby go zastąpić, był Szekspir. - Przebiegła po stole palcami jak szpony. - Rozumiesz? Ta klątwa zaczęła się od śmierci Hala Berridge'a. To ostrzeżenie!
Wciąż trzymając w ręku kruka z feralną wizytówką w dziobie, Sybilla była o włos od ciśnięcia go w ogień i wielkiego, bezpowrotnego wyjścia.
- Kto tam umieścił tę karteczkę? - spytał lekko rozbawiony Jason Pierce. Nikt nie odpowiedział.
Z westchnieniem odłożyłam serwetkę i wstałam.
- Przykro mi, ale nie zgadzam się z panią Summers. Ta opowieść jest - i była - żartem.
Oczy wszystkich zwróciły się na mnie. Wprawiłam w zakłopotanie nawet lady Nairn.
- Nie wiem, kto dzisiaj wskrzesił Hala Berridge'a, ale wiem, że wymyślił go pod koniec dziewiętnastego wieku krytyk teatralny Max Beerbohm.
- Ten rysownik? - spytała skupiona lady Nairn. Skinęłam głową.
- Karykaturzysta, krytyk, pisarz, dandys. Z temperamentu satyryk i wyborny kpiarz. Bywalec londyńskich salonów, jeszcze bardziej pożądany niż Oscar Wilde. Szekspir go nudził. Któregoś wieczoru, nie chcąc roznosić na strzępy przedstawienia, które mu się nie spodobało, niemal całą recenzję wypełnił anegdotami o Szekspirze. Między innymi tą z Halem Berridge'em. Rzecz naszpikował cytatami z mało znanych źródeł historycznych, uwiarygodniając te historie do tego stopnia, że połknęło je wiele pokoleń aktorów, a krytycy ich nie zakwestionowali. Problem w tym, że Beerbohm wszystkie je zmyślił.
- Chce pani powiedzieć, że ta opowieść to kłamstwo? - spytała Sybilla.
- Żart. - Uśmiechnęłam się. - Nie wykluczam, że niektóre z przedstawień prześladował wyjątkowy pech. Do moich ulubionych anegdot należy ta z rajtuzami Charltona Hestona. Ale pech nie zaczął się od śmierci Hala Berridge'a.
Głupi figiel - pomyślałam. Przede wszystkim w złym guście, doprawdy niegodziwy. W dodatku oblał test na dobry żart, bo wymagał objaśnienia. Kawalarz z pewnością na to liczył, ale jakiego komentarza oczekiwał? Przesądów Effie czy mojego sceptycyzmu?
Mały emaliowany ptak drżał w dłoni Sybilli. Jeszcze nie była gotowa zrezygnować z wielkiej sceny.
Ben podszedł do niej, wyciągnął z dzioba kruka wizytówkę, wyjętym z kieszeni piórem napisał na jej odwrocie "JW królowa Szkocji" i z powrotem wetknął ją ptakowi do dzioba.
- Wasza Wysokość - zwrócił się do Sybilli z lekkim ukłonem.
Dziękuję - rzekłam bezgłośnie.
Uśmiechnęła się do niego tak promiennie, że zmrużyłam oczy, a potem pogłaskała go w policzek.
- Dziękuję, kochanie - powiedziała miękkim głosem, w którym było zadowolenie i obietnica.
"Kochanie"?!
Drobne szczegóły minionych dni urwały się z uwięzi, tworząc nowy układ. Jak z komory pogłosowej doleciał mnie głos lady Nairn: "Ona ma kogoś nowego". A Ben?. Chciał ze mną porozmawiać, ale nie dałam mu szansy, a potem schroniłam się za Lily.
"Jak Tristan i Izolda" - skomentowała leżący między nami nóż. Czy wiedziała o nas? Czy wiedzieli o tym wszyscy prócz mnie?
Poczułam, że się czerwienię, i spuściłam oczy. Najchętniej uciekłabym na Syberię, żeby ochłonąć w wiecznej marzłoci. Ale więził mnie rytuał proszonej kolacji. Gdybym wyszła, tylko pogorszyłabym wrażenie, a moja rola wypadłaby jeszcze żałośniej.
- A jak było z tymi rajtuzami Charltona Hestona? - spytała z drugiego końca stołu Lily.
- Ktoś polał je naftą - usłyszałam siebie, jakbym mówiła z oddali. - Kręcona w plenerze scena wymagała jazdy na koniu. Wprawdzie krótkiej, ale połączenie tarcia z końskim potem tak zaczęło palić Hestona w uda, że wypadł z planu z krzykiem: "Ściągnijcie je ze mnie, ściągnijcie je ze mnie!" Dla aktora to na pewno nie było nic przyjemnego, ale anegdota zapadła w pamięć.
Kilka osób się zaśmiało i na szczęście skupiono się na czym innym. Zwykle z wielkim zaciekawieniem słuchałabym nerwowej paplaniny o dziwnych wypadkach związanych z Makbetem, dziś jednak rozmaici Makbeci, niechcący raniący nożami Makdufów i na odwrót, różne lady Makbet, padające jak długie w lunatycznych snach, a nawet sponsor przedstawienia, samobójczo skaczący na główkę z balkonu podczas spektaklu szkockiej opery Verdiego - wszystko to wydawało się nudne jak flaki z olejem. W jakiejś chwili Jason - którego trudno nazwać najbardziej wrażliwym człowiekiem na świecie - nachylił się ku mnie i spytał, czy dobrze się czuję.
Nie mogłam spoglądać na Bena, lecz nie byłam w stanie się powstrzymać od przelotnych zerknięć w kierunku Sybilli. Patrzyła tylko na niego, emablowała go przez całą kolację, traktując Jasona jak powietrze.
I mnie również, skoro o tym mowa.
Wyszłam stamtąd przy pierwszej sposobności i podążywszy chwiejnie na oślep korytarzem, dotarłam do opustoszałego salonu. Stałam tam Bóg jeden wie jak długo, odrętwiała, pusta, czując, jak powietrze dotyka mnie do żywego. Po jakimś czasie usłyszałam głosy, kroki i śmiech. Goście wracali na kawę.
Nie chciałam ani kawy, ani towarzystwa. Małe drzwi we frontowej ścianie wiodły do stromych spiralnych schodów w narożnej wieży. Weszłam po nich na ciasny podest, a z niego do okrągłej komnaty. Tuż za progiem stanęłam. Cała zdawała się śpiewać. W ramach okna na wprost drzwi idealnie mieściło się wzgórze. W drugim, otwartym, z prawej, wisiały poruszane wiatrem dzwoneczki, którymi dźwięczał ów pokój, poczynając od wysokich srebrnych sopranów po ciemne bogate basy. Przed małym kominkiem stały dwa wygodne fotele i stolik, a pod wypełnionym wzgórzem oknem - antyczna rzeźbiona skrzynia. Oprócz nich nie było tu innych mebli.
Moją uwagę przyciągnęła skrzynia. Dostrzegłam na niej ogromną srebrną misę, o której bok opierało się małe prostokątne lustro w ozdobnej ramie, upstrzone i przyćmione przez czas. Po drugiej stronie misy leżał nóż z czarną rękojeścią i stalową klingą z dziwnym falującym wzorem.
Nawet z bliska wyglądał dokładnie jak nóż, który znalazłam na wzgórzu. Czyżby Ben dał go lady Nairn?
Przeszłam przez komnatę, pochyliłam się i dopiero wtedy zobaczyłam, że na klindze nie ma runów, a jej krawędź jest zaokrąglona i gładka. Do tego dziwnie gruba. Tępa.
- Znalazła pani moje sanktuarium - usłyszałam za plecami głos lady Nairn i aż podskoczyłam z wrażenia. - Te rzeczy to serce mojej kolekcji. Kociołek, lustro i nóż. Kociołek pochodzi z celtyckiego wieku żelaza. A w każdym razie jego oryginał - wykopany z bagna w Highlands w osiemnastym wieku. Jest jednak zbyt kruchy, żeby go używać. To, co pani tu widzi, to jego reprodukcja. Lustro jest z czasów elżbietańskich. Podobno należało do szekspirowskiej trupy Sług Jego Królewskiej Mości.
- A ten nóż? - spytałam z zaciśniętym gardłem.
- Współczesna kopia.
- Czego?
- Noża znalezionego na tym wzgórzu.
- Opowie mi pani o nim?
Patrzyła tak, jakby na wskroś mnie widziała przeszłość, a może i przyszłość.
- Kazałam go wykuć jako rekwizyt.
- Pytam o oryginał.
Podeszła do skrzyni, włożyła mi nóż do rąk i zaprosiła gestem na fotel przy małym kominku. Kiedy się obracałam, żeby usiąść, na haku przy drzwiach dojrzałam kawałek zielononiebieskiego jedwabiu z wzorem niczym smocza łuska. Trzymając nóż, wpatrzyłam się w nią jak w ducha.
- To kostium lady M. Ellen Terry - wyjaśniła z lekkim rozbawieniem lady Nairn. - To znaczy w przybliżeniu. Z jedwabiu wyszywanego skrzydłami żuków. Wymarzone dla królowej, która, pominąwszy imię, była czarownicą. Chodź być może żuki miałyby inne zdanie.
Kiedy lady Nairn zaczęła opowieść, wciąż z otwartymi ustami gapiłam się na suknię, mając w pamięci jej suchy szelest, jaki słyszałam na wzgórzu. Nóż znaleziono tam pod koniec XVIII stulecia, podczas pierwszych wykopalisk archeologicznych. Ale nie wydobyto go łopatą z ziemi, tylko któregoś poranka wyciągnięto z trawy, gdzie leżał, lśniąc w mdłym słońcu. Skąd się tam wziął, nie odkryto nigdy. Ale nawet w oczach amatora wyglądał na prastary, z czarnym trzonkiem i wytrawionym napisem, którego nikt nie mógł odczytać.
- Co się z nim stało? - spytałam, czując suchość w ustach.
- Ściągnął na siebie złe plotki, pomówienia, że od jego ostrza zginął Makbet. Prawdziwy. Pogłoski ponure, acz podnoszące wartość znaleziska. Przez blisko pięćdziesiąt lat nóż przechodził z ojca na syna jako jeden z wielkich skarbów tego rodu. Aż wreszcie go sprzedano, żeby pokryć dług karciany. Wkrótce potem rodzina straciła prawie cały majątek.
Lady Nairn odchrząknęła.
- Zbieg okoliczności, to pewne, ale nie dla wszystkich. Z czasem dziedzic rodu próbował odnaleźć nóż, ale mu się nie udało. I wtedy, w tysiąc osiemset pięćdziesiątym siódmym roku, William Nairn, ówczesna głowa rodu, prapradziadek męża, obwieścił, że znalazł go ponownie w trawie na szczycie wzgórza. Niektórzy się zdziwili, szczególnie jego żona, ale obstawał przy swoim. Jak zdobył ten nóż, tak zdobył, w każdym razie od tamtej pory nie spuszczał go z oczu. Następnego lata, kiedy urodził mu się syn, pradziad mojego męża, ów nóż zyskał nad swoim znalazcą niesamowitą władzę, spod której nie wyzwoliły go nawet narodziny potomka. W dzień śledził grę świateł na jego ostrzu. Nocami, ściskając go w ręku, ogarnięty niepokojem, godzinami chodził po blankach i obserwował wzgórze. Zona nabrała podejrzeń, że nóż rzucił na niego urok. W przeddzień święta Samhain w tysiąc osiemset pięćdziesiątym dziewiątym roku William zniknął podczas wichury. Młoda służąca twierdziła potem, że widziała, jak wspinał się na wzgórze, choć trudno dać jej wiarę, bo tej nocy zacinał deszcz. W każdym razie ani Williama Nairna, ani noża więcej nie widziano. Zona do śmierci wierzyła, że uprowadzili go Dobrzy Ludzie, odzyskując należący do nich nóż.
Lady Nairn zamilkła, ale jej słowa długo wisiały w powietrzu.
- To wnuk Williama napotkał na tym wzgórzu mroczną wróżkę - dodała rzeczowo.
Starą kobietę, która - jak sądził sir Angus - coś przesłała Ellen Terry. Wokół mej głowy zawirowały wyszeptane zdania, które przywiał wiatr: "Przyszła królowo, cześć ci!. To jest tylko we mnie, czego nie ma. Musi umrzeć". A po nich kilka bardziej zrozumiałych: "Ściągnął na siebie złe plotki.". I najostrzejsze: "To ty wniosłaś zło do tego domu".
Drgnęłam nerwowo.
- Lady Nairn. sądzi pani, że ten nóż ma coś wspólnego z tym, co znalazł sir Angus?
- Wątpię. Skąd to pytanie?
Oderwałam wzrok od noża w mojej dłoni.
- Dzisiaj znalazłam bardzo podobny - wyznałam.
Zmrużyła oczy.
- Gdzie? - spytała i od razu udzieliła sobie odpowiedzi. - Poszła pani na wzgórze.
- Przepraszam. - Przełknęłam ślinę. - On. Znalazłam tam nie tylko nóż. Także zwłoki, a przynajmniej tak myślałam. Z początku wzięłam je za ciało Lily.
- Lily?!
- Ale to nie była ona - wyjaśniłam pośpiesznie. - Może to był sen, koszmar senny.
Zaczerpnęła powietrza.
- To wyjaśnia pani zdenerwowanie.
- Tam nie było zwłok. - Wstałam i podeszłam do okna. - Ben wrócił na wzgórze, żeby się upewnić.
- A nóż?
- Ma go.
- To tam spotkała pani starą Callie?
Skinęłam głową.
- Lily twierdzi, że dzieci we wsi uważają ją za czarownicę.
- Jak mówi porzekadło: "Ty nazywasz ją wiedźmą, a ja wiedzą". Jeżeli jest czarownicą, to od białej magii. Warto docenić Caledonię Gorrie.
- Skąd go pani ma? - spytałam.
Wyciągnęła rękę po nóż.
- Wykonał go dla mnie mąż. To kopia oryginału.
Zmarszczyłam czoło.
- Ale skoro nóż przepadł w roku tysiąc osiemset pięćdziesiątym dziewiątym. Jak mąż mógł go skopiować?
- Zachował się opis sporządzony przy okazji wykopalisk w roku tysiąc siedemset dziewięćdziesiątym dziewiątym. Jest tam rysunek w pełnej skali.
Serce mi zabiło.
- Mogę go zobaczyć?
- Chodźmy - powiedziała, ruszając do drzwi.
Zbliżając się do podnóża schodów, usłyszałyśmy dziwny, prawie nieludzki lament, od którego dostałam gęsiej skórki. Kiedy dotarłyśmy na korytarz, większość gości rozeszła się już do pokojów, a światła przygaszono? Pozostali zgromadzili się przy oszklonych, szeroko otwartych drzwiach. Dziwny dźwięk dochodził z zewnątrz.
Elfie Summers, druga czarownica z obsady Makbeta, siwowłosa kobieta, która tak przejęła się klątwą, spojrzała na nas, układając usta w wąskie "o" strachu, i niskim, gardłowym szlochem zawtórowała wypełniającej mrok dziwnej pieśni.
Co się stało, Elfie? - Spytała lady Nair, chwytając mnie za przegub i ciągnąc za sobą przez salon.
Potrząsając głową, Elfie wskazała otwarte drzwi.
Uwolniłam rękę i wyjrzałam na zewnątrz. Księżyc zaszedł, niebo było usiane gwiazdami. Otaczające dom, rozchwiane na wietrze sosny zamiatały horyzont. Na trawniku w dole, pośrodku migotliwego kręgu świec, stała kobieta.
Nie. Dziewczyna. Lila w sukience falującej na wietrze. Powoli uniosła ręce ku niebu i wówczas zdałam sobie sprawę, że lament dobywa się z jej gardła. Jej stóp błyszczało coś, co przywodziło na myśl małą fontannę. Wyszłam na balkon, mrużąc w ciemności oczy. Na trawie w dole leżało lustro.
Zza pleców dobiegła mnie modlitwa: "Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię Twoje". Trzymając przed sobą krzyżyk, Elfie opadła na kolana. Stojąca obok lady Nair uniosła dłoń do ust i zamarła.
Na trawniku pod domem Lila, z rękami w powiewających długich rękawach, wzniesionymi na wysokość ramion, zaczęła się kolebać i obracać, cały czas nucąc bez słów.
- "Przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja, jako w niebie tak i na ziemi." - Wymruczała Elfie.
Lila przyśpieszyła obroty, tupiąc stopami w ziemię.
Wszystkie bez wyjątku okna na froncie domu wypełniały ciemne postacie. Dotarło do mnie, że pozostali gromadzą się w korytarzu za nami.
- "Zbaw nas ode złego. Bo Twoje jest królestwo, i potęga, i chwała na wieki. Amen".
Lila na trawniku nie widziała Elfie ani zgromadzonych gości. Jej głos, straciwszy kontakt z poszczególnymi dźwiękami, przeszedł w nieludzki lament, w wycie wiatru, zawodzenie duchów. Wirowała z uniesionymi rękami, zmieniając się w niewyraźną plamę.
Elfie, z krzyżem w rękach, podniosła się nagle z kolan, podeszła do balustrady i gniewnie jak prorok zawołała:
- "Czarownicy żyć nie dopuścisz!"
Trawnik owionął podmuch wiatru, okna zastukały, większość świec zgasła. Lila z głośnym krzykiem opuściła ręce i upadła na ziemię.
Przez chwilę słychać było jedynie wycie wiatru w drzewach. Z napiętą twarzą, z grudkami piany w kącikach ust, Elfie zwróciła się do lady Nair, powtarzając:
- "Czarownicy żyć."
- Elfie! - Przerwała jej babka Lila.
Siwowłosa kobieta zmrużyła oczy, ściszając głos do oschłego szeptu.
- Oto, do czego prowadzi pozwalanie na satanistyczne praktyki pod pani dachem!
- Wicińskie, nie satanistyczne - odparła lady Nair. - To różnica. Co do "pozwalania", nikt nie pytał mnie o zgodę, a poza tym, formalnie rzecz biorąc, Lila nie robi tego pod moim dachem?
Wciąż ściskając krzyż, Elfie sapnęła.
- Módlmy się za nią - powiedziała cicho i przesunęła po zgromadzonych wzrokiem. - Módlmy się za nią! - Powtórzyła. - Módlmy się za nas wszystkich!
Na koniec skarciła wzrokiem lady Nair i przeszła przez pokój wśród rozstępujących się przed nią gości.
- Zarąbiecie "efektowne" wyjście! - Skomentował Jason, kiedy zniknęła za drzwiami.
Cisza prysła, zmieniając się w nerwowy śmiech.
Lila na trawniku poruszyła się. Lady Nair też to dostrzegła.
- Głupia mała ekshibicjonistka - powiedziała półgłosem. - Jeśli dopadnę Corę Ravensbrook, z chęcią ją uduszę. - Spojrzała na mnie. - Jeśli natknie się pani na Bena, proszę mu przekazać, że chcę go widzieć. I ten przeklęty nóż.
Powiedziawszy to, szybko opuściła salon.
No to nie zobaczysz rysunku oryginalnego noża - pomyślałam z irytacją. A poza tym kim, u diabła, była Corra Ravensbrook? Nie bardzo wiedząc, co z sobą począć, postanowiłam wrócić do swojego pokoju.
- Kate - usłyszałam na piętrze głos Bena.
Zamarłam, jakbym nastąpiła na szkło. Przysiadł na sofie w saloniku sąsiadującym z podestem. Zdążył przebrać się w dżinsy i sweter. Podpierając głowę dłońmi, wpatrywał się w niski stolik przed sobą.
Zatrzymałam się przy drzwiach. Sybilli nie było w zasięgu wzroku.
Wstał.
- Przepraszam - powiedział.
- Ależ z ciebie drań! Powinieneś był mi powiedzieć.
- Próbowałem.
- Upewnić się, czy tu będę.
- Słusznie. - Przez chwilę patrzył na mnie w milczeniu. - Nie wziąłem pod uwagę, że się zjawisz. Wyjadę.
- Przez jeden weekend możemy się zachowywać jak zawodowcy - odparłam sztywno.
- W takim razie. spojrzysz na to? - Wskazał stolik.
Leżał na nim mój nóż, jego BlackBerry i kartka z dużym napisem. Odwzorował na niej runy z noża.
Podeszłam i spojrzałam na kartkę.
- Znasz pismo runiczne, profesorko?
Nazwał mnie jak dawniej, z racji mojej uniwersyteckiej przeszłości, choć przerwałam karierę akademicką na długo przedtem, nim mogłam osiągnąć tak szacowny tytuł.
- Dwie "R", para pochyłych "F" i jakieś motyle - skomentowałam napis. - Jednym słowem: nie.
- Dzięki Bogu mamy Google'a.
Podał mi swój BlackBerry z wyszukaną w sieci tabelą z runami i ich współczesnymi odpowiednikami. Choć wolałabym nie okazywać zainteresowania, pochyliłam się nad poręczą sofy i wpatrzyłam w mały ekran.
- Te "F" to "A", a te motyle to "D" - wyjaśnił.
Litera po literze przetranskrybowałam runiczne słowo na alfabet łaciński, a Ben pod szeregiem runów napisał dużymi literami:
- Mówi ci to coś?
Pokręciłam głową.
- Nie wiem nawet, w jakim to języku.
- Do bani. A czy znasz jakiegoś prawdziwego profesora od runów, do którego można by zadzwonić?
- Po północy?
- No, a Erhard? - spytała lady Nairn.
Podskoczyłam. Stała tuż nad nami. A przy niej Sybilla w dżinsach i żakiecie, z burzą loków wokół twarzy. Była nieznośnie, niedorzecznie piękna. Mogłabym ją udusić.
- Czy to ten?
Lady Nairn wskazała na nóż.
Skinęłam głową.
Wpatrzyła się w ostrze, jakby mogło ją ugryźć. W końcu nóż wzięła Sybilla, pieszczotliwie dotykając Bena palcami.
- Eircheard jest profesorem? - spytałam.
- Ubawiłby się tym pytaniem. Jest płatnerzem - odparła lady Nairn. - Tak więc używa runów, a przy okazji je bada.
- Co tu jest napisane?
Sybilla spojrzała na Bena.
- Tego właśnie chcemy się dowiedzieć, bella donna.
Bella donna?! Mnie nazwał profesorką, a ją bella donną?! Po włosku "piękną kobietą". Nie szkodzi. Tak czy siak to do niej pasowało. Ale dziką przyjemność sprawiła mi myśl, że jest to również nazwa silnie trującej rośliny.
Lady Nairn dotknęła mojego ramienia.
- To właśnie Eircheard wykonał sceniczny nóż - powiedziała. - Ten, który widziała pani w wieży. Mąż pozwolił mu przerobić starą oborę przy drodze w kuźnię i jako zapłatę przyjął nóż. Eircheard miesiącami gromadził materiały, zapoznając się ze wszystkim, co udało mu się zdobyć na temat noża, który znalazł na tym wzgórzu William Nairn. Stąd też wie o nim najwięcej.
- Myśli pani, że wykuł ten? - spytał Ben.
Lady Nairn w zamyśleniu postukała palcem w podbródek.
- W takim razie złóżmy temu wisusowi nocną wizytę.
- Pójdę z wami - oznajmiła Sybilla.
W domu było mroczno i cicho. Na trawniku wciąż stał krąg świec Lily, chociaż ich płomienie dawno zgasły. Niektóre, pochylone pod zwariowanym kątem, zakapały trawę woskiem.
Była to jedna z tych pogodnych nocy u schyłku jesieni, tak cicha, jakby na coś czekała. Powietrze było czyste i rześkie, jeśli nie liczyć unoszącej się nikłej, słabej jak mgliste wspomnienie woni palonego drewna. Coś w głębokich, usianych gwiazdami ciemnościach nad głową odbierało chęć do pogaduszek. Starałam się nie widzieć, że Sybilla trzyma Bena za rękę.
Weszliśmy w milczeniu na podjazd, chrzęszcząc butami po żwirze, a potem na drogę. Z majaczącym wzgórzem nad głowami, skręciliśmy w lewo, obeszliśmy jego strome stoki i po pięciu minutach dotarliśmy do okrążającej je z prawej drogi, którą jechałyśmy zeszłego wieczoru. Przecięliśmy ją i poszliśmy aleją biegnącą prosto przez gęsty las po jej drugiej stronie.
Zanim zobaczyliśmy kuźnię, doszły nas jej odgłosy - rytmiczny brzęk stali
uderzającej w stal, który oddzielił się z wolna od niezmierzonego jęku drzew. Brzdęk, brzdęk, brzdęk. Pauza. I od nowa.
Przez konary dostrzegłam światło, a potem drzewa znikły. Pośrodku szerokiego pola stał niski kamienny budynek z trzema ścianami. Czwartej brakowało; kuźnia, otwarta jak dom dla lalek, była wystawiona na szkockie żywioły. Wewnątrz płonęło białym, żółtym i pomarańczowym światłem palenisko. Eircheard w skórzanym fartuchu, rękawicach i okularach klepał na kowadle długi, rozgrzany do białości stalowy pręt.
Podeszliśmy bliżej. Choć noc była rześka, od bijącego z kuźni żaru robiło się nieprzyjemnie gorąco.
- Eircheard! - zawołała lady Nairn, ten jednak dalej walił w sztabę.
Po każdym uderzeniu młota pryskały wokół kowadła, niczym spadające gwiazdy, płonące płatki zgorzelin, tak jakbyśmy trafili niechcący na mityczny akt stworzenia i patrzyli, jak jakiś przysadzisty bóg wykuwa w głębinach kosmosu nowe konstelacje.
- Eircheard! - zawołała ponownie lady Nairn.
Znów nie odpowiedział.
Wzięłam od Bena chlebak, wyjęłam nóż i wyminąwszy lady Nairn, położyłam go na kowadle obok długiego kawałka stali, który Eircheard zamieniał w miecz. Zwoje i spirale na wykutej klindze zafalowały jak żywe w blasku ognia.
Młot zawisł na ułamek sekundy w powietrzu i stuknął w ziemię. Eircheard przyciągnął mnie do siebie i otoczył ramieniem moją szyję. W jego drugiej dłoni coś błysnęło i na gardle poczułam zimną stal.
- Skąd ten nóż? - spytał groźnie.
Plecy owionął mi ciężki oddech. Słyszałam, jak Eircheardowi łomocze
serce.
Mocno mną potrząsnął.
- Skąd?! - warknął.
- Nie ode mnie - odpowiedziała pośpiesznie lady Nairn, wchodząc w krąg światła.
- Krucafuks! - Puścił mnie nagle, niemal pchnął. - To pani. Dlaczego pani nie powiedziała? - Rzucił nóż na stół, przyjrzał mu się zdyszany i obrócił się do mnie. - Nie widziałem cię, dziewczyno, tylko nóż. Wzięła, co nie jej, pomyślałem. Ale nic się nie stało, co?
Wyciągnął ku mnie mięsistą dłoń. Uścisnęłam ją, wciąż oszołomiona.
Kiedy Eircheard mnie złapał, Ben pochwycił nóż z runami z kowadła. Kowal skinął mu głową, wyjął chustkę i otarł spocone czoło.
- Mimo wszystko chętnie usłyszę, skąd wzięliście ten nóż.
- Ze wzgórza - odparła lady Nairn. Za nią stała pobladła Sybilla.
Eircheard natychmiast przestał ocierać twarz. Spojrzał zza chustki.
- Ze wzgórza Dunsinane? - spytał, a ponieważ lady Nairn milczała, przeniósł wzrok na mnie.
- Zasnęłam. Kiedy się obudziłam, był tam.
- Czy pani wie, że to wzgórze elfów? Skinęłam głową.
- Więc jest pani albo postrzelona, albo szurnięta. Ryzykantka lub po prostu durna. - Pokręcił głową, chowając chustkę do kieszeni, i z błyskiem w oku wyciągnął drugą rękę. - No to przyjrzymy się mu.
Ben spojrzał na lady Nairn, a kiedy skinęła głową, z ociąganiem podał nóż Eircheardowi.
Płatnerz przysunął się do ognia, żeby lepiej widzieć ostrze, zdjął okulary ochronne, wyjął z kieszeni zwykłe, w drucianej oprawce, wsadził je na nos i nachylił się, niemal dotykając nim noża. Nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że wygląda jak młody, rudobrody Mikołaj.
Wpatrzył się w lady Nairn i wydał długie, świszczące westchnienie.
- Rad bym się pochwalić, że to moja robota, ale nie. Wykułem bardzo podobny, ale na moim nie było runów. Ani ostrza.
- Nóż można wyostrzyć, runy dodać - powiedziała cicho lady Nairn.
- Owszem - odparł - ale wzór na ostrzu powstał w trakcie wykuwania klingi i nie można go zmienić. Zresztą nie jest mój. Zna się własny wzór, tak jak zna się swojego bajtla.
- Potrafi pan odczytać te runy? - spytała Sybilla.
Eircheard przejechał grubym krótkim palcem po klindze. Niemal jakby ją pieścił.
- Próbowaliśmy je odczytać - powiedziałam - i wyszło nam słowo "riadnadr". Ale nie wiem, co znaczy.
Eircheard przekrzywił głowę, a oczy mu rozbłysły jak wtedy, gdy zażartował ze mnie przed kolacją.
- A więc stąd ta delegacja, co? - Zatrzymał na mnie spojrzenie. - Niech pani nie będzie taka skromna. Posłużyliście się staroskandynawskimi, a nie anglosaskimi runami. Drugą część słowa odczytaliście prawidłowo. Ale nie początek. Pierwsze trzy litery są wytarte, więc przeoczyliście kilka kresek.
Oddał mi nóż, podszedł do warsztatu, zakrzątnął się przy nim i powrócił ze szmatą i puszką smaru. Kiedy nas czworo go otoczyło, zanurzył szmatę w smarze i przejechał nią po klindze.
Pojawiły się na niej dodatkowe kreski, nikłe, lecz widoczne. Zupełnie jakby ujawnił niewidzialne pismo. I tak z
powstało
Innymi słowy, RIA zmieniło się w BLO, a cały napis RIADNADR w BLODN?DR.
- Runiczny skrót na Blod N?dder - wyjaśnił, pocierając w zadumie policzek. - Blood Adder - Krwawa Żmija.
- Wampiryczny brat Czarnej Żmii - zażartował Ben.
Eircheard skarcił go wzrokiem.
- Śmieje się pan jak głupi do sera z czegoś, co wcale nie jest zabawne. Może pan go zresztą nazwać Krwawym Wężem. Pewnie taką nadano mu nazwę. Zwykła, poetycka metafora oznaczająca nóż. - Przejechał palcem po klindze. - To zrozumiałe. Z kształtu to klasyczny sassenach. Zwany seax. Krótki miecz o jednym ostrzu albo długi nóż, często zagięty z tyłu pod takim właśnie kątem. Bardzo niebezpieczna broń. - Spojrzał na Bena. - Tnie całkiem nie do śmiechu.
- Ktokolwiek go wykonał, z pewnością widział nóż lady Nairn.
Eircheard chrząknął, pokuśtykał w mroczny koniec kuźni, poszperał i powrócił po chwili z rulonem fotokopii na przydużym papierze. Upuścił je na stół, przekartkował kciukiem, wyciągnął jedną, rozwinął, przycisnął rogi starym kubkiem do kawy, małym młotkiem i dwoma wygiętymi kawałkami stali. Karta nosiła liczne ślady przypaleń i odciśniętych okrągłych denek.
- Robocza kopia - usprawiedliwił się z zakłopotaniem, przesuwając dłonią po śladach, jakby chciał je usunąć. - Nie wyszła poza te progi.
Rysunek był naturalnej wielkości, wykonany delikatnymi pociągnięciami atramentem i tuszem. Wprawdzie atrament odrobinę zbladł, ale była to niemal fotograficzna kopia noża, który miałam w ręku. Runy były niewyraźne, jakby ktoś je wytarł, lecz wzór na ostrzu był oddany znakomicie.
- Rysunek sporządzono na podstawie tego noża, nie odwrotnie - powiedziałam wolno.
Eircheard usiadł i przejechał dłonią po łysinie.
- Otóż to, dziewczyno, otóż to.
- Ten rysunek wykonano w tysiąc siedemset dziewięćdziesiątym dziewiątym roku. Chce pan powiedzieć, że nóż jest z osiemnastego wieku? - spytała lady Nairn, marszcząc brwi..
Eircheard zaprzeczył niskim, gardłowym mruknięciem.
- Niemożebne - odparł, kręcąc głową. - Jak mówiłem, wzór jest spojony z klingą. Tajemnica tej technologii przepadła na stulecia, dopiero w dwudziestym wieku odtworzyli ją wspólnie archeologowie i kowale. - Dotknął noża palcem, tak jakby ten mógł zniknąć. - Ma on zatem znacznie poniżej setki albo prawie tysiąc lat.
Ogień ostygł, z białego zmienił się w cytrynowy i pomarańczowy. Kuźnia zdawała się migotać w ciszy. Migotał też nóż.
- Jeżeli nóż na tych rysunkach to oryginał.
Przełknęłam ślinę.
- To słuszny jest domysł, że ma tysiąc lat.
Spojrzałam na nóż, dziwny wzór odtworzony jak w lustrze na rysunku.
- To niemożliwe, prawda? - spytałam.
Przez chwilę całe grono wpatrzyło się w nóż.
- Czy nóż może przetrwać w takim świetnym stanie tyle czasu? - odezwał się Ben. - Nadal lśnić i wcale się nie stępić?
- Nie spotkałem się z podobnym przypadkiem - odparł Eircheard. - Jednak pod właściwą pieczą to chyba możliwe. Ale nie na szkockim wzgórzu. A w żadnym razie nie w nim. Nasze wzgórza są, jeśli uszło to waszej uwagi, nieco wilgotne, a wilgoć nie sprzyja takiemu pięknemu lśniącemu ostrzu jak to. Jednak gdy się o nie dba. cóż, stal to bardzo mocny materiał.
Raptem od żaru z paleniska zakręciło mi się w głowie. Podczas bitwy w 1054 roku Szkoci Makbeta starli się z anglo-nortumbryjskimi najeźdźcami - połączonymi siłami Anglosasów z północy i najemnych wikingów - pod wodzą Malkolma. Czy któryś z nich miał ten nóż?
Blisko tysiącletni. Spojrzałam na róg rysunku, który ktoś opatrzył starannym kaligraficznym opisem. Odczytałam go na głos: "Czarna rękojeść z drobnoziarnistego drewna. Wypolerowana stalowa garda. Barbarzyńska inskrypcja biegnąca środkiem klingi i druga wokół rękojeści".
- Druga inskrypcja? - spytałam, podnosząc wzrok.
- A, owszem. - Eircheard pogładził brodę. - Zapomniałem o niej.
Umoczoną w smarze szmatą przeciągnęłam po metalowym pierścieniu u podstawy trzonka. Tam gdzie łączył się z klingą, wyłonił się nieprzerwany krąg runów. Bez początku, bez końca, bez podziału na słowa.
- To rondo - rzekł cicho Eircheard. - Zdanie, które zaczyna i kończy to samo słowo lub sylaba. Na klindze takie słowo można wytrawić tylko raz. A to zdanie - w zamierzeniu silnie magiczne - obiega rękojeść bez końca.
Eircheard przysunął do siebie kartkę. Obracając wolno nóż, odszukał znajome słowo i wziął się do transkrypcji, dzieląc runy na słowa i zapisując je we współczesnym alfabecie.
Skupił się, przygryzając wargę.
- Buto plus skrót od thaette to "poza tym" - wymruczał. - W dialekcie nortumbryjskim. Przechodzimy do bith, czyli "jest", z przeczeniem na ne, czyli "nie". Potem jest nawiht - "nic" - oraz a, czyli "wieczne".
Wypisał całe zdanie drukowanymi literami:
- Brzmi to bardziej jak sentencja Kłapouchego niż wojownika - wtrącił Ben.
Eircheard zignorował tę uwagę.
- Jak powiedziałem, takie zdanie zaczyna się i kończy takim samym słowem.
Wpatrzył się w ostrze, palcami masując skronie.
- Jezusie, Mario, Józefie święty! - powiedział po kilku chwilach i gwizdnął przeciągle. - To bith!
Zgarbił się nad kartką i wypisał drugie zdanie, przestawiając słowa.
- Co to znaczy?
Choć pytanie to zadała Sybilla, odpowiedział, patrząc na mnie.
- Nothing ever is but that which is not - przełożył.
- Zaczyna się i kończy not - rzekł Ben. - Fajnie. Jest rondem nawet we współczesnej angielszczyźnie.
Miałam wrażenie, że cała kuźnia się unosi i wiruje wokół mnie.
- Zna to pani w krótszej wersji, co? - zagadnął mnie cicho Eircheard.
Skinęłam głową, ale nie dobyłam z siebie słowa. Przemówiła za to lady Nairn.
- Nothing is but what is not1 - wyszeptała. - Brzmi znajomo - wtrącił Ben, ściągając brwi.
- To Szekspirwyjaśniła.
- Makbet - powiedziałam, czując, jak słowo to odpływa ode mnie powolne, ciężkie, niemożliwe.
Sybilla zerknęła na nas po kolei, marszcząc czoło.
- Powiedział pan, że ten nóż ma tysiąc lat. Skoro tysiąc, to jak może być na nim cytat z Makbeta?
- Nie może - odparłam. - Za to może być odwrotnie.
- Runy można dodać - powtórzyła lady Nairn głosem chropawym jak krakanie wrony.
- W staroangielszczyźnie? - zaoponował Eircheard. - Z aliteracjami, prawidłową akcentacją i porządnym metrem? Możliwe, lecz nieprawdopodobne.
Przeczesałam dłonią włosy.
- W takim razie trzeba by uwierzyć, że Szekspir nie tylko dotarł do Szkocji i zobaczył ten nóż, ale też znał język Anglosasów zapisany runami! Absurd!
Nóż zamrugał szyderczo w świetle. "To jest tylko we mnie, czego nie ma".
Eircheard wyjął z kredensu pięć różnych szklanek i przysadzistą szeroką flaszkę szkockiej whisky.
- Nóż zwany Krwawym Wężem pobrzmiewa strofą o splocie bytu i niebytu, o tym, że to ostrze uśmierciło wielu - powiedział, nalewając do wszystkich szklanek na palec bursztynowej whisky i przesuwając je po stole. - Ale Ben ma rację. Ta inskrypcja nie wygląda na myśl wojownika.
Spojrzał w oczy lady Nairn.
- Brzmi jak magiczne zaklęcie - odparła.
Skinął głową.
- Znalazła pani nóż rytualny. Nigdy takiego nie widziałem, ale napomyka się o nich w klechdach. Być może więc to nie ten widział Szekspir. Może użyto go do rytuału. Obrządki religijne mają dłuższy żywot i szerszy zasięg niż wykorzystywane w nich przedmioty. Jeżeli znajdzie pani tysiącletni kielich z wyrytym fragmentem mszy łacińskiej, to czy wyciągnie pani z tego wniosek, że ktoś, kto zacytował tę mszę wczoraj albo, powiedzmy, cztery wieki temu, widział ów kielich na własne oczy? Czy też że jeden i drugi znali jakąś postać tego obrządku?
Ogień w palenisku przygasł jeszcze bardziej. W jego spokojnym czerwonym blasku wzór na nożu ożył. Wił się, pełzał, zwijał się i rozwijał jak gad, od którego nóż wziął nazwę.
- Do jakiego obrządku mógłby służyć taki nóż? - spytała z błyszczącymi oczami Sybilla.
Eircheard wzruszył ramionami.
- Trudno powiedzieć. - Dolał sobie z butelki i otarł czoło ramieniem. - Anglosasi i Celtowie nie unikali składania ofiar. Rzymski opis mówi o celtyckich kapłankach w bieli, które w świętych gajach uśmiercały swe ofiary, podrzynając im gardła świętymi nożami i napełniając ich krwią kocioł. - Osuszył szklankę, wciągając przez zęby whisky do ostatniej kropli. - Jak mówiłem, nie widziałem dotąd rytualnego noża. Ale miałem w ręku kilka używanych w bitwach. Coś dziwnego dzieje się z nożami, które zakosztowały krwi. Budzą się. Nie tyle ożywają, ile stają się, że tak powiem, wrażliwe na bodźce. Niektóre chcą jej więcej. Więcej krwi.
Na dłuższą chwilę zamilkliśmy. Słychać było tylko trzask dopalającego się ognia. A potem zza kuźni dobiegł przeraźliwy krzyk. Obróciliśmy się w stronę wąskiego okna wysoko w ścianie, przez które wpadał drażniący nerwy odgłos. Hałas urósł do dudniącego grzechotu, z jakim osuwa się skała, i ucichł.
Na chwilę wszyscy zamarli. Eircheard i Ben wybiegli na zewnątrz i okrążyli kuźnię. Chwyciłam nóż ze stołu i pognałam za nimi. Pod wysokim oknem wciąż skrzypiał i osiadał stos zwalonych skrzyń i palet. Tuż za nim tuliła się do ściany kuźni mała szopa. Drzwi do niej były uchylone.
- Wyłaź, popaprańcu! - warknął Eircheard.
Nie było reakcji.
Szarpnięciem otworzył drzwi i poświecił latarką. Była to sypialnia, schludna jak cela zakonnika i równie mała. Pusta. Eircheard ledwo by się w niej zmieścił na leżąco.
- Nie uciekł daleko - powiedział.
Ben oświetlił latarką teren za kuźnią. A potem on i Eircheard starannie przepatrzyli ziemię, szukając śladów.
Kiedy zniknęli za przeciwległym rogiem, zmierzając na pole za kuźnią, coś z prawej strony przykuło mój wzrok. W lesie oddzielającym kuźnię od wzgórza i dworu Dunsinnan ktoś poruszał się chyłkiem.
Nie krzyknęłam, bo intruz by uciekł. Gdybym zaczekała na Bena i Eirchearda albo poszła ich sprowadzić, tamten dawno by przepadł.
Mocniej ścisnęłam nóż, weszłam do lasu i podążyłam za cieniem.
Okazało się, że las ma zaledwie trzy metry szerokości, a za nim jest znowu otwarta przestrzeń. Polana. Zatrzymałam się na jej skraju. Nie była dziełem przyrody. Miała kształt starannie wyciętego koła, otoczonego wielkimi starymi brzozami, z szeleszczącymi jak papier resztkami nieopadłych liści. Wewnątrz przycupnęły w kręgu stojące kamienie. Nie tak wysokie ani tak masywne jak w Stonehenge. Nie tak gładkie. Starsze, mniej subtelne. W mroku potężniejsze. Pełne tajemniczej, groźnej, prastarej mocy.
Przez korony drzew przeleciał wiatr. Spojrzałam w górę, by zobaczyć, jak się gną i miotają pod wygwieżdżonym nieboskłonem. Ich jęki wzmagały się od niskiego pomruku do wycia oceanicznej wichury. Na głowę posypały mi się duże wirujące liście, jakby z nieba spadła mroczna zamieć. Zadrżałam i ciaśniej otuliłam się żakietem.
Kiedy opuściłam wzrok, pośrodku kamiennego kręgu ktoś stał. Sylwetka kobiety z minionych wieków, z długimi włosami i w sukni, którą targał wiatr. Z jej ust wydobył się suchy syk i zaczęła sunąć w moją stronę.
Nóż poraził mi dłoń zimnym ogniem. Miałam wrażenie, że rezonuje potężną wewnętrzną energią, buczy tak nisko, że nie tyle go słyszę, ile czuję. Już chciałam rzucić się do ucieczki, gdy jej ręka śmignęła i chwyciła mnie za nadgarstek. Chciałam krzyknąć, lecz tylko pisnęłam.
- To ja, Kate - szepnęło widmo. - Lily!
Lily żywa czy wyśniona i martwa? Odwróciłam się powoli, z walącym sercem.
W wątłym świetle jej twarz była blada, szeroko rozstawione oczy duże i ciemne, a szyja sprawiała wrażenie nieskazitelnej alabastrowej kolumny. To, co wzięłam za suknię renesansowej damy, okazało się płaszczem z ciasnym stanem i długą kloszową spódnicą.
- Myśli pani, że to prawda? - spytała niskim głosem. - Że służył do rytuałów?
Spojrzałam na nóż.
- Dużo podsłuchałaś?
- Wszystko.
Uśmiechnęła się zmieszana.
- Kate! - Od kuźni doleciało wołanie lady Nairn.
- Psiakość! - Lily mocniej ścisnęła moją rękę. - Proszę jej nie mówić, że tu byłam. Już i tak mam u niej przerąbane.
Na przegubie dłoni, którą mnie ściskała, dostrzegłam tatuaż - delikatną pięcioramienną gwiazdę. Pentagram, symbol czarownic - wyznawczyń wicca, neopogańskich wierzeń w czary. Wcześniej go nie zauważyłam.
- Kate! - zawołała ponownie lady Nairn.
- Proszę - wyszeptała Lily, patrząc błagalnie. - Nie powiem nic nikomu.
"Dwudziestopięcioletnia piętnastolatka" - tak scharakteryzowała ją babka. W dniach po śmierci rodziców byłam taka jak ona. Nieprzewidywalna, nieco dzika. W głębi duszy była dobrą dziewczyną.
- No to idź.
Odprawiłam ją gestem.
- Dzięki. Jest pani fantastyczna.
Uśmiechnęła się szeroko i jak strzała pomknęła przez krąg w stronę dworu.
Nagle w złowrogim rozbłysku światła ujrzałam w wyobraźni jej związane nagie zwłoki na szczycie wzgórza.
- Lily! - zawołałam, ruszając za nią, nagle głupio wystraszona. Obejrzała się ze skraju polany. - Nic ci się nie stanie?
- Bez obawy. Jesteśmy na tyłach ogrodu. Nawet Czarnemu Ludowi nie chciałoby się straszyć na takim odludziu.
Zniknęła, cicho szeleszcząc w gęstych paprociach.
Właśnie odwracałam głowę w stronę paleniska w kuźni, kiedy z lasu za mną dobiegł szept: "Po coś tu z sobą przyniosła ten sztylet?"
Obróciłam się jak oparzona.
- Kto tam jest?!
"Tam jest jego miejsce" - dobiegł mnie szept z prawej.
A z lewej trzeci: "Dunsinnan musi pójść do lasu Birnam"
Wiatr potrząsnął drzewami, a mnie się wydało, że ku głazom suną cienie, a trzy głosy mówią społem: "Musi umrzeć."
Obróciłam się powoli, ściskając nóż.
- Kate!
Tym razem był to głos Bena. Noc przecięły światła latarek, a na polu zadudniły kroki.
Pół minuty później polanę oświetlił promień latarki, a w ślad za nim spośród drzew wyłonili się Eircheard i Ben.
Ben spojrzał na nóż i na moją twarz.
- Nic ci nie jest? - spytał.
- Ktoś tu był.
Przełknęłam ślinę.
- Co się stało? - spytał Eircheard.
- Nic. - Pokręciłam głową. - Głosy. Widziałam tylko cienie.
Ben obejrzał ziemię wokół głazów.
- Dzieciaki - orzekł z lekceważeniem Eircheard. - W pewnym wieku wiejskie dzieci lubią straszyć się w tym kręgu opowieściami o duchach. Mają frajdę, myszkując po nocy przy kuźni. W oczach niektórych płoną marzenia o kulawych kowalach wykuwających magiczne pierścienie i smocze łańcuchy. Ale większość zwyczajnie zbija bąki, licząc, że sfajczę tę kuźnię, a wraz z nią być może las. Przeklęci mali piromani.
- To nie były dzieci - odparłam.
Zaledwie kilka chwil temu była tutaj Lily. Ale czy na pewno? Spojrzałam na Bena.
- Te same głosy słyszałam dziś rano na wzgórzu - zapewniłam.
Poza tym były tam również zwłoki.
Opowiedziałam im o wszystkim, myśląc o usłyszanych słowach. "Po coś tu z sobą przyniósł te sztylety? Tam jest ich miejsce." - strofuje męża lady Makbet, kiedy już zabił króla. W istocie zaś mówi: "Odnieś je".
To samo powiedziała stara Callie.
Ale głosy skradły również słowa sir Angusa: "Dunsinnan musi pójść do lasu Birnam".
W sumie przesłanie było jasne: Zostaw nóż, poszukaj rękopisu - czy tego czegoś, co tropił sir Angus.
Komu zależałoby na tym, by głosami rzekomych duchów powiedzieć mi to w kamiennym kręgu? I dołożyć do tego groźbę śmierci.
"Musi umrzeć!"
Kto?
- Jasny gwint - zaklął Eircheard. - Faktycznie to nie dzieci.
Na polanę weszły lady Nairn i Sybilla.
- Kamienny krąg! - zawołała Sybilla. - Wiedziałam! Wiedziałam, że jest tu gdzieś miejsce mocy.
- Wszystko w porządku? - spytała lady Nairn.
- Chciałabym się wybrać do lasu Birnam - powiedziałam.
Przeniosła wzrok ze mnie na Bena i Eirchearda i skinęła głową.
- O wschodzie słońca zaplanowałam czytanie sztuki na wzgórzu - odparła. - Na rozpoczęcie obchodów Samhain. Stamtąd pojedziemy do lasu Birnam.
To mnie urządzało. Musiało.
- Ten nóż jest stąd - powiedziała Sybilla, kołysząc się pośrodku kręgu. - Czuję to.
Zirytowała mnie.
- Kamienne kręgi w Wielkiej Brytanii, a zakładam, że ten do nich należy, pochodzą z neolitu - powiedziałam zeźlona. - Z epoki kamiennej. Druidzi to Celtowie z epoki żelaza. Ajeżeli Eircheard ma rację co do noża, powstał on w epoce późnych Anglosasów, czyli w średniowieczu, co najmniej pięćset lat po upadku Rzymu. Skąd więc jest, możemy się tylko domyślać, ale na pewno nie stąd.
- To święty nóż, święte miejsce - odparła niespeszona Sybilla. - Należy do niego!
- Idę spać - oświadczyłam z rezygnacją.
- Czas najwyższy, byśmy wszyscy to zrobili - powiedziała lady Nairn.
W kuźni Eircheard dał mi skórzaną pochwę, a potem w milczeniu wróciliśmy do domu. Na południowo-wschodnim niebie ukazywał się właśnie Orion z nabijanym gwiazdami nożem u pasa. Po lewej pochylało się nad nami groźnie - a może tylko szyderczo - wzgórze Dunsinane.
Na górnym podeście schodów powiedzieliśmy sobie dobranoc. Dłoń Sybilli zatrzymała się na dłużej na ręce Bena w niemym zaproszeniu, ale wyswobodził ją dyskretnie, odprowadził mnie do drzwi i przystanął.
Jego tchnący czystością, lekko korzenny zapach budził moje pożądanie.
"To jest tylko we mnie, czego nie ma".
- Schowaj go. - Spojrzał na pochwę w mojej dłoni. - Poradzisz sobie. Czy ci pomóc?
- Poradzę sobie, dzięki.
Drań!
Chciał coś powiedzieć, ale się rozmyślił.
- Dobranoc, Kate.
Skręcił za róg. Lady Nairn przydzieliła mu sąsiedni pokój, kilka metrów dalej.
Dostrzegłam w tym długą rękę Atenaidy.
Gdy tylko zostałam w pokoju sama, oparłam się plecami o drzwi, nie wiedząc: zapłaczę czy krzyknę? W końcu nie zrobiłam ani jednego, ani drugiego, za to przy umywalce skropiłam twarz wodą.
W kominku płonął wesoło ogień. Ech, luksusy posiadania służby! Wytarłam się, usiadłam w fotelu i wyjęłam nóż z pochwy, patrząc, jak faluje w świetle kominka. Nie mogłam sobie darować tego wybuchu irytacji w kamiennym kręgu. Nie tylko dlatego, że był dziecinadą, lecz również dlatego, że choć moją opinię wspierały fakty, Sybilla przypadkiem dotknęła prawdy. Nie w kwestii noża, ale tego miejsca.
W tym kręgu na leśnej polanie było coś dziwnego. "Święte miejsce" - powiedziała. I miała rację. Też poczułam jego moc. Ale nie byłam tak pewna jak ona, że jest to moc dobroczynna.
"Musi umrzeć" - wyrecytowały głosy. Kto musi umrzeć?!
Byłam pewna, że to zdanie Szekspira. Ale nie z Makbeta. Włączyłam w telefonie Internet i poszukałam tych słów. Padły w Otellu, Juliuszu Cezarze i Henryku VIII. Dotyczyły Desdemony, Portii i królowej Elżbiety.
Zmarszczyłam brwi. Z moją uniwersytecką mentorką Rose Howard żartowałyśmy, że moje rude włosy, ciemne oczy i lekko haczykowaty nos upodabniają mnie do szekspirowskiej królowej z czasów, gdy była księżniczką. Ben przedłużył żywot tego żartu. Ale głosy nie mogły o tym wiedzieć. Prawda?
Otworzyłam tekst Henryka VIII i znalazłam to zdanie w kontekście.
Lecz musi umrzeć, dusza jej uleci
Do świętych koła, po ziemi tej przejdzie
W niepokalanej czystości dziewicą,
Jak lilia; po niej świat cały zapłacze.
