Wąż z lasu cedrowego - Aleksander R. Michalak

Reflow text when sidebars are open.
Zdawałoby się, że ta niezwykła historia rozpoczęła się w sercu stolicy Etiopii. Tam, w samym centrum upalnej Addis Abeby, znajduje się niewielki ogród, który założył ostatni cesarz Haile Selassie.
Być może w okresie, kiedy powstawał, był odrobinę bardziej okazały, ale dziś mieszka w nim zaledwie kilkanaście stworzeń. Jest tam trochę ptaków, kilka kóz. Są też krętorogie gazele, dokarmiane rękami dzieci przez dziury w płocie. Wszystko to na małej, skromnie zagospodarowanej przestrzeni w centrum miasta. Nadżarte rdzą ogrodzenia proszą się o farbę, a służba ogrodu zbyt rzadko sprząta zalegające śmieci. Kraj i miasto są wciąż bardzo biedne i ogród stanowi dość reprezentatywną wykładnię tej nędzy.
Robert Hillary wysiadł z samochodu niedaleko Arat Kilo przy wielkim pomniku-zegarze, z którego na sąsiednie budynki spoglądał dumny lew Judy w koronie z krzyżem. To właśnie z powodu króla zwierząt Robert znalazł się tego dnia w tym miejscu. Był przystojnym mężczyzną około trzydziestki. Do Afryki przybył niedawno i jasna skóra jego twarzy zdążyła się dopiero zaczerwienić.
Zmierzając ku zoo, minął kilkanaście stanowisk czyścicieli butów, uliczne księgarnie i budynek patriarchatu Kościoła etiopskiego. Przed tym ostatnim na bramie umieszczono dwa gołębie, których brzydota dorównywała tylko ich wielkości, przerastały bowiem rozmiarami przeciętnego strusia. Przeszedł obok kawiarni, pełnej o tej porze studentów z pobliskiego uniwersytetu, i bezwiednie przeczytał slogan na płocie:
Najlepszym prezentem jest książka, najlepszą książką jest Biblia.
Uśmiechnął się w duchu, bo uznał, że autorem tej myśli z powodzeniem mógłby być jego pracodawca. Poza tym jednak nie było mu do śmiechu. Wieczorem w mieście wyłączono elektryczność, jego telefon się rozładował i Robert, przyzwyczajony, że jakieś elektroniczne urządzenie zajmuje jego uwagę, przez ponad godzinę cierpiał z powodu nudy i wymuszonej konfrontacji ze swoją nienadmiernie ciekawą osobowością.
Kiedy wróciła elektryczność, odczytał dziwną wiadomość od szefa. Myślał o niej, kiedy zasypiał, ale tylko przez chwilę, bo potem jego myśli zajęły pełne kształty recepcjonistki, która zameldowała go w hotelu.
W nocy w jego pokoju wiatrak produkował arktyczne powietrze, a kiedy go wyłączał, momentalnie robiło się duszno i lepko. Prawdopodobnie przez to powracały koszmary. Śniło mu się, że w doniczce jego fikusa, którego hodował w mieszkaniu w Aberdeen, zamieszkały tłuste białe robaki, a ich wszechobecność sprawiła, że cała przestrzeń zdawała się skażona i obrzydliwa. Potem we śnie błąkał się po betonowym labiryncie, z którego ścian sączyło się coś przypominającego osocze, i w którą stronę by nie poszedł, zawsze natrafiał na czarny, żeliwny piec na ceglanej podbudówce. Wyglądał trochę jak tradycyjny piec do chleba, ale Robert był przekonany, że służy do czegoś innego.
Kiedy w końcu zbudził się w ciemnym pokoju, w tym bardzo obcym mu kraju, był pełen jak najgorszych przeczuć. Myśli te zaczęły znikać wraz z porannym słońcem, ale i tak szedł półprzytomny, żałując, że nie wygospodarował czasu, żeby nacieszyć się znakomitą lokalną kawą.
Główne wejście do zoo wyglądało jak brama komunistycznego podwórka z czasów zimnej wojny. Ponieważ zwierząt było niewiele, odwiedzający przychodzili tam głównie ze względu na wspaniałe lwy, podobne do tych, które widnieją w herbie dumnej salomońskiej dynastii etiopskich negusów. Okazałe samce umieszczono w osobnych klatkach na okrągłej kamiennej rotundzie. Każde z tych zwierząt stałoby się ozdobą innych ogrodów zoologicznych.
Pośród widzów dominowały dzieci. Nie mając zbyt wielu dostępnych rozrywek w mieście, upodobały sobie do odwiedzin porę karmienia lwów. Robert trafił do zoo właśnie w momencie, kiedy rozpoczynało się rozdzielanie mięsa. Odpowiedzialny za to pracownik ubrany był w pomarańczowy, lekko wydymający się na brzuchu kombinezon i fantazyjną wełnianą czapkę, taką jakie były popularne w amerykańskich więzieniach w latach dziewięćdziesiątych. Obok kroczył jego pomocnik, wiozący na taczce wielkie kawały surowego mięsa. Razem obchodzili klatki dookoła, a ten w pomarańczowym wrzucał górą czerwone płaty, które zgłodniałe drapieżniki chwytały w powietrzu i chciwie rozrywały. Wszystko to rzeczywiście wyglądało jak spektakl.
Inaczej przebiegało karmienie w klatkach dla samic, które nerwowo krążyły po niewielkich przestrzeniach, gdzie trzymano po kilka sztuk razem. Zazwyczaj pracownik najpierw płoszył lwice, które uciekały w przeciwległy róg klatki, a potem wchodził do środka i rzucał im mięso. Tego dnia do dwóch karmiących przyłączył się Robert. Przybył tu z konkretną ofertą handlową i dlatego szacował wzrokiem lwy, robił zdjęcia i zadawał mnóstwo pytań. Karmiący odpowiadali na nie z pewnym pobłażaniem, jakim starzy wyjadacze zwykli darzyć ciekawskich amatorów. Przed klatką lwic pracownik przystanął, uśmiechnął się, poprawił wełnianą czapkę i odezwał się po angielsku. Mówił głośno, żeby być lepiej zrozumiałym:
- Może chce pan też wejść ze mną? Nie boi się pan, co?
Właściwie był to tylko żart. Później ten pracownik nie mógł określić, co go w ogóle podkusiło, by o to zapytać.
Robert zawahał się na tę niecodzienną propozycję. Uśmiechnął się, choć postawa jego ciała zdradzała, że jest spięty. Wejść do klatki z lwicami... W Europie zrobiłby to pewnie bez większego wahania, ale tutaj, w Afryce, wszystko wydawało mu się jakieś niepewne, prowizoryczne, zalatujące starym potem i wrogie swoją obcością. Robert podświadomie uznał, że również lwy w takim otoczeniu muszą stać się bardziej groźne i nieprzewidywalne.
- Nie wiem. Nie... Raczej jednak zostanę na zewnątrz - odpowiedział.
- Pewnie - zgodził się karmiący tonem, który Robert uznał za irytująco protekcjonalny.
Etiopczyk zaczął majstrować kluczem przy kracie. Krzyknął głośno na lwice, które natychmiast karnie usunęły się w najdalszy kąt klatki.
- Nie rzucą się aby na pana? - zapytał niespokojnie Robert. Potrzeba bezpieczeństwa walczyła w nim z żądzą przygody. Takiej, o której będzie mógł długo opowiadać. Zdobyczy w postaci wspomnienia pod tytułem "Karmiłem kiedyś lwy w Etiopii". Poczuł przemożny impuls zrobienia niepowtarzalnego selfie. Taka okazja może się już nigdy więcej nie powtórzyć.
- Robię to od wielu lat - odpowiedział pracownik ze spokojną pewnością zawodowca. - Nigdy mnie nawet nie zadrapały. Wiedzą, że to dzięki mnie mają żarcie, i są mi wdzięcznie... Jeśli naprawdę chcę pan wejść, to proszę tylko spokojnie stać za mną, kiedy będę rzucał mięso. Nie ruszą się, dopóki nie wyjdziemy.
Robert zawahał się po raz ostatni. Na pewno żaden z jego znajomych nie mógł pochwalić się wizytą w klatce lwa. W wyobraźni widział już swoje dowcipne podpisy do zdjęcia z lwicami, a pod nim dziesiątki komentarzy jego oczarowanych znajomych. Podjął decyzję.
Rozejrzał się po widzach, którzy przyszli oglądać karmienie.
Ubogie dzieci nie wydawały mu się wystarczająco wiarygodne, żeby powierzać im kosztowny telefon. Otaksował wzrokiem dwudziestoletniego chłopaka, obejmującego śliczną dziewczynę.
Ostatecznie jednak wcisnął telefon pracownikowi zoo z taczką z mięsem. Poprosił go, żeby zrobił mu zdjęcie pod takim kątem, żeby jak najlepiej było widać drapieżne koty.
Potem nieco niepewnie wszedł do klatki. Lwice wciąż znajdowały się w jej przeciwległym rogu. Dzieci, rozemocjonowane dodatkową atrakcją, radośnie przekrzykiwały się nawzajem.
Robert spojrzał w stronę robiącego zdjęcie i poinstruował go, jak daleko od klatki powinien się znaleźć. Pracownik zoo wszedł trochę głębiej, chcąc coś uprzątnąć. Wnętrze klatki śmierdziało resztkami mięsa. Robert, pochłonięty pozowaniem, przez parę sekund zapomniał, gdzie się znajduje. Zapomniał również o obecności zwierząt, jakby stały się one tylko statycznym elementem scenografii.
Trochę głupawo uśmiechnął się do telefonu i ustawił się tak, żeby jak najlepiej było widać efekty regularnych wizyt na siłowni. Tym razem jednak coś poszło nie tak. Być może nowa, obca osoba wydała się zwierzętom zagrożeniem. Może rozdrażnił je mocny zapach wody Creed Aventus...
Kiedy pracownik zamachiwał się mięsem, największa spośród lwic w dwóch susach znalazła się przy nich. Natychmiast dołączyły do niej pozostałe. Wielki kot przewrócił Roberta na ziemię, tak jakby obalał słabnącą gazelę. Druga lwica wbiła zęby w jego bok. Mężczyzna poczuł straszliwy ból, a jednocześnie szok, że coś traktuje jego wypielęgnowane ciało jak kawałek mięsa. Rozległ się krzyk pracownika, ale zwierzęta tym razem nie dały się spłoszyć. Potem krzyczeli już wszyscy. Żadne ze zwierząt nie zaatakowało karmiącego. Wszystkie rzuciły się na Roberta.
W ich nagłej furii, w śmiercionośnych kłach, mężczyzna dostrzegł coś przerażającego, jakby nagle jego poranne przeczucia powróciły z tysiąckrotną siłą. Był to zresztą ułamek sekundy. Potem czuł przede wszystkim cierpienie rozszarpywanego ciała i szok, że to się dzieje naprawdę. Śmierć.
Zanim pozostali pracownicy zdążyli zainterweniować, krew z rozerwanego gardła Roberta rozlała sią na pełną pyłu, betonową podłogę.
- Miło cię widzieć, Nadio - powiedział James Peabody do swojej asystentki, kiedy wchodzili do hallu budynku w centrum Bejrutu. Jego firma wynajmowała tam jedno z pięter. Peabody był szczupłym mężczyzną o wciąż gęstych jasnych włosach i twarzy, którą kiedyś określono by mianem szlachetnej.
Mimo przekroczonych sześćdziesięciu lat wyglądał jak przystojny chłopiec, który się tylko trochę postarzał. Razem weszli do jego biura, z którego widać było jasne wzgórza miasta i białe sześciany domów.
- Mam nadzieję, że zaaklimatyzowałaś się już w Bejrucie.
Nadia przyjęła wyciągniętą dłoń szefa i zaśmiała się wdzięcznie.
- Chyba tak. Jak minął panu lot?
- Pracowicie. - Peabody się uśmiechnął. - Dzisiaj zostanę już w hotelu, ale jutro chciałbym zatrzymać się w domu w Tyrze.
- Był regularnie sprzątany, kiedy nie było pana w Libanie.
Obdarzył ją ciepłym uśmiechem.
- Dziękuję. Przynieś mi, proszę, raporty. Chciałbym też dziś przejrzeć przedmioty od darczyńców, jeśli jakieś wpłynęły podczas mojej nieobecności.
Nadia była przygotowana na taką prośbę. Wiedziała, że podczas pobytu w Libanie pracodawca ma zwyczaj samemu inwentaryzować zakupione lub ofiarowane przedmioty. Czynność ta na co dzień należała do obowiązków Juliana, ale kiedy Peabody był na miejscu, chętnie wykonywał ją sam, ze względu na przyjemność, jakiej mu dostarczała - radość gospodarza z powiększania dobrostanu.
Nadia była dwudziestoczteroletnią blondynką o twarzy bardziej sympatycznej niż ładnej. Od dzieciństwa miała problemy z cerą, dlatego zazwyczaj przykrywała twarz grubym makijażem. Od kiedy pracowała dla Peabody'ego, mogła sobie w końcu pozwolić na lepsze kosmetyki. Była niewysoka, ale zgrabna, z ładnymi okrągłymi pośladkami, które niezmiennie przyciągały wzrok mężczyzn. Pachniała perfumami, które jej szefowi kojarzyły się ze świeżością arbuza.
Czuła się seksowna i tak też oddziaływała na otoczenie.
- Za pięć minut wszystko będzie gotowe - odpowiedziała. - Tymczasem może się pan rozgościć. Przygotowałam zdjęcia z zoo, te, o które pan prosił. Wilki wkrótce zostaną przeniesione na nowy wybieg, a tymczasowe pomieszczenie dla lwów jest już prawie gotowe.
- A Robert? Są jakieś nowe wieści z Etiopii?
- Nie, ale kiedy ostatnio dzwonił, mówił, że jest optymistą, jeśli chodzi o zakup tej pary. Przesłał zdjęcia. Aha, i był już po kilku ważnych rozmowach. U nas też wszystko idzie sprawnie. Nowe zwierzęta się zaaklimatyzowały, a Julian zinwentaryzował już większość zbiorów.
Peabody po raz kolejny pogratulował sobie w myślach wyboru asystentki. Dostał kilkadziesiąt aplikacji, ale nigdy nie pożałował dokonanego wyboru. Nadia była pełna zapału do pracy i z każdym tygodniem coraz bardziej kompetentna, mimo że była to jej pierwsza tak poważna posada. Była również pierwszą osobą, którą Peabody zatrudnił wyłącznie do pracy przy projekcie Biblical Zoo.
James Peabody pochodził ze starej protestanckiej rodziny, z której konserwatywnymi wartościami w pełni się utożsamiał. Podobnie jak dziadek, był zagorzałym chrześcijańskim syjonistą i wierzył, że wraz z powrotem Żydów do Ziemi Obiecanej przybliżyły się czasy ostateczne. Nie miałby pewnie też nic przeciw zbudowaniu Trzeciej Świątyni na miejscu Kopuły na Skale. Nazwy takie jak Gaza, Hebron czy Kafarnaum brzmiały w jego uszach od dzieciństwa częściej niż nazwy angielskich miast. Ponadto jako nieodrodny syn Anglii czcił też świętego Jerzego, a w jego imponującym londyńskim mieszkaniu wisiało płótno ukazujące świętego na białym koniu, który wbija włócznię w paszczę potężnego węża. Zanim osiągnął wiek pięćdziesięciu lat, z powodzeniem pomnożył rodzinny majątek, aż w końcu zdecydował, że zrealizuje projekt życia, jak go sam nazywał. Tym razem nie miał to być jednak plan nastawiony na zyski, ale na chwałę słowa bożego, jak określił to sam Peabody.
Początkowo myślał o odtworzeniu Arki Noego, ale szczęśliwie dla niego przyjaciele wraz z żoną wyperswadowali mu pomysł zgromadzenia wszystkich zwierząt świata na statku jako logistycznie dość skomplikowany do wykonania. Żona była zresztą zawsze zazdrosna o te jego pasje, które nie wiązały się z nią samą. Już z trudem wybaczała mu zamiłowanie do golfa, ale biblijne obsesje zupełnie wyczerpały jej pokłady cierpliwości.
- To jakiś obłęd z tą religią, James - mówiła jak nauczycielka do niezbyt rozgarniętego dziecka. - Możesz sobie wierzyć, w co ci się tam podoba, ale nie musisz wydawać milionów dolarów, żeby pokazać, jaki z ciebie wspaniały, pieprzony chrześcijanin! A ten durny pastor jeszcze cię w tych idiotyzmach utwierdza!
W tej kwestii jednak Peabody był idealistą i wpływ żony był zbyt słaby, aby całkiem odwieść go od podobnych pomysłów. Ostatecznie zdecydował się stworzyć biblijny ogród zoologiczny, Biblical Zoo. Był to zresztą projekt tylko minimalnie mniej zamaszysty niż Arka Noego. W ogrodzie docelowo miała znaleźć się kolekcja zwierząt z całego świata biblijnego i Peabody za cel postawił sobie posiadać każdy gatunek fauny, jaki z nazwy chociażby raz pojawił się w świętym tekście.
Miało być to jednak nie tylko typowe zoo z wybiegami dla zwierząt, ale też muzeum. Żywym zwierzętom miały towarzyszyć kolekcje starożytnych przedmiotów, opatrzone cytatami i odniesieniami ze świata sztuki. Miały one dotyczyć tajemniczych egipskich kultów zwierząt, mrocznych babilońskich przepowiedni czy straszliwego damnatio ad bestias[1], praktykowanego w starożytności.
W pomieszczeniach muzealnych miały znaleźć się babilońskie pieczęcie, egipskie figurki, ceramiczne naczynia zdobione wizerunkami lwów czy zmumifikowany łeb egipskiego byka Apisa, przypominający głowę wygłodniałego Molocha. Zdobycie tego ostatniego trofeum było największym triumfem pracownika do spraw zakupów, Roberta. Nadia i Pablo kpili z tego koszmarnego byczego łba, ale Robertowi nie popsuło to ani trochę zadowolenia z siebie, a Peabody myślał o zbudowaniu dla niego niewielkiej egipskiej świątyni, takiej jaką postawiono w XIX-wiecznym zoo w Antwerpii. Dlatego mimo oficjalnej nazwy Biblical Zoo instytucja Peabody'ego w istocie miała być raczej żywym muzeum.
Naturalnie Peabody uznał, że park o takim przeznaczeniu powinien znaleźć się w jednym z krajów świata biblijnego i najbardziej interesował go Liban. Po zakończeniu cedrowej rewolucji sytuacja stała się tam znacznie bardziej stabilna. Pewnego grudniowego wieczoru - było to, zdaje się, dwudziestego ósmego dnia miesiąca - Peabody podjął ostateczną decyzję, że zoo powinno znaleźć się właśnie tam. Poza zatrudnieniem lokalnych libańskich pracowników ściągnął jeszcze kilku ludzi z Europy, Stanów i Ameryki Środkowej.
- Wspaniały pomysł budować coś w kraju, gdzie co kilka lat ludzie zaczynają się mordować - szydziła żona, wieszcząca spektakularną klęskę przedsięwzięcia i bankructwo męża.
Peabody nie miał jednak w zwyczaju cofać raz podjętej decyzji, a wizyta w Libanie tylko utwierdziła go w przekonaniu, że zdecydował rozsądnie. Po wycofaniu się Syryjczyków kraj stał się spokojny i błyskawicznie odbudował się po wojnach ubiegłego wieku. Początkowo wszystko szło dobrze, Peabody pozyskał kilkunastu sponsorów, bo mimo fortuny sam nie byłby w stanie sfinansować tak zamaszystego przedsięwzięcia. Udało mu się uzyskać zgodę na wykorzystanie wybranego przez niego terenu w okolicy Bejrutu. Właśnie po otrzymaniu zgody pojawił się pierwszy zgrzyt. Na adres firmy przyszedł anonim.
Tajemnicza wiadomość przestraszyła Peabody'ego, a potem doszła jeszcze niemiła przygoda Mireille, która również pracowała dla niego w Bejrucie. Dziewczynie wydawało się, że wieczorem ktoś szedł za nią na parkingu, ale szczęśliwie zdążyła dobiec do samochodu i odjechać.
Sprawy w Bejrucie były już na tyle zaawansowane, że nie mogło być mowy o wycofaniu się i nawet jeśli Anglik miał jak najgorsze przeczucia, to nie myślał o rezygnacji z planów otworzenia zoo.
Kiedy tylko Peabody przystąpił do pracy, anglikański pastor, ten sam, którego tak wykpiwała jego żona, zaczął naświetlać mu kolejne wyzwanie stojące przed projektem. Wysoki i szczupły duchowny miał przerzedzone włosy, które wyglądały trochę jak owłosienie małego słoniątka. Starannie ważył każde słowo, jakie wypowiadał.
- Widzisz, James, samo zdobycie zwierząt to tylko jedno z zadań. Są inne kwestie... Skąd wiedzieć, jakich zwierząt szukać? Nie mówię tu o oczywistych gatunkach takich jak gazela czy wielbłąd...
- Co masz na myśli, Jeffrey? - pytał Peabody.
- Chodzi o to, że identyfikacja zwierząt z Biblii najczęściej jest tylko prawdopodobna. Nie zawsze przecież wiemy, jakie zwierzę kryje się pod hebrajską czy grecką nazwą, tym bardziej jeśli słowo pojawiło się tylko raz, w dodatku w jakimś mglistym kontekście... Żeby nie być gołosłownym, dosłownie Bóg raczy wiedzieć, czy pod hebrajską nazwą zamieszkującego ruiny stwora z księgi Izajasza autor rozumiał szakala czy demona... Albo czy pod słowem choled kryła się łasica, czy może raczej ichneumon... Rozumiesz? Oczywiście możesz rozstrzygnąć to arbitralnie, ale wtedy nie będzie to zbyt poważne przedsięwzięcie... A o to ci chyba chodzi, nieprawdaż?
Peabody zgodził się i podszedł do problemu z wielkim zaangażowaniem.
Aby rozwiewać tego typu wątpliwości, regularnie zaczął zasięgać rad biblistów i teologów. Gdzie było to możliwe, kierował się ustaleniami naukowymi, a tylko ostatecznie, jeśli te były niewystarczająco jasne, wybierał to, co wydawało się najbardziej prawdopodobne.
W przyszłości poza pracownikami do opieki nad zwierzętami Peabody chciał jeszcze zatrudnić ściśle muzealny zespół do spraw eksponatów. Tymczasowo sprawy te zlecał na zewnątrz, a jedynym muzealnikiem w jego zespole był specjalista od Fenicji, Czech pracujący w Muzeum w Pradze, Julian Galik.
Peabody dość szybko pozyskał dla zoo gazele, wielbłądy, wilki i jeszcze kilka innych bardziej powszechnych gatunków.
Największego problemu nastręczało jednak zdobycie odpowiednich lwów.
Lwy w celach rozrywkowych przetrzymywano już w starożytności, o czym wspominała chociażby opowieść o Danielu wrzuconym do królewskiej lwiarni. Stąd Robert na fali entuzjazmu po zdobyciu łba Apisa wpadł na jeszcze bardziej brawurowy pomysł, żeby zakupić dla zoo obraz Rubensa Daniel w jaskini lwów, ale naturalnie Smithonian nie chciało w ogóle o tym słyszeć. W każdym razie Peabody nie zamierzał zrezygnować z lwa, nawet jeśli nie wiedział, skąd wziąć odpowiedni podgatunek.
W czasach biblijnych lwy zamieszkiwały terytoria od Grecji po Indie, ale w epoce broni palnej ich populacja drastycznie spadła.
Wspaniałe lwy azjatyckie, które - naszpikowane strzałami z łuków - do dziś tak efektownie konają na asyryjskich płaskorzeźbach, skonały znacznie bardziej masowo od pocisków z broni palnej. To samo tyczyło się lwa berberyjskiego, który występował również w Egipcie, a więc kwalifikowałby się do zoo świata biblijnego.
Milioner znalazł salomonowe rozwiązanie dotyczące podgatunku lwów. Ukłonem w stronę autentyczności miało być pozyskanie drapieżników z Etiopii. Etiopia - kraina Kusz, przynależała do świata biblijnego i lwy stamtąd pasowałyby o wiele lepiej niż drapieżniki z Kenii czy RPA. Ponieważ Peabody'emu sprawa wydawała się ważna, wysłał do Etiopii swojego człowieka, który w firmie zajmował się zakupami, Roberta Hillary'ego.
Robert był czystą energią - wszystko robił z pasją nastolatka, który właśnie zaczyna odkrywać uroki miłości fizycznej. W weekendy pił na umór, w niedziele zazwyczaj leczył kaca, a w poniedziałek ruszał do pracy z zapałem ruszającego do szturmu japońskiego żołnierza.
Robert pojechał więc do stolicy Etiopii i nie omieszkał wcześniej pochwalić się swoim zadaniem w mediach społecznościowych.
Peabody w tym czasie pojechał do Anglii pilnować innych swoich interesów, które nie sprawiały mu nawet w połowie takiej satysfakcji jak prace w Biblical Zoo.
Był dobrej myśli co do sukcesu misji w Etiopii, a jednak odczuwał pewien niepokój związany z anonimem, mimo że jak dotąd nie poszły za nim żadne działania. Niepokój ten w pewnym momencie stał się tak natrętny, że Peabody w jakimś impulsie napisał ostrzegawczą wiadomość do Roberta. Kiedy to zrobił, natychmiast poczuł ulgę, jakby tym samym udaremnił nieszczęście, które mogło objawić się tylko z zaskoczenia.
Zapomniał o lękach i kiedy siedział w swoim biurze w Bejrucie, zastanawiał się nad koniecznością zatrudnienia kolejnych pracowników do projektu. Nadia przyniosła mu raporty oraz ostatnie nabytki zoo. Peabody pobieżnie przejrzał te pierwsze i z przyjemnością usiadł do tych drugich. Były tam zarówno przedmioty bardzo wartościowe, jak i wątpliwej jakości kopie, niezasługujące na to, żeby pokazywać je na wystawach nigdzie poza prowincjonalnymi muzeami, gdzie pracownicy godzinami toczą letargiczne dyskusje na temat składników obiadu, ożywiając się dopiero na piętnaście minut przed godziną fajrantu. Inne obiekty wyglądały obiecująco, ale brakowało im odpowiedniego opisu i dokumentacji i Julian nie mógł ustalić, czy są to oryginały, czy falsyfikaty.
Peabody usłyszał, że za drzwiami Nadia rozmawia z kimś przez telefon, ale słowa były zbyt niewyraźne, żeby wychwycić sens rozmowy.
Trzymał właśnie mały pakunek, który zamierzał otworzyć, kiedy rozległo się pukanie.
- Proszę.
Kiedy zobaczył Nadię, zrozumiał, że stało się coś złego, chociaż jeszcze nie miał najmniejszego pojęcia, z której strony spadnie cios.
- Panie Peabody, przepraszam... Przeszkadzam... To bardzo pilne... - Była blada i roztrzęsiona, jej oczy wydawały się większe niż zwykle.
- Proszę mówić!
- Robert... Robert miał wypadek w Etiopii.
Peabody wstał z fotela, wciąż trzymając kopertę z przedmiotem, którego nie zdążył obejrzeć.
- Wypadek?! Co takiego się stało?
- Zaatakowały go lwy...
Chwila ciszy i tylko z dołu z portierni dochodziła jakaś głośna rozmowa po arabsku.
- Coś mu się stało?!
- Zabiły go...
- Co pani mówi!? Chyba pani żartu... - zaczął zszokowany. - Nie, oczywiście nie żartuje pani... - Zreflektował się.
W oczach Nadii pojawiły się łzy. Odłożył kopertę na biurko i odruchowo położył jej delikatnie rękę na ramieniu.
- Proszę się uspokoić i opowiedzieć dokładnie, co się stało.
- Powiedzieli, że zabiły go lwy.
- W jaki sposób?
Nadia hałaśliwie pociągnęła nosem. To, że Peabody poprosił ją o detale, wydało jej się niemal okrutne. Opowiadając, musiała walczyć, żeby się całkiem nie rozpłakać.
- Przez telefon nie rozumiałam dobrze angielskiego tego mężczyzny, który zadzwonił, ale wydaje mi się, że pracownik, który karmił lwy, namówił Roberta, żeby wszedł z nim do klatki... Robert zaczął się tam wygłupiać czy coś... Nie zrozumiałam...
Na chwilę zapadła cisza, tak że słychać było wyraźnie nawoływania modlitewne z głośników najbliższego meczetu.
- Musimy zadbać o ciało - powiedział w końcu Peabody. Wydawał się już całkiem opanowany i pogodzony z wiadomością, a Nadia poczuła wstrząs porównywalny do tego, kiedy otrzymała samą wiadomość.
Mimo że Robert nie żył, ta troska o pozostałość po nim wydała się jej ostatecznym uśmierceniem jego osoby. Kipiący radością życia żartowniś, z którym tyle razy się przekomarzała, jest już tylko ciałem, poszarpanym przez pazury i kły. Ciałem, którym się rozporządza, które leży w jakiejś etiopskiej kostnicy, w którym zaczął się rozkład. Absurd. "Śmierć do niego nie pasuje". Nadia nie wyartykułowała tej myśli, ale tak właśnie to odczuwała.
Tego dnia jeszcze kilkukrotnie musiała przekazać tę wiadomość, kiedy dzwoniła do osób najbardziej zaangażowanych w projekt zoo: Jane, Pabla, Mireille i Juliana. Zadzwoniła również do Anny, która nie pracowała na etacie dla projektu, ale jako studentka arabskiego wykonywała dla nich czasem tłumaczenia i przyjaźniła się ze wszystkimi pracownikami.
Informacja o wypadku zszokowała ich, a reakcje różniły się tylko o tyle, o ile różne były ich temperamenty.
Dwa dni później, kiedy Peabody załatwił najważniejsze formalności i trochę ochłonął, żeby się czymś zająć, zaczął robić porządek w służbowym komputerze Roberta i rzeczach, które przyniosła mu Nadia. Robił to prawie bezmyślnie, przeglądając kolejne pozycje i starając się nie ulegać złym przeczuciom, które mu towarzyszyły.
"To był wypadek" - bezskutecznie próbował przekonać samego siebie. "Wypadek... Jaka jest szansa na to, by zostać zabitym przez lwa we współczesnym świecie? To na pewno oni!"
Nawet gdyby się zresztą przekonał, to i tak za chwilę cała jego strategia zaprzeczeń i racjonalizacji wzięłaby w łeb. Zaraz po tym, jak skończył swój wewnętrzny monolog, rozerwał brązową kopertę z zapisanym adresem odbiorcy, ale bez nadawcy. Wydawało mu się, że jest to ta sama koperta, którą oglądał, kiedy Nadia powiedziała mu o śmierci Roberta.
W środku znajdowało się coś otoczonego folią bąbelkową. Kiedy ją zdjął i obrócił przedmiot ku oknom biura, ukazała mu się niewielka plakietka w kształcie trapezu. Zamarł, a wszystkie jego uprzednie obawy zdawały się być zaklęte w tym, co właśnie trzymał w ręku.
Przedmiot wykonany był z kości słoniowej i wyglądał jak wytwór starożytnego rzemiosła. Obrzeża plakietki były misternie rzeźbione, ale w środku jej faktura była gładka i połyskiwały na niej ostatnie promienie zachodzącego słońca.
Gdyby artefakt był oryginalny, musiałby kosztować krocie. Uwagę przedsiębiorcy przykuło jednak coś innego niż historyczna czy rynkowa wartość przedmiotu. Ręce nieco mu drżały, kiedy odłożył przedmiot na biurko.
Plakietka od anonimowego darczyńcy przedstawiała mężczyznę z kręconymi włosami, leżącego na ziemi. Nad nim znajdował się lew, który przegryzał mu gardło.
Mimo wczesnej godziny bliskowschodnie słońce było całkiem intensywne i Pablo Mora zdjął koszulę, zostając tylko w T-shircie. Był dobrze zbudowany i tylko zbyt mocno zauważalne wypukłości brzucha zdradzały jego sympatię do piwa i tłustych potraw. Ta nadwaga sprawiała, że wyglądał jeszcze bardziej swojsko i łatwo wzbudzał sympatię u większości poznawanych osób. Siwizna i cienie pod oczami nadawały mu wyglądu bardziej hinduskiego niż latynoskiego.
Pablo jak co dzień spacerował z psem po terenie biblijnego zoo. W powietrzu rozchodziły się ostre zwierzęce zapachy. Cieszył się porankiem. Poprzedniego wieczora miał randkę, która zakończyła się dokładnie tak, jak miał nadzieję. A to, że w tym wypadku musieli zachowywać dyskrecję, jeszcze spotęgowało intensywność doznań. Tak, tego ranka Pablo czuł się młodszy o co najmniej dziesięć lat.
Razem z psem przeszli już fragment trasy, kiedy zwierzak nagle się zatrzymał.
- Chodź, Feliks. No chodź, stary bydlaku! - perswadował Pablo. Pociągnął nieco mocniej za smycz. To samo co zwykle. Nie chciał iść. Jeśli Pablo wybierał tę trasę, to w tym miejscu zoo pies niezmiennie odmawiał współpracy.
Zapierał się, czasem powarkiwał, jakby miał przed sobą niewidzialnego napastnika. Niekiedy skamlał cichutko i Pablo mógłby przysiąc, że pies boi się tego, co widzi przed sobą. Lecz wiedział, że Feliks przed sobą nie miał nic.
Ponieważ jednak Kostarykańczyk miał naturę badacza, eksperymentował, ponawiał kilkukrotnie próby: od subtelnych perswazji po popychanie Feliksa klapkiem, licząc, że kiedyś pies zachowa się inaczej. Jak dotąd nic nie zadziałało i ostatecznie Pablo zawsze ustępował zwierzakowi i wybierali inną trasę, która omijała tereny wokół Domu Archeologów. Uspokojony Feliks szedł już odtąd posłusznie, znacząc zakres swojej władzy na każdej napotkanej palmie. Na terenie zoo pies zazwyczaj dla bezpieczeństwa chodził na smyczy. Czasem Pablo wypuszczał go na wybiegu dla kóz i gazel, co zawsze wzbudzało w nim entuzjazm i instynkty łowcze. Biegał jak opętany za zwierzętami, które jednak niewiele robiły sobie z jego krwiożerczych instynktów. To z kolei jeszcze bardziej podniecało jego łowiecką, psią duszę.
Pablo był doktorem biologii i nieformalnym kierownikiem Biblical Zoo, a fizyczni pracownicy ogrodu nazywali go dyrektorem.
Mieszkał w pokojach przy zoo razem z Feliksem, swoim Jack Russell terrierem. Obaj przyjechali z Kostaryki. Nie byłoby dużej przesady w stwierdzeniu, że Pablo wychował się wśród zwierząt. Pod jego domem, na skraju lasu deszczowego, zamieszkiwała ich cała gromada, począwszy od tukanów z dziobami jak kolorowe deski surfingowe, a skończywszy na brązowym ostronosie, który prychał z drzewa na przechodniów. Po studiach Pablo pracował też w parku narodowym w Tanzanii, gdzie udało mu się trochę poduczyć suahili i przeżyć szczęśliwie atak hipopotama. Po powrocie miał w życiu sporo zawirowań, rozwiódł się z żoną, ale zawsze pozostawał mocno związany z rodziną. Matkę stracił dość wcześnie i najbardziej związany był z babcią, która od jakiegoś czasu mieszkała w domu starców i awanturowała się tam na pełen etat. Ci, którzy znali babcię Pabla w młodości, twierdzili, że zawsze była wredna, ale w domu starości wyszlifowała tę cechę jak diament i kiedy Pablo dzwonił do niej, słyszał, jak pokrzykuje na pielęgniarki.
Pablo jak nikt inny rozumiał zwierzęta, znał ich zachowania i humory, ale to, co robił Feliks, pozostawało dla niego zagadką. Czemu waleczny terier w tym właśnie miejscu zaczynał wariować?
Pablo był na wskroś dzieckiem racjonalizmu i za wszelką cenę chciał znaleźć przyczynę zachowania psa. Bezskutecznie. Jego babcia machnęła ręką, kiedy jej o tym opowiedział, i stwierdziła, że ten pies zawsze był głupi jak but, ale mimo tego permanentnego debilizmu musi tam widzieć duchy. Pablo przytaknął, żeby nie drażnić staruszki, chociaż takie wyjaśnienie wydawało mu się równie nieprawdopodobne jak to, że zwierzęta posiadają zdolność jasnowidzenia.
Po spacerze z psem Pablo wydał dyspozycje pozostałym pracownikom. Następnie usiadł do pracy przy komputerze, a po południu zabrał się za codzienny obchód na razie wciąż skromnego ogrodu zoologicznego. Zaczął od wybiegu dla wilków, który znajdował się częściowo na zewnątrz, a częściowo pod dachem, gdzie zgromadzili starożytne wyobrażenia wilków, łącznie z cytatami z Biblii i źródeł starożytnych. On sam protestował przeciw dość tendencyjnemu doborowi cytatów, ale Peabody musiał chyba nie przepadać za wilkami, bo pominął te pozytywne, a zamieścił wyłącznie złowrogie, jak ten z Księgi Rodzaju:
Beniamin - wilk drapieżny,
co rano rozrywa zdobycz
...czy Ewangelii Mateusza:
Strzeżcie się fałszywych proroków, którzy przychodzą do was w owczej skórze, a wewnątrz są drapieżnymi wilkami.
Oraz najbardziej złowieszczy ze św. Augustyna, który musiał przyczynić się do tego, że europejskie dzieci przez kolejne wieki obawiały się straszliwych demonicznych wilków. Północnoafrykański biskup, który wypowiadał się o diable szczególnie chętnie, odnalazł go także w ewangelicznej przypowieści o pasterzu:
A kto jest wilkiem? Czyż nie diabeł?, wszak od początku był on zabójcą.
Wilki z zoo wydawały się z rozmysłem przeczyć tym wszystkim pomówieniom i zachowywały się wyjątkowo spokojnie. Pablo mimo znajomości zwierząt, a może właśnie ze względu na nią, zawsze zachowywał pewną ostrożność względem niebezpiecznych gatunków. Po wiadomości o wypadku Roberta stał się jeszcze bardziej uważny, mimo że zwierzęta wydawały się zawsze darzyć go specjalnymi względami. Nadii zaraz po wypadku Roberta przyszło do głowy, że gdyby to Pablo wszedł do tej klatki, do niczego złego by nie doszło.
Wilki też traktowały go przyjaźnie. Kiedy tylko zbliżył się do ogrodzenia, przybiegła jego ulubiona samica, którą nazwał Berta.
Potem przystanął przy osiołku. Poczciwy zwierzak stanowił ulubiony przedmiot szyderstw wszystkich pracowników, z racji na to, że przy ogrodzeniu znajdował się biblijny cytat: Zapałała namiętnością do swoich zalotników, których członki były jak członki osłów, a wytrysk ich nasienia jak wytrysk ogierów.
- Cześć, Pablo, widzę, że to początek pięknej przyjaźni - usłyszał za sobą, kiedy przyglądał się kłapouchowi.
Zaskoczony lekko się wzdrygnął.
- Przestraszyłaś mnie, Nadia! - powiedział głośniej, niż było to potrzebne, tak jak zawsze to robił, kiedy mówił po angielsku. W dodatku sporo przy tym gestykulował. Nauczył się tego języka dość późno i nie czuł się z nim nigdy dość pewnie. Mówił z akcentem, a jego wymowa w krajach anglojęzycznych przyprawiała go o liczne upokorzenia. Kiedyś, zapytany przez Nadię, czy nie tęskni za krajem, odpowiedział, że tęskni za swoimi plażami, ale wypowiedział to ostatnie słowo całkiem jak "sukami" i Nadia musiała wyśmiać się w duchu, nie chcąc urazić jego dumy.
- Przestraszyłam cię? Dziękuję, następnym razem umaluję oczy! - Nadia się zaśmiała. Pablo był dużo starszy i nie wiązali ze sobą żadnych planów, ale lubiła go, przekomarzali się prawie przy każdym spotkaniu i pochlebiało jej, że zawsze robi na nim wrażenie.
- Idę do Domu Archeologów. Mam parę dokumentów do odkopania. Ucałuj Feliksa ode mnie...
- Może lepiej sama to zrób. Albo jeszcze lepiej ucałuj mnie zamiast jego.
Nadia pokręciła głową, jakby ubolewała nad nierozsądnym życzeniem dziecka.
- Wolę jednak Feliksa - oznajmiła wesołym głosem.
- Dałbym ci go do towarzystwa, ale on dalej ma tę fobię w okolicach wążdomu. Chyba odziedziczył szaleństwo po babci, bo przecież nie po mnie...
Nadia znała dobrze sylwetkę babci z opowiadań Pabla.
- A małpy już są na tym wybiegu?
- Małpy?! Niektórzy nazywają je pawianami... - Tym razem to Pablo pokręcił głową w teatralnym oburzeniu, a Nadia zrobiła urażoną minę.
- Będą tam od jutra. A jak układa się praca z Julianem? Dalej ma ten swój podpisany piórnik?
- O Boże, tak!
- Biedny facet...
Pablo znów pokręcił głową w jeszcze bardziej przesadnym geście dezaprobaty, co w połączeniu z miną, którą przy tym robił, zawsze doprowadzało Nadię do śmiechu.
Pablo przypomniał sobie coś jeszcze i dodał:
- Wiesz, pożyczyłem jedną z książek z tej biblioteki zoo, którą tworzy Julian... Trochę ją przetrzymałem i wysłał mi wczoraj SMS-a z upomnieniem. Naprawdę!
Pablo zaśmiał się serdecznym śmiechem, bo mimo szyderstw lubił Juliana, Nadia również. Dziewczyna śmiała się ładnie i zawsze wydawała się atrakcyjniejsza, kiedy to robiła, czego zresztą miała pełną świadomość.
- Dobra. Widzimy się na spotkaniu... Zostawiam cię w dobrych rękach - powiedział, patrząc na kogoś w dół za jej plecami. - Może ona przeszkoli cię trochę z gatunków zwierząt... Na ten moment jest w tym znacznie lepsza od ciebie.
Zanim Nadia zastanowiła się, o kim mówi Pablo, usłyszała dochodzący z dołu szczebiot:
- Hej, Nadia!
Była to Noura, sześcioletnia córka jednego z dozorców, który był zarazem specem od napraw w zoo. Ojciec czasami zabierał ją ze sobą do pracy, a kiedy widział, że na terenie jest któryś z pracowników, pozwalał jej na przechadzki. Jedynym warunkiem było to, że dziewczynka nie zbliży się zanadto do wybiegów wilków i lamparta. Ojciec Noury był Anglikiem, krążyły plotki, że eksnajemnikiem i kimś, kto w przeszłości bywał na bakier z prawem. Peabody zaufał mu jednak, tym bardziej że tamten mieszkał w Bejrucie na stałe, bo jego żona była Libanką. Noura była osłuchana z językami obojga rodziców i operowała na zmianę arabskim i angielskim.
- A wujek dziś nie przyjdzie? - zapytała z dziecięcą ciekawością, przysuwając się do Nadii.
Dziewczynka wujkiem nazywała pana Peabody'ego, który prawie zawsze, kiedy odwiedzał zoo, przynosił jej słodycze, a czasem nawet opowiadał historie o zwierzętach i świętych. Noura spoufalała się z nim, ku pewnemu zakłopotaniu dozorcy. "Wujek zobaczy, jak umiem tańczyć!" - mówiła i kręciła piruety, żeby mu zademonstrować, jaką jest wytrawną tancerką. "A pójdziemy do Omara, wujku?" - prosiła.
Lampart Omar był ulubieńcem dziewczynki. Było to piękne zwierzę o jasnobrązowym, lśniącym futrze i imponujących białych wąsach. Był wielką dumą zoo, gdyż należał do rzadkiego podgatunku lampartów arabskich, w języku hebrajskim określanych jako lamparty pustynne.
- Nie, dziś wujka nie będzie - odpowiedziała Nadia, a widząc zawód na dziecięcej twarzyczce, pożałowała, że nie ma ze sobą żadnego drobiazgu dla dziewczynki.
- To pozdrów wujka ode mnie, jak go zobaczysz... A pójdziesz ze mną do Omara, Nadia? Jego lubię najbardziej - wyznała Noura Nadii poufnym tonem. - Bo lampart to moje ulubione zwierzę, a twoje?
- Sama zgadnij.
Noura od razu zapaliła się do tej zabawy.
- Gazela?
- Nie.
Zmarszczyła czółko.
- Żółw?
Potem Nadia przeczyła tylko ruchem głowy, a Noura, wpatrując się w jej twarz, wymieniała ze śmiechem kolejne zwierzęta.
- Sęp? Wielbłąd? Szakal? Wąż?
- O, na pewno nie wąż! - oświadczyła Nadia.
- Dlaczego nie wąż? - zapytała Noura z ciekawością. - Jane hoduje węże i Julian też bardzo je lubi. On też miał kiedyś węża w akwarium i dawał mu myszy, tak mi mówił...
Zanim Nadia zdążyła odpowiedzieć, doszły do klatki Omara i Noura miała dla niej kolejne pytania dotyczące jej ulubieńca.
Co do lampartów, muzealne zbiory zoo były wciąż więcej niż skromne, chociaż Peabody planował zdobycie egipskiej statuetki z królewskiego grobu, z faraonem stojącym na grzbiecie lamparta, a także sumeryjskiej pieczęci z dziwnym zwierzęciem stanowiącym krzyżówkę lamparta z wężem, zwanym serpopardem.
Kiedy Noura nacieszyła się towarzystwem Omara, Nadia podprowadziła ją w stronę stróżówki, a sama poszła w kierunku tak zwanego Domu Archeologów.
W najbardziej oddalonej od stróżówki oraz głównych budynków części zoo znajdował się wspomniany budynek.
Tuż przed nim wyrastał fragment wapiennej skały, układającej się w rodzaj podkowy. Peabody, korzystając z tego daru natury, kazał tu odtworzyć starożytne kolumbarium z dziesiątkami nisz na gołębie, których tam na razie jednak nie trzymano. Nadia nie przepadała za gołębiami, poza tym Mireille wspominała, że kolumbaria służyły i służą również jako pomieszczenia na urny zmarłych i skojarzenie było na tyle sugestywne, że zawsze z niechęcią mijała to miejsce.
Dom Archeologów był starym, okazałym budynkiem, wzniesionym w ostatniej fazie władzy tureckiej, tuż przed wybuchem wielkiej wojny, która ostatecznie strząsnęła z całego regionu ostatki panowania sułtanów.
Wysoki, z czterospadowym czerwonym dachem, był zbudowany z dużych piaskowych ciosów, spomiędzy których obecnie wystawały kępy spłowiałego zielska
Szczebelki szarych okiennic były przerzedzone, a tynk w górnej części spękany. W trzech ostrołukowych oknach tuż pod okapem dachu brakowało szyb.
Ktoś, bodajże jeden z libańskich pracowników zoo, nazwał go kiedyś Domem Archeologów i taka nazwa przyjęła się wśród pracowników, chociaż nikt nie był w stanie powiedzieć, kiedy i czy w ogóle mieszkał w nim jakiś archeolog.
Peabody miał do niego sentyment i zamierzał go częściową wyremontować, aby używać jako przestrzeni wystawienniczej lub budynku administracyjnego. Za domem znajdowała się nowa dobudówka - przyszłe terrarium dla węży. Na razie było puste, gdyż węże Jane trzymała w swoim mieszkaniu w Bejrucie.
Mimo że dom posiadał jakiś chropawy urok, Feliks nie był wyjątkiem, jeśli chodzi o antypatię wobec niego i przylegającego do niego placu.
Pracownicy, zwłaszcza ci pochodzący z Bejrutu, niechętnie odwiedzali to miejsce, o którym jednak nic pewnego nie było wiadomo. Krążyły różne plotki dotyczące tego, co jest powodem niedobrej atmosfery panującej na tym obszarze. Jedna głosiła, że w czasach wojny w latach osiemdziesiątych zamordowano tu kilkoro ludzi, inna, że przechowywano tutaj złe rzeczy, a jeszcze inna, że było to zbezczeszczone miejsce kultu jakieś świętej kobiety, która miała widywać anioła. Cokolwiek to było, wiele osób uznało, że budynek posiadał rodzaj niełatwej do zdefiniowania nieprzychylnej aury.
Dom był wysoki, na pierwszym poziomie wszystkie drzwi i okna poza wejściowymi były zamurowane. Na tym poziomie znajdowały się dwa pomieszczenia. W jednym wystawione były mumie zwierząt - ssaków. W drugim umieszczono tymczasowo muzealne przedmioty związane z rolą węża na starożytnym Bliskim Wschodzie. Peabody dowiedział się, że biblijny hebrajski co prawda nie rozróżniał nazw poszczególnych gatunków i wszystkie nazywano po prostu "wężami" lub "żmijami", ale i tak można było bezpiecznie założyć, że autorzy mieli na myśli te gatunki, które wciąż żyją na terenach Bliskiego Wschodu. Pośród przedmiotów w pomieszczeniu znalazły się także podłużne podświetlane słoje, w których Jane wystawiła węże w formalinie. Te wydawały się i Nadii, i Mireille jeszcze bardziej odrażające niż żywe gady. Za słojami wisiała anatolska płaskorzeźba przedstawiająca boga Tar?unza zabijającego demonicznego węża i gliniane tablice z Ugaryt. Cała sala pachniała jakimiś kwaśnymi konserwantami.
Z powodu tych zbiorów Pablo, któremu talentu do słowotwórstwa mogliby pozazdrościć pruscy urzędnicy, nazywał budynek wążdomem.
Na piętrze domu przechowywali część starszych dokumentów i to z ich powodu Nadia zmuszona była odwiedzić to miejsce. Znajdował się tam także stary projektor do filmów, dla którego Peabody miał znaleźć jakieś zastosowanie. Nadia przeszła przez salę węży, a kiedy wchodziła na schody, zatrzymała na chwilę wzrok na wężu z brązu pochodzącym z sanktuarium w Timnah. Wzdrygnęła się trochę. Nigdy nie przepadała za gadami i niechęć ta obejmowała także ich metalowe wyobrażenia.
Dziewczyna zaczęła szukać dokumentu, ale cisza budynku wydawała jej się jakaś nienaturalna i wroga. Próbowała zwalczyć to wrażenie, ale z nieznanego powodu jej umysł zaczął przywoływać obraz ciała Roberta poszarpanego przez lwy. Wiedziała, że po tym ciele nie ma już śladu, bo Roberta poddano kremacji, mimo to nie mogła odpędzić tej wizualizacji.
Po otrzymaniu wiadomość o śmierci kolegi przez chwilę pomyślała o tym, że przedsięwzięcie zoo jest pechowe, i zastanawiała się nawet nad rezygnacją z pracy. Nie byłaby to jednak łatwa decyzja. Po pierwsze, jej praca była interesująca. W porównaniu z nabijaniem towarów na kasie albo podawaniem kawy była wprost oszałamiająca.
Po drugie, Peabody traktował ją fair i płacił na tyle dobrze, że czuła się niezależna. Stać ją było na wakacje, dobre ubrania, kosmetyki i oprócz tego, pierwszy raz w życiu, miała oszczędności. Przyzwyczajona do ciągłego oszczędzania podczas trzyletnich studiów, a również i potem, zyskała w końcu finansową wolność i od razu w niej zasmakowała. Pomyślała że wyjazd spowodowany urazem po śmierci kolegi nie byłby niczym innym jak ucieczką. Potem pierwsza trauma minęła i wspomnienie Roberta stawało się coraz mniej intensywne. Teraz w Domu Archeologów Nadia przypomniała sobie o nim i zapragnęła jak najszybciej wyjść na zewnątrz. Znalazła pierwszy z poszukiwanych dokumentów, ale z powodu dziwnego szmeru obejrzała się w stronę schodów. Nic jednak nie zauważyła i wróciła do poszukiwań kolejnych papierów, starając się już nie myśleć o Robercie. Jej wzrok padł na ścianę naprzeciw szuflad. Była pusta, poza jednym obrazkiem. Dziewczyna przez chwilę wpatrzyła się w niego i zastanawiała się nad dziwnym kształtem cienia obok obrazka. Czuła pragnienie i żałowała, że nie wzięła za sobą wody. Dziwny ten cień... Przy odrobinie wyobraźni można by uznać go za głowę w tradycyjnym, płaskim tureckim nakryciu. Nadia pamiętała nawet, że to nakrycie miało jakąś krótką nazwę, ale nie była jej sobie w stanie przypomnieć. Patrzyła przez chwilę bezmyślnie na cień i dopiero po dłuższej chwili zastanowiła się nad jego źródłem. Rozejrzała się. Najpierw spokojnie, a za chwilę bardziej i bardziej nerwowo. W pomieszczeniu nie było nic, co mogłoby dawać podobny efekt na ścianie. Starając się uspokoić, ponownie zlustrowała pokój. Nic. Poczuła dreszcze na ciele i zapomniała o dokumentach.
- Pablo, jesteś tutaj? - zapytała, żeby dodać sobie otuchy próbą racjonalizacji tego, co się dzieje. Znała Pabla na tyle, żeby nie spodziewać się po nim głupich zabaw w straszenie. Jak zresztą miałby to zrobić? Spojrzała jeszcze raz. Cień zniknął. Rozejrzała się ponownie.
To było jedynie przeczucie, ale zdawało jej się, że w tym półcieniu czaiło się coś złośliwie innego, czego najgorszym przejawem była nieprzewidywalność, bo nie było to podporządkowane ludzkim prawidłom. Bluźnierczo objawiało się cieniem bez przedmiotu, który by go rzucał. Nie było w tym ludzkich planów i ludzkiej logiki, jedynie przeczuwana przez nią zła wola.
Nadia nie umiałaby tego zdefiniować, ale ta niezdefiniowana obecność przypominała robaki, obrzydliwe jak nitkowiec z uda świętego Rocha.
Nad robakami nie da się zapanować. Można albo do nich przywyknąć, albo próbować je niszczyć. Jak jednak zniszczyć coś, czego istoty się nie rozumie?
- Ktoś tu jest? - powtórzyła drżącym głosem. W otchłani mózgu zrodziła się myśl, że odpowie jej na to głos umarłego Roberta i przez moment Nadia stała się czystym lękiem. Później nie potrafiła sobie nawet przypomnieć, czy krzyknęła, czy zamarła w przerażonym milczeniu. Oto z kawałka ściany, gdzie przed chwilą był cień, coś patrzyło na nią z paskudnym uśmiechem. Rozwarte szeroko usta, jakby plemienne nacięcia pod wielkimi oczami. Twarz nie twarz.
Trwało to ułamek sekundy. Obraz zniknął, kiedy próbowała zrozumieć, co widzi: odbicie, grę świateł, wytwór wyobraźni czy może coś faktycznie istniejącego. Drżącymi rękoma zabrała dokument, a potem ostrożnie wycofała się w stronę schodów. Kiedy się przy nich znajdowała i usłyszała lekkie stuknięcie okiennicy, jej nerwy były już tak napięte, że wybiegła z budynku, o mało nie skręcając sobie przy tym karku na schodach.
W pobliżu wejścia do zoo natknęła się znów na Pabla. Przyglądał się karmieniu sępów w wysokiej zamkniętej klatce. Żartował razem z obsługą z łapczywości ptaków. Każdemu z nich nadał imię i przypisał konkretny charakter.
- Co się stało? - zapytał, kiedy zobaczył wyraz jej twarzy.
- Widziałam dziwną rzecz w wążdomu! Przestraszyłam się.
Opowiedziała, co jej się przydarzyło. Mimo że opisywała wszystko trochę chaotycznie, Pablo wysłuchał jej cierpliwie. Zazwyczaj szyderca, tym razem uszanował jej zdenerwowanie, chociaż naturalnie nie uwierzył w to, co mówiła.
- Myślę, że to wciąż ten wypadek Roberta i to, że nieraz sugerowano ci, iż to jakieś niedobre miejsce. Niepotrzebnie cię nastraszyłem, opowiadając o Feliksie. Siła sugestii. Chodźmy tam razem, na pewno teraz wszystko będzie dobrze.
Nadia, po chwili wahania, zgodziła się, stawiając tylko warunek, że Pablo nie odstąpi od niej nawet na metr. Poszli razem i wydawało się, że to Pablo miał rację. W domu nic nie wskazywało na żadną nienaturalną obecność.
Nie było cieni ani zjaw. Spokój. Nadia jednak czuła się tak, jakby ktoś robił jej koszmarnego psikusa. Jakby ta inność, która objawiła jej się wcześniej, ukryła się i po cichu złośliwie chichotała z jej prób zdemaskowania. Lub kryła się jak wąż, który przyczajony w piasku czeka na ofiarę i nie chce zdradzić się za szybko. Pablo został z nią, aż znalazła wszystkie dokumenty, po które przyszła.
Kiedy wyszli na zewnątrz i Nadia znalazła się pod wieczornym jasnofioletowym niebem, naszły ją wątpliwości. Może jednak jej się zdawało... Nie, chyba nie... Widziała to przecież. Spojrzała jeszcze raz podejrzliwie na dom, jakby oczekiwała, że za wyszczerbioną okiennicą objawi się w pełni ta szydząca z niej obecność.
Dom jednak wyglądał zupełnie naturalnie i pomarańczowiejąc w ciepłym popołudniowym słońcu, wydawał się tajemniczy, ale niemal przyjazny.
Mimo tego obrazu i bardzo ciepłego wieczoru poczuła gęsią skórkę.
[1] Kara śmierci wykonywana za pomocą zwierząt: lwów, psów, niedźwiedzi itp.