Warsztat książek zakazanych - Eduardo Roca

-
Proszę czekać

6

Sil­ny nurt po­tęż­ne­go Renu ła­go­dził cięż­ką kon­ty­nen­tal­ną zimę w głę­bi kra­ju. W po­ło­wie li­sto­pa­da zim­no było co­dzien­no­ścią, a nad­cho­dzą­ca pora roku wi­sia­ła już nad mia­stem jak cze­ka­ją­cy na roz­po­czę­cie ata­ku wróg. Gru­be płasz­cze, weł­nia­ne kap­tu­ry, czap­ki róż­ne­go ko­lo­ru i fa­so­nu, wszel­kie­go ro­dza­ju cie­płe okry­cia były ko­niecz­no­ścią. Dni sta­wa­ły się co­raz krót­sze, a dłu­gie wie­czo­ry spę­dza­no w do­mach w roz­grze­wa­ją­cym cie­ple ko­min­ków.

Przy tak ni­skiej tem­pe­ra­tu­rze nie­wie­le było do ro­bo­ty poza do­mem, więc po­cząw­szy od ostat­niej nie­dzie­li paź­dzier­ni­ka, Eri­ka da­wa­ła lek­cje czy­ta­nia ma­łe­mu Mat­thia­so­wi. To, że po­ma­ga­ła ojcu w pra­cy, nie było po­wo­dem, żeby nie pod­jąć się no­we­go za­da­nia, któ­re­mu po­świę­ca­ła kil­ka go­dzin w ty­go­dniu. Od tam­tej pory mi­nę­ły dwa ty­go­dnie. Tego zim­ne­go dnia wiatr nie­prze­rwa­nie ude­rzał w okien­ni­ce są­sied­nie­go domu. Kie­dy Eri­ka otwo­rzy­ła drzwi i wy­szła na uli­cę, z pa­le­ni­ska uniósł się kłę­bek po­pio­łu i za­ko­ły­sał w po­wie­trzu w pu­stym po­miesz­cze­niu.

Eri­ka za­stu­ka­ła do drzwi wą­skie­go domu, gdzie miesz­ka­ła ro­dzi­na Smi­dów, spo­dzie­wa­jąc się, że jej mały przy­ja­ciel przy­bie­gnie ją przy­wi­tać. Ale gdy się otwar­ły, sta­nę­ła w nich Frie­da, mat­ka Mat­thia­sa, w wiel­kim far­tu­chu, o któ­ry wy­cie­ra­ła dło­nie. Z wnę­trza do­cho­dził sil­ny za­pach ce­bu­li. Frie­da mia­ła wy­dat­ne po­licz­ki i śla­dy zmę­cze­nia wo­kół oczu. Uśmiech­nę­ła się sła­bo i za­pro­si­ła Eri­kę do środ­ka.

- Wejdź, ko­cha­nie, wejdź. Jest strasz­nie zim­no.

- Dzię­ku­ję, Frie­do - po­wie­dzia­ła Eri­ka.

Pa­da­ło bez prze­rwy od kil­ku dni, i mimo że zro­bi­ła le­d­wie kil­ka kro­ków, nogi mia­ła prze­mo­czo­ne i sztyw­ne z zim­na.

- Ro­bię ko­la­cję, ale Mat­thias mi mó­wił, że zno­wu bę­dzie jadł u was. Wy­tłu­ma­czy­łam mu, że ży­wie­nie go nie może stać się wa­szym obo­wiąz­kiem.

- Ależ nie, Frie­do, pro­szę. Mój oj­ciec chce, żeby przy­cho­dził. Lubi od­po­wia­dać na jego py­ta­nia. Poza tym Mat­thias i ja mu­si­my pra­co­wać. - Zro­bi­ła oko do chło­pa­ka, któ­ry nie­śmia­ło przy­glą­dał się tej sce­nie, przy­kle­jo­ny do nogi sto­łu. Uśmiech­nął się i po­biegł w głąb domu.

Aku­rat wte­dy wró­cił do domu Pen­rod Smid. Twarz i ręce miał po­ma­za­ne gli­ną, był w we­so­łym na­stro­ju i już od pro­gu było go sły­chać.

- Wiel­kie nie­ba, czyż to nie pięk­na Eri­ka za­szczy­ca nas swo­ją obec­no­ścią...

- Dzień do­bry, Herr Smid. Dzi­siaj też po­szli­ście do pra­cy? - Eri­ka od­po­wie­dzia­ła na po­wi­ta­nie.

- Tak, moja dro­ga. Kie­dy trze­ba skoń­czyć ro­bo­tę dla kup­ca, któ­re­mu pil­no, nie­dzie­le nie ist­nie­ją.

- Już, mogę iść! - za­wo­łał Mat­thias, kie­dy wró­cił. Ubra­ny był w cie­pły płaszcz, a na gło­wie miał pod­nisz­czo­ną weł­nia­ną czap­kę. W ręce trzy­mał zwi­nię­ty ka­wa­łek ma­te­ria­łu.

- Co to jest? - spy­ta­ła Eri­ka.

- Taki dro­biazg - od­par­ła Frie­da. - Mały pre­zent, weł­nia­ny kap­tur dla Lo­ren­za, żeby go chro­nił przed tym zdra­dziec­kim zim­nem.

- Dzię­ku­ję, ale nie mu­sie­li­ście... - po­wie­dzia­ła Eri­ka, bio­rąc za­wi­niąt­ko, któ­re Mat­thias jej po­dał.

- To tyl­ko kap­tur, Eri­ko. Twój oj­ciec i ty tyle do­bre­go dla nas ro­bi­cie.

Twarz Frie­dy wy­ra­ża­ła szcze­rą wdzięcz­ność. Eri­ka mia­ła ocho­tę uści­skać ją, po­czuć, że ma więk­szą ro­dzi­nę, że jej oj­ciec i ona nie są tak zu­peł­nie sami. Ale Mat­thias już prze­stę­po­wał z nogi na nogę.

- To już? Idzie­my? - spy­tał.

- Idź, Mat­thia­sie, idź. I bądź grzecz­ny, bo jak nie, to Eri­ka i Lo­renz nie będą chcie­li cię wię­cej wi­dzieć... - Frie­da przy­tu­li­ła go z uśmie­chem.

Kie­dy Eri­ka i Mat­thias wy­szli, Frie­da po­de­szła do męża i po­ca­ło­wa­ła go w po­li­czek. Po­wie­dzia­ła coś, o czym czę­sto my­śla­ła.

- Ta dziew­czy­na to skarb. Nie wiem, jak Lo­renz po­ra­dził­by so­bie bez niej.

A Pen­rod do­dał:

- I my też. Gdzie są na­sze małe?

- Śpią. Więc le­piej mów ci­cho.

- Prze­czy­taj to, co na­pi­sa­łam.

- Ale to trud­ne. Całe dwie li­nij­ki. - Mat­thias wpa­try­wał się w kart­kę, któ­rą pod­su­nę­ła mu Eri­ka.

- Nie na­rze­kaj. Już wiesz, jak brzmi każ­da li­te­ra. Mu­sisz się tro­chę wy­si­lić.

Mi­nę­ło kil­ka go­dzin, od­kąd skoń­czy­li po­si­łek, i te­raz, sie­dząc jak naj­bli­żej ko­min­ka, za­ję­li się na­uką czy­ta­nia. Mat­thias mo­zol­nie sta­rał się łą­czyć li­te­ry w sy­la­by, ale sło­wa nie po­ja­wia­ły się od razu. Do­pie­ro kie­dy kil­ka razy po­wtó­rzył sy­la­by i zo­rien­to­wał się, że jest to sło­wo mu zna­ne, wte­dy czy­tał je płyn­nie. W cią­gu nie­ca­łych dwóch ty­go­dni na­uczył się wszyst­kich li­ter.

Mimo to na­uka była dla jego ma­łe­go umy­słu nie lada wy­zwa­niem. Tego dnia wła­śnie za­czy­nał już czy­tać całe zda­nia, ale brzmia­ły one w jego wy­ko­na­niu nie­co za­gad­ko­wo. Przy nie­któ­rych sło­wach bar­dzo się mę­czył, lecz upór i duma z tego, że jest pierw­szym w ro­dzi­nie, któ­ry uczy się czy­ta­nia, spra­wia­ły, że za­czy­nał od nowa, po­pra­wiał błę­dy, po­wta­rzał do upa­dłe­go.

Eri­ka po­szła do kuch­ni, kie­dy już po­wtó­rzy­ła z nim cały, przy­go­to­wa­ny po­przed­nie­go wie­czo­ru ma­te­riał. Sły­sza­ła ryt­micz­nie po­wta­rza­ne sy­la­by, za każ­dym ra­zem co­raz le­piej. Skoń­czył czy­tać zda­nie:

- Ry-cerz-pod-biegł-do-ko-nia.

Pod­niósł dum­nie gło­wę i po­wtó­rzył.

- Ry­cerz pod­biegł do ko­nia.

Eri­ka po­de­szła i spoj­rzaw­szy na kart­kę po­nad jego ra­mie­niem, po­wie­dzia­ła:

- Nie, Mat­thia­sie. Prze­cież wi­dzisz, że to jest jed­no sło­wo. Tu nie mo­żesz ni­cze­go od­dzie­lić.

Nic jej nie znie­chę­ca­ło do ucze­nia chłop­ca. Za­wsze też znaj­do­wa­ła czas, żeby po­ma­gać ojcu. Kie­dy ma­lec da­lej się tru­dził, tak po­waż­ny i sku­pio­ny, że nie mo­gła się nie uśmiech­nąć, rzu­ci­ła okiem na ojca, któ­ry naj­wy­raź­niej nie zwra­cał uwa­gi na to, czym ona i Mat­thias się zaj­mu­ją.

Ale tak nie było. Gdy wró­ci­ła zno­wu do kuch­ni, pa­trzył na nią z dumą w oczach. Cza­sem za­po­mi­nał, że prze­cież jest jesz­cze małą dziew­czyn­ką. Za­wsze była za­ję­ta to sprzą­ta­niem, to go­to­wa­niem, przy­no­sze­niem wody albo pra­niem, albo re­pe­ro­wa­niem ubra­nia. Kie­dy po­trze­bo­wał, po­ma­ga­ła mu w jego pro­jek­tach. A te­raz uczy­ła Mat­thia­sa czy­tać. Zwy­kle trud­no jest prze­ko­nać ma­łe­go chłop­ca, żeby chciał czy­tać, lecz Eri­ka ro­bi­ła to bar­dzo do­brze. Na­gle wró­cił my­śla­mi do cza­su, gdy sam był w wie­ku swo­jej cór­ki. Wte­dy wszyst­ko wy­glą­da­ło in­a­czej, przy­najm­niej w jego ro­dzi­nie.

Jego oj­ciec, Hans Block, był mi­strzem złot­ni­czym, u któ­re­go wie­lu waż­nych klien­tów za­ma­wia­ło wy­ro­by. Był bar­dzo ce­nio­ny, a przed­mio­ty, któ­re wy­cho­dzi­ły spod jego ręki, ce­cho­wał nie­zwy­kły ar­tyzm. Mały Lo­renz pa­trzył na nie­go z po­dzi­wem, za­chwy­cał go kunszt ojca, fa­scy­no­wa­ły lek­kie ude­rze­nia w cen­ny me­tal. Za­nim jed­nak Lo­renz zo­stał uczniem, oj­ciec przy­go­to­wał dla nie­go nie­spo­dzian­kę.

Ma­jąc przez wie­le lat kon­tak­ty z ludź­mi bo­ga­ty­mi i wpły­wo­wy­mi, Hans Block prze­ko­nał się, że nie­wie­lu spo­śród nich nie było świa­do­mych zna­cze­nia na­uki, pod­czas gdy jego ter­mi­na­to­rzy i lu­dzie pro­ści i bied­ni trak­to­wa­li umie­jęt­ność czy­ta­nia i pi­sa­nia jak coś oso­bli­we­go. Kie­dy więc Lo­renz był ma­łym dziec­kiem, oj­ciec po­my­ślał, że wie­dza bę­dzie naj­cen­niej­szym da­rem, jaki mu po­zo­sta­wi. Nie wia­do­mo, ja­kich wpły­wów uży­wał, uda­ło mu się jed­nak umie­ścić chłop­ca w se­mi­na­rium z obiet­ni­cą, że w przy­szło­ści Ko­ściół wzbo­ga­ci się o jesz­cze jed­ną du­szę. W re­zul­ta­cie syn na­uczył się ład­nie pi­sać i szyb­ko czy­tać, na­był też kil­ka in­nych umie­jęt­no­ści, któ­re nie­ko­niecz­nie były przy­dat­ne dla zwy­kłe­go czło­wie­ka. Na­to­miast obiet­ni­ca dana bra­cisz­kom przez ojca zo­sta­ła zła­ma­na czę­ścio­wo z po­wo­du nie­zde­cy­do­wa­nia syna co do wy­bo­ru za­wo­du, a czę­ścio­wo z po­wo­du pa­zer­no­ści, z jaką se­mi­na­rium chcia­ło za­pew­nić so­bie ko­lej­ny etap edu­ka­cji mło­de­go ucznia.

Lo­renz opu­ścił re­li­gij­ną spo­łecz­ność, tak jak przy­szedł, nie po­zo­sta­wił po so­bie szcze­gól­ne­go wra­że­nia. Za­wsze był nie­śmia­ły i ra­czej ma­ło­mów­ny. Zo­stał uczniem w warsz­ta­cie ojca i był­by tam dłu­żej, gdy­by któ­re­goś dnia nie do­tar­ła do nie­go pew­na wia­do­mość: w Ko­lo­nii otwie­ra­no skryp­to­rium pod świec­kim kie­row­nic­twem, wów­czas pierw­szą taką in­sty­tu­cję. Wszy­scy za­in­te­re­so­wa­ni pra­cą ko­pi­stów mu­sie­li przejść eg­za­min. Pi­smem Lo­renz in­te­re­so­wał się od daw­na, dużo wcze­śniej niż szla­chet­ny­mi me­ta­la­mi, i te­raz, po krót­kim, ale pra­co­wi­tym po­by­cie w se­mi­na­rium był pe­wien, że da so­bie radę.

Był prze­ko­na­ny, że w mie­ście nie ma wie­lu lu­dzi z ta­ki­mi umie­jęt­no­ścia­mi, ale kie­dy do­tarł na miej­sce, do sta­re­go bu­dyn­ku przy­po­mi­na­ją­ce­go ba­zy­li­kę, za­trzy­mał się zdzi­wio­ny. Ko­lej­ka osób chcą­cych pod­dać się pró­bie cią­gnę­ła się bez koń­ca. Roz­ma­wia­no o wiel­kich mi­strzach i wspa­nia­łej przy­szło­ści. Wszy­scy wy­da­li się Lo­ren­zo­wi le­piej przy­go­to­wa­ni od nie­go. Mimo to cze­kał na swo­ją ko­lej, cier­pli­wy i jed­no­cze­śnie nie­spo­koj­ny.

W chwi­li kie­dy prze­stą­pił próg tego bu­dyn­ku, Lo­renz wie­dział, że nie chce być w żad­nym in­nym miej­scu. Na­gie ka­mien­ne ścia­ny i wiel­kie okna nada­wa­ły mu wy­gląd świę­te­go miej­sca, ale za­pach nie był za­pa­chem ka­dzi­dła: pach­nia­ło far­bą i pa­pie­rem, wo­skiem i kre­dą, sta­rą bi­blio­te­ką i mą­dro­ścią. W koń­cu na­de­szła jego ko­lej.

- Na­zwi­sko?

- Lo­renz Block.

- Wiek?

- Dwa­na­ście.

- Sia­daj.

Pa­trząc na mło­de­go, ener­gicz­ne­go męż­czy­znę za­sy­pu­ją­ce­go go in­struk­cja­mi, Lo­renz po­my­ślał, że jego ko­ści­sta twarz przy­po­mi­na mu pysk ko­nia.

- Masz prze­pi­sać na ten per­ga­min pierw­szą ko­lum­nę tej stro­ni­cy. Tu masz pió­ro i atra­ment.

Lo­renz nie po­tra­fił opa­no­wać zde­ner­wo­wa­nia. Cała jego przy­szłość za­le­ża­ła od tej jed­nej pró­by. Ro­zej­rzał się do­oko­ła. Dzie­siąt­ki jego kon­ku­ren­tów uważ­nie ko­pio­wa­ło stro­ni­ce.

- Na co cze­kasz? Nie mamy ca­łe­go dnia.

Bez za­sta­no­wie­nia chwy­cił pió­ro do le­wej ręki i umo­czyw­szy czu­bek w atra­men­cie, za­bie­rał się do prze­pi­sy­wa­nia.

Wy­stra­szył go ostry, obu­rzo­ny głos męż­czy­zny kie­ru­ją­ce­go pró­bą.

- Co ro­bisz? Za­mie­rzasz pi­sać lewą ręką?

Po­zo­sta­li kan­dy­da­ci prze­rwa­li pi­sa­nie i od­wró­ci­li gło­wy, żeby zo­ba­czyć, kto jest źró­dłem za­mie­sza­nia.

- Nie, prze­pra­szam. Wła­śnie prze­no­si­łem pió­ro do pra­wej. Wi­dzi­cie?

Lo­renz, czer­wo­ny ze wsty­du, miał na­dzie­ję, że mu uwie­rzo­no. Był to błąd, na jaki nie mógł so­bie po­zwo­lić. Za­wsze chęt­niej uży­wał le­wej ręki, cho­ciaż na­uczył się też pra­co­wać pra­wą, jak wy­ma­ga­no w se­mi­na­rium. Za­mknął oczy i na­brał głę­bo­ko po­wie­trza. Za­brał się do pra­cy.

- Krzy­wo sta­wiasz li­nie - oznaj­mił koń­ski pysk.

Sta­rał się pi­sać le­piej, ale obec­ność tego męż­czy­zny wy­wo­ły­wa­ła zbyt wiel­kie na­pię­cie.

- Li­te­ry po­win­ny być bar­dziej okrą­głe.

Lo­renz wy­pro­sto­wał ple­cy, chcąc cho­ciaż tro­chę od­prę­żyć mię­śnie. Ru­chem tym zmie­nił po­zy­cję cia­ła i na­chy­le­nie ręki. Pió­ro upa­dło na per­ga­min, a on pa­trzył na nie w nie­mym zdu­mie­niu.

- Wy­star­czy. Zo­staw to już.

Kie­dy Lo­renz pod­niósł gło­wę, zo­ba­czył, że obok stoi ktoś, kogo nig­dy przed­tem nie wi­dział. Doj­rza­ły wie­kiem, ale cią­gle jesz­cze dość mło­dy, wy­glą­dał bar­dzo dys­tyn­go­wa­nie. Spod gra­na­to­we­go na­kry­cia gło­wy wy­sta­wa­ła gę­sta ja­sna czu­pry­na.

- Co też tu­taj mamy? - spy­tał swe­go po­moc­ni­ka mistrz ko­pi­sta.

- Nic ta­kie­go, Herr Fi­scher. Nie­udacz­nik. Mań­kut, cho­ciaż uda­je pra­wo­ręcz­ne­go.

Lo­renz sta­rał się za­pa­no­wać nad sobą. Za­ci­snąw­szy usta i z tru­dem po­wstrzy­mu­jąc łzy, wstał, chcąc jak naj­szyb­ciej opu­ścić to miej­sce, gdy usły­szał ni­ski, uprzej­my głos ja­sno­wło­se­go męż­czy­zny. Trzy­mał w ręce jego kart­kę.

- Nie trać cza­su na coś, co ci nie przy­nie­sie żad­nej ko­rzy­ści. Znajdź so­bie, chłop­cze, szla­chet­ny za­wód i za­po­mnij o li­te­rach. Chle­ba z tego nie bę­dziesz miał.

Lo­renz nie od­po­wie­dział. Od­wró­cił się i wy­szedł z bu­dyn­ku, któ­ry go tak za­fa­scy­no­wał.

Był bar­dzo roz­cza­ro­wa­ny, ale wie­dział, że są rze­czy, któ­rych nie bę­dzie mógł ro­bić: do pi­sa­nia nie może uży­wać wy­ro­bio­nej, spraw­niej­szej ręki. Po­go­dził się z tą my­ślą i uznał, że mistrz dał mu do­brą radę. Nie mógł pra­co­wać jako ko­pi­sta, ale am­bi­cja nie po­zwo­li­ła mu zre­zy­gno­wać z tego, co sta­ło się jego pa­sją. Od­krył, że pra­cu­jąc lewą ręką, nie tyl­ko osią­ga lep­sze re­zul­ta­ty, niż gdy­by pra­co­wał pra­wą, ale na­wet, kie­dy się przy­ło­ży, po­tra­fi pi­sać li­te­ry i sło­wa ze zdu­mie­wa­ją­cym mi­strzo­stwem.

I tak Lo­renz wró­cił jako uczeń do warsz­ta­tu ojca, gdzie jego umie­jęt­no­ści były nie­kwe­stio­no­wa­ne. Ro­dzi­ce zmar­li jed­nak przed­wcze­śnie, za­nim zdą­żył zdo­być ty­tuł mi­strza. Z po­wo­du dłu­gów przy­na­leż­ny mu w spad­ku warsz­tat prze­szedł w ręce chci­wych człon­ków ce­chu. Z tego i kil­ku in­nych po­wo­dów do tej pory zaj­mo­wał po­zy­cję cze­lad­ni­ka w warsz­ta­cie Er­ne­sta Blu­ma. Po­mi­mo wszyst­ko li­te­ry i druk nig­dy nie znik­nę­ły z jego ży­cia. Jego ręka nie mo­gła uczy­nić z nich sztu­ki, ale wie­dział, że ist­nie­ją spo­so­by, aby mieć je wo­kół sie­bie.

- Oj­cze? Nic wam nie jest? - Głos Eri­ki przy­wró­cił go do rze­czy­wi­sto­ści.

- Nie... nie. Wszyst­ko w po­rząd­ku.

- Za­snę­li­ście z otwar­ty­mi ocza­mi? - spy­tał szep­tem Mat­thias.

Prolog

Oko­li­ce Ko­lo­nii, 1430

Chło­piec przy­cup­nął wśród ni­sko zwi­sa­ją­cych ga­łę­zi ol­brzy­mie­go kasz­ta­now­ca na skra­ju gę­ste­go lasu i wpa­try­wał się uważ­nie w za­ro­śla. Po chwi­li jego cier­pli­wość zo­sta­ła na­gro­dzo­na i dłu­go­wło­sy sza­ro­bu­ry za­jąc wy­nu­rzył się zza gru­be­go pnia stu­let­niej brzo­zy. Wy­pro­sto­wał się, na­sta­wił słu­chy i przed­ni­mi sko­ka­mi po­tarł nos. Nie zdą­żył pod­sko­czyć na­wet dwa razy, kie­dy chło­pak rzu­cił się na nie­go. Szyb­ki ruch dło­ni, su­chy chrzęst i mar­twy za­jąc za­wisł u pa­ska jego spodni.

Po­gwiz­du­jąc we­so­ło, chło­piec ru­szył w dro­gę po­wrot­ną. Rano oj­ciec zwy­my­ślał go od leni i dar­mo­zja­dów i wy­rzu­cił z domu, ale chło­pak po­my­ślał, że kie­dy za parę go­dzin wró­ci z za­ją­cem na ko­la­cję, oj­ciec za­po­mni o tym, co po­wie­dział. Za­do­wo­lo­ny ma­lec szedł pod górę ścież­ką mię­dzy drze­wa­mi. Do­tarł­szy do szczy­tu, sta­nął jak wry­ty. Od­dział pię­ciu straż­ni­ków spo­glą­dał na nie­go w mil­cze­niu. Chło­pak stał tak przez chwi­lę, onie­mia­ły z prze­ra­że­nia, po czym od­wró­cił się i po­pę­dził z po­wro­tem w dół zbo­cza. Żoł­nie­rze po­bie­gli za nim.

Kol­ler, naj­szyb­szy z nich, po­rzu­ciw­szy hełm i ha­la­bar­dę, do­padł go pierw­szy. Zła­pał i trzy­mał wierz­ga­ją­ce­go no­ga­mi chło­pa­ka nad gło­wą, cze­ka­jąc na kom­pa­nów. Do­wód­ca roz­ka­zał mu przy­wią­zać go do drze­wa. Był to ten sam kasz­ta­no­wiec, za któ­rym chło­pak krył się kil­ka mi­nut wcze­śniej. Na wil­got­nej zie­mi wi­dać było jesz­cze śla­dy jego stóp.

- Nie wiesz, że te zie­mie na­le­żą do ar­cy­bi­sku­pa? - spy­tał ostrym to­nem je­den z żoł­nie­rzy.

Chło­piec się nie ode­zwał. Pa­li­ła go skó­ra nad­garst­ków moc­no ści­śnię­tych sznu­rem. Twarz też za­czy­na­ła mu pło­nąć - żoł­nierz ude­rzył go skó­rza­ną rę­ka­wi­cą i te­raz wy­ma­chi­wał nią, gro­żąc ko­lej­ny­mi cio­sa­mi.

- A, nic nie mó­wisz? Mowę ci od­ję­ło? Za­raz spraw­dzi­my. Roz­pa­lić ogni­sko - po­le­cił po­zo­sta­łym.

Czte­rej straż­ni­cy spoj­rze­li na sie­bie w zdu­mie­niu. Prze­cież ten kłu­sow­nik to zu­peł­ny dzie­ciak, po­my­śle­li, z le­d­wie za­ry­so­wa­nym wą­si­kiem nad gór­ną war­gą. Ogni­sko?

- Nie sły­sze­li­ście? Ru­szać się! - po­pę­dził ich do­wód­ca. Chwi­lę póź­niej pło­mie­nie się­ga­ły ga­łę­zi drze­wa. Mięk­kie li­ście kasz­ta­now­ca za­czy­na­ły się po­wo­li marsz­czyć i zwi­jać. Je­den z nich, strą­co­ny przez lek­ki po­wiew wia­tru, opadł na gołe ra­mię chłop­ca, zo­sta­wia­jąc czer­wo­ny ślad. Z ust dziec­ka wy­do­był się stłu­mio­ny jęk bólu.

- No... Ile za­ję­cy dzi­siaj zła­pa­łeś? - za­py­tał do­wód­ca. Chło­piec mil­czał, usta miał za­ci­śnię­te, but­ny wy­raz twa­rzy.

- Nie je­steś nie­mo­wą, to pew­ne. Ale do mó­wie­nia ja­koś się nie kwa­pisz.

Chło­pak uciekł spoj­rze­niem w bok. Nie miał za­mia­ru roz­ma­wiać z tymi żoł­nie­rza­mi; za­jąc był jego, schwy­tał go wła­sny­mi rę­ka­mi. A las na­le­żał do wszyst­kich. Za­ci­snął moc­niej war­gi.

Zu­chwa­ła mina dzie­cia­ka je­dy­nie roz­wście­czy­ła do­wód­cę.

- Nic nie mó­wisz? No to za chwi­lę na pew­no już nie po­wiesz ani słów­ka. - Wy­jął szty­let z po­chwy, zbli­żył się do chłop­ca i przy­ci­snął mu ostrze do gar­dła. - Ba­wer, Kol­ler! - krzyk­nął. - Chodź­cie tu!

Dwaj żoł­nie­rze spoj­rze­li na sie­bie ze stra­chem w oczach.

Byli mło­dzi, nie­do­świad­cze­ni, wy­ko­ny­wa­li pierw­sze za­da­nie poza mu­ra­mi.

- Żeby mi się tyl­ko nie ru­szył - do­wód­ca roz­ka­zał jed­ne­mu. - A ty - rzu­cił do dru­gie­go - trzy­maj mu gębę. Jak ko­nio­wi do pi­ło­wa­nia zę­bów. O tak. Nie masz nic do po­wie­dze­nia? - zwró­cił się do chłop­ca. - To two­ja ostat­nia szan­sa.

Z oczu chło­pa­ka wy­zie­rał obłęd­ny strach.

Do­wód­ca we­pchnął czu­bek szty­le­tu mię­dzy za­ci­śnię­te war­gi. Nie chcąc zra­nić Kol­le­ra, któ­ry siłą roz­wie­rał szczę­ki chłop­ca, przy­ci­snął ko­la­nem brzuch mal­ca, przy­trzy­mał za bro­dę i usi­ło­wał ob­ciąć ję­zyk. Uda­ło mu się jed­nak tyl­ko go nad­ciąć. Wstrzy­mu­jąc od­dech, chło­pak wy­ry­wał się z rąk żoł­nie­rzy. Po­pły­nę­ła krew i sko­wyt bólu wy­peł­nił las.

- Trzy­mać go, do kroć­set. Moc­no! - krzyk­nął do­wód­ca.

- Sta­ra­my się! - za­wo­łał Ba­wer. - Ale to dia­bel­skie na­sie­nie się wy­ry­wa.

- Tym go­rzej dla nie­go.

Pod­niósł szty­let i opu­ścił go na prze­ra­żo­ną twarz. Lek­ko za­dra­snął dłoń Kol­le­ra, któ­ry zdu­mio­ny na­głym ru­chem, le­d­wo zdą­żył od­su­nąć rękę. Roz­legł się nie­ludz­ki krzyk. Chło­piec już nie mógł mó­wić, z ust wy­do­by­wa­ły się tyl­ko nie­ar­ty­ku­ło­wa­ne dźwię­ki i bul­got krwi za­le­wa­ją­cej gar­dło; gdy­by żoł­nie­rze trzy­ma­li go dłu­żej, z pew­no­ścią by się udu­sił. Ohyd­ne cię­cie roz­pła­ta­ło war­gi i roz­szar­pa­ło ję­zyk i dzią­sła. Je­den czy dwa bia­łe zęby le­ża­ły na tra­wie. Chło­piec wił się na zie­mi w szkar­łat­nej ka­łu­ży jak po­zba­wio­ny gło­wy wąż. Żoł­nie­rze nie po­tra­fi­li ode­rwać wzro­ku od wi­do­ku krwi. Nie chcie­li pa­trzeć, a jed­no­cze­śnie nie mo­gli się po­wstrzy­mać.

- Da­wać mi tam­to po­la­no - po­le­cił do­wód­ca.

Żoł­nie­rze, za­mar­li w nie­mym prze­ra­że­niu, nie po­ru­szy­li się.

Prze­kli­na­jąc, do­wód­ca chwy­cił ka­wał roz­pa­lo­ne­go drew­na i zbli­żył do twa­rzy chłop­ca, któ­ry sie­dział zwią­za­ny, nie­przy­tom­ny, z opusz­czo­ną gło­wą. Szarp­nął dzie­cia­ka za wło­sy i przy­ło­żył drew­no do rany. Krew na­tych­miast prze­sta­ła pły­nąć, ale swąd pa­lo­ne­go cia­ła wrył się w pa­mięć żoł­nie­rzy na za­wsze, jak pa­mię­ta­ny z dzie­ciń­stwa za­pach mle­ka, któ­re wy­ki­pia­ło na roz­grza­ną bla­chę.

Był wcze­sny ra­nek. Męż­czy­zna spał w swo­im domu w Ko­lo­nii, z gło­wą zło­żo­ną na twar­dym drew­nia­nym sto­le. Obu­dził go wła­sny ka­szel. W ręce cią­gle trzy­mał gę­sie pió­ro, z któ­re­go ska­py­wał atra­ment. Otwo­rzył oczy, kie­dy pło­mie­nie nie­mal li­za­ły mu twarz.

Obej­mo­wa­ły już stół, ma­ka­ty na ścia­nach, się­ga­ły be­lek w su­fi­cie. Usi­ło­wał wstać i po­biec do żony i cór­ki, lecz nie mógł się ru­szyć. Czuł się tak, jak­by jesz­cze nie­zu­peł­nie się obu­dził albo jak­by pło­mie­nie go za­hip­no­ty­zo­wa­ły. Otrzą­snął się w koń­cu, pod­niósł się i po­czuł, jak gę­sty, cięż­ki dym chwy­ta go za gar­dło ni­czym dłoń. Po­chy­lo­ny, pod­szedł do dzba­na z wodą sto­ją­ce­go w mi­sce do my­cia. Wody było nie­wie­le, ale wy­lał ją na pło­mie­nie, któ­re je­dy­nie się wzmo­gły, jak­by ze zło­ścią za­re­ago­wa­ły na pró­bę uga­sze­nia. Wy­da­wa­ło się, że ta odro­bi­na pły­nu tyl­ko pod­sy­ci­ła ogień, za­miast go uga­sić. Męż­czy­zna chwy­cił wil­got­ną szma­tę, za­krył nią nos i usta i do­szedł do pierw­sze­go schod­ka.

Po­żar jesz­cze nie ogar­nął po­miesz­czeń na gó­rze, ale dym był tam dużo gęst­szy. W pół­mro­ku roz­świe­tla­nym je­dy­nie po­ły­sku­ją­cy­mi z dołu pło­mie­nia­mi le­d­wo wi­dział wła­sne ręce. Po omac­ku wszedł do po­ko­ju cór­ki. Łóż­ko było pu­ste. Ser­ce po­de­szło mu do gar­dła. Po­biegł do du­żej sy­pial­ni. W sta­rym, roz­kle­ko­ta­nym łóż­ku spa­ła ni­cze­go nie­świa­do­ma żona, a cór­ka, wstrzą­sa­na gwał­tow­nym kasz­lem, krzy­cza­ła i po­trzą­sa­ła nią z ca­łej siły.

- Mama nie chce się obu­dzić! - za­wo­ła­ła prze­stra­szo­na.

Do­oko­ła sły­chać było trza­ski pło­ną­ce­go drew­na. Je­śli nie wy­da­rzy się cud, po­my­ślał męż­czy­zna, dom za chwi­lę za­mie­ni się w górę po­pio­łu.

Chwy­cił żonę obie­ma rę­ka­mi za ra­mio­na i po­trzą­snął. Naj­pierw de­li­kat­nie, po­tem gwał­tow­nie. Ob­ró­cił gło­wę z jed­nej stro­ny na dru­gą, pod­parł pod ple­ca­mi, chcąc po­sta­wić ją na nogi. Nie re­ago­wa­ła. Żo­łą­dek mu się ści­snął i po­czuł sil­ne mdło­ści.

- Mamo, pro­szę... - łka­ła dziew­czyn­ka, ści­ska­jąc rękę mat­ki.

Mąż zbli­żył twarz do ust ko­bie­ty. Wy­czuł sła­by od­dech, ślad na­dziei.

- Śpi, ale moc­no - uspo­ka­jał cór­kę.

Pod­ło­ga za­trzesz­cza­ła pod sto­pa­mi. Jed­na z be­lek nie wy­trzy­ma­ła na­po­ru ognia i pło­mie­nie do­się­gły pię­tra. Męż­czy­zna spoj­rzał na có­recz­kę, po­bla­dłą z prze­ra­że­nia. Du­sił ją wszech­obec­ny dym. A po­tem spoj­rzał na żonę; zda­wa­ła się spać spo­koj­nie po­mi­mo dymu wy­peł­nia­ją­ce­go po­miesz­cze­nie. Po­my­ślał, że chy­ba zdą­ży. Ro­zej­rzał się; pod­ło­ga nie wy­glą­da­ła jesz­cze naj­go­rzej. Spo­mię­dzy de­sek prze­świ­ty­wa­ła mi­go­tli­wa ja­sność, ale uznał, że przez chwi­lę to wszyst­ko jesz­cze wy­trzy­ma. Nie było cza­su do stra­ce­nia. Pod­niósł żonę i prze­wie­sił so­bie przez ra­mię, a po­tem chwy­cił małą za rękę. Lecz kie­dy zna­lazł się u szczy­tu scho­dów i spoj­rzał w dół, sta­nął jak wry­ty. Pło­mie­nie po­wo­li, lecz nie­ubła­ga­nie obej­mo­wa­ły scho­dek po schod­ku.

- Tato, boli mnie.

Znad chu­s­tecz­ki wi­dział tyl­ko oczy cór­ki. I do­pie­ro wte­dy za­uwa­żył, jak moc­no ści­ska jej rękę.

- Prze­pra­szam, có­recz­ko. Mu­si­my wró­cić na chwi­lę.

Po­ło­żył żonę na łóż­ku, a sam przy­kuc­nął przy ma­łej. Oczy miał czer­wo­ne ze zmę­cze­nia i od dymu.

- Mu­si­my tu zo­sta­wić mamę. Nie mogę prze­nieść was obu. Scho­dy nie wy­trzy­ma­ją.

- Ale ogień tu do­trze i mama nie bę­dzie mo­gła wyjść.

- Nie, ko­cha­nie. Wró­cę za­raz i ją wy­nio­sę. Nie martw się.

Nie cze­kał, by od­po­wie­dzia­ła. Pod­no­sił małą, żeby po­ło­żyć so­bie na ra­mie­niu, jak przed­tem żonę, ale dziew­czyn­ka nie chcia­ła wy­pu­ścić ręki mat­ki. Kie­dy nią szarp­nął, wy­bu­chła rzew­nym pła­czem.

Pło­mie­nie obej­mo­wa­ły już całe scho­dy. Ję­zor ognia, ni­czym żywa isto­ta, pod­cho­dził co­raz bli­żej. Nie na­my­śla­jąc się, męż­czy­zna sko­czył w dół i upadł na ka­mien­ną po­sadz­kę. Sto­py za­bo­la­ły go tak bar­dzo, że prze­wró­cił się do tyłu. Ale nie wy­pu­ścił z rąk ma­łej. W pie­kle, w jaki za­mie­nił się dom, w dy­mie i pło­mie­niach nie mógł doj­rzeć dro­gi uciecz­ki. Obok zo­ba­czył nie­tknię­tą pło­mie­nia­mi ko­mo­dę, w któ­rej trzy­ma­li koce. Po­ło­żył na pół przy­tom­ną cór­kę na pod­ło­dze i otwo­rzył ko­mo­dę. Me­ta­lo­we oku­cia pa­li­ły jego ręce ży­wym ogniem, ale opar­ły się pło­mie­niom i ura­to­wa­ły to, co było w środ­ku. Po­czuł, że nogi się pod nim ugi­na­ją, opa­dał z sił, był go­tów się pod­dać, lecz sła­by płacz cór­ki przy­wró­cił mu siły.

Wziął dziew­czyn­kę na ręce, owi­nął moc­no ko­cem ją i sie­bie i nie ba­cząc na ota­cza­ją­ce go pło­mie­nie, po­biegł w stro­nę drzwi. Pchnął je, na pół już nad­pa­lo­ne, prze­kro­czył próg i po­ty­ka­jąc się, zro­bił parę kro­ków, po czym upadł u stóp są­sia­dów, któ­rzy przy­bie­gli z po­mo­cą. Wie­lu trzy­ma­ło w dło­niach drew­nia­ne ku­bły.

Zdez­o­rien­to­wa­ny wi­do­kiem tych wszyst­kich lu­dzi i po­chod­ni, to zbli­ża­ją­cych się, to od­da­la­ją­cych, moc­no przy­tu­lił do sie­bie cór­kę. Noc była wil­got­na. Dziew­czyn­ka, cała drżą­ca, lecz świa­do­ma, że jest ura­to­wa­na, za­pła­ka­ła ci­cho.

- Mama...

Po­de­rwał się na nogi. Owi­nął się ko­cem i prze­sko­czył pło­mie­nie, któ­re te­raz za­stą­pi­ły drzwi. Za­śle­pio­ny bez­względ­nym na­ka­zem ra­to­wa­nia żony, nie poj­mo­wał, na jak strasz­ne nie­bez­pie­czeń­stwo się na­ra­ża. Zo­sta­wił za sobą zdu­mio­ne spoj­rze­nia są­sia­dów i płacz ko­biet, któ­re po­spiesz­nie za­opie­ko­wa­ły się jego cór­ką.

Kie­dy zna­lazł się we­wnątrz, czuł je­dy­nie żar pło­mie­ni. Go­rą­cym po­wie­trzem nie moż­na było od­dy­chać. Chciał wejść na pię­tro i ura­to­wać żonę. Ogar­nę­ło go prze­ra­że­nie, kie­dy zo­ba­czył, że scho­dów już nie ma. W wy­pa­lo­nym su­fi­cie zia­ła czar­na dziu­ra, przez któ­rą - jak przez ko­min - wy­do­by­wał się dym. Wy­da­wa­ło mu się, że pło­mie­nie wy­cią­ga­ją mac­ki, by go schwy­tać, że są mi­go­tli­wy­mi twa­rza­mi, wpa­tru­ją­cy­mi się w nie­go, pod­cho­dzą­cy­mi co­raz bli­żej, śmie­ją­cy­mi się z nie­go; twa­rze jak po­two­ry, łap­czy­wie po­że­ra­ją­ce wszyst­ko do­oko­ła, roz­sy­pu­ją­ce w proch to, co przez tyle lat było jego do­mem.

Prze­su­nął ko­mo­dę w miej­sce dziu­ry, gdzie jesz­cze nie­daw­no sta­ły scho­dy, wszedł na nią i usi­ło­wał do­stać się na pod­ło­gę na pię­trze. Pod­sko­czył, chwy­cił się brze­gu, lecz de­ska zo­sta­ła mu w rę­kach i spadł. Ogień buch­nął ja­snym pło­mie­niem. Usły­szał do­cho­dzą­cy z góry ło­skot. Spoj­rzał tam: dach po­wo­li się za­pa­dał. Jed­na z drew­nia­nych be­lek, spa­da­jąc, omal go nie przy­gnio­tła; zdą­żył się usu­nąć, ale za­raz spa­dła na nie­go na­stęp­na. Ude­rze­nie nie było może bar­dzo sil­ne, lecz pło­ną­ce drew­no otar­ło się o ra­mię i wy­dał z sie­bie ryk bólu. Pod­niósł się z zie­mi i jesz­cze raz wszedł na ko­mo­dę. Gdy wy­cią­gnął w górę ręce, skó­ra na ple­cach na­pię­ła się jak na bęb­nie i pę­kła. Zwi­nąw­szy się z bólu, zno­wu spadł na zie­mię. Chciał się pod­nieść i spró­bo­wać jesz­cze raz, lecz w tym mo­men­cie czy­jeś ręce chwy­ci­ły go za to, co jesz­cze zo­sta­ło z jego ubra­nia, i po­cią­gnę­ły. Nie wie­dział, co się dzie­je. Wie­dział tyl­ko, że na gó­rze jest jego żona, a on musi ją ura­to­wać. Bro­nił się reszt­ką sił.

- Sza­leń­cze, wy­chodź stąd! Już nic nie mo­żesz zro­bić! - usły­szał.

Ze­sztyw­niał cały. Po­czuł, że ktoś jesz­cze cią­gnie go za ubra­nie. Zo­ba­czył, że znaj­du­je się co­raz bli­żej wyj­ścia, i zdał so­bie spra­wę, że w ża­den spo­sób nie jest w sta­nie się oprzeć. Ko­lej­ny ło­skot. Uniósł wzrok i uj­rzał, że całe pię­tro opa­da wiel­ki­mi ka­wa­ła­mi. Za­czął się szar­pać, ko­pać, gryźć, aż któ­ryś z męż­czyzn uspo­ko­ił go po­tęż­nym ude­rze­niem w szczę­kę. W gło­wie mu po­ciem­nia­ło i na pół przy­tom­ny, po­ko­na­ny, dał się wy­nieść na ze­wnątrz.

Dwaj męż­czyź­ni po­sa­dzi­li go na zie­mi, w tym sa­mym miej­scu, gdzie przed chwi­lą le­ża­ła jego cór­ka. Kil­ka se­kund póź­niej, z pło­mie­nia­mi od­bi­ja­ją­cy­mi się w źre­ni­cach, zo­ba­czył, jak za­pa­da się cały dach.

Sie­dział nie­ru­cho­mo, pa­trząc na do­ga­sa­ją­ce pło­mie­nie, otwie­rał i za­my­kał za­czer­wie­nio­ne oczy, jak gdy­by cią­gle miał na­dzie­ję, że to tyl­ko kosz­mar­ny sen, a on za­raz się obu­dzi. Nic pra­wie nie zo­sta­ło z jego domu, a trzask do­pa­la­ją­cych się de­sek sta­wał się nie do znie­sie­nia. Stra­cił wszyst­ko. Po­czuł, że ktoś sta­je obok. To była są­siad­ka z jego có­recz­ką w ra­mio­nach. Bez sło­wa po­ło­ży­ła mu ją na ko­la­nach.

Do­pie­ro wte­dy za­re­ago­wał. Spoj­rzał na cór­kę. Nie wol­no mu się pod­dać, nie wol­no za­to­nąć w bez­brzeż­nym smut­ku. Przy­tu­lił ją moc­no, opie­kuń­czo. Dziew­czyn­ka nie pła­ka­ła; wy­da­wa­ło się, że utkwi­ła wzrok nie­ru­cho­mo w ja­kimś miej­scu pa­mię­ci. Przy­lgnę­ła czar­ną od sa­dzy twa­rzą do pier­si ojca i do­pie­ro wte­dy łzy po­pły­nę­ły z jej oczu, po­wo­li żło­biąc wą­skie bruz­dy na osma­lo­nych po­licz­kach.

Miał wra­że­nie, że coś szar­pie go na ple­cach. Po­czuł prze­szy­wa­ją­cy ból roz­ry­wa­nej skó­ry. Do­tknął ple­ców ręką, chcąc spraw­dzić, co to jest. To ogień zo­sta­wił na nim swój ślad. Wy­da­ło mu się, że ogar­nię­te nim było - i po­pa­rzo­ne - całe cia­ło. Po­ko­na­ny bó­lem, za­pła­kał ra­zem z có­recz­ką.

Od tej chwi­li mie­li tyl­ko sie­bie.

Oka­le­czo­ny chło­piec ca­ły­mi ty­go­dnia­mi wa­łę­sał się w la­sach w po­bli­żu rze­ki, bo­jąc się zbli­żyć do za­miesz­ka­nych osad. Prze­żył, je­dząc ro­ba­ki i ko­rzon­ki. Wpa­dał w pa­ni­kę, gdy zo­ba­czył z da­le­ka ja­kichś lu­dzi albo usły­szał ich gło­sy. Ale nad­szedł mo­ment, kie­dy mu­siał się pod­dać.

Ob­szar­pa­ny, bez­bron­ny, sła­by i oszpe­co­ny, z dala - z wła­snej woli - od ro­dzin­ne­go domu, któ­re­goś dnia doj­rzał ze wzgó­rza mury Ko­lo­nii, naj­więk­sze­go mia­sta w oko­li­cy. Ru­szył tam, po­go­dzo­ny i z ko­niecz­no­ścią zna­le­zie­nia się wśród lu­dzi, i z tym, że do koń­ca ży­cia nie wy­po­wie już ani jed­ne­go sło­wa. Miał na­dzie­ję, że ukry­je się wśród ty­się­cy za­miesz­ku­ją­cych mia­sto dusz i nikt spo­śród wie­lu ka­lek tu­ła­ją­cych się po uli­cach nie zwró­ci uwa­gi na jego prze­ra­ża­ją­cą szra­mę. Miał tyl­ko trzy­na­ście lat, ale nie był już dziec­kiem. Dzie­ciń­stwo skoń­czy­ło się dwa mie­sią­ce wcze­śniej, po­grze­ba­ne pod wiel­kim kasz­ta­now­cem.

Pierw­sze­go dnia po­by­tu w mie­ście tra­fił na ko­lej­kę lu­dzi przy ko­ście­le Świę­te­go Mi­cha­ła Ar­cha­nio­ła. Ktoś po­wie­dział, że moż­na tu do­stać mi­skę go­rą­cej zupy. Po­si­łek, choć skrom­ny, wy­star­czał mu w zu­peł­no­ści i dzię­ki temu mógł ja­koś prze­trwać.

Któ­re­goś po­po­łu­dnia, sto­jąc po zupę, na­gle po­czuł na ra­mie­niu sil­ną dłoń. Wy­stra­szył się, obej­rzał za sie­bie. Osob­nik sto­ją­cy za nim był nie­wie­le wyż­szy od nie­go, oku­ta­ny dłu­gą czar­ną pe­le­ry­ną z kap­tu­rem, spod któ­re­go świ­dro­wał chłop­ca spoj­rze­niem. Skó­ra dło­ni nie­zna­jo­me­go była bar­dzo bia­ła, nie­mal prze­zro­czy­sta, po­zna­czo­na fio­le­to­wy­mi ży­ła­mi. Czło­wiek ten, jak zja­wa, przy­po­mniał chło­pa­ko­wi po­sta­cie z lasu, któ­re oszpe­ci­ły go, wy­rzu­ci­ły na mar­gi­nes ży­cia. Lecz tym ra­zem nie odda skó­ry tak ła­two. Rzu­cił się do uciecz­ki. Wy­tar­ty łach, któ­ry go okry­wał, zo­stał w ręce męż­czy­zny.

Biegł, nie oglą­da­jąc się za sie­bie, ale czuł na szyi groź­ny od­dech nie­zna­jo­me­go, tro­pią­ce­go go wą­ski­mi uli­ca­mi. Po chwi­li wy­da­ło mu się, że sły­szy wię­cej kro­ków. Nie było to echo ani na­wet jego wła­sne kro­ki; ucie­kał prze­cież boso.

Skrę­cił w ja­kąś ulicz­kę i zo­ba­czył przed sobą wy­so­ki mur, za­my­ka­ją­cy dro­gę uciecz­ki. Do­biegł i przy­warł do nie­go, jak gdy­by chciał spra­wić, by mur się roz­stą­pił. Zna­lazł się w pu­łap­ce. Kro­ki za­brzmia­ły te­raz in­a­czej; były wol­niej­sze, mia­ro­we. Pięć po­sta­ci po­dob­nych do czło­wie­ka z ko­lej­ki po zupę po­ja­wi­ło się na prze­ciw­le­głym koń­cu uli­cy. Z za­sło­nię­ty­mi twa­rza­mi zbli­ża­ły się po­wo­li. Chło­pak trząsł się cały, nie wie­dząc, któ­rę­dy ucie­kać.

Zna­la­zł­szy się już zu­peł­nie bli­sko, czar­ne po­sta­cie bez sło­wa rzu­ci­ły się na nie­go. Chwy­ci­ły go za ra­mio­na, po­cią­gnę­ły, unie­ru­cho­mi­ły. W oczach chłop­ca od­bi­ły się wszyst­kie prze­ra­ża­ją­ce do­zna­nia ostat­nich lat, noce spo­wi­te bó­lem i chło­dem, baty od ojca, kie­dy był mały, swąd wła­sne­go cia­ła, sto­py ob­le­pio­ne krwią i bło­tem, dy­go­ta­nie zzięb­nię­te­go cia­ła z na­dej­ściem zimy. Z gar­dła wy­do­był się sko­wyt jak po­ko­na­ne­go, umie­ra­ją­ce­go zwie­rzę­cia.

Wte­dy zbli­żył się szó­sty czło­wiek i zsu­nął kap­tur, pod­czas gdy po­zo­sta­li nadal owi­nię­ci byli pe­le­ry­na­mi. Twarz nowo przy­by­łe­go nie była bla­da. Rysy miał ła­god­ne, a nie­bie­skie oczy nie­zwy­kle ja­sne. Krzyk chłop­ca milkł po­wo­li i w jego miej­sce dało się sły­szeć mięk­kie skom­le­nie, skie­ro­wa­ne tyl­ko do tego męż­czy­zny. Przy­po­mniał so­bie mat­kę, da­le­ko w wio­sce, bru­tal­nie trak­to­wa­ną przez jego ojca, a wspo­mnie­niu temu to­wa­rzy­szy­ły cie­płe sło­wa nie­zna­jo­me­go:

- Ob­ser­wu­je­my cię od daw­na. Mo­żesz się już nie mar­twić. Ta­kich jak ty jest wie­lu. I nie­dłu­go ich po­znasz.

Chło­piec pa­trzył po­dejrz­li­wie, lecz już nie trząsł się ze stra­chu. Od­dy­chał cięż­ko.

- Wiem, jak źle lu­dzie cię po­trak­to­wa­li, ty jed­nak wiedz, że od tej chwi­li bę­dziesz bez­piecz­ny. Nikt nig­dy wię­cej cię nie skrzyw­dzi i nig­dy nie bę­dziesz sam. Za­ufaj mi.

Sło­wa brzmia­ły dla chłop­ca jak ła­god­ny wio­sen­ny wiatr, wszyst­ki­mi ner­wa­mi do­cie­ra­ły do ko­niusz­ków pal­ców. Tyle cza­su mi­nę­ło, od­kąd ostat­ni raz za­znał od ko­goś do­bro­ci, i ta chwi­la po­ru­szy­ła w nim za­po­mnia­ną stru­nę.

- Od­pędź wszyst­kie tro­ski, chłop­cze. Od te­raz je­steś pod opie­ką Ni­ko­la­sa Fi­sche­ra.

Męż­czy­zna przy­pie­czę­to­wał swą obiet­ni­cę sil­nym uści­skiem. Ciem­ne po­sta­cie od­su­nę­ły się i chło­pak, ze łza­mi w oczach i cią­gle nie­co drżą­cy, od­wza­jem­nił uścisk. Sło­wa, któ­re usły­szał, na­peł­ni­ły go uf­no­ścią i po­wo­li się uspo­ka­jał. Przy­lgnął do wy­so­kie­go męż­czy­zny jak roz­bi­tek do ska­ły. Zo­stał przy­ję­ty do no­wej ro­dzi­ny, więc choć­by miał to być je­dy­ny po­wód do wdzięcz­no­ści, bę­dzie temu czło­wie­ko­wi do­zgon­nie wdzięcz­ny.

1

Ko­lo­nia, 1435

Po­go­da tego paź­dzier­ni­ko­we­go ran­ka za­po­wia­da­ła się ka­pry­śnie. Na peł­nych ko­lo­rów uli­cach za­czę­ły się po­ja­wiać gru­py miesz­kań­ców naj­star­sze­go mia­sta im­pe­rium, mia­sta, któ­re po­wsta­ło czter­na­ście wie­ków wcze­śniej, jako osa­da rzym­skich le­gio­nów nad Re­nem. Cho­ciaż dzień wstał po­chmur­ny, a prze­lot­ne, gwał­tow­ne desz­cze mo­czy­ły co chwi­la gło­wy i chod­ni­ki, żywe ko­lo­ry, jak frag­men­ty mo­zai­ki, bar­wi­ły głów­ne pla­ce.

Miesz­kań­ców prze­peł­nia­ła ra­dość: nowy bur­mistrz świę­to­wał ob­ję­cie sta­no­wi­ska, ofe­ru­jąc ku ich ucie­sze mo­rze piwa i licz­ne przed­sta­wie­nia. Na uli­ce wy­le­gła pra­wie cała Ko­lo­nia, gdyż w więk­szo­ści warsz­ta­tów za­rzą­dzo­no wol­ny dzień. Nie­któ­rzy przy­by­li, bo po­rwał ich ulicz­ny gwar i za­ba­wa, inni zaś, by sko­rzy­stać z ła­twiej­sze­go w tłu­mie do­stę­pu do kie­sze­ni i miesz­ków mniej uważ­nych pi­wo­szów i ga­piów. Wy­da­wa­ło się, że wszyst­kich ko­loń­czy­ków prze­peł­nia ra­dość, bo i zbio­ry tego lata nie były złe. Nikt jesz­cze nie my­ślał, że wkrót­ce przyj­dzie zima i dłu­gie noce, wy­peł­nio­ne chło­dem i zmar­twie­nia­mi.

Cią­gle nie­do­koń­czo­na, ale już wzno­szą­ca się ma­je­sta­tycz­nie po­łu­dnio­wa wie­ża ka­te­dry bu­dzi­ła po­wszech­ny po­dziw.

Mó­wio­no, że kie­dy bu­do­wa obu wież zo­sta­nie za­koń­czo­na, z ich szczy­tów, w bez­chmur­ny dzień, bę­dzie moż­na doj­rzeć mia­sto Bre­dę w po­bli­żu uj­ścia Renu. W mie­ście nie było za­kąt­ka, do któ­re­go z wie­ży nie się­gał­by wzrok. Od Alt­markt, pul­su­ją­ce­go ży­ciem tar­gu, po oba wy­lo­ty głów­nej uli­cy Hoch­stras­se miesz­kań­cy nie­mal fi­zycz­nie czu­li opie­kę świę­tych mu­rów, wznie­sio­nych w hoł­dzie Bogu i jego czci­cie­lom, Trzem Kró­lom. Tam spo­czy­wa­ją ich re­li­kwie, spro­wa­dzo­ne z da­le­kiej zie­mi.

Dla tych, któ­rzy miesz­ka­li poza mu­ra­mi, ka­te­dra też mia­ła ogrom­ne zna­cze­nie - żyli w jej cie­niu, wi­dać ją było z każ­de­go miej­sca wie­le ki­lo­me­trów od mia­sta. Po­strzę­pio­ny pro­fil wiel­kiej bu­dow­li da­wał miesz­kań­com oko­licz­nych wsi po­czu­cie bli­sko­ści Stwór­cy. W su­ro­wym, ciem­no­bru­nat­nym wiej­skim kra­jo­bra­zie wie­lo­kąt­ne za­gon­ki wy­glą­da­ły jak czę­ści ja­kiejś bo­żej ukła­dan­ki. Po­mię­dzy nimi, jak ostrze wiel­kie­go noża, lśnił Ren, pły­nął me­an­dra­mi i zni­kał w od­da­li, w gęst­nie­ją­cym po­wie­trzu, za ho­ry­zon­tem gi­ną­cym we mgle, dzie­lą­cym ob­raz na dwie czę­ści: w gó­rze, wy­so­ko, błę­kit zła­ma­ny bie­lą chmur; w tle ochra i żółć to­po­li i je­sio­nów, wzdłuż nur­tu wody, lecz w bez­piecz­nej od niej od­le­gło­ści. Tro­chę da­lej roz­po­ście­ra­ją­ca się na wschód i na pół­noc zie­leń la­sów igla­stych, ol­brzy­miej prze­strze­ni, nie do ogar­nię­cia wzro­kiem. I po­roz­rzu­ca­ne tu i ów­dzie ru­da­we i po­ma­rań­czo­we po­ły­sku­ją­ce od wil­go­ci da­chy, świad­czą­ce o obec­no­ści lu­dzi z dala od ha­ła­śli­we­go mia­sta, har­mo­nij­nie do­peł­nia­ją­ce ele­men­ty pej­za­żu.

Nowo mia­no­wa­ny bur­mistrz, Hel­ler Over­stolz, za­pro­sił miesz­kań­ców na uro­czy­stość z oka­zji po­wo­ła­nia go do władz miej­skich na sta­no­wi­sko, któ­re od kil­ku lat sta­rał się ob­jąć.

Sa­me­go Hel­le­ra trud­no było zo­ba­czyć z pla­cu, gdy uka­zał się na go­tyc­kiej wie­ży, ko­ro­nu­ją­cej fa­sa­dę ma­gi­stra­tu - Ra­thau­su. W nie­co­dzien­nej sce­ne­rii zwró­cił się do oby­wa­te­li z pło­mien­nym, peł­nym obiet­nic prze­mó­wie­niem. Ze­bra­ni na pla­cu sta­li w mil­cze­niu, prze­rwaw­szy roz­po­czę­tą już za­ba­wę. Więk­szość słu­cha­ła jak za­uro­czo­na no­we­go Bür­ger­me­istra, nie dla­te­go, że byli szcze­gól­nie za­in­te­re­so­wa­ni tym, co po­wie, lecz dla­te­go, że jego wy­stą­pie­nie sta­no­wi­ło no­wość - w ten spo­sób zry­wał z pew­ną ru­ty­ną.

Hel­ler, z usta­mi wy­krzy­wio­ny­mi w gry­ma­sie, pa­trzył na te wszyst­kie prze­ję­te twa­rze. Z wy­so­ka nie roz­po­zna­wał ry­sów, wi­dział je­dy­nie in­ten­syw­ne ko­lo­ry stro­jów i sze­ro­kie uśmie­chy tych, któ­rzy już spró­bo­wa­li dar­mo­we­go piwa. Ode­tchnął głę­bo­ko i da­lej wy­gła­szał mowę, przy­go­to­wa­ną po­przed­nie­go wie­czo­ru i wy­uczo­ną na pa­mięć. Stał wy­pro­sto­wa­ny, szczu­pły, przy­ku­wa­jąc uwa­gę, po­ru­sza­jąc pra­wym ra­mie­niem w górę i w dół, jak gdy­by wy­bi­jał rytm. Miał na so­bie od­święt­ne sza­ty z czar­ne­go ak­sa­mi­tu, fu­trza­ną pe­le­ry­nę chro­nią­cą przed zim­nem i ka­pe­lusz z sze­ro­kim ron­dem i wy­pu­kłą głów­ką, spro­wa­dzo­ny z Flan­drii. Hel­ler nie prze­ry­wał prze­mó­wie­nia, choć my­śli miał już za­prząt­nię­te czymś in­nym. Uśmiech nie scho­dził z jego twa­rzy, ale sza­re oczy z le­d­wo za­ry­so­wa­ny­mi nad nimi brwia­mi pra­wie nie do­strze­ga­ły po­spól­stwa na pla­cu. Spo­glą­dał w sie­bie, wra­cał do wspo­mnień.

Był nie­zmier­nie za­do­wo­lo­ny z tego, co osią­gnął. Oka­zał ta­lent w pro­wa­dze­niu odzie­dzi­czo­ne­go po ojcu in­te­re­su bu­dow­la­ne­go i w bar­dzo mło­dym wie­ku uzy­skał ty­tuł mi­strza: zo­stał naj­młod­szym mi­strzem w ca­łej Nad­re­nii. Ale szyb­ko wcią­gnę­ła go po­li­ty­ka i wła­dza. Stop­nio­wo piął się po ko­lej­nych szcze­blach ka­rie­ry i nie­ba­wem zo­stał prze­wod­ni­czą­cym ce­chu mi­strzów bu­dow­ni­czych. Zdo­był wów­czas sła­wę twar­de­go ne­go­cja­to­ra w za­żar­tej wal­ce o za­cho­wa­nie au­to­no­mii ce­chów prze­ciw­ko wła­dzy lo­kal­nej, za­wsze sko­rej do po­dej­mo­wa­nia de­cy­zji w spra­wach cen, trans­ak­cji i po­dat­ków. W spo­sób na­tu­ral­ny Hel­ler na­uczył się być prze­ko­nu­ją­cy, nie­ustę­pli­wy i upar­ty. A tak­że, kie­dy na­le­ża­ło, nie­bez­piecz­ny. Przede wszyst­kim jed­nak na­uczył się, że bez wła­dzy nig­dy nie do­pnie celu.

Aby osią­gnąć to, co so­bie za­mie­rzył, mu­siał zmie­nić po­zy­cję spo­łecz­ną. Wie­lu miesz­czan dro­go ku­po­wa­ło ty­tu­ły szla­chec­kie, pra­gnąc za wszel­ką cenę przy­na­le­żeć do tej wpły­wo­wej war­stwy spo­łe­czeń­stwa. Hel­ler wy­trwa­le zbie­rał po­trzeb­ne pie­nią­dze. I na­gle zda­rzy­ło się coś, co po­zwo­li­ło mu skró­cić dro­gę do celu: po­znał cór­kę sta­re­go ba­ro­na. Agri­pi­na była owo­cem póź­ne­go mał­żeń­stwa ba­ro­na i li­czy­ła so­bie le­d­wo kil­ka­na­ście lat. Ro­dzi­ce nada­li jej imię żony ce­sa­rza Klau­diu­sza, któ­ra uro­dzi­ła się w ger­mań­skim mie­ście nad Re­nem i na któ­rej cześć to mia­sto zo­sta­ło na­zwa­ne Co­lo­nia Clau­dia Ara Agrip­pi­nen­sium. Cho­wa­na bez mat­ki, któ­ra zmar­ła przy po­ro­dzie, pięk­na i nie­zmier­nie ufna cór­ka ba­ro­na pro­wa­dzi­ła bez­tro­skie ży­cie, roz­piesz­cza­na przez po­nad sześć­dzie­się­cio­let­nie­go ojca i licz­ną służ­bę.

Pro­sto­dusz­ność dziew­czy­ny była tak wiel­ka, że Hel­ler, po­znaw­szy ją, uznał, iż głu­po­tą z jego stro­ny by­ło­by nie wy­ko­rzy­stać ta­kiej oka­zji. Użył ca­łe­go swo­je­go wdzię­ku tak sku­tecz­nie, że wkrót­ce roz­ko­chał ją w so­bie do sza­leń­stwa. Ślub od­był się mimo po­cząt­ko­wych pro­te­stów ba­ro­na, któ­ry pra­gnął za­cho­wać cór­kę dla ko­goś ze szla­chec­kim ro­do­wo­dem.

Tak więc Hel­ler uzy­skał ty­tuł szla­chec­ki dzię­ki sa­kra­men­to­wi mał­żeń­stwa. Jesz­cze we wcze­snym okre­sie na­rze­czeń­stwa prze­ko­nał co­raz bar­dziej słab­ną­ce­go przy­szłe­go te­ścia, że to wła­śnie on, Over­stolz, po­wi­nien za­rzą­dzać po­sia­dło­ścia­mi ba­ro­na i - co naj­waż­niej­sze - ob­jąć po nim sta­no­wi­sko w ad­mi­ni­stra­cji. Kie­dy ba­ron zmarł, Hel­ler uwa­ża­ny był już za swo­je­go czło­wie­ka i, w wie­ku czter­dzie­stu kil­ku lat, miał sil­ną po­zy­cję jako kan­dy­dat na wy­so­kie sta­no­wi­sko we wła­dzach.

Pod­czas gdy mał­żo­nek zręcz­ny­mi po­su­nię­cia­mi po­pra­wiał swo­ją po­zy­cję spo­łecz­ną, Agri­pi­na pę­dzi­ła ży­cie w oto­cze­niu służ­by. Po­cząt­ko­wo pro­te­sto­wa­ła, gry­ma­si­ła, ro­bi­ła, co mo­gła, by zwró­cić na sie­bie uwa­gę co­raz czę­ściej nie­obec­ne­go w domu męża, lecz w koń­cu mu­sia­ła się pod­dać. Uzna­ła, że jej los zo­stał przy­pie­czę­to­wa­ny: cze­ka­ją ży­cie, w któ­rym nie za­brak­nie dóbr ma­te­rial­nych, lecz bę­dzie to ży­cie bez męż­czy­zny, do któ­re­go mo­gła­by się przy­tu­lić. Smut­na i znie­chę­co­na sta­ła obok męża wy­gła­sza­ją­ce­go ora­cję.

Tym­cza­sem wśród ze­bra­nych na pla­cu miesz­kań­ców Ko­lo­nii wy­bu­chły fre­ne­tycz­ne okla­ski. Hel­ler spoj­rzał na żonę i zro­bił krót­ką prze­rwę. Na­stą­pił mo­ment po­dzię­ko­wań. Nowy Bür­ger­me­ister do­sko­na­le wie­dział, jak bar­dzo musi dbać o za­cho­wa­nie po­praw­nych sto­sun­ków ze wszyst­ki­mi, któ­rzy się li­czą. Zdo­był upra­gnio­ną po­zy­cję, lecz zda­wał so­bie spra­wę, że suk­ces może oka­zać się tym­cza­so­wy. Co praw­da mał­żeń­stwo po­zwo­li­ło mu uzy­skać ty­tuł szla­chec­ki, ale był prze­cież człon­kiem ce­chów, na­sta­wio­nych kry­tycz­nie wo­bec lo­kal­nych władz, na któ­rych cze­le te­raz sta­nął. Je­den fał­szy­wy krok i nie wy­cią­gną do nie­go ręki ani człon­ko­wie rady miej­skiej, ani ce­cho­wi kam­ra­ci.

Poza tym był jesz­cze ar­cy­bi­skup, naj­bar­dziej nie­ustę­pli­wy, naj­bar­dziej nie­bez­piecz­ny. Die­trich von Mo­ers był jed­ną z naj­po­tęż­niej­szych po­sta­ci w ca­łym Świę­tym Ce­sar­stwie Rzym­skim Na­ro­du Nie­miec­kie­go. Oprócz za­rzą­dza­nia ar­chi­die­ce­zją na­le­żał do gro­na ksią­żąt elek­to­rów, ma­ją­cych pra­wo wy­bo­ru ce­sa­rza. Hel­ler mu­siał oka­zać przed nim po­słu­szeń­stwo i po­ko­rę. Po­wią­za­nia ar­cy­bi­sku­pa z ce­sa­rzem, z pa­pie­żem w Rzy­mie i ary­sto­kra­cją - von Mo­er­so­wie na­le­że­li do naj­star­szych ro­dzin - da­wa­ły mu peł­nię wła­dzy w Ko­lo­nii, cho­ciaż za­sad­ni­czo re­zy­do­wał w Bonn. Po­mi­mo to jego wi­zy­ty były czę­ste, a po­sia­dło­ści w mie­ście nie­zli­czo­ne. Rów­nież oko­licz­ne zie­mie na­le­ża­ły do nie­go: gdy­by któ­re­goś dnia za­ka­za­no prze­jaz­du przez jego wło­ści, Ko­lo­nia zo­sta­ła­by cał­ko­wi­cie od­izo­lo­wa­na od świa­ta. Mó­wio­no, że na jego roz­kaz wody Renu mo­gły­by się za­trzy­mać.

I dla­te­go za­koń­cze­nie uro­czy­sto­ści prze­zna­czo­ne było dla ar­cy­bi­sku­pa. Nowy bur­mistrz po­pro­sił go, aby za­jął jego miej­sce i zwró­cił się do obec­nych ze sło­wa­mi mo­dli­twy. Sam usiadł koło żony, nie pa­trząc na nią, wziął ją za rękę i przy­jął na­boż­ną minę. Agri­pi­na opu­ści­ła gło­wę i w sta­nie wiel­kie­go unie­sie­nia wy­słu­cha­ła słów ar­cy­bi­sku­pa.

Uro­czy­ste "amen" wy­peł­ni­ło plac. Za­pa­dła ci­sza, któ­ra nie trwa­ła jed­nak dłu­go. Mu­zy­cy za­czę­li stro­ić in­stru­men­ty, a gwar­ny tłum skie­ro­wał się w stro­nę bu­dek i stra­ga­nów z na­po­ja­mi, któ­re bur­mistrz ka­zał przy­go­to­wać dla miesz­kań­ców. Z głów szyb­ko wy­wie­trza­ły pod­nio­słe sło­wa; ogól­na we­so­łość, śmie­chy i tań­ce opa­no­wa­ły mia­sto.

W ra­tu­szu Hel­ler udał się do sali, do któ­rej za­pro­sze­ni zo­sta­li przed­sta­wi­cie­le wła­dzy, aby uczcić jego wy­nie­sie­nie do tak zna­czą­cej god­no­ści i wziąć udział w przy­ję­ciu dla wy­brań­ców. Ko­lej­no pod­cho­dzo­no do nie­go, by po­gra­tu­lo­wać awan­su i świet­nej mowy. In­a­czej niż na pla­cach i uli­cach, tu­taj po­da­no wina naj­lep­szej ja­ko­ści. Wy­so­ki, oko­ło pięć­dzie­się­cio­let­ni męż­czy­zna w ka­pe­lu­szu ko­lo­ru fuk­sji i ele­ganc­kiej tu­ni­ce z cięż­kie­go je­dwa­biu w tym sa­mym ko­lo­rze cze­kał na od­po­wied­ni mo­ment, by zło­żyć wy­ra­zy uzna­nia.

- Moje ser­decz­ne gra­tu­la­cje, Bür­ger­me­ister. - Sło­wom to­wa­rzy­szył lek­ki ukłon.

- Dzię­ku­ję, mój do­bry Ni­ko­la­sie - od­parł Hel­ler, kła­dąc szcze­gól­ny ak­cent na sło­wie "do­bry". - Czy za­szczy­ci­cie nas swo­ją obec­no­ścią na uczcie przy­go­to­wa­nej przez wła­dze miej­skie?

- Na­tu­ral­nie. Do­brze wie­cie, że oka­zja jest tego war­ta, Herr.

Hel­ler uniósł dłoń.

- Po­rzuć­my te for­mal­no­ści... Mam na­dzie­ję, że przy­pad­ną wam do gu­stu przy­sma­ki, któ­re­śmy przy­go­to­wa­li dla uświet­nie­nia tej skrom­nej uro­czy­sto­ści. Nie od­da­laj­cie się zbyt­nio, Ni­ko­la­sie. Znaj­dzie­my chwi­lę, żeby po­roz­ma­wiać o wa­szych... umie­jęt­no­ściach.

- Je­stem do wa­szej cał­ko­wi­tej dys­po­zy­cji - od­parł Ni­ko­las Fi­scher, co­fa­jąc się o krok przed bur­mi­strzem i jego żoną.

Agri­pi­na przy­glą­da­ła się wszyst­kie­mu jak urze­czo­na. Obec­ność tylu zna­czą­cych oso­bi­sto­ści osza­ła­mia­ła ją, gdyż w swym co­dzien­nym ży­ciu za­wsze była oto­czo­na tymi sa­my­mi słu­żą­cy­mi, pre­ten­sjo­nal­ny­mi i ckli­wy­mi. Za­ru­mie­ni­ła się, za­uwa­żyw­szy, że ten wy­so­ki męż­czy­zna w pięk­nej tu­ni­ce ob­ser­wu­je ją uważ­nie; jego in­te­li­gent­ne oczy zda­wa­ły się czy­tać w jej my­ślach. Przez chwi­lę za­wi­ro­wa­ło jej w gło­wie.

Przed Hel­le­rem prze­cho­dzi­li ko­lej­no wszy­scy za­pro­sze­ni go­ście. Sta­rał się za­pa­mię­tać sło­wa i ton, ja­kim się do nie­go zwra­ca­li, by móc oce­nić, kto był szcze­rze za­do­wo­lo­ny z jego mia­no­wa­nia. Od­kry­wa­nie, kto mu sprzy­ja, a kto jest wro­giem, mia­ło być od tego dnia jed­nym z co­dzien­nych za­dań. Ostat­ni pod­szedł do nie­go ar­cy­bi­skup. Hel­ler ujął jego dłoń w swo­je ręce i klęk­nąw­szy, uca­ło­wał pier­ścień.

- Do­brze już, do­brze... Wstań­cie, bur­mi­strzu. - Ob­li­cze Hel­le­ra za­ja­śnia­ło dumą. - Dzi­siaj jest wasz dzień. Mu­szę przy­znać, że za­sko­czy­ło mnie wa­sze pięk­ne prze­mó­wie­nie... - Za­milkł na chwi­lę, sły­sząc we­so­łe okrzy­ki do­cho­dzą­ce z ze­wnątrz. - Nie­wąt­pli­wie zdo­by­li­ście so­bie ser­ca miesz­kań­ców.

Oczy ar­cy­bi­sku­pa za­prze­cza­ły ser­decz­nym sło­wom. Spod gę­stych, opa­da­ją­cych jak strza­ły brwi pa­trzył na bur­mi­strza wzro­kiem twar­dym, nie­prze­nik­nio­nym. Hel­ler przy­po­mniał so­bie, co po­wszech­nie mó­wio­no: nie­je­den czło­wiek drżał przed gniew­nym wzro­kiem Die­tri­cha von Mo­er­sa.

- Były to je­dy­nie wy­ra­zy wdzięcz­no­ści dla mia­sta, któ­re mi tak wie­le ofia­ro­wa­ło, Eks­ce­len­cjo.

- Je­stem prze­ko­na­ny, że Stwór­ca stoi po stro­nie tych, któ­rzy po­tra­fią oka­zy­wać wdzięcz­ność - po­wie­dział ar­cy­bi­skup z lek­kim uśmie­chem.

Hel­ler po­czuł mro­wie­nie na ple­cach. Po­chy­lił się, kie­dy ar­cy­bi­skup, po­bło­go­sła­wiw­szy go, szyb­ko od­szedł do za­sta­wio­ne­go sto­łu. Za­ci­snął szczę­ki. Agri­pi­na u jego boku wes­tchnę­ła.

- Co ci jest? - spy­tał z iry­ta­cją.

- Nic. Ar­cy­bi­skup był bar­dzo uprzej­my dla cie­bie... Praw­da, mój dro­gi mężu?

Przez plac przed ra­tu­szem, gdzie świę­to­wa­nie osią­gnę­ło punkt kul­mi­na­cyj­ny, szedł męż­czy­zna. Był szczu­pły, choć sze­ro­ki w ra­mio­nach, no­sił gra­na­to­wą tu­ni­kę z za­sła­nia­ją­cym twarz kap­tu­rem. Pu­co­ło­wa­ty je­go­mość z ró­żo­wy­mi po­licz­ka­mi, trzy­ma­ją­cy w rę­kach wiel­ki gli­nia­ny dzban z pi­wem, za­stą­pił mu dro­gę.

- Wy­glą­dasz na za­kon­ni­ka, wy­mkną­łeś się z klasz­to­ru, bra­cisz­ku? - Wy­buch­nął śmie­chem i po­wia­ło od nie­go al­ko­ho­lem.

Nie­zna­jo­my nie od­po­wie­dział. Męż­czy­zna ze zło­ści ścią­gnął mu z gło­wy kap­tur.

- Do­bry Boże! Cóż za ga­lant! Czy może je­steś gierm­kiem ja­kie­goś ry­ce­rza?

Nie­zna­jo­my nadal mil­czał. Krę­co­ne ja­sne wło­sy były lek­ko zmierz­wio­ne. Za­dzi­wia­ją­co ciem­ne oczy wpa­try­wa­ły się w męż­czy­znę z dzba­nem.

- Co? Nic nie mó­wisz? - Nie­co męt­ny wzrok spo­waż­niał. - Może ci się nie po­do­ba nasz nowy Bür­ger­me­ister? Pew­nie na­le­żysz do tych oszczer­ców, co to mó­wią, że wiel­ki Hel­ler Over­stolz jest za­bój­cą? Ach! Co za pod­łość! Jego prze­ciw­nik zgi­nął za­ata­ko­wa­ny przez ban­dę ło­bu­zów. Hel­ler się nimi zaj­mie i za­pro­wa­dzi po­rzą­dek! Na pew­no!

Skrzy­wił się ze zło­ści, kie­dy zno­wu nic nie usły­szał w od­po­wie­dzi.

- Masz, pij. - Pod­su­nął bli­żej dzba­nek. - No. Pij!

Mło­dy czło­wiek za­wa­hał się chwi­lę, po czym wziął dzba­nek do ręki, ale do ust nie pod­niósł.

- Na co cze­kasz? Prze­cież dziś świę­tu­je­my - upie­rał się beł­ko­tli­wie gru­bas.

Wte­dy chło­pak pod­niósł szyb­ko dzba­nek i wy­pił wszyst­ko do dna. Prze­chy­lił go, żeby po­ka­zać pi­ja­czy­nie, że nic nie zo­sta­ło.

- Wiel­kie nie­ba! Ale po­cią­gasz!

Zno­wu wy­buch­nął gło­śnym śmie­chem i twarz mu się roz­we­se­li­ła. Klep­nął chło­pa­ka parę razy po ra­mie­niu i za­bie­ra­jąc dzba­nek, za­wo­łał:

- To się na­zy­wa pić! Idę po wię­cej! Nie­chby i wszy­scy wiel­cy pa­no­wie się po­za­bi­ja­li, sko­ro nam w za­mian dają piwo!

Za­ta­cza­jąc się jak bąk i czka­jąc, pi­ja­czek od­szedł, co chwi­la wpa­da­jąc na ko­goś z tłu­mu. Mło­dzie­niec za­cho­wał nie­wzru­szo­ny spo­kój, na­ło­żył kap­tur i lek­kim kro­kiem od­da­lił się z pla­cu. Krę­ty­mi ulicz­ka­mi szedł do celu. Po­my­ślał, że jak na je­den dzień wi­dział do­sta­tecz­nie dużo. Te­raz wra­cał do swo­ich, do cie­ni w pod­zie­miach mia­sta.

4

W zręcz­nych pal­cach Lo­ren­za ob­ra­cał się nie­wiel­ki ka­wa­łek me­ta­lu. Owal­ny kształt i małe kół­ko w tyl­nej czę­ści wska­zy­wa­ły na to, że jest to nie­wy­koń­czo­ny jesz­cze klej­not. Być może pier­ścień. Albo ra­czej pie­częć. Obok le­ża­ła już roz­bi­ta pia­sko­wa for­ma, z któ­rej zo­stał wy­ję­ty. Były w niej wy­żło­bio­ne ka­na­ły i za­głę­bie­nia, któ­ry­mi pły­nął sto­pio­ny brąz. Mło­tecz­kiem i cien­kim dłu­tem Lo­renz czy­ścił po­wierzch­nię, usu­wa­jąc grud­ki i za­nie­czysz­cze­nia. Na ko­niec szty­ftem ma­cza­nym w sprosz­ko­wa­nym pu­mek­sie po­le­ro­wał cały przed­miot. Na błysz­czą­cym polu po­ja­wił się je­dy­ny znak: li­te­ra "T".

Drew­nia­na pły­ta, na któ­rej pra­co­wał w nie­wiel­kim po­ko­ju skrom­ne­go domu, peł­na była po­dob­nie wy­glą­da­ją­cych przed­mio­tów. Na każ­dym Lo­renz umiesz­czał inną przy­go­to­wa­ną for­mę. W sła­bym, żół­ta­wym świe­tle świe­cy, przy któ­rym pra­co­wał, wi­dać było nie­mal wszyst­kie li­te­ry al­fa­be­tu, po­kry­te czer­wo­nym wo­skiem. Na ar­ku­szu pa­pie­ru mi­go­ta­ły bez­ład­ne czer­wo­ne śla­dy sa­mo­gło­sek i spół­gło­sek.

Nie­ocze­ki­wa­ne po­ru­sze­nie przy drzwiach za­nie­po­ko­iło Lo­ren­za. Otwie­ra­ły się po­wo­li, wpusz­cza­jąc po­dmuch zim­ne­go po­wie­trza. Na­gła ja­sność ośle­pi­ła go i do­pie­ro gdy drzwi się za­mknę­ły, mógł roz­po­znać dwie zbli­ża­ją­ce się po­sta­cie. Eri­ka pro­wa­dzi­ła za rękę ma­łe­go Mat­thia­sa.

- Prze­stra­szy­łeś się?

Dziew­czyn­ka uśmie­cha­ła się słod­ko, pod­cho­dząc do ojca. Lo­renz, cią­gle z wy­ra­zem nie­po­ko­ju na twa­rzy, przy­wi­tał się z dzieć­mi, Eri­kę po­ca­ło­wał w po­li­czek, a ma­łe­mu Mat­thia­so­wi zwi­chrzył wło­sy.

- Strasz­nie zim­no na dwo­rze, a tu­taj ta­kie przy­jem­ne cie­pło! Eri­ka zdję­ła ciem­no­sza­rą pe­le­ry­nę, któ­rą mia­ła na­rzu­co­ną na wi­śnio­wą su­kien­kę, i po­ło­ży­ła ją na opar­ciu krze­sła. Mat­thias pod­szedł do Lo­ren­za.

- Co ro­bi­cie, Herr Block? - za­py­tał chło­piec gło­śno. Ró­żo­wa skó­ra kon­tra­sto­wa­ła z nie­mra­wym i sen­nym wy­glą­dem, ra­czej nie­spo­ty­ka­nym u dziec­ka w jego wie­ku. W szczu­płej twa­rzy błysz­cza­ły by­stre oczy. Po­sta­wio­ny koł­nierz weł­nia­ne­go płasz­czy­ka nie­okre­ślo­ne­go ko­lo­ru się­gał okrą­głe­go pod­bród­ka.

- Tyl­ko pie­czę­cie - od­parł Lo­renz, po­mniej­sza­jąc wagę swo­jej pra­cy.

- Mat­thias zje z nami ko­la­cję. Jego oj­ciec jesz­cze pra­cu­je w warsz­ta­cie, a mama... ma za dużo pra­cy z ma­ły­mi dzieć­mi.

Lo­renz kiw­nął gło­wą.

- Idę zro­bić je­dze­nie. A wy po­zbie­raj­cie to wszyst­ko - roz­ka­za­ła Eri­ka, wska­zu­jąc na ba­ła­gan na je­dy­nym sto­le w po­ko­ju.

Lo­renz zgo­dził się po­słusz­nie.

- Tak jest. - I mru­gnął okiem do Mat­thia­sa. Dziew­czyn­ka po­de­szła do znaj­du­ją­ce­go się w po­miesz­cze­niu pa­le­ni­ska. Ogień nie­mal w nim wy­ga­sał. Po­ru­szy­ła reszt­ką głow­ni, żeby go oży­wić, do­rzu­ci­ła kil­ka po­lan, naj­pierw mniej­sze i do­pie­ro po chwi­li więk­sze i cięż­sze. Zdję­ła po­czer­nia­ły sa­gan z łań­cu­cha i na­peł­ni­ła wodą z becz­ki. Z tru­dem za­wie­si­ła go z po­wro­tem na miej­sce. Po chwi­li pło­mie­nie za­czę­ły go ogrze­wać.

Wą­ska fa­sa­da nada­ła pro­sto­kąt­ny kształt prze­strze­ni miesz­kal­nej od drzwi wej­ścio­wych do dzie­dziń­ca z tyłu domu. Było to jed­no po­miesz­cze­nie, z pa­le­ni­skiem w głę­bi. Za­wil­go­co­ne kle­pi­sko z ubi­tej zie­mi no­si­ło śla­dy prze­sta­wia­nych kil­ku le­d­wie me­bli: sto­łu, paru krze­seł, ku­fra... W miesz­ka­niu było jesz­cze gór­ne pię­ter­ko, na tyle duże, żeby po­mie­ścić dwa wy­słu­żo­ne łóż­ka i ko­mo­dę.

Cała prze­strzeń na dole wy­peł­ni­ła się parą z sa­ga­na, okna za­szły mgieł­ką. Eri­ka wspię­ła się na pal­cach, by się­gnąć do garn­ka, i na­sy­pa­ła do nie­go kil­ka gar­ści mąki ze sto­ją­ce­go obok niej wor­ka. Wrzą­tek za­bar­wił się na bia­ło. Wiel­ką drew­nia­ną cho­chlą mie­sza­ła pap­kę, któ­ra po­wo­li za­czy­na­ła gęst­nieć. Odło­ży­ła cho­chlę na brzeg sa­ga­na, od­su­nę­ła z twa­rzy dłu­gie ciem­ne wło­sy i za­tknę­ła za usza­mi. Spoj­rza­ła na ojca i chłop­czy­ka.

- Co jest na­ry­so­wa­ne na tych pie­czę­ciach? - Mat­thias spy­tał Lo­ren­za, któ­ry uważ­nie zbie­rał ze sto­łu swo­je na­rzę­dzia pra­cy.

- Li­te­ry.

- Li­te­ry?

- Tak. Po­patrz. - Lo­renz zno­wu usiadł i po­sa­dził so­bie ma­łe­go na ko­la­nach.

Przy­su­nął jed­ną z pie­czę­ci do za­cie­ka­wio­nej buzi chłop­ca i za­czął tłu­ma­czyć:

- To jest li­te­ra "M". Taka sama jak w two­im imie­niu. Mat­thias.

- Em?

Lo­renz przy­tak­nął z uśmie­chem.

- Może po­pro­sisz Eri­kę, żeby na­uczy­ła cię czy­tać? Bar­dzo do­brze umie czy­tać. I pi­sać.

Eri­ka, za­ję­ta go­to­wa­niem przy ko­min­ku, ode­zwa­ła się:

- Oj­cze, ca­ły­mi dnia­mi ci po­ma­gam. Kie­dy mam go uczyć?

Lo­renz po­ki­wał gło­wą w za­my­śle­niu.

- No po­patrz, Mat­thia­sie. Wy­glą­da na to, że od­ma­wia. Lo­renz wie­dział, że jego cór­ka, usły­szaw­szy to, za­pro­te­stu­je.

Wy­cho­wał ją na dziew­czyn­kę dum­ną, su­mien­ną i ener­gicz­ną. Cza­sem zda­wa­ło się, że pa­ra­li­żu­je ją nie­śmia­łość, ale było to prze­lot­ne wra­że­nie. Eri­ka była sil­na i je­śli chcia­ła coś zro­bić, nic jej nie mo­gło po­wstrzy­mać. Nada­wa­ło jej to fał­szy­we po­czu­cie pew­no­ści sie­bie, co uwa­żał za bar­dzo do­brą ce­chę. Sam czuł się pew­niej, ufał jej i wie­dział, że bez jej po­mo­cy nie dał­by so­bie rady. Ale nie umiał jej tego po­wie­dzieć. W ich sa­mot­nym ży­ciu nie­wie­le znaj­do­wa­li oka­zji, żeby wy­ra­żać swo­je uczu­cia. Dla Lo­ren­za żad­na chwi­la nie była od­po­wied­nia. A lata mi­ja­ły.

- Na pew­no nie! - za­wo­ła­ła Eri­ka i mach­nę­ła cho­chlą. Tro­chę gę­stej pap­ki spa­dło jej na gło­wę. Wi­dząc przy­ja­ciół­kę upać­ka­ną ko­la­cją, Mat­thias za­czął po­ka­zy­wać ją pal­cem, za­śmie­wa­jąc się do roz­pu­ku.

- Co się sta­ło? - spy­ta­ła Eri­ka. Do­tknę­ła ręką wło­sów. - A, to dla­te­go tak się śmie­jesz?

Po­trzą­snę­ła łyż­ką w stro­nę Mat­thia­sa i parę za­wie­si­stych klu­sek z zupy po­le­cia­ło w jego stro­nę. Śmie­jąc się cią­gle, zła­pał je do ręki i wsa­dził do buzi.

- Do­bre.

Eri­ka rzu­ci­ła ze zło­śli­wym uśmiesz­kiem:

- Mam tu jesz­cze pe­łen gar­nek...

Lo­renz pa­trzył na nich z ra­do­ścią. W koń­cu uznał, że czas po­ka­zać, kto tu jest do­ro­sły, i za­pro­wa­dzić tro­chę po­rząd­ku.

- Wy­star­czy tego rzu­ca­nia je­dze­niem. Le­piej zjedz­my ko­la­cję przy sto­le.

Wziął gli­nia­ne ta­le­rze i pod­szedł do Eri­ki.

- Idź usiąść. Ja na­ło­żę.

Od­su­nę­ła go.

- Oj­cze, to ja mam to­bie po­ma­gać.

Lo­renz uśmiech­nął się, kie­dy po­da­wa­ła mu pe­łen ta­lerz.

- Wiem. Za­nieś go do sto­łu.

Eri­ka też się uśmiech­nę­ła i po­słu­cha­ła ojca. Kie­dy wszy­scy sie­dzie­li już przed peł­ny­mi ta­le­rza­mi, dziew­czyn­ka zło­ży­ła dło­nie. Mat­thias zro­bił to samo. Wi­dząc, że oj­ciec nie za­uwa­ża, co za­mie­rza zro­bić, wy­szep­ta­ła:

- Oj­cze.

Spoj­rzał na nią, przy­mknął oczy i zło­żyw­szy dło­nie, wy­słu­chał słów cór­ki.

- Pa­nie, po­bło­go­sław te dary, któ­re w swo­jej szczo­dro­bli­wo­ści nam ofia­ro­wu­jesz. Daj chleb głod­nym i dro­gę do Boga tym, któ­rzy chleb mają. Amen.

Mat­thias po­wtó­rzył "amen", nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od sto­ją­ce­go przed nim ta­le­rza. Jego ro­dzi­na żyła jesz­cze skrom­niej niż Bloc­ko­wie, mimo że ro­dzi­ce cięż­ko pra­co­wa­li ca­ły­mi dnia­mi. Ale i tak za­wsze uda­wa­ło mu się za­peł­nić żo­łą­dek peł­nym ta­le­rzem cie­płej stra­wy. Czę­sto dzię­ki Eri­ce. I to wła­śnie jej był dzi­siaj wdzięcz­ny za po­si­łek. Nie wie­dział, kto to jest Bóg, poza tym to nie on przy­go­to­wał te smacz­ne ką­ski. Lo­renz miał po­dob­ne my­śli, ale ogra­ni­czył się do wy­słu­cha­nia w ci­szy mo­dli­twy cór­ki.

W cza­sie ko­la­cji na wszyst­kie py­ta­nia Mat­thia­sa od­po­wia­da­ła Eri­ka. Była od nie­go tyl­ko o kil­ka lat star­sza, ale za­cho­wy­wa­ła się, jak gdy­by była jego mat­ką, zaj­mo­wa­ła się nim przez więk­szą część dnia. Dba­ła o tego ma­łe­go tak samo, jak dba­ła o ojca. Uwa­ża­ła, że opie­ko­wa­nie się bli­ski­mi to coś na­tu­ral­ne­go w ży­ciu każ­dej dziew­czy­ny, osie­ro­co­nej przez mat­kę.

Kie­dy sprząt­nę­li po po­sił­ku, Lo­renz usiadł na łóż­ku i prze­wra­cał stro­ny nar­ra­cyj­ne­go po­ema­tu za­ty­tu­ło­wa­ne­go Bied­ny Hen­ryk. Ostroż­nie do­ty­kał pa­pie­ru we­li­no­we­go, w któ­ry był opra­wio­ny. Wo­dził po­wo­li pal­cem wzdłuż wer­sów, mó­wią­cych o tra­ge­dii ludz­kiej - w książ­ce przed­sta­wio­no losy ry­ce­rza uka­ra­ne­go przez Boga trą­dem. Przy­ja­ciel Lo­ren­za, Jo­hann Buch­mann, już wcze­śniej mó­wił mu o tym po­ema­cie. Księ­garz są­dził, że być może w bo­ha­te­rze hi­sto­rii Lo­renz zo­ba­czy sie­bie. Jak do­tąd prze­czy­tał za­le­d­wie tę część, któ­ra mówi o oko­licz­no­ściach, w ja­kich Hen­ryk za­pa­da na strasz­ną cho­ro­bę. Jo­hann wszak­że za­pew­nił Lo­ren­za, że na koń­cu opo­wie­ści bo­ha­ter do­zna du­cho­wej od­no­wy, a to przy­nie­sie ulgę jego cier­pie­niom. Użył przy tym sło­wa "ka­thar­sis".

Obok Lo­ren­za le­ża­ła kart­ka pa­pie­ru: pod­no­sił ją od cza­su do cza­su i kładł na stro­nie prze­ciw­le­głej do tej, któ­rą czy­tał. Pal­cem le­wej ręki za­zna­czał sło­wo, któ­re zwró­ci­ło jego uwa­gę, a pra­wą ręką to samo sło­wo na luź­nej kart­ce - i po­rów­ny­wał je. Li­te­ry były te same, ale na jego kart­ce tań­czy­ły jak czer­wo­ne mrów­ki, któ­re zgu­bi­ły dro­gę do mro­wi­ska.

Po­ło­żył kart­kę i książ­kę na pod­ło­dze i jed­nym sil­nym dmuch­nię­ciem zga­sił świe­cę. Dla pew­no­ści zwil­żył pal­ce i ści­snął knot. Za­mknął oczy, sta­ra­jąc się za­paść w od­prę­ża­ją­cy sen, ja­kie­go od daw­na po­trze­bo­wał. Za oknem gwiz­dał wiatr. Wbrew temu, co czę­sto sły­szał od wie­lu lu­dzi, były spra­wy, któ­rych w mi­nio­nych la­tach nie uda­ło mu się urze­czy­wist­nić. Za za­słon­ką, kil­ka kro­ków da­lej, spa­ła w swo­im łóż­ku Eri­ka, nie­świa­do­ma roz­te­rek ojca.

Tej nocy, w ciem­no­ściach, Lo­renz znaj­do­wał je­dy­ne po­cie­sze­nie; po omac­ku wy­szu­kał pal­ca­mi le­żą­cą na pod­ło­dze otwar­tą książ­kę. Do­tknię­cie pa­pie­ru i far­by uży­tej do spi­sa­nia dłu­gie­go po­ema­tu Hart­man­na von Aue rzu­ca­ło na nie­go czar, jak gdy­by prze­sią­kał ja­kąś ma­gicz­ną mocą. I w koń­cu za­snął.

2

W Ko­lo­nii, jak w każ­dym in­nym mie­ście w tam­tym cza­sie, po­krew­ne warsz­ta­ty rze­mieśl­ni­cze zrze­sza­ły się w ce­chy. W każ­dym ce­chu było za­zwy­czaj kil­ku­na­stu mi­strzów, a ich warsz­ta­ty i ce­chy znaj­do­wa­ły się na tej sa­mej uli­cy, któ­ra czę­sto no­si­ła na­zwę wy­ko­ny­wa­ne­go za­wo­du. Mia­sta roz­wi­ja­ły się w gra­ni­cach mu­rów, przy­by­wa­ło no­wych do­mów, pa­no­wa­ła cia­sno­ta i brud.

Me­ta­licz­ny dźwięk do­bie­gał już uszu Lo­ren­za Bloc­ka, gdy ci­chy­mi kro­ka­mi zbli­żał się do swo­je­go miej­sca pra­cy. Cha­rak­te­ry­stycz­ny de­li­kat­ny od­głos pre­cy­zyj­nych ude­rzeń o szla­chet­ny me­tal. Kie­dy Lo­renz wszedł do warsz­ta­tu, mia­ro­wy dźwięk ucichł i gło­wy jego ko­le­gów zwró­ci­ły się w stro­nę stru­mie­nia świa­tła, któ­re wpa­dło przez na pół otwar­te drzwi.

Wła­ści­cie­lem za­kła­du złot­ni­cze­go był jego teść, drob­ny rze­mieśl­nik, któ­ry stop­nio­wo, cier­pli­wo­ścią i pra­cą, wy­ro­bił so­bie re­no­mę. Miał do­sko­na­łych cze­lad­ni­ków i do­brze przy­uczo­nych ter­mi­na­to­rów. Lo­renz na­gle po­czuł się win­ny; oni też bra­li udział w uro­czy­sto­ściach prze­ję­cia wła­dzy przez bur­mi­strza, ale wró­ci­li do pra­cy szyb­ciej niż on.

Sta­rał się nie za­uwa­żać na­gan­nych spoj­rzeń rzu­ca­nych w jego kie­run­ku i pod­szedł do swo­je­go sta­no­wi­ska przy du­żym sto­le, na któ­rym le­ża­ło mnó­stwo naj­róż­niej­szych, mniej­szych i więk­szych na­rzę­dzi. Pra­ca złot­ni­ka, choć­by wy­ko­ny­wa­na w gru­pie, jest pra­cą sa­mot­ni­czą. Tak więc dzie­le­nie sto­łu z in­ny­mi było je­dy­nie kwe­stią or­ga­ni­za­cji. Zdjął z koł­ka dłu­gi skó­rza­ny far­tuch, na­ło­żył go, zręcz­nie za­wią­zał na ple­cach i usiadł. Wziął do ręki ka­wa­łek me­ta­lu, le­żą­cy w jego czę­ści sto­łu, i przyj­rzał mu się z bli­ska. Oglą­dał go uważ­nie, z każ­dej stro­ny. Był go­to­wy do pra­cy. Nikt się do nie­go w warsz­ta­cie nie ode­zwał, ale Lo­renz nie po­trze­bo­wał roz­mo­wy.

- Chcę do­stać ma­te­riał po do­brej ce­nie. Jak bę­dziesz miał, przy­nieś, i że­bym nie prze­pła­cił.

- Naj­pierw po­roz­ma­wiaj­my o pie­nią­dzach, że­bym wie­dział, że mam po co szu­kać. Ostat­nim ra­zem wy­tar­go­wa­łeś po­ło­wę umó­wio­nej sumy.

- To dla­te­go, że spa­dła war­tość zło­ta na ryn­ku. A nie dla­te­go, że je­stem bez­li­to­snym ne­go­cja­to­rem. I tak mnie osku­ba­łeś!

- Gdy­byś nie był bez­li­to­sny, to­byś tego nie zro­bił. Pew­nie bym i tej wy­tar­go­wa­nej ceny ci nie wy­rwał. Tym ra­zem nie dam się okpić.

- Nie? No to za­po­mnij o ro­bie­niu ze mną in­te­re­sów. Je­śli nie spro­wa­dzisz zło­ta dla mnie, to jesz­cze zo­ba­czy­my, komu uda ci się je sprze­dać.

Er­nest Blum od­wró­cił się i po­szedł do swo­je­go kąta w głę­bi warsz­ta­tu, cia­sne­go i po­nu­re­go. Świa­tła tam było mało, a po­wie­trze wy­da­wa­ło się gęst­sze.

- Ależ, Herr Blum. Nie rób mi tego. Wiesz prze­cież, że za­wsze so­bie żar­tu­ję... - Po­śred­nik wy­raź­nie się wy­co­fy­wał.

- Nie wy­glą­da­ło mi to na żart. Ja so­bie na żar­ty po­zwa­lam po pra­cy - od­parł Er­nest.

- W po­rząd­ku. Pod ko­niec ty­go­dnia przy­nio­sę tyle, ile się da.

- To mi się po­do­ba. Wi­dzisz, jak ła­two po­szło? A jak przy­nie­siesz, po­roz­ma­wia­my o pie­nią­dzach. Wiesz, że dam ci naj­wyż­szą cenę.

- Za­tem do piąt­ku - po­że­gnał się han­dlarz.

Nie ru­szył się z miej­sca. Jak­by oba­wia­jąc się, że coś może go jesz­cze ze stro­ny złot­ni­ka spo­tkać, pa­trzył, jak tam­ten od­cho­dzi w głąb warsz­ta­tu i zni­ka w cie­niu, po­zo­sta­wia­jąc po so­bie jak zwy­kle nie­przy­jem­nie wra­że­nie. Do­pie­ro wte­dy zde­cy­do­wał się odejść. Kie­dy zna­lazł się przy sta­no­wi­sku Lo­ren­za, naj­bar­dziej od­da­lo­ne­go od kry­jów­ki mi­strza, za­trzy­mał się na chwi­lę.

- Nie wiem, dla­cze­go nie szu­kasz za­ję­cia gdzie in­dziej - po­wie­dział, pa­trząc gdzieś w prze­strzeń.

Lo­renz od­wró­cił się w jego stro­nę.

- Tak, ty. - Tym ra­zem han­dlarz spoj­rzał mu pro­sto w oczy. - Szu­kaj so­bie in­ne­go miej­sca, póki mo­żesz, Lo­renz. Masz ta­lent. Nie daj się oszu­ki­wać przez tego skąp­ca, któ­ry cię nie do­ce­nia.

Prze­rwał mu głos z głę­bi warsz­ta­tu.

- Ej, Jur­gen. Nie wy­cho­dzi­łeś przy­pad­kiem? Nie prze­szka­dzaj moim lu­dziom, ra­chun­ki mi się po­tem nie zga­dza­ją. - Er­nest Blum wy­nu­rzył się z cie­nia i za­raz po­tem znik­nął zno­wu. Małe wę­giel­ki ża­rzą­ce się w pa­le­ni­sku da­wa­ły roz­pro­szo­ne świa­tło i cza­sem wy­da­wa­ły prze­dziw­ne sy­czą­ce od­gło­sy, jak płu­ca czło­wie­ka od­dy­cha­ją­ce­go brud­nym, cuch­ną­cym po­wie­trzem. - Lo­renz! - Głos Er­ne­sta roz­brzmiał w ca­łym warsz­ta­cie. - Chodź tu­taj!

Lo­renz pod­niósł gło­wę i po­cze­kał chwi­lę, aby przy­zwy­cza­ić wzrok do cie­nia pa­nu­ją­ce­go w ciem­nym ką­cie warsz­ta­tu. Od dłuż­sze­go cza­su pra­co­wał nad kie­li­chem i sta­rał się nadać mu per­fek­cyj­ną wy­pu­kłość. Te­raz odło­żył kie­lich, któ­ry za­dźwię­czał jak upa­da­ją­ca mo­ne­ta, i po­szedł w głąb warsz­ta­tu.

Ko­le­dzy zer­ka­li na nie­go ką­tem oka. Wszy­scy sie­dzie­li wo­kół wiel­kie­go drew­nia­ne­go sto­łu, po­dzie­lo­ne­go rząd­kiem na­rzę­dzi na po­ło­wy.

- Dzień do­bry, Er­ne­ście - przy­wi­tał mi­strza Lo­renz.

Er­nest sie­dział na drew­nia­nej ła­wie. Całe po­miesz­cze­nie peł­ne było form, na­rzę­dzi, drew­nia­nych mo­de­li i nie­do­koń­czo­nych me­ta­lo­wych dro­bia­zgów. Pół­ki sto­ją­ce pod ścia­na­mi ugi­na­ły się pod cię­ża­rem tych przed­mio­tów i utrud­nia­ły przej­ście. Er­nest wy­go­spo­da­ro­wał prze­strzeń mię­dzy pół­ka­mi, wy­ko­rzy­stał nie­re­gu­lar­ną kon­struk­cję bu­dyn­ku i za­anek­to­wał ten kąt. Tam chro­nił się w pół­mro­ku, ma­jąc wi­dok na cały warsz­tat, jak z wie­ży straż­ni­czej. Dłu­go wpa­try­wał się w Lo­ren­za, szu­ka­jąc naj­mniej­szej ozna­ki nie­po­ko­ju. Ni­cze­go ta­kie­go nie do­strzegł i przez twarz prze­mknął mu nie­mal nie­zau­wa­żal­ny gry­mas. Oczy Lo­ren­za z tru­dem przy­zwy­cza­ja­ły się do sła­be­go świa­tła.

- Dla­cze­go się spóź­ni­łeś?

- Da­łeś nam po­zwo­le­nie, żeby pójść na uro­czy­stość z oka­zji wy­bo­ru bur­mi­strza. Po­tem tu przy­sze­dłem.

- Ale przy­sze­dłeś ostat­ni, Lo­renz. - Koń­co­wa spół­gło­ska za­brzmia­ła jak syk węża. - Za­wsze przy­cho­dzisz ostat­ni.

- Prze­pra­szam. To się wię­cej nie po­wtó­rzy.

- Mam na­dzie­ję. Skoń­czy­łeś za­mó­wie­nie?

- Koń­czę je. Zo­stał mi jesz­cze je­den kie­lich.

- Dzi­siaj skoń­czysz? Je­śli nie, pie­nią­dze, któ­re stra­cę, od­li­czę od two­je­go za­rob­ku. Nie mam ocho­ty pła­cić za ko­lej­ne po­mył­ki.

- Wiem. Już mi mó­wi­li­ście. Bę­dzie go­to­we.

- No to idź już.

Er­nest Blum czę­sto de­mon­stro­wał swo­ją wyż­szość w sto­sun­ku do zię­cia.

Lo­renz wró­cił na swo­je sta­no­wi­sko. Tym ra­zem nikt na nie­go nie spoj­rzał. Każ­dy mógł sły­szeć roz­mo­wę, więc wia­do­mo było, że mistrz się nie wściekł i że spra­wy po­to­czą się jak za­wsze. Lo­renz po­trze­bo­wał swo­ich za­rob­ków, a Er­nest po­trze­bo­wał tak uta­len­to­wa­ne­go złot­ni­ka, ja­kim był jego zięć, jed­nak wszy­scy byli pew­ni, że wcze­śniej czy póź­niej łą­czą­ca ich więź zo­sta­nie ze­rwa­na.

- Pro­szę, tu są za­mó­wio­ne sztu­ki. - Lo­renz wszedł po ci­chu do schro­nie­nia Er­ne­sta. Na sto­le po­ło­żył okrą­głą tacę z dzie­się­cio­ma kie­li­cha­mi i pięk­ną ka­raf­ką na wino, okrą­głą, z du­żym pła­skim dnem.

- Do­sko­na­le. Masz ja­kąś ro­bo­tę?

- Nie. - Lo­renz miał na­dzie­ję, że cho­ciaż raz Er­nest po­zwo­li mu wcze­śniej iść do domu. W ostat­nich ty­go­dniach wy­cho­dził z warsz­ta­tu ostat­ni, żeby zdą­żyć wy­ko­nać za­mó­wie­nia na czas.

- To wy­czyść ty­giel w pa­le­ni­sku i upo­rząd­kuj tro­chę warsz­tat, kie­dy twoi ko­le­dzy pra­cu­ją, bo oni są za­wa­le­ni ro­bo­tą - po­wie­dział Er­nest, nie pod­no­sząc wzro­ku znad ry­sun­ku, któ­ry trzy­mał w rę­kach. Odło­żył go, po­ka­zał nań pal­cem i rzu­cił py­ta­nie: - Po­tra­fisz wy­ko­nać taki wzór?

Nie­mal cały stół zaj­mo­wał roz­wi­nię­ty ru­lon z na­ry­so­wa­nym na nim trzy­po­zio­mo­wym na­czy­niem w kształ­cie fon­tan­ny z dość sze­ro­ką naj­niż­szą czę­ścią. Zro­bie­nie przed­mio­tu tej wiel­ko­ści i ze szla­chet­ne­go me­ta­lu by­ło­by za­da­niem pra­co­chłon­nym, po­my­ślał Lo­renz.

- My­ślę, że tak.

- Co by ci było po­trzeb­ne? - Er­nest prze­szedł od razu do rze­czy.

- Mu­siał­bym ro­bić od­dziel­nie po­szcze­gól­ne czę­ści i zna­leźć spo­sób ich po­łą­cze­nia. Cho­ciaż, je­śli ma tu pły­nąć woda...

- Ma pły­nąć woda - prze­rwał mu szef.

- ...wów­czas trze­ba bar­dzo uwa­żać, żeby nie prze­cie­ka­ła w miej­scach łą­cze­nia. Le­piej zro­bić duże for­my, jak do wy­ta­pia­nia w pia­sku.

- Tym się nie przej­muj. Moż­na to zro­bić?

- Moż­na.

- W po­rząd­ku.

Lo­renz cze­kał na nowe in­struk­cje, ale Er­nest za­jął się zno­wu ry­sun­kiem i na­wet nie zwró­cił uwa­gi na przy­nie­sio­ne przez nie­go przed­mio­ty. Od­szedł więc, żeby wy­ko­nać po­le­ce­nie, któ­re uwa­żał za po­ni­ża­ją­ce: ża­den z cze­lad­ni­ków nie ro­bił tego, co na­le­ży do ucznia. W każ­de, na­wet naj­prost­sze za­da­nie wkła­dał cały swój ta­lent, i wie­dział do­sko­na­le, że wy­łącz­nie z woli Er­ne­sta nie awan­so­wał nig­dy z cze­lad­ni­ka na mi­strza. Tak nie­spra­wie­dli­we trak­to­wa­nie nie da­wa­ło mu szan­sy na lep­sze za­rob­ki ani na za­ło­że­nie wła­sne­go warsz­ta­tu.

Lo­renz, wdo­wiec z dwu­na­sto­let­nią cór­ką, miał wiel­kie po­czu­cie od­po­wie­dzial­no­ści. Da­wa­ło mu to siłę do zno­sze­nia wszel­kich prze­ciw­no­ści, na­wet je­śli w pra­cy nie cie­szył się ta­kim uzna­niem, na ja­kie za­słu­gi­wał. Wła­ści­wie nie było to dla nie­go waż­ne. Błą­ka­ła mu się po gło­wie myśl, coś, co - jak są­dził - mo­gło mieć zna­cze­nie. Nie było to prze­ko­na­nie, ra­czej prze­czu­cie, jak wte­dy, kie­dy bu­dzi­my się ze snu, wie­dząc, że coś nam się śni­ło, ale nie mo­że­my so­bie przy­po­mnieć co. Zro­bił­by wszyst­ko, aby sta­ło się rze­czy­wi­sto­ścią. Dla swo­jej cór­ki Eri­ki.

I dla Ebby. Za­wsze dla Ebby.

W ci­szy i pół­mro­ku swo­je­go kąta Er­nest zbli­żył do świe­cy srebr­ne przed­mio­ty po­zo­sta­wio­ne przez Lo­ren­za. Prze­su­wał każ­dy w jej świe­tle, jak gdy­by po­dzi­wiał skarb, jak gdy­by nada­wał im osta­tecz­ny po­łysk. Wziął do ręki kie­lich i oglą­dał go z bli­ska. Cięż­ki, lecz nie prze­sad­nie, w naj­drob­niej­szym szcze­gó­le był dzie­łem, każ­dy szlif wpra­wiał w za­chwyt. Efekt był per­fek­cyj­ny; pięk­ny przed­miot bę­dzie do­sko­na­le speł­niał swo­ją funk­cję. Do­sta­nie za nie­go wy­so­ką cenę. Od­sta­wił kie­lich na tacę. Świe­ca rzu­ci­ła żół­ta­we świa­tło na sze­ro­ko uśmiech­nię­tą, za­do­wo­lo­ną twarz złot­ni­ka.

5

Kie­dy otwo­rzył nie­wiel­kie drew­nia­ne drzwi, przy­pra­wia­ją­cy o mdło­ści smród ury­ny omal nie zwa­lił go z nóg. Uli­ca była pu­sta i spra­wia­ła przy­gnę­bia­ją­ce wra­że­nie. Licz­ne wy­ku­sze i gzym­sy nie do­pusz­cza­ły świa­tła sło­necz­ne­go, dla­te­go za­wsze pa­no­wał tu po­nu­ry pół­mrok. Ni­ko­la­so­wi jed­nak to nie prze­szka­dza­ło. Wręcz prze­ciw­nie, od­po­wia­da­ło mu, że miej­sce nie było zbyt uczęsz­cza­ne. W ręce trzy­mał pro­sto­kąt­ny pa­ku­nek, owi­nię­ty w ka­wa­łek ma­te­ria­łu, ta­kie­go sa­me­go brą­zo­we­go ko­lo­ru jak jego pe­le­ry­na. Za­mknął za sobą uważ­nie drzwi, za­sło­nił twarz i skrę­cił w prze­czni­cę. Szyb­ko prze­szedł na dru­gą stro­nę, nie chcąc, by kto­kol­wiek go za­uwa­żył. Ta uli­ca też była wą­ska, cho­ciaż nie tak jak po­przed­nia. Prze­biegł przez la­bi­rynt kil­ku in­nych uli­czek i do­pie­ro kie­dy do­tarł do nie­wiel­kie­go otwar­te­go pla­cu, od­sło­nił twarz i zwol­nił kro­ku.

Wszedł do sta­jen, gdzie zwy­kle wy­naj­mo­wał ko­nie. Był do­brym klien­tem i wła­ści­ciel za­re­zer­wo­wał dla nie­go pięk­ne­go kasz­ta­na. Nie mó­wiąc wie­le, Ni­ko­las do­siadł ko­nia i po­ga­lo­po­wał do pa­ła­cu ar­cy­bi­sku­pa. Die­trich von Mo­ers go ocze­ki­wał. Ni­ko­las po­pę­dził ko­nia, żeby się spie­nił, chciał bo­wiem spra­wiać wra­że­nie, że przy­by­wa z da­le­ka. Za­wsze dbał o po­zo­ry.

Gło­śne rże­nie wy­rwa­ło ar­cy­bi­sku­pa z głę­bo­kich roz­my­ślań. Do­brze czuł się w Ko­lo­nii, a w peł­nie­niu obo­wiąz­ku dusz­pa­ster­skie­go sił do­da­wa­ła mu bli­skość bu­do­wa­nej ka­te­dry. Miesz­kań­cy z dużą po­wścią­gli­wo­ścią oka­zy­wa­li na­leż­ny von Mo­er­so­wi sza­cu­nek. Wszy­scy oba­wia­li się jego wła­dzy i wpły­wu na pra­ce są­dów - i z tego był bar­dzo za­do­wo­lo­ny. Pod­niósł się z krze­sła i le­ni­wym kro­kiem pod­szedł do okna. Na dole, na dzie­dziń­cu, Ni­ko­las Fi­scher od­da­wał lej­ce sta­jen­ne­mu. Ar­cy­bi­skup uniósł lek­ko brwi, wes­tchnął i wy­szedł z ga­bi­ne­tu w mo­men­cie, gdy słu­żą­cy in­for­mo­wał go o przy­by­ciu ce­nio­ne­go ko­pi­sty.

- Za­pro­wadź go do bi­blio­te­ki. I przy­nieś nam piwo.

Słu­żą­cy kiw­nął gło­wą i po­biegł wy­ko­nać po­le­ce­nie. Był jesz­cze na scho­dach, gdy do­le­ciał go głos ar­cy­bi­sku­pa:

- Ale nie naj­lep­sze. Nie bę­dzie­my po­peł­niać grze­chu za­ro­zu­mial­stwa.

Drob­ne kro­ki Die­tri­cha von Mo­er­sa gi­nę­ły w gę­stych dy­wa­nach, po­kry­wa­ją­cych mar­mu­ro­wą po­sadz­kę. Usiadł w fo­te­lu za du­żym sto­łem ze szla­chet­ne­go drew­na. Wiel­ki fo­tel, po­dob­ny do tro­nu, był wyż­szy niż po­zo­sta­łe. Dzię­ki temu sie­dzą­ca przed nim oso­ba mu­sia­ła trzy­mać gło­wę lek­ko pod­nie­sio­ną. W sa­lo­nach ar­cy­bi­sku­pa było wie­le taki drob­nych ele­men­tów, nie­po­zo­sta­wia­ją­cych go­ściom żad­nych wąt­pli­wo­ści co do tego, kto tu jest naj­waż­niej­szy. Cze­kał w fo­te­lu wy­pro­sto­wa­ny, z na pół przy­mknię­ty­mi ocza­mi. Po chwi­li wszedł słu­żą­cy i grom­kim gło­sem za­anon­so­wał Ni­ko­la­sa Fi­sche­ra. Von Mo­ers ukrył znie­cier­pli­wie­nie; musi zbesz­tać słu­żą­ce­go za osten­ta­cyj­ne za­po­wia­da­nie wi­zyt. Nie chciał, by Jego Eks­ce­len­cję uzna­no za py­szał­ka. Nie bez przy­czy­ny on, Die­trich von Mo­ers, był ar­cy­bi­sku­pem Ko­lo­nii, ar­cy­kanc­le­rzem Ce­sar­stwa Rzym­skie­go i elek­to­rem Świę­te­go Ce­sar­stwa Rzym­skie­go Na­ro­du Nie­miec­kie­go.

Wcho­dząc do bi­blio­te­ki, Ni­ko­las zdjął na­kry­cie gło­wy. Ar­cy­bi­skup po­dał mu mięk­ką, lep­ką od potu rękę.

- Eks­ce­len­cjo, naj­do­stoj­niej­szy księ­że ar­cy­bi­sku­pie... - za­czął po­wi­ta­nie Ni­ko­las. Ukląkł, aby uca­ło­wać pier­ścień - czer­wo­ne oko na wy­cią­gnię­tej dło­ni wy­so­kie­go dy­gni­ta­rza ko­ściel­ne­go.

- Do­brze już, do­brze. Zna­my się na tyle, że mo­że­my po­mi­nąć te for­mal­no­ści. Usiądź­cie, Ni­ko­la­sie. By­li­ście ostat­nio w po­dró­ży?

Za­nim od­po­wie­dział, otwo­rzy­ły się drzwi. Lo­kaj wniósł dwa ku­fle i nie­wiel­ką be­czuł­kę in­kru­sto­wa­ną szla­chet­ny­mi ka­mie­nia­mi z ma­łym kra­ni­kiem na dole. Von Mo­ers ręką wska­zał mu, gdzie to po­sta­wić, po czym ka­zał wyjść. Kie­dy drzwi się za­mknę­ły, Ni­ko­las po­wie­dział:

- Je­ste­ście, księ­że ar­cy­bi­sku­pie, do­sko­na­le po­in­for­mo­wa­ni. By­łem w We­ne­cji, skąd wła­śnie przy­wo­żę dla was po­da­ru­nek, je­śli Wa­sza Eks­ce­len­cja uczy­ni mi ten ho­nor.

Ar­cy­bi­skup wziął w swo­je drob­ne dło­nie pa­kie­cik, któ­ry Ni­ko­las po­ło­żył ostroż­nie na sto­le.

- Wie­cie aż nad­to do­brze, że do­wo­dy przy­ja­znych uczuć są za­wsze mile wi­dzia­ne. Oczy­wi­ście mo­że­cie uświet­nić tę skrom­ną bi­blio­te­kę na­sze­go Świę­te­go Ko­ścio­ła ty­lo­ma eg­zem­pla­rza­mi, ilo­ma ze­chce­cie. Cóż to jest tym ra­zem, Ni­ko­la­sie?

- Po­dróż Mar­ca Pola, ar­cy­bi­sku­pie.

Od­wi­ja­jąc cien­ki ma­te­riał, w któ­ry pre­zent był owi­nię­ty, Die­trich von Mo­ers uniósł brew.

- Są­dzi­cie może, że ksią­żę elek­tor w Ko­lo­nii i ar­cy­kanc­lerz Ce­sar­stwa Rzym­skie­go nie po­sia­da przy­najm­niej kil­ku eg­zem­pla­rzy tej książ­ki? - spy­tał z iro­nią w gło­sie, wzro­kiem obej­mu­jąc bi­blio­te­kę.

Ni­ko­las się uśmiech­nął.

- Ale przyj­rzyj­cie się do­brze temu wy­da­niu, Eks­ce­len­cjo.

Ar­cy­bi­skup wziął do ręki książ­kę, otwo­rzył znisz­czo­ną okład­kę i gło­śno prze­czy­tał ty­tuł:

Opi­sa­nie świa­ta... - Przy­mknął oczy. - Ta­kie sta­re wy­da­nie... Czy może...?

Ni­ko­las, wy­raź­nie za­do­wo­lo­ny, przy­tak­nął.

- Tak, Eks­ce­len­cjo, tak. Pierw­sze wy­da­nie księ­gi Mar­ca Pola, w ję­zy­ku pro­wan­sal­skim, od lat uwa­ża­ne za za­gi­nio­ne, słyn­ne Il mi­lio­ne.

Von Mo­ers nie ukry­wał zdu­mie­nia.

- Ale jak...? - Uśmiech­nął się. - Nie wiem, po co py­tam, i tak mi nie po­wie­cie, jak je zdo­by­li­ście, praw­da? No do­brze, ro­zu­miem, że nie chce­cie ujaw­niać swo­ich źró­deł.

Ar­cy­bi­skup po­cią­gnął za pięk­ny uple­cio­ny z ma­te­ria­łu sznur, któ­ry wi­siał za jego ple­ca­mi.

- Spro­wa­dzę tu ko­goś, kto zna pro­wan­sal­ski. Nie na dar­mo mówi się, że nie za­wsze po­trzeb­na jest wie­dza, bar­dziej się przy­da­je na­zwi­sko tego, któ­ry ją po­sia­da.

Do bi­blio­te­ki wszedł słu­żą­cy.

- Za­bierz to piwo i przy­nieś wino, któ­re przy­słał nam ksią­żę. - Zwró­cił się do Ni­ko­la­sa. - Jest do­sko­na­łe, zo­ba­czy­cie. Ale, Ni­ko­la­sie... - Wstał z fo­te­la. - Wy­bacz­cie moją cie­ka­wość... chciał­bym po­znać wa­szą opi­nię o na­szym no­wym bur­mi­strzu.

- O na­szym bur­mi­strzu? Cóż in­ne­go może po­wie­dzieć uni­żo­ny słu­ga Wa­szej Eks­ce­len­cji i Boga, jak tyl­ko oka­zać chęć współ­pra­cy z tym, któ­ry zo­stał wy­bra­ny?

Von Mo­ers uśmiech­nął się z nie­do­wie­rza­niem.

- Wi­dzę, że za­wsze ma­cie wła­ści­wą od­po­wiedź, a na­wet aż nad­to wła­ści­wą, Herr Fi­scher. Cho­dzi mi o to, co się tu opo­wia­da.

Ni­ko­las słu­chał uważ­nie. Ar­cy­bi­skup, wi­dząc, że nie otrzy­ma od­po­wie­dzi, znie­cier­pli­wił się.

- Wie­cie prze­cież, że wy­eli­mi­no­wa­nie jego ry­wa­la to spraw­ka sa­me­go Hel­le­ra.

Die­trich von Mo­ers utkwił wzrok w twa­rzy Ni­ko­la­sa. Ko­pi­ście wy­da­ło się, że ob­ser­wu­je go żmi­ja, go­to­wa do ata­ku. Na­dej­ście słu­żą­ce­go z wi­nem dało mu chwi­lę do za­sta­no­wie­nia. A kie­dy ten wy­szedł, Ni­ko­las po­sta­rał się zna­leźć sło­wa, któ­ry­mi so­bie za­nad­to nie za­szko­dzi.

- Wia­do­mo, że lu­dzie ni­skie­go sta­nu lu­bią po­wta­rzać po­gło­ski, bez złych in­ten­cji, dla zwy­kłej roz­ryw­ki. God­ny po­ża­ło­wa­nia wy­pa­dek, ja­kie­mu uległ hra­bia, wpa­da­jąc nocą do rze­ki, roz­pa­lił wy­obraź­nię ludu.

- Nie sły­sza­łem o tym z ust ko­goś z ludu, lecz od szla­chet­nie uro­dzo­nych, żar­li­wych wy­znaw­ców na­sze­go Pana - od­parł ar­cy­bi­skup z iry­ta­cją.

Ni­ko­las od­chrząk­nął. Wcho­dził na śli­ski te­ren, mu­siał bar­dzo uwa­żać na sło­wa. Ale za­nim po­wie­dział co­kol­wiek, ode­zwał się von Mo­ers.

- Po­słu­chaj­cie, Ni­ko­la­sie, będę z wami szcze­ry. - Usiadł na nowo i po­ło­żył dło­nie na biur­ku. Wy­glą­da­ły jak szpo­ny dra­pież­ni­ka. - Nig­dy nie ukry­wa­łem, że hra­bia był moim fa­wo­ry­tem. Był to czło­wiek głę­bo­ko wie­rzą­cy, du­sza mi­ło­sier­na, i za­wsze oka­zy­wał hoj­ność wo­bec Ko­ścio­ła. Praw­dzi­wy przy­kład po­boż­no­ści.

Ni­ko­las wspo­mniał w my­śli to, co mó­wio­no o hra­bim i jego za­mi­ło­wa­niu do mło­dych pa­nien, a tak­że bi­ciu służ­by za naj­drob­niej­sze prze­wi­nie­nie. Prze­łknął drwi­nę z ły­kiem wina.

Ar­cy­bi­skup mó­wił da­lej.

- Nie mam nic prze­ciw­ko Hel­le­ro­wi. Po­mi­mo mo­je­go po­cho­dze­nia i szla­chec­kiej krwi - Ni­ko­las wie­dział, że kie­dy nie wy­mie­niał ty­tu­łów ko­ściel­nych, von Mo­ers zwy­kle pod­kre­ślał, że wy­wo­dzi się ze sta­ro­żyt­ne­go rodu - po­tra­fię za­ak­cep­to­wać, a na­wet po­chwa­lić tych, któ­rzy znaj­du­ją dla sie­bie miej­sce w spo­łe­czeń­stwie dzię­ki upo­ro­wi i ta­len­tom. Z dru­giej stro­ny nie mogę nie oka­zać pew­nej... nie­uf­no­ści, kie­dy wi­dzę osten­ta­cyj­ne prze­ja­wy am­bi­cji. Sami wi­dzie­li­ście ten tu­mult i wrza­wę, ja­kie Hel­ler nam po­da­ro­wał w dniu przy­ję­cia sta­no­wi­ska. To zu­peł­nie nor­mal­ne, na­le­ży go zro­zu­mieć, ale zgo­dzi­cie się ze mną, że ta­kie za­dzie­ra­nie nosa jest w złym gu­ście.

- Na­tu­ral­nie, księ­że ar­cy­bi­sku­pie. I jest grze­chem, cho­ciaż nie wiem, czy za­słu­gu­je na wiecz­ne męki w pie­kle, czy może wy­star­czy ja­kiś krót­szy po­byt w czyść­cu.

Die­trich von Mo­ers chciał za­pew­ne miną wy­ra­zić nie­za­do­wo­le­nie, ale w koń­cu wy­krzy­wił tyl­ko usta w pół­u­śmie­chu.

- Wy i wa­sza cu­dow­na iro­nia! - Ro­ze­śmiał się. - Do­praw­dy, Ni­ko­la­sie, mu­szę do­ce­nić wa­szą umie­jęt­ność tra­fia­nia w sed­no. Wy­ko­rzy­staj­cie ją, żeby opi­sać mi, we­dług wa­szych kry­te­riów, na­sze­go no­we­go bur­mi­strza.

Jak do­bry pies my­śliw­ski, któ­ry nig­dy nie zo­sta­wia zło­wio­nej zwie­rzy­ny, ar­cy­bi­skup nie miał za­mia­ru wy­pu­ścić Ni­ko­la­sa, do­pó­ki ten nie od­kry­je swo­ich kart. Sza­no­wa­ny ko­pi­sta, da­jąc do zro­zu­mie­nia, że py­ta­nie trak­tu­je po­waż­nie, po­sta­wił kie­lich na srebr­nej tacy i oparł się wy­god­nie w krze­śle. Zło­żył ręce na po­doł­ku i do­pie­ro wte­dy prze­mó­wił.

- Nie ma wąt­pli­wo­ści, Wa­sza Eks­ce­len­cjo, że bur­mistrz Over­stolz po­ka­zał, iż jest czło­wie­kiem am­bit­nym, ob­da­rzo­nym umy­słem prak­tycz­nym i ta­len­tem do wy­po­wia­da­nia tego, co jego in­ter­lo­ku­tor chce usły­szeć. Ta umie­jęt­ność naj­wy­raź­niej otwie­ra wię­cej drzwi, niż­by na­ka­zy­wa­ła przy­zwo­itość. Bio­rąc pod uwa­gę jego za­wód mi­strza bu­dow­la­ne­go, może oka­zać się przy­dat­ny dla mia­sta, dla was, Eks­ce­len­cjo, i Jego Ce­sar­skiej Wy­so­ko­ści jako po­śred­nik po­mię­dzy ce­cha­mi i kup­ca­mi, któ­rzy zaj­mu­ją co­raz waż­niej­szą po­zy­cję w mia­stach ta­kich jak Ko­lo­nia.

- Aha... - Die­trich von Mo­ers od­wró­cił wzrok i za­my­ślił się na chwi­lę. Ni­ko­las szyb­ko prze­biegł w my­ślach do­pie­ro co wy­po­wie­dzia­ne wła­sne sło­wa, upew­nia­jąc się, że nie za­wie­ra­ją ni­cze­go nie­wła­ści­we­go.

Von Mo­ers wstał i za­ło­żyw­szy ręce na ple­cach, pod­szedł do okna.

- Moje oba­wy tego wła­śnie do­ty­czą, Ni­ko­la­sie. Z pew­no­ścią wie­cie, że nie­dłu­go tron ce­sar­stwa znaj­dzie się w in­nych rę­kach, przej­mie go dy­na­stia Habs­bur­gów. Z jed­nej stro­ny je­stem z tego za­do­wo­lo­ny, gdyż są żar­li­wy­mi ka­to­li­ka­mi, z dru­giej jed­nak mu­szę mieć się na bacz­no­ści, bo zna­ni są z to­le­ran­cji wo­bec lo­kal­nych władz. A Hel­ler jest ko­niem, któ­re­go trze­ba trzy­mać na wo­dzy.

- Nie ro­zu­miem wa­sze­go nie­po­ko­ju, Eks­ce­len­cjo. Wy je­ste­ście księ­ciem ca­łe­go ar­cy­bi­skup­stwa Ko­lo­nii, wa­sza wła­dza w mie­ście jest ol­brzy­mia. W wie­lu spra­wach dla Hel­le­ra wy bę­dzie­cie ostat­nią in­stan­cją.

Świę­te Ce­sar­stwo Rzym­skie Na­ro­du Nie­miec­kie­go było zlep­kiem kra­jów, księstw, te­ry­to­riów i ksią­ste­wek, rzą­dzo­nych przez lo­kal­nych mo­nar­chów. Zgod­nie z tra­dy­cją ce­sa­rzem zo­sta­wał wład­ca jed­ne­go z naj­sil­niej­szych kra­jów. Jed­nak cza­sem dys­pu­ty przy wy­bo­rze ce­sa­rza koń­czy­ły się krwa­wy­mi woj­na­mi. Aby wy­eli­mi­no­wać ta­kie sy­tu­acje i po­łą­czyć ist­nie­ją­cy sys­tem z sys­te­mem no­wo­cze­snym, zcen­tra­li­zo­wa­nym i au­to­ry­tar­nym, ce­sarz Ka­rol IV wy­dał w 1356 roku Zło­tą Bul­lę, w któ­rej, mię­dzy in­ny­mi, usta­lo­no for­mę prze­pro­wa­dza­nia wy­bo­rów. Mia­ło ich do­ko­ny­wać sied­miu elek­to­rów, czte­rech świec­kich i trzech du­chow­nych, wśród któ­rych znaj­do­wał się ar­cy­bi­skup Ko­lo­nii. W 1435 roku na cze­le ce­sar­stwa sta­ła dy­na­stia Luk­sem­bur­gów, jed­nak z ukła­du za­war­te­go mię­dzy nimi i Habs­bur­ga­mi wy­ni­ka­ło, że wo­bec bar­dziej niż praw­do­po­dob­ne­go bra­ku na­stęp­cy tron zo­sta­nie prze­ka­za­ny Świę­te­mu Ce­sar­stwu. Na­stęp­nym ce­sa­rzem miał być Habs­burg. W tej sy­tu­acji wy­bór spro­wa­dzał się je­dy­nie do for­mal­ne­go po­twier­dze­nia.

Ar­cy­bi­skup wró­cił na miej­sce przy sto­le.

- Ni­ko­la­sie, wie­cie, że spo­czy­wa na mnie ol­brzy­mia od­po­wie­dzial­ność po­li­tycz­na. A tak­że zna­cie moje obo­wiąz­ki wo­bec na­sze­go Świę­te­go Ko­ścio­ła. Przede wszyst­kim obo­wią­zu­je mnie służ­ba Bogu, na­sze­mu Panu. - Wzniósł oczy na su­fit po­kry­ty drew­nia­ną po­li­chro­mią. - Na dru­gim miej­scu są Oj­ciec Świę­ty i Jego Ce­sar­ska Wy­so­kość. Nie mogę tych dwóch sfer od­dzie­lić, gdyż ra­zem two­rzą wła­dzę do­sko­na­łą. - Po­łą­czył dło­nie, krzy­żu­jąc pal­ce. - Wła­dza du­cho­wa i wła­dza ziem­ska. A ja nie re­zy­du­ję w Ko­lo­nii, jak wie­cie. Hra­bia i ja mó­wi­li­śmy tym sa­mym ję­zy­kiem. A te­raz wszyst­ko jest wiel­ką nie­wia­do­mą. Nie twier­dzę, że Hel­le­ro­wi za­le­ży wy­łącz­nie na ka­rie­rze... Niech Bóg bro­ni! Po­wiedz­my, że jak do­tąd nie okre­śli­li­śmy na­szych sta­no­wisk. Ni­ko­la­sie, ce­sar­stwo po­trze­bu­je wła­dzy cen­tral­nej, sil­nej wła­dzy!

Za­ci­snął dło­nie. Szczę­ka­mi ru­szał tak moc­no, że sine war­gi nie­mal znik­nę­ły. Mó­wił da­lej, wol­niej do­bie­ra­jąc sło­wa.

- Je­ste­śmy na­dzie­ją Za­cho­du, jego ba­stio­nem, jego twier­dzą... Czy wy­obra­ża­cie so­bie, Ni­ko­la­sie, po­dział na­sze­go ce­sar­stwa?

Ni­ko­las ski­nął po­wo­li gło­wą.

- Ro­zu­miem, Wa­sza Wie­leb­ność, że to by­ła­by bar­dzo nie­bez­piecz­na sy­tu­acja... - od­parł ostroż­nie.

Oczy von Mo­er­sa ci­ska­ły iskry.

- No wła­śnie! A he­re­ty­cy już się tu po­ja­wia­ją, za­sta­wia­ją pu­łap­ki! To może być upa­dek chrze­ści­jań­stwa, cy­wi­li­za­cji! Nie wol­no nam do tego do­pu­ścić!

Ude­rzył pię­ścią w stół, tak gło­śno, że aż sam się prze­stra­szył. Zo­rien­to­wał się, że za­czy­na tra­cić pa­no­wa­nie nad sobą. Po­tarł ner­wo­wo rękę i uspo­ko­ił się.

- Wy, Ni­ko­la­sie, też je­ste­ście czło­wie­kiem prak­tycz­nym.

I bar­dzo uta­len­to­wa­nym, nie­wąt­pli­wie.

- To na­zbyt ła­ska­wa opi­nia, Eks­ce­len­cjo - po­dzię­ko­wał Ni­ko­las.

- Nie, nie, nie prze­sa­dzam, i do­brze, że o tym wie­cie. Ale jest jesz­cze jed­na rzecz, któ­rą u was ce­nię.

Prze­rwał na chwi­lę, wi­dząc za­cie­ka­wie­nie na twa­rzy Ni­ko­la­sa. Zno­wu się pod­niósł i za­czął prze­cha­dzać się po po­ko­ju.

- Wie­cie, co to jest?

- Pło­nę z cie­ka­wo­ści.

- Do­sko­na­le zda­je­cie so­bie spra­wę, kto jest nad wami, ja­kie miej­sce wy zaj­mu­je­cie. To, mój dro­gi Ni­ko­la­sie, spra­wa pod­sta­wo­wa. W tym kra­ju po­trzeb­na jest tra­dy­cja, po­rzą­dek, sza­cu­nek dla Boga i Jego woli, a nie chci­wość, po­goń za pie­nią­dzem, li­chwa.

Die­trich von Mo­ers sta­nął za Ni­ko­la­sem, któ­ry po­czuł się na­gle dziw­nie bez­bron­ny. Pal­ce ar­cy­bi­sku­pa za­ci­snę­ły się na jego ra­mio­nach, ni­czym dżdżow­ni­ce wi­ją­ce się w wil­got­nej zie­mi. Ro­słe, klu­cho­wa­te cia­ło czę­ścio­wo za­sła­nia­ło świa­tło wpa­da­ją­ce przez okno, rzu­ca­ło cień, jak groź­bę. Cię­żar ca­łe­go ce­sar­stwa wy­peł­nił bi­blio­te­kę. Ni­ko­las nie wie­dział, co po­wie­dzieć. Sie­dział ci­chy i po­tul­ny.

- Wie­rzę, że bę­dzie­cie in­for­mo­wać mnie o wszyst­kim, co uzna­cie za waż­ne. Wa­sze skryp­to­rium i umie­jęt­no­ści po­zwa­la­ją wam mieć kon­takt z ludź­mi w na­szym mie­ście i poza nim. Nie za­po­mi­naj­cie, spra­wie­dli­wych cze­ka na­gro­da. - I zni­ża­jąc głos, jak w kon­fe­sjo­na­le, do­dał: - Tak jak i na sła­bych du­chem spa­da ze­msta Boga.

Ni­ko­las prze­łknął śli­nę.

- Je­stem je­dy­nie skrom­nym słu­gą bo­żym, Wa­sza Eks­ce­len­cjo. Oba­wiam się, że przy­da­je­cie mi wię­cej umie­jęt­no­ści, niż po­sia­dam. - Uśmiech­nął się nie­śmia­ło.

- Ale nie ma wąt­pli­wo­ści, że dla do­bra ce­sar­stwa będę za­wsze do usług.

- Cie­szę się, sły­sząc te sło­wa, Ni­ko­la­sie. Ani chwi­li nie wąt­pi­łem w wa­sze od­da­nie. - Po­kle­pał go po ra­mie­niu. - Ra­du­je nas pre­zent i wi­zy­ta, ale nie chciał­bym być nie­uprzej­my i za­bie­rać wam wię­cej cza­su.

Ni­ko­las wstał. Die­trich von Mo­ers, przyj­mu­jąc bło­gi wy­raz twa­rzy, od­pro­wa­dził go do drzwi. Sto­jąc w pro­gu, ko­pi­sta skło­nił się i, go­to­wy do wyj­ścia, już za­czął na­kła­dać ka­pe­lusz. Zo­ba­czył, że ra­mię ar­cy­bi­sku­pa uno­si się lek­ko. Blask pier­ście­nia pa­dał na ob­łud­nie ser­decz­ny uśmiech von Mo­er­sa. Ni­ko­las ujął wiot­ką dłoń i po­kor­nie uca­ło­wał czer­wo­ny ka­mień na pal­cu. Po­czuł, że robi mu się nie­do­brze.

3

Dzień po­wo­li zbli­żał się ku koń­co­wi. Ni­ko­las Fi­scher szedł uli­cą, na któ­rej cią­gle wid­nia­ły śla­dy po­ran­nych uro­czy­sto­ści. Wró­cił nie­daw­no z ostat­niej po­dró­ży aku­rat na czas, by wziąć udział w uczcie wy­da­nej na cześć no­we­go bur­mi­strza. Bar­dzo był dum­ny, że zna­lazł się po­śród za­pro­szo­nych go­ści. Za­do­wo­lo­ny z sie­bie po­my­ślał, że ła­god­ny zmierzch pa­su­je do du­cho­we­go spo­ko­ju, jaki opa­no­wy­wał go, ile­kroć szedł do skryp­to­rium, swo­jej świą­ty­ni. W wie­ku pięć­dzie­się­ciu lat był wła­ści­cie­lem naj­więk­sze­go świec­kie­go warsz­ta­tu ko­pi­stów w Ko­lo­nii.

Bu­dy­nek, w któ­rym znaj­do­wał się warsz­tat, był w po­cząt­kach swej hi­sto­rii prze­zna­czo­ny - jak wie­le in­nych w Ko­lo­nii - na cele re­li­gij­ne. Sam par­ter w kształ­cie nawy z ab­sy­dą w głę­bi świad­czył, że mia­ła to być ba­zy­li­ka, nig­dy jed­nak nie zo­sta­ła po­świę­co­na. Do­my­ślił się, że albo pro­jekt upadł, albo skoń­czy­ły się pie­nią­dze, kie­dy wie­le lat póź­niej prze­jął nie­wy­koń­czo­ną i po­rzu­co­ną bu­dow­lę.

- Herr Ge­bel. - Ni­ko­las przy­wi­tał swo­je­go za­stęp­cę, nie pod­no­sząc zbyt­nio gło­su, aby nie mą­cić ci­szy pa­nu­ją­cej w sali, w któ­rej pra­co­wa­ło dwa­dzie­ścia osób.

- Herr Fi­scher. Wi­tam.

Za­stęp­ca po­de­rwał się i sta­nął u boku wła­ści­cie­la warsz­ta­tu. Fi­scher wol­nym ru­chem zdjął pe­le­ry­nę i ka­pe­lusz, po­ło­żył je na ra­mie­niu Ge­be­la i usiadł na jego miej­scu przy sto­le. Zgod­nie ze zwy­cza­jem zaj­mie się spraw­dza­niem wy­ko­na­nej w cią­gu dnia pra­cy.

Mimo ni­skiej tem­pe­ra­tu­ry czo­ło Hel­mu­tha Ge­be­la po­kry­ło się drob­ny­mi kro­pel­ka­mi potu. Nie­co za­gu­bio­nym wzro­kiem ro­zej­rzał się po­mię­dzy fi­la­ra­mi. Strze­la­jąc pal­ca­mi, dał znak sie­dzą­ce­mu naj­bli­żej mło­de­mu ko­pi­ście. Ten na­tych­miast wstał. Skry­wa­jąc nie­chęć, za­czął za­pa­lać świe­ce i ło­jów­ki, po­roz­sta­wia­ne po ca­łym po­miesz­cze­niu. Za­stę­po­wa­ły na­tu­ral­ne świa­tło o świ­cie i o zmierz­chu, rów­nież w dni po­chmur­ne i desz­czo­we, tak czę­ste o tej po­rze roku, cho­ciaż jesz­cze nie na­de­szła zima.

Ko­pi­ści pra­co­wa­li przy pul­pi­tach w gru­pach po trzech, two­rząc pół­okrąg przy każ­dym z sze­ściu ol­brzy­mich okien nawy. W po­god­ne dni wiel­kie, umo­co­wa­ne oło­wia­ny­mi ram­ka­mi szy­by prze­pusz­cza­ły mnó­stwo świa­tła, a okna wy­cho­dzą­ce na pół­noc i po­łu­dnie za­pew­nia­ły świa­tło sło­necz­ne przez więk­szą część roku. W środ­ko­wej czę­ści usta­wio­ne były sto­ły, na któ­rych pie­czo­ło­wi­cie ukła­da­no go­to­wy ma­te­riał. Ni­ko­las Fi­scher ku­pił bu­dy­nek wie­le lat wcze­śniej, po po­wro­cie z za­gra­ni­cy, i zde­cy­do­wał się wy­ko­ny­wać za­wód inny niż ten, któ­re­mu po­świę­cił się jego oj­ciec. Chciał za­jąć się pra­cą, jaka do tej pory była do­me­ną za­kon­ni­ków w klasz­to­rach. Mło­dy Fi­scher wie­rzył, że po­pyt na książ­ki bę­dzie więk­szy niż po­daż. I miał ra­cję.

Uni­wer­sy­tet w Ko­lo­nii roz­po­czął dzia­łal­ność w 1388 roku i od po­cząt­ku za­ist­nia­ła po­trze­ba ko­pio­wa­nia ma­nu­skryp­tów na uży­tek pro­fe­so­rów i stu­den­tów. Do skryp­to­rium, któ­re po­wo­li znaj­do­wa­ło dla sie­bie miej­sce na ryn­ku zdo­mi­no­wa­nym przez skryp­to­ria klasz­tor­ne, za­czę­ły na­pły­wać pierw­sze za­mó­wie­nia. Ni­ko­las szyb­ko zna­lazł spo­sób na zwięk­sze­nie pro­duk­cji, prze­kształ­ca­jąc rze­mio­sło w ma­nu­fak­tu­rę: ostroż­nie roz­dzie­lał stro­ny ory­gi­na­łu, da­wał ko­pi­stom po kil­ka kar­tek i w cią­gu paru ty­go­dni miał je prze­pi­sa­ne w tylu eg­zem­pla­rzach, ile za­ma­wiał ku­pu­ją­cy. Im wię­cej eg­zem­pla­rzy, tym licz­niej­sza mu­sia­ła być gru­pa ko­pi­stów.

Roz­po­czął spraw­dza­nie od skry­by, któ­ry sie­dział naj­bli­żej. Ni­ko­las nig­dy nie ro­bił ni­cze­go na chy­bił tra­fił, ani w in­te­re­sach, ani w ży­ciu pry­wat­nym. Ko­pi­sta, chu­dzi­na, z si­wy­mi rzad­ki­mi wło­sa­mi, po­zdro­wił go peł­nym sza­cun­ku ski­nie­niem gło­wy. Zna­li się od wie­lu lat i w oczach Ni­ko­la­sa za­słu­żył so­bie na opi­nię spraw­ne­go i nie­za­wod­ne­go pra­cow­ni­ka. Był jed­nym z pierw­szych, któ­rzy zo­sta­li za­trud­nie­ni w skryp­to­rium. Ni­ko­las przy­su­nął stro­ny le­żą­ce na pul­pi­cie obok sto­łu i wiersz po wier­szu prze­glą­dał pra­cę. Nie spie­szył się, spraw­dzać na­le­ża­ło po­wo­li i do­kład­nie.

Gdy skoń­czył, spoj­rzał na obec­nych, któ­rzy wpa­try­wa­li się w nie­go z nie­po­ko­jem w oczach.

- Cor­ne­liu­sie, jesz­cze raz dzię­ku­ję za sta­ran­ną pra­cę - po­wie­dział. - Po­zdrów ode mnie ro­dzi­nę i niech z tobą dzie­lą dumę z uzna­nia, ja­kim two­ja pra­ca cie­szy się w tym miej­scu. - Pod­niósł głos, aby sły­sze­li go wszy­scy ko­pi­ści, sie­dzą­cy przy swo­ich sto­łach. - Wiel­ki wy­si­łek z do­sko­na­łym re­zul­ta­tem.

Hel­muth, za­stęp­ca Ni­ko­la­sa, po­pro­wa­dził go do są­sied­nie­go sto­łu. Pra­co­wał przy nim mło­dy uczeń, Sven Vrunt, któ­ry w krót­kim cza­sie osią­gnął dość przy­zwo­ity po­ziom. Umiesz­czo­no go z dwo­ma in­ny­mi ko­pi­sta­mi, żeby po­mo­gli mu szli­fo­wać tech­ni­kę pi­sa­nia. Nie­wie­le mó­wił. Ni­ko­las wziął z pul­pi­tu kil­ka uło­żo­nych w stos kar­tek i czy­tał je ze zwy­kłym iry­tu­ją­cym spo­ko­jem. W koń­cu zbli­żył jed­ną do świa­tła pa­da­ją­ce­go od stro­ny okna i oświad­czył:

- Je­śli cho­dzi o two­je umie­jęt­no­ści, sza­now­ny Sve­nie, uspra­wie­dli­wia cię mło­dość. Będę nie­zmier­nie wdzięcz­ny, je­śli ze­chcesz spraw­dzić tę stro­nę z two­imi ko­le­ga­mi ko­pi­sta­mi i sa­me­mu za­de­cy­do­wać, czy po­win­na być prze­pi­sa­na jesz­cze raz, czy nie. Je­śli po­win­na, będę wdzięcz­ny za zro­bie­nie no­wej ko­pii jesz­cze dzi­siaj, tak aby nie po­krzy­żo­wać za­pla­no­wa­nych przez Herr Ge­bla za­dań. - Po­zo­sta­łe stro­ny odło­żył na pul­pit, ra­zem z prze­zna­czo­ny­mi do opra­wie­nia.

Uczeń przy­jął sło­wa kry­ty­ki, nie oka­zu­jąc roz­cza­ro­wa­nia.

- Dzię­ku­ję, mi­strzu.

Alek­san­dryn ko­pio­wa­ny przy są­sied­nim sto­le nie za­jął Ni­ko­la­so­wi dużo cza­su. Bar­dzo sta­ry ma­nu­skrypt, po­zba­wio­ny ozdob­ni­ków, zo­stał spi­sa­ny un­cja­łą1, pi­smem dużo prost­szym i bar­dziej przej­rzy­stym niż pi­smo współ­cze­sne. Wy­star­czy­ło po­cią­gnąć li­te­ry moc­niej­szą kre­ską. Dla­te­go nie­moż­li­we było, aby ko­pi­ści po­peł­nia­li po­mył­ki. Ni­ko­las za­ak­cep­to­wał ko­pie i po­szedł da­lej.

Przy na­stęp­nym sto­le nie wziął do ręki żad­nej kart­ki. Sta­nął za ple­ca­mi Mar­cu­sa Oeste­go i ob­ser­wo­wał, jak pra­cu­je. Ko­pi­sta sie­dział po­mię­dzy dwo­ma in­ny­mi i był naj­mniej z nich trzech do­świad­czo­ny. Ni­ko­las przy­glą­dał się przez kil­ka mi­nut. Mar­cus nie prze­rwał pi­sa­nia, gdyż znał zwy­cza­je mi­strza. Nie po raz pierw­szy Herr Fi­scher kon­tro­lo­wał jego pra­cę. Prze­su­wał pió­ro zde­cy­do­wa­nym ru­chem, ma­jąc ra­mię moc­no opar­te o po­wierzch­nię sto­łu. Kie­dy za­nu­rzał je w roż­ku z atra­men­tem, spo­glą­dał uważ­nie na stro­ni­cę, któ­rej ko­pię przy­go­to­wy­wał. Na szcze­gó­ły zwra­ca­no w tym skryp­to­rium wiel­ką uwa­gę.

- Robi znacz­ne po­stę­py - od­wa­żył się wtrą­cić Hel­muth, ry­zy­ku­jąc, że od­wró­ci uwa­gę mi­strza. - Czę­sto spraw­dzam, jak pra­cu­je.

Ni­ko­las nic na to nie po­wie­dział. Wy­ko­na­ne ko­pie i im­pro­wi­zo­wa­ny eg­za­min po­twier­dza­ły na­by­cie umie­jęt­no­ści.

Po chwi­li Ni­ko­las Fi­scher pod­wi­nął rę­ka­wy tu­ni­ki i od­sło­nił ręce do łok­ci. Mar­cus Oeste po­ło­żył pió­ro w row­ku na sto­le, gdzie już le­ża­ły inne. Wstał z krze­sła, grzecz­nie ustę­pu­jąc miej­sca. Po­zo­sta­li dwaj ko­pi­ści też odło­ży­li swo­je pió­ra do row­ków i przy­glą­da­li się uważ­nie po­ka­zo­wej lek­cji.

Ni­ko­las wziął do ręki pió­ro odło­żo­ne przez Mar­cu­sa, spoj­rzał na jego czu­bek, a po­tem w oczy ucznia.

- Jest tro­chę stę­pio­ne... - po­wie­dział Mar­cus.

- Jest tro­chę stę­pio­ne - przy­znał mistrz.

Pil­nicz­kiem wy­ostrzył czu­bek, za­nu­rzył pió­ro w atra­men­cie, spoj­rzał na stro­ni­cę do sko­pio­wa­nia i pew­ną ręką na­kre­ślił ko­lej­ną li­te­rę. Ide­al­nie pro­stą i wy­raź­ną.

- Czu­bek pió­ra, sza­now­ny Mar­cu­sie, po­wi­nien le­d­wie do­ty­kać pa­pie­ru. Je­śli na­ci­skasz na nie­re­gu­lar­ne włók­na pa­pie­ru, kre­ska sama z sie­bie za­czy­na drżeć. Każ­dy mo­ment wa­ha­nia, każ­de drgnię­cie bę­dzie za­uwa­żo­ne przez tego, któ­ry prze­czy­ta tekst. Pa­mię­taj, że z po­wo­du ta­kich uste­rek czy­tel­nik z nie­chę­cią od­rzu­ci two­ją ko­pię. I co naj­waż­niej­sze: pa­mię­taj, że z bie­giem lat tych czy­tel­ni­ków bę­dzie dużo wię­cej. Kil­ka wo­lu­me­nów, któ­re te­raz ko­piu­je­my, ist­nie­je od wie­ków. Czy po­tra­fisz so­bie wy­obra­zić, ile osób prze­czy­ta two­ją ko­pię przez ten czas, kie­dy bę­dzie uży­tecz­na?

Wró­cił do pi­sa­nia. Ro­bił to per­fek­cyj­nie i bar­dzo szyb­ko. Kie­dy skoń­czył, odło­żył stro­ni­cę na miej­sce ukoń­czo­nych ko­pii, pod­niósł się i za­pro­sił Mar­cu­sa do dal­szej pra­cy.

Spraw­dzał po­zo­sta­łych ko­pi­stów. W pa­nu­ją­cej ci­szy roz­legł się jego ni­ski głos.

- Czy ktoś ze­chce przy­nieść mi tro­chę wody? Do­skwie­ra mi pra­gnie­nie.

W po­miesz­cze­niu czuć było za­pach to­pio­ne­go wo­sku. Ró­żo­wa­we świa­tło zmierz­chu wpa­da­ło przez okna po za­chod­niej stro­nie, na­to­miast po prze­ciw­nej stro­nie w szy­bach od­bi­ja­ło się świa­tło sto­ją­cych na pa­ra­pe­tach świec. Na ze­wnątrz cie­nie nocy wy­gry­wa­ły wal­kę z dniem.

Ni­ko­las przy­gła­dził brwi obie­ma dłoń­mi, za­sła­nia­jąc przy tym całą twarz. Był to pre­tekst, by na chwi­lę za­mknąć oczy. Od paru lat wzrok co­raz bar­dziej mu się mę­czył. Ale na szczę­ście nie stra­cił ostro­ści; w jego za­wo­dzie by­ła­by to praw­dzi­wa ka­ta­stro­fa.

Kon­ty­nu­ował co­dzien­ny ob­chód i prze­ko­ny­wał się, że pra­ca idzie do­brze. Na­stęp­ny w ko­lej­ce ko­pi­sta, po­cho­dzą­cy z Ful­dy, zre­flek­to­wał się za­pew­ne w tym mo­men­cie, że nie po­wi­nien był wpro­wa­dzać w ży­cie ry­zy­kow­ne­go po­my­słu. Spró­bo­wał zo­sta­wić ja­kiś oso­bi­sty ślad na ko­pio­wa­nych stro­ni­cach, cho­ciaż wie­dział, że mistrz nie bę­dzie z tego za­do­wo­lo­ny. Sama obec­ność Ni­ko­la­sa ka­za­ła mu wąt­pić w po­wo­dze­nie. Mar­twił się nie tyle tym, co mistrz mógł­by po­wie­dzieć o sa­mym po­my­śle, ile tym, czy za­ak­cep­tu­je ja­kość wy­ko­na­nia. Ob­ja­wiał ner­wo­wość od chwi­li, gdy Herr Fi­scher prze­stą­pił próg skryp­to­rium.

Ni­ko­las oglą­dał stro­ni­ce. Za­trzy­my­wał się przy nie­któ­rych li­niach. Nic nie mó­wił, ale twarz mu ciem­nia­ła, cho­ciaż za­cho­wy­wał spo­kój. Nie chciał osą­dzać po­chop­nie. Czy­tał tekst, po­rów­ny­wał szcze­gó­ły, za­sta­na­wia­jąc się, czy po­tra­fi po­ha­mo­wać gniew. Hel­muth też się przy­glą­dał i kie­dy za­uwa­żał, że coś nie od­po­wia­da ory­gi­na­ło­wi, prze­kli­nał sie­bie za nie­do­pil­no­wa­nie ko­pi­sty z Ful­dy.

Po dłuż­szej chwi­li mistrz otrzą­snął się z za­my­śle­nia. Wes­tchnął głę­bo­ko, trzy­ma­jąc w gó­rze plik kar­tek. Dru­gą ręką przy­gła­dził ja­sne wło­sy, rzad­kie na skro­niach, lecz gę­ste i zmierz­wio­ne na czub­ku gło­wy. Hel­mu­tho­wi wy­da­ło się, że wy­ry­wał so­bie dłuż­sze ko­smy­ki.

W głu­chej ci­szy sło­wa Ni­ko­la­sa za­brzmia­ły jak ude­rze­nia pię­ścią o stół.

- Zrób to jesz­cze raz.

Po­darł stro­ni­ce i rzu­cił frag­men­ty na stół ko­pi­sty. Od­wró­cił się i od­szedł.

- I że­byś mi się nie wa­żył pro­sić o za­pła­tę za czas, jaki na to po­świę­cisz - do­dał od sie­bie Hel­muth.

Ni­ko­las Fi­scher usiadł przy swo­im sto­le. Pod­nió­sł­szy gło­wę, spoj­rzał jesz­cze raz na swo­ich pod­wład­nych, po­chy­lo­nych te­raz nad pul­pi­ta­mi. Jego stół znaj­do­wał się na koń­cu nawy, w tym miej­scu ab­sy­dy, w któ­rym zwy­kle mie­ści się oł­tarz. W isto­cie rze­czy, był Fi­scher pa­ste­rzem tego stad­ka owie­czek i mu­siał dbać o to, by nie bra­ko­wa­ło pie­nię­dzy na opła­ce­nie ich pra­cy. I nig­dy nie bra­ko­wa­ło. Wy­si­łek ca­łe­go ży­cia re­kom­pen­so­wa­ły w ostat­nich la­tach znacz­ne przy­cho­dy i do­bra or­ga­ni­za­cja, więc jego sta­ła obec­ność w skryp­to­rium nie była ko­niecz­na. Da­le­ko nie szu­ka­jąc, na­stęp­ne­go dnia miał umó­wio­ne spo­tka­nie z ar­cy­bi­sku­pem, Die­tri­chem von Mo­er­sem. Mu­siał mieć więc pew­ność, że wszyst­ko bę­dzie szło jak po ma­śle. Pod­niósł za­gnie­wa­ny wzrok na Hel­mu­tha, któ­ry od­czuł wiel­ki cię­żar od­po­wie­dzial­no­ści.

Za­stęp­ca Fi­sche­ra nie po­trze­bo­wał słów. Był tam po to, aby nie po­wtó­rzy­ła się sy­tu­acja sprzed kil­ku mi­nut. Musi le­piej pil­no­wać pra­cow­ni­ków, za­rów­no ko­pi­stów, jak i uczniów. I może pro­wa­dzić ich bar­dziej twar­dą ręką. Na koń­skiej twa­rzy po­ja­wił się wy­raz wro­go­ści. Nie miał za­mia­ru być jesz­cze raz zmu­szo­ny do szu­ka­nia pra­cy. Zaj­mo­wał do­brą po­zy­cję i nie my­ślał jej tra­cić. Dla ko­pi­sty z Ful­dy zbli­ża­ły się nie­do­bre cza­sy.

O książ­ce

Po­wieść hi­sto­rycz­na o po­cząt­kach no­wo­cze­sne­go dru­ku osa­dzo­na w XV-wiecz­nej Ko­lo­nii. Czy­tel­nik znaj­dzie w niej wszyst­kie ele­men­ty śre­dnio­wiecz­nej in­try­gi: zdra­dy, mor­der­stwa, wal­kę o wła­dzę, ro­dzin­ne ta­jem­ni­ce, ze­mstę, mi­łość i za­ka­za­ne związ­ki. Be­st­sel­ler w Hisz­pa­nii.

Ko­lo­nia, pierw­sza po­ło­wa XV wie­ku. Na stra­ży do­stę­pu do wie­dzy stoi cen­zu­ra ko­ściel­na. W ge­stii hie­rar­chów znaj­du­ją się wszyst­kie skryp­to­ria, zaś prze­pi­sy­wa­ne tam księ­gi mu­szą być zgod­ne z na­ka­za­mi Ko­ścio­ła. Nie­licz­ną gru­pę uczo­nych i pro­fe­so­rów Uni­wer­sy­te­tu Ko­loń­skie­go, spo­ty­ka­ją­cych się po­ta­jem­nie, łą­czy jed­no pra­gnie­nie: spra­wić, by po­przez druk ksią­żek wie­dza i osią­gnię­cia na­uki do­tar­ły do pro­stych lu­dzi. Ich dą­że­nia na­po­ty­ka­ją też opór moż­nych, któ­rzy w książ­kach wi­dzą dro­gę do utra­ty wła­dzy. Dzia­ła­jąc z cał­ko­wi­cie od­mien­nych po­bu­dek, ry­zy­ku­jąc ży­ciem, dwóch lu­dzi jest go­to­wych pod­jąć wy­zwa­nie upo­wszech­nie­nia ksią­żek.

Lo­renz Block, uta­len­to­wa­ny złot­nik, po śmier­ci żony sa­mot­nie wy­cho­wu­ją­cy cór­kę, za­fa­scy­no­wa­ny wi­zją świa­ta peł­ne­go ksią­żek, po­ta­jem­nie kon­stru­uje pra­sę dru­kar­ską. Jako chło­piec nie zo­stał przy­ję­ty do za­kła­du ko­pi­stów, nie prze­stał jed­nak in­te­re­so­wać się pi­smem. Za swo­je dą­że­nia za­pła­ci wy­so­ką cenę.

Pro­wa­dzą­cy po­dwój­ne ży­cie Ni­ko­las Fi­scher, wła­ści­ciel pierw­sze­go świec­kie­go skryp­to­rium - czło­wiek bo­ga­ty, wy­kształ­co­ny i ko­cha­ją­cy pięk­no, ale cał­ko­wi­cie po­zba­wio­ny skru­pu­łów, dla któ­re­go li­czą się tyl­ko pie­nią­dze - pod­stęp­ny­mi me­to­da­mi dąży do wy­eli­mi­no­wa­nia wszel­kiej kon­ku­ren­cji na ryn­ku książ­ki. Jego dzia­łal­ność bę­dzie kosz­to­wać ży­cie wie­lu lu­dzi. Roz­mi­ło­wa­ny w luk­su­sie, miesz­ka w pa­ła­cu w oto­cze­niu ko­biet, któ­re za­spo­ka­ja­ją jego po­trze­by sek­su­al­ne. Jed­ną z nich, pięk­ną Olgę, wy­ko­rzy­sta jako na­rzę­dzie w in­try­dze, jaką ukuł, by prze­chwy­cić wy­na­la­zek Lo­ren­za.

Dzie­je tych dwóch głów­nych pro­ta­go­ni­stów prze­pla­ta­ją się z lo­sa­mi in­nych waż­nych po­sta­ci książ­ki. Eri­ki, cór­ki Lo­ren­za, od­waż­nej, nad wiek doj­rza­łej dziew­czy­ny o zło­tym ser­cu, któ­ra pro­wa­dzi ojcu dom. Alon­sa, kie­ru­ją­ce­go gru­pą ko­pi­stów głu­che­go syna Ni­ko­la­sa, bę­dą­ce­go owo­cem jego związ­ku z cór­ką we­zy­ra. Po­mię­dzy Eri­ką a Alon­sem, wbrew woli ojca, zro­dzi się uczu­cie. Są też czar­ne cha­rak­te­ry: sko­rum­po­wa­ny bur­mistrz Ko­lo­nii Hel­ler Over­stolz i ar­cy­bi­skup mia­sta, Die­trich von Mo­ers, okrut­ny, cy­nicz­ny ma­ni­pu­la­tor, łą­czą­cy re­li­gię z po­li­ty­ką.