6. Celniczka
Celniczka
Kiedy Warkocz podjęła decyzję, miała wrażenie, że w jej wnętrzu
rozplątał się węzeł - jakby w końcu udało jej się rozczesać uparty
kołtun we włosach.
Zrobi to. Nie miała pojęcia jak, ale znajdzie sposób, by wydostać się z wyspy, przebyć straszliwe Szkarłatne Morze, wpłynąć na Północne Morze i uratować Charliego. Tak, każdy z tych problemów wydawał się równie
niemożliwy. Ale jakimś sposobem mniej niemożliwy niż wyobrażenie sobie
reszty życia bez niego.
Najpierw jednak Warkocz porozmawiała z rodzicami. (Coś, co ludzie w opowieściach takich jak ta powinni robić częściej). Poprosiła ich, żeby
usiedli, po czym opisała swoją miłość do Charliego, świadomość, że nikt
mu nie pomoże, i determinację, by go odnaleźć - choć jednocześnie
wyraziła troskę, że jej nieobecność może utrudnić im życie.
Oboje słuchali jej w milczeniu. Częściowo dlatego, że upiekła im
paszteciki z przepiórczymi jajami. Z pełnymi ustami trudniej jest
sprzeciwić się tymczasowemu atakowi szaleństwa własnej córki.
Kiedy skończyła, Lem poprosił o dokładkę. To była trudna sytuacja, która
wymagała dwóch pasztecików. Ulba zjadła zaledwie połowę posiłku,
odchyliła się do tyłu i zostawiła resztę nietkniętą. To była również
trudna sytuacja, która wymagała pół pasztecika.
Ojciec Warkocz zjadł drugi pasztecik z dużym namysłem, zaczął od góry,
później na zewnątrz, a ciasto zostawił sobie na koniec. W końcu je
również schrupał. A później przez dłuższą, niezręczną chwilę wpatrywał
się w talerz.
Czy to była... być może... trudna sytuacja, która wymagała trzech
pasztecików?
- Myślę, że będziemy musieli jej na to pozwolić - powiedział w końcu,
zwracając się do Ulby.
- To szaleństwo! - odparła matka Warkocz. - Opuścić wyspę? Udać się na
Północne Morze? Wykraść więźnia Czarodziejce?
Lem otarł serwetką najeżone wąsy, oczyszczając je z resztek posiłku.
- Ulbo, powiedziałabyś, że nasza córka jest bardziej praktyczna od nas?
- Tak, normalnie bym tak powiedziała.
- I powiedziałabyś również, że jest bardziej zamyślona od nas?
- Ona ciągle myśli - zgodziła się matka.
- Jak często narzuca się ludziom albo o coś prosi?
- Prawie nigdy.
- Jeśli weźmiemy to pod uwagę, odejście musi być właściwą decyzją -
stwierdził ojciec. - Z pewnością rozważyła wszystkie inne rozwiązania.
Opuszczenie wyspy, by ocalić mężczyznę, którego kocha, może brzmieć jak
szaleństwo, ale jeśli wszystkie inne rozwiązania zostały odrzucone jako
niemożliwe, to szaleństwo może być... w tym przypadku... praktyczne.
Warkocz poczuła delikatny dreszcz. Zgodził się?
- Warkocz... - powiedział ojciec, pochylił się i oparł niegdyś potężne
ręce na blacie stołu - ...zatroszczymy się o twojego brata i ciebie, jeśli
odejdziesz. Proszę, nie martw się o nas, pod tym względem jesteś zbyt
uczynna. Ale żadne z nas nie może udać się z tobą. Rozumiesz to?
- Tak, ojcze.
- Zawsze się zastanawiałem, czy ta wyspa nie okaże się za mała dla kogoś
takiego jak ty.
Te słowa sprawiły, że Warkocz zmarszczyła czoło.
- Dlaczego się tak zachowujesz? - spytał ją.
- Nie chcę być niegrzeczna.
- W takim razie zażądam, żebyś mi powiedziała, bo wtedy brak odpowiedzi
byłby jeszcze bardziej niegrzeczny.
Nachmurzyła się jeszcze bardziej.
- Dlaczego mówisz, że wyspa jest dla mnie za mała, ojcze? We mnie nie ma
nic niezwykłego. Jeśli już, to ja jestem za mała dla niej.
- Wszystko w tobie jest wyjątkowe, Warkocz - powiedziała jej matka. -
Dlatego właśnie nic się szczególnie nie wyróżnia.
Cóż, rodzice są zobowiązani do mówienia takich rzeczy. Wymaga się od
nich, by widzieli w swoich dzieciach wszystko, co najlepsze, bo inaczej
życie z tymi małymi socjopatami doprowadziłoby ich do szaleństwa.
- Mam w takim razie wasze błogosławieństwo? - spytała ich Warkocz.
- Wciąż uważam, że to koszmarny pomysł - zauważyła Ulba.
Lem pokiwał głową.
- Owszem. Ale błyskotliwie zrealizowany koszmarny pomysł musi być lepszy
niż koszmarnie zrealizowany błyskotliwy pomysł. Popatrzcie tylko na
pelikany.
- To prawda - przyznała matka. - Ale czy jesteśmy zdolni do obu rodzajów
błyskotliwości?
- Nie - powiedziała Warkocz. - Ale może uda się nam zrobić mnóstwo
małych kroczków, które połączone razem będą się wydawać błyskotliwe dla
kogoś, kto nas nie zna.
I tak oto zabrali się do dzieła. Warkocz była boleśnie świadoma, że
Charlie mógł cierpieć, ale zdecydowała się nie śpieszyć. Jeżeli miała
zrobić coś tak głupiego jak opuszczenie wyspy, uznała, że powinna
podejść do tego drobiazgowo. Może to rozrzedzić głupotę w czasie,
podobnie jak dobra mąka mogła rozrzedzić stęchłą i poprawić smak
wypieku.
Zaczęła robić skarpetki na szczycie klifu, by móc obserwować statki,
które przypływały i wypływały. Jej matka zaczęła robić skarpetki na
stoliku w pobliżu nabrzeża, by móc robić notatki. Każdego wieczoru
porównywały swoje odkrycia, a ojciec Warkocz słuchał i dzielił się
swoimi przemyśleniami.
Choć Warkocz zawsze była zainteresowana mechanizmami żeglugi, teraz
miała powód, by poznać szczegóły. Istniały dwa typy ludzi, którzy
regularnie opuszczali wyspę. Do pierwszego zaliczały się, rzecz jasna,
załogi różnych statków. Kiedy zacumowali, wychodzili na brzeg, by zrobić
zakupy albo odwiedzić miejscowe tawerny. Skała nie miała szczególnych
atrakcji, ale piwo Cegły było znane jako jedno z lepszych w regionie.
Poza tym, kiedy wypiło się go dość dużo, reszta udogodnień robiła o wiele lepsze wrażenie.
Drugim typem ludzi, którzy opuszczali Skałę, byli urzędnicy państwowi.
Nie tylko diuk i jego rodzina, ale też inni królewscy zarządcy, tacy jak
poborcy podatkowi, królewscy posłańcy i celnicy. Wolno im było odpłynąć,
kiedy uznali to za stosowne. Odwiedzający wyspę szlachetnie urodzeni
również mieli prawo ją opuścić - i zwykle robili to szybko, kiedy tylko
uświadomili sobie, jak koszmarny błąd popełnili.
Największym wyzwaniem Warkocz miała być obecna celniczka. Surowa kobieta
potwierdzała listy przewozowe przypływających kupców i sprawdzała
ładunek w poszukiwaniu uciekinierów. Jak na miejsce, w którym nikt nie
chciał mieszkać, na Skale znajdowało się wiele rzeczy, których ludzie
pragnęli. Sól z kopalni, piwo Cegły, nawet pióra i puch mew.
Mieszkańcy miasteczka mogli sprzedawać te rzeczy jedynie statkom, które
miały pełnomocnictwo od króla. Celnicy nadzorowali to wszystko. Kiedy
obecna przybyła wcześniej tego roku, nie przedstawiła się imieniem i nalegała, by zwracano się do niej "Celniczko". Twierdziła, że nie
zostanie na Skale dość długo, by imiona się liczyły.
Warkocz nie pamiętała równie wymagającego celnika. Ta kobieta zawsze
obserwowała, wymachiwała prętem, który nosiła, szukając pretekstu do
wymierzenia kary. Wydawała się zbyt surowa, by być w pełni człowiekiem.
Zupełnie jakby, zamiast się urodzić, namnożyła się - a zamiast dorosnąć,
przerzutowała.
Warkocz i jej matka poświęciły wiele godzin na ukradkową obserwację
tego, jak celniczka przeszukiwała wypływające statki. Worki piór były
ważone, a w beczki z solą wbijano ostrza, by odnaleźć ewentualnych
pasażerów na gapę. Ale niektórych ze sprzedawanych towarów - na przykład
dużych beczułek miejscowego piwa - nie dawało się otworzyć, żeby ich
zawartość się nie popsuła. A gdyby ktoś ukrył się w beczułce? Czy
mogliby uzupełnić ją czymś w rodzaju soli, żeby miała odpowiedni ciężar
rozłożony we właściwy sposób?
Niestety, celniczka miała odpowiedź na takie potencjalne plany ucieczki.
Sprawdzając beczułki, wykorzystywała specjalne urządzenie do słuchania,
podobne do tego, za pomocą którego medycy słuchali serc. Zatrzymywała
się na dłużej przy każdej beczce, nasłuchując poruszeń lub oddechów w środku. Podobno celniczka miała doskonały słuch i słyszała nawet bicie
serca uciekinierów.
Czy istniał jakiś sposób, by to obejść? By wykorzystać sytuację?
Pewnego wieczoru, dwa tygodnie po tym, jak podjęła decyzję o odejściu,
Warkocz usiadła z notesem pełnym pomysłów. Szmaragdowy Księżyc świecił
jasno jak zwykle, stoicki i nieruchomy na niebie. Na horyzoncie opadały
zarodniki, niczym skrystalizowany księżycowy blask.
Jej ojciec przykuśtykał bliżej, usiadł i gestem poprosił ją, żeby
pokazała mu plany. Przeczytał je uważnie i pokiwał głową.
- To może się udać.
- Może. - Warkocz ziewnęła. - Ale wątpię, żeby tak się stało. Być może
udałoby mi się oszukać bandę marynarzy, ale nigdy nie oszukam Cegły,
Gremmy'ego ani Sora. Oni będą wiedzieli, że coś jest nie tak. -
Przetarła oczy. Nie spała, bo była tak pełna napięcia. (Można by
powiedzieć, że zmartwienie jest jak padlinożerca uczuć. Przyciągane do
innych, lepszych emocji jak wrony na pole bitwy).
- Może nie musisz ich oszukać - powiedział ojciec. - Może zechcą ci
pomóc.
- Nie mogłabym ich o to prosić. A jeśli celniczka mnie złapie? Inni
wpakowaliby się w zbyt wielkie tarapaty.
Ojciec znów pokiwał głową. Oczywiście, takie słowa były typowe dla
Warkocz. Dlatego zaproponował, żeby się położyła. Warkocz wyglądała,
jakby miała zasnąć w połowie rozmowy - a to coś znaczyło, jeśli wziąć
pod uwagę, jak wiele opowieści Charliego przetrwała bez jednego
ziewnięcia.
Kiedy poszła na górę, Lem wziął laskę, włożył płaszcz i wyszedł, żeby
zająć się zaawansowanym ojcostwem.
7. Ojciec
Ojciec
Lem nie był biednym człowiekiem.
Teraz pewnie moglibyście powiedzieć mi: "Hoidzie, ta cała opowieść
świadczy, że jest wręcz przeciwnie. Rodzina Lema ciągle zaciska pasa,
żeby przetrwać". A ja odpowiedziałbym: "Proszę, nie przerywajcie".
Lem nie był biedny, po prostu nie miał dużo pieniędzy.
Tej nocy, kiedy Warkocz spała, Lem pokuśtykał w dół długą drogą do
tawerny Cegły. Był pewien, że Gremmy i Sor tam będą. W końcu tawerna
zamykała się dopiero o drugiej.
Lem wszedł, kuśtykając, do środka. Wciąż było na tyle wcześnie, że u Cegły panowała radosna, hałaśliwa atmosfera. Jak wiecie, wieczory w tawernach są jak ogień w palenisku. Mają dwa życia.
Jest ta część kiedy są hałaśliwe, wesołe i radosne. A później wieczór
zaczyna dryfować. Tawerna staje się zimniejsza, ciemniejsza i cichsza.
Ci, którzy wypełniają tawernę w czasie jej drugiego życia, nie chcą
koleżeństwa. Jedynie towarzystwa.
Od tej części dzieliło ich kilka godzin, więc Lem mijał roześmianych
górników stawiających sobie nawzajem kolejkę i rozmawiających o swoich
nudnych nudach. Zauważył Gremmy'ego i Sora razem, jak to się często
zdarzało. Doker i zarządca portu wyglądali jak dwa końce pinezki. Gremmy
był krępy, miał płaską głowę i fryzurę, która wręcz krzyczała: "Co jest
najtańsze?". Sor był zasadniczo szefem Gremmy'ego, ale rzadko o tym
wspominał, żeby przypadkiem nie zabrzmiało to, jakby proponował, że
zapłaci rachunek. Wysoki i wyprostowany popijał piwo, bo nie chciał,
żeby ktoś zobaczył, jak pije wino, na które mógł sobie pozwolić.
Cegła, rzecz jasna, znajdował się za barem, stał na stołeczku, żeby móc
patrzeć klientom w oczy. Warkocz potrzebowała pomocy wszystkich trzech
mężczyzn, ale Lem nie podszedł do żadnego z nich. Zajął za to miejsce w pobliżu tarczy do gry w strzałki. Jule grał i zaproponował Lemowi
kolejną partyjkę, co on przyjął z radością.
Lem wbił pierwszą strzałkę kilka stóp pod tarczą, trafiając w jeden z dwóch sęków, w których widniały otwory pozostawione przez liczne
strzałki.
Jule spojrzał na to z aprobatą i sam rzucił, trafiając obok Lema.
- Słyszałem, że znowu pomogłeś Gremmy'emu zapłacić rachunek - powiedział
Lem, zamierzając się do drugiego rzutu. - To naprawdę miłe z twojej
strony.
Jule z wdzięcznością pokiwał głową.
Następnie Lem zagrał ze starym Rodem, karczmarzem. Niestety pierwsze dwa
razy spudłował. Jeden rzut był tak kiepski, że wręcz trafił w tarczę.
Ale trzeci uderzył dużo poniżej niej.
- Nieźle - powiedział Rod. - Laska pomaga ci z równowagą, Lem?
Przysięgam, że od czasu wypadku lepiej grasz w rzutki.
- Laska nie pomaga w rzutki, Rod. Za to fakt, że nie mam nic do roboty...
Rod chrząknął.
- Nadal w weekendy pomagasz Cegle w warzeniu? - spytał Lem.
- Dość często - odparł Rod i rzucił.
Później Rod odszedł, ustępując kolejnemu graczowi, i następnemu. Kiedy
mężczyźni podchodzili, by zagrać z Lemem, odczytywali niepisany
scenariusz jego pytań.
Przypomnieli sobie ten raz, kiedy Rod się upił, a Lem pomógł mu wrócić
do domu. A kiedy Jule stracił dach w czasie wichury, Lem pomógł mu
położyć nowy. Podobnych historii były dziesiątki. Lem był ludzkim
odpowiednikiem głębokiej, czystej studni, zawsze pełnej wody, kiedy
człowiek jej potrzebował. Proponował im to, co było im potrzebne, i nie
prosił o nic w zamian. Właściwie nigdy więcej o tym nie wspominał.
Chyba że było to pilne.
Chyba że było to ważne.
W takich przypadkach, cóż, Lem mógł być biedny w walucie, którą płaciło
się podatki. Ale był wręcz bogaczem, kiedy chodziło o walutę, która się
liczyła.
Tego wieczoru rozeszły się wieści. Lem czegoś potrzebował, a dokładnie
od Gremmy'ego, Sora i Cegły. Lem - człowiek bez długów - potrzebował tej
przysługi tak bardzo, że niemal o nią poprosił. W języku mężczyzn takich
jak ci był to odpowiednik błagania.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Podziękowania
Podziękowania
Ale jazda.
Kiedy usiadłem, żeby pod wpływem kaprysu napisać tę książkę, nie miałem
pojęcia, do czego doprowadzi cały ten projekt. (Koniecznie zajrzyjcie do
Postscriptum na końcu książki, gdzie opisuję swoje inspiracje w sposób,
który odrobinę za bardzo zdradza fabułę, by umieścić to na początku).
Kiedy myślałem o czterech książkach należących do "Tajnego Projektu" na
Kickstarterze z roku 2022, wyobrażałem sobie coś wyjątkowego, ale mój
zespół zaszalał. Wyszedł z tego wspaniały tom. Wiem, że wielu z Was
będzie słuchać audiobooka, który z pewnością ma swoje charakterystyczne
walory artystyczne - ale jeśli będziecie mieli okazję, przejrzyjcie
wersję papierową. Bo naprawdę, rany.
Dlatego stosownym wydaje mi się rozpoczęcie od podziękowania Howardowi
Lyonowi. Wyobrażałem sobie te książki jako swego rodzaju "wystawę
artysty", to znaczy my wybieraliśmy twórcę i pozwalaliśmy mu nieco
zaszaleć przy pracy nad oprawą graficzną. Howard zrobił tak wiele.
Okładka, wyklejki, ilustracje wewnątrz - ale tak naprawdę cały projekt
dużo mu zawdzięcza. Dziękuję, Howardzie, że zgodziłeś się przyjąć tak
wielki projekt. Wspaniale sobie poradziłeś.
Nic z tego by się nie udało bez Izaaca Stewarta, naszego kierownika
artystycznego w Dragonsteel. Rachael Lynn Buchanan była asystentką. Bill
Wearne z American Print and Bindery naprawdę bardzo się postarał, by to
wydrukować, biorąc pod uwagę braki. Wielkie dzięki, Bill. Chciałbym
podziękować też wszystkim ludziom na każdym etapie pracy, od papierni po
dostawców materiałów na okładkę, drukarnię, introligatornię i dostawców.
Dyrektorem operacyjnym w Dragonsteel jest Emily Sanderson, a w dziale
wydawniczym pracują Peter Ahlstrom, Karen Ahlstrom, Kristy S. Gilbert i Betsey Ahlstrom. Korektą zajmuje się Kristy Kugler. Dział operacyjny
tworzą Matt "Będziesz to robił w każdej książce, Brandonie?" Hatch, Emma
Tan-Stoker, Jane Horne, Kathleen Dorsey Sanderson, Makena Saluone i Hazel Cummings. Dział reklamy i marketing stanowią Adam Horne, Jeremy
Palmer i Taylor Hatch.
Ci ludzie zwykle nie zostają odpowiednio docenieni za wszystkie
wspaniałe rzeczy, które robią, by umożliwić realizację projektów. Przy
tej kampanii na Kickstarterze szczególnie potrzebowałem ich entuzjazmu i cudownych pomysłów. (Na przykład to Adam wpadł przed laty na pomysł
subskrypcji). Złożenie tego wszystkiego razem i doprowadzanie do
realizacji wymagało mnóstwa pracy, więc jeśli będziecie mieli okazję,
osobiście podziękujcie mojemu zespołowi.
I oczywiście musimy wyjątkowo podziękować działowi realizacji zamówień.
Ekipa Kary Stewart pracowała całymi dniami, żeby dostarczyć Wam te
książki. Wszyscy zasługują na oklaski, a są to: Christi Jacobsen, Lex
Willhite, Kellyn Neumann, Mem Grange, Michael Bateman, Joy Allen, Katy
Ives, Richard Rubert, Sean VanBuskirk, Isabel Chrisman, Tori Mecham,
Ally Rep, Jacob Chrisman, Alex Lyon i Owen Knowlton.
Chciałbym podziękować Margot Atwell, Orianie Leckert i reszcie zespołu z Kickstartera. Ponadto na moje podziękowania zasługują Anna Gallagher,
Palmer Johnson, Antonio Rosales i reszta ekipy BackerKit.
Przy pracy nad tą książką pomagała nam specjalna konsultantka - Jenna
Beacom - i była niewiarygodna. Jeśli kiedykolwiek będziecie potrzebować
pomocy w pracy nad książką, jeśli chodzi o kwestię przedstawiania
Głuchych i tego, jak stworzyć głuchą postać, zwróćcie się do Jenny. Ona
Wam pomoże.
Do czytelników alfa przy tym projekcie zaliczali się Adam Horne, Rachael
Lynn Buchanan, Kellyn Neumann, Lex Wilhite, Christi Jacobsen, Jennifer
Neal i Joy Allen.
Czytelnikami beta byli Mi'chelle Walker, Matt Wiens, Ted Herman, Robert
West, Evgeni "Argent" Kirilov, Jessie Lake, Kalyani Poluri, Bao Pham,
Linnea Lindstrom, Jory Phillips, Darci Cole, Craig Hanks, Sean
VanBuskirk, Frankie Jerome, Giulia Costantini, Eliyahu Berelowitz Levin,
Trae Cooper i Lauren McCaffrey.
Korektorami gamma byli również Joy Allen, Jayden King, Chris McGrath,
Jennifer Neal, Joshua Harkey, Eric Lake, Ross Newberry, Bob Kluttz,
Brian T. Hill, Shannon Nelson, Suzanne Musin, Glen Vogelaar, Ian McNatt,
Gary Singer, Erika Kuta Marler, Drew McCaffrey, David Behrens, Rosemary
Williams, Tim Challener, Jessica Ashcraft, Anthony Acker, Alexis
Horizon, Liliana Klein, Christopher Cottingham, Aaron Biggs i William
Juan.
Ponadto muszę szczególnie podziękować Wam wszystkim, którzy wsparliście
ten projekt na Kickstarterze. Nie liczyłem na miejsce na szczycie (ani
tym bardziej podwójnie). Chciałem jedynie zrobić coś innego, coś
interesującego, coś fajnego. Wasze wsparcie przez cały czas znaczy dla
mnie tak wiele. Dziękuję.
Brandon Sanderson
1. Dziewczyna
Dziewczyna
Pośrodku oceanu była sobie dziewczyna, która mieszkała na skale.
Nie był to taki ocean, jak sobie wyobraziliście.
I skała też nie była taka, jak sobie wyobraziliście.
Dziewczyna z kolei być może była taka, jak sobie wyobraziliście -
zakładając, że wyobraziliście sobie, że jest zamyślona, mówi łagodnym
głosem i kolekcjonuje kubki.
Mężczyźni często opisywali, że dziewczyna ma włosy koloru pszenicy. Inni
mówili o barwie karmelu, a czasami o odcieniu miodu. Dziewczyna
zastanawiała się, dlaczego mężczyźni tak często używają jedzenia do
opisywania cech kobiet. W takich mężczyznach krył się głód, którego
lepiej unikać.
Jej zdaniem "jasnobrązowe" było wystarczająco opisowym określeniem -
choć to nie kolor jej włosów był ich najbardziej interesującą cechą,
lecz ich nieokiełznanie. Każdego ranka bohatersko ujarzmiała je szczotką
i grzebieniem, kiełznała wstążką i ciasnym warkoczem. Jednakże jakieś
kosmyki zawsze się wyślizgiwały i falowały na wietrze, z radością
witając wszystkich, których mijała.
Po urodzeniu dziewczynie nadano niefortunne imię Glorf (nie
wyzłośliwiajcie się, było tradycyjne w jej rodzinie), ale ze względu na
czuprynę zyskała imię, którego używali wszyscy - Warkocz. Ten przydomek
był, zdaniem samej Warkocz, jej najbardziej interesującą cechą.
Warkocz została wychowana w taki sposób, że zyskała pewien niezbywalny
pragmatyzm. To częsta przypadłość tych, którzy mieszkają na surowych,
pozbawionych życia wyspach, których nigdy nie opuszczą. Kiedy każdego
dnia wita was czarny skalisty krajobraz, wpływa to na wasze podejście do
życia.
Wyspa miała kształt przypominający zagięty palec starca, wyłaniający się
z oceanu i wskazujący w stronę horyzontu. Składała się w całości z jałowej czarnej skały solnej i była na tyle duża, że mogła utrzymać
spore miasteczko i rezydencję diuka. Choć miejscowi nazywali wyspę
Skałą, na mapach podpisywano ją jako Cypel Diggena. Nikt już nie
pamiętał, kim był Diggen, ale musiał być bystrym gościem, bo opuścił
Skałę tuż po tym, jak nadał jej nazwę, i nigdy nie wrócił.
Wieczorami Warkocz siadywała na ganku rodzinnego domu, popijała słoną
herbatę z jednego z ulubionych kubków i wyglądała na zielony ocean. Tak,
powiedziałem, że ocean był zielony. I do tego nie był mokry. Tak, zaraz
do tego dojdziemy.
Kiedy słońce zachodziło, Warkocz rozmyślała o ludziach, którzy
odwiedzali Skałę na statkach. Choć nikt przy zdrowych zmysłach nie
uznałby Skały za atrakcję turystyczną. Czarna solna skała kruszyła się i dostawała do wszystkiego. Uniemożliwiała też uprawę roślin, bo prędzej
czy później skaziła każdą ziemię przywiezioną spoza wyspy. Jedyna
żywność na wyspie wyrastała w kadziach z kompostem.
Choć Skała miała ważne studnie, które czerpały wodę z położonej głęboko
warstwy wodonośnej - coś, czego potrzebowały zawijające do nich statki -
urządzenia, które pracowały w kopalniach soli, bez ustanku wypuszczały w powietrze chmury czarnego dymu.
Podsumowując, atmosfera była ponura, ziemia żałosna, a widoki
przygnębiające. A, wspomniałem o zabójczych zarodnikach?
Cypel Diggena leżał w pobliżu Zielonego Lunageum. Określenie lunageum,
co powinniście wiedzieć, oznacza miejsca, w których jeden z dwunastu
księżyców otaczających planetę Warkocz wisi na niebie na przytłaczająco
niskiej orbicie stacjonarnej. Księżyce są na tyle wielkie, że wypełniają
całą jedną trzecią nieba i jeden z dwunastu jest zawsze widoczny,
niezależnie od tego, dokąd się udacie. Przysłania widok, jak brodawka na
gałce ocznej.
Miejscowi oddawali cześć tym dwunastu księżycom jako bogom, co, jak
wszyscy możemy się zgodzić, jest o wiele bardziej absurdalne niż
cokolwiek, w co wy wierzycie. Łatwo się jednak domyślić, skąd się wziął
ten przesąd, ze względu na zarodniki - jak kolorowy piasek - które
księżyce zrzucały na ziemię.
Spadały z góry z lunageum, a Zielone Lunageum było widoczne w odległości
pięćdziesięciu, może sześćdziesięciu mil od wyspy. Lepiej nie zbliżać
się bardziej do lunageum - wielkiej, migoczącej fontanny kolorowych
pyłków, jaskrawych i skrajnie niebezpiecznych. Zarodniki wypełniały
oceany tego świata, tworząc ogromne morza nie wody, ale obcego pyłu.
Statki żeglowały po tym pyle w taki sam sposób, jak żeglują tutaj po
wodzie i nie powinniście uznawać tego za coś niezwykłego. Ile obcych
planet odwiedziliście? Może wszyscy żeglują po morzach pyłku i to wasz
dom jest dziwacznym wyjątkiem?
Zarodniki były niebezpieczne jedynie, jeśli zetknęły się z wilgocią. Co
było problemem ze względu na to, ile mokrych rzeczy wycieka z ludzkiego
ciała, nawet zdrowego. Najmniejsza odrobina wody sprawiała, że zarodniki
gwałtownie kiełkowały, a skutki bywały różne, od nieprzyjemnych po
zabójcze. Gdybyście na przykład odetchnęli zielonymi zarodnikami, wasza
ślina sprawiłaby, że pędy wyrosłyby z waszych ust - a w bardziej
interesujących przypadkach wypełniłyby wasze zatoki i wyłoniły się wokół
oczu.
Zarodniki mogły zostać unieszkodliwione wyłącznie przez dwie rzeczy -
sól lub srebro. Dlatego mieszkańcy Cypla Diggena nie przejmowali się
zbytnio słonym posmakiem wody i jedzenia. Uczyli swoje dzieci tej
niezmiernie ważnej zasady "srebra i soli drobina zabójcę powstrzyma".
Znośny wierszyk, jeśli jesteście barbarzyńcami, którzy lubią proste
rymowanki.
Tak czy inaczej, ze względu na zarodniki, dym i sól można chyba
zrozumieć, dlaczego król, któremu służył diuk, musiał wprowadzić prawo
nakazujące mieszkańcom pozostanie na Skale. Och, podał powody, wśród
których znajdowały się ważne wojskowe terminy w rodzaju "kluczowy
personel", "strategiczne zasoby" i "przyjazne kotwicowisko", ale wszyscy
znali prawdę. Miejsce było tak niegościnne, że nawet smog uważał je za
przygnębiające. Od czasu do czasu do brzegu przybijały statki
potrzebujące napraw, by zostawić odpadki do kadzi z kompostem albo
nabrać świeżej wody. Wszyscy jednak ściśle przestrzegali królewskiego
prawa - żaden z miejscowych nie mógł opuścić Cypla Diggena. Nigdy.
I dlatego Warkocz siadywała wieczorami na schodkach, patrzyła, jak
odpływają statki, z lunageum opadają kolumny zarodników, a słońce
wyłania się zza księżyca i opada w stronę horyzontu. Popijała słoną
herbatę z kubka z namalowanymi końmi i myślała: "To miejsce ma tak
naprawdę swoją urodę. Podoba mi się tutaj. I wierzę, że spokojnie spędzę
tu resztę życia".
2. Ogrodnik
Ogrodnik
Być może zaskoczyły was te ostatnie słowa. Warkocz chciała zostać na
Skale? Podobało jej się?
A gdzie jej pragnienie przygody? Jej tęsknota za nowymi krainami?
Zamiłowanie do podróży?
Cóż, to nie jest ta część opowieści, w której zadajecie pytania. Dlatego
uprzejmie zachowajcie je dla siebie. Ale skoro już o tym mowa, musicie
zrozumieć, że to opowieść o ludziach, którzy są i nie są tacy, jak się
wydaje. Jednocześnie. Opowieść o sprzecznościach. Innymi słowy, to
opowieść o ludziach.
W tym przypadku Warkocz nie była waszą zwyczajną bohaterką - w tym
sensie, że tak naprawdę była zdecydowanie zwyczajna. W rzeczy samej,
uważała się za kategorycznie nudną. Lubiła pić niezbyt gorącą herbatę.
Wcześnie kładła się spać. Kochała rodziców, czasem sprzeczała się z młodszym bratem i nie śmieciła. Nieźle wyszywała i miała talent do
pieczenia, ale poza tym żadnych szczególnych zdolności.
Nie ćwiczyła w tajemnicy szermierki. Nie rozmawiała ze zwierzętami. Nie
miała wśród przodków królów ani bóstw, choć jej prababka Glorf podobno
raz pomachała do króla. Ze szczytu Skały, kiedy on przepływał obok, w odległości wielu mil, więc Warkocz nie sądziła, by się to liczyło.
Krótko mówiąc, Warkocz była zwyczajną nastolatką. Wiedziała o tym, bo
inne dziewczyny często wspominały, że one nie są takie jak "wszyscy
pozostali", a Warkocz po jakimś czasie uznała, że do grupy "wszyscy
pozostali" zalicza się tylko ona. Inne dziewczyny musiały mieć rację, bo
wszystkie wiedziały, jak to jest być wyjątkową - zaiste, były w tym tak
dobre, że robiły to razem.
Warkocz była bardziej zamyślona od większości ludzi i nie lubiła się
narzucać, prosząc o to, czego pragnęła. Milczała, kiedy inne dziewczyny
śmiały się albo żartowały sobie z niej. W końcu tak dobrze się bawiły.
Byłoby nieuprzejme, gdyby w tym przeszkodziła, i aroganckie, gdyby
poprosiła, żeby przestały.
Czasami co bardziej niesforni młodzieńcy wspominali o szukaniu przygód
na obcych oceanach. Warkocz uważała ten pomysł za przerażający. Jak
mogłaby zostawić rodziców i brata? Poza tym miała swoją kolekcję kubków.
Warkocz ceniła swoje kubki. Miała delikatne porcelanowe kubki z malowanym szkliwem, gliniane kubki, szorstkie w dotyku, i drewniane
kubki, wytrzymałe i zużyte.
Niektórzy marynarze, którzy często przybijali do Cypla Diggena,
wiedzieli o jej zamiłowaniu i czasami przywozili jej kubki ze wszystkich
dwunastu oceanów - z odległych krain, gdzie zarodniki były podobno
szkarłatne, lazurowe lub nawet złociste. W zamian za prezenty dawała
marynarzom paszteciki, składniki na nie kupowała za żałosne pieniądze,
jakie zarabiała, szorując okna.
Kubki, które jej przywozili, często były podniszczone i zużyte, ale
Warkocz to nie przeszkadzało. Wyszczerbiony lub obtłuczony kubek miał
historię. Uwielbiała je wszystkie, bo w ten sposób przychodził do niej
świat. Kiedykolwiek popijała z jednego z kubków, wyobrażała sobie, że
czuje smak dalekich potraw i napitków, a może nawet odrobinę rozumie
ludzi, którzy je stworzyli.
Za każdym razem, kiedy Warkocz dostała nowy kubek, chwaliła się nim
Charliemu.
Charlie twierdził, że jest ogrodnikiem w rezydencji diuka na szczycie
Skały, ale Warkocz wiedziała, że tak naprawdę był synem diuka. Charlie
miał dłonie delikatne jak dziecko, pozbawione odcisków, i był lepiej
odżywiony niż ktokolwiek w miasteczku. Zawsze miał starannie
przystrzyżone włosy i choć na jej widok zdejmował sygnet, pasek nieco
jaśniejszej skóry wskazywał, gdzie go zwykle nosił - na palcu, który
oznaczał szlachetnie urodzonego.
Poza tym Warkocz nie była pewna, jakimi "ogrodami" rzekomo zajmował się
Charlie. W końcu rezydencja znajdowała się na Skale. Niegdyś rosło w niej drzewo, ale przed kilkoma laty zrobiło jedyną rozsądną rzecz i uschło. Było tam jednak kilka roślin doniczkowych, co pozwalało
Charliemu udawać.
Szare pyłki krążyły na wietrze wokół jej stóp, kiedy wspinała się
ścieżką w stronę rezydencji. Szare zarodniki były martwe - powietrze
wokół Skały zawierało dość soli, by unieszkodliwić zarodniki - ale i tak
wstrzymywała oddech. Na rozwidleniu skręciła w lewo - prawa odnoga
prowadziła do kopalni - i ruszyła zakosami w stronę nawisu.
Wznosiła się tam rezydencja, jak korpulentna żaba usadowiona na lilii.
Warkocz nie była pewna, czemu diukowi podoba się na górze. Było bliżej
smogu, więc może cieszyło go towarzystwo o podobnym temperamencie.
Wspinaczka na samą górę była trudna - ale patrząc na to, jak na
członkach rodziny diuka leżały ubrania, może uznali, że przyda im się
trochę ćwiczeń.
Terenu rezydencji pilnowało pięciu żołnierzy - choć w tej chwili na
służbie byli tylko Snagu i Lead - i dobrze wykonywali swoją pracę. W końcu minęło strasznie dużo czasu, od kiedy ktokolwiek w rodzinie diuka
zginął z powodu rozlicznych niebezpieczeństw, jakim musieli stawiać
czoło szlachetnie urodzeni mieszkający na Skale. (Zaliczały się do nich
nuda, obicie palców u nóg i zadławienie się plackiem z owocami).
Rzecz jasna, przyniosła żołnierzom paszteciki. Kiedy jedli, zastanawiała
się, czy pokazać im swój nowy kubek. Był cały z cyny i zdobiły go
wytłoczone litery języka, w którym słowa pisano od góry do dołu, nie od
lewej do prawej. Ale nie, nie chciała zawracać im głowy.
Pozwolili jej przejść, choć nie był to dzień, kiedy myła okna w rezydencji. Znalazła Charliego na tyłach, był zajęty ćwiczeniem
szermierki. Kiedy ją zobaczył, odłożył miecz do ćwiczeń i szybko zsunął
sygnet.
- Warkocz! Dziś się ciebie nie spodziewałem!
Charlie, który właśnie skończył siedemnaście lat, był od niej o dwa
miesiące starszy. Miał mnóstwo uśmiechów, a ona rozpoznawała każdy. Na
przykład te wyszczerzone zęby, które widziała teraz, oznaczały, że
ogromnie cieszył go pretekst do przerwania ćwiczeń szermierki. Nie lubił
jej aż tak bardzo, jak powinien, przynajmniej zdaniem jego ojca.
- Szermierka, Charlie? - spytała. - Czy to zadanie ogrodnika?
Uniósł wąskie ostrze pojedynkowe.
- To? Ależ to służy do ogrodnictwa. - Zamachnął się bez entuzjazmu w stronę jednej z roślin doniczkowych na tarasie. Roślina nie była jeszcze
do końca martwa, ale liść, który Charlie właśnie rozpłatał, z pewnością
nie poprawi jej szans.
- Ogrodnictwo. Mieczem.
- Tak to się robi na królewskiej wyspie. - Charlie znów się zamachnął. -
Wiesz, tam ciągle trwa wojna. Więc jak się nad tym zastanowić, to
naturalne, że ogrodnicy uczą się przycinać rośliny mieczem. Lepiej nie
wpaść w zasadzkę, kiedy jest się bezbronnym.
Nie był dobrym kłamcą, ale była to jedna z rzeczy, które Warkocz w nim
lubiła. Charlie był prawdziwy. I nawet kłamał w autentyczny sposób. A ponieważ kiepsko sobie z tym radził, nie można mu było mieć tego za złe.
Jego kłamstwa były tak oczywiste, że lepsze od prawdy wielu innych osób.
Jeszcze raz zamachnął się w kierunku rośliny, po czym spojrzał na
Warkocz i uniósł brew. Pokręciła głową. Dlatego posłał jej uśmiech
"przyłapałaś mnie, ale nie mogę się przyznać" i wbił miecz w ziemię w doniczce, po czym klapnął na niski murek.
Synowie diuków nie powinni klapać. Można więc uznać Charliego za
młodzieńca obdarzonego niezwykłymi talentami.
Warkocz usiadła obok niego, na kolanach miała koszyk.
- Co mi przyniosłaś?
Wyjęła nieduży pasztecik.
- Gołąb i marchewka. Z sosem doprawionym tymiankiem.
- Szlachetne połączenie - stwierdził.
- Sądzę, że syn diuka, gdyby tu był, nie zgodziłby się.
- Synowi diuka wolno jeść wyłącznie potrawy, które mają dziwnie
akcentowane obce litery w nazwie. I nie wolno mu przerywać ćwiczeń
szermierki, żeby coś zjeść. Całe szczęście więc, że nim nie jestem.
Charlie odgryzł kęs. Obserwowała jego uśmiech. I oto był - uśmiech
zachwytu. Cały dzień spędziła na rozmyślaniach, co może zrobić ze
składników, które były na wyprzedaży na portowym targowisku, z nadzieją,
że uda jej się zasłużyć na ten szczególny uśmiech.
- To co jeszcze przyniosłaś?
- Ogrodniku Charlie, właśnie dostałeś całkowicie darmowy pasztecik, a teraz ośmielasz się przypuszczać, że mam coś jeszcze?
- Ośmielam się? - powiedział z pełnymi ustami. Wolną ręką trącił jej
koszyk. - Wiem, że jest tam coś jeszcze. Dawaj.
Uśmiechnęła się szeroko. W przypadku większości ludzi nie odważyłaby się
narzucać, ale Charlie był inny. Odsłoniła cynowy kubek.
- Ach. - Charlie odstawił pasztecik i z szacunkiem uniósł kubek obiema
rękami. - To coś wyjątkowego.
- Wiesz coś o tym piśmie? - spytała z przejęciem.
- To stary irialski. Wiesz, oni zniknęli. Cały lud: bach! Jednego dnia
jeszcze byli, następnego zniknęli, a ich wyspa pozostała bezludna. To
było trzysta lat temu, więc nikt z żyjących ich nigdy nie spotkał, ale
podobno mieli złote włosy. Jak twoje, w kolorze promieni słońca.
- Moje włosy nie są w kolorze promieni słońca, Charlie.
- Twoje włosy są w kolorze promieni słońca. Gdyby promienie słońca były
jasnobrązowe.
Można by powiedzieć, że Charlie doskonale panował nad słowami. A raczej
to one panowały nad nim.
- Założyłbym się, że ten kubek ma niezłą historię - mówił dalej. -
Wykuty dla szlachetnie urodzonego Iriali dzień przed tym, jak on... wraz
ze wszystkimi rodakami... został zabrany przez bogów. Kubek pozostał na
stole i zabrała go biedna rybaczka, która jako pierwsza przybyła na
wyspę i odkryła z przerażeniem, że cały lud zniknął. Kubek odziedziczył
po niej jej wnuk, który został piratem. W końcu zakopał swój nieuczciwie
zdobyty skarb głęboko pod zarodnikami. Został odzyskany dopiero teraz,
po eonach w ciemności, i trafił w twoje ręce. - Uniósł kubek do światła.
Słuchając go, Warkocz się uśmiechała. Kiedy myła okna w rezydencji,
słyszała czasami, jak rodzice Charliego besztają go za to, że tak dużo
mówi. Uważali, że to głupie i nie przystoi komuś o jego pozycji. Rzadko
pozwalali mu dokończyć. Warkocz sądziła, że to wielka szkoda. Bo choć,
owszem, czasami się rozgadywał, zrozumiała, że to dlatego, że Charlie
lubił opowieści tak, jak ona lubiła kubki.
- Dziękuję, Charlie - szepnęła.
- Za co?
- Za to, że dajesz mi to, czego pragnę.
Wiedział, co miała na myśli. Nie były to ani kubki, ani historie.
- Zawsze. - Położył dłoń na jej dłoni. - Zawsze to, czego pragniesz,
Warkocz. I zawsze możesz mi powiedzieć, co to jest. Wiem, że z innymi
zwykle tego nie robisz.
- A czego ty chcesz, Charlie?
- Nie wiem - przyznał. - To znaczy poza jedną rzeczą. Jedną rzeczą,
której nie powinienem chcieć, a chcę. Tymczasem powinienem marzyć o przygodach. Jak w opowieściach. Znasz te opowieści?
- Te z pięknymi dziewczętami, które zawsze zostają pochwycone i nic nie
robią poza siedzeniem w uwięzieniu? I może od czasu do czasu wołają o pomoc?
- Pewnie tak bywa.
- Dlaczego to są zawsze piękne dziewczęta? Czy istnieją takie, które są
niepiękne? Może mają na myśli "pyszne", jak jedzenie. Mogłabym być taką
dziewczyną. Dobrze sobie radzę z jedzeniem. - Skrzywiła się. - Cieszę
się, że nie żyję w opowieści, Charlie. Z pewnością zostałabym
pochwycona.
- A ja pewnie szybko bym zginął. Jestem tchórzem, Warkocz. Taka jest
prawda.
- Bzdura. Po prostu jesteś zwykłą osobą.
- Czy... widziałaś, jak reaguję w obecności diuka?
Milczała. Bo widziała.
- Gdybym nie był tchórzem, mógłbym powiedzieć rzeczy, których nie
potrafię ci powiedzieć. Ale, Warkocz, gdybyś została pochwycona, i tak
bym pomógł. Włożyłbym zbroję. Lśniącą zbroję. A może matową zbroję.
Wydaje mi się, że gdyby ktoś, kogo znam, został pochwycony, nie
marnowałbym czasu na polerowanie zbroi. Myślisz, że ci bohaterowie robią
sobie przerwę na jej wypolerowanie, kiedy ludzie są w niebezpieczeństwie? To nie brzmi szczególnie pomocnie.
- Charlie, czy ty w ogóle masz zbroję?
- Znalazłbym jakąś - obiecał. - Z pewnością coś bym wymyślił. Nawet
tchórz byłby odważny w porządnej zbroi, prawda? W tych historiach jest
mnóstwo martwych ludzi. Na pewno udałoby mi się zabrać ją...
Z wnętrza rezydencji dobiegł krzyk. To był ojciec Charliego, który
gderał. Na ile Warkocz umiała to ocenić, wrzeszczenie było jedynym
zadaniem diuka na wyspie, a on traktował je bardzo poważnie.
Charlie spojrzał w stronę rezydencji i stężał, a jego uśmiech zniknął.
Ale kiedy krzyki się nie zbliżyły, znów spojrzał na kubek. Chwila
minęła, ale inna zajęła jej miejsce, jak to bywa. Nie była już tak
intymna, ale wciąż cenna, bo był to czas spędzony z nim.
- Przepraszam, że wspominam o takich głupotach jak pyszne dziewczęta i okradanie trupów ze zbroi - powiedział cicho. - Ale lubię, że i tak mnie
słuchasz. Dziękuję ci, Warkocz.
- Lubię twoje opowieści. - Wzięła kubek i obróciła go w dłoniach. -
Myślisz, że cokolwiek z tego, co powiedziałeś o tym kubku, jest prawdą?
- Może być prawdą. To najwspanialsza rzecz o opowieściach. Popatrz na to
pismo... mówi, że kiedyś należał do króla. Tu jest jego imię.
- A nauczyłeś się tego języka w...
- ...szkole ogrodniczej. Na wypadek gdybyśmy musieli przeczytać
ostrzeżenia na opakowaniach pewnych niebezpiecznych roślin.
- A teraz nosisz dublet i rajtuzy lorda...
- ...bo dzięki temu jestem doskonałym wabikiem, gdyby przybyli tu
skrytobójcy i spróbowali zabić syna diuka.
- Skoro tak mówisz. Ale w takim razie czemu zdejmujesz sygnet?
- Yyy... - Spuścił wzrok na dłoń, a później spojrzał jej w oczy. - Cóż,
pewnie wolałbym, żebyś ty mnie nie pomyliła z kimś innym. Z kimś, z kim
nie chcę być.
I wtedy uśmiechnął się swoim nieśmiałym uśmiechem. Swoim "proszę, ustąp
mi w tej kwestii, Warkocz" uśmiechem. Bo syn diuka nie mógł się otwarcie
bratać z dziewczyną, która myła okna. Ale arystokrata udający, że jest z pospólstwa? Udający poślednie urodzenie, by poznać mieszkańców swojej
krainy? Ależ tego się spodziewano. Pojawiało się to w tak wielu
opowieściach, że było wręcz instytucją.
- To ma mnóstwo sensu - powiedziała.
Sięgnął znów po pasztecik.
- Opowiedz mi o swoim dniu. Muszę o tym usłyszeć.
- Poszłam na targowisko, żeby kupić składniki. - Założyła luźny kosmyk
włosów za ucho. - Kupiłam funt ryby. Łososia, importowanego z Wyspy
Erika, gdzie mają wiele jezior. Poloni obniżył cenę, bo myślał, że się
psuje, ale tak naprawdę popsuła się ryba w sąsiedniej beczce. Czyli
dostałam rybę za nic.
- Fascynujące. Nikt nie dostaje ataku, kiedy przychodzisz? Nie wołają
dzieci i nie zmuszają cię, żebyś uścisnęła ich dłonie? Opowiedz mi
więcej. Proszę, chcę wiedzieć, jak się zorientowałaś, że ryba nie jest
zepsuta.
Za jego namową zaczęła objaśniać przyziemne szczegóły swojego życia.
Zmuszał ją do tego za każdym razem, kiedy go odwiedzała. On ze swej
strony słuchał uważnie. To był dowód, że jego zamiłowanie do mówienia
nie było wadą. Słuchać umiał równie dobrze. Przynajmniej jej. W rzeczy
samej, z jakiegoś nieodgadnionego powodu Charlie uznał jej życie za
interesujące.
Mówiąc, Warkocz poczuła, że jest jej ciepło. Często się tak zdarzało,
kiedy go odwiedzała - bo wspięła się wysoko na górę i była bliżej
słońca, więc tu było cieplej. To oczywiste.
Tyle tylko że właśnie trwał księżycocień, kiedy słońce chowało się za
księżycem i robiło się o kilka stopni chłodniej. A tego dnia zaczynała
mieć dosyć pewnych kłamstw, które opowiadała sama sobie. Może był inny
powód, dlaczego było jej ciepło. Krył się w obecnym uśmiechu Charliego i w jej własnym też.
Nie słuchał jej tylko dlatego, że fascynowało go życie chłopów.
Ona nie odwiedzała go tylko dlatego, że chciała słuchać jego opowieści.
Właściwie, na najgłębszym poziomie w ogóle nie chodziło o kubki ani
historie. Tak naprawdę chodziło o rękawiczki.
3. Diuk
Diuk
Warkocz zauważyła, że para porządnych rękawiczek znacznie ułatwiała jej
codzienną pracę. Miała na myśli dobre rękawiczki, uszyte z miękkiej
skóry, która dopasowywała się do rąk. Takie, które - jeśli dobrze je się
natłuszczało i nie zostawiało na słońcu - nigdy nie sztywniały. Takie,
które są tak wygodne, że idziecie umyć ręce i z zaskoczeniem
stwierdzacie, że wciąż macie je na sobie.
Para doskonałych rękawiczek jest bezcenna. A Charlie był jak dobre
rękawiczki. Im dłużej z nim przebywała, tym bardziej właściwy wydawał
się ich wspólnie spędzony czas. Nawet księżycocienie stawały się
jaśniejsze, a jej ciężary lżejsze. Warkocz uwielbiała ciekawe kubki, ale
częściowo dlatego, że każdy dawał jej pretekst, by go odwiedzić.
To, co wzrastało między nimi, wydawało się tak dobre, tak cudowne, że
Warkocz wahała się przed nazwaniem tego miłością. Rozmowy innych młodych
ludzi wskazywały, że "miłość" jest niebezpieczna. Wydawało się, że ich
miłość wiąże się z zazdrością i brakiem pewności siebie. Chodziło w niej
o namiętne przekrzykiwanie się i jeszcze bardziej namiętne godzenie.
Mniej przypominała parę wygodnych rękawiczek, a bardziej rozgrzany
węgiel, który parzył dłonie.
Miłość zawsze przerażała Warkocz. Ale kiedy Charlie znów położył dłoń na
jej dłoni, zrobiło jej się gorąco. Ogień, którego zawsze się bała.
Okazało się, że węgiel jednak tam był, ale zamknięty - jak w dobrym
piecu.
Wbrew wszelkiej logice chciała wskoczyć w jego gorąco.
Charlie zamarł. Rzecz jasna, dotykali się wiele razy wcześniej, ale to
było inne. Ta chwila. To marzenie. Zarumienił się, ale na chwilę
zatrzymał rękę. W końcu uniósł ją i przeczesał włosy palcami,
uśmiechając się z zawstydzeniem. Ponieważ to był Charlie, ten gest nie
zepsuł chwili, tylko uczynił ją jeszcze słodszą.
Warkocz szukała doskonałych słów. Ten moment mógłby zrodzić wiele zdań.
Mogłaby powiedzieć: "Charlie, czy mógłbyś to potrzymać, kiedy będę
spacerować po ogrodzie" - i znów podać mu dłoń.
Mogłaby powiedzieć: "Pomocy, nie mogę oddychać. Patrzenie na ciebie
zaparło mi dech w piersi".
Mogłaby nawet powiedzieć coś zupełnie szalonego, na przykład: "Lubię
cię".
Tymczasem powiedziała:
- Hm. Ręce są ciepłe.
Następnie roześmiała się, ale urwała w połowie, zupełnym przypadkiem
doskonale naśladując okrzyk mirungi.
Można by powiedzieć, że Warkocz doskonale panowała nad słowami. A raczej
nie potrafiła ich z siebie wypuścić.
W odpowiedzi Charlie posłał jej uśmiech. Cudowny uśmiech, coraz bardziej
pewny siebie, im dłużej trwał. Nie widziała go nigdy wcześniej. Mówił:
"Myślę, że cię kocham, Warkocz, pomimo mirungi".
Uśmiechnęła się do niego. I wtedy ponad jego ramieniem dostrzegła
stojącego w oknie diuka. Wysoki i wyprostowany, nosił ubranie w militarnym stylu, które wyglądało, jakby przypięto je do jego ciała za
pomocą licznych medali na piersi.
Nie uśmiechał się.
Właściwie tylko raz widziała jego uśmiech, kiedy karano starego
Lotariego - który próbował uciec z wyspy, ukrywając się na pokładzie
statku kupieckiego. Wydawało się, że to jedyny uśmiech diuka - może
Charlie wykorzystał cały przydział dla rodziny. Tak czy inaczej, jeśli
diuk miał tylko jeden uśmiech, nadrabiał to pokazywaniem stanowczo zbyt
wielu zębów.
Diuk zniknął w cieniach domu, ale jego obecność przytłaczała Warkocz,
kiedy pożegnała się z Charliem. Schodząc po stopniach, spodziewała się,
że usłyszy krzyki, tymczasem ścigała ją złowróżbna cisza. Pełna napięcia
cisza, jaka następuje po błyskawicy.
Podążała za nią ścieżką i dalej do jej domu, gdzie Warkocz mruknęła do
rodziców, że jest zmęczona. Udała się do swojego pokoju i czekała, aż
cisza się skończy. Aż żołnierze zapukają i spytają, dlaczego dziewczyna,
która myła okna, odważyła się dotknąć syna diuka.
Kiedy nic takiego się nie stało, odważyła się mieć nadzieję, że zbyt
wiele się doszukiwała w wyrazie twarzy diuka. A później przypomniała
sobie jego jedyny uśmiech. Potem przez całą noc dręczyły ją niepokoje.
Wstała wcześnie rano, z trudem ściągnęła włosy w kucyk i powlokła się na
targowisko. Tam zamierzała przejrzeć wczorajsze i prawie popsute
składniki w poszukiwaniu czegoś, na co mogła sobie pozwolić. Mimo
wczesnej godziny na targowisku panował duży ruch. Mężczyźni zmiatali
martwe zarodniki ze ścieżki, a ludzie gromadzili się w rozgadanych
grupkach.
Warkocz przygotowała się w duchu na wieści, po czym uznała, że nic nie
może być gorsze niż koszmarne oczekiwanie, które znosiła przez całą noc.
Myliła się.
Diuk wysłał deklarację - on i jego rodzina zamierzali tego właśnie dnia
opuścić wyspę.
4. Syn
Syn
Opuścić.
Opuścić wyspę?
Ludzie nie opuszczali wyspy.
Logicznie rzecz biorąc, Warkocz wiedziała, że to nie do końca prawda.
Królewscy urzędnicy mogli odejść. Diuk czasami wybierał się złożyć
raporty królowi. Poza tym zdobył te wszystkie wyszukane medale,
zabijając ludzi z odległego miejsca, którzy wyglądali odrobinę inaczej.
Najwyraźniej był całkiem bohaterski w czasie tych wojen - świadczył o tym fakt, że mnóstwo jego żołnierzy zginęło, a on przeżył.
Ale w przeszłości diuk nigdy nie zabierał rodziny.
"Spadkobierca diuka osiągnął dorosłość" głosiła proklamacja "i dlatego
przedstawimy go jako potencjalnego narzeczonego różnym księżniczkom
cywilizowanych mórz".
Warkocz była pragmatyczną młodą kobietą. I dlatego tylko pomyślała, żeby
z frustracji rozszarpać na strzępy swój koszyk na zakupy. Jedynie
rozważała, czy byłoby stosowne, gdyby zaczęła przeklinać na całe gardło.
Zaledwie zastanowiła się nad pomaszerowaniem do rezydencji diuka i zażądaniem, by zmienił zdanie.
Miast tego w otępieniu kontynuowała zakupy, wykorzystując znajomą
czynność, by nadać pozory normalności gwałtownie walącemu się życiu.
Znalazła trochę czosnku, co do którego była prawie pewna, że da się go
ocalić, kilka ziemniaków, które nie były jeszcze całkiem zeschłe, i nawet zboże z wołkami na tyle dużymi, że dało się je wybrać.
Poprzedniego dnia byłaby szczęśliwa z powodu tego łupu. Dziś myślała
jedynie o Charliem.
To wydawało się tak niewiarygodnie niesprawiedliwe. Dopiero co
przyznała, co do niego czuje, i już wszystko zostało wywrócone do góry
nogami? Tak, powiedziano jej, że powinna się spodziewać tego bólu.
Miłość wiązała się z bólem. Ale to była sól w herbacie - czy nie powinno
być też odrobiny miodu? Czy nie powinno być - odważyła się zapragnąć -
namiętności?
Miała doznać wszelkich niedogodności związanych z romansem bez
jakiejkolwiek korzyści.
Niestety, jej zmysł praktyczny zaczął zaznaczać swoją obecność. Jak
długo oboje udawali, prawdziwy świat nie miał do nich prawa. Ale dni
udawania minęły. Czego ona się właściwie spodziewała? Że diuk pozwoli
jej poślubić swojego syna? A co ona mogła zaoferować komuś takiemu jak
Charlie? Była niczym w porównaniu z księżniczką. Pomyślcie tylko, na ile
kubków mogli sobie pozwolić!
W udawanym świecie w małżeństwie chodziło o miłość. W prawdziwym świecie
chodziło o politykę. Słowo obciążone rozlicznymi znaczeniami, choć
większość z nich sprowadzała się do: "To kwestia do omawiania przez
szlachetnie urodzonych - i (niechętnie) bardzo bogatych. Nie chłopów".
Skończyła zakupy i ruszyła ścieżką w stronę domu, gdzie przynajmniej
mogła liczyć na współczucie rodziców. Wydawało się jednak, że diuk nie
marnował czasu, bo zobaczyła procesję wijącą się w stronę nabrzeża.
Odwróciła się i ruszyła z powrotem inną drogą. Dotarła na miejsce tuż za
procesją - która zaczęła ładować dobytek rodziny na statek kupiecki.
Nikomu nie było wolno opuścić wyspy. Chyba że przypadkiem byli kimś.
Warkocz martwiła się, że nie będzie miała szansy porozmawiać z Charliem.
A później martwiła się, że będzie ją miała, ale on nie będzie chciał jej
widzieć.
Całe szczęście zobaczyła go, jak stał na uboczu i przypatrywał się
gromadzącym się ludziom. W chwili gdy ją zauważył, podbiegł do niej.
- Warkocz! O, na księżyce. Martwiłem się, że nie znajdę cię na czas.
- Ja... - Co mogła powiedzieć?
- Pyszne dziewczę. - Złożył jej ukłon. - Muszę się pożegnać.
- Charlie... - powiedziała cicho. - Nie próbuj być kimś, kim nie jesteś.
Znam cię.
Skrzywił się. Miał na sobie płaszcz podróżny i nawet kapelusz. Diuk
uważał kapelusze za niestosowne we wszystkich sytuacjach poza podróżą.
- Warkocz, obawiam się, że cię okłamałem - powiedział ciszej. - Widzisz...
nie jestem ogrodnikiem. Jestem... no... synem diuka.
- Zadziwiające. Kto by pomyślał, że ogrodnik Charlie i następca diuka
Charles są tą samą osobą, jeśli wziąć pod uwagę, że są w tym samym
wieku, wyglądają tak samo i noszą to samo ubranie.
- No tak. Jesteś na mnie zła?
- Złość stoi teraz w kolejce. Jest siódma, wciśnięta między niepewność a zmęczenie.
Za ich plecami ojciec i matka Charliego wkroczyli na pokład. Służący
podążyli za nimi z resztą bagażu.
Charlie wbił wzrok w ziemię.
- Wydaje się, że mam się ożenić. Z księżniczką tego czy innego narodu.
Co o tym myślisz?
- Ja... - Co powinna powiedzieć? - Życzę ci wszystkiego najlepszego?
Podniósł wzrok i napotkał jej spojrzenie.
- Zawsze, Warkocz. Pamiętasz?
Było jej trudno, ale po chwili macania na ślepo znalazła słowa ukryte w kącie i próbujące przed nią uciec.
- Chciałabym, żebyś tego nie robił - powiedziała, ściskając je mocno. -
To znaczy się żenił. Z kimś innym.
- Och? - Zamrugał. - Naprawdę?
- To znaczy jestem pewna, że one są bardzo miłe. Księżniczki.
- Mam wrażenie, że to należy do ich obowiązków. Jak... Słyszałaś o rzeczach, które robią w opowieściach? Reanimowanie płazów? Informowanie
rodziców, że ich dziecko zmoczyło łóżeczko? Trzeba być dość miłym, żeby
robić coś takiego.
- Tak. Ja... - Odetchnęła głęboko. - I tak wolałabym... żebyś nie poślubił
jednej z nich.
- Cóż, w takim razie tego nie zrobię.
- Wątpię, żebyś miał wybór, Charlie. Twój ojciec chce, żebyś się ożenił.
To polityka.
- Ach, ale widzisz, ja mam tajną broń. - Wziął ją za ręce i się
nachylił.
Za jego plecami jego ojciec przeszedł na dziób statku i patrzył z góry z nachmurzoną miną. Charlie jednak uśmiechnął się krzywo. To był jego
uśmiech "popatrz, jaki jestem przebiegły". Używał go, kiedy nie był
szczególnie przebiegły.
- Jaką... tajną broń, Charlie?
- Potrafię być niewiarygodnie nudny.
- To nie broń.
- Być może nie na wojnie, Warkocz. Ale podczas zalotów? To równie
doskonała broń jak najostrzejszy rapier. Wiesz, jak potrafię gadać. I gadać. I gadać.
- Ja lubię, jak ty gadasz, Charlie. Właściwie zupełnie mi to nie
przeszkadza. A czasami nawet całkiem się podoba.
- Ty jesteś szczególnym przypadkiem. Ty jesteś... no, to trochę głupie...
ale jesteś jak para rękawiczek, Warkocz.
- Naprawdę? - spytała, krztusząc się.
- Tak. Nie poczuj się urażona. Chodzi o to, że kiedy muszę ćwiczyć z mieczem, noszę te rękawiczki i...
- Rozumiem - szepnęła.
Stojący na pokładzie ojciec Charliego krzyknął do niego, każąc mu się
pośpieszyć. Warkocz uświadomiła sobie wtedy, że - podobnie jak Charlie
miał różne rodzaje uśmiechów - jego ojciec miał różne rodzaje grymasów.
Nie za bardzo podobało jej się, co obecny sugerował na jej temat.
Charlie ścisnął jej dłonie.
- Posłuchaj, Warkocz. Obiecuję ci. Nie ożenię się. Udam się do tych
królestw i będę tak nieznośnie nudny, że żadna z dziewcząt mnie nie
zechce. Nie jestem w niczym szczególnie dobry. Nigdy nie zdobyłem nawet
jednego punktu przeciwko ojcu w szermierce. W czasie oficjalnych kolacji
rozlewam zupę. Gadam tak dużo, że nawet mój lokaj - który dostaje
pieniądze za to, żeby słuchać - wymyśla kreatywne powody, by mi
przerwać. Parę dni temu opowiadałem mu historię o rybie i mewie, a on
udał, że obił sobie palec u nogi i...
Diuk znowu krzyknął.
- Uda mi się, Warkocz - upierał się Charlie. - Zrobię to. W każdym
miejscu, w którym się zatrzymamy, wybiorę kubek dla ciebie, w porządku?
A kiedy zanudzę obecną księżniczkę na śmierć, zaś mój ojciec uzna, że
musimy ruszać dalej, wyślę ci kubek. Jako dowód, wiesz. - Jeszcze raz
ścisnął jej dłonie. - Zrobię to, nie tylko dlatego, że ty słuchasz. Ale
ponieważ mnie znasz, Warkocz. Zawsze mnie dostrzegałaś, a inni tego nie
robią.
Zaczął się odwracać, by w końcu odpowiedzieć na okrzyki ojca. Warkocz
ściskała jego dłonie. Nie chciała, by to się skończyło.
Charlie posłał jej ostatni uśmiech. I choć próbował udawać pewność
siebie, znała jego uśmiechy. Ten był niepewny, pełny nadziei, ale
zmartwiony.
- Ty też jesteś moimi rękawiczkami, Charlie - powiedziała do niego.
Później musiała go puścić, żeby mógł wbiec po trapie. Już i tak
wystarczająco się narzucała.
Diuk zmusił syna do wejścia pod pokład, kiedy statek prześlizgnął się
przez martwe szare zarodniki najbliżej Skały i wypłynął na prawdziwy
zielony ocean. Złapał wiatr w żagle i wyruszył w stronę horyzontu,
zostawiając za sobą poruszony szmaragdowy pył. Warkocz wspięła się do
domu, a później patrzyła z klifu, aż statek stał się mały jak kubek.
Później jak pyłek. I zniknął.
Później zaczęło się czekanie.
Powiadają, że oczekiwanie jest najbardziej nieznośną udręką w życiu.
"Oni" oznacza w tym przypadku pisarzy, którzy nie mają nic użytecznego
do zrobienia, więc wypełniają czas rozmyślaniem o tym, co powiedzieć.
Każda pracująca osoba powie wam, że czas na oczekiwanie to luksus.
Warkocz miała okna do umycia. Posiłki do ugotowania. Młodszego brata do
pilnowania. Jej ojciec, Lem, nigdy nie wrócił do pełni zdrowia po
wypadku w kopalni, i choć próbował pomagać, ledwie chodził. Pomagał
matce Warkocz, Ulbie, całymi dniami robić skarpetki na drutach.
Sprzedawali je marynarzom, ale ze względu na cenę włóczki zarabiali na
tym bardzo niewiele.
Dlatego Warkocz nie czekała. Pracowała.
Mimo wszystko przybycie pierwszego kubka było wielką ulgą. Dostarczył go
chłopiec okrętowy Hoid. (Tak, to ja. Skąd wiecie? Może dzięki imieniu?).
Piękny porcelanowy kubek bez najmniejszego wyszczerbienia.
Tego dnia świat pojaśniał. Warkocz niemal słyszała głos Charliego, kiedy
czytała towarzyszący kubkowi list, w którym opisywał ze szczegółami
uczucia pierwszej księżniczki. Z bohaterską monotonią wyliczał odgłosy,
jakie wydawał jego żołądek, kiedy w nocy leżał w różnych pozycjach. A gdyby tego było za mało, następnie wyjaśnił, że zachowuje obcięte
paznokcie u stóp i nadaje im imiona. To zadziałało.
Walcz dalej, moja gadatliwa miłości, pomyślała Warkocz, kiedy następnego
dnia szorowała okna rezydencji. Bądź dzielny, mój nieco obrzydliwy
wojowniku.
Następny kubek był z czystego czerwonego szkła, wysoki i smukły, i wyglądał, jakby mieściło się w nim więcej płynu niż w rzeczywistości.
Może pochodził z wyjątkowo skąpej gospody. Charlie zniechęcił tę
księżniczkę, wyjaśniając ze wszystkimi szczegółami, co zjadł na
śniadanie - policzył kawałki jajecznicy i podzielił je ze względu na
rozmiar.
Trzeci kubek był ogromnym, masywnym kuflem z cyny z ołowiem. Może
pochodził z jednego z tych miejsc, które wymyślił Charlie, gdzie ludzie
zawsze musieli nosić broń. Warkocz była prawie pewna, że mogłaby
pozbawić napastnika przytomności, gdyby zamachnęła się kuflem. Najnowsza
księżniczka nie wytrzymała długiej rozmowy na temat korzyści płynących z użycia różnych znaków przestankowych, w tym kilku, które Charlie
wymyślił.
Na kartce w czwartej paczce nie było listu, jedynie niewielki rysunek -
ściskające się dwie dłonie w rękawiczkach. Na kubku wymalowano motyla
unoszącego się nad czerwonym oceanem - uznała za dziwne, że motyl nie
bał się zarodników. Może był więźniem, zmuszonym, by polecieć nad
oceanem i spotkać swój los.
Piąty kubek nigdy nie dotarł.
Warkocz próbowała to zbyć, mówiła sobie, że musiał zaginąć w drodze. W końcu statkowi płynącemu po zarodnikach mogło się przytrafić wiele
rzeczy. Piraci albo... no wiecie... zarodniki.
Ale mijały miesiące, każdy bardziej nużący od poprzedniego. Za każdym
razem, kiedy do nabrzeża przybijał statek, Warkocz pytała o pocztę.
Nic.
Robiła to przez wiele miesięcy, aż minął cały rok od odejścia Charliego.
I w końcu wiadomość. Nie od Charliego, ale od jego ojca, wysłana do
całego miasta. Diuk powracał w końcu na Cypel Diggena, z żoną,
dziedzicem i... synową.
5. Narzeczona
Narzeczona
Warkocz siedziała na ganku, opierała się o matkę i wpatrywała w horyzont. Trzymała ostatni kubek, który przysłał jej Charlie. Ten z motylem-samobójcą.
Jej ciepła herbata smakowała łzami.
- To nie było zbyt praktyczne - szepnęła do matki.
- Miłość rzadko jest - odparła matka.
Była krzepką kobietą o pocieszająco obfitej sylwetce. Przed pięcioma
laty była chuda jak patyk. Wtedy Warkocz dowiedziała się, że matka
oddaje część swojego jedzenia dzieciom - i od tej pory przejęła robienie
zakupów, sprawiając, że pieniędzy starczało im na więcej.
Na horyzoncie pojawił się statek.
- W końcu pomyślałam o tym, co powinnam powiedzieć. - Warkocz odsunęła
włosy z oczu. - Kiedy wyruszał. Nazwałam go rękawiczką. To nie jest tak
złe, jak się wydaje. Widzisz, on wcześniej tak nazwał mnie. Miałam rok
na zastanowienie i uświadomiłam sobie, że mogłam powiedzieć coś więcej.
Matka ścisnęła jej ramię, gdy statek nieuchronnie się zbliżał.
- Powinnam powiedzieć, że go kocham - szepnęła Warkocz.
Matka dołączyła do niej, kiedy pomaszerowała, jak żołnierz w pierwszym
szeregu stawiający czoło ostrzałowi armatniemu, by powitać statek. Jej
ojciec został w domu ze względu na chorą nogę - i dobrze. Warkocz
obawiała się, że zrobiłby scenę, tak bardzo przez ostatnie miesiące
zrzędził na diuka i jego syna.
Ale Warkocz nie potrafiła mieć pretensji do Charliego. To nie jego wina,
że jest synem diuka. Coś takiego mogło się przytrafić każdemu, naprawdę.
Zebrał się tłum. W liście diuk napisał, że chce świętować - i przywiezie
jedzenie i wino. Cokolwiek ludzie myśleli o nowej przyszłej diuszesie,
nie zamierzali zrezygnować z darmowego alkoholu. (Jak zawsze, tajemnica
popularności kryje się w prezentach. Jak również prawa do obcięcia głowy
każdemu, kto was nie lubi).
Warkocz i jej matka przybyły na tyłach tłumu, ale piekarz Holmes
przywołał je na stopnie swojego sklepu, skąd widziały wszystko lepiej.
Był życzliwym człowiekiem, zawsze zachowywał ostatnie bochenki i sprzedawał je jej za drobniaki.
I dlatego Warkocz dobrze widziała księżniczkę, kiedy ta pojawiła się na
pokładzie. Była piękna. Zaróżowione policzki, błyszczące włosy,
delikatne rysy twarzy. Była tak doskonała, że najlepszy malarz
wszystkich mórz nie udoskonaliłby jej portretu.
Charliemu w końcu udało się stać częścią opowieści. Warkocz czuła się
szczęśliwa z jego powodu - z wysiłkiem.
Następny pojawił się diuk. Pomachał ręką, by ludzie wiedzieli, że mają
wiwatować na jego cześć.
- Przedstawiam swojego dziedzica! - krzyknął.
Na pokład obok księżniczki wyszedł młody mężczyzna. I z całą pewnością
nie był to Charlie.
Ten młodzieniec był mniej więcej w tym samym wieku co Charlie, ale miał
sześć i pół stopy wzrostu i tak męską szczękę, że na jej widok inni
mężczyźni zaczynali wątpić w swoje preferencje. Był bardzo umięśniony -
do tego stopnia, że kiedy uniósł rękę, żeby pomachać, Warkocz mogłaby
przysiąc, że szwy jego koszuli błagają o litość.
Co, na dwanaście księżyców? - pomyślała.
- Na skutek nieszczęśliwego wypadku zostałem zmuszony, by adoptować
mojego bratanka Dirka i ogłosić go swoim nowym następcą - ogłosił diuk
pośród zapadłej ciszy i zrobił chwilę przerwy, by jego słowa dotarły do
tłumu. - Jest doskonałym szermierzem i odpowiada na pytania jednym
zdaniem. A czasami nawet jednym słowem! A poza tym jest bohaterem
wojennym. Stracił dziesięć tysięcy ludzi w Bitwie o Jeziorowygódkę.
- Dziesięć tysięcy? - powtórzyła matka Warkocz. - Ojej, to bardzo dużo.
- Będziemy teraz świętować ślub Dirka z księżniczką Uśpienia! -
wykrzyknął diuk i uniósł wysoko ręce.
Tłum milczał, wciąż zdezorientowany.
- Przywiozłem trzydzieści beczułek! - wykrzyknął diuk.
Rozległy się wiwaty. I tak zaczęła się zabawa. Mieszkańcy miasta ruszyli
w stronę sali bankietowej. Komentowali urodę księżniczki i byli pod
wrażeniem tego, jak dobrze Dirk zachowywał równowagę podczas chodzenia,
zważywszy, że jego środek ciężkości musiał się znajdować gdzieś na
wysokości mostka.
Matka Warkocz powiedziała jej, że zdobędzie odpowiedzi, i ruszyła za
tłumem. Kiedy jednak Warkocz otrząsnęła się z szoku, zobaczyła, że Flik
- jeden ze służących diuka - macha do niej z miejsca obok trapu. Był
życzliwym mężczyzną o szerokich uszach, które wyglądały, jakby czekały
na właściwą chwilę, żeby się zerwać i odlecieć.
- Fliku? - szepnęła. - Co się stało? Wypadek? Gdzie jest Charlie?
Flik spojrzał na rzędy ludzi idących w stronę sali bankietowej. Diuk i jego rodzina dołączyli do nich i znajdowali się na tyle daleko, że
wszelkie grymasy utraciłyby moc ze względu na opór wiatru i wpływ
grawitacji.
- Chciał, żebym ci to dał.
Flik podał jej niewielki woreczek. Zabrzęczał, kiedy go wzięła. W środku
znajdowały się kawałki ceramiki.
Piąty kubek.
- On tak bardzo się starał, panienko Warkocz - szepnął Flik. - Och,
powinnaś widzieć młodego panicza. Robił wszystko, żeby zniechęcić te
kobiety. Zapamiętał osiemdziesiąt siedem rodzajów sklejki i jej
zastosowanie. Opowiadał każdej księżniczce, którą poznał... ze
szczegółami... o zwierzętach, które miał w dzieciństwie. Mówił nawet o religii. Myślałem, że w piątym królestwie będą go mieli, bo księżniczka
była głucha, ale młody panicz zwymiotował na nią podczas obiadu.
- Zwymiotował?
- Prosto na jej kolana. - Flik zerknął na boki, po czym gestem kazał jej
podążyć za sobą, kiedy wziął kilka sztuk bagażu z nabrzeża. Zaprowadził
ją w bardziej ustronne miejsce. - Ale jego ojciec się zorientował,
panienko Warkocz. Domyślił się, co robi młody panicz. Diuk wpadł we
wściekłość. Prawdziwą wściekłość.
Wskazał na potłuczony kubek, który niosła w torebce.
- Tak, ale co stało się z Charliem? - spytała Warkocz.
Flik odwrócił wzrok.
- Proszę. Gdzie on jest?
- Wypłynął na Północne Morze, panienko Warkocz. Pod księżycem Thanasmii.
Czarodziejka go zabrała.
Te nazwy przeszyły Warkocz dreszczem. Północne Morze? Kraina
Czarodziejki.
- Czemu miałby to zrobić?
- Myślę sobie, że to dlatego, że ojciec go zmusił. Czarodziejka jest
niezamężna. A król od dawna chciał sprawić, by była mniejszym
zagrożeniem. Więc...
- Król wysłał Charliego, by spróbował poślubić Czarodziejkę?
Flik nie odpowiedział.
- Nie. - Do Warkocz nagle dotarła straszna prawda. - Wysłał Charliego na
śmierć.
- Niczego takiego nie powiedziałem. - Flik oddalił się pośpiesznie. -
Jeśli ktokolwiek spyta, niczego takiego nie powiedziałem.
Warkocz usiadła odrętwiała na jednym ze słupów nabrzeża. Słuchała
poruszających się zarodników, dźwięk ten przypominał osypujący się
piasek. Nawet na tak odległej wyspie ludzie słyszeli o Czarodziejce.
Regularnie wysyłała okręty, by złupić granice Zielonego Morza, a walka z nią była niewiarygodnie trudna. Jej twierdza kryła się gdzieś na
odległym Północnym Morzu, najbardziej niebezpiecznym z nich wszystkich.
Żeby do niego dotrzeć, trzeba było przebyć Szkarłatne Morze,
niezamieszkane morze, które było jedynie odrobinę mniej zabójcze.
Dowiedzenie się, że Charlie został przez nią pojmany, było jak
dowiedzenie się, że udał się na jeden z księżyców. Warkocz nie mogła
uwierzyć na słowo jednemu człowiekowi. Nie w takiej kwestii. Nie
odważyła się niepokoić innych pytaniami, ale słuchała, jak służba
rozmawia przyciszonymi głosami z dociekliwymi robotnikami portowymi,
którzy chcieli jak najszybciej rozładować statek, by wziąć udział w zabawie. Wszyscy mówili to samo. Tak, Charlie został wysłany na Północne
Morze. Diuk i król podjęli razem tę decyzję, więc to musiał być dobry
pomysł. W końcu ktoś musiał spróbować powstrzymać Czarodziejkę przed
napaściami. A Charlie był... no... oczywistym wyborem... z... różnych powodów.
Implikacje przeraziły Warkocz. Diuk i król zorientowali się, że Charlie
nie chciał współpracować, a ich rozwiązaniem było pozbycie się go. Dirk
został uznany za dziedzica kilka godzin po tym, jak przyszły wieści, że
statek Charliego zniknął.
W oczach szlachetnie urodzonych to było eleganckie rozwiązanie. Diuk
dostał spadkobiercę, z którego w końcu mógł być dumny. Król zyskał
korzystny sojusz poprzez małżeństwo Dirka z księżniczką z innego
królestwa. A wszyscy mogli zrzucić kolejną śmierć na Czarodziejkę,
podburzając ludzi do wywołania kolejnej wojny.
Po trzech dniach Warkocz w końcu odważyła się narzucić Brunswickowi -
zarządcy diuka - z prośbą o dalsze informacje. Ponieważ lubił jej
paszteciki, przyznał, że dostali od Czarodziejki żądanie okupu. Ale diuk
w swej mądrości uznał, że to sztuczka mająca na celu ściągnięcie
kolejnych statków na Północne Morze. Król oficjalnie uznał Charliego za
zmarłego.
Mijały dni. Warkocz była oszołomiona, kiedy uświadomiła sobie, że nikogo
to nie obchodziło. Nazwali to "polityką" i żyli dalej. Choć nowy
dziedzic miał potencjał intelektualny porównywalny z kawałkiem
rozmiękłego chleba, był popularny, przystojny i bardzo dobrze sobie
radził z doprowadzaniem innych do śmierci. Charlie zaś był... cóż,
Charliem.
Warkocz przez wiele tygodni zbierała odwagę, po czym poszła poprosić
diuka, by zapłacił okup. Taki odważny czyn był dla niej trudny. Nie była
tchórzem, ale narzucanie się innym ludziom... cóż, ona po prostu taka nie
była. Jednakże zachęcana przez rodziców przebyła daleką drogę i cicho
wyraziła swoją prośbę.
Diuk w odpowiedzi nazwał ją "ladacznicą o orzechowych włosach" i zabronił jej mycia okien gdziekolwiek w miasteczku. Musiała zająć się
robieniem skarpetek razem z rodzicami, co przynosiło znacznie mniej
pieniędzy.
W miarę upływu czasu Warkocz popadła w apatię. Czuła się mniej jak
istota ludzka, a bardziej jak człowiek, który po prostu istniał.
Dla wszystkich innych życie na Skale powróciło do normalności, tak po
prostu. Nikogo nie obchodziło. Nikt nie zamierzał nic zrobić.
Dwa miesiące po powrocie diuka Warkocz podjęła decyzję. Był ktoś, kogo
to obchodziło. Naturalnie to ta osoba musiała coś zrobić. Warkocz nie
mogła się nikomu narzucać.
Zamierzała sama uratować Charliego.