1
Opowieść o dwóch imprezach
Grudzień 2021 roku
Nad Waszyngton nadciągała zima, kończył się pierwszy rok nowej Nowej Normalności. Dzień po dniu coraz wcześniej zapadał zmrok, ludzie znów zaczynali chorować, siły antydemokratyczne krzepły. Może wciąż jeszcze dało się to wszystko odkręcić? A może było już za późno i tylko zbiorowo mydliliśmy sobie oczy? Cóż, tak czy inaczej coś trzeba było robić. Więc choć wszystkie znaki zwiastowały katastrofę, Leah Hunt-Hendrix urządziła przyjęcie bożonarodzeniowe.
Dom miała po temu idealny, w wiktoriańskiej cegle, wart dwa miliony dwieście tysięcy. Wiśniowe deski podłogi przestronnego salonu płynnie wychodziły na otwarty pokój stołowy - doskonały na eleganckie kolacje. A na większe okazje przydawał się duży taras na dachu, z widokiem na dzielnicę Logan Circle.
Nie każda trzydziestoośmioletnia działaczka postępowa może sobie pozwolić na taki dom, ale też nie każda progresistka to wnuczka H. L. Hunta, nieżyjącego już króla nafty, niegdyś uważanego za najbogatszego człowieka świata. Hunt żył na bogato, zgodnie ze stanem konta. Był hazardzistą z Teksasu, pieniądze na pierwsze działki roponośne wygrał ponoć w pokera. Był też bigamistą ukrywającym dwie rodziny i prawicowym komunistożercą, który wielbił Josepha McCarthy'ego.
H. L. Hunt był Amerykaninem z rodzaju tych, wokół których powstają teorie spiskowe: wiązano go (mimo braku dowodów) z zabójstwami Johna F. Kennedy'ego, Roberta F. Kennedy'ego, Martina Luthera Kinga.
Tymczasem jego wnuczka nazwała swojego tyciego białego psiaczka na cześć Malcolma X.
- To Malcolm. - Leah otworzyła drzwi domu i wskazała na czworonożny kłębek puchu ujadający gdzieś przy jej kostkach. - Moje maleństwo.
Minął już niemal rok, od kiedy Donald Trump opuścił Waszyngton, a ja miałem za cel ustalić, co właściwie po sobie pozostawił. Właśnie dlatego w połowie grudnia zaliczałem kolejne imprezy świąteczne. W Waszyngtonie zawsze jest ich mnóstwo - to doskonała okazja dla rozmaitych instytucji, żeby podnieść pracowników na duchu i naoliwić potencjalnych klientów, a dla tych, co grają o władzę, żeby ściągnąć do domów Znaczne Nazwiska (to często używane w Waszyngtonie wyrażenie oznacza "ważnych ludzi") i w ten sposób dodać znaczności własnym nazwiskom. Zawsze miałem wrażenie, że panuje na tych przyjęciach drętwa atmosfera, jakby szło się do roboty w niepłatnych nadgodzinach. To jednak dobra okazja, żeby wywęszyć, o czym ludzie plotkują i czym się martwią, więc wybrałem się na dwa przyjęcia. Dzieliło je tylko kilka kilometrów, ale zgromadziły ludzi z dwóch różnych światów. Jedno miało się odbyć w domu Matta i Mercy Schlappów, dwojga najzagorzalszych trumpiąt w osławionym waszyngtońskim Bagnie. Najpierw jednak zjawiłem się tu, pośród radykałów z hipsterlewicy.
Płomienie trzaskały w kominku w salonie, a Malcolm w wersji maltipoo tropił okruszki sera, bo zebrani socjaliści dokonywali jego redystrybucji na podłogę. Tych cisnących się w kuchni obserwował Corbin Trent, były rzecznik prasowy kongresmenki Alexandrii Ocasio-Cortez. Zaczął pracować dla tej socjaldemokratki, która z barmanki wyrosła na przywódczynię lewicy, po tym, jak pomógł założyć parę organizacji postępowych, których celem było wymiecenie choć części próchna z Izby Reprezentantów. W końcu jednak, rozczarowany przemianą Ocasio-Cortez w centrystkę, odszedł z Kapitolu i na nowo oddał się byciu outsiderem. Obecnie mieszkał w Knoxville w Tennessee (Waszyngton odwiedzał okazjonalnie), a za misję obrał sobie wyszukanie demokraty populisty, który mógłby w kolejnych wyborach powalczyć o nominację z Bidenem. Raz po pijaku zadzwonił przez pomyłkę do Steve'a Bannona[6] z prośbą o poradę.
W salonie był Ryan Grim, szef stołecznego biura lewicującego portalu The Intercept. Miał na sobie koszulkę z dużą fotografią i gawędził z przyrodnim bratem Juliana Assange'a - producentem filmowym, który przyjechał do Stanów, żeby działać na rzecz oswobodzenia założyciela serwisu WikiLeaks. Grim regularnie zjawiał się na takich imprezach. Natomiast stojący opodal Faiz Shakir, główny doradca strategiczny senatora Berniego Sandersa, tłumaczył właśnie gościom, że on na takie imprezy nigdy nie przychodzi.
- Sarah mnie zmusiła. - Wskazał na żonę, Sarah Miller, byłą asystentkę w Departamencie Skarbu, obecnie pracownicę think tanku do spraw rozbijania monopoli. - A nasza opiekunka do dzieci mieszka u nas w suterenie, więc nie miałem wymówki.
Shakir nie był może lwem salonowym, ale zręcznie nawigował pośród sprzeczności nieuniknionych na takich zgromadzeniach. Pracował kiedyś dla postaci z establishmentu, jak spikerka Izby Reprezentantów Nancy Pelosi czy lider większości senackiej Harry Reid. Uruchomił też własną postępową grupę medialną o nazwie More Perfect Union (Doskonalszy Związek), która produkowała profesjonalne filmy wspierające amerykański ruch związkowy i politykę gospodarczą. Był zarazem outsiderem i człowiekiem wtajemniczonym - przekaźnikiem między administracją Bidena a grupami, które chciały przeciągnąć prezydenta ku lewicy. Kimś takim chciała też zostać Leah.
Ludzie tacy jak Shakir przychodzili na jej przyjęcia, bo ją lubili, ale też dlatego, że warto było ją znać. Organizacje postępowe mają niewielu organizatorów funduszy, którzy wywodziliby się z bogatych rodzin i bywali wśród multimilionerów. Leah pomagała zebrać środki na rozruch projektów wielu z jej gości, w tym również na More Perfect Union Shakira.
Od porażki Hillary Clinton w 2016 roku bogaci, dobrze wykształceni liberałowie borykali się z myślą, że są oderwani od wyborców, bez których nie da się odeprzeć fali prawicowego populizmu. Dla Leah wyzwanie polegało na tym, że chciała pomóc w rozwiązaniu tego problemu, choć sama była jego częścią: bogata biała pani walcząca z nierównościami, pracująca nad poprawą odbioru demokratów w coraz bardziej różnicującej się klasie pracującej. Bardzo wcześnie zaczęła wspierać finansowo ruch Black Lives Matter, pomagała zbierać fundusze dla postępowych kandydatów do Kongresu w całym kraju - w tym wielu takich, którzy zobowiązali się na piśmie, że nie przyjmą żadnych pieniędzy pochodzących od przemysłu paliw kopalnych, a to przecież dzięki niemu rodzina Leah trafiła do warstwy sponsorskiej.
Nie była pierwszą kobietą w rodzinie, która próbowała przebić się w stolicy. W salonie, pod kojącym obrazem przedstawiającym żaglówki na rozsłonecznionym morzu, stała jej ciotka Swanee, za Billa Clintona ambasadorka w Austrii. To chyba właśnie Swanee była tą osobą w życiu Leah, która budziła jej największy podziw. Instynktownie rozumiała, na czym polega soft power, jak budować sieci kontaktów i wykorzystywać je w słusznej sprawie. To Swanee zasugerowała, że jeśli Leah chce rzeczywiście doprowadzić do zmian w polityce, musi przeprowadzić się z San Francisco do Waszyngtonu. Zaaprobowała też wybór tego domu jako bazy działań Leah (obie uważały, że to świetne miejsce do urządzania przyjęć) i pomogła ozdobić go dziełami sztuki, które zwoziła z wypraw po całym świecie, między innymi tym morskim pejzażem, przy którym teraz stała. Swanee uśmiechała się szeroko, obserwując, jak Leah - blondynka w sukience w kwiaty, odgarniająca włosy z oczu - uzupełnia drinki wdzięcznym gościom.
Leah wydawała się promienieć, ale tak naprawdę była w lekkim dołku. Najlepiej, z perspektywy politycznej, radziła sobie za Trumpa. W roku 2018 pomogła założyć organizację Way to Win (Droga do Zwycięstwa), która w czasach #Resistance osiągnęła bardzo wiele, przyczyniając się do zasilenia spraw bronionych przez demokratów kwotą ponad stu sześćdziesięciu pięciu milionów dolarów. Szczególną rolę Way to Win odegrało w Georgii i Arizonie, przekazując fundusze tamtejszym organizacjom lokalnym, dzięki którym demokratom udało się zdobyć większość w Senacie.
Miała nadzieję, że utrzyma ten poziom energii do wyborów połówkowych w roku 2022, ale nie było łatwo. Większość uwagi poświęcała Izbie Reprezentantów, lecz dużo znaczyła dla niej walka o jedno miejsce w Senacie: Mandela Barnes, czarny trzydziestopięciolatek, wicegubernator Wisconsin, mógł mieć szansę na wysadzenie z siodła senatora Rona Johnsona, sojusznika Trumpa.
Leah poznała go kilka lat wcześniej, kiedy oboje występowali w Miami na panelu o populizmie ekonomicznym, a po konferencji poszli na party nad basenem.
- Hasał na takim nadmuchiwanym jednorożcu - wspominała. - Rozrywkowy gość.
Zaprzyjaźnili się, a kiedy Barnes zaczął rozważać start w wyborach do Senatu, Leah obiecała, że zrobi, co w jej mocy, żeby go wesprzeć. Jego zwycięstwo oznaczałoby dla niej znacznie więcej niż tylko posiadanie przyjaciela w izbie wyższej Kongresu. Była to szansa, by udowodnić, że postępowi kandydaci mogą wygrywać w miejscach uważanych za niegościnne - jak cały stan Wisconsin - i że to samo dotyczy czarnych.
Kampania Barnesa i toczone w całym kraju walki o mandaty w Izbie Reprezentantów były męczące, a Leah niezupełnie oswoiła się z tak ciężką pracą. Za czasów Trumpa robiło się to niemal z łatwością: łatwo było nakłaniać ludzi, żeby wykładali środki na walkę z pełzającym autorytaryzmem, łatwo tworzyło się zjednoczone w oporze sojusze. Teraz jednak pracowała głównie przy prawyborach, żeby w wyborach powszechnych demokratów reprezentowali jak najbardziej postępowi kandydaci. Na to trudniej było zbierać fundusze. Do tego okazywało się, że wielu dotychczasowych sojuszników stawało się nagle przeciwnikami. Żeby określić się w kontrze do Trumpa, demokraci właściwie nie musieli się starać. Po jego odejściu jednak Leah borykała się z konsolidowaniem ludzi wokół wizji tego, za czym, a nie tylko przeciwko czemu powinna opowiadać się partia.
Po drugiej stronie miasta, za rzeką, już w Wirginii, największy dom przy Mansion Drive jaśniał w blasku zaściełających cały trawnik lampek choinkowych.
Na dziewięciuset metrach kwadratowych rezydencji Matta i Mercy Schlappów miesiło się parę setek gości, w swetrach czy blezerach w pepitkę, błyszczących sukniach koktajlowych czy satynowych kombinezonach. Pogryzali kanapeczki pod kandelabrem w jadalni, podziwiali obrazy kubistów w salonie, pozowali do zdjęć przy bogato zdobionej choince w pokoju dziennym przy frontowych drzwiach. W innych czasach wielu z obecnych mogłoby się pochwalić ledwie pierwszymi krokami na politycznej arenie jako pracownicy biur skrajnych republikańskich kongresmenów czy aspirujący komentatorzy bieżących wydarzeń. Teraz jednak stali znacznie wyżej.
- To tak powinno wyglądać przyjęcie bożonarodzeniowe w Białym Domu - stwierdził Paris Dennard, przekrzykując innych.
Dennard, dyrektor biura prasowego do spraw czarnych w Komitecie Krajowym Partii Republikańskiej, stał zaraz pod kuchnią, przy stole zasłanym kuleczkami słodowymi i ciastkami z kawałkami czekolady. Rozmawiał z Hoganem Gidleyem, byłym zastępcą rzecznika prasowego Donalda Trumpa.
- A wiesz co? - odparł Gidley. - Myślę, że to tu jest właściwe prezydenckie przyjęcie bożonarodzeniowe.
Gospodarze, Matt i Mercedes (dla przyjaciół: Mercy), nie byli może Donaldem i Melanie, ale zaczęli ich przypominać. Schlappowie, niegdyś modelowe postaci starego republikańskiego establishmentu - posady w Białym Domu za George'a W. Busha, miejsca w zarządach spółek, kontrakty na lobbing - stali się teraz ludźmi Trumpa. Matt prezesował Amerykańskiej Unii Konserwatywnej (American Conservative Union, ACU), organizacji, która najzagorzalej promowała Trumpa, po swoim epizodzie w prezydenckiej administracji pracowała tam też Mercy. Po przegranej Trumpa w wyborach w 2020 roku Matt poleciał do Nevady w poszukiwaniu oszustw wyborczych - czy przynajmniej żeby odegrać swoją rolę w strategii opisanej w mailu ówczesnego urzędnika administracji Trumpa: "zasiać jak największy chaos". Kiedy dochodzenia po zamieszkach z 6 stycznia objęły przedstawicieli administracji, Matt założył Fundusz Pierwszej Poprawki[7], za pomocą którego zbierał darowizny, by pomagać w opłacaniu adwokatów. Matt i Mercy zostawili za sobą "dni troskliwego konserwatyzmu", stali się żołnierzami MAGA, ale ponieważ partia zmieniła orientację wraz z nimi, ich położenie w strukturach republikanów nie uległo zmianie. Tak właśnie wyglądał obecnie partyjny establishment.
Weźmy takiego Gidleya.
Ten elegancik (tu na przykład zjawił się opatrzony poszetką, spinką do krawata, koszulą z monogramem) należał do owych wysoce elastycznych republikanów gnieżdżących się wewnątrz stołecznej obwodnicy, którzy wdawali się w bezbolesne bójki z "mediami głównego nurtu", ale zawsze chętnie spotykali się z dziennikarzami przy drinku na anonimowe rozmowy i pojawiali w MSNBC, kiedy tylko ktoś zadzwonił ze studia. ("Jak mógłbym tam nie występować? - powiedział mi kiedyś Gidley o tej liberalnej sieci telewizyjnej. - Przecież to moi przyjaciele"). W posttrumpowskim Waszyngtonie znalazł się w pęczniejącej grupie fagasów, którym przydzielono misję nadania Trumpowemu podważaniu wyników wyborów poloru stołecznego profesjonalizmu. Ostatnio został dyrektorem Centrum Wiarygodności Wyborów - to ciało o neutralnie brzmiącej nazwie mieściło się w Instytucie Politycznym "America First", think tanku obsadzonym przez byłych pracowników administracji Trumpa. "Centrum Wiarygodności Wyborów ma proste cele - głosi strona internetowa tej instytucji. - Łatwe głosowanie, trudne oszukiwanie".
W praktyce oznaczało to pracę z legislaturami stanowymi nad walką z nieistniejącym kryzysem - powszechnymi oszustwami wyborczymi - pod przykrywką dobrych praktyk władzy.
- Nawet demokraci mówili przecież o wiarygodności wyborców - tłumaczył mi Gidley, podkreślając swoje przekonanie, że obecny system jest zepsuty. - Więc trzeba to naprawić, i tyle.
Kiedy Gidley nie próbował "naprawiać" wyborów, można go było zastać na tym, co najbardziej typowe dla ludzi ze stolicy: udawaniu, że nienawidzi Waszyngtonu. Podczas pogawędek z MAGA-imprezowiczami Gidley wyjaśniał kolejnym osobom, że i owszem, wciąż tu mieszka, ale stara się wyjechać.
- Tak szybko, jak tylko mi się uda - twierdził.
Tyle że nikt stąd się tak naprawdę nigdzie nie wybierał. Jak po każdej zmianie prezydenta, ci, którzy służyli administracji Trumpa, umościli się po mieście ze swoimi grupami konsultingowymi, firmami lobbingowymi, think tankami. To byli zawodowi trumpiarze, żadni amatorzy, którzy dali się ponieść emocjom i gwałtownie szturmowali Kapitol. Tutejsi goście nie mieli raczej powodów, żeby dostawać białej gorączki. Już raz wykorzystali wielką szansę, kiedy Trump stał się prezydentem, i od tej chwili wciąż inkasowali dywidendy. Choć republikanie stracili większość i w Izbie Reprezentantów, i w Senacie, przyjęcie w rezydencji Schlappów było radośniejsze niż u Leah. Tu optymistycznie postrzegano szanse na wygraną, w obozie republikanów nie toczyły się też poważniejsze walki o władzę, żadnych tam kryzysów tożsamości. Partia Republikańska była tożsama z Trumpem, więc i party u Schlappów tak wyglądało.
W jadalni stał na przykład Stephen Miller, trzydziestosześcioletni zakamieniały wróg imigracji, w powyciąganym swetrze, z taką miną, jakby chciał się schować za storami z żółtego aksamitu. Przed Trumpem był zwykłym dwudziestokilkulatkiem pracującym dla trzeciorzędnego senatora. Teraz jednak, skoro pomógł przepchnąć niektóre z najbardziej szowinistycznych zagrywek w polityce wewnętrznej byłego prezydenta, w tym rozdzielanie dzieci i rodziców na granicy z Meksykiem, stał się pożądanym doradcą w kampaniach wyborczych. Obecnie starał się przydać walorów MAGA kampanii Davida McCormicka, który dorobił się milionów na funduszach hedgingowych i walczył o zwolnione miejsce w Senacie z Pensylwanii. Z czasem miał porzucić tego klienta, bo Trump wolał poprzeć prezentera telewizyjnego, doktora Mehmeta Oza.
U frontowych drzwi pojawił się Sean Spicer, były rzecznik prasowy Białego Domu.
- Uwielbiałam pana na konferencjach. - Jakaś fanka uczepiła się jego blezera w mikrokratkę, kiedy wchodził do rezydencji. - I już nie mogę się doczekać pańskiej następnej książki.
Spicer przez lata był facetem z Waszyngtonu, zanim przeistoczył się w trumpiarza. Był rzecznikiem przedstawiciela Stanów Zjednoczonych do spraw handlu za George'a W. Busha, potem dyrektorem PR w Komitecie Krajowym Partii Republikańskiej - wtedy popierał wolny rynek i przyjmowanie imigrantów. Gdy stery w partii przejął Trump, Spicer dostroił się do niego pod względem politycznym.
Spotkałem się z nim po raz pierwszy, kiedy w 2016 roku chodziłem za nim na Konwencji Krajowej Partii Republikańskiej, zbierając materiały do reportażu. Wielu członków władz partii niepokoiło się wówczas, że Hillary Clinton zgotuje Trumpowi pogrom. Podczas tych naszych wspólnych wędrówek natknęliśmy się raz na Jeffreya Lorda, jeden z pierwszych wyrobów trumpopodobnych.
- On jest jak taki wczesny inwestor - powiedział mi wtedy Spicer. - Trochę jakby było się jednym z pierwszych pracowników Google i tylko patrzyło się, jak kurs akcji rośnie.
Spicer podpiął się pod Trumpa na tyle wcześnie, że nieźle się na tym urządził: prowadził teraz własny program na kanale informacyjnym Newsmax (spod znaku MAGA), pisał też książki o tym, jacy ci demokraci są paskudni. Gościom na przyjęciu mówił, że bardzo by chciał zobaczyć, jak Trump ponownie startuje w wyborach, przy czym "biznesowo korzystne" były już same luźne rozważania eksprezydenta na ten temat.
A goście tutaj robili w biznesie Trumpa. Nie w branży nieruchomości czy w telewizji, tam gdzie Trump zyskał sławę, ale w biznesie wojen kulturowych, który pomógł mu zdobyć prezydenturę.
- Ja prowadzę takie NRA[8], tylko dla rodzin - oświadczył Terry Schilling, prezes American Principles Project (Projekt "Amerykańskie Zasady"), stojący z żoną przy rozjarzonej choince w salonie, opodal frontowych drzwi rezydencji. - Chodzi o sprawy transpłciowości, krytyczną teorię rasy, pornografię w bibliotekach szkolnych. W tym roku zebraliśmy siedem milionów. W przyszłym spodziewamy się zebrać czternaście.
Schilling był synem Bobby'ego Schillinga, nieżyjącego już kongresmena z Illinois, zwolennika Tea Party, a wcześniej właściciela pizzerii. Owłosienia na twarzy miał akurat tyle, żeby dało się powiedzieć, że zarazem jest brodaty i nie, a należał do tych młodych konserwatystów, którym marzyło się, żeby Ameryka nieco bardziej przypominała ich wyimaginowany obraz czasów poprzedzających dzień, kiedy przyszli na świat.
- Parę dni temu napisałem na Twitterze, że chciałbym urządzić COVID party dla naszych dzieci - ciągnął. - No, wie pan, jak rodzice robili kiedyś z ospą wietrzną. Ale ktoś z moich pracowników poradził mi, żebym usunął ten wpis, chyba że chcę, żeby przestali mnie zapraszać do Fox News.
Trump, niczym broda Schillinga, wydawał się zarazem obecny i nie. Jego nazwisko było na ustach wiernych, kiedy pogryzali przekąski i sączyli trunki. Jego twarz - na ekranie telewizora w gabinecie, gdzie zastygło ujęcie z zapowiedzi pierwszej debaty przedwyborczej z 2020 roku dla ABC News. Wyzierał też z oprawionej fotografii na półce. Jego pospiesznie napisane nazwisko widniało na porzuconej na stoliku, między szklaneczkami z niedopitą szkocką, wizytówce Kelly Tshibaki, kandydatki do Senatu z Alaski: "bądźcie ze mną i prez. trumpem 10 lutego. Mar a Lago. Dzwonić do Jenny".
- To ja wymyśliłem termin "ekspres Trumpa" - oświadczył Billy Long, kongresmen z Missouri. - Nawet ustawiłem sobie takie hasło w komputerze.
Long, były aukcjoner, wielki jak dwóch standardowej wielkości kongresmenów sprasowanych w jedną bryłę, patrzył na deszcz przez siatkowe okna werandy. Startował w republikańskich prawyborach do Senatu, pozycjonując się jako cmokier Trumpa pierwszej klasy. Do prowadzenia kampanii zatrudnił byłą kierowniczkę sztabu Trumpa i jego doradczynię w Białym Domu, Kellyanne Conway; dopiero co wrócił z imprezy sponsorskiej w Mar-a-Lago, gdzie prowadził aukcję gitary podpisanej przez Trumpa; a tu, na przyjęciu u Schlappów, przechwalał się niemożliwym do udowodnienia pomysłem na protrumpowski zwrot - taka wariacja w stylu MAGA na temat Romy i Michele na zjeździe absolwentów, tyle że tam dziewczyny chełpiły się wynalezieniem post-itów.
- Ja pierwszy go kochałem - mówił Long, szarpiąc mnie za ramiona.
Kiwnąłem głową. Wycofałem się.
Nieważne, czy imprezowicze z Mansion Drive faktycznie wierzyli, że w 2020 roku Trump pokonał Bidena - grunt, że traktowali go jak zwycięzcę. To, że utracił władzę, zdawało się tylko potęgować nostalgię za rokiem 2016, kiedy w kampanii walczył jako charyzmatyczny outsider, a nie sponiewierany obrońca fotela. Postrzegany w ten sposób trumpizm był atrakcyjną inwestycją - jak gdyby akcje dużego banku można było kupić z konkretnym rabatem. Im głębiej zapuszczałem się w ten Biały Dom dla ubogich, tym bardziej wyglądało mi to nie tyle na przyjęcie bożonarodzeniowe, ile na konferencję dla inwestorów. Niektórzy byli tu względnie nowi, chętni kupić Trumpa po świeżo obniżonej cenie.
Inni, jak Schlappowie, zainwestowali w niego wcześnie i choć ostatnio kurs był nieco nieprzewidywalny - tu brutalne zamieszki, tam kolejny impeachment, dochodzenie za dochodzeniem - włożyli w byłego prezydenta tyle kapitału, że ani przez myśl im nie przeszło, żeby sprzedać udziały.
- Skąd dostał pan zaproszenie?
Mercy przyuważyła mnie przy stoliku z deserami, gdzie rozważałem, czy sięgnąć po mleczno-słodową kuleczkę.
Miała na sobie zielony falbaniasty kombinezon przewiązany w talii wielką kokardą, wyglądała tak, jakby właśnie wyszła od makijażystki w Fox News. Kasztanowe włosy opadały jej na ramiona, błyskała iście telewizyjnym uśmiechem.
- Nie mam bladego pojęcia - odparłem. - Proszę spytać męża.
Był czas, kiedy na przyjęciu bożonarodzeniowym u Schlappów mogło się pojawić wielu nieprawicowych dziennikarzy i nikt nie pytałby, skąd mają zaproszenie. Dziś byłem tu tylko ja i - o ile nikogo nie przeoczyłem - David Lippman, reporter portalu Politico, żywa książka telefoniczna, który wpadał chyba na każdą imprezę w obrębie stołecznej aglomeracji. Późnym wieczorem Lippman chciał podesłać listę obecnych na przyjęciu redaktorom porannego biuletynu Politico, "Playbooka", do ich działu kroniki miejskiej, oni jednak uznali, że nie będą schlebiać gościom Schlappów i przysparzać im popularności.
Życie w szczelnie republikańskiej strefie komfortu było nowym etapem w życiu Schlappów, bo mieszkali oni w Waszyngtonie już od dziesiątków lat. Matt przybył tu jako młodziak z Kansas po tym, jak kierował kampanią, dzięki której do Izby Reprezentantów wszedł Todd Tiahrt (później stracił mandat). W roku 2000 podpiął się do sztabu Busha. Wybory miały się rozstrzygnąć po ręcznym przeliczeniu głosów na Florydzie i Matt z grupą innych młodych działaczy przybył pod siedzibę komisji wyborczej hrabstwa Miami-Dade, domagając się przerwania tej procedury. Akcja ta przeszła do historii jako "rewolta garniaków"[9].
W nagrodę za trud włożony w kampanię Matt dostał posadę w dziale politycznym administracji Busha. Kiedy po naradzie podeszła do niego śliczna dziewczyna z biura rzecznika prasowego i zaproponowała, żeby omówili kwestie, w których ich zakresy obowiązków się zazębiały, Matt sądził, że to próba podrywu. Wtedy co prawda się mylił, ale z czasem wszedł w związek z Mercy.
Z Białego Domu odszedł w 2005 roku i zaczął wyrabiać sobie kontakty w korporacyjnym Waszyngtonie. Lobbował dla Koch Industries, po czym założyli z Mercy własną firmę konsultingową, Cove Strategies. Mieli umowy z Koch, z gigantami farmaceutyki, z wielkimi sieciami handlowymi, na przykład Wal-Martem, a Matt - skoro doradzał także instytucjom takim jak odchylone nieco na lewo Stowarzyszenie Producentów i Dystrybutorów Filmowych (Motion Picture Association) - zyskał reputację republikanina, z którym demokraci są w stanie się dogadać.
W Waszyngtonie taka reputacja może się przełożyć na wiele występów w telewizji, więc Matt tak się zaznajomił z telewizyjnymi rytuałami, że zaczął nawet trochę wybrzydzać. Raz, kiedy siedzieliśmy pod studiem przed występem w programie NewsHour stacji PBS, przedstawił mi swój ranking takich poczekalni w całej stolicy ("W Fox mają najgorszą"), a była pracownica wspomniała mi, że Mattowi zdarzało się narzekać, jeśli pędzelek do pudru był zbyt miękki.
Kiedyś sądzono, że Trump ma poparcie wyłącznie u niebieskich kołnierzyków, robotników z gnębionych kryzysem ośrodków przemysłowych. Tyle że wśród stronników Trumpa było aż nadto przedstawicieli elit, choć może mało kto był w tym tak śmieszny jak Schlappowie. Któregoś razu Matt wypadł oburzony z kolacji Klubu Korespondentów Białego Domu - corocznej gali, na której obok stołecznych dziennikarzy często zjawiały się hollywoodzkie gwiazdki - i napisał tweeta o tym, jak to rozczarowały go atrakcje wieczoru... jadąc limuzyną na afterek organizowany przez MSNBC.
Zapytany przez "New York Timesa" o własny elitarny status, odpowiedział: "Przecież nie udaję, że jeżdżę śmieciarką po Des Moines".
Matt, choć był w stu procentach stworzeniem stołecznym, mógł się pochwalić pewną więzią z rzeczywistymi zwolennikami Trumpa, o jakiej inni goście tego typu, nawet pracujący w podobnej branży, mogli tylko pomarzyć. Jako prezes ACU odpowiadał za organizację corocznych Konferencji Konserwatywnych Działań Politycznych (Conservative Political Action Conference, CPAC) - imprez praktycznie obowiązkowych dla każdego, kto startował w prawyborach na prezydenta z ramienia Partii Republikańskiej. Konferencje nie były byle drętwymi wystawkami myśli konserwatywnej, dział się tam istny cyrk, a Trump występował na nich regularnie od 2011 roku. Nie zawsze przypadał do gustu widowni (trudno było nazywać go konserwatystą), ale na głównej scenie szlifował swój patent na sprzedawanie rozrywki jako polityki - a Matt widział, że to żre.
Gdy Trump rozpoczął kampanię prezydencką, powodował niepokój. Kiedy ogłosił swoją kandydaturę, jego sztab próbował wymusić na CPAC pewne przywileje: Trump chciał wystąpić o określonej godzinie, a co najważniejsze, życzył sobie zwolnienia z obowiązkowej dla wszystkich kandydatów sesji z pytaniami z sali. CPAC nie ustąpiła (w początkowym okresie kampanii Trump nie zaliczał się do faworytów), więc zrezygnował z udziału.
Niepokoił także rodzinę Schlappów. Przodkami Mercy byli hiszpańskojęzyczni imigranci z Kuby. W roku 2015 wieszczyła, że Trumpa "czekają prawdziwe problemy, jeśli wciąż będzie parł na bardzo restrykcyjną politykę imigracyjną, nieukazującą żadnego wyjścia dla osób, które już tu są, dla tych imigrantów bez papierów, którzy już tu są".
Kiedy przed wyborami w 2016 roku wypłynęło stare nagranie z Access Hollywood, w którym Trump przechwalał się, że "kiedy jest się gwiazdą", to można z kobietami "robić wszystko", nawet "łapać je za cipę", bo "pozwolą", Schlappowie deliberowali, czy nie powinni ze względu na swoich pięć córek wycofać poparcia. Niepewni, co uczynić, udali się do letniego domu - Farmy Zwycięstwa, dwunastohektarowej posiadłości w Górach Błękitnych - i parę butelek wina później zdecydowali, że poprą Trumpa bez zahamowań. Byli obłędnie zaangażowani. Bądź co bądź, jeśli cokolwiek łączyło wszystkich republikanów - rozczarowanych robotników, ruchy ewangeliczne, libertarian z Wall Street, primadonny z telewizyjnych poczekalni i rekonstrukcjonistów bostońskiego picia herbaty w trójkątnych kapeluszach z epoki - to przeświadczenie, że Hillary Clinton w żaden sposób się im nie przysłuży, a jeszcze może namąci im w świecie. U Schlappów była to jedna z głównych prawd wiary, podobnie jak na imprezach CPAC. Kiedy więc przyszło do decyzji, czy wyrzec się Trumpa po słowach o "łapaniu za cipę", jego trzynastoletnia córka, jak opowiadał mi Matt, zadała pytanie: czemu chciałby zrobić coś, co pomogłoby Hillary Clinton? I tak ostatecznie Schlappowie stali się modelowym przykładem osób, które przesądziły o wyniku wyborów w roku 2016: ludzi uznających Donalda Trumpa za lepszą z dwóch opcji.
Bo dla Matta i Mercy taki właśnie był. Ona przyjęła w Białym Domu posadę dyrektorki do spraw komunikacji strategicznej, a on mógł mówić klientom, że ma dostęp do prezydenta i wpływy u niego, co okazało się całkiem lukratywne. W roku, kiedy Trump objął prezydenturę, Cove Strategies zarobiło sześćset tysięcy. W ostatnim roku jego rządów zysk firmy wyniósł już dwa miliony czterysta tysięcy.
Wespół zarabiali tyle, że z naddatkiem wystarczyło na przeprowadzkę na Mansion Drive, gdzie przez pewien czas z żurawia przed domem wywieszali gigantyczną flagę z Trumpem.
- Chyba mam COVID - odezwała się jakaś kobieta, nim ciężko siadła na ogrodowej leżance.
Znów jesteśmy u Leah, tym razem na dachu. Mężczyzna w czapce mikołaja wrzucał polana do ognia na palenisku. Wszędzie stały talerzyki z pokrojonym salami.
- Znowu?
- Nigdy przedtem nie miałam!
- A wtedy w Vermont?
- A co ty robiłaś w Vermont? - zdziwił się inny gość.
- A, podczas pandemii kupiłam tam dom.
Przyjęcie bożonarodzeniowe u Leah nie miało sprecyzowanego tematu, ale z grubsza dałoby się go określić tak: "Spróbujmy się bawić, choć wali się świat".
Dzień wcześniej zdiagnozowano w stolicy pierwszy przypadek wariantu omikron, były znaki wskazujące, że demokraci stracą większość w obu izbach Kongresu na rzecz osuwającej się coraz głębiej w autorytaryzm Partii Republikańskiej, a na domiar złego piekarnik Leah wziął i wysiadł akurat tuż przed tym, jak zaczęli się schodzić goście.
- Muszę trochę lepiej pospinać organizację przyjęć - westchnęła, wnosząc na dach tacę zamówionych na wynos etiopskich przystawek.
Dla waszyngtońskiej koalicji liberałów nadszedł czas wielkiej mobilizacji, więc Leah gryzła się tym, że nie pojawił się Ron Klain, szef personelu Białego Domu. Nie wiedziała też, co sądzić o tym, że zaproszenie odrzucił jej sąsiad i okazjonalny internetowy polemista, Matthew Yglesias, młody zdolny (w średnim wieku). Yglesias, liberalny bloger z żyłką pieniacza, który na rozsyłanym przez Substack biuletynie zarabiał wraz z żoną redaktorką niemal milion dolarów rocznie, był często krytykowany przez leftawkę. "To mi wygląda na pułapkę" - napisał wspólnemu znajomemu o zaproszeniu Leah (jej samej powiedział, że ma opiekę nad dzieckiem).
Była jednak zadowolona, bo zjawili się goście z biura Cori Bush, no i każda impreza, na którą przybył Rohit Chopra, jej bliski przyjaciel i szef Urzędu Ochrony Finansowej Konsumentów, była jej zdaniem imprezą udaną.
Dla waszyngtońskiej lewicy Chopra miał status niemal bohatera. Niedawno został zatwierdzony przez Senat, większością pięćdziesiąt do czterdzieści osiem, na dyrektora tej agencji, wymarzonej przez senatorkę Elizabeth Warren i powołanej przez prezydenta Obamę w odpowiedzi na kryzys w 2008 roku. Zadaniem urzędu była ochrona ludzi przed łupieżczymi praktykami banków i rozmaitymi oszustwami finansowymi.
- Jestem chujkiem z administracji państwowej! - oznajmił zebranym.
Stał na dachu u boku Todda Schultego, również absolwenta Harvardu, dyrektora grupy zajmującej się reformą polityki imigracyjnej.
- Często zdarzają ci się wspominki ze studiów? - zagadnął go Schulte.
- Raczej nie, chyba że opowiadam, jak obaliliśmy Larry'ego Summersa - odparł Chopra (był przewodniczącym samorządu studenckiego w 2004 roku, a Summers, ekonomista faworyzowany przez liberałów z establishmentu, wyklinany zaś przez postępowców, ustąpił ze stanowiska rektora uczelni niemal dwa lata później).
- Obaliliście Larry'ego Summersa? - zapytał ktoś z ich słuchaczy.
- Ja nie - stwierdził Schulte. - Ja tylko ciągle grałem w waterpolo.
- Grałeś w waterpolo z Larrym Summersem?
Leah lubiła mieć gości w domu, ale był to też element planu. Jak powiedział mi jej przyjaciel Alan Green, również obecny na przyjęciu założyciel postępowej organizacji aktywizującej wyborców, Leah rozumiała, że łącząc ludzi, sama odnosi korzyści.
- Kiedy na sali nikt nie jest najważniejszy, każdy, kto tam wchodzi, zyskuje na sile, a ten, kto to organizuje, zyskuje wpływy - wyjaśniał.
W ciągu nadchodzącego roku Leah zamierzała robić różne takie "zloty" - przyjęcia, eleganckie kolacje, może i konferencję - zbierać na nich śmietankę umysłów demokratów i w ten sposób pomóc wytyczyć przyszły szlak partii.
- Republikanom opłaciło się wyklarowanie narracji o gospodarce - stwierdziła. - Kiedy robimy takie sondaże, wszyscy skupiają się głównie na gospodarce, ale jeśli spytać wyborców, jaki jest w tej kwestii przekaz demokratów, dostaje się masę przeróżnych odpowiedzi.
Wiedziała, że republikanie uwielbiają atakować bliskich jej kandydatów (jak Mandela Barnes) za chęć "obcięcia funduszy policji", jednocześnie twierdząc, że sami mają lepszy program gospodarczy. Leah liczyła, że demokraci zdołają znów stać się partią klas pracujących dzięki swego rodzaju "populizmowi inkluzywnemu", podkreślającemu wartość związków zawodowych, postulującemu podwyżki płacy minimalnej, płatne chorobowe, zmuszenie bogaczy, żeby płacili odpowiednio wysokie podatki. Czy to dziwne, że nowojorska dziedziczka wielkiej fortuny miałaby być twarzą robociarskiej rewolucji? Pewnie. Ale republikanom podobna sztuczka się udała.
Niemniej jednak Leah zaczynała mieć wątpliwości co do obranej drogi życiowej. Nie cierpiała zbierać funduszy. Drażniły ją napięcia wewnątrz samej Partii Demokratycznej. A w głębi ducha niepokoiła się, że ludzie interesują się nią tylko ze względu na rodzinną fortunę.
Świetnie wiedziała, że w polityce pieniądze i władza, choć ściśle się ze sobą wiążą, to niekoniecznie to samo. Mogłaby przyswoić tę lekcję prosto od dziadka. H. L., jako miliarder, dzwonił sobie do prezydentów i innych światowych przywódców, kiedy tylko naszła go ochota. Ściągał takich ważniaków na kolacje sześć dni w tygodniu. Ale jak ujmowała to Swanee, choć był w tym kręgu, to jednak nie był z tego kręgu - a przez to nigdy do końca nie zrozumiał, jak posługiwać się polityczną siłą, której tak pragnął. Jedna ilustrująca to anegdota trafiła do jego biografii: kiedyś, pod koniec życia miliardera, widziano go, jak na Konwencji Krajowej Partii Republikańskiej, zamiast zamknąć się w którymś z pełnych cygarowego dymu gabinetów i konferować z tymi u władzy, wędrował po korytarzach i przez szczeliny pod drzwiami wsuwał swoje broszurki z nadzieją, że ktoś przeczyta to, co ma do powiedzenia.
- Ludzie myślą, że był taki potężny, ale ja tego wcale nie widziałam - mówiła mi Leah. - Był z niego taki straszny prowincjusz.
W Waszyngtonie bycie osobą, u której chętnie zjawiają się inni, może się naprawdę opłacić. Leah, żadna prowincjuszka, swoją imprezą świąteczną dowodziła, że jest właśnie kimś takim. Jeśli jednak chciała zyskać poważne wpływy, to był dopiero początek drogi.
Wieczór przechodził w noc, butelki wina z napoczętych zmieniały się w puste. Nikt tu nie był tak naiwny, by wierzyć, że wszystko wróciło do normy. Republikanie niespodziewanie wygrali walkę o fotel gubernatora Wirginii, podsyciwszy negatywne reakcje na obostrzenia pandemiczne i na włączenie do programu szkół "krytycznej teorii rasy" (przez ten slogan należy zasadniczo rozumieć omawianie faktu, że społeczeństwa Zachodu nadal są rasistowskie na poziomie instytucjonalnym). Demokraci koniec pierwszego roku u władzy spędzili na publicznych kłótniach o zakres i kształt swojego programu, co raczej nie zrobiło dobrego wrażenia na tych, którzy mieliby zagłosować w wyborach połówkowych. W partii zaświtała świadomość, że sytuacja może się już tylko pogarszać - że wewnętrzne spory ugrupowania rządzącego skromną większością będą się wydawały błogim czasem w porównaniu z tym, co zgotuje Kongres zdominowany przez republikanów.
Do kolejnych wyborów mieli jedenaście miesięcy. Niemal rok, żeby wykorzystać większość w obu izbach Kongresu do przegłosowania jakichś ustaw, które mogłyby odmienić jakość życia obywateli, zwiększyć szanse na zwycięstwo przy urnach. Zawsze to jakaś pociecha. Podobnie jak cudowny chłodny wietrzyk na tarasie domu Leah, będący niczym prezent za miesiące spędzone wśród czterech ścian.
- Cieszmy się tym - odezwał się ktoś spośród gości chłonących widok centrum Waszyngtonu. - Nim zapadnie mrok.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.