Warstwy podskórne - Marcin Silwanow

Kup ebooka

34.99 zł
26.94 zł (20,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Jasne, przy­jeż­dżaj. U cie­bie? Dobra. Daj mi pół godziny. Dokoń­czę jedną rzecz i idę. - Piotr Raj­ski roz­łą­czył się i poło­żył tele­fon obok lap­topa. Popa­trzył na ekran kom­pu­tera, zmie­nił tekst pod zdję­ciem na kur­sywę, zmniej­szył czcionkę na dzie­siątkę i zapi­sał plik.

"Moja ulu­biona forma lite­racka to raport" - przy­po­mniał sobie zda­nie, które wypo­wie­dział nie­dawno w roz­mo­wie ze zna­jo­mym. Tak, coś w tym było. Od jakie­goś czasu lubo­wał się w tabe­lach, równo roz­miesz­czo­nych zda­niach, pod­kre­śle­niach, pogru­bie­niach, dopiesz­cza­niu kla­row­no­ści formy. Znaj­do­wał w tym przy­jem­ność, gdy za pomocą kur­sora i róż­nych funk­cji edy­tora, niczym Michał Anioł dłu­tem w mar­mur, wcho­dził w surową mate­rię raportu. Zazna­czał, zmniej­szał, prze­no­sił, doda­wał, wsta­wiał, by na końcu, po wielu godzi­nach, ode­tchnąć z ulgą i scrol­lu­jąc ukoń­czony plik PDF, prze­ży­wać este­tyczną satys­fak­cję. Takie dzi­wac­two, o które jesz­cze dzie­sięć lat temu by sie­bie nie podej­rze­wał, a które na stu­diach uznałby za zbrod­nię i śmierć duszy. Raj­ski bowiem - jako rasowy huma­ni­sta - nie cenił ni­gdy porządku, a chaos i impul­syw­ność wyda­wały mu się kwin­te­sen­cją arty­stycz­nego spo­sobu bycia, do jakiego aspi­ro­wał.

Na stu­diach słowo "raport" budzi­łoby w nim naj­gor­sze sko­ja­rze­nia. Z nie­uf­no­ścią i pełną lito­ści pobłaż­li­wo­ścią patrzyłby zapewne na osobę, która wyzna­łaby przy nim, że widziała jaki­kol­wiek raport. Prze­cież raport to sche­mat, tabelki, ramy. A gdzie dusza, wol­ność, sztuka? W tam­tych latach Raj­ski nosił jed­nak dłu­gie włosy, odpa­lał papie­rosa od papie­rosa, a zamiast typo­wych dla wieku uciech z oko­lic towa­rzy­sko-pro­kre­acyj­nych wolał samo­udrę­cze­nie w postaci smęt­nych roz­wa­żań auto­rów, któ­rych odcho­ro­wać powi­nien każdy sza­nu­jący się wraż­li­wiec jego poko­le­nia. Co wię­cej, Piotr Raj­ski sam podej­mo­wał próby lite­rac­kie, gładko prze­cho­dząc z nasto­let­niej poezji w dwu­dzie­sto­let­nią prozę - i z powro­tem. Po kil­ku­na­stu latach od ukoń­cze­nia stu­diów ściął włosy, zaczął palić elek­tro­nicz­nego papie­rosa, a poezję i prozę porzu­cił - na rzecz rapor­tów. Przy­szło mu to natu­ral­nie, bo pro­wa­dził biuro detek­ty­wi­styczne, gdzie nad gięt­kość pióra wyżej ceni się zwię­złe opisy, a jesz­cze wyżej dobre zdję­cia.

W końcu wyłą­czył lap­top, wstał i wsu­nął tele­fon do lewej kie­szeni spodni. Zawsze do lewej. Potem wyłą­czył listwę zasi­la­jącą i wyszedł z biura. Po zej­ściu z pierw­szego pię­tra, na któ­rym wynaj­mo­wał nie­wiel­kie biuro, wyszedł przed budy­nek. Przez chwilę się wahał, czy jechać samo­cho­dem, ale osta­tecz­nie uznał, że na Sura­ską ma bli­sko i może się przejść. Nie żeby dla zdro­wia, aż takim entu­zja­stą zdro­wego trybu życia nie był. Tyta­nem kon­dy­cji też nie, ale na brak formy nie mógł narze­kać. Typ prze­ciętny z plu­sem, zwa­żyw­szy na pół­me­tek życia, który nie­dawno prze­kro­czył. Był szczu­pły, wysoki, w zasa­dzie miej­scami chudy. Uza­sad­nie­niem spa­ceru nie było więc w jego przy­padku spa­le­nie kalo­rii.

Widział przed sobą spa­ce­ro­wi­czów, dzieci gania­jące mię­dzy gołę­biami, spo­kojny, rado­sny miej­ski gwar. To zawsze popra­wiało mu humor. Lubił patrzeć na prze­cho­dzą­cych obok niego ludzi, pochło­nię­tych swo­imi spra­wami. Wycho­dząc na Rynek Kościuszki, skrę­cił w prawo i pod­jaz­dem dla wóz­ków zaczął iść w kie­runku Sura­skiej. Na chwilę przy­sta­nął przed otwar­tymi drzwiami lokalu, w któ­rym daw­niej znaj­do­wała się księ­gar­nia Akcent, i wypa­try­wał, czy wewnątrz są jesz­cze książki, czy już tylko piwo.

Gdy doszedł do Sura­skiej, popa­trzył na zega­rek w tele­fo­nie i stwier­dził, że do umó­wio­nego spo­tka­nia zostało mu jesz­cze szes­na­ście minut. Raj­ski lubił być punk­tu­alny. Zawró­cił więc w kie­runku Rynku Kościuszki i usiadł na pierw­szej wol­nej ławce z wido­kiem na plac przy ratu­szu i oka­la­jące go ogródki knajp. Roz­siadł­szy się wygod­nie, nie­wi­dzą­cym wzro­kiem prze­cią­gnął po oto­cze­niu. W myślach wró­cił do tele­fonu, który kil­ka­na­ście minut wcze­śniej ode­brał, i do zagad­ko­wej prośby o spo­tka­nie. Czego może chcieć Ryszard? Jakieś superz­le­ce­nie? Może wybory samo­rzą­dowe i jakiś kan­dy­dat... zdję­cie... arty­kuł w pra­sie? Nie, z taką sprawą by nie dzwo­nił. O co może cho­dzić?

Nagle prze­niósł się w myślach trzy lata wstecz. Przy­po­mniał sobie przy­pad­kowe spo­tka­nie w cen­trum ze zna­jo­mym gra­fi­kiem, który spa­ce­ro­wał z jakimś star­szym gościem. Pamię­tał, że krótko się przy­wi­tał z kolegą, a idący obok niego facet pierw­szy wycią­gnął rękę i przed­sta­wił się: "Ryszard Gaszyń­ski". Zaraz po tym podał Raj­skiemu wizy­tówkę. Kar­teczka jakich wiele, a w zasa­dzie jakich nie­wiele, ale to odkrył dopiero po cza­sie. Gdy dowie­dział się, kim jest Gaszyń­ski. Wtedy, trzy lata temu, zoba­czył star­szego faceta, przy­stoj­nego, dobrze ubra­nego, z - jak to mówią - spor­tową ele­gan­cją. Nie umknął uwa­dze Raj­skiego maleńki dżo­kej na koniu na koszulce polo męż­czy­zny, cał­kiem przy­pad­kiem też zauwa­żył napis "Rolex" na tar­czy jego zegarka. Dziany gość, pomy­ślał wtedy. Oczy­wi­ście Raj­ski nie pozo­stał dłużny i podał face­towi swoją wizy­tówkę, zawsze sta­rał się bowiem nosić kilka przy sobie.

Cie­ka­wość nie dawała mu spo­koju i jesz­cze tego samego dnia, gdy sie­dział przed ekra­nem lap­topa, się­gnął do alu­mi­nio­wego etui, z któ­rego wyjął otrzy­many wcze­śniej bile­cik. Ryszard Gaszyń­ski - pro­ste, czarne litery na środku kar­to­nika, a pod spodem numer tele­fonu. I nic wię­cej. Żad­nego tytułu, funk­cji, adresu, nazwy firmy. Nic. Pra­wie jak sza­blon z porad­nika "Jak nie powinna wyglą­dać wizy­tówka". Cie­kawe, kto mu ją pro­jek­to­wał? Może Bar­tek, ten gra­fik? Tyle że zna­jąc Bartka, spo­dzie­wał się raczej dys­kret­nej ele­gan­cji, a nie tak pry­mi­tyw­nego pro­jektu. Raj­ski wpi­sał szybko w okno wyszu­ki­warki: "Ryszard Gaszyń­ski", dodał "Bia­ły­stok" i wci­snął enter. To, co zoba­czył na ekra­nie lap­topa, zupeł­nie go zasko­czyło. Ujrzał link do pierw­szego z brzegu kata­logu firm i klik­nął go. Po chwili widział już sche­mat powią­zań Ryszarda Gaszyń­skiego ze spół­kami i nazwi­skami. Same szy­chy, naj­więk­sze nazwi­ska lokal­nego biz­nesu. Natych­miast zro­zu­miał, że takiej szansy nie może zmar­no­wać.

Tro­chę się już dusił, jeż­dżąc za nie­wier­nymi mał­żon­kami. Poza tym nieco się to kłó­ciło z jego poj­mo­wa­niem rela­cji dam­sko-męskich, ale pła­cono mu za to, więc zazwy­czaj machał ręką na wła­sne zapa­try­wa­nia i cze­kał godzi­nami w samo­cho­dzie, aż jakiś on lub ona z jakimś nim lub nią pokażą się w zasięgu jego obiek­tywu.

Naj­wię­cej satys­fak­cji dawała mu reali­za­cja zle­ceń dla firm. Tam nie było łez i pokrzyw­dzo­nych dzieci. Nie słu­chał histo­rii życia i narze­kań na teściowe. Mógł na chłodno pla­no­wać pre­cy­zyjne ruchy, które według niego miały przy­nieść pożą­dany efekt. Wtedy wpa­dał w trans. Jeź­dził wię­cej niż trzeba, szu­kał, dzwo­nił, ana­li­zo­wał po wie­lo­kroć już czy­tane doku­menty. Potra­fił kła­mać, prze­ku­py­wać, prze­dzie­rać się przez gąszcz tabe­lek, pro­wo­ko­wać. Podob­nie zresztą dzia­łał, gdy cho­dziło o poszu­ki­wa­nie ludzi. Czuł to, zatra­cał się w tro­pie­niu, kom­bi­no­wał, myślał, pytał, spraw­dzał. To był jego żywioł. Gdzieś tam na końcu, gdy emo­cje już opa­dły, a raport tra­fiał do klienta, miał poczu­cie, że pomógł. Że jakiś czło­wiek czy ludzie zyskali coś dzięki jego pracy. Żało­wał tylko, że ta jego pomoc nie jest oczy­wi­sta jak pomoc hydrau­lika czy leka­rza. Jego poma­ga­nie zawsze odby­wało się w ciszy. Nawet gdy sprawy, przy któ­rych pra­co­wał, były na swój spo­sób medialne, o nim nikt nie mówił, nikt gło­śno nie wspo­mi­nał.

Czego mógł chcieć Ryszard? Po spo­tka­niu z Bart­kiem i star­szym męż­czy­zną, a wła­ści­wie po tym, jak spraw­dził w inter­ne­cie, kim był ten nie­znany facet, Piotr liczył, że ta zna­jo­mość mogłaby prze­ło­żyć się na pozy­ska­nie nowych gospo­dar­czych zle­ceń, a z cza­sem na dotar­cie do innych osób powią­za­nych ze śro­do­wi­skiem lokal­nych biz­nes­me­nów. Doszedł w końcu do wnio­sku, że naj­pro­ściej będzie zadzwo­nić. Bez powodu, po pro­stu, w końcu miał wizy­tówkę. Potem jakoś pój­dzie. Zawsze szło. Raj­ski miał wro­dzony dar urze­ka­ją­cej bez­czel­no­ści. Gdy potrze­bo­wał nawią­zać z kimś kon­takt, ni­gdy się nie kry­go­wał, po pro­stu przy­cho­dził lub dzwo­nił. Ta bez­po­śred­niość zjed­ny­wała mu ludzi. Oka­zy­wało się, że nie ma tak zamknię­tych drzwi, któ­rych nor­malna, uprzejma roz­mowa by nie otwo­rzyła. I on z tego korzy­stał. A że język był jed­nym z jego naj­le­piej wyćwi­czo­nych orga­nów, z wdzię­kiem i uśmie­chem otwie­rał cięż­kie drzwi gabi­ne­tów, a skry­tych i nie­uf­nych skła­niał do zwie­rzeń. W pracy ta jego umie­jęt­ność nie­jed­no­krot­nie oka­zy­wała się atu­tem nie do prze­ce­nie­nia, szcze­gól­nie w połą­cze­niu z jego prag­ma­tycz­nym dyle­tan­ty­zmem. Inte­re­so­wał się wie­loma spra­wami, ale żad­nej tak naprawdę nie zgłę­bił. Czy­tał o fizyce, uzdra­wia­niu, histo­rii, poli­tyce, modzie, kosme­tyce. Nie było w tym cie­nia kal­ku­la­cji, po pro­stu lubił dużo wie­dzieć. To powo­do­wało, że inni brali go za swego, sły­sząc, że orien­tuje się w poru­sza­nym tema­cie. Kto nie roz­ma­wia chęt­nie z czło­wie­kiem, który wyka­zuje zain­te­re­so­wa­nie i wie­dzę na temat tego, co nam jest bli­skie? I ludzie już po kilku zda­niach zaczy­nali na Raj­skiego patrzeć życz­li­wiej i chęt­niej mówili, aż z cza­sem powie­dzieli to, czego chciał się dowie­dzieć. Lista osób, która w ten spo­sób ule­gła Pio­trowi, była naprawdę długa.

Mniej wię­cej po tygo­dniu od wspo­mnia­nego spo­tka­nia zadzwo­nił do Gaszyń­skiego, przed­sta­wił się i przy­po­mniał, w jakich oko­licz­no­ściach się poznali. Co cie­kawe, roz­mówca wie­dział, kto dzwoni, czyli - jak domy­ślił się szybko Raj­ski - musiał po spo­tka­niu wpi­sać jego numer z wizy­tówki do kon­tak­tów w tele­fo­nie. Roz­mowa prze­bie­gła miło. Potem były kolejne spo­tka­nia, ale nie­zbyt czę­ste, bo Raj­ski nie chciał być nachalny. Oka­zało się, że jest jakieś poro­zu­mie­nie mię­dzy nimi i szybko prze­sko­czyli od grzecz­no­ścio­wych, bar­dzo ogól­ni­ko­wych roz­mów do kwe­stii zwią­za­nych z życiem oso­bi­stym i życiem w ogóle. Po któ­rymś spo­tka­niu prze­szli na ty i śred­nio co trzy, cztery mie­siące widy­wali się w restau­ra­cjach, które, jak się za każ­dym razem oka­zy­wało, nale­żały do Gaszyń­skiego.

Spoj­rzał na zega­rek w tele­fo­nie i stwier­dził, że czas już iść na spo­tka­nie. Miał jesz­cze kilka minut, ale jego punk­tu­al­ność nie pozwa­lała na zwłokę. Wolał cze­kać, niż żeby to na niego cze­kano. Dla­tego wstał z ławki, popra­wił koszulkę polo, wsu­wa­jąc ją równo w spodnie, i nie­śpiesz­nie poszedł w kie­runku restau­ra­cji, w któ­rej miał się spo­tkać z Gaszyń­skim.

Po chwili zauwa­żył syl­wetkę Ryszarda, który szedł z dru­giej strony Sura­skiej. Z tele­fo­nem przy uchu, w bia­łych lnia­nych spodniach i gra­na­to­wej koszuli. Wylu­zo­wany, uśmiech­nięty. Star­szy facet w dobrej for­mie, pomy­ślał Raj­ski. Zaraz potem uści­snęli sobie dło­nie, a Gaszyń­ski zapra­sza­ją­cym gestem wska­zał, aby weszli na teren restau­ra­cji. Zajęli miej­sca przy sto­liku odda­lo­nym nieco od chod­nika. Cień para­sola sku­tecz­nie tłu­mił żar połu­dnio­wego słońca. Zaraz też pode­szła do nich kel­nerka ubrana w czarną bluzkę i czarne obci­słe spodnie. Dłu­gie jasne włosy miała upięte wysoko. Stu­dentka, pomy­ślał Piotr.

- Czego pano­wie sobie życzą? - zapy­tała z miłym uśmie­chem. Gaszyń­ski wska­zał głową na Raj­skiego, dając do zro­zu­mie­nia, że on pierw­szy powi­nien zło­żyć zamó­wie­nie. Było bar­dzo gorąco, więc pew­nie odpo­wied­niej­sza byłaby jakaś sałatka i zimny sok, ale Raj­ski miał tak wielką ochotę na pizzę, że nie potra­fił się powstrzy­mać i zamó­wił grecką. Do tego popro­sił o zimny sok poma­rań­czowy. Gaszyń­ski nato­miast wybrał zupę, któ­rej nazwy Raj­ski nie zapa­mię­tał. Nic dziw­nego - przy­wykł, że w loka­lach Ryszarda rzadko można było zjeść pomi­do­rową czy rosół. Nawet zwy­kły scha­bowy mie­wał nazwy godne uczty koro­na­cyj­nej. Gdy kel­nerka lekko się ukło­niła i z nie­zmien­nym uśmie­chem znik­nęła wewnątrz restau­ra­cji, Gaszyń­ski zapy­tał, co sły­chać, a Raj­ski jak zwy­kle odpo­wie­dział, że wszystko w porządku. Ta gra wstępna powta­rzała się za każ­dym razem i była nie­pi­sa­nym rytu­ałem, pierw­szym schod­kiem koniecz­nym do przej­ścia. Tro­chę o pogo­dzie, tro­chę o biz­ne­sie obu, ale bez szcze­gó­łów, raczej tyle, że dobrze idzie, choć zawsze mogłoby być lepiej. Dopiero kiedy kel­nerka przy­no­siła potrawy i z uśmie­chem ponow­nie zni­kała, prze­cho­dzili do sedna. Bywało zresztą, że żad­nego sedna nie było. Ot, po przy­ja­ciel­sku gawę­dzili sobie o tym i owym. Raj­ski tro­chę wspo­mi­nał, Gaszyń­ski słu­chał.

