Warsztat książek zakazanych - Eduardo Roca

Reflow text when sidebars are open.
Silny nurt potężnego Renu łagodził ciężką kontynentalną zimę w głębi kraju. W połowie listopada zimno było codziennością, a nadchodząca pora roku wisiała już nad miastem jak czekający na rozpoczęcie ataku wróg. Grube płaszcze, wełniane kaptury, czapki różnego koloru i fasonu, wszelkiego rodzaju ciepłe okrycia były koniecznością. Dni stawały się coraz krótsze, a długie wieczory spędzano w domach w rozgrzewającym cieple kominków.
Przy tak niskiej temperaturze niewiele było do roboty poza domem, więc począwszy od ostatniej niedzieli października, Erika dawała lekcje czytania małemu Matthiasowi. To, że pomagała ojcu w pracy, nie było powodem, żeby nie podjąć się nowego zadania, któremu poświęcała kilka godzin w tygodniu. Od tamtej pory minęły dwa tygodnie. Tego zimnego dnia wiatr nieprzerwanie uderzał w okiennice sąsiedniego domu. Kiedy Erika otworzyła drzwi i wyszła na ulicę, z paleniska uniósł się kłębek popiołu i zakołysał w powietrzu w pustym pomieszczeniu.
Erika zastukała do drzwi wąskiego domu, gdzie mieszkała rodzina Smidów, spodziewając się, że jej mały przyjaciel przybiegnie ją przywitać. Ale gdy się otwarły, stanęła w nich Frieda, matka Matthiasa, w wielkim fartuchu, o który wycierała dłonie. Z wnętrza dochodził silny zapach cebuli. Frieda miała wydatne policzki i ślady zmęczenia wokół oczu. Uśmiechnęła się słabo i zaprosiła Erikę do środka.
- Wejdź, kochanie, wejdź. Jest strasznie zimno.
- Dziękuję, Friedo - powiedziała Erika.
Padało bez przerwy od kilku dni, i mimo że zrobiła ledwie kilka kroków, nogi miała przemoczone i sztywne z zimna.
- Robię kolację, ale Matthias mi mówił, że znowu będzie jadł u was. Wytłumaczyłam mu, że żywienie go nie może stać się waszym obowiązkiem.
- Ależ nie, Friedo, proszę. Mój ojciec chce, żeby przychodził. Lubi odpowiadać na jego pytania. Poza tym Matthias i ja musimy pracować. - Zrobiła oko do chłopaka, który nieśmiało przyglądał się tej scenie, przyklejony do nogi stołu. Uśmiechnął się i pobiegł w głąb domu.
Akurat wtedy wrócił do domu Penrod Smid. Twarz i ręce miał pomazane gliną, był w wesołym nastroju i już od progu było go słychać.
- Wielkie nieba, czyż to nie piękna Erika zaszczyca nas swoją obecnością...
- Dzień dobry, Herr Smid. Dzisiaj też poszliście do pracy? - Erika odpowiedziała na powitanie.
- Tak, moja droga. Kiedy trzeba skończyć robotę dla kupca, któremu pilno, niedziele nie istnieją.
- Już, mogę iść! - zawołał Matthias, kiedy wrócił. Ubrany był w ciepły płaszcz, a na głowie miał podniszczoną wełnianą czapkę. W ręce trzymał zwinięty kawałek materiału.
- Co to jest? - spytała Erika.
- Taki drobiazg - odparła Frieda. - Mały prezent, wełniany kaptur dla Lorenza, żeby go chronił przed tym zdradzieckim zimnem.
- Dziękuję, ale nie musieliście... - powiedziała Erika, biorąc zawiniątko, które Matthias jej podał.
- To tylko kaptur, Eriko. Twój ojciec i ty tyle dobrego dla nas robicie.
Twarz Friedy wyrażała szczerą wdzięczność. Erika miała ochotę uściskać ją, poczuć, że ma większą rodzinę, że jej ojciec i ona nie są tak zupełnie sami. Ale Matthias już przestępował z nogi na nogę.
- To już? Idziemy? - spytał.
- Idź, Matthiasie, idź. I bądź grzeczny, bo jak nie, to Erika i Lorenz nie będą chcieli cię więcej widzieć... - Frieda przytuliła go z uśmiechem.
Kiedy Erika i Matthias wyszli, Frieda podeszła do męża i pocałowała go w policzek. Powiedziała coś, o czym często myślała.
- Ta dziewczyna to skarb. Nie wiem, jak Lorenz poradziłby sobie bez niej.
A Penrod dodał:
- I my też. Gdzie są nasze małe?
- Śpią. Więc lepiej mów cicho.
- Przeczytaj to, co napisałam.
- Ale to trudne. Całe dwie linijki. - Matthias wpatrywał się w kartkę, którą podsunęła mu Erika.
- Nie narzekaj. Już wiesz, jak brzmi każda litera. Musisz się trochę wysilić.
Minęło kilka godzin, odkąd skończyli posiłek, i teraz, siedząc jak najbliżej kominka, zajęli się nauką czytania. Matthias mozolnie starał się łączyć litery w sylaby, ale słowa nie pojawiały się od razu. Dopiero kiedy kilka razy powtórzył sylaby i zorientował się, że jest to słowo mu znane, wtedy czytał je płynnie. W ciągu niecałych dwóch tygodni nauczył się wszystkich liter.
Mimo to nauka była dla jego małego umysłu nie lada wyzwaniem. Tego dnia właśnie zaczynał już czytać całe zdania, ale brzmiały one w jego wykonaniu nieco zagadkowo. Przy niektórych słowach bardzo się męczył, lecz upór i duma z tego, że jest pierwszym w rodzinie, który uczy się czytania, sprawiały, że zaczynał od nowa, poprawiał błędy, powtarzał do upadłego.
Erika poszła do kuchni, kiedy już powtórzyła z nim cały, przygotowany poprzedniego wieczoru materiał. Słyszała rytmicznie powtarzane sylaby, za każdym razem coraz lepiej. Skończył czytać zdanie:
- Ry-cerz-pod-biegł-do-ko-nia.
Podniósł dumnie głowę i powtórzył.
- Rycerz podbiegł do konia.
Erika podeszła i spojrzawszy na kartkę ponad jego ramieniem, powiedziała:
- Nie, Matthiasie. Przecież widzisz, że to jest jedno słowo. Tu nie możesz niczego oddzielić.
Nic jej nie zniechęcało do uczenia chłopca. Zawsze też znajdowała czas, żeby pomagać ojcu. Kiedy malec dalej się trudził, tak poważny i skupiony, że nie mogła się nie uśmiechnąć, rzuciła okiem na ojca, który najwyraźniej nie zwracał uwagi na to, czym ona i Matthias się zajmują.
Ale tak nie było. Gdy wróciła znowu do kuchni, patrzył na nią z dumą w oczach. Czasem zapominał, że przecież jest jeszcze małą dziewczynką. Zawsze była zajęta to sprzątaniem, to gotowaniem, przynoszeniem wody albo praniem, albo reperowaniem ubrania. Kiedy potrzebował, pomagała mu w jego projektach. A teraz uczyła Matthiasa czytać. Zwykle trudno jest przekonać małego chłopca, żeby chciał czytać, lecz Erika robiła to bardzo dobrze. Nagle wrócił myślami do czasu, gdy sam był w wieku swojej córki. Wtedy wszystko wyglądało inaczej, przynajmniej w jego rodzinie.
Jego ojciec, Hans Block, był mistrzem złotniczym, u którego wielu ważnych klientów zamawiało wyroby. Był bardzo ceniony, a przedmioty, które wychodziły spod jego ręki, cechował niezwykły artyzm. Mały Lorenz patrzył na niego z podziwem, zachwycał go kunszt ojca, fascynowały lekkie uderzenia w cenny metal. Zanim jednak Lorenz został uczniem, ojciec przygotował dla niego niespodziankę.
Mając przez wiele lat kontakty z ludźmi bogatymi i wpływowymi, Hans Block przekonał się, że niewielu spośród nich nie było świadomych znaczenia nauki, podczas gdy jego terminatorzy i ludzie prości i biedni traktowali umiejętność czytania i pisania jak coś osobliwego. Kiedy więc Lorenz był małym dzieckiem, ojciec pomyślał, że wiedza będzie najcenniejszym darem, jaki mu pozostawi. Nie wiadomo, jakich wpływów używał, udało mu się jednak umieścić chłopca w seminarium z obietnicą, że w przyszłości Kościół wzbogaci się o jeszcze jedną duszę. W rezultacie syn nauczył się ładnie pisać i szybko czytać, nabył też kilka innych umiejętności, które niekoniecznie były przydatne dla zwykłego człowieka. Natomiast obietnica dana braciszkom przez ojca została złamana częściowo z powodu niezdecydowania syna co do wyboru zawodu, a częściowo z powodu pazerności, z jaką seminarium chciało zapewnić sobie kolejny etap edukacji młodego ucznia.
Lorenz opuścił religijną społeczność, tak jak przyszedł, nie pozostawił po sobie szczególnego wrażenia. Zawsze był nieśmiały i raczej małomówny. Został uczniem w warsztacie ojca i byłby tam dłużej, gdyby któregoś dnia nie dotarła do niego pewna wiadomość: w Kolonii otwierano skryptorium pod świeckim kierownictwem, wówczas pierwszą taką instytucję. Wszyscy zainteresowani pracą kopistów musieli przejść egzamin. Pismem Lorenz interesował się od dawna, dużo wcześniej niż szlachetnymi metalami, i teraz, po krótkim, ale pracowitym pobycie w seminarium był pewien, że da sobie radę.
Był przekonany, że w mieście nie ma wielu ludzi z takimi umiejętnościami, ale kiedy dotarł na miejsce, do starego budynku przypominającego bazylikę, zatrzymał się zdziwiony. Kolejka osób chcących poddać się próbie ciągnęła się bez końca. Rozmawiano o wielkich mistrzach i wspaniałej przyszłości. Wszyscy wydali się Lorenzowi lepiej przygotowani od niego. Mimo to czekał na swoją kolej, cierpliwy i jednocześnie niespokojny.
W chwili kiedy przestąpił próg tego budynku, Lorenz wiedział, że nie chce być w żadnym innym miejscu. Nagie kamienne ściany i wielkie okna nadawały mu wygląd świętego miejsca, ale zapach nie był zapachem kadzidła: pachniało farbą i papierem, woskiem i kredą, starą biblioteką i mądrością. W końcu nadeszła jego kolej.
- Nazwisko?
- Lorenz Block.
- Wiek?
- Dwanaście.
- Siadaj.
Patrząc na młodego, energicznego mężczyznę zasypującego go instrukcjami, Lorenz pomyślał, że jego koścista twarz przypomina mu pysk konia.
- Masz przepisać na ten pergamin pierwszą kolumnę tej stronicy. Tu masz pióro i atrament.
Lorenz nie potrafił opanować zdenerwowania. Cała jego przyszłość zależała od tej jednej próby. Rozejrzał się dookoła. Dziesiątki jego konkurentów uważnie kopiowało stronice.
- Na co czekasz? Nie mamy całego dnia.
Bez zastanowienia chwycił pióro do lewej ręki i umoczywszy czubek w atramencie, zabierał się do przepisywania.
Wystraszył go ostry, oburzony głos mężczyzny kierującego próbą.
- Co robisz? Zamierzasz pisać lewą ręką?
Pozostali kandydaci przerwali pisanie i odwrócili głowy, żeby zobaczyć, kto jest źródłem zamieszania.
- Nie, przepraszam. Właśnie przenosiłem pióro do prawej. Widzicie?
Lorenz, czerwony ze wstydu, miał nadzieję, że mu uwierzono. Był to błąd, na jaki nie mógł sobie pozwolić. Zawsze chętniej używał lewej ręki, chociaż nauczył się też pracować prawą, jak wymagano w seminarium. Zamknął oczy i nabrał głęboko powietrza. Zabrał się do pracy.
- Krzywo stawiasz linie - oznajmił koński pysk.
Starał się pisać lepiej, ale obecność tego mężczyzny wywoływała zbyt wielkie napięcie.
- Litery powinny być bardziej okrągłe.
Lorenz wyprostował plecy, chcąc chociaż trochę odprężyć mięśnie. Ruchem tym zmienił pozycję ciała i nachylenie ręki. Pióro upadło na pergamin, a on patrzył na nie w niemym zdumieniu.
- Wystarczy. Zostaw to już.
Kiedy Lorenz podniósł głowę, zobaczył, że obok stoi ktoś, kogo nigdy przedtem nie widział. Dojrzały wiekiem, ale ciągle jeszcze dość młody, wyglądał bardzo dystyngowanie. Spod granatowego nakrycia głowy wystawała gęsta jasna czupryna.
- Co też tutaj mamy? - spytał swego pomocnika mistrz kopista.
- Nic takiego, Herr Fischer. Nieudacznik. Mańkut, chociaż udaje praworęcznego.
Lorenz starał się zapanować nad sobą. Zacisnąwszy usta i z trudem powstrzymując łzy, wstał, chcąc jak najszybciej opuścić to miejsce, gdy usłyszał niski, uprzejmy głos jasnowłosego mężczyzny. Trzymał w ręce jego kartkę.
- Nie trać czasu na coś, co ci nie przyniesie żadnej korzyści. Znajdź sobie, chłopcze, szlachetny zawód i zapomnij o literach. Chleba z tego nie będziesz miał.
Lorenz nie odpowiedział. Odwrócił się i wyszedł z budynku, który go tak zafascynował.
Był bardzo rozczarowany, ale wiedział, że są rzeczy, których nie będzie mógł robić: do pisania nie może używać wyrobionej, sprawniejszej ręki. Pogodził się z tą myślą i uznał, że mistrz dał mu dobrą radę. Nie mógł pracować jako kopista, ale ambicja nie pozwoliła mu zrezygnować z tego, co stało się jego pasją. Odkrył, że pracując lewą ręką, nie tylko osiąga lepsze rezultaty, niż gdyby pracował prawą, ale nawet, kiedy się przyłoży, potrafi pisać litery i słowa ze zdumiewającym mistrzostwem.
I tak Lorenz wrócił jako uczeń do warsztatu ojca, gdzie jego umiejętności były niekwestionowane. Rodzice zmarli jednak przedwcześnie, zanim zdążył zdobyć tytuł mistrza. Z powodu długów przynależny mu w spadku warsztat przeszedł w ręce chciwych członków cechu. Z tego i kilku innych powodów do tej pory zajmował pozycję czeladnika w warsztacie Ernesta Bluma. Pomimo wszystko litery i druk nigdy nie zniknęły z jego życia. Jego ręka nie mogła uczynić z nich sztuki, ale wiedział, że istnieją sposoby, aby mieć je wokół siebie.
- Ojcze? Nic wam nie jest? - Głos Eriki przywrócił go do rzeczywistości.
- Nie... nie. Wszystko w porządku.
- Zasnęliście z otwartymi oczami? - spytał szeptem Matthias.
Okolice Kolonii, 1430
Chłopiec przycupnął wśród nisko zwisających gałęzi olbrzymiego kasztanowca na skraju gęstego lasu i wpatrywał się uważnie w zarośla. Po chwili jego cierpliwość została nagrodzona i długowłosy szarobury zając wynurzył się zza grubego pnia stuletniej brzozy. Wyprostował się, nastawił słuchy i przednimi skokami potarł nos. Nie zdążył podskoczyć nawet dwa razy, kiedy chłopak rzucił się na niego. Szybki ruch dłoni, suchy chrzęst i martwy zając zawisł u paska jego spodni.
Pogwizdując wesoło, chłopiec ruszył w drogę powrotną. Rano ojciec zwymyślał go od leni i darmozjadów i wyrzucił z domu, ale chłopak pomyślał, że kiedy za parę godzin wróci z zającem na kolację, ojciec zapomni o tym, co powiedział. Zadowolony malec szedł pod górę ścieżką między drzewami. Dotarłszy do szczytu, stanął jak wryty. Oddział pięciu strażników spoglądał na niego w milczeniu. Chłopak stał tak przez chwilę, oniemiały z przerażenia, po czym odwrócił się i popędził z powrotem w dół zbocza. Żołnierze pobiegli za nim.
Koller, najszybszy z nich, porzuciwszy hełm i halabardę, dopadł go pierwszy. Złapał i trzymał wierzgającego nogami chłopaka nad głową, czekając na kompanów. Dowódca rozkazał mu przywiązać go do drzewa. Był to ten sam kasztanowiec, za którym chłopak krył się kilka minut wcześniej. Na wilgotnej ziemi widać było jeszcze ślady jego stóp.
- Nie wiesz, że te ziemie należą do arcybiskupa? - spytał ostrym tonem jeden z żołnierzy.
Chłopiec się nie odezwał. Paliła go skóra nadgarstków mocno ściśniętych sznurem. Twarz też zaczynała mu płonąć - żołnierz uderzył go skórzaną rękawicą i teraz wymachiwał nią, grożąc kolejnymi ciosami.
- A, nic nie mówisz? Mowę ci odjęło? Zaraz sprawdzimy. Rozpalić ognisko - polecił pozostałym.
Czterej strażnicy spojrzeli na siebie w zdumieniu. Przecież ten kłusownik to zupełny dzieciak, pomyśleli, z ledwie zarysowanym wąsikiem nad górną wargą. Ognisko?
- Nie słyszeliście? Ruszać się! - popędził ich dowódca. Chwilę później płomienie sięgały gałęzi drzewa. Miękkie liście kasztanowca zaczynały się powoli marszczyć i zwijać. Jeden z nich, strącony przez lekki powiew wiatru, opadł na gołe ramię chłopca, zostawiając czerwony ślad. Z ust dziecka wydobył się stłumiony jęk bólu.
- No... Ile zajęcy dzisiaj złapałeś? - zapytał dowódca. Chłopiec milczał, usta miał zaciśnięte, butny wyraz twarzy.
- Nie jesteś niemową, to pewne. Ale do mówienia jakoś się nie kwapisz.
Chłopak uciekł spojrzeniem w bok. Nie miał zamiaru rozmawiać z tymi żołnierzami; zając był jego, schwytał go własnymi rękami. A las należał do wszystkich. Zacisnął mocniej wargi.
Zuchwała mina dzieciaka jedynie rozwścieczyła dowódcę.
- Nic nie mówisz? No to za chwilę na pewno już nie powiesz ani słówka. - Wyjął sztylet z pochwy, zbliżył się do chłopca i przycisnął mu ostrze do gardła. - Bawer, Koller! - krzyknął. - Chodźcie tu!
Dwaj żołnierze spojrzeli na siebie ze strachem w oczach.
Byli młodzi, niedoświadczeni, wykonywali pierwsze zadanie poza murami.
- Żeby mi się tylko nie ruszył - dowódca rozkazał jednemu. - A ty - rzucił do drugiego - trzymaj mu gębę. Jak koniowi do piłowania zębów. O tak. Nie masz nic do powiedzenia? - zwrócił się do chłopca. - To twoja ostatnia szansa.
Z oczu chłopaka wyzierał obłędny strach.
Dowódca wepchnął czubek sztyletu między zaciśnięte wargi. Nie chcąc zranić Kollera, który siłą rozwierał szczęki chłopca, przycisnął kolanem brzuch malca, przytrzymał za brodę i usiłował obciąć język. Udało mu się jednak tylko go nadciąć. Wstrzymując oddech, chłopak wyrywał się z rąk żołnierzy. Popłynęła krew i skowyt bólu wypełnił las.
- Trzymać go, do kroćset. Mocno! - krzyknął dowódca.
- Staramy się! - zawołał Bawer. - Ale to diabelskie nasienie się wyrywa.
- Tym gorzej dla niego.
Podniósł sztylet i opuścił go na przerażoną twarz. Lekko zadrasnął dłoń Kollera, który zdumiony nagłym ruchem, ledwo zdążył odsunąć rękę. Rozległ się nieludzki krzyk. Chłopiec już nie mógł mówić, z ust wydobywały się tylko nieartykułowane dźwięki i bulgot krwi zalewającej gardło; gdyby żołnierze trzymali go dłużej, z pewnością by się udusił. Ohydne cięcie rozpłatało wargi i rozszarpało język i dziąsła. Jeden czy dwa białe zęby leżały na trawie. Chłopiec wił się na ziemi w szkarłatnej kałuży jak pozbawiony głowy wąż. Żołnierze nie potrafili oderwać wzroku od widoku krwi. Nie chcieli patrzeć, a jednocześnie nie mogli się powstrzymać.
- Dawać mi tamto polano - polecił dowódca.
Żołnierze, zamarli w niemym przerażeniu, nie poruszyli się.
Przeklinając, dowódca chwycił kawał rozpalonego drewna i zbliżył do twarzy chłopca, który siedział związany, nieprzytomny, z opuszczoną głową. Szarpnął dzieciaka za włosy i przyłożył drewno do rany. Krew natychmiast przestała płynąć, ale swąd palonego ciała wrył się w pamięć żołnierzy na zawsze, jak pamiętany z dzieciństwa zapach mleka, które wykipiało na rozgrzaną blachę.
Był wczesny ranek. Mężczyzna spał w swoim domu w Kolonii, z głową złożoną na twardym drewnianym stole. Obudził go własny kaszel. W ręce ciągle trzymał gęsie pióro, z którego skapywał atrament. Otworzył oczy, kiedy płomienie niemal lizały mu twarz.
Obejmowały już stół, makaty na ścianach, sięgały belek w suficie. Usiłował wstać i pobiec do żony i córki, lecz nie mógł się ruszyć. Czuł się tak, jakby jeszcze niezupełnie się obudził albo jakby płomienie go zahipnotyzowały. Otrząsnął się w końcu, podniósł się i poczuł, jak gęsty, ciężki dym chwyta go za gardło niczym dłoń. Pochylony, podszedł do dzbana z wodą stojącego w misce do mycia. Wody było niewiele, ale wylał ją na płomienie, które jedynie się wzmogły, jakby ze złością zareagowały na próbę ugaszenia. Wydawało się, że ta odrobina płynu tylko podsyciła ogień, zamiast go ugasić. Mężczyzna chwycił wilgotną szmatę, zakrył nią nos i usta i doszedł do pierwszego schodka.
Pożar jeszcze nie ogarnął pomieszczeń na górze, ale dym był tam dużo gęstszy. W półmroku rozświetlanym jedynie połyskującymi z dołu płomieniami ledwo widział własne ręce. Po omacku wszedł do pokoju córki. Łóżko było puste. Serce podeszło mu do gardła. Pobiegł do dużej sypialni. W starym, rozklekotanym łóżku spała niczego nieświadoma żona, a córka, wstrząsana gwałtownym kaszlem, krzyczała i potrząsała nią z całej siły.
- Mama nie chce się obudzić! - zawołała przestraszona.
Dookoła słychać było trzaski płonącego drewna. Jeśli nie wydarzy się cud, pomyślał mężczyzna, dom za chwilę zamieni się w górę popiołu.
Chwycił żonę obiema rękami za ramiona i potrząsnął. Najpierw delikatnie, potem gwałtownie. Obrócił głowę z jednej strony na drugą, podparł pod plecami, chcąc postawić ją na nogi. Nie reagowała. Żołądek mu się ścisnął i poczuł silne mdłości.
- Mamo, proszę... - łkała dziewczynka, ściskając rękę matki.
Mąż zbliżył twarz do ust kobiety. Wyczuł słaby oddech, ślad nadziei.
- Śpi, ale mocno - uspokajał córkę.
Podłoga zatrzeszczała pod stopami. Jedna z belek nie wytrzymała naporu ognia i płomienie dosięgły piętra. Mężczyzna spojrzał na córeczkę, pobladłą z przerażenia. Dusił ją wszechobecny dym. A potem spojrzał na żonę; zdawała się spać spokojnie pomimo dymu wypełniającego pomieszczenie. Pomyślał, że chyba zdąży. Rozejrzał się; podłoga nie wyglądała jeszcze najgorzej. Spomiędzy desek prześwitywała migotliwa jasność, ale uznał, że przez chwilę to wszystko jeszcze wytrzyma. Nie było czasu do stracenia. Podniósł żonę i przewiesił sobie przez ramię, a potem chwycił małą za rękę. Lecz kiedy znalazł się u szczytu schodów i spojrzał w dół, stanął jak wryty. Płomienie powoli, lecz nieubłaganie obejmowały schodek po schodku.
- Tato, boli mnie.
Znad chusteczki widział tylko oczy córki. I dopiero wtedy zauważył, jak mocno ściska jej rękę.
- Przepraszam, córeczko. Musimy wrócić na chwilę.
Położył żonę na łóżku, a sam przykucnął przy małej. Oczy miał czerwone ze zmęczenia i od dymu.
- Musimy tu zostawić mamę. Nie mogę przenieść was obu. Schody nie wytrzymają.
- Ale ogień tu dotrze i mama nie będzie mogła wyjść.
- Nie, kochanie. Wrócę zaraz i ją wyniosę. Nie martw się.
Nie czekał, by odpowiedziała. Podnosił małą, żeby położyć sobie na ramieniu, jak przedtem żonę, ale dziewczynka nie chciała wypuścić ręki matki. Kiedy nią szarpnął, wybuchła rzewnym płaczem.
Płomienie obejmowały już całe schody. Jęzor ognia, niczym żywa istota, podchodził coraz bliżej. Nie namyślając się, mężczyzna skoczył w dół i upadł na kamienną posadzkę. Stopy zabolały go tak bardzo, że przewrócił się do tyłu. Ale nie wypuścił z rąk małej. W piekle, w jaki zamienił się dom, w dymie i płomieniach nie mógł dojrzeć drogi ucieczki. Obok zobaczył nietkniętą płomieniami komodę, w której trzymali koce. Położył na pół przytomną córkę na podłodze i otworzył komodę. Metalowe okucia paliły jego ręce żywym ogniem, ale oparły się płomieniom i uratowały to, co było w środku. Poczuł, że nogi się pod nim uginają, opadał z sił, był gotów się poddać, lecz słaby płacz córki przywrócił mu siły.
Wziął dziewczynkę na ręce, owinął mocno kocem ją i siebie i nie bacząc na otaczające go płomienie, pobiegł w stronę drzwi. Pchnął je, na pół już nadpalone, przekroczył próg i potykając się, zrobił parę kroków, po czym upadł u stóp sąsiadów, którzy przybiegli z pomocą. Wielu trzymało w dłoniach drewniane kubły.
Zdezorientowany widokiem tych wszystkich ludzi i pochodni, to zbliżających się, to oddalających, mocno przytulił do siebie córkę. Noc była wilgotna. Dziewczynka, cała drżąca, lecz świadoma, że jest uratowana, zapłakała cicho.
- Mama...
Poderwał się na nogi. Owinął się kocem i przeskoczył płomienie, które teraz zastąpiły drzwi. Zaślepiony bezwzględnym nakazem ratowania żony, nie pojmował, na jak straszne niebezpieczeństwo się naraża. Zostawił za sobą zdumione spojrzenia sąsiadów i płacz kobiet, które pospiesznie zaopiekowały się jego córką.
Kiedy znalazł się wewnątrz, czuł jedynie żar płomieni. Gorącym powietrzem nie można było oddychać. Chciał wejść na piętro i uratować żonę. Ogarnęło go przerażenie, kiedy zobaczył, że schodów już nie ma. W wypalonym suficie ziała czarna dziura, przez którą - jak przez komin - wydobywał się dym. Wydawało mu się, że płomienie wyciągają macki, by go schwytać, że są migotliwymi twarzami, wpatrującymi się w niego, podchodzącymi coraz bliżej, śmiejącymi się z niego; twarze jak potwory, łapczywie pożerające wszystko dookoła, rozsypujące w proch to, co przez tyle lat było jego domem.
Przesunął komodę w miejsce dziury, gdzie jeszcze niedawno stały schody, wszedł na nią i usiłował dostać się na podłogę na piętrze. Podskoczył, chwycił się brzegu, lecz deska została mu w rękach i spadł. Ogień buchnął jasnym płomieniem. Usłyszał dochodzący z góry łoskot. Spojrzał tam: dach powoli się zapadał. Jedna z drewnianych belek, spadając, omal go nie przygniotła; zdążył się usunąć, ale zaraz spadła na niego następna. Uderzenie nie było może bardzo silne, lecz płonące drewno otarło się o ramię i wydał z siebie ryk bólu. Podniósł się z ziemi i jeszcze raz wszedł na komodę. Gdy wyciągnął w górę ręce, skóra na plecach napięła się jak na bębnie i pękła. Zwinąwszy się z bólu, znowu spadł na ziemię. Chciał się podnieść i spróbować jeszcze raz, lecz w tym momencie czyjeś ręce chwyciły go za to, co jeszcze zostało z jego ubrania, i pociągnęły. Nie wiedział, co się dzieje. Wiedział tylko, że na górze jest jego żona, a on musi ją uratować. Bronił się resztką sił.
- Szaleńcze, wychodź stąd! Już nic nie możesz zrobić! - usłyszał.
Zesztywniał cały. Poczuł, że ktoś jeszcze ciągnie go za ubranie. Zobaczył, że znajduje się coraz bliżej wyjścia, i zdał sobie sprawę, że w żaden sposób nie jest w stanie się oprzeć. Kolejny łoskot. Uniósł wzrok i ujrzał, że całe piętro opada wielkimi kawałami. Zaczął się szarpać, kopać, gryźć, aż któryś z mężczyzn uspokoił go potężnym uderzeniem w szczękę. W głowie mu pociemniało i na pół przytomny, pokonany, dał się wynieść na zewnątrz.
Dwaj mężczyźni posadzili go na ziemi, w tym samym miejscu, gdzie przed chwilą leżała jego córka. Kilka sekund później, z płomieniami odbijającymi się w źrenicach, zobaczył, jak zapada się cały dach.
Siedział nieruchomo, patrząc na dogasające płomienie, otwierał i zamykał zaczerwienione oczy, jak gdyby ciągle miał nadzieję, że to tylko koszmarny sen, a on zaraz się obudzi. Nic prawie nie zostało z jego domu, a trzask dopalających się desek stawał się nie do zniesienia. Stracił wszystko. Poczuł, że ktoś staje obok. To była sąsiadka z jego córeczką w ramionach. Bez słowa położyła mu ją na kolanach.
Dopiero wtedy zareagował. Spojrzał na córkę. Nie wolno mu się poddać, nie wolno zatonąć w bezbrzeżnym smutku. Przytulił ją mocno, opiekuńczo. Dziewczynka nie płakała; wydawało się, że utkwiła wzrok nieruchomo w jakimś miejscu pamięci. Przylgnęła czarną od sadzy twarzą do piersi ojca i dopiero wtedy łzy popłynęły z jej oczu, powoli żłobiąc wąskie bruzdy na osmalonych policzkach.
Miał wrażenie, że coś szarpie go na plecach. Poczuł przeszywający ból rozrywanej skóry. Dotknął pleców ręką, chcąc sprawdzić, co to jest. To ogień zostawił na nim swój ślad. Wydało mu się, że ogarnięte nim było - i poparzone - całe ciało. Pokonany bólem, zapłakał razem z córeczką.
Od tej chwili mieli tylko siebie.
Okaleczony chłopiec całymi tygodniami wałęsał się w lasach w pobliżu rzeki, bojąc się zbliżyć do zamieszkanych osad. Przeżył, jedząc robaki i korzonki. Wpadał w panikę, gdy zobaczył z daleka jakichś ludzi albo usłyszał ich głosy. Ale nadszedł moment, kiedy musiał się poddać.
Obszarpany, bezbronny, słaby i oszpecony, z dala - z własnej woli - od rodzinnego domu, któregoś dnia dojrzał ze wzgórza mury Kolonii, największego miasta w okolicy. Ruszył tam, pogodzony i z koniecznością znalezienia się wśród ludzi, i z tym, że do końca życia nie wypowie już ani jednego słowa. Miał nadzieję, że ukryje się wśród tysięcy zamieszkujących miasto dusz i nikt spośród wielu kalek tułających się po ulicach nie zwróci uwagi na jego przerażającą szramę. Miał tylko trzynaście lat, ale nie był już dzieckiem. Dzieciństwo skończyło się dwa miesiące wcześniej, pogrzebane pod wielkim kasztanowcem.
Pierwszego dnia pobytu w mieście trafił na kolejkę ludzi przy kościele Świętego Michała Archanioła. Ktoś powiedział, że można tu dostać miskę gorącej zupy. Posiłek, choć skromny, wystarczał mu w zupełności i dzięki temu mógł jakoś przetrwać.
Któregoś popołudnia, stojąc po zupę, nagle poczuł na ramieniu silną dłoń. Wystraszył się, obejrzał za siebie. Osobnik stojący za nim był niewiele wyższy od niego, okutany długą czarną peleryną z kapturem, spod którego świdrował chłopca spojrzeniem. Skóra dłoni nieznajomego była bardzo biała, niemal przezroczysta, poznaczona fioletowymi żyłami. Człowiek ten, jak zjawa, przypomniał chłopakowi postacie z lasu, które oszpeciły go, wyrzuciły na margines życia. Lecz tym razem nie odda skóry tak łatwo. Rzucił się do ucieczki. Wytarty łach, który go okrywał, został w ręce mężczyzny.
Biegł, nie oglądając się za siebie, ale czuł na szyi groźny oddech nieznajomego, tropiącego go wąskimi ulicami. Po chwili wydało mu się, że słyszy więcej kroków. Nie było to echo ani nawet jego własne kroki; uciekał przecież boso.
Skręcił w jakąś uliczkę i zobaczył przed sobą wysoki mur, zamykający drogę ucieczki. Dobiegł i przywarł do niego, jak gdyby chciał sprawić, by mur się rozstąpił. Znalazł się w pułapce. Kroki zabrzmiały teraz inaczej; były wolniejsze, miarowe. Pięć postaci podobnych do człowieka z kolejki po zupę pojawiło się na przeciwległym końcu ulicy. Z zasłoniętymi twarzami zbliżały się powoli. Chłopak trząsł się cały, nie wiedząc, którędy uciekać.
Znalazłszy się już zupełnie blisko, czarne postacie bez słowa rzuciły się na niego. Chwyciły go za ramiona, pociągnęły, unieruchomiły. W oczach chłopca odbiły się wszystkie przerażające doznania ostatnich lat, noce spowite bólem i chłodem, baty od ojca, kiedy był mały, swąd własnego ciała, stopy oblepione krwią i błotem, dygotanie zziębniętego ciała z nadejściem zimy. Z gardła wydobył się skowyt jak pokonanego, umierającego zwierzęcia.
Wtedy zbliżył się szósty człowiek i zsunął kaptur, podczas gdy pozostali nadal owinięci byli pelerynami. Twarz nowo przybyłego nie była blada. Rysy miał łagodne, a niebieskie oczy niezwykle jasne. Krzyk chłopca milkł powoli i w jego miejsce dało się słyszeć miękkie skomlenie, skierowane tylko do tego mężczyzny. Przypomniał sobie matkę, daleko w wiosce, brutalnie traktowaną przez jego ojca, a wspomnieniu temu towarzyszyły ciepłe słowa nieznajomego:
- Obserwujemy cię od dawna. Możesz się już nie martwić. Takich jak ty jest wielu. I niedługo ich poznasz.
Chłopiec patrzył podejrzliwie, lecz już nie trząsł się ze strachu. Oddychał ciężko.
- Wiem, jak źle ludzie cię potraktowali, ty jednak wiedz, że od tej chwili będziesz bezpieczny. Nikt nigdy więcej cię nie skrzywdzi i nigdy nie będziesz sam. Zaufaj mi.
Słowa brzmiały dla chłopca jak łagodny wiosenny wiatr, wszystkimi nerwami docierały do koniuszków palców. Tyle czasu minęło, odkąd ostatni raz zaznał od kogoś dobroci, i ta chwila poruszyła w nim zapomnianą strunę.
- Odpędź wszystkie troski, chłopcze. Od teraz jesteś pod opieką Nikolasa Fischera.
Mężczyzna przypieczętował swą obietnicę silnym uściskiem. Ciemne postacie odsunęły się i chłopak, ze łzami w oczach i ciągle nieco drżący, odwzajemnił uścisk. Słowa, które usłyszał, napełniły go ufnością i powoli się uspokajał. Przylgnął do wysokiego mężczyzny jak rozbitek do skały. Został przyjęty do nowej rodziny, więc choćby miał to być jedyny powód do wdzięczności, będzie temu człowiekowi dozgonnie wdzięczny.
Kolonia, 1435
Pogoda tego październikowego ranka zapowiadała się kapryśnie. Na pełnych kolorów ulicach zaczęły się pojawiać grupy mieszkańców najstarszego miasta imperium, miasta, które powstało czternaście wieków wcześniej, jako osada rzymskich legionów nad Renem. Chociaż dzień wstał pochmurny, a przelotne, gwałtowne deszcze moczyły co chwila głowy i chodniki, żywe kolory, jak fragmenty mozaiki, barwiły główne place.
Mieszkańców przepełniała radość: nowy burmistrz świętował objęcie stanowiska, oferując ku ich uciesze morze piwa i liczne przedstawienia. Na ulice wyległa prawie cała Kolonia, gdyż w większości warsztatów zarządzono wolny dzień. Niektórzy przybyli, bo porwał ich uliczny gwar i zabawa, inni zaś, by skorzystać z łatwiejszego w tłumie dostępu do kieszeni i mieszków mniej uważnych piwoszów i gapiów. Wydawało się, że wszystkich kolończyków przepełnia radość, bo i zbiory tego lata nie były złe. Nikt jeszcze nie myślał, że wkrótce przyjdzie zima i długie noce, wypełnione chłodem i zmartwieniami.
Ciągle niedokończona, ale już wznosząca się majestatycznie południowa wieża katedry budziła powszechny podziw.
Mówiono, że kiedy budowa obu wież zostanie zakończona, z ich szczytów, w bezchmurny dzień, będzie można dojrzeć miasto Bredę w pobliżu ujścia Renu. W mieście nie było zakątka, do którego z wieży nie sięgałby wzrok. Od Altmarkt, pulsującego życiem targu, po oba wyloty głównej ulicy Hochstrasse mieszkańcy niemal fizycznie czuli opiekę świętych murów, wzniesionych w hołdzie Bogu i jego czcicielom, Trzem Królom. Tam spoczywają ich relikwie, sprowadzone z dalekiej ziemi.
Dla tych, którzy mieszkali poza murami, katedra też miała ogromne znaczenie - żyli w jej cieniu, widać ją było z każdego miejsca wiele kilometrów od miasta. Postrzępiony profil wielkiej budowli dawał mieszkańcom okolicznych wsi poczucie bliskości Stwórcy. W surowym, ciemnobrunatnym wiejskim krajobrazie wielokątne zagonki wyglądały jak części jakiejś bożej układanki. Pomiędzy nimi, jak ostrze wielkiego noża, lśnił Ren, płynął meandrami i znikał w oddali, w gęstniejącym powietrzu, za horyzontem ginącym we mgle, dzielącym obraz na dwie części: w górze, wysoko, błękit złamany bielą chmur; w tle ochra i żółć topoli i jesionów, wzdłuż nurtu wody, lecz w bezpiecznej od niej odległości. Trochę dalej rozpościerająca się na wschód i na północ zieleń lasów iglastych, olbrzymiej przestrzeni, nie do ogarnięcia wzrokiem. I porozrzucane tu i ówdzie rudawe i pomarańczowe połyskujące od wilgoci dachy, świadczące o obecności ludzi z dala od hałaśliwego miasta, harmonijnie dopełniające elementy pejzażu.
Nowo mianowany burmistrz, Heller Overstolz, zaprosił mieszkańców na uroczystość z okazji powołania go do władz miejskich na stanowisko, które od kilku lat starał się objąć.
Samego Hellera trudno było zobaczyć z placu, gdy ukazał się na gotyckiej wieży, koronującej fasadę magistratu - Rathausu. W niecodziennej scenerii zwrócił się do obywateli z płomiennym, pełnym obietnic przemówieniem. Zebrani na placu stali w milczeniu, przerwawszy rozpoczętą już zabawę. Większość słuchała jak zauroczona nowego Bürgermeistra, nie dlatego, że byli szczególnie zainteresowani tym, co powie, lecz dlatego, że jego wystąpienie stanowiło nowość - w ten sposób zrywał z pewną rutyną.
Heller, z ustami wykrzywionymi w grymasie, patrzył na te wszystkie przejęte twarze. Z wysoka nie rozpoznawał rysów, widział jedynie intensywne kolory strojów i szerokie uśmiechy tych, którzy już spróbowali darmowego piwa. Odetchnął głęboko i dalej wygłaszał mowę, przygotowaną poprzedniego wieczoru i wyuczoną na pamięć. Stał wyprostowany, szczupły, przykuwając uwagę, poruszając prawym ramieniem w górę i w dół, jak gdyby wybijał rytm. Miał na sobie odświętne szaty z czarnego aksamitu, futrzaną pelerynę chroniącą przed zimnem i kapelusz z szerokim rondem i wypukłą główką, sprowadzony z Flandrii. Heller nie przerywał przemówienia, choć myśli miał już zaprzątnięte czymś innym. Uśmiech nie schodził z jego twarzy, ale szare oczy z ledwo zarysowanymi nad nimi brwiami prawie nie dostrzegały pospólstwa na placu. Spoglądał w siebie, wracał do wspomnień.
Był niezmiernie zadowolony z tego, co osiągnął. Okazał talent w prowadzeniu odziedziczonego po ojcu interesu budowlanego i w bardzo młodym wieku uzyskał tytuł mistrza: został najmłodszym mistrzem w całej Nadrenii. Ale szybko wciągnęła go polityka i władza. Stopniowo piął się po kolejnych szczeblach kariery i niebawem został przewodniczącym cechu mistrzów budowniczych. Zdobył wówczas sławę twardego negocjatora w zażartej walce o zachowanie autonomii cechów przeciwko władzy lokalnej, zawsze skorej do podejmowania decyzji w sprawach cen, transakcji i podatków. W sposób naturalny Heller nauczył się być przekonujący, nieustępliwy i uparty. A także, kiedy należało, niebezpieczny. Przede wszystkim jednak nauczył się, że bez władzy nigdy nie dopnie celu.
Aby osiągnąć to, co sobie zamierzył, musiał zmienić pozycję społeczną. Wielu mieszczan drogo kupowało tytuły szlacheckie, pragnąc za wszelką cenę przynależeć do tej wpływowej warstwy społeczeństwa. Heller wytrwale zbierał potrzebne pieniądze. I nagle zdarzyło się coś, co pozwoliło mu skrócić drogę do celu: poznał córkę starego barona. Agripina była owocem późnego małżeństwa barona i liczyła sobie ledwo kilkanaście lat. Rodzice nadali jej imię żony cesarza Klaudiusza, która urodziła się w germańskim mieście nad Renem i na której cześć to miasto zostało nazwane Colonia Claudia Ara Agrippinensium. Chowana bez matki, która zmarła przy porodzie, piękna i niezmiernie ufna córka barona prowadziła beztroskie życie, rozpieszczana przez ponad sześćdziesięcioletniego ojca i liczną służbę.
Prostoduszność dziewczyny była tak wielka, że Heller, poznawszy ją, uznał, iż głupotą z jego strony byłoby nie wykorzystać takiej okazji. Użył całego swojego wdzięku tak skutecznie, że wkrótce rozkochał ją w sobie do szaleństwa. Ślub odbył się mimo początkowych protestów barona, który pragnął zachować córkę dla kogoś ze szlacheckim rodowodem.
Tak więc Heller uzyskał tytuł szlachecki dzięki sakramentowi małżeństwa. Jeszcze we wczesnym okresie narzeczeństwa przekonał coraz bardziej słabnącego przyszłego teścia, że to właśnie on, Overstolz, powinien zarządzać posiadłościami barona i - co najważniejsze - objąć po nim stanowisko w administracji. Kiedy baron zmarł, Heller uważany był już za swojego człowieka i, w wieku czterdziestu kilku lat, miał silną pozycję jako kandydat na wysokie stanowisko we władzach.
Podczas gdy małżonek zręcznymi posunięciami poprawiał swoją pozycję społeczną, Agripina pędziła życie w otoczeniu służby. Początkowo protestowała, grymasiła, robiła, co mogła, by zwrócić na siebie uwagę coraz częściej nieobecnego w domu męża, lecz w końcu musiała się poddać. Uznała, że jej los został przypieczętowany: czekają życie, w którym nie zabraknie dóbr materialnych, lecz będzie to życie bez mężczyzny, do którego mogłaby się przytulić. Smutna i zniechęcona stała obok męża wygłaszającego orację.
Tymczasem wśród zebranych na placu mieszkańców Kolonii wybuchły frenetyczne oklaski. Heller spojrzał na żonę i zrobił krótką przerwę. Nastąpił moment podziękowań. Nowy Bürgermeister doskonale wiedział, jak bardzo musi dbać o zachowanie poprawnych stosunków ze wszystkimi, którzy się liczą. Zdobył upragnioną pozycję, lecz zdawał sobie sprawę, że sukces może okazać się tymczasowy. Co prawda małżeństwo pozwoliło mu uzyskać tytuł szlachecki, ale był przecież członkiem cechów, nastawionych krytycznie wobec lokalnych władz, na których czele teraz stanął. Jeden fałszywy krok i nie wyciągną do niego ręki ani członkowie rady miejskiej, ani cechowi kamraci.
Poza tym był jeszcze arcybiskup, najbardziej nieustępliwy, najbardziej niebezpieczny. Dietrich von Moers był jedną z najpotężniejszych postaci w całym Świętym Cesarstwie Rzymskim Narodu Niemieckiego. Oprócz zarządzania archidiecezją należał do grona książąt elektorów, mających prawo wyboru cesarza. Heller musiał okazać przed nim posłuszeństwo i pokorę. Powiązania arcybiskupa z cesarzem, z papieżem w Rzymie i arystokracją - von Moersowie należeli do najstarszych rodzin - dawały mu pełnię władzy w Kolonii, chociaż zasadniczo rezydował w Bonn. Pomimo to jego wizyty były częste, a posiadłości w mieście niezliczone. Również okoliczne ziemie należały do niego: gdyby któregoś dnia zakazano przejazdu przez jego włości, Kolonia zostałaby całkowicie odizolowana od świata. Mówiono, że na jego rozkaz wody Renu mogłyby się zatrzymać.
I dlatego zakończenie uroczystości przeznaczone było dla arcybiskupa. Nowy burmistrz poprosił go, aby zajął jego miejsce i zwrócił się do obecnych ze słowami modlitwy. Sam usiadł koło żony, nie patrząc na nią, wziął ją za rękę i przyjął nabożną minę. Agripina opuściła głowę i w stanie wielkiego uniesienia wysłuchała słów arcybiskupa.
Uroczyste "amen" wypełniło plac. Zapadła cisza, która nie trwała jednak długo. Muzycy zaczęli stroić instrumenty, a gwarny tłum skierował się w stronę budek i straganów z napojami, które burmistrz kazał przygotować dla mieszkańców. Z głów szybko wywietrzały podniosłe słowa; ogólna wesołość, śmiechy i tańce opanowały miasto.
W ratuszu Heller udał się do sali, do której zaproszeni zostali przedstawiciele władzy, aby uczcić jego wyniesienie do tak znaczącej godności i wziąć udział w przyjęciu dla wybrańców. Kolejno podchodzono do niego, by pogratulować awansu i świetnej mowy. Inaczej niż na placach i ulicach, tutaj podano wina najlepszej jakości. Wysoki, około pięćdziesięcioletni mężczyzna w kapeluszu koloru fuksji i eleganckiej tunice z ciężkiego jedwabiu w tym samym kolorze czekał na odpowiedni moment, by złożyć wyrazy uznania.
- Moje serdeczne gratulacje, Bürgermeister. - Słowom towarzyszył lekki ukłon.
- Dziękuję, mój dobry Nikolasie - odparł Heller, kładąc szczególny akcent na słowie "dobry". - Czy zaszczycicie nas swoją obecnością na uczcie przygotowanej przez władze miejskie?
- Naturalnie. Dobrze wiecie, że okazja jest tego warta, Herr.
Heller uniósł dłoń.
- Porzućmy te formalności... Mam nadzieję, że przypadną wam do gustu przysmaki, któreśmy przygotowali dla uświetnienia tej skromnej uroczystości. Nie oddalajcie się zbytnio, Nikolasie. Znajdziemy chwilę, żeby porozmawiać o waszych... umiejętnościach.
- Jestem do waszej całkowitej dyspozycji - odparł Nikolas Fischer, cofając się o krok przed burmistrzem i jego żoną.
Agripina przyglądała się wszystkiemu jak urzeczona. Obecność tylu znaczących osobistości oszałamiała ją, gdyż w swym codziennym życiu zawsze była otoczona tymi samymi służącymi, pretensjonalnymi i ckliwymi. Zarumieniła się, zauważywszy, że ten wysoki mężczyzna w pięknej tunice obserwuje ją uważnie; jego inteligentne oczy zdawały się czytać w jej myślach. Przez chwilę zawirowało jej w głowie.
Przed Hellerem przechodzili kolejno wszyscy zaproszeni goście. Starał się zapamiętać słowa i ton, jakim się do niego zwracali, by móc ocenić, kto był szczerze zadowolony z jego mianowania. Odkrywanie, kto mu sprzyja, a kto jest wrogiem, miało być od tego dnia jednym z codziennych zadań. Ostatni podszedł do niego arcybiskup. Heller ujął jego dłoń w swoje ręce i klęknąwszy, ucałował pierścień.
- Dobrze już, dobrze... Wstańcie, burmistrzu. - Oblicze Hellera zajaśniało dumą. - Dzisiaj jest wasz dzień. Muszę przyznać, że zaskoczyło mnie wasze piękne przemówienie... - Zamilkł na chwilę, słysząc wesołe okrzyki dochodzące z zewnątrz. - Niewątpliwie zdobyliście sobie serca mieszkańców.
Oczy arcybiskupa zaprzeczały serdecznym słowom. Spod gęstych, opadających jak strzały brwi patrzył na burmistrza wzrokiem twardym, nieprzeniknionym. Heller przypomniał sobie, co powszechnie mówiono: niejeden człowiek drżał przed gniewnym wzrokiem Dietricha von Moersa.
- Były to jedynie wyrazy wdzięczności dla miasta, które mi tak wiele ofiarowało, Ekscelencjo.
- Jestem przekonany, że Stwórca stoi po stronie tych, którzy potrafią okazywać wdzięczność - powiedział arcybiskup z lekkim uśmiechem.
Heller poczuł mrowienie na plecach. Pochylił się, kiedy arcybiskup, pobłogosławiwszy go, szybko odszedł do zastawionego stołu. Zacisnął szczęki. Agripina u jego boku westchnęła.
- Co ci jest? - spytał z irytacją.
- Nic. Arcybiskup był bardzo uprzejmy dla ciebie... Prawda, mój drogi mężu?
Przez plac przed ratuszem, gdzie świętowanie osiągnęło punkt kulminacyjny, szedł mężczyzna. Był szczupły, choć szeroki w ramionach, nosił granatową tunikę z zasłaniającym twarz kapturem. Pucołowaty jegomość z różowymi policzkami, trzymający w rękach wielki gliniany dzban z piwem, zastąpił mu drogę.
- Wyglądasz na zakonnika, wymknąłeś się z klasztoru, braciszku? - Wybuchnął śmiechem i powiało od niego alkoholem.
Nieznajomy nie odpowiedział. Mężczyzna ze złości ściągnął mu z głowy kaptur.
- Dobry Boże! Cóż za galant! Czy może jesteś giermkiem jakiegoś rycerza?
Nieznajomy nadal milczał. Kręcone jasne włosy były lekko zmierzwione. Zadziwiająco ciemne oczy wpatrywały się w mężczyznę z dzbanem.
- Co? Nic nie mówisz? - Nieco mętny wzrok spoważniał. - Może ci się nie podoba nasz nowy Bürgermeister? Pewnie należysz do tych oszczerców, co to mówią, że wielki Heller Overstolz jest zabójcą? Ach! Co za podłość! Jego przeciwnik zginął zaatakowany przez bandę łobuzów. Heller się nimi zajmie i zaprowadzi porządek! Na pewno!
Skrzywił się ze złości, kiedy znowu nic nie usłyszał w odpowiedzi.
- Masz, pij. - Podsunął bliżej dzbanek. - No. Pij!
Młody człowiek zawahał się chwilę, po czym wziął dzbanek do ręki, ale do ust nie podniósł.
- Na co czekasz? Przecież dziś świętujemy - upierał się bełkotliwie grubas.
Wtedy chłopak podniósł szybko dzbanek i wypił wszystko do dna. Przechylił go, żeby pokazać pijaczynie, że nic nie zostało.
- Wielkie nieba! Ale pociągasz!
Znowu wybuchnął głośnym śmiechem i twarz mu się rozweseliła. Klepnął chłopaka parę razy po ramieniu i zabierając dzbanek, zawołał:
- To się nazywa pić! Idę po więcej! Niechby i wszyscy wielcy panowie się pozabijali, skoro nam w zamian dają piwo!
Zataczając się jak bąk i czkając, pijaczek odszedł, co chwila wpadając na kogoś z tłumu. Młodzieniec zachował niewzruszony spokój, nałożył kaptur i lekkim krokiem oddalił się z placu. Krętymi uliczkami szedł do celu. Pomyślał, że jak na jeden dzień widział dostatecznie dużo. Teraz wracał do swoich, do cieni w podziemiach miasta.
W zręcznych palcach Lorenza obracał się niewielki kawałek metalu. Owalny kształt i małe kółko w tylnej części wskazywały na to, że jest to niewykończony jeszcze klejnot. Być może pierścień. Albo raczej pieczęć. Obok leżała już rozbita piaskowa forma, z której został wyjęty. Były w niej wyżłobione kanały i zagłębienia, którymi płynął stopiony brąz. Młoteczkiem i cienkim dłutem Lorenz czyścił powierzchnię, usuwając grudki i zanieczyszczenia. Na koniec sztyftem maczanym w sproszkowanym pumeksie polerował cały przedmiot. Na błyszczącym polu pojawił się jedyny znak: litera "T".
Drewniana płyta, na której pracował w niewielkim pokoju skromnego domu, pełna była podobnie wyglądających przedmiotów. Na każdym Lorenz umieszczał inną przygotowaną formę. W słabym, żółtawym świetle świecy, przy którym pracował, widać było niemal wszystkie litery alfabetu, pokryte czerwonym woskiem. Na arkuszu papieru migotały bezładne czerwone ślady samogłosek i spółgłosek.
Nieoczekiwane poruszenie przy drzwiach zaniepokoiło Lorenza. Otwierały się powoli, wpuszczając podmuch zimnego powietrza. Nagła jasność oślepiła go i dopiero gdy drzwi się zamknęły, mógł rozpoznać dwie zbliżające się postacie. Erika prowadziła za rękę małego Matthiasa.
- Przestraszyłeś się?
Dziewczynka uśmiechała się słodko, podchodząc do ojca. Lorenz, ciągle z wyrazem niepokoju na twarzy, przywitał się z dziećmi, Erikę pocałował w policzek, a małemu Matthiasowi zwichrzył włosy.
- Strasznie zimno na dworze, a tutaj takie przyjemne ciepło! Erika zdjęła ciemnoszarą pelerynę, którą miała narzuconą na wiśniową sukienkę, i położyła ją na oparciu krzesła. Matthias podszedł do Lorenza.
- Co robicie, Herr Block? - zapytał chłopiec głośno. Różowa skóra kontrastowała z niemrawym i sennym wyglądem, raczej niespotykanym u dziecka w jego wieku. W szczupłej twarzy błyszczały bystre oczy. Postawiony kołnierz wełnianego płaszczyka nieokreślonego koloru sięgał okrągłego podbródka.
- Tylko pieczęcie - odparł Lorenz, pomniejszając wagę swojej pracy.
- Matthias zje z nami kolację. Jego ojciec jeszcze pracuje w warsztacie, a mama... ma za dużo pracy z małymi dziećmi.
Lorenz kiwnął głową.
- Idę zrobić jedzenie. A wy pozbierajcie to wszystko - rozkazała Erika, wskazując na bałagan na jedynym stole w pokoju.
Lorenz zgodził się posłusznie.
- Tak jest. - I mrugnął okiem do Matthiasa. Dziewczynka podeszła do znajdującego się w pomieszczeniu paleniska. Ogień niemal w nim wygasał. Poruszyła resztką głowni, żeby go ożywić, dorzuciła kilka polan, najpierw mniejsze i dopiero po chwili większe i cięższe. Zdjęła poczerniały sagan z łańcucha i napełniła wodą z beczki. Z trudem zawiesiła go z powrotem na miejsce. Po chwili płomienie zaczęły go ogrzewać.
Wąska fasada nadała prostokątny kształt przestrzeni mieszkalnej od drzwi wejściowych do dziedzińca z tyłu domu. Było to jedno pomieszczenie, z paleniskiem w głębi. Zawilgocone klepisko z ubitej ziemi nosiło ślady przestawianych kilku ledwie mebli: stołu, paru krzeseł, kufra... W mieszkaniu było jeszcze górne pięterko, na tyle duże, żeby pomieścić dwa wysłużone łóżka i komodę.
Cała przestrzeń na dole wypełniła się parą z sagana, okna zaszły mgiełką. Erika wspięła się na palcach, by sięgnąć do garnka, i nasypała do niego kilka garści mąki ze stojącego obok niej worka. Wrzątek zabarwił się na biało. Wielką drewnianą chochlą mieszała papkę, która powoli zaczynała gęstnieć. Odłożyła chochlę na brzeg sagana, odsunęła z twarzy długie ciemne włosy i zatknęła za uszami. Spojrzała na ojca i chłopczyka.
- Co jest narysowane na tych pieczęciach? - Matthias spytał Lorenza, który uważnie zbierał ze stołu swoje narzędzia pracy.
- Litery.
- Litery?
- Tak. Popatrz. - Lorenz znowu usiadł i posadził sobie małego na kolanach.
Przysunął jedną z pieczęci do zaciekawionej buzi chłopca i zaczął tłumaczyć:
- To jest litera "M". Taka sama jak w twoim imieniu. Matthias.
- Em?
Lorenz przytaknął z uśmiechem.
- Może poprosisz Erikę, żeby nauczyła cię czytać? Bardzo dobrze umie czytać. I pisać.
Erika, zajęta gotowaniem przy kominku, odezwała się:
- Ojcze, całymi dniami ci pomagam. Kiedy mam go uczyć?
Lorenz pokiwał głową w zamyśleniu.
- No popatrz, Matthiasie. Wygląda na to, że odmawia. Lorenz wiedział, że jego córka, usłyszawszy to, zaprotestuje.
Wychował ją na dziewczynkę dumną, sumienną i energiczną. Czasem zdawało się, że paraliżuje ją nieśmiałość, ale było to przelotne wrażenie. Erika była silna i jeśli chciała coś zrobić, nic jej nie mogło powstrzymać. Nadawało jej to fałszywe poczucie pewności siebie, co uważał za bardzo dobrą cechę. Sam czuł się pewniej, ufał jej i wiedział, że bez jej pomocy nie dałby sobie rady. Ale nie umiał jej tego powiedzieć. W ich samotnym życiu niewiele znajdowali okazji, żeby wyrażać swoje uczucia. Dla Lorenza żadna chwila nie była odpowiednia. A lata mijały.
- Na pewno nie! - zawołała Erika i machnęła chochlą. Trochę gęstej papki spadło jej na głowę. Widząc przyjaciółkę upaćkaną kolacją, Matthias zaczął pokazywać ją palcem, zaśmiewając się do rozpuku.
- Co się stało? - spytała Erika. Dotknęła ręką włosów. - A, to dlatego tak się śmiejesz?
Potrząsnęła łyżką w stronę Matthiasa i parę zawiesistych klusek z zupy poleciało w jego stronę. Śmiejąc się ciągle, złapał je do ręki i wsadził do buzi.
- Dobre.
Erika rzuciła ze złośliwym uśmieszkiem:
- Mam tu jeszcze pełen garnek...
Lorenz patrzył na nich z radością. W końcu uznał, że czas pokazać, kto tu jest dorosły, i zaprowadzić trochę porządku.
- Wystarczy tego rzucania jedzeniem. Lepiej zjedzmy kolację przy stole.
Wziął gliniane talerze i podszedł do Eriki.
- Idź usiąść. Ja nałożę.
Odsunęła go.
- Ojcze, to ja mam tobie pomagać.
Lorenz uśmiechnął się, kiedy podawała mu pełen talerz.
- Wiem. Zanieś go do stołu.
Erika też się uśmiechnęła i posłuchała ojca. Kiedy wszyscy siedzieli już przed pełnymi talerzami, dziewczynka złożyła dłonie. Matthias zrobił to samo. Widząc, że ojciec nie zauważa, co zamierza zrobić, wyszeptała:
- Ojcze.
Spojrzał na nią, przymknął oczy i złożywszy dłonie, wysłuchał słów córki.
- Panie, pobłogosław te dary, które w swojej szczodrobliwości nam ofiarowujesz. Daj chleb głodnym i drogę do Boga tym, którzy chleb mają. Amen.
Matthias powtórzył "amen", nie odrywając wzroku od stojącego przed nim talerza. Jego rodzina żyła jeszcze skromniej niż Blockowie, mimo że rodzice ciężko pracowali całymi dniami. Ale i tak zawsze udawało mu się zapełnić żołądek pełnym talerzem ciepłej strawy. Często dzięki Erice. I to właśnie jej był dzisiaj wdzięczny za posiłek. Nie wiedział, kto to jest Bóg, poza tym to nie on przygotował te smaczne kąski. Lorenz miał podobne myśli, ale ograniczył się do wysłuchania w ciszy modlitwy córki.
W czasie kolacji na wszystkie pytania Matthiasa odpowiadała Erika. Była od niego tylko o kilka lat starsza, ale zachowywała się, jak gdyby była jego matką, zajmowała się nim przez większą część dnia. Dbała o tego małego tak samo, jak dbała o ojca. Uważała, że opiekowanie się bliskimi to coś naturalnego w życiu każdej dziewczyny, osieroconej przez matkę.
Kiedy sprzątnęli po posiłku, Lorenz usiadł na łóżku i przewracał strony narracyjnego poematu zatytułowanego Biedny Henryk. Ostrożnie dotykał papieru welinowego, w który był oprawiony. Wodził powoli palcem wzdłuż wersów, mówiących o tragedii ludzkiej - w książce przedstawiono losy rycerza ukaranego przez Boga trądem. Przyjaciel Lorenza, Johann Buchmann, już wcześniej mówił mu o tym poemacie. Księgarz sądził, że być może w bohaterze historii Lorenz zobaczy siebie. Jak dotąd przeczytał zaledwie tę część, która mówi o okolicznościach, w jakich Henryk zapada na straszną chorobę. Johann wszakże zapewnił Lorenza, że na końcu opowieści bohater dozna duchowej odnowy, a to przyniesie ulgę jego cierpieniom. Użył przy tym słowa "katharsis".
Obok Lorenza leżała kartka papieru: podnosił ją od czasu do czasu i kładł na stronie przeciwległej do tej, którą czytał. Palcem lewej ręki zaznaczał słowo, które zwróciło jego uwagę, a prawą ręką to samo słowo na luźnej kartce - i porównywał je. Litery były te same, ale na jego kartce tańczyły jak czerwone mrówki, które zgubiły drogę do mrowiska.
Położył kartkę i książkę na podłodze i jednym silnym dmuchnięciem zgasił świecę. Dla pewności zwilżył palce i ścisnął knot. Zamknął oczy, starając się zapaść w odprężający sen, jakiego od dawna potrzebował. Za oknem gwizdał wiatr. Wbrew temu, co często słyszał od wielu ludzi, były sprawy, których w minionych latach nie udało mu się urzeczywistnić. Za zasłonką, kilka kroków dalej, spała w swoim łóżku Erika, nieświadoma rozterek ojca.
Tej nocy, w ciemnościach, Lorenz znajdował jedyne pocieszenie; po omacku wyszukał palcami leżącą na podłodze otwartą książkę. Dotknięcie papieru i farby użytej do spisania długiego poematu Hartmanna von Aue rzucało na niego czar, jak gdyby przesiąkał jakąś magiczną mocą. I w końcu zasnął.
W Kolonii, jak w każdym innym mieście w tamtym czasie, pokrewne warsztaty rzemieślnicze zrzeszały się w cechy. W każdym cechu było zazwyczaj kilkunastu mistrzów, a ich warsztaty i cechy znajdowały się na tej samej ulicy, która często nosiła nazwę wykonywanego zawodu. Miasta rozwijały się w granicach murów, przybywało nowych domów, panowała ciasnota i brud.
Metaliczny dźwięk dobiegał już uszu Lorenza Blocka, gdy cichymi krokami zbliżał się do swojego miejsca pracy. Charakterystyczny delikatny odgłos precyzyjnych uderzeń o szlachetny metal. Kiedy Lorenz wszedł do warsztatu, miarowy dźwięk ucichł i głowy jego kolegów zwróciły się w stronę strumienia światła, które wpadło przez na pół otwarte drzwi.
Właścicielem zakładu złotniczego był jego teść, drobny rzemieślnik, który stopniowo, cierpliwością i pracą, wyrobił sobie renomę. Miał doskonałych czeladników i dobrze przyuczonych terminatorów. Lorenz nagle poczuł się winny; oni też brali udział w uroczystościach przejęcia władzy przez burmistrza, ale wrócili do pracy szybciej niż on.
Starał się nie zauważać nagannych spojrzeń rzucanych w jego kierunku i podszedł do swojego stanowiska przy dużym stole, na którym leżało mnóstwo najróżniejszych, mniejszych i większych narzędzi. Praca złotnika, choćby wykonywana w grupie, jest pracą samotniczą. Tak więc dzielenie stołu z innymi było jedynie kwestią organizacji. Zdjął z kołka długi skórzany fartuch, nałożył go, zręcznie zawiązał na plecach i usiadł. Wziął do ręki kawałek metalu, leżący w jego części stołu, i przyjrzał mu się z bliska. Oglądał go uważnie, z każdej strony. Był gotowy do pracy. Nikt się do niego w warsztacie nie odezwał, ale Lorenz nie potrzebował rozmowy.
- Chcę dostać materiał po dobrej cenie. Jak będziesz miał, przynieś, i żebym nie przepłacił.
- Najpierw porozmawiajmy o pieniądzach, żebym wiedział, że mam po co szukać. Ostatnim razem wytargowałeś połowę umówionej sumy.
- To dlatego, że spadła wartość złota na rynku. A nie dlatego, że jestem bezlitosnym negocjatorem. I tak mnie oskubałeś!
- Gdybyś nie był bezlitosny, tobyś tego nie zrobił. Pewnie bym i tej wytargowanej ceny ci nie wyrwał. Tym razem nie dam się okpić.
- Nie? No to zapomnij o robieniu ze mną interesów. Jeśli nie sprowadzisz złota dla mnie, to jeszcze zobaczymy, komu uda ci się je sprzedać.
Ernest Blum odwrócił się i poszedł do swojego kąta w głębi warsztatu, ciasnego i ponurego. Światła tam było mało, a powietrze wydawało się gęstsze.
- Ależ, Herr Blum. Nie rób mi tego. Wiesz przecież, że zawsze sobie żartuję... - Pośrednik wyraźnie się wycofywał.
- Nie wyglądało mi to na żart. Ja sobie na żarty pozwalam po pracy - odparł Ernest.
- W porządku. Pod koniec tygodnia przyniosę tyle, ile się da.
- To mi się podoba. Widzisz, jak łatwo poszło? A jak przyniesiesz, porozmawiamy o pieniądzach. Wiesz, że dam ci najwyższą cenę.
- Zatem do piątku - pożegnał się handlarz.
Nie ruszył się z miejsca. Jakby obawiając się, że coś może go jeszcze ze strony złotnika spotkać, patrzył, jak tamten odchodzi w głąb warsztatu i znika w cieniu, pozostawiając po sobie jak zwykle nieprzyjemnie wrażenie. Dopiero wtedy zdecydował się odejść. Kiedy znalazł się przy stanowisku Lorenza, najbardziej oddalonego od kryjówki mistrza, zatrzymał się na chwilę.
- Nie wiem, dlaczego nie szukasz zajęcia gdzie indziej - powiedział, patrząc gdzieś w przestrzeń.
Lorenz odwrócił się w jego stronę.
- Tak, ty. - Tym razem handlarz spojrzał mu prosto w oczy. - Szukaj sobie innego miejsca, póki możesz, Lorenz. Masz talent. Nie daj się oszukiwać przez tego skąpca, który cię nie docenia.
Przerwał mu głos z głębi warsztatu.
- Ej, Jurgen. Nie wychodziłeś przypadkiem? Nie przeszkadzaj moim ludziom, rachunki mi się potem nie zgadzają. - Ernest Blum wynurzył się z cienia i zaraz potem zniknął znowu. Małe węgielki żarzące się w palenisku dawały rozproszone światło i czasem wydawały przedziwne syczące odgłosy, jak płuca człowieka oddychającego brudnym, cuchnącym powietrzem. - Lorenz! - Głos Ernesta rozbrzmiał w całym warsztacie. - Chodź tutaj!
Lorenz podniósł głowę i poczekał chwilę, aby przyzwyczaić wzrok do cienia panującego w ciemnym kącie warsztatu. Od dłuższego czasu pracował nad kielichem i starał się nadać mu perfekcyjną wypukłość. Teraz odłożył kielich, który zadźwięczał jak upadająca moneta, i poszedł w głąb warsztatu.
Koledzy zerkali na niego kątem oka. Wszyscy siedzieli wokół wielkiego drewnianego stołu, podzielonego rządkiem narzędzi na połowy.
- Dzień dobry, Erneście - przywitał mistrza Lorenz.
Ernest siedział na drewnianej ławie. Całe pomieszczenie pełne było form, narzędzi, drewnianych modeli i niedokończonych metalowych drobiazgów. Półki stojące pod ścianami uginały się pod ciężarem tych przedmiotów i utrudniały przejście. Ernest wygospodarował przestrzeń między półkami, wykorzystał nieregularną konstrukcję budynku i zaanektował ten kąt. Tam chronił się w półmroku, mając widok na cały warsztat, jak z wieży strażniczej. Długo wpatrywał się w Lorenza, szukając najmniejszej oznaki niepokoju. Niczego takiego nie dostrzegł i przez twarz przemknął mu niemal niezauważalny grymas. Oczy Lorenza z trudem przyzwyczajały się do słabego światła.
- Dlaczego się spóźniłeś?
- Dałeś nam pozwolenie, żeby pójść na uroczystość z okazji wyboru burmistrza. Potem tu przyszedłem.
- Ale przyszedłeś ostatni, Lorenz. - Końcowa spółgłoska zabrzmiała jak syk węża. - Zawsze przychodzisz ostatni.
- Przepraszam. To się więcej nie powtórzy.
- Mam nadzieję. Skończyłeś zamówienie?
- Kończę je. Został mi jeszcze jeden kielich.
- Dzisiaj skończysz? Jeśli nie, pieniądze, które stracę, odliczę od twojego zarobku. Nie mam ochoty płacić za kolejne pomyłki.
- Wiem. Już mi mówiliście. Będzie gotowe.
- No to idź już.
Ernest Blum często demonstrował swoją wyższość w stosunku do zięcia.
Lorenz wrócił na swoje stanowisko. Tym razem nikt na niego nie spojrzał. Każdy mógł słyszeć rozmowę, więc wiadomo było, że mistrz się nie wściekł i że sprawy potoczą się jak zawsze. Lorenz potrzebował swoich zarobków, a Ernest potrzebował tak utalentowanego złotnika, jakim był jego zięć, jednak wszyscy byli pewni, że wcześniej czy później łącząca ich więź zostanie zerwana.
- Proszę, tu są zamówione sztuki. - Lorenz wszedł po cichu do schronienia Ernesta. Na stole położył okrągłą tacę z dziesięcioma kielichami i piękną karafką na wino, okrągłą, z dużym płaskim dnem.
- Doskonale. Masz jakąś robotę?
- Nie. - Lorenz miał nadzieję, że chociaż raz Ernest pozwoli mu wcześniej iść do domu. W ostatnich tygodniach wychodził z warsztatu ostatni, żeby zdążyć wykonać zamówienia na czas.
- To wyczyść tygiel w palenisku i uporządkuj trochę warsztat, kiedy twoi koledzy pracują, bo oni są zawaleni robotą - powiedział Ernest, nie podnosząc wzroku znad rysunku, który trzymał w rękach. Odłożył go, pokazał nań palcem i rzucił pytanie: - Potrafisz wykonać taki wzór?
Niemal cały stół zajmował rozwinięty rulon z narysowanym na nim trzypoziomowym naczyniem w kształcie fontanny z dość szeroką najniższą częścią. Zrobienie przedmiotu tej wielkości i ze szlachetnego metalu byłoby zadaniem pracochłonnym, pomyślał Lorenz.
- Myślę, że tak.
- Co by ci było potrzebne? - Ernest przeszedł od razu do rzeczy.
- Musiałbym robić oddzielnie poszczególne części i znaleźć sposób ich połączenia. Chociaż, jeśli ma tu płynąć woda...
- Ma płynąć woda - przerwał mu szef.
- ...wówczas trzeba bardzo uważać, żeby nie przeciekała w miejscach łączenia. Lepiej zrobić duże formy, jak do wytapiania w piasku.
- Tym się nie przejmuj. Można to zrobić?
- Można.
- W porządku.
Lorenz czekał na nowe instrukcje, ale Ernest zajął się znowu rysunkiem i nawet nie zwrócił uwagi na przyniesione przez niego przedmioty. Odszedł więc, żeby wykonać polecenie, które uważał za poniżające: żaden z czeladników nie robił tego, co należy do ucznia. W każde, nawet najprostsze zadanie wkładał cały swój talent, i wiedział doskonale, że wyłącznie z woli Ernesta nie awansował nigdy z czeladnika na mistrza. Tak niesprawiedliwe traktowanie nie dawało mu szansy na lepsze zarobki ani na założenie własnego warsztatu.
Lorenz, wdowiec z dwunastoletnią córką, miał wielkie poczucie odpowiedzialności. Dawało mu to siłę do znoszenia wszelkich przeciwności, nawet jeśli w pracy nie cieszył się takim uznaniem, na jakie zasługiwał. Właściwie nie było to dla niego ważne. Błąkała mu się po głowie myśl, coś, co - jak sądził - mogło mieć znaczenie. Nie było to przekonanie, raczej przeczucie, jak wtedy, kiedy budzimy się ze snu, wiedząc, że coś nam się śniło, ale nie możemy sobie przypomnieć co. Zrobiłby wszystko, aby stało się rzeczywistością. Dla swojej córki Eriki.
I dla Ebby. Zawsze dla Ebby.
W ciszy i półmroku swojego kąta Ernest zbliżył do świecy srebrne przedmioty pozostawione przez Lorenza. Przesuwał każdy w jej świetle, jak gdyby podziwiał skarb, jak gdyby nadawał im ostateczny połysk. Wziął do ręki kielich i oglądał go z bliska. Ciężki, lecz nie przesadnie, w najdrobniejszym szczególe był dziełem, każdy szlif wprawiał w zachwyt. Efekt był perfekcyjny; piękny przedmiot będzie doskonale spełniał swoją funkcję. Dostanie za niego wysoką cenę. Odstawił kielich na tacę. Świeca rzuciła żółtawe światło na szeroko uśmiechniętą, zadowoloną twarz złotnika.
Kiedy otworzył niewielkie drewniane drzwi, przyprawiający o mdłości smród uryny omal nie zwalił go z nóg. Ulica była pusta i sprawiała przygnębiające wrażenie. Liczne wykusze i gzymsy nie dopuszczały światła słonecznego, dlatego zawsze panował tu ponury półmrok. Nikolasowi jednak to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie, odpowiadało mu, że miejsce nie było zbyt uczęszczane. W ręce trzymał prostokątny pakunek, owinięty w kawałek materiału, takiego samego brązowego koloru jak jego peleryna. Zamknął za sobą uważnie drzwi, zasłonił twarz i skręcił w przecznicę. Szybko przeszedł na drugą stronę, nie chcąc, by ktokolwiek go zauważył. Ta ulica też była wąska, chociaż nie tak jak poprzednia. Przebiegł przez labirynt kilku innych uliczek i dopiero kiedy dotarł do niewielkiego otwartego placu, odsłonił twarz i zwolnił kroku.
Wszedł do stajen, gdzie zwykle wynajmował konie. Był dobrym klientem i właściciel zarezerwował dla niego pięknego kasztana. Nie mówiąc wiele, Nikolas dosiadł konia i pogalopował do pałacu arcybiskupa. Dietrich von Moers go oczekiwał. Nikolas popędził konia, żeby się spienił, chciał bowiem sprawiać wrażenie, że przybywa z daleka. Zawsze dbał o pozory.
Głośne rżenie wyrwało arcybiskupa z głębokich rozmyślań. Dobrze czuł się w Kolonii, a w pełnieniu obowiązku duszpasterskiego sił dodawała mu bliskość budowanej katedry. Mieszkańcy z dużą powściągliwością okazywali należny von Moersowi szacunek. Wszyscy obawiali się jego władzy i wpływu na prace sądów - i z tego był bardzo zadowolony. Podniósł się z krzesła i leniwym krokiem podszedł do okna. Na dole, na dziedzińcu, Nikolas Fischer oddawał lejce stajennemu. Arcybiskup uniósł lekko brwi, westchnął i wyszedł z gabinetu w momencie, gdy służący informował go o przybyciu cenionego kopisty.
- Zaprowadź go do biblioteki. I przynieś nam piwo.
Służący kiwnął głową i pobiegł wykonać polecenie. Był jeszcze na schodach, gdy doleciał go głos arcybiskupa:
- Ale nie najlepsze. Nie będziemy popełniać grzechu zarozumialstwa.
Drobne kroki Dietricha von Moersa ginęły w gęstych dywanach, pokrywających marmurową posadzkę. Usiadł w fotelu za dużym stołem ze szlachetnego drewna. Wielki fotel, podobny do tronu, był wyższy niż pozostałe. Dzięki temu siedząca przed nim osoba musiała trzymać głowę lekko podniesioną. W salonach arcybiskupa było wiele taki drobnych elementów, niepozostawiających gościom żadnych wątpliwości co do tego, kto tu jest najważniejszy. Czekał w fotelu wyprostowany, z na pół przymkniętymi oczami. Po chwili wszedł służący i gromkim głosem zaanonsował Nikolasa Fischera. Von Moers ukrył zniecierpliwienie; musi zbesztać służącego za ostentacyjne zapowiadanie wizyt. Nie chciał, by Jego Ekscelencję uznano za pyszałka. Nie bez przyczyny on, Dietrich von Moers, był arcybiskupem Kolonii, arcykanclerzem Cesarstwa Rzymskiego i elektorem Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego.
Wchodząc do biblioteki, Nikolas zdjął nakrycie głowy. Arcybiskup podał mu miękką, lepką od potu rękę.
- Ekscelencjo, najdostojniejszy księże arcybiskupie... - zaczął powitanie Nikolas. Ukląkł, aby ucałować pierścień - czerwone oko na wyciągniętej dłoni wysokiego dygnitarza kościelnego.
- Dobrze już, dobrze. Znamy się na tyle, że możemy pominąć te formalności. Usiądźcie, Nikolasie. Byliście ostatnio w podróży?
Zanim odpowiedział, otworzyły się drzwi. Lokaj wniósł dwa kufle i niewielką beczułkę inkrustowaną szlachetnymi kamieniami z małym kranikiem na dole. Von Moers ręką wskazał mu, gdzie to postawić, po czym kazał wyjść. Kiedy drzwi się zamknęły, Nikolas powiedział:
- Jesteście, księże arcybiskupie, doskonale poinformowani. Byłem w Wenecji, skąd właśnie przywożę dla was podarunek, jeśli Wasza Ekscelencja uczyni mi ten honor.
Arcybiskup wziął w swoje drobne dłonie pakiecik, który Nikolas położył ostrożnie na stole.
- Wiecie aż nadto dobrze, że dowody przyjaznych uczuć są zawsze mile widziane. Oczywiście możecie uświetnić tę skromną bibliotekę naszego Świętego Kościoła tyloma egzemplarzami, iloma zechcecie. Cóż to jest tym razem, Nikolasie?
- Podróż Marca Pola, arcybiskupie.
Odwijając cienki materiał, w który prezent był owinięty, Dietrich von Moers uniósł brew.
- Sądzicie może, że książę elektor w Kolonii i arcykanclerz Cesarstwa Rzymskiego nie posiada przynajmniej kilku egzemplarzy tej książki? - spytał z ironią w głosie, wzrokiem obejmując bibliotekę.
Nikolas się uśmiechnął.
- Ale przyjrzyjcie się dobrze temu wydaniu, Ekscelencjo.
Arcybiskup wziął do ręki książkę, otworzył zniszczoną okładkę i głośno przeczytał tytuł:
- Opisanie świata... - Przymknął oczy. - Takie stare wydanie... Czy może...?
Nikolas, wyraźnie zadowolony, przytaknął.
- Tak, Ekscelencjo, tak. Pierwsze wydanie księgi Marca Pola, w języku prowansalskim, od lat uważane za zaginione, słynne Il milione.
Von Moers nie ukrywał zdumienia.
- Ale jak...? - Uśmiechnął się. - Nie wiem, po co pytam, i tak mi nie powiecie, jak je zdobyliście, prawda? No dobrze, rozumiem, że nie chcecie ujawniać swoich źródeł.
Arcybiskup pociągnął za piękny upleciony z materiału sznur, który wisiał za jego plecami.
- Sprowadzę tu kogoś, kto zna prowansalski. Nie na darmo mówi się, że nie zawsze potrzebna jest wiedza, bardziej się przydaje nazwisko tego, który ją posiada.
Do biblioteki wszedł służący.
- Zabierz to piwo i przynieś wino, które przysłał nam książę. - Zwrócił się do Nikolasa. - Jest doskonałe, zobaczycie. Ale, Nikolasie... - Wstał z fotela. - Wybaczcie moją ciekawość... chciałbym poznać waszą opinię o naszym nowym burmistrzu.
- O naszym burmistrzu? Cóż innego może powiedzieć uniżony sługa Waszej Ekscelencji i Boga, jak tylko okazać chęć współpracy z tym, który został wybrany?
Von Moers uśmiechnął się z niedowierzaniem.
- Widzę, że zawsze macie właściwą odpowiedź, a nawet aż nadto właściwą, Herr Fischer. Chodzi mi o to, co się tu opowiada.
Nikolas słuchał uważnie. Arcybiskup, widząc, że nie otrzyma odpowiedzi, zniecierpliwił się.
- Wiecie przecież, że wyeliminowanie jego rywala to sprawka samego Hellera.
Dietrich von Moers utkwił wzrok w twarzy Nikolasa. Kopiście wydało się, że obserwuje go żmija, gotowa do ataku. Nadejście służącego z winem dało mu chwilę do zastanowienia. A kiedy ten wyszedł, Nikolas postarał się znaleźć słowa, którymi sobie zanadto nie zaszkodzi.
- Wiadomo, że ludzie niskiego stanu lubią powtarzać pogłoski, bez złych intencji, dla zwykłej rozrywki. Godny pożałowania wypadek, jakiemu uległ hrabia, wpadając nocą do rzeki, rozpalił wyobraźnię ludu.
- Nie słyszałem o tym z ust kogoś z ludu, lecz od szlachetnie urodzonych, żarliwych wyznawców naszego Pana - odparł arcybiskup z irytacją.
Nikolas odchrząknął. Wchodził na śliski teren, musiał bardzo uważać na słowa. Ale zanim powiedział cokolwiek, odezwał się von Moers.
- Posłuchajcie, Nikolasie, będę z wami szczery. - Usiadł na nowo i położył dłonie na biurku. Wyglądały jak szpony drapieżnika. - Nigdy nie ukrywałem, że hrabia był moim faworytem. Był to człowiek głęboko wierzący, dusza miłosierna, i zawsze okazywał hojność wobec Kościoła. Prawdziwy przykład pobożności.
Nikolas wspomniał w myśli to, co mówiono o hrabim i jego zamiłowaniu do młodych panien, a także biciu służby za najdrobniejsze przewinienie. Przełknął drwinę z łykiem wina.
Arcybiskup mówił dalej.
- Nie mam nic przeciwko Hellerowi. Pomimo mojego pochodzenia i szlacheckiej krwi - Nikolas wiedział, że kiedy nie wymieniał tytułów kościelnych, von Moers zwykle podkreślał, że wywodzi się ze starożytnego rodu - potrafię zaakceptować, a nawet pochwalić tych, którzy znajdują dla siebie miejsce w społeczeństwie dzięki uporowi i talentom. Z drugiej strony nie mogę nie okazać pewnej... nieufności, kiedy widzę ostentacyjne przejawy ambicji. Sami widzieliście ten tumult i wrzawę, jakie Heller nam podarował w dniu przyjęcia stanowiska. To zupełnie normalne, należy go zrozumieć, ale zgodzicie się ze mną, że takie zadzieranie nosa jest w złym guście.
- Naturalnie, księże arcybiskupie. I jest grzechem, chociaż nie wiem, czy zasługuje na wieczne męki w piekle, czy może wystarczy jakiś krótszy pobyt w czyśćcu.
Dietrich von Moers chciał zapewne miną wyrazić niezadowolenie, ale w końcu wykrzywił tylko usta w półuśmiechu.
- Wy i wasza cudowna ironia! - Roześmiał się. - Doprawdy, Nikolasie, muszę docenić waszą umiejętność trafiania w sedno. Wykorzystajcie ją, żeby opisać mi, według waszych kryteriów, naszego nowego burmistrza.
Jak dobry pies myśliwski, który nigdy nie zostawia złowionej zwierzyny, arcybiskup nie miał zamiaru wypuścić Nikolasa, dopóki ten nie odkryje swoich kart. Szanowany kopista, dając do zrozumienia, że pytanie traktuje poważnie, postawił kielich na srebrnej tacy i oparł się wygodnie w krześle. Złożył ręce na podołku i dopiero wtedy przemówił.
- Nie ma wątpliwości, Wasza Ekscelencjo, że burmistrz Overstolz pokazał, iż jest człowiekiem ambitnym, obdarzonym umysłem praktycznym i talentem do wypowiadania tego, co jego interlokutor chce usłyszeć. Ta umiejętność najwyraźniej otwiera więcej drzwi, niżby nakazywała przyzwoitość. Biorąc pod uwagę jego zawód mistrza budowlanego, może okazać się przydatny dla miasta, dla was, Ekscelencjo, i Jego Cesarskiej Wysokości jako pośrednik pomiędzy cechami i kupcami, którzy zajmują coraz ważniejszą pozycję w miastach takich jak Kolonia.
- Aha... - Dietrich von Moers odwrócił wzrok i zamyślił się na chwilę. Nikolas szybko przebiegł w myślach dopiero co wypowiedziane własne słowa, upewniając się, że nie zawierają niczego niewłaściwego.
Von Moers wstał i założywszy ręce na plecach, podszedł do okna.
- Moje obawy tego właśnie dotyczą, Nikolasie. Z pewnością wiecie, że niedługo tron cesarstwa znajdzie się w innych rękach, przejmie go dynastia Habsburgów. Z jednej strony jestem z tego zadowolony, gdyż są żarliwymi katolikami, z drugiej jednak muszę mieć się na baczności, bo znani są z tolerancji wobec lokalnych władz. A Heller jest koniem, którego trzeba trzymać na wodzy.
- Nie rozumiem waszego niepokoju, Ekscelencjo. Wy jesteście księciem całego arcybiskupstwa Kolonii, wasza władza w mieście jest olbrzymia. W wielu sprawach dla Hellera wy będziecie ostatnią instancją.
Święte Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego było zlepkiem krajów, księstw, terytoriów i ksiąstewek, rządzonych przez lokalnych monarchów. Zgodnie z tradycją cesarzem zostawał władca jednego z najsilniejszych krajów. Jednak czasem dysputy przy wyborze cesarza kończyły się krwawymi wojnami. Aby wyeliminować takie sytuacje i połączyć istniejący system z systemem nowoczesnym, zcentralizowanym i autorytarnym, cesarz Karol IV wydał w 1356 roku Złotą Bullę, w której, między innymi, ustalono formę przeprowadzania wyborów. Miało ich dokonywać siedmiu elektorów, czterech świeckich i trzech duchownych, wśród których znajdował się arcybiskup Kolonii. W 1435 roku na czele cesarstwa stała dynastia Luksemburgów, jednak z układu zawartego między nimi i Habsburgami wynikało, że wobec bardziej niż prawdopodobnego braku następcy tron zostanie przekazany Świętemu Cesarstwu. Następnym cesarzem miał być Habsburg. W tej sytuacji wybór sprowadzał się jedynie do formalnego potwierdzenia.
Arcybiskup wrócił na miejsce przy stole.
- Nikolasie, wiecie, że spoczywa na mnie olbrzymia odpowiedzialność polityczna. A także znacie moje obowiązki wobec naszego Świętego Kościoła. Przede wszystkim obowiązuje mnie służba Bogu, naszemu Panu. - Wzniósł oczy na sufit pokryty drewnianą polichromią. - Na drugim miejscu są Ojciec Święty i Jego Cesarska Wysokość. Nie mogę tych dwóch sfer oddzielić, gdyż razem tworzą władzę doskonałą. - Połączył dłonie, krzyżując palce. - Władza duchowa i władza ziemska. A ja nie rezyduję w Kolonii, jak wiecie. Hrabia i ja mówiliśmy tym samym językiem. A teraz wszystko jest wielką niewiadomą. Nie twierdzę, że Hellerowi zależy wyłącznie na karierze... Niech Bóg broni! Powiedzmy, że jak dotąd nie określiliśmy naszych stanowisk. Nikolasie, cesarstwo potrzebuje władzy centralnej, silnej władzy!
Zacisnął dłonie. Szczękami ruszał tak mocno, że sine wargi niemal zniknęły. Mówił dalej, wolniej dobierając słowa.
- Jesteśmy nadzieją Zachodu, jego bastionem, jego twierdzą... Czy wyobrażacie sobie, Nikolasie, podział naszego cesarstwa?
Nikolas skinął powoli głową.
- Rozumiem, Wasza Wielebność, że to byłaby bardzo niebezpieczna sytuacja... - odparł ostrożnie.
Oczy von Moersa ciskały iskry.
- No właśnie! A heretycy już się tu pojawiają, zastawiają pułapki! To może być upadek chrześcijaństwa, cywilizacji! Nie wolno nam do tego dopuścić!
Uderzył pięścią w stół, tak głośno, że aż sam się przestraszył. Zorientował się, że zaczyna tracić panowanie nad sobą. Potarł nerwowo rękę i uspokoił się.
- Wy, Nikolasie, też jesteście człowiekiem praktycznym.
I bardzo utalentowanym, niewątpliwie.
- To nazbyt łaskawa opinia, Ekscelencjo - podziękował Nikolas.
- Nie, nie, nie przesadzam, i dobrze, że o tym wiecie. Ale jest jeszcze jedna rzecz, którą u was cenię.
Przerwał na chwilę, widząc zaciekawienie na twarzy Nikolasa. Znowu się podniósł i zaczął przechadzać się po pokoju.
- Wiecie, co to jest?
- Płonę z ciekawości.
- Doskonale zdajecie sobie sprawę, kto jest nad wami, jakie miejsce wy zajmujecie. To, mój drogi Nikolasie, sprawa podstawowa. W tym kraju potrzebna jest tradycja, porządek, szacunek dla Boga i Jego woli, a nie chciwość, pogoń za pieniądzem, lichwa.
Dietrich von Moers stanął za Nikolasem, który poczuł się nagle dziwnie bezbronny. Palce arcybiskupa zacisnęły się na jego ramionach, niczym dżdżownice wijące się w wilgotnej ziemi. Rosłe, kluchowate ciało częściowo zasłaniało światło wpadające przez okno, rzucało cień, jak groźbę. Ciężar całego cesarstwa wypełnił bibliotekę. Nikolas nie wiedział, co powiedzieć. Siedział cichy i potulny.
- Wierzę, że będziecie informować mnie o wszystkim, co uznacie za ważne. Wasze skryptorium i umiejętności pozwalają wam mieć kontakt z ludźmi w naszym mieście i poza nim. Nie zapominajcie, sprawiedliwych czeka nagroda. - I zniżając głos, jak w konfesjonale, dodał: - Tak jak i na słabych duchem spada zemsta Boga.
Nikolas przełknął ślinę.
- Jestem jedynie skromnym sługą bożym, Wasza Ekscelencjo. Obawiam się, że przydajecie mi więcej umiejętności, niż posiadam. - Uśmiechnął się nieśmiało.
- Ale nie ma wątpliwości, że dla dobra cesarstwa będę zawsze do usług.
- Cieszę się, słysząc te słowa, Nikolasie. Ani chwili nie wątpiłem w wasze oddanie. - Poklepał go po ramieniu. - Raduje nas prezent i wizyta, ale nie chciałbym być nieuprzejmy i zabierać wam więcej czasu.
Nikolas wstał. Dietrich von Moers, przyjmując błogi wyraz twarzy, odprowadził go do drzwi. Stojąc w progu, kopista skłonił się i, gotowy do wyjścia, już zaczął nakładać kapelusz. Zobaczył, że ramię arcybiskupa unosi się lekko. Blask pierścienia padał na obłudnie serdeczny uśmiech von Moersa. Nikolas ujął wiotką dłoń i pokornie ucałował czerwony kamień na palcu. Poczuł, że robi mu się niedobrze.
Dzień powoli zbliżał się ku końcowi. Nikolas Fischer szedł ulicą, na której ciągle widniały ślady porannych uroczystości. Wrócił niedawno z ostatniej podróży akurat na czas, by wziąć udział w uczcie wydanej na cześć nowego burmistrza. Bardzo był dumny, że znalazł się pośród zaproszonych gości. Zadowolony z siebie pomyślał, że łagodny zmierzch pasuje do duchowego spokoju, jaki opanowywał go, ilekroć szedł do skryptorium, swojej świątyni. W wieku pięćdziesięciu lat był właścicielem największego świeckiego warsztatu kopistów w Kolonii.
Budynek, w którym znajdował się warsztat, był w początkach swej historii przeznaczony - jak wiele innych w Kolonii - na cele religijne. Sam parter w kształcie nawy z absydą w głębi świadczył, że miała to być bazylika, nigdy jednak nie została poświęcona. Domyślił się, że albo projekt upadł, albo skończyły się pieniądze, kiedy wiele lat później przejął niewykończoną i porzuconą budowlę.
- Herr Gebel. - Nikolas przywitał swojego zastępcę, nie podnosząc zbytnio głosu, aby nie mącić ciszy panującej w sali, w której pracowało dwadzieścia osób.
- Herr Fischer. Witam.
Zastępca poderwał się i stanął u boku właściciela warsztatu. Fischer wolnym ruchem zdjął pelerynę i kapelusz, położył je na ramieniu Gebela i usiadł na jego miejscu przy stole. Zgodnie ze zwyczajem zajmie się sprawdzaniem wykonanej w ciągu dnia pracy.
Mimo niskiej temperatury czoło Helmutha Gebela pokryło się drobnymi kropelkami potu. Nieco zagubionym wzrokiem rozejrzał się pomiędzy filarami. Strzelając palcami, dał znak siedzącemu najbliżej młodemu kopiście. Ten natychmiast wstał. Skrywając niechęć, zaczął zapalać świece i łojówki, porozstawiane po całym pomieszczeniu. Zastępowały naturalne światło o świcie i o zmierzchu, również w dni pochmurne i deszczowe, tak częste o tej porze roku, chociaż jeszcze nie nadeszła zima.
Kopiści pracowali przy pulpitach w grupach po trzech, tworząc półokrąg przy każdym z sześciu olbrzymich okien nawy. W pogodne dni wielkie, umocowane ołowianymi ramkami szyby przepuszczały mnóstwo światła, a okna wychodzące na północ i południe zapewniały światło słoneczne przez większą część roku. W środkowej części ustawione były stoły, na których pieczołowicie układano gotowy materiał. Nikolas Fischer kupił budynek wiele lat wcześniej, po powrocie z zagranicy, i zdecydował się wykonywać zawód inny niż ten, któremu poświęcił się jego ojciec. Chciał zająć się pracą, jaka do tej pory była domeną zakonników w klasztorach. Młody Fischer wierzył, że popyt na książki będzie większy niż podaż. I miał rację.
Uniwersytet w Kolonii rozpoczął działalność w 1388 roku i od początku zaistniała potrzeba kopiowania manuskryptów na użytek profesorów i studentów. Do skryptorium, które powoli znajdowało dla siebie miejsce na rynku zdominowanym przez skryptoria klasztorne, zaczęły napływać pierwsze zamówienia. Nikolas szybko znalazł sposób na zwiększenie produkcji, przekształcając rzemiosło w manufakturę: ostrożnie rozdzielał strony oryginału, dawał kopistom po kilka kartek i w ciągu paru tygodni miał je przepisane w tylu egzemplarzach, ile zamawiał kupujący. Im więcej egzemplarzy, tym liczniejsza musiała być grupa kopistów.
Rozpoczął sprawdzanie od skryby, który siedział najbliżej. Nikolas nigdy nie robił niczego na chybił trafił, ani w interesach, ani w życiu prywatnym. Kopista, chudzina, z siwymi rzadkimi włosami, pozdrowił go pełnym szacunku skinieniem głowy. Znali się od wielu lat i w oczach Nikolasa zasłużył sobie na opinię sprawnego i niezawodnego pracownika. Był jednym z pierwszych, którzy zostali zatrudnieni w skryptorium. Nikolas przysunął strony leżące na pulpicie obok stołu i wiersz po wierszu przeglądał pracę. Nie spieszył się, sprawdzać należało powoli i dokładnie.
Gdy skończył, spojrzał na obecnych, którzy wpatrywali się w niego z niepokojem w oczach.
- Corneliusie, jeszcze raz dziękuję za staranną pracę - powiedział. - Pozdrów ode mnie rodzinę i niech z tobą dzielą dumę z uznania, jakim twoja praca cieszy się w tym miejscu. - Podniósł głos, aby słyszeli go wszyscy kopiści, siedzący przy swoich stołach. - Wielki wysiłek z doskonałym rezultatem.
Helmuth, zastępca Nikolasa, poprowadził go do sąsiedniego stołu. Pracował przy nim młody uczeń, Sven Vrunt, który w krótkim czasie osiągnął dość przyzwoity poziom. Umieszczono go z dwoma innymi kopistami, żeby pomogli mu szlifować technikę pisania. Niewiele mówił. Nikolas wziął z pulpitu kilka ułożonych w stos kartek i czytał je ze zwykłym irytującym spokojem. W końcu zbliżył jedną do światła padającego od strony okna i oświadczył:
- Jeśli chodzi o twoje umiejętności, szanowny Svenie, usprawiedliwia cię młodość. Będę niezmiernie wdzięczny, jeśli zechcesz sprawdzić tę stronę z twoimi kolegami kopistami i samemu zadecydować, czy powinna być przepisana jeszcze raz, czy nie. Jeśli powinna, będę wdzięczny za zrobienie nowej kopii jeszcze dzisiaj, tak aby nie pokrzyżować zaplanowanych przez Herr Gebla zadań. - Pozostałe strony odłożył na pulpit, razem z przeznaczonymi do oprawienia.
Uczeń przyjął słowa krytyki, nie okazując rozczarowania.
- Dziękuję, mistrzu.
Aleksandryn kopiowany przy sąsiednim stole nie zajął Nikolasowi dużo czasu. Bardzo stary manuskrypt, pozbawiony ozdobników, został spisany uncjałą1, pismem dużo prostszym i bardziej przejrzystym niż pismo współczesne. Wystarczyło pociągnąć litery mocniejszą kreską. Dlatego niemożliwe było, aby kopiści popełniali pomyłki. Nikolas zaakceptował kopie i poszedł dalej.
Przy następnym stole nie wziął do ręki żadnej kartki. Stanął za plecami Marcusa Oestego i obserwował, jak pracuje. Kopista siedział pomiędzy dwoma innymi i był najmniej z nich trzech doświadczony. Nikolas przyglądał się przez kilka minut. Marcus nie przerwał pisania, gdyż znał zwyczaje mistrza. Nie po raz pierwszy Herr Fischer kontrolował jego pracę. Przesuwał pióro zdecydowanym ruchem, mając ramię mocno oparte o powierzchnię stołu. Kiedy zanurzał je w rożku z atramentem, spoglądał uważnie na stronicę, której kopię przygotowywał. Na szczegóły zwracano w tym skryptorium wielką uwagę.
- Robi znaczne postępy - odważył się wtrącić Helmuth, ryzykując, że odwróci uwagę mistrza. - Często sprawdzam, jak pracuje.
Nikolas nic na to nie powiedział. Wykonane kopie i improwizowany egzamin potwierdzały nabycie umiejętności.
Po chwili Nikolas Fischer podwinął rękawy tuniki i odsłonił ręce do łokci. Marcus Oeste położył pióro w rowku na stole, gdzie już leżały inne. Wstał z krzesła, grzecznie ustępując miejsca. Pozostali dwaj kopiści też odłożyli swoje pióra do rowków i przyglądali się uważnie pokazowej lekcji.
Nikolas wziął do ręki pióro odłożone przez Marcusa, spojrzał na jego czubek, a potem w oczy ucznia.
- Jest trochę stępione... - powiedział Marcus.
- Jest trochę stępione - przyznał mistrz.
Pilniczkiem wyostrzył czubek, zanurzył pióro w atramencie, spojrzał na stronicę do skopiowania i pewną ręką nakreślił kolejną literę. Idealnie prostą i wyraźną.
- Czubek pióra, szanowny Marcusie, powinien ledwie dotykać papieru. Jeśli naciskasz na nieregularne włókna papieru, kreska sama z siebie zaczyna drżeć. Każdy moment wahania, każde drgnięcie będzie zauważone przez tego, który przeczyta tekst. Pamiętaj, że z powodu takich usterek czytelnik z niechęcią odrzuci twoją kopię. I co najważniejsze: pamiętaj, że z biegiem lat tych czytelników będzie dużo więcej. Kilka wolumenów, które teraz kopiujemy, istnieje od wieków. Czy potrafisz sobie wyobrazić, ile osób przeczyta twoją kopię przez ten czas, kiedy będzie użyteczna?
Wrócił do pisania. Robił to perfekcyjnie i bardzo szybko. Kiedy skończył, odłożył stronicę na miejsce ukończonych kopii, podniósł się i zaprosił Marcusa do dalszej pracy.
Sprawdzał pozostałych kopistów. W panującej ciszy rozległ się jego niski głos.
- Czy ktoś zechce przynieść mi trochę wody? Doskwiera mi pragnienie.
W pomieszczeniu czuć było zapach topionego wosku. Różowawe światło zmierzchu wpadało przez okna po zachodniej stronie, natomiast po przeciwnej stronie w szybach odbijało się światło stojących na parapetach świec. Na zewnątrz cienie nocy wygrywały walkę z dniem.
Nikolas przygładził brwi obiema dłońmi, zasłaniając przy tym całą twarz. Był to pretekst, by na chwilę zamknąć oczy. Od paru lat wzrok coraz bardziej mu się męczył. Ale na szczęście nie stracił ostrości; w jego zawodzie byłaby to prawdziwa katastrofa.
Kontynuował codzienny obchód i przekonywał się, że praca idzie dobrze. Następny w kolejce kopista, pochodzący z Fuldy, zreflektował się zapewne w tym momencie, że nie powinien był wprowadzać w życie ryzykownego pomysłu. Spróbował zostawić jakiś osobisty ślad na kopiowanych stronicach, chociaż wiedział, że mistrz nie będzie z tego zadowolony. Sama obecność Nikolasa kazała mu wątpić w powodzenie. Martwił się nie tyle tym, co mistrz mógłby powiedzieć o samym pomyśle, ile tym, czy zaakceptuje jakość wykonania. Objawiał nerwowość od chwili, gdy Herr Fischer przestąpił próg skryptorium.
Nikolas oglądał stronice. Zatrzymywał się przy niektórych liniach. Nic nie mówił, ale twarz mu ciemniała, chociaż zachowywał spokój. Nie chciał osądzać pochopnie. Czytał tekst, porównywał szczegóły, zastanawiając się, czy potrafi pohamować gniew. Helmuth też się przyglądał i kiedy zauważał, że coś nie odpowiada oryginałowi, przeklinał siebie za niedopilnowanie kopisty z Fuldy.
Po dłuższej chwili mistrz otrząsnął się z zamyślenia. Westchnął głęboko, trzymając w górze plik kartek. Drugą ręką przygładził jasne włosy, rzadkie na skroniach, lecz gęste i zmierzwione na czubku głowy. Helmuthowi wydało się, że wyrywał sobie dłuższe kosmyki.
W głuchej ciszy słowa Nikolasa zabrzmiały jak uderzenia pięścią o stół.
- Zrób to jeszcze raz.
Podarł stronice i rzucił fragmenty na stół kopisty. Odwrócił się i odszedł.
- I żebyś mi się nie ważył prosić o zapłatę za czas, jaki na to poświęcisz - dodał od siebie Helmuth.
Nikolas Fischer usiadł przy swoim stole. Podniósłszy głowę, spojrzał jeszcze raz na swoich podwładnych, pochylonych teraz nad pulpitami. Jego stół znajdował się na końcu nawy, w tym miejscu absydy, w którym zwykle mieści się ołtarz. W istocie rzeczy, był Fischer pasterzem tego stadka owieczek i musiał dbać o to, by nie brakowało pieniędzy na opłacenie ich pracy. I nigdy nie brakowało. Wysiłek całego życia rekompensowały w ostatnich latach znaczne przychody i dobra organizacja, więc jego stała obecność w skryptorium nie była konieczna. Daleko nie szukając, następnego dnia miał umówione spotkanie z arcybiskupem, Dietrichem von Moersem. Musiał mieć więc pewność, że wszystko będzie szło jak po maśle. Podniósł zagniewany wzrok na Helmutha, który odczuł wielki ciężar odpowiedzialności.
Zastępca Fischera nie potrzebował słów. Był tam po to, aby nie powtórzyła się sytuacja sprzed kilku minut. Musi lepiej pilnować pracowników, zarówno kopistów, jak i uczniów. I może prowadzić ich bardziej twardą ręką. Na końskiej twarzy pojawił się wyraz wrogości. Nie miał zamiaru być jeszcze raz zmuszony do szukania pracy. Zajmował dobrą pozycję i nie myślał jej tracić. Dla kopisty z Fuldy zbliżały się niedobre czasy.
O książce
Powieść historyczna o początkach nowoczesnego druku osadzona w XV-wiecznej Kolonii. Czytelnik znajdzie w niej wszystkie elementy średniowiecznej intrygi: zdrady, morderstwa, walkę o władzę, rodzinne tajemnice, zemstę, miłość i zakazane związki. Bestseller w Hiszpanii.
Kolonia, pierwsza połowa XV wieku. Na straży dostępu do wiedzy stoi cenzura kościelna. W gestii hierarchów znajdują się wszystkie skryptoria, zaś przepisywane tam księgi muszą być zgodne z nakazami Kościoła. Nieliczną grupę uczonych i profesorów Uniwersytetu Kolońskiego, spotykających się potajemnie, łączy jedno pragnienie: sprawić, by poprzez druk książek wiedza i osiągnięcia nauki dotarły do prostych ludzi. Ich dążenia napotykają też opór możnych, którzy w książkach widzą drogę do utraty władzy. Działając z całkowicie odmiennych pobudek, ryzykując życiem, dwóch ludzi jest gotowych podjąć wyzwanie upowszechnienia książek.
Lorenz Block, utalentowany złotnik, po śmierci żony samotnie wychowujący córkę, zafascynowany wizją świata pełnego książek, potajemnie konstruuje prasę drukarską. Jako chłopiec nie został przyjęty do zakładu kopistów, nie przestał jednak interesować się pismem. Za swoje dążenia zapłaci wysoką cenę.
Prowadzący podwójne życie Nikolas Fischer, właściciel pierwszego świeckiego skryptorium - człowiek bogaty, wykształcony i kochający piękno, ale całkowicie pozbawiony skrupułów, dla którego liczą się tylko pieniądze - podstępnymi metodami dąży do wyeliminowania wszelkiej konkurencji na rynku książki. Jego działalność będzie kosztować życie wielu ludzi. Rozmiłowany w luksusie, mieszka w pałacu w otoczeniu kobiet, które zaspokajają jego potrzeby seksualne. Jedną z nich, piękną Olgę, wykorzysta jako narzędzie w intrydze, jaką ukuł, by przechwycić wynalazek Lorenza.
Dzieje tych dwóch głównych protagonistów przeplatają się z losami innych ważnych postaci książki. Eriki, córki Lorenza, odważnej, nad wiek dojrzałej dziewczyny o złotym sercu, która prowadzi ojcu dom. Alonsa, kierującego grupą kopistów głuchego syna Nikolasa, będącego owocem jego związku z córką wezyra. Pomiędzy Eriką a Alonsem, wbrew woli ojca, zrodzi się uczucie. Są też czarne charaktery: skorumpowany burmistrz Kolonii Heller Overstolz i arcybiskup miasta, Dietrich von Moers, okrutny, cyniczny manipulator, łączący religię z polityką.