Wąska droga między pragnieniami. Kroniki królobójcy. Tom 2.6 - Partick Rothfuss

Kup ebooka

37.99 zł
29.63 zł (20,88 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Świt: Kunszt

Bast pra­wie wyszedł tyl­nymi drzwiami gospody Way­stone.

Prak­tycz­nie był na zewnątrz. Obie jego stopy znaj­do­wały się za pro­giem, a drzwi od zamknię­cia dzie­liła tylko szcze­lina.

Wtedy usły­szał głos swo­jego mistrza i zamarł. Wie­dział, że się nie zdra­dził. Znał dokład­nie każdy sub­telny dźwięk, jaki mogła wydać karczma. Znał nie tylko pro­ste sztuczki, które dziecko mogłoby uznać za sprytne, jak nie­sie­nie butów w ręku, wcze­śniej­sze otwar­cie skrzy­pią­cych drzwi, tłu­mie­nie kro­ków na dywa­nie...

Nie. Bast był lep­szy. Potra­fił się prze­miesz­czać, led­wie poru­sza­jąc powie­trze. Wie­dział, które schody stę­kają, gdy poprzed­niej nocy padał deszcz, które okna łatwo się otwie­rają, a któ­rymi okien­ni­cami szar­pie wiatr. Potra­fił stwier­dzić, kiedy okrężna droga przez szczyt dachu wywoła mniej hałasu niż zwy­kłe przej­ście gór­nym kory­ta­rzem.

Nie­któ­rym by to wystar­czyło. Ale pod­czas rzad­kich oka­zji, kiedy naprawdę mu na tym zale­żało, Bast uzna­wał suk­ces za rów­nie nie­cie­kawy jak woda w rowie. Niech inni zado­wolą się zwy­kłą dosko­na­ło­ścią. On był arty­stą.

Z tego powodu wie­dział, że praw­dziwa cisza jest nie­na­tu­ralna. Dla uważ­nego ucha brzmi jak nóż w ciem­no­ści.

Kiedy więc sunął przez pustą karczmę, grał na deskach pod­łogi jak na instru­men­cie. Wes­tchnie­nie, pauza, klik­nię­cie, skrzyp­nię­cie. Dźwięki, które gościa mogłyby wybić ze snu. Ale dla kogoś, kto tam miesz­kał... to nie było nic nad­zwy­czaj­nego. Mniej niż nic. To był przy­jemny odgłos cięż­kich belek osia­da­ją­cych powoli w ziemi, łatwy do zigno­ro­wa­nia, jak poufała kochanka obra­ca­jąca się obok cie­bie w łóżku.

Wie­dząc to wszystko, Bast spoj­rzał na drzwi. Pil­no­wał, żeby mosiężne zawiasy były zawsze naoli­wione, ale i tak prze­su­nął swój chwyt i uniósł drzwi, by ich cię­żar nie opie­rał się na zawia­sach. Dopiero wtedy powoli zamknął je za sobą. Ćma naro­bi­łaby wię­cej hałasu.

Wypro­sto­wał się i uśmiech­nął, wyraz twa­rzy miał miły, prze­bie­gły i dziki. W tym momen­cie wyglą­dał mniej jak dziar­ski mło­dzie­niec, a bar­dziej jak nie­grzeczne dziecko, które ukra­dło księ­życ i zamie­rzało go zjeść jak cien­kie blade srebrne ciastko. Jego uśmiech przy­po­mi­nał zni­ka­jący sierp księ­życa - ostry, biały i nie­bez­pieczny.

- Bast! - Z karczmy ponow­nie dobie­gło woła­nie, tym razem gło­śniej­sze.

Nic tak pro­stac­kiego jak krzyk. Jego mistrz nie wrzesz­czał niczym rol­nik nawo­łu­jący krowy, ale głos niósł się jak dźwięk myśliw­skiego rogu. Bast poczuł, że cią­gnie go na podo­bień­stwo dłoni zaci­śnię­tej wokół serca.

Wes­tchnął, po czym otwo­rzył drzwi i żwawo wszedł z powro­tem do środka. Jego chód przy­po­mi­nał taniec. Był ciem­no­włosy, wysoki i piękny. Kiedy się krzy­wił, twarz na­dal miał mil­szą niż ci, któ­rzy się uśmie­chali.

- Tak, Reshi? - zawo­łał pro­mien­nie.

Po chwili karcz­marz wszedł do kuchni.

Miał rude włosy, a na sobie czy­sty biały far­tuch. Oka­zy­wał bez­na­miętny spo­kój, jak wszy­scy znu­dzeni obe­rży­ści świata. Mimo wcze­snej pory wyglą­dał na zmę­czo­nego.

Wrę­czył Bastowi opra­wioną w skórę książkę.

- Pra­wie o niej zapo­mnia­łeś - powie­dział bez cie­nia sar­ka­zmu.

Bast udał zasko­cze­nie.

- Och! Dzię­kuję, Reshi!

- Nie ma sprawy, Bast. - Usta karcz­ma­rza uło­żyły się w uśmiech. - Skoro wycho­dzisz, nie miał­byś nic prze­ciwko temu, żeby przy­nieść kilka jajek?

Wsu­wa­jąc książkę pod pachę, Bast ski­nął głową.

- Coś jesz­cze? - zapy­tał.

- Może tro­chę mar­che­wek? Myślę, że dziś wie­czo­rem zro­bimy gulasz. Jest Fel­ling, więc musimy być przy­go­to­wani na tłum.

Uniósł lekko kącik ust.

- Jajka i mar­chewka - powtó­rzył Bast.

Karcz­marz zaczął się odwra­cać, po czym się zatrzy­mał.

- Och, wczo­raj szu­kał cię tutaj chło­pak Til­ma­nów.

Bast z wyra­zem zdzi­wie­nia na twa­rzy prze­chy­lił głowę.

- To chyba syn Jes­soma? - pod­dał obe­rży­sta, trzy­ma­jąc rękę mniej wię­cej na wyso­ko­ści klatki pier­sio­wej. - Ciemne włosy. Nazywa się... - Urwał i zmru­żył oczy, pró­bu­jąc sobie przy­po­mnieć.

- Rike. - Bast pod­rzu­cił imię jak bryłkę roz­ża­rzo­nego żelaza, po czym szybko mówił dalej, mając nadzieję, że jego mistrz niczego nie zauważy: - Til­ma­no­wie to drwale na połu­dnie od mia­sta. Nie mają żon ani dzieci. Czy to był Rike Wil­liams? Ciemne oczy. Nie­chlujny. - Bast namy­ślał się chwilę, zasta­na­wia­jąc się, jak ina­czej mógłby opi­sać chłopca. - Praw­do­po­dob­nie zacho­wy­wał się ner­wowo. Jakby sta­rał się niczego nie ukraść.

Ostat­nie słowa spra­wiły, że na twa­rzy karcz­ma­rza poja­wił się błysk roz­po­zna­nia, ski­nął głową.

- Szu­kał cię, ale nie zosta­wił żad­nej wia­do­mo­ści... - Uniósł brew, patrząc na Basta. Jego spoj­rze­nie mówiło wię­cej niż słowa.

- Nie mam zie­lo­nego poję­cia, czego chce - rzekł Bast, co zabrzmiało szcze­rze. I był szczery. Jed­nak wie­dział lepiej niż kto­kol­wiek inny, ile to jest warte. Nie wszystko złoto, co się świeci, a cza­sem warto się tro­chę posta­rać, żeby wydać się tym, kim się jest naprawdę.

Kiw­nąw­szy głową, karcz­marz wydał nie­ar­ty­ku­ło­wany dźwięk i ruszył z powro­tem do ogól­nej izby. Jeżeli powie­dział coś wię­cej, Bast już tego nie usły­szał, gdyż biegł lekko po zro­szo­nej tra­wie w zaska­ku­jąco nie­bie­sko­sza­rym świe­tle świtu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki