Jasne,
przyjeżdżaj. U ciebie? Dobra. Daj mi pół godziny. Dokończę jedną
rzecz i idę. - Piotr Rajski rozłączył się i położył telefon obok
laptopa. Popatrzył na ekran komputera, zmienił tekst pod zdjęciem na
kursywę, zmniejszył czcionkę na dziesiątkę i zapisał plik.
"Moja ulubiona forma literacka to raport" - przypomniał sobie zdanie,
które wypowiedział niedawno w rozmowie ze znajomym. Tak, coś w tym było.
Od jakiegoś czasu lubował się w tabelach, równo rozmieszczonych
zdaniach, podkreśleniach, pogrubieniach, dopieszczaniu klarowności
formy. Znajdował w tym przyjemność, gdy za pomocą kursora i różnych
funkcji edytora, niczym Michał Anioł dłutem w marmur, wchodził w surową
materię raportu. Zaznaczał, zmniejszał, przenosił, dodawał, wstawiał, by
na końcu, po wielu godzinach, odetchnąć z ulgą i scrollując ukończony
plik PDF, przeżywać estetyczną satysfakcję. Takie dziwactwo, o które
jeszcze dziesięć lat temu by siebie nie podejrzewał, a które na studiach
uznałby za zbrodnię i śmierć duszy. Rajski bowiem - jako rasowy
humanista - nie cenił nigdy porządku, a chaos i impulsywność wydawały mu
się kwintesencją artystycznego sposobu bycia, do jakiego aspirował.
Na studiach słowo "raport" budziłoby w nim najgorsze skojarzenia. Z nieufnością i pełną litości pobłażliwością patrzyłby zapewne na osobę,
która wyznałaby przy nim, że widziała jakikolwiek raport. Przecież
raport to schemat, tabelki, ramy. A gdzie dusza, wolność, sztuka? W tamtych latach Rajski nosił jednak długie włosy, odpalał papierosa od
papierosa, a zamiast typowych dla wieku uciech z okolic
towarzysko-prokreacyjnych wolał samoudręczenie w postaci smętnych
rozważań autorów, których odchorować powinien każdy szanujący się
wrażliwiec jego pokolenia. Co więcej, Piotr Rajski sam podejmował próby
literackie, gładko przechodząc z nastoletniej poezji w dwudziestoletnią
prozę - i z powrotem. Po kilkunastu latach od ukończenia studiów ściął
włosy, zaczął palić elektronicznego papierosa, a poezję i prozę porzucił
- na rzecz raportów. Przyszło mu to naturalnie, bo prowadził biuro
detektywistyczne, gdzie nad giętkość pióra wyżej ceni się zwięzłe opisy,
a jeszcze wyżej dobre zdjęcia.
W końcu wyłączył laptop, wstał i wsunął telefon do lewej kieszeni
spodni. Zawsze do lewej. Potem wyłączył listwę zasilającą i wyszedł z biura. Po zejściu z pierwszego piętra, na którym wynajmował niewielkie
biuro, wyszedł przed budynek. Przez chwilę się wahał, czy jechać
samochodem, ale ostatecznie uznał, że na Suraską ma blisko i może się
przejść. Nie żeby dla zdrowia, aż takim entuzjastą zdrowego trybu życia
nie był. Tytanem kondycji też nie, ale na brak formy nie mógł narzekać.
Typ przeciętny z plusem, zważywszy na półmetek życia, który niedawno
przekroczył. Był szczupły, wysoki, w zasadzie miejscami chudy.
Uzasadnieniem spaceru nie było więc w jego przypadku spalenie kalorii.
Widział przed sobą spacerowiczów, dzieci ganiające między gołębiami,
spokojny, radosny miejski gwar. To zawsze poprawiało mu humor. Lubił
patrzeć na przechodzących obok niego ludzi, pochłoniętych swoimi
sprawami. Wychodząc na Rynek Kościuszki, skręcił w prawo i podjazdem dla
wózków zaczął iść w kierunku Suraskiej. Na chwilę przystanął przed
otwartymi drzwiami lokalu, w którym dawniej znajdowała się księgarnia
Akcent, i wypatrywał, czy wewnątrz są jeszcze książki, czy już tylko
piwo.
Gdy doszedł do Suraskiej, popatrzył na zegarek w telefonie i stwierdził,
że do umówionego spotkania zostało mu jeszcze szesnaście minut. Rajski
lubił być punktualny. Zawrócił więc w kierunku Rynku Kościuszki i usiadł
na pierwszej wolnej ławce z widokiem na plac przy ratuszu i okalające go
ogródki knajp. Rozsiadłszy się wygodnie, niewidzącym wzrokiem
przeciągnął po otoczeniu. W myślach wrócił do telefonu, który
kilkanaście minut wcześniej odebrał, i do zagadkowej prośby o spotkanie.
Czego może chcieć Ryszard? Jakieś superzlecenie? Może wybory samorządowe
i jakiś kandydat... zdjęcie... artykuł w prasie? Nie, z taką sprawą by nie
dzwonił. O co może chodzić?
Nagle przeniósł się w myślach trzy lata wstecz. Przypomniał sobie
przypadkowe spotkanie w centrum ze znajomym grafikiem, który spacerował
z jakimś starszym gościem. Pamiętał, że krótko się przywitał z kolegą, a idący obok niego facet pierwszy wyciągnął rękę i przedstawił się:
"Ryszard Gaszyński". Zaraz po tym podał Rajskiemu wizytówkę. Karteczka
jakich wiele, a w zasadzie jakich niewiele, ale to odkrył dopiero po
czasie. Gdy dowiedział się, kim jest Gaszyński. Wtedy, trzy lata temu,
zobaczył starszego faceta, przystojnego, dobrze ubranego, z - jak to
mówią - sportową elegancją. Nie umknął uwadze Rajskiego maleńki dżokej
na koniu na koszulce polo mężczyzny, całkiem przypadkiem też zauważył
napis "Rolex" na tarczy jego zegarka. Dziany gość, pomyślał wtedy.
Oczywiście Rajski nie pozostał dłużny i podał facetowi swoją wizytówkę,
zawsze starał się bowiem nosić kilka przy sobie.
Ciekawość nie dawała mu spokoju i jeszcze tego samego dnia, gdy siedział
przed ekranem laptopa, sięgnął do aluminiowego etui, z którego wyjął
otrzymany wcześniej bilecik. Ryszard Gaszyński - proste, czarne litery
na środku kartonika, a pod spodem numer telefonu. I nic więcej. Żadnego
tytułu, funkcji, adresu, nazwy firmy. Nic. Prawie jak szablon z poradnika "Jak nie powinna wyglądać wizytówka". Ciekawe, kto mu ją
projektował? Może Bartek, ten grafik? Tyle że znając Bartka, spodziewał
się raczej dyskretnej elegancji, a nie tak prymitywnego projektu. Rajski
wpisał szybko w okno wyszukiwarki: "Ryszard Gaszyński", dodał
"Białystok" i wcisnął enter. To, co zobaczył na ekranie laptopa,
zupełnie go zaskoczyło. Ujrzał link do pierwszego z brzegu katalogu firm
i kliknął go. Po chwili widział już schemat powiązań Ryszarda
Gaszyńskiego ze spółkami i nazwiskami. Same szychy, największe nazwiska
lokalnego biznesu. Natychmiast zrozumiał, że takiej szansy nie może
zmarnować.
Trochę się już dusił, jeżdżąc za niewiernymi małżonkami. Poza tym nieco
się to kłóciło z jego pojmowaniem relacji damsko-męskich, ale płacono mu
za to, więc zazwyczaj machał ręką na własne zapatrywania i czekał
godzinami w samochodzie, aż jakiś on lub ona z jakimś nim lub nią pokażą
się w zasięgu jego obiektywu.
Najwięcej satysfakcji dawała mu realizacja zleceń dla firm. Tam nie było
łez i pokrzywdzonych dzieci. Nie słuchał historii życia i narzekań na
teściowe. Mógł na chłodno planować precyzyjne ruchy, które według niego
miały przynieść pożądany efekt. Wtedy wpadał w trans. Jeździł więcej niż
trzeba, szukał, dzwonił, analizował po wielokroć już czytane dokumenty.
Potrafił kłamać, przekupywać, przedzierać się przez gąszcz tabelek,
prowokować. Podobnie zresztą działał, gdy chodziło o poszukiwanie ludzi.
Czuł to, zatracał się w tropieniu, kombinował, myślał, pytał, sprawdzał.
To był jego żywioł. Gdzieś tam na końcu, gdy emocje już opadły, a raport
trafiał do klienta, miał poczucie, że pomógł. Że jakiś człowiek czy
ludzie zyskali coś dzięki jego pracy. Żałował tylko, że ta jego pomoc
nie jest oczywista jak pomoc hydraulika czy lekarza. Jego pomaganie
zawsze odbywało się w ciszy. Nawet gdy sprawy, przy których pracował,
były na swój sposób medialne, o nim nikt nie mówił, nikt głośno nie
wspominał.
Czego mógł chcieć Ryszard? Po spotkaniu z Bartkiem i starszym mężczyzną,
a właściwie po tym, jak sprawdził w internecie, kim był ten nieznany
facet, Piotr liczył, że ta znajomość mogłaby przełożyć się na pozyskanie
nowych gospodarczych zleceń, a z czasem na dotarcie do innych osób
powiązanych ze środowiskiem lokalnych biznesmenów. Doszedł w końcu do
wniosku, że najprościej będzie zadzwonić. Bez powodu, po prostu, w końcu
miał wizytówkę. Potem jakoś pójdzie. Zawsze szło. Rajski miał wrodzony
dar urzekającej bezczelności. Gdy potrzebował nawiązać z kimś kontakt,
nigdy się nie krygował, po prostu przychodził lub dzwonił. Ta
bezpośredniość zjednywała mu ludzi. Okazywało się, że nie ma tak
zamkniętych drzwi, których normalna, uprzejma rozmowa by nie otworzyła.
I on z tego korzystał. A że język był jednym z jego najlepiej
wyćwiczonych organów, z wdziękiem i uśmiechem otwierał ciężkie drzwi
gabinetów, a skrytych i nieufnych skłaniał do zwierzeń. W pracy ta jego
umiejętność niejednokrotnie okazywała się atutem nie do przecenienia,
szczególnie w połączeniu z jego pragmatycznym dyletantyzmem. Interesował
się wieloma sprawami, ale żadnej tak naprawdę nie zgłębił. Czytał o fizyce, uzdrawianiu, historii, polityce, modzie, kosmetyce. Nie było w tym cienia kalkulacji, po prostu lubił dużo wiedzieć. To powodowało, że
inni brali go za swego, słysząc, że orientuje się w poruszanym temacie.
Kto nie rozmawia chętnie z człowiekiem, który wykazuje zainteresowanie i wiedzę na temat tego, co nam jest bliskie? I ludzie już po kilku
zdaniach zaczynali na Rajskiego patrzeć życzliwiej i chętniej mówili, aż
z czasem powiedzieli to, czego chciał się dowiedzieć. Lista osób, która
w ten sposób uległa Piotrowi, była naprawdę długa.
Mniej więcej po tygodniu od wspomnianego spotkania zadzwonił do
Gaszyńskiego, przedstawił się i przypomniał, w jakich okolicznościach
się poznali. Co ciekawe, rozmówca wiedział, kto dzwoni, czyli - jak
domyślił się szybko Rajski - musiał po spotkaniu wpisać jego numer z wizytówki do kontaktów w telefonie. Rozmowa przebiegła miło. Potem były
kolejne spotkania, ale niezbyt częste, bo Rajski nie chciał być
nachalny. Okazało się, że jest jakieś porozumienie między nimi i szybko
przeskoczyli od grzecznościowych, bardzo ogólnikowych rozmów do kwestii
związanych z życiem osobistym i życiem w ogóle. Po którymś spotkaniu
przeszli na ty i średnio co trzy, cztery miesiące widywali się w restauracjach, które, jak się za każdym razem okazywało, należały do
Gaszyńskiego.
Spojrzał na zegarek w telefonie i stwierdził, że czas już iść na
spotkanie. Miał jeszcze kilka minut, ale jego punktualność nie pozwalała
na zwłokę. Wolał czekać, niż żeby to na niego czekano. Dlatego wstał z ławki, poprawił koszulkę polo, wsuwając ją równo w spodnie, i nieśpiesznie poszedł w kierunku restauracji, w której miał się spotkać z Gaszyńskim.
Po chwili zauważył sylwetkę Ryszarda, który szedł z drugiej strony
Suraskiej. Z telefonem przy uchu, w białych lnianych spodniach i granatowej koszuli. Wyluzowany, uśmiechnięty. Starszy facet w dobrej
formie, pomyślał Rajski. Zaraz potem uścisnęli sobie dłonie, a Gaszyński
zapraszającym gestem wskazał, aby weszli na teren restauracji. Zajęli
miejsca przy stoliku oddalonym nieco od chodnika. Cień parasola
skutecznie tłumił żar południowego słońca. Zaraz też podeszła do nich
kelnerka ubrana w czarną bluzkę i czarne obcisłe spodnie. Długie jasne
włosy miała upięte wysoko. Studentka, pomyślał Piotr.
- Czego panowie sobie życzą? - zapytała z miłym uśmiechem. Gaszyński
wskazał głową na Rajskiego, dając do zrozumienia, że on pierwszy
powinien złożyć zamówienie. Było bardzo gorąco, więc pewnie
odpowiedniejsza byłaby jakaś sałatka i zimny sok, ale Rajski miał tak
wielką ochotę na pizzę, że nie potrafił się powstrzymać i zamówił
grecką. Do tego poprosił o zimny sok pomarańczowy. Gaszyński natomiast
wybrał zupę, której nazwy Rajski nie zapamiętał. Nic dziwnego -
przywykł, że w lokalach Ryszarda rzadko można było zjeść pomidorową czy
rosół. Nawet zwykły schabowy miewał nazwy godne uczty koronacyjnej. Gdy
kelnerka lekko się ukłoniła i z niezmiennym uśmiechem zniknęła wewnątrz
restauracji, Gaszyński zapytał, co słychać, a Rajski jak zwykle
odpowiedział, że wszystko w porządku. Ta gra wstępna powtarzała się za
każdym razem i była niepisanym rytuałem, pierwszym schodkiem koniecznym
do przejścia. Trochę o pogodzie, trochę o biznesie obu, ale bez
szczegółów, raczej tyle, że dobrze idzie, choć zawsze mogłoby być
lepiej. Dopiero kiedy kelnerka przynosiła potrawy i z uśmiechem ponownie
znikała, przechodzili do sedna. Bywało zresztą, że żadnego sedna nie
było. Ot, po przyjacielsku gawędzili sobie o tym i owym. Rajski trochę
wspominał, Gaszyński słuchał.
Tak było zazwyczaj. Dziś jednak Ryszard wyraźnie zapowiedział, że ma
konkretną sprawę, przy której oczekuje pomocy Rajskiego. Było jasne, że
jest poważna, dyskretna i dotyczy dużych pieniędzy. Było też jasne, że
przyszedł czas, gdy Gaszyński obdarzy Piotra zaufaniem, którego nie
można nadszarpnąć.
- Słuchaj, Piotrze. Sprawa wygląda tak. Mam pewną nieruchomość.
Właściwie to mamy, bo jest ona własnością jednej z moich spółek. To
dobra lokalizacja, nawet bardzo dobra. Tam jest teraz galeria. Grunt
dzierżawimy tej galerii. Jest warty kilka milionów, mniejsza o detale.
Chodzi o to, że my tę działkę kupiliśmy od miasta, a wcześniej miasto
przejęło ją jako mienie bezspadkowe. Kiedyś miało ją dwóch gości, ale
wojna, zamieszanie i obaj gdzieś przepadli. Dużo było takich rzeczy. -
Rajski kiwał głową, dając znak, że zna te tematy i wszystko rozumie. -
Ostatnio coś mnie naszło i tak się zacząłem zastanawiać - ciągnął
Gaszyński - czy nie będzie z tego jakiejś niespodzianki. Wiesz, jak w Warszawie było z kamienicami. To nie chodzi nawet o kuratorów, tylko
teraz jest taka trochę moda i wynajdują się spod ziemi różni wnukowie,
bracia i siostry. Potem się okazuje, że państwo bezprawnie im zabrało
ziemię i budynki. A dalej wiesz, jak jest. Nie ma pewności, jak to się
skończy. Tym bardziej że w tej sprawie chodzi o naprawdę drogą działkę.
Galeria Stok na ulicy Warszawskiej - dodał i wymownie spojrzał na
Piotra.
Rajski znów pokiwał głową.
- Chciałbym, żebyś się temu przyjrzał. Żebyś sprawdził, czy jeden z tych
dwóch, którzy przepadli na wojnie, nie wyskoczy nam zza grobu i nie
powie: to moje. Myślę, że nie wyskoczy, ale dla pewności. Rozumiesz.
Jakoś mi to ostatnio nie daje spokoju.
Rajski ukroił kawałek pizzy, a Ryszard sięgnął łyżką do talerza i nabrał
zupy, która była gęsta jak krem, a na jej wierzchu unosił się kawałek
smażonego boczku. Przez chwilę obaj jedli w milczeniu.
- Na kiedy? - zapytał krótko.
Gaszyński popatrzył na niego i się uśmiechnął.
- Nie ma pośpiechu. To nic pilnego, sprawa czekała tyle lat, to poczeka
jeszcze trochę. Po prostu coś mnie tknęło i pomyślałem o tobie.
- Dlaczego chcesz sprawdzić potomków tylko jednego? - zapytał znów
Rajski.
- Bo drugi się znalazł. Z dziesięć lat temu. Przyjechał z Izraela. Ale
sytuacja jest opanowana. Nie chce nic, dogadaliśmy się. - Tu Gaszyński
uśmiechnął się znacząco.
Rajski zrozumiał. Kwota wolna od podatku.
- I jesteś pewny, że nic już nie będzie chciał?
- Wiesz, zawsze jest jakieś ryzyko. Tym bardziej że, o ile wiem, facet
jest bardzo... hmm... ustosunkowany w... administracji państwowej Izraela.
- Rozumiem - powiedział Rajski, choć wcale nie był pewien, czy dobrze
pojął.
Ważne dla niego było teraz to, aby dokładnie poznać oczekiwania
Gaszyńskiego. Ten miał go za profesjonalistę, więc nie chciał swoimi
pytaniami sugerować, że nie wszystko jest dla niego jasne. Jednocześnie
jednak dobrze wiedział, jakie skutki mogą mieć niedopowiedzenia.
Przez moment pomyślał też o swoim wynagrodzeniu. Takie ustalenia nie
będą tanie, a jemu z kieszeni się nie wysypywało, a na pewno nie na
tyle, żeby fundować komuś swoją robotę. Gaszyński chyba jednak zrozumiał
ciszę, która nastąpiła, i zapytał:
- Możesz to jakoś wycenić?
- Trudno tak a priori - odpowiedział Rajski. - Muszę się temu
przyjrzeć, zobaczyć, jaki jest materiał wyjściowy. Masz jakieś
dokumenty? Interesują mnie głównie te najbliżej wojny.
- Tak, oczywiście, ale nie ma tego zbyt dużo. Takie były wtedy czasy.
Kto tam myślał o podobnych rzeczach. Mam imię i nazwisko faceta. Jest
chyba też data jego urodzin. To zdaje się wszystko.
Rajski wziął do ust kawałek pizzy i przeżuwając, patrzył to na szklankę
soku, to na Gaszyńskiego. Ten siedział wygodnie rozparty, z lekkim
uśmiechem człowieka spełnionego. Piotr wiedział, że dla ludzi tego
formatu wiele spraw jest oczywistych. Niewartych przesadnej uwagi.
Dzwonią, proszą, dostają. Pieniądze czasem przelewem, czasem gotówką,
kiedyś tam, bez pośpiechu. W świecie Rajskiego było inaczej.
- Przyślij mi te dane, które masz, popatrzę - powiedział, ocierając usta
chusteczką. Napił się i dodał: - Potrzebuję chwili. Muszę trochę
pochodzić, popytać, uruchomić parę kontaktów. Wiesz, jak jest...
- Tak, tak, jasne - odpowiedział Gaszyński. - Spokojnie, nie śpieszy
się. Dziś lub jutro prześlę ci nazwisko tego gościa i co tam jeszcze
znajdę. Z tego, co wiem, w archiwum nie ma zbyt wiele na jego temat.
Kogoś już kiedyś prosiłem, żeby rzucił okiem. Sprawa jest trudna, o ile
w ogóle realna. Ale zobaczymy, może akurat coś ci tam wyskoczy.
Rajski kiwnął głową. W zasadzie wszystko już sobie powiedzieli, więc gdy
zadzwonił telefon Gaszyńskiego, Rajski gestem pokazał, żeby ten odebrał,
bo on i tak zamierza już iść. Ryszard z uśmiechem skinął głową, podał mu
rękę, po czym nacisnął zieloną słuchawkę.
Gorąco uderzyło Rajskiego, gdy tylko wyszedł z zasięgu cienia parasola.
Otarł dłonią czoło, zatrzymał się na chwilę, myśląc, dokąd powinien
teraz pójść i co zrobić. Po kilku minutach stał już przy swoim
samochodzie i zastanawiał się, czy wejść na górę, do biura, czy jechać
do domu. Miał jeszcze do dokończenia raport, nad którym pracował przed
wyjściem na spotkanie, ale po solidnej porcji pizzy czuł błogie
rozleniwienie. Poczeka, pomyślał i wcisnął przycisk pilota odblokowujący
drzwi. Wsiadł do samochodu, zapiął pas, podłączył papierosa do ładowarki
i powoli ruszył. Zaraz jednak się zatrzymał i włączył w telefonie Hey
Joe Hendrixa. Te pierwsze dźwięki gitary. Jak pierwsze łyki zimnego
napoju po godzinach pragnienia.
Wyjechał z parkingu na ulicę i włączył się do ruchu. Cholera, gdzie oni
wszyscy jadą, pomyślał i wcisnął mocniej pedał gazu, bo jakiś facet
właśnie prawie wjechał mu w tylny zderzak. Gdy zatrzymał się na
pierwszych światłach, wrócił myślami do Gaszyńskiego i jego zlecenia.
Poczuł nieprzyjemny dreszcz. Trochę się obawiał tej pracy. Nigdy nie
szperał na poważnie w archiwach, choć zapach starych papierów i książek
instynktownie go przyciągał. Miał kolegę, który siedział od dawna w genealogii i znał się trochę na tych sprawach. Kilka razy oglądał u niego skany starych metryk i innych dokumentów. Czuł wtedy przyjemny
dreszcz podniecenia, bo w myślach instynktownie porównywał poszukiwanie
przodków do pracy detektywa.
Zdarzało mu się nawet w podróży zboczyć na chwilę z trasy i zjechać na
mijany zapomniany cmentarz. Spacerował wówczas między mogiłami, próbował
odczytać zatarte napisy, nie zawsze po polsku. Było w tych miejscach
coś, co go pociągało. Przenosił się wtedy w inny czas, odnajdywał w tym
jakiś dziwny spokój. Myślał też o ludziach, których groby mijał. O ich
codziennych sprawach i planach, które czas skruszył w pękającym kamieniu
i rdzy krzyża. A także o ich dzieciach, wnukach, rodzinie. Gdzie są, czy
w ogóle są? Skoro te groby tak zaniedbano, to może również ich ziemska
prosta dobiegła końca.
Takie ludzkie historie w pewien sposób go pociągały, ale teraz czuł
obawę, bo czym innym jest wycieczka sentymentalna czy niezobowiązujące
przeglądanie papierów, a czym innym zlecenie, które otrzymał od
poważnego biznesmena, jakim bez wątpienia był Ryszard Gaszyński. Tym
bardziej że nie miał żadnego doświadczenia w zdobywaniu informacji
dotyczących osób i spraw sprzed drugiej wojny światowej. Jego
przemyślenia przerwał wibrujący telefon. W słuchawce usłyszał miękki,
ciepły kobiecy głos.
- Dzień dobry. Chciałabym zlecić sprawdzenie majątku pewnego człowieka.
Z trudem zebrał się w sobie, aby odpowiedzieć. Kojąca fala spłynęła w głąb jego ciała. Był oszołomiony brzmieniem w słuchawce. Kiedyś już
słyszał taki głos. Nie ten sam, ale tak samo przyjemny.
- Dzień dobry. Rozumiem, ale takie sprawy warto omówić osobiście.
Zapraszam... - Rajski zastanowił się przez moment - ...jutro o dziewiątej.
Czy pora pani odpowiada?
- Dobrze. Będę. - Ciepły głos znów spłynął mu do ucha przez słuchawkę.
- Adres znajdzie pani w internecie. Do widzenia.
- Do zobaczenia. - Kobieta rozłączyła się po słowach pożegnania.
Piotr przez chwilę trwał w zawieszeniu, bezwiednie prowadząc samochód.
Nagle poczuł, jakby czyjaś dłoń zaczęła coraz mocniej uciskać jego
żołądek.
O ósmej
trzydzieści zaparkował auto przed wejściem do biura. Gdy wszedł
do środka, otworzył okno, uważnie obejrzał powierzchnię biurka i niskiego stolika, przy którym ustawione były dwa fotele i niewielka
kanapa. Meble obite zostały czarną imitacją skóry, a do tego były na
tyle miękkie, że gdy się na nich siadało, człowiek nieco się zapadał.
Sięgnął po szmatkę, którą trzymał schowaną między żeberkami kaloryfera,
i starł pojedyncze drobinki kurzu z biurka i stolika. Włączył komputer i pobieżnie przejrzał niedokończony wczoraj raport. Potem zerknął na
portale informacyjne, czytając po kilka akapitów niektórych artykułów.
Równo o dziewiątej usłyszał pukanie. Z uznaniem pomyślał o punktualności
klientki.
Podszedł do drzwi i je otworzył. Przed sobą zobaczył młodą, bardzo
atrakcyjną kobietę, studentkę, jak ją automatycznie określił. Jej uroda
trochę go speszyła. Niewysoka, długie rozpuszczone blond włosy,
kwiecista krótka sukienka.
- Izabela Banasz.
Rajski pochwycił wyciągniętą w jego kierunku dłoń. Była chłodna, poczuł
delikatny, lecz zdecydowany uścisk. Ta dłoń nie uciekała, sprawiała
wrażenie, jakby pragnęła wyraźnie zaznaczyć swoje istnienie. Piotr
wskazał Banasz kanapę i poczekał, aż usiądzie, po czym sam zajął miejsce
w fotelu naprzeciw gościa.
- W czym mogę pani pomóc? - zapytał, ale nie dosłyszał pierwszych słów
odpowiedzi. Kiedy spojrzał na siedzącą przed nim kobietę, zorientował
się, że jej sukienka w kwiaty nie była krótka, ale bardzo krótka.
Krępująco krótka. Jeszcze bardziej krępujące było odkrycie, że Izabela
nie miała stanika, a dekolt bardziej podkreślał, niż ukrywał wydatny
biust. Rajski przełknął nerwowo ślinę, a potem spróbował szybko zebrać
się w sobie i przyjąć profesjonalną pozę.
- Chciałabym sprawdzić, hmm, narzeczonego. Poznaliśmy się dwa miesiące
temu. Mamy pewne plany. Kilkukrotnie wspominał, niby mimochodem, ale
myślę, że specjalnie, o jakichś pieniądzach i nieruchomościach. Wie pan,
to młody człowiek. Nie wiem, na ile mówi prawdę, a na ile stara się
dobrze wypaść.
Rajski przez jakiś czas nie odpowiadał. Wsłuchiwał się nie tyle w jej
słowa, ile w ich brzmienie. Ten głos.
- Brawo - powiedział w końcu, przerywając zawieszenie, w którym się
znaleźli. Od dłuższej chwili szukał właściwego słowa, od którego zacznie
odpowiedź, ale czas naglił, a on wciąż nie wiedział, co powiedzieć. -
Imponujący rozsądek, proszę pani - dodał.
Kobieta spojrzała na niego, lekkim uniesieniem brwi sugerując, że nie
bardzo rozumie jego słowa.
- To, proszę pani, marzenie każdego szanującego się detektywa. Świadomy
klient. Może to brzmieć jak pewne, powiedzmy, wyrachowanie z pani
strony, ale ja widzę to inaczej. Chciałaby pani sprawdzić status
majątkowy jego czy jego rodziny? - zapytał Rajski, unosząc palec do oka
i lekko je przecierając. W sam raz na przelotne spojrzenie na dekolt.
- Jego. On mówi o swoim majątku. Rodzice mnie nie interesują. Chcę
wiedzieć, czy tak młody człowiek może mieć to, co, jak twierdzi, ma.
Zanim podejmę jakieś decyzje, chcę być pewna, w co wchodzę. Nie chcę się
angażować, a potem się z tego wycofywać. Ile? - Izabela Banasz sprawiała
wrażenie osoby lubiącej konkrety.
- Co dokładnie chciałaby pani wiedzieć? Ruchomości, nieruchomości,
kredyty? - Rajski postanowił dostosować się do stylu wypowiedzi gościa.
- Chcę wiedzieć, co ma i jakie ma długi. Jeśli ma. Bez pośpiechu, ale
też nie przesadzajmy. - Uśmiechnęła się znacząco.
- Myślę, że to będzie kosztować około półtora tysiąca plus vat, ale
ostateczną wycenę podałbym pani jeszcze dziś przez telefon - oświadczył
Piotr zdecydowanym głosem.
Kobieta popatrzyła na niego krótko i powiedziała:
- Dobrze, cena wydaje się rozsądna. Będę czekała na pański telefon. - Po
tych słowach Izabela wyjęła z torebki, którą trzymała na kolanach,
niewielką karteczkę oraz długopis. Położyła ją na stoliku przed sobą, a potem pochyliła się i zaczęła pisać. W tym czasie jej dekolt wypełniły
dwie opalone półkule, przedzielone pośrodku równym zagłębieniem.
- Tu jest mój drugi numer telefonu, gdybym tego nie odbierała. - Uniosła
się lekko, aby podać Rajskiemu zapisaną kartkę, a wtedy półkule
delikatnie zafalowały. Piotr wziął od niej kartkę, a kobieta schowała
długopis do torebki, po czym, opierając się jedną ręką o siedzenie
kanapy, wstała. Ten moment wystarczył, aby kanapa nieznacznie się
zapadła, a spowodowana tym zmiana pozycji ciała odsłoniła przed Rajskim
bladą plamę błękitu bielizny. Izabela Banasz podała mu rękę na
pożegnanie i wyszła. Był przekonany, że klientka zagrała nim w pełni
świadomie, i widziała, że dał się wciągnąć. Tylko po co?
Podszedł do komputera i ruchem myszki ożywił ekran. Bez trudu znalazł na
Facebooku profil dziewczyny, ale jego zawartość nie zwracała uwagi
niczym szczególnym. Wpisał kolejno do wyszukiwarki oba numery telefonów,
którymi posługiwała się Izabela Banasz. Nic, zupełnie nic. Ciekawe,
pomyślał. Często tak robił, sprawdzając swoich klientów. Czasami trafiał
na ogłoszenia czy wpisy na forach, co pozwalało mu wyciągnąć pewne
wnioski. Czasami nie trafiał też na nic. Tak jak teraz.
Piotr otworzył
plik z rozpoczętym raportem. Zamierzał go dokończyć, a już na pewno
opracować zdjęcia. Opisy pozostawił jako najłatwiejsze na koniec. Nie
mógł się jednak skupić i po minucie czy dwóch zapisał pracę i wyłączył
komputer. Był zły na siebie za to, że dał się tak prymitywnie podejść. Z jednej strony dopuszczał możliwość, że zachowanie kobiety było
przypadkowe, z drugiej wyczuwał w jej gestach i ruchach jakąś
sztuczność, zaplanowaną precyzję. Czy ona świadomie grała swoją
kobiecością? Tylko po co? Rozumiał ten rodzaj perswazji w sprawach
trudnych, wymagających od niego jakiegoś rodzaju szczególnego
zaangażowania, może podjęcia działania pod presją czasu. Mógł uwierzyć,
że w takiej sytuacji klientka mogłaby chcieć skłonić go w ten sposób do
uległości. Co prawda nie zdarzyło mu się coś takiego do tej pory, jednak
dopuszczał w swojej analizie taką możliwość. Ale tutaj? Sprawa była w zasadzie błaha, niezbyt pilna, pieniądze też nie takie, żeby sięgać po
szczególne środki. Może go podrywała? Nie, to niemożliwe. Nie ubrałaby
się w ten sposób. Nawet nie wiedziała, jak on wygląda. Więc po co?
Usłyszał dźwięk wiadomości przychodzącej w telefonie. Esemes od Ryszarda
był lakoniczny: "Kwelman i Chaim Lewin. Szukamy Lewina. Urodzony
12.08.1908. Tyle mam. Działaj". Rajski raz jeszcze odczytał wiadomość i zaklął bezgłośnie. Nigdy wcześniej nie zajmował się genealogią. Włączył
wyszukiwarkę i wprowadził do niej przesłane przez Gaszyńskiego imię i nazwisko. Liczba rezultatów, która mu się ukazała, przytłoczyła go.
Zaczął przeglądać wyniki wyplute przez wyszukiwarkę, odkrywając ze
zdziwieniem liczbę stron internetowych, na których oprócz poszukiwanej
osoby znajdowały się też dane jej rodziny, a nawet zdjęcia archiwalnych
dokumentów. Jego entuzjazm zaczął jednak słabnąć, kiedy zorientował się,
że o ile osób o nazwisku Chaim Lewin było całkiem sporo, o tyle żadna z nich nie wydawała mu się tą, której szukał.
Z rezygnacją wyłączył komputer. Uznał, że do przeszukiwania sieci zdąży
jeszcze wrócić, ale teraz potrzebuje fachowej porady. Jadę do archiwum,
pomyślał i wstał z fotela. Na parkingu przystanął na chwilę. Bez powodu,
po prostu zbierał myśli, wciąż mając przed oczami kwiecistą sukienkę
Izabeli Banasz. Nie wiadomo, dlaczego ten obraz tkwił w nim jako coś
niepokojącego. I niezbyt przyjemnego. Kiedy w końcu wsiadł do samochodu
i skręcił w lewo, w niewielką uliczkę, z której zamierzał wyjechać na
Nowy Świat, kątem oka zauważył zaparkowane wzdłuż tej ulicy czarne
volvo, SUV. Podobała mu się bryła tych aut, dlatego pewnie instynktownie
zwrócił na nie uwagę. Mijając je z lewej strony, odruchowo spojrzał w prawe lusterko. Za kierownicą volvo siedział facet około
sześćdziesiątki, obok - Izabela Banasz. Kobieta patrzyła przez prawą
szybę. Albo udawała, że patrzy.
Na parkingu
archiwum państwowego stały dwa samochody. Stary lanos i kia o nieokreślonym roczniku. Rajski zaparkował tyłem, wysiadł z auta i kilka
razy zaciągnął się papierosem elektronicznym, po czym położył go w uchwycie na kubek. Rozejrzał się i po lewej stronie zobaczył przeszklone
drzwi z napisem "Czytelnia". Nie był pewien, czy tam powinien zacząć
poszukiwania, ale postanowił spróbować. Założył, że naświetli
pracownikowi swój problem dość ogólnie, licząc na uzyskanie wskazówek.
Optymistycznie uznał, że w archiwum muszą pracować pasjonaci, z lubością
wdający się w historyczne pogawędki z nielicznymi gośćmi, dzielący się z nimi swoją pasją i wiedzą.
Wewnątrz, przy jednym ze stolików ustawionych jak w szkolnej sali,
siedział mężczyzna pochylony nad jakimiś dokumentami. Po prawej stronie,
za biurkiem, Rajski zobaczył stosunkowo młodego człowieka, mniej więcej
trzydziestoletniego. Koszula w drobną zielono-granatową kratę, brązowe
spodnie typu chinos, krótka broda, włosy ciemne, zaczesane na bok. Na
"dzień dobry" rzucone przez Rajskiego mężczyzna odpowiedział zawodowym
szeptem.
Podszedł do biurka i zaczął wyjaśniać, nieco zawile, jaki jest powód
jego wizyty. Mężczyzna wysłuchał go uważnie, ale jego oczy wyrażały coś
jakby niechęć. Rajski nie traktował tego osobiście, ale wziął to
spojrzenie za niemy protest, wyraz frustracji. Trochę to wyobrażenie
zazgrzytało z jego wcześniejszą myślą o pracujących w archiwum
pasjonatach, ale teraz skupiał się głównie na tym, aby ujawniając jak
najmniej szczegółów, dowiedzieć się jak najwięcej. Nie potrafił zadać
konkretnego pytania, bo wymagało ono wiedzy, której nie posiadał.
Przypomniał sobie jedną nazwę, którą zapamiętał z rozmów ze znajomym
zajmującym się amatorsko genealogią.
- Czy w archiwum znajdę księgę ludności stałej? - zapytał właściciela
niewielkiej bródki.
- Niestety, nie zachowała się. - Padła krótka odpowiedź, która brzmiała
jak zakończenie rozmowy.
- Czy może mi pan powiedzieć, jak sprawdzić, dysponując datą urodzenia
człowieka, czy w archiwum pozostał jakikolwiek ślad po nim? - Postanowił
nie dawać za wygraną.
- Ale o co dokładnie pan pyta? Czy szuka pan przodków, swojej rodziny?
- W zasadzie to nie rodzina, badam hobbystycznie pewną kwestię, a że
dopiero zaczynam swoją przygodę z genealogią, pomyślałem, że najlepiej
będzie zwrócić się o pomoc do ekspertów. - Rajski wiedział, że
pochlebstwa zazwyczaj zmiękczają grunt. Przemknął mu przed oczami widok
kwiecistej sukienki z wielkim dekoltem.
- A co to za osoba? Czy to mieszkaniec Białegostoku?
- Tak, mieszkał tutaj, ale nie wiem, skąd pochodził, o ile to istotne.
Miał chyba niewielki sklep czy warsztat, ale tego nie jestem pewny.
Wiem, jak się nazywał i kiedy się urodził. Sądząc po nazwisku, był
Żydem.
- Proszę podać nazwisko i rok urodzenia. - Mężczyzna z bródką jakby
nieco uchylił zamknięte przedtem na głucho drzwi swojej uwagi.
- Chaim Lewin, urodził się, zaraz, sprawdzę. - Rajski szybko wyjął z kieszeni smartfon i po chwili dodał: - Urodził się dwunastego sierpnia
tysiąc dziewięćset ósmego roku. Tyle wiem. Miał chyba jakąś ziemię w Białymstoku, ale nie znam szczegółów.
- Proszę pana, niestety dokumenty metrykalne zachowały się w skąpej
liczbie - rzekł brodacz po kilkudziesięciu sekundach poszukiwań. - Nie
mamy aktów zgonu z tego okresu, a akty urodzenia tylko z niektórych lat.
Rajski poczuł na sobie skupione spojrzenie siedzącego przed nim
archiwisty. Po raz pierwszy od początku rozmowy miał wrażenie, że
mężczyzna jest nim zainteresowany. Wyraz ożywienia w jego oczach nadawał
mu wygląd osoby wyrwanej z odrętwienia. Po chwili niespodziewanie dla
Rajskiego padło pytanie:
- A zna pan jego miejsce zamieszkania?
- Chodzi o działkę, na której obecnie jest Galeria Stok, ale nie wiem,
jaki dokładnie miała adres przed wojną i czy była tam tylko jedna
nieruchomość. O ile się orientuję, dawne obręby działek nie pokrywają
się z obecnymi.
- Musiałby pan mieć więcej danych. Jakieś konkrety, punkty zaczepienia.
Bez tego nie mam pomysłu, jak panu pomóc. - Spojrzenie siedzącego przed
nim mężczyzny stało się na krótko przeszywające, po czym ponownie
zapadło w zawodowy letarg.
Rajski wiedział, że przegrał. Co prawda nie wojnę, lecz bitwę, jednak
czuł, że jego entuzjazm to zbyt słaba broń w starciu z twardą
rzeczywistością. Nie był na to przygotowany. Pomyślał, że teraz
konieczne będzie jak najszybsze zdobycie potrzebnej wiedzy. Być może
archiwa otworzą się przed nim, gdy poda zaklęcie ujęte w ramy fachowej
terminologii. Wiedział też, że zaraz po wyjściu zadzwoni do Pawła -
kolegi, który amatorsko zajmował się genealogią i powinien umieć mu
pomóc. Tymczasem podziękował archiwiście, pożegnał się i wyszedł z czytelni. Z niechęcią popatrzył na stojący przed nim budynek. Tam, za
jego murami, są setki półek, na których stoją tysiące papierów. Jak się
przez to przebić, myślał. Czy da radę jako zupełny laik? A jeśli nic nie
znajdzie, nie dlatego, że nic nie ma, tylko dlatego, że nie umie szukać?
Natychmiast opuścił go humor. Postanowił pojechać do domu. Nie lubił,
gdy sprawy go przerastały, a teraz właśnie zaczął nabierać takiego
przekonania. Tylko że nie było jak się wycofać. Nie w przypadku
Ryszarda. Wyszedłby na niepoważnego faceta.
Przekręcił kluczyk w stacyjce, silnik zachrobotał, samochód ruszył. Przy
zakręcie w Mickiewicza usłyszał krótkie stukanie gdzieś z tyłu. Najpierw
pomyślał, że to może rzeczy, które trzyma w bagażniku, ale od razu
przypomniał sobie, że niedawno kupił plastikową skrzynkę, do której
powkładał drobiazgi porozrzucane do tej pory po bagażniku. Zrobił to
właśnie po to, aby nic mu tam nie latało i hałasowało w czasie jazdy, bo
zaczęło go irytować, gdy przy każdym zakręcie butelki, tubki i kable
przemieszczały się z jednego boku auta na drugi. To stukanie było inne.
Pomyślał o wizycie u mechanika i jego humor jeszcze bardziej zapikował.
Mechanik i dentysta. W obu miejscach Rajski bywał z jednakową niechęcią
i tylko w sytuacjach absolutnie niezbędnych. Rozumiał strach przed
dentystą. Mechanik wywoływał w nim raczej przykre poczucie
nieuchronności i utraty kontroli. Nie chodziło mu nawet o koszt naprawy,
który w jego foresterze był zazwyczaj nieprzewidywalny z tendencją do
zwyżkowania. Najbardziej nie lubił po prostu samej sytuacji, kiedy coś
się komplikowało. O ile w sprawach zawodowych problemy były czymś
nieodłącznym i dzięki opanowaniu radził sobie z nimi dość dobrze, o tyle
w sprawach codziennych wytrącały go czasem z równowagi drobne
złośliwości losu.
Dochodziła
godzina szesnasta, gdy Rajski, leżąc na kanapie z kubkiem kawy,
przypomniał sobie o telefonie do Izabeli Banasz. Miał jej podać cenę za
usługę. Co prawda nie zastanawiał się nad tym w ogóle, ale przecież coś
powiedzieć musiał. Podniósł telefon i wybrał połączenie.
- Tak, panie Piotrze... - Ciepło płynące ze słuchawki przesączyło się w okolice splotu słonecznego.
- Dzień dobry. Zgodnie z zapowiedzią dzwonię z informacją o wycenie.
Przyznam, że wolę jednak takie sprawy omawiać nie przez telefon -
powiedział, starając się przybrać jak najbardziej rzeczowy ton.
Kwiecista sukienka... przemknęło mu przez myśl.
- Panie Piotrze, dobrze, możemy się spotkać, ale proszę dać mi chwilę.
Odezwę się do pana w ciągu następnych trzech dni. Trochę spraw mi się
nagle pokomplikowało. Przepraszam.
- Nie ma najmniejszego problemu. - Piotr zdobył się na najbardziej
beztroski ton głosu. - Proszę zadzwonić w dogodnym czasie.
Szlag, pomyślał, słysząc, że okazja na zarobek prawdopodobnie zniknęła.
Przypomniał sobie jednak o archiwum i ogromie pracy, która była przed
nim. Może to i lepiej. Posiadał doświadczenie z klientami, którzy mieli
zadzwonić za godzinę, jutro, za kilka dni. Gdyby na nich opierał
podstawy swojego bytu materialnego, umarłby z głodu.
Ledwie odłożył telefon i upił łyk kawy, gdy przypomniał sobie o stukach
z tyłu samochodu. Raz jeszcze wziął smartfon i odszukał kontakt do
mechanika.
- Dzień dobry, panie Michale. Coś mi stuka z tyłu. Popatrzyłby pan?
- Jutro. Ósma. - Głos w słuchawce nie pozostawiał miejsca na negocjacje.
- O ósmej rano? Sumienia pan nie ma. No dobra, będę. Dziękuję.
Michał, mechanik, u którego naprawiał samochód, nie był mistrzem
erudycji. Mechaniki być może też nie, ale tego Rajski nie potrafił
ocenić, a był zbyt leniwy, żeby sprawdzić to w innych warsztatach. Poza
tym tłumaczył sobie, że ta jego lojalność ma swoje plusy. Fakt, zdarzyło
się kiedyś w czasie pracy, że auto mu wysiadło. Niby nic poważnego, ale
bał się nim jeździć za obserwowanym. Jeden telefon do Michała. Jakiś
volkswagen zrobił zjazd z podnośnika, forester wjechał na górę, za pół
godziny było po wszystkim.
Ósma rano... Rajski nie był skowronkiem. Raczej sową. Szczyt jego
możliwości intelektualnych przypadał na wieczór i noc. Gorzej było rano.
Przebudzenie i wejście w stan aktywności było bolesne i długie. Rajski
zwykle o poranku niepocieszony popijał kawę, chyba że musiał wyjść.
Wtedy niezadowolenie trwało tyle, ile zwleczenie się z łóżka. Gdy
słyszał szum gotującej się w czajniku wody, był już gotowy do działania.
Gdy wypijał pierwszy łyk kawy, zapominał o niesprawiedliwości losu, jaką
był odgłos budzika.
Gdy się ocknął, pomyślał o umówionym spotkaniu z Pawłem. Strasznie mu
się nie chciało wychodzić, ale wiedział, że musi to załatwić. Prywatnie
mogli się spotkać kiedykolwiek. Teraz jednak czuł presję obowiązku.
Kiedy zegarek w telefonie pokazał szesnastą czterdzieści, wstał, włożył
buty i wyszedł z domu.
Paweł mieszkał kilka bloków dalej. Znali się z dzieciństwa. Ta sama
szkoła, klasa, nawet przez jakiś czas jedna ławka. Potem każdy z nich,
jak to się mówi w takich sytuacjach, poszedł w swoją stronę. Znajomość
jednak przetrwała i spotykali się dość często, choć nieregularnie. Paweł
skończył historię i choć nie pracował w wyuczonym zawodzie, jego
zainteresowania pozostały niezmienne. Czytał dużo literatury fachowej, a od kilku lat wsiąkł w genealogię. Zrobił drzewo genealogiczne swojej
rodziny, a czasami hobbystycznie, zupełnie za darmo, wykonywał drzewa na
prośbę znajomych. Przy okazji spotkań opowiadał Piotrowi o nowych
znaleziskach. Rajski czuł w związku z tym nawet pewną przyjemność. Lubił
słuchać o poszukiwaniach kolegi. Było w nich coś z detektywistyki. Tak
przynajmniej to odbierał i dlatego z zainteresowaniem wysłuchiwał
opowiadanych przez Pawła historii. Nigdy nie przypuszczał, że przyjdzie
czas, że sam będzie musiał zająć się grzebaniem w archiwach.
Paweł otworzył drzwi, w lewej dłoni trzymał kawałek kiełbasy, a prawą
wyciągał na powitanie.
- Wchodź, jakoś tak nam zeszło i nie zrobiliśmy obiadu. Kasia wyszła z dziećmi na plac zabaw, to możemy spokojnie pogadać - powiedział, gdy
Rajski zdejmował w przedpokoju buty.
Przeszli do salonu. Na stole stał talerz z plamą ketchupu, dwie kromki
chleba bez masła i kubek z nadpitą herbatą. Swojsko, ocenił Piotr.
Usiadł po lewej stronie kanapy, na swoim stałym miejscu. Stałym, pod
warunkiem że w domu nie było dzieci.
- Kiełbasy nie będę ci proponował, ale może herbaty się napijesz?
Piotr ruchem głowy zaprzeczył.
- Słuchaj, taki temat. Mam gościa, który przed wojną, w sumie w czasie
wojny też, miał działkę, no, budynek cały. Tu, w Białymstoku. Do spółki
z drugim facetem. Podczas wojny obu gdzieś wcięło, ale jakiś czas potem
jeden z nich się odnalazł. Przypomniał też sobie o swoich włościach. A że miały one już nowego właściciela, to wiadomo. Teraz pojawił się
problem. Chodzi o to, czy ten drugi koleżka nie zostawił po sobie
latorośli, która w najmniej odpowiednim momencie przypomni sobie, że
praszczur coś tam poza nazwiskiem zostawił na tym łez padole. No i ja
muszę tę latorośl odnaleźć. To znaczy sprawdzić, czy jakaś była, i ewentualnie odnaleźć. Prościzna, nie? - Rajski uśmiechnął się na
zakończenie opowieści. - Aha - dodał - nie wiem, czy to coś zmienia, ale
ten, który się nie odnalazł, był wyznania mojżeszowego.
Paweł spokojnie przeżuwał kiełbasę, zanurzając jej pozostały fragment w plamie ketchupu roztartej na talerzu. Chlebem jakoś niespecjalnie
przegryzał. W końcu zapytał:
- Co masz? Jakie dane wyjściowe?
Rajski założył splecione ręce za głowę i powiedział przeciągle:
- Noooo. Także tego. - Znów się uśmiechnął. - Imię, nazwisko, datę
urodzenia. No i adres mniej więcej tej nieruchomości. - Z nieco
sztucznym rozbawieniem dodał: - I z tym właśnie przychodzę do ciebie.
- Piotrek, to cholernie trudny temat - odezwał się wreszcie Paweł. -
Jest wiele takich spraw, w których w końcu dochodzisz do ściany. Po
prostu brak dokumentów. Wojna zrobiła swoje. Teraz to co innego. Jest
wersja papierowa i elektroniczna, kopie i tak dalej. Nasze wnuki pewnie
nie będą miały problemu z ustaleniem naszych losów. Gorzej z nami.
Wiesz, że możesz utknąć na samym początku? Mało tego, możesz w ogóle nie
ruszyć się z miejsca.
- Aż tak? - Rajski bardziej stwierdził, niż zapytał.
- No - odparł krótko Paweł. - Znaczy wiesz - dodał zaraz. - Spokojnie,
może nie będzie tak źle w twoim przypadku. Są ścieżki, które po prostu
trzeba przejść i sprawdzić. W archiwach zostało dużo różnych rzeczy, ale
w takich sprawach jest pewien schemat, od którego każdy zaczyna. Dopiero
potem, zależnie od rezultatów lub ich braku, zaczynają się schody.
Czasem w górę, czasem w dół. - Teraz Paweł się uśmiechnął.
- Od czego zacząć? - zapytał Piotr. - Byłem w archiwum i myślałem, że
jak rzucę facetowi hasło, to pogłówkuje i powie, gdzie szukać. Poda pod
nos właściwą księgę. A tu chłop mówi, że to ja mam mu pokazać, czego
konkretnie chcę. No i po sprawie. Skąd ja ma wiedzieć, czego chcę? Są
jakieś konkretne nazwy rodzajów dokumentów? No, że jakieś metryki czy
akty ślubu to się domyślam. Ale co jeszcze? Aha, facio wspomniał, że
księga ludności stałej czy coś takiego się nie zachowała.
- Księga ludności stałej - powtórzył Paweł, kiwając głową. - To byłoby
nieocenione źródło. Masz tam info o człowieku, jego miejscu
zamieszkania, rodzinie, gdzie pracował, chociaż to nie zawsze. No masa
rzeczy. Ale to akurat ciebie nie dotyczy. Faktycznie, u nas to się
niestety nie zachowało. Albo zachowało, tylko... wyjechało. - Paweł
porozumiewawczo spojrzał na Rajskiego.
- Super - skwitował Piotr z ironią w głosie. - Dobra wiadomość na
początek.
- E tam - odpowiedział Paweł - nie narzekaj. Coś tam powinno zostać.
Mówiłeś, że masz adres. Trzeba ustalić, jak się nazywała ta ulica w tamtych latach. To ogarniesz z poziomu kompa. Jest sporo danych na ten
temat. Jak chłop miał budynek, to musiał go kupić, a jak go kupił, to
był z tym u notariusza. Inwentarze notariuszów się zachowały. W sumie
nie wiem, czy wszystkie, ale na pewno sporo. Problem jest taki, że nie
wiadomo, u którego notariusza spisywał papiery. A żadnej wyszukiwarki
nie ma. To znaczy do każdej księgi będziesz miał skoroszyt z listą
występujących nazwisk. Tam też powinno być, gdzie dokładnie jest szukany
dokument. Tyle że czasem jest ślad w skoroszycie, ale po papierze ani
śladu. Choć tym się na razie nie przejmuj. W każdym razie to jest
metoda. Problem taki, że najświętszych świętych szlag trafi przy takiej
robocie. Tego jest masa. Druga sprawa to akty metrykalne. Mówisz, że
wyznanie mojżeszowe. Nie wiem, co się zachowało, ale coś na pewno.
Kłopot taki, że akty zapisywano po rosyjsku, jeżeli ten twój facet
urodził się na początku wieku, ale znając twoje zamiłowanie i zdolności
lingwistyczne, to akurat żaden problem. - Paweł wyszczerzył zęby w uśmiechu.
Była to aluzja do wrodzonego braku zdolności językowych Rajskiego, o czym kolega wielokrotnie mógł się przekonać w latach szkolnych. Fakt,
Piotra próbowano nauczyć to angielskiego, to francuskiego, a nawet
łaciny. Skutecznie stawił temu opór i dziś posługiwał się co najwyżej
najskuteczniejszym w jego przekonaniu "esperanto", czyli mieszaniną
gestów i uśmiechów, gdy czasem, głównie na wakacjach, musiał stawić
czoła rozmowie w obcym języku. O dziwo, metoda ta działała, ale Rajski
mimo to czuł trochę wstydu. Ale rosyjski? Pisany? To przechodziło jego
wyobrażenie i sprowadzało na niziny chwilowy zapał spowodowany nadzieją,
która wyłaniała się zza stosów dokumentów notarialnych.
- To mnie pocieszyłeś - powiedział Piotr z przekąsem.
- Co mam ci czarować. Poszukiwania archiwalne to masa roboty. Żmudnej,
czasami bez efektu. - Ostatni łyk herbaty był jak podsumowanie rozmowy.
- To czekaj. - Rajski nie dawał za wygraną. - Mam pytać chłopa w archiwum o metryki i notariuszy, tak?
- Tak. - Padła krótka odpowiedź, która nie dodała Rajskiemu optymizmu.
- Super - powiedział Piotr. Niepokój ciemną chmurą wdzierał się w jego
myśli. - No dobra - dodał. - A tak ogólnie, co u ciebie, poza tym?
- Spokojnie - odrzekł Paweł, wstając z zamiarem wyniesienia talerza i kubka do kuchni. Gdy wrócił, dodał: - Słodka monotonia. Praca, dom,
dzieciaki. Czego chcieć więcej? - Uśmiechnął się do kolegi. - A co u ciebie?
Rajski przez chwilę patrzył na niego spod ściągniętych brwi. W końcu
powiedział:
- Dobrze. Kręci się. Ten temat jest dla mnie, wiesz, ważny, bo to od
takiego grubszego gościa. Wiadomo, że sprawa ambicjonalna. A poza tym
standard. Niewierni małżonkowie, inne rzeczy. A, jeszcze ostatnio
wyrachowane studentki. - Spojrzał znacząco na Pawła, szczególnie
akcentując przedostatnie słowo.
- Wyrachowane, mówisz?
- Żebyś wiedział - zaśmiał się Rajski, po czym wstał i powiedział: -
Dobra, Pawełku, dzięki serdeczne za pomoc. Pójdę z tym, co mi
powiedziałeś, do archiwum. A właśnie, kojarzysz tego faceta z czytelni?
On zawsze jest taki ponury? - Rajski wyraźnie się uniósł.
- Tak. - Paweł pokiwał głową. - No faktycznie, ciężki typ. Co zrobić.
Jakby co, to dzwoń. Jak będę wiedział, to ci podpowiem. A, i pozdrów
studentki.
Piotr z uśmiechem klepnął kolegę w bark i powiedział:
- A ty pozdrów Kasię i maluchy. Na razie.
Rajski wyszedł z mieszkania Pawła. Przed wejściem do klatki schodowej
zauważył zbliżającą się żonę przyjaciela.
- Gdzie pędraki? Cześć, Kasiu - rzucił w jej stronę.
- A daj spokój - usłyszał w odpowiedzi. - Kazałam im wrócić, jak
zgłodnieją albo będą chcieli spakować walizki - odpowiedziała Kasia z typową dla młodych rodziców ironią wymieszaną z faktyczną złością.
- No, to poważna sprawa. Jakby co, Paweł nie narzekał na twoją kuchnię.
Jeszcze ma ketchup na gębie. - Rajski cmoknął koleżankę w policzek.
- Kucharz się znalazł - odparowała. - Kiedy mamy przyjść na pieczonego
głuszca? - Wzajemna wymiana serdecznych złośliwości była ich stałym
rytuałem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki