Wańkowicz. Życie na kraterze - Łukasz Garbal

Kup ebooka

95.90 zł
73.84 zł (52,75 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis treści

Seria Strona tytułowa Strona redakcyjna --- ROZDZIAŁ I Rojst. Białorus­kie bagnis­ka i legendy (1892-1902) Drzewo genealogiczne Amerykań­ski młyn ojca Melchiora Być Polakiem na ziemiach zabranych? Między walką a ugodą Patriotyzm kalafiorowy - powstaniec aktywistą Polskie wyspy na białorus­ko-żydowskim oceanie Białorus­kie Przeminęło z wiatrem Portret ojca "Na trzeci dzień po powrocie z Karlsbadu zmarł" Sieroc­two Marszałkowa z Laudy Zgorszenie nad Niewiażą Rozdarcie - granica ROZDZIAŁ II Miasto. Szkoła, konspiracja, areszt (1903-1911) "Zgasła gwiazda babki śmietankowej" Tworzenie konspiracji razem z przyszłym szefem sztabu Armii Krajowej Zapomniana rewolucja - walka o prawo do edukacji w języku polskim W co był bity papież Grzegorz VII? Rewolucyjna "Fala". Debiut literac­ki i wydawniczy Bojkot państwowego szkolnic­twa "Jerzy Łużyc" Anty­rusyfikacyjny "Patronite" Przeciw polaryzacji Szlachta nie pracuje? To niepodległości nie będzie "Równość równo­ścią, ale ty, chamie, pana znaj, rozumiej łaskę" Paliwo na trudną drogę znaleźć w Słowac­kim Amant i arogant "Milcz, bo w mordę dam" ROZDZIAŁ III Masa i maszyna. Uniwersytet i wojna (1911-1918) Krakowska nowoczesność. Auto­mobil i równo­uprawnienie kobiet "Zosieńka". Patriotka i działaczka kobieca "Jak można ufać człowiekowi bez paszportu?" Historyk, ekonomista, prawnik Przypisy

Punkty orientacyjne

Okładka Strona tytułowa Prawa autorskie Spis treści Przypisy końcowe

Przypisy

ROZDZIAŁ II Miasto. Szkoła, konspiracja, areszt (1903-1911)

1 MW, Nie było nas, był las..., dz. cyt.

2 M. Barcik i in., Corpus Studiosorum..., dz. cyt., s. 324.

3 Ze sportu. Konkurs strzelec­ki, KW 1903, nr 186, s. 3.

4 M. Kurzyna, O Melchiorze Wańkowiczu - nie wszystko, Warszawa 1975, s. 38. Już sam tytuł tej książki mógł być sygnałem wysłanym wyczulonemu na takie komunikaty czytelnikowi z lat PRL, że z powodu presji cenzury autor nie mógł napisać o ważnych aspektach biografii Wańkowicza (szczególnie o latach przed­wojennych i emigracyjnych). Mimo tych ograniczeń biografia Kurzyny pozostaje ważnym źródłem dla zainteresowanych Wańkowiczem. W omawianym przypadku Kurzyna powołuje się na rozmowę z samym pisarzem.

5 KW 1901, nr 232, s. 10; KW 1901, nr 241, s. 9.

6 Zakopane i Tatry. Kalendarzyk tatrzań­ski. Rocznik pierwszy. Krótki przewodnik po Zakopanem (stacyi klimatycznej) i Tatrach z planem Zakopanego i szkicem mapy środkowego pasa północnej strony Tatr, Kraków 1901, s. 74.

7 R. Dutkowa, Edukacyjny róg obfitości [w:] Zakopane - czterysta lat dziejów, red. R. Dutkowa, Kraków 1991, t. 2, s. 539.

8 APR, PZ 10078 [0]; PZ 10078. Wspomnienie Wańkowicza, jeżeli chodzi o emocje, jest zapewne zgodne z faktami, niekoniecznie zaś prawdziwe są data i osoby (podawał rok 1897 i trzymanie się za spódnicę matki; mogła to być spódnica babki albo opiekunki).

9 APR, 5599 [2], Parnasik, 11.06.1960.

10 Archiwum PAN, materiały Romana Szwoynic­kiego, 39, k. 72, list Feliksy Szwoynic­kiej z dopis­kiem Reginy Wańkowiczówny do Romana Szwoynic­kiego, 13.04.1906. W liście brakuje daty rocznej, ale łatwo ustalić, że pochodzi z 1906 roku, ponieważ Feliksa wyraża w nim żal z powodu śmierci brata Romana, Ludomira. Za odnalezienie dokumentu dziękuję Katarzynie Słojkowskiej.

11 Zob. Spółki handlowe. (Zawarte w ostatnich czasach), KW 1903, nr 263, s. 11.

12 Zob. źródłowe ustalenia Zbigniewa Fałtynowicza: Z. Fałtynowicz, Aleksander Miłosz, ojciec Czesława [w:] Zagadnienia bilingwizmu. Seria II: Rodzina Miłoszów i rody pogranicza polsko-litewskiego. Studia, red. naukowa A. Baranow, J. Ławski, A. Romanik, Białystok­-Vilnius 2022, s. 29-45.

13 Ossolineum, rps sygn. 16181 II/1, K. Wańkowicz, Urywki wspomnień, Londyn 1978, k. 53.

14 M. Kurzyna, O Melchiorze Wańkowiczu - nie wszystko, dz. cyt., s. 38.

15 AOK, sygn. FOK/164/24, Elżbieta Bobiń­ska, Mono­grafia XVIII Liceum Ogólnokształcącego im. Jana Zamoys­kiego w Warszawie¸ Warszawa 1978 (praca magisterska pisana pod kierunkiem prof. dr. hab. Mieczysława Pęcherskiego), k. 7, 8.

16 JGMW, s. 360 (list z 15.12.1952). Nie wszystkie listy zostały w tym tomie wydrukowane, często cytuję je bezpośrednio z manuskryptów, co sygnalizuję w przypisach. Daty listów z tej edycji podaję w przypisach, tylko gdy ma to szczególne znaczenie w narracji. Wymieniam też jedynie korespondentów innych niż Giedroyc i Wańkowicz (w edycji czasem publikowane są listy innych osób).

17 MW, Tędy i owędy, 1961, s. 9.

18 Smolna 30. Gimnazjum im. Jana Zamoys­kiego, red. J. Durko i in., Warszawa 1989, s. 97.

19 AOK, sygn. FOK/164/24, k. 8, 21.

20 Zob. P. Sosnowski, 1. Kartki z przeszłości szkoły średniej i jej nauczycielstwa w Królestwie Kongresowem [w:] Nasza walka o szkołę polską 1901-1917. Opracowania, wspomnienia, dokumenty zebrała Komisja Historyczna pod przewodnic­twem Prof. Dra Bogdana Nawroczyń­skiego, t. 2, s. 230, 231. Od 1903 roku na zebraniach obywatelskich klarowało się stanowis­ko, że naj­lepiej przed rusyfikacją chronią szkoły bez praw rządowych, mające jednak jako nauczycieli samych Polaków.

21 MW, Przez trzy epoki, "Kierunki" 1965, nr 40, s. 9.

22 MW, 66 lat tradycji, "Za i Przeciw" 1972, nr 3, s. 18.

23 Zob. AOK, sygn. FOK/164/24, k. 20; Smolna 30, dz. cyt. Zob. też listy maturzystów - według danych Stowarzyszenia Wychowanków Gimnazjum i Liceum im. Jana Zamoys­kiego - opublikowane w tomie zbiorowym Smolna 30, dz. cyt. Trzeba pamiętać, że listy zawierają literówki w nazwis­kach., na przykład Matras - właśc. Matraś, Pentzler - właśc. Penther.

24 JGMW, s. 186 (list Melchiora Wańkowicza do Juliusza Mieroszewskiego).

25 MW, Tędy i owędy, 1961, s. 34. "Mundek" to zapewne Edmund Oliń­ski.

26 W wydanym w PRL Tędy i owędy nazwis­ko Pełczyń­skiego wprawdzie pada, ale bez tego kontekstu, mimo że spotykali się także na emigracji. Być może powodem była cenzura.

27 AOK, sygn. FOK/164/24, k. 33.

28 W rzeczywistości należeli do tego samego pokolenia: Wacław był wnukiem Walentego Wańkowicza; Melchior był wnukiem brata Walentego, Karola. Pisarz był jednak o ponad trzydzieści lat młodszy od Wacława, stąd zrozumiały, choć niepoprawny tytuł "stryj Wacław".

29 Wówczas nazywano ją po pro­stu biblioteką miejską.

30 Ossolineum, rps sygn. 16181 II/1, k. 54.

31 MW, Na tropach Smętka, 1936, s. 18. Nazwis­ka Pasternaka nie znalazłem na listach absolwentów szkoły Chrzanowskiego, być może było to przezwis­ko, a może szkoły nie ukończył.

32 J. Kędzierski, Kartka z życia "Mela", "Stolica" 1985, nr 45, s. 22.

33 Ossolineum, rps sygn. 16181 II/1, k. 54.

34 Ossolineum, rps sygn. 16181 II/1, k. 58.

35 Zdarzenia, zgrupowane dokoła wypadków w zaborze rosyjskim [w:] Nasza walka o szkołę polską 1901-1917, dz. cyt., t. 2, s. 520-531. Tę wydaną w dwóch tomach pracę można traktować jako podstawowe źródło wiedzy o ówczesnych zdarzeniach, ponieważ w latach PRL fałszowanie historii dotyczyło także strajku szkolnego (pomniejszano znaczenie konspiracji ZET-owskiej, nieproporcjonalnie dużą wagę przypisując inspiracjom lewicowym).

36 MW, 66 lat tradycji, dz. cyt., s. 18. Według innego źródła (Zdarzenia, zgrupowane dokoła wypadków..., dz. cyt., s. 520-531) do wiecu doszło 11 lutego 1905 roku.

37 AOK, sygn. FOK/164/24, k. 10. Autorka cytuje wspomnienie Antoniego Bogusławskiego ze szkolnego pisma z 1938 roku.

38 Zob. H. Ceysingerówna, Liga Narodowa i Związek Unarodowienia Szkół w walce o szkołę polską [w:] Nasza walka o szkołę polską 1901-1917, dz. cyt., t. 2, s. 55, 69; P. Sosnowski, Kartki z przeszłości..., dz. cyt., s. 237.

39 Światowy, W polskiej szkole. Wrażenia i notatki, "Świat" 1906, nr 16, s. 9-11. Zob. też: Smolna 30, dz. cyt., s. 279, 298.

40 Zob. "Wędrowiec" 1906, nr 31, s. 608.

41 Zob. np. T. Kotarbiń­ski, Strzępy wspomnień z bojkotowych czasów [w:] Nasza walka o szkołę polską 1901-1917, dz. cyt., t. 2, s. 439.

42 AOK, sygn. FOK/164/24, k. 22.

43 AOK, sygn. FOK/164/24, k. 17.

44 Liczba ta zmniejszy się później wraz z powstawaniem innych polskich szkół. Zob. AOK, sygn. FOK/164/24, k. 22. Przeszło rok trwały jeszcze negocjacje dotyczące możliwości uczenia po polsku także historii i geo­grafii, ostatecznie zakończone niepowodzeniem. Zob. A. Śledziń­ski, O strajku szkolnym i o pierwszej szkole polskiej [w:] Smolna 30, dz. cyt., s. 98.

45 AOK, sygn. FOK/164/24, k. 27.

46 MW, Przez trzy epoki, dz. cyt.

47 AOK, sygn. FOK/164/24, k. 36.

48 MW, Przez trzy epoki, dz. cyt.

49 Zob. Lista pro­fesorów gimnazjum generała Pawła Chrzanowskiego 1905-1915 [w:] Smolna 30, dz. cyt., s. 315. Na liście figuruje Aniela Pleszczyń­ska, nie ma na niej jednak nikogo o nazwis­ku Lasoc­ki.

50 A. Śledziń­ski, O strajku szkolnym i o pierwszej szkole polskiej [w:] Smolna 30, dz. cyt., s. 100.

51 MW, Przez trzy epoki, dz. cyt.

52 Wańkowicz krzepi, dz. cyt., s. 38.

53 AAN, Organizacje młodzieżowe - zbiór akt, sygn. 2/75/0/-/1, zbiór czasopism szkolnych łącznie z 2 spisami własnoręcznymi Melchiora Wańkowicza 1905-1917. Zob. też: MW, Nielegalne pismo uczniowskie. (Z powodu 15-lecia Szkolnic­twa Polskiego w Królestwie), KP 1930, nr 150, s. 7.

54 AOK, sygn. FOK/164/24, k. 51.

55 Prawdo­podobnie chodzi o tę szaradę: AAN, Organizacje młodzieżowe - zbiór akt, sygn. 2/75/0/-/1, k. 234, 234v, "Osa" 1906, nr 1, s. 15, s. 16 (objaśnienie).

56 Tamże, k. 154v.

57 AOK, sygn. FOK/164/24, k. 50.

58 W 1919 roku nazwa zmieni się na Związek Ludowo­-Narodowy, a w 1928 roku na Stronnic­two Narodowe.

59 Sekcja Koronna i Sekcja Litewsko­-Rus­ka wywodziły się z Sekcji Pro­wincjonalnej Centralnego Komitetu Organizacji Uczniowskich, ale tak naprawdę władzę nad Organizacją Młodzieży Narodowej Szkół Średnich miał właśnie PET. Więcej zob. ZET w walce o niepodległość i budowę państwa. Szkice i wspomnienia, red. T. W. Nowac­ki i in., Warszawa 1996; P. Olstowski, Na marginesie dziejów Związku Młodzieży Polskiej ZET i organizacji pochodnych. Artykuł recenzyjny, "Czasy Nowożytne" 1999, t. 7, s. 125-144; "Niepodległość i Pamięć" 1998, nr 13, s. 97-111; tenże, PET i Organizacja Młodzieży Narodowej w Częstochowie w latach 1904-1914. Przyczynek do dziejów ruchu zetowego w Królestwie Polskim przed 1 wojną światową, "Czasy Nowożytne" 2001, t. 10 (11), s. 119-146; T. W. Nowac­ki, Zwycięs­ka walka młodzieży o szkołę polską 1901-1917, "Niepodległość i Pamięć" 2007, nr 26, s. 37-91.

60 ML, rps inw. 858, auto­życiorys Melchiora Wańkowicza. Nie znalazłem potwierdzenia w innych źródłach; w innej notce auto­biograficznej odmiennie określi on swoją przywódczą rolę, pisząc, że był "starszym Petu [...] na całe Królestwo". Zob. AIL, KOR RED Wańkowicz, t. 1, k. 222, notatka Wańkowicza dołączona do listu do "Kultury" przeznaczona do druku przy pierwszym fragmencie tekstu Gąsior, wysłana jesienią 1952 r.

61 MW, Jeden Polski Dzień, "Nowy Świat", 20.01.1956; Wańkowicz krzepi, dz. cyt., s. 79.

62 Później zmieniło nazwę na "Dla Polski".

63 MW, Nielegalne pismo uczniowskie, dz. cyt., s. 7.

64 Tamże.

65 Redakcja, [bez tytułu], "Wici. Czasopismo Młodzieży Polskiej" 1910, nr 1, s. 3, 4. Egzemplarz jest trudno dostępny, w zbiorze gazetek szkolnych i konspiracyjnych Wańkowicza w Archiwum Akt Nowych zachowała się tylko... okładka. Zob. AAN, Organizacje młodzieżowe - zbiór akt, sygn. 2/75/0/-/1. Całość: BN, sygn. P.26482 Cym.

66 MW, Przez trzy epoki, dz. cyt. Zob. H. Ceysingerówna, Liga Narodowa..., dz. cyt., s. 69; P. Sosnowski, Kartki z przeszłości..., dz. cyt., s. 236, 237. Zob. też: Ważniejsze momenty walki o szkołę polską w układzie chronologicznym [w:] Nasza walka o szkołę polską 1901-1917, dz. cyt., t. 2, s. 528, 529.

67 Niektóre środowis­ka ZET-u pozostaną dłużej związane z endecją, na przykład we Lwowie; kluczowa w omawianym kontekście jest jednak sytuacja w zaborze rosyjskim.

68 Nasze postulaty w chwili obecnej, "Wici. Czasopismo Młodzieży Polskiej" 1910, nr 1, s. 4-13. Artykuł nie jest podpisany, więc należy uznać, że pochodzi od redakcji; niewykluczone jednak, że jego auto­rem był Wańkowicz.

69 MW, Nielegalne pismo uczniowskie, dz. cyt. Na marginesie warto dodać, że pismo, choć było nielegalne, drukowano później w normalnej drukarni. Druk odbywał się jednak nocą, organizacja płaciła wyższą stawkę, a gazetkę czytywał też nauczyciel Dubrowski, liberalny Rosjanin.

70 J. Łużyc [MW], Szkoła polska w życiu Narodu, "Wici. Czasopismo Młodzieży Polskiej" 1910, nr 2, s. 1-6.

Można się zastanawiać, czy Wańkowicz był auto­rem lub współ­twórcą wydanej wówczas broszurki Sprawa szkolna w Królestwie Polskiem. R. 1910, podającej według omówienia podobny ciąg argumentacyjny, wspomnianej w przywołanym numerze "Wici".

71 J. Łużyc [MW], Szkoła polska w życiu Narodu, dz. cyt.

72 Z Grunwaldu, "Wici. Czasopismo Młodzieży Polskiej" 1910, nr 2, s. 10; Zjazd młodzieży szkół średnich z Królestwa Polskiego, "Wici. Czasopismo Młodzieży Polskiej" 1910, nr 2, s. 6-8. Warto pamiętać, że informacja w tym piśmie prezentowana była z punktu widzenia środowis­ka blis­kiego ZET-owi, czyli konkurencyjnego wobec ruchu socjalistycznego (Związku Młodzieży Postępowej). Sam Wańkowicz pisał wręcz, że przewodniczył temu zjazdowi. Zob. ML, rps inw. 858, auto­życiorys Melchiora Wańkowicza.

73 ML, rps inw. 858, auto­życiorys Melchiora Wańkowicza.

74 S. Rowec­ki, Przez "zieloną granicę" do Niepodległości [w:] tegoż, Wspomnienia i notatki auto­biograficzne (1906-1939), wybór tekstów A. K. Kunert, J. Szyrmer, Warszawa 1988, s. 23.

75 T. W. Nowac­ki, Szkic do dziejów ZET-u [w:] ZET w walce o niepodległość..., dz. cyt., s. 93.

76 B. Łaszewski, W. Szyszkowski, Członkowie ruchu ZET-owego na emigracji [w:] ZET w walce o niepodległość..., dz. cyt., s. 562.

77 B. Mańkowski, Stypendia koleżeń­skie, "Stolica", 1985, nr 45, s. 24.

78 ML, rps inw. 858, auto­życiorys Melchiora Wańkowicza. Zob. też: M. Kurzyna, O Melchiorze Wańkowiczu - nie wszystko, dz. cyt., s. 46. Wańkowicz był pochodzącym z wyboru szefem sekretariatu, mającym sprawować władzę nad organizacją w Kongresówce (funkcję tę okreś­lano różnie: "starszy", "sekretarz generalny", "przewodniczący sekretariatu").

79 Opis według subiektywnej relacji Wańkowicza. Zob. MW, Nielegalne pismo uczniowskie, dz. cyt.

80 ""Dla Polski" dawniej "Wici". Czasopismo Młodzieży Polskiej" 1911, nr 1 (3). Zob. Ossolineum, sygn. 291.416. Dziękuję Annie Frett za pomoc w dotarciu do egzemplarza.

81 JGMW, s. 329 (list z 24.09.1952, załączony do listu z 17.10.1952).

Zob. Z. Oksza, Refleksje Zjazdowe, "Wici. Czasopismo Sekcji Koronnej Organizacji Młodzieży Niepodległościowej (dawniej: Sekcji Koronnej Org. Mł. Narodowej)" 1911, nr 3, s. 13, 14.

82 W "Wiciach" pisano nie tylko o czysto ideowych, ale także o charakterologicznych przyczynach rozłamu ("zasadnicze różnice typów"), który dokonał się - według tej relacji - "z westchnieniem ulgi". Zob. Z. Oksza, Refleksje Zjazdowe, dz. cyt., s. 14. Zob. też: Powojczyk [NN], Z pism młodzieży. "Dla Polski" (Nr 2 i 3... [...], "Wici. Czasopismo Sekcji Koronnej Organizacji Młodzieży Niepodległościowej. (dawniej: Sekcji Koronnej Org. Mł. Narodowej)" 1912, nr 4, s. 20, 21.

83 Tekst ma dwie wersje - drukowaną w czasopiśmie i w książce zbiorowej: J. Łużyc [MW], Konarski a Budzisz, "Młodzież. Pismo młodzieży polskiej" 1911, nr 5, s. 12-23; W. [MW], Budzisz. Naj­bliższy horyzont za naszemi "wrotami życia" [w:] U wrót życia, Warszawa 1911, s. 8-14 (z dopis­kiem: "Fragment większej całości").

84 W. [MW], Budzisz. Naj­bliższy horyzont za naszemi "wrotami życia", dz. cyt., s. 10, 11.

85 MW, "Ja" osobiste a społeczeństwo [w:] Bez przyłbicy, Warszawa 1912, s. 68-106.

86 MW, Zamiast przed­mowy [w:] tegoż, Przez cztery klimaty. 1912-1972, wyb. A. Garlic­ki, oprac. przypisów A. Chojnowski, A. Makowiec­ki, A. Notkowski, Warszawa 1972, s. 7.

87 Przy rozstaniu [w:] Bez przyłbicy, dz. cyt., s. 3.

88 Q. S. Żelewski, "My życiem głodni i za życiem zrozpaczeni" [w:] Bez przyłbicy, dz. cyt., s. 52, 58, 67.

89 Z.J.N., "Miłość w obrazach i w pieśni", KW 1911, nr 66, s. 7, 8. Istnieje oczywiście możliwość, że chodziło o innego "Mel. Wańkowicza" - nie znalazłem jednak wzmianek o innym człowieku noszącym takie samo imię i nazwis­ko w tym miejscu i czasie.

90 J. Kędzierski, Kartka z życia "Mela", dz. cyt.

91 MW, Nielegalne pismo uczniowskie, dz. cyt.

92 Uczniowie w areszcie, KP 1911, nr 286, s. 3.

93 Trzy miesiące więzienia administracyjnego za policzek, "Nowości Illustrowane" 1911, nr 43, s. 15.

94 Jego tożsamości w późniejszych wspomnieniach nie chciał zdradzić, naj­prawdopodobniej jednak chodziło o Ludwika Stefana Witolda Meklenburga, którego nazwis­ko czasem zapisywano "Meklemburg". Zob. Z żałobnej karty, "Gazeta Poranna 2 Grosze" 1916, nr 166, s. 2; Ze szkół, KW 1911, nr 174, s. 11.

95 Niestosowna polemika, "Wici. Czasopismo Sekcyi Koronnej Zw. Mł. N." 1911, nr 1, s. 23.

96 MW, Niefortunna rozprawa z łamistrajkiem. (Z powodu 25-lecia strajku szkolnego w Królestwie), KP 1930, nr 296, s. 3.

97 Centralniak - Areszt Centralny, jedno­stka pomocnicza X Pawilonu Cytadeli Warszawskiej i Pawiaka, ironicznie zwany "Bristolem". Zob. J. Zieliń­ski, Tajemnice Centralniaka, "Stolica" 2017, nr 9, s. 74.

98 W oryginale, niewątpliwie błędnie: "Ziółkiewskiego". Zob. MW, Tędy i owędy, 1961, s. 36 (wspomnienie rozbudowane, ale późniejsze).

99 B. Mańkowski, Stypendia koleżeń­skie, dz. cyt. Wańkowicz po latach wspominał, że jego towarzyszem "spod celi" był redaktor pism SDKPiL o nazwis­ku Milewski, który w okresie między­wojennym miał pracować w fabryce zapałek w Mszczonowie. Zob. MW, Tędy i owędy, 1961, s. 37, 39. Przypuszczam, że opowieść ta była w większości zgodna z prawdą, nie znalazłem jednak jej niezależnego potwierdzenia. W cytatach odwołuję się do naj­starszej z opowieści Wańkowicza na ten temat, jaką znalazłem - jako naj­mniej zmienionej przez naturalne mechanizmy pamięci.

100 Zob. np. MW, 66 lat tradycji..., dz. cyt., s. 19.

101 Zob. np. Co słychać nowego?, KP 1911, nr 310, s. 2.

102 MW, Tędy i owędy, 1961, s. 41-51.

ROZDZIAŁ I Rojst. Białorus­kie bagnis­ka i legendy (1892-1902)

Paradoksalny jest już sam rok urodzenia Wańkowicza. Według oficjalnie obowiązującego wówczas w państwie rosyjskim kalendarza juliań­skiego autor Karafki La Fontaine'a urodził się 25 grudnia 1891 roku1. Polacy używali jednak kalendarza gregoriań­skiego - była to jedna z form oporu wobec zaborcy, sposób na zaznaczenie kulturowej odrębności od Rosji. Dlatego też Wańkowiczowie i ich sąsiedzi - tak samo jak my dzisiaj - za rok urodzenia Melchiora Wańkowicza uznawali 1892.

Na tym jednak nie koniec: sam Wańkowicz przyjmował później za dzień swoich urodzin 10 stycznia 1892 roku - podczas gdy to 6 stycznia był gregoriań­skim odpowiednikiem pierwszego dnia świąt Bożego Narodzenia według kalendarza juliań­skiego (kiedy to - według pamiętnika starszej siostry oraz curriculum vitae złożonego na Uniwersytecie Warszawskim - pisarz przyszedł na świat).

Czyżbyśmy zatem przez długie lata mylili się co do daty narodzin autora Ziela na kraterze?2

Sytuację komplikują dodatkowo archiwa SB, według których Wańkowicz urodził się w... Związku Radziec­kim3 (przy czym to oczywiście sowiec­ka optyka, próbująca zawłaszczyć zarówno przestrzeń, jak i czas).

Metrykalne niejasności stanowią zaledwie początek paradoksów związanych z Wańkowiczem.

Drzewo genealogiczne

"Urodziłem się i wychowałem w domu pełnym zacności" - zaczyna się ironicznie jedna z nowel Gombrowicza4. Wańkowicz o swojej rodzinie, będącej odnogą rodu zamieszkującego od stuleci ziemie dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego, mógłby powiedzieć to samo, tyle że bez ironii.

Badacz genealogii Szymon Konarski pierwsze wzmianki o Wańkowiczach odnalazł w dokumentach z pierwszej ćwierci XVI wieku5. Matecznik rodu stanowiła ziemia miń­ska. Stefan Wańkowicz, przodek Melchiora, był odpowiednikiem Wojskiego z Pana Tadeusza - za czasów króla Stefana Batorego sprawował pieczę nad rodzinami szlachciców w trakcie pospolitego ruszenia.

Wańkowiczowie oczywiście woleliby swojego praprzodka widzieć raczej w kniaziu o imieniu Wańko, rzekomym zięciu Kiejstuta, i sam pisarz będzie wiódł z genealogiem spór na ten temat. Konarski przekonująco jednak dowodził, że pierwsze wzmianki o owym Wańce znalazły się dopiero w osiemnastowiecznym herbarzu Niesiec­kiego i dlatego należy je uznać za mało wiarygodne6.

Wańkowicz nie mógł narzekać na bujność drzewa genealogicznego: jeden z jego przodków walczył w wojnie domowej w 1700 roku przeciwko Sapiehom7, inny podpisał akt konfederacji targowic­kiej, a któryś wziął nawet udział w amerykań­skiej wojnie domowej. W różnych swoich liniach byli kuzynami Moniuszków czy Wołodkowiczów (o jednym z nich pisał Mickiewicz w Panu Tadeuszu: "[...] pan dumny, zuchwały, / Co rozpędzał sejmiki, gwałcił trybunały", a w pomijanym w pamięci zbiorowej przypisie dodał: "Po licznych burdach pochwycony w Miń­sku i za dekretem trybunału rozstrzelany")8.

Z Mickiewiczami też zresztą Wańkowiczowie byli spowinowaceni - i to z tymi z "lepszej" linii, Rymwid­-Mickiewiczów.

"Wańkowiczów było jak "rojstu" w Mińszczyźnie i wygodniej było przezywać ich od majątku, albo, jeżeli imię ojca było rzadkie, z ojca"9 - pisał sam Wańkowicz, w poetyc­ki sposób malując reportażowe tło zgodne z faktami. Sam nosił imię po ojcu, także Melchiorze, z Kalużyc (majątku położonego mniej więcej trzydzieści kilka kilometrów na południowy zachód od Borysowa; nazwę zapisywano czasem przez "ł").

Rojsty kojarzą się nam z Litwą - i słusznie, bo to spolonizowane litewskie "raistas" - ale Litwa Wańkowicza to raczej historyczne Wielkie Księstwo, a zatem w głównej mierze dzisiejsza Białoruś. Rojst oznacza zbiorowis­ko roślin krzewiących się na terenach podmokłych: połączone ze sobą karłowate drzewa i krzewinki, zanikające przy osuszaniu. Okreś­lano tak w ogóle bagna i mokradła charakterystyczne dla okolicy Berezyny, gdzie urodził się pisarz, w których topili się napoleoń­scy żołnierze w roku 1812, obserwowani przez innego Wańkowicza, syna jednego z wcześniejszych kalużyc­kich Melchiorów - Walentego, sławnego malarza, autora portretu swojego przyjaciela Mickiewicza na Judahu skale.

Te bagna i mokradła nie tyle były liczne w tej okolicy, ile właśnie one były okolicą - tak jak pustynia w Egipcie, dżungla w Amazonii, tajga na Syberii. W powiecie ihumeń­skim miń­skiej guberni był po pro­stu rojst.

I Wańkowiczowie.

---

Kalużyce pojawiają się w dokumentach jako dziedzic­two Melchiora Wańkowicza, syna cześnika i sędziego miń­skiego Aleksandra10. Tenże Melchior, założyciel linii kalużyc­kiej, był pradziadem naszego Melchiora, ojcem malarza Walentego, Stanisławy i Karola, którego syn i naj­młodszy z wnuków będą Melchiorami drugim i trzecim w tej linii. Karol, dziadek pisarza, syn Melchiora "pierwszego", za żonę wziął Rozalię, prawdo­podobnie także z Wańkowiczów11.

Melchior, syn Melchiora i prawnuk Melchiora, Wańkowicz z Wańkowiczów i Wańkowiczówien.

Rojst.

Dość tej genealogii, bo nie wyjdziemy z niej na twardy grunt.

Amerykań­ski młyn ojca Melchiora

Twardego gruntu było tu swoją drogą jak na lekarstwo. "Gleba piaszczysta, miejscami glejowata, miejscowość równa", z gorzelnią i młynem "konstrukcji amerykań­skiej" na rzece Uszy, ukończonym w 1877 roku12. Nazwa "Kalużyce" wzięła się stąd, że w tych "błotnistych lasach pow. ihumeń­skiego"13 swój początek miał Niemen.

Młyn zbudował ojciec pisarza po powrocie z zesłania na Syberię. Ten szlachcic nie tyle nowoczesności się nie bał, ile był wręcz pionierem naj­nowszej, ryzykownej technologii. Ameryka nie była jeszcze "ziemią obiecaną", lecz dalekim i niepewnym "rynkiem wschodzącym", podnosiła się po wojnie domowej. A jednak w tym odległym kącie Białorusi, między kępami rojstu, za sprawą Melchiora Wańkowicza seniora pojawił się wspomniany młyn według amerykań­skiego pro­jektu.

Innowacyjność ojca pisarza powszechnie dostrzegano. Wyróżnił go nawet Słownik geo­graficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiań­skich, podając, że w zacofanym powiecie ihumeń­skim ("wszystko tu w pierwotnym stanie") tylko kilka­naście jest wyjątkowych gospodarstw odznaczających się "niejakim ­postępem lub zamożnością", tak jak "w Kałużycach Wań­kowicza"14.

Dobra w Kalużycach około 1880 roku liczyły 4483 mórg15, z czego blis­ko dwa tysiące stanowiły lasy16. Wiorstę od folwarku nad strumykiem Wilnica leżała wios­ka o tej samej nazwie, "mająca domów 6", a ziemi - skromne 150 mórg.

Majątkiem zarządzał wówczas ojciec pisarza, który, jak napisze we wspomnieniu o nim warszawska "Gazeta Polska":

jako członek towarzystwa rolniczego nieraz głos zabierał, wnosząc rozmaite kwestie i pro­jekta, mające na celu podniesienie rolnic­twa i stanu ekonomicznego ziemian. Z posiedzeń towarzystwa rolniczego ś.p. M. Wańkowicz pisywał też artykuły do petersburskiego "Kraju", odznaczające się jasnością myśli i trzeźwością poglądów17.

W 1884 roku wspomniany "Kraj" wymieniał Melchiora Wańkowicza seniora jako jednego ze swoich stałych korespondentów18 (innym z nich w tym samym czasie był na przykład Bolesław Prus).

Być Polakiem na ziemiach zabranych? Między walką a ugodą

Petersburski "Kraj" był prężnie działającym organem prasowym ugodowców z terenów dawnej Rzeczpospolitej Obojga Narodów bezpośrednio wcielonych do imperium rosyjskiego. Poglądy tego środowis­ka można przed­stawić w uproszczeniu jako obronę "tutejszości", podkreś­lanie odrębności społeczeństw dawnej Rzeczpospolitej Obojga Narodów przy zaakceptowaniu realiów czy nawet haseł panslawizmu głoszonych przez niektóre kręgi w Rosji.

Ten światopogląd będzie naturalną postawą także dla samego Wańkowicza.

Choć słowo "ugodowcy" może kojarzyć się ze słowem "zdrajcy", w tym przypadku takie utożsamienie byłoby błędne. Zważywszy na specyficzną sytuację ziem dawnej Rzeczpospolitej bezpośrednio włączonych do Cesarstwa (w przeciwieństwie do Królestwa Polskiego), aktywność środowis­ka "Kraju" była formą działań na rzecz zachowania odrębności od Rosji. Nie należy postrzegać tych wysiłków przez pryzmat nadwiś­lań­skiej Kongresówki, ziemie wcielone nigdy bowiem nie miały auto­nomii, Moskwa od rozbiorów próbowała je asymilować bez żadnych formalnych czy symbolicznych ograniczeń.

Ówczesne postawy zbyt łatwo redukuje się do pojęć "pozytywizm" czy "romantyzm". To, co wydaje się dziś karkołomną próbą łączenia sprzeczności, wbrew pozorom było spójną obroną własnej tożsamości, opartą czy to na strategii "długiego trwania", czy to na podejmowaniu walki zbrojnej (która jednak nie była podstawowym wyborem, tylko ostatecznością). Pług - a czasem szabla.

Dobrze widać to właśnie na przykładzie Wańkowicza seniora, który zanim zaczął budować nowoczesne, zamerykanizowane przed­siębiorstwo rolne i współ­pracować z "Krajem", walczył w powstaniu styczniowym - i za to został zesłany na Syberię. To nie legenda, lecz fakt.

Żeby walczyć, przerwał naukę, którą odbywał poza granicami Rosji, w austriac­kim wówczas Krakowie. W zakurzonej księdze studentów Uniwersytetu Jagielloń­skiego zachował się zapis poświadczający jego studia na ówczesnym megawydziale filozofii, z którego później wyodrębnią się tak różne kierunki studiów jak polonistyka czy... medycyna19. W innym z dokumentów został wymieniony jako jeden z tych studentów, którzy w czasie powstania opuścili uniwersytet bez usprawiedliwienia20. Pod zarzutem udziału w powstaniu styczniowym21 został skazany i zesłany aż nad Bajkał.

Trafił do "wołości" Ojok niedaleko Górnej Tunguzkiej, czyli Angary, wypływającej pod Irkuc­kiem z Bajkału22.

"Zima tegoroczna jest bardzo lekka. Nie było większego mrozu, jak 34 st[opni]" - pisał jeden z jego towarzyszy w lutym 1866 roku. Przyszły ojciec pisarza siedział "po całych dniach i nocach nad książką, od której się chętnie odrywa tylko do jedzenia".

Może miał nadzieję wrócić w przyszłości na uniwersytet?

Patriotyzm kalafiorowy - powstaniec aktywistą

Po powrocie z zesłania, zamiast podjąć przerwane studia, założył rodzinę i wybrał inną formę oporu przeciw rusyfikacji - został rolnikiem oraz lokalnym aktywistą.

Według źródeł wrócił do Kalużyc po dziesięciu latach (lub, co mniej prawdo­podobne, już po czterech)23. Ożenił się z Marią Szwoynic­ką i wkrótce, 14 grudnia 1876 roku, urodziło im się pierwsze dziec­ko: Czesław24. Drugi syn, z litewskim imieniem Witold, przyszedł na świat sześć lat później, a w roku 1883 - jedyna pośród synów córka Wańkowiczów (może dlatego nazwali ją po królewsku: Regina)25.

Prababka Melchiora Wańkowicza od strony matki - Róża Baczyżmalska z Pohos­kich, matka Feliksy Szwoynic­kiej z Baczyżmalskich - wraz ze swoim prawnukiem, Czesiem Wańkowiczem, Kowno, koniec XIX wieku

Fot. Jaworski i Piotrowicz, Strauss et Cie. Photographie artistique (Aleksander Władysław Strauss)/zbiory Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza w Warszawie

Melchior Wańkowicz senior był rolnikiem nowoczesnym. Z licznych wzmianek w ówczesnej prasie możemy wywnios­kować, że zamiast zasklepiać się w konserwatyzmie niechętnym jakim­kolwiek zmianom, pasjonował się nowymi technologiami i miał otwarty umysł. Odważnie wybiegał naprzód, nie bał się ­ryzyka - był wymieniany przeważnie wśród tych nielicznych, którzy na kolejnej wystawie pokazywali coś nowego. I tak na przykład na rolniczej wystawie owoców, warzyw i kwiatów w Miń­sku pod koniec września 1881 roku nagrodzono go jednym z trzech wielkich srebrnych medali26 za "buraki, selery, pory, kapustę, kalafiory, kartofle"27. Księżna Radziwiłłowa musiała zadowolić się medalem brązowym.

Melchior ojciec był także wynalazcą rolniczych ­maszyn. "Bardzo pro­sty i praktyczny oglądaliśmy przyrząd do zsypywania zboża lub mąki do worka, przy czym jeden człowiek jest wystarczający; wynalazek ten jest pomysłu p. Melchiora Wańkowicza"28 - pisał sprawozdawca wystawy.

Ta innowacyjność i aktywne uczestnic­two w publicznych wystawach gospodarczych były przejawem dbałości nie tyle o własne interesy, ile o dobro wspólne. Wystawy mniej miały służyć indywidualnemu pokazaniu się, a bardziej - wspomagać rozwój i tworzyć wspólnotę polskich właścicieli ziemskich. Nowoczesność metod gospodarowania także była formą walki. Właśnie dlatego cytowany sprawozdawca krytycznie ocenił posiadaczy owiec, którzy "nie raczyli uczestniczyć w wystawie". Nie przypadkiem zapewne ci, których zabrakło, należeli do naj­bogatszych posiadaczy.

Chwalące nowoczesność Wańkowicza sienkiewiczowskie "Słowo" pokaże także skalę rodzinnych tradycji - gazeta opublikuje odcinek Potopu, w którym jednym z dowódców chorągwi z Wielkiego Księstwa obok Wołodyjowskiego i Kmicica był "Wańkowicz, który blis­ko nich kwaterami stojąc, wkrótce po nich był gotów"29.

Nowoczesność i postęp nie stały w sprzeczności z tradycją. Otwartość Melchiora ojca wynikała z tradycji rodu pełnych fantazji litewskich szlachciców, którzy z niejednego pieca chleb jedli. Takich antenatów w swojej genealogii próbował odnaleźć Gombrowicz; Wańkowicz szukać nie musiał. Pozostawało mu jedynie wybrać, z której linii rodowej tradycji będzie czerpał.

Ta swoboda była spełnieniem artykułowanych później marzeń autora Ferdydurke o postawie wobec świata będącej zaprze­czeniem ideologicznego fanatyzmu - postawie szlachcica przechadzającego się nieśpiesznie wśród sadu różnych poglądów i wizji rzeczywistości, próbującego ich od niechcenia, człowieka prawdziwie wolnego od uprzedzeń i czułego na inne punkty widzenia.

Wańkowicz pisarz tak właśnie będzie się zachowywał. O tej konstrukcji psychicznej - zakorzenieniu nie tyle w ziemi pojmowanej jako majątek, ile w ziemi rozumianej jako tradycja, język, kultura - trzeba pamiętać, szczególnie gdy mowa o trudnych wyborach, które musiał podejmować w ciągu życia.

Wańkowiczem odwołującym się do tradycji swojego rodu powodował nie tyle snobizm, ile elementarna potrzeba psycho­logiczna - w obrazie rodzinnej ziemi, domu, z którego został wyrwany z korzeniami przez Historię i Geo­grafię, szukał poczucia bezpieczeństwa. To dlatego w radiowych pogadankach pro­wadzonych pod koniec życia, już w epoce lotów w kosmos i już po jego wielo­krotnych wizytach w Stanach Zjednoczonych, wciąż będzie uparcie wracał do sensacji, jaką był dlań pierwszy ujrzany auto­mobil na krakowskiej ulicy30, będzie uparcie powtarzał przy swoim nazwis­ku ów rodzinny ihumeń­ski powiat. Parafiańszczyzna? Przeciwnie: był to sarmatyzm, ale autentyczny, rozumiany nie jako obrona okopów Świętej Trójcy, lecz jako otwarcie się na inne kultury i obyczaje, swobodne czerpanie czy to od Niemców (jak bożonarodzeniowa choinka), czy od Turków (jak kontusz). To wielo­kulturowy strój szlachec­ki: afirmacja nie wsobnego ciemnogrodu, ale dawnego, utraconego domu osadzonego w tradycji łączącej wiele wpływów, obrona przed schematyzmem.

Kalużyce leżały w strategicznej "bramie smoleń­skiej", którą zawsze wiodła droga wojsk - czy to na Warszawę, czy na Moskwę. Od każdej z tych stolic dzieliło je grubo ponad pół tysiąca kilometrów, przy czym do tej drugiej wcale nie było znacznie dalej niż do pierwszej. Pamięć o armiach maszerujących raz na wschód, raz na zachód kształtowała światopogląd pisarza.

Z ówczesnej polskiej perspektywy to właśnie te miejsca były Kresami, a nie centralnie położone Wilno czy tym bardziej Lwów w zaliczanych do krajów Zachodu Austro­-Węgrzech. Kalużyc­ki dwór leżał zaś niemal na granicy pierwszego z rozbiorów31.

Polskie wyspy na białorus­ko-żydowskim oceanie

Jeszcze pod koniec XIX wieku zdecydowana większość ziemi na Ihumeńszczyźnie należała do Polaków32, którzy żyli w swoich dworach niczym na archipelagu wysp rozproszonych po oceanie. Szlachcice "litewscy", uważający się za "tutejszych" (a przez "tutejszych" prawo­sławnych chłopów uznawani za "panów", w przyszłości zaś po pro­stu za "Polaków"), stawali się mniejszością coraz bardziej roztapiającą się wśród ludności wiejskiej (później "białorus­kiej") i Żydów.

Jakakolwiek próba sztywnego określenia tożsamości narodowej mieszkańców tych ziem jest wpychaniem ich na siłę w przyciasne szufladki. Z tego, że może to doprowadzić do antagonizmów, a nawet krwawych konfliktów, zdawali sobie zapewne sprawę także ówcześni właściciele ziemscy, stąd popularność wśród nich ideologii "krajowej" i niechęć do nacjonalizmu. Chłopi, których dziś określili­byśmy jako Białorusinów, w większości mówili o sobie, że są po pro­stu "tutejsi" - i tak w istocie było, od lat. Wskaźnikiem, na podstawie którego można było przypisać danej osobie narodowość, była wówczas na tych ziemiach religia: w 1919 roku prawo­sławni stanowili 80 pro­cent, a katolicy niewiele ponad 12 pro­cent populacji powiatu ihumeń­skiego.

Żydzi z kolei stanowili 54,6 pro­cent mieszkańców miasteczek33. W jednym z tamtejszych sztetli kilka lat przed naszym bohaterem urodził się Mojżesz Segal, czyli Mojsze Szagałow, później znany jako Marc Chagall; w innych - sławni żydowscy skrzypkowie, jak Jasza Heifetz, pochodzący z Wilna.

Polacy należeli do zdecydowanej mniejszości, chociaż to w ich rękach znajdowała się większość ziemi. Gwałtowne wystąpienia chłopów w czasie rewolucji i wojny domowej, począwszy od lutego 1917 roku, będą autentycznym i brutalnym buntem ludowym, wynikającym z dążenia do wyrównania pro­porcji. Ich przyczynę stanowiły nie tyle intrygi lewicowych teoretyków, ile rzeczywiste społeczne i ekonomiczne nierówności.

Gdy zapory ochronne zostaną podniesione, a państwo wycofa się z ochrony właścicieli ziemskich, rozpocznie się powódź.

Białorus­kie Przeminęło z wiatrem

Taką właśnie polską wyspą na białorus­kim oceanie były Kalużyce. Dzięki wysiłkom jednego z archiwistów ocalających pamięć o szlachec­kich rezydencjach na wschodnich ziemiach dawnej Rzeczpospolitej zachował się opis zmitologizowanej posiadłości autorstwa Wańkowicza oraz jego siostry34. Co więcej, po blis­ko półwieczu pisarz naszkicował z pamięci plan dworu. Wojciech Stanisławski tak skomentował ten niezwykły dokument: "­Melchior rysuje raj"35.

Narysowany przez Wańkowicza z pamięci po latach plan majątku w Kalużycach

Ossolineum, sygn. 2/04/3, relacja Reginy Wańkowiczówny córki Melchiora z Kałużyc oraz listy Wańkowicza do Romana Aftanazego

Faktycznie, był to raj beztros­kiego dzieciństwa, tak jak plantacja była rajem dla Scarlett O'Hary. Melchior zaś, jak każdy młody mieszkaniec takiej utopii, nie zauważał kosztów finansowych i społecznych związanych z jej utrzymaniem.

Wzdłuż drogi wjazdowej ciągnęła się aleja lipowa, spuścizna po prapradziadku pisarza, Aleksandrze Wańkowiczu, który sadząc pierwsze drzewko, wbił w nie żelazny, około dwudziesto­centymetrowy krzyżyk36. Następne pokolenia uzupeł­niały szpaler o kolejne lipy. Zdawało się, że będą szumieć wiecznie.

"Mama nas nauczała: "Oto sto lat mija, jak nasz przodek przybił ten krzyżyk"" - wspominała Regina. "Brama na wciąż otwarta" zamykała się rzadko. Zapraszała gości - jak u Kochanowskiego - pod rodzinne lipy. Szaro-niebies­ki ganek miał dach kryty gontem, bez sufitu. "W tym stropie na belkach i wiązaniach niezliczone gniazda jaskółek. - Tu jadaliśmy latem. Wrzask jaskółek czasem irytował, czasem i prezent (rzadko) wpadł do zupy... - ale nikt nie pomyś­lał o wyrugowaniu ich".

Na ganek wiódł jeden schodek, z żelazem do "oczyszczania obuwia. - Z obu stron dwie kamienne kule armatnie".

Z jakiej bitwy pochodziły? Czy z napoleoń­skich czasów, a może z dni, gdy przeciągali tędy Szwedzi pod Połtawę?

W tym białorus­kim dworze były też fajanse przypominające o zamkach w Mało­polsce: Tenczynie i Czorsztynie. Legendarny mahoniowy zegar w gabinecie ojca już w czasach dzieciństwa Reginy nie funkcjonował należycie - przestał grać kuranty. Nad otomaną wisiały reprodukcje portretów Sobies­kiego, Kościuszki, Czarniec­kiego i Poniatowskiego. Siostra Wańkowicza wspominała: "[...] ojciec cierpliwie nas o nich uczył i co pewien czas egzaminował".

Był też gadżeciarzem: obok zegara znajdowały się drzwi z trzema rzędami szufladek, do których odkładało się klucze czy rękawiczki - a nad nimi wieszadła do czapek. Była też przywieziona z zesłania szkatułka z kości mamuta. W szafce z ziołami, w butelce ze spirytusem, znajdowała się zaś "głowa żmii, która ugryzła Ojca, i jakieś węże". Obok stało... kowadło, Melchior senior lubił bowiem majsterkować. Melchior junior zaś mógł uczyć się przekory od domowych sprzętów - gdy uszkodził czarny stół, okazało się, że wewnątrz jest on biały...

Ale naj­większą część ojcowskiego gabinetu "zajmowała duża szafa biblioteczna". Zakazane w Rosji wydania trzech wieszczów, ukochany przez Melchiora seniora "Syrokomla, Ujejski, śpiewniki narodowe". Był też jednak i obrazek przed­stawiający cara Mikołaja I w saniach (praca naj­bardziej wówczas znanego z Wańkowiczów, malarza Walentego37, za którą w petersburskiej szkole dostał złoty medal). W jednym z pokojów gościnnych, tak zwanym zielonym, wisiało inne z jego dzieł. Dzieci nazywały tę reprodukcję "staruszkiem litewskim" - podobno jednak przed­stawiała nie Litwina, tylko napoleoń­skiego Francuza, który znad Berezyny zabłądził do Kalużyc "i tam umarł".

Była tu cała masa obrazów - w tym kopia obrazu świętej Marii Magdaleny z galerii w Dreźnie ("poprawiona", bo z zasłoniętą piersią), a do tego sprośny obrazek stryjecznego brata matki, Romana Szwoynic­kiego. Jak widać, u Wańkowiczów rubaszność i pruderia w jednym stały domu. Tradycję czasem się lekceważyło: w kalużyc­kim dworze była "gruba warstwa sztychów, reprodukcji ręcznych rysunków i szkiców - przykrytych perskim szalem. - Nikt jakoś tego nie szanował". Podobnie jak "przepięknych dywanów" tkanych w Krasnej Górze, majątku brata babki, Antoniego Wańkowicza, używanych jako wyścielenie siedzenia na wozach. Sekretu wyrobu tych dywanów nie znano już za dzieciństwa Reginy; ostatnie z dywanów przewiezionych przez Witolda do Warszawy zaginą w czasie powstania warszawskiego.

"Wszędzie wszystko przepadło" - napisze Regina ponad pół wieku później w domu opieki pro­wadzonym przez Siostry Miłosierdzia Świętego Wincentego a Paulo pod Poznaniem. Około roku 1960 po Kalużycach zostały już tylko małe portreciki przodków.

Kwestie własności majątku były mocno poplątane, także z powodów politycznych. "Drogą eksdywizji" (spłata długu ziemią) przeszedł on częściowo na własność Aleksandra Wańkowicza. Przed konfis­katą za udział Melchiora ojca w powstaniu ocaliło je to, że formalnie właścicielką była nadal matka, Rozalia Wańkowiczowa z Wańkowiczów. Legendę tę potwierdza zapis w jednym z informatorów handlowo-przemysłowych38.

Resztę majątku tworzyła sąsiednia Kniaziówka, którą ojciec pisarza wziął w rzekomą dzierżawę - a faktycznie kupił - od kuzyna, ten bowiem wolał gospodarować we wniesionej przez żonę jako wiano Mikielewszczyznie w Grodzień­skiem39. Nie mogła to być sprzedaż formalna, bo jedną z form represji wobec Polaków był zakaz sprzedawania im gruntów.

O faktycznej własności ziemi dzieci dowiedziały się dopiero po śmierci ojca.

Portret ojca

W tym tradycyjnym szlachec­kim świecie, którego elementem była także i synagoga, żył Melchior senior, dawny powstaniec, wynalazca, korespondent gazety[1].

I lokalny aktywista. Na jednym z zebrań poruszył na przykład pro­blem "smutnego stanu dróg w guberni"40. Został też jednym z agitatorów-reprezentantów terenowych Towarzystwa Rolniczego w Miń­sku. Takie towarzystwa były formą działalności obywatelskiej w realiach auto­kratycznego caratu, przy braku reprezentacji przed­stawicielskiej pochodzącej z wyborów. Ograniczały się jednak tylko do jednej grupy społecznej, przy czym nie wykluczano z nich Rosjan[2].

Melchior senior interesował się też kulturą - już w 1875 roku został przyjęty do Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych w Warszawie41, którego celem były popularyzacja i finansowanie polskiej sztuki w czasach rusyfikacji.

Melchior Wańkowicz ojciec, Warszawa, prawdo­podobnie 1890

Zakład foograficzny Jana Mieczkowskiego/zbiory Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza

Walka w powstaniu i Towarzystwo Rolnicze, nowoczesność wynalazcy i tradycja uwieczniona w Potopie to nie przeciwieństwa, lecz awers i rewers tej samej postawy - trwania na ziemiach, na których trwać było znacznie trudniej niż nad Wisłą.

Działacze Towarzystwa Rolniczego w postępie technologicznym widzieli użyteczne narzędzie poprawy nie tylko własnego losu. Jeden z nich, hrabia Karol Czapski, był wówczas prezydentem Miń­ska i to jemu miasto zawdzięczało elektryczność, kanalizację, wodociągi, tanią kuchnię dla robotników oraz przychodnię dla pro­stytutek.

Z bratankiem tego towarzysza swojego ojca pisarz będzie współ­pracował na emigracji, w parys­kiej "Kulturze".

---

Melchior senior pracował niemal do ostatnich chwil życia. Jego ostatni tekst - podpisany inicjałami "M.W." - ukazał się w miesiącu, w którym umarł, mając zaledwie pięćdziesiąt lat42.

Tygodnik "Kraj" określił swojego wielo­letniego współ­pra­cow­nika jako "jednego z rzadkich w naszym społeczeństwie ludzi, którzy umieli społecznie pracować dla szerszego ogółu". "Można było nie podzielać jego poglądów, lecz trzeba było przyznać, iż zawsze płynęły z zacnego źródła i stawały się nieraz kierownikiem opinii publicznej".

Ojciec pisarza z własnych funduszy zamierzał sfinansować założenie w Miń­sku szpitala okulistycznego43, aby wesprzeć zwalczanie rozpowszechnionych w tych okolicach chorób, szczególnie "pomiędzy ludem, szukającym z konieczności porady i pomocy u bab i znachorek, w braku lekarzy".

Krótko przed śmiercią przywiózł z Wilna wyleczoną z takiej choroby wiejską dziewczynę. Sąsiad pisał: "[...] trzeba było widzieć radość jego z ocalenia wzroku choć jednej nieszczęśliwej, aby ocenić, jak głęboko w sercu tę sprawę miał zapisaną".

To tradycja, jaką wybierze sobie także syn, który kilkadziesiąt lat później, u schyłku II Rzeczpospolitej, w swoich reportażach będzie interweniował na rzecz Naści z Nalibok, ślepnącej na jaglicę, wielo­krotnie alarmując w sprawie konieczności opieki zdrowotnej i socjalnej, drukując przejmujące foto­grafie. Podobnie zresztą będzie czynił w PRL, wbrew urzędowemu optymizmowi pokazując, że ludzie wciąż korzystają z usług znachorów.

"Na trzeci dzień po powrocie z Karlsbadu zmarł"

Śmierć ojca to także pierwsza chronologicznie wańkowiczowska legenda - i jedno­cześnie pierwsza z legend, w których tkwi co naj­mniej ziarno prawdy.

W Szczenięcych latach Wańkowicz napisze, że ojciec zmarł kilka dni po powrocie z Karlsbadu44. Był to modny kurort w zachodnich Czechach, należących wówczas do Austro­-Węgier - dziś znany jako Karlowe Wary - gdzie kręcono takie filmy jak Casino Royale czy Grand Budapest Hotel. Nazwis­ko Melchiora seniora figuruje na jednej z list kuracjuszy - zapisano go jako gościa z Rosji. Jaka to była jednak Rosja, skoro inni tak zaklasyfikowani w Karlsbadzie należeli z reguły do warszawskich przemysłowców czy magnatów z dawnego Wielkiego Księstwa?45 W tym samym czasie co Melchior senior zatrzymali się w Karlsbadzie choćby książę Janusz Radziwiłł i Henryk Wawelberg.

Warto też dorzucić nazwis­ko jednego z ówczesnych karlsbadzkich lekarzy: Kafka. Herr Theodor Kafka, autentyczny lekarz z cesarsko-królewskiego uzdrowis­ka AD 189046.

Fakty - nie fikcja.

Nie wiemy, czy Wańkowicz senior korzystał z usług tego doktora, ale wiemy, na co chorował. Bo chociaż w Karlsbadzie bywano z wielu powodów, on sam w liście do gazety napisał wprost o przyczynie swojej choroby: leczył się na rozstrój nerwowy. W czasach, o których mówi się, że ściś­le strzegły prywatności, petersburska polska gazeta polityczna zamieściła to wyznanie czarno na białym, dołączając nawet do zacytowanego listu kopię odręcznego podpisu, zadziwiająco podobnego do późniejszego podpisu syna[3].

Jego stan zdrowia pogorszyła dodatkowo tak zwana rosyjska grypa, objawami łudząco przypominająca COVID-1947.

O śmierci ojca Wańkowicza pisała nawet polonijna gazeta... z Chicago, w znacznej mierze potwierdzając to, co znamy jako inną wańkowiczowską legendę - o tym, że ojciec pochował swoją matkę bez księdza, bo ten współ­pracował z Rosjanami:

[...] obrażony ks. Łukaszewicz, któremu się wymknęła gratka pieniężna, wniósł skargę do władz i Wańkowicz pociągnięty został do odpowiedzialności sądowej za niechrześcijań­ski pogrzeb i intrygę polską. Tymczasem Wańkowicz umiera, a w parę dni po jego śmierci komunikują żonie dekret sądowy, skazujący nieboszczyka jej męża na cztery miesiące więzienia, wszystkich zaś uczestników pogrzebu na karę pieniężną od 25 do 100 rs.48

Pamięć o Wańkowiczu seniorze trwała długo - jeszcze w 1937 roku podczas reporterskiej wyprawy Melchior spotka na północ od Wilna "starego pana o zwisłych wąsach", który powie mu: "[...] z ojcem pań­skim pracowaliśmy w Miń­skim Towarzystwie Rolniczym"49.

Pisarz interesował się później losami swojego ojca, szukał materiałów z nim związanych; może ta potrzeba w jakiejś mierze wynikała z poczucia wykorzenienia, pozbawienia nie tyle majątku, ile samych fundamentów egzystencji? "Jurek będzie mu na imię"50 - zdążył jeszcze napisać ojciec w liście do krewnych o naj­młodszym synu, który ostatecznie przejmie jednak imię po nim.

Trzy lata później umarła matka Melchiora51. Miała zaledwie trzydzieści osiem lat. Fakt, że zmarła, przebywając w Nowotrzebach na Kowieńszczyźnie - u sportretowanej przez pisarza w Zielu na kraterze jako "babka nowotrzebska" Feliksy (nie Felicji!) Tekli Szwojnic­kiej vel Szwoynic­kiej z Baczyżmalskich - może sugerować, iż spodziewała się śmierci i dlatego oddała naj­młodszego syna pod opiekę własnej matki[4].

Sieroc­two

Śmierć matki pozostawiła czwórkę dzieci w trudnej sytuacji: naj­starszy Czesław miał lat dziewiętnaście, naj­młodszy - Melchior - trzy.

Zapewne to Czesław w którymś momencie zajął się gospodarzeniem w Kalużycach, ale czy mógł jedno­cześnie wziąć na siebie opiekę nad znacznie młodszym rodzeństwem? Raczej nie, bo sam prawdo­podobnie w nagłym trybie przerwał naukę w prywatnym gimnazjum jezuitów w Chyrowie (a ściś­lej: w Zakładzie Naukowo­-Wychowawczym Ojców Jezuitów w Bąkowicach pod Chyrowem, potężnym kompleksie w Bieszczadach, niedaleko ­Ustrzyk, dziś po ukraiń­skiej stronie granicy)52. Konwikt, w którym uczył się naj­starszy z Wańkowiczów, przypominał gigantyczne zamczys­ko, stanowił wielką bryłę zawieszoną w przestrzeni, z osobnymi dormitoriami dla klas i - jak mówiono - dwoma kilometrami korytarzy oraz jadalnią na pół tysiąca miejsc. Czesław maturę zda kilka lat później, w III Gimnazjum imienia Jana Sobies­kiego w Krakowie53 - już studiując w tym mieście.

---

Naj­młodszy wówczas Melchior napisze po latach, że decyzją rady familijnej został wysłany do babki (choć być może po pro­stu go u niej pozostawiono).

Co się stało z dwunastoletnią Reginą? Zapewne trafiła gdzieś do szkoły z internatem. Pisarz później sportretuje ją po sienkiewiczowsku, niczym bojarównę w sobolach, po szkole Sacré­-C?ur doglądającą krów w zimnej oborze. Wylądowała jednak nie w Paryżu, lecz we Lwowie54, chociaż i tam nie od razu (wcześniej jeździła z warszawską boną i małym Melkiem do Iwonicza i Zakopanego).

Witold Wańkowicz (pierwszy z prawej) oraz prawdo­podobnie Czesław Wańkowicz (pierwszy z lewej), bracia Melchiora, Warszawa, po 1894

Fot. zakład Jana Mieczkowskiego/zbiory Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza w Warszawie

A czy trzynastoletni Witold zamieszkał wówczas w Kalużycach, czy jego losy były inne?

Ten trudny rodzinny czas otacza wstająca znad białorus­kich rojstów mgła.

Pierwsze świadome wspomnienia Melchiora wiązać się będą zapewne z okolicami, które kojarzymy z Miłoszem: z brzegami Niewiaży w Nowotrzebach, przysiółkami i zaściankami...

Marszałkowa z Laudy

Nowotrzeby - jak pisał Wańkowicz w Szczenięcych latach - faktycznie należały do Baczyżmalskich55. Były to dobra w gminie Krasne, dziewiętnaście wiorst, czyli nieco ponad dwadzieścia kilometrów, na północ od Kowna, rozdzielone Niewiażą od drugiej części majątku, Jodańców, położonych już w gminie Kiejdany56. Własnością Baczyżmalskich był też folwark o nazwie Rudy (czy też: Budy) Nowotrzebskie, znajdujący się w gminie Krasnesioło.

Można powiedzieć: Kowieńszczyzna - ale to słowo niczego w nas nie obudzi. Co innego, gdy usłyszymy, że to sienkiewiczowska Lauda.

Swoją drogą, Sienkiewicz być może nieprzypadkowo umieścił swoich bohaterów tu, a nie gdzie indziej, bo jeden z mitów głosi, że autor Potopu właśnie w majątku stryjecznego brata matki Wańkowicza w Radach pod Poniewieżem niedaleko Upity znalazł inspirację.

Wodokty, Wołmontowicze, Szwoyniccy - to wszystko te strony.

---

A babka Wańkowicza, zwana "marszałkową" (jako wdowa po marszałku szlachty miń­skiej Konstantym Fulgentym Szwoynic­kim), była niemal jak "Litwinka, dziewica-bohater, Wódz Powstań­ców", Emilia Plater - urodziła się bowiem w czasach powstania listopadowego57. Osoby, które wywarły wpływ na wyobraźnię pisarza, pochodzą z okresu sprzed Pan ­Tadeusza...

Wańkowiczowski fenotyp tworzył się w odpowiedzi na gwałtowne zderzenia wielo­kulturowości - Baczyżmalscy według podawanych przez pisarza opowieści pochodzili od Tatarów. Wańkowicz, pochylając się nad kołyską swojej młodszej córki Marty, widział, jak otwierała "w napuchniętej przed­sennie buzi oczka ([...] z typową mongolską fałdą, odziedziczoną po Tatarach Baczyżmalskich)"58.

Zgorszenie nad Niewiażą

On sam był w dzieciństwie jak "Tatarzyn". Jego młodszy kuzyn, syn malarza Romana Szwoynic­kiego, wspominał piętnasto­letniego wówczas Mela:

[...] był to chłopiec wciąż pełen dzikich pomysłów, figlów i psot mniej lub więcej złośliwych, a miał dziwne upodobanie do zwracania na siebie uwagi otoczenia, do zajmowania wszystkich swoją osobą *****.

Któregoś dnia miał się dobrać

do czyjegoś rewolweru i strzelał zeń ku powszechnym obawom, a żeby mieć jakiś punkt oparcia - strzelał nad swym lewym łokciem, podstawionym pod lufę, i przepalił wszystkie fałdy na rękawie munduru szkolnego.

Młody panicz interesował się techniką - oczywiście w sposób zgodny z wiekiem i temperamentem, bo pewnego razu znalazł aparat foto­graficzny i prześwietlił wszystkie klisze.

"Wybryki ukochanego naj­młodszego wnuka były nader łagodnie traktowane przez dobrą babcię, nawet zachwyconą jego pomysłowością i humorem" - pisał Szwoynic­ki. Samo­tny dorastający chłopak bez ojca, żyjący w babcinym matriarchacie jak pączek w maś­le, bez specjalnych rygorów, stawianych wyraźnie granic - gombrowiczowska swoboda Kopyrdy czy po pro­stu "niesforny Dyzio"?

---

Szwoynic­ki pisał też o scenie, która mogłaby pojawić się we wspomnieniach dorastającego kilkanaście lat później w tej samej okolicy Czesława Miłosza:

[...] raz całe towarzystwo zeszło z wysokiej góry - skarpy nadrzecznej - na której stał dwór wśród starego parku, na brzeg Niewiaży, by doczekać przybycia z Kowna parostatku [...]. Wszyscy czekają, statek ma lada chwila nadejść, a nagle widzimy, że Mel nieco powyżej rozebrał się wśród zarośli do naga i pływa po rzece przed nami! Więc, naturalnie, głosy przerażenia, że oto naraża się na niebezpieczeństwo wobec blis­kiego już nadejścia statku. No, i jakże?! Tu panie, a w wodzie goły chłopiec! Obraza Bos­ka!

Te okolice sportretował noblista w Dolinie Issy; Nowotrzeby były jednym z leżących wzdłuż rzeki przysiółków. To właśnie Niewiaża oddzielała je od drugiej części dóbr marszałkowej z Baczyżmalskich - od położonych bardziej na wschód Jodańców, leżących przy gościńcu z Kiejdan do Kowna.

Zresztą może należałoby używać innych nazw: zamiast Nowotrzeb dziś są Novoč?b?, zamiast Jodańców - Juodoniai. Większość mieszkańców małej wios­ki stanowili Litwini, resztę zaś potomkowie rosyjskich uchodźców religijnych z XVII wieku, staroobrzędowcy59.

Rytm życiu nad Niewiażą nadawał las, który stanie się ważną metaforą dla Wańkowicza. Wyznaczał czas, był obietnicą wieczności. Wycinany - odradzał się. Był ostateczną rezerwą, po którą sięgano niechętnie60. Sprzedaż drewna przypominała łowy na prehistoryczne gigantyczne zwierzęta, z całym cyklem rytuałów i zwyczajów, z umowami zawieranymi... ustnie. I często "cierpliwą metodą chłopskiego targu".

Nowoczesność docierała tu z opóźnieniem - z podejrzliwością przyjmowano na przykład nowe techniki foto­graficzne, trzymając się dagerotypu61. Nad Niewiażą nadal żyło się jak na przełomie XVIII i XIX wieku.

A wszystko obok trasy Nord Expressu z Paryża do Petersburga, niedaleko bramy dzielącej dwa światy - reprezentacyjnej granicznej rosyjskiej stacji w Wierzbołowie, gdzie tory szerokie stawały się torami europejskimi.

Rozdarcie - granica

Około roku 1900 wrócił do Kalużyc, od tego czasu do Nowotrzeb będzie przyjeżdżał na wakacje.

Brat Czesław (a może już raczej Witold) zajmował się gospodarką, ośmioletni Melek utonął zaś w cudownościach zalesionej białorus­kiej przestrzeni bez żadnych granic.

Ten "szeroki oddech przestrzeni" białorus­kich ziem wpływał na mentalność mieszkańców szlachec­kiego dworu62. Dawał fizyczne poczucie bycia jedynym panem wszystkiego aż po horyzont, sławną "wolność szlachec­ką" (która rzecz jasna dotyczyła tylko pana, nie jego chłopów). Oddalenie od sąsiadów, a przede wszystkim od reprezentantów odległej władzy, budowało poczucie niezawisłości i indywidualności, choć wyradzało się też często w niechęć do reguł krępujących wszystkich w podobny sposób. Niezależność twórcy takiego jak Wańkowicz naturalnie kojarzy się właśnie z takim osobnym, niepoddanym stadnym regułom "głosem wolnym wolność ubezpieczającym" - a może wręcz z liberum veto.

Sam Wańkowicz w jednym ze swoich reportaży z podróży z młodszą córką po Prusach Wschodnich na marginesie scharakteryzuje te dwa krajobrazy, w których dorastał.

Matczyna dolina Niewiaży jest istotnie jednym z naj­piękniejszych widoków na ziemiach dawnej Rzeczypospolitej. [...] jeziorka, z których bije mocny zapach tataraków; wzgórza są poprzecinane wąwozami, głębokimi wąwozami, z dna których rośnie wspaniały starodrzew liściasty, a górą, brzegiem ciemnieją świerki, do których stóp podchodzi złote zboże i hreczka63.

"Kłopotu" z tym baśniowym krajobrazem nie miał żadnego. "Et, co tam gadać, przeczytajcie Pana Tadeusza. [...] było pięknie; było przyjemnie" - podsumowywał.

Tymczasem szara i płas­ka wielka białorus­ka przestrzeń stanowiła wyzwanie - tu trzeba było uruchomić wyobraźnię, wytężyć się do pracy. Kiedy przyjeżdżał "do ojcowych białorus­kich Kalużyc, trzeba było czekać i cały tydzień nieraz, aż dusza się otworzy na ten ubożuchny krajobraz naszej biednej białorus­kiej ziemi, brzózek smutnych nad koleinami dróg".

Ten krajobraz należało dopełnić aktywnością: "polowaniem, konną jazdą, pływaniem. To był krajobraz, do którego nie można było mieć stosunku biernego i wypoczywającego, bo człowieka ogarnęłaby nostalgia".

---

To właśnie białorus­kie Kalużyce - nie zaś litewskie Nowotrzeby - stały się jego Arkadią. Był stworzeniem "ziemno-wodnym"; żona w jednym z listów wspomni o białorus­kim błocie, które on tak kocha64. W innym ze swoich reportaży opisał własną tęsknotę za tymi pias­kami, błotami i białoruską przestrzenią. Po latach obudzi ją w nim reporterska podróż po tej części białorus­kiego Polesia, która pozostała po zachodniej stronie polsko-sowiec­kiej granicy - "niepojętej jak śmierć"65.

---

Granica wyznaczona traktatem rys­kim zniszczy tę swobodną przestrzeń.

I kiedy nam tak z nagła skończył się pęd jazdy na wschód, a spod nóg dalej swobodnie biegła pofalowana ziemia, powiedziałem:

- Za dwie godziny mogli­byśmy być w Kalużycach...

A staliśmy pod słupem polskim i słupem sowiec­kim

- napisze Wańkowicz dwa lata przed II wojną światową, tuż przed kolejnym rozdarciem, oddzieleniem i śmiercią.

[1] Można się zastanawiać, czy tylko jednej - w "Słowie" redagowanym przez Henryka Sienkiewicza także pojawiały się "korespondencje własne" z zebrań Towarzystwa Rolniczego w Miń­sku.

[2] Na przykład w 1884 roku na 116 członków rzeczywistych było ich 19, z czego jeden - Myszerkow - przewodniczył Towarzystwu; być może był to przejaw politycznego realizmu - oddanie symbolicznych sterów przy faktycznym zmajoryzowaniu prac (pozostałych czterech członków zarządu, w tym Wańkowicz, było Polakami). Zob. "Gazeta Polska" 1884, nr 218, s. 3.

[3] Gazeta opublikowała to intymne wyznanie zapewne dlatego, by rezygnacja korespondenta ze współ­pracy nie została zinterpretowana jako jego polityczny pro­test przeciw linii pisma.

[4] Z pamiętnika Reginy Wańkowiczówny wynika, że matka umarła na raka; być może późniejszą niechęć Wańkowicza do znachorów wzmocnił fakt, że zamiast poddać się operacji w Warszawie, jego matka dała się podobno "opętać" jakiemuś miejscowemu zielarzowi, który obiecywał jej leczenie "kąpielami i ziołami". Zob. MM, relacja Reginy Wańkowiczówny spisana w Buku pod Poznaniem, ok. 1963 r., ręko­pis oraz maszynopis.

[5] BN, rps sygn. akc. 13219, K. Szwoynic­ki, Mel. Doliną Niewiaży. Wspomnienie ma swój klimat, ale trudno umiejscowić je dokładnie w czasie; naj­prawdopodobniej dotyczyło wydarzenia z lata 1906 roku. Należy też pamiętać, że pisane było z perspektywy lat, ze znajomością późniejszych losów Wańkowicza, i być może dlatego autor położył akcent na "zwracanie na siebie uwagi otoczenia".

ROZDZIAŁ III Masa i maszyna. Uniwersytet i wojna (1911-1918)

W pierwszej dekadzie XX wieku Kraków przyciągał niezwykłych ludzi. Trafiło tu między innymi wielu uchodźców politycznych z Kongresówki, w tym bojowcy uznawanego przez niektórych za lewicowego terrorystę Józefa Piłsudskiego. Znaczna część przybyszy będzie później współ­tworzyć elity odrodzonej Rzeczpospolitej.

To właśnie w Krakowie, podczas studiów, żywo zaangażowany w działalność polityzujących organizacji studenc­kich Wańkowicz dookreślił swój zasadniczy światopogląd. Podział na "panów" i "zwykłych ludzi" drażnił go już w szkole Chrzanowskiego, gdy zetknął się z rewolucją 1905 roku1. Działalność niepodległościowa - którą rozumiał przede wszystkim, z racji pochodzenia, jako walkę z rusyfikacją (co nie oznaczało walki z całą kulturą rosyjską) - była dla niego także walką socjalną (która nie oznaczała jednak walki socjalistycznej).

Odtąd Wańkowicz będzie starał się przezwyciężać w sobie i tępić u innych paternalistyczną postawę szlachcica, szukając innego modelu, dla którego wzorem w dużej mierze stanie się Ameryka. Jedno­cześnie jednak do tej szlachec­kiej postawy będzie wracać w sytuacjach zagrożenia niczym żółw do skorupy, traktując swoją pro­wincjonalność jako psycho­logiczny odwód: zdobywać świat, ale z pro­staczkiem Zagłobą w zanadrzu...

Był to jednak Zagłoba o poglądach centrolewicowych.

Już w II Rzeczpospolitej zwróci uwagę, że szlachta zawdzięczała sukces chłopom, którzy wykonywali za nią rzeczywistą pracę2. Szlachcic był właścicielem, rentierem, nie pracował fizycznie. Potomek szlachcica napisze to nie pod presją ­PRL-owskiej cenzury, tylko w połowie lat trzydziestych, na fali sukcesu pierwszego wydania Szczenięcych lat, do dziś przywoływanych często w obronie mitu Polaka szlachcica - w przed­mowie do jednej z kolejnych edycji tej książki.

Wielo­krotnie będzie też wracał do metafory, zgodnie z którą jako potomek szlachec­kiej rodziny wywodzi się zarówno "od miecza", jak i od "sakiewki"3. Swoich antenatów postrzegał jako wyłudzaczy, wydębiających pieniądze od Żydów i chłopów. Zarazem jednak z dumą podkreś­lał pozytywną rolę szlachty w walce o państwo, wskazywał na szlachciców wśród twórców Polskiej Partii Socjalistycznej4 czy wreszcie na litewskiego szlachcica Piłsudskiego.

Melchior poznał tego czterdziestopięcioletniego ekslidera socjalistycznych bojowców zapewne właśnie w tych krakowskich czasach, gdy Piłsudski poddał tworzony przez siebie Związek Strzelec­ki zwierzchnic­twu Komisji Tymczasowej Skonfederowanych Stronnictw Niepodległościowych, która miała patronować planowanemu rządowi narodowemu powołanemu z pomocą Austro­-Węgier. Według jednego ze źródeł Wańkowicz należał do działaczy, którzy poparli Piłsudskiego w tej decyzji, wbrew innym członkom kierownic­twa ZET-u5.

ZET postanowił wówczas wycofać poparcie dla Strzelca i utworzono konkurencyjną formację paramilitarną, Wolnego Strzelca, którego komendantem został Tadeusz Pełczyń­ski. Wańkowicz wraz z kolegą z Chrzanowskiego, Konradem Libic­kim, zawiesił członkostwo w organizacji, by - nie łamiąc ­dyscypliny - dalej należeć do Strzelca, który w przyszłości stanie się fundamentem Polskiej Organizacji Wojskowej i Legionów6.

Wańkowicz utrzymywał później naturalne związki z organizacjami i środowis­kami wyrosłymi z ZET-u, takimi jak Związek Naprawy Rzeczypospolitej, Związek Polskiej Młodzieży Demokratycznej czy Związek Obrony Kresów Zachodnich.

Ostatecznie został podoficerem Związku Strzelec­kiego7, który potem stał się szkieletem dla Legionów (ta paramilitarna organizacja została zarejestrowana w Krakowie jako towarzystwo "sportowo-gimnastyczne Strzelec"). Był też jednym z pierwszych polskich harcerzy - wiosną 1913 roku uczestniczył w obozie w Skolem w Bieszczadach Zachodnich, niedaleko Drohobycza8. Prawdo­podobnie należał także do organizacji Zjednoczenie.

---

Melchior w Krakowie zajmował się nie tylko życiem towarzys­kim, studiami i polityką, lecz także pro­wadził konkretną działalność organizacyjną, na pierwszy rzut oka wprawdzie niewidoczną, ale realnie wpływającą na życie wielu osób i przez to polityczną w naj­głębszym sensie: akcję pomocy dla uboższych studentów, którzy dzięki zgromadzonym podczas niej środkom mogli studiować za granicą, poza Rosją.

W ciągu czterech lat Wańkowicz kontynuował swą akcję zbiórki gotówki w Krakowie, ja we Lwowie - wspominał Bronisław Mańkowski. - Dopiero wybuch wojny światowej uniemożliwił pro­wadzenie dalej tej działalności9.

Robił to samo, co postulował w tekście Konarski a Budzisz - angażował się w pracę organiczną.

Krakowska nowoczesność. Auto­mobil i równo­uprawnienie kobiet

Mieszkał wówczas niedaleko Rynku, na Szewskiej 2110. Kiedy wychodził z bramy swojej kamienicy i patrzył na lewo, widział Sukiennice; gmachy uniwersytec­kie miał dosłownie za rogiem. Później przeniesie się na ulicę Sobies­kiego 1911, już za Plantami. Mieszkali tam z nim Konrad Libic­ki oraz Stanisław Oraczewski ze Zjednoczenia12, a w kamienicy odległej o sto metrów urodził się właśnie Jerzy Turowicz.

Kolegą z pokoju na Szewskiej był z kolei jeden z tych kilku legionistów, którzy jako pierwsi przekroczą granicę Kongresówki po wybuchu wojny - Kazimierz Wyszyń­ski, szara eminencja środowisk ZET-u13.

Ówczesną obyczajowość - między innymi to, jak spuszczał przez okno pieniądze dla przechodnia z pro­śbą, aby ten kupił mu coś do jedzenia (bo Wańkowicz nie miał już za co opłacić dozorcy, który otworzyłby mu drzwi po godzinach) - opisze w Tędy i owędy. To w Krakowie ów "białorus­ki niedźwiedź" wybiegł razem ze wszystkimi obecnymi na wykładzie, żeby zobaczyć pierwszy w swoim życiu auto­mobil, jadący, jak to w Austro­-Węgrzech, lewą stroną ulicy14. To właśnie tu koleżanka na pro­pozycję wspólnego podjechania dorożką popatrzyła na niego osłupiałym wzrokiem, oburzona, że można coś takiego pro­ponować kobiecie, której się nie poślubiło15.

---

Melchior zapisał się naj­pierw na wspomniany już "mega­wydział", na którym wcześniej studiowali jego ojciec i naj­starszy brat - w roku akademic­kim 1912/1913 był studentem zwyczajnym Wydziału Filozoficznego UJ16. Rok później przeniósł się na Wydział Prawa, na którym jednak też został zaledwie dwa semestry. Równo­cześnie od 1912 roku - aż do wybuchu wojny, która sprawiła, że jako carski poddany nie mógł już przebywać w mieście znajdującym się w granicach wrogiego państwa - był studentem utworzonej przez kilku pro­fesorów Uniwersytetu Jagielloń­skiego wyjątkowej instytucji: Polskiej Szkoły Nauk Politycznych.

O nadmierne korzystanie przez Melchiora z wolności i zaniedbywanie obowiązków obawiał się jego starszy o dziesięć lat brat Witold. 29 października 1912 roku w liście do "Szanownej i Kochanej Kuzynki" Janiny Ciechanowskiej, na pięknym papierze z wytłoczonym herbem i nadrukiem "Kalużyce poczta i tel.: Berezyno Miń­skiej gub.", pisał:

[...] miałem parę słów od Mela z Krakowa, ale od czasu swego dotąd nie przysyła, spodziewam się, że Kuzynka go już poznała, że był u niej z czołobitnością. Ogromnie boję się, żeby nie zechciał zrezygnować z egzaminów wiosennych na maturę urzędową w Rosji, ogromne mogą być kłopoty z wojskowością17.

Tol się nie pomylił. Nie mając urzędowej rosyjskiej matury ani dyplomu ukończenia wyższej uczelni, Mel przez jakiś czas po wybuchu wojny był po pro­stu strzelcem, czyli szeregowcem, w razie walk naj­bardziej narażonym na śmierć czy ranienie.

---

Kolegami Mela z Wydziału Filozoficznego UJ byli między innymi Zenon Klemensiewicz, późniejszy sławny językoznawca, z którego podręczników wciąż uczą się studenci polonistyki, czy Jerzy Stempowski18, potem znany eseista, którego opinie będą dla Wańkowicza istotne.

"Zosieńka". Patriotka i działaczka kobieca

Ważniejsza jednak okazała się jedna z nielicznych koleżanek, studiująca na tym samym Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Jagielloń­skiego Zofia Małagowska ze Skierniewic, "lat 22", mieszkająca nieco dalej od uniwersytetu, na Garbarskiej 5, już za Plantami w stronę przed­mieścia19.

Starsza od Melchiora o kilkanaście miesięcy, chodziła na zajęcia historyczne i polonistyczne - na co naj­mniej jeden kurs byli zapisani w tym samym czasie (z różnych opowieści jednak wynika, że poznali ich ze sobą jej bracia lub jeden z nich). To właśnie z nią Wańkowicz chciał jechać jedną dorożką.

Jej życie było naznaczone tragedią: matka - Anna z domu Langie - rzekomo popełniła samo­bójstwo, gdy Zofia była małą dziewczynką. Nie znalazłem na to dowodów, pewne jest jedynie, że zmarła, kiedy Zofia miała zaledwie sześć lat, 27 czerwca 1896 roku20.

Na zdjęciu matka Zofii, trzymająca na kolanach jedno z dzieci, wygląda na smutną, może spłoszoną. Pierwsze dziec­ko Małagowskich, Adam, żyło zaledwie cztery miesiące i umarło w lutym 1889 roku21. Zofia urodziła się rok później, 28 maja 1890 roku, i doczekała się braci: Kazimierza i Stanisława.

Jej ojciec, też Kazimierz, był urzędnikiem Księstwa Łowic­kiego - kompleksu dóbr należących przed ostatnim rozbiorem do arcybis­kupów gnieźnień­skich, a później prywatnej własności cara, obejmującej grunty wokół Łowicza i Skierniewic i część gmachów w tych miastach. Do tych carskich posiadłości należała także Spała wraz z otaczającymi ją lasami. Kazimierz był radcą dworu i pełnił funkcję referenta wydziału rachunkowego w zarządzie Księstwa22, angażował się w działalność społeczną i charytatywną, między innymi resocjalizację skazanych mało­letnich23. Był też naczelnikiem lokalnej ochotniczej Straży Ogniowej24. Przejawem postępowych poglądów ojca Zofii było zaangażowanie w zwalczanie powszechnego wówczas wśród polskiego chłopstwa alkoholizmu, który stanowił jedno z narzędzi utrzymywania ich w zależności od warstw wyższych25.

Około 1902 roku26 Kazimierz z trójką dzieci przeniósł się do Warszawy. Zamieszkali niedaleko placu Zbawiciela, na Mokotowskiej27. O młodszym z braci Zofii, Staszku, wiemy, że uwielbiał rozwiązywać szarady28. Drugi - Kazimierz - został przyjęty do Warszawskiego Towarzystwa Wioś­larskiego29.

Matka Zofii, Anna Małagowska z domu Langie

Archiwum prywatne Dawida Walendowskiego

Ojciec uczył swoją córkę i synów dzielenia się z innymi30. Zofia szybko zaczęła angażować się w działalność dobroczynną, poświęcając czas wolny na bezpłatną pracę w charakterze sprzedawczyni na kiermaszach na rzecz dzieci czy studentów31.

Latem 1907 roku ukończyła z wyróżnieniem "szkołę 7-klasową Bronisławy Jastrzębowskiej"32. Jako naj­starsza z rodzeństwa odgrywała zapewne rolę matki dla braci. Widać to zresztą w jednym z jej debiutanc­kich tekstów z 1910 roku, opowiadaniu dla dzieci o zacięciu dydaktycznym33. Zamiast wprost nawoływać do szanowania przyrody, dwudziestoletnia autorka przed­stawiła scenę z dwoma braćmi bawiącymi się w Indian, których starsza siostra - udająca "wieszczkę kwiatów" - pyta, czemu zniszczyli jej kwiatowe państwo: "[...] dałam wam przytułek w tym lesie, pozwoliłam zbudować szałas, a wy zrabowaliście całą łąkę. Skarżyły mi się dzwonki, żeście ich tyle zerwali, skarżyły się jaskry i kaczeńce. I wiecie: dzwonki płakały!".

Starsza siostra z braćmi: Zofia, Kazio i Staś Małagowscy

Archiwum prywatne Dawida Walendowskiego

Ojciec emeryt zjawiał się wówczas z córką na licznych balach dobroczynnych, na które przychodzili przed­stawiciele elity. Zofia sprzedawała cukierki i wino, na przykład z żoną i córką Henryka Marconiego czy księciem Stefanem Woroniec­kim z Worońca.

Ogłoszeń, w których figurowała jako osoba zaangażowana w różnego rodzaju zbiórki i wenty, znalazłem w ówczesnej prasie bardzo wiele.

---

Być może właśnie przy takiej okazji spotkał ją Melchior - zwykle jednak przyjmuje się, że poznali się w Krakowie, dokąd jesienią 1912 roku Zofia wyjechała na studia34 (zresztą to zapewne z Galicji pochodziła rodzina jej matki).

Wyjazd kobiety na studia był wówczas wciąż rzadkością, szokował konserwatystów jako niebezpieczna nowinka i wywoływał gorące spory. Tymczasem studentki domagały się nie tyle przyzwolenia na naukę (co niektórzy wciąż z trudem tolerowali), ile pełnego równo­uprawnienia.

Zofia Małagowska, fotografia ze studiów

Archiwum prywatne Dawida Walendowskiego

Wańkowicz po latach opowiadał, jak to kiedyś podczas jednego z zebrań politycznych ku zdziwieniu kolegów wziął stronę koleżanek (a jego przyszła żona, wówczas "pewna historyczka", biła mu brawo) - i doprowadził równo­ściowe postulaty ad absurdum, anty­cypując gombrowiczowskie wywody z Dziennika: skoro nie ma równo­ści, to nie powinnyście się na to godzić i w pro­teście... przestańcie w ogóle studiować!35

Skłonni byli­byśmy może brać tę opowieść Wańkowicza za zmyślenie, ale w świetle lektury ówczesnych pism organizacji studenc­kich z Krakowa wydaje się dosyć prawdo­podobna36.

Życie polityczne studentów w zdecydowanie bardziej liberalnym wtedy niż Warszawa austro-węgierskim Krakowie było wyjątkowo bujne. Główne linie podziału przebiegały między środowis­kami lewicowymi (młodzieżą "postępową", "postępowo-­-niepodległościową") a prawicowymi (jednak nie konserwatywnymi, lecz demokratyczno-narodowymi; ówczesną "młodzież narodową" w Krakowie należy wiązać nie z "kongresówkową" endecją, tylko ze środowis­kami ZET-u, czyli - używając dzisiejszych kategorii - z centroprawicą). Mnogość grup i środowisk sprawiała, że łatwo było się w nich pogubić: obok Polskiej Młodzieży Niepodległościowej funkcjonowały między innymi Młodzież Narodowa, Niepodległościowa Młodzież Ludowa czy Polska Młodzież Socjalistyczna, podobne do siebie tylko z nazwy.

Mimo wszystko te tak różne ideowo organizacje potrafiły działać razem, czego przykładem były wspólne obchody rocznicy wybuchu powstania styczniowego w 1913 roku czy wiec zorganizowany 8 marca tego samego roku, "aby tym dać dowód, że przemoc nigdy nie zmoże myśli o wolności"37.

Nie była to przypadkowa data - na ten dzień przypadało trzechsetlecie panowania Romanowów, dynastii, która musiała wydawać się niewzruszona. Młodzi nie tracili jednak wiary w zmianę - wbrew, zdawałoby się, realizmowi.

"Jak można ufać człowiekowi bez paszportu?"

Wańkowicz - mimo działalności w Strzelcu, harcerstwie i polityce niepodległościowej - musiał jednak stawić się na wojskowym szkoleniu w armii tychże Romanowów. Trafił do "119 Piechotnego Kołomienskiego Połka" w Miń­sku38.

---

Do Kongresówki zapewne wracał nielegalnie, przez zieloną granicę, bo inaczej nie miałyby sensu słowa rosyjskiego pułkownika z jednej z jego opowieści, który przekonywał rzekomo Zofię Małagowską: "[...] młode panienki są tak nieostrożne. Czy pani aby na pewno wie, z kim się zaręczyła? Nie miał paszportu... Jak można ufać człowiekowi bez paszportu?", i ostrzegał ojca jego narzeczonej przed lekkomyślnym młodzieńcem39.

Jeśli wierzyć opowieści z Tędy i owędy, Melchior trafił na komisję poborową w Kownie, gdzie liczył na skierowanie do upatrzonego cichego miejsca w rosyjskiej armii. Skierowano go jednak do zwykłej piechociarskiej masy w 119 Kołomień­skim Pułku Piechoty 30 Dywizji, stacjonującym w Miń­sku. Poproszony, by usiadł, niemal natychmiast poczuł na głowie coś zimnego: przyłożono mu do włosów maszynkę i wygolono go "na łysą pałę"40.

Melchior, mimo że studiował, był uznawany za człowieka bez matury, a zatem przeznaczonego do roli zwykłego szeregowego.

Cały czas myś­lał, jak się z tej sytuacji wyzwolić. Pomóc miały na przykład symulowanie choroby nerek i podmieniona próbka moczu. Mocz pobrany "od niemal umierającego" z pras­kiego szpitala w drodze do laboratorium wzbogacano o próbki od "babki, psa i kota". "I dotąd nie wiem, za kogo się mam modlić" - napisze później.

Powód do dziękczynnych modlitw by się znalazł: w czasie I wojny światowej uda mu się uniknąć służby czynnej w pułku, który już w sierpniu 1914 roku zostanie rozbity w Prusach Wschodnich, gdzie straci wielu ludzi i nawet swój sztandar.

Historyk, ekonomista, prawnik

Melchior rozważał jednak karierę zawodowego wojskowego, tyle że nie w carskim wojsku. W maju 1914 roku wysłał list do lwowskiego "Strzelca", który redakcja przesłała do męża Marii Dąbrowskiej, organizującego wówczas w Londynie oddział tej organizacji. Wańkowicz pisał:

[...] za 3 lata mam zamiar wstąpić do wyższej szk[oły] wojskowej. Podobno istnieje w Anglii taka szkoła z kursem trzyletnim, do której przyjmowani są tylko Anglicy i, w myśl dawnej tradycji, Polacy.

Czy Sz. Redakcja nie mogłaby mi udzielić jakowych informacji w tym względzie?

Z wysokim poważaniem.

Rezerwowy chorąży "Strzelca"

Mel.41

Wojna wydawała się jednak jeszcze nierealna. Wańkowicz wrócił z wojskowego szkolenia w Miń­sku i znów zaczął spis­kować.

Oprócz tego, że politykował, Melchior chodził też, rzecz jasna, na zajęcia uniwersytec­kie42. Zapis na Wydział Filozoficzny nie oznaczał wcale, że studiowało się myśl Platona czy Kanta. Ówczesny "megawydział" dziś określili­byśmy raczej mianem wydziału humanistyczno-przyrodniczego (dość powiedzieć, że jeden z kursów nosił nazwę "Geo­metria różniczkowa krzywych"). W pro­gramie studiów Wańkowicza dominowały wykłady z historii, i to pro­wadzone przez prawdziwe legendy, jak Władysław Konopczyń­ski, znany z badań nad liberum veto, czy Wacław Tokarz, związany z ruchem strzelec­kim, przyciągający między innymi tym, że przed­stawiał prawdziwą historię powstań. Być może to właśnie dzięki nim Wańkowicz tak wielką wagę przykładał później jako reporter do gromadzenia i weryfikowania dokumentacji. Tokarz pro­wadził seminarium, na którym chciał nauczyć studentów przede wszystkim umiejętności samo­dzielnej pracy naukowej, poznawania stanu badań. "Wymagał, aby uczniowie, zapoznając się z literaturą, robili notatki na oddzielnych fiszkach", które miały się stać szkieletem ich pracy43.

Tak też będzie wyglądać metoda pracy Wańkowicza, który chodził aż na dwa wykłady pro­wadzone przez Tokarza: "Prusy w latach 1815-1870" i "Austria za rządów Józefa II". U Konop­czyń­skiego słuchał z kolei o panowaniu Augusta II, a u Krzyżanowskiego - o dziejach Polski za Łokietka i Kazimierza Wielkiego. Jedynym wykładem filozoficznym podczas jego studiów była "Filozofia Arystotelesa" pro­wadzona przez byłego rektora uniwersytetu, księdza pro­fesora Pawlic­kiego44.

To właśnie na wykładach Krzyżanowskiego Melchior mógł spotkać Zofię, której zainteresowania były bardziej polonistyczne, wobec czego uczęszczała też na zajęcia krewnego Sienkiewicza, Ignacego Chrzanowskiego (uczniami Chrzanowskiego będą późniejsi wybitni literaturoznawcy).

Zofia była jedną z nielicznych studentek i już przez sam ten fakt się wyróżniała; jej kolegą z polonistyki był znajomy Wańkowicza z czasów szkolnych, Ignacy Matuszewski45, który zostanie jednym z liderów obozu piłsudczykowskiego (przez pewien czas będzie szefem wywiadu wojskowego). Drogi Wańkowicza i Matuszewskiego przetną się potem wielo­krotnie.

Zofia za studia na Wydziale Filozoficznym płaciła znacznie więcej niż Melchior, ale chodziła też na ponad dwa razy więcej zajęć46, on bowiem, jak już wspomniałem, poza Wydziałem Filozoficznym był zapisany do nowo powstałej Polskiej Szkoły Nauk Politycznych w Krakowie, nowoczesnej kuźni kadr administracyjnych, tworzonej z myś­lą o przyszłym odrodzonym państwie polskim. Polskość akcentowano już w samej nazwie. Uczelnia nastawiona była na praktykę. Studentom umożliwiano kontakty z prawnikami i ekonomistami; epizodycznie wykłady w niej miewał także Roman Dmowski. Atmosfera szkoły sprzyjała kształtowaniu temperamentów politycznych nastawionych na dys­kusje i polemiki.

Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.

Przypisy

ROZDZIAŁ III Masa i maszyna. Uniwersytet i wojna (1911-1918)

1 Zob. A. Chor., Wśród książek - złych i dobrych. Dwie nowe książki Melchiora Wańkowicza, "Kurier Polski" 1934, nr 262, s. 5.

2 Zob. W. Rogowicz, "Z ojca miecza, z matki sakiewki...", KP 1935, nr 157, s. 3.

3 Taki tytuł nosiły i przed­mowa, i jeden z jego reportaży, mawiał też tak w latach sześćdziesiątych. "Mówił o swoim przed­wojennym ekslibrisie, na którym pod herbem Lis leży miecz i sakiewka: "Panie Antku, ja jestem z ojca miecza i matki sakiewki"" (rozmowa z Antonim Krohem, 10.10.2023). Za skontaktowanie mnie z Antonim Krohem dziękuję Agnieszce Małec­kiej z Muzeum Okręgowego w Nowym Sączu.

4 Zob. W. Rogowicz, "Z ojca miecza, z matki sakiewki...", dz. cyt., s. 3, 4.

5 T. W. Nowac­ki, Szkic do dziejów ZET-u, dz. cyt., s. 112, 113.

6 Należy jednak dodać, że mogło być... odwrotnie. Według napisanego zapewne na początku lat siedemdziesiątych auto­życiorysu Wańkowicz wybrał przeciwny kierunek: pozostał w Zecie, odchodząc ze Związku Strzelec­kiego, i został nawet zastępcą komendanta Wolnego Strzelca, Pełczyń­skiego. Oczywiście należy pamiętać o subiektywności takiego auto­życiorysu i kontekście czasów, w których powstał. Zob. ML, rps inw. 858, auto­życiorys Melchiora Wańkowicza.

7 ML, rps inw. 858, auto­życiorys Melchiora Wańkowicza.

8 M. Kurzyna, O Melchiorze Wańkowiczu - nie wszystko, dz. cyt., s. 53.

9 B. Mańkowski, Stypendia koleżeń­skie, dz. cyt.

10 AUJ, S II 243a.

11 AUJ, S II 244a. Mieszkał tam także po przeniesieniu się na Wydział Prawa. Zob. AUJ WP II 279.

12 AUJ, PSNP 4.

13 O Wyszyń­skim zob. M.J., Zgon Wielkiego Polaka, "Nowiny Codzienne. Pismo poświęcone sprawom ludu polskiego na Śląs­ku Opolskim" 1935, nr 6, s. 1.

14 APR, PR III 25147 [0], Na auto­wym kercelaku, 28.06.1970.

15 MW, Ziele na kraterze, 1951, s. 99.

16 M. Barcik i in., Corpus Studiosorum..., dz. cyt., s. 324. Zob. też: AUJ, S II 243a; AUJ, S II 244a; AUJ, WP II 279; AUJ, PSNP 4.

17 BJ, Przyb 331/68-339/68, t. 25.

18 AUJ, S II 243a.

19 AUJ, S II 243a, także AUJ, S II 243b (rok 1912/1913, I półrocze).

20 Zob. [Nekrolog zawiadamiający o nabożeństwie żałobnym w dziesiątą rocznicę śmierci Anny Małagowskiej], KW 1906, nr 173, s. 7; Ofiary, KW 1910, nr 177, s. 10 ("w 14-tą rocznicę śmierci"). Żoną Kazimierza była niespełna dziewięć lat, pobrali się 26 listopada 1887 roku w Krakowie. Zob. Śluby, "Gazeta Narodowa" 1887, nr 273, s. 2. Zob. też: [Nekrologi datowane na 30 czerwca], "Kurier Codzienny" 1896, nr 180, s. 4. Uroczystości pogrzebowe odbywały się w dwóch miastach: Grodzis­ku i Skierniewicach.

21 Nekrologja, KW 1889, nr 45 (dodatek poranny), s. 5.

22 Wiadomości bieżące, KW 1901, nr 288, s. 3. Zob. też: "Kurier Codzienny" 1891, nr 328, s. 4.

23 Notatka ze sprawozdania towarzystwa osad rolniczych za r. 1888, "Gazeta Polska" 1890, nr 118, s. 2; Ze sprawozdania Towarzystwa Osad rolnych za rok 1891, "Słowo" 1892, nr 110, s. 2. Na temat ofiarności Kazimierza dotyczącej ochronek dla niemowląt zob. np. "Na garnuszek", "Kurier Codzienny" 1890, nr 70, s. 3.

24 Wiadomości bieżące, KW 1896, nr 266 (dodatek poranny), s. 3; Z.J.N., Wieczornica "Lutni", KW 1901, nr 334 (dodatek poranny), s. 4; "Strażak" (dodatek do: "Kolarz, Wioś­larz i Łyżwiarz") 1901, nr 8, s. 15, 16; Pożar browaru, KW 1902, nr 76, s. 5.

25 Ojciec Zofii aktywnie działał w wydziale przeciwalkoholicznym Towarzystwa Higienicznego. Zob. np. Z miasta, KW 1908, nr 286, s. 3; Ze Stowarzyszeń, "Dzwon Polski" 1906, nr 340 (wydanie poranne), s. 2.

26 Zrezygnował wówczas z funkcji prezesa Towarzystwa oszczędnościowo-pożyczkowego w Skierniewicach, którym był od blis­ko dwóch lat, od początku istnienia Towarzystwa. Zob. B., Z życia pro­wincyi, "Gazeta Polska" 1902, nr 79, s. 2.

27 Ze Stowarzyszeń, "Dzwon Polski" 1906, nr 340 (wydanie poranne), s. 2; Adresy Warszawy rok 1909. Wydawnic­twa rok II-gi, zebrane i opracowane pod kierunkiem A. Żwana, [Warszawa] 1909, s. 204, 228.

28 Rozwiązanie szarady z nagrodami, zamieszczonej w No 96-ym "Kurjera", KW 1903, nr 109, s. 12. Zob. też: Rozwiązanie logogryfu, zamieszczonego w No 8-ym "Kurjera", KW 1905, nr 74, s. 10.

29 Ruch stowarzyszeń, "Sport" 1905, nr 24, s. 27.

30 Lista WW. gospodyń i gospodarzy "Festivalu Gwiazdkowego" w salach Redutowych na Koło św. Barbary, KW 1909, nr 338, s. 6; nr 342, s. 7. Pierwszą wzmiankę o Zofii na łamach prasy znalazłem właśnie przy okazji odnotowania ofiar charytatywnych w lutym 1904 roku ("wdzięczni uczniowie: Zonia, Kazio i Staś Małagowscy"). Zob. Ofiary, KW 1904, nr 39, s. 4.

31 "Gwiazdka", KW 1906, nr 352, s. 3; Na Koło św. Barbary, KW 1907, nr 323, s. 3; KW 1910, nr 44, s. 14.

32 Ze szkół, KW 1907, nr 182, s. 6.

33 Z. Małagowska, W obozie "Sokolego Oka", "Światek Dziecięcy. Bezpłatny dodatek do "Przyjaciela Dzieci"" 1910, nr 45, s. 353-356. Później Kazimierz ożeni się ponownie. Zob. Z żałobnej karty, "Goniec Kalis­ki" 1924, nr 287, s. 3.

34 AUJ, S II 243a; AUJ, S II 243b, rok 1912/1913, I półrocze.

35 MW, Tędy i owędy, 1961, s. 63.

36 Zob. np. AAN, Organizacje młodzieżowe - zbiór akt, sygn. 2/75/0/-/1, k. 308, Varia, "Pobudka. Czasopismo dla młodzieży polskiej" 1910, nr 2, s. 29.

37 Zob. AUJ, S II 785.

38 Zob. MW, Tędy i owędy, 1961, s. 154; APR, 5681 [2].

39 MW, Ziele na kraterze, 1951, s. 54, 55; MW, Nie rusz, Wandziu, tego kwiatka!..., "Dziennik Żołnierza APW" 1943, nr 39, s. 2 i in.

40 MW, Tędy i owędy, 1961, s. 154.

41 Gabinet Ręko­pisów Biblioteki Uniwersytec­kiej w Warszawie, rps BUW nr 1404, materiały Mariana Dąbrowskiego, list Wańkowicza do redakcji "Strzelca", k. 198. Nazwis­ko zamazane na kopercie. Za udostępnienie dokumentu dziękuję Agnieszce Fabiań­skiej i Łukaszowi Ratajczakowi.

42 Zob. np. AUJ, S II 243a.

43 P. Biliń­ski, Krakowskie lata Wacława Tokarza [w:] Wacław Tokarz (1873-1937). Z Legionów Polskich na Uniwersytet Warszawski, red. T. P. Rutkowski, T. Siewierski, Warszawa 2017, s. 50.

44 AUJ, S II 243a.

45 Zob. AUJ S II 244a, AUJ, S II 236a. Wańkowicz pisał, że Matuszewskiego poznał w czasach "szkolnych". Zob. MW, Strzępy epopei, 1939, s. 73. Matuszewski w 1911 roku zdał maturę w gimnazjum imienia Ziemi Mazowiec­kiej (Kazimierza Kujawskiego). Zob. S. Cenckiewicz, Pułkownik Ignacy Matuszewski, 1891-1946, Warszawa 2017, s. 6. Być może poznali się podczas prac nad tomem Bez przyłbicy, według Wańkowicza redagowanym właśnie przez Matuszewskiego (zob. M. Kurzyna, O Melchiorze Wańkowiczu - nie wszystko, dz. cyt., s. 50).

46 AUJ, S II 243a.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Projekt okładki Agnieszka Pasierska

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś

Fotografia na okładce ? Katolicki Uniwersytet Lubelski Jana Pawła II

Wybór fotografii Łukasz Garbal i Przemysław Pełka

Copyright ? by Łukasz Garbal, 2025

Opieka redakcyjna Przemysław Pełka

Redakcja Filip Fierek

Recenzje naukowe prof. dr hab. Iwona Hofman, prof. dr hab. Sławomir Jacek Żurek

Korekta Kinga Kosiba / d2d.pl, Jędrzej Szulga / d2d.pl

Indeks Jędrzej Szulga / d2d.pl

Skład Robert Oleś

Partner wydania: Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza

Publikacja ukazała się przy wsparciu Instytutu Książki w ramach programu wydawniczego Inne Tradycje. Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej Nr 90/DF-VII/2025

Konwersja i produkcja e-booka: d2d.pl

ISBN 978-83-8396-236-8

Wydawnictwo Czarne sp. z o.o.

czarne.com.pl

Wydawnictwo Czarne

@wydawnictwoczarne

Wołowiec 2025

Wydanie I

Przypisy

ROZDZIAŁ I Rojst. Białorus­kie bagnis­ka i legendy (1892-1902)

1 Tę datę podawała także żona Wańkowicza w napisanym przez nią odręcznie jego życiorysie dołączonym do podania na studia już w wolnej Polsce, kiedy obowiązywał kalendarz gregoriań­ski; w urzędowej notatce z 1932 roku jako datę urodzin Wańkowicza podawano jednak 26 grudnia 1891 roku, a jako miejsce - Sienno w guberni mohylowskiej. Zob. AAN, zespół 9 - MSW, 2/9/0/5.6/III 155, pismo dyrektora departamentu personalnego MSW, 19.01.1932, k. 2. Oba te źródła opierały się zapewne na datowaniu według kalendarza obowiązującego w czasie urodzenia Wańkowicza, czyli juliań­skiego. Zob. też: AUW, sygn. RP 3921, [Z. Wańkowicz], Melchior Wańkowicz, Curriculum vitae; M. Barcik i in., Corpus Studiosorum Universitatis Iagellonicae 1850/51-1917/18 T-Ż, red. K. Stopka, Kraków 2015, s. 324. Datę 25 grudnia potwierdzają dodatkowo list Wańkowicza seniora do krewnych (list Melchiora Wańkowicza seniora do Stanisławy i Jana Wańkowiczów, 30.12.1891 / 11.01.1892, kserokopia w zbiorach Macieja Mycielskiego) oraz pisany pod koniec życia pamiętnik siostry pisarza, w którym wspominała o pierwszym dniu Bożego Narodzenia (MM, relacja Reginy Wańkowiczówny spisana w Buku pod Poznaniem, ok. 1963 r., ręko­pis oraz maszynopis). Dziękuję pro­fesorowi Maciejowi Mycielskiemu za dostęp do rodzinnego archiwum. Wszystkie daty w książce, jeżeli nie zaznaczono inaczej, podawane są dalej według kalendarza gregoriań­skiego.

2 Do oryginału aktu urodzenia na Białorusi nie udało mi się dotrzeć i nie wyjaśniłem opisanej w tym akapicie rozbieżności dat 25 i 29 grudnia (za oficjalny dzień urodzin często uznawano datę przybycia wysłanników rodziny do parafii, w której dziec­ko miało być ochrzczone; mogła to też być powielana później literówka).

3 IPN BU, 251/11, notatka służbowa w sprawie Melchiora Wańkowicza (odpis), Warszawa, 21.12.1964, k. 122.

4 W. Gombrowicz, Pamiętnik Stefana Czarniec­kiego [w:] tegoż, Bakakaj, Kraków 1957, s. 19.

5 Konarski, k. 1.

6 Konarski, k. 37; Gabinet Heraldyczny Zamku Królewskiego w Warszawie, sygn. G.H. 7.214, list Melchiora Wańkowicza do Szymona Konarskiego, 7.05.1961; list Konarskiego do Wańkowicza, 19.05.1961.

7 Konarski, k. 8.

8 A. Mickiewicz, Pan Tadeusz, czyli ostatni zajazd na Litwie. Historia szlachec­ka z roku 1811 i 1812 we dwunastu księgach wierszem, oprac. S. Pigoń, Wrocław 1971, s. 323, 603.

9 MW, Szczenięce lata, 1934, s. 7.

10 Konarski, k. 11, 16.

11 Konarski, k. 19. Zob. M. Barcik i in., Corpus Studiosorum..., dz. cyt., s. 325. Melchior senior figuruje tu jako syn Karola Wańkowicza, zmarłego w 1854 roku, i Rozalii z Wańkowiczów.

12 Słownik geo­graficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiań­skich, t. 3, red. F. Sulimierski, B. Chlebowski, W. Walewski, Warszawa 1882, s. 710.

13 Słownik geo­graficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiań­skich, t. 7, red. B. Chlebowski, W. Walewski, wg planu F. Sulimierskiego, Warszawa 1886, s. 82.

14 Słownik geo­graficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiań­skich, t. 3, dz. cyt., s. 251.

15 "Morg al. morga, z niem. Morgen (ranek), jest to obszar ziemi, jaką jeden człowiek może w ciągu dnia skosić lub zorać. [...] Rozmiary morga były rozmaite; każda pro­wincja miała swą miarę" - podawał Słownik geo­graficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiań­skich, t. 6, red. F. Sulimierski, B. Chlebowski, W. Walewski, Warszawa 1885, s. 677. Trudno określić, którą z definicji morgi przyjął autor tego hasła, można jednak ostrożnie szacować wielkość dóbr w Kalużycach na co naj­mniej dwa i pół tysiąca dzisiejszych hektarów.

16 Słownik geo­graficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiań­skich, t. 3, dz. cyt., s. 710.

17 Z Miń­ska gub., "Gazeta Polska" 1892, nr 123, s. 1.

18 Od redakcji "Kraju", KP 1883, nr 350, s. 7. Takie ogłoszenia, w których wymieniano między innymi Melchiora Wańkowicza, redakcja "Kraju" zamieszczała także w innych pismach warszawskich. Zob. np. Od redakcji "Kraju", KW 1884, nr 358, s. 8.

19 AUJ, WF II 218. Zob. też: M. Barcik i in., Corpus Studiosorum..., dz. cyt., s. 325. Według tego źródła Melchior senior wcześniej studiował prawdo­podobnie w Moskwie.

20 Należy dodać, że według cytowanej w przytoczonym wyżej źródle (AUJ WF II 218) notatki ci studenci później wrócili i uczęszczali na zajęcia "bardzo pilnie" (trudno ocenić, czy faktycznie tak było, czy tą formułą chciano w jakiś sposób ochronić studentów, bo powodem absencji na zajęciach był udział w powstaniu).

21 Źródła archiwalne często myliły Melchiora i Adama Wańkowiczów. Za tę uwagę dziękuję Mariuszowi Kulikowi. Zob. Biobibliografiches­kiy spravochnik uchastnikov vosstaniya 1863-1864 gg., nakhodivshikhsya pod nadzorom politsii v Kazanskoy gubernii, kdkv.narod.ru/1864/Ssilka­-Kazan.html#03, dostęp: 11.06.2025);

D. Č. Matwiejczyk, Udzieĺniki pa?stannia 1863-1864 hado?: bijahrafičny slo?nik (pavodlie materyjala? Nacyjanaĺnaha histaryčnaha archiva Bielarusi), Minsk 2016, s. 115 (biogram nr 1020). Słownik Dzmitrija Matwiejczyka podaje następujące informacje o Wańkowiczu seniorze: "[...] syn Karola, stryjeczny brat Adama i Kazimierza, szlachcic powiatu ihumeń­skiego, katolik, ur. 1842 r. Do powstania mieszkał w majątku Kałużyca (pow. ihumeń­ski), majątek należał do jego matki. Za udział w powstaniu aresztowany, 21.06.1863 r. wysłany do Miń­ska, postanowieniem wojskowej komisji śledczej, konfirmacja Murawiowa 30.01.1864 r., pozbawiony praw stanu, konfis­katę majątku, skazany na osiedlenie w odległych terenach Syberii i na katorgę. Objęty amnestią 17.05.1868 r. (darowanie połowy kary). Powrót do ojczyzny, z zakazem przebywania w miastach gubernialnych i zajmowania stanowisk w administracji państwowej. W 1876 r. ożenił się z Marią Szwajnic­ką [właśc. Szwoynic­ką] i miał z nią dzieci: Czesław, Witold, Melchior i Regina. W 1889 r. senat zatwierdził szlachec­two jego dwóch starszych synów. Zmarł w 1892 r." (przeł. M. Kulik). Według tych danych ojciec Melchiora wrócił z katorgi po czterech latach, w 1868 roku; pod Kazaniem został jego kuzyn Adam.

22 A. Bogusławski, "Gdy będę na zaludnieniu..." W rocznicę powstania styczniowego, KW 1936, nr 20, s. 4-5. Bogusławski cytował listy udostępnione mu przez siostrzenicę późniejszej żony ich autora, Kazimierzowej Krechowiec­kiej. Oryginałów nie udało mi się odnaleźć, trzeba pamiętać, że znajdowały się w czyimś archiwum domowym przed II wojną światową; oczywiście należy wziąć też pod uwagę, że autor artykułu mógł pomylić imiona - zesłanym mógł być inny z Wańkowiczów.

23 Wersja o powrocie w 1875 roku zob. Ossolineum, sygn. 2/04/3, relacja Reginy Wańkowiczówny, córki Melchiora z Kalużyc, k. 2.

Według innej z relacji Melchior Wańkowicz prawdo­podobnie wracał z zesłania - przynajmniej na odcinku z Tomska - wiosną 1868 roku w towarzystwie Konrada Prószyń­skiego (później znanego pod pseudo­nimem Kazimierz Pro­myk), doktora Monkiewicza, Stanisława Witkiewicza i pani Siesic­kiej. Zob. Z życia Pisarza Gazety Świąteczn?j, "Gazeta Świąteczna" 1908, nr 1433, s. 8. Sądząc ze spisanego pod koniec życia przez Reginę Wańkowiczównę wspomnienia, ojciec uzys­kał wówczas zgodę na zamieszkanie bliżej Europy, w Kazaniu - do domu wrócił zaś w 1872 lub 1874 roku. Zob. MM, relacja Reginy Wańkowiczówny spisana w Buku pod Poznaniem, ok. 1963 r., ręko­pis oraz maszynopis.

24 Datę 14 grudnia tego samego roku podają dokumenty uniwersytec­kie (zob. M. Barcik i in., Corpus Studiosorum..., dz. cyt., s. 324). Była to zapewne data urodzenia według kalendarza gregoriań­skiego (odpowiadała w tym roku 2 grudnia według kalendarza juliań­skiego).

25 Być może 3 kwietnia. Zob. IPN BU, 0192/72, t. 1, 59.

26 Mogło jednak chodzić o innego z Wańkowiczów - nie podano miejscowości ani imienia, ale sądząc z jego późniejszej aktywności, prawdo­podobnie był to właśnie Melchior Wańkowicz senior. Zob. Wystawa ogrodnicza w Miń­sku, KW 1882, nr 3, s. 4.

27 A. Biernikowicz, Wystawy ogrodnicze w Miń­sku gubernijalnym w r. 1880-81, "Ogrodnik Polski" 1882, nr 9, s. 209. Gazeta pisała o Wańkowiczu bez imienia, ale niemal na pewno chodziło o Melchiora seniora.

28 A. Walic­ki, Wystawa miń­ska. (Dokończenie), KW 1883, nr 255, s. 3.

29 H. Sienkiewicz, Potop [odc. 363], "Słowo" 1886, nr 108, s. 2.

30 APR, PR III 25147 [0], Na auto­wym kercelaku, 28.06.1970.

31 Mapa I-go i II-go rozbiorów Polski: granice naniesione na mapę nowoczesną, Warszawa [przed 1939].

32 Słownik geo­graficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiań­skich, t. 3, dz. cyt., s. 251.

33 Spis ludności na terenach administrowanych przez Zarząd Cywilny Ziem Wschodnich (grudzień 1919), z mapą wydał E. Romer, Lwów­-Warszawa [1920], s. 29. Żydzi skupiali się w miasteczkach, na terenach wiejskich niemal ich nie było.

34 Ossolineum, sygn. 2/04/3, relacja Reginy Wańkowiczówny, córki Melchiora z Kalużyc; listy Wańkowicza do Romana Aftanazego.

35 W. Stanisławski, Melchior rysuje raj, "Teologia Polityczna Co Tydzień" 2022, nr 2, teologiapolityczna.pl, tinyurl.com/4ctfvunu, dostęp: 27.06.2025.

36 Ossolineum, sygn. 2/04/3, relacja Reginy Wańkowiczówny, córki Melchiora z Kalużyc.

37 Zob. Słownik geo­graficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiań­skich, t. 3, dz. cyt., s. 710.

38 "Informator". Przewodnik handlowo-przemysłowy Cesarstwa Rossyjskiego, Królestwa Polskiego i Warszawy. Wydanie pierwsze na rok 1889/90, Warszawa 1888, s. 130.

39 Ossolineum, sygn. 2/04/3. Wańkowicz wracał tam w czasach II Rzeczpospolitej, foto­grafując okolice, na przykład spław drzewa na Niemnie pod Mostami czy żydowskich flisaków. Zob. ML, I.326/53.

40 Z.P., Sprawozdanie z czynności Towarzystwa rolniczego w Miń­sku, "Słowo" 1884, nr 79, s. 2.

41 "Kurier Codzienny" 1875, nr 265, s. 2; KW 1883, nr 96, s. 6.

42 "Kraj" 1892, nr 14, s. 9.

