Wariant - Robison Wells

Reflow text when sidebars are open.
Ale to chyba nie jedna z takich szkół, co to od razu mają człowieka zastraszyć? - spytałem panią Vaughn, kiedy mijaliśmy ciężką kutą bramę. Mur miał ze cztery metry, a na górze ciągnął się poskręcany drut kolczasty, jak w budynku zajętym przez komornika albo w więzieniu. Kamera umieszczona na wysokim słupie była jedynym znakiem, że są tu ludzie - ktoś gdzieś nas obserwował.
Pani Vaughn zaśmiała się lekko.
- Jestem pewna, że będzie pan tu bardzo szczęśliwy, panie Fisher.
Oparłem głowę o szybę samochodu i wyjrzałem na zewnątrz. W życiu nie widziałem takiego lasu. W Pensylwanii lasy były zielone. Z każdego skrawka ziemi wyrastała gęstwina drzew, krzaków i pnączy. Ale tu lasy były wyschnięte i zbrązowiałe, i miało się wrażenie, że wystarczy jedna iskra, żeby puścić wszystko z dymem.
- Są tu kaktusy? - spytałem, nie odrywając wzroku od drzew. Mimo że las nie bardzo mi się podobał, musiałem przyznać, że wszystko i tak wyglądało lepiej, niż się spodziewałem. Kiedy przeczytałem w Internecie, że Maxfield jest w Nowym Meksyku, wyobraziłem sobie gołe wydmy, duszny upał i jadowite węże.
- Chyba nie - odparła pani Vaughn, nie spoglądając nawet na zewnątrz. - Wydaje mi się, że kaktusy rosną bardziej na południe.
Nic na to nie odpowiedziałem, a pani Vaughn ciągnęła po chwili dalej:
- Nie widać po panu zbyt wielkiego entuzjazmu. Ale zapewniam pana, że to dla pana wielka szansa. Maxfield to szczytowe osiągnięcie systemu edukacyjnego...
Mówiła dalej, ale już jej nie słuchałem. Gadała tak od trzech godzin, od kiedy spotkaliśmy się na lotnisku w Albuquerque. Ciągle używała słów takich jak "pedagogika" czy "epistemologia", a mnie mało to wszystko obchodziło. Ale nie musiała mi mówić, że to dla mnie naprawdę wielka szansa - i bez tego to wiedziałem. W końcu to była prywatna szkoła. Musieli w niej uczyć dobrzy nauczyciele. Może nawet mieli podręczniki dla każdego ucznia i piec, który nie był w zimie zepsuty.
Sam wysłałem do nich podanie. Szkolni psycholodzy już wcześniej próbowali mnie namówić na udział w tego typu programie, ale nigdy nie chciałem się zgodzić. W każdej szkole, do jakiej chodziłem - a było ich kilka - starałem się wmówić sobie, że tym razem będzie dobrze. Że tym razem zostanę dłużej, może nawet zapiszę się do drużyny piłkarskiej, zostanę przewodniczącym czy nawet znajdę sobie dziewczynę. Ale po kilku miesiącach przenosiłem się gdzie indziej i musiałem zaczynać od nowa.
W rodzinach zastępczych chyba zawsze tak jest. Od kiedy jako pięciolatek trafiłem do programu, zaliczyłem trzydzieści trzy rodziny zastępcze w całym mieście. Najdłużej byłem u pewnych ludzi z Elliott, u których zostałem cztery i pół miesiąca. Najkrócej siedem godzin: tego samego dnia, w którym przyjechałem, ojciec rodziny został zwolniony z pracy; zadzwonił do opieki społecznej i powiedział, że nie ma środków na moje utrzymanie.
Ostatnia rodzina, do której trafiłem, to Cole'owie. Pan Cole miał stację benzynową i zaraz pierwszego dnia kazał mi stanąć za ladą. Na początku pracowałem tylko późnymi popołudniami, ale wkrótce musiałem już siedzieć tam we wszystkie soboty i niedziele, a czasem nawet przed szkołą. Omijały mnie wszystkie rozgrywki piłkarskie; omijały mnie szkolne potańcówki. Nie miałem nigdy okazji iść na żadną imprezę - nie żeby ktoś mnie zapraszał. Kiedy powiedziałem panu Cole'owi, że powinien mi płacić za pracę, odpowiedział, że należę do rodziny, więc nie powinienem się spodziewać zapłaty za to, że pomagam. "My wcale nie oczekujemy nic w zamian za to, że ci pomagamy" - stwierdził.
Zacząłem więc ubiegać się o stypendium. Wszystkim zajmowała się jakaś organizacja charytatywna pomagająca dzieciakom z domów zastępczych. Odpowiedziałem na kilka pytań na temat szkoły - trochę podkoloryzowałem swoje oceny - i wypełniłem formularz dotyczący mojej sytuacji rodzinnej. Zadzwonili do mnie następnego dnia po południu.
Wieczorem nie poszedłem nawet na stację benzynową, choć miałem akurat zmianę. Włóczyłem się do późna po ulicach, na których dorastałem, stałem przy moście Birmingham i gapiłem się na miasto z nadzieją, że już nigdy więcej go nie zobaczę. Nie zawsze nienawidziłem Pittsburgha, ale nigdy też specjalnie go nie kochałem.
Pani Vaughn zwolniła, a chwilę później pojawił się potężny ceglany mur. Był co najmniej tak samo wysoki jak płot, ale podczas gdy siatka wyglądała na stosunkowo nową, mur był stary i podniszczony. Rozciągał się po obu stronach drogi - nakładał na zarysy wzgórz i niemal idealnie stapiał z piaszczystym kolorem ziemi, przez co wyglądał jak naturalny element krajobrazu.
Jednak brama w murze nie miała w sobie nic z naturalności. Na oko zrobiona z grubej, solidnej stali otworzyła się, przesuwając jakieś dwa centymetry nad ziemią. Czułem się tak, jakbym wchodził do skarbca w banku.
Za bramą ciągnął się dalej wysuszony las.
- Jak duży jest teren szkoły?
- Dość duży - odparła pani Vaughn, uśmiechając się z dumą. - Nie wiem dokładnie, ale jest dość rozległy. I na pewno ucieszy cię fakt, że w związku z tym w szkole jest mnóstwo przestrzeni, żeby spędzać czas na świeżym powietrzu.
Po kilku minutach drzewa zaczęły się zmieniać. Zamiast sosen wzdłuż drogi pojawiły się topole, a między ich grubymi pniami zaczęła prześwitywać Akademia Maxfield.
Był to trzypiętrowy, na oko stuletni budynek, otoczony starannie skoszonym trawnikiem, przystrzyżonymi drzewami i klombami z kwiatami. Wyglądał jak szkoła z seriali telewizyjnych, do której chodzą bogate dzieciaki i każdy ma bmw albo mercedesa. Brakowało tylko bluszczu na kamiennych murach, ale pewnie słabo by rósł na pustyni.
Nie byłem bogaty, więc będę się wyróżniać na tle innych. Ale w samolocie wymyśliłem sobie niezłą historyjkę. Miałem zamiar się tu odnaleźć, a nie zostać biedną sierotą z rodziny zastępczej, z której wszyscy się wyśmiewają.
Pani Vaughn skręciła w stronę budynku i zatrzymała się pod masywnymi kamiennymi schodami, które prowadziły do drzwi wejściowych.
Odblokowała drzwi, ale nie odpięła pasa.
- A pani nie idzie? - spytałem. Nie żebym miał ochotę na dalszą rozmowę, ale myślałem, że mnie chociaż komuś przedstawi.
- Przykro mi, ale nie - powiedziała z ciepłym uśmiechem. - Mam dziś jeszcze mnóstwo spraw do załatwienia. Jeśli pójdę z tobą, wdamy się w jakieś rozmowy i nigdy się stąd nie wydostanę. - Podała mi kopertę z siedzenia. Małymi literami było na niej napisane moje nazwisko: Benson Fisher. - Oddaj to osobie, która będzie cię oprowadzać. Zwykle robi to Becky.
Wziąłem kopertę i wysiadłem z samochodu. Od długiej jazdy bolały mnie nogi, więc przeciągnąłem się trochę. Było zimno i cieszyłem się, że mam na sobie bluzę Steelersów, mimo że wiedziałem, że to niezbyt odpowiedni strój jak na taką szkołę.
- Twoja torba - przypomniała pani Vaughn.
Odwróciłem się i zobaczyłem, że wyciąga ją zza siedzenia.
- Powodzenia - powiedziała. - Myślę, że będziesz sobie świetnie radzić w Maxfield.
Jeszcze raz jej podziękowałem i zamknąłem drzwi. Odjechała natychmiast, a ja odprowadziłem ją wzrokiem. Jak zwykle miałem iść do nowej szkoły zupełnie sam.
Rozejrzałem się po nowym otoczeniu i wziąłem głęboki wdech. Powietrze pachniało tu inaczej - nie wiem, czy to przez pustynię, czy przez wyschnięte drzewa, czy może przez to, że znalazłem się daleko od smrodu wielkiego miasta, ale zapach mi się podobał. Budynek, przed którym stałem, wyglądał majestatycznie i obiecująco. Za jego murami czekało mnie nowe życie. Chciało mi się śmiać, gdy zobaczyłem rzeźbione w drewnie drzwi frontowe, bo przypomniała mi się szkoła publiczna, z której odszedłem. Co tydzień trzeba było zamalowywać graffiti na drzwiach, a małe szybki zostały na stałe zastąpione sklejką, bo tyle razy już je tłuczono. Tutaj drzwi wejściowe były duże, lśniące i...
Dopiero teraz zobaczyłem, że w oknach na ostatnim piętrze było widać twarze. Niektóre osoby tylko patrzyły, ale kilka gestykulowało i pokazywało na coś, a część nawet krzyczała bezgłośnie zza szyby. Obejrzałem się za siebie, ale nie wiedziałem, o co im właściwie chodzi.
Spojrzałem znów na nie i wzruszyłem ramionami. W oknie na drugim piętrze, tuż nad drzwiami, stała brunetka z zeszytem. Napisała w nim na całą szerokość kartki duże "W" i słowo "DOBRZE". Kiedy zobaczyła, że ją zauważyłem, uśmiechnęła się, przytknęła palec do "W" i uniosła w górę kciuk.
Zaraz potem rozległo się głośne bzyczenie i szczęk zamka, po czym drzwi się otworzyły. Stała w nich jakaś dziewczyna, ale nagle ktoś ją brutalnie odepchnął, a ze środka wybiegła dwójka uczniów - chłopak i dziewczyna. Oboje mieli na sobie szkolne mundurki, które widziałem na stronie internetowej: czerwony sweter, białą koszulę i czarne spodnie lub spódnicę. Dziewczyna, mniej więcej w moim wieku lub odrobinę starsza, zbiegła po schodach i popędziła za samochodem pani Vaughn. Chłopak, wysoki i zbudowany jak futbolista, złapał mnie za rękę.
- Nie słuchaj Izajasza ani Oaklanda - powiedział z naciskiem. - Stąd nie można wyjść. - Zanim zdążyłem coś powiedzieć, puścił się biegiem za dziewczyną.