Tak było zazwy­czaj. Dziś jed­nak Ryszard wyraź­nie zapo­wie­dział, że ma kon­kretną sprawę, przy któ­rej ocze­kuje pomocy Raj­skiego. Było jasne, że jest poważna, dys­kretna i doty­czy dużych pie­nię­dzy. Było też jasne, że przy­szedł czas, gdy Gaszyń­ski obda­rzy Pio­tra zaufa­niem, któ­rego nie można nad­szarp­nąć.

- Słu­chaj, Pio­trze. Sprawa wygląda tak. Mam pewną nie­ru­cho­mość. Wła­ści­wie to mamy, bo jest ona wła­sno­ścią jed­nej z moich spółek. To dobra loka­li­za­cja, nawet bar­dzo dobra. Tam jest teraz gale­ria. Grunt dzier­ża­wimy tej gale­rii. Jest warty kilka milio­nów, mniej­sza o detale. Cho­dzi o to, że my tę działkę kupi­li­śmy od mia­sta, a wcze­śniej mia­sto prze­jęło ją jako mie­nie bez­spad­kowe. Kie­dyś miało ją dwóch gości, ale wojna, zamie­sza­nie i obaj gdzieś prze­pa­dli. Dużo było takich rze­czy. - Raj­ski kiwał głową, dając znak, że zna te tematy i wszystko rozu­mie. - Ostat­nio coś mnie naszło i tak się zaczą­łem zasta­na­wiać - cią­gnął Gaszyń­ski - czy nie będzie z tego jakiejś nie­spo­dzianki. Wiesz, jak w War­sza­wie było z kamie­ni­cami. To nie cho­dzi nawet o kura­to­rów, tylko teraz jest taka tro­chę moda i wynaj­dują się spod ziemi różni wnu­ko­wie, bra­cia i sio­stry. Potem się oka­zuje, że pań­stwo bez­praw­nie im zabrało zie­mię i budynki. A dalej wiesz, jak jest. Nie ma pew­no­ści, jak to się skoń­czy. Tym bar­dziej że w tej spra­wie cho­dzi o naprawdę drogą działkę. Gale­ria Stok na ulicy War­szaw­skiej - dodał i wymow­nie spoj­rzał na Pio­tra.

Raj­ski znów poki­wał głową.

- Chciał­bym, żebyś się temu przyj­rzał. Żebyś spraw­dził, czy jeden z tych dwóch, któ­rzy prze­pa­dli na woj­nie, nie wysko­czy nam zza grobu i nie powie: to moje. Myślę, że nie wysko­czy, ale dla pew­no­ści. Rozu­miesz. Jakoś mi to ostat­nio nie daje spo­koju.

Raj­ski ukroił kawa­łek pizzy, a Ryszard się­gnął łyżką do tale­rza i nabrał zupy, która była gęsta jak krem, a na jej wierz­chu uno­sił się kawa­łek sma­żo­nego boczku. Przez chwilę obaj jedli w mil­cze­niu.

- Na kiedy? - zapy­tał krótko.

Gaszyń­ski popa­trzył na niego i się uśmiech­nął.

- Nie ma pośpie­chu. To nic pil­nego, sprawa cze­kała tyle lat, to poczeka jesz­cze tro­chę. Po pro­stu coś mnie tknęło i pomy­śla­łem o tobie.

- Dla­czego chcesz spraw­dzić potom­ków tylko jed­nego? - zapy­tał znów Raj­ski.

- Bo drugi się zna­lazł. Z dzie­sięć lat temu. Przy­je­chał z Izra­ela. Ale sytu­acja jest opa­no­wana. Nie chce nic, doga­da­li­śmy się. - Tu Gaszyń­ski uśmiech­nął się zna­cząco.

Raj­ski zro­zu­miał. Kwota wolna od podatku.

- I jesteś pewny, że nic już nie będzie chciał?

- Wiesz, zawsze jest jakieś ryzyko. Tym bar­dziej że, o ile wiem, facet jest bar­dzo... hmm... usto­sun­ko­wany w... admi­ni­stra­cji pań­stwo­wej Izra­ela.

- Rozu­miem - powie­dział Raj­ski, choć wcale nie był pewien, czy dobrze pojął.

Ważne dla niego było teraz to, aby dokład­nie poznać ocze­ki­wa­nia Gaszyń­skiego. Ten miał go za pro­fe­sjo­na­li­stę, więc nie chciał swo­imi pyta­niami suge­ro­wać, że nie wszystko jest dla niego jasne. Jed­no­cze­śnie jed­nak dobrze wie­dział, jakie skutki mogą mieć nie­do­po­wie­dze­nia.

Przez moment pomy­ślał też o swoim wyna­gro­dze­niu. Takie usta­le­nia nie będą tanie, a jemu z kie­szeni się nie wysy­py­wało, a na pewno nie na tyle, żeby fun­do­wać komuś swoją robotę. Gaszyń­ski chyba jed­nak zro­zu­miał ciszę, która nastą­piła, i zapy­tał:

- Możesz to jakoś wyce­nić?

- Trudno tak a priori - odpo­wie­dział Raj­ski. - Muszę się temu przyj­rzeć, zoba­czyć, jaki jest mate­riał wyj­ściowy. Masz jakieś doku­menty? Inte­re­sują mnie głów­nie te naj­bli­żej wojny.

- Tak, oczy­wi­ście, ale nie ma tego zbyt dużo. Takie były wtedy czasy. Kto tam myślał o podob­nych rze­czach. Mam imię i nazwi­sko faceta. Jest chyba też data jego uro­dzin. To zdaje się wszystko.

Raj­ski wziął do ust kawa­łek pizzy i prze­żu­wa­jąc, patrzył to na szklankę soku, to na Gaszyń­skiego. Ten sie­dział wygod­nie roz­party, z lek­kim uśmie­chem czło­wieka speł­nio­nego. Piotr wie­dział, że dla ludzi tego for­matu wiele spraw jest oczy­wi­stych. Nie­war­tych prze­sad­nej uwagi. Dzwo­nią, pro­szą, dostają. Pie­nią­dze cza­sem prze­le­wem, cza­sem gotówką, kie­dyś tam, bez pośpie­chu. W świe­cie Raj­skiego było ina­czej.

- Przy­ślij mi te dane, które masz, popa­trzę - powie­dział, ocie­ra­jąc usta chu­s­teczką. Napił się i dodał: - Potrze­buję chwili. Muszę tro­chę pocho­dzić, popy­tać, uru­cho­mić parę kon­tak­tów. Wiesz, jak jest...

- Tak, tak, jasne - odpo­wie­dział Gaszyń­ski. - Spo­koj­nie, nie śpie­szy się. Dziś lub jutro prze­ślę ci nazwi­sko tego gościa i co tam jesz­cze znajdę. Z tego, co wiem, w archi­wum nie ma zbyt wiele na jego temat. Kogoś już kie­dyś pro­si­łem, żeby rzu­cił okiem. Sprawa jest trudna, o ile w ogóle realna. Ale zoba­czymy, może aku­rat coś ci tam wysko­czy.

Raj­ski kiw­nął głową. W zasa­dzie wszystko już sobie powie­dzieli, więc gdy zadzwo­nił tele­fon Gaszyń­skiego, Raj­ski gestem poka­zał, żeby ten ode­brał, bo on i tak zamie­rza już iść. Ryszard z uśmie­chem ski­nął głową, podał mu rękę, po czym naci­snął zie­loną słu­chawkę.

Gorąco ude­rzyło Raj­skiego, gdy tylko wyszedł z zasięgu cie­nia para­sola. Otarł dło­nią czoło, zatrzy­mał się na chwilę, myśląc, dokąd powi­nien teraz pójść i co zro­bić. Po kilku minu­tach stał już przy swoim samo­cho­dzie i zasta­na­wiał się, czy wejść na górę, do biura, czy jechać do domu. Miał jesz­cze do dokoń­cze­nia raport, nad któ­rym pra­co­wał przed wyj­ściem na spo­tka­nie, ale po solid­nej por­cji pizzy czuł bło­gie roz­le­ni­wie­nie. Poczeka, pomy­ślał i wci­snął przy­cisk pilota odblo­ko­wu­jący drzwi. Wsiadł do samo­chodu, zapiął pas, pod­łą­czył papie­rosa do łado­warki i powoli ruszył. Zaraz jed­nak się zatrzy­mał i włą­czył w tele­fo­nie Hey Joe Hen­drixa. Te pierw­sze dźwięki gitary. Jak pierw­sze łyki zim­nego napoju po godzi­nach pra­gnie­nia.

Wyje­chał z par­kingu na ulicę i włą­czył się do ruchu. Cho­lera, gdzie oni wszy­scy jadą, pomy­ślał i wci­snął moc­niej pedał gazu, bo jakiś facet wła­śnie pra­wie wje­chał mu w tylny zde­rzak. Gdy zatrzy­mał się na pierw­szych świa­tłach, wró­cił myślami do Gaszyń­skiego i jego zle­ce­nia. Poczuł nie­przy­jemny dreszcz. Tro­chę się oba­wiał tej pracy. Ni­gdy nie szpe­rał na poważ­nie w archi­wach, choć zapach sta­rych papie­rów i ksią­żek instynk­tow­nie go przy­cią­gał. Miał kolegę, który sie­dział od dawna w gene­alo­gii i znał się tro­chę na tych spra­wach. Kilka razy oglą­dał u niego skany sta­rych metryk i innych doku­men­tów. Czuł wtedy przy­jemny dreszcz pod­nie­ce­nia, bo w myślach instynk­tow­nie porów­ny­wał poszu­ki­wa­nie przod­ków do pracy detek­tywa.

Zda­rzało mu się nawet w podróży zbo­czyć na chwilę z trasy i zje­chać na mijany zapo­mniany cmen­tarz. Spa­ce­ro­wał wów­czas mię­dzy mogi­łami, pró­bo­wał odczy­tać zatarte napisy, nie zawsze po pol­sku. Było w tych miej­scach coś, co go pocią­gało. Prze­no­sił się wtedy w inny czas, odnaj­dy­wał w tym jakiś dziwny spo­kój. Myślał też o ludziach, któ­rych groby mijał. O ich codzien­nych spra­wach i pla­nach, które czas skru­szył w pęka­ją­cym kamie­niu i rdzy krzyża. A także o ich dzie­ciach, wnu­kach, rodzi­nie. Gdzie są, czy w ogóle są? Skoro te groby tak zanie­dbano, to może rów­nież ich ziem­ska pro­sta dobie­gła końca.

Takie ludz­kie histo­rie w pewien spo­sób go pocią­gały, ale teraz czuł obawę, bo czym innym jest wycieczka sen­ty­men­talna czy nie­zo­bo­wią­zu­jące prze­glą­da­nie papie­rów, a czym innym zle­ce­nie, które otrzy­mał od poważ­nego biz­nes­mena, jakim bez wąt­pie­nia był Ryszard Gaszyń­ski. Tym bar­dziej że nie miał żad­nego doświad­cze­nia w zdo­by­wa­niu infor­ma­cji doty­czą­cych osób i spraw sprzed dru­giej wojny świa­to­wej. Jego prze­my­śle­nia prze­rwał wibru­jący tele­fon. W słu­chawce usły­szał miękki, cie­pły kobiecy głos.

- Dzień dobry. Chcia­ła­bym zle­cić spraw­dze­nie majątku pew­nego czło­wieka.

Z tru­dem zebrał się w sobie, aby odpo­wie­dzieć. Kojąca fala spły­nęła w głąb jego ciała. Był oszo­ło­miony brzmie­niem w słu­chawce. Kie­dyś już sły­szał taki głos. Nie ten sam, ale tak samo przy­jemny.

- Dzień dobry. Rozu­miem, ale takie sprawy warto omó­wić oso­bi­ście. Zapra­szam... - Raj­ski zasta­no­wił się przez moment - ...jutro o dzie­wią­tej. Czy pora pani odpo­wiada?

- Dobrze. Będę. - Cie­pły głos znów spły­nął mu do ucha przez słu­chawkę.

- Adres znaj­dzie pani w inter­ne­cie. Do widze­nia.

- Do zoba­cze­nia. - Kobieta roz­łą­czyła się po sło­wach poże­gna­nia.

Piotr przez chwilę trwał w zawie­sze­niu, bez­wied­nie pro­wa­dząc samo­chód. Nagle poczuł, jakby czy­jaś dłoń zaczęła coraz moc­niej uci­skać jego żołą­dek.

O ósmej trzy­dzie­ści zapar­ko­wał auto przed wej­ściem do biura. Gdy wszedł do środka, otwo­rzył okno, uważ­nie obej­rzał powierzch­nię biurka i niskiego sto­lika, przy któ­rym usta­wione były dwa fotele i nie­wielka kanapa. Meble obite zostały czarną imi­ta­cją skóry, a do tego były na tyle mięk­kie, że gdy się na nich sia­dało, czło­wiek nieco się zapa­dał.

Się­gnął po szmatkę, którą trzy­mał scho­waną mię­dzy żeber­kami kalo­ry­fera, i starł poje­dyn­cze dro­binki kurzu z biurka i sto­lika. Włą­czył kom­pu­ter i pobież­nie przej­rzał nie­do­koń­czony wczo­raj raport. Potem zer­k­nął na por­tale infor­ma­cyjne, czy­ta­jąc po kilka aka­pi­tów nie­któ­rych arty­ku­łów. Równo o dzie­wią­tej usły­szał puka­nie. Z uzna­niem pomy­ślał o punk­tu­al­no­ści klientki.

Pod­szedł do drzwi i je otwo­rzył. Przed sobą zoba­czył młodą, bar­dzo atrak­cyjną kobietę, stu­dentkę, jak ją auto­ma­tycz­nie okre­ślił. Jej uroda tro­chę go spe­szyła. Nie­wy­soka, dłu­gie roz­pusz­czone blond włosy, kwie­ci­sta krótka sukienka.

- Iza­bela Banasz.

Raj­ski pochwy­cił wycią­gniętą w jego kie­runku dłoń. Była chłodna, poczuł deli­katny, lecz zde­cy­do­wany uścisk. Ta dłoń nie ucie­kała, spra­wiała wra­że­nie, jakby pra­gnęła wyraź­nie zazna­czyć swoje ist­nie­nie. Piotr wska­zał Banasz kanapę i pocze­kał, aż usią­dzie, po czym sam zajął miej­sce w fotelu naprze­ciw gościa.

- W czym mogę pani pomóc? - zapy­tał, ale nie dosły­szał pierw­szych słów odpo­wie­dzi. Kiedy spoj­rzał na sie­dzącą przed nim kobietę, zorien­to­wał się, że jej sukienka w kwiaty nie była krótka, ale bar­dzo krótka. Krę­pu­jąco krótka. Jesz­cze bar­dziej krę­pu­jące było odkry­cie, że Iza­bela nie miała sta­nika, a dekolt bar­dziej pod­kre­ślał, niż ukry­wał wydatny biust. Raj­ski prze­łknął ner­wowo ślinę, a potem spró­bo­wał szybko zebrać się w sobie i przy­jąć pro­fe­sjo­nalną pozę.

- Chcia­ła­bym spraw­dzić, hmm, narze­czo­nego. Pozna­li­śmy się dwa mie­siące temu. Mamy pewne plany. Kil­ku­krot­nie wspo­mi­nał, niby mimo­cho­dem, ale myślę, że spe­cjal­nie, o jakichś pie­nią­dzach i nie­ru­cho­mo­ściach. Wie pan, to młody czło­wiek. Nie wiem, na ile mówi prawdę, a na ile stara się dobrze wypaść.

Raj­ski przez jakiś czas nie odpo­wia­dał. Wsłu­chi­wał się nie tyle w jej słowa, ile w ich brzmie­nie. Ten głos.

- Brawo - powie­dział w końcu, prze­ry­wa­jąc zawie­sze­nie, w któ­rym się zna­leźli. Od dłuż­szej chwili szu­kał wła­ści­wego słowa, od któ­rego zacznie odpo­wiedź, ale czas naglił, a on wciąż nie wie­dział, co powie­dzieć. - Impo­nu­jący roz­są­dek, pro­szę pani - dodał.

Kobieta spoj­rzała na niego, lek­kim unie­sie­niem brwi suge­ru­jąc, że nie bar­dzo rozu­mie jego słowa.

- To, pro­szę pani, marze­nie każ­dego sza­nu­ją­cego się detek­tywa. Świa­domy klient. Może to brzmieć jak pewne, powiedzmy, wyra­cho­wa­nie z pani strony, ale ja widzę to ina­czej. Chcia­łaby pani spraw­dzić sta­tus mająt­kowy jego czy jego rodziny? - zapy­tał Raj­ski, uno­sząc palec do oka i lekko je prze­cie­ra­jąc. W sam raz na prze­lotne spoj­rze­nie na dekolt.

- Jego. On mówi o swoim majątku. Rodzice mnie nie inte­re­sują. Chcę wie­dzieć, czy tak młody czło­wiek może mieć to, co, jak twier­dzi, ma. Zanim podejmę jakieś decy­zje, chcę być pewna, w co wcho­dzę. Nie chcę się anga­żo­wać, a potem się z tego wyco­fy­wać. Ile? - Iza­bela Banasz spra­wiała wra­że­nie osoby lubią­cej kon­krety.

- Co dokład­nie chcia­łaby pani wie­dzieć? Rucho­mo­ści, nie­ru­cho­mo­ści, kre­dyty? - Raj­ski posta­no­wił dosto­so­wać się do stylu wypo­wie­dzi gościa.

- Chcę wie­dzieć, co ma i jakie ma długi. Jeśli ma. Bez pośpie­chu, ale też nie prze­sa­dzajmy. - Uśmiech­nęła się zna­cząco.

- Myślę, że to będzie kosz­to­wać około pół­tora tysiąca plus vat, ale osta­teczną wycenę podał­bym pani jesz­cze dziś przez tele­fon - oświad­czył Piotr zde­cy­do­wa­nym gło­sem.

Kobieta popa­trzyła na niego krótko i powie­działa:

- Dobrze, cena wydaje się roz­sądna. Będę cze­kała na pań­ski tele­fon. - Po tych sło­wach Iza­bela wyjęła z torebki, którą trzy­mała na kola­nach, nie­wielką kar­teczkę oraz dłu­go­pis. Poło­żyła ją na sto­liku przed sobą, a potem pochy­liła się i zaczęła pisać. W tym cza­sie jej dekolt wypeł­niły dwie opa­lone pół­kule, prze­dzie­lone pośrodku rów­nym zagłę­bie­niem.

- Tu jest mój drugi numer tele­fonu, gdy­bym tego nie odbie­rała. - Unio­sła się lekko, aby podać Raj­skiemu zapi­saną kartkę, a wtedy pół­kule deli­kat­nie zafa­lo­wały. Piotr wziął od niej kartkę, a kobieta scho­wała dłu­go­pis do torebki, po czym, opie­ra­jąc się jedną ręką o sie­dze­nie kanapy, wstała. Ten moment wystar­czył, aby kanapa nie­znacz­nie się zapa­dła, a spo­wo­do­wana tym zmiana pozy­cji ciała odsło­niła przed Raj­skim bladą plamę błę­kitu bie­li­zny. Iza­bela Banasz podała mu rękę na poże­gna­nie i wyszła. Był prze­ko­nany, że klientka zagrała nim w pełni świa­do­mie, i widziała, że dał się wcią­gnąć. Tylko po co?

Pod­szedł do kom­pu­tera i ruchem myszki oży­wił ekran. Bez trudu zna­lazł na Face­bo­oku pro­fil dziew­czyny, ale jego zawar­tość nie zwra­cała uwagi niczym szcze­gól­nym. Wpi­sał kolejno do wyszu­ki­warki oba numery tele­fo­nów, któ­rymi posłu­gi­wała się Iza­bela Banasz. Nic, zupeł­nie nic. Cie­kawe, pomy­ślał. Czę­sto tak robił, spraw­dza­jąc swo­ich klien­tów. Cza­sami tra­fiał na ogło­sze­nia czy wpisy na forach, co pozwa­lało mu wycią­gnąć pewne wnio­ski. Cza­sami nie tra­fiał też na nic. Tak jak teraz.

Piotr otwo­rzył plik z roz­po­czę­tym rapor­tem. Zamie­rzał go dokoń­czyć, a już na pewno opra­co­wać zdję­cia. Opisy pozo­sta­wił jako naj­ła­twiej­sze na koniec. Nie mógł się jed­nak sku­pić i po minu­cie czy dwóch zapi­sał pracę i wyłą­czył kom­pu­ter. Był zły na sie­bie za to, że dał się tak pry­mi­tyw­nie podejść. Z jed­nej strony dopusz­czał moż­li­wość, że zacho­wa­nie kobiety było przy­pad­kowe, z dru­giej wyczu­wał w jej gestach i ruchach jakąś sztucz­ność, zapla­no­waną pre­cy­zję. Czy ona świa­do­mie grała swoją kobie­co­ścią? Tylko po co? Rozu­miał ten rodzaj per­swa­zji w spra­wach trud­nych, wyma­ga­ją­cych od niego jakie­goś rodzaju szcze­gól­nego zaan­ga­żo­wa­nia, może pod­ję­cia dzia­ła­nia pod pre­sją czasu. Mógł uwie­rzyć, że w takiej sytu­acji klientka mogłaby chcieć skło­nić go w ten spo­sób do ule­gło­ści. Co prawda nie zda­rzyło mu się coś takiego do tej pory, jed­nak dopusz­czał w swo­jej ana­li­zie taką moż­li­wość. Ale tutaj? Sprawa była w zasa­dzie błaha, nie­zbyt pilna, pie­nią­dze też nie takie, żeby się­gać po szcze­gólne środki. Może go pod­ry­wała? Nie, to nie­moż­liwe. Nie ubra­łaby się w ten spo­sób. Nawet nie wie­działa, jak on wygląda. Więc po co?

Usły­szał dźwięk wia­do­mo­ści przy­cho­dzą­cej w tele­fo­nie. Ese­mes od Ryszarda był lako­niczny: "Kwel­man i Chaim Lewin. Szu­kamy Lewina. Uro­dzony 12.08.1908. Tyle mam. Dzia­łaj". Raj­ski raz jesz­cze odczy­tał wia­do­mość i zaklął bez­gło­śnie. Ni­gdy wcze­śniej nie zaj­mo­wał się gene­alo­gią. Włą­czył wyszu­ki­warkę i wpro­wa­dził do niej prze­słane przez Gaszyń­skiego imię i nazwi­sko. Liczba rezul­ta­tów, która mu się uka­zała, przy­tło­czyła go. Zaczął prze­glą­dać wyniki wyplute przez wyszu­ki­warkę, odkry­wa­jąc ze zdzi­wie­niem liczbę stron inter­ne­to­wych, na któ­rych oprócz poszu­ki­wa­nej osoby znaj­do­wały się też dane jej rodziny, a nawet zdję­cia archi­wal­nych doku­men­tów. Jego entu­zjazm zaczął jed­nak słab­nąć, kiedy zorien­to­wał się, że o ile osób o nazwi­sku Chaim Lewin było cał­kiem sporo, o tyle żadna z nich nie wyda­wała mu się tą, któ­rej szu­kał.

Z rezy­gna­cją wyłą­czył kom­pu­ter. Uznał, że do prze­szu­ki­wa­nia sieci zdąży jesz­cze wró­cić, ale teraz potrze­buje facho­wej porady. Jadę do archi­wum, pomy­ślał i wstał z fotela. Na par­kingu przy­sta­nął na chwilę. Bez powodu, po pro­stu zbie­rał myśli, wciąż mając przed oczami kwie­ci­stą sukienkę Iza­beli Banasz. Nie wia­domo, dla­czego ten obraz tkwił w nim jako coś nie­po­ko­ją­cego. I nie­zbyt przy­jem­nego. Kiedy w końcu wsiadł do samo­chodu i skrę­cił w lewo, w nie­wielką uliczkę, z któ­rej zamie­rzał wyje­chać na Nowy Świat, kątem oka zauwa­żył zapar­ko­wane wzdłuż tej ulicy czarne volvo, SUV. Podo­bała mu się bryła tych aut, dla­tego pew­nie instynk­tow­nie zwró­cił na nie uwagę. Mija­jąc je z lewej strony, odru­chowo spoj­rzał w prawe lusterko. Za kie­row­nicą volvo sie­dział facet około sześć­dzie­siątki, obok - Iza­bela Banasz. Kobieta patrzyła przez prawą szybę. Albo uda­wała, że patrzy.

Na par­kingu archi­wum pań­stwo­wego stały dwa samo­chody. Stary lanos i kia o nie­okre­ślo­nym rocz­niku. Raj­ski zapar­ko­wał tyłem, wysiadł z auta i kilka razy zacią­gnął się papie­ro­sem elek­tro­nicz­nym, po czym poło­żył go w uchwy­cie na kubek. Rozej­rzał się i po lewej stro­nie zoba­czył prze­szklone drzwi z napi­sem "Czy­tel­nia". Nie był pewien, czy tam powi­nien zacząć poszu­ki­wa­nia, ale posta­no­wił spró­bo­wać. Zało­żył, że naświe­tli pra­cow­ni­kowi swój pro­blem dość ogól­nie, licząc na uzy­ska­nie wska­zó­wek. Opty­mi­stycz­nie uznał, że w archi­wum muszą pra­co­wać pasjo­naci, z lubo­ścią wda­jący się w histo­ryczne poga­wędki z nie­licz­nymi gośćmi, dzie­lący się z nimi swoją pasją i wie­dzą.

Wewnątrz, przy jed­nym ze sto­li­ków usta­wio­nych jak w szkol­nej sali, sie­dział męż­czy­zna pochy­lony nad jaki­miś doku­men­tami. Po pra­wej stro­nie, za biur­kiem, Raj­ski zoba­czył sto­sun­kowo mło­dego czło­wieka, mniej wię­cej trzy­dzie­sto­let­niego. Koszula w drobną zie­lono-gra­na­tową kratę, brą­zowe spodnie typu chi­nos, krótka broda, włosy ciemne, zacze­sane na bok. Na "dzień dobry" rzu­cone przez Raj­skiego męż­czy­zna odpo­wie­dział zawo­do­wym szep­tem.

Pod­szedł do biurka i zaczął wyja­śniać, nieco zawile, jaki jest powód jego wizyty. Męż­czy­zna wysłu­chał go uważ­nie, ale jego oczy wyra­żały coś jakby nie­chęć. Raj­ski nie trak­to­wał tego oso­bi­ście, ale wziął to spoj­rze­nie za niemy pro­test, wyraz fru­stra­cji. Tro­chę to wyobra­że­nie zazgrzy­tało z jego wcze­śniej­szą myślą o pra­cu­ją­cych w archi­wum pasjo­na­tach, ale teraz sku­piał się głów­nie na tym, aby ujaw­nia­jąc jak naj­mniej szcze­gó­łów, dowie­dzieć się jak naj­wię­cej. Nie potra­fił zadać kon­kret­nego pyta­nia, bo wyma­gało ono wie­dzy, któ­rej nie posia­dał. Przy­po­mniał sobie jedną nazwę, którą zapa­mię­tał z roz­mów ze zna­jo­mym zaj­mu­ją­cym się ama­tor­sko gene­alo­gią.

- Czy w archi­wum znajdę księgę lud­no­ści sta­łej? - zapy­tał wła­ści­ciela nie­wiel­kiej bródki.

- Nie­stety, nie zacho­wała się. - Padła krótka odpo­wiedź, która brzmiała jak zakoń­cze­nie roz­mowy.

- Czy może mi pan powie­dzieć, jak spraw­dzić, dys­po­nu­jąc datą uro­dze­nia czło­wieka, czy w archi­wum pozo­stał jaki­kol­wiek ślad po nim? - Posta­no­wił nie dawać za wygraną.

- Ale o co dokład­nie pan pyta? Czy szuka pan przod­ków, swo­jej rodziny?

- W zasa­dzie to nie rodzina, badam hob­by­stycz­nie pewną kwe­stię, a że dopiero zaczy­nam swoją przy­godę z gene­alo­gią, pomy­śla­łem, że naj­le­piej będzie zwró­cić się o pomoc do eks­per­tów. - Raj­ski wie­dział, że pochleb­stwa zazwy­czaj zmięk­czają grunt. Prze­mknął mu przed oczami widok kwie­ci­stej sukienki z wiel­kim dekol­tem.

- A co to za osoba? Czy to miesz­ka­niec Bia­łe­go­stoku?

- Tak, miesz­kał tutaj, ale nie wiem, skąd pocho­dził, o ile to istotne. Miał chyba nie­wielki sklep czy warsz­tat, ale tego nie jestem pewny. Wiem, jak się nazy­wał i kiedy się uro­dził. Sądząc po nazwi­sku, był Żydem.

- Pro­szę podać nazwi­sko i rok uro­dze­nia. - Męż­czy­zna z bródką jakby nieco uchy­lił zamknięte przed­tem na głu­cho drzwi swo­jej uwagi.

- Chaim Lewin, uro­dził się, zaraz, spraw­dzę. - Raj­ski szybko wyjął z kie­szeni smart­fon i po chwili dodał: - Uro­dził się dwu­na­stego sierp­nia tysiąc dzie­więć­set ósmego roku. Tyle wiem. Miał chyba jakąś zie­mię w Bia­łym­stoku, ale nie znam szcze­gó­łów.

- Pro­szę pana, nie­stety doku­menty metry­kalne zacho­wały się w ską­pej licz­bie - rzekł bro­dacz po kil­ku­dzie­się­ciu sekun­dach poszu­ki­wań. - Nie mamy aktów zgonu z tego okresu, a akty uro­dze­nia tylko z nie­któ­rych lat.

Raj­ski poczuł na sobie sku­pione spoj­rze­nie sie­dzą­cego przed nim archi­wi­sty. Po raz pierw­szy od początku roz­mowy miał wra­że­nie, że męż­czy­zna jest nim zain­te­re­so­wany. Wyraz oży­wie­nia w jego oczach nada­wał mu wygląd osoby wyrwa­nej z odrę­twie­nia. Po chwili nie­spo­dzie­wa­nie dla Raj­skiego padło pyta­nie:

- A zna pan jego miej­sce zamiesz­ka­nia?

- Cho­dzi o działkę, na któ­rej obec­nie jest Gale­ria Stok, ale nie wiem, jaki dokład­nie miała adres przed wojną i czy była tam tylko jedna nie­ru­cho­mość. O ile się orien­tuję, dawne obręby dzia­łek nie pokry­wają się z obec­nymi.

- Musiałby pan mieć wię­cej danych. Jakieś kon­krety, punkty zacze­pie­nia. Bez tego nie mam pomy­słu, jak panu pomóc. - Spoj­rze­nie sie­dzą­cego przed nim męż­czy­zny stało się na krótko prze­szy­wa­jące, po czym ponow­nie zapa­dło w zawo­dowy letarg.

Raj­ski wie­dział, że prze­grał. Co prawda nie wojnę, lecz bitwę, jed­nak czuł, że jego entu­zjazm to zbyt słaba broń w star­ciu z twardą rze­czy­wi­sto­ścią. Nie był na to przy­go­to­wany. Pomy­ślał, że teraz konieczne będzie jak naj­szyb­sze zdo­by­cie potrzeb­nej wie­dzy. Być może archiwa otwo­rzą się przed nim, gdy poda zaklę­cie ujęte w ramy facho­wej ter­mi­no­lo­gii. Wie­dział też, że zaraz po wyj­ściu zadzwoni do Pawła - kolegi, który ama­tor­sko zaj­mo­wał się gene­alo­gią i powi­nien umieć mu pomóc. Tym­cza­sem podzię­ko­wał archi­wi­ście, poże­gnał się i wyszedł z czy­telni. Z nie­chę­cią popa­trzył na sto­jący przed nim budy­nek. Tam, za jego murami, są setki pó­łek, na któ­rych stoją tysiące papie­rów. Jak się przez to prze­bić, myślał. Czy da radę jako zupełny laik? A jeśli nic nie znaj­dzie, nie dla­tego, że nic nie ma, tylko dla­tego, że nie umie szu­kać? Natych­miast opu­ścił go humor. Posta­no­wił poje­chać do domu. Nie lubił, gdy sprawy go prze­ra­stały, a teraz wła­śnie zaczął nabie­rać takiego prze­ko­na­nia. Tylko że nie było jak się wyco­fać. Nie w przy­padku Ryszarda. Wyszedłby na nie­po­waż­nego faceta.

Prze­krę­cił klu­czyk w sta­cyjce, sil­nik zachro­bo­tał, samo­chód ruszył. Przy zakrę­cie w Mic­kie­wi­cza usły­szał krót­kie stu­ka­nie gdzieś z tyłu. Naj­pierw pomy­ślał, że to może rze­czy, które trzyma w bagaż­niku, ale od razu przy­po­mniał sobie, że nie­dawno kupił pla­sti­kową skrzynkę, do któ­rej powkła­dał dro­bia­zgi poroz­rzu­cane do tej pory po bagaż­niku. Zro­bił to wła­śnie po to, aby nic mu tam nie latało i hała­so­wało w cza­sie jazdy, bo zaczęło go iry­to­wać, gdy przy każ­dym zakrę­cie butelki, tubki i kable prze­miesz­czały się z jed­nego boku auta na drugi. To stu­ka­nie było inne. Pomy­ślał o wizy­cie u mecha­nika i jego humor jesz­cze bar­dziej zapi­ko­wał. Mecha­nik i den­ty­sta. W obu miej­scach Raj­ski bywał z jed­na­kową nie­chę­cią i tylko w sytu­acjach abso­lut­nie nie­zbęd­nych. Rozu­miał strach przed den­ty­stą. Mecha­nik wywo­ły­wał w nim raczej przy­kre poczu­cie nie­uchron­no­ści i utraty kon­troli. Nie cho­dziło mu nawet o koszt naprawy, który w jego fore­ste­rze był zazwy­czaj nie­prze­wi­dy­walny z ten­den­cją do zwyż­ko­wa­nia. Najbar­dziej nie lubił po pro­stu samej sytu­acji, kiedy coś się kom­pli­ko­wało. O ile w spra­wach zawo­do­wych pro­blemy były czymś nie­od­łącz­nym i dzięki opa­no­wa­niu radził sobie z nimi dość dobrze, o tyle w spra­wach codzien­nych wytrą­cały go cza­sem z rów­no­wagi drobne zło­śli­wo­ści losu.

Docho­dziła godzina szes­na­sta, gdy Raj­ski, leżąc na kana­pie z kub­kiem kawy, przy­po­mniał sobie o tele­fo­nie do Iza­beli Banasz. Miał jej podać cenę za usługę. Co prawda nie zasta­na­wiał się nad tym w ogóle, ale prze­cież coś powie­dzieć musiał. Pod­niósł tele­fon i wybrał połą­cze­nie.

- Tak, panie Pio­trze... - Cie­pło pły­nące ze słu­chawki prze­są­czyło się w oko­lice splotu sło­necz­nego.

- Dzień dobry. Zgod­nie z zapo­wie­dzią dzwo­nię z infor­ma­cją o wyce­nie. Przy­znam, że wolę jed­nak takie sprawy oma­wiać nie przez tele­fon - powie­dział, sta­ra­jąc się przy­brać jak naj­bar­dziej rze­czowy ton. Kwie­ci­sta sukienka... prze­mknęło mu przez myśl.

- Panie Pio­trze, dobrze, możemy się spo­tkać, ale pro­szę dać mi chwilę. Ode­zwę się do pana w ciągu następ­nych trzech dni. Tro­chę spraw mi się nagle pokom­pli­ko­wało. Prze­pra­szam.

- Nie ma naj­mniej­szego pro­blemu. - Piotr zdo­był się na naj­bar­dziej bez­tro­ski ton głosu. - Pro­szę zadzwo­nić w dogod­nym cza­sie.

Szlag, pomy­ślał, sły­sząc, że oka­zja na zaro­bek praw­do­po­dob­nie znik­nęła. Przy­po­mniał sobie jed­nak o archi­wum i ogro­mie pracy, która była przed nim. Może to i lepiej. Posia­dał doświad­cze­nie z klien­tami, któ­rzy mieli zadzwo­nić za godzinę, jutro, za kilka dni. Gdyby na nich opie­rał pod­stawy swo­jego bytu mate­rial­nego, umarłby z głodu.

Led­wie odło­żył tele­fon i upił łyk kawy, gdy przy­po­mniał sobie o stu­kach z tyłu samo­chodu. Raz jesz­cze wziął smart­fon i odszu­kał kon­takt do mecha­nika.

- Dzień dobry, panie Michale. Coś mi stuka z tyłu. Popa­trzyłby pan?

- Jutro. Ósma. - Głos w słu­chawce nie pozo­sta­wiał miej­sca na nego­cja­cje.

- O ósmej rano? Sumie­nia pan nie ma. No dobra, będę. Dzię­kuję.

Michał, mecha­nik, u któ­rego napra­wiał samo­chód, nie był mistrzem eru­dy­cji. Mecha­niki być może też nie, ale tego Raj­ski nie potra­fił oce­nić, a był zbyt leniwy, żeby spraw­dzić to w innych warsz­ta­tach. Poza tym tłu­ma­czył sobie, że ta jego lojal­ność ma swoje plusy. Fakt, zda­rzyło się kie­dyś w cza­sie pracy, że auto mu wysia­dło. Niby nic poważ­nego, ale bał się nim jeź­dzić za obser­wo­wa­nym. Jeden tele­fon do Michała. Jakiś volks­wa­gen zro­bił zjazd z pod­no­śnika, fore­ster wje­chał na górę, za pół godziny było po wszyst­kim.

Ósma rano... Raj­ski nie był skow­ron­kiem. Raczej sową. Szczyt jego moż­li­wo­ści inte­lek­tu­al­nych przy­pa­dał na wie­czór i noc. Gorzej było rano. Prze­bu­dze­nie i wej­ście w stan aktyw­no­ści było bole­sne i dłu­gie. Raj­ski zwy­kle o poranku nie­po­cie­szony popi­jał kawę, chyba że musiał wyjść. Wtedy nie­za­do­wo­le­nie trwało tyle, ile zwle­cze­nie się z łóżka. Gdy sły­szał szum gotu­ją­cej się w czaj­niku wody, był już gotowy do dzia­ła­nia. Gdy wypi­jał pierw­szy łyk kawy, zapo­mi­nał o nie­spra­wie­dli­wo­ści losu, jaką był odgłos budzika.

Gdy się ock­nął, pomy­ślał o umó­wio­nym spo­tka­niu z Paw­łem. Strasz­nie mu się nie chciało wycho­dzić, ale wie­dział, że musi to zała­twić. Pry­wat­nie mogli się spo­tkać kie­dy­kol­wiek. Teraz jed­nak czuł pre­sję obo­wiązku. Kiedy zega­rek w tele­fo­nie poka­zał szes­na­stą czter­dzie­ści, wstał, wło­żył buty i wyszedł z domu.

Paweł miesz­kał kilka blo­ków dalej. Znali się z dzie­ciń­stwa. Ta sama szkoła, klasa, nawet przez jakiś czas jedna ławka. Potem każdy z nich, jak to się mówi w takich sytu­acjach, poszedł w swoją stronę. Zna­jo­mość jed­nak prze­trwała i spo­ty­kali się dość czę­sto, choć nie­re­gu­lar­nie. Paweł skoń­czył histo­rię i choć nie pra­co­wał w wyuczo­nym zawo­dzie, jego zain­te­re­so­wa­nia pozo­stały nie­zmienne. Czy­tał dużo lite­ra­tury facho­wej, a od kilku lat wsiąkł w gene­alo­gię. Zro­bił drzewo gene­alo­giczne swo­jej rodziny, a cza­sami hob­by­stycz­nie, zupeł­nie za darmo, wyko­ny­wał drzewa na prośbę zna­jo­mych. Przy oka­zji spo­tkań opo­wia­dał Pio­trowi o nowych zna­le­zi­skach. Raj­ski czuł w związku z tym nawet pewną przy­jem­ność. Lubił słu­chać o poszu­ki­wa­niach kolegi. Było w nich coś z detek­ty­wi­styki. Tak przy­naj­mniej to odbie­rał i dla­tego z zain­te­re­so­wa­niem wysłu­chi­wał opo­wia­da­nych przez Pawła histo­rii. Ni­gdy nie przy­pusz­czał, że przyj­dzie czas, że sam będzie musiał zająć się grze­ba­niem w archi­wach.

Paweł otwo­rzył drzwi, w lewej dłoni trzy­mał kawa­łek kieł­basy, a prawą wycią­gał na powi­ta­nie.

- Wchodź, jakoś tak nam zeszło i nie zro­bi­li­śmy obiadu. Kasia wyszła z dziećmi na plac zabaw, to możemy spo­koj­nie poga­dać - powie­dział, gdy Raj­ski zdej­mo­wał w przed­po­koju buty.

Prze­szli do salonu. Na stole stał talerz z plamą ket­chupu, dwie kromki chleba bez masła i kubek z nad­pitą her­batą. Swoj­sko, oce­nił Piotr. Usiadł po lewej stro­nie kanapy, na swoim sta­łym miej­scu. Sta­łym, pod warun­kiem że w domu nie było dzieci.

- Kieł­basy nie będę ci pro­po­no­wał, ale może her­baty się napi­jesz?

Piotr ruchem głowy zaprze­czył.

- Słu­chaj, taki temat. Mam gościa, który przed wojną, w sumie w cza­sie wojny też, miał działkę, no, budy­nek cały. Tu, w Bia­łym­stoku. Do spółki z dru­gim face­tem. Pod­czas wojny obu gdzieś wcięło, ale jakiś czas potem jeden z nich się odna­lazł. Przy­po­mniał też sobie o swo­ich wło­ściach. A że miały one już nowego wła­ści­ciela, to wia­domo. Teraz poja­wił się pro­blem. Cho­dzi o to, czy ten drugi koleżka nie zosta­wił po sobie lato­ro­śli, która w naj­mniej odpo­wied­nim momen­cie przy­po­mni sobie, że pra­sz­czur coś tam poza nazwi­skiem zosta­wił na tym łez padole. No i ja muszę tę lato­rośl odna­leźć. To zna­czy spraw­dzić, czy jakaś była, i ewen­tu­al­nie odna­leźć. Pro­ści­zna, nie? - Raj­ski uśmiech­nął się na zakoń­cze­nie opo­wie­ści. - Aha - dodał - nie wiem, czy to coś zmie­nia, ale ten, który się nie odna­lazł, był wyzna­nia moj­że­szo­wego.

Paweł spo­koj­nie prze­żu­wał kieł­basę, zanu­rza­jąc jej pozo­stały frag­ment w pla­mie ket­chupu roz­tar­tej na tale­rzu. Chle­bem jakoś nie­spe­cjal­nie prze­gry­zał. W końcu zapy­tał:

- Co masz? Jakie dane wyj­ściowe?

Raj­ski zało­żył sple­cione ręce za głowę i powie­dział prze­cią­gle:

- Noooo. Także tego. - Znów się uśmiech­nął. - Imię, nazwi­sko, datę uro­dze­nia. No i adres mniej wię­cej tej nie­ru­cho­mo­ści. - Z nieco sztucz­nym roz­ba­wie­niem dodał: - I z tym wła­śnie przy­cho­dzę do cie­bie.

- Pio­trek, to cho­ler­nie trudny temat - ode­zwał się wresz­cie Paweł. - Jest wiele takich spraw, w któ­rych w końcu docho­dzisz do ściany. Po pro­stu brak doku­men­tów. Wojna zro­biła swoje. Teraz to co innego. Jest wer­sja papie­rowa i elek­tro­niczna, kopie i tak dalej. Nasze wnuki pew­nie nie będą miały pro­blemu z usta­le­niem naszych losów. Gorzej z nami. Wiesz, że możesz utknąć na samym początku? Mało tego, możesz w ogóle nie ruszyć się z miej­sca.

- Aż tak? - Raj­ski bar­dziej stwier­dził, niż zapy­tał.

- No - odparł krótko Paweł. - Zna­czy wiesz - dodał zaraz. - Spo­koj­nie, może nie będzie tak źle w twoim przy­padku. Są ścieżki, które po pro­stu trzeba przejść i spraw­dzić. W archi­wach zostało dużo róż­nych rze­czy, ale w takich spra­wach jest pewien sche­mat, od któ­rego każdy zaczyna. Dopiero potem, zależ­nie od rezul­ta­tów lub ich braku, zaczy­nają się schody. Cza­sem w górę, cza­sem w dół. - Teraz Paweł się uśmiech­nął.

- Od czego zacząć? - zapy­tał Piotr. - Byłem w archi­wum i myśla­łem, że jak rzucę face­towi hasło, to pogłów­kuje i powie, gdzie szu­kać. Poda pod nos wła­ściwą księgę. A tu chłop mówi, że to ja mam mu poka­zać, czego kon­kret­nie chcę. No i po spra­wie. Skąd ja ma wie­dzieć, czego chcę? Są jakieś kon­kretne nazwy rodza­jów doku­men­tów? No, że jakieś metryki czy akty ślubu to się domy­ślam. Ale co jesz­cze? Aha, facio wspo­mniał, że księga lud­no­ści sta­łej czy coś takiego się nie zacho­wała.

- Księga lud­no­ści sta­łej - powtó­rzył Paweł, kiwa­jąc głową. - To byłoby nie­oce­nione źró­dło. Masz tam info o czło­wieku, jego miej­scu zamiesz­ka­nia, rodzi­nie, gdzie pra­co­wał, cho­ciaż to nie zawsze. No masa rze­czy. Ale to aku­rat cie­bie nie doty­czy. Fak­tycz­nie, u nas to się nie­stety nie zacho­wało. Albo zacho­wało, tylko... wyje­chało. - Paweł poro­zu­mie­waw­czo spoj­rzał na Raj­skiego.

- Super - skwi­to­wał Piotr z iro­nią w gło­sie. - Dobra wia­do­mość na począ­tek.

- E tam - odpo­wie­dział Paweł - nie narze­kaj. Coś tam powinno zostać. Mówi­łeś, że masz adres. Trzeba usta­lić, jak się nazy­wała ta ulica w tam­tych latach. To ogar­niesz z poziomu kompa. Jest sporo danych na ten temat. Jak chłop miał budy­nek, to musiał go kupić, a jak go kupił, to był z tym u nota­riu­sza. Inwen­ta­rze nota­riu­szów się zacho­wały. W sumie nie wiem, czy wszyst­kie, ale na pewno sporo. Pro­blem jest taki, że nie wia­domo, u któ­rego nota­riu­sza spi­sy­wał papiery. A żad­nej wyszu­ki­warki nie ma. To zna­czy do każ­dej księgi będziesz miał sko­ro­szyt z listą wystę­pu­ją­cych nazwisk. Tam też powinno być, gdzie dokład­nie jest szu­kany doku­ment. Tyle że cza­sem jest ślad w sko­ro­szy­cie, ale po papie­rze ani śladu. Choć tym się na razie nie przej­muj. W każ­dym razie to jest metoda. Pro­blem taki, że naj­święt­szych świę­tych szlag trafi przy takiej robo­cie. Tego jest masa. Druga sprawa to akty metry­kalne. Mówisz, że wyzna­nie moj­że­szowe. Nie wiem, co się zacho­wało, ale coś na pewno. Kło­pot taki, że akty zapi­sy­wano po rosyj­sku, jeżeli ten twój facet uro­dził się na początku wieku, ale zna­jąc twoje zami­ło­wa­nie i zdol­no­ści lin­gwi­styczne, to aku­rat żaden pro­blem. - Paweł wyszcze­rzył zęby w uśmie­chu.

Była to alu­zja do wro­dzo­nego braku zdol­no­ści języ­ko­wych Raj­skiego, o czym kolega wie­lo­krot­nie mógł się prze­ko­nać w latach szkol­nych. Fakt, Pio­tra pró­bo­wano nauczyć to angiel­skiego, to fran­cu­skiego, a nawet łaciny. Sku­tecz­nie sta­wił temu opór i dziś posłu­gi­wał się co naj­wy­żej naj­sku­tecz­niej­szym w jego prze­ko­na­niu "espe­ranto", czyli mie­sza­niną gestów i uśmie­chów, gdy cza­sem, głów­nie na waka­cjach, musiał sta­wić czoła roz­mo­wie w obcym języku. O dziwo, metoda ta dzia­łała, ale Raj­ski mimo to czuł tro­chę wstydu. Ale rosyj­ski? Pisany? To prze­cho­dziło jego wyobra­że­nie i spro­wa­dzało na niziny chwi­lowy zapał spo­wo­do­wany nadzieją, która wyła­niała się zza sto­sów doku­men­tów nota­rial­nych.

- To mnie pocie­szy­łeś - powie­dział Piotr z prze­ką­sem.

- Co mam ci cza­ro­wać. Poszu­ki­wa­nia archi­walne to masa roboty. Żmud­nej, cza­sami bez efektu. - Ostatni łyk her­baty był jak pod­su­mo­wa­nie roz­mowy.

- To cze­kaj. - Raj­ski nie dawał za wygraną. - Mam pytać chłopa w archi­wum o metryki i nota­riu­szy, tak?

- Tak. - Padła krótka odpo­wiedź, która nie dodała Raj­skiemu opty­mi­zmu.

- Super - powie­dział Piotr. Nie­po­kój ciemną chmurą wdzie­rał się w jego myśli. - No dobra - dodał. - A tak ogól­nie, co u cie­bie, poza tym?

- Spo­koj­nie - odrzekł Paweł, wsta­jąc z zamia­rem wynie­sie­nia tale­rza i kubka do kuchni. Gdy wró­cił, dodał: - Słodka mono­to­nia. Praca, dom, dzie­ciaki. Czego chcieć wię­cej? - Uśmiech­nął się do kolegi. - A co u cie­bie?

Raj­ski przez chwilę patrzył na niego spod ścią­gnię­tych brwi. W końcu powie­dział:

- Dobrze. Kręci się. Ten temat jest dla mnie, wiesz, ważny, bo to od takiego grub­szego gościa. Wia­domo, że sprawa ambi­cjo­nalna. A poza tym stan­dard. Nie­wierni mał­żon­ko­wie, inne rze­czy. A, jesz­cze ostat­nio wyra­cho­wane stu­dentki. - Spoj­rzał zna­cząco na Pawła, szcze­gól­nie akcen­tu­jąc przed­ostat­nie słowo.

- Wyra­cho­wane, mówisz?

- Żebyś wie­dział - zaśmiał się Raj­ski, po czym wstał i powie­dział: - Dobra, Pawełku, dzięki ser­deczne za pomoc. Pójdę z tym, co mi powie­działeś, do archi­wum. A wła­śnie, koja­rzysz tego faceta z czy­telni? On zawsze jest taki ponury? - Raj­ski wyraź­nie się uniósł.

- Tak. - Paweł poki­wał głową. - No fak­tycz­nie, ciężki typ. Co zro­bić. Jakby co, to dzwoń. Jak będę wie­dział, to ci pod­po­wiem. A, i pozdrów stu­dentki.

Piotr z uśmie­chem klep­nął kolegę w bark i powie­dział:

- A ty pozdrów Kasię i malu­chy. Na razie.

Raj­ski wyszedł z miesz­ka­nia Pawła. Przed wej­ściem do klatki scho­do­wej zauwa­żył zbli­ża­jącą się żonę przy­ja­ciela.

- Gdzie pędraki? Cześć, Kasiu - rzu­cił w jej stronę.

- A daj spo­kój - usły­szał w odpo­wie­dzi. - Kaza­łam im wró­cić, jak zgłod­nieją albo będą chcieli spa­ko­wać walizki - odpo­wie­działa Kasia z typową dla mło­dych rodzi­ców iro­nią wymie­szaną z fak­tyczną zło­ścią.

- No, to poważna sprawa. Jakby co, Paweł nie narze­kał na twoją kuch­nię. Jesz­cze ma ket­chup na gębie. - Raj­ski cmok­nął kole­żankę w poli­czek.

- Kucharz się zna­lazł - odpa­ro­wała. - Kiedy mamy przyjść na pie­czo­nego głuszca? - Wza­jemna wymiana ser­decz­nych zło­śli­wo­ści była ich sta­łym rytu­ałem.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki