Warkocz ze Szmaragdowego Morza - Brandon Sanderson

Kup ebooka

52.90 zł
44.97 zł (42,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

6. Celniczka

Cel­niczka

Kiedy War­kocz pod­jęła decy­zję, miała wra­że­nie, że w jej wnę­trzu roz­plą­tał się węzeł - jakby w końcu udało jej się roz­cze­sać uparty koł­tun we wło­sach.

Zrobi to. Nie miała poję­cia jak, ale znaj­dzie spo­sób, by wydo­stać się z wyspy, prze­być strasz­liwe Szkar­łatne Morze, wpły­nąć na Pół­nocne Morze i ura­to­wać Char­liego. Tak, każdy z tych pro­ble­mów wyda­wał się rów­nie nie­moż­liwy. Ale jakimś spo­so­bem mniej nie­moż­liwy niż wyobra­że­nie sobie reszty życia bez niego.

Naj­pierw jed­nak War­kocz poroz­ma­wiała z rodzi­cami. (Coś, co ludzie w opo­wie­ściach takich jak ta powinni robić czę­ściej). Popro­siła ich, żeby usie­dli, po czym opi­sała swoją miłość do Char­liego, świa­do­mość, że nikt mu nie pomoże, i deter­mi­na­cję, by go odna­leźć - choć jed­no­cze­śnie wyra­ziła tro­skę, że jej nie­obec­ność może utrud­nić im życie.

Oboje słu­chali jej w mil­cze­niu. Czę­ściowo dla­tego, że upie­kła im pasz­te­ciki z prze­piór­czymi jajami. Z peł­nymi ustami trud­niej jest sprze­ci­wić się tym­cza­so­wemu ata­kowi sza­leń­stwa wła­snej córki.

Kiedy skoń­czyła, Lem popro­sił o dokładkę. To była trudna sytu­acja, która wyma­gała dwóch pasz­te­ci­ków. Ulba zja­dła zale­d­wie połowę posiłku, odchy­liła się do tyłu i zosta­wiła resztę nie­tkniętą. To była rów­nież trudna sytu­acja, która wyma­gała pół pasz­te­cika.

Ojciec War­kocz zjadł drugi pasz­te­cik z dużym namy­słem, zaczął od góry, póź­niej na zewnątrz, a cia­sto zosta­wił sobie na koniec. W końcu je rów­nież schru­pał. A póź­niej przez dłuż­szą, nie­zręczną chwilę wpa­try­wał się w talerz.

Czy to była... być może... trudna sytu­acja, która wyma­gała trzech pasz­te­ci­ków?

- Myślę, że będziemy musieli jej na to pozwo­lić - powie­dział w końcu, zwra­ca­jąc się do Ulby.

- To sza­leń­stwo! - odparła matka War­kocz. - Opu­ścić wyspę? Udać się na Pół­nocne Morze? Wykraść więź­nia Cza­ro­dziejce?

Lem otarł ser­wetką naje­żone wąsy, oczysz­cza­jąc je z resz­tek posiłku.

- Ulbo, powie­dzia­ła­byś, że nasza córka jest bar­dziej prak­tyczna od nas?

- Tak, nor­mal­nie bym tak powie­działa.

- I powie­dzia­ła­byś rów­nież, że jest bar­dziej zamy­ślona od nas?

- Ona cią­gle myśli - zgo­dziła się matka.

- Jak czę­sto narzuca się ludziom albo o coś prosi?

- Pra­wie ni­gdy.

- Jeśli weź­miemy to pod uwagę, odej­ście musi być wła­ściwą decy­zją - stwier­dził ojciec. - Z pew­no­ścią roz­wa­żyła wszyst­kie inne roz­wią­za­nia. Opusz­cze­nie wyspy, by oca­lić męż­czy­znę, któ­rego kocha, może brzmieć jak sza­leń­stwo, ale jeśli wszyst­kie inne roz­wią­za­nia zostały odrzu­cone jako nie­moż­liwe, to sza­leń­stwo może być... w tym przy­padku... prak­tyczne.

War­kocz poczuła deli­katny dreszcz. Zgo­dził się?

- War­kocz... - powie­dział ojciec, pochy­lił się i oparł nie­gdyś potężne ręce na bla­cie stołu - ...zatrosz­czymy się o two­jego brata i cie­bie, jeśli odej­dziesz. Pro­szę, nie martw się o nas, pod tym wzglę­dem jesteś zbyt uczynna. Ale żadne z nas nie może udać się z tobą. Rozu­miesz to?

- Tak, ojcze.

- Zawsze się zasta­na­wia­łem, czy ta wyspa nie okaże się za mała dla kogoś takiego jak ty.

Te słowa spra­wiły, że War­kocz zmarsz­czyła czoło.

- Dla­czego się tak zacho­wu­jesz? - spy­tał ją.

- Nie chcę być nie­grzeczna.

- W takim razie zażą­dam, żebyś mi powie­działa, bo wtedy brak odpo­wie­dzi byłby jesz­cze bar­dziej nie­grzeczny.

Nachmu­rzyła się jesz­cze bar­dziej.

- Dla­czego mówisz, że wyspa jest dla mnie za mała, ojcze? We mnie nie ma nic nie­zwy­kłego. Jeśli już, to ja jestem za mała dla niej.

- Wszystko w tobie jest wyjąt­kowe, War­kocz - powie­działa jej matka. - Dla­tego wła­śnie nic się szcze­gól­nie nie wyróż­nia.

Cóż, rodzice są zobo­wią­zani do mówie­nia takich rze­czy. Wymaga się od nich, by widzieli w swo­ich dzie­ciach wszystko, co naj­lep­sze, bo ina­czej życie z tymi małymi socjo­pa­tami dopro­wa­dzi­łoby ich do sza­leń­stwa.

- Mam w takim razie wasze bło­go­sła­wień­stwo? - spy­tała ich War­kocz.

- Wciąż uwa­żam, że to kosz­marny pomysł - zauwa­żyła Ulba.

Lem poki­wał głową.

- Ow­szem. Ale bły­sko­tli­wie zre­ali­zo­wany kosz­marny pomysł musi być lep­szy niż kosz­mar­nie zre­ali­zo­wany bły­sko­tliwy pomysł. Popa­trz­cie tylko na peli­kany.

- To prawda - przy­znała matka. - Ale czy jeste­śmy zdolni do obu rodza­jów bły­sko­tli­wo­ści?

- Nie - powie­działa War­kocz. - Ale może uda się nam zro­bić mnó­stwo małych krocz­ków, które połą­czone razem będą się wyda­wać bły­sko­tliwe dla kogoś, kto nas nie zna.

I tak oto zabrali się do dzieła. War­kocz była bole­śnie świa­doma, że Char­lie mógł cier­pieć, ale zde­cy­do­wała się nie śpie­szyć. Jeżeli miała zro­bić coś tak głu­piego jak opusz­cze­nie wyspy, uznała, że powinna podejść do tego dro­bia­zgowo. Może to roz­rze­dzić głu­potę w cza­sie, podob­nie jak dobra mąka mogła roz­rze­dzić stę­chłą i popra­wić smak wypieku.

Zaczęła robić skar­petki na szczy­cie klifu, by móc obser­wo­wać statki, które przy­pły­wały i wypły­wały. Jej matka zaczęła robić skar­petki na sto­liku w pobliżu nabrzeża, by móc robić notatki. Każ­dego wie­czoru porów­ny­wały swoje odkry­cia, a ojciec War­kocz słu­chał i dzie­lił się swo­imi prze­my­śle­niami.

Choć War­kocz zawsze była zain­te­re­so­wana mecha­ni­zmami żeglugi, teraz miała powód, by poznać szcze­góły. Ist­niały dwa typy ludzi, któ­rzy regu­lar­nie opusz­czali wyspę. Do pierw­szego zali­czały się, rzecz jasna, załogi róż­nych stat­ków. Kiedy zacu­mo­wali, wycho­dzili na brzeg, by zro­bić zakupy albo odwie­dzić miej­scowe tawerny. Skała nie miała szcze­gól­nych atrak­cji, ale piwo Cegły było znane jako jedno z lep­szych w regio­nie. Poza tym, kiedy wypiło się go dość dużo, reszta udo­god­nień robiła o wiele lep­sze wra­że­nie.

Dru­gim typem ludzi, któ­rzy opusz­czali Skałę, byli urzęd­nicy pań­stwowi. Nie tylko diuk i jego rodzina, ale też inni kró­lew­scy zarządcy, tacy jak poborcy podat­kowi, kró­lew­scy posłańcy i cel­nicy. Wolno im było odpły­nąć, kiedy uznali to za sto­sowne. Odwie­dza­jący wyspę szla­chet­nie uro­dzeni rów­nież mieli prawo ją opu­ścić - i zwy­kle robili to szybko, kiedy tylko uświa­do­mili sobie, jak kosz­marny błąd popeł­nili.

Naj­więk­szym wyzwa­niem War­kocz miała być obecna cel­niczka. Surowa kobieta potwier­dzała listy prze­wo­zowe przy­pły­wa­ją­cych kup­ców i spraw­dzała ładu­nek w poszu­ki­wa­niu ucie­ki­nie­rów. Jak na miej­sce, w któ­rym nikt nie chciał miesz­kać, na Skale znaj­do­wało się wiele rze­czy, któ­rych ludzie pra­gnęli. Sól z kopalni, piwo Cegły, nawet pióra i puch mew.

Miesz­kańcy mia­steczka mogli sprze­da­wać te rze­czy jedy­nie stat­kom, które miały peł­no­moc­nic­two od króla. Cel­nicy nad­zo­ro­wali to wszystko. Kiedy obecna przy­była wcze­śniej tego roku, nie przed­sta­wiła się imie­niem i nale­gała, by zwra­cano się do niej "Cel­niczko". Twier­dziła, że nie zosta­nie na Skale dość długo, by imiona się liczyły.

War­kocz nie pamię­tała rów­nie wyma­ga­ją­cego cel­nika. Ta kobieta zawsze obser­wo­wała, wyma­chi­wała prę­tem, który nosiła, szu­ka­jąc pre­tek­stu do wymie­rze­nia kary. Wyda­wała się zbyt surowa, by być w pełni czło­wie­kiem. Zupeł­nie jakby, zamiast się uro­dzić, namno­żyła się - a zamiast doro­snąć, prze­rzu­to­wała.

War­kocz i jej matka poświę­ciły wiele godzin na ukrad­kową obser­wa­cję tego, jak cel­niczka prze­szu­ki­wała wypły­wa­jące statki. Worki piór były ważone, a w beczki z solą wbi­jano ostrza, by odna­leźć ewen­tu­al­nych pasa­że­rów na gapę. Ale nie­któ­rych ze sprze­da­wa­nych towa­rów - na przy­kład dużych beczu­łek miej­sco­wego piwa - nie dawało się otwo­rzyć, żeby ich zawar­tość się nie popsuła. A gdyby ktoś ukrył się w beczułce? Czy mogliby uzu­peł­nić ją czymś w rodzaju soli, żeby miała odpo­wiedni cię­żar roz­ło­żony we wła­ściwy spo­sób?

Nie­stety, cel­niczka miała odpo­wiedź na takie poten­cjalne plany ucieczki. Spraw­dza­jąc beczułki, wyko­rzy­sty­wała spe­cjalne urzą­dze­nie do słu­cha­nia, podobne do tego, za pomocą któ­rego medycy słu­chali serc. Zatrzy­my­wała się na dłu­żej przy każ­dej beczce, nasłu­chu­jąc poru­szeń lub odde­chów w środku. Podobno cel­niczka miała dosko­nały słuch i sły­szała nawet bicie serca ucie­ki­nie­rów.

Czy ist­niał jakiś spo­sób, by to obejść? By wyko­rzy­stać sytu­ację?

Pew­nego wie­czoru, dwa tygo­dnie po tym, jak pod­jęła decy­zję o odej­ściu, War­kocz usia­dła z note­sem peł­nym pomy­słów. Szma­rag­dowy Księ­życ świe­cił jasno jak zwy­kle, sto­icki i nie­ru­chomy na nie­bie. Na hory­zon­cie opa­dały zarod­niki, niczym skry­sta­li­zo­wany księ­ży­cowy blask.

Jej ojciec przy­kuś­ty­kał bli­żej, usiadł i gestem popro­sił ją, żeby poka­zała mu plany. Prze­czy­tał je uważ­nie i poki­wał głową.

- To może się udać.

- Może. - War­kocz ziew­nęła. - Ale wąt­pię, żeby tak się stało. Być może uda­łoby mi się oszu­kać bandę mary­na­rzy, ale ni­gdy nie oszu­kam Cegły, Gremmy'ego ani Sora. Oni będą wie­dzieli, że coś jest nie tak. - Prze­tarła oczy. Nie spała, bo była tak pełna napię­cia. (Można by powie­dzieć, że zmar­twie­nie jest jak padli­no­żerca uczuć. Przy­cią­gane do innych, lep­szych emo­cji jak wrony na pole bitwy).

- Może nie musisz ich oszu­kać - powie­dział ojciec. - Może zechcą ci pomóc.

- Nie mogła­bym ich o to pro­sić. A jeśli cel­niczka mnie zła­pie? Inni wpa­ko­wa­liby się w zbyt wiel­kie tara­paty.

Ojciec znów poki­wał głową. Oczy­wi­ście, takie słowa były typowe dla War­kocz. Dla­tego zapro­po­no­wał, żeby się poło­żyła. War­kocz wyglą­dała, jakby miała zasnąć w poło­wie roz­mowy - a to coś zna­czyło, jeśli wziąć pod uwagę, jak wiele opo­wie­ści Char­liego prze­trwała bez jed­nego ziew­nię­cia.

Kiedy poszła na górę, Lem wziął laskę, wło­żył płaszcz i wyszedł, żeby zająć się zaawan­so­wa­nym ojco­stwem.

7. Ojciec

Ojciec

Lem nie był bied­nym czło­wie­kiem.

Teraz pew­nie mogli­by­ście powie­dzieć mi: "Hoidzie, ta cała opo­wieść świad­czy, że jest wręcz prze­ciw­nie. Rodzina Lema cią­gle zaci­ska pasa, żeby prze­trwać". A ja odpo­wie­dział­bym: "Pro­szę, nie prze­ry­waj­cie".

Lem nie był biedny, po pro­stu nie miał dużo pie­nię­dzy.

Tej nocy, kiedy War­kocz spała, Lem pokuś­ty­kał w dół długą drogą do tawerny Cegły. Był pewien, że Gremmy i Sor tam będą. W końcu tawerna zamy­kała się dopiero o dru­giej.

Lem wszedł, kuś­ty­ka­jąc, do środka. Wciąż było na tyle wcze­śnie, że u Cegły pano­wała rado­sna, hała­śliwa atmos­fera. Jak wie­cie, wie­czory w tawer­nach są jak ogień w pale­ni­sku. Mają dwa życia.

Jest ta część kiedy są hała­śliwe, wesołe i rado­sne. A póź­niej wie­czór zaczyna dry­fo­wać. Tawerna staje się zim­niej­sza, ciem­niej­sza i cich­sza. Ci, któ­rzy wypeł­niają tawernę w cza­sie jej dru­giego życia, nie chcą kole­żeń­stwa. Jedy­nie towa­rzy­stwa.

Od tej czę­ści dzie­liło ich kilka godzin, więc Lem mijał roze­śmia­nych gór­ni­ków sta­wia­ją­cych sobie nawza­jem kolejkę i roz­ma­wia­ją­cych o swo­ich nud­nych nudach. Zauwa­żył Gremmy'ego i Sora razem, jak to się czę­sto zda­rzało. Doker i zarządca portu wyglą­dali jak dwa końce pinezki. Gremmy był krępy, miał pła­ską głowę i fry­zurę, która wręcz krzy­czała: "Co jest naj­tań­sze?". Sor był zasad­ni­czo sze­fem Gremmy'ego, ale rzadko o tym wspo­mi­nał, żeby przy­pad­kiem nie zabrzmiało to, jakby pro­po­no­wał, że zapłaci rachu­nek. Wysoki i wypro­sto­wany popi­jał piwo, bo nie chciał, żeby ktoś zoba­czył, jak pije wino, na które mógł sobie pozwo­lić.

Cegła, rzecz jasna, znaj­do­wał się za barem, stał na sto­łeczku, żeby móc patrzeć klien­tom w oczy. War­kocz potrze­bo­wała pomocy wszyst­kich trzech męż­czyzn, ale Lem nie pod­szedł do żad­nego z nich. Zajął za to miej­sce w pobliżu tar­czy do gry w strzałki. Jule grał i zapro­po­no­wał Lemowi kolejną par­tyjkę, co on przy­jął z rado­ścią.

Lem wbił pierw­szą strzałkę kilka stóp pod tar­czą, tra­fia­jąc w jeden z dwóch sęków, w któ­rych wid­niały otwory pozo­sta­wione przez liczne strzałki.

Jule spoj­rzał na to z apro­batą i sam rzu­cił, tra­fia­jąc obok Lema.

- Sły­sza­łem, że znowu pomo­głeś Gremmy'emu zapła­cić rachu­nek - powie­dział Lem, zamie­rza­jąc się do dru­giego rzutu. - To naprawdę miłe z two­jej strony.

Jule z wdzięcz­no­ścią poki­wał głową.

Następ­nie Lem zagrał ze sta­rym Rodem, karcz­ma­rzem. Nie­stety pierw­sze dwa razy spu­dło­wał. Jeden rzut był tak kiep­ski, że wręcz tra­fił w tar­czę. Ale trzeci ude­rzył dużo poni­żej niej.

- Nie­źle - powie­dział Rod. - Laska pomaga ci z rów­no­wagą, Lem? Przy­się­gam, że od czasu wypadku lepiej grasz w rzutki.

- Laska nie pomaga w rzutki, Rod. Za to fakt, że nie mam nic do roboty...

Rod chrząk­nął.

- Na­dal w week­endy poma­gasz Cegle w warze­niu? - spy­tał Lem.

- Dość czę­sto - odparł Rod i rzu­cił.

Póź­niej Rod odszedł, ustę­pu­jąc kolej­nemu gra­czowi, i następ­nemu. Kiedy męż­czyźni pod­cho­dzili, by zagrać z Lemem, odczy­ty­wali nie­pi­sany sce­na­riusz jego pytań.

Przy­po­mnieli sobie ten raz, kiedy Rod się upił, a Lem pomógł mu wró­cić do domu. A kiedy Jule stra­cił dach w cza­sie wichury, Lem pomógł mu poło­żyć nowy. Podob­nych histo­rii były dzie­siątki. Lem był ludz­kim odpo­wied­ni­kiem głę­bo­kiej, czy­stej studni, zawsze peł­nej wody, kiedy czło­wiek jej potrze­bo­wał. Pro­po­no­wał im to, co było im potrzebne, i nie pro­sił o nic w zamian. Wła­ści­wie ni­gdy wię­cej o tym nie wspo­mi­nał.

Chyba że było to pilne.

Chyba że było to ważne.

W takich przy­pad­kach, cóż, Lem mógł być biedny w walu­cie, którą pła­ciło się podatki. Ale był wręcz boga­czem, kiedy cho­dziło o walutę, która się liczyła.

Tego wie­czoru roze­szły się wie­ści. Lem cze­goś potrze­bo­wał, a dokład­nie od Gremmy'ego, Sora i Cegły. Lem - czło­wiek bez dłu­gów - potrze­bo­wał tej przy­sługi tak bar­dzo, że nie­mal o nią popro­sił. W języku męż­czyzn takich jak ci był to odpo­wied­nik bła­ga­nia.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Podziękowania

Podzię­ko­wa­nia

Ale jazda.

Kiedy usia­dłem, żeby pod wpły­wem kaprysu napi­sać tę książkę, nie mia­łem poję­cia, do czego dopro­wa­dzi cały ten pro­jekt. (Koniecz­nie zaj­rzyj­cie do Post­scrip­tum na końcu książki, gdzie opi­suję swoje inspi­ra­cje w spo­sób, który odro­binę za bar­dzo zdra­dza fabułę, by umie­ścić to na początku).

Kiedy myśla­łem o czte­rech książ­kach nale­żą­cych do "Taj­nego Pro­jektu" na Kick­star­te­rze z roku 2022, wyobra­ża­łem sobie coś wyjąt­ko­wego, ale mój zespół zasza­lał. Wyszedł z tego wspa­niały tom. Wiem, że wielu z Was będzie słu­chać audio­bo­oka, który z pew­no­ścią ma swoje cha­rak­te­ry­styczne walory arty­styczne - ale jeśli będzie­cie mieli oka­zję, przej­rzyj­cie wer­sję papie­rową. Bo naprawdę, rany.

Dla­tego sto­sow­nym wydaje mi się roz­po­czę­cie od podzię­ko­wa­nia Howar­dowi Lyonowi. Wyobra­ża­łem sobie te książki jako swego rodzaju "wystawę arty­sty", to zna­czy my wybie­ra­li­śmy twórcę i pozwa­la­li­śmy mu nieco zasza­leć przy pracy nad oprawą gra­ficzną. Howard zro­bił tak wiele. Okładka, wyklejki, ilu­stra­cje wewnątrz - ale tak naprawdę cały pro­jekt dużo mu zawdzię­cza. Dzię­kuję, Howar­dzie, że zgo­dzi­łeś się przy­jąć tak wielki pro­jekt. Wspa­niale sobie pora­dzi­łeś.

Nic z tego by się nie udało bez Iza­aca Ste­warta, naszego kie­row­nika arty­stycz­nego w Dra­gon­steel. Rachael Lynn Bucha­nan była asy­stentką. Bill Wearne z Ame­ri­can Print and Bin­dery naprawdę bar­dzo się posta­rał, by to wydru­ko­wać, bio­rąc pod uwagę braki. Wiel­kie dzięki, Bill. Chciał­bym podzię­ko­wać też wszyst­kim ludziom na każ­dym eta­pie pracy, od papierni po dostaw­ców mate­ria­łów na okładkę, dru­kar­nię, intro­li­ga­tor­nię i dostaw­ców.

Dyrek­to­rem ope­ra­cyj­nym w Dra­gon­steel jest Emily San­der­son, a w dziale wydaw­ni­czym pra­cują Peter Ahl­strom, Karen Ahl­strom, Kri­sty S. Gil­bert i Bet­sey Ahl­strom. Korektą zaj­muje się Kri­sty Kugler. Dział ope­ra­cyjny two­rzą Matt "Będziesz to robił w każ­dej książce, Bran­do­nie?" Hatch, Emma Tan-Sto­ker, Jane Horne, Kath­leen Dor­sey San­der­son, Makena Salu­one i Hazel Cum­mings. Dział reklamy i mar­ke­ting sta­no­wią Adam Horne, Jeremy Pal­mer i Tay­lor Hatch.

Ci ludzie zwy­kle nie zostają odpo­wied­nio doce­nieni za wszyst­kie wspa­niałe rze­czy, które robią, by umoż­li­wić reali­za­cję pro­jek­tów. Przy tej kam­pa­nii na Kick­star­te­rze szcze­gól­nie potrze­bo­wa­łem ich entu­zja­zmu i cudow­nych pomy­słów. (Na przy­kład to Adam wpadł przed laty na pomysł sub­skryp­cji). Zło­że­nie tego wszyst­kiego razem i dopro­wa­dza­nie do reali­za­cji wyma­gało mnó­stwa pracy, więc jeśli będzie­cie mieli oka­zję, oso­bi­ście podzię­kuj­cie mojemu zespo­łowi.

I oczy­wi­ście musimy wyjąt­kowo podzię­ko­wać dzia­łowi reali­za­cji zamó­wień. Ekipa Kary Ste­wart pra­co­wała całymi dniami, żeby dostar­czyć Wam te książki. Wszy­scy zasłu­gują na okla­ski, a są to: Chri­sti Jacob­sen, Lex Wil­l­hite, Kel­lyn Neu­mann, Mem Grange, Michael Bate­man, Joy Allen, Katy Ives, Richard Rubert, Sean Van­Bu­skirk, Isa­bel Chri­sman, Tori Mecham, Ally Rep, Jacob Chri­sman, Alex Lyon i Owen Knowl­ton.

Chciał­bym podzię­ko­wać Mar­got Atwell, Oria­nie Lec­kert i resz­cie zespołu z Kick­star­tera. Ponadto na moje podzię­ko­wa­nia zasłu­gują Anna Gal­la­gher, Pal­mer John­son, Anto­nio Rosa­les i reszta ekipy Bac­ker­Kit.

Przy pracy nad tą książką poma­gała nam spe­cjalna kon­sul­tantka - Jenna Beacom - i była nie­wia­ry­godna. Jeśli kie­dy­kol­wiek będzie­cie potrze­bo­wać pomocy w pracy nad książką, jeśli cho­dzi o kwe­stię przed­sta­wia­nia Głu­chych i tego, jak stwo­rzyć głu­chą postać, zwróć­cie się do Jenny. Ona Wam pomoże.

Do czy­tel­ni­ków alfa przy tym pro­jek­cie zali­czali się Adam Horne, Rachael Lynn Bucha­nan, Kel­lyn Neu­mann, Lex Wil­hite, Chri­sti Jacob­sen, Jen­ni­fer Neal i Joy Allen.

Czy­tel­ni­kami beta byli Mi'chelle Wal­ker, Matt Wiens, Ted Her­man, Robert West, Evgeni "Argent" Kiri­lov, Jes­sie Lake, Kaly­ani Poluri, Bao Pham, Lin­nea Lind­strom, Jory Phil­lips, Darci Cole, Craig Hanks, Sean Van­Bu­skirk, Fran­kie Jerome, Giu­lia Costan­tini, Eliy­ahu Bere­lo­witz Levin, Trae Cooper i Lau­ren McCaf­frey.

Korek­to­rami gamma byli rów­nież Joy Allen, Jay­den King, Chris McGrath, Jen­ni­fer Neal, Joshua Har­key, Eric Lake, Ross New­berry, Bob Kluttz, Brian T. Hill, Shan­non Nel­son, Suzanne Musin, Glen Voge­laar, Ian McNatt, Gary Sin­ger, Erika Kuta Mar­ler, Drew McCaf­frey, David Beh­rens, Rose­mary Wil­liams, Tim Chal­le­ner, Jes­sica Ash­craft, Anthony Acker, Ale­xis Hori­zon, Liliana Klein, Chri­sto­pher Cot­tin­gham, Aaron Biggs i Wil­liam Juan.

Ponadto muszę szcze­gól­nie podzię­ko­wać Wam wszyst­kim, któ­rzy wspar­li­ście ten pro­jekt na Kick­star­te­rze. Nie liczy­łem na miej­sce na szczy­cie (ani tym bar­dziej podwój­nie). Chcia­łem jedy­nie zro­bić coś innego, coś inte­re­su­ją­cego, coś faj­nego. Wasze wspar­cie przez cały czas zna­czy dla mnie tak wiele. Dzię­kuję.

Bran­don San­der­son

1. Dziewczyna

Dziew­czyna

Pośrodku oce­anu była sobie dziew­czyna, która miesz­kała na skale.

Nie był to taki ocean, jak sobie wyobra­zi­li­ście.

I skała też nie była taka, jak sobie wyobra­zi­li­ście.

Dziew­czyna z kolei być może była taka, jak sobie wyobra­zi­li­ście - zakła­da­jąc, że wyobra­zi­li­ście sobie, że jest zamy­ślona, mówi łagod­nym gło­sem i kolek­cjo­nuje kubki.

Męż­czyźni czę­sto opi­sy­wali, że dziew­czyna ma włosy koloru psze­nicy. Inni mówili o bar­wie kar­melu, a cza­sami o odcie­niu miodu. Dziew­czyna zasta­na­wiała się, dla­czego męż­czyźni tak czę­sto uży­wają jedze­nia do opi­sy­wa­nia cech kobiet. W takich męż­czy­znach krył się głód, któ­rego lepiej uni­kać.

Jej zda­niem "jasno­brą­zowe" było wystar­cza­jąco opi­so­wym okre­śle­niem - choć to nie kolor jej wło­sów był ich naj­bar­dziej inte­re­su­jącą cechą, lecz ich nie­okieł­zna­nie. Każ­dego ranka boha­ter­sko ujarz­miała je szczotką i grze­bie­niem, kieł­znała wstążką i cia­snym war­ko­czem. Jed­nakże jakieś kosmyki zawsze się wyśli­zgi­wały i falo­wały na wie­trze, z rado­ścią wita­jąc wszyst­kich, któ­rych mijała.

Po uro­dze­niu dziew­czy­nie nadano nie­for­tunne imię Glorf (nie wyzło­śli­wiaj­cie się, było tra­dy­cyjne w jej rodzi­nie), ale ze względu na czu­prynę zyskała imię, któ­rego uży­wali wszy­scy - War­kocz. Ten przy­do­mek był, zda­niem samej War­kocz, jej naj­bar­dziej inte­re­su­jącą cechą.

War­kocz została wycho­wana w taki spo­sób, że zyskała pewien nie­zby­walny prag­ma­tyzm. To czę­sta przy­pa­dłość tych, któ­rzy miesz­kają na suro­wych, pozba­wio­nych życia wyspach, któ­rych ni­gdy nie opusz­czą. Kiedy każ­dego dnia wita was czarny ska­li­sty kra­jo­braz, wpływa to na wasze podej­ście do życia.

Wyspa miała kształt przy­po­mi­na­jący zagięty palec starca, wyła­nia­jący się z oce­anu i wska­zu­jący w stronę hory­zontu. Skła­dała się w cało­ści z jało­wej czar­nej skały sol­nej i była na tyle duża, że mogła utrzy­mać spore mia­steczko i rezy­den­cję diuka. Choć miej­scowi nazy­wali wyspę Skałą, na mapach pod­pi­sy­wano ją jako Cypel Dig­gena. Nikt już nie pamię­tał, kim był Dig­gen, ale musiał być bystrym gościem, bo opu­ścił Skałę tuż po tym, jak nadał jej nazwę, i ni­gdy nie wró­cił.

Wie­czo­rami War­kocz sia­dy­wała na ganku rodzin­nego domu, popi­jała słoną her­batę z jed­nego z ulu­bio­nych kub­ków i wyglą­dała na zie­lony ocean. Tak, powie­dzia­łem, że ocean był zie­lony. I do tego nie był mokry. Tak, zaraz do tego doj­dziemy.

Kiedy słońce zacho­dziło, War­kocz roz­my­ślała o ludziach, któ­rzy odwie­dzali Skałę na stat­kach. Choć nikt przy zdro­wych zmy­słach nie uznałby Skały za atrak­cję tury­styczną. Czarna solna skała kru­szyła się i dosta­wała do wszyst­kiego. Unie­moż­li­wiała też uprawę roślin, bo prę­dzej czy póź­niej ska­ziła każdą zie­mię przy­wie­zioną spoza wyspy. Jedyna żyw­ność na wyspie wyra­stała w kadziach z kom­po­stem.

Choć Skała miała ważne stud­nie, które czer­pały wodę z poło­żo­nej głę­boko war­stwy wodo­no­śnej - coś, czego potrze­bo­wały zawi­ja­jące do nich statki - urzą­dze­nia, które pra­co­wały w kopal­niach soli, bez ustanku wypusz­czały w powie­trze chmury czar­nego dymu.

Pod­su­mo­wu­jąc, atmos­fera była ponura, zie­mia żało­sna, a widoki przy­gnę­bia­jące. A, wspo­mnia­łem o zabój­czych zarod­ni­kach?

Cypel Dig­gena leżał w pobliżu Zie­lo­nego Luna­geum. Okre­śle­nie luna­geum, co powin­ni­ście wie­dzieć, ozna­cza miej­sca, w któ­rych jeden z dwu­na­stu księ­ży­ców ota­cza­ją­cych pla­netę War­kocz wisi na nie­bie na przy­tła­cza­jąco niskiej orbi­cie sta­cjo­nar­nej. Księ­życe są na tyle wiel­kie, że wypeł­niają całą jedną trze­cią nieba i jeden z dwu­na­stu jest zawsze widoczny, nie­za­leż­nie od tego, dokąd się uda­cie. Przy­sła­nia widok, jak bro­dawka na gałce ocznej.

Miej­scowi odda­wali cześć tym dwu­na­stu księ­ży­com jako bogom, co, jak wszy­scy możemy się zgo­dzić, jest o wiele bar­dziej absur­dalne niż cokol­wiek, w co wy wie­rzy­cie. Łatwo się jed­nak domy­ślić, skąd się wziął ten prze­sąd, ze względu na zarod­niki - jak kolo­rowy pia­sek - które księ­życe zrzu­cały na zie­mię.

Spa­dały z góry z luna­geum, a Zie­lone Luna­geum było widoczne w odle­gło­ści pięć­dzie­się­ciu, może sześć­dzie­się­ciu mil od wyspy. Lepiej nie zbli­żać się bar­dziej do luna­geum - wiel­kiej, migo­czą­cej fon­tanny kolo­ro­wych pył­ków, jaskra­wych i skraj­nie nie­bez­piecz­nych. Zarod­niki wypeł­niały oce­any tego świata, two­rząc ogromne morza nie wody, ale obcego pyłu. Statki żeglo­wały po tym pyle w taki sam spo­sób, jak żeglują tutaj po wodzie i nie powin­ni­ście uzna­wać tego za coś nie­zwy­kłego. Ile obcych pla­net odwie­dzi­li­ście? Może wszy­scy żeglują po morzach pyłku i to wasz dom jest dzi­wacz­nym wyjąt­kiem?

Zarod­niki były nie­bez­pieczne jedy­nie, jeśli zetknęły się z wil­go­cią. Co było pro­ble­mem ze względu na to, ile mokrych rze­czy wycieka z ludz­kiego ciała, nawet zdro­wego. Naj­mniej­sza odro­bina wody spra­wiała, że zarod­niki gwał­tow­nie kieł­ko­wały, a skutki bywały różne, od nie­przy­jem­nych po zabój­cze. Gdy­by­ście na przy­kład ode­tchnęli zie­lo­nymi zarod­ni­kami, wasza ślina spra­wi­łaby, że pędy wyro­słyby z waszych ust - a w bar­dziej inte­re­su­ją­cych przy­pad­kach wypeł­ni­łyby wasze zatoki i wyło­niły się wokół oczu.

Zarod­niki mogły zostać uniesz­ko­dli­wione wyłącz­nie przez dwie rze­czy - sól lub sre­bro. Dla­tego miesz­kańcy Cypla Dig­gena nie przej­mo­wali się zbyt­nio sło­nym posma­kiem wody i jedze­nia. Uczyli swoje dzieci tej nie­zmier­nie waż­nej zasady "sre­bra i soli dro­bina zabójcę powstrzyma". Zno­śny wier­szyk, jeśli jeste­ście bar­ba­rzyń­cami, któ­rzy lubią pro­ste rymo­wanki.

Tak czy ina­czej, ze względu na zarod­niki, dym i sól można chyba zro­zu­mieć, dla­czego król, któ­remu słu­żył diuk, musiał wpro­wa­dzić prawo naka­zu­jące miesz­kań­com pozo­sta­nie na Skale. Och, podał powody, wśród któ­rych znaj­do­wały się ważne woj­skowe ter­miny w rodzaju "klu­czowy per­so­nel", "stra­te­giczne zasoby" i "przy­ja­zne kotwi­co­wi­sko", ale wszy­scy znali prawdę. Miej­sce było tak nie­go­ścinne, że nawet smog uwa­żał je za przy­gnę­bia­jące. Od czasu do czasu do brzegu przy­bi­jały statki potrze­bu­jące napraw, by zosta­wić odpadki do kadzi z kom­po­stem albo nabrać świe­żej wody. Wszy­scy jed­nak ści­śle prze­strze­gali kró­lew­skiego prawa - żaden z miej­sco­wych nie mógł opu­ścić Cypla Dig­gena. Ni­gdy.

I dla­tego War­kocz sia­dy­wała wie­czo­rami na schod­kach, patrzyła, jak odpły­wają statki, z luna­geum opa­dają kolumny zarod­ni­ków, a słońce wyła­nia się zza księ­życa i opada w stronę hory­zontu. Popi­jała słoną her­batę z kubka z nama­lo­wa­nymi końmi i myślała: "To miej­sce ma tak naprawdę swoją urodę. Podoba mi się tutaj. I wie­rzę, że spo­koj­nie spę­dzę tu resztę życia".

2. Ogrodnik

Ogrod­nik

Być może zasko­czyły was te ostat­nie słowa. War­kocz chciała zostać na Skale? Podo­bało jej się?

A gdzie jej pra­gnie­nie przy­gody? Jej tęsk­nota za nowymi kra­inami? Zami­ło­wa­nie do podróży?

Cóż, to nie jest ta część opo­wie­ści, w któ­rej zada­je­cie pyta­nia. Dla­tego uprzej­mie zacho­waj­cie je dla sie­bie. Ale skoro już o tym mowa, musi­cie zro­zu­mieć, że to opo­wieść o ludziach, któ­rzy są i nie są tacy, jak się wydaje. Jed­no­cze­śnie. Opo­wieść o sprzecz­no­ściach. Innymi słowy, to opo­wieść o ludziach.

W tym przy­padku War­kocz nie była waszą zwy­czajną boha­terką - w tym sen­sie, że tak naprawdę była zde­cy­do­wa­nie zwy­czajna. W rze­czy samej, uwa­żała się za kate­go­rycz­nie nudną. Lubiła pić nie­zbyt gorącą her­batę. Wcze­śnie kła­dła się spać. Kochała rodzi­ców, cza­sem sprze­czała się z młod­szym bra­tem i nie śmie­ciła. Nie­źle wyszy­wała i miała talent do pie­cze­nia, ale poza tym żad­nych szcze­gól­nych zdol­no­ści.

Nie ćwi­czyła w tajem­nicy szer­mierki. Nie roz­ma­wiała ze zwie­rzę­tami. Nie miała wśród przod­ków kró­lów ani bóstw, choć jej pra­babka Glorf podobno raz poma­chała do króla. Ze szczytu Skały, kiedy on prze­pły­wał obok, w odle­gło­ści wielu mil, więc War­kocz nie sądziła, by się to liczyło.

Krótko mówiąc, War­kocz była zwy­czajną nasto­latką. Wie­działa o tym, bo inne dziew­czyny czę­sto wspo­mi­nały, że one nie są takie jak "wszy­scy pozo­stali", a War­kocz po jakimś cza­sie uznała, że do grupy "wszy­scy pozo­stali" zali­cza się tylko ona. Inne dziew­czyny musiały mieć rację, bo wszyst­kie wie­działy, jak to jest być wyjąt­kową - zaiste, były w tym tak dobre, że robiły to razem.

War­kocz była bar­dziej zamy­ślona od więk­szo­ści ludzi i nie lubiła się narzu­cać, pro­sząc o to, czego pra­gnęła. Mil­czała, kiedy inne dziew­czyny śmiały się albo żar­to­wały sobie z niej. W końcu tak dobrze się bawiły. Byłoby nie­uprzejme, gdyby w tym prze­szko­dziła, i aro­ganc­kie, gdyby popro­siła, żeby prze­stały.

Cza­sami co bar­dziej nie­sforni mło­dzieńcy wspo­mi­nali o szu­ka­niu przy­gód na obcych oce­anach. War­kocz uwa­żała ten pomysł za prze­ra­ża­jący. Jak mogłaby zosta­wić rodzi­ców i brata? Poza tym miała swoją kolek­cję kub­ków.

War­kocz ceniła swoje kubki. Miała deli­katne por­ce­la­nowe kubki z malo­wa­nym szkli­wem, gli­niane kubki, szorst­kie w dotyku, i drew­niane kubki, wytrzy­małe i zużyte.

Nie­któ­rzy mary­na­rze, któ­rzy czę­sto przy­bi­jali do Cypla Dig­gena, wie­dzieli o jej zami­ło­wa­niu i cza­sami przy­wo­zili jej kubki ze wszyst­kich dwu­na­stu oce­anów - z odle­głych krain, gdzie zarod­niki były podobno szkar­łatne, lazu­rowe lub nawet zło­ci­ste. W zamian za pre­zenty dawała mary­na­rzom pasz­te­ciki, skład­niki na nie kupo­wała za żało­sne pie­nią­dze, jakie zara­biała, szo­ru­jąc okna.

Kubki, które jej przy­wo­zili, czę­sto były pod­nisz­czone i zużyte, ale War­kocz to nie prze­szka­dzało. Wyszczer­biony lub obtłu­czony kubek miał histo­rię. Uwiel­biała je wszyst­kie, bo w ten spo­sób przy­cho­dził do niej świat. Kie­dy­kol­wiek popi­jała z jed­nego z kub­ków, wyobra­żała sobie, że czuje smak dale­kich potraw i napit­ków, a może nawet odro­binę rozu­mie ludzi, któ­rzy je stwo­rzyli.

Za każ­dym razem, kiedy War­kocz dostała nowy kubek, chwa­liła się nim Char­liemu.

Char­lie twier­dził, że jest ogrod­ni­kiem w rezy­den­cji diuka na szczy­cie Skały, ale War­kocz wie­działa, że tak naprawdę był synem diuka. Char­lie miał dło­nie deli­katne jak dziecko, pozba­wione odci­sków, i był lepiej odży­wiony niż kto­kol­wiek w mia­steczku. Zawsze miał sta­ran­nie przy­strzy­żone włosy i choć na jej widok zdej­mo­wał sygnet, pasek nieco jaśniej­szej skóry wska­zy­wał, gdzie go zwy­kle nosił - na palcu, który ozna­czał szla­chet­nie uro­dzo­nego.

Poza tym War­kocz nie była pewna, jakimi "ogro­dami" rze­komo zaj­mo­wał się Char­lie. W końcu rezy­den­cja znaj­do­wała się na Skale. Nie­gdyś rosło w niej drzewo, ale przed kil­koma laty zro­biło jedyną roz­sądną rzecz i uschło. Było tam jed­nak kilka roślin donicz­ko­wych, co pozwa­lało Char­liemu uda­wać.

Szare pyłki krą­żyły na wie­trze wokół jej stóp, kiedy wspi­nała się ścieżką w stronę rezy­den­cji. Szare zarod­niki były mar­twe - powie­trze wokół Skały zawie­rało dość soli, by uniesz­ko­dli­wić zarod­niki - ale i tak wstrzy­my­wała oddech. Na roz­wi­dle­niu skrę­ciła w lewo - prawa odnoga pro­wa­dziła do kopalni - i ruszyła zako­sami w stronę nawisu.

Wzno­siła się tam rezy­den­cja, jak kor­pu­lentna żaba usa­do­wiona na lilii. War­kocz nie była pewna, czemu diu­kowi podoba się na górze. Było bli­żej smogu, więc może cie­szyło go towa­rzy­stwo o podob­nym tem­pe­ra­men­cie. Wspi­naczka na samą górę była trudna - ale patrząc na to, jak na człon­kach rodziny diuka leżały ubra­nia, może uznali, że przyda im się tro­chę ćwi­czeń.

Terenu rezy­den­cji pil­no­wało pię­ciu żoł­nie­rzy - choć w tej chwili na służ­bie byli tylko Snagu i Lead - i dobrze wyko­ny­wali swoją pracę. W końcu minęło strasz­nie dużo czasu, od kiedy kto­kol­wiek w rodzi­nie diuka zgi­nął z powodu roz­licz­nych nie­bez­pie­czeństw, jakim musieli sta­wiać czoło szla­chet­nie uro­dzeni miesz­ka­jący na Skale. (Zali­czały się do nich nuda, obi­cie pal­ców u nóg i zadła­wie­nie się plac­kiem z owo­cami).

Rzecz jasna, przy­nio­sła żoł­nie­rzom pasz­te­ciki. Kiedy jedli, zasta­na­wiała się, czy poka­zać im swój nowy kubek. Był cały z cyny i zdo­biły go wytło­czone litery języka, w któ­rym słowa pisano od góry do dołu, nie od lewej do pra­wej. Ale nie, nie chciała zawra­cać im głowy.

Pozwo­lili jej przejść, choć nie był to dzień, kiedy myła okna w rezy­den­cji. Zna­la­zła Char­liego na tyłach, był zajęty ćwi­cze­niem szer­mierki. Kiedy ją zoba­czył, odło­żył miecz do ćwi­czeń i szybko zsu­nął sygnet.

- War­kocz! Dziś się cie­bie nie spo­dzie­wa­łem!

Char­lie, który wła­śnie skoń­czył sie­dem­na­ście lat, był od niej o dwa mie­siące star­szy. Miał mnó­stwo uśmie­chów, a ona roz­po­zna­wała każdy. Na przy­kład te wyszcze­rzone zęby, które widziała teraz, ozna­czały, że ogrom­nie cie­szył go pre­tekst do prze­rwa­nia ćwi­czeń szer­mierki. Nie lubił jej aż tak bar­dzo, jak powi­nien, przy­naj­mniej zda­niem jego ojca.

- Szer­mierka, Char­lie? - spy­tała. - Czy to zada­nie ogrod­nika?

Uniósł wąskie ostrze poje­dyn­kowe.

- To? Ależ to służy do ogrod­nic­twa. - Zamach­nął się bez entu­zja­zmu w stronę jed­nej z roślin donicz­ko­wych na tara­sie. Roślina nie była jesz­cze do końca mar­twa, ale liść, który Char­lie wła­śnie roz­pła­tał, z pew­no­ścią nie poprawi jej szans.

- Ogrod­nic­two. Mie­czem.

- Tak to się robi na kró­lew­skiej wyspie. - Char­lie znów się zamach­nął. - Wiesz, tam cią­gle trwa wojna. Więc jak się nad tym zasta­no­wić, to natu­ralne, że ogrod­nicy uczą się przy­ci­nać rośliny mie­czem. Lepiej nie wpaść w zasadzkę, kiedy jest się bez­bron­nym.

Nie był dobrym kłamcą, ale była to jedna z rze­czy, które War­kocz w nim lubiła. Char­lie był praw­dziwy. I nawet kła­mał w auten­tyczny spo­sób. A ponie­waż kiep­sko sobie z tym radził, nie można mu było mieć tego za złe. Jego kłam­stwa były tak oczy­wi­ste, że lep­sze od prawdy wielu innych osób.

Jesz­cze raz zamach­nął się w kie­runku rośliny, po czym spoj­rzał na War­kocz i uniósł brew. Pokrę­ciła głową. Dla­tego posłał jej uśmiech "przy­ła­pa­łaś mnie, ale nie mogę się przy­znać" i wbił miecz w zie­mię w doniczce, po czym klap­nął na niski murek.

Syno­wie diu­ków nie powinni kla­pać. Można więc uznać Char­liego za mło­dzieńca obda­rzo­nego nie­zwy­kłymi talen­tami.

War­kocz usia­dła obok niego, na kola­nach miała koszyk.

- Co mi przy­nio­słaś?

Wyjęła nie­duży pasz­te­cik.

- Gołąb i mar­chewka. Z sosem dopra­wio­nym tymian­kiem.

- Szla­chetne połą­cze­nie - stwier­dził.

- Sądzę, że syn diuka, gdyby tu był, nie zgo­dziłby się.

- Synowi diuka wolno jeść wyłącz­nie potrawy, które mają dziw­nie akcen­to­wane obce litery w nazwie. I nie wolno mu prze­ry­wać ćwi­czeń szer­mierki, żeby coś zjeść. Całe szczę­ście więc, że nim nie jestem.

Char­lie odgryzł kęs. Obser­wo­wała jego uśmiech. I oto był - uśmiech zachwytu. Cały dzień spę­dziła na roz­my­śla­niach, co może zro­bić ze skład­ni­ków, które były na wyprze­daży na por­to­wym tar­go­wi­sku, z nadzieją, że uda jej się zasłu­żyć na ten szcze­gólny uśmiech.

- To co jesz­cze przy­nio­słaś?

- Ogrod­niku Char­lie, wła­śnie dosta­łeś cał­ko­wi­cie dar­mowy pasz­te­cik, a teraz ośmie­lasz się przy­pusz­czać, że mam coś jesz­cze?

- Ośmie­lam się? - powie­dział z peł­nymi ustami. Wolną ręką trą­cił jej koszyk. - Wiem, że jest tam coś jesz­cze. Dawaj.

Uśmiech­nęła się sze­roko. W przy­padku więk­szo­ści ludzi nie odwa­ży­łaby się narzu­cać, ale Char­lie był inny. Odsło­niła cynowy kubek.

- Ach. - Char­lie odsta­wił pasz­te­cik i z sza­cun­kiem uniósł kubek obiema rękami. - To coś wyjąt­ko­wego.

- Wiesz coś o tym piśmie? - spy­tała z prze­ję­ciem.

- To stary irial­ski. Wiesz, oni znik­nęli. Cały lud: bach! Jed­nego dnia jesz­cze byli, następ­nego znik­nęli, a ich wyspa pozo­stała bez­ludna. To było trzy­sta lat temu, więc nikt z żyją­cych ich ni­gdy nie spo­tkał, ale podobno mieli złote włosy. Jak twoje, w kolo­rze pro­mieni słońca.

- Moje włosy nie są w kolo­rze pro­mieni słońca, Char­lie.

- Twoje włosy są w kolo­rze pro­mieni słońca. Gdyby pro­mienie słońca były jasno­brą­zowe.

Można by powie­dzieć, że Char­lie dosko­nale pano­wał nad sło­wami. A raczej to one pano­wały nad nim.

- Zało­żył­bym się, że ten kubek ma nie­złą histo­rię - mówił dalej. - Wykuty dla szla­chet­nie uro­dzo­nego Iriali dzień przed tym, jak on... wraz ze wszyst­kimi roda­kami... został zabrany przez bogów. Kubek pozo­stał na stole i zabrała go biedna rybaczka, która jako pierw­sza przy­była na wyspę i odkryła z prze­ra­że­niem, że cały lud znik­nął. Kubek odzie­dzi­czył po niej jej wnuk, który został pira­tem. W końcu zako­pał swój nie­uczci­wie zdo­byty skarb głę­boko pod zarod­ni­kami. Został odzy­skany dopiero teraz, po eonach w ciem­no­ści, i tra­fił w twoje ręce. - Uniósł kubek do świa­tła.

Słu­cha­jąc go, War­kocz się uśmie­chała. Kiedy myła okna w rezy­den­cji, sły­szała cza­sami, jak rodzice Char­liego besz­tają go za to, że tak dużo mówi. Uwa­żali, że to głu­pie i nie przy­stoi komuś o jego pozy­cji. Rzadko pozwa­lali mu dokoń­czyć. War­kocz sądziła, że to wielka szkoda. Bo choć, ow­szem, cza­sami się roz­ga­dy­wał, zro­zu­miała, że to dla­tego, że Char­lie lubił opo­wie­ści tak, jak ona lubiła kubki.

- Dzię­kuję, Char­lie - szep­nęła.

- Za co?

- Za to, że dajesz mi to, czego pra­gnę.

Wie­dział, co miała na myśli. Nie były to ani kubki, ani histo­rie.

- Zawsze. - Poło­żył dłoń na jej dłoni. - Zawsze to, czego pra­gniesz, War­kocz. I zawsze możesz mi powie­dzieć, co to jest. Wiem, że z innymi zwy­kle tego nie robisz.

- A czego ty chcesz, Char­lie?

- Nie wiem - przy­znał. - To zna­czy poza jedną rze­czą. Jedną rze­czą, któ­rej nie powi­nie­nem chcieć, a chcę. Tym­cza­sem powi­nie­nem marzyć o przy­go­dach. Jak w opo­wie­ściach. Znasz te opo­wie­ści?

- Te z pięk­nymi dziew­czę­tami, które zawsze zostają pochwy­cone i nic nie robią poza sie­dze­niem w uwię­zie­niu? I może od czasu do czasu wołają o pomoc?

- Pew­nie tak bywa.

- Dla­czego to są zawsze piękne dziew­częta? Czy ist­nieją takie, które są nie­piękne? Może mają na myśli "pyszne", jak jedze­nie. Mogła­bym być taką dziew­czyną. Dobrze sobie radzę z jedze­niem. - Skrzy­wiła się. - Cie­szę się, że nie żyję w opo­wie­ści, Char­lie. Z pew­no­ścią zosta­ła­bym pochwy­cona.

- A ja pew­nie szybko bym zgi­nął. Jestem tchó­rzem, War­kocz. Taka jest prawda.

- Bzdura. Po pro­stu jesteś zwy­kłą osobą.

- Czy... widzia­łaś, jak reaguję w obec­no­ści diuka?

Mil­czała. Bo widziała.

- Gdy­bym nie był tchó­rzem, mógł­bym powie­dzieć rze­czy, któ­rych nie potra­fię ci powie­dzieć. Ale, War­kocz, gdy­byś została pochwy­cona, i tak bym pomógł. Wło­żył­bym zbroję. Lśniącą zbroję. A może matową zbroję. Wydaje mi się, że gdyby ktoś, kogo znam, został pochwy­cony, nie mar­no­wał­bym czasu na pole­ro­wa­nie zbroi. Myślisz, że ci boha­te­ro­wie robią sobie prze­rwę na jej wypole­ro­wa­nie, kiedy ludzie są w nie­bez­pie­czeń­stwie? To nie brzmi szcze­gól­nie pomoc­nie.

- Char­lie, czy ty w ogóle masz zbroję?

- Zna­la­zł­bym jakąś - obie­cał. - Z pew­no­ścią coś bym wymy­ślił. Nawet tchórz byłby odważny w porząd­nej zbroi, prawda? W tych histo­riach jest mnó­stwo mar­twych ludzi. Na pewno uda­łoby mi się zabrać ją...

Z wnę­trza rezy­den­cji dobiegł krzyk. To był ojciec Char­liego, który gde­rał. Na ile War­kocz umiała to oce­nić, wrzesz­cze­nie było jedy­nym zada­niem diuka na wyspie, a on trak­to­wał je bar­dzo poważ­nie.

Char­lie spoj­rzał w stronę rezy­den­cji i stę­żał, a jego uśmiech znik­nął. Ale kiedy krzyki się nie zbli­żyły, znów spoj­rzał na kubek. Chwila minęła, ale inna zajęła jej miej­sce, jak to bywa. Nie była już tak intymna, ale wciąż cenna, bo był to czas spę­dzony z nim.

- Prze­pra­szam, że wspo­mi­nam o takich głu­po­tach jak pyszne dziew­częta i okra­da­nie tru­pów ze zbroi - powie­dział cicho. - Ale lubię, że i tak mnie słu­chasz. Dzię­kuję ci, War­kocz.

- Lubię twoje opo­wie­ści. - Wzięła kubek i obró­ciła go w dło­niach. - Myślisz, że cokol­wiek z tego, co powie­dzia­łeś o tym kubku, jest prawdą?

- Może być prawdą. To naj­wspa­nial­sza rzecz o opo­wie­ściach. Popatrz na to pismo... mówi, że kie­dyś nale­żał do króla. Tu jest jego imię.

- A nauczy­łeś się tego języka w...

- ...szkole ogrod­ni­czej. Na wypa­dek gdy­by­śmy musieli prze­czy­tać ostrze­że­nia na opa­ko­wa­niach pew­nych nie­bez­piecz­nych roślin.

- A teraz nosisz dublet i raj­tuzy lorda...

- ...bo dzięki temu jestem dosko­na­łym wabi­kiem, gdyby przy­byli tu skry­to­bójcy i spró­bo­wali zabić syna diuka.

- Skoro tak mówisz. Ale w takim razie czemu zdej­mu­jesz sygnet?

- Yyy... - Spu­ścił wzrok na dłoń, a póź­niej spoj­rzał jej w oczy. - Cóż, pew­nie wolał­bym, żebyś ty mnie nie pomy­liła z kimś innym. Z kimś, z kim nie chcę być.

I wtedy uśmiech­nął się swoim nie­śmia­łym uśmie­chem. Swoim "pro­szę, ustąp mi w tej kwe­stii, War­kocz" uśmie­chem. Bo syn diuka nie mógł się otwar­cie bra­tać z dziew­czyną, która myła okna. Ale ary­sto­krata uda­jący, że jest z pospól­stwa? Uda­jący pośled­nie uro­dze­nie, by poznać miesz­kań­ców swo­jej kra­iny? Ależ tego się spo­dzie­wano. Poja­wiało się to w tak wielu opo­wie­ściach, że było wręcz insty­tu­cją.

- To ma mnó­stwo sensu - powie­działa.

Się­gnął znów po pasz­te­cik.

- Opo­wiedz mi o swoim dniu. Muszę o tym usły­szeć.

- Poszłam na tar­go­wi­sko, żeby kupić skład­niki. - Zało­żyła luźny kosmyk wło­sów za ucho. - Kupi­łam funt ryby. Łoso­sia, impor­to­wa­nego z Wyspy Erika, gdzie mają wiele jezior. Poloni obni­żył cenę, bo myślał, że się psuje, ale tak naprawdę popsuła się ryba w sąsied­niej beczce. Czyli dosta­łam rybę za nic.

- Fascy­nu­jące. Nikt nie dostaje ataku, kiedy przy­cho­dzisz? Nie wołają dzieci i nie zmu­szają cię, żebyś uści­snęła ich dło­nie? Opo­wiedz mi wię­cej. Pro­szę, chcę wie­dzieć, jak się zorien­to­wa­łaś, że ryba nie jest zepsuta.

Za jego namową zaczęła obja­śniać przy­ziemne szcze­góły swo­jego życia. Zmu­szał ją do tego za każ­dym razem, kiedy go odwie­dzała. On ze swej strony słu­chał uważ­nie. To był dowód, że jego zami­ło­wa­nie do mówie­nia nie było wadą. Słu­chać umiał rów­nie dobrze. Przy­naj­mniej jej. W rze­czy samej, z jakie­goś nie­od­gad­nio­nego powodu Char­lie uznał jej życie za inte­re­su­jące.

Mówiąc, War­kocz poczuła, że jest jej cie­pło. Czę­sto się tak zda­rzało, kiedy go odwie­dzała - bo wspięła się wysoko na górę i była bli­żej słońca, więc tu było cie­plej. To oczy­wi­ste.

Tyle tylko że wła­śnie trwał księ­ży­co­cień, kiedy słońce cho­wało się za księ­ży­cem i robiło się o kilka stopni chłod­niej. A tego dnia zaczy­nała mieć dosyć pew­nych kłamstw, które opo­wia­dała sama sobie. Może był inny powód, dla­czego było jej cie­pło. Krył się w obec­nym uśmie­chu Char­liego i w jej wła­snym też.

Nie słu­chał jej tylko dla­tego, że fascy­no­wało go życie chło­pów.

Ona nie odwie­dzała go tylko dla­tego, że chciała słu­chać jego opo­wie­ści.

Wła­ści­wie, na naj­głęb­szym pozio­mie w ogóle nie cho­dziło o kubki ani histo­rie. Tak naprawdę cho­dziło o ręka­wiczki.

3. Diuk

Diuk

Warkocz zauwa­żyła, że para porząd­nych ręka­wi­czek znacz­nie uła­twiała jej codzienną pracę. Miała na myśli dobre ręka­wiczki, uszyte z mięk­kiej skóry, która dopa­so­wy­wała się do rąk. Takie, które - jeśli dobrze je się natłusz­czało i nie zosta­wiało na słońcu - ni­gdy nie sztyw­niały. Takie, które są tak wygodne, że idzie­cie umyć ręce i z zasko­cze­niem stwier­dza­cie, że wciąż macie je na sobie.

Para dosko­na­łych ręka­wi­czek jest bez­cenna. A Char­lie był jak dobre ręka­wiczki. Im dłu­żej z nim prze­by­wała, tym bar­dziej wła­ściwy wyda­wał się ich wspól­nie spę­dzony czas. Nawet księ­ży­co­cie­nie sta­wały się jaśniej­sze, a jej cię­żary lżej­sze. War­kocz uwiel­biała cie­kawe kubki, ale czę­ściowo dla­tego, że każdy dawał jej pre­tekst, by go odwie­dzić.

To, co wzra­stało mię­dzy nimi, wyda­wało się tak dobre, tak cudowne, że War­kocz wahała się przed nazwa­niem tego miło­ścią. Roz­mowy innych mło­dych ludzi wska­zy­wały, że "miłość" jest nie­bez­pieczna. Wyda­wało się, że ich miłość wiąże się z zazdro­ścią i bra­kiem pew­no­ści sie­bie. Cho­dziło w niej o namiętne prze­krzy­ki­wa­nie się i jesz­cze bar­dziej namiętne godze­nie. Mniej przy­po­mi­nała parę wygod­nych ręka­wi­czek, a bar­dziej roz­grzany węgiel, który parzył dło­nie.

Miłość zawsze prze­ra­żała War­kocz. Ale kiedy Char­lie znów poło­żył dłoń na jej dłoni, zro­biło jej się gorąco. Ogień, któ­rego zawsze się bała. Oka­zało się, że węgiel jed­nak tam był, ale zamknięty - jak w dobrym piecu.

Wbrew wszel­kiej logice chciała wsko­czyć w jego gorąco.

Char­lie zamarł. Rzecz jasna, doty­kali się wiele razy wcze­śniej, ale to było inne. Ta chwila. To marze­nie. Zaru­mie­nił się, ale na chwilę zatrzy­mał rękę. W końcu uniósł ją i prze­cze­sał włosy pal­cami, uśmie­cha­jąc się z zawsty­dze­niem. Ponie­waż to był Char­lie, ten gest nie zepsuł chwili, tylko uczy­nił ją jesz­cze słod­szą.

War­kocz szu­kała dosko­na­łych słów. Ten moment mógłby zro­dzić wiele zdań. Mogłaby powie­dzieć: "Char­lie, czy mógł­byś to potrzy­mać, kiedy będę spa­ce­ro­wać po ogro­dzie" - i znów podać mu dłoń.

Mogłaby powie­dzieć: "Pomocy, nie mogę oddy­chać. Patrze­nie na cie­bie zaparło mi dech w piersi".

Mogłaby nawet powie­dzieć coś zupeł­nie sza­lo­nego, na przy­kład: "Lubię cię".

Tym­cza­sem powie­działa:

- Hm. Ręce są cie­płe.

Następ­nie roze­śmiała się, ale urwała w poło­wie, zupeł­nym przy­pad­kiem dosko­nale naśla­du­jąc okrzyk mirungi.

Można by powie­dzieć, że War­kocz dosko­nale pano­wała nad sło­wami. A raczej nie potra­fiła ich z sie­bie wypu­ścić.

W odpo­wie­dzi Char­lie posłał jej uśmiech. Cudowny uśmiech, coraz bar­dziej pewny sie­bie, im dłu­żej trwał. Nie widziała go ni­gdy wcze­śniej. Mówił: "Myślę, że cię kocham, War­kocz, pomimo mirungi".

Uśmiech­nęła się do niego. I wtedy ponad jego ramie­niem dostrze­gła sto­ją­cego w oknie diuka. Wysoki i wypro­sto­wany, nosił ubra­nie w mili­tar­nym stylu, które wyglą­dało, jakby przy­pięto je do jego ciała za pomocą licz­nych medali na piersi.

Nie uśmie­chał się.

Wła­ści­wie tylko raz widziała jego uśmiech, kiedy karano sta­rego Lota­riego - który pró­bo­wał uciec z wyspy, ukry­wa­jąc się na pokła­dzie statku kupiec­kiego. Wyda­wało się, że to jedyny uśmiech diuka - może Char­lie wyko­rzy­stał cały przy­dział dla rodziny. Tak czy ina­czej, jeśli diuk miał tylko jeden uśmiech, nad­ra­biał to poka­zy­wa­niem sta­now­czo zbyt wielu zębów.

Diuk znik­nął w cie­niach domu, ale jego obec­ność przy­tła­czała War­kocz, kiedy poże­gnała się z Char­liem. Scho­dząc po stop­niach, spo­dzie­wała się, że usły­szy krzyki, tym­cza­sem ści­gała ją zło­wróżbna cisza. Pełna napię­cia cisza, jaka nastę­puje po bły­ska­wicy.

Podą­żała za nią ścieżką i dalej do jej domu, gdzie War­kocz mruk­nęła do rodzi­ców, że jest zmę­czona. Udała się do swo­jego pokoju i cze­kała, aż cisza się skoń­czy. Aż żoł­nie­rze zapu­kają i spy­tają, dla­czego dziew­czyna, która myła okna, odwa­żyła się dotknąć syna diuka.

Kiedy nic takiego się nie stało, odwa­żyła się mieć nadzieję, że zbyt wiele się doszu­ki­wała w wyra­zie twa­rzy diuka. A póź­niej przy­po­mniała sobie jego jedyny uśmiech. Potem przez całą noc drę­czyły ją nie­po­koje.

Wstała wcze­śnie rano, z tru­dem ścią­gnęła włosy w kucyk i powlo­kła się na tar­go­wi­sko. Tam zamie­rzała przej­rzeć wczo­raj­sze i pra­wie popsute skład­niki w poszu­ki­wa­niu cze­goś, na co mogła sobie pozwo­lić. Mimo wcze­snej godziny na tar­go­wi­sku pano­wał duży ruch. Męż­czyźni zmia­tali mar­twe zarod­niki ze ścieżki, a ludzie gro­ma­dzili się w roz­ga­da­nych grup­kach.

War­kocz przy­go­to­wała się w duchu na wie­ści, po czym uznała, że nic nie może być gor­sze niż kosz­marne ocze­ki­wa­nie, które zno­siła przez całą noc.

Myliła się.

Diuk wysłał dekla­ra­cję - on i jego rodzina zamie­rzali tego wła­śnie dnia opu­ścić wyspę.

4. Syn

Syn

Opuścić.

Opu­ścić wyspę?

Ludzie nie opusz­czali wyspy.

Logicz­nie rzecz bio­rąc, War­kocz wie­działa, że to nie do końca prawda. Kró­lew­scy urzęd­nicy mogli odejść. Diuk cza­sami wybie­rał się zło­żyć raporty kró­lowi. Poza tym zdo­był te wszyst­kie wyszu­kane medale, zabi­ja­jąc ludzi z odle­głego miej­sca, któ­rzy wyglą­dali odro­binę ina­czej. Naj­wy­raź­niej był cał­kiem boha­ter­ski w cza­sie tych wojen - świad­czył o tym fakt, że mnó­stwo jego żoł­nie­rzy zgi­nęło, a on prze­żył.

Ale w prze­szło­ści diuk ni­gdy nie zabie­rał rodziny.

"Spad­ko­bierca diuka osią­gnął doro­słość" gło­siła pro­kla­ma­cja "i dla­tego przed­sta­wimy go jako poten­cjal­nego narze­czo­nego róż­nym księż­nicz­kom cywi­li­zo­wa­nych mórz".

War­kocz była prag­ma­tyczną młodą kobietą. I dla­tego tylko pomy­ślała, żeby z fru­stra­cji roz­szar­pać na strzępy swój koszyk na zakupy. Jedy­nie roz­wa­żała, czy byłoby sto­sowne, gdyby zaczęła prze­kli­nać na całe gar­dło. Zale­d­wie zasta­no­wiła się nad poma­sze­ro­wa­niem do rezy­den­cji diuka i zażą­da­niem, by zmie­nił zda­nie.

Miast tego w otę­pie­niu kon­ty­nu­owała zakupy, wyko­rzy­stu­jąc zna­jomą czyn­ność, by nadać pozory nor­mal­no­ści gwał­tow­nie walą­cemu się życiu. Zna­la­zła tro­chę czosnku, co do któ­rego była pra­wie pewna, że da się go oca­lić, kilka ziem­nia­ków, które nie były jesz­cze cał­kiem zeschłe, i nawet zboże z woł­kami na tyle dużymi, że dało się je wybrać.

Poprzed­niego dnia byłaby szczę­śliwa z powodu tego łupu. Dziś myślała jedy­nie o Char­liem.

To wyda­wało się tak nie­wia­ry­god­nie nie­spra­wie­dliwe. Dopiero co przy­znała, co do niego czuje, i już wszystko zostało wywró­cone do góry nogami? Tak, powie­dziano jej, że powinna się spo­dzie­wać tego bólu. Miłość wią­zała się z bólem. Ale to była sól w her­ba­cie - czy nie powinno być też odro­biny miodu? Czy nie powinno być - odwa­żyła się zapra­gnąć - namięt­no­ści?

Miała doznać wszel­kich nie­do­god­no­ści zwią­za­nych z roman­sem bez jakiej­kol­wiek korzy­ści.

Nie­stety, jej zmysł prak­tyczny zaczął zazna­czać swoją obec­ność. Jak długo oboje uda­wali, praw­dziwy świat nie miał do nich prawa. Ale dni uda­wa­nia minęły. Czego ona się wła­ści­wie spo­dzie­wała? Że diuk pozwoli jej poślu­bić swo­jego syna? A co ona mogła zaofe­ro­wać komuś takiemu jak Char­lie? Była niczym w porów­na­niu z księż­niczką. Pomy­śl­cie tylko, na ile kub­ków mogli sobie pozwo­lić!

W uda­wa­nym świe­cie w mał­żeń­stwie cho­dziło o miłość. W praw­dzi­wym świe­cie cho­dziło o poli­tykę. Słowo obcią­żone roz­licz­nymi zna­cze­niami, choć więk­szość z nich spro­wa­dzała się do: "To kwe­stia do oma­wia­nia przez szla­chet­nie uro­dzo­nych - i (nie­chęt­nie) bar­dzo boga­tych. Nie chło­pów".

Skoń­czyła zakupy i ruszyła ścieżką w stronę domu, gdzie przy­naj­mniej mogła liczyć na współ­czu­cie rodzi­ców. Wyda­wało się jed­nak, że diuk nie mar­no­wał czasu, bo zoba­czyła pro­ce­sję wijącą się w stronę nabrzeża.

Odwró­ciła się i ruszyła z powro­tem inną drogą. Dotarła na miej­sce tuż za pro­ce­sją - która zaczęła łado­wać doby­tek rodziny na sta­tek kupiecki. Nikomu nie było wolno opu­ścić wyspy. Chyba że przy­pad­kiem byli kimś. War­kocz mar­twiła się, że nie będzie miała szansy poroz­ma­wiać z Char­liem. A póź­niej mar­twiła się, że będzie ją miała, ale on nie będzie chciał jej widzieć.

Całe szczę­ście zoba­czyła go, jak stał na ubo­czu i przy­pa­try­wał się gro­ma­dzą­cym się ludziom. W chwili gdy ją zauwa­żył, pod­biegł do niej.

- War­kocz! O, na księ­życe. Mar­twi­łem się, że nie znajdę cię na czas.

- Ja... - Co mogła powie­dzieć?

- Pyszne dziew­czę. - Zło­żył jej ukłon. - Muszę się poże­gnać.

- Char­lie... - powie­działa cicho. - Nie pró­buj być kimś, kim nie jesteś. Znam cię.

Skrzy­wił się. Miał na sobie płaszcz podróżny i nawet kape­lusz. Diuk uwa­żał kape­lusze za nie­sto­sowne we wszyst­kich sytu­acjach poza podróżą.

- War­kocz, oba­wiam się, że cię okła­ma­łem - powie­dział ciszej. - Widzisz... nie jestem ogrod­ni­kiem. Jestem... no... synem diuka.

- Zadzi­wia­jące. Kto by pomy­ślał, że ogrod­nik Char­lie i następca diuka Char­les są tą samą osobą, jeśli wziąć pod uwagę, że są w tym samym wieku, wyglą­dają tak samo i noszą to samo ubra­nie.

- No tak. Jesteś na mnie zła?

- Złość stoi teraz w kolejce. Jest siódma, wci­śnięta mię­dzy nie­pew­ność a zmę­cze­nie.

Za ich ple­cami ojciec i matka Char­liego wkro­czyli na pokład. Słu­żący podą­żyli za nimi z resztą bagażu.

Char­lie wbił wzrok w zie­mię.

- Wydaje się, że mam się oże­nić. Z księż­niczką tego czy innego narodu. Co o tym myślisz?

- Ja... - Co powinna powie­dzieć? - Życzę ci wszyst­kiego naj­lep­szego?

Pod­niósł wzrok i napo­tkał jej spoj­rze­nie.

- Zawsze, War­kocz. Pamię­tasz?

Było jej trudno, ale po chwili maca­nia na ślepo zna­la­zła słowa ukryte w kącie i pró­bu­jące przed nią uciec.

- Chcia­ła­bym, żebyś tego nie robił - powie­działa, ści­ska­jąc je mocno. - To zna­czy się żenił. Z kimś innym.

- Och? - Zamru­gał. - Naprawdę?

- To zna­czy jestem pewna, że one są bar­dzo miłe. Księż­niczki.

- Mam wra­że­nie, że to należy do ich obo­wiąz­ków. Jak... Sły­sza­łaś o rze­czach, które robią w opo­wie­ściach? Reani­mo­wa­nie pła­zów? Infor­mo­wa­nie rodzi­ców, że ich dziecko zmo­czyło łóżeczko? Trzeba być dość miłym, żeby robić coś takiego.

- Tak. Ja... - Ode­tchnęła głę­boko. - I tak wola­ła­bym... żebyś nie poślu­bił jed­nej z nich.

- Cóż, w takim razie tego nie zro­bię.

- Wąt­pię, żebyś miał wybór, Char­lie. Twój ojciec chce, żebyś się oże­nił. To poli­tyka.

- Ach, ale widzisz, ja mam tajną broń. - Wziął ją za ręce i się nachy­lił.

Za jego ple­cami jego ojciec prze­szedł na dziób statku i patrzył z góry z nachmu­rzoną miną. Char­lie jed­nak uśmiech­nął się krzywo. To był jego uśmiech "popatrz, jaki jestem prze­bie­gły". Uży­wał go, kiedy nie był szcze­gól­nie prze­bie­gły.

- Jaką... tajną broń, Char­lie?

- Potra­fię być nie­wia­ry­god­nie nudny.

- To nie broń.

- Być może nie na woj­nie, War­kocz. Ale pod­czas zalo­tów? To rów­nie dosko­nała broń jak naj­ostrzej­szy rapier. Wiesz, jak potra­fię gadać. I gadać. I gadać.

- Ja lubię, jak ty gadasz, Char­lie. Wła­ści­wie zupeł­nie mi to nie prze­szka­dza. A cza­sami nawet cał­kiem się podoba.

- Ty jesteś szcze­gól­nym przy­pad­kiem. Ty jesteś... no, to tro­chę głu­pie... ale jesteś jak para ręka­wi­czek, War­kocz.

- Naprawdę? - spy­tała, krztu­sząc się.

- Tak. Nie poczuj się ura­żona. Cho­dzi o to, że kiedy muszę ćwi­czyć z mie­czem, noszę te ręka­wiczki i...

- Rozu­miem - szep­nęła.

Sto­jący na pokła­dzie ojciec Char­liego krzyk­nął do niego, każąc mu się pośpie­szyć. War­kocz uświa­do­miła sobie wtedy, że - podob­nie jak Char­lie miał różne rodzaje uśmie­chów - jego ojciec miał różne rodzaje gry­ma­sów. Nie za bar­dzo podo­bało jej się, co obecny suge­ro­wał na jej temat.

Char­lie ści­snął jej dło­nie.

- Posłu­chaj, War­kocz. Obie­cuję ci. Nie oże­nię się. Udam się do tych kró­lestw i będę tak nie­zno­śnie nudny, że żadna z dziew­cząt mnie nie zechce. Nie jestem w niczym szcze­gól­nie dobry. Ni­gdy nie zdo­by­łem nawet jed­nego punktu prze­ciwko ojcu w szer­mierce. W cza­sie ofi­cjal­nych kola­cji roz­le­wam zupę. Gadam tak dużo, że nawet mój lokaj - który dostaje pie­nią­dze za to, żeby słu­chać - wymy­śla kre­atywne powody, by mi prze­rwać. Parę dni temu opo­wia­da­łem mu histo­rię o rybie i mewie, a on udał, że obił sobie palec u nogi i...

Diuk znowu krzyk­nął.

- Uda mi się, War­kocz - upie­rał się Char­lie. - Zro­bię to. W każ­dym miej­scu, w któ­rym się zatrzy­mamy, wybiorę kubek dla cie­bie, w porządku? A kiedy zanu­dzę obecną księż­niczkę na śmierć, zaś mój ojciec uzna, że musimy ruszać dalej, wyślę ci kubek. Jako dowód, wiesz. - Jesz­cze raz ści­snął jej dło­nie. - Zro­bię to, nie tylko dla­tego, że ty słu­chasz. Ale ponie­waż mnie znasz, War­kocz. Zawsze mnie dostrze­ga­łaś, a inni tego nie robią.

Zaczął się odwra­cać, by w końcu odpo­wie­dzieć na okrzyki ojca. War­kocz ści­skała jego dło­nie. Nie chciała, by to się skoń­czyło.

Char­lie posłał jej ostatni uśmiech. I choć pró­bo­wał uda­wać pew­ność sie­bie, znała jego uśmie­chy. Ten był nie­pewny, pełny nadziei, ale zmar­twiony.

- Ty też jesteś moimi ręka­wicz­kami, Char­lie - powie­działa do niego.

Póź­niej musiała go puścić, żeby mógł wbiec po tra­pie. Już i tak wystar­cza­jąco się narzu­cała.

Diuk zmu­sił syna do wej­ścia pod pokład, kiedy sta­tek prze­śli­zgnął się przez mar­twe szare zarod­niki naj­bli­żej Skały i wypły­nął na praw­dziwy zie­lony ocean. Zła­pał wiatr w żagle i wyru­szył w stronę hory­zontu, zosta­wia­jąc za sobą poru­szony szma­rag­dowy pył. War­kocz wspięła się do domu, a póź­niej patrzyła z klifu, aż sta­tek stał się mały jak kubek. Póź­niej jak pyłek. I znik­nął.

Póź­niej zaczęło się cze­ka­nie.

Powia­dają, że ocze­ki­wa­nie jest naj­bar­dziej nie­zno­śną udręką w życiu. "Oni" ozna­cza w tym przy­padku pisa­rzy, któ­rzy nie mają nic uży­tecz­nego do zro­bie­nia, więc wypeł­niają czas roz­my­śla­niem o tym, co powie­dzieć. Każda pra­cu­jąca osoba powie wam, że czas na ocze­ki­wa­nie to luk­sus.

War­kocz miała okna do umy­cia. Posiłki do ugo­to­wa­nia. Młod­szego brata do pil­no­wa­nia. Jej ojciec, Lem, ni­gdy nie wró­cił do pełni zdro­wia po wypadku w kopalni, i choć pró­bo­wał poma­gać, led­wie cho­dził. Poma­gał matce War­kocz, Ulbie, całymi dniami robić skar­petki na dru­tach. Sprze­da­wali je mary­na­rzom, ale ze względu na cenę włóczki zara­biali na tym bar­dzo nie­wiele.

Dla­tego War­kocz nie cze­kała. Pra­co­wała.

Mimo wszystko przy­by­cie pierw­szego kubka było wielką ulgą. Dostar­czył go chło­piec okrę­towy Hoid. (Tak, to ja. Skąd wie­cie? Może dzięki imie­niu?). Piękny por­ce­la­nowy kubek bez naj­mniej­szego wyszczer­bie­nia.

Tego dnia świat poja­śniał. War­kocz nie­mal sły­szała głos Char­liego, kiedy czy­tała towa­rzy­szący kub­kowi list, w któ­rym opi­sy­wał ze szcze­gó­łami uczu­cia pierw­szej księż­niczki. Z boha­ter­ską mono­to­nią wyli­czał odgłosy, jakie wyda­wał jego żołą­dek, kiedy w nocy leżał w róż­nych pozy­cjach. A gdyby tego było za mało, następ­nie wyja­śnił, że zacho­wuje obcięte paznok­cie u stóp i nadaje im imiona. To zadzia­łało.

Walcz dalej, moja gada­tliwa miło­ści, pomy­ślała War­kocz, kiedy następ­nego dnia szo­ro­wała okna rezy­den­cji. Bądź dzielny, mój nieco obrzy­dliwy wojow­niku.

Następny kubek był z czy­stego czer­wo­nego szkła, wysoki i smu­kły, i wyglą­dał, jakby mie­ściło się w nim wię­cej płynu niż w rze­czy­wi­sto­ści. Może pocho­dził z wyjąt­kowo ską­pej gospody. Char­lie znie­chę­cił tę księż­niczkę, wyja­śnia­jąc ze wszyst­kimi szcze­gó­łami, co zjadł na śnia­da­nie - poli­czył kawałki jajecz­nicy i podzie­lił je ze względu na roz­miar.

Trzeci kubek był ogrom­nym, masyw­nym kuflem z cyny z oło­wiem. Może pocho­dził z jed­nego z tych miejsc, które wymy­ślił Char­lie, gdzie ludzie zawsze musieli nosić broń. War­kocz była pra­wie pewna, że mogłaby pozba­wić napast­nika przy­tom­no­ści, gdyby zamach­nęła się kuflem. Naj­now­sza księż­niczka nie wytrzy­mała dłu­giej roz­mowy na temat korzy­ści pły­ną­cych z uży­cia róż­nych zna­ków prze­stan­ko­wych, w tym kilku, które Char­lie wymy­ślił.

Na kartce w czwar­tej paczce nie było listu, jedy­nie nie­wielki rysu­nek - ści­ska­jące się dwie dło­nie w ręka­wicz­kach. Na kubku wyma­lo­wano motyla uno­szą­cego się nad czer­wo­nym oce­anem - uznała za dziwne, że motyl nie bał się zarod­ni­ków. Może był więź­niem, zmu­szo­nym, by pole­cieć nad oce­anem i spo­tkać swój los.

Piąty kubek ni­gdy nie dotarł.

War­kocz pró­bo­wała to zbyć, mówiła sobie, że musiał zagi­nąć w dro­dze. W końcu stat­kowi pły­ną­cemu po zarod­ni­kach mogło się przy­tra­fić wiele rze­czy. Piraci albo... no wie­cie... zarod­niki.

Ale mijały mie­siące, każdy bar­dziej nużący od poprzed­niego. Za każ­dym razem, kiedy do nabrzeża przy­bi­jał sta­tek, War­kocz pytała o pocztę.

Nic.

Robiła to przez wiele mie­sięcy, aż minął cały rok od odej­ścia Char­liego.

I w końcu wia­do­mość. Nie od Char­liego, ale od jego ojca, wysłana do całego mia­sta. Diuk powra­cał w końcu na Cypel Dig­gena, z żoną, dzie­dzi­cem i... synową.

5. Narzeczona

Narze­czona

Warkocz sie­działa na ganku, opie­rała się o matkę i wpa­try­wała w hory­zont. Trzy­mała ostatni kubek, który przy­słał jej Char­lie. Ten z moty­lem-samo­bójcą.

Jej cie­pła her­bata sma­ko­wała łzami.

- To nie było zbyt prak­tyczne - szep­nęła do matki.

- Miłość rzadko jest - odparła matka.

Była krzepką kobietą o pocie­sza­jąco obfi­tej syl­wetce. Przed pię­cioma laty była chuda jak patyk. Wtedy War­kocz dowie­działa się, że matka oddaje część swo­jego jedze­nia dzie­ciom - i od tej pory prze­jęła robie­nie zaku­pów, spra­wia­jąc, że pie­nię­dzy star­czało im na wię­cej.

Na hory­zon­cie poja­wił się sta­tek.

- W końcu pomy­śla­łam o tym, co powin­nam powie­dzieć. - War­kocz odsu­nęła włosy z oczu. - Kiedy wyru­szał. Nazwa­łam go ręka­wiczką. To nie jest tak złe, jak się wydaje. Widzisz, on wcze­śniej tak nazwał mnie. Mia­łam rok na zasta­no­wie­nie i uświa­do­mi­łam sobie, że mogłam powie­dzieć coś wię­cej.

Matka ści­snęła jej ramię, gdy sta­tek nie­uchron­nie się zbli­żał.

- Powin­nam powie­dzieć, że go kocham - szep­nęła War­kocz.

Matka dołą­czyła do niej, kiedy poma­sze­ro­wała, jak żoł­nierz w pierw­szym sze­regu sta­wia­jący czoło ostrza­łowi armat­niemu, by powi­tać sta­tek. Jej ojciec został w domu ze względu na chorą nogę - i dobrze. War­kocz oba­wiała się, że zro­biłby scenę, tak bar­dzo przez ostat­nie mie­siące zrzę­dził na diuka i jego syna.

Ale War­kocz nie potra­fiła mieć pre­ten­sji do Char­liego. To nie jego wina, że jest synem diuka. Coś takiego mogło się przy­tra­fić każ­demu, naprawdę.

Zebrał się tłum. W liście diuk napi­sał, że chce świę­to­wać - i przy­wie­zie jedze­nie i wino. Cokol­wiek ludzie myśleli o nowej przy­szłej diu­sze­sie, nie zamie­rzali zre­zy­gno­wać z dar­mo­wego alko­holu. (Jak zawsze, tajem­nica popu­lar­no­ści kryje się w pre­zen­tach. Jak rów­nież prawa do obcię­cia głowy każ­demu, kto was nie lubi).

War­kocz i jej matka przy­były na tyłach tłumu, ale pie­karz Hol­mes przy­wo­łał je na stop­nie swo­jego sklepu, skąd widziały wszystko lepiej. Był życz­li­wym czło­wie­kiem, zawsze zacho­wy­wał ostat­nie bochenki i sprze­da­wał je jej za drob­niaki.

I dla­tego War­kocz dobrze widziała księż­niczkę, kiedy ta poja­wiła się na pokła­dzie. Była piękna. Zaró­żo­wione policzki, błysz­czące włosy, deli­katne rysy twa­rzy. Była tak dosko­nała, że naj­lep­szy malarz wszyst­kich mórz nie udo­sko­na­liłby jej por­tretu.

Char­liemu w końcu udało się stać czę­ścią opo­wie­ści. War­kocz czuła się szczę­śliwa z jego powodu - z wysił­kiem.

Następny poja­wił się diuk. Poma­chał ręką, by ludzie wie­dzieli, że mają wiwa­to­wać na jego cześć.

- Przed­sta­wiam swo­jego dzie­dzica! - krzyk­nął.

Na pokład obok księż­niczki wyszedł młody męż­czy­zna. I z całą pew­no­ścią nie był to Char­lie.

Ten mło­dzie­niec był mniej wię­cej w tym samym wieku co Char­lie, ale miał sześć i pół stopy wzro­stu i tak męską szczękę, że na jej widok inni męż­czyźni zaczy­nali wąt­pić w swoje pre­fe­ren­cje. Był bar­dzo umię­śniony - do tego stop­nia, że kiedy uniósł rękę, żeby poma­chać, War­kocz mogłaby przy­siąc, że szwy jego koszuli bła­gają o litość.

Co, na dwa­na­ście księ­ży­ców? - pomy­ślała.

- Na sku­tek nie­szczę­śli­wego wypadku zosta­łem zmu­szony, by adop­to­wać mojego bra­tanka Dirka i ogło­sić go swoim nowym następcą - ogło­sił diuk pośród zapa­dłej ciszy i zro­bił chwilę prze­rwy, by jego słowa dotarły do tłumu. - Jest dosko­na­łym szer­mie­rzem i odpo­wiada na pyta­nia jed­nym zda­niem. A cza­sami nawet jed­nym sło­wem! A poza tym jest boha­te­rem wojen­nym. Stra­cił dzie­sięć tysięcy ludzi w Bitwie o Jezio­ro­wy­gódkę.

- Dzie­sięć tysięcy? - powtó­rzyła matka War­kocz. - Ojej, to bar­dzo dużo.

- Będziemy teraz świę­to­wać ślub Dirka z księż­niczką Uśpie­nia! - wykrzyk­nął diuk i uniósł wysoko ręce.

Tłum mil­czał, wciąż zdez­o­rien­to­wany.

- Przy­wio­złem trzy­dzie­ści beczu­łek! - wykrzyk­nął diuk.

Roz­le­gły się wiwaty. I tak zaczęła się zabawa. Miesz­kańcy mia­sta ruszyli w stronę sali ban­kie­to­wej. Komen­to­wali urodę księż­niczki i byli pod wra­że­niem tego, jak dobrze Dirk zacho­wy­wał rów­no­wagę pod­czas cho­dze­nia, zwa­żyw­szy, że jego śro­dek cięż­ko­ści musiał się znaj­do­wać gdzieś na wyso­ko­ści mostka.

Matka War­kocz powie­działa jej, że zdo­bę­dzie odpo­wie­dzi, i ruszyła za tłu­mem. Kiedy jed­nak War­kocz otrzą­snęła się z szoku, zoba­czyła, że Flik - jeden ze słu­żą­cych diuka - macha do niej z miej­sca obok trapu. Był życz­li­wym męż­czy­zną o sze­ro­kich uszach, które wyglą­dały, jakby cze­kały na wła­ściwą chwilę, żeby się zerwać i odle­cieć.

- Fliku? - szep­nęła. - Co się stało? Wypa­dek? Gdzie jest Char­lie?

Flik spoj­rzał na rzędy ludzi idą­cych w stronę sali ban­kie­to­wej. Diuk i jego rodzina dołą­czyli do nich i znaj­do­wali się na tyle daleko, że wszel­kie gry­masy utra­ci­łyby moc ze względu na opór wia­tru i wpływ gra­wi­ta­cji.

- Chciał, żebym ci to dał.

Flik podał jej nie­wielki wore­czek. Zabrzę­czał, kiedy go wzięła. W środku znaj­do­wały się kawałki cera­miki.

Piąty kubek.

- On tak bar­dzo się sta­rał, panienko War­kocz - szep­nął Flik. - Och, powin­naś widzieć mło­dego pani­cza. Robił wszystko, żeby znie­chę­cić te kobiety. Zapa­mię­tał osiem­dzie­siąt sie­dem rodza­jów sklejki i jej zasto­so­wa­nie. Opo­wia­dał każ­dej księż­niczce, którą poznał... ze szcze­gó­łami... o zwie­rzę­tach, które miał w dzie­ciń­stwie. Mówił nawet o reli­gii. Myśla­łem, że w pią­tym kró­le­stwie będą go mieli, bo księż­niczka była głu­cha, ale młody panicz zwy­mio­to­wał na nią pod­czas obiadu.

- Zwy­mio­to­wał?

- Pro­sto na jej kolana. - Flik zer­k­nął na boki, po czym gestem kazał jej podą­żyć za sobą, kiedy wziął kilka sztuk bagażu z nabrzeża. Zapro­wa­dził ją w bar­dziej ustronne miej­sce. - Ale jego ojciec się zorien­to­wał, panienko War­kocz. Domy­ślił się, co robi młody panicz. Diuk wpadł we wście­kłość. Praw­dziwą wście­kłość.

Wska­zał na potłu­czony kubek, który nio­sła w torebce.

- Tak, ale co stało się z Char­liem? - spy­tała War­kocz.

Flik odwró­cił wzrok.

- Pro­szę. Gdzie on jest?

- Wypły­nął na Pół­nocne Morze, panienko War­kocz. Pod księ­ży­cem Tha­na­smii. Cza­ro­dziejka go zabrała.

Te nazwy prze­szyły War­kocz dresz­czem. Pół­nocne Morze? Kra­ina Cza­ro­dziejki.

- Czemu miałby to zro­bić?

- Myślę sobie, że to dla­tego, że ojciec go zmu­sił. Cza­ro­dziejka jest nie­za­mężna. A król od dawna chciał spra­wić, by była mniej­szym zagro­że­niem. Więc...

- Król wysłał Char­liego, by spró­bo­wał poślu­bić Cza­ro­dziejkę?

Flik nie odpo­wie­dział.

- Nie. - Do War­kocz nagle dotarła straszna prawda. - Wysłał Char­liego na śmierć.

- Niczego takiego nie powie­dzia­łem. - Flik odda­lił się pośpiesz­nie. - Jeśli kto­kol­wiek spyta, niczego takiego nie powie­dzia­łem.

War­kocz usia­dła odrę­twiała na jed­nym ze słu­pów nabrzeża. Słu­chała poru­sza­ją­cych się zarod­ni­ków, dźwięk ten przy­po­mi­nał osy­pu­jący się pia­sek. Nawet na tak odle­głej wyspie ludzie sły­szeli o Cza­ro­dziejce. Regu­lar­nie wysy­łała okręty, by złu­pić gra­nice Zie­lo­nego Morza, a walka z nią była nie­wia­ry­god­nie trudna. Jej twier­dza kryła się gdzieś na odle­głym Pół­noc­nym Morzu, naj­bar­dziej nie­bez­piecz­nym z nich wszyst­kich. Żeby do niego dotrzeć, trzeba było prze­być Szkar­łatne Morze, nie­za­miesz­kane morze, które było jedy­nie odro­binę mniej zabój­cze.

Dowie­dze­nie się, że Char­lie został przez nią poj­many, było jak dowie­dze­nie się, że udał się na jeden z księ­ży­ców. War­kocz nie mogła uwie­rzyć na słowo jed­nemu czło­wie­kowi. Nie w takiej kwe­stii. Nie odwa­żyła się nie­po­koić innych pyta­niami, ale słu­chała, jak służba roz­ma­wia przy­ci­szo­nymi gło­sami z docie­kli­wymi robot­ni­kami por­to­wymi, któ­rzy chcieli jak naj­szyb­ciej roz­ła­do­wać sta­tek, by wziąć udział w zaba­wie. Wszy­scy mówili to samo. Tak, Char­lie został wysłany na Pół­nocne Morze. Diuk i król pod­jęli razem tę decy­zję, więc to musiał być dobry pomysł. W końcu ktoś musiał spró­bo­wać powstrzy­mać Cza­ro­dziejkę przed napa­ściami. A Char­lie był... no... oczy­wi­stym wybo­rem... z... róż­nych powo­dów.

Impli­ka­cje prze­ra­ziły War­kocz. Diuk i król zorien­to­wali się, że Char­lie nie chciał współ­pra­co­wać, a ich roz­wią­za­niem było pozby­cie się go. Dirk został uznany za dzie­dzica kilka godzin po tym, jak przy­szły wie­ści, że sta­tek Char­liego znik­nął.

W oczach szla­chet­nie uro­dzo­nych to było ele­ganc­kie roz­wią­za­nie. Diuk dostał spad­ko­biercę, z któ­rego w końcu mógł być dumny. Król zyskał korzystny sojusz poprzez mał­żeń­stwo Dirka z księż­niczką z innego kró­le­stwa. A wszy­scy mogli zrzu­cić kolejną śmierć na Cza­ro­dziejkę, pod­bu­rza­jąc ludzi do wywo­ła­nia kolej­nej wojny.

Po trzech dniach War­kocz w końcu odwa­żyła się narzu­cić Brun­swic­kowi - zarządcy diuka - z prośbą o dal­sze infor­ma­cje. Ponie­waż lubił jej pasz­te­ciki, przy­znał, że dostali od Cza­ro­dziejki żąda­nie okupu. Ale diuk w swej mądro­ści uznał, że to sztuczka mająca na celu ścią­gnię­cie kolej­nych stat­ków na Pół­nocne Morze. Król ofi­cjal­nie uznał Char­liego za zmar­łego.

Mijały dni. War­kocz była oszo­ło­miona, kiedy uświa­do­miła sobie, że nikogo to nie obcho­dziło. Nazwali to "poli­tyką" i żyli dalej. Choć nowy dzie­dzic miał poten­cjał inte­lek­tu­alny porów­ny­walny z kawał­kiem roz­mię­kłego chleba, był popu­larny, przy­stojny i bar­dzo dobrze sobie radził z dopro­wa­dza­niem innych do śmierci. Char­lie zaś był... cóż, Char­liem.

War­kocz przez wiele tygo­dni zbie­rała odwagę, po czym poszła popro­sić diuka, by zapła­cił okup. Taki odważny czyn był dla niej trudny. Nie była tchó­rzem, ale narzu­ca­nie się innym ludziom... cóż, ona po pro­stu taka nie była. Jed­nakże zachę­cana przez rodzi­ców prze­była daleką drogę i cicho wyra­ziła swoją prośbę.

Diuk w odpo­wie­dzi nazwał ją "ladacz­nicą o orze­cho­wych wło­sach" i zabro­nił jej mycia okien gdzie­kol­wiek w mia­steczku. Musiała zająć się robie­niem skar­pe­tek razem z rodzi­cami, co przy­no­siło znacz­nie mniej pie­nię­dzy.

W miarę upływu czasu War­kocz popa­dła w apa­tię. Czuła się mniej jak istota ludzka, a bar­dziej jak czło­wiek, który po pro­stu ist­niał.

Dla wszyst­kich innych życie na Skale powró­ciło do nor­mal­no­ści, tak po pro­stu. Nikogo nie obcho­dziło. Nikt nie zamie­rzał nic zro­bić.

Dwa mie­siące po powro­cie diuka War­kocz pod­jęła decy­zję. Był ktoś, kogo to obcho­dziło. Natu­ral­nie to ta osoba musiała coś zro­bić. War­kocz nie mogła się nikomu narzu­cać.

Zamie­rzała sama ura­to­wać Char­liego.