Warianty. Opowiadania - Michał Choromański

Kup ebooka

16.80 zł
12.08 zł (9,24 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

MAŁA GALERIA

Umówiłem się z nim w parku. Była tam niewielka kawiarnia i stoliki pod parasolami stały między pniami drzew. Siedziałem w cieniu kwitnącego kasztana i czekając na małego Ryszarda jadłem lody.

Mały Ryszard. Tak go nazywano w rodzinie i w kółku bliskich znajomych jeszcze przed wojną, żeby nie plątać z bratem jego matki, starym wujem Ryszardem. Pamiętałem go jako piętnastoletniego chłopaka, zawadiacko jeżdżącego na nartach w pewnej miejscowości podgórskiej, gdzie uczył się w gimnazjum. Wojna zmiotła część rodziny, część zaniosła na drugą półkulę i w kraju pozostawiła tylko starego Ryszarda, jego wuja. Ale wuj Ryszard wkrótce po wojnie zmarł, wśród plotek i okoliczności dotąd nie wyjaśnionych. Praktycznie rzecz biorąc, mały Ryszard nie miał w kraju nikogo, więc przyjazd jego tutaj był jakby skokiem w nieznane; tak to sam określił w jednym ze swoich listów do mnie przed przyjazdem. Trzeba przyznać, że uczynił to, to znaczy skoczył, z pewną narciarską elastycznością; o ile mi było wiadomo, nie popełnił ani jednej gafy, ani jednego towarzyskiego nietaktu: nie zranił nikogo uszczypliwościami w stosunku do teraźniejszej rzeczywistości, nie zraził nikogo łzawym sentymentem do wszystkiego, co swojskie. Zachował umiar i powściągliwość.

Miało to swoje dobre i złe strony. Złe dlatego, że większość jego nowych znajomych uznała go wkrótce za przeciętność. "Po prostu nie ma nic do powiedzenia" - mówiono o nim tam i ówdzie. Mały Ryszard tym się nie przejmował. Nie miał wygórowanych ambicji i nie chciał uchodzić za lepszego, niż był naprawdę.

Ale po upływie dwóch lub trzech miesięcy zauważyłem w nim pewną zmianę. Coś jak gdyby zaczęło się psuć i mały Ryszard zaczął okazywać zdenerwowanie. Zatelefonował do mnie w niedzielę z rana. Z kapeluszem i laską w ręku, bo byłem na odchodnym, zdjąłem słuchawkę. "Dzień dobry panu - usłyszałem jego głos - bardzo bym chciał się z panem zobaczyć. Czy ma pan trochę wolnego czasu?" Mówił szybciej niż zwykle i głos miał trochę zmieniony. "Właśnie wybieram się na spacer" - odpowiedziałem. "Doskonale. Czy mógłbym się do pana dołączyć? - spytał. - Chcę panu coś powiedzieć". Powiedziałem, dokąd się wybieram i gdzie będę na niego czekał.

Zjadłem lody, przejrzałem ilustrowane czasopismo i spojrzałem na zegarek. Dochodziło wpół do dwunastej. Mały Ryszard spóźnił się już pół godziny. Czekałem jeszcze kwadrans. Chciałem już wstać, gdy nagle posłyszałem za plecami jego zdyszany głos:

- Przepraszam bardzo, że się spóźniłem.

Odwróciłem się. Mały Ryszard nadszedł boczną ścieżką i teraz ukazał się moim oczom w całym blasku swej zagranicznej doskonałości. Na nogach miał nowiutkie, brązowe buty, błyszczące matowym, drogim blaskiem, oraz granatowe nylonowe skarpetki w paski; granatowe spodnie były starannie zaprasowane bodajże ręką krawca; na szarej, kraciastej marynarce nie było ani zmarszczki, ani plamki. Był w kremowej koszuli o sztywnym, połyskującym kołnierzyku, z granatowym krawatem w srebrne pasy. Pachniał delikatnie lawendą. Uśmiech jego przypominał reklamę Dentosanu.

- Co się stało? - spytałem.

- Tramwaj - odpowiedział i usiadł na ogrodowym krzesełku obok. Z przyjemnością spojrzałem na jego wypielęgnowane ręce wystające z nieskazitelnie czystych mankietów. Widać było, że mył je często, szorując szczotką.

- Nie trafił pan do tramwaju? - spytałem.

- Do kilku - odpowiedział. - Na stadionie jest jakiś mecz i nie można się dostać do żadnego wozu. Taki ścisk i tłok, że pomyślałem sobie o Dantem. Widziałem, jak jakiś pan, wskakując na stopień, łokciem uderzył kobietę po twarzy.

- Ach tak? - powiedziałem i nastawiłem ucha. Po raz pierwszy bowiem z ust jego padła krytyczna uwaga. Potem dodał coś jeszcze, co wydało mi się wręcz zaskakujące.

- Wszystko to razem jest bardzo egzotyczne - powiedział.

Przyjrzałem mu się, nie kryjąc zdziwienia. Miał małą główkę, o bujnej czuprynie orzechowego koloru, takie same jak marynarka szare oczy i gładko wygolone, upudrowane policzki; na kościach policzkowych widniały dwie różowe plamki wypieków. Wiedziałem, że ma lat trzydzieści pięć, ale nie dałbym mu nawet trzydziestu. Mimo że wciąż jeszcze był zdyszany - bo widocznie szybko przedtem szedł - nie zauważyłem w nim szczególnego podniecenia; mówił wcale rzeczowo i spokojnie, aczkolwiek z pewnymi akcentami, których dawniej niebyło; przy słowie "egzotyczne" błysły mu na sekundę oczy. Potem zacisnął wargi.

- Czy w ciągu tych paru ostatnich dni, kiedyśmy się nie widzieli, zaszło coś nowego? - spytałem.

- Nie. Otóż właśnie że nie - rzekł.

- A przecież miał mi pan coś do powiedzenia?

Mały Ryszard sięgnął do tylnej kieszeni spodni i wyjął notes. Była to oprawna w safian książeczka o złoconych brzegach. Otworzył ją na pierwszej stronie.

- Poznaje pan charakter pisma?

- Poznaję pismo pańskiej matki - odpowiedziałem.

- To moja matka zanotowała tych kilka adresów, kiedy zachorowała. Chciała koniecznie, żebym tych ludzi odszukał.

- Czy matka pańska wiedziała o pańskich zamiarach powrotu do kraju? - spytałem.

- Przeczuwała to przed śmiercią.

- I to są adresy jej przyjaciół?

- To są adresy przyjaciół wuja Ryszarda. Matka nie wierzyła w jego samobójstwo. Znała zbyt dobrze swego brata.

- Przecież to nie było samobójstwo - odpowiedziałem. - O ile pamiętam, sekcja zwłok nie wykazała obecności trucizny w organizmie.

- Dlaczego w takim razie na stole przed nim leżał list, w którym pisał, że rozstaje się z życiem bez żalu do kogokolwiek? - powiedział mały Ryszard. - Od razu po przyjeździe odwiedziłem tych jego przyjaciół. Ja wtedy nie jeździłem jeszcze tramwajami. Wziąłem taksówkę i pojechałem za rzekę, do dawnej dzielnicy willowej. Tam, w szarej, pocętkowanej odpryskami pocisków willi, położonej w ogródku, mieszkają Mirowscy. Olgierd i Maria Mirowscy. O, widzi pan?

Mały Ryszard znowu otworzył notes na pierwszej stronie i wskazał coś palcem. Kiwnąłem głową.

- Wysiadłem z taksówki. Zapłaciłem kierowcy i powiedziałem: "Dziękuję". Nic nie odpowiedział. Zirytowałem się. "Dziękuję!" - powtórzyłem. Popatrzył na mnie i trochę przy tym wybałuszył oczy. "Czego pan ode mnie chcesz?" - spytał. Westchnąłem i wzruszyłem ramionami. Był koniec marca i chlapanina. Z nieba padał ni to śnieg, ni to deszcz. Byłem więc w kaloszach i z parasolem. W ogródku na ścieżkach było błoto po kolana. Dobrnąłem jakoś do drzwi i nacisnąłem guzik dzwonka. Mogłem tak dzwonić do następnego rana, bo, jak się okazało, dzwonek nie działał. Wreszcie zniecierpliwiłem się i zapukałem rączką parasola w drzwi. Otworzyła mi jakaś kobieta w przedziwnej kapocie, sięgającej do stóp. Włosy miała w nieładzie, mimo że już było południe. Nie wiem, czy mój wygląd zrobił na niej takie wrażenie, ale popatrzyła na mnie jak na Marsjanina. Uchyliłem kapelusza i spytałem uprzejmie, czy zastałem państwa Mirowskich. "Co to mnie obchodzi? - odpowiedziała. - Jak do Mirowskich, to trzeba było pukać do okna". Otworzyła jednak połówkę drzwi na oścież, tak że mogłem wejść. Znalazłem się w przedpokoju, w którym nie było ani jednego mebelka. Na ścianach wisiało parę sztychów w drewnianych ramach bez szkła, a obok na prawo - wieszak. Wskazała właśnie te drzwi. "To tam" - powiedziała. Pamiętam, że krępowały mnie zabłocone kalosze. Zdjąłem je nie ruszając się z miejsca i odstawiłem trochę na bok. Gdy się wyprostowałem, patrzę - w drzwiach na prawo stoi jakaś pani niewysokiego wzrostu, w przezroczystej bluzeczce i z głową przypominającą szare karakuły, tyle miała siwych loczków. Była to pani Mirowska. Pan jej nie zna?

- Nie - odpowiedziałem. - Nie znam tych państwa.

- Okropne miała ręce i paznokcie - ciągnął mały Ryszard. - I okropne usta. Brakowało jej kilku zębów. Ukłoniłem się i powiedziałem, kim jestem. "Proszę wejść" - powiedziała. Powiesiłem kapelusz i parasol na wieszaku i chciałem zdjąć płaszcz, gdy zawołała: "Chryste Panie!" Cofnąłem się mimo woli. "Czy zamierza pan to wszystko zostawić w przedpokoju?" Ku memu zażenowaniu podbiegła ku kaloszom i chwyciła je ręką. Podbiegłem również. "Pani pozwoli" - powiedziałem. "Ależ; to głupstwo - odpowiedziała nie oddając kaloszy - pan zaniesie do pokoju resztę". Weszliśmy do pokoju i wtedy przedstawiła mnie panu Mirowskiemu. Cóż to był za pokój. Stała w nim wielka, żółta szafa i dwa żelazne łóżka, przykryte watowanymi kołdrami. Pod oknem stał okrągły stół, dwa kuchenne krzesełka i obdarty klubowy fotel z wystającymi sprężynami. Żadnej doniczki z kwiatami, żadnego obrazka na gołych ścianach. Stół był przykryty gazetami. Jakieś szmatki leżały na jednym z krzeseł. To wszystko. "Oto siostrzeniec Ryszarda" - przedstawiła mnie pani Mirowska swemu mężowi. Staruszek był w czarnym, poplamionym ubraniu i w zatłuszczonym krawacie, niegdyś wiśniowego koloru. Był niziutkiego wzrostu, szczupły i kruchy. Zdawało się, iż ledwie się trzymał na nogach. Miał też okropne usta. Nie chciał wypuścić z rąk mej ręki, aż wreszcie to mnie zaczęło krępować. "Chciałem się dowiedzieć szczegółów śmierci wuja" - powiedziałem. Mirowscy spojrzeli po sobie. "Umarł. Po prostu umarł na zawał serca" - powiedział staruszek. "Oleś - powiedziała pani Mirowska, jak mi się zdawało ostrzegawczo - poproś pana, żeby usiadł. Ja zaraz wrócę". Wyszła za drzwi, ale kroków jej w przedpokoju nie słyszałem. Usiadłem na krzesełku. Staruszek stał obok i patrzył mi na nogi. "Przepraszam - powiedział w pewnej chwili - czy to są buty zagraniczne?"

KONIEC BEZPŁATNEGO FRAGMENTU

ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI