ŻONO-MOTO-ROWER
- No i patrz pan, panie Królik, co sie z tego Żerania zrobiło, tu na placu, gdzie jeszcze niedawno kozy szczaw jedli, fabryka stoi jak wielkie nieszczęście.
- Jakie tam niedawno, już dziesięć lat minęło, jak FSO tu zasuwa. Ile już "warszaw", ile "syrenek" po świecie lata, a ile tu gotowych stoi, ile po taśmie zapycha, a pan mówisz, że niedawno...
- Zaraz, zaraz, nadmieniłeś pan coś o taśmie. Jak to detalicznie taka taśmowa robota wygląda, bo ja, uważasz pan, nigdy tego nie widziałem.
- Zwyczajnie wygląda. Taśma na wałkach chodzi i samochód od remiechy do remiechy przesuwa. Jeden same koła ustawia, drugi ośki do nich dorabia i taśma chodu do trzeciego. Trzeci motor przyszwejsuje, czwarty błotniki dorobi, a samochód wciąż po taśmie gania dalej i dalej, od oddziału do oddziału. W piątem lakiernicy malują "warszawe" jak lustro, w szóstem tapicerzy siedzenia obijają skórą, w siódmem maszyna schnie na cacy, w ósmem dostaje licznik i numera rejestracyjne, w dziewiątem próba hamulców sie odbywa, a w dziesiątem derektor instytucji, która samochód kupiła, już czeka z teczką pod pachą. Jak tylko wóz podjedzie, siada i jazda na posiedzenie "Pod Krokodyla".
- Zaraz, zaraz, czekaj pan, po mojemu tu czegoś brakuje, trzeba by jakoś tę całą produkcje usprawnić. Mam pomysł racnoza... racrona... racliza... niech cie cholera, nie mogie wymówić.
- Nie szkodzi, dawaj pan pomysł.
- Uważasz pan, na końcu taśmy zamiast dyrektora z teczką powinien stać kasjer z torbą i ogonek klientów.
- I co ma robić ten kasjer?
- Wypłacać każdemu z klientów po 120 kafli.
- Jakich kafli?
- No tysiaków złotych.
- Na co?
- Na zakup tych samochodów. No i żeby urząd skarbowy nie miał prawa pod maskie zaglądać.
- Samochodom?
- Nie, klientom, bo oni w maskach powinni w ogonku figurować, rzecz jasna, że tylko ci, co z gotówką przyjdą. Bo ludzie chcieliby i boją sie.
- Czego sie boją?
- Spowiedzi wielkanocnej w parafii św. Lindleya i pokuty za grzechy w charakterze domiaru.
- To już niech każdy sam o zbawienie swojej duszy sie martwi, a my sie cieszmy, że fabrykacja leci i przez te dziesięć lat tak ładnie nam sie motoryzacja rozwinęła. Żeby jeszcze nie te wypadki drogowe, toby faktycznie było na szosach żyć, nie umierać.
- Totyż po mojemu na wzór zagranicy powinno sie u nas na skrzyżowaniach postawić tablice: "Kierowco, uważaj na swoje zdrowie, pamiętaj, że nie masz dla siebie części zamiennych".
- To zupełnie jak samochód "warszawa".
- Jak to?
- No bo spróbuj pan dostać głupie delko, wał korbowy, pompe albo skrzynkie biegów, kapcie pan pogubisz.
- Bo pan nie umiesz szukać. Na miejscu w Warszawie, gdzie jest fabryka, nie możesz pan czegoś podobnego dostać, to jasne. Spróbuj pan w Gdyni kupić węgorza. Trzeba wsiąść w pociąg i pojechać.
- Gdzie, do Radomia, do Lublina?
- Skąd? Za granice. Najlepiej z wycieczką "Orbisu" "Trzynaście stolic", zawsze w którejś delko do "warszawy" pan znajdziesz. Wiadomo - artykuł eksportowy i cieszyć sie tylko trzeba.
- Totyż ja sie ciesze, bo także samo za samochodowego lubilata sie uważam, a nawet starszego, bo jeszcze przed FSO-sosem zacząłem podobną produkcje.
- Co pan mówisz, to ciekawa rzecz, i co to było? Dziecinne wózki na elektryczne bateryjki "Osram" czy może ryksze na karbid?
- Był to, uważasz pan, tak zwany żono-moto-rower, czyli skrzyżowanie żony z rowerem. Coś w rodzaju rykszy, skrzynka między dwoma rowerami. Jeden był męski, dla mnie, z wolnem kołem, drugi - damka, dla małżonki, z ostrem. W środek kładło sie wałówkie i jazda na majówkie do Buchnika. Gienia ciągła całe maszynerie, a ja przeważnie odpoczywałem. Obojgu nam to dobrze robiło: ja sie poprawiłem, a żona uzyskała linie. Bardzo pomysłowa była ta maszyna i chciałem ją opatentować na eksport do Arabów, gdzie podobnież mężowie na osiołkach jeżdżą, a żony za niemi piechotą szorują. Ale powstała przez ten czas FSO i zrobiła mnie konkurencje samochodem "syrenka".
- Daj pan spokój, jaka konkurencja! Co "syrenka", to nie pański żono-moto-rower. Tyż porównanie.
- Ale mój sie nie psuł. Przy zmianie żon mogło sie niem dojechać do samego Monte Carlo, pokaż pan te sztukie na "syrence".
- Bo tam podobnież góry po drodze. Trzeba inną trase wybierać i ścigać sie do miejscowości położonych z górki. Wtenczas dobrze naciśniem "syrence" na płuco i pierwsze przyjedziem do mety z okrzykiem: niech żyje młody lubilat FSO w Żeraniu.
Rzecz jasna, że my z koleżką tak ze złości przygadujem "syrence", bo jej nie mamy, ale przy jajeczku każdemu będziem jej życzyć od dziś za rok, a najpóźniej za dwa. Wesołych Świąt!