3
Siedziałam przy stole, czekając na kolację. Juliusz, mój drugi brat, został u swojej dziewczyny. Odkąd zabrakło wśród nas Bogdany, bywał u niej częściej niż zazwyczaj - tak powiedział mi ojciec. Minęłam wczoraj Juliusza na spacerze, gdy szłam do biblioteki. Nie był zachwycony moim widokiem, wręcz się skrzywił, gdy mnie zobaczył. Zrozumiałam, że to przeze mnie nie wracał do domu. Ojciec zapewne nie chciał mnie urazić, dlatego skłamał. Tak się zmienił, odkąd się stąd wyprowadziłam. Byłam ciekawa, jak sobie radzi, jak znosi śmierć Bogdany.
Westchnęłam, odsuwając od siebie te myśli. Sięgnęłam po małą łyżeczkę i zaczęłam kreślić nią koła na talerzu. Porcelana zaskrzypiała. Kajetan skrzywił się, słysząc ten dźwięk. Zerknął na mnie, a jego usta wykrzywiły się w grymasie.
- Przestań - powiedział. - Mama nie lubi, jak rysuje się jej porcelanę. - Spojrzał na swoje sztućce, jakby przypomniał sobie jakieś nieprzyjemne zdarzenie z nimi związane.
Odłożyłam łyżeczkę obok talerza i wyciągnęłam dłoń w stronę Kajtka. Spędziliśmy ze sobą cały dzień. Kiedy już zmęczyło go huśtanie, zaciągnął mnie do straganów ze świeżymi owocami. Chociaż był moim bratem, to tak naprawdę nic o nim nie wiedziałam. Nie umiałabym powiedzieć, co go przeraża, gdy zostaje sam w pokoju, co by go ucieszyło w dniu urodzin i z kim spędza czas po skończeniu lekcji w małej szkółce przy bibliotece. O Juliuszu wiedziałam wszystko, gdy był w jego wieku.
Odwróciłam wzrok od dziecinnej buźki Kajtka, przełykając gorycz na końcu języka. Nie znałam go. Jego życie nie miało ze mną już nic wspólnego. Wypisałam się z tej rodziny, odchodząc z Hektorem.
Odsunęłam powoli rękę od Kajtka, zerkając w stronę kuchni. Mama nadal mieszała coś w garnku, jej dłoń wykonywała ten sam ruch już od ponad pięciu minut. Wyglądała bardzo spokojnie i łagodnie. Jej włosy były zaczesane na bok, odsłaniały szyję. Gdy tak stała odwrócona, dostrzegałam w niej Bogdanę. Dużo starszą, ale jednak. Nigdy nie mogłam uwierzyć, że moja siostra tak wiele odziedziczyła po matce. Rysy twarzy, kolor oczu i jasny odcień włosów.
Wpatrując się w matkę, przypomniałam sobie nagle o kartce leżącej pod oknem Bogdany. Poczułam ciarki na ciele. Musiałam pójść po nią, zanim zabierze ją osoba, która ją tam zostawiła.
- Zaraz wracam - powiedziałam do Kajtka, ale na tyle głośno, żeby i mama usłyszała. - Zapomniałam zabrać coś z werandy.
- To nie może zaczekać? - Zamiast brata odezwała się ona. Spojrzała na mnie zdziwionym wzrokiem. - Kolacja już gotowa.
Zanim weszłam do chaty, umyślnie zostawiłam na ganku sweter, aby mieć później wymówkę, która pozwoli mi wrócić po tę tajemniczą kartkę. Nie chciałam zabierać jej przy Kajtku. Był jeszcze dzieckiem, rodzice zapewne szybko by się od niego dowiedzieli, że znalazłam sekretną wiadomość leżącą pod oknem Bogdany. Może Kajetan nie do końca wiedziałby, o czym mówi, i uznałby to za jakąś formę zabawy.
- Zostawiłam na ganku sweter. Nie chcę, żeby się zniszczył - powiedziałam, rozglądając się po kuchni. - Pójdę go poszukać.
Kajtek wstał od stołu.
- Idę z tobą - odparł niepewnie, zerkając w stronę mamy. Wiedział, że decyzja nie leży całkowicie po mojej stronie.
- Szybko wrócę. - Pogłaskałam go po bujnej czuprynie, a na jego twarzy pojawił się grymas. - Dwie minutki. - Puściłam do niego oczko i ruszyłam w stronę drzwi, wiedząc, że jeszcze chwilka, a mama zgodziłaby się, aby Kajtek poszedł ze mną. Sięgnęłam do klamki i szybko pobiegłam na tył domu. Kartka nadal tam była, przygnieciona przez kamień, wilgotna i pogięta.
Musiała leżeć tu już jakiś czas - z całej wiadomości został tylko skrawek papieru. Schowałam go ostrożnie do kieszeni koszulki, pilnując, by się nie zgniótł. Wstałam i odrzuciłam kamień na bok. Potoczył się w stronę huśtawki, by po chwili zatrzymać się w trawie i zastygnąć w bezruchu. Nie chciałam, żeby ojciec znalazł mnie przed oknem Bogdany. Wolałam nie odpowiadać na pytania, na które nie znałam odpowiedzi.
Skierowałam się z powrotem do domu, nie zapominając o swetrze, który zsunął się z werandy i leżał teraz w błocie, mokry i oblepiony piaskiem. Wyglądał okropnie, kapała z niego woda, a na deskach ganku po chwili powstała mokra plama. Szkoda, że nie zarzuciłam go na krzesło. Wyżęłam go szybko i wróciłam do środka. Kajtek siedział na swoim miejscu, wcinając kolację. Mama patrzyła na drzwi. Dopiero gdy zamknęłam je za sobą, sięgnęła po widelec.
Czekała na mnie. Nie sądziłam, że będzie się martwić. Nie miałam gdzie się tu ukryć, nawet jeżeli chciałabym zniknąć, to nie miałam dokąd uciec.
Nie bez samochodu.
Wróciłam na swoje miejsce. Na talerzu ujrzałam ziemniaki polane sosem, obok nich leżał parujący kotlet. Wszystko wyglądało i pachniało przepysznie. Kajetan zerkał w stronę drzwi. Miał na sobie brudną koszulkę, jego włosy były w nieładzie, a policzki zaróżowiły się od całodniowej zabawy. Wyglądał tak niewinnie...
Poczułam ukłucie smutku. Rozeszło się po moim ciele, sprawiając, że zamarłam na parę sekund. Już jutro będę ponownie z Hektorem, z dala od wioski. Kajetan w końcu urośnie i znienawidzi mnie, tak samo jak znienawidził mnie Juliusz.
To zabolało.
Zerknęłam na swój pełny talerz. Mięso było idealnie przypieczone, a ziemniaki wspaniale doprawione, ale nie sięgnęłam po widelec. W przełyku narastała mi gula, czułam, że nie zdołam nic przełknąć.
Nie zmienię tego, kim się stałam i jak potoczyły się moje losy. Nie było mi dane utrzymywać dobrych kontaktów z rodzicami i rodzeństwem. Nie zamieszkam w wiosce, tak jak chciała matka. Nie mogłam mieć wyrzutów sumienia.
- Nie martw się, tata zaraz wróci. Możesz jeść - powiedziała w moją stronę mama. Musiała uznać, że mój brak apetytu jest spowodowany troską o ojca.
Sięgnęłam po widelec. Nie o tacie teraz rozmyślałam, chociaż rzeczywiście powinien wcześniej wracać do domu. Zwłaszcza po tym, co stało się z Bogdaną.
Matka usiadła blisko Kajtka. Mój młodszy brat nie mógł sobie poradzić z kotletem. Wyjęła więc z jego ręki nóż i pokroiła mięso na małe kawałki.
- Dziękuję - odparł Kajtek i zabrał się za jedzenie.
- Ojciec nie powinien tak późno wracać. - Zacisnęłam mocno szczękę i przełożyłam ziemniaki na drugi bok talerza. Nadal nie miałam ochoty na kolację.
- Niedługo Juliusz pójdzie do pracy i zacznie mu pomagać. Nie chcemy naciskać na twojego brata, sama widzisz, że to nie najlepszy moment na takie decyzje - westchnęła mama. - Potrzebujemy zasad i porządku. Zwłaszcza teraz.
- Szkoda, że o mnie się tak nie martwiliście, jak skończyłam osiemnaście lat.
Ręka mamy zadrżała. Widelec trzasnął o stół, huk odbił się od ścian, a ja na moment zamarłam. Nie było mnie tutaj trzy lata, ale czułam się, jakbym nigdy nie wyjechała.
- Nie masz prawa... - zaczęła, ale wtedy otworzyły się drzwi wejściowe.
Stanął w nich ojciec. Był cały w błocie, koszulę i spodnie miał przemoczone. Zanim zamknął za sobą drzwi, ujrzałam na horyzoncie zachodzące pomarańczowe słońce. W całym domu już dwie godziny przed zmrokiem zostały zaciągnięte wszystkie zasłony. Byłam przyzwyczajona do odcięcia od świata zewnętrznego. W elektrowni nie mieliśmy okien, czasami przesiadywałam wraz z innymi w zamknięciu parę dni.
Zerknęłam na ojca. Nie powinien tak późno wracać do domu.
- Zjem potem - powiedział szybko i skierował się w stronę toalety. Zamknął ją na kluczyk, zostawił za sobą mokre ślady butów.
To nie w jego stylu.
- Czemu...? - zaczęłam, ale widząc skrzywioną minę matki, nie dokończyłam. Na pewno skłamałaby, gdybym zapytała, czemu jest cały mokry. Ścisnęłam mocno widelec, czując, jak dłoń zaczyna mi pulsować. Wzięłam głęboki wdech, żeby rozluźnić ściśnięte płuca.
Wreszcie zabrałam się za jedzenie. Nie chciałam sprzeciwiać się matce.
Zjedliśmy w ciszy. Kajtek po kolacji poprosił, żebym to ja poczytała mu przed snem, więc poszłam z nim do jego małego pokoju. Zamknął drzwi i od razu położył się do łóżka.
- Tam. - Wskazał palcem na poukładane pod ścianą książki. Obok nich leżały drewniane klocki i samochodziki. W pokoju znajdowała się jeszcze skrzynka na zabawki, mała komoda i łóżko.
- Którą by tu wybrać? - Udałam, że się zastanawiam, chociaż dobrze wiedziałam, na którą książkę Kajtek ma największą ochotę. Opowiadał o niej całe popołudnie, nie mogąc się doczekać, aż mama skończy mu ją czytać przed snem.
- Mówiłem ci - westchnął niezadowolony. - Tę.
Poklepał grzbiet dość solidnej powieści. Nie była to książka dla najmłodszych. Podniosłam ją. Na okładce ujrzałam duży statek i błękitne morze. Zew oceanu, tak brzmiał tytuł.
- Na pewno to ta opowieść? - zapytałam niepewnie.
Kiwnął głową przekonująco. Poczekałam, aż ułoży się wygodnie na łóżku. Zapaliłam światło i zaczęłam czytać od miejsca, gdzie znajdowała się zakładka.
Nie trwało to długo, Kajtek szybko zasnął. Mimo wszystko postanowiłam jeszcze chwilę z nim posiedzieć. Trzymając w jednej ręce książkę, wsłuchiwałam się w odgłosy zza ściany. Zawiasy zgrzytnęły, sygnalizując, że nie tylko ja nadal nie spałam. Kajtek oparł głowę o moje ramię. Zerknęłam na niego, aby sprawdzić, czy się nie obudził, ale on tylko lekko rozchylił wargi.
Krzesła w jadalni zaskrzypiały, co znaczyło, że mama i tata jeszcze się nie położyli. Nie ruszyłam się, trzymałam mocno książkę, obejmując ją z obu stron. Nasłuchiwałam. Wiedziałam, że usłyszę więcej, jeśli pomyślą, że już śpię.
Chwilę siedzieli w ciszy. Moje serce biło coraz mocniej. Zmusiłam się do przełknięcia śliny. Położyłam książkę na pościeli. Znowu stałam się tą niepewną dziewczyną, którą już dawno nie byłam. Zerknęłam na Kajtka. Zlustrowałam jego twarz - nadal miał uchylone usta, a jego ręka mocno zaciskała się na poszewce poduszki.
- Coś wiadomo? - spytała łamiącym się głosem matka.
- Jeszcze nie - powiedział ojciec.
- Chyba nie powinniśmy...
- Przestań - przerwał jej. - To wszystko, co zbudowaliśmy, zasługuje na ochronę. Już niedługo oddzielimy się od lasu. Potrwa to parę miesięcy, ale to ciemne, gęste pustkowie już nikogo nie skusi do wieczornych poszukiwań.
Jego głos był surowy i władczy. Nie podobał mi się.
- Wiesz, że to ich nie powstrzyma... - Reszty nie usłyszałam. Matka ściszyła głos.
Oparłam ramię o wezgłowie łóżka. Przechyliłam ciało w stronę drzwi, żeby lepiej słyszeć szepty rodziców. I to był błąd. Książka spadła na podłogę i odbiła się od desek. Kajtek mlasnął, mocniej się do mnie przytulając.
Nie było sensu zostawać tu dłużej, rodzice zapewne słyszeli ten hałas. Podniosłam powieść i odkleiłam Kajetana od swojego ramienia. Jego twarz, dziecinna i pulchna, nadal była zaczerwieniona od wieczornej zabawy. Wstałam powoli, zaczesałam do tyłu jego bujne brązowe włosy i przykryłam go kołdrą. Poczułam, jak po moim ramieniu spływa pojedyncza kropla śliny, a chwilę później dostrzegłam na swojej bluzce mokrą plamę.
No cóż, będę musiała się przebrać. Zgasiłam lampę i z przyzwyczajenia zerknęłam, czy zasłony są dobrze zaciągnięte. Kiedy byłam młodsza, miałam taki odruch - przed snem sprawdzałam każdą zasłonę we wszystkich pokojach, w końcu byłam najstarsza z rodzeństwa. To była nasza zabawa.
Moja i matki.
Po plecach przeszedł mi delikatny dreszcz. Tak długo żyłam w jej obłudnym świecie.
Wyszłam z pokoju. Nie zdziwiło mnie, że za drzwiami zastałam rodziców. Oboje się we mnie wpatrywali.
- Zasnęłam - wyjaśniłam, choć nie usłyszałam od nich żadnego pytania.
- Naszykowałam ci łóżko - powiedziała matka. Ojciec nawet nie spojrzał w moją stronę.
Oświetlał ich słaby blask lampy naftowej stojącej na stole. Jej szklany klosz utrzymywał gruby, zdobiony korpus. Płomyk tańczył na delikatnym wietrze, przechylając się raz w lewą, raz w prawą stronę. Nie podobało mi się, jak rodzice wyglądali w tym świetle - jak dwie mroczne istoty. Ich cienie tańczyły na ścianie, przez co sprawiali wrażenie jeszcze bardziej zmęczonych i zmartwionych. Nie powiedzieli nic więcej. Patrzyli tylko na mnie, jakby nie mogli się doczekać, aż stąd zniknę.
Czując pod bosymi stopami zimny kamień, skierowałam się na lewo, za sypialnię rodziców. Znajdował się tam mały schowek, który od paru dni służył mi jako miejsce do spania. Pociągnęłam za chłodną klamkę i ujrzałam stojące tam łóżko oraz komodę. Zapamiętałam to miejsce inaczej - jako wypełnione workami warzyw, słoikami z przetworami i wszystkimi innymi gratami, które nie mieściły się w naszych pokojach. Nie wiedziałam, czy nie byłoby łatwiej, gdybym nocowała w pokoju Bogdany. Na pewno miałabym więcej przestrzeni. Chciałam tam zajrzeć, zobaczyć, jak w nim mieszkała i żyła, ale matka nikogo do niego nie wpuszczała. Zresztą większość domowników i tak omijała ten pokój, jakby wszystko, co się tam znajdowało, wyparowało. Jakby nigdy nie istniał.
Zamknęłam za sobą drzwi. Nie zapaliłam nawet światła, od razu położyłam się do łóżka, zdjąwszy wcześniej jedynie obślinioną koszulkę. Głosy w kuchni ucichły. Nie słyszałam żadnych szeptów ani szmerów. Mimo wszystko przez chwilę nasłuchiwałam, czy nadal ktoś kręci się po domu.
Nic.
Usiadłam na łóżku i zaczęłam szperać w swojej torbie. Wyjęłam z niej zapałki. Podparłam się plecami o ścianę i delikatnie odpaliłam jedną z nich. Ujrzałam słaby płomyk, schodzący powoli w dół po drewnie. Wyjęłam tajemniczą karteczkę, którą znalazłam pod oknem Bogdany. Cały wieczór przeleżała bezpiecznie schowana w mojej kieszeni. Zbliżyłam ją do ognia, żeby wreszcie móc odczytać, co na niej napisano.
"Sprawdź to. Gostrzyn, 19 i 15..."
Płomyk zgasł.
Nic z tego nie rozumiałam. Zazgrzytałam zębami, wiercąc się w łóżku. Zapalałam zapałkę za zapałką. W kółko czytałam te dwa krótkie zdania, których sens dla Bogdany z pewnością był oczywisty, jednak mnie ciągle on umykał. Wreszcie odłożyłam kartkę do kieszonki spodni.
Długo nie mogłam zasnąć, a gdy w końcu mi się to udało, śniła mi się siostra.
Promienie słońca przebijały się przez drewniane deski szopy. Jej złociste włosy tańczyły na wietrze. Stała tyłem, opierając jedną z bladych dłoni o szybę okna. Sekundy mijały, a słońce szybko zachodziło, zastępowane przez mrok nocy. Bogdana tkwiła jednak ciągle w tym samym miejscu, nie poruszając się ani o krok.
Nie zbliżyłam się do niej, nie chciałam wystraszyć siostry. Patrzyłam na jej drobną budowę ciała, obserwowałam, jak marszczy się materiał białej koszuli nocnej, którą miała na sobie.
- Nie rób tego - wyszeptała. Dłoń zsunęła się z szyby, pozostawiając na niej drobne kropelki wody.
- Czego? - zapytałam, chociaż zdawało mi się, że ten głos wcale nie należy do mnie.
Był szorstki, twardy.
Odwróciła się. Jej policzki okazały się zapadnięte, oczy sine i zakrwawione. Tak bardzo nie przypominała siebie.
- Nie szukaj mnie - odparła delikatnie.
Jej sylwetka zaczęła się rozpływać. Nie chciałam stracić siostry z oczu, sięgnęłam więc po jej dłoń, ledwie widoczną w tym bladym świetle. Zamiast skóry, zimnej i kościstej, poczułam jednak ciepło.
- Nie - wyszeptałam, budząc się.
Mój oddech był ciężki, a dłonie pokrywały drobne kropelki potu. Przez chwilę, pomiędzy dwoma uderzeniami serca, przypomniałam sobie, dlaczego tu jestem. Czemu śpię w ciasnym schowku i po co wróciłam do wioski.
Powoli dochodziłam do siebie.
To był tylko sen.
Jeden z bardziej absurdalnych, jakie miałam.
Poruszyłam się niespokojnie na łóżku. Odniosłam dziwne wrażenie, że nie mogę złapać tchu, powietrze stało się ciężkie, przygniatało mnie. Zerknęłam na komórkę. Była szósta. Słońce już wstało, choć zbliżał się okres, kiedy będzie to następować coraz później. Musiałam wytężyć całą siłę woli, żeby wyjść z łóżka, zanim całkowicie się rozkleję, rozmyślając o Bogdanie. O tym, co zrobiła i jaki dziś mamy dzień. Wyskoczyłam spod ciepłej kołdry. Szybko zarzuciłam na siebie dresy i otworzyłam drzwi.
W domu panowała ciemność. Zasłony nie przepuszczały ani odrobiny światła. Stałam przed otwartymi drzwiami mojej tymczasowej sypialni, chłonąc chłód salonu. Myśli - niespokojne, zagmatwane niezrozumiałą wiadomością oraz mrocznym snem z udziałem siostry - wiły się w umyśle, nie dając mi chwili wytchnienia. Zmusiłam się do pokonania dystansu, który dzielił mnie od zasłon, i szarpnęłam jedną z nich, wpuszczając do środka pierwsze promienie słońca. Było to przyjemne uczucie, ale moje mięśnie nadal pozostały spięte. Zwróciłam się w stronę wschodzącego słońca, ciesząc się jego blaskiem, tym, jak ogrzewa moją twarz. W pewnym momencie zamknęłam oczy, a gdy po chwili je otworzyłam, zorientowałam się, że mocno zaciskam dłoń na zasłonie.
Puściłam materiał i przyglądałam się, jak delikatnie opada na ziemię. W miejscu, w którym go ściskałam, powstało zagniecenie. Tylko dzisiaj, pomyślałam. Jeszcze tylko dzisiaj, już jutro rano będę u siebie. W mojej małej chatce u podnóża gór. Powoli stanę się na powrót tą samą osobą, którą byłam przed śmiercią siostry.
Taką przynajmniej miałam nadzieję.
To miejsce sprawiało, że wróciło to dziwne uczucie. Jakby coś zżerało mnie od środka, niespiesznie zagnieżdżając się w moim wnętrzu.
Wzdrygnęłam się. Nie mogę tak myśleć, muszę się uspokoić. Zapanowałam nad oddechem i odsłoniłam wszystkie okna w kuchni. Teraz robiłam to delikatniej. Materiał powoli sunął ku ścianie, nie wydając żadnego dźwięku.
Pogrzeb miał odbyć się o trzynastej. Wytrzymam to.
- Czemu tak wcześnie wstałaś? - usłyszałam za sobą głos matki.
Wydał mi się łagodny i wrażliwy. Wypowiedziała te słowa z troską w głosie - rzadko jej się to zdarzało. Przeniosłam wzrok z zasłon na pejzaż rozciągający się za oknem. Podziwiałam delikatne światło rozjaśniające las, różowe kwiaty zdobiące pobliskie krzewy, widoczne na ścieżce ptaki i fruwające przed domem owady. Uniosłam wzrok wyżej. Nie dostrzegłam na niebie żadnej chmury. Będzie dziś piękna pogoda.
- Nie mogłam spać - odparłam.
Usłyszałam za sobą zgrzyt krzesła przesuwanego po podłodze. Po chwili drobne ciało matki opadło na siedzisko. Wiedziałam, że jej twarz zakrywają drobne, kościste palce. Delikatnie potarła nos, zastanawiając się, jak pociągnąć naszą rozmowę. Wiedziałam to, choć na nią nie patrzyłam.
- Czemu się tak od nas oddaliłaś? - zapytała przyciszonym głosem.
Poczułam, jak coś ściska mnie w żołądku. Może tego się bałam - rozmowy o mojej ucieczce, o tym, jak ciężko było mi przyznać się do niechęci do tego miejsca. Do tej otoczki tajemnicy, którą tworzyli mieszkańcy, chęci ochrony całej młodzieży i wszystkich dzieci. Ale my przecież też wyrośniemy kiedyś na dorosłych, ktoś w końcu będzie musiał poznać te sekrety.
Odwróciłam się i spojrzałam na nią, na jej bladozłote włosy, tak podobne do tych Bogdany, na jej koszulę - białą, sięgająca do ziemi. Poczułam suchość w gardle, dłonie zacisnęły mi się mocniej wokół ramion, a z oczu popłynęły łzy.
Wyglądała jak Bogdana z mojego snu. Pochylona, nawet nie uniosła wzroku. Zapewne myślała o mnie. Szybkim machnięciem ręki pozbyłam się łez spływających po moim policzku. Dobrze, że na mnie nie patrzyła. Niepotrzebnie się rozkleiłam w jej obecności.
- Potrzebowałam zmiany i odpowiedzi na pytania. Nie potrafiłam dostosować się do takiego życia - odparłam szeptem.
Z jej wąskich ust wydobył się cichy śmiech. Jej ramiona zadrżały, a głowa się uniosła. Spojrzała na mnie. Jej oczy, spuchnięte i sine, wydawały się wypełnione bólem. Choć na ustach miała uśmiech, wyglądała na wyczerpaną i zmęczoną.
- Kiedy byłaś mała, uciekałaś nam w nocy do starej szopy.
Znowu odwróciła wzrok. Spojrzała przed siebie, na ciemne blaty w kuchni, idealnie pasujące do stołu w jadalni. Wszystkie meble w naszym domu wykonał ojciec. Jako dziecko uwielbiałam przypatrywać się, jak wieczorami rzeźbił w drzwiczkach szafek przy blasku świecy. Małym nożykiem tworzył linie, które po połączeniu układały się w bukiety kwiatów. Teraz niektóre listki poodpadały ze starości, farba zbladła, a drzwiczki przy otwieraniu skrzypiały. Czas nie był dla nikogo łaskawy. Kiedyś wszystko wydawało mi się proste. Kłamstwa były prawdą, a dom rodzinny jedyną otuchą, jaką miałam w okolicy. Nie chciałam doprowadzić do takiej sytuacji. Nigdy nie sądziłam, że będę chciała się stąd wyprowadzić.
- Miałam szczęście, że znajdowałam cię przed zmrokiem - ciągnęła matka. - Uważałaś to za świetną zabawę. Mała Luciana się chowa, a mama ją znajduje. - Zachichotała. - Jednak pewnej nocy, gdy poszłam po szklankę wody, zauważyłam, że drzwi do twojego pokoju są uchylone. Miałam nadzieję, że wykradłaś się do toalety i po prostu zapomniałaś je za sobą zamknąć. Jednak nie było cię w łóżeczku. Twój młodszy brat spał grzecznie w kołysce, ale ciebie nigdzie nie mogłam znaleźć. Jedynym miejscem, w którym mogłaś się schować, była stara szopa stojąca za naszym domem. Najgorsze z możliwych miejsc do ukrycia się po zmroku. - Jej wzrok znowu powędrował w moją stronę. Miała skupione spojrzenie, jakby to, co zamierzała zaraz powiedzieć, miało być dla mnie ważne. - Nie zastanawiałam się ani chwili, czy po ciebie pójść, działałam chaotycznie. Z tego wszystkiego zapomniałam, że w salonie nocował brat twojego ojca...
- Ale... - przerwałam jej - ...on nie żyje od osiemnastu lat.
- To prawda - przytaknęła, zaciskając chude palce w pięści. - Nie obudziłam twojego ojca, nie chciałam zabierać nikogo ze sobą, wiedząc, czym to się może skończyć. Ale kiedy wybiegałam z domu i skierowałam się w stronę starej szopy, zapomniałam o Hugo śpiącym na kanapie. Zaskoczony hałasem ruszył za mną w ciemną noc, krzyczał, próbował mnie zawrócić. Ale ja nie zwracałam na niego uwagi. Znalazłam cię tam, w tej szopie, skuloną i zmarzniętą. Otworzyłaś swoje duże brązowe oczy i wiedziałam, że musiałaś zasnąć. Wzięłam cię na ręce i razem skierowałyśmy się do domu. - Przerwała na chwilę, zerkając w stronę sypialni. Czułam, że nie chciała, żeby ktoś jeszcze ją usłyszał, dlatego zbliżyłam się do niej. - Stał tam, blisko szopy. Oblany światłem. Ledwo trzymał się na nogach. Wiedziałam, że coś jest nie tak. Spanikowałaś, kiedy ruszyłam biegiem w stronę domu. Odwróciłaś się w moich rękach, chciałaś iść do wujka. Ale gdy zastygłaś, a twoje drobne rączki opadły, wiedziałam, że to zobaczyłaś. Gdy zamykałam drzwi, jego już nie było. - Spojrzała na mnie, jej wyraz twarzy był poważny i przygnębiony. - Nigdy się nie zastanawiałaś, dlaczego tak bardzo bałaś się ciemności? Czemu do czternastego roku życia spałaś przy nocnej lampce? Widziałaś ich. To na twoich oczach umarł wuj... Nigdy do tego nie wracałam, bo nie chciałam, żebyś o tym pamiętała.
Wstała od stołu i zbliżyła się do mnie. Wyraźnie chciała mnie objąć, ale nie wiedziała jak, więc tylko dotknęła moich dłoni. Wzdrygnęłam się, czując chłód jej skóry.
- Nie całe twoje życie było kłamstwem - powiedziała. - Nie wszystkie tajemnice są złe, niektóre są po to, żeby nas chronić. To, co kryje się na zewnątrz po zmroku, nie zna litości. Działa po cichu, niszcząc nas od środka. To nie jest kłamstwo, Luciano. Wszystko, co robiłam, było dla twojego dobra.
Stałam tak, wpatrując się w matkę. Promienie słońca zaczęły się zbliżać w naszą stronę. Nie wiem, jak długo patrzyłyśmy w ciszy na siebie, ale w końcu ze swojego pokoju wyszedł Kajtek i matka od razu się odsunęła. Nie chciałam zostawiać ich samych. Skierowałam się do kuchni i pomogłam przy śniadaniu.
Przez cały dzień, tak jak wczoraj, Kajtek nie potrafił się ode mnie odkleić, ale zupełnie mi to nie przeszkadzało.