Warszawianka. Gdy zgasną światła - Ida Żmiejewska

Kup ebooka

49.90 zł
39.92 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ I

1.

Słońce z tru­dem prze­bi­jało się przez fi­ranki, a prze­ciąg idący od uchy­lo­nych luf­ci­ków spra­wiał, że za­słony lekko fa­lo­wały. W po­wie­trzu uno­siła się woń octu i świe­żej pa­sty do pod­łóg. Le­on­tyna Ra­packa z za­do­wo­le­niem ro­zej­rzała się po lśnią­cym czy­sto­ścią po­koju. Nie był, co prawda, tak re­pre­zen­ta­cyjny jak sa­lon w daw­nym miesz­ka­niu w Ale­jach Ujaz­dow­skich, ale przy­po­mi­nał jej wnę­trza, w któ­rych spę­dziła dzie­ciń­stwo. Zresztą nie po­trze­bo­wały więk­szego lo­kum: zo­stały tylko we trzy i bez trudu mo­gły po­mie­ścić się w czte­rech po­ko­jach.

Z za­my­śle­nia wy­rwał ją dźwięk dzwonka i od­głos po­spiesz­nych kro­ków Pe­la­gii. Usły­szała skrzyp­nię­cie drzwi i oży­wiony głos ciotki. Ze­rwała się z fo­tela do­kład­nie w chwili, kiedy Ro­za­lia Reut­towa, jak zwy­kle piękna, pach­nąca i wy­stro­jona we­dług naj­now­szej pa­ry­skiej mody, prze­kra­czała próg sa­lonu.

- Moja droga - po­wie­działa i czule ob­jęła sio­strze­nicę - prze­pra­szam, że przy­cho­dzę do­piero dzi­siaj, ale Nel­cia cały ty­dzień cho­ro­wała. Na szczę­ście już z nią le­piej... Tak się cie­szę, że wró­ci­ły­ście. Co z He­lenką? Jak mama?

- Mama po­szła do ko­ścioła - od­parła Le­on­tyna, od­wza­jem­nia­jąc uścisk ciotki. - Hela od­po­czywa.

- Jak się czuje?

Młod­sza panna Ra­packa, która na wła­sne oczy wi­działa śmierć brata, przy­pła­ciła tę tra­ge­dię cho­robą. Na tyle po­ważną, że le­ka­rze za­częli oba­wiać się su­chot, więc pani Ame­lia nie­długo po po­grze­bie wy­wio­zła córki za gra­nicę.

- Pra­wie do­szła do sie­bie. - Le­on­tyna nie po­tra­fiła zli­czyć bez­sen­nych go­dzin spę­dzo­nych przy łóżku sio­stry.

- Do­brze. - Ciotka ode­tchnęła z ulgą i wresz­cie wy­pu­ściła ją z ob­jęć. - Mar­twi­łam się o nią. Wciąż za­sta­na­wiam się, jak...

- Cio­ciu, nie mówmy o tym, pro­szę... - Le­on­tyna po­czuła dła­wie­nie w gar­dle; nie chciała wra­cać do wy­da­rzeń z prze­szło­ści, więc szybko zmie­niła te­mat: - Co się działo, kiedy nas nie było?

- O tym, że umarła star­sza pani Bu­rzyń­ska, już wam pi­sa­łam. Ksa­wery szcze­rze ża­łuje matki, ale Okta­wia chyba ode­tchnęła z ulgą.

Pani Wi­ry­dianna Bu­rzyń­ska, ską­d­inąd uro­cza dama sta­rej daty, która na­wet po osiem­dzie­siątce za­ska­ki­wała do­sko­nałą pa­mię­cią i ostrym ję­zy­kiem - a miała o czym opo­wia­dać! - była je­dyną osobą po­tra­fiącą sku­tecz­nie po­skro­mić ciotkę Okta­wię, więc nic dziw­nego, że sy­nowa bała się jej ni­czym dia­beł świę­co­nej wody.

- Po­ju­trze u Świę­tego Alek­san­dra jest msza za du­szę zmar­łej. O pią­tej po po­łu­dniu. Przyj­dzie­cie?

- Oczy­wi­ście.

- Ja­nu­szowa pew­nie się nie po­jawi - kon­ty­nu­owała Ro­za­lia. - Spo­dziewa się dziecka. Roz­wią­za­nie już za kilka ty­go­dni.

Ku­zyn, kiedy wresz­cie przy­jął do wia­do­mo­ści re­kuzę od Le­on­tyny, po­słu­chał su­ge­stii ro­dzi­ców i oże­nił się z panną Fe­li­cją Wy­rzy­kow­ską, córką jed­nego z kon­tra­hen­tów ojca.

- Wy­obraź so­bie, że Ja­nusz uspo­koił się po ślu­bie. Aż dziw bie­rze, kiedy się na niego pa­trzy. Jakby ktoś go pod­mie­nił.

- Cie­kawe, czy bę­dzie chło­piec, czy dziew­czynka? - za­sta­na­wiała się gło­śno Le­on­tyna, któ­rej nie in­te­re­so­wało za­cho­wa­nie daw­nego wiel­bi­ciela.

- Okta­wia li­czy na wnuczkę, za­wsze ma­wiała, że z dziew­czyn­kami jest mniej pro­ble­mów niż z chłop­cami.

- Może i ła­twiej je wy­cho­wać, ale każdy skan­dal wpływa na ich re­pu­ta­cję.

- Wasz skan­dal pra­wie ucichł - za­pew­niła ją po­spiesz­nie Ro­za­lia. - Wkrótce bę­dzie­cie mo­gły po­ka­zać się w to­wa­rzy­stwie.

Ciotka miała ra­cję, że dwa lata to wy­star­cza­jąco długi czas, aby lu­dziom znu­dziła się każda afera. Le­on­tyna jed­nak nie wąt­piła, że wszyst­kie trzy bez­pow­rot­nie stra­ciły wstęp na naj­bar­dziej sza­no­wane sa­lony w mie­ście.

Na samą myśl o szep­tach i ukrad­ko­wych spoj­rze­niach, które przyj­dzie im zno­sić, panna wzdry­gnęła się z nie­chę­cią i ko­lejny raz za­dała so­bie py­ta­nie, czy po­wrót do War­szawy na­prawdę był do­brym po­my­słem?

- Nie martw się na za­pas - po­cie­szyła ją ciotka. - Mia­sto od dawna żyje czymś in­nym. Mamy kilka no­wych awan­tur, przy któ­rych śmierć w domu uciech, a na­wet sa­mo­bój­stwo to dro­bia­zgi.

- Ja­kich awan­tur?

- Cią­gle mówi się o mar­co­wej pró­bie za­ma­chu na cara. Po­dobno w przy­go­to­wa­niach brali udział ja­cyś Po­lacy, z Wilna. Za­trzy­mano kil­ka­dzie­siąt osób. Za kilka dni ru­sza pro­ces przy­wód­ców.

Szwaj­car­skie i fran­cu­skie ga­zety szcze­gó­łowo opi­sy­wały sprawę, więc panna Ra­packa wie­działa do­sko­nale, że do­kład­nie w szó­stą rocz­nicę za­bój­stwa Alek­san­dra II spi­skowcy pró­bo­wali zgła­dzić także jego syna, tyle że przez nie­fra­so­bli­wość jed­nego z nich agenci Ochrany uda­rem­nili atak.

- A z miej­sco­wych wie­ści... - kon­ty­nu­owała Ro­za­lia. - Ima­gi­nuj so­bie, moja droga, dwa ty­go­dnie temu dok­tor Ko­pro­wicz przy­ła­pał żonę in fla­granti z wła­snym sio­strzeń­cem. Za­strze­lił oboje na miej­scu.

- O matko! - Le­on­tyna unio­sła ręce do piersi.

- Albo coś in­nego... Pa­mię­tasz Wo­ro­nina? Tego po­li­cjanta, który pro­wa­dził śledz­two w spra­wie za­bój­stwa two­jego ojca?

- My­śla­łam, że wró­cił do Pe­ters­burga - po­wie­działa, a w jej gło­sie mu­siała po­ja­wić się ja­kaś nie­po­ko­jąca nuta, bo Ro­za­lia spoj­rzała na nią uważ­niej. Nie­wy­klu­czone, że przy­po­mniała so­bie o swych daw­nych po­dej­rze­niach, ja­koby Le­on­tyna ośmie­lała się da­rzyć tego Mo­skala uczu­ciem.

- Nie wró­cił - oznaj­miła ciotka. - Sie­dzi w aresz­cie w Ra­tu­szu.

- Z ja­kiego po­wodu?

- Nie znam szcze­gó­łów. - Ciotka wes­tchnęła. - Ale w ga­ze­tach pi­szą, że za­mor­do­wał ko­chankę.

2.

- Jak ktoś łeb jej ukrę­cił, zna­czy, za­słu­żyła - po­wie­dział szczer­baty Sieńka Gu­siew, po­da­jąc mu obiad. - Żal tylko, że przez bladź jedną wy na Sy­bir pój­dzie­cie.

Alek­san­der nie za­mie­rzał wda­wać się w dys­ku­sję ze straż­ni­kiem ani ni­czego mu tłu­ma­czyć, więc tylko kiw­nął głową w po­dzię­ko­wa­niu. Nie czuł głodu, ale kie­ro­wany resztką roz­sądku się­gnął po łyżkę. Ka­sza miała pa­skudny smak - była nie­do­so­lona i za­la­ty­wała spa­le­ni­zną.

Z tru­dem prze­łknął kęs i od­su­nął mi­skę. Po raz ty­sięczny ro­zej­rzał się po cia­snej celi, która była brud­niej­sza niż naj­bar­dziej ob­skurna piw­nica w skła­dach ojca. Wo­ro­nin po­my­ślał, że nie wy­trzyma w tym miej­scu - złość, wy­rzuty su­mie­nia i bez­czyn­ność szybko do­pro­wa­dzą go do sza­leń­stwa. Ni­kita An­drie­je­wicz, kiedy wi­dzieli się po raz ostatni, prze­po­wie­dział mu, że skoń­czy mar­nie sam jak pa­lec. Mu­siał przy­znać, że w swej lek­ko­myśl­no­ści i głu­po­cie zro­bił wszystko, aby oj­cow­skie pro­roc­two speł­niło się co do joty.

Wbił wzrok w wy­szczer­bioną ce­głę tuż pod oknem: ktoś mu­siał ob­tłuc ją cał­kiem nie­dawno, bo plama ży­wej czer­wieni wy­raź­nie od­ci­nała się od reszty przy­ku­rzo­nego muru.

Gdyby zo­stał w Pe­ters­burgu, jego ży­cie za­pewne uło­ży­łoby się le­piej. W War­sza­wie od sa­mego po­czątku prze­śla­do­wał go pech, zaś sprawa śmierci me­ce­nasa Ra­pac­kiego cią­żyła mu ni­czym fa­tum. A prze­cież my­ślał, że zdoła za­cho­wać nad nią kon­trolę. Prze­li­czył się jed­nak.

Pierw­sze war­szaw­skie śledz­two mu­siał ofi­cjal­nie uznać za po­rażkę. Szef Urzędu Śled­czego, radca dworu Ko­ro­lew, nie krył nie­za­do­wo­le­nia i ka­zał mu, pra­wie na rok, za­po­mnieć o po­waż­nych spra­wach. Do­piero roz­bi­cie gangu zło­dziei koni na Woli spra­wiło, że wró­cił do łask. Na­wet Mi­ro­now zgo­dził się znowu z nim pra­co­wać - po­pro­wa­dzili wspól­nie dwa śledz­twa, pod­czas któ­rych Alek­san­der sta­rał się za­cho­wy­wać bez za­rzutu.

Wszyst­kie służ­bowe per­tur­ba­cje były jed­nak ni­czym w po­rów­na­niu z kło­po­tami oso­bi­stymi - wie­dział, że bez­pow­rot­nie stra­cił Le­on­tynę. W du­żym stop­niu na wła­sne ży­cze­nie. Po śmierci Lu­dwika pa­nie Ra­pac­kie miały po­ważne przej­ścia z żan­dar­me­rią, a on, choć mar­twił się o uko­chaną, nie śmiał zbli­żać się do niej, aby nie po­gar­szać sprawy i nie bu­dzić po­dej­rzeń. Za­mie­rzał po­cze­kać, aż wrzawa ucich­nie i do­piero wtedy, przy­naj­mniej czę­ściowo, wy­tłu­ma­czyć się z fia­ska śledz­twa. Za­nim jed­nak się spo­strzegł, pani Ame­lia wy­wio­zła córki z War­szawy.

Na do­da­tek Je­rzy Szu­ster wy­je­chał do Do­rpatu; Alek­san­der nie przy­pusz­czał, że bę­dzie mu tak bra­ko­wało współ­pra­cow­nika. Przez kilka ty­go­dni wy­da­wało się, że opu­ści go także Mi­chaił: stary graf Ka­łu­gin ro­bił wszystko, aby uko­chany wnuk po­wró­cił do Mo­skwy. Sta­ra­nia spa­liły jed­nak na pa­newce, po­nie­waż młody ad­wer­sarz po­rucz­nika, który po po­je­dynku nie wró­cił do zdro­wia, zmarł nie­ocze­ki­wa­nie. Dzia­dek i matka uznali więc, że Miszka nie po­wi­nien pchać się przed oczy zroz­pa­czo­nemu wu­jowi chło­paka, bo a nuż książę po­sta­no­wiłby wy­rów­nać ra­chunki. Ka­łu­gin mu­siał więc po­go­dzić się z tym, że jego po­byt w War­sza­wie prze­dłuży się na czas nie­okre­ślony.

Mimo obec­no­ści przy­ja­ciela sa­mot­ność da­wała się Alek­san­drowi we znaki. Nie­któ­rzy ra­dzili mu, aby się oże­nił, choćby z jedną z có­rek sę­dziego Mi­ro­nowa - panna Lud­miła spo­glą­dała na niego z za­in­te­re­so­wa­niem. Wo­ro­nin jed­nak był zbyt uczciwy, aby wcią­gać do­brą dziew­czynę w zwią­zek z góry ska­zany na nie­po­wo­dze­nie. Sta­rał się za­po­mnieć o Le­on­ty­nie, ale ku swemu utra­pie­niu nie po­tra­fił. Czas mi­jał, a tę­sk­nota za­miast ma­leć, ro­sła.

Na szczę­ście jego ko­chanka, So­nia, nie ocze­ki­wała mi­ło­ści. Oczy­wi­ście mo­gła zna­leźć so­bie ko­goś bo­gat­szego i bar­dziej wpły­wo­wego, ale z ja­kie­goś po­wodu wy­brała jego. Nie za­słu­żyła na ko­niec, jaki ją spo­tkał. Alek­san­der wzdry­gnął się na wspo­mnie­nie wy­da­rzeń sprzed pra­wie ty­go­dnia.

Gdzieś z dol­nego pię­tra do­bie­gły go wrza­ski i or­dy­narne pol­skie prze­kleń­stwa: za­pewne w któ­rejś z wie­lo­oso­bo­wych cel wy­bu­chła awan­tura. Trwała krótko, bo na­gle szczęk­nął za­mek po­spiesz­nie otwie­ra­nych odrzwi i Alek­san­der usły­szał tu­balny głos Sieńki, który nie szczę­dził więź­niom ani wy­zwisk, ani ra­zów.

On nie miał z kim się po­kłó­cić, po­nie­waż po aresz­to­wa­niu umiesz­czono go w po­je­dyn­czej celi. Za­wsze sta­rał się uprzej­mie trak­to­wać współ­pra­cow­ni­ków, bez względu na ich sta­no­wi­sko, więc na­czel­nik i do­zorcy, któ­rzy ja­koś nie chcieli uwie­rzyć w jego winę, po­sta­no­wili zre­wan­żo­wać mu się wła­śnie w ten spo­sób. Było to ważne o tyle, że spo­tka­nie z któ­rymś ze zna­jo­mych opry­chów mo­głoby skoń­czyć się dla niego tra­gicz­nie.

Sam uwa­żał, że to zby­teczna ostroż­ność. W końcu wszystko jedno, co się sta­nie. Je­śli nie za­biją go w wię­zie­niu, i tak zgnije na ka­tor­dze.

Cza­sem jed­nak chwy­tała go roz­pacz. Przy­cho­dziło mu do głowy, że może jego ży­cie jesz­cze się nie skoń­czyło i czuł po­kusę, aby się ra­to­wać.

Tłu­mił ją w za­rodku.

3.

- Do­kądś się wy­bie­rasz? - Matka spoj­rzała po­dejrz­li­wie na Le­on­tynę znad fi­li­żanki kawy.

- Mam spo­tka­nie z me­ce­na­sem Pasz­kie­wi­czem. Trzeba ure­gu­lo­wać kwe­stie urzę­dowe. - Dziew­czyna nie za­mie­rzała wda­wać się w szcze­góły, a ro­dzi­cielka na szczę­ście wię­cej nie do­py­ty­wała. W ostat­nim cza­sie wiele zmie­niło się w ich ży­ciu: to star­sza panna Ra­packa zo­stała głową ro­dziny i ra­dziła so­bie w tej roli na tyle do­brze, że nikt nie kwe­stio­no­wał jej de­cy­zji, także fi­nan­so­wych.

- Pa­mię­tasz, że idziemy na her­batę do Okta­wii?

- Oczy­wi­ście. Na pewno wrócę przed obia­dem.

- Mo­gła­bym po­je­chać z tobą? - za­py­tała He­lena, która do tej pory w mil­cze­niu przy­słu­chi­wała się roz­mo­wie. - Pro­szę.

Le­on­tyna spoj­rzała na bladą szczu­plutką sio­strę i za­wa­hała się: po dłu­giej po­dróży ko­leją oraz za­mie­sza­niu zwią­za­nym z prze­pro­wadzką dziew­czyna po­winna od­po­czy­wać.

- Le­karz po­wie­dział, że masz na sie­bie uwa­żać - stwier­dziła matka, która naj­wy­raź­niej była tego sa­mego zda­nia. - Zdą­żysz na­cho­dzić się po mie­ście. I zjedz coś wresz­cie - do­dała z przy­ganą, bo z ta­le­rza młod­szej córki pra­wie nic nie ubyło.

- Ileż można od­po­czy­wać, pro­szę mamy? - He­lena wbiła w ro­dzi­cielkę bła­galny wzrok. - Poza tym... mu­szę in­te­re­so­wać się spra­wami ro­dziny, Te­nia ma za dużo na gło­wie.

Po­wrót do War­szawy był chyba do­brą de­cy­zją: chora, pierw­szy raz od wielu mie­sięcy, wy­raź­nie so­bie cze­goś za­ży­czyła. Do tej pory za­cho­wy­wała się tak, jakby nie za­uwa­żała ota­cza­ją­cego ją świata, a wszyst­kie ży­ciowe czyn­no­ści wy­ko­ny­wała bez­wied­nie.

- Te­nia so­bie po­ra­dzi - fuk­nęła matka, ale jej wzrok nieco zła­god­niał. - Ty nie po­win­naś na­wet my­śleć o ta­kich spra­wach.

- Może mały spa­cer nie za­szko­dzi? - Le­on­tyna, ucie­szona na­głym oży­wie­niem sio­stry, pu­ściła mimo uszu uwagę matki. - Zwłasz­cza że po­goda taka piękna.

- Do­brze, idź­cie obie - wes­tchnęła pani Ame­lia. - Tylko za­bierz­cie Pe­la­gię.

- Pro­szę mamy, mam dwa­dzie­ścia cztery lata.

- Do­prawdy nie masz czym się chwa­lić.

- Mam dwa­dzie­ścia cztery lata - po­wtó­rzyła Le­on­tyna. - Je­stem już w od­po­wied­nim wieku, aby za­opie­ko­wać się sio­strą. Hela, masz być za­raz go­towa, ina­czej ni­g­dzie nie je­dziesz!

Nie mi­nął na­wet kwa­drans, gdy obie panny Ra­pac­kie, osło­nięte ka­pe­lu­szami i pa­ra­sol­kami, wy­szły z domu i za­jęły miej­sca w do­rożce spro­wa­dzo­nej przez po­ko­jówkę.

Ma­jowy dzień był wy­jąt­kowo cie­pły. Słabe po­rywy wia­tru przy­no­siły ze sobą zna­jome i nie­zbyt przy­jemne wo­nie mia­sta: na szczę­ście nie było jesz­cze upa­łów, więc dało się swo­bod­nie od­dy­chać.

Le­on­tyna po­pa­trzyła na im­po­nu­jące ka­mie­nice, które w ciągu ostat­nich lat wy­ro­sły przy Mar­szał­kow­skiej i uświa­do­miła so­bie, że ogrom­nie stę­sk­niła się za War­szawą. Do­brze, że wró­ciły. I tak kie­dyś mu­siały zmie­rzyć się z prze­szło­ścią.

Fia­kier skrę­cił w Świę­to­krzy­ską, a po kilku mi­nu­tach wy­je­chał na Kra­kow­skie Przed­mie­ście tęt­niące swym zwy­kłym ner­wo­wym ryt­mem. Ele­ganc­kie damy prze­cha­dzały się w to­wa­rzy­stwie dżen­tel­me­nów, pen­sjo­narki spie­szyły do szkoły pod opieką po­ko­jó­wek. Do­rożki i tram­waje wio­zły lu­dzi za­ję­tych swo­imi spra­wami. Wszystko było tak roz­czu­la­jąco zna­jome - Le­on­tyna nie miała wąt­pli­wo­ści, że znowu zna­la­zła się w domu.

Wje­chali w Se­na­tor­ską, a po­tem w Mio­dową i wresz­cie za­trzy­mali się nie­opo­dal sądu, przed bramą ka­mie­nicy, w któ­rej mie­ściła się kan­ce­la­ria me­ce­nasa Pasz­kie­wi­cza. Le­on­tyna za­pła­ciła woź­nicy i po­mo­gła sio­strze wy­siąść z po­jazdu.

- Nie­źle mu się po­wo­dzi. - He­lena po­pra­wiła ka­pe­lusz i uważ­nie przyj­rzała się ozdob­nej bra­mie bu­dynku.

- Jest wzię­tym ad­wo­ka­tem. Oj­ciec chyba sporo go na­uczył.

We­szły na wy­ło­żoną mar­mu­rami klatkę scho­dową i wolno wspięły się na pię­tro. Le­on­tyna pchnęła drzwi ozdo­bione mo­siężną ta­bliczką i pierw­sza we­szła do ele­ganc­kiej po­cze­kalni. Pod oknem wy­cho­dzą­cym na Mio­dową, za za­wa­lo­nym pa­pie­rami biur­kiem, urzę­do­wał pu­co­ło­waty kan­ce­li­sta. Na wi­dok dam po­rzu­cił grze­ba­nie w do­ku­men­tach i ze­rwał się na równe nogi.

- Dzień do­bry - przy­wi­tała się panna Ra­packa. - Je­stem umó­wiona z me­ce­na­sem Pasz­kie­wi­czem. Na je­de­na­stą go­dzinę.

- Me­ce­nas ma jesz­cze spo­tka­nie - od­parł uprzej­mie młody czło­wiek. - Ze­chcą pa­nie spo­cząć, za­raz po­wi­nien skoń­czyć.

Spo­tka­nie mu­siało do­ty­czyć ja­kiejś waż­nej sprawy, bo z ga­bi­netu do­cho­dziły od­głosy ner­wo­wej wy­miany zdań - na­gle ja­kiś męż­czy­zna huk­nął tu­bal­nie i po ro­syj­sku:

- Zrób pan coś! Ile można cze­kać?!

Drzwi otwo­rzyły się z ta­kim im­pe­tem, że klamka odłu­pała ka­wa­łek tynku ze ściany. W progu ga­bi­netu sta­nął ro­sły ofi­cer hu­za­rów, cały czer­wony na twa­rzy. Na wi­dok wy­stra­szo­nych ko­biet opa­no­wał się bły­ska­wicz­nie.

- Panna Ra­packa? I panna He­lena? - ucie­szył się Pasz­kie­wicz, który wy­chy­nął zza ple­ców swo­jego krew­kiego go­ścia. - Mam na­dzieję, że nie cze­kały pa­nie zbyt długo?

- Ra­packa? Le­on­tyna Wik­to­rowna? To pani?!

- Czy my się znamy? - od­parła z wa­ha­niem po ro­syj­sku, przy­glą­da­jąc się ja­sno­wło­semu hu­za­rowi. Miała mgli­ste wra­że­nie, że kie­dyś go spo­tkała.

- Po­rucz­nik Mi­chaił Ju­ri­je­wicz Ka­łu­gin - przed­sta­wił się, dziar­sko strze­la­jąc ob­ca­sami. - Przy­ja­ciel Saszki Wo­ro­nina.

A więc to był ten ko­lega ofi­cer, który kie­dyś za­cze­pił ją na ulicy i o któ­rym kil­ka­krot­nie wspo­mi­nał Alek­san­der.

- Po­rucz­nik wła­śnie wy­cho­dzi - po­wie­dział uspo­ka­ja­jąco ad­wo­kat.

Ka­łu­gin nie wy­glą­dał jed­nak na ko­goś, kto do­kądś się wy­biera. Stał przy drzwiach ga­bi­netu i wciąż wbi­jał w nią wzrok. Le­on­tyna za­czy­nała się nie­po­koić, gdyż ta­kie dziwne spo­tka­nia nie wró­żyły ni­czego do­brego.

- Sły­szała pani, co się stało? Dla­tego pani wró­ciła? - za­py­tał wresz­cie po­rucz­nik z na­dzieją w gło­sie.

- Nie mam po­ję­cia, o czym pan mówi.

- W ta­kim ra­zie wy­ja­śnię. - Uprzej­mym ge­stem za­pro­sił ją do ga­bi­netu. Za­sko­czona Le­on­tyna po­słusz­nie we­szła do środka.

- Pan so­bie po­zwala na zbyt wiele - upo­mniał Ka­łu­gina Pasz­kie­wicz. - Panna Ra­packa nie ma nic wspól­nego z tą sprawą.

- Wręcz prze­ciw­nie!

Le­on­tyna chciała wtrą­cić się do roz­mowy, ale mu­siała naj­pierw za­jąć się sio­strą, która wśli­zgnęła się za nią do po­koju. Cóż, wy­star­czyło za­le­d­wie kilka dni w War­sza­wie, aby He­lena przy­po­mniała so­bie, że naj­bar­dziej ze wszyst­kiego in­te­re­sują ją ta­jem­nice bliź­nich. W tym przed­sta­wie­niu nie po­winna jed­nak brać udziału.

- Moja droga, bar­dzo pro­szę, za­cze­kaj w kan­ce­la­rii.

Hel­cia nie ru­szyła się na­wet na krok.

- Wię­cej nie będę cię pro­sić - po­wie­działa Le­on­tyna.

Młod­sza panna Ra­packa wes­tchnęła z re­zy­gna­cją i nie­chęt­nie opu­ściła ga­bi­net. A kiedy za­mknęły się za nią drzwi, po­rucz­nik rzu­cił ner­wowo:

- Aresz­to­wali Saszkę.

- Sły­sza­łam plotki. - Le­on­tyna z ulgą opa­dła na krze­sło, bo ze zde­ner­wo­wa­nia nogi się pod nią ugi­nały. - Do­syć dra­styczne.

- On tego nie zro­bił! Przy­się­gam na Świętą Prze­czy­stą. Nie za­bił tej dziew­czyny! Wie­rzy mi pani?

Nie wie­działa, co od­po­wie­dzieć. Pół­tora roku temu sama za­kli­na­łaby się na wszyst­kich świę­tych, że Wo­ro­nin nie jest zdolny do pod­ło­ści, a co do­piero do zbrodni, ale te­raz nie była tego taka pewna. Moż­liwe, że wcale go nie znała. Że po raz drugi w ży­ciu po­peł­niła ten sam błąd: zbyt wiele so­bie wy­obra­ziła, igno­ru­jąc fakty.

- Po­może mu pani? - Ka­łu­gin świ­dro­wał ją wzro­kiem.

- Co mia­ła­bym niby zro­bić? - za­py­tała zimno. - Bo chyba nie za­pła­cić ad­wo­kata?

- Me­ce­nasa biorę na sie­bie. - Od­ru­chowo zer­k­nął na Pasz­kie­wi­cza.

- Nikt nie musi mi pła­cić - oświad­czył po­spiesz­nie praw­nik. - Sza­nuję Wo­ro­nina i będę bro­nił go za darmo. Je­śli tylko po­zwoli.

- A więc pan wie­rzy, że Saszka jest nie­winny - ucie­szył się po­rucz­nik. - To zrób pan coś wresz­cie!

- Mó­wię trzeci raz, że Alek­san­der Ni­ki­tycz prze­gnał mnie precz.

- Sły­szy pani? - Ka­łu­gin roz­ło­żył bez­rad­nie ręce. - Ten wa­riat cał­kiem osza­lał. Dla­tego trzeba wszystko wy­ja­śnić.

- Od tego jest sę­dzia śled­czy - przy­po­mniała mu ostroż­nie Le­on­tyna. - I po­li­cja.

- Sę­dzia, niech go koń kop­nie, uważa, że zła­pał win­nego! A Saszka nie za­prze­cza.

- Ani nie po­twier­dza - wtrą­cił się Pasz­kie­wicz. - Przy­naj­mniej na ra­zie. W ogóle nie­wiele mówi.

- Ktoś musi wbić mu do łba tro­chę ro­zumu. - Po­rucz­nik znowu spoj­rzał na Le­on­tynę. - Naj­le­piej pani!

- Pan żar­tuje? Mia­ła­bym ry­zy­ko­wać...

- Czemu nie? On dla pani ry­zy­ko­wał wszystko.

- Co za bzdura! - żach­nęła się. - W spra­wie mo­jego ojca nie zro­bił nic! Cho­ciaż obie­cał.

- Zro­bił, co mógł - za­pew­nił ją żar­li­wie Ka­łu­gin. - A na­wet wię­cej! O mało nie wy­le­ciał przez pa­nią z po­li­cji.

- Za­raz, za­raz! - Le­on­tyna się za­wa­hała. - Nie zła­pał za­bójcy, śledz­two umo­rzono.

- A jak pani my­śli, kto zna­lazł wa­sze...

- Ka­łu­gin! - Pasz­kie­wicz w jed­nej chwili stra­cił całe opa­no­wa­nie. - Pan się za­po­mina! Wo­ro­nin za­bro­nił!

- ...kto zna­lazł wa­sze pie­nią­dze? - Po­rucz­nik nie za­mie­rzał przej­mo­wać się pro­te­stami ad­wo­kata.

- Bzdura! - Le­on­tyna ze­rwała się na równe nogi. - Pre­zes Kro­nen­berg za­rzą­dził kon­trolę. Urzęd­nik przez po­myłkę...

- Dziecko nie uwie­rzy, że Kro­nen­berg miał ba­ła­gan w banku.

- Kła­mie pan!

- Nie mu­szę. Me­ce­nas po­wie do­kład­nie to samo.

- To prawda?! - Chwy­ciła Pasz­kie­wi­cza za rę­kaw. - Czy to prawda?

- Tak. - Ad­wo­kat choć wy­trą­cony z rów­no­wagi nie­ocze­ki­wa­nym ob­ro­tem spraw, nie za­mie­rzał za­prze­czać. - Ale nie po­wiem nic wię­cej.

Le­on­tyna przy­mknęła oczy: czuła, że za­raz ze­mdleje.

Od dawna uwa­żała, że to mało praw­do­po­dobne, aby za znik­nię­cie pie­nię­dzy od­po­wia­dał nie­uważny urzęd­nik, który po po­now­nej wpła­cie za­księ­go­wał je na nie­wła­ści­wym kon­cie - prze­cież oj­ciec nie po to sprze­dał pa­piery war­to­ściowe, wziął po­życzkę i wy­niósł z banku sto ty­sięcy ru­bli, aby za­raz od­da­wać pra­wie całą kwotę. Wo­lała jed­nak nie do­cie­kać prawdy. Przy­jęła za do­brą mo­netę wy­ja­śnie­nia, któ­rymi wraz z prze­pro­si­nami oso­bi­ście ura­czył ją Kro­nen­berg. Po­zwa­lały wie­rzyć, że wy­stępny ro­dzi­ciel przej­mo­wał się jed­nak lo­sem żony i dzieci. A tej wiary po­trze­bo­wały wszyst­kie trzy, aby móc prze­trwać ko­lejną ro­dzinną tra­ge­dię i nie po­stra­dać zmy­słów.

W tej chwili Le­on­tyna otrzy­mała po­twier­dze­nie, że jej po­dej­rze­nia były słuszne: za­trosz­czył się o nią nie oj­ciec, tylko obcy męż­czy­zna. Po­li­cjant.

Ro­sja­nin.

- Nie ob­cho­dzi mnie, jak zna­la­zły się pie­nią­dze. - Splo­tła ręce w obron­nym ge­ście.

- A Saszka? - Ka­łu­gin spoj­rzał jej pro­sto w oczy. - Też pani nie ob­cho­dzi? Nic a nic?

Wy­trzy­mała jego wzrok i prze­cząco po­krę­ciła głową. Po­rucz­nik ode­tchnął gło­śno, a po­tem rzu­cił z roz­pa­czą w gło­sie:

- Nie wiem, co on w pani zo­ba­czył!

Od­wró­cił się na pię­cie i wy­szedł z ga­bi­netu, mocno trza­ska­jąc drzwiami.

4.

- Alek­san­drze Ni­ki­ty­czu, ma­cie go­ścia!

Wo­ro­nin prze­rwał kon­tem­plo­wa­nie za­cie­ków na su­fi­cie i ze zdzi­wie­niem spoj­rzał na Sieńkę sto­ją­cego w progu celi; za­my­ślił się tak głę­boko, że nie zwró­cił uwagi na szczęk­nię­cie zamka.

- Po­wiedz­cie me­ce­na­sowi Pasz­kie­wi­czowi, że nie chcę go wi­dzieć - rzu­cił.

- To nie ad­wo­kat. - Sieńka wy­szcze­rzył nie­kom­pletne uzę­bie­nie. - Wa­sza na­rze­czona przy­szła.

- Jaka na­rze­czona?! - Alek­san­der po­de­rwał się z pry­czy.

- Czyż­by­ście mieli kilka? - Straż­nik nie prze­sta­wał się uśmie­chać, a on, nie­ocze­ki­wa­nie i nieco wbrew so­bie, po­czuł za­cie­ka­wie­nie.

Dwa razy w ży­ciu za­mie­rzał się że­nić, ale ni­gdy nie do­tarł do etapu za­rę­czyn. Kim więc była osoba, która zdo­łała prze­ko­nać pro­wa­dzą­cego śledz­two Lan­gera, aby po­zwo­lił jej na wi­dze­nie z więź­niem? Sio­stra miesz­kała da­leko stąd, Irena uni­kała go jak ognia, a panna Le­on­tyna wy­je­chała za gra­nicę - żadna inna ze zna­nych mu ko­biet nie od­wa­ży­łaby się na taką ma­ska­radę.

- Pójdę i zo­ba­czę - oświad­czył wresz­cie.

- A jest na co po­pa­trzeć. - Sieńka mru­gnął po­ro­zu­mie­waw­czo.

- Chyba się za­po­mi­na­cie, Gu­siew? - Po­gro­ził straż­ni­kowi pal­cem.

Straż­nik wcale nie prze­jął się re­pry­mendą, tylko wzru­szył ra­mio­nami, a po­tem ob­rzu­cił Wo­ro­nina kry­tycz­nym spoj­rze­niem.

- Jak was zo­ba­czy, uciek­nie z krzy­kiem. Taka ele­gancka da­mula.

- Otwórz­cie tu łaź­nię, to będę ład­niej­szy. - Zda­wał so­bie sprawę, że z każ­dym dniem co­raz mniej przy­po­mina cy­wi­li­zo­wa­nego czło­wieka. Na szczę­ście nie zdą­żył jesz­cze zła­pać wszy. - Idziemy.

Gu­siew otwo­rzył przed nim drzwi na całą sze­ro­kość. Chyba na­wet nie po­my­ślał o ja­kich­kol­wiek za­bez­pie­cze­niach; od pierw­szego dnia za­cho­wy­wał się tak, jakby wciąż miał do czy­nie­nia z urzęd­ni­kiem wyż­szej rangi, a nie ze zwy­kłym aresz­tan­tem.

Wo­ro­nin szyb­kim kro­kiem prze­mie­rzał zna­jome wię­zienne ko­ry­ta­rze, wresz­cie do­tarł do klatki scho­do­wej, która była tak samo brudna i za­nie­dbana jak cele, i za­czął scho­dzić na par­ter. Sieńka, po­gwiz­du­jąc fał­szy­wie, po­dą­żał za nim. Zza ścian mi­ja­nych po­miesz­czeń do­cho­dziły pod­nie­sione głosy, a na­wet pła­cze. W po­wie­trzu uno­sił się fe­tor stę­chli­zny i od­cho­dów.

Na par­te­rze po­ko­nali kilka cia­snych, byle jak oświe­tlo­nych ko­ry­ta­rzy i do­tarli do sali wi­dzeń, gdzie cze­kała wy­tworna ciem­no­włosa dama. Alek­san­der za­klął ci­cho, po­nie­waż roz­po­znał ją od razu.

5.

Jesz­cze tego ranka Le­on­tyna szcze­rze cie­szyła się na spo­tka­nie z ciotką Bu­rzyń­ską; przez kil­ka­na­ście mie­sięcy stę­sk­niła się na­wet za jej zrzę­dze­niem i zło­śli­wo­ściami. Wspo­mnie­nia jed­nak szybko zde­rzyły się z rze­czy­wi­sto­ścią i już po kilku ły­kach her­baty panna bez zdzi­wie­nia stwier­dziła, że tę­sk­nota znik­nęła jak sen złoty, a jej miej­sce za­jęło znie­cier­pli­wie­nie i iry­ta­cja. Za­miast tkwić przy stole i z uprzej­mym uśmie­chem wy­słu­chi­wać mo­no­lo­gów Okta­wii, Le­on­tyna chęt­nie wró­ci­łaby do domu i za­sta­no­wiła się nad tym, czego do­wie­działa się rano.

Ta­kie roz­wią­za­nie nie wcho­dziło, nie­stety, w grę. Wes­tchnęła więc w du­chu i po­sta­no­wiła po­świę­cić wię­cej uwagi żo­nie Ja­nu­sza. Fe­li­cja była drobną, pełną wdzięku bru­netką. Panna Ra­packa do­sko­nale pa­mię­tała ją z pen­sji, choć szwa­gierka uczęsz­czała na niż­sze kursy. Obec­nie nie wy­glą­dała tak ład­nie jak za szkol­nych cza­sów; miała pod­krą­żone oczy i na­puch­niętą twarz. Do­le­gli­wo­ści za­awan­so­wa­nej ciąży da­wały się jej mocno we znaki. Pew­nie wo­la­łaby od­po­cząć, niż brać udział w ro­dzin­nej her­batce, ale świe­kra naj­wy­raź­niej nie dała jej wy­boru.

Okta­wia tym­cza­sem za­koń­czyła opo­wieść o ostat­nich wy­da­rze­niach ro­dzin­nych i kiedy zła­pała od­dech, przy­po­mniała so­bie o dawno nie­wi­dzia­nych sio­strze­ni­cach. Pod­nio­sła do oczu lor­gnon i zlu­stro­wała uważ­nie obie panny.

- Hel­ciu, na­prawdę pięk­nie wy­glą­dasz - stwier­dziła ze zdzi­wie­niem.

- Jest blada ni­czym śmierć na cho­rą­gwi - od­po­wie­działa chłodno matka, która z ja­kie­goś po­wodu nie wy­da­wała się uszczę­śli­wiona spo­tka­niem z sio­strą.

- Ale dzięki temu taka in­te­re­su­jąca. Zrobi kon­kietę, kiedy za­cznie by­wać w to­wa­rzy­stwie.

- To­wa­rzy­stwo musi za­cze­kać. Jak za­koń­czy na­ukę, wtedy przyj­dzie pora na kon­kiety.

- Oby nie było za późno. Ty w jej wieku mia­łaś już dziecko, a jedna stara panna w ro­dzi­nie wy­star­czy. - Ciotka spoj­rzała z dez­apro­batą na Le­on­tynę.

- Te­nia, gdyby chciała, pięć razy wy­szłaby za mąż! - obu­rzyła się He­lenka. - Opie­kuje się nami i nie ma czasu...

- Te­nia zmar­no­wała so­bie ży­cie na wła­sne ży­cze­nie - prze­rwała jej ciotka. - Panny, które nad­mier­nie gry­ma­szą, prze­waż­nie zo­stają na lo­dzie. Pa­mię­taj o tym, moje dziecko.

- Te­nia, je­śli ze­chce, za­raz znaj­dzie so­bie męża.

- Twoją sio­strą mogą za­in­te­re­so­wać się tylko wdowcy. Ża­den ka­wa­ler nie weź­mie so­bie żony w ta­kim wieku!

- Taki wiek ma pewne za­lety. - Le­on­tyna miała dość tego, że ciotka igno­ruje jej obec­ność. - Wresz­cie mogę wyjść sama z domu. Albo po­za­ła­twiać sprawy w banku.

- Te­niu, ty na­prawdę... - Okta­wia pod­nio­sła dłoń do piersi i spoj­rzała ze zgrozą naj­pierw na dziew­czynę, a po­tem na jej matkę. - Sły­sza­łam plotki, ale nie są­dzi­łam... Ona na­prawdę zaj­muje się wa­szymi pie­niędzmi?! Prze­cież Ksa­wery pro­po­no­wał po­moc. Ja­nusz też mógłby... Za­rzą­dza­nie ma­jąt­kiem to za­ję­cie dla męż­czy­zny, a nie dla mło­dej ko­biety!

- O ile pa­mięć mnie nie myli, przed chwilą na­zwa­łaś ją starą panną - przy­po­mniała sio­strze pani Ame­lia. - Bądź więc uprzejma się zde­cy­do­wać.

Matka, która po kom­bi­na­cjach zmar­łego męża i pre­zesa Kro­nen­berga uznała, że w spra­wach fi­nan­so­wych nie za­ufa już żad­nemu męż­czyź­nie, po­cząt­kowo sama za­mie­rzała za­jąć się wszyst­kim, ale oka­zało się to zbyt mę­czące i skom­pli­ko­wane, więc obo­wią­zek szybko spadł na zu­peł­nie do tego nie­przy­go­to­waną Le­on­tynę. Dziew­czyna nie miała wyj­ścia - za­ci­snęła zęby i na­tych­miast za­częła się do­kształ­cać. Wbrew jej oba­wom kwe­stie eko­no­miczne oka­zały się cał­kiem cie­kawe i szybko wcho­dziły do głowy.

- Ona na­prawdę zmar­nuje so­bie ży­cie. - Ciotka wy­glą­dała, jakby miała za­raz ze­mdleć. - Naj­pierw za­daje się z byle kim, a po­tem zaj­muje, czym nie po­winna. A ty na to po­zwa­lasz, za­miast wy­dać ją za mąż.

Matka sap­nęła zło­wrogo i już miała się ode­zwać, ale nie zdą­żyła, bo wy­prze­dziła ją Le­on­tyna, która wy­trzy­ma­łaby atak na sie­bie, ale nie mo­gła zdzier­żyć, że ciotka ob­raża więź­nia Cy­ta­deli i ze­słańca.

- Ignacy... - za­częła.

- Nie cho­dzi o Osiń­skiego! - prze­rwała jej na­tych­miast ciotka. - Ten so­cja­li­sta to na­wet ro­man­tyczna hi­sto­ria. Mó­wię o tam­tym Mo­skalu! Jak mo­głaś tak się z nim spo­ufa­lić? Nie dość, że po­li­cyjny hy­cel, to jesz­cze z mar­nej ro­dziny. Ima­gi­nuj so­bie - Okta­wia spoj­rzała na sio­strę - że jego oj­ciec ma w Mo­skwie sklep ko­lo­nialny. Sklep ko­lo­nialny!

Panna na­gle po­ża­ło­wała, że nie wy­pada wstać i de­mon­stra­cyj­nie odejść od stołu.

- Ja­nusz na­opo­wia­dał ci bzdur - wtrą­ciła się znie­cier­pli­wiona pani Ame­lia. - Przy­kre, że nie umiał przy­jąć re­kuzy z god­no­ścią.

Fe­li­cja, do tej pory w mil­cze­niu przy­słu­chu­jąca się dys­ku­sji, wes­tchnęła i po­ło­żyła dłoń na brzu­chu. Wy­glą­dała, jakby za­raz miała się roz­pła­kać. Szybko spu­ściła głowę. Ciotka, która za­mie­rzała wła­śnie coś po­wie­dzieć, za­mknęła usta. Le­on­tyna zaś uświa­do­miła so­bie, że młoda żona ko­cha Ja­nu­sza. Miała na­dzieję, że ku­zyn po­trafi to do­ce­nić.

6.

- Co tu, do czorta, ro­bisz?! - za­py­tał Alek­san­der, kiedy prze­szło mu naj­więk­sze zdu­mie­nie.

- Li­czy­łam na ser­decz­niej­sze po­wi­ta­nie. - Ta­tiana Fio­do­rowna Kry­łowa, znana śpie­waczka tu­dzież nie­do­szła na­rze­czona nu­mer je­den, wdzięcz­nym ru­chem od­rzu­ciła wo­alkę i po­słała mu za­lotne spoj­rze­nie. Otwo­rzył usta, ale nie zdo­łał się ode­zwać, na­gle oszo­ło­miony jej urodą; przez sie­dem lat pra­wie za­po­mniał, jaka to pięk­ność.

- Nie tę­sk­ni­łem - rzu­cił w końcu, zi­ry­to­wany wła­sną sła­bo­ścią. Nie po­wi­nien za­po­mi­nać, ile kosz­to­wała go mi­łość do tej ko­biety. - I nie chcę roz­ma­wiać. Gu­siew, idziemy! - Od­wró­cił się w stronę drzwi, ale straż­nika nie było: wy­szedł z sali i zo­sta­wił ich sa­mych. Do­prawdy, ładne po­rządki mieli w tym wię­zie­niu, po­wi­nien zło­żyć skargę.

- Sa­sza, za­cze­kaj! - Chwy­ciła go za rękę.

Ode­tchnął. Nie­gdyś naj­lżej­szy jej do­tyk bu­rzył w nim krew, ale te­raz czuł tylko zwy­czajne cie­pło.

- Wy­słu­chaj mnie - po­wtó­rzyła bła­gal­nie. Przy­su­nęła się bli­żej i za­rzu­ciła mu ra­miona na szyję. Owio­nął go zna­jomy za­pach per­fum; gdyby za­mknął oczy, mógłby za­po­mnieć o wię­zie­niu i znowu zna­leźć się w Mo­skwie, w woj­sku. W domu.

Na szczę­ście szybko oprzy­tom­niał.

- Po co przy­szłaś? - za­py­tał z iry­ta­cją. I po­my­śleć, że sie­dem lat temu klę­czałby u jej stóp i bła­gał choćby o kop­niaka.

- Zmie­ni­łeś się.

- Bo sie­dzę tu szó­sty dzień. Za­ro­słem jak zbój.

- Zmęż­nia­łeś. - Nie spusz­czała z niego wzroku. - Nie je­steś już taki...

- Jaki? - Wy­plą­tał się wresz­cie z jej ob­jęć. - Głupi?

- De­li­katny.

- Gdy­byś jesz­cze nie wie­działa, oskar­żają mnie o za­bi­cie ko­chanki.

- Nie wie­rzę. - Po­krę­ciła głową. - By­łeś naj­po­rząd­niej­szym męż­czy­zną, ja­kiego spo­tka­łam w ży­ciu.

- I dla­tego po­sła­łaś mnie do czorta?

Wes­tchnęła, ale nie wy­glą­dała na obu­rzoną jego gru­biań­stwem.

- Nie­dawno wró­ci­łam z Pa­ryża i szu­ka­łam cię, Sa­sza. W Mo­skwie, po­tem w Pe­ters­burgu. Wresz­cie do­wie­dzia­łam się, że je­steś w War­sza­wie.

- I przy­je­cha­łaś spe­cjal­nie, żeby się ze mną spo­tkać? - za­py­tał kpiąco.

- Sko­rzy­sta­łam z za­pro­sze­nia pre­zesa tu­tej­szych te­atrów i pod­pi­sa­łam kon­trakt z operą. Będę wy­stę­po­wać przez cały mie­siąc. Ale masz ra­cję, zro­bi­łam to, żeby się z tobą spo­tkać.

- Dla­czego?

- Ko­cham cię.

Nie wy­trzy­mał, par­sk­nął gorz­kim śmie­chem.

- Nie wie­rzysz mi - wes­tchnęła ze smut­kiem i na­gle jakby się skur­czyła. - Ale to prawda.

- Kiedy wi­dzie­li­śmy się po­przed­nim ra­zem, mó­wi­łaś coś in­nego. Za­raz, jak to było...? Że przez smar­ka­cza bez gro­sza nie zmar­nu­jesz so­bie ani ży­cia, ani ka­riery?

- Sa­sza, by­łam młoda. - Znowu chwy­ciła go za rękę. - I głu­pia. My­li­łam się. Te­raz wiem, że chcę tylko cie­bie. Za­wsze chcia­łam.

Wo­ro­nin w mil­cze­niu po­krę­cił głową. Może i po­tra­fiła do­sko­nale śpie­wać, ale ak­torką była na­der mierną.

7.

- O czym my­ślisz?

Le­on­tyna od­wró­ciła się od okna, przy któ­rym spę­dziła ostat­nie kil­ka­na­ście mi­nut. Od­kąd wró­ciła z kan­ce­la­rii Pasz­kie­wi­cza, nie mo­gła po­zbie­rać my­śli.

- Cho­dzi o pana Alek­san­dra, prawda? - He­lena sta­ran­nie za­mknęła za sobą drzwi.

W pierw­szej chwili chciała skła­mać, ale zda­wała so­bie sprawę, że w kwe­stii Wo­ro­nina nie oszuka by­strej nad wiek dziew­czyny. Stać ją było tylko na lek­kie ski­nie­nie głową.

- Tę­sk­nisz za nim? - Hela oparła się o pa­ra­pet i swoim zwy­cza­jem spoj­rzała jej pro­sto w oczy.

Śmierć ojca za­po­cząt­ko­wała naj­gor­szy okres w ży­ciu Le­on­tyny. Mu­siała zma­gać się nie tylko z bó­lem straty, ale też po­czu­ciem, że naj­bliż­szy czło­wiek za­cho­wy­wał się ha­nieb­nie i przez to spro­wa­dził nie­szczę­ście na całą ro­dzinę. Na do­da­tek ze swoją roz­pa­czą i stra­chem zo­stała sama. Nic więc dziw­nego, że stra­ciła głowę dla mi­łego i - co tu kryć - przy­stoj­nego męż­czy­zny, który obie­cał zna­leźć mor­dercę i wy­rów­nać ra­chunki. Do tego, jako je­dyny, zda­wał się ro­zu­mieć jej roz­terki. A na­wet twier­dził, że ją po­ko­chał.

Wie­rzyła w jego szcze­rość. I choć ro­zu­miała nie­sto­sow­ność tej re­la­cji, nie miała siły z niej zre­zy­gno­wać. Wciąż znaj­do­wała nowe pre­tek­sty, aby spo­tkać się z Wo­ro­ni­nem i w końcu na­brała prze­ko­na­nia, że tylko wy­jazd na Sy­be­rię z ów­cze­snym na­rze­czo­nym, któ­remu gro­ziła ka­torga, zdoła de­fi­ni­tyw­nie za­koń­czyć tę zna­jo­mość. Wsty­dziła się przy­znać, ale kiedy Ignacy ze­rwał za­rę­czyny, po­my­ślała, że prze­wrotny los naj­wy­raź­niej sprzyja jej i Alek­san­drowi.

Po­my­liła się.

Po sa­mo­bój­czej śmierci Lu­dwika roz­pę­tało się pie­kło. Żan­darmi, wście­kli, że po­dej­rzany wy­mknął się im w ostat­niej chwili, pró­bo­wali wy­do­być coś z niej, z matki, z Pe­la­gii, nie zo­sta­wili w spo­koju na­wet cho­rej z roz­pa­czy He­leny. Le­on­tyna przez kilka dni na­prawdę ży­wiła obawę, że wszyst­kie cztery skoń­czą w ja­kiejś za­bi­tej de­skami wsi na Sy­be­rii.

Na szczę­ście wuj Le­wiń­ski tym ra­zem sta­nął na wy­so­ko­ści za­da­nia. Wziął do po­mocy praw­nika Bu­rzyń­skich, me­ce­nasa Roz­toc­kiego oraz Pasz­kie­wi­cza i zdo­łał prze­ko­nać sa­mego szefa żan­dar­me­rii, że pa­nie Ra­pac­kie są czy­ste jak łza. Po­tem jesz­cze wy­jed­nał dla nich zgodę na wy­jazd za gra­nicę.

Pierw­sze mie­siące w Szwaj­ca­rii dały się Le­on­ty­nie ogrom­nie we znaki i na­wet my­ślała, że nie zdoła ich prze­trwać o zdro­wych zmy­słach. Ża­łoba po ojcu, tłu­miona przez ty­go­dnie ze względu na do­bro wszyst­kich do­koła, ude­rzyła w nią ze zdwo­joną siłą. Do tego do­ło­żył się szok wy­wo­łany gwał­towną śmier­cią brata i obawa o ży­cie, a po­tem zdro­wie He­leny. A także o matkę, która prak­tycz­nie nie roz­sta­wała się z lau­da­num. Któ­re­goś dnia Le­on­tyna zna­la­zła w jej szafce na­wet am­pułki z mor­finą; nie zwa­ża­jąc na krzyki i pro­te­sty ro­dzi­cielki, wy­rzu­ciła wszyst­kie do śmiet­nika. Kiedy przed laty szy­ko­wała się do stu­diów me­dycz­nych, czy­tała, czym mogą skoń­czyć się eks­pe­ry­menty z tym le­kar­stwem.

Na do­da­tek mu­siała uczyć się za­rzą­dza­nia pie­niędzmi. Wie­czo­rem pa­dała więc bez sił na łóżko, ale prze­waż­nie nie mo­gła za­snąć. My­ślała wtedy o Alek­san­drze. Za­sta­na­wiała się, gdzie jest i co robi. Czy jesz­cze o niej pa­mięta? Cza­sem miała do niego żal, że ją za­wiódł, a może na­wet oszu­kał - nie­wy­klu­czone, że miał ja­kieś kon­szachty z żan­dar­me­rią. In­nym ra­zem pła­kała i gry­zła palce z tę­sk­noty, jed­no­cze­śnie nie­na­wi­dząc sa­mej sie­bie i prze­kli­na­jąc tę ka­ry­godną sła­bość.

Wresz­cie od­zy­skała nieco roz­sądku i po­sta­no­wiła, że zrobi wszystko, aby za­po­mnieć. Mo­gła mieć wąt­pli­wo­ści co do róż­nych kwe­stii, ale jed­nego nie mo­gła zmie­nić: Wo­ro­nin był Ro­sja­ni­nem, ona - Po­lką, a to roz­dzie­lało ich bez­a­pe­la­cyj­nie. Je­śli kie­dy­kol­wiek ist­niała dla nich na­dzieja na wspólne ży­cie, to śmierć Lu­dwika osta­tecz­nie ją prze­kre­śliła - ro­dzina i zna­jomi prze­nigdy nie wy­ba­czy­liby jej związku z re­pre­zen­tan­tem na­cji i wła­dzy, która przy­czy­niła się do sa­mo­bój­stwa brata. Do tego, ich zda­niem - jak to do­sad­nie okre­śliła ciotka Okta­wia - był byle kim, "po­li­cyj­nym hyc­lem".

Le­on­tyna trzy­mała się więc kon­se­kwent­nie swo­jego po­sta­no­wie­nia i wresz­cie uznała, że Wo­ro­nin to tylko cień prze­szło­ści.

Tyle że w War­sza­wie, za­raz po po­wro­cie, ta prze­szłość ją do­pa­dła.

Naj­pierw do­wie­działa się, że Alek­san­der zo­stał oskar­żony o za­bi­cie ko­chanki, z którą zwią­zał się, kiedy ona wy­je­chała z mia­sta. Wma­wiała so­bie, że nie dba o to, w końcu mógł ro­bić, co chciał, ale jed­no­cze­śnie nie­swojo czuła się ze świa­do­mo­ścią, że tak szybko zna­lazł po­cie­sze­nie. Naj­gor­sze, że nie miała po­ję­cia, co my­śleć o jego udziale w zbrodni. Nie mie­ściło jej się w gło­wie, że mógłby skrzyw­dzić ko­bietę. I jesz­cze te od­zy­skane pie­nią­dze... Da­łaby na­prawdę wiele, aby do­wie­dzieć się, z ja­kiej dziury je wy­ko­pał. Nie wąt­piła, że wiele ry­zy­ko­wał... dla niej.

- Na­szą roz­mowę sły­chać było aż w kan­ce­la­rii? - za­py­tała z re­zy­gna­cją.

- Mu­sia­ła­bym być głu­cha jak pień, żeby nic nie sły­szeć. - He­lenka uśmiech­nęła się blado. - Przez chwilę ba­łam się, że po­rucz­nik coś ci zrobi i już mia­łam biec na ra­tu­nek.

- Nie wie­rzysz, że Wo­ro­nin za­bił tę dziew­czynę?

- Przed obia­dem po­pro­si­łam stróżkę, żeby ku­piła kilka ga­zet. Przej­rza­łam wszyst­kie i w "Ku­rie­rze Po­ran­nym" zna­la­złam in­for­ma­cję, że ofiara była ba­let­nicą. Pana Wo­ro­nina po­dobno zła­pali na go­rą­cym uczynku.

- Co to zna­czy?

- Stał nad zwło­kami. Do tego po­noć ka­te­go­rycz­nie od­ma­wia ze­znań i nie ży­czy so­bie ad­wo­kata. Tyle że... pan Wo­ro­nin jest zdolny do wielu rze­czy, szcze­gól­nie dla cie­bie. Ale nie do mor­der­stwa!

- Mie­sza­nie się w tę sprawę by­łoby sza­leń­stwem.

- Nie mie­szaj się. - Sio­stra pod­nio­sła głowę i spoj­rzała jej w twarz. - Po­proś go tylko, żeby przy­jął po­moc Pasz­kie­wi­cza.

- My­ślisz, że mnie po­słu­cha?

- Cie­bie jed­nej. Zrób to... Przy­naj­mniej do niego na­pisz.

- Hel­ciu, co bę­dzie, je­śli mama się do­wie? Albo ciotka Bu­rzyń­ska?

- To do­bry czło­wiek. - He­lena na­dal nie spusz­czała z niej upar­tego wzroku.

- Dla­czego tak ci na nim za­leży?

- Po pro­stu...

- Dla­czego?

- Nie ro­zu­miesz? Mamy wo­bec niego dług. Dla nas... Dla cie­bie za­ry­zy­ko­wał sta­no­wi­sko, a może na­wet wol­ność.

- Nie zna­lazł za­bójcy ojca. A reszta... reszta to tylko pie­nią­dze.

- Chyba żar­tu­jesz?! - żach­nęła się sio­stra. - Bez tych pie­nię­dzy nie mia­ły­by­śmy nic, na­wet wła­snego da­chu nad głową! Mama nie od­zy­ska­łaby spo­koju, a ja zdro­wia. A za­bójca... - urwała na­gle. Miała przy tym tak dziwny wy­raz twa­rzy, że Le­on­tyna po­czuła nie­po­kój: na­gle przy­szło jej do głowy, że He­lena coś przed nią ukrywa.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki