Wariacka intryga - Raymond Khoury, Steve Berry

Reflow text when sidebars are open.
- Na pewno zastanawiacie się, dlaczego was tu sprowadziłem.
- Przyszło nam do głowy to pytanie - odparł Khoury.
Ich porywacz puścił jego uwagę mimo uszu.
- Ma to związek z waszą pracą. Widzicie, chcemy, żebyście uruchomili swoją kreatywność. Wymyślili nową fabułę. Coś... z rozmachem.
Khoury i Berry popatrzyli na siebie, nie kryjąc zdziwienia.
- A pan jest wydawcą? Z konkurencji?
- Nie mam na myśli książki.
- Czyli chodzi o serial? - Khoury'emu zaświeciły się oczy. - Albo o film?
- Tak czy owak powinien pan udać się z tym do naszych agentów - wtrącił się Berry. - W ten sposób się to zazwyczaj załatwia.
- Właśnie, to znaczy, widzi pan, jest nam bardzo miło i doceniamy, że zadał sobie pan tyle trudu, żeby zrobić na nas wrażenie, ale szczerze mówiąc...
Mężczyzna beztrosko zakręcił pistoletem, po czym wycelował go prosto w Khoury'ego. Pisarzowi momentalnie zszedł z twarzy uśmiech.
- Może niech pan nam powie coś więcej.
- Nie chodzi o film ani serial. Potrzebny nam scenariusz, który będziemy mogli odegrać sami. W prawdziwym życiu. - Zawiesił głos, chyba po to, żeby popatrzeć, jak dezorientacja malująca się na twarzach jego więźniów zmienia się w strach.
- Jak to odegrać? - zapytał Berry. - Chodzi panu...
- Chodzi mi o to, że macie stworzyć wspaniałą intrygę, coś naprawdę złego, dzięki czemu będziemy mogli siać śmierć i zniszczenie. - W jego głosie zabrzmiała mroczna nuta mesjanistycznego fanatyzmu. - To musi być coś spektakularnego, coś, czego jeszcze nikt wcześniej nie zrobił. Coś, co rzuci Amerykę na kolana i wstrząśnie całym światem. Coś, co zostanie zapamiętane po wsze czasy.
Berry i Khoury zaniemówili.
Mężczyźnie podobało się to, jak zadziałały na nich jego słowa.
W końcu ciszę przerwał Berry.
- Pan chce, żebyśmy coś dla was zaplanowali?
- Dokładnie.
Berry zamyślił się na moment, po czym dodał spokojnym tonem:
- Dlaczego my?
- Ponieważ nas zawsze łapią. Za każdym razem, gdy próbujemy coś zorganizować. Każdy plan, który opracowali moi bracia, spełzł na niczym. Od czasu jedenastego września, ilekroć jedna z naszych grup podejmowała próbę ataku na Amerykę, kończyło się to katastrofą. - Jego oczy się zwęziły. - Chcemy, żebyście wymyślili coś na sto procent pewnego. Coś, co będzie zaskakujące, ale nie ma prawa się nie udać. A to dlatego, że wy będzie umieli przewidzieć wszystkie możliwe komplikacje i weźmiecie na nie poprawkę. Sprawicie, że w tym scenariuszu chociaż raz zwyciężą ci źli.
- To rzeczywiście nieoczekiwany zwrot akcji, ale... Dlaczego my? - powtórzył pytanie Khoury.
- Jesteście pisarzami - odparł mężczyzna. - Zajmujecie się tym na co dzień.
- No tak, ale, no wie pan, dlaczego akurat ja i Steve? Te rzeczy, o których pan mówi, terroryzm, antyterroryzm i tak dalej, to właściwie nie nasza działka. Trzeba panu kogoś innego, jak chociażby, nie wiem, Brad Thor. Albo Kyle Mills. Oni lepiej by się do tego nadawali.
- Albo Terry Hayes - dorzucił Berry. - Czytał pan Pielgrzyma? Terry byłby idealny.
- A może bardziej ktoś taki jak Howard Gordon. Współtworzył 24 godziny i Homeland. To wygląda na zadanie wręcz stworzone dla niego.
- Nie - warknął gniewnie mężczyzna. - Żadnych brudnych bomb, atomowych walizek czy wirusów. Chcę dostać coś oryginalnego. Coś... wyjątkowego. - Jego twarz się napięła. - Coś, czym przyćmię samego bin Ladena.
Khoury zastanowił się przez chwilę.
- Może powinien się pan zgłosić do Dana Browna?
- Albo do Lee Childa - zasugerował Berry. - To kawał świra, i właśnie jest w mieście. Mógłbym niejedno o nim opowiedzieć.
Twarz mężczyzny wykrzywiła się w wąskim, sadystycznym uśmiechu.
- Przykro mi, przyjaciele - powiedział, kręcąc wolno głową. - To musicie być wy.
- Przecież to niedorzeczne - zaprotestował Berry. - Chyba się pan na serio nie spodziewa, że wymyślimy panu sposób na zabijanie ludzi.
- Ależ możecie mi wierzyć, właśnie tego się spodziewam - odparł mężczyzna. - W tej chwili jesteście tu tylko wy dwaj. Ale nie jest dla nas żadnym problemem porwać też wasze rodziny. Na wypadek gdybyście potrzebowali większej... inspiracji.
Berry spojrzał na Khoury'ego i znalazł na jego twarzy odzwierciedlenie własnego przerażenia.
- To jakiś obłęd - odezwał się Khoury. - Kto wpadł na ten genialny pomysł? Pan?
Mężczyzna uśmiechnął się.
- Właściwie uprzedził mnie w tym wasz rząd.
Obaj pisarze otworzyli usta ze zdziwienia.
- Co?
- Szukając inspiracji, czytałem o bin Ladenie i odkryłem, że po jedenastym września wasz rząd zebrał grupę czołowych producentów i scenarzystów z Hollywood, żeby przeprowadzili burzę mózgów i wspólnie zastanowili się, w jaki jeszcze sposób ktoś mógłby zaatakować Amerykę. Stwierdziłem, że powinienem zrobić tak samo.
- Co innego pojechać na weekend do Malibu i zastanawiać się, jak uratować życie niewinnym ludziom, a co innego siedzieć tutaj - zauważył Khoury.
Mężczyzna wzruszył ramionami.
- Wybaczcie. Więcej nie mogę wam zaoferować. - Głośno klasnął w dłonie. - No dobrze. Dosyć już zmarnowaliśmy czasu. Macie zadanie do wykonania.
Pstryknął palcami, na co oprych w skórzanej kurtce wyciągnął z wewnętrznej kieszeni dwa małe, czarne notatniki i dwa pióra. Rzucił to wszystko na materac leżący bliżej Berry'ego.
- Dajcie znać, kiedy będziecie coś mieli - dodał szef i ruszył w stronę drzwi.
- Chwila moment - zawołał Berry.
Mężczyzna odwrócił się do niego.
- Naprawdę oczekuje pan, że opracujemy dla pana jakiś genialny plan? Tak po prostu?
- Zależy od tego życie wasze oraz waszych bliskich.
- I mamy uwierzyć, że nas pan wypuści, jeżeli to zrobimy? - zapytał Khoury.
- Po wykonaniu zadania nie będziecie mi już potrzebni - odparł mężczyzna. - A fakt, że puściłem was wolno, tylko podsyci moją legendę. Poza tym wcale na tym nie stracicie. Zastanówcie się. Po tej przygodzie staniecie się gwiazdami rozpoznawalnymi na całym świecie. Wszystko, co napiszecie, będzie się rozchodziło w milionach egzemplarzy.
- Chyba raczej będziemy najbardziej znienawidzonymi ludźmi na tej planecie - zaoponował Khoury.
Na ich porywaczu nie zrobiło to wrażenia.
- Zawsze czytałem, że każdy rozgłos jest dobry. Chyba się z tym zgodzicie?
Khoury westchnął i spojrzał na Berry'ego. Obaj pisarze wyglądali na równie przybitych i zniesmaczonych. W tym momencie jednak Berry ledwo zauważalnie skinął głową na przyjaciela, na nowo rozpalając w nim iskrę determinacji.
- Bierzcie się do pracy - rozkazał mężczyzna i ponownie odwrócił się do wyjścia.
- Zaraz - zatrzymał go Khoury. - Potrzebujemy więcej materiału. Jakiegoś punktu zaczepienia.
- Co to znaczy?
- Każda porządna intryga zaczyna się od antagonisty.
Mężczyzna wydawał się zbity z tropu.
- Potrzebny jest złoczyńca - wyjaśnił Khoury. - W tego typu historiach zawsze najważniejszy jest czarny charakter.
- Rozumiem - odparł porywacz. - To ja nim jestem.
- I dlatego musimy się o panu więcej dowiedzieć.
Mężczyzna roześmiał się i pogroził mu palcem.
- Sprytnie. Próbujecie wyciągnąć ze mnie jakieś informacje?
- Nie, mówię poważnie - przekonywał Khoury. - Najważniejsze jest, żeby działania postaci były dobrze umotywowane. Tak więc musimy wiedzieć, dlaczego pan to robi.
- Skąd się bierze ta żądza krwi? - dodał Berry. - Dlaczego jest pan wściekły na Amerykę? Czy chodzi o jakieś wydarzenie z pańskiej przeszłości? Może wini nas pan za coś, co spotkało pana albo kogoś z pańskiej rodziny? Jakąś ważną dla pana osobę?
Mężczyzna zamyślił się na chwilę, po czym wzruszył ramionami.
- Nie.
Pisarze nie spodziewali się takiej odpowiedzi.
- No dobrze - podjął Khoury - powiedział pan, że chce być większy od bin Ladena. Skąd się wzięło to postanowienie? Ktoś się nad panem znęcał w szkole? A może w domu? Czy przeżył pan coś, co sprawiło, że zmienił się pan, proszę wybaczyć określenie, w krwiożerczego psychopatę?
Porywacz zastanowił się nad jego pytaniem.
- Nie - odparł, kręcąc głową.
Pisarze wymienili pytające spojrzenia.
- W takim razie dlaczego pan to robi? - odezwał się Berry.
- To lepsza zabawa niż bycie kierowcą Ubera. - Mężczyzna wyszczerzył zęby w uśmiechu i popatrzył na nich w sposób ucinający dalszą dyskusję. Ruszył w kierunku drzwi.
- Niech pan zaczeka - zatrzymał go Berry.
Porywacz głośno wypuścił powietrze i z opuszczonymi ramionami niechętnie się do nich odwrócił.
- Co znowu?
- Potrzebne nam jakieś imię - powiedział Berry. - Musimy pana jakoś nazwać.
- Najlepiej, żeby to było coś wyrazistego, zapadającego w pamięć - dodał Khoury.
Mężczyzna pokiwał głową i uroczystym tonem oznajmił:
- Moi przyjaciele nazywają mnie El Assad. To znaczy Lew.
Khoury zerknął na Berry'ego i pokręcił głową.
- Co? - zapytał porywacz.
- Nie nadaje się - stwierdził Berry. - Nelson DeMille już to wykorzystał. I to dwa razy.
- Poza tym brzmi jak nazwisko prezydenta Syrii. A on naprawdę źle się ludziom kojarzy.
- Fakt.
Mężczyzna zmarszczył brwi.
- A może Doktor Zło? - zaproponował nieśmiało Khoury.
- Nie jestem żadnym doktorem.
Khoury posłał Berry'emu ukradkowy uśmiech.
- Warto było spróbować.
- Niech będzie Abul Mowt - postanowił porywacz, a jego twarz przybrała mroczny wyraz.
Khoury zbladł. Nie uszło to uwadze jego przyjaciela.
- Co jest? - spytał Berry.
- To znaczy "ojciec śmierci" - wyjaśnił Khoury.
Berry popatrzył na ich gospodarza.
- Nieźle - stwierdził. - Z tym da się już coś zrobić.
- Więc zabierajcie się do roboty - powiedział ponuro mężczyzna.
- A w kwestii jedzenia...? - przypomniał Khoury.
- Dostaniecie to cholerne jedzenie - głos porywacza zdradzał coraz większą irytację. - Coś jeszcze?
- Dobrze byłoby mieć dostęp do Internetu - zauważył Berry. - Wie pan, żeby móc to i owo sprawdzić.
Mężczyzna wbił w niego wzrok. Wydawał się lekko rozbawiony.
- Dobre sobie. Napiszcie mi coś, i to szybko. Nie wyjdziecie stąd, dopóki nie wykonacie zadania.
Następnie opuścił pomieszczenie, pstrykając palcami na podwładnych, którzy podążyli za nim i zamknęli drzwi. Dwaj pisarze zostali sami w swojej celi.
Londyn
- I na zakończenie, panowie... Pytanie, które od lat zadaje sobie wielu waszych fanów. Czy kiedykolwiek zobaczymy Seana Reilly'ego i Cottona Malone'a na kartach tej samej książki?
Był późny wrzesień, niedziela. Dwaj pisarze siedzieli obok siebie na małym podwyższeniu w spokojniejszym rogu hali wystawowej Olympia Conference Centre, gdzie odbywała się właśnie pierwsza edycja London ThrillerFest. Naprzeciwko, w pewnej odległości siedział moderator ich spotkania z czytelnikami, weteran brytyjskiego dziennikarstwa, który również pisał powieści sensacyjne, choć pod pseudonimem. Rozmowa stanowiła miłe zwieńczenie przyjemnego dnia. Prowadzący, sam będąc człowiekiem z branży, zadawał ciekawe i nieoczywiste pytania. Na widowni siedzieli przedstawiciele prasy oraz kilkudziesięciu fanów, z których wielu trzymało w rękach egzemplarze książek obu autorów. Wszyscy przysłuchiwali się z dużym zainteresowaniem.
Frekwencja była ze wszech miar zadowalająca, zważywszy na to, że przez cały tydzień miasto tonęło w strugach deszczu. Londyńskie lato bywa schizofreniczne, pogoda zmienia się diametralnie z dnia na dzień, a czasem w ciągu jednej doby czy wręcz godziny potrafi zahaczyć o wszystkie cztery pory roku. We wrześniu aura jest zazwyczaj łagodniejsza, bardziej stabilna. Zazwyczaj, ale nie w tym roku. W tym roku wrzesień wyraźnie zapomniał wziąć swoje leki.
- Sprawa wygląda tak - odezwał się Steve Berry. - Raymond i ja jesteśmy jak najbardziej za tym pomysłem. Ale Reilly i Malone nie mogą się dogadać co do kształtu takiej wspólnej historii.
- Czasami są strasznie nieużyci - dorzucił Khoury, wywołując śmiech wśród zebranej widowni.
- Na czym dokładnie polega ich problem? - zapytał prowadzący, wczuwając się w konwencję.
- Wiesz, jacy oni są - podjął Berry. - Obaj mają gigantyczne ego. Każdy chce być tym geniuszem, który rozgryzie "wielką tajemnicę". - Tu pisarz wykonał palcami gest naśladujący cudzysłów. - Tym, który "pokona złoczyńcę i uratuje świat".
- Ilekroć poruszamy ten temat - dodał Khoury - słyszymy: "Dlaczego to on dostaje wszystkie najlepsze momenty" albo "To powinna być moja akcja, a nie jego". Bardzo to małostkowe, prawda?
- No i pozostaje jeszcze cała kwestia okładki.
- O tak, czyja twarz będzie po lewej, w jakiej kolejności zostaną wymienione nazwiska w nocie. To doprawdy żenujące.
- A przecież w waszych powieściach obaj wydają się tacy dojrzali, tacy szlachetni.
- To już zasługa naszych pisarskich czarów - odparł Berry z kamienną twarzą.
Po sali znów przebiegł śmiech.
- Cóż, z pewnością trzeba mieć do tego wrodzony talent - dodał Khoury. - Poza tym od wielu już lat szlifujemy swój warsztat.
- Prawdę mówiąc, panowie, jestem zaskoczony - przyznał prowadzący. - Spodziewałem się, że umiecie ich zmusić do współpracy.
- Mogłoby się tak wydawać, prawda? Nie wiem, skąd się to u nich bierze. A ty wiesz? - Khoury odwrócił się do Berry'ego.
- Nie mam pojęcia - odparł tamten, uśmiechając się pod nosem. - Może w następnej książce powinienem umieścić jakieś sceny z psychoterapeutą.
- Rozumiem więc, że w najbliższej przyszłości nie zobaczymy ich, jak pracują razem? - podsumował prowadzący.
Dwaj autorzy popatrzyli na siebie w milczeniu, po czym obaj spojrzeli z uśmiechem na swojego gospodarza.
- Ich musisz o to zapytać - powiedział Berry.
Wszyscy ponownie się roześmiali, i na tym prowadzący postanowił zakończyć spotkanie, dziękując zarówno swoim gościom, jak i całej widowni.
Dwaj pisarze gawędzili jeszcze przez chwilę z grupką fanów, którzy podeszli, żeby poprosić o podpisanie książek i zadać kilka dodatkowych pytań, po czym ruszyli wspólnie przez ogromną, zatłoczoną halę.
- Powiedz mi jedną rzecz - odezwał się Berry, gdy zmierzali wolno w stronę wyjścia. - Teraz, dziesięć lat później, nie chciałbyś zmienić czegoś w swojej książce?
Minęło dziesięć lat, odkąd obaj wydali swoje powieści o zakonie templariuszy, które ukazały się w odstępie kilku tygodni. Książka Berry'ego nosiła tytuł Dziedzictwo templariuszy, a Khoury'ego Ostatni templariusz. Obie okazały się bestsellerami. Fakt, że udało im się tak idealnie zsynchronizować, to czysty przypadek, ponieważ każdy z autorów pisał własną książkę, nie wiedząc, nad czym pracuje drugi. Efekty końcowe, choć podejmowały podobne tematy, bardzo się od siebie różniły, dzięki czemu zamiast ze sobą konkurować, obie powieści napędzały wzajemnie swój sukces. Stały się także początkiem pięknej przyjaźni pomiędzy dwoma pisarzami.
- Dziesięć lat - powtórzył w zamyśleniu Khoury. - Cholera. Kiedy to zleciało?
- Kiedy siedzieliśmy przy klawiaturach.
- Tak - westchnął. - Spisując swoje fantazje, zamiast wcielać je w życie. Myślisz czasem o tym?
- O czym? Że mógłbym pracować dla Departamentu Sprawiedliwości? Wyobrażasz to sobie? - spytał rozbawionym tonem Berry.
- Może gdyby mieli osobny wydział do spraw restauracji, w których ceny wina są mocno zawyżone.
- Czymś takim rzeczywiście mógłbym się zajmować. Ale tak poważnie... Kiedy patrzysz na to z perspektywy tych dziesięciu lat, nie zmieniłbyś niczego w swojej książce?
Khoury parsknął śmiechem.
- Mnóstwo bym zmienił.
- Serio?
Khoury zastanowił się chwilę nad pytaniem przyjaciela.
- No cóż... może zakończenie. Kiedy Tess wyrzuca tę kartkę z pamiętnika do morza. Ciągle nie jestem do tego przekonany.
- Zgadzam się. To było do bani - powiedział niby poważnym tonem Berry.
Khoury spojrzał na niego, udając zdumienie, po czym obaj się roześmiali.
- Za karę stawiasz obiad. A ja wybieram restaurację - zdecydował Khoury.
- Umowa stoi.
Przecięli przestronne foyer i wyszli z budynku. Na zewnątrz padało, więc otworzyli swoje parasole z logo festiwalu.
- Ciężko będzie złapać taksówkę w tym deszczu - stwierdził Khoury, wyciągając z kieszeni telefon. - Zobaczę, czy w pobliżu jest ktoś z Ubera.
- Czekaj - powiedział Berry i wskazał na coś przed nimi. - To po nas.
Khoury podniósł wzrok. Przy chodniku czekał czarny ford galaxy, ten sam model, którym jeżdżą londyńscy taksówkarze. Obok niego stał wysoki mężczyzna z kilkudniowym zarostem, ubrany w luźny garnitur i koszulę bez krawata. W jednym ręku trzymał rozłożony parasol, a w drugim białą kartkę z napisem "Berry/Khoury".
Kierowca powitał ich przyjaznym skinieniem głowy. Wyglądał, jakby ich rozpoznał.
Khoury spojrzał pytająco na przyjaciela.
- Zamówiłeś transport?
- Nie. - Berry pokręcił głową. - Ale ktokolwiek to zrobił, możemy mu podziękować później. Wsiadajmy.
- Pan Berry? Pan Khoury? - odezwał się uprzejmie kierowca, gdy podeszli do samochodu. Nie czekając na odpowiedź, otworzył tylne drzwi. - Zapraszam.
Berry zerknął na kolegę i wzruszył ramionami. Szybko złożył parasol i wsiadł.
Khoury poszedł w jego ślady.
W tej samej chwili, gdy kierowca zatrzasnął za nimi drzwi, otworzyły się te po drugiej stronie i do samochodu wskoczył jakiś człowiek, przepychając Berry'ego na środek tylnego siedzenia.
- Hej, kolego, zajęte...
Berry urwał, dostrzegając w ręku intruza pistolet wycelowany w jego brzuch.
- Zaraz - wtrącił się Khoury - co to ma...
Mężczyzna skierował broń na niego.
- Zamknąć się - warknął. Następnie popatrzył na kierowcę, który siedział już na swoim miejscu. - Jalla, imszi1.
Kierowca skinął głową, wrzucił bieg i ruszył.
Berry spojrzał na Khoury'ego z niepokojem.
Najwyraźniej obiad będzie musiał poczekać.
Reilly skinął Cottonowi Malone'owi głową na powitanie, gdy tylko były agent, a obecnie antykwariusz wyłonił się ze strefy odpraw na lotnisku Heathrow.
Nie czekał długo. Jego samolot z Nowego Jorku wylądował zaledwie pół godziny przed samolotem Malone'a, który musiał tylko odbyć krótki lot z Kopenhagi, gdzie mieszkał od chwili, gdy ponad dziesięć lat temu zrezygnował ze służby w Departamencie Sprawiedliwości. Czasu wystarczyło akurat, żeby wypić kawę, zjeść croissanta i pobieżnie przejrzeć e-maile i najnowsze doniesienia służb wywiadowczych. Teraz obaj agenci wsiedli razem do samochodu przysłanego z ambasady, który miał ich zawieźć do centrum Londynu.
- Templariusze, co? - odezwał się Malone.
- Tak myślałem, że to wzbudzi twoje zainteresowanie.
- Ostatnio nie jestem z tym tematem na bieżąco - odparł ze śmiechem Malone. - Od poprzedniego razu minęło już trochę czasu.
- U mnie tak samo. Dziesięć lat.
Malone przez chwilę wyglądał przez okno. Jechali szosą M4 w kierunku centrum. Na niebie wisiała ciemnoszara chmura grożąca potężną ulewą, ale na razie deszcz ciągle jeszcze nie zaczął padać. Na horyzoncie niebo nabierało intensywnie różowej barwy.
- Nie wydaje ci się to dziwne? - zapytał Malone.
- Co?
- Obaj zostaliśmy wciągnięci w dwie zupełnie odrębne afery związane z templariuszami, i to w odstępie kilku tygodni.
- I w obu przypadkach miało to coś wspólnego ze starożytnymi tekstami dotyczącymi samych początków wiary.
- Faktycznie brzmi to dość nieprawdopodobnie.
Reilly zaśmiał się pod nosem.
- Trudno o bardziej niewiarygodny scenariusz.
- Zdaje się, że kilka lat temu ponownie miałeś z nimi do czynienia?
Reilly skrzywił się na wspomnienie tego, co wydarzyło się w Rzymie i Turcji po tym, jak Tess została porwana przez szczególnie bezwzględnego irańskiego agenta. Było to kilka lat po jego pierwszej niefortunnej przygodzie.
- Tak, szczęściarz ze mnie. Pomyślałby kto, że nie ma takiej opcji, żebym jeszcze kiedyś dał się wplątać w kolejny spisek templariuszy.
- A tu taka niespodzianka.
- Tak. - Reilly pokiwał głową. - Dzięki za pomoc.
- Nie ma sprawy, stary. No więc na czym w ogóle stoimy? Wynikło coś nowego, odkąd ze sobą rozmawialiśmy?
- Nie. Widziałeś zapisy rozmów. - Wręczył Malone'owi wydruki z podsłuchanymi rozmowami. - Nie mamy pojęcia, co oni planują. Ale na pewno coś kombinują, w tej chwili, gdzieś tu, w Londynie.
Malone przeleciał wzrokiem zapisy i zatrzymał się przy fragmencie, na który Reilly zwrócił mu uwagę, kiedy prosił go o pomoc.
- "Książki?" Myślisz, że może im znowu chodzić o jakiś stary zbiór ewangelii?
- Niewykluczone.
Malone przewrócił oczami.
- Myślałem, że Konstantyn kazał wszystko spalić w czwartym wieku.
- Jego podwładni ewidentnie się nie spisali. Ten temat już chyba zawsze będzie co jakiś czas powracał.
- Świetnie - jęknął Malone. - Dobra, od czego zaczynamy?
- Od libańskiej restauracji na Edgware Road - powiedział Reilly. Wyciągnął smartfona, żeby pokazać Malone'owi mapę. - Trzy numery wychwycone przez Centralę Łączności Rządowej to jednorazówki, niezarejestrowane na nikogo. Ale śledząc ruch tych numerów w ciągu ostatniego tygodnia, odkąd zostały aktywowane karty SIM, jajogłowym z centrali udało się co nieco ustalić.
Malone przyjrzał się mapie Londynu na ekranie telefonu. Widniały na niej trzy różnokolorowe linie wijące się po mieście. Wskazał palcem punkt, w którym wszystkie się przecinały.
- To jest ta restauracja?
- Zgadza się - potwierdził Reilly. - Wszystkie trzy telefony zostały tam namierzone w zeszłym tygodniu. Nie jednocześnie. Ale wszystkie tam były.
- Co niekoniecznie oznacza, że ich właściciele trafią tam ponownie. Chyba że...
- Właśnie - odparł Reilly z uśmiechem. - Znasz tego typu knajpy. Wiesz, jak łatwo się uzależnić od dobrej shoarmy.
- I jak trudno znaleźć naprawdę dobrą.
- Założę się, że ci goście prędzej czy później znowu zgłodnieją. A my już wtedy dopilnujemy, żeby to była ich ostatnia wieczerza.
Malone spojrzał na niego z ukosa, zniesmaczony tym kiepskiej jakości żarcikiem.
- Wiem, wybacz - przyznał mu rację Reilly. - Tak czy owak, powinniśmy być na miejscu za jakieś piętnaście minut. Jesteś uzbrojony?
- Nie mogę nosić broni. Przynajmniej oficjalnie.
- Proszę bardzo. - Reilly wręczył mu pistolet glock 17 oraz dodatkowy magazynek mieszczący siedemnaście dziewięciomilimetrowych pocisków. - Jest zarejestrowany na moje nazwisko. Postaraj się nie zrobić nim zbyt wielu dziur.
Malone sprawdził broń, po czym wetknął ją sobie za pasek spodni.
- Nic nie obiecuję.
Kiedy Malone i Reilly wypadli z magazynu, dwaj porywacze właśnie wsiadali do swojej czarnej taksówki, która stała zaparkowana na niewielkim dziedzińcu, zwrócona przodem do niskiego muru ogradzającego teren posesji. Za nim było widać drzewa i prawdopodobnie fragment torów kolejowych.
- Drugi raz ich nie zgubię - powiedział Reilly.
- Drugi raz nie dam się uwięzić - dodał Malone, biorąc na cel pomagiera, którego widział lepiej niż szefa. - Stój, bo strzelam.
Tymczasem Abul Mowt zdążył się już skryć w fordzie i natychmiast uruchomił silnik.
- Stój! - padło raz jeszcze, ale drugi mężczyzna, który próbował również wsiąść do samochodu, nie posłuchał rozkazu. Odwrócił się natomiast i sam otworzył ogień.
Kule z hukiem wbijały się w ściany i pojazdy naokoło dwójki agentów, którzy zanurkowali za najbliższy samochód.
Malone wyjrzał zza osłony i pociągnął za spust.
Tylna szyba forda galaxy roztrzaskała się w drobny mak, a zaraz po niej jedno z tylnych świateł, ale wóz ruszył z miejsca i zaczął się cofać prosto na nich. Z wyjącym silnikiem przeciął całą szerokość parkingu i trzasnął w samochód, za którym jeszcze sekundę wcześniej kryli się Malone i Reilly, wgniatając go w ścianę magazynu. Kierowca natychmiast zmienił bieg i wyrwał do przodu. Samochód z rykiem przejechał przez parking, skręcił ostro w lewo i zniknął za ścianą kompleksu magazynowego.
Malone i Reilly podnieśli się z ziemi i puścili biegiem przez parking. Szukali samochodu, z którego mogliby skorzystać, ale wszystkie pojazdy stały zamknięte, a nikogo innego nie było w pobliżu.
- Znowu ich zgubimy - syknął Reilly. - Musimy się włamać do któregoś z tych wozów i odpalić go na krótko.
- Czekaj chwilę - powiedział Malone i spojrzał za siebie. - Gdzie się podziali ci dwaj goście, którzy nas wypuścili?
Reilly również się odwrócił i obrzucił wzrokiem wejście do magazynu.
Nigdzie nie było ich widać.
Gdy tylko rozległy się strzały, Khoury i Berry stanęli jak wryci i cofnęli się do magazynu.
- Tam - powiedział Khoury, wskazując palcem drzwi po drugiej stronie budynku. Wyglądały na tylne wyjście. - Wynośmy się stąd.
- Myślałem, że chcesz przeżyć przygodę - przypomniał Berry.
- Tak, ale wolałbym taką bez pistoletów i kul świszczących nad głową. Zwłaszcza kiedy sami nie możemy do nikogo strzelić.
Przebiegli przez halę magazynu i złapali za klamkę. Ustąpiła. W momencie gdy wyszli na zewnątrz, tuż przed nimi przemknął czarny ford galaxy.
- To oni - zawołał Berry.
- Uciekają. Gdzie ci agenci?
- Może tamci ich załatwili.
Khoury spojrzał na Berry'ego i w jednej chwili obaj pisarze bez słowa podjęli decyzję.
- Pieprzyć to. Idziemy.
Jakieś trzydzieści metrów od nich ford porywaczy skręcił w prawo i wyjechał z parkingu, o włos wymijając czarne audi Q5, które wjeżdżało właśnie na teren kompleksu i musiało zahamować z piskiem opon.
Khoury rzucił się w tamtą stronę, Berry biegł tuż za nim.
Dopadli do czarnego audi, zanim zdążyło ponownie ruszyć. Za kierownicą siedział chudy, łysiejący mężczyzna w garniturze i okularach w drucianej oprawie. Wydawał się lekko wytrącony z równowagi niedoszłą kraksą.
- Potrzebujemy pańskiego samochodu - wykrztusił Khoury, z trudem łapiąc powietrze.
- Co? Nie ma mowy - odpowiedział kierowca, zupełnie zbity z tropu.
- Jesteśmy agentami federalnymi - poinformował go Berry, starając się nadać głosowi stanowczy ton. - Potrzebny nam pański pojazd, w tej chwili. - Szczególnie podkreślił ostatnie trzy słowa.
Na mężczyźnie nie zrobiło to jednak wielkiego wrażenia.
- Nie ma mowy. Dopiero co odebrałem ten wóz, wziąłem go w leasing.
- Jak pan chce. - Khoury chwycił za klamkę i otworzył drzwi od strony kierowcy.
Zanim mężczyzna zdążył zaprotestować, Khoury odpiął mu pas bezpieczeństwa i wyciągnął go z samochodu. Po chwili sam już siedział za kierownicą. Berry tymczasem okrążył pojazd i wskoczył na miejsce pasażera.
- Hej! - krzyknął właściciel, próbując z powrotem otworzyć drzwi, ale Khoury po prostu wcisnął gaz do dechy i odjechał.
Berry spojrzał na niego z ukosa, gdy wyjeżdżali z parkingu.
- Nigdy nie przypuszczałem, że takie stawianie na swoim może zadziałać w prawdziwym świecie.
- Ja też nie. Ale tak właśnie zachowaliby się nasi chłopcy.
- Zdecydowanie - zgodził się Berry, po czym spojrzał na drogę przed nimi. - Wiesz, dokąd pojechali?
- Nie widzę ich, ale znam te tereny. Jesteśmy w Battersea, całkiem niedaleko mojego domu. Mieszkam po drugiej stronie rzeki.
- To bardzo wygodne - zażartował Berry. - Mam nadzieję, że tamci agenci są cali. Może potrzebują pomocy medycznej. Nie powinniśmy tam wrócić?
- Ktoś w tym całym kompleksie musiał usłyszeć strzały. Mogą wezwać karetkę, jeśli będzie potrzebna. A my musimy dorwać tych kolesi.
- Interes wspólnoty przeważa nad interesem jednostki?
- Stary dobry Spock.
- Ruszamy, Pierwszy.
- Chyba ci się pomyliły epoki Star Treka.
- Po prostu jedź - odparł Berry.
Na razie znajdowali się jeszcze na drodze biegnącej wzdłuż kompleksu magazynów. Po chwili dotarli do skrzyżowania z główną ulicą i już mieli włączyć się do ruchu, kiedy Berry zawołał:
- Tam!
Po drodze prowadzącej do magazynów biegli dwaj agenci. Machali na mijające ich samochody i próbowali któryś zatrzymać. Khoury szybko podjechał w ich stronę.
- Dzięki, że się zatrzy... - zaczął Malone, ale urwał, gdy rozpoznał pisarzy. - To wy? Skąd się tu...
- Wskakujcie - zarządził Berry.
Reilly i Malone władowali się na tylne siedzenie. Khoury od razu wcisnął gaz i samochód wyrwał do przodu.
- Gdzie oni są? - zapytał Reilly.
- Zgubiliśmy ich - wyjaśnił Malone.
- Główna droga prowadzi do rzeki - powiedział Khoury, rozglądając się po okolicy. - Proponuję po prostu się jej trzymać. Są duże szanse, że właśnie tam się skierowali.
Jechali szeroką ulicą, która odbiła w lewo za dużym salonem Land Rovera, a potem biegła równolegle do Tamizy.
Właśnie mijali lądowisko śmigłowców w Battersea, kiedy Berry pokazał coś przez okno i krzyknął:
- Stop! Patrzcie.
Khoury wcisnął hamulec i zjechał na bok. Wszyscy spojrzeli we wskazanym przez Berry'ego kierunku.
Na asfaltowej płycie lądowiska ujrzeli znajomego forda galaxy; samochód najwyraźniej przebił się przez słabą metalową bramę. Dwaj porywacze stali przy małym śmigłowcu, którego wirnik zaczął się już obracać. Wyglądało na to, że kłócą się o coś z pilotem, a chwilę później szef porywaczy wyciągnął go z kabiny i rzucił na ziemię. Pokazał swojemu pomagierowi, żeby obszedł maszynę naokoło, a sam wdrapał się na miejsce pilota.
- Chcą odlecieć - stwierdził Berry.
- Ten facet umie sterować śmigłowcem? - zdziwił się Reilly.
- Faktycznie wspominał coś o nauce latania - przypomniał sobie Khoury.
Trzy głowy jednocześnie odwróciły się w jego stronę.
- No co? Przecież tak właśnie powiedział.
Pozostali nadal wpatrywali się w niego z niedowierzaniem.
- Nie mamy na to czasu - mruknął Khoury, po czym wrzucił wsteczny bieg, cofnął się trochę, wcisnął gaz i ruszył do przodu.
Prosto na śmigłowiec.
- Raymond - powiedział cicho Berry, zaciskając palce na uchwycie przy drzwiach.
Khoury nie zwalniał.
- Hej, kolego - odezwał się z tyłu Malone. - W tym wozie pewnie jest sporo paliwa. A ono jest łatwopalne. Wiesz o tym, prawda?
Audi nadal pruło przed siebie.
- Nie wygłupiaj się, stary - dodał Reilly. - Dopadniemy go. Będzie przecież musiał gdzieś wylądować.
Samochód nadal przyspieszał.
Płozy śmigłowca właśnie oderwały się od asfaltu.
- Bez obaw - powiedział Khoury. - Sprawdziłem to.
W chwili gdy dosięgnął helikoptera, lekko skręcił kierownicę. Audi odbiło w lewo i zamiast zderzyć się z kadłubem, zahaczyło przednim błotnikiem o śmigło ogonowe. Wirujące łopaty z przeraźliwym, metalicznym zgrzytem wgryzły się w karoserię, przecinając ją na wylot. Ale siła oporu wystarczyła, żeby kilka z nich się odłamało i pofrunęło we wszystkie strony.
Khoury ostro zahamował, wrzucił wsteczny, zakręcił kierownicą i wcisnął gaz do dechy.
Audi wycofało się w chwili, gdy helikopter pozbawiony tylnego śmigła zaczął w niekontrolowany sposób obracać się wokół własnej osi. Maszyna chwiała się na boki niczym wielki wirujący bąk, aż w pewnym momencie przechyliła się w lewo, uderzyła o krawędź asfaltowego lądowiska i zwaliła się do Tamizy, wzbijając wokół siebie ogromny, biały pióropusz spienionej wody.
Czterej mężczyźni wyskoczyli z samochodu i podbiegli do krawędzi. Zdążyli jeszcze zobaczyć, jak maszyna znika w ciemnych odmętach rzeki.
Stali tak, dopóki pod wodą nie znalazły się ostatnie fragmenty kadłuba.
- Nie powinien ktoś zanurkować, żeby ich wyciągnąć? - odezwał się Berry.
Reilly spojrzał na Malone'a i obaj niechętnie pokiwali głowami.
- Raczej tak - przyznał Reilly i zaczął ściągać z siebie ubranie.
Berry i Khoury ruszyli z powrotem w stronę samochodu.
- Czekajcie - zawołał za nimi Reilly. - Nie możecie tak po prostu sobie pójść. Musicie złożyć zeznania i dokładnie opowiedzieć, co się stało.
- Nie jedliśmy jeszcze obiadu - odkrzyknął Berry. - Będziemy w kontakcie.
- Jutro zadzwonimy do waszego oddziału terenowego w Londynie - zapewnił Khoury. - Teraz chyba przyda nam się chwila odpoczynku. O kogo mamy pytać? Jak się nazywacie?
- Ja jestem Reilly. Agent Sean Reilly. A to Cotton Malone.
Khoury zatrzymał się i zerknął na Berry'ego.
Berry popatrzył na obu agentów, odwrócił się do przyjaciela i pokręcił głową.
- Jaja sobie z nas robią. Widocznie wiedzą, kim jesteśmy.
Dwaj pisarze roześmiali się i poszli dalej, natomiast dwaj agenci zeskoczyli z platformy i zanurkowali w mętnych wodach Tamizy.
KONIEC
(czyżby?)
Berry usłyszał szczęk klucza w zamku, a kilka sekund później drzwi do celi pisarzy skrzypnęły i otworzyły się na oścież. Siedział cierpliwie na swoim materacu, opierając się plecami o ścianę. Był gotowy.
Do środka weszli dwaj dobrze im już znani pomagierzy. Jeden - kierowca - został przy drzwiach. Drugi niósł w ręku pełną torbę.
- Wasze jedzenie - oznajmił i nagle stanął jak wryty. Szeroko otwartymi oczami zlustrował pustą przestrzeń pokoju.
- Gdzie twój kumpel?
Berry zrobił zdziwioną minę.
- Kumpel?
Oprych szybko stracił cierpliwość. Bez zastanowienia wypuścił torbę z ręki i wyciągnął pistolet.
- Twój kumpel. Ten drugi pisarz.
Berry rozejrzał się naokoło z udawaną konsternacją. Oprócz niego i dwóch zbirów w pomieszczeniu faktycznie nie było nikogo.
- Nie wiem - powiedział przejętym tonem. - Nie jest z wami?
- Nie. Gdzie on jest?
- Naprawdę nie wiem. Zasnąłem, a kiedy się obudziłem, jego tu nie było. Uznałem, że pewnie zaprowadziliście go do toalety. A skoro już o tym mowa...
- Nie! - wrzasnął mężczyzna. - Gdzie on jest? Gdzie on jest? - Zaczął panicznie rzucać się po całym pokoju, wymachując bronią jak wariat.
- Mówię wam, że nie wiem - odparł zmartwionym głosem Berry, po czym dodał konspiracyjnym szeptem: - O kurczę, chłopaki, będziecie mieli kłopoty?
Mężczyzna wydawał się kompletnie oszołomiony. Odwrócił się do swojego wspólnika i zaczął bełkotać coś po arabsku. Kierowca tymczasem wszedł do środka, żeby obejść naokoło cały pokój. Uważnie oglądał wszystkie ściany, jakby zakładał, że ktoś mógłby w nie wniknąć.
Berry nie rozumiał, co mówią, ale brzmiało to, jakby zażarcie dyskutowali, co dalej. Nie musiał być jasnowidzem, żeby odgadnąć ich myśli: robili w gacie ze strachu na myśl o tym, co zrobi z nimi ich szef, kiedy się dowie, że jednemu z jego drogocennych pisarzy jakimś cudem udało się uciec. A kłócili się zapewne o to, który z nich będzie musiał przekazać mu tę smutną nowinę.
Ostra wymiana zdań skończyła się dopiero, gdy ten z bronią wyjątkowo ognistą tyradą zmusił swojego kamrata do uległości. Kierowca wzruszył ramionami w geście kapitulacji i ze spuszczoną smętnie głową zniknął w ciemnościach za drzwiami, zostawiając tamtego sam na sam z Berrym.
- Gdzie on jest? Jak się stąd wydostał? - zapytał ponownie mężczyzna. Połączenie szoku i strachu sprawiło, że jego twarz lśniła od potu.
- Naprawdę nie mam pojęcia - powiedział Berry z udawaną szczerością i empatią. Wstał i odsunął się o kilka kroków od materaca.
Zbir nie spuszczał z niego oczu, cały czas też trzymał go na muszce. Berry tymczasem zaczął przesuwać się wolno w stronę przeciwległej ściany, gdzie leżał drugi materac.
- Przecież to fizycznie niemożliwe, prawda? Żeby dorosły facet tak po prostu wyparował. Chyba że... - Berry zawiesił głos, stanął, odwrócił się i dla większej dramaturgii uniósł palec wskazujący. - Chyba że zdołał przejść przez ścianę.
- Przez ścianę? O czym ty mówisz?
- Jak to, nie wiesz? No tak, jasne, że nie. Mało kto o tym wie. - Berry przybrał profesorską pozę. - To się nazywa efekt tunelowy. Wiem o tym dzięki Raymondowi, który powiedział mi, że zgłębia ten temat z myślą o swojej następnej książce.
Człowiek z bronią odwrócił się przodem do Berry'ego. Miał coraz bardziej niewyraźną i zaniepokojoną minę.
- Widzisz, był kiedyś w Paryżu gość nazwiskiem Dutilleul, który pracował w Ministerstwie Rejestracji. Ten człowiek posiadał zdolność przechodzenia przez ściany. Trochę tak jak na peronie nr 9 i ? na dworcu King's Cross w książkach o Harrym Porterze. Ale ty pewnie ich nie czytałeś, co?
Bandzior zrobił minę niewiniątka i wzruszył ramionami.
- Widziałem filmy.
- Pewnie pirackie kopie z Internetu?
Mężczyzna potulnie spuścił wzrok.
- Oczywiście, jakżeby inaczej. - Berry pogroził mu palcem. - Tak czy inaczej, chętnie opowiedziałbym ci o tym więcej, ale to nie miejsce ani czas na takie rozmowy.
Mówiąc to, położył specjalny nacisk na słowo "czas" i spojrzał gdzieś ponad ramieniem człowieka z bronią.
Nagle za plecami tamtego rozległ się szmer. Zbir odwrócił się i zobaczył, jak materac, na którym wcześniej siedział Berry, podnosi się z ziemi i staje pionowo, wydając przy tym przeraźliwy krzyk. Przerażony mężczyzna podniósł broń do strzału, ale zanim zdążył nacisnąć spust, Berry, który znalazł się teraz za nim, z całych sił kopnął go od tyłu w nogę na wysokości kolana.
Oprych wrzasnął, nogi się pod nim ugięły i upadł niezgrabnie na ziemię, wypuszczając z ręki broń.
Berry nie czekał ani chwili. Ruszył do ataku i kopnął leżącego mężczyznę w nerki, a zaraz potem przyłożył mu pięścią w bok głowy.
- To za to, że groziłeś mojej rodzinie, ty kanalio! - krzyknął, pozbawiając go przytomności finalnym ciosem w kark.
Podniósł z ziemi pistolet i podszedł do Khoury'ego, który powoli wygrzebywał się z wnętrza materaca.
Wykorzystali dziury po strzałach oddanych przez szefa porywaczy, żeby oderwać obicie materaca. Następnie wyciągnęli część wnętrzności - sprężyny, piankę i watę - na tyle dużo, żeby Khoury mógł wczołgać się do środka, podobnie jak bohater w jego scenariuszu, który wypatroszył siedzenie w porsche i wcisnął do wewnątrz jego właściciela-kryminalistę, po czym sam na nim usiadł. Ponieważ przykrywał go całym sobą, skaner wykrył w samochodzie obraz termiczny tylko jednego ciała, natomiast dzięki temu, że mógł sterować jego bezwładną ręką jak marionetką, poradził sobie z czytnikiem odcisków palców.
Dwaj pisarze zawczasu ukryli usunięte fragmenty pod drugim materacem, rozkładając je równomiernie tak, by na pierwszy rzut oka nie wydawał się podejrzanie wyższy od tamtego. A potem Khoury już tylko czekał na umówiony sygnał.
- Myślałem, że nigdy się nie ruszysz - powiedział Berry.
- Nie słyszałem cię - odparł Khoury, rozcierając sobie uszy. - Ciągle mam tu watę. - Spojrzał na powalonego mężczyznę, a potem zauważył pistolet w ręku Berry'ego. - Malone byłby dumny.
- Można chyba uznać, że kurs krav magi, który odbyłem w ramach przygotowań do książki, w pełni się opłacił. - Wskazał ręką drzwi. - Wynośmy się stąd, zanim wrócą pozostali.
Wyszli z pokoju i znaleźli się w długim, ciemnym korytarzu, który prowadził do klatki schodowej. Berry ruszył przodem, lekko pochylony i w stanie pełnej gotowości. Mijali właśnie drzwi po swojej prawej, gdy na schodach pojawił się szef razem ze swoim drugim podwładnym.
Rozległy się strzały i obok pisarzy świsnęły kule. Porywacze otworzyli ogień.
- Cholera! - zaklął Khoury, gdy obaj przywarli do ściany, szukając jakiejkolwiek osłony. - Na co czekasz? Strzelaj do nich!
- Zdajesz sobie sprawę, że w życiu nie strzelałem z pistoletu? - odkrzyknął Berry.
- Po prostu wyceluj i pociągnij za spust!
Berry posłuchał jego rady.
Wystrzelił dwa, trzy, cztery razy.
Kule wbijały się w ściany wokół schodów, a dwaj bandyci wbiegli z powrotem na górę. W tym samym momencie z pokoju sąsiadującego z tymczasową kryjówką pisarzy dobiegły jakieś podniesione głosy.
- Hej, kto tam jest? Wypuśćcie nas stąd.
Berry spojrzał na Khoury'ego ze zdziwieniem, po czym przysunął się bliżej drzwi i zapytał:
- Coście za jedni?
- Agenci FBI - odpowiedział głos. - Amerykanin?
- Pełną gębą - potwierdził Berry. - Odsuńcie się.
Cofnął się o krok i strzelił w zamek, który rozpadł się na kawałki. Mocnym kopniakiem otworzył drzwi na oścież.
- Widzę, że zaczynasz w tym nabierać wprawy - stwierdził Khoury.
Z ciemnego pomieszczenia za drzwiami wyłonili się Malone i Reilly. Ręce mieli skrępowane, ale już nie trzymali ich za plecami. Wszyscy poczuli wielki przypływ adrenaliny.
- Co się dzieje? - zapytał Malone.
- To ci goście, którzy nas porwali - wyjaśnił Khoury. - Jeden został tam, leży nieprzytomny. Pozostali dwaj są na górze.
- Chodźmy - powiedział Reilly. - Trzymajcie się za nami. - Następnie zwrócił się do Berry'ego, mówiąc: - Daj ten pistolet.
Berry posłusznie oddał broń.
Cała czwórka - Reilly, Malone, Khoury i Berry - poruszając się szybko i cicho, dotarła do końca korytarza i wspięła się po schodach. Malone szedł na czele z pistoletem wyciągniętym przed siebie. Kiedy znaleźli się na górze, stwierdzili, że prawdopodobnie znajdują się w jakimś pustym magazynie. Drzwi wyglądające na główne wejście były szeroko otwarte.
- Naprzód! - zawołał Reilly i razem z Malone'em wybiegli na zewnątrz.
Khoury spojrzał na Berry'ego i wzruszył ramionami.
- Co nam szkodzi. Dziesiątki razy opisywaliśmy takie sceny w książkach. Równie dobrze możemy chociaż raz sami coś takiego przeżyć.
- Idziemy - zdecydował Berry.
I dwaj pisarze pobiegli w ślad za agentami.
Nowy Jork
Sean Reilly był w paskudnym nastroju.
Dzień nie zaczął się wcale tak źle. Wręcz przeciwnie. Tak naprawdę sobota bezsprzecznie zaliczała się do jego dwóch ulubionych dni tygodnia. Budziły go wtedy promienie słońca, wkradające się do sypialni przez szczeliny pomiędzy żaluzjami - a to dużo przyjemniejsze niż paplanina jakiegoś radiowego didżeja, który wypił za dużo kawy. Mógł się wylegiwać w łóżku z Tess, zamiast zrywać się do pracy. Poczytać poranną gazetę w tradycyjnej, papierowej formie, a nie na ekranie iPada, popijając porządną, parującą kawę w prawdziwym porcelanowym kubku. Zjeść na śniadanie pyszne gofry z syropem klonowym zamiast zimnego bajgla przełykanego na szybko w drodze do miasta.
Tak, dzień zapowiadał się całkiem dobrze. Nawet pogoda - słoneczna, ale podszyta lekkim chłodem, jak pod koniec lata w Nowej Anglii - wydawała się skora do współpracy. W perspektywie był czas na zabawę z dziećmi i wieczorny relaks w towarzystwie Tess i Netflixa. Aż nagle rozległ się złowieszczy dzwonek telefonu.
Wzywano go na Federal Plaza 26. Praca znów się o niego upomniała.
- Do Londynu? Dzisiaj? - upewnił się Reilly, ściągając brwi.
Ron Gallo, wicedyrektor nowojorskiego oddziału terenowego FBI, człowiek, do którego Reilly nie pałał wielką sympatią, odchylił się do tyłu i rozłożył szeroko ręce.
- Według naszych informacji tam właśnie jesteś potrzebny. Za godzinę masz lot z Newark.
Reilly skrzywił się jeszcze bardziej.
Informacje, które nadeszły w nocy z Centrali Łączności Rządowej w Wielkiej Brytanii, uzyskane dzięki zakrojonym na ogromną skalę programom podsłuchiwania i monitoringu, były dość ogólnikowe. Dotyczyły grupy niezidentyfikowanych agresorów, którzy planowali coś, co miało związek z jakimiś "książkami". Najwyraźniej w ten weekend ktoś zamierzał przeprowadzić atak na bliżej niesprecyzowanych "amerykańskich ekspertów", co oczywiście stanowiło element działań wymierzonych przeciwko samemu Szatanowi - jak terroryści zwykli określać Stany Zjednoczone.
Na pozór nie było w tym nic wyjątkowego. FBI i różne inne agencje wywiadowcze analizują tego typu informacje każdego dnia i najczęściej podobne doniesienia okazują się fałszywe. Ale w tym wypadku jeden z nagranych głosów należał do osoby, którą brytyjskie służby bezpieczeństwa interesowały się już wcześniej, choć MI5, tamtejszej agencji kontrwywiadowczej, jak dotąd nie udało się ustalić jej tożsamości. A to oznaczało, że podsłuchaną rozmowę trzeba było potraktować poważnie. W normalnych warunkach federalni pewnie zostawiliby tę sprawę w rękach ludzi z MI5, prosząc jedynie o informowanie ich o dalszym rozwoju śledztwa. Wszystko zmienił jednak fakt, że jeden z rozmówców użył złowrogiego słowa na T.
Tego, przez które Reilly został wciągnięty w tę sprawę.
Templariusze.
Reilly pokiwał głową w zamyśleniu, wyobrażając sobie już z grubsza przebieg najbliższych dwóch dni.
- Wygląda na to, że lecę do Londynu - mruknął.
- Hej, nie miej takiej zbolałej miny. Ja też zawsze chciałem tam pojechać, a ty pozwiedzasz sobie na koszt firmy.
- Świetnie - skomentował ponuro Reilly. Nie myślał w tej chwili o Big Benie czy o London Eye. Martwił się raczej, jak powinien to załatwić z Tess, żeby nie postanowiła się w to wmieszać i jechać razem z nim. Jeśli tylko usłyszy, że dzieje się coś związanego z templariuszami, na pewno będzie chciała wziąć w tym udział. W przeszłości dwukrotnie została wplątana w różne nieprzyjemne afery i ostatnie, czego teraz chciał Reilly, to po raz kolejny narażać ją na niebezpieczeństwo.
Nie, Tess nie może mieć z tym nic wspólnego, będzie musiał tego dopilnować. Ale przyszedł mu do głowy ktoś inny, kto powinien zaangażować się w tę sprawę - oczywiście zakładając, że w ogóle zechce. Ktoś doskonale obeznany ze światem książek, szczególnie rzadkich, kto jednocześnie posiada także niezbędne umiejętności z zakresu walki na śmierć i życie, które mogą się przydać, jeśli sytuacja się skomplikuje.
Reilly postanowił zadzwonić do Kopenhagi.
Mężczyzna miał nad nimi zaledwie kilka sekund przewagi, ale był szybki. W chwili gdy Reilly i Malone wypadli z restauracji, wyprzedzał ich już o dobre pięćdziesiąt metrów.
- Powiesz mi, co to do cholery było? - zapytał Malone, ciężko dysząc.
- Później - odkrzyknął Reilly. - Najpierw musimy go dorwać.
Mężczyzna rzucił za siebie okiem, żeby ocenić odległość dzielącą go od pościgu, po czym przeciął szeroki chodnik i wybiegł na jezdnię, nie zważając na samochody. Przemknął slalomem pomiędzy pojazdami i znalazł się na pasach biegnących w przeciwnym kierunku, w stronę Hyde Parku.
Reilly i Malone próbowali iść w jego ślady, ale mocno spowolniła ich fala samochodów, które wymijały ich z piskiem opon i rykiem klaksonów.
Wciąż starali się przebić przez ruchliwą ulicę, kiedy ujrzeli przed sobą autobus Routemaster, nowszy model, który na moment zasłonił uciekiniera. Gdy mężczyzna ponownie pojawił się w zasięgu wzroku, biegł jeszcze szybciej, na tyle szybko, że zdołał wskoczyć na otwartą platformę z tyłu odjeżdżającego autobusu.
- Cholera - krzyknął Reilly. - Ucieknie nam.
W desperacji rozejrzał się i spostrzegł coś, co mogło ich uratować: trójkę turystów jadących niespiesznie na rowerach Santander, które wypożycza się w różnych punktach Londynu.
Nie wahając się ani chwili, podbiegł do pierwszego rowerzysty, złapał go i na siłę zatrzymał.
- Przepraszam, ale muszę to pożyczyć - rzucił, ściągając mężczyznę z siodełka. Kilka sekund później już pedałował zawzięcie w pogoni za autobusem, a Malone pędził tuż za nim na drugim jednośladzie.
Rowery nie mogły jednak równać się z autobusem, zwłaszcza że od najbliższych świateł na Marble Arch dzielił ich dość długi odcinek. Z daleka widzieli mężczyznę z restauracji, który nadal stał na tylnej platformie i obserwował ich przez szybę.
Autobus, stale zwiększając dystans, zbliżył się do skrzyżowania, na którym paliło się czerwone światło. Przed sygnalizatorem stało już kilka samochodów.
- Jeżeli zapali się zielone, mamy przerąbane - wrzasnął Malone.
W tym momencie zapaliło się zielone światło.
Samochody ruszyły z miejsca, a autobus był jeszcze na tyle daleko od skrzyżowania, że nie musiał nawet zwalniać. Z rozpędem minął Marble Arch i skręcił w lewo w Park Lane.
- Cholera - zaklął Reilly.
Obaj agenci zaczęli pedałować jeszcze mocniej, ale wciąż byli jakieś dwadzieścia metrów od sygnalizatora, kiedy światło z zielonego zmieniło się na żółte. Gdy tam dotarli, paliło się już czerwone i samochody po ich prawej stronie zaczynały właśnie ruszać.
- Nie zatrzymuj się! - zawołał Reilly.
Wpadli na skrzyżowanie, o centymetry omijając pierwszy samochód z prawej. Pojazd zahamował z piskiem opon, a jadący zaraz za nim uderzył go w tył. Malone, który pędził jako drugi, cudem uniknął zderzenia. Obaj agenci od razu skręcili w prawo na Park Lane i pomknęli przed siebie, zupełnie nieświadomi bałaganu, który za sobą zostawili.
Tam wreszcie szczęście się do nich uśmiechnęło.
Ulica była zatkana samochodami i autobusami, a korek zaczynał się na długo przed światłami, znajdującymi się kilkaset metrów dalej.
Reilly widział, jak routemaster mocno zwalnia i w końcu całkiem się zatrzymuje. Człowiek, którego ścigali, rozglądał się nerwowo na boki, jakby rozważał możliwości, a następnie wyskoczył z autobusu i ruszył biegiem przed siebie.
Reilly i Malone przedzierali się przez korek. Pojazdy zjeżdżające przed nimi z Oxford Street również stanęły już w zatorze, więc musieli zwolnić, żeby się pomiędzy nimi przecisnąć, ale przynajmniej ich cel poruszał się teraz pieszo.
- Zgubimy go - krzyknął Malone, lawirując pomiędzy stojącymi nieruchomo samochodami. Widzieli, jak ich uciekinier przebiega przez szeroki pas zieleni, przecina drugą jezdnię i dociera do Hyde Parku.
- Niech to - zaklął Reilly i zeskoczył z roweru. Malone zrobił to samo.
Chwilę potrwało, zanim przedostali się przed cztery pasy pełne samochodów. Kiedy dobiegli wreszcie do Hyde Parku, ich cel miał nad nimi ponad sto metrów przewagi.
Reilly rozejrzał się naokoło, nie zwalniając kroku. W zasięgu wzroku nie było nic, co mogliby skonfiskować, ani jednego roweru czy chociażby deskorolki.
Biegli dalej na południe, mijając po drodze mozaikę Drzewa Reformatorów. Nie udawało im się jednak zmniejszyć odległości.
