Wartogłów - Molier

Kup ebooka

12.49 zł
10.24 zł (9,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

SCENA II

LELJUSZ, MASKARYL.

LELJUSZ: Och, Maskarylu!... MASKARYL: Cóż tam? LELJUSZ: Źle rzecz cała stoi; Wszystko przeciw miłości spiknęło się mojej: Leander kocha Celję i, mimo odmianę Mych uczuć, znów rywala pono w nim zastanę. MASKARYL: Leander kocha Celję! LELJUSZ: Wprost za nią szaleje. MASKARYL: Głupia sprawa. LELJUSZ: To grąży wszystkie me nadzieje. Lecz nie chcę się przedwczesnej oddawać rozpaczy; Mam ku pomocy ciebie: to także coś znaczy. Twoja biegłość we wszystkich podstępach niezwykła Choćby największą trudność szczęśliwie rozwikła, Ty mógłbyś nosić miano wszech-służących króla; I w całym świecie... MASKARYL: Ejże! zbyt się pan rozczula; Gdy kto nas potrzebuje, to biedaka pieści, Daje słodkie imiona, chwali co się zmieści: Lecz niech przyjdzie humoru najmniejsza odmiana, Już tylko kijów będę godny w oczach pana. LELJUSZ: Sądząc mnie tak niewdzięcznym, błąd popełniasz gruby. Ale pomówmy teraz o mej brance lubej; Mów, czy jest w świecie serce wrażliwe tak mało, Coby jej cudnym wdziękom oprzeć się umiało? Co do mnie, w każdym ruchu tej mojej królewny Jej krwi szlachetnej dowód widzę nazbyt pewny, I wierzę, że choć dzisiaj tak nędzne jej losy, Do świetniejszej ją doli stworzyły niebiosy. MASKARYL: Panu bo zawsze w głowie jakieś romantyki. Ale co powie Pandolf na pańskie wybryki? Wszakci to ojciec pański (tak przynajmniej mniema); Wiesz pan, że cierpliwości on zbyt wiele nie ma, I gdy mu dość już będzie tej obrazy boskiej, Łatwo może dać folgę swej furji ojcowskiej. Wszak dawno już z Anzelmem zamiar noszą w sercu, Byś z Hipolitą stanął na ślubnym kobiercu, Mniemając, iż tak tylko cud ten sprawić mogą, Abyś wreszcie rozsądku zaczął kroczyć drogą; Gdy pozna, że twój wybór, mimo jego chęci, Jakiejś obcej przybłędzie swe zapały święci, Że szalonej miłości płomień tak złowrogi Odwraca serce twoje z posłuszeństwa drogi, Bóg to wie, jakim gniewem rozpalić się gotów I ile panu spadnie na głowę kłopotów. LELJUSZ: A, dajże mi raz spokój ze swą retoryką! MASKARYL: Lepiej pan dałbyś spokój ze swą polityką! To na nic się nie zdało, i daleko prościej... LELJUSZ: Czy ty wiesz, że nie dobrze czyni, kto mnie złości? Że na kazania dzisiaj źle obrana pora, I że bardzo nie lubię lokaja męntora? MASKARYL na stronie: Gniewa się. Głośno: Ależ panie, wszystko com powiadał, To tylko były żarty, tylkom pana badał. Czyż ja mam minę wroga jakiejbądź uciechy? Czyliż mi w głowie karcić tak rozkoszne grzechy? Sam pan wie, że tak nie jest, i, przeciwnie zgoła, Raczej za zbyt płochego uchodzę dokoła. Żartuj pan sobie z kazań czcigodnego przodka, Rób swoje: ostatecznie, cóż cię złego spotka? Daję słowo! pocieszne mi się zawsze zdały Tych zawiędłych nudziarzy surowe morały; Cnota z musu, zawiści swej czyniąca zadość, I chcąca wydrzeć młodym wszelką życia radość. Słowem, talenty moje są na twe rozkazy. LELJUSZ: Nareszcie z ust twych słyszę rozsądku wyrazy. Słuchaj więc: miłość, którą dusza moja pała, W oczach mej lubej zrazu dość łaski spotkała; Lecz Leander oznajmił mi jawnie w tej chwili, Że, by mi wydrzeć Celję, całą chęć wysili: Toteż, spieszyć się trzeba: wytęż swoje zmysły, Jak, najszybszym sposobem, wesprzeć me zamysły; Znajdź chytrości, podstępy, fortele i zdrady, By czujności rywala zmylić wszystkie ślady. MASKARYL: Pozwólże mi pan nad tem podumać spokojnie.Na str.: Jakiejby sztuczki zażyć w tej miłosnej wojnie? LELJUSZ: No i cóż? masz plan jaki? MASKARYL: O, jaki pan żwawy! W mojej głowie tak szybko nie idą te sprawy. Wiem już, co zrobić trzeba... Nie, to do niczego. Ale, gdyby pan zechciał... LELJUSZ: Co? MASKARYL: Nie, nie, nic z tego. Zróbmy w ten sposób... LELJUSZ: Jaki? MASKARYL: Nie, pan nie wytrzyma. Ale, gdyby pan... LELJUSZ: Cóż więc? MASKARYL: I to sensu nie ma. Mów pan z Anzelmem. LELJUSZ: O czem? Znajdź sposoby inne. MASKARYL: To prawda; toby było spaść z deszczu pod rynnę. A przecież trzeba wybrnąć. Idź do Tryfaldyna. LELJUSZ: Po co? MASKARYL: Nie wiem. LELJUSZ: To wreszcie złościć mnie zaczyna. Ty chcesz mnie chyba drażnić przez te wszystkie baśnie. MASKARYL: Ej, panie, o to chodzi czego brak nam właśnie: Gdybyśmy mieli w ręku dobrą garść dukatów, Nie trzebaby forteli szukać, do stu katów! I kiedy pański rywal siliłby swą główkę, Mybyśmy niewolnicę wzięli za gotówkę. Wiem, że na tych Egipcjan, co ją tu oddali, Imć Tryfaldyn ochoty nie ma czekać dalej, I, w gruncie, najszczęśliwszy byłby dziś, jak sądzę, Gdyby w miejscu wydobyć zdołał swe pieniądze. Wszak to skończony kutwa i dusigrosz stary, Dałby się wybatożyć choć za dwa talary; Pieniądz bożkiem dla niego, to rzecz wszystkim znana: Ale to bieda... LELJUSZ: Że co? MASKARYL: Że znów ojciec pana, Drugi sknera, co broni się jak opętaniec, Byś miał jego dukaty puścić w żywszy taniec; I że niema nadziei, aby w tej potrzebie Najmniejszy grosik kapnął z tej strony dla ciebie. Ale spróbujmy z Celją rozmówić się ściślej I wybadać co ona o tem wszystkiem myśli. Oto jej okno. LELJUSZ: Ależ pomnij, że nam do niej Przystępu Tryfaldyna straż ustawna broni, Bądź ostrożny. MASKARYL: Tu sobie stańmy pokryjomu. Cóż za szczęście! toż właśnie ona wyszła z domu.