Wbrew wszystkiemu. Saga Dzwony o zmierzchu. Tom 1 - Małgorzata Garkowska

Kup ebooka

36.90 zł
30.26 zł (29,76 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ I

Kwie­cień 1921 r.

Zbli­ża­ło się po­łu­dnie. Cie­pły wiatr, już nio­są­cy za­po­wiedź ma­jo­we­go upa­łu i za­pach roz­bu­dzo­nej do ży­cia wio­sen­nej zie­lo­no­ści, po­ru­szał ga­łę­zia­mi drzew i krze­wów po­ra­sta­ją­cych Wzgó­rze Tum­skie, nie­spiesz­nie mu­skał wody Wi­sły, wy­do­by­wa­jąc z fal psot­ne od­bły­ski świa­tła.

An­to­ni Gar­dow­ski przy­sta­nął na chwi­lę u stóp ka­mien­nych scho­dów, jed­nak tyl­ko ką­tem oka ło­wił pięk­no ota­cza­ją­cej go przy­ro­dy. Po­pra­wił zbyt cia­sno za­pię­ty pas, wy­gła­dził poły ciem­no­gra­na­to­wej kurt­ki wy­koń­czo­nej cha­bro­wy­mi po­li­cyj­ny­mi na­szyw­ka­mi na koł­nie­rzu, z sza­cun­kiem, nie­mal piesz­czo­tli­wie do­tknął na­szy­te­go na rę­ka­wie szew­ro­nu i po­ru­szył pal­ca­mi w skó­rza­nych bu­tach. Pa­trzył na ich dłu­gie cho­le­wy z wy­raź­nym upodo­ba­niem. Nie przy­zwy­cza­ił się jesz­cze ani do no­we­go obu­wia, ani do na­dal sztyw­ne­go ma­te­ria­łu mun­du­ro­we­go, bo le­d­wie dwa dni wcze­śniej ode­brał uni­form od Ein­fel­da z Sze­ro­kiej - ży­dow­skie­go kraw­ca, któ­ry ta­niej i szyb­ciej niż w za­kła­dzie Smo­leń­skie­go czy Sa­dziń­skie­go uszył mun­dur z gra­na­to­we­go suk­na za­ku­pio­ne­go po dłu­gich sta­ra­niach przez in­ten­den­tu­rę. Cały po­ste­ru­nek miał się pięk­nie pre­zen­to­wać, peł­niąc służ­bę pod­czas nad­cho­dzą­cych uro­czy­sto­ści z oka­zji uchwa­le­nia ma­jo­wej kon­sty­tu­cji. An­to­ni czy­tał w ga­ze­cie o szy­ko­wa­nym przez ma­gi­strat wy­staw­nym ob­cho­dzie, a i pan ko­mi­sarz Toł­py­ho przy­po­mi­nał, że na pa­ra­dzie i od­sło­nię­ciu ta­bli­cy pa­miąt­ko­wej przy ra­tu­szu wszy­scy mają god­nie wy­stą­pić. Pierw­sze­go maja rów­nież ro­bot­ni­cy szy­ko­wa­li swo­je de­mon­stra­cje i tam też trze­ba bę­dzie pil­no­wać po­rząd­ku, ale Gar­dow­ski póki co nie za­mie­rzał za­przą­tać so­bie tym gło­wy. Ot, służ­ba. Za to nowe ofi­cer­ki wy­pa­da­ło roz­cho­dzić, żeby nie krzy­wić się na uro­czy­sto­ściach, gdy od­ci­ski będą da­wać się we zna­ki. Stąd więk­szość funk­cjo­na­riu­szy już te­raz, za ci­chym przy­zwo­le­niem ko­men­dan­ta, pa­tro­lo­wa­ła mia­sto w no­wych ob­sta­lun­kach.

- Ech, Jan­ka, gdy­by te uni­for­my nam na po­cząt­ku kwiet­nia, na przy­jazd mar­szał­ka dali po­szyć... - wzdy­chał w od­po­wie­dzi na za­chwy­ty żony, przy­mie­rza­jąc mun­dur po­przed­nie­go wie­czo­ru. - To wstyd, że na­wet o nas, po­li­cjan­tach, nie wspo­mnie­li, wstyd i hań­ba! - po­msto­wał po raz nie wia­do­mo któ­ry, a Ja­necz­ka ze zro­zu­mie­niem ki­wa­ła gło­wą, za­ła­mu­jąc ręce.

Ob­ra­zy z sierp­nia po­przed­nie­go roku, kie­dy cały Płock bo­ha­ter­sko od­pie­rał na­jazd bol­sze­wi­ków, wciąż były w An­to­nim żywe. Zwłasz­cza w ta­kie dni jak dziś, gdy przy­pa­dła mu służ­ba na na­brze­żu, a po­god­ny dzień przy­po­mi­nał o let­nim upa­le. To prze­cież tu­taj osiem­na­ste­go sierp­nia, pod ko­men­dą Le­ona Je­dwab­ne­go, ra­zem z Wład­kiem Ka­miń­skim i Józ­kiem Szon­del­me­je­rem usi­ło­wa­li opa­no­wać cha­os wśród ucie­ka­ją­cej na most ciż­by, a póź­niej bro­ni­li przy­czół­ka. Wte­dy, w ogól­nym pod­nie­ce­niu i fer­wo­rze, po­cząt­ko­wo nie za­uwa­żał kul nie­przy­ja­cie­la, głu­pio za­uro­czo­ny fak­tem, że w koń­cu zna­la­zła go woj­na, do któ­rej jako mło­dziak się rwał, a od któ­rej uchro­ni­ło go za­pew­nie­nie or­szy­mow­skie­go pro­bosz­cza, że jest je­dy­nym sy­nem swo­ich ro­dzi­ców, dzię­ki cze­mu pod­czas wiel­kiej woj­ny nie zo­stał wcią­gnię­ty na li­stę po­bo­ro­wych. Cała gro­za sy­tu­acji do­tar­ła do nie­go do­pie­ro wte­dy, gdy obok nie­go bry­znął krwią po­strze­lo­ny w ple­cy woź­ni­ca, gdy zmar­ło mu na rę­kach dziec­ko, pulch­ny, ja­sno­wło­sy chłop­czyk, któ­re­go usi­ło­wał do­nieść do punk­tu opa­trun­ko­we­go, i za­raz po­tem, kie­dy bro­niąc się, bez opa­mię­ta­nia dźgał zdo­bycz­nym ba­gne­tem w pierś ata­ku­ją­ce­go go soł­da­ta. Zro­zu­miał, że tak jak nie uj­rzy już swo­ich ro­dzi­ców, któ­rzy zgi­nę­li w po­ża­rze wznie­co­nym w Bo­rze­niu przez od­da­ją­ce pole woj­ska ro­syj­skie, tak samo może wię­cej nie zo­ba­czyć swo­jej nie­daw­no po­ślu­bio­nej mał­żon­ki. Po­zo­sta­wił ją bo­wiem - wy­da­wa­ło­by się bez­piecz­nie - w jej domu ro­dzin­nym, w go­spo­dar­stwie pod Brwil­nem, na tym sa­mym brze­gu Wi­sły, co wieś Ra­dzi­wie, gdzie usi­ło­wa­ła zresz­tą ucie­kać lud­ność mia­sta, a na sa­mym po­cząt­ku, wstyd po­wie­dzieć, tak­że i woj­sko...

Dla­te­go An­to­nie­go bo­la­ło, że pod­czas de­ko­ra­cji Krzy­żem za Mę­stwo i Od­wa­gę w mar­cu i póź­niej, w kwiet­niu, gdy mar­sza­łek Pił­sud­ski wrę­czał od­zna­cze­nia za­słu­żo­nym dla obro­ny mia­sta, wy­mie­nia­no wszyst­kich, tyl­ko nie jego ko­le­gów z płoc­kie­go ko­mi­sa­ria­tu, i to po­mi­mo li­stu ko­mi­sa­rza Toł­py­hy do ka­pi­tu­ły. Do­ce­nio­no - słusz­nie - po­świę­ce­nie cy­wil­nych miesz­kań­ców Płoc­ka, a fuk­cjo­na­riu­szy po­li­cji i pocz­tow­ców po­mi­nię­to, choć od­zna­czo­no żoł­nie­rzy, któ­rzy prze­cież tak jak i oni byli na służ­bie, więc każ­dy czy­nił to, co do nie­go na­le­ża­ło.

Spoj­rzał w lewo na dom prze­my­słow­ca Gór­nic­kie­go i ru­szył bul­wa­rem Nej­dhar­ta w stro­nę za­bu­do­wań. Po­tem za­mie­rzał przejść bli­żej na­brze­ża i przy­sta­ni, gdzie cza­sem wy­bu­cha­ły kłót­nie, a na­wet bój­ki mię­dzy do­roż­ka­rza­mi i wo­za­ka­mi cze­ka­ją­cy­mi na pa­sa­że­rów stat­ków, chęt­nych na pod­wóz­kę do mia­sta. Krę­ci­ło się tam też wie­lu wy­rost­ków za kil­ka ko­pie­jek ofe­ru­ją­cych po­dróż­nym, zbyt ubo­gim na wy­na­ję­cie po­jaz­du, wnie­sie­nie ba­ga­ży na górę. A już w tym to­wa­rzy­stwie nie­trud­no o ja­kie­goś drob­ne­go zło­dzie­jasz­ka.

Żad­ne­go stat­ku aku­rat nie było, je­dy­nie ło­dzie ry­ba­ków co ja­kiś czas przy­bi­ja­ły do brze­gu. An­to­nie­go wraz z wia­trem od rze­ki owio­nął za­pach ryb i za­plą­ta­ny z ja­kie­goś domu aro­mat świe­żo upie­czo­ne­go chle­ba. Męż­czy­zna wy­obra­ził so­bie ru­mia­ny, okrą­gły bo­chen owi­nię­ty w lnia­ną ście­recz­kę. Paj­dę ta­kie­go chle­ba ukro­iła mu rano Ja­necz­ka, suto po­sma­ro­wa­ła ma­słem i ob­ło­ży­ła twa­ro­giem. We wto­rek go­ści­li ro­dzi­ców żony; ko­rzy­sta­jąc z uprzej­mo­ści le­śni­cze­go wy­bie­ra­ją­ce­go się na targ w Płoc­ku, te­ścio­wie przy­je­cha­li z nim fur­man­ką i przy­wieź­li chle­ba, ja­jek, ma­sła i twa­ro­gu z wła­sne­go go­spo­dar­stwa. Wszyst­ko świe­że i pysz­ne, "do­mo­we, a nie to, co z tych wa­szych skle­pów" - jak pod­kre­śla­ła te­ścio­wa, znie­sma­czo­na ha­ła­sem pa­nu­ją­cym na głów­nych uli­cach i gwar­nym tar­go­wi­sku na No­wym Ryn­ku. Była prze­ko­na­na, że w mie­ście nie da się wy­piec pie­czy­wa tak do­brze jak w wiej­skim, "praw­dzi­wym" pie­cu, tyl­ko jej ręką kar­mio­ne kury zno­szą naj­lep­sze jaj­ka, a ma­sło może sma­ko­wać je­dy­nie wte­dy, gdy zro­bić je z mle­ka od ich wła­snej kro­wy i za­wi­nąć w li­ście chrza­nu ro­sną­ce przy po­dwór­ko­wej stud­ni.

I rze­czy­wi­ście chleb był nie­zrów­na­ny i przy­po­mi­nał An­to­nie­mu dni, gdy cho­dził w za­lo­ty do Ja­necz­ki, a ona czę­sto­wa­ła go pach­ną­cy­mi paj­da­mi. Te z ko­lei przy­wo­dzi­ły mu na myśl chleb wy­pie­ka­ny przez mat­kę. Sam już był wte­dy na świe­cie, a w mi­ło­ści do mło­dziut­kiej Paw­la­ków­ny zna­lazł po­cie­sze­nie i otu­chę, zdo­łał też za­po­mnieć o żalu, któ­ry tra­wił go od śmier­ci ro­dzi­ców. Nie uchro­nił ich, po­ma­gał pro­bosz­czo­wi w pa­ko­wa­niu dóbr... Po spa­le­niu Bo­rze­nia nie chciał wra­cać na zglisz­cza wsi. Wte­dy pro­boszcz z Or­szy­mo­wa dał mu list po­le­ca­ją­cy do swo­je­go bra­ta, a ten za­ła­twił An­to­nie­mu po­sa­dę po­moc­ni­ka w fa­bry­ce pa­pie­ru u Pio­tra Kasz­te­la­na w So­czew­ce. Któ­rejś nie­dzie­li w ko­ście­le za­uwa­żył ja­sne, wy­jąt­ko­wo gru­be war­ko­cze, usły­szał psalm śpie­wa­ny czy­stym ni­czym krysz­tał gło­sem i od tej chwi­li nie spo­czął, póki nie za­po­znał się z tą dziew­czy­ną. Wpraw­dzie mó­wio­no, że to pan­na nie dla nie­go, bo wy­edu­ko­wa­na nie na wsi i z do­bre­go domu, a jej ro­dzi­ce ob­no­si­li się z her­bem - po­noć przed wiel­ką woj­ną mie­li ma­ją­tek gdzieś na kre­sach - ale on nie od­pu­ścił. Oka­zja tra­fi­ła się na­wet szyb­ko, na jar­mar­ku z oka­zji od­pu­stu. Były tań­ce, a on nie prze­pu­ścił jej żad­ne­go. Do­bry to był czas. Mimo że An­to­ni pra­co­wał cięż­ko, uczu­cie do­da­wa­ło mu sił i o ni­czym in­nym nie my­ślał, tyl­ko wy­cze­ki­wał ko­lej­nych spo­tkań. Każ­dy wol­ny dzień spę­dza­li ze sobą, a on słu­chał ma­rzeń Jan­ki o wy­jeź­dzie ze wsi, o kur­sie na­uczy­ciel­skim i po­sta­no­wił je speł­nić. I to się uda­ło. Gdy Pol­ska sta­ła się wol­nym pań­stwem, od razu zgło­sił się w Płoc­ku do służ­by w for­mu­ją­cej się po­li­cji, a po­tem - ma­jąc już do­brą po­zy­cję - mógł już z po­wo­dze­niem po­pro­sić o rękę Ja­necz­ki i za­brać żonę do mia­sta, gdzie skoń­czy­ła wy­ma­rzo­ne se­mi­na­rium.

An­to­ni uśmiech­nął się do wspo­mnień. Gorz­ko. Nad ra­nem sły­szał plusk wody w mied­ni­cy i po­chli­py­wa­nie żony. Do­brze wie­dział, co to ozna­cza, mimo że ona nie mó­wi­ła nic, nie skar­ży­ła się. Ale cze­ka­ła. Bóg jed­nak jak do­tąd nie po­bło­go­sła­wił ich dziec­kiem, a prze­cież to już po­nad rok, od­kąd są mał­żeń­stwem. An­to­ni nie wstał, nie utu­lił jej smut­ku, choć ser­ce mu się do niej wy­ry­wa­ło. Bał się. Co niby miał po­wie­dzieć? Co obie­cać? Nie znaj­do­wał w so­bie aż tyle pew­no­ści, by sza­fo­wać sło­wa­mi. Ja­necz­ka była u aku­szer­ki - nic mu nie zdra­dzi­ła, sam się do­my­ślił. Pa­rzy­ła ja­kieś zio­ła, któ­rych nazw nie po­tra­fił wy­mie­nić, sama je piła i przed nim po ko­la­cji sta­wia­ła pe­łen ku­bek. Nie py­tał, wy­chy­lał za jed­nym ra­zem, choć na­par po­zo­sta­wiał i cierp­ki smak na ję­zy­ku. Za­uwa­żył na­wet, że pod­czas wi­zy­ty te­ścio­wa prze­ka­za­ła cór­ce wo­re­czek z ko­lej­ną ta­jem­ni­czą za­war­to­ścią i dłu­go szep­ta­ły w ką­cie kuch­ni. Teść, czło­wiek spo­koj­ny i z na­tu­ry ma­ło­mów­ny, tyl­ko po­krę­cił gło­wą, wi­dząc te na­ra­dy ko­biet, i po­kle­pał An­to­nie­go krze­pią­co po ra­mie­niu.

- Na Zie­lo­ne Świąt­ki przy­jedź­cie ko­niecz­nie - mruk­nął przy tym. - A jak bę­dziesz miał służ­bę, to na Boże Cia­ło - do­dał po dłuż­szym na­my­śle, sta­now­czo, jak­by ten dru­gi ter­min już nie pod­le­gał ja­kiej­kol­wiek dys­ku­sji. - Po­wie­trze u nas lep­sze.

Ech, Pa­nie Boże, nie uła­twiasz mo­jej tu­łacz­ki - wes­tchnął do sie­bie An­to­ni. Za­raz jed­nak po­krę­cił gło­wą i w du­chu żar­li­wie zło­żył po­dzię­ko­wa­nie za oca­le­nie od woj­ny, a po chwi­li z rów­nym za­an­ga­żo­wa­niem do­ło­żył proś­bę o dziec­ko. Bo cóż to mo­gło za­szko­dzić...

Ru­szył da­lej na­brze­żem, na­dal za­my­ślo­ny, po­wol­ny. Nie zwra­cał więk­szej uwa­gi na oto­cze­nie, le­d­wie do­cho­dzi­ły do nie­go le­ni­we po­krzy­ki­wa­nia ry­ba­ków, par­ska­nie koni, nie­spiesz­ny tur­kot kół po bru­ku nie­da­le­kiej uli­cy. Pora dnia sprzy­ja­ła wy­ci­sze­niu, a grze­ją­ce przy­jem­nie słoń­ce roz­le­ni­wia­ło. Miał wra­że­nie, że całe mia­sto czu­wa­ją­ce na wzgó­rzu zwol­ni­ło, już ocze­ku­jąc nad­cho­dzą­ce­go świę­ta lub od­po­czy­wa­jąc przez chwi­lę, by za­raz z we­rwą wró­cić do przy­go­to­wań i wpra­wić wszyst­kich w ruch w zna­nym tyl­ko so­bie ryt­mie.

- Pa­nie po­ste­run­ko­wy! Pa­nie po­li­cjan­cie! Po­mo­cy, pa­nie po­ste­run­ko­wy! - Krzyk z kil­ku gar­deł przy­wró­cił go do rze­czy­wi­sto­ści.

Ja­kiś wy­ro­stek za­afe­ro­wa­ny wska­zy­wał w stro­nę rze­ki, dru­gi roz­pacz­li­wie wy­ma­chi­wał rę­ka­mi. Ktoś biegł w kie­run­ku wody.

An­to­ni w jed­nej se­kun­dzie oce­nił sy­tu­ację. Do­strzegł czy­jeś cia­ło zni­ka­ją­ce pod wodą, a za chwi­lę wy­nu­rza­ją­ce się w roz­pacz­li­wej pró­bie zła­pa­nia od­de­chu. Wi­dział, jak to­ną­cy za­chły­stu­je się wodą za­miast zbaw­czym po­wie­trzem, i nie­mal po­czuł to szarp­nię­cie w płu­cach, ten ból, któ­ry mu­siał roz­lać się w pier­si wal­czą­ce­go o ży­cie czło­wie­ka. Ja­sna chu­s­ta, sza­ry far­tuch. Ko­bie­ta! Obok ja­kieś za­wi­niąt­ko, któ­re pró­bo­wa­ła za­gar­nąć, młó­cąc cha­otycz­nie ra­mio­na­mi. Już biegł, by bez wa­ha­nia rzu­cić się do rze­ki, mi­nąw­szy tego dru­gie­go, któ­ry w po­śpie­chu ścią­gał z sie­bie odzie­nie. Nie było cza­su na zdej­mo­wa­nie bu­tów, na kal­ku­la­cje. An­to­ni wie­dział, że musi do­pły­nąć. Po­móc. Ra­to­wać. Tyl­ko to miał w gło­wie.

Sko­czył. Oto­czy­ło go zim­no, ubra­nie mo­men­tal­nie na­sią­kło. Do­pły­nął do to­ną­cej w chwi­li, gdy miał wra­że­nie, że ona już nie wal­czy. Chwy­cił ją za ra­mio­na, gdy szła pod wodę, po­cią­gnę­ło go za nią, ale wy­trzy­mał. Szarp­nął w górę. Na po­wierzch­nię. Bez­wład­ne cia­ło ko­bie­ty cią­ży­ło mu jak ołów, zda­wa­ło się wy­śli­zgi­wać z rąk, przeć do dna. Z wy­sił­kiem po­no­wił pró­bę, wy­do­był to­ną­cą na chwi­lę na po­wierzch­nię i już my­ślał, że nie da rady, gdy po­mo­gły mu czy­jeś ręce. Męż­czy­zna, któ­re­go mi­jał w bie­gu, i inny, praw­do­po­dob­nie ry­bak, prze­ję­li od nie­go cię­żar, po­ho­lo­wa­li do brze­gu. Ką­tem oka An­to­ni do­strzegł zbli­ża­ją­cą się jed­nost­kę po­li­cji wod­nej i kil­ka in­nych ło­dzi.

- Ra­tuj pan dziec­ko! - Zno­wu krzyk, An­to­ni nie wie­dział na­wet, z któ­rej stro­ny.

Dziec­ko? Ro­zej­rzał się w de­spe­ra­cji. To­bo­łek, któ­ry oka­zał się za­wi­nię­tym w be­cik nie­mow­lę­ciem, chy­ba tyl­ko cu­dem utrzy­my­wał się na wo­dzie, tak że głów­ka ma­leń­stwa wy­sta­wa­ła po­nad ta­flę. Nie­sio­ny wzbu­dzo­ny­mi sza­mo­ta­ni­ną fa­la­mi, od­pły­nął na kil­ka me­trów. An­to­ni rzu­cił się w stro­nę dziec­ka, zła­pał za­wi­niąt­ko i czym prę­dzej wró­cił na ląd. Dziec­ko za­krztu­si­ło się, za­pła­ka­ło. Trzy­mał je bez­rad­nie w ra­mio­nach, nie czu­jąc chło­du, za­pa­trzo­ny w wy­krzy­wio­ną pła­czem twa­rzycz­kę, za­ci­śnię­te po­wie­ki, wy­gię­te w żalu si­na­we ustecz­ka. Tu­lił be­cik od­ru­cho­wo do sie­bie, jak­by chcąc ogrzać nie­mow­lę, choć sam ocie­kał zim­ną wodą i dy­go­tał. W gło­wie sły­szał sło­wa swo­jej nie­daw­nej mo­dli­twy. Prócz tego nie­mal nic do nie­go nie do­cie­ra­ło.

A wo­kół dzia­ło się bar­dzo dużo. Męż­czyź­ni ukła­da­li nie­szczę­sną na zie­mi. Ktoś gło­śno wzy­wał le­ka­rza, ktoś inny wo­łał, że już te­le­fo­nem z przy­sta­ni po­wia­do­mio­ny, że je­dzie. Ciż­ba ga­piów gęst­nia­ła, ko­bie­ty la­men­to­wa­ły. Usi­ło­wa­no wy­du­sić to­pie­li­cy wodę z płuc, przy­wró­cić jej od­dech, ale bez po­wo­dze­nia. Lu­dzie po­wo­li za­czy­na­li ro­zu­mieć, że ko­bie­ty nie da się ura­to­wać, gło­sy ci­chły, ustę­pu­jąc szep­tom i uty­ski­wa­niom. Ktoś roz­po­znał w le­żą­cej pan­nę słu­żą­cą nie­gdyś u Brzo­zow­skich.

Jak przez mgłę do­tar­ło do An­to­nie­go, że po­ja­wi­ła się ka­ret­ka kon­na ze Szpi­ta­la Świę­tej Trój­cy, a za­raz za nią dwóch funk­cjo­na­riu­szy na ro­we­rach, któ­rzy uto­ro­wa­li le­ka­rzo­wi dro­gę przez ze­bra­ny tłum, na­wo­łu­jąc przy tym ga­piów do ro­zej­ścia się.

- Naj­święt­sza Pa­nien­ko, prze­bacz mi, nie do­pil­no­wa­łam! - Tuż za dok­to­rem do cia­ła przy­pa­dła sio­stra w sza­rym ha­bi­cie i ja­śniej­szym o ton we­lo­nie. Może przy­je­cha­ła z ka­ret­ką, a może po pro­stu była gdzieś w po­bli­żu. Za­raz uję­ła wi­szą­cy u pasa ró­ża­niec i po­grą­ży­ła się w mo­dli­twie, co raz ocie­ra­jąc spły­wa­ją­ce jej po twa­rzy łzy.

- Jej już nie po­mo­gę. - Le­karz po­krę­cił gło­wą i wstał, po czym na­tych­miast skie­ro­wał uwa­gę na na­dal pła­czą­ce dziec­ko.

Do­pie­ro gdy za­bra­no je z rąk An­to­nie­go, ten oprzy­tom­niał. Ro­zej­rzał się. Roz­po­znał pod­ko­mi­sa­rza Bo­ru­sie­wi­cza i przo­dow­ni­ka Win­nic­kie­go, któ­rzy już prze­py­ty­wa­li zgro­ma­dzo­nych na oko­licz­ność zda­rze­nia. Sio­stra od mag­da­le­nek wciąż roz­pa­cza­ła nad roz­cią­gnię­tą na zie­mi dziew­czy­ną. Po­stą­pił krok bli­żej, przy­cią­ga­ny wy­ra­zem twa­rzy zmar­łej.

Za­pra­sza­my do za­ku­pu peł­nej wer­sji książ­ki

Płock, 18 sierp­nia 1920 r.

Popo­łu­dnio­we słoń­ce kła­dło na zie­mi co­raz dłuż­sze cie­nie, wy­ci­ska­ło na kar­kach i twa­rzach prze­chod­niów upal­ne po­ca­łun­ki lata. Zda­wa­ło­by się, że go­rą­cy dzień sprzy­ja od­po­czyn­ko­wi, prze­czy­ły temu jed­nak gwar i tu­mult po­wo­do­wa­ne przez set­ki stóp i peł­ne pa­ni­ki gło­sy. Gdzieś da­le­ko biły dzwo­ny.

Ste­fa­nia pod­ka­sa­ła spód­ni­cę i bie­gła, ile sił w no­gach. Pani Fe­li­cja Brzo­zow­ska po­le­ci­ła jej za­nieść le­kar­stwa do swo­jej ciot­ki trzy prze­czni­ce da­lej i le­d­wo to za­ła­twi­ła, kie­dy gruch­nę­ła wieść, że w mie­ście są bol­sze­wi­cy. Dziew­czy­na umy­śli­ła so­bie wra­cać do Brzo­zow­skich, bo co in­ne­go jej po­zo­sta­ło. Wo­kół kłę­bi­ła się ciż­ba lu­dzi - nie­któ­rzy krę­ci­li się bez ładu i skła­du, jak­by nie do koń­ca wie­dzie­li, co ro­bić, inni zmie­rza­li w kon­kret­nym kie­run­ku. Ste­fa­nię mi­nę­ło też kil­ka wo­zów zdą­ża­ją­cych w stro­nę mo­stu, a na nich ucie­ki­nie­rzy z po­spiesz­nie spa­ko­wa­nym do­byt­kiem: wi­dzia­ła nie­zgrab­ne to­bo­ły, a na­wet le­żą­ce lu­zem pie­rzy­ny. Po­li­cjan­ci i żoł­nie­rze prze­py­cha­li się wśród lu­dzi, na­wet nie pró­bu­jąc za­pa­no­wać nad pa­ni­ką, rów­nie zdez­o­rien­to­wa­ni, co resz­ta.

Gdzieś zza jej ple­ców do­bie­gły strza­ły, tę­tent ko­pyt i ja­kieś dzi­kie wrza­ski - nie wie­dzia­ła, czy to ra­tu­ją­cy się uciecz­ką tłum, czy nad­cią­ga­ją­ce bol­sze­wic­kie woj­sko, któ­re jej wy­ostrzo­na stra­chem wy­obraź­nia ma­lo­wa­ła jako zie­ją­cych za­ra­zą czer­wo­nych ol­brzy­mów na po­twor­nych ko­niach.

- Nie tędy, dziew­czy­no! Za­raz tu będą! Tam ucie­kaj, tam! - Ktoś za­stą­pił jej dro­gę, ka­żąc skrę­cić.

Po­słu­cha­ła, nie pa­trząc na­wet, kto to i bie­gła da­lej uli­cą Zduń­ską. Ale strza­ły i groź­ne okrzy­ki wca­le nie sła­bły.

- Idą tu, idą!

- Cho­waj­cie się! Cho­waj­cie!

Z gru­pą ko­biet i dziew­cząt zdy­sza­na Stef­ka wbie­gła do piw­ni­cy jed­ne­go z bu­dyn­ków. Nie zwa­ża­jąc na brud i stę­chli­znę, wy­stra­szo­ne i drżą­ce tu­li­ły się do sie­bie, szu­ka­jąc wy­god­ne­go miej­sca pod ścia­na­mi. Dziew­czy­na za­mknę­ła oczy i za­czę­ła się mo­dlić, nie­świa­do­ma, że szep­cze. Nie sły­sza­ła na­wet in­nych gło­sów po­wta­rza­ją­cych sło­wa mo­dli­twy, w uszach brzmia­ły jej tyl­ko przy­tłu­mio­ne nie­co, do­cho­dzą­ce z ze­wnątrz dźwię­ki woj­ny.

Krzy­ki i wy­strza­ły wzmo­gły się, by po dłu­gich, peł­nych prze­ra­żo­nych od­de­chów mi­nu­tach ucich­nąć. Ste­fa­nia spoj­rza­ła przy­tom­niej, prze­peł­nio­na na­dzie­ją, że to już ko­niec, ale kie­dy jed­na z od­waż­niej­szych ko­biet - ru­mia­na i krą­gła prze­kup­ka w kwie­ci­stym far­tu­chu - ostroż­nie wyj­rza­ła z kry­jów­ki, ka­no­na­da roz­po­czę­ła się na nowo i tam­ta le­d­wo zdą­ży­ła się scho­wać. Opo­wia­da­ła, jak wo­kół niej świ­sta­ły kule, a uli­cą pę­dzi­li żoł­da­cy kie­ro­wa­ni pier­wot­ną żą­dzą mor­du. Jęki stra­chu i mo­dli­twy roz­le­gły się ze zdwo­jo­ną siłą, nie­mal wtó­ru­jąc od­gło­som wal­ki.

- Nie chcę, żeby tu przy­szli, nie chcę. - Sie­dzą­ca obok Stef­ki ma­tro­na w ele­ganc­kiej suk­ni i czep­ku scho­wa­ła twarz w dło­niach. Ko­ły­sa­ła się przy tym w przód i w tył, jak małe dziec­ko po­wta­rza­jąc, że ona nie chce.

Inna, po ubio­rze są­dząc sio­stra od mag­da­le­nek, prze­su­wa­ła w pal­cach pa­cior­ki ró­żań­ca z twa­rzą tak spo­koj­ną, że mo­gło się wy­da­wać, że znaj­du­je się w świą­ty­ni, a nie w dusz­nej i brud­nej od wę­gla piw­ni­cy. Kil­ka wy­stro­jo­nych w jed­na­ko­we far­tusz­ki pa­nie­nek zbi­ło się w grup­kę w jed­nym z ro­gów po­miesz­cze­nia. Wszyst­kie pła­ka­ły tak gło­śno, że gdy strze­la­ni­na uci­chła, któ­raś ze star­szych ko­biet rzu­ci­ła się je uci­szać.

- Ci­chaj­cie, bo nas znaj­dą, ci­chaj­cie - bła­ga­ła świsz­czą­cym pół­gło­sem.

Ste­fa­nia sku­li­ła się pod ścia­ną. W po­miesz­cze­niu było wil­got­no i zim­no, nie zwra­ca­ła jed­nak na to uwa­gi. Chcia­ła je­dy­nie prze­trwać. Do wie­czo­ru? Do nocy? Do świ­tu? Kie­dy bę­dzie bez­piecz­nie? Nie wie­dzia­ła. Spa­zmy stra­chu tar­ga­ły nią, aż mu­sia­ła przy­gryźć rę­kaw ko­szu­li, żeby zęby nie szczę­ka­ły o sie­bie. Nie zna­ła woj­ny z bli­ska i bar­dzo się bała. Nie pa­mię­ta­ła dużo, jak­by wy­par­ła z pa­mię­ci cza­sy ukry­wa­nia się przed żoł­nie­rza­mi, zim­na i gło­du. Wie­dzia­ła tyl­ko, że wiel­ka woj­na za­bra­ła jej ro­dzi­ców. Ojca i bra­ci po­wo­ła­no do ar­mii i już nie wró­ci­li, a mat­ka zmar­ła pierw­szej zimy na za­pa­le­nie płuc. Po­tem opie­ko­wa­li się Stef­ką dziad­ko­wie, choć i oni po­mar­li za­raz po woj­nie na hisz­pan­kę, a ona zo­sta­ła sama i we wsi nikt za bar­dzo ani na wy­cho­wa­nie, ani do pra­cy nie chciał jej wziąć. Mia­ła za­le­d­wie czter­na­ście lat, kie­dy po­przed­niej je­sie­ni, za sta­ra­niem księ­dza pro­bosz­cza, przy­je­cha­ła do Płoc­ka, pro­sto do Brzo­zow­skich, któ­rzy wspa­nia­ło­myśl­nie przy­gar­nę­li sie­ro­tę na służ­bę.

Trwa­ła po­grą­żo­na w mo­dli­twach ni­czym w pół­śnie. Nie li­czy­ła upły­wa­ją­ce­go cza­su, nie czu­ła łez mo­czą­cych jej po­licz­ki ani co­raz do­tkliw­sze­go zim­na peł­zną­ce­go od zie­mi. Wy­cze­ki­wa­ła koń­ca kosz­ma­ru, w któ­rym się na­gle zna­la­zła. Nie mo­gła wie­dzieć, że tak na­praw­dę jest to do­pie­ro jego po­czą­tek.

Od dłuż­sze­go już cza­su na ze­wnątrz pa­no­wał spo­kój, uci­chły pal­by i okrzy­ki żoł­da­ków, nie było sły­chać tę­ten­tu ko­pyt, ale mimo to żad­na z ko­biet nie ośmie­li­ła się spraw­dzić, co się dzie­je na uli­cy. Za­pa­dał zmierzch, okien­ko pod su­fi­tem wpusz­cza­ło co­raz mniej świa­tła. Ko­bie­ty i dziew­czę­ta, zdrę­twia­łe ze stra­chu i z bez­ru­chu, w ja­kim sie­dzia­ły, po­pa­try­wa­ły tyl­ko na sie­bie sze­ro­ko otwar­ty­mi z prze­ra­że­nia ocza­mi. Ste­fa­nia po­my­śla­ła, że za­pa­mię­ta te go­re­ją­ce spoj­rze­nia na za­wsze. Pu­ste jak stud­nie. I peł­ne lęku.

W koń­cu ta sama od­waż­na prze­kup­ka, za­chę­co­na prze­dłu­ża­ją­cą się ci­szą, po­de­szła do schod­ków i wy­szła poza po­miesz­cze­nie. Nie było jej dłuż­szą chwi­lę. Na twa­rzach przy­cup­nię­tych wo­ko­ło ko­biet za­czę­ła się ma­lo­wać nie­śmia­ła na­dzie­ja, że jest bez­piecz­nie. Po­krze­pie­nie pry­sło jed­nak tak szyb­ko, jak się po­ja­wi­ło, za­stą­pio­ne nie­pew­no­ścią, bo ko­bie­ta po­ja­wi­ła się z po­wro­tem z po­bla­dłą twa­rzą i szyb­ko za­trza­snę­ła za sobą drzwi.

- Idą ja­cyś, dużą gru­pą. Nio­są świa­tło - oznaj­mi­ła świsz­czą­cym szep­tem, po­pra­wia­jąc z prze­ję­ciem fal­ba­nę bia­łe­go czep­ka, któ­ry mia­ła na gło­wie.

Z da­le­ka do­bie­ga­ły mę­skie gło­sy. Ko­bie­ty nie roz­po­zna­wa­ły jesz­cze słów, sły­sza­ły je­dy­nie śmie­chy i gło­śniej­sze, nie­zro­zu­mia­łe po­krzy­ki­wa­nia.

- To nasi? - py­ta­ły sie­bie szep­tem.

Od­po­wiedź przy­szła wraz z pierw­szy­mi męż­czy­zna­mi, któ­rzy cią­gnąc za sobą smród nie­my­te­go cia­ła, kwa­śne­go potu i pro­chu, wpa­dli do kry­jów­ki. Je­den z nich, po­krzy­ku­jąc coś na tyle beł­ko­tli­wie, że Ste­fa­nia nie mo­gła go zro­zu­mieć, mie­rzył do nich z ka­ra­bi­nu, dru­gi w tym cza­sie oświe­tlał po­miesz­cze­nie kop­cą­cą lam­pą. Świa­tło bu­dzi­ło upior­nie fa­lu­ją­ce cie­nie.

Ciem­ne oczy żoł­nie­rzy roz­bły­sły w nik­czem­nym roz­ra­do­wa­niu, gdy zo­ba­czy­li swój łup. Pierw­szy wy­szcze­rzył się za­do­wo­lo­ny, pre­zen­tu­jąc po­żół­kłe zęby. Nie opu­ścił ręki, w któ­rej trzy­mał broń, ale dru­gą w wy­mow­nym ge­ście skie­ro­wał do pasa u spodni. Za­wo­łał coś zno­wu. Grom­ko, zwy­cię­sko.

Za nimi po­ja­wi­li się na­stęp­ni. I na­stęp­ni. Nie szło zli­czyć, ilu ich było, Stef­ka na­wet nie pró­bo­wa­ła, ale wy­da­wa­ło jej się, że dzie­siąt­ki.

- Job two­ju mat'![2] - wo­ła­li raz po raz, ra­do­śnie ude­rza­jąc dłoń­mi o uda. Mie­li ze sobą bu­kła­ki i ma­nier­ki z al­ko­ho­lem, któ­re od­ry­wa­li so­bie wza­jem­nie od ust, po czym pili łap­czy­wie, aż cie­kło im po bro­dach.

Ko­bie­ty ku­li­ły się pod ich spoj­rze­nia­mi, za­kry­wa­ły rę­ka­mi pier­si, jak­by już ze­rwa­no z nich suk­nie. Męż­czyź­ni nie po­zo­sta­wia­li wąt­pli­wo­ści, na co li­czą. Je­den z na­jeźdź­ców ob­li­zał się lu­bież­nie, pa­trząc pro­sto na Ste­fa­nię. Dziew­czy­na za­mknę­ła oczy. W uszach za­świ­dro­wa­ły jej pierw­sze wrza­ski in­nych nie­szczę­śni­czek, co na chwi­lę wy­bu­dzi­ło ją z le­tar­gu. Z po­cząt­ku szar­pa­ła się pod twar­dym, ob­cym do­ty­kiem, ude­rza­ła pię­ścia­mi i ko­pa­ła. Sta­ra­ła się wy­ry­wać z rąk na­past­ni­ka, wrzesz­cza­ła i plu­ła mu w twarz, ora­ła pa­znok­cia­mi po po­licz­kach z siłą, o jaką ni­g­dy by sie­bie nie po­dej­rze­wa­ła, choć po tym on bił ją jesz­cze moc­niej.

Nie chcia­ła, żeby ją tam do­ty­kał, nie chcia­ła!

Soł­dat z ła­two­ścią od­parł atak; wy­da­wa­ło się, że jest roz­ba­wio­ny jej de­spe­ra­cją, roz­pa­czą, z jaką po­rwa­ną su­kien­ką usi­ło­wa­ła za­sło­nić swo­je cia­ło. Przy­stą­pił do niej zno­wu, a ona - choć była cał­ko­wi­cie wy­czer­pa­na - po­now­nie rzu­ci­ła się do wal­ki.

Nic to nie dało.

Za­raz przy­trzy­ma­li ją inni. Ude­rze­nia pię­ści ode­bra­ły jej dech, za­chły­snę­ła się wła­snym krzy­kiem i pła­czem, zwiot­cza­ła. Chcia­ła od­peł­znąć, sku­lić się pod ścia­ną. Nie po­zwo­li­li.

Po­tem już na­wet nie krzy­cza­ła. I na­dal nie li­czy­ła. Nie chcia­ła wie­dzieć. Naj­le­piej - nie pa­mię­tać. Zbaw­cza, mięk­ka ciem­ność za­mknę­ła się nad nią jak spo­koj­ne fale rze­ki.