Lilia? Grozili nie mnie. Grozili Lily! A ja pozwoliłam jej wyjść z kamiennego kręgu samej.
Wstałam, tknięta złym przeczuciem. Nie miałam pojęcia, gdzie jest jej sypialnia. Pewnie na tym piętrze. Musiałam ją odnaleźć - i odnaleźć Lily - nawet gdyby wymagało to dobijania się do wszystkich pokoi w tym przeklętym domu. Właśnie szłam do drzwi, gdy ktoś zapukał i otworzył je z rozmachem.
W holu stała Lily w luźnych flanelowych spodniach, wysłużonej starej czarnej koszulce Belle & Sebastian. Twarz miała podnieconą, a pod pachą trzymała książkę i małe drewniane pudełko.
- Nie mogłam zasnąć - obwieściła. - Nie wiedziałam, czy to wypada, ale. zobaczyłam, że się u pani świeci, więc pomyślałam, że mogłaby pani to sprawdzić. - Wpadła do pokoju. - Nie gniewa się pani, co?
Jakbym miała do czynienia z Tygrysem z Kubusia Puchatka.
- Za to, że podsłuchujesz? W twoim wieku zrobiłabym to samo. A może i w moim.
- Zwykle nie jestem taka wścibska. Tylko że dziś przed kolacją zobaczyłam na tarasie ten nóż, a potem usłyszałam, co mówi pani o nim w saloniku, i to mnie zaciekawiło. To ten?
Nóż leżał tam, gdzie go położyłam, błyszcząc w świetle kominka.
- Tak.
Odłożywszy książkę i pudełko na stół, zważyła nóż w dłoni.
Spojrzałam na okładkę. Był na niej wysoki głaz: stał na zielonym polu pod niskimi chmurami i padał na niego pojedynczy promień słońca. Tytuł brzmiał Kraj starożytnych Piktów, a autorką była Corra Ravensbrook.
Lily zaczęła kołysać nożem tak wolno, jakby ćwiczyła tai-chi.
- Myśli pani, że naprawdę ma tysiąc lat? - spytała.
- Nie wiem.
Mógł tyle mieć albo nie.
- Fajnie byłoby wykorzystać go na Samhain, co? W walce królów.
- Na scenie?
Uśmiechnęła się.
- Słyszała pani, co powiedział Eircheard. To nóż rytualny. A my odtwarzamy dawny rytuał.
- Lily. to prawdziwy nóż. Ostra broń.
- Wiem. Ale odgrywamy ofiarę z króla, taką jak śmierć Makbeta.
- Otóż to! "Odgrywamy".
- To byłoby autentyczne.
- To byłoby nieodpowiedzialne szaleństwo - odparłam, nie wierząc w to, co słyszę. Pochodziła z rodziny aktorskiej, na miły Bóg!
- Wie pani, że te role odgrywają Eircheard i Jason? Ci dwaj naprawdę wiedzą, jak używać prawdziwych noży. - Uśmiechnęła się szelmowsko. - Zapewniam, że nie brakuje takich, których ucieszyłoby, gdyby Jason co nieco oberwał. Co innego zaproszenie Sybilli do roli Cailleach. Do Czcicieli Ognia Beltaine, którzy organizują Samhain, należała na długo przedtem, nim odniosła sukces. Ale obsadzenie Jasona w roli Króla Zimy to kretynizm. Do tej pory królów zawsze odgrywali członkowie Czcicieli Ognia. Amatorzy, którym naprawdę zależy na widowisku i na mitach, które są jego kanwą. Tacy jak Eircheard. Sybilla, choć profesjonalistka, przynajmniej jest kasowa. No i bach, wtryniają nam Jasona. Kiepska sprawa, bo oni ze sobą nie rozmawiają. Ale w końcu to przedstawienie bez słów, więc to, że się boczą, nie zaszkodzi.
Zdmuchnęła z twarzy rudy kosmyk.
- Ale nie mam powodu się uskarżać ani nawet powiedzieć "a nie mówiłam?", bo sama jestem wyjątkiem od reguły. Wie pani, za młoda. Rolę zawdzięczam wpływom babki.
Mocno ściskając nóż, uniosła ręce w górę, tak jak wcześniej na trawniku.
- Kiedyś chciałabym zagrać Cailleach. O wiele bardziej niż lady Makbet. No bo Cailleach jest, myślę, prawdziwa. To jej przedstawienie. Wybiera wojowników, którzy będą królami, i nastawia ich przeciwko sobie. A ci walczą głównie o prawo do jej poślubienia, w każdym razie w młodej postaci Narzeczonej.
Podparła się pod biodra.
- Wie pani, co znaczy nazwa Dunsinane?
- Nie.
Podeszła do okien, które odsłoniłam tak, by obramowywały wzgórze.
- Fort Sutek - oznajmiła. - Dun to po gaelicku "fort", a sine to "sutek". Z tej strony tego nie widać, ale jak będzie pani jechała główną drogą, proszę się przyjrzeć. To wzgórze wygląda jak kobieca pierś. - Otworzyła na oścież środkowe okno i wychyliła się przez nie. - Dziwna nazwa jak na wojskowe wzgórze.
Mnie ona nie dziwiła. Niektórym ze znajomych Bena zwidywały się piersi i penisy w przestrzeni kosmicznej. Powstrzymałam się jednak od uwag.
- W powszechnej opinii archeologów - ciągnęła - szańce na szczycie wzgórza są resztkami fortu z epoki żelaza, ale brak na to dowodów. To znaczy budowli. Nie ma fortu ani zamku. A z wojskowego punktu widzenia też nie jest to najlepszy punkt w okolicy. Wyższe jest wzgórze tuż na wschód od niego, Tron Króla. Skoro tak, to czy ze względu na znaczenie militarne tego punktu, jak głoszą opowieści, nie wzniosłaby pani fortu na sąsiednim wzgórzu?
Wątpiłam, czy wiedza Lily w kwestii miejsc odpowiednich na fortyfikacje wydałaby się trafna ludziom z epoki, jednak nie chciałam jej tego teraz wytykać.
- Ale go tam nie wznieśli. - Cofnęła się od okna, podskoczyła i usiadła na parapecie. - Przez ponad tysiąc lat twierdza była na Dunsinane. Miałoby to sens, gdyby to był nie tyle fort, ile, powiedzmy, forteca duchowa. Zwłaszcza jeśli uwzględnić jej kształt i kamienny krąg u podstawy. - Skrzyżowała triumfalnie ręce. - Myślę, że był to zespół świątynny.
Patrzyła tak, jakby oczekiwała po mnie sprzeciwu. A ponieważ nie zaprotestowałam, mówiła dalej.
- Są dowody, że Makbet przybył tu poradzić się czarownic. Ale gdyby nazwać je "kapłankami", to otrzyma się Fortecę Pani. Wielkiej Bogini czczonej na tej ziemi przez tysiąclecia przed nastaniem chrześcijaństwa. Nie mówię o Szkocji. - Zmarszczyła ze wzgardą nos. - Szkoci to nowi przybysze, najeźdźcy z Irlandii. - Rozłożyła szeroko ręce. - Ta ziemia, cała środkowa Szkocja, była ziemią Piktów, ich królestwem. Tak nazwali ich Rzymianie. Oni sami nazywali siebie Priteni lub podobnie. Język priteni wymarł. Był, jak się zdaje, celtycki, lecz bliższy walijskiemu niż gaelickiemu. W każdym razie od nich wzięliśmy słowo "Brytania" - oznajmiła z dumą. - Dunsinane, albo obszar pomiędzy Dunsinane a Scone, był ongiś duchowym centrum ziemi Piktów, ziemi Priteni. Duchowym centrum Brytanii. Strefą kultu Bogini. Właśnie tu. I co pani na to?
Ile z tego zaczerpnęła bezmyślnie z Corry Ravensbrook, kimkolwiek ona była? Nieważne, Lily najwyraźniej przejęła się jej wersją historii. Jeśli chciałam, aby rozważyła inny - to znaczy rozsądny - punkt widzenia, musiałam zachować ostrożność.
- Ale czy to nie na Dunsinane Malkolm stoczył bitwę z Makbetem? - spytałam. - Wielką bitwę w roku tysiąc pięćdziesiątym czwartym? Było to starcie militarne, czyż nie?
Wzruszyła ramionami.
- Nie pierwsza bitwa stoczona w świątyni. Proszę rozważyć: armia Malkolma przybyła z Birnam, leżącego po tej samej stronie rzeki co Dunkeld, gdzie jego dziad był opatem. Już wtedy, w jedenastym wieku, Dunkeld był bastionem chrześcijaństwa. - Lily zeskoczyła z parapetu i zaczęła przed nim chodzić. - Nie rozumie pani? Malkolm i Makbet nie walczyli jedynie o tron. To była święta wojna. Krucjata chrześcijańska przeciw starej wierze. Przeciwko Bogini. Wojna o zaprowadzenie tu chrześcijaństwa i wydziedziczenie kobiet. Wykorzenienie stąd starych piktyjskich zwyczajów właściwych tej ziemi.
Wskazała nożem książkę.
- Dlatego książka Ravensbrook jest taka ciekawa. Na ogół książki wiccańskie... bujają w obłokach. Są o tym, jak szlachetna i dobra jest religia wicca, zestrojona z ziemią i naturalnymi rytmami życia. Wszystko pięknie, za pięknie. Bo religia starej Bogini może być okrutna, dzika. Nie ściemnia, że śmierć jest częścią życia. Po prostu przyjmuje ją za fakt. Rozumie pani?
- Mówisz o składaniu ofiar? - spytałam, marszcząc brwi.
- O ofierze krwi - potwierdziła z młodzieńczym zapałem. - Ofierze z króla. Opowieści o poświęceniu króla jest wiele - paplała - przypomina je też Święto Ognia Samhain, ale nie zawsze są one tylko opowieściami. Corra pisze, że mity to wspomnienia dawnych rytuałów.
Uniosła nóż.
- Zdaniem Eirchearda to nóż rytualny. Ten nóż zabił Makbeta. Króla Makbeta. - Przez chwilę patrzyłyśmy, jak blask ognia z kominka i światło księżyca igrają na klindze. - Zabił go podczas rytuału. Rytuału poświęcenia króla. - Przeciągnęła palcem po runach. - Właśnie do tego służy nóż rytualny.
Ponownie zadałam sobie pytanie, kim jest ta Corra Ravensbrook. Pomysły o ofierze z króla, które wbiła sobie do głowy Lily, naukowcy zdyskredytowali dawno temu. Coraz liczniejsi neopoganie, zwłaszcza ci bardziej inteligentni, zaliczali je do fikcji. Ale Lily nie była gotowa wysłuchać głosu rozumu.
- Kroić wodza na kawałki i karmić jego krwią bogów, gdy uciekasz i szukasz miejsca, gdzie mógłbyś bronić się do ostatka? To chyba niezbyt odpowiedni moment - skomentowałam.
- Ofiara z króla nigdy nie była powszednia. Czyniono ją tylko w ostateczności, aby spłacić wyjątkowy dług bogom. A czy może być większa ostateczność niż zagłada całej cywilizacji? - Lily uśmiechnęła się szeroko. - Kiedy apokalipsa u bram, robi się wszystko. Rozum wyrzuca się przez okno.
Było to najrozsądniejsze zdanie, jakie wypowiedziała od jakiegoś czasu. Westchnęłam.
- Wszystkie dawne przekazy mówią, że to walczący dla Malkolma Makduf zabił Makbeta i nadział jego głowę na włócznię. Nie kapłanki. Szekspir wykorzystał ten motyw.
Była to jedna z najoczywistszych wskazówek scenicznych Barda: "Wchodzi Makduf, niosąc głowę Makbeta zatkniętą na włóczni". Ta ryzykowna scena była tak groteskowa, że podobno widzowie reagowali śmiechem.
Lily zbyła autorytety.
- Ale kto je napisał? - spytała. - Mnisi. Chrześcijanie. Pilnie zajęci wykreślaniem Bogini i jej kapłanek z życia. Przypuszczam, że Mak uf znalazł tę włócznię, zabrał ją, jako trofeum i zaczął nią wywijać. Ale to przecież Celtowie, a nie chrześcijanie, czcili głowy. Ozdabiali nimi swoje święte miejsca. Wrzucali je do studni, gotowali w kotłach, wierzyli, że mówią. To poddani Makbeta pożądali jego głowy, jako talizmanu. Zabierając ją, Mak uf odebrał im ostatecznie wszelką wolę walki. Było to jak zdobycie ich sztandaru.
-, -Jeżeli masz rację, wyszli na tym nie lepiej niż on.
- Niestety - przyznała ze smutkiem. Odłożyła nóż na stół, podparła się pod boki i wpatrzyła w ogień. - Był ostatnim królem celtyckim. Ostatnim królem Protein. Ale dzięki niemu nie wszystko przepadło.
Zaczęła go kreować na szkockiego króla Artura.
- Stara wiara przetrwała, proszę pani. Zeszła do podziemia. Bardzo głębokiego podziemia. Zwłaszcza na takim odludziu jak nasze. A jak to wyglądało w wieku jedenastym? - Oczy błyszczały jej z podniecenia. - Wyobraźmy sobie, że Szekspir przejeżdża tędy z trupą wędrownych aktorów. Wyobraźmy sobie, że w oko wpada mu pradawny obrzęd kultywowany przez kobiety, odziedziczony po kapłankach dawnej Bogini Paktów. Co z nim robi?
Zakładając, że jej absurdalne dywagacje są prawdą, świetnie wiedziałam, co zrobiłby z obrzędem Szekspir. Jeśli idzie o budowanie intrygi, miał charakter chomika, sroki, zapożyczając i kradnąc zewsząd ile wlezie. A do tego magiczny talent, dzięki któremu tworzył dobry teatr. Spektakl.
- Włączyłby go do tekstu - odparłam cicho.
- Właśnie, dzięki czemu ta przeklęta sztuka stałaby się ciekawa.
Ciekawa? Zapalna! Podsuwało to myśl, że umieścił w niej jakieś prawdziwe
Zaklęcie albo obrzęd rzucania uroków, który dla publiczności byłby autentyczny. Tyle, że podobne obrzędy można było znaleźć na kartach ksiąg czarów i podręczników polowań na czarownice. Nie przepadły one ze szczętem. Jednak włączenie do sztuki rytuału składania ofiary zaczerpniętego z zaginionych pogańskich wierzeń - no, bo przecież cywilizacja Paktów zaginęła - było całkiem inną sprawą. Abstrahując od zrozumiałej fascynacji szekspirologów tematem, każdemu neopoganinowi, każdemu chrześcijaninowi, każdemu brytyjskiemu historykowi, każdemu dziennikarzowi, któremu zależało na sprzedaży gazet lub czasu antenowego, na taką gratkę pociekłaby ślinka.
Odchrząknęłam i jak przystało na odpowiedzialną dorosłą osobę, oznajmiłam:
- Jest wiele znaków zapytania.
- I jeden twardy, mocny, tysiącletni dowód - odparła z błyszczącym wzrokiem.
"To jest tylko we mnie, czego nie ma".
- Jedno pani powiem: nawet gdyby Szekspir przedstawił ten obrzęd błędnie - jako zło, którym wcale nie jest - to i tak chciałabym przeczytać tę wersję sztuki. Nawet byłabym gotowa wybaczyć temu staremu irytującemu męczyduszy dręczenie wszystkich brytyjskich uczniów. No i co pani na to?
- Muszę to przemyśleć - odparłam, czując się, jakby zaatakowała mnie kijem bejsbolowym.
Otworzyła drewniane pudełko, które przyniosła. W środku było zawiniątko z czarnego jedwabiu.
- To moje karty tarota - powiedziała. - Powróżyć pani, kiedy będzie pani myśleć?
Spojrzałam na zegar. Za trzy godziny musiałam wstać.
- Nie możemy tego odłożyć?
Podskoczyła.
- O raju. Przepraszam. Musi pani wstać na babciną poranną wspinaczkę, tak?
- Ty nie idziesz?
Prychnęła.
- Zastanówmy się. Makbet i wspinaczka w chłodzie czy ciepłe łóżeczko i miłe wylegiwanko? Z czym do gości. Ale pani nie ma wyboru. Więc oczywiście odłóżmy to. O ile da się pani dopaść. Te karty na pewno okażą się ciekawe. A poza tym spodoba się pani moja talia. To talia Makbeta.
Ruszyła do wyjścia.
- Lily. co robiłaś wieczorem na trawniku?
Zatrzymała się w pół drogi do drzwi.
- Ładowałam lustro.
Tańczyła wokół niego.
- To znaczy?
Westchnęła.
- Uczę się wróżyć. Widzieć rzeczy w lustrze. Ale najpierw trzeba się nauczyć, jak opróżnić umysł. I jak naładować lustro. Napełnić je energią. Naładować, jak ładuje się telefon komórkowy, tyle że inną energią. Naturalną. Lustra ładuje się najczęściej światłem księżyca. - Zawróciła z psotnym uśmiechem. - Jak mówiłam, kult Bogini musiał zejść do podziemia. Ale nie zanikł. Pomimo tylu bitew, tylu płonących stosów. A teraz wraca. Ludzie wracają do dawnych zwyczajów.
- Ty też?
- Między innymi.
- Co chcesz zobaczyć w lustrze?
Wzruszyła ramionami.
- To, co wszyscy. Pierwszą miłość. Swoją przyszłość. - Nasze oczy się spotkały. - Rodziców.
Zaczerpnęłam głęboko powietrza, ale milczałam. Nie znalazłam niczego sensownego do powiedzenia.
- Słyszałam, że pani też straciła rodziców - dodała cichutko. - Co się z nimi stało?
Westchnęłam.
- Byli dyplomatami. Mały samolot, zła pogoda u stóp Himalajów. Zabójcza kombinacja. Miałam piętnaście lat.
Zaszkliły jej się oczy.
- To lepsze od autostrady pod Preston.
Z wypalonego polana w kominku posypał się deszcz iskier.
- Na to nie ma dobrego miejsca.
- Odwiedzili mnie w szkole, wracali do domu - powiedziała ze ściśniętym gardłem.
Utkwiłam w niej wzrok.
- To nie twoja wina, Lily.
- Wiem. - Wzruszyła ramionami. - Długa, kosztowna terapia. - Uśmiechnęła się blado, odwróciła głowę. - Ale czasem wciąż mnie to dręczy. Kiedy pani przestała za nimi tęsknić?
Czy to dlatego? Czy właśnie z tego powodu szukała mego towarzystwa? Trucicielska kombinacja winy i tęsknoty. Biedne dziecko. Nic dziwnego, że dawała upust emocjom.
- Nigdy - odparłam.
Spojrzała na mnie bystro.
- Ale z czasem strata mniej boli - dodałam łagodniejszym tonem. - Inne przeżycia przywracają spokój i równowagę ducha. Ból nie mija. Ale staje się znośny. Rozumiesz?
- Dziękuję, że nie powiedziała pani: wszystko się ułoży.
- Proszę bardzo.
- Czy mówiłam, że ładnie pani w tej sukience?
Odprowadziłam ją do drzwi, całkiem zapomniawszy, że mam na sobie jedwabną pawioniebieską suknię od lady Nairn.
- Dziękuję. Pożyczyła mi ją twoja babka.
- Należała do mojej mamy.
Zatkało mnie. Jak lady Nairn mogła to zrobić? Co sobie wyobrażała?
- Bardzo mi przykro. Nie miałam pojęcia. Uśmiechnęła się.
- W porządku. Wygląda pani jak ona. Polubiłaby panią. Ja też panią lubię. Uścisnęła mnie spontanicznie, otworzyła drzwi i podreptała korytarzem. Ja ciebie też - pomyślałam, odprowadzając ją spojrzeniem. Zawracając do pokoju, usłyszałam odgłos otwieranych drzwi i zerknęłam za siebie. Z pokoju Bena wyszła Sybilla w ognistym kimonie. Na mój widok skinęła głową i z filuternym triumfem w oczach rozkołysanym krokiem oddaliła się cicho korytarzem. Nagle zrobiło mi się gorąco, jakby liznęły mnie płomienie jej kimona. Niebieska jedwabna suknia zniknęła w eksplozji żółci i czerwieni, a stopiona skóra utworzyła kałuże u mych stóp.
Podniosłam wzrok. W drzwiach stał Ben, twarz miał bez wyrazu.
Zamknęłam drzwi, starając się wybić go sobie z głowy.
Wyobraźmy sobie, że Szekspir przejeżdża tędy z trupą wędrownych aktorów - powiedziała Lily. Wyobraźmy sobie, że w oko wpada mu pradawny obrzęd kultywowany przez kobiety, odziedziczony po kapłankach Bogini Piktów. Co z nim robi?
"Właśnie, dzięki czemu ta przeklęta sztuka stałaby się ciekawa".
Grube niedomówienie!
Jej pobrzmiewające rodowymi legendami pomysły szły dalej.
Nie dało się wykluczyć, że Szekspir wybrał się kiedyś na północ. Niewykluczone, że jeżeli był świadkiem autentycznego magicznego obrzędu, jakichś ówczesnych popularnych czarów-marów, to mógł je przemycić do sztuki. Ale przetrwanie pogańskiego obrzędu ofiarnego, podtrzymywanego przez utajone kapłanki?!
To się nie mieściło w głowie.
Gdyby nie nóż połyskujący na moim stole.
Nóż, który według Eirchearda miał tysiąc lat.
"To jest tylko we mnie, czego nie ma".
Tłumaczyłoby to zniknięcie rękopisu. Jeśli ktoś by się połapał, co zawiera, uznano by to za szerzenie kultu diabła.
Nawet gdyby autor miał temat w małym palcu, włączenie takich treści do sztuki z miejsca by ją załatwiło. Prosić się o katastrofę przy królu, który uważa się zarówno za obiekt czarów, jak i wytrawnego łowcę czarownic?
Zresztą Szekspir nie miał tematu w małym palcu, nie mógł mieć, bo taki temat nie istniał.
Za zniknięciem rękopisu równie dobrze mogła się kryć kucharka potrzebująca papieru do wyłożenia blachy na ciasto albo do rozpalenia pieca. Tyle że w tysiąc dziewięćset jedenastym roku Ellen Terry wspomniała w liście, że ów rękopis ocalał.
"Dunsinnan musi pójść do lasu Birnam".
Wyjrzałam przez okno, szukając pierwszych oznak świtu. Ale na zachodzie na nocnym niebie wciąż wisiał kpiarsko uśmiechnięty księżyc.
Nagle wyczerpana, schowałam nóż do pochwy, wsunęłam ją pod poduszkę i natychmiast zasnęłam.
Obudziłam się z krzykiem, klęcząc przed lustrem z obnażonym nożem w dłoni. Wypuściłam go. Z miękkim stukiem upadł na gruby dywan.
Cofnęłam się, patrząc na niego jak na węża.
Władzę w członkach odzyskałam po jakichś pięciu minutach.
Co powiedział Eircheard o nożach, które zabiły? "Niektóre chcą jej więcej. Więcej krwi".
Kiedy wreszcie się ubrałam, okrążyłam nóż szerokim łukiem.
Dopiero w ostatniej chwili zdobyłam się na to, by go dotknąć. Zresztą nie mogłam go tak zostawić, pośrodku dywanu.
Narzuciłam na niego ręcznik, szybko podniosłam, schowałam na dno szuflady w toaletce, przykryłam jaśkiem, a potem zbiegłam po schodach na dół.
Polecono nam przygotować się na żwawy spacer i zebrać w holu punktualnie o wpół do siódmej. Na wzgórzu mieliśmy się spotkać ze starą Callie, która mieszkała we wsi po jego drugiej stronie. Do szóstej trzydzieści pięć stawili się wszyscy, z wyjątkiem Effie Summers. Zajrzeliśmy do jej pokoju, ale okazało się, że w ogóle tam nie spała.
- Byłam pewna, że uspokoiłam ją wystarczająco, by mogła zasnąć - zirytowała się lady Nair.
- Poszła się pomodlić za nasze grzechy - zażartował Jason.
- Tobie by się to przydało - docięła mu Sybilla.
Dziesięć minut później wyruszyliśmy bez Effie.
O szarym poranku wzgórze było ciche. Na czele szła lady Nairn w kaloszach i starej zielonej nieprzemakalnej kurtce, za nią, rozciągniętym sznurem, wlokła się reszta. Po zboczu niósł się śmiech. Trudno było skojarzyć sobie ten ospały stok z groźnym stworem majaczącym nad nami w nocy, nie mówiąc już o koszmarnym całunie mgły, przez który brnęłam wczoraj po południu.
"Fort Sutek. Forteca Bogini".
Jedyną boginią tego ranka była Sybilla. W wysokich butach barwy karmelu, spodniach khaki i krótkim tweedowym żakiecie, pasującym jak ulał, wyglądała, jakby przed chwilą zeszła z planu zdjęć reklamowych Ralpha Laurena. Gęste loki związała z tyłu w koński ogon.
Dlaczego to nie ją, zamiast Lily, zobaczyłam tu wczoraj martwą? - pomyślałam zawistnie.
Przyśpieszając kroku, dogoniłam lady Nairn.
- W nocy rozmawiałam z Lily - powiedziałam, lekko zadyszana. Spacer, zgodnie z zapowiedzią, rzeczywiście był żwawy. - Kiedy już wszyscy poszli spać.
- Ach, tak?
- Nie miałam pojęcia, że jest wiccanką.
- Wiccanką? Akurat! - żachnęła się lady Nairn, dźgając wzgórze laską z rączką z kości słoniowej. - Przeczytała kilka książek. Zapaliła kilka świec. Zrobiła sobie śmiechu wart tatuaż na przegubie. - Zerknęła na mnie kątem oka. - Za życia rodziców. Bo pod moją pieczą kosztowałoby ją to miesiąc aresztu domowego w niedziele. Pokazała pani książkę?
- Tę o Starożytnej Piktlandii? Tak.
Parsknęła z pogardą.
- Przeklęta baba. Lily, ledwie wyrosła z Harry'ego Pottera, kilka tygodni po śmierci mamy i taty sięga po coś nowego. Wkracza Corra Ravensbrook. - Wypowiedziała to nazwisko, jakby było trucizną. - I od tego czasu bez przerwy słyszę: Corra to, Corra tamto. Równie fikcyjna jak Harry Potter, ale znacznie mniej zabawna. Udaje, że zajmuje się historią.
Doszłyśmy prawie pod szczyt. Zatrzymała się, żeby odpocząć i zaczekać na resztę towarzystwa.
- Niemniej jest atrakcyjna. To jej przyznam. W każdym razie jeśli chodzi o sposób pisania. Pojęcia nie mam, jak wygląda.
Znów zerknęła na mnie z ukosa.
- "Wszystko było złudą, prawdą nic" - zacytowała. - Można by jej jeszcze wybaczyć łyżkę kiepskiego wykształcenia w wielkiej beczce wymysłów, gdyby nie to, że. to nie są chore urojenia. Ona wie, co robi. Zarabia dużo i szybko na ludziach, którzy. którzy czegoś szukają. Ale podejrzewam, że bardziej niż pieniędzmi upaja się ich podziwem. W jakimś sensie jest wampirzycą. Nie oceniam jej z tej samej pozycji co Effie. Nie przyrównuję tego, co robi Ravensbrook - ani prawdziwa wicca - do satanistycznego zła. Mówię o zwodzeniu ludzi wrażliwych, w tym wielu niemal jeszcze dzieci. To zło znacznie bardziej przyziemne, bardziej irytujące, trudniejsze do zdefiniowania. Nie da się go wypędzić egzorcyzmami. Nie można ścigać w imieniu prawa. Pozostaje jedynie nadzieja, że dziecko odzyska rozum.
Stanęłyśmy na szczycie, patrząc na rozciągnięty szereg wchodzących. Za nimi przez dolinę wędrowało wolno słońce.
- Rzecz nie w tym, czy ludzie powinni pragnąć od życia więcej. Zwłaszcza młodzi, zranieni jak Lily. Rzecz w tym, że pani Ravensbrook proponuje im łatwe, gładkie rozwiązania. Recepty. - Obróciła się i zamachała palcami, przybierając ton disnejowskiej wiedźmy. - "Weź szczyptę smoczej krwi, dodaj ociupinę nagości przy pełni albo nowiu księżyca, wrzuć dziewięć kłębków czerwonej nici i - puf! - z tobą jest moc prawdziwa. Z tobą bogactwo i szczęście". - Prychnęła z pogardą. - Ale nie ma tak dobrze. Tak nie działa żadna religia. - Zatrzymała się i podparła pod boki, ze sterczącą krzywo laską. - Jeśli chce pani znać prawdę, podejrzewam, że Corra Ravensbrook wcale nie jest wiccanką. To najpewniej znudzona gospodyni domowa.
Zaczerpnęła powietrza i zmusiła się do uśmiechu.
- Przepraszam za tę tyradę. Pewnie się pani domyśliła, że dotknęła mojego czułego miejsca.
Pojedynczo i parami zaczęli dołączać do nas inni, zapełniając nieckę na szczycie.
- Powiedziała pani, że upaja się podziwem swoich czytelników. W jaki sposób? - spytałam.
Lady Nairn mruknęła gniewnie.
- Ma stronę w Internecie i adres e-mailowy. Można do niej napisać. Tak zrobiła Lily. A może powinnam powiedzieć: tak robi.
- Korespondują ze sobą?
- Boże, nie! Wściekłabym się. Ale wiem, że napisała do niej więcej niż raz. I że Corra jej odpowiedziała. Nie zdziwiłabym się, że nocne wygłupy Lily na trawniku to jej sprawka.
- Dlaczego?
Spojrzała w dolinę.
- Czytałam to i owo o czarach. Lily robiła to nieporadnie. Ot, improwizacja nastolatki. Improwizuje też ze strojami. To powinno dać pani pojęcie ojej ogólnym stylu.
Słowo "nieporadnie" kłóciło się z jej uwagą o strojach. Mogła powiedzieć "romantycznie". Ale "nieporadnie"?
- Las Birnam. - Lady Nairn wskazała na północny zachód. - Tam.
Co ściągnęło w to miejsce sir Angusa?
Za plecami usłyszałam głośne śmiechy. Ben z Sybillą bawili się w berka. Nagle uświadomiłam sobie, że promiennooka, złotowłosa Sybilla biegnie prosto w stronę dołu, w którym wczoraj - tak mi się zwidziało - ujrzałam martwą Lily.
Oglądając się, jak ochocza Dafne kusząca Apolla, nie spostrzegła, że przed nią jest dziura. Na okrzyk Bena zatrzymała się tuż nad krawędzią, spojrzała w dół, zaskoczona rozwarła usta. W gardle uwiązł jej okrzyk zgrozy, a wokół niej - niczym czarne myśli - wzbił się w górę rój much. Cofnęła się o krok i omdlała.
Ben zdążył do niej dopaść i chwycić, gdy się osuwała.
- Boże święty - powiedział Eircheard.
Za jego plecami wybuchła głośna panika.
Wiedziałam, na co patrzą, zanim tam dotarłam. Na nagą, dziwnie spętaną młodą kobietę z poderżniętym gardłem. Ciało z pewnością zaczęło się już rozkładać. Zebrałam się w sobie, podeszłam i zajrzałam do rowu.
Ale nie było tam zwłok, nagich ani ubranych. Tylko krew, ścięta, zbrązowiała, wypełniająca rów niczym woda płytką wannę. Na napiętej twarzy lady Nairn dostrzegłam odrazę.
- "Krew krwi żąda" - mruknęła.
Z wiadomości przesłanej przez królową Marię wynikało: "Poprzyjcie mnie, a ja poprę was", a przynajmniej: "Jeśli zwyciężycie i zdobędziecie koronę, nie zwrócę się przeciw wam". Hrabina nie darzyła szczególną sympatią królowej, więzionej w dobrych warunkach w odległym zamku w Anglii. Ta kobieta tak bardzo łaknęła korony - i to nie szkockiej, uwłaczającej, wedle niej, jej godności - że podpisała wyrok śmierci na własnego syna.
Hrabinę irytowała jednak nie bezwzględność, lecz nieudolność królowej. Jej samej, mającej wrodzone zdolności do rządzenia, których brakło Marii, drogę do władzy zamknął rodowód. Choć płynęła w niej królewska krew Stuartów, wywodziła się z nieprawego łoża, w dodatku po kądzieli. Mimo to w młodości spędzonej w warowniach ojca niejeden raz słyszała, że pradawne moce ciemności zrządziły, iż kiedyś będzie królową. Cieszyła się na tę myśl już w wieku dziesięciu, dwunastu lat i od tamtej pory starała się jak mogła dopomóc losowi.
Teraz zaś podeszła do skrzyni, odwinęła z aksamitnej materii ciemne lustro i umocowała je na zwisającym z wierzchołka kopuły długim skórzanym rzemieniu, pozwalając, by kręciło się nad stołem.
Lustro to zabrała dawno temu tytułem zapłaty angielskiemu magowi, doktorowi Dee. Bez wiedzy rodziców, sądzących, że odwiedza składy pełne jedwabiów, klejnotów, piór i przypraw z całego świata, spędziła tamten chłodny luty w Antwerpii, urabiając ręce po łokcie przy przepisywaniu rzadkiego rękopisu doktora Dee na temat magii aniołów. Ale kiedy skończyła pracę, mag odmówił jej umówionej zapłaty - wiedzy. Chciała, żeby nauczył ją Wielkiej Sztuki. A on zaproponował jej sakiewkę srebra. Jak jakiejś dziwce. Jej, córce earla!
Zaczęła palić przepisane kartki jedną po drugiej, aż z płaczem padł na kolana. A wtedy cisnęła pozostałe w stronę paleniska. Kiedy rzucił się do ich zbierania, zabrała lustro i odeszła.
Nie wiedziała, z czego jest zrobione ani kto je wykonał. Samo w sobie wydawało się tworem magii. Samorzutnie nauczyła się z niego wróżyć, co było wyczynem nie lada, bo, jak zdradził jej doktor Dee, lustro słynęło z tego, że tym, którzy nie mogli go sobie podporządkować, ukazywało ogień i krew.
Na jej skinienie głową stara niania przygasiła ogień, przysunęła do stołu krzesło, po czym opuściła komnatę. Ułożywszy dłonie na blacie, hrabina usiadła przed dyndającym lustrem, patrząc z ukosa na jego powierzchnię, muskaną blaskiem ognia i księżyca. Pozwoliła myślom powrócić przelotnie do lorda Henry'ego i uformować pytania sunące leniwie jak chmury: Czy to on? Czy to on uczyni wreszcie ze mnie królową?
Powierzchnię lustra zasnuły chmury, choć na niebie nie było ich prawie wcale. A kiedy się rozstąpiły, ujrzała całkiem wyraźnie twarz z ciemnymi regularnymi brwiami, wysokim czołem i spiczastym podbródkiem. Ale najbardziej zwracały w niej uwagę jasne, bystre oczy.
Była to twarz młodzieńca o bladej cerze, delikatnych rysach, jeszcze niedawno chłopca. W wieku króla lub podobnym. Rok, może dwa lata starszego. Nagle uświadomiła sobie, że nie jest ona tworem wyobraźni. Ze w lustrze odbija się człowiek z krwi i kości.
Kiedy się odwróciła, zamarł, schwytany w ruchu pomiędzy gobelinem i ścianą. Może myślał, że śpi albo zapadła w trans. Jak długo tam był? Jak dużo usłyszał i zobaczył? Skutki zdrady, za jaką uznano by na pewno rozmowę z lordem Henrym, były niewyobrażalne. Skutki czarów, za które uznano by wróżenie z lustra, jeszcze gorsze.
Gdyby uciekł, wezwałaby straż i kazała go zabić, nim pisnąłby słowo. Ale on wyszedł z ukrycia i z powabnym rumieńcem na twarzy skłonił się jej z fantazją. Był jednym z angielskich aktorów, których tu poznała. Młodym nikim.
Jego zeznanie byłoby zupełnie niewiarygodne wobec słów faworyty króla.
Przyzwała go palcem, zbliżył się posłusznie. Diana de Poitiers była niemal w jej wieku, gdy uwiodła o dwadzieścia lat młodszego od niej króla. A ten młodzik, choć skromnego stanu, był mniej więcej równy wiekiem Jakubowi. Uczynienie z króla kochanka i tym sposobem przywiązanie go do siebie nie gwarantowało wprawdzie umocnienia władzy, ale hrabina wyznawała pogląd, że nie należy zatrzaskiwać żadnych drzwi. Nieco figli z tym chłopcem nie mogło zaszkodzić, za to powinno ochłodzić rozpaloną krew.
Przesunęła palcem po jego policzku. Zadrżał pod jej dotykiem, lecz nie z lęku. Rozwiązała sznurówkę jego pospolitego kaftana, potem następną. Ironicznie na wpół uniósł brew. A więc nie zamierzał bronić się ani uciekać. Ale czy się podniecił?
Kiedy doszła do czwartej sznurówki, chwycił ją za przegub i przycisnął do ściany tak mocno, aż zadrżały gobeliny. Młodymi, silnymi rękami przesunął po jej ciele.
Pociągnął ją i jednym ruchem zmiótł wszystko ze stołu, czyniąc miejsce dla nich dwojga. Wiedząc, że mimo przejrzałego wieku wciąż olśniewa urodą, ukazała swe walory w przyćmionym świetle kominka i płomienia świecy. Pozwoliła mu patrzeć, rozkoszując się pożądaniem w jego oczach, a potem pod rozkołysanym jak wahadło lustrem przyciągnęła go do siebie.
Znacznie później dojrzała w nim ich odbicie - stwora z dwojgiem pleców. Gdy powiedziała mu to półgłosem, spojrzał w górę, zaśmiał się, a potem stoczyli się na podłogę.
Po jakimś czasie pod natarczywością jego palców, ust, rzęs i języka straciła rachubę karylionów rozkoszy dzwoniących w jej krwi. We wzmaganiu i zmniejszaniu napięcia i ulgi okazał się mistrzem. Nie był, jak sądziła, niedoświadczonym kochankiem.
Gdy widnokrąg pojaśniał od pierwszych zwiastunów świtu, nawet on zległ nasycony i wyczerpany. Stojąc w oknie, widziała w oddali rozjarzone ognie Beltaine na niskich wzniesieniach, które na tej nadmorskiej nizinie uchodziły za wzgórza. Choć rolnicy trzęśli się ze strachu, słuchając kaznodziejów ciskających gromy na pogaństwo, jeszcze bardziej bali się zerwać z tradycją związaną z urodzajnością ich ziemi, obfitością plonów i płodnością stad. Jakkolwiek pobożni byli w innych sprawach, przez dwie noce w roku, w święta Samhain i Beltaine, uparcie trzymali się starych zasad. Znacznie starszych, niż sądziła większość.
Rozległo się pukanie do drzwi. Trąciła chłopca stopą. Mruknął coś i skrył się za gobelin. Za progiem stał posłaniec z twarzą lśniącą od potu po forsownej jeździe.
- Pani - rzekł, składając szybki ukłon. - Dziś wieczorem przybywa król.
Z podniecenia przygryzła koniuszek języka.
- Szaleństwo - powiedziała półgłosem. - Co ty prawisz?
- W Edynburgu zaraza. Jego Wysokość jedzie tu zjego lordowską mością, twoim mężem, pani.
Kiedy odprawiła posłańca, zalała ją fala radosnego uniesienia. Przed wieczorem miał tutaj zawitać król i jeśli wszystko poszłoby zgodnie z planem - już stąd nie wyjechać. Przynajmniej ten król.
"Umarł król, niech żyje król".
Ledwo zauważyła, jak młody komediant z filuternym uśmiechem podniósł kaftan, ukłonił się i wyszedł.
1"To jest tylko we mnie, czego nie ma".
Johnny'emu
Z głębin otchłani duchy mogę wołać.
I ja to mogę, i lada kto może,Ale czy przyjdą na twoje wołanie? William Szekspir
Kdy szkody żadnej nie ma, czyń, co chcesz.Ławica Wiccańska (czyli Rada Czarownic)
Listopad 1606 Pałac Hampton Court
Otulony zielononiebieską aksamitną szatą ze złotymi aplikacjami, chłopiec w koronie królowej na głowie przysypiał na tronie ustawionym niemal na środku Wielkiej Sali, tuż za granicą światła. Nazajutrz miał tu zasiąść król. Nie aktor grający króla, lecz król prawdziwy, Jego Wysokość Jakub I Angielski i VI Szkocki. Dziś jednak potrzebny był ktoś z aktorskiej trupy, by zasiąść na tronie i zobaczyć to, co miał ujrzeć monarcha: nową szkocką sztukę imć Szekspira, w której lała się krew, a wiedźmy sprawowały obrzęd bezimiennego zła.
Zgłosił się chłopiec, który nie występował w tej scenie. Ale tego mroźnego listopadowego wieczoru próba nie wiadomo dlaczego mocno się opóźniła. W nieogrzewanej sali zrobiło się prawie tak zimno jak na okrytych szadzią podwórcach. Ciężka szata zapewniała jednak dość ciepła, więc chłopcu, któremu dłużyły się mijające godziny, oczy same się kleiły.
O ozdobioną gobelinem ścianę poza kręgiem światła pochodni oświetlającej scenę opierał się chudy jak ofiara klęski głodu, posiwiały żołnierz w wyświechtanym skórzanym kaftanie. On też chyba drzemał.
Aż w końcu w ćmiącym świetle coś się poruszyło. Ustawiony pośrodku sali kociołek otoczyły trzy postacie w czerni. Ich głosy stopiły się w monotonny zaśpiew, ni to jęk, ni syk.
"Co tam stwarzacie?" - wychrypiał aktor grający króla, kiedy wszedł i potoczył przerażonym wzrokiem.
Odpowiedziało mu rozchodzące się echem zawodzenie, podobne do niemal ludzkiego wycia wiatru albo głosu niespokojnych dusz zmarłych, szukających wejścia pod okapem dachu:
- "Bezimienne dzieło!"
Wkrótce potem w krąg światła wbiegła gromadka zjawiskowo pięknych dzieci, sunąc jedno za drugim przed tronem. Pochód zamykało najmniejsze, niosące zwierciadło.
Chłopiec zajmujący miejsce króla na tronie usiadł prosto.
Stojący pod ścianą stary żołnierz, ledwie widoczny w ciemnościach za sceną, odemknął oczy.
Po kilku chwilach chłopiec zsunął się z tronu i znikł w mroku w głębi sali. Żołnierz ruszył za nim jak niedopasowany cień.
Służący Roberta Cecila, earla Salisbury, obudził swojego pana nad ranem. Zdwojony blask świec wydobył zza jego pleców majaczące twarze dwóch przybyszów. Jednemu czarne włosy wiek przyprószył siwizną, drugi wchodził w najlepsze męskie lata. Dwaj Howardowie - earl Northampton i jego bratanek earl Suffolk - mieli podobnie zadowolone miny.
Salisbury natychmiast otrząsnął się ze snu. Nie znał przyczyny ich zadowolenia o tak wczesnej porze, lecz jego niepokój budziło wszystko, co zdarzyło się w pałacu bez jego wiedzy. Zwłaszcza gdy oni maczali w tym palce, sygnalizowało to bowiem niebezpieczeństwo.
- Chodzi o chłopca, milordzie - rzekł służący, dyskretnie odkasłując.
- Chłopca z trupy aktorskiej - uściślił Suffolk.
- Zaginął - rozanielił się Northampton. - Takoż i zwierciadło.
Howardowie wiedzą, gdzie on jest - pomyślał Salisbury, wzdychając
w duchu.
- Obudź doktora Dee - polecił słudze i usiadł z bólem, świadom, że Northampton utkwił wzrok w jego garbie. - I sprowadź dowódcę warty.
Kiedy dowódca się stawił, Salisbury wydał mu rozkaz:
- Znajdźcie go.
Pół godziny później pokuśtykał na koślawych stopach w stronę przedpokoju przed Wielką Salą, przy każdym kroku pomny wysokich, wyprostowanych sylwetek Howardów kroczących u jego boków. Nie lubił mieć z nimi do czynienia, zwłaszcza z Northamptonem. Niski i zdeformowany, pedantycznie dbały o wygląd i strój, Salisbury chłodnym, trafnym okiem szukał u innych nade wszystko talentów, które potem odpowiednio wykorzystywał. Jednakże w Howardach było coś, co go mroziło. Na ich widok, niezależnie od pogody, miał ochotę wejść do najbliższego różanego ogrodu i pozbyć się trudno wyczuwalnego odoru. Czasem musiał jednak z nimi współpracować, gdyż król uległ czarowi Northamptona. Tak właśnie było w przypadku niesmacznej sprawy z chłopcem. Kiedy w grę wchodziło bezpieczeństwo króla, Salisbury gotów był wykorzystać każdego, ale używanie dzieci jako przynęty nie sprawiało mu przyjemności.
Czekającemu na nich doktorowi Dee, odzianemu w ciemną szatę, trzęsła się z oburzenia długa biała broda.
Mówiliście, panowie, że trzymacie tu chłopca i zwierciadło dla ich bezpieczeństwa - zaatakował.
Salisbury westchnął. Nie dla ich bezpieczeństwa. Dla bezpieczeństwa króla. I królestwa. Czemu człowiek bez wątpienia tak błyskotliwy jak doktor nie potrafił dokonać takiego rozróżnienia?
Earl nie za bardzo wierzył w magiczne zwierciadła, wywoływanie duchów i temu podobne. Lecz na wszelki wypadek trzymał rękę na pulsie, śledząc poczynania czarowników królestwa, wśród których rej wodził John Dee. Czarnoksiężnik ten, przewyższający innych biegłością w matematyce i sztuce nawigacji, oddał jego ojcu i starej królowej cenne przysługi w dziedzinie kryptologii. Nawet jeśli tylko drobna cząstka twierdzeń tego starca o przywoływaniu aniołów lub przemienianiu metali ciężkich w złoto miała okazać się prawdą, warto było go rozszyfrować.
Kiedy więc jakiś czas temu Dee przybiegł do niego z szaloną opowieścią o krwi i ogniu, jakie ukazało wróżebne kamienne lustro, Salisbury wysłuchał jej z powagą, która wielce poruszyła i ukontentowała maga, a potem osobiście wypytał chłopca, który ponoć doświadczył owego widzenia. Salisbury miał tę przewagę nad doktorem, iż wiedział o planach katolickich renegatów, przymierzających się do wysadzenia w powietrze Parlamentu, a wraz z nim króla.
Ku niezadowoleniu doktora zatrzymał chłopca, który przewidział nie tylko spisek prochowy, lecz także pojawienie się tajemniczej kobiety z nożem. Zatrzymał też zwierciadło, w którym chłopcu ukazały się wspomniane wizje.
Działo się to rok temu. Spisek prochowy - czego Salisbury był pewien od samego początku - nie doszedł do skutku. Spiskowców schwytano. Niektórzy zginęli na miejscu, innych stracono w majestacie surowego prawa. Na wolności pozostała tylko jedna osoba - ktoś wpływowy, kto w jego mniemaniu od początku kierował spiskiem, lecz kogo tożsamości nie udało się ustalić. Ktoś z możnych, kto korzystając z zamętu, zamierzał przejąć ster władzy. Ktoś z pewnością nadskakujący codziennie monarsze, na którego życie dybał.
Salisbury oczywiście założył, że jest to mężczyzna, ale wizja rudowłosej, ciemnookiej kobiety dzierżącej nóż z wygrawerowanym napisem, którego chłopiec nie zdołał odczytać, dała mu do myślenia. Gdyby wierzył w duchy, orzekłby, że chłopiec ujrzał starą królową Elżbietę. Jednakże wróg, którego tropił, z pewnością pozostał wśród żywych. Krew starej królowej płynęła w innych żyłach - rozcieńczona, to pewne, ale jednak. Na dworze nietrudno było napotkać kobiety o rudozłotych włosach, zdradzających, że są z rodu Tudorów i Plantagenetów. Kobiety o takiej proweniencji należały także do rozproszonego po świecie królewskiego rodu Stuartów.
W rodach królewskich ognisty błysk we włosach szedł nierzadko w parze z makiaweliczną bezwzględnością, przy której niebezpieczni Howardowie wydawali się niewinnymi kociętami. To dlatego Plantageneci, Tudorzy i Stuartowie zajmowali przez wieki trony - pomyślał z goryczą Salisbury - natomiast Howardowie stracili jedyne księstwo, jakim mogli się poszczycić, jeśli nie liczyć dwóch królowych, których koronowane głowy ściął Henryk VIII. Tudorzy i Stuartowie wydali silne, budzące respekt kobiety, wśród których wyróżniała się królowa Elżbieta oraz jej kuzynka, matka obecnego króla, Maria, królowa Szkotów. Czemu więc przywódczynią spisku nie miałaby być kobieta?
Być może działająca w zmowie z nieznanym dotąd mężczyzną.
Dlatego Salisbury przedsięwziął kroki, których celem było rozpoznanie jej twarzy. Wynajdywał dla chłopca rozmaite zajęcia na dworze. Niestety, taki dzieciuch miał niewiele okazji do obserwowania ukradkiem wielkich dam i nie spotkał tamtego widziadła. W końcu nowa sztuka imć Szekspira podsunęła earlowi pomysł o włączeniu chłopca do trupy Sług Jego Królewskiej Mości, aby pod tym pretekstem mógł z dogodnej pozycji obserwować dworaków otaczających króla. Wymagało to skorzystania z usług Suffolka, lorda szambelana, odpowiadającego za sprawy organizacyjne w królewskim pałacu, w tym za wszelkie pałacowe rozrywki. Ale sztukę teatralną zawierającą wątek spisków na życie króla Salisbury zamówił osobiście, z pominięciem Howardów. Oczywiście nie tylko chłopiec miał rozglądać się po widowni i śledzić reakcję publiczności, jednak wyłącznie on jeden mógł zidentyfikować kobietę z wizji.
Niestety, w przeddzień przedstawienia ten mały błazen gdzieś przepadł. Gdyby nie Howardowie, Salisbury spokojnie spałby dalej, uznając, że gałgan zakradł się do kuchni i podjada desery. A tak ze znużeniem słuchał tupotu wartowników przeszukujących pałac.
Godzinę później dowódca straży biegiem stawił się przed jego obliczem.
- Coś znaleźliśmy, milordzie - zameldował zdyszany. Ale na pytanie, co to takiego, potrząsnął głową. - Najlepiej będzie, panie, jeśli osobiście to zobaczysz.
Pomaszerowali długimi krętymi korytarzami do najstarszej części pałacu, zatrzymując się przed komnatą, która w spisie lorda szambelana była zaznaczona jako niezamieszkana, a jednak ktoś zaryglował ją od środka. Co dziwniejsze, kilku wartowników przysięgało, że z owego korytarza, w którym reszta pokojów była otwarta i pusta, usłyszeli nieludzki krzyk. W oddechach tych dorosłych bez wyjątku mężczyzn królewski sekretarz wyczuł strach.
- Rozbijcie drzwi - rozkazał, świadom, z jakim napięciem rozwoju wypadków oczekują Howardowie.
W ruch poszły siekiery. Hampton Court zbudowano solidnie. Z przeraźliwym jękiem rozrywanego drewna drzwi pękły na pół, wartownicy odsunęli się i puścili wielmożów przodem.
Od progu było widać, że komnata w rzeczy samej jest niezamieszkana - podłogi nie wyścielało sitowie, na ścianach nie wisiały gobeliny, a wolnej przestrzeni nie wypełniały meble. Ktoś jednak niedawno rozniecił ogień w palenisku i pozwolił mu wygasnąć. W powietrzu unosił się jeszcze lekki aromat jakiejś potrawki czy rosołu, który tu gotowano. W tej pustce oko zatrzymywało się na leżącym na kamiennej posadzce przed kominkiem ciele, przykrytym ciężką zielononiebieską szatą.
Doktor Dee skoczył naprzód, wydobył z fałdy aksamitu skrawek ciemności, a potem precyzyjnymi palcami uniósł w górę wypolerowany kamienny krążek - zaginione zwierciadło. Potarł je rękawem i wejrzał w jego głębie.
- I cóż widać? - spytał Suffolk, nachylając się ku wiekowemu magowi z niestosowną gorliwością
Doktor Dee podniósł załzawione, podpuchnięte oczy i potrząsnął głową.
Zasłonił je ciemny welon. - Wstrząsnął nim dreszcz. - To zwierciadło widziało coś złego.
Chłopiec nie żyje - pomyślał Salisbury. Żeby to stwierdzić, nie potrzeba magii!
Z irytacją szarpnął szatę i odrzucił na bok.
Stojący obok Suffolk i Northampton nienaturalnie znieruchomieli. Natychmiast ukryli zaskoczenie. Zwiedliby każdego, ale nie Salisbury'ego, potrafiącego nie tylko czytać w cudzych myślach, lecz także wyprzedzać nawet ich bieg. Dlatego niektórzy szeptali, że to on, a nie doktor Dee, podporządkował sobie nieznane duchy. Teraz czuł, jak pod maską obrzydzenia budzi się w nim chytra ciekawość, wypełniając żyły i ścięgna. Nie tego oczekiwali Howardowie.
U ich stóp spoczywało w dziwnej pozycji związane nagie ciało. Nie należało jednak do chłopca.