- Byłoby łatwiej, gdybym się nie objadł tą cholerną shoarmą - zawołał po drodze Reilly.
- Co tam shoarma. Mnie pali od środka ten cały czosnek - odkrzyknął Malone. - A ja przecież nawet nie lubię czosnku.
Okrążyli Centrum Edukacyjne LookOut i pobiegli w dół, w stronę jeziora Serpentine, które lśniło na dnie parku jak wielkie, czarne lustro. Na powierzchni wody unosiły się dziesiątki małych rowerów wodnych, dzięki którym zarówno turyści, jak i londyńczycy mogli poobserwować z bliska tutejsze łabędzie i kaczki.
Wszystko to komplikowało sytuację ich uciekiniera. Reilly i Malone wiedzieli, że będzie musiał obiec jezioro od jednej albo od drugiej strony, a wtedy oni mogą odbić w bok i skrócić dystans.
- Teraz się do niego zbliżymy - rzucił Reilly.
Mężczyzna jednak nie skręcił ani w lewo, ani w prawo, tylko biegł prosto przed siebie, aż dopadł do hangaru na łodzie. Przepchnął się przez tłum ludzi czekających na swoją kolej, wskoczył na pusty rower wodny i wypłynął na taflę jeziora. Zanim Reilly i Malone dotarli do brzegu był już trzydzieści metrów od nich.
- Za mną - krzyknął Reilly. Przecisnął się pomiędzy ludźmi i złapał rower wodny, który właśnie wrócił na nabrzeże. Malone wskoczył na miejsce obok niego i natychmiast zaczęli pedałować. Człowiek, którego ścigali, dopłynął już na środek jeziora.
- To chyba jakieś kpiny - powiedział Malone, wściekle pedałując. - Sam umiem pływać szybciej niż to ustrojstwo.
- Chcesz spróbować? - odparł Reilly. - Nie krępuj się.
Malone spojrzał na otaczającą ich wodę. Była lodowata, a on miał na sobie kilka warstw ubrań. Zanim zdążyłby się rozebrać i wskoczyć do wody, facet wylądowałby już na drugim brzegu.
Ta perspektywa nie wydawała się zbyt zachęcająca.
- Może innym razem - stwierdził Malone. - Kręć mocniej.
Kilka minut później ich cel wbił się swoim rowerem wodnym w przeciwległy brzeg, wyskoczył i puścił się biegiem przed siebie.
Agenci zrobili dokładnie to samo.
Wszyscy trzej przecięli ścieżkę Rotten Row i skierowali się w stronę Bramy Edynburskiej oraz błyszczących, szklanych brył kompleksu mieszkaniowego One Hyde Park.
- Musimy znaleźć jakiś rower albo gliniarza, albo cokolwiek - wydusił Reilly, ciężko dysząc.
- A co powiesz na konie? - spytał Malone.
- O ile nie siedzą na nich faceci z mieczami, nie mam nic przeciwko.
- Jeżeli dostanie się do tych wielkich domów towarowych w Knightsbridge, to na bank go zgubimy.
Ich cel dotarł do South Carriage Drive i przebiegł na drugą stronę, bez trudu omijając nieliczne samochody sunące dwupasmową jezdnią. Po chwili skrył się za białą furgonetką zaparkowaną pod rzeźbą fauna.
Reilly i Malone pędem przecięli ulicę i okrążyli pojazd. Ale mężczyzna zniknął.
Stanęli w miejscu. Przez ułamek sekundy Reilly nie rozumiał, co się stało. A potem odwrócił się twarzą do furgonetki i zobaczył w środku twarz ich uciekiniera.
Nie był sam. W środku siedział jeszcze jeden mężczyzna.
Obaj mieli w rękach pistolety wycelowane w agentów.
- Wsiadać - warknął ten nowy i wskazał bronią na tył pojazdu.
Reilly i Malone spojrzeli na siebie zdyszani i wykończeni. W tym stanie nie było mowy o tym, żeby mogli stanąć do walki.
Malone niechętnie skinął głową, po czym dwaj agenci wdrapali się do furgonetki.
Reilly i Malone znajdowali się w zamkniętym pomieszczeniu bez okien.
W środku nie było żadnych lamp, a przynajmniej nie widzieli ich w półmroku, ale wątłe światło, które sączyło się przez szparę pod drzwiami, wystarczyło, żeby mogli się rozejrzeć. W pokoju nie było za dużo do oglądania: gołe ściany, dwa stare materace na podłodze i drzwi. W powietrzu czuło się wyraźną wilgoć, wskazującą na to, że zabrano ich do jakiejś piwnicy.
Ręce mieli związane za plecami.
- Cholera - syknął Reilly. - Jak mogliśmy do tego dopuścić?
- Nawet nie widziałem, kiedy wykonał telefon - odparł Malone. - A ty?
- Też nie.
Malone pokręcił głową.
- To do nas niepodobne. Powinniśmy przewidzieć, że wezwie wsparcie.
Zapadła pełna frustracji cisza.
- Musimy się stąd wydostać - odezwał się w końcu Malone.
- Jasne, ale jak?
Malone rozejrzał się naokoło.
- Zawsze jest jakiś sposób, prawda?
- Zawsze. - Reilly chodził po pokoju, przyglądając się z bliska wszystkim ścianom. Po drugim okrążeniu zatrzymał się i przechylił lekko głowę w zamyśleniu. - Na razie nic mi nie przychodzi do głowy.
- Na pewno jest stąd jakieś wyjście, czuję to - upierał się Malone. - Niemalże mam to przed oczami. Ale nie potrafię tego sprecyzować.
- Ja tak samo. Jakby czegoś brakowało. Jakbym nie mógł się w pełni skoncentrować.
Patrzyli na siebie, przebijając wzrokiem ciemności.
- Co robimy?
- Myślimy dalej - powiedział Reilly. - I miejmy nadzieję, że wkrótce odzyskamy inspirację.
W podobnym pustym pokoju, tyle że oświetlonym, Khoury także krążył w kółko.
- Kiepsko poszło, co? I gdzie do cholery jest to obiecane żarcie? Umieram z głodu.
- Inni goście - powiedział Berry, zastanawiając się nad tym, co powiedział na odchodnym ich porywacz. - Jak myślisz, o kogo mogło mu chodzić?
- Może o innych pisarzy? - powiedział Khoury.
- Może. To nie byłoby takie złe. Im więcej nas zaginie, tym większa szansa, że ktoś to zauważy.
- Ale z drugiej strony - zauważył Khoury - ty i ja staniemy się dla niego zbędni, jeśli nie damy mu tego, czego chce. Musimy stworzyć mu jakiś dobry plan, bo inaczej nie wyjdziemy z tego cało.
- Kogo mogli jeszcze zgarnąć?
- Kto jest w mieście poza Lee Childem i Jimem Rollinsem?
- Simon Toyne, Sandra Brown, Lisa Gardner, Peter James.
Khoury zmarszczył brwi.
- Cholera. Ostra konkurencja. Musimy naprawdę zacząć główkować.
- A może podchodzimy do tego od złej strony - powiedział Berry. - Co by zrobili Malone i Reilly?
- Nie rozumiem.
- Nieustannie pakujemy ich w tego rodzaju tarapaty. Ale zawsze wtedy umieszczamy w fabule jakiś drobny szczegół, jakąś lukę, która pozwala im się wykaraskać.
- Tylko że my tego nie napisaliśmy. To się dzieje naprawdę.
- Tak, ale może tu też da się znaleźć jakąś lukę. A może w którejś książce napisaliśmy coś, co można by wykorzystać tu i teraz.
Khoury zamyślił się na chwilę.
- Masz przy sobie jakieś pigułki? Coś, czego jeden z nas mógłby się nałykać, żeby się rozchorować, tak by musieli nas odwieźć do szpitala?
- Cień Rasputina - powiedział Berry.
- Brawo - odparł z uśmiechem Khoury. - Moje gratulacje. Lubię uważnych czytelników.
- Niestety. - Berry skrzywił się, nie kryjąc żalu. - Akurat w tej chwili nie mam przy sobie fiolek z psychotropowym proszkiem.
Khoury ponownie rozejrzał się po pokoju. Jego wzrok padł na materac podziurawiony przez Abula Mowta. Wystawały z niego kawałki sprężyn i waty. Ten widok uruchomił w jego głowie ciąg skojarzeń. Przez moment głęboko się nad czymś zastanawiał, a potem na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech.
- Przypomniał mi się stary scenariusz, który kiedyś napisałem - odezwał się do przyjaciela. - Mój bohater musiał się wkraść do budynku o zaostrzonych środkach bezpieczeństwa. Udał się więc do domu jednego łajdaka, który tam pracował i znokautował go. Miał teraz w rękach tego gościa i jego porsche, ale w tym budynku były i czytniki odcisków palców, i skanery termiczne, które sprawdzały wszystkie samochody przejeżdżające przez bramę.
- No więc jak się dostał do środka?
- Pokażę ci.
Khoury leżał na zniszczonym materacu, opierając się plecami o ścianę, i okręcał sobie wokół palców pasma waty, które wychodziły z dziur po kulach.
- Myślisz, że ktoś nas szuka?
- Nie wiem - odparł Berry, rozciągnięty na drugim materacu pod przeciwległą ścianą. - Elizabeth jest na południu Francji z przyjaciółkami. A Suellen?
- Pływa barką ze swoim ojcem gdzieś na odludziu.
- Więc może minąć jeszcze dzień lub dwa, zanim się zorientują, że nas nie ma.
- Niewykluczone.
Berry pokiwał głową w zamyśleniu. Marnie to wszystko wyglądało.
- Wiesz, że nie możemy zrobić tego, co nam każą.
- Oczywiście, że nie. Ale musimy się z tego jakoś wyplątać. A do tego faktycznie będzie nam potrzebna jakaś genialna intryga.
- I trzeba to ułożyć tak, żebyśmy sami stanowili część wielkiego planu. W ten sposób nie zabiją nas, kiedy dostaną to, czego chcą.
- To nie będzie łatwe.
- Nie mamy wyboru. Na razie musimy dać im cokolwiek, żeby zyskać na czasie.
- Facet nie słyszał wcześniej o Doktorze Zło ani o Nelsonie DeMille'u - zauważył Khoury, wpadając na pewien pomysł. - Nie wydaje się zbyt dobrze obeznany z kulturą popularną. Możemy to wykorzystać. Po prostu zaserwujmy mu jakiś odgrzewany kotlet.
- To niebezpieczne. Mogą nas przyłapać. Albo co gorsza rzeczywiście wprowadzić plan w życie.
- Jeśli nas przyłapią, będziemy udawać, że nigdy nie czytaliśmy albo nie widzieliśmy pierwowzoru. A co do wcielania planu w życie, jakie są szanse, że tym durniom naprawdę uda się przeprowadzić jakąś dużą akcję?
- Kto wie? - odparł Berry. - Pamiętasz Dług honorowy? U Clancy'ego wkurzony pilot japońskich linii lotniczych wbija się jumbo jetem w budynek Kapitolu podczas specjalnego posiedzenia połączonych izb Kongresu, zabijając prezydenta i wszystkich innych. A to było siedem lat przed jedenastym września.
- Myślisz, że bin Laden czytał Clancy'ego?
- Może. Zanim stał się sukinsynem, był saudyjskim milionerem obracającym się wśród śmietanki towarzyskiej.
- Dobra, wróćmy do naszego sukinsyna - powiedział Khoury. - Jaki ochłap możemy mu rzucić, żeby zyskać na czasie?
- On chce, żeby to było coś wielkiego. Z rozmachem. I nie interesują go żadne bomby ani wirusy.
- To może coś z Bonda?
- Za duże ryzyko. Bond jest zbyt popularny.
- Chyba masz rację. Nawet jeśli on żadnego nie widział, to któryś z jego zbirów pewnie tak.
- Spójrzmy na to od tej strony - podjął Berry. - Jaka była najlepsza intryga, którą kiedykolwiek czytałeś? Albo oglądałeś? Taka, że aż żałowałeś, że sam tego nie wymyśliłeś?
- Jeśli chodzi o genialnie skonstruowany plan, to nie ma jak pierwsza Szklana pułapka.
- Majstersztyk.
- Bez dwóch zdań. Ale naszemu przyjacielowi daleko do Hansa Grubera. I jest jeszcze jeden problem. W wielu intrygach tego typu chodzi przede wszystkim o osobisty zysk, a nie o destrukcję. Fajerwerki, takie jak bomba atomowa Goldfingera, to tylko dodatkowa atrakcja, a prawdziwym celem są pieniądze.
- Facet nie dał nam właściwie żadnego punktu zaczepienia.
Obaj zamyślili się na chwilę.
- No dobrze - odezwał się Berry - a co w takim razie powiesz na drugą Szklaną pułapkę? Rozbijanie samolotów pasażerskich po zhakowaniu systemu kontroli lotów?
- Wredny pomysł. I stanowczo zbyt wykonalny, nie uważasz?
- Nie, daj spokój. Wiemy, że te systemy mają wbudowaną masę zabezpieczeń. Taki plan jest praktycznie niemożliwy do zrealizowania.
- A co, jeśli się mylisz?
Berry zastanowił się nad tym.
- Masz rację - przyznał, kiwając głową. - Za duże ryzyko.
- Tak. Ale sam pomysł z atakiem hakerskim jest dobry. W zasadzie idealny. Żadnych wybuchów czy innych rzeczy, które mogą zabić mnóstwo ludzi. I jest to bardzo złożone przedsięwzięcie, wymagające dużej finezji, więc na pewno nie dadzą rady wszystkiego dopilnować.
- A to oznacza, że jeśli do czegoś dojdzie, będziemy mieli spore szanse, żeby ich powstrzymać.
- Dokładnie. Oglądałeś ten nowy serial, Mr. Robot?
Berry pokręcił głową.
- Jest super - powiedział Khoury i uśmiechnął się. - Tak, myślę, że to się może udać.
Zważywszy na okoliczności, pomieszczenie, do którego trafili, zaskoczyło ich pozytywnie. Duże, bez okien było niemal całkiem puste, z wyjątkiem dwóch gołych materaców na podłodze. Pod sufitem cicho burczały świetlówki. W środku nie było zimno, ale nie było też ciepło. Wyczuwało się odrobinę wilgoci. Nie wyglądało to może jak apartament w Ritzu, ale przynajmniej na materacach albo ścianach nie było śladów krwi czy czegoś w tym stylu.
Berry i Khoury nie mieli pojęcia, gdzie się znajdują. Gdy tylko samochód odjechał spod hali, odebrano im telefony, a na głowy naciągnięto czarne kaptury. Sama podróż przebiegła bez zakłóceń. Trwała co najmniej pół godziny, ale nie więcej niż godzinę, i przez większość czasu poruszali się po ruchliwych ulicach. Nikt nie powiedział nic, z czego dałoby się coś wydedukować. Pisarze również milczeli, w atmosferze narastającego niepokoju i totalnej dezorientacji, kompletnie nie rozumiejąc, co się do cholery dzieje.
U celu porywacze wyciągnęli ich z samochodu i zaprowadzili do jakiegoś budynku. Tam kazali im zejść po schodach i w końcu zamknęli na klucz w tym pokoju.
- To musi być jakiś głupi żart, prawda? Ktoś nas wkręca - odezwał się Berry.
- No nie wiem, Steve. Mnie to wszystko wydaje się całkiem prawdziwe.
- O to właśnie chodzi, co nie? Nie ma sensu kogoś nabierać, jeżeli nie zrobi się tego jak trzeba.
Berry zaczął chodzić w tę i z powrotem po pokoju, zatopiony we własnych myślach. Khoury siedział na materacu, opierając się plecami o ścianę.
- Założę się, że to Lee Child - stwierdził po chwili Berry. - Lee albo Jim Rollins. To ich sprawka, jestem tego pewien. Rozmawialiśmy przecież o tym, jak sprawić, żeby pierwszy ThrillerFest w Wielkiej Brytanii to było coś naprawdę wyjątkowego. Założę się, że to właśnie jest ta specjalna atrakcja. - Zmrużył oczy i z zadartą głową zaczął lustrować ściany pod samym sufitem. - Na pewno wszędzie tutaj są ukryte kamery.
ThrillerFest to najważniejsza impreza dla autorów powieści sensacyjnych. Na każdą edycję zjeżdżają setki pisarzy z całego świata, żeby wziąć udział w rozmaitych spotkaniach i dyskusjach panelowych. A w tym środowisku skłonność do psot i wygłupów na pewno nie jest czymś niespotykanym.
- Myślisz, że to tylko zabawa? - spytał Khoury.
- Mówię ci. Lee musiał maczać w tym palce, to w jego stylu. Ten facet jest nienormalny. Każda jedna książka o Reacherze dobitnie o tym świadczy. Jeżeli połączył siły z Jimem, to dokładnie czegoś takiego można by się po nich dwóch spodziewać.
- Cóż, jeżeli to prawda - odparł Khoury - to mam nadzieję, że przygotowali jakiś porządny catering, bo nic nie jadłem od rana.
W tym momencie rozległ się szczęk klucza w zamku i drzwi się otworzyły.
Do środka weszło dwóch mężczyzn.
Byli to ci sami ludzie, którzy ich tutaj przywieźli. Kierowca nadal miał na sobie swój garnitur, a facet z pistoletem te same znoszone jeansy i tanią skórzaną kurtkę. Obaj mieli oliwkową skórę, czarne, błyszczące włosy i od dłuższego czasu się nie golili. Co ważniejsze, obaj trzymali broń automatyczną wetkniętą za pasek spodni.
Berry mrugnął do Khoury'ego.
- Przedstawienie czas zacząć - powiedział z rozbawieniem.
Khoury zatrząsł się z udawanej trwogi i też uśmiechnął się do przyjaciela.
Wówczas do pokoju wszedł trzeci mężczyzna. Miał podobny odcień skóry co tamci, ale wydawał się nieco starszy, na pewno był po czterdziestce. W szarym garniturze, czarnej, połyskującej koszuli bez krawata i czarnych sznurowanych butach prezentował się też znacznie poważniej niż jego wspólnicy. Nie uśmiechał się. Nie żeby tamci wyglądali na przyjaźnie nastawionych, ale jego wyraz twarzy był jeszcze bardziej złowieszczy.
Kierowca zamknął drzwi za nowo przybyłym, który zatrzymał się na środku pokoju.
Berry postanowił przejąć inicjatywę i podszedł do niego, dalej odgrywając swoją rolę.
- No dobrze, rozumiem, że mam powiedzieć teraz coś takiego: "Nie wiem, kim pan do cholery jest i co pan sobie wyobraża, ale jeśli nie chce pan się załapać na najbliższy lot do Guantanamo, sugeruję, żeby nas pan w tej chwili wypuścił, a my o wszystkim zapomnimy".
Mężczyzna stał nieruchomo, przyglądając mu się badawczo. Następnie zmierzył wzrokiem Khoury'ego, a na koniec z powrotem odwrócił się do Berry'ego.
- A jeżeli to nie wchodzi w grę - odezwał się Khoury - to nie ma problemu, możemy tu jeszcze chwilę posiedzieć. Ale bylibyśmy wdzięczni, gdybyście zamówili kuriera z Deliveroo, żeby przywiózł nam jakieś żarcie. Może hamburgery i frytki z GBK? Dla mnie średni z serem pleśniowym. - Popatrzył na Berry'ego. - Chcesz shake'a? Robią genialnego shake'a o smaku oreo.
Mężczyzna nie zareagował. Dalej wpatrywał się w nich bez słowa. Jeżeli jego kamienna twarz wyrażała cokolwiek, to chyba tylko lekką pogardę.
W końcu przemówił:
- Wy chyba nie zdajecie sobie sprawy z powagi sytuacji.
Khoury nie umiał jednoznacznie rozpoznać akcentu, ale ich porywacz na pewno spędził wiele lat w Wielkiej Brytanii.
Nie spuszczając oczu z pisarzy, mężczyzna wyciągnął zza pleców pistolet. Jednym płynnym ruchem przeładował broń, uniósł ją i wycelował prosto w głowę Berry'ego. Po kilku sekundach odwrócił się w bok i wziął na cel Khoury'ego.
Pisarze ani drgnęli.
Mężczyzna nieznacznie obniżył rękę i pociągnął za spust. Raz, dwa, trzy razy.
Ściany zatrzęsły się od huku wystrzałów. Materacem, na którym siedział Khoury, wstrząsnęły trzy małe eksplozje, w górę wyleciały kawałki sprężyn, pianki i obicia.
Khoury momentalnie zerwał się na równe nogi i spojrzał na Berry'ego, który był równie zszokowany. Mężczyzna opuścił broń, jeszcze raz zmierzył ich obu wzrokiem i kiwnął głową.
- Skoro już wiecie, że nie żartuję... może przejdziemy do interesów?
Reilly nie miał pojęcia, na ile kompetentni okażą się jego przeciwnicy, ale biorąc do ust kolejny kęs wrapa z kurczakową shoarmą, był pewien jednego: jeśli chodzi o libańską kuchnię, ci goście wiedzieli, dokąd się udać.
- Niewiarygodne - westchnął, patrząc, jak jego towarzysz przekłada sobie tabbouleh na liść sałaty.
- Brakuje mi tego w Kopenhadze - wydusił z siebie Malone, przeżuwając jedzenie. - Tam nie ma porządnych libańskich restauracji. W każdym razie nie na tym poziomie.
Reilly zanurzył trójkąt cienkiego, arabskiego chleba w hummusie i rozkoszując się smakiem, jeszcze raz rozejrzał się po lokalu.
Po jednej stronie długiej, wąskiej sali biegł kontuar z gęsto żyłkowanego marmuru w jaskrawym kolorze. Za nim na dwóch stojakach piekło się mięso na shoarmę - na jednym jagnięcina, na drugim kurczak. Obracały się wolno, opiekane gazowymi palnikami. Stał tam również podłużny grill na węgiel drzewny używany do kebabów oraz szeroki blat, na którym trzech kucharzy wzbogacało swoje dania rozmaitymi sosami i przybraniami. Przy barze, na wysokich stołkach, posilało się ośmiu klientów. Sami mężczyźni. Dwaj wyglądali na zaprzyjaźnionych z kucharzami, bo gawędzili z nimi swobodnie pomiędzy kolejnymi kęsami. Pod drugą ścianą, w całości pokrytą dużymi lustrami, ciągnął się rząd stolików. Reilly i Malone zajęli ten najbliżej drzwi, naprzeciwko rożnów z mięsem, gdzie kilku innych mężczyzn czekało na swoje zamówienia na wynos. Sądząc po nieprzerwanym strumieniu klientów przewijających się przez lokal, odkąd zjawili się w nim Amerykanie, interes kręcił się zupełnie nieźle.
Nikt spośród obecnych na sali specjalnie się nie wyróżniał, a Reilly i Malone nie mieli żadnych informacji, które pomogłyby w zidentyfikowaniu któregoś z podejrzanych. Mogli więc jedynie siedzieć i czekać w nadziei, że jeden z telefonów znów się uaktywni, specom z Centrali Łączności Rządowej uda się go namierzyć, a jego właściciel przy odrobinie szczęścia ponownie skieruje swe kroki do tej restauracji. Czas spędzany na bezczynnym czekaniu umilali sobie wybornym jedzeniem.
Reilly napił się coli i po raz kolejny rzucił okiem na swój telefon. Zasięg był świetny, ale centrala nic nie przysłała.
Właśnie sięgał znowu po miskę z hummusem, gdy do lokalu wszedł nowy klient. Był ubrany w ciemny, luźny garnitur - nic przesadnie drogiego - i koszulę bez krawata. Nie golił się od kilku dni i miał ciemne kręgi pod oczami. Było w nim coś, co od razu przykuło uwagę Reilly'ego, który dyskretnie zerknął na Malone'a. W nim także odezwał się instynkt. Agenci specjalni - w każdym razie ci naprawdę dobrzy - zauważają nawet najdrobniejsze szczegóły. Czasem rzuca im się w oczy coś, co da się jasno sprecyzować: na przykład kiedy dana osoba nerwowo rozgląda się naokoło, ma niepewny krok czy dziwnie napięte mięśnie ramion. W innych przypadkach jest to bardziej podświadome. Nie chodzi o nic konkretnego, tylko raczej o sumę zaobserwowanych drobiazgów w połączeniu z intuicją wyostrzoną przez lata praktyki.
To właśnie była jedna z takich chwil.
Dwaj agenci dalej jedli jak gdyby nigdy nic, a nowo przybyły podszedł do kasjera na końcu kontuaru i złożył zamówienie. Był za daleko, żeby mogli cokolwiek podsłuchać, ale zważywszy na to, jak długo to trwało i ile gotówki wyłożył na ladę, najprawdopodobniej zamawiał nie tylko dla siebie. Kasjer wręczył mu małą karteczkę, którą ten następnie podał jednemu z kucharzy pracujących bliżej drzwi wejściowych.
Reilly i Malone obserwowali ich interakcję. Klient wyraźnie należał do stałych bywalców. Uciął sobie pogawędkę z kucharzem, podczas gdy ten odcinał z obracających się słupków kawałki kurczaka i jagnięciny, które lądowały na małej, metalowej tacy. Potem, nie przerywając rozmowy, przesypał mięso na uprzednio rozłożone placki. Ze swojego miejsca Reilly i Malone nie widzieli dokładnie, ile porcji przygotowywał kucharz, ale ruchy jego rąk wskazywały na to, że około dziesięciu. Następnie odstawił tacę i zaczął dodawać warzywa: plastry pomidorów, cebuli, ogórków kiszonych i buraków. Kanapki z kurczakiem doprawił czosnkiem, a te z jagnięciną pastą sezamową zwaną tahini.
W pewnym momencie zapytał o coś klienta. Reilly na tyle dobrze znał arabski, że był w stanie zrozumieć, o czym mowa: kucharz pytał, czy mężczyzna w garniturze chce czosnek na wszystkich kanapkach z kurczakiem. Reilly wiedział, że to standardowe pytanie; nie każdemu odpowiadał mocny zapach czosnku.
Obserwowany przez nich człowiek w pierwszym odruchu przytaknął, ale za chwilę się rozmyślił i powiedział coś, co sprawiło, że Reilly'emu przyspieszyło tętno. Malone zobaczył to w oczach swojego towarzysza, który spojrzał na niego i ledwo zauważalnie skinął głową.
Klient powiedział: "Hutt ketchup' ala arba'a minnun. Hadol Amirkan ma bifhamu szi".
"Cztery niech będą z ketchupem. To Amerykanie, oni się nie znają".
W jego słowach kryła się ewidentna kpina. Kucharz zareagował śmiechem, po czym spytał, czy ma też dołożyć musztardę. Teraz z kolei roześmiał się klient i dorzucił kolejną uwagę, której Reilly nie zrozumiał do końca, ale która także rozbawiła obu rozmówców.
Nieważne. Reilly i tak usłyszał już dość.
Kanapki były przeznaczone dla jakichś Amerykanów, a w przechwyconej rozmowie telefonicznej pojawiła się wzmianka o "amerykańskich ekspertach". Gdy dołożyć do tego fakt, że samo pojawienie się tego faceta natychmiast uaktywniło u obu agentów wewnętrzny wykrywacz bandziorów, nagle to wszystko zaczęło wyglądać obiecująco.
W tym momencie mężczyzna odwrócił się. Jego wzrok padł na Reilly'ego i Malone'a, a oczy jakby mu zaiskrzyły. Trwało to sekundę, może dwie.
A potem wybiegł z restauracji.
- Za nim - powiedział Reilly, po czym obaj z Malone'em zerwali się z krzeseł i rzucili w pościg.
- Już coś dla mnie macie?
Człowiek, który kazał mówić na siebie Abul Mowt, stał przy drzwiach z ożywionym wyrazem twarzy.
- Szybko poszło - kontynuował. - Jesteście naprawdę dobrzy. - Popatrzył na swoich dwóch podwładnych i wyraźnie zadowolony z siebie wolno pokiwał głową, jakby chciał powiedzieć: "I właśnie dlatego to ja tu jestem szefem". Potem odwrócił się znowu do porwanych pisarzy.
- Mówcie.
- Właściwie - zaczął Khoury - to mam pewien pomysł, który planowałem wykorzystać w książce.
- Dobry pomysł - dodał Berry. - Nawet więcej niż dobry. Zobaczy pan.
- Słucham uważnie - powiedział porywacz.
- No dobrze. Chodzi o atak hakerski.
Khoury przerwał, żeby zobaczyć, jaka będzie reakcja.
Abul Mowt zmarszczył czoło.
- Masz na myśli włamanie się do systemu elektrowni atomowej, żeby wywołać stopienie rdzenia, albo coś w tym stylu?
- Nie, nie, nic z tych rzeczy - wyjaśnił pisarz. - To jest stara szkoła. Trudno o większy banał. Poza tym w takich miejscach zaczęli się lepiej pilnować jeszcze przed jedenastym września, a nawet przed pluskwą milenijną. Za dużo zabezpieczeń. Nie da się tam włamać.
- Za to da się włamać do banków - włączył się Berry.
- Do banków? - powtórzył nieco podniesionym głosem Abul Mowt. Nie wyglądał na zadowolonego. - Nie interesują mnie pieniądze. Chce sprawić, żeby ludzie cierpieli.
- Cierpliwości - uspokoił go Khoury. - Zaraz pan będzie miał swoje cierpienie.
- Nie mamy na myśli kradzieży pieniędzy - powiedział Berry. - Tylko wymazanie ich z systemu. Tak, żeby zniknęły bez śladu.
Abul Mowt wydawał się zdezorientowany.
- Jak to "zniknęły"? Nie da się usunąć pieniędzy.
- Nie - wyjaśnił Khoury, rzucając okiem na Berry'ego. - Nie chodzi nam o ich usunięcie. Chodzi o wymazanie wszelkich informacji dotyczących pieniędzy. Od góry do dołu. Rejestry bankowe każdego z nas, oszczędności, depozyty, zadłużenie na kartach kredytowych, kredyty, hipoteki. Wszystko wyczyszczone, za jednym zamachem.
Obaj pisarze uważnie obserwowali swojego porywacza, próbując wyczytać cokolwiek z jego twarzy. Wydawał się zatopiony w myślach. Ewidentnie ich pomysł nie zrobił na nim wielkiego wrażenia.
- Jakie to cierpienie? - zapytał po dłuższej chwili.
- Żartuje pan? - oburzył się Khoury. - Proponujemy panu chaos na skalę apokaliptyczną. Gospodarczy kataklizm. Wielki Kryzys się nie umywa. Za pana sprawą Ameryka cofnie się do czasów Dzikiego Zachodu. Albo jeszcze gorzej. To będzie jak w Drodze McCarthy'ego.
- Albo w Mad Maksie - dorzucił Berry.
- Albo w Wodnym świecie, tylko bez wody.
- To praktycznie to samo.
- Fakt.
- Wystarczy - uciął porywacz. - Posłuchajcie, chcę dokonać czegoś wielkiego. To musi być coś głośnego, widowiskowego. I chcę, żeby zginęli ludzie.
- No tak, ale ten pomysł jest o wiele lepszy - przekonywał Khoury. - Bardziej wyrafinowany. Subtelny.
- Jak kara tysiąca cięć - dodał Berry. - Ujmując to metaforycznie.
Khoury rzucił mu wymowne spojrzenie, jakby chciał powiedzieć: "Nie przesadzaj z tym słownictwem". Berry posłał mu dyskretny śmiech.
- Ale wasz kraj już przeżył załamanie gospodarcze - stwierdził Abul Mowt. - Kilka lat temu. Banki, koncerny motoryzacyjne, wszyscy zbankrutowali. Wasz rząd po prostu udzielił im ogromnej pomocy finansowej i wszystko wróciło do normy. W tym przypadku skończyłoby się tak samo.
- Nie - odparł Berry. - To coś zupełnie innego. Mówię panu, to będzie największy cios, jaki kiedykolwiek zadano temu państwu.
- A my powiemy panu, jak to zrobić - dodał Khoury. - Nie tylko powiemy. Pomożemy panu. Bo będzie pan potrzebował pomocy. Hakerów. Poważnych zawodników. To nie będzie proste. Żaden genialny plan nie jest prosty. Ale my wiemy, gdzie ich szukać.
- I jak z nimi rozmawiać - dodał Berry. - Umiemy do nich dotrzeć.
Abul Mowt nie wydawał się przekonany. Tak naprawdę wyglądał na lekko przygnębionego.
- Co? - zapytał Khoury
- Sam nie wiem - powiedział porywacz. - Po prostu jakoś inaczej to sobie wyobrażałem. Wasz plan nie sprawia wrażenia... czegoś wielkiego.
- Ależ to jest coś wielkiego, przeogromnego - obstawał przy swoim Khoury.
- Nie o to mi chodzi - wyjaśnił mężczyzna. - Jeżeli to zrobimy... jak to będzie wyglądało w wiadomościach? Co ludzie zobaczą w telewizji? Jaki będzie straszliwy obraz, który na zawsze zostanie im w pamięci? Czarne ekrany bankomatów w całym kraju? Ludzie siedzący przed swoimi laptopami i lamentujący nad wyciągiem z konta bankowego?
- Proszę posłuchać. Porwaliście nas, ponieważ uznał pan, że jesteśmy dobrzy w swoim fachu. To jest rewelacyjna intryga, zapewniam pana. To materiał na pierwszą piątkę bestsellerów "New York Timesa", co najmniej.
Berry pokiwał głową.
- Absolutnie.
Ich porywacz nadal bił się z myślami.
- Jakoś tego nie widzę. To się nie wydaje dostatecznie... dramatyczne. Ani ekscytujące.
Khoury spojrzał na Berry'ego, który rozłożył ręce i zrezygnowany wzruszył ramionami.
- Nie - powiedział mężczyzna już bardziej zdecydowanym tonem. - To nie jest to, czego szukam. Cała ta zabawa w hakerstwo... To tylko cyferki i literki na ekranie. Nie ma w tym nic prawdziwego, nic trwałego. Coś takiego szybko idzie w zapomnienie. - Pokręcił wolno głową i dodał ponurym, pełnym rozczarowania głosem: - Zrobiłem internetowy kurs chemii. Chodziłem na lekcje szybkiej jazdy. Godzinami siedziałem przed symulatorem, ucząc się pilotowania samolotu i śmigłowca. Robiłem wszystko, żeby jak najlepiej się przygotować. A wy chcecie wykorzystać hakerów?
- Życzył pan sobie czegoś oryginalnego - przypomniał Berry.
Abul Mowt pokręcił głową i westchnął.
- To wszystko, co dla mnie macie? - zapytał, mierząc wzrokiem pisarzy.
Nie mieli nic do dodania.
- W porządku - powiedział, wyraźnie rozdrażniony. - Miałem nadzieję, że wymyślicie coś specjalnego, ale... Trudno. W takim razie pozostańmy przy najprostszych rozwiązaniach. Niech będzie bomba. Atomowa, brudna, obojętne jaka.
W tym momencie rozległ się dzwonek telefonu.
Mężczyzna wyciągnął komórkę, powiedział kilka słów po arabsku i szybko się rozłączył.
- Czas na mnie. Muszę się zająć nowymi gośćmi.
Jego twarz przybrała złowrogi wyraz. Uniósł rękę z groźnie wystawionym palcem.
- Znajdźcie mi coś efektownego do wysadzenia w powietrze. I niezawodny sposób, żeby to zrobić. I pospieszcie się. Moja cierpliwość ma swoje granice.