Warzywa zjedz, mięso zostaw - Natalia Mędrak-Ruda

Kup ebooka

39.90 zł
31.92 zł (29,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
Co­py­ri­ght ? Na­ta­lia Mętrak-Ruda, 2022 Co­py­ri­ght ? Wy­daw­nic­two Po­zna­ńskie sp. z o.o., 2022
Re­dak­tor ini­cju­jący: Szy­mon Lan­gow­ski
Re­dak­tor pro­wa­dzący: An­drzej Szew­czyk
Mar­ke­ting i pro­mo­cja: Ka­ta­rzy­na Schin­kel-Bar­ba­rzak
Re­dak­cja: Mar­ty­na M. Le­ma­ńczyk
Re­dak­cja me­ry­to­rycz­na: dr Da­wid Bar­ba­rzak
Ko­rek­ta: Mag­da­le­na Mie­rze­jew­ska, Be­ata Wój­cik
Pro­jekt ty­po­gra­ficz­ny se­rii i ła­ma­nie: Ma­te­usz Cze­ka­ła
Pro­jekt gra­ficz­ny se­rii i okład­ki: To­masz Ma­jew­ski
Zdjęcie au­tor­ki: ? Kon­rad Ciok
Ilu­stra­cje we wnętrzu ksi­ążki:
s. 16, 48, 64, 71, 95, 118, 123, 135, 163, 170, 173, 179, 191, 215, 216, 221, 227, 239, 241, 253, 261: Do­me­na pu­blicz­na
s. 26, 60, 87, 141, 147, 150: Wi­ki­me­dia Com­mons
s. 112: ? Scien­ce Hi­sto­ry Ima­ges / Ala­my Stock Pho­to
s. 125: ? Bra­vo Ima­ges / Ala­my Stock Pho­to
s. 186, 192, 200, 210: Do­me­na pu­blicz­na / Po­lo­na.pl
s. 233: ? PA Ima­ges / Ala­my Stock Pho­to
s. 250: ? Fer­ra­ri Press / East News
Ze­zwa­la­my na udo­stęp­nia­nie okład­ki ksi­ążki w in­ter­ne­cie.
ISBN 978-83-67324-96-0
Wy­daw­nic­two Po­zna­ńskie Sp. z o.o. ul. Fre­dry 8, 61-701 Po­znań tel. 61 853-99-10 re­dak­cja@wy­daw­nic­two­po­znan­skie.pl www.wy­daw­nic­two­po­znan­skie.pl
Kon­wer­sja: eLi­te­ra s.c.

Wstęp

Był schy­łek XX wie­ku, a ja wła­śnie sko­ńczy­łam pod­sta­wów­kę i wy­bie­ra­łam się w pierw­szą pod­róż do mia­sta mo­ich ma­rzeń - Lon­dy­nu. Mia­łam się tam uczyć an­giel­skie­go i zwie­dzać, ale też spo­tkać się z przy­ja­ció­łką mo­jej mamy ze stu­diów oraz jej mężem. Ania i Ja­cek, któ­rzy wy­emi­gro­wa­li do Wiel­kiej Bry­ta­nii wie­le lat wcze­śniej, byli dow­cip­ni i sym­pa­tycz­ni, a ich atrak­cyj­no­ść po­głębia­ły w mo­ich oczach dwa fak­ty. Po pierw­sze miesz­ka­li w Lon­dy­nie. Po dru­gie byli we­ge­ta­ria­na­mi.

Nie pa­mi­ętam, kie­dy do­kład­nie usły­sza­łam o we­ge­ta­ria­ni­zmie po raz pierw­szy - wy­da­je mi się, że daw­no temu, pod­czas zor­ga­ni­zo­wa­nych wcza­sów w Kry­ni­cy Gór­skiej, ktoś tłu­ma­czył mi, że pan sie­dzący w sto­łów­ce przy sto­li­ku obok do­sta­je inny obiad, po­nie­waż jest ja­ro­szem, ale wte­dy chy­ba przy­jęłam tę in­for­ma­cję bez wi­ęk­sze­go za­in­te­re­so­wa­nia. W dzie­ci­ństwie nie prze­pa­da­łam za mi­ęsem i nikt spe­cjal­nie nie zmu­szał mnie, że­bym je ja­dła - moja mama, ita­lia­nist­ka, już w la­tach dzie­wi­ęćdzie­si­ątych przy­go­to­wy­wa­ła spo­ro ma­ka­ro­nów i wa­rzyw­nych za­pie­ka­nek, a z kuch­ni bab­ci pa­mi­ętam przede wszyst­kim fan­ta­stycz­ne da­nia na ba­zie twa­ro­gu - pie­ro­gi ru­skie, gzik z ziem­nia­ka­mi, klu­ski z se­rem i czosn­kiem. Pew­ne­go dnia, po moim pierw­szym świa­do­mym spo­tka­niu z parą we­ge­ta­rian, któ­rzy zde­cy­do­wa­li się prze­jść na tę die­tę pod wpły­wem lek­tu­ry wy­da­nej w Pol­sce w 1985 roku ksi­ążecz­ki Ochra­niać wszel­kie ży­cie ame­ry­ka­ńskie­go na­uczy­cie­la bud­dy­zmu zen, Phi­li­pa Ka­ple­au, oznaj­mi­łam ro­dzi­nie, że prze­sta­ję jeść mi­ęso - ale na ni­kim nie zro­bi­ło to wi­ęk­sze­go wra­że­nia.

Dziś wiem, że mia­łam dużo szczęścia: cho­ciaż na prze­ło­mie XX i XXI wie­ku je­dy­nym zna­nym mi we­ge­ta­ria­ńskim lo­ka­lem w War­sza­wie był bar Vega na ty­łach kina Fe­mi­na (w od­ró­żnie­niu od kina, ist­nie­je on do dziś), a w skle­pach nie było ca­łej tej ob­fi­to­ści ro­ślin­nych pro­duk­tów "mi­ęsnych", wędlin i go­to­wych dań, jaką mo­że­my zna­le­źć dzi­siaj, spo­tka­łam się ze zro­zu­mie­niem, pod­czas gdy w wie­lu ro­dzi­nach na­wet te­raz taka de­cy­zja pod­jęta przez na­sto­lat­kę mo­gła­by zo­stać uzna­na za fa­na­be­rię i zlek­ce­wa­żo­na.

A jed­nak nie ule­ga wąt­pli­wo­ści, że ży­je­my w cza­sach wy­jąt­ko­wych, je­śli cho­dzi o (nie)je­dze­nie mi­ęsa. Przez lata we­ge­ta­ria­nizm był trak­to­wa­ny jako prąd mar­gi­nal­ny, szu­flad­ka dla nie­szko­dli­wych dzi­wa­ków i hi­po­chon­dry­ków, do­me­na hi­pi­sów, krysz­now­ców i lu­dzi o sła­bych żo­łąd­kach - dziś zna­la­zł się w cen­trum pu­blicz­nej de­ba­ty. Pro­duk­ty we­ge­ta­ria­ńskie oraz we­ga­ńskie (to zna­czy ce­lo­wo wy­two­rzo­ne bez mi­ęsa lub wszel­kich skład­ni­ków od­zwie­rzęcych i sprze­da­wa­ne pod ta­kim szyl­dem) nie kry­ją się już smęt­nie w kącie su­per­mar­ke­tu, lecz prężą dum­nie obok tych "nor­mal­nych". Ro­ślin­ne od­po­wied­ni­ki mi­ęsa i na­bia­łu są pro­du­ko­wa­ne za­rów­no przez małe fir­my, jak i przez wiel­kie kor­po­ra­cje, któ­re nie mogą już igno­ro­wać mody na bez­mi­ęsno­ść. W du­żych mia­stach we­ge­ta­ria­ńskie lo­ka­le są oczy­wi­sto­ścią, ale i w mniej­szych po­ja­wia­ją się co­raz częściej, prze­ła­mu­jąc przy­zwy­cza­je­nie do ko­tle­ta jako nie­odłącz­ne­go ele­men­tu obia­du. Co­raz częściej mo­żna też zje­ść we­ge­ta­ria­ński po­si­łek w szpi­ta­lu, w szko­le, w żłob­ku, a na­wet na pol­skim we­se­lu. Po­pu­lar­no­ść zdo­by­wa ta­kże die­ta we­ga­ńska, wy­klu­cza­jąca wszel­kie pro­duk­ty od­zwie­rzęce. Wpraw­dzie przez wie­lu wci­ąż bywa ona uwa­ża­na za nie­smacz­ną, dziw­ną, dro­gą czy prze­sad­nie re­stryk­cyj­ną, jest jed­nak co­raz po­wszech­niej przed­sta­wia­na jako wy­bór po­zwa­la­jący unik­nąć wie­lu cho­rób cy­wi­li­za­cyj­nych, ró­żno­rod­ny i atrak­cyj­ny, a przede wszyst­kim naj­bar­dziej od­po­wie­dzial­ny z punk­tu wi­dze­nia przy­szło­ści pla­ne­ty w do­bie ka­ta­stro­fy kli­ma­tycz­nej.

Po­wo­dy pod­jęcia de­cy­zji o re­zy­gna­cji z mi­ęsa mogą być ró­żne. Po pierw­sze eko­lo­gicz­ny, kie­dy chce się zmniej­szyć swój ślad węglo­wy, wzra­sta­jący dra­ma­tycz­nie z winy wspó­łcze­snej ho­dow­li prze­my­sło­wej, zwłasz­cza naj­bar­dziej "za­so­bo­chłon­nej" ho­dow­li by­dła na mle­ko i mi­ęso. Po dru­gie etycz­ny - wi­ążą się z nim ta­kie po­jęcia, jak "pra­wa zwie­rząt" czy "szo­wi­nizm ga­tun­ko­wy", a punk­tem wy­jścia jest wspó­łczu­cie wo­bec czu­jących istot, ho­do­wa­nych często w strasz­li­wych wa­run­kach. Po trze­cie zdro­wot­ny - bo o ko­rzy­ściach die­ty bez­mi­ęsnej (na­wet u dzie­ci, co jesz­cze kil­ka de­kad temu wy­da­wa­ło się nie­wy­obra­żal­ne) prze­ko­nu­je co­raz wi­ęcej le­ka­rzy i die­te­ty­ków, a wie­le cho­rób, ta­kich jak nad­ci­śnie­nie, cu­krzy­ca czy rak je­li­ta gru­be­go, wi­ąże się mniej lub bar­dziej bez­po­śred­nio z nad­mier­ną obec­no­ścią pro­duk­tów po­cho­dze­nia zwie­rzęce­go w ja­dło­spi­sie. Wresz­cie ta­kim po­wo­dem może być strach przed mi­ęsem ni­skiej ja­ko­ści, "na­fa­sze­ro­wa­nym an­ty­bio­ty­ka­mi i hor­mo­na­mi", ze zwie­rząt "kar­mio­nych nie wia­do­mo czym" i "ho­do­wa­nych nie wia­do­mo jak". Wspó­łcze­śnie w świe­cie Za­cho­du mniej istot­ne są przy­czy­ny re­li­gij­ne, choć i one za­cho­wu­ją pew­ne zna­cze­nie - szcze­gól­nie dla nie­któ­rych hin­du­istów, człon­ków ru­chu Hare Krysz­na, bud­dy­stów, jak też ame­ry­ka­ńskich Ad­wen­ty­stów Dnia Siód­me­go.

Ale skąd wła­ści­wie wzi­ął się we­ge­ta­ria­nizm? Kie­dy i gdzie uku­to to po­jęcie? O po­rzu­ca­niu mi­ęsa na­dal często my­śli się jako o nie­daw­nej "mo­dzie", któ­rą jed­ni ko­ja­rzą z hi­pi­sa­mi i ru­chem New Age, inni ze wspól­no­tą Hare Krysz­na albo za­chod­ni­mi bud­dy­sta­mi, po­strze­ga­ny­mi jako eks­cen­trycz­ne mniej­szo­ści. Dla wie­lu osób pierw­szym sko­ja­rze­niem będą, rzecz ja­sna, In­die, gdzie po­wsta­ła naj­star­sza i naj­wi­ęk­sza bez­mi­ęsna kul­tu­ra ku­li­nar­na. Rze­czy­wi­ście, sie­dem­na­sto­wiecz­ne "od­kry­cie In­dii" było dla pod­ró­żu­jących do po­łu­dnio­wej Azji bry­tyj­skich żo­łnie­rzy, in­te­lek­tu­ali­stów i mi­sjo­na­rzy nie tyl­ko kon­fron­ta­cją z In­nym, nie tyl­ko "oswa­ja­niem" przed­sta­wi­cie­li ca­łko­wi­cie od­mien­nej kul­tu­ry i re­li­gii, ale ta­kże "do­wo­dzi­ło na­ocz­nie, że na ro­ślin­nej stra­wie da się prze­żyć ma­so­wo i bez wy­ra­źnych po­wi­kłań zdro­wot­nych", jak na­pi­sał Tri­stram Stu­art w Bez­kr­wa­wej re­wo­lu­cji, zna­ko­mi­tej ksi­ążce o ów­cze­snych fi­lo­zo­ficz­nych de­ba­tach nad (nie)je­dze­niem mi­ęsa[1].

In­die były - i do dziś po­zo­sta­ją - wa­żną in­spi­ra­cją dla lu­dzi Za­cho­du, jed­nak de­ba­ty na te­mat tego, czy czło­wiek po­wi­nien jeść mi­ęso, to­czą się w Eu­ro­pie od cza­sów an­tycz­nych. Na py­ta­nie, kie­dy po­wstał eu­ro­pej­ski we­ge­ta­ria­nizm, da się więc od­po­wie­dzieć dwo­ja­ko. Mo­żna albo po­pro­wa­dzić hi­sto­rię tego ide­owe­go nur­tu od sta­ro­żyt­no­ści (a kon­kret­nie od cza­sów grec­kie­go fi­lo­zo­fa Pi­ta­go­ra­sa, któ­ry na wie­le stu­le­ci stał się pa­tro­nem bez­mi­ęsne­go ja­dło­spi­su), albo za­cząć opo­wie­ść o we­ge­ta­ria­ni­zmie od mo­men­tu, w któ­rym zo­stał on na­zwa­ny i skry­sta­li­zo­wał się jako nurt my­ślo­wy oraz me­to­da au­to­iden­ty­fi­ka­cji, to zna­czy od po­ło­wy XIX wie­ku.

Bry­tyj­skie Ve­ge­ta­rian So­cie­ty, pierw­sze to­wa­rzy­stwo o tym cha­rak­te­rze, po­wsta­ło w la­tach czter­dzie­stych XIX wie­ku w gro­nie człon­ków sek­ty Bi­ble Chri­stian Church, in­spi­ro­wa­nej my­ślą Swe­den­bor­ga. W Sta­nach Zjed­no­czo­nych istot­ną rolę ode­gra­li du­chow­ni pre­zbi­te­ria­ńscy - przede wszyst­kim Sy­lve­ster Gra­ham, od któ­re­go za­czerp­nęła na­zwę do­sko­na­le nam zna­na bu­łka gra­ham­ka, a zwłasz­cza Ad­wen­ty­ści Dnia Siód­me­go - bo wła­śnie tro­skę o zdro­wie, w tym po­wstrzy­my­wa­nie się od spo­ży­wa­nia mi­ęsa i na­po­jów al­ko­ho­lo­wych, uwa­ża­ją oni za je­den z wa­run­ków zba­wie­nia. Do ad­wen­ty­stów na­le­żał mi­ędzy in­ny­mi je­den z naj­słyn­niej­szych ame­ry­ka­ńskich we­ge­ta­rian prze­ło­mu wie­ków, die­te­tyk i le­karz John Ha­rvey Kel­logg, któ­re­go zna­my jako wspó­łwy­na­laz­cę płat­ków ku­ku­ry­dzia­nych - jego na­zwi­sko do dziś wid­nie­je na kar­to­no­wych pu­de­łkach płat­ków, obok cha­rak­te­ry­stycz­ne­go logo ko­gu­ta.

Wy­da­je się pa­ra­dok­sal­ne, że ko­rze­nie wspó­łcze­sne­go tren­du, tak sil­nie ko­ja­rzo­ne­go dziś bądź z du­cho­wo­ścią wscho­du, hin­du­izmem czy bud­dy­zmem, bądź z kontr­kul­tu­rą, hi­pi­sa­mi i wra­żli­wo­ścią le­wi­co­wą, tkwią jed­no­cze­śnie w asce­tycz­nym pro­te­stan­ty­zmie. Lecz we­ge­ta­ria­nizm prze­ło­mu XIX i XX wie­ku nie za­wsze był zwi­ąza­ny z re­li­gią, cze­go do­wo­dem jest dzia­łal­no­ść nie­słusz­nie dziś za­po­mnia­nych pol­skich mo­der­ni­stycz­nych ja­ro­szy, któ­rzy wy­da­wa­li po­świ­ęco­ne jar­stwu ksi­ążki ku­char­skie i cza­so­pi­sma, pro­wa­dzi­li bez­mi­ęsne sto­łów­ki i sa­na­to­ria, a przede wszyst­kim wpla­ta­li po­rzu­ce­nie mi­ęsa w in­te­lek­tu­al­ne prądy epo­ki, a na­wet łączy­li je z wal­ką o nie­pod­le­gło­ść. W ich po­sta­wach od­naj­du­je­my cały wa­chlarz fi­lo­zo­ficz­nych fa­scy­na­cji prze­ło­mu wie­ków, od sło­wia­no­fil­stwa przez na­cjo­na­lizm po so­cja­lizm; z jar­stwem eks­pe­ry­men­to­wa­li i en­de­cy, i ko­mu­ni­ści. Dziś, kie­dy - nie za­wsze słusz­nie - re­zy­gna­cja z mi­ęsa ko­ja­rzy się przede wszyst­kim z le­wi­cą, ta ró­żno­rod­no­ść jest tym bar­dziej cie­ka­wa.

Jed­nak prze­ko­na­nie o le­wi­co­wo­ści we­ge­ta­ria­ni­zmu nie wzi­ęło się zni­kąd. Dzie­ło wiel­kich re­for­ma­to­rów ame­ry­ka­ńskie­go sty­lu ży­cia, ta­kich jak Gra­ham i Kel­logg, kil­ka­dzie­si­ąt lat pó­źniej kon­ty­nu­owa­li bo­wiem hi­pi­si. To wła­śnie kontr­kul­tu­ra i ży­wie­nio­wa re­wo­lu­cja lat sie­dem­dzie­si­ątych ma bez­po­śred­nie prze­ło­że­nie na to, jak dzi­siaj my­śli­my o we­ge­ta­ria­ni­zmie i co je­dzą we­ge­ta­ria­nie. Wte­dy też - a więc już po upo­wszech­nie­niu się ho­dow­li prze­my­sło­wej - za­częto na szer­szą ska­lę mó­wić o eko­lo­gicz­nej prze­wa­dze die­ty we­ge­ta­ria­ńskiej, na­to­miast w po­ło­wie lat sie­dem­dzie­si­ątych Wy­zwo­le­nie zwie­rząt Pe­te­ra Sin­ge­ra roz­po­częło na do­bre ruch na rzecz ich praw. Siłą rze­czy we­ge­ta­ria­nizm jest dziś le­wi­co­wy o tyle, o ile jest eman­cy­pa­cyj­ny, o ile prze­ma­wia w obro­nie słab­szych, w tym przy­pad­ku - zwie­rząt po­za­ludz­kich[1*].

Tym­cza­sem od po­ło­wy XX wie­ku po­wo­lut­ku ro­śnie w siłę we­ga­nizm. Pierw­sze we­ga­ńskie sto­wa­rzy­sze­nie, Ve­gan So­cie­ty, zo­sta­ło po­wo­ła­ne do ży­cia w 1944 roku przez bry­tyj­skich zwo­len­ni­ków "bez­na­bia­ło­we­go we­ge­ta­ria­ni­zmu", z Do­nal­dem Wat­so­nem na cze­le. Zna­nym orędow­ni­kiem die­ty w pe­łni ro­ślin­nej był bry­tyj­ski dra­ma­turg Geo­r­ge Ber­nard Shaw, ale do­pie­ro wiek XXI przy­nió­sł jej roz­głos i po­pu­lar­no­ść wśród sław, ta­kich jak Moby, Na­ta­lie Port­man czy Jo­aqu­in Pho­enix, któ­re ak­tyw­nie an­ga­żu­ją się w "kwe­stię zwie­rzęcą". We­ga­nizm od­rzu­ca ho­dow­lę prze­my­sło­wą, do­strze­ga­jąc okru­cie­ństwo wi­ążące się z prze­my­słem mle­czar­skim i ja­jecz­nym, jak rów­nież po­zo­sta­wia­ny przez nie ślad węglo­wy. Po­pu­lar­no­ść wspó­łcze­sne­go "ro­śli­no­żer­stwa" wy­ni­ka jed­nak nie tyl­ko z ety­ki. Choć mi­ło­ść do zwie­rząt i tro­ska o pla­ne­tę wy­da­ją się jego głów­ną pod­bu­do­wą, sta­ło się ono też - obok jogi, prak­ty­ki mind­ful­ness czy wa­ka­cji w eko­lo­gicz­nych agro­tu­ry­sty­kach - ele­men­tem "do­bre­go ży­cia", wy­zna­cza­ne­go przez po­jęcia ta­kie jak wel­l­ness i self-care. Po­wsta­wa­nie licz­nych al­ter­na­tyw dla mi­ęsa i na­bia­łu nie jest ni­czym no­wym, jak mo­żna się prze­ko­nać, cho­ćby stu­diu­jąc sta­ro­pol­skie ksi­ążki ku­char­skie, ale i za­gląda­jąc do la­bo­ra­to­rium bra­ci Kel­log­gów. Może to być do­wo­dem na to, że wca­le nie post i ogra­ni­cza­nie się są przy­szło­ścią we­ga­ni­zmu, lecz ra­czej he­do­ni­stycz­na die­ta ro­ślin­na bez wy­rze­czeń, ła­twiej­sza do za­ak­cep­to­wa­nia dla nie­ustan­nie łak­nące­go przy­jem­no­ści i wy­go­dy czło­wie­ka XXI wie­ku.

"Trze­ba py­tać o tego, kto pierw­szy to wszyst­ko roz­po­czął, nie zaś o tego, któ­ry dużo pó­źniej za­prze­stał"[2] - pi­sał je­den z naj­wi­ęk­szych sta­ro­żyt­nych orędow­ni­ków wy­rze­cze­nia się mi­ęsa, Plu­tarch, zwra­ca­jąc uwa­gę na pa­ra­doks, z któ­rym do dziś mu­szą się mie­rzyć we­ge­ta­ria­nie. Dla­cze­go to oni bez­u­stan­nie mu­szą się tłu­ma­czyć ze swo­je­go wy­bo­ru, a nie ci, któ­rzy często dla czczej przy­jem­no­ści pod­nie­bie­nia za­bi­ja­ją swo­ich "bra­ci mniej­szych" i na­ra­ża­ją ich na cier­pie­nie, pro­wa­dzą nie­zwy­kle za­so­bo­chłon­ną ho­dow­lę, a przy tym często sami z pew­nym obrzy­dze­niem pod­cho­dzą do su­ro­wych ka­wa­łków zwie­rzęce­go cia­ła? Po części wy­ni­ka to po pro­stu z fak­tu, że we­ge­ta­ria­nie są w mniej­szo­ści; po części zaś z tego, że swo­ją de­cy­zją pod­wa­ża­ją fun­da­men­ty, na któ­rych opie­ra się wspól­no­ta. Cho­ciaż w pó­źniej­szych dzie­jach za­chod­niej kul­tu­ry śmie­rć zwie­rzęcia i jego mi­ęso nie mie­wa­ły już rów­nie sil­ne­go zna­cze­nia re­li­gij­ne­go co w sta­ro­żyt­nej Gre­cji, prze­trwa­ło jego zna­cze­nie eko­no­micz­ne i sym­bo­licz­ne jako wy­ró­żni­ka sta­tu­su i bo­gac­twa, a cza­sem na­ro­do­wej to­żsa­mo­ści. We­ge­ta­ria­nizm przez dłu­gie stu­le­cia po­zo­sta­wał do­me­ną dzi­wa­ków, eks­cen­try­ków i wi­zjo­ne­rów. Po­znaj­my ich.

Ka­ry­ka­tu­ra Der Ve­ge­ta­ria­ner (We­ge­ta­ria­nin) au­tor­stwa Ed­mun­da Har­bur­ge­ra, 1879.

Za­pra­sza­my do za­ku­pu pe­łnej wer­sji ksi­ążki