43 Q., Ś. p. Melchior Wańkowicz, "Tygodnik Ilustrowany" 1892, nr 125, s. 333.

44 MW, Szczenięce lata, 1934, s. 149.

45 Alphabetisch geo­rdnetes Namensverzeichnisss der in der Zeit vom 7. Juni bis 10. Juni 1890 angemeldeten, "Kurgäste Karlsbads", H. 17, 18. Juni 1890. Nie znalazłem wprawdzie nazwis­ka ojca na listach kuracjuszy z pierwszych miesięcy roku 1892, ale o niczym to nie przesądza, mógł bowiem nie zostać odnotowany.

46 Amtliche Nachrichten zur Kurliste von Karlsbad für die Saison 1890, Karlsbad 1890, s. 3.

47 List Stanisławy Świac­kiej, siostry Melchiora Wańkowicza, dołączony do jego listu do Stanisławy i Jana Wańkowiczów, 30.12.1891 / 11.01.1892, kserokopia w zbiorach Macieja Mycielskiego.

48 Dwaj zmos­kaleni księża, "Telegraf" 1892, nr 20, s. 2. Wańkowicz pisał o księdzu Woyczyń­skim, nie Łukaszewiczu, podawał też inną wysokość wyroku i kar. Zob. MW, Szczenięce lata, 1934, s. 148, 149. O śmierci swojego ojca Wańkowicz wspominał też między innymi podczas pogrzebu Wacława Wańkowicza w 1936 roku (przemówienie w archiwum prywatnym Pawła Dangla) - musiała to być jednak relacja pośrednia. Dziękuję Pawłowi Danglowi za udostępnienie mi swojego archiwum.

49 MW, U pana Pisanki, KP 1937, nr 80, s. 3.

50 List Melchiora Wańkowicza do Stanisławy i Jana Wańkowiczów, 30.12.1891 / 11.01.1892, kserokopia w zbiorach Macieja Mycielskiego.

51 Wiadomości osobiste, "Słowo" 1895, nr 30, s. 3.

52 Spis uczniów Zakładu Wychowawczo­-Naukowego św. Józefa w Bąkowicach pod Chyrowem na rok szkolny 1893-1894, Przemyśl 1893, s. 7. Czesław był wpisany jako uczeń klasy piątej, w oddziale drugim.

53 Egzamin dojrzałości w gimnazyum III w Krakowie, złożyli..., "Gazeta Narodowa" 1897, nr 155, s. 2.

54 MM, relacja Reginy Wańkowiczówny spisana w Buku pod Poznaniem, ok. 1963 r., ręko­pis oraz maszynopis; MM, list Marii Ś­las­kiej do Janiny z Wańkowiczów Ciechanowskiej, 11.01.1898, kserokopia.

55 Słownik geo­graficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiań­skich, t. 15, cz. 2, red. B. Chlebowski, przy współ­udziale J. Krzywic­kiego, wg planu F. Sulimierskiego, Warszawa 1902, s. 394.

56 Tamże, s. 22; Słownik geo­graficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiań­skich, t. 15, red. B. Chlebowski, przy współ­udziale J. Krzywic­kiego, wg planu F. Sulimierskiego, Warszawa 1900, s. 263.

57 [Nekrolog], "Kurier Litewski" 1913, nr 50, s 1; Lista zmarłych, "Słowo" 1913, nr 81, s. 6.

58 MW, Ziele na kraterze, 1951, s. 9.

59 Słownik geo­graficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiań­skich, t. 3, dz. cyt., s. 593.

60 MW, Nie było nas, był las..., KP 1937, nr 113, s. 6.

61 MW, Okazało się, że kalam gniazdo, KP 1937, nr 134, s. 6. Do opisywanego ­zdarzenia zapewne doszło między 1909 rokiem a wybuchem I wojny światowej.

62 K. Janic­ki, Warcholstwo. Prawdziwa historia polskiej szlachty, Poznań 2023, s. 76. Zob. też: M. Boguc­ka, Kultura sarmatyzmu w Polsce XVI-XVII wieku, Warszawa 2016, s. 37, 38.

63 MW, W królestwie surowej zieleni i ludzi zgorzkniałych. Na tropach Smętka (XI), KP 1936, nr 12, s. 5. Później zredagowane i wydrukowane w książce: MW, Na tropach Smętka, 1936. Wersje nieznacznie się różnią.

64 KK1, s. 36. Niestety nie uzys­kałem od Aleksandry Ziółkowskiej­-Boehm zgody na dostęp do archiwum Wańkowicza w jej posiadaniu. Zapewne w tym archiwum znajdują się oryginały listów. Nie miałem zatem możliwości porównania wydania książkowego z oryginałami i przeanalizowania ewentualnie pominiętych fragmentów lub całych listów, co być może pomogłoby uzupełnić luki w faktografii. Jak wynika z samej treści listów zamieszczonych w publikacji, nie wszystkie ukazały się w druku.

65 MW, Sahib Girej i garncarze w Iwieńcu, KP 1937, nr 3, s. 3. Zob. też: MW, Dwa toasty. Reportaż specjalnego wysłannika z podróży po ziemiach wschodnich, KP 1938, nr 44, s. 7.

ROZDZIAŁ II Miasto. Szkoła, konspiracja, areszt (1903-1911)

Uczyć się trzeba było gdzieś poza poles­kimi błotami i lasem, do którego, jak wspominał Melchior, chodził z niemiec­kim preceptorem, aby uciec od niemiec­kiej gramatyki1. Ponadto po upadku powstania styczniowego w szkołach na terenie zaboru rosyjskiego nie pro­wadzono lekcji w języku polskim.

Czesław, naj­starszy brat Melchiora, w roku 1895/1896 został studentem Wydziału Lekarskiego C. K. Uniwersytetu Jagielloń­skiego, później zaś Studium Rolniczego; nauki jednak w żadnym z tych miejsc nie ukończył2. Zajął się zarządzaniem Kalużycami, ale jeśli wierzyć sugestywnym tekstom Melchiora, niewykluczone, że udawał się wówczas także na polowania do Afryki. Z pewnością od czasu do czasu brał udział w konkursach strzelec­kich - na przykład w lipcu 1903 roku, kiedy w warszawskich zawodach zajął drugie miejsce za strzelanie "z broni kulowej na 100 metrów", na naj­dalszym możliwym wówczas dystansie3.

Czyli coś w wańkowiczowskiej legendzie o odsunięciu brata od zarządzania majątkiem z powodu jego ekscentryzmu jednak było[1]. Przypomina się Conan­-Doyle opowiadający o dekadencji Sherloc­ka Holmesa, który strzałami z pistoletu wypisywał w ścianie inicjały królowej Wiktorii.

Do Galicji trafili także Regina i Witold; być może w ś­lad za nimi naukę zaczynał tam sam Melchior. Jedna z relacji podaje bowiem, że do szkoły zaczął chodzić... w Zakopanem4.

Na Giewoncie zamontowano wówczas krzyż, w miasteczku pomieszkiwał Piłsudski, a Wańkowicz mógł trafić do otwartego w 1898 roku Zakładu Wychowawczego i Naukowego dla Młodzieży Męs­kiej5 w willi Dora pod Antałówką. "Opłata z utrzymaniem: 800 koron lub 400 rs. kwartalnie"6. Wbrew ówczesnym reklamom współ­czesna badaczka oceniła ów zakład bardzo surowo:

[...] za bardzo wygórowaną cenę oferował Szwejger przypadkowo dobrany zespół nauczycielski, z widoczną przesadą zapominający o nauczaniu, a preferujący wychowanie fizyczne, zatem przechadzki i zabawy7.

Melchior w Zakopanem spędził prawdo­podobnie wiele miesięcy w okresie pomiędzy 1896 a 1903 rokiem, jeżdżąc tam z boną i starszą siostrą w tak zwanym sezonie[2]. W każdym razie pierwszą Wigilią, jaką zapamiętał, była ta pod Gubałówką: trzymając się czyjejś spódnicy, patrzył z trwogą na górali bijących diabła i Heroda8.

Bywał jednak i w innych miejscach: w podtoruń­skich Łysomicach w 1899 roku Wańkowicz wywołał chyba pierwszy z licznych skandali w swoim życiu. Siedmioletni chłopczyk podszedł do będącego wówczas u szczytu sławy Sienkiewicza i życzył mu "dobrej żony, dobrych dzieci i dobrych wierszyków" - co po ówczesnych rozwodowych perypetiach autora Quo vadis brzmiało dość pro­wokacyjnie9. "Kto tego smarkacza namówił na tę demonstrację?"

Foto­grafia małego Melka wykonana w Bad Elster (uzdrowis­ko w Saksonii), ok. 1903

zbiory Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza w Warszawie

Do Zakopanego jednak powracał wówczas kilkakrotnie. Pobyt pod Tatrami mógł wynikać z tros­ki babki o zdrowie naj­młodszego wnuka. Kilka lat później Feliksa napisze do Romana Szwoynic­kiego:

Mel mnie niemało tros­ki przyczynia, znowu cierpi na oczy, a przy naukach to bardzo niepokojące, zaledwie tydzień zabawił na Święta, wyprawiłam go wcześniej, żeby leczył się10.

O sobie pisała zaś w sposób zgodny z tym, jak trzydzieści lat później sportretuje ją Melchior:

[...] trzymam się jakimś cudem, Bóg dobry w swoim miłosierdziu przed­łuża życie, dając was do pokuty, bo zmartwień i kłopotów moralnych i materialnych mam dostatecznie, a do pomocy nikogo, naj­smutniej, że starość przygniata.

Witold Wańkowicz rozpoczynał wówczas staż u niejakiego Jana Borsuka, a Czesław zarządzał browarem w... Chinach, na terenach okupowanych przez Rosję (w Mandżurii), i planował inwestycję w ziemię pod Kijowem.

Naj­starszy brat był zatem agresywnym biznesmenem działającym na ówczesnych ryzykownych "rynkach wschodzących" (a wkrótce, jak się okaże, "zachodzących" - Melchior pisał wręcz o bankruc­twie Czesława). Początkowo jednak ta "Pierwsza mandżurska gorzelnia A. Czajkowski i Sp.", w której był jednym ze wspólników11, wydawała się niebywałą okazją - w chiń­skim mieście nad Amurem, w którym budynek lokalnego dworca stanowił replikę tego z Siedlec, a jednym z budowniczych mostów kolejowych był ojciec Czesława Miłosza12.

Już wkrótce, po przegranej wojnie z Japonią, Rosjanie będą musieli się stąd wycofać. W tym czasie Melchior uczył się już w Warszawie, dokąd przywiozła go siostra13. Nie był jednak dobrym uczniem: kiepsko poszły mu egzaminy i nie dostał się do V Gimnazjum Rządowego14. Przyjęty naj­pierw do szkoły Rontalera (zwanej "Rondlem"), z uwagi na jej ówczesną bardzo złą sławę został wkrótce przeniesiony do innej - do świeżo założonego prywatnego gimnazjum należącego do Pawła Chrzanowskiego.

Ten niedawno emerytowany generał armii rosyjskiej był Polakiem i wbrew oficjalnym zakazom rozmawiał ze swoimi uczniami po polsku. W 1903 roku otworzył ośmioklasowe gimnazjum typu filologiczno-klasycznego z dwoma nowożytnymi językami i łaciną, początkowo na ulicy Wielkiej 13 (dzisiaj jest to ulica Poznań­ska)15. Pod koniec 1904 roku kupił zaś jeden z domów na granicy Śródmieścia i "gorszej" wówczas dzielnicy, Powiś­la, na ulicy Smolnej 30, niedaleko końca Foksal.

Dziś to XVIII Liceum Ogólnokształcące imienia Zamoys­kiego.

Od lewej: Melchior, Witold i Regina Wańkowiczowie. Foto­grafia wysłana jako pocztówka "babce nowotrzebskiej" ze słowami napisanymi przez Witolda: "Jak się Babciutce ta trójka podoba? Tol 17 VIII [19]03 r."

zbiory Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza w Warszawie

"Zgasła gwiazda babki śmietankowej"

Pół wieku później Wańkowicz rozpoczynał swoją opowieść w Tędy i owędy od sceny, jak to po egzaminach do szkoły, które źle mu poszły, siedząc "jak zmokły wróbel nad marmurowym blatem stolika w cukierni", pierwszy raz w życiu spróbował babki śmietankowej.

Smaku tego już nigdy nie znalazł - szukał jednak odtąd wytrwale smaku życia, "z cukiernią Wedla, z wielką liczbą rówieśników w parku Ujazdowskim" (jeden z nich, Aleksander Lednic­ki, w jakimś zakładzie z Melkiem przegrał "trzy funty czekoladek i dotąd nie oddał")16. Warszawa kusić będzie później Wańkowicza "kohortą dziewcząt"17 z naj­różniejszych pensji - a babka śmietankowa stanie się wiecznym symbolem przyjemności życia, wspomnieniem tak sensualnym jak pro­ustowska magdalenka.

---

Musiał jednak iść do szkoły, szkoły generała Chrzanowskiego... Funkcjonowała ona wówczas na ogólnych zasadach rządowych placówek oświatowych - wszystkich przed­miotów zgodnie z prawem uczono po rosyjsku, a za używanie języka polskiego groziły kary18.

Szkoła cieszyła się powodzeniem, i to mimo wysokiego czesnego (właściciel przy dobrych wynikach w nauce i trudnej sytuacji finansowej rodziców często obniżał opłaty lub w ogóle z nich rezygnował)19. Dzięki temu bowiem, że nauczyciele byli Rosjanami, łatwiej można było wymijać naj­bardziej dotkliwe formy oficjalnej ideologii mającej uczynić z Polaków Rosjan. Mimo oficjalnego języka rosyjskiego przeciwdziałano rusyfikacji mentalnej.

Istniało oczywiście niebezpieczeństwo, że taki kompromis przyniesie efekty odwrotne20 - że posługiwanie się rosyjskim przewyższy ewentualne korzyści. Kluczowy okazał się tu - jak zawsze - "czynnik ludzki": ludzie z zamiłowaniem do "syzyfowych prac", jakie pamiętamy z Żeromskiego.

A zaczynało się od świadomego mówienia po polsku tak często, jak to było możliwe. Wysoki poziom szkoła zawdzięczała przede wszystkim pasji wychowawców do wykładanych przed­miotów21. Fizyk żył fizyką, biolog biologią, nawet germanista Erdman pasjonował się literaturą polską - mówiąc o Goethem, doszedł "do analogii z Grobem Agamemnona". Wańkowicz tak wspominał tę lekcję: ""Jak to, nie znacie tego - 'bez [złotego] pasa, bez czerwonego leży trup kontusza?'", i wyrecytował cały wiersz Słowac­kiego. "Morus" - orzekliśmy".

Autor Szczenięcych lat pisał później, że naj­ważniejsze, co mu dała szkoła, to "dobroć ludzka. Taki pospolity pro­dukt, a taki cenny. Czarodziejska substancja, która spaja ludzi".

---

Melchior był związany ze szkołą Chrzanowskiego od pierwszych dni, gdy jeszcze funkcjonowała na Wielkiej, w przerobionej na szkołę kamienicy przy cyrkule policyjnym, a on musiał przemykać pomiędzy rosyjskimi nauczycielami "w granatowych ze złotymi guzikami mundurach". W tym "gimnazji gienierał-lejtnanta Pawła Pawłowicza Chrżanowskiego (bo "r" i "ż" wymawiało się oddzielnie)" trafił do klasy drugiej22. Mundur noszony na cześć carycy Katarzyny II, która doprowadziła do rozbiorów Rzeczpospolitej, miał dziewięć guzików - tyle, ile liter liczyło jej imię po rosyjsku. I rusyfikacyjna panowała jeszcze wówczas atmosfera: pomocnicy nauczycieli - pedle - czy inspektor Sokołow z kruczo­czarną brodą, wyłapując tych, którzy mówili między sobą po polsku, zaglądali nawet do latryn. Wańkowicz za posługiwanie się polskim sześć razy trafił do karceru.

Ale i tak było tu więcej swobody niż w innych szkołach!

Melchior, "z gapiowatą miną" słuchając nauczyciela Timofieja Timofiejewicza Dorofiejewa - "z kredą w ręku" dowodzącego, ile to Rosja musi dopłacać do utrzymania "Priwiśliń­skiego ­kraju" - zadawał pytanie, "czy nie byłoby, wobec tego, w interesie Rosji pozbyć się tego ciężaru".

Melchior być może z jednym ze swoich nauczycieli, początek XX wieku

zbiory Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza w Warszawie

Źle szły mu "arifmietika", śpiew i rysunki, ale nadrabiał to na ćwiczeniach językowych, dos­konale dając sobie radę ze strukturą: "wstuplenie" (wstęp), "sodirżanie" (relacja), "zakluczenie" (konkluzja). Pro­wokując nauczyciela Rosjanina pytaniem, czy nie dlatego ciężko idzie z Japończykami, że rosyjski żołnierz nie wie, o co się bije, zobaczył, jak Rosjanin "zmrużył oczy i syknął: "Jak to zaraz widać, że masz otoczenie niesprzyjające Rosji"".

Na końcu takich syknięć była ostateczna represja - "wilczy bilet" zamykający drogę "do wszystkich zakładów naukowych w państwie rosyjskim".

Tworzenie konspiracji razem z przyszłym szefem sztabu Armii Krajowej

Wśród ówczesnych uczniów szkoły Chrzanowskiego możemy znaleźć przyszłych literatów, krytyków literac­kich, filozofów - oraz pracowników wywiadu wojskowego, generałów i ministrów23.

Wielu z nich pojawi się w życiu Wańkowicza w przyszłości: cechować ich będzie szkolny esprit de corps wynikający nie tylko z poczucia elitarności, ale też ze wspólnego konspirowania przeciw rusyfikacji.

Naj­bliższym kolegą Melka był Wacław Matraś spod Biłgoraja24. Wraz z dwoma innymi kolegami dawał mu ściągać podczas sprawdzianów z matematyki25. Wańkowicz trzymał się też z Zygmuntem Rusinkiem i Tadeuszem Pełczyń­skim. Razem tworzyli nie tylko grupę podpowiadaczy, ale też między­szkolną, a później ponadzaborową konspirację niepodległościową.

Nazwis­ko Pełczyń­skiego powinno uruchomić w naszej głowie dzwonek alarmowy: to nieprzypadkowa zbieżność nazwisk. Jednym z naj­bliższych kolegów szkolnych i konspiracyjnych kilkunastoletniego Wańkowicza był przyszły generał i szef sztabu Armii Krajowej w czasie powstania warszawskiego.

Kolejny fakt, nie legenda26.

Przyszli konspiratorzy uczyli się samo­organizacji w szkolnym samo­rządzie, który działał pod nazwą Samo­pomoc Koleżeń­ska27, z salą wyłączoną spod nadzoru nauczycieli.

Można powiedzieć: eksterytorialna enklawa, pełniąca też funkcję centrali konspiracji uczniowskiej.

Bo u "Chrzana" konspirowano ile wlezie.

I - jak wynika ze wspomnień Wańkowicza - właśnie owa oficjalna Samo­pomoc Koleżeń­ska stanie się przykrywką dla nielegalnej organizacji, w której przyszły pisarz będzie działać razem z Pełczyń­skim, dochodząc w niej do naj­wyższych stanowisk.

---

Ale trzeba było się też uczyć. Szkołę Chrzanowskiego wybrał dla Melchiora prawdo­podobnie jego kuzyn, zwany przez niego stryjem28. Wacław, inżynier, wspólnik w firmie budowlanej Kuksz i Wańkowicz, a przy tym zaangażowany obywatel, był także jednym z obywateli, którzy ufundowali Bibliotekę Publiczną m. st. Warszawy29. Mieszkał niemal naprzeciwko nowego budynku szkoły - blis­kość ta umożliwiała kontrolę postępów kuzyna30, dla którego znalazł też nieopodal stosowną stancję.

Syn Wacława, prawie trzy lata młodszy od Melchiora Karol, notował, że Mel często zachodził do rodziny na obiad, zmuszany czasem do spędzania kilku "godzin poobiednich" nad podręcznikami pod nadzorem Wacława, który miał niemały kłopot z zagonieniem go do lekcji, bo ten, choć ciekawski, nudził się pro­gramem nauczania. "Starał się być "grzecznym" i układnym, ale temperament nieraz go ponosił".

Podobne wspomnienia, bardziej nawet krytyczne, miał sam zainteresowany. W 1936 roku na kartach pierwszego wydania Na tropach Smętka żartobliwie pisał, że w klasyfikacji wyników był pierwszy - ale od końca; "za nim był jeszcze kolega Pasternak"31.

Nie lubił matematyki do tego stopnia, że na samą myśl o niej całkowicie się wyłączał. Jeden z jego kolegów obiecał mu ją wyjaśnić i poprosił tylko, by po pro­stu uważnie słuchał.

- Przyrzekam - odparł niepewnym głosem przyparty do muru Wańkowicz.

Usiedliśmy wygodnie w kąciku "stancji" [...], wprost wychodziłem z siebie, aby przelać na przyjaciela choćby bodaj cząstkę mej matematycznej wiedzy. Po dłuższym czasie, zziajany i zmęczony, zadałem pytanie, na które oczekiwałem co naj­mniej krótkiego "tak".

- Czy teraz wszystko jasne, czy w końcu zrozumiałeś mnie, Melu?

- Przepraszam cię, Edziu, bardzo - padła odpowiedź - ale o czym ty właściwie cały czas mówiłeś do mnie...32

Karol polubił Melchiora i podziwiał,

z jaką zapalczywością pro­wokował ojca do "społeczno-politycznych" dys­kusji, z jakim uporem bronił swojego stanowis­ka [...], była w tym premedytacja: nie tyle chodziło mu o przekonanie interlokutora, ile szukał w jego argumentacji kontroli własnego poglądu. Zaczął i ze mną "poważne" rozmowy33.

Melchior poznał kuzyna ze swoim szkolnym kolegą, wspominanym już Tadeuszem Pełczyń­skim, później zaś wciągnął go do bardziej zaawansowanej konspiracji. Karol chodził do innej szkoły - do Konopczyń­skiego; w klasie piątej szefem ich konspiracyjnej komórki został Tadeusz Lechnic­ki, z którym razem do klasy chodził Stefan Starzyń­ski34.

---

Wańkowicz, dwóch przyszłych szefów wywiadu i kontrwywiadu, z których jeden został wysokim dowódcą Armii Krajowej, wielo­letni prezydent Warszawy zabity przez Niemców - oni wszyscy poznali się w szkolnej konspiracji około 1906 roku między szkołami Chrzanowskiego a Konopczyń­skiego.

Konspiracja ta wyrosła po szkolnych strajkach, które stanowią zapomniany epizod zapomnianego powstania i jedno­cześnie społeczno-obyczajowej rewolucji roku 1905.

Zapomniana rewolucja - walka o prawo do edukacji w języku polskim

W auto­kratycznym państwie, jakim była carska Rosja, wystarczy czasem jedna porażka podważająca powszechną wiarę w jego wszechmoc - jak rysa w nieustannie wzmacnianej zaporze. Wówczas władza, jeżeli w porę to dostrzeże, a przede wszystkim jeżeli w ogóle zechce to zauważyć - zamiast notować w dzienniku, ile się zabiło wron, jak to czynił Mikołaj II - staje przed kluczowym dylematem: poluzować trochę system, otwierając (jak bardzo?) śluzy, czy, przeciwnie, betonować go coraz bardziej nerwowo i gwałtownie?

Naj­gorsze są zmiany przyjętego kursu i niekonsekwencja w jego realizacji. A tak właśnie postąpiono wówczas w Rosji.

---

Presja społeczna w Kongresówce narastała naj­pierw powoli - początkowo przybrała formę listów, potem ulotek, a pod wpływem zaostrzenia represji przyjęła postać strajków35. Minister oświaty zapowiedzią represji w dość odległej perspektywie, ale dotyczących wszystkich, dolał oliwy do ognia: od nowego roku szkolnego 1905/1906 nauczyciele Polacy mieli zostać usunięci nawet ze szkół prywatnych. 20 stycznia 1905 roku doszło do wiecu uczniów (dwa dni później w Petersburgu władze rozkażą strzelać do pokojowej manifestacji - będzie to tak zwana krwawa niedziela). Wiece studenc­kie i strajki szkolne rozlały się po Kongresówce po tym, jak zaczął się strajk powszechny robotników. Polska Partia Socjalistyczna wezwała wszystkich do poparcia strajku uczniów, których władze starały się złamać represjami. Trzynastoletni Wańkowicz z okien mieszkania obserwował polityczną i obyczajową burzę: tłum wyrzucający z mieszkania pro­stytutki jej dobytek, studentów wyganiających uczniów szkoły Chrzanowskiego na strajk. "Do klas - pisał - wkroczyli studenci ze strajkującego uniwersytetu, młode głosy nawoływały: "Wychodzić z klas! Do domów! Strajk""36.

Kolejne działania przypominały późniejsze praktyki "małego sabotażu". Aby uniemożliwić naukę po rosyjsku, uczniowie w gimnazjum Chrzanowskiego zastosowali "obstrukcję chemiczną", rozrzucając po klasach butelki z asafetydą (tak zwanym smrodzieńcem albo czarcim łajnem)37. Szkołę trzeba było zamknąć.

Pod koniec maja Rosja przegrała bitwę pod Cuszimą, miesiąc później w Łodzi doszło do wydarzeń mających charakter powstania, w Warszawie za zamach na oberpolicmajstra wykonano wyrok śmierci na członku PPS Stefanie Okrzei. Napór społeczny jednak nie malał, przybierając różne formy: kilka dni po egzekucji Okrzei, 27 lipca, generał Chrzanowski złożył do kuratorium memoriał o stosunkach szkolnych w Królestwie - z podaniem o pozwolenie na nauczanie w języku polskim w swojej placówce (zapewne pisali też inni).

Nie od razu, ale pod presją rewolucyjnej fali, której elementem był strajk szkolny (dołączyły do niego nie tylko szkoły z innych miast Kongresówki, ale także z sąsiedniego państwa, to jest z ziem zaboru prus­kiego), car Mikołaj II ustąpił: przystał na organizowanie prywatnych szkół z polskim (a na Litwie - litewskim) językiem wykładowym, chociaż nadal nie godził się na naukę historii Polski i nie dał zwolnienia od służby wojskowej ani prawa studiów na uniwersytetach bez rosyjskiej matury. Historia i geo­grafia oraz oczywiście obowiązkowy rosyjski miały być wykładane po rosyjsku. Bądź co bądź, zmiany należało uznać za sukces, tym bardziej że zakaz interpretowano bardzo wąs­ko (na przykład historii powszechnej ucząc po polsku)38.

Wiadomość przyszła do Warszawy 4 września o piątej po południu i już następnego dnia o dziewiątej rano w szkole Chrzanowskiego rozpoczęto egzaminy po polsku39.

Właściciel szkoły zrezygnował ze statusu gimnazjum z prawami rządowymi, ale wykładowym rosyjskim, na rzecz pro­wadzenia szkoły bez praw rządowych - ale za to z wykładowym językiem polskim40. Egzaminy na koniec takiej szkoły, zwane polską maturą, nie uprawniały do studiów na uczelniach w granicach imperium carskiego. Absolwenci, aby studiować na uniwersytetach, w tym na Cesarskim Uniwersytecie Warszawskim, musieli na ogół zdać państwowy rosyjski egzamin maturalny - a żeby nie łamać bojkotu szkół rosyjskich w Kongresówce, wyjeżdżali w tym celu w głąb Rosji41. "Poborowi, mający maturę polską, traktowani byli jako analfabeci"42. Właściciel-eksgenerał osobiście dobierał nauczycieli, walcząc o ich zatwierdzenie w kuratorium. Ważnym czynnikiem wpływającym na sukces szkoły było właśnie zgranie nauczycieli, którzy potrafili i chcieli ze sobą współ­pracować43. Brak podręczników nadrabiano pisanymi przez samych nauczycieli skryptami; taki skrypt napisał dla uczniów na przykład nauczyciel filozofii, psycho­logii i logiki Mahrburg.

Jednak właśnie nauczanie w języku polskim - mimo braku prawa do udzielania oficjalnej matury - lawinowo przyciągało nowych uczniów. Szkoła w roku szkolnym 1905/1906 liczyła około dwudziestu siedmiu klas, blis­ko półtora tysiąca uczniów, co oznaczało, że w każdej klasie było średnio aż pięćdziesiąt pięć osób44.

Sukces przyniósł jednak nowe pro­blemy.

W co był bity papież Grzegorz VII?

Strajk szkolny zakończył się zwycięstwem, ale jedno­cześnie sprawił, że uczniowie przestali stosować się do rygorów. Odkąd posmakowali niezależności, trudno było im trzymać się dawnych zasad.

Jedni mogli poczuć się zdezorientowani tą wczesną samo­dzielnością, inni jednak swobodę myślenia i decydowania uznawali za zdobycz. Uczyli się współ­działania, samo­rządności, myślenia obywatelskiego czy wręcz politycznego. To z ich inicjatywy powstała szkolna biblioteka. Tworzyły się autentyczne więzi, oparte nie na rywalizacji, lecz na koleżeństwie i współ­pracy. Zasadniczo zmienił się tryb nauki - nie miało to już być recytowanie lekcji, lecz odpowiadanie ze zrozumieniem czy sygnalizowanie wątpliwości45.

Po strajku szkolnym - wspominał pół wieku później Wańkowicz - [szkoła] nie od razu uchwyciła równo­wagę. Wlała się do tej szkoły młodzież odurzona sukcesem, zbratana z rewolucyjną ulicą. Ci, którzy mieli nas pro­wadzić, byli to naprędce zmobilizowani intelektualiści, sami odurzeni wiewem wolności, poczuwający się do tego, aby w ich osobach młodzież czuła coś więcej niż karzącą dłoń46.

Być może nieprzypadkowa była data powstania sądu koleżeń­skiego. Ustanowiono go w 1906 roku47, czyli w rewolucyjnych czasach; w tym samym roku miała też powstać pierwsza szkolna organizacja, Związek Młodzieży Szkolnej.

W szkole działali narodowcy i postępowcy. Wrzało jak w ulu. Wykuwały się poglądy. Ścierały się opinie. I pięści. "Socjaliści i nacjonaliści na wszystkich pauzach staczali boje"48, ofiarą padały zaś ich dzienniczki. Panowała atmosfera wiecowa, kwitła uczniowska prasa, powszechnie wagarowano w Łazienkach.

Zderzenie niezależnej, czupurnej, rozpolitykowanej młodzieży z ideowymi nauczycielami dawało różne efekty, jednak ostatecznie ideowość wzięła górę po obu stronach: rozpolitykowanie młodych zmierzało bowiem w tę samą stronę co dążenia nauczycieli - ku szkole niezależnej od carskiej władzy. Niektórzy nauczyciele nie mogli jednak dać sobie rady z uczniami, jak wspominana przez Wańkowicza panna Pleszczyń­ska od francus­kiego, którą dyrekcja zastąpiła francus­kim eksdragonem ­La­soc­kim49.

Uwielbiany dyrektor Sznuk, pasjonat łaciny, w wykładowym ferworze zawołał kiedyś do przysypiającego ucznia:

[...] panie Cydzik, jak na pana Grecja nie działa, to co na pana działa?

A dowcipni chłoptysie syczą przez zęby:

- Kobiety! Kobiety! Panie pro­fesorze!50

Z kolei ksiądz prefekt musiał mierzyć się z uczniowskimi "wątpliwościami o wszechmocy Boga, skoro Bóg nie może stworzyć kamienia, którego nie mógłby podnieść, i dębiał, kiedy na jego barwny wykład, że Grzegorz VII był nie w ciemię bity, z klasy padało rzeczowe pytanie: "A w co?""51.

Świadectwem przekory uczniów była między innymi akcja przeciw "kartkom" na religii, o której, jako zainicjowanej przez siebie, pisał później Wańkowicz52.

Rewolucyjna "Fala". Debiut literac­ki i wydawniczy

Od samego początku istnienia szkoły powstawały w niej pisma uczniowskie. To pierwsze kroki aktywności społecznej i literac­kiej Wańkowicza, który w swoich zbiorach zgromadził całą ich kolekcję53. W wielu z nich znaleźć można jego teksty.

Naj­popularniejszy był wówczas miesięcznik "Dzwon", liczący od szesnastu do nawet dwudziestu ośmiu stron54. Wydawano jednak znacznie więcej pism, naj­powszechniejsze były te zahaczające o politykę, choć w niektórych dominowały satyra i żarty damsko-męs­kie.

Wańkowicz prawdo­podobnie zadebiutował szaradą opublikowaną w 1906 roku w legalnym szkolnym piśmie "Osa"55. To tu poznawał metody polemiki: pismo, w którym ukazał się jego debiut, konkurencja zwalczała, zamieszczając rzekome ogłoszenia "pro­mujące" pismo "Osa" w roli... papieru toaletowego.

Był auto­rem, który czyta i komentuje innych. W jesiennym numerze "Fali" z 1909 roku na marginesie jednego z ustępów notował: "Dobre!"; przy innym z tytułów pisał: "Wybitnie piękne", "[...] anim przypuszczał, że coś podobnego spłodzi. Te dopis­ki to zapowiedź przyszłej pasji polemicznej Wańkowicza, który zawsze chciał być kimś więcej niż tylko recenzentem tkwiącym wygodnie z boku. Musiał znajdować się w sercu zdarzeń. Świadczy o tym choćby fakt, że na końcu tego numeru "Fali" wypisywał uwagi techniczno-finansowe, łącznie z informacją, iż całkowity zysk ze sprzedaży wyniósł dziewięć rubli i pięćdziesiąt kopiejek56. Wygląda więc na to, że był zaangażowany w dystrybucję pisma.

O co chodziło w tytule i pro­gramie pisma "Fala", zdradza okładka będąca nawiązaniem do drzeworytu Hokusaia Wielka fala w Kanagawie. To czytelna aluzja do "fali", która zmiecie stary (carski) świat - rozpoczętej klęską w wojnie z państwem, z którego wywodził się twórca drzeworytu... Fala rewolucyjna.

I rewolucyjny był ów syn ziemianina z Wielkiego Księstwa zesłanego na Sybir za udział w powstaniu styczniowym - jak ćwierć wieku starszy od niego syn innego szlachcica z Wielkiego Księstwa, Józef Piłsudski. Uwagi recenzenc­ko-­redaktorsko-księgowe­ z końca 1909 roku są pierwszymi tego typu odręcznymi notatkami Wańkowicza, do których dotarłem; ów recenzent-redaktor-sprzedawca o duchu rewolucjonisty miał wówczas lat osiemnaście.

Wańkowicz był już wtedy nie tylko czytelnikiem czy auto­rem, ale też, wraz z Edwardem Kozikowskim, wydawcą, chociaż publikowany przez nich w 1906 roku tygodnik "Żmija" istniał zaledwie dwa czy trzy miesiące57. Później było już pismo nielegalne, chociaż tytuł tego nie sugerował - "Aaaach" w roku 1907 - i inne.

Około 1907 roku Wańkowicz zaangażował się w konspirację niepodległościową - niezbyt pamiętany dzisiaj ZET i jego przeróżne, mniej lub bardziej ukryte przybudówki. ZET pozostawał wówczas pod wpływem kierowanego przez Romana Dmowskiego Stronnic­twa Demokratyczno­-Narodowego, potocznie zwanego endecją (tak też, mimo częstych zmian nazw, będzie się okreś­lało kolejne partie kierowane przez Dmowskiego)58. Tymi przybudówkami były między innymi Związek Młodzieży Polskiej "Przyszłość" (tak zwany PET), organizacja o nazwie Sekcja Koronna oraz siostrzana Sekcja Litewsko­-Rus­ka59. W 1910 roku Wańkowicz został sekretarzem generalnym PET-u na Królestwo Polskie60, działał też w Sekcji Koronnej.

Wielo­krotnie wspominał o spotkaniu z Dmowskim w czasie konspiracji uczniowskiej - zafascynowany tym, że polityk potraktował gimnazjalistów jak równych sobie partnerów, sadzając ich w głębokich fotelach i częstując papierosami61. Dmowski miał ich wówczas ostrzegać "przed ludźmi głupimi. I przed kundlami". To sformułowanie możemy dziś interpretować w duchu ksenofobicznym, Wańkowicz jednak postrzegał je inaczej: jako przestrogę przed ludźmi mało­stkowymi. Zapamiętał też inne słowa Dmowskiego: "Miałbym Watykan w dupie, gdybym miał sto tysięcy rubli".

Pisarz wspominał wielo­krotnie, że Dmowski udzielił mu wówczas wywiadu, ale nie udało mi się go odnaleźć. Warto pamiętać, że był to już czas oddalania się ruchu ZET-owego od endecji z powodu demonstrowanej przez nacjonalistów lojalności w stosunku do caratu.

Bojkot państwowego szkolnic­twa

Wańkowicz zresztą w tym zerwaniu też miał swój udział, zwalczając w artykułach podobne tendencje w edukacji. Od 1910 roku współ­tworzył pismo "Wici"62. Nazwę wymyślił poeta i późniejszy żołnierz Legionów Stanisław Długosz63.

Niechaj idzie płomieniowa wić

między nasze młode szyki zwarte

Niepodległość Polski naszym znakiem,

pod nim chcemy pośród boju stać.

Teraz trudno ten entuzjazm zrozumieć - pisał Wańkowicz po latach. - Ale pamiętajmy, że to był 1910 rok. Hasło Niepodległości, jako konkretny wyraz pro­gramów młodzieży, wkraczało dopiero na teren Królestwa. Więc nic dziwnego, że rwaliśmy się do rozniesienia wici tego hasła. To, co teraz jest zwykłe nam niby powietrze i woda, wtedy jawiło się w ogniu błys­kawic, niby dekalog, zstępujący z góry Synaj64.

Pierwszy numer "Wici" otwierał się cytowanym wierszem, a artykuł redakcyjny wzywał do wyrwania się z apatii, która ogarnęła społeczeństwo po opadnięciu rewolucyjnej fali, i głosił, że kluczem do odzys­kania niepodległości jest samo­świadomość młodzieży65.

Ci synowie powstańców styczniowych poczuli, że to jest także ich sprawa; że to jest walka również o ich własną duchową niepodległość. Widać to i w tych gazetkach, i w tekstach, które sparodiuje później Gombrowicz w Ferdydurke.

---

Szkołom groziły wówczas utrata wywalczonych praw i powrót do wielkorus­kiej ideologizacji. Na przykład w 1908 roku ponownie narzucono wykładanie historii przez Rosjan; zrobiono to w przed­dzień wakacji, co skutecznie uniemożliwiło reakcję uczniów. Fizyk Bogus­ki "tylko rzucił wzburzonym głosem: "Skarga przepowiada: 'Głupcy dzieci wasze uczyć będą'". I wybiegł z klasy"66.

Ale i przysłany Rosjanin mający uczyć ich historii "uczło­wieczył [się] w atmosferze naszej szkoły" - wspominał Wańkowicz.

Chrzanowski starał się balansować między skrajnymi postawami, jednak zaangażowana politycznie część młodzieży kontynuowała walkę przeciw zdawaniu w Kongresówce matury państwowej, czyli rosyjskiej, bo podważało to pozycję wywalczonych szkół polskich (które nie miały prawa jej przyznawania). Nie wyrażano zastrzeżeń przeciw zdawaniu matury rosyjskiej, o ile podchodziło się do niej nie w granicach dawnego Królestwa Polskiego, w którym mogły działać szkoły polskie, lecz w głębi Rosji.

Właśnie za łamanie tego bojkotu Wańkowicz spoliczkuje szkolnego kolegę i trafi po raz pierwszy w swoim życiu do ­aresztu.

I to kolejny fakt - nie mit.

Zaczęło się jednak od czernienia papieru we wspomnianych gazetkach, od wezwań do bojkotu szkół rosyjskich, co stało w sprzeczności z oficjalnymi deklaracjami endecji i w konsekwencji przyczyniło się do wyrwania się ZET-u z orbity tego obozu i zbliżenia do środowis­ka Piłsudskiego67. Jednym z kamyczków lawiny było wydanie pierwszego numeru "Wici" z tekstami prawdo­podobnie autorstwa Wańkowicza, głoszącymi, że Rosji sprzyjają apatia, zobojętnienie, konformizm, konsumpcjonizm68. Wskazywano, że nie można odbierać młodzieży prawa do wypowiadania się w sprawach polityki. Nawet kółko samo­kształceniowe, będące wyjściem poza bańkę wąs­kiego koleżeń­skiego środowis­ka, naruszało carski porządek - te trafnie opisane przez Żeromskiego "syzyfowe prace", podejmowane także oddolnie, przez samych uczniów, naturalnie zatem pro­wadziły od samo­kształcenia do walki o niepodległość.

Młody autor wskazywał, że szkoły polskie - prywatne - są co prawda płatne, ale szkoły państwowe wbrew pozorom także kosztują, ponieważ wymagają korepetycji i łapówek. Nie można nie pro­testować przeciw ograniczaniu praw już wywalczonych.

Zdaniem Wańkowicza naj­większym zagrożeniem było społeczne przyzwolenie na studia na uniwersytecie w Warszawie. W tekście podano szereg argumentów i informacji praktycznych o studiach za granicą (na przykład w austro-węgierskim Krakowie) i wymieniono naj­gorszą cechę rosyjskiego szkolnic­twa - niechęć do swobodnego, krytycznego myślenia.

Taki uniwersytet wychować może sumiennych kowali - pracowników, ale nigdy ludzi lotnych z umysłem samo­dzielnym, zdolnych do niezależnej pracy. Do licznych więc plusów zagranicy bezstronny chociażby obserwator dodać może i wyższość nauki.

Te poglądy będą stale widoczne w późniejszych tekstach Wańkowicza.

---

Zbieranie środków na wydanie kolejnego numeru pisma ukazywało niebezpieczeństwo konspiracyjnego dwójmyślenia. Pieniądze gromadzono bowiem formalnie na inny cel, więc zbierający dokonywali faktycznej defraudacji, a człowiek domagający się uczciwości i przejrzystości okazywał się nieświadomym sojusznikiem rosyjskich władz69. Teoretycznie słuszne działanie mogło przynieść represje - a ideowość była jedyną zaporą przed demoralizacją.

"Jerzy Łużyc"

Drugi numer "Wici", pro­fesjonalnie wydrukowany i datowany na 29 listopada 1910 roku, otwierał artykuł autorstwa Wańkowicza, który podpisał się tu - prawdo­podobnie po raz pierwszy - często używanym później pseudo­nimem "Jerzy Łużyc", nawiązującym do miejsca jego urodzenia70. Także ten tekst dotyczył bojkotu, autor wskazywał tu jednak na niebezpieczeństwo wyrobienia w sobie auto­matycznej postawy "bycia przeciwko". Bojkot nie powinien być celem samym w sobie, lecz narzędziem.

W argumentacji, chociażby naj­świętszej ideowo, należy strzec się już nie tylko kłamstwa, ale przesady. Mści się to potem okrutnie i nie mając podstaw realnych, przybiera kształt gniotącego komunału71.

Takim słowem wytrychem, które straciło znaczenie, w 1910 roku była dla niego "rusyfikacja". "Czyż nie czujemy, że tam nie rusyfikacja, a coś stokroć gorszego było?" Szkoła rosyjska nie rusyfikowała - pisał - ona niszczyła duszę. Młody człowiek domaga się bodźców, jak gryzoń czegoś do spiłowywania zębów - chodzi o pobudzenie krytycznego, samo­dzielnego myślenia. A szkoła taka jak rosyjska zatruwa, bo rola wychowawcy polega wyłącznie na tym, by umysł wychowanka zamienić w "staw martwy". Szkoła rosyjska "cały swój system policyjny wytężała na to, aby to, co jest już w nim, zburzyć, a do nowego nie dopuścić". Wańkowicz pisał: "[...] ze szkół rosyjskich wychodziły szeregi chorych na anemię mózgu inteligentów, ta okrzyczana szara masa".

Jak w Biesach.

Początkujący autor wskazywał, że dojrzałość polega na umiejętności kwestionowania schematów i pro­wokowania, nie zaś na powtarzaniu jedynie słusznych formuł.

Policyjny system w edukacji miał jego zdaniem wiele twarzy, podczas gdy wolność jest zawsze taka sama. To wolność podważania każdego auto­rytetu, ryzykowna dla nauczycieli, a jeszcze bardziej dla władzy, ale tak naprawdę zapewniająca rozwój, bo powtarzanie zastanej wiedzy nigdy jeszcze nie posunęło nauki do przodu.

Naj­większy pro­blem polegał jednak wówczas na tym, że edukacja była narzędziem władzy traktującej część mieszkańców państwa jako wrogów. To z tego powodu Wańkowicz uważał aktywną rusyfikację za lepszą - bo pobudzała opór - od biernej szkoły oduczającej myślenia. Jedno­cześnie stwierdzał, że działacze niepodległościowi popełnili błąd, porzucając pragmatyzm na rzecz fanatyzmu, czym odstręczyli zwykłych ludzi. Pisał też, że jeśli chce się odzys­kać inteligentów, nie można mieć wobec nich zbyt skrajnych oczekiwań. "Zadaniem narodu nie jest pro­dukowanie męczenników".

Anty­rusyfikacyjny "Patronite"

Wańkowicz wziął czynny udział w trójzaborowym zjeździe PET-u w Krakowie, zwołanym ponad politycznymi podziałami z okazji odsłonięcia pomnika w pięćsetną rocznicę bitwy pod Grunwaldem72. Został też wówczas "powołany na stanowis­ko Sekretarza Generalnego tej organizacji na Królestwo Polskie"73.

Jego aktywnego udziału możemy domyś­lać się zwłaszcza przy opracowywaniu tych punktów uchwał, które wzywały nie tylko do moralnego, ale i czynnego bojkotu studenc­kich łamistrajków wybierających państwowe, rosyjskie szkolnic­two.

Jak wyglądał ten "czynny bojkot", wiemy ze wspomnień Stefana Rowec­kiego, późniejszego "Grota", komendanta Armii Krajowej, który jako uczeń kierował w Piotrkowie sięgającymi po przemoc "oddziałami represyjnymi": "niszczenie umundurowania łamistrajków, wybijanie szyb", a nawet "niszczenie urządzeń domowych ich rodziców"74.

Wańkowicz niewątpliwie należał do naj­ważniejszych przywódców PET-u w zaborze rosyjskim75. Był jednym z animatorów Żelaznego Funduszu Szkół Polskich76. Było to zapewne inne określenie funduszu opartego na pomyś­le jednego z uczniów szkoły, którego tożsamość pozostała nieujawniona77. Jedno ze wspomnień pokazuje znaczenie pojedynczego człowieka, który swoją postawą może wpłynąć na zmianę sytuacji, zapoczątkowując różne długo­trwałe pro­cesy: ktoś musi być pierwszy, ktoś musi je zainicjować, same się nie rozpoczną! Ów niewymieniony z nazwis­ka kolega o imieniu Bronek przekonał kolegów, by zamiast imprezować, przekazali zebrane na to pieniądze innemu spośród nich, naj­biedniejszemu a zdolnemu, który dzięki temu mógłby studiować za granicą. Chodziło o bojkot uniwersytetów rosyjskich nie tylko za pomocą słów.

Tak oto zaczęło się Koleżeń­skie Stypendium, które społecz­nie nadzorował właśnie Bronek Mańkowski i do którego dołączył ­wkrótce maturzysta z kolejnego rocznika, "a był nim Mel Wańkowicz".

Melchior, którego już wtedy "znamionował wielki rozmach", myś­lał o założeniu ponadzaborowego, ogólnopolskiego Funduszu Szkolnic­twa Polskiego, zbierającego środki na pomoc dla zdolnych absolwentów, którzy bez pomocy finansowej nie mogliby studiować poza granicami Rosji. Przyszły pisarz szybko zebrał na ten cel cztery tysiące rubli[3].

Przeciw polaryzacji

Wkrótce zaś dokonał pierwszej z licznych rezygnacji w swoim życiu, wynikającej z niechęci do skrajności. Kiedy w Pecie narosły podziały, Wańkowicz jako sekretarz generalny podczas jednego z zebrań miał wezwać, by lewicowcy ("Zarzewiacy") stanęli po jednej, a prawicowcy ("Młodzież Narodowa") po drugiej stronie78.

Tylko on został pośrodku.

Czy ta symboliczna scena wydarzyła się naprawdę? Faktem jest, że w konspiracyjnej organizacji doszło do podziału79. Mający w organizacji większość lewicowcy z "Zarzewia" przejęli pismo "Wici". Wbrew legendzie Wańkowicz nie został jednak sam, bo nie był jedynym auto­rem polemizującego z tymi lewicowcami nowo powstałego pisma "Dla Polski". "Zarzewiakom" zarzucano emocjonalność, ci zaś... zarządzili konfis­katę nowego pisma z krytycznym wobec nich artykułem.

Filmowa scena: wszystko działo się w młodzieżowej organizacji konspiracyjnej, rozpalonej logiką polaryzacji. Konspiratorzy pojechali pociągami do osiemnastu miast Kongresówki, by wszystkie egzemplarze opozycyjnego pisma zarekwirować i zniszczyć.

W jednym z archiwów zachował się egzemplarz z pisanym pod pseudo­nimem Jerzy Łużyc bojowym tekstem Wańkowicza deklarującego secesję z przejętej przez lewicowców organizacji80.

Te wydarzenia, które łatwo zrzucić na karb młodzieńczego radykalizmu, miały podstawowe znaczenie dla jego późniejszej postawy. Może nawet stały się dlań paliwem jako dla publicysty. Później wspomni: "[...] od chłopięcych czasów koleżeń­skich, od chwili wystąpienia z "Zetu" [właśc. PET][4], nie miałem chwili, w której bym nie chodził najeżony"81.

Ze szczegółowej analizy artykułów wynika jednak, że być może nie tylko nie doszło do wspominanej przez Wańkowicza konfis­katy pierwszego numeru jego nowego pisma, ale też że stroną prącą do konfliktu było właśnie jego środowis­ko82.

Szlachta nie pracuje? To niepodległości nie będzie

W tym czasie Wańkowicz opublikował też polityczno-ideowy esej, w którym rozważał skrajne postawy wobec rzeczywistości społecznej, przeciwstawiając sobie postać fikcyjną, Budzisza z powieści Weyssenhoffa, i rzeczywistego bohatera, tajnego emisariusza na Litwie i Rusi, rozstrzelanego przez Rosjan Szymona Konarskiego83.

Konarski i Budzisz byli dla przyszłego pisarza figurami dwóch rywalizujących ze sobą w polskiej duszy żywiołów: szlachec­kiego, który Wańkowicz postrzegał jako egoistyczny, i opozycyjnego, uznającego dziedzic­two kultury szlachec­kiej za przeszkodę w dążeniu do niepodległej i silnej Polski.

Tekst zaczynał się od bardzo współ­czesnego obrazoburstwa: odwołujesz się do tradycji husarzy? To przyjmij jako jej część nie tylko Wiedeń, ale i bratobójczą bitwę pod Guzowem.

Potrzeba chłopów, nie magnatów - pisał ów szlachec­ki syn - "pracowników skromnych", nie wodzów. Może do kapitulacji bez walki pod Ujściem doszło dlatego, że Polacy wybierają łatwe, piękne słowa i hasła, zamiast wziąć się do prawdziwej pracy, skromnej i mało widocznej? Gombrowicz kilkadziesiąt lat później napisze, że Polacy wolą zapadać się w "wieczne błoto", zamiast wybudować chodnik - ale Wańkowicz poczynił taką obserwację już w 1911 roku:

Budzisz, po dobrym obiadku, jedzie w celach agitacyjnych w sąsiedztwo. Powóz dziedzica co raz się zapada w jaki dół na drodze, polski dół, który ogląda pokolenie dziedziców za pokoleniem, ale pan delegat Budzisz nie zauważa tego, jest cały przejęty wielkimi politycznymi planami.

Esej Wańkowicza z lat walk o niepodległość mógłby być lekturą podstawową na lekcjach patriotyzmu krytycznego - prawdziwie wstającego z kolan, bo uznającego wstydliwe karty narodowej historii. Wańkowicz, myśląc zapewne o dziejach własnej rodziny, pisał o przodkach, którzy jedno­cześnie "nurzali się w rozpuście i bezrządzie za Sasów i byli twórcami 3-go Maja, niweczyli go Targowicą i bronili w rozpaczliwym boju konfederatów".

Tradycję trzeba przyjąć nie wybiórczo, lecz w całości - i na niej się uczyć, bo "wszyscyśmy potomkami przodków naszych: ich grzechy w dziedzic­twie i na nas spadają, a ich cnoty i w naszych piersiach drzemią".

Krytyczne spojrzenie na historię własnego narodu było dla młodego Wańkowicza koniecznością, którą porównywał do tros­ki o obumierające drzewo. Młode pokolenie Polaków przypominało zaszczepkę "na zmurszałym pniu starego dębu".

Młode ziele - jeszcze nie na kraterze.

"Równość równo­ścią, ale ty, chamie, pana znaj, rozumiej łaskę"

Ten młody polityczny ideolog, a wciąż gimnazjalista, za szczególnie niebezpieczną dla Polaków uznawał postawę Budzisza. Tym niebezpieczniejszą, że na pierwszy rzut oka pozytywną.

Zalety tej postawy okazywały się jednak złudne, a rzekomo drobne wady podmywały sam fundament. Naj­poważniejszą z nich był zdaniem Wańkowicza brak innego niż czysto uczuciowy fundamentu dla patriotyzmu. Przyjdzie nowa emocja - i ten krzykliwy patriotyzm zgaśnie. Potrzebny był bowiem, poza emocjami, wysiłek intelektualny.

Nie wystarczy - pisał przyszły reporter - "porwać za sztandar" i nieść go "w radosnym uniesieniu", "krzepko wśród setek serc zgodnie bijących".

Wańkowicz nie opisywał Marszu Niepodległości - ale dlaczego mam go teraz przed oczami?

Krytykował postawę opartego na afekcie patriotyzmu, bo niepodległość nie była dla niego celem samym w sobie, tylko środkiem służącym wolności i równo­ści wszystkich ludzi.

Jako przykład podawał postać rzeczywistą, Konarskiego, który mówił: "Za Polskę z królem, chociażby Polakiem, nie poświęcę ani kropli krwi". Cytował też słowa jednego z bohaterów dramatu Róża Stefana Żeromskiego, Zagozdy: "[...] nie ­chciałbym widzieć dyktatury sołdatów z białymi orłami na kaszkietach".

W wizji pisarza niepodległość Polski byłaby pełna tylko wtedy, gdyby wszyscy ludzie stali się wolni.

I równi; bo Wańkowicz pisał wprost, że wolność pojmuje także w jej socjalnym wymiarze. Prawdziwym wrogiem niepodległości były dla niego dawne szlachec­kie nawyki, które zresztą dostrzegał także w sobie, wspominając, jak to w trzeciej klasie przejął się ideami demokratyzmu i równo­ści - ale tylko deklaratywnie i fasadowo. Ostrzegał przed taką wyższościową postawą na własnym przykładzie:

Nuż, wróciwszy na wakacje, chłopom rękę na powitanie dawać. Z jakimże zgorszeniem broniłem ręki od pocałowania, bolałem nad piętnem niewoli, które się w ludzie wyryło, zdejmowałem pierwszy czapkę przed starszymi wieśniakami! Aż kiedy się zdarzyło, że witając się ze mną, fornal nie wyjął fajki z gęby i wyciągnął rękę bez naj­mniejszych oznak uniżoności - dotknęło mnie to niemile, choć sam przecież tego chciałem. Uczucie, które mną owładnęło, da się wyrazić słowami: "Wszystko to dobrze, równość równo­ścią, ale ty, chamie, pana znaj, rozumiej łaskę"84.

W jego pierwszym pro­gramowym eseju widać psycho­logiczny cień postawy ojca, który powróciwszy z zesłania, zaangażował się w działalność obywatelską.

Paliwo na trudną drogę znaleźć w Słowac­kim

Wkrótce potem w jednej z powszechnych wówczas książek zbiorowych pisanych przez uczniów Wańkowicz opublikował obszerny esej światopoglądowo-filozoficzny "Ja" osobiste a społeczeństwo85. Tekst uzupełniał pomocniczy diagram ilustrujący przed­stawioną przez autora koncepcję "barometru jaźni - drabiny intelektu" (później ten wizualny schemat pisarz odtworzy w jednej ze swoich książek)86.

Trudny stylistycznie młodzieńczy esej Wańkowicza jest jednym z kluczy do jego wizji świata. Powstał w sytuacji, gdy młodzi niepodległościowi konspiratorzy czuli, że powtarzają historię poprzednich pokoleń, i spodziewali się, iż wkrótce będą musieli wyemigrować ze względów politycznych87. Ich tragedią była niemożność życia po pro­stu dla siebie88. To o tym po odzys­kaniu niepodległości napisze Lechoń - widzieli Polskę, nie zauważając wiosny.

Esej Wańkowicza, będący mieszanką Wyspiań­skiego ze Słowac­kim i ekonomią, czyta się dziś żmudnie, ale jego sens jest nadal czytelny. Autor twierdzi, że perspektywa tułaczki, porzucenia domu, nie powinna przygnębiać, o ile jest się człowiekiem wewnętrznie niepodległym. Chociaż nie bagatelizuje dramatu oddzielenia od ojczystej ziemi - przede wszystkim od ojczystego języka - wskazuje, że jedno­stkę unieszczęśliwia się, odbierając jej możliwość służenia idei, i rozwija własną koncepcję szczęścia, używając pojęć zaczerpniętych między innymi z Nietzschego, jednak rozumianych po swojemu (zaznacza, że... dotąd go nie czytał).

Wańkowicz już wtedy sformułował pogląd, że każdy naród odznacza się jakimś własnym talentem, który składa się na "ogólnoludzką skarbnicę", podobnie jak odrębne talenty mają klasy społeczne. Dziś możemy taki pogląd ocenić jako stereotypizację, od której krok do ksenofobii, u Wańkowicza jednak były to echa mesjanizmu. Po doświadczeniach nazizmu i faszyzmu do takiego sposobu myślenia podchodzimy z nieufnością, tymczasem dla młodego gimnazjalisty był on ochroną przed niebezpieczeństwem formatowania młodych ludzi przez różne instytucje. To przeciw temu samemu mechanizmowi, który nazwie "ugębianiem", w Ferdydurke zaprotestuje Gombrowicz.

Rozwój osobisty Melchior pojmował jako nieustanną drogę pod górę meandrującą między "linią piękna" a "linią pożytku", zakosami po gigantycznym zigguracie. Byle nie osiąść na laurach. Nie zatrzymywać się. Wciąż w ruchu i polemice - ze sobą i z innymi.

---

Jako źródło siły w tej żmudnej wspinaczce wskazywał Słowac­kiego, nazywając go "wieszczem, którego panowanie jeszcze nie nadeszło". Twórczość tego poety będzie istotnym punktem odniesienia dla pokolenia żołnierzy Legionów. Urzeczenie piłsudczyków Słowac­kim spowoduje później z kolei naturalną reakcję sprzeciwu w scenie lekcji polskiego z Ferdydurke. Uczeń Wańkowicz auto­rem Króla­-Ducha był jednak w okresie przed I wojną światową autentycznie urzeczony.

W eseju wskazywał też na znaczenie... egoizmu. Zaprezentował oryginalną koncepcję samo­rozwoju, w którym raz ważniejszy jest egoizm, raz altruizm, a ta swoista dialektyka tworzy swego rodzaju schodki, dając impuls do pięcia się wzwyż. Głos opinii publicznej przed­stawiał jako ważniejszy od własnych poglądów - dlatego kluczową rolę w tym mechanizmie odgrywało dla niego wsłuchiwanie się w vox populi.

Tej młodzieńczej teorii pozostanie wierny. Dla Wańkowicza pisarza niezmiernie ważny będzie żywy kontakt z czytelnikami reagującymi na jego teksty. Będzie to dla niego jak dotknięcie ziemi przywracające siły gigantowi z grec­kiej mitologii.

To dlatego każde dłuższe oddalenie poza Polskę pisarz przypłaci bólem i cierpieniem.

Amant i arogant

Patrzył w przyszłość pełen wiary we własne siły. Próbował tych sił na frontach, których istnienia może nawet byśmy nie podejrzewali: działał wówczas bowiem na arenie publicznej nie tylko jako publicysta polityczny, ale także jako aktor.

Brał udział w popularnych wówczas, poprzedzających epokę filmu tak zwanych żywych obrazach. W jednym z nich, w którym akompaniament zapewniała sama Lucyna Messalówna, był jedynym mężczyzną pośród siedmiu kobiet, wcielając się w rolę - dosłownie - Adonisa89. W tej działalności przyświecał Wańkowiczowi cel charytatywny - pozys­kane środki wspomog­ły szpital dla ­nerwowo i psychicznie chorych w podwarszawskiej Drewnicy.

Aktorstwo aktorstwem, ale Wańkowicz był przede wszystkim bezkompromisowym działaczem. Twardo trwał przy zasadzie niefotografowania się z ludźmi w rosyjskich mundurach, przyjętej wśród walczącej z rusyfikacją młodzieży. Wyjątku nie zrobił nawet dla zasłużonego w walce z rusyfikacją emerytowanego generała Chrzanowskiego, który był dumny ze swojej dawnej rangi90.

Melchior jako narzeczony, 1914

Archiwum prywatne Dawida Walendowskiego

Uczniowie udali się do niego z pro­śbą, by na potrzeby pamiątkowego tableau wystąpił po cywilnemu. Eksgenerał po pro­stu... wyrzucił ich za drzwi. "Uczniowie kierowani przez Wańkowicza też wzięli na kieł", mimo że uniform oficera korpusu sądowego, którym był Chrzanowski, różnił się od normalnego munduru rosyjskiego generała liniowego. Liczył się jednak symbol.

Zatem to przez Wańkowicza wśród wiszących do 1939 roku na korytarzach szkoły portretów roczników tylko na tableau rocznika 1911 zabrakło zdjęcia właściciela - na wszystkich innych się znalazł, i to w mundurze. W swojej bezkompromisowości wobec symboli przyszły pisarz nie dostrzegał bądź nie chciał dostrzec, że emerytowany generał właśnie dzięki swojemu mundurowi w ówczesnej sytuacji mógł zrobić znacznie więcej dobrego, tworząc środowis­ko, w którym młodzi uczniowie stawali się wiernymi entuzjastami idei.

Chrzanowski jednak nie obraził się na swoich uczniów, a nawet chwalił ich publicznie podczas uroczystości z okazji zakończenia nauki, podkreś­lając, że byli naj­lepszym rocznikiem z dotychczasowych pod względem intelektualnym[5].

"Milcz, bo w mordę dam"

Niepodległość wydawała się mirażem, ale oni "nie pozwalali sobie wątpić"91. Tutaj nie było miejsca na paradoksy uprawiane później przez Gombrowicza - odbywały się tu przecież ich "syzyfowe prace". Wańkowicz wspominał, że kiedyś - dla zabawy - pro­wadził z jednym kolegą abstrakcyjną dys­kusję o wyższości cywilizacji światowej nad narodową. Rozmówca przyznał mu rację na gruncie logiki, ale nie mógł pogodzić się z tezą, że Polska nie powinna być samo­dzielnym państwem. I powiedział z rozpaczą: "milcz, bo w mordę dam".

Ale to Wańkowicz "w mordę dał" - legenda o spoliczkowaniu kolegi z dawnej szkoły z powodów politycznych jest prawdziwa.

Jesienią 1911 roku, gdy kolejny z zamachów na premiera Rosji Stołypina okazał się śmiertelny, Wańkowicz był jednym z sześciu abiturientów szkoły Chrzanowskiego zatrzymanych przez carską policję na przełomie września i października i jedynym, którego warszawski generał gubernator skazał administracyjnie na trzy miesiące aresztu92. O sprawie pisano wówczas nawet za granicą - w Krakowie93.

Wańkowicz spoliczkował - a właściwie znokautował - swojego kolegę z klasy, który złamał bojkot rosyjskiego wówczas Cesarskiego Uniwersytetu Warszawskiego94. Nie mógł postąpić inaczej, skoro kilka miesięcy wcześniej w jego "Wiciach" wzywano do stosowania przemocy wobec łamistrajków. "Dla tych, co zdradzili sprawę własnego narodu, co szkodzą własnemu społeczeństwu, innego argumentu prócz mocnej pięści być nie może"95.

Zajście opisał szeroko w jednej z przed­wojennych gazet. To relacja bardzo ciekawa, pokazująca, że owa "rozprawa z łamistrajkiem" odbywać się musiała z zachowaniem reguł i - początkowo - grzeczności96.

W efekcie trafił jednak na tyły ówczesnej siedziby warszawskiego ratusza, do tak zwanego Centralniaka97, w którym kilka lat wcześniej przetrzymywano Różę Luksemburg.

Wańkowicz uzmysłowił sobie, że walcząc o symbole, naraził realnych ludzi; w prawej kieszeni palta miał "zielony kwitek na opłaconą składkę na "Fundusz Wojskowy" im. Żółkiewskiego"98. Policja ruszyła tym tropem. Jeden z kolegów, wspominany już Mańkowski, 9 października został ostrzeżony przez polonistę, że właśnie w szkole dopytywała o niego policja, i "pierwszym pociągiem" wyjechał do Będzina na granicy Kongresówki i Niemiec, by pod fałszywym nazwis­kiem znaleźć azyl w Austro­-Węgrzech99.

Melchior nie podał żadnych prawdziwych nazwisk, inni zatrzymani w związku ze sprawą zostali zwolnieni, a w jego obronie stanął wpływowy w Petersburgu parlamentarzysta rosyjskiej Dumy Państwowej - niejaki... Wańkowicz.

Sam Melchior bez zagłębiania się w szczegóły napisze, że został zwolniony wskutek starań rodziny100. Warto jednak zauważyć, że doszło do tego zapewne dzięki wysiłkom jego kuzyna Stanisława, który był wówczas posłem z ziem dawnego Wielkiego Księstwa w rosyjskiej Dumie. Ówczesne gazety przed­stawiały go jako niemal równego pod względem pozycji Dmowskiemu, który przewodniczył polskim posłom do Dumy z Kongresówki. Wańkowicz był tymczasem wiceprezesem koła Polaków z Litwy101. Zapewne Melchior nie chciał psuć czarno-białej opowieści wprowadzeniem wątku rodzinnych stosunków w - jak mawiała Telimena - "Peterburku".

---

Rodzinne powiązania - choć pomogły w wyciągnięciu go z aresztu - nie sięgały jednak kwestii matury, którą Wańkowicz musiał zdobyć, by uniknąć kilkuletniej służby w charakterze szeregowca w rosyjskiej armii.

Melchior, nie chcąc łamać bojkotu rosyjskich szkół w Kongresówce, opowiadał później, że bezskutecznie próbował zaliczyć państwową rosyjską maturę w głębi Rosji: naj­pierw z Oliń­skim i Grodec­kim w odległej Jełatmie nad Oką, później w Libawie, jeszcze później, razem z Jerzym Danglem i Tadeuszem Pełczyń­skim, w Moskwie102. Wszędzie oblewany, myś­lał już, że pojedzie zdawać na Krym.

To zapewne wówczas, prawdo­podobnie bez wymaganych dokumentów paszportowych, przeniósł się do austro-węgierskiego Krakowa[6] - dokąd zapewne i tak planował się udać, by studiować na uczelni innej niż rosyjska.

Mógł liczyć na pomoc ze strony krakowskiej linii Wańkowiczów - po powstaniu styczniowym zamieszkał tu Jan Wańkowicz, pseudo­nim "Leliwa", towarzysz broni Traugutta. To właśnie do syna "Leliwy", Wacława, Mel w gimnazjalnych czasach przychodził, by siedzieć nad podręcznikami. Być może podobnie miało być w Krakowie, gdzie mieszkała siostra Wacława, a córka "Leliwy", Janina, zamężna ze Stanisławem Witalisem Ciechanowskim.

Ród pilnował zatem pozbawionego rodziców maturzysty nie tylko w Warszawie, ale i w Galicji...

[1] "Zatrwożeni opiekunowie poglądali na jego wyczyny podejrzliwie przez miedzę, aż kiedy dziedzic podarował pięknego araba cyrkówce w Miń­sku, złożyli radę, zjechali się, wycenili majątek ponad wszelką współ­czesną wartość, zaciągnęli dług w banku i spłacili Czesia" (MW, Szczenięce lata, 1934, s. 153).

[2] Z list gości wynika między innymi, że Wańkowicz w styczniu 1896 roku razem z siostrą mieszkał w pensjonacie "Jerzewo" (zob. Lista gości w Zakopanem w 1896 r. w styczniu i lutym, Dokumentacja archiwum tematycznego Zofii i Witolda Parys­kich, tzw. "Teki Parys­kich", ze zbiorów Ośrodka Dokumentacji Tatrzań­skiej Tatrzań­skiego Parku Narodowego).

[3] W 1985 roku Mańkowski przeliczył to na niebotyczną w PRL kwotę dwóch tysięcy dolarów.

[4] Objaśnienia i uzupełnienia w nawiasach kwadratowych, jeśli nie podano inaczej, pochodzą od autora książki.

[5] Według cytowanego źródła na tej uroczystości Wańkowicz otrzymał właśnie świadec­two dojrzałości, zapewne chodziło jednak o polską, nieoficjalną maturę, świadec­two ukończenia szkoły.

[6] Tak można podejrzewać na podstawie opowieści Wańkowicza, według której po powrocie znalazł się ponownie w areszcie z powodu braku paszportu.

Grudzień 1964 roku. Warszawa, Mokotów. Śnieg przechodzący w deszcz1 pada na chodnik wzdłuż długiego muru przy Rakowiec­kiej. Przejmujące zimno powodowane przez podmuchy wiatru.

Siedemdziesięciodwuletni tęgi mężczyzna w kapeluszu dobija się do bramy aresztu. Po drugiej stronie ulicy foto­graf szykuje się do zrobienia zdjęcia, gdy tylko uchyli się brama.

Melchior Wańkowicz - reporter, pisarz, pionier pro­mocji i marketingu - domaga się wykonania na sobie wyroku pozbawienia wolności za przesłanie na Zachód informacji o pro­teście przeciw cenzurze.

Czy tak to naprawdę wyglądało?

---

Jedna legenda mówi, że tak. Druga - że nie.

Faktem jest relacja ówczesnego sekretarza Wańkowicza, Antoniego Kroha, który podobno kilkakrotnie widział, jak pisarz wziął ze sobą szczoteczkę do zębów i wychodząc z mieszkania, oznajmił żonie, że idzie zgłosić się do więzienia. Na ulicy miał czekać umówiony foto­graf, by utrwalić moment, gdy Wańkowicz znika za bramą2.

Wieczny reklamiarz!

Ale właściwie dlaczego stary pisarz domagał się, żeby go zamknięto w więzieniu? Co sprawiło, że znalazł się w tym miejscu - nawet jeśli teatralne stukanie do bramy to tylko mit? I dlaczego w ogóle mamy się tym interesować wśród codziennego zalewu innych tematów, którymi kusi nas świat?

Chodzi tu jednak nie tylko o tego starego człowieka, ale także o nas - biografia reportera traktującego swoje życie jako pro­dukt jest jedno­cześnie opowieścią o współ­czesnym świecie dezinformacji i baniek mediów społecznościowych, w których sami się zamykamy. Życiorys Wańkowicza to pełny katalog case studies współ­czesnych zagrożeń i wyzwań.

Uchodźca kilkakrotnie tracący swój dom? Wojna hybrydowa na wschodniej granicy? Soft power oprócz amunicji? Techniki radzenia sobie z dezinformacją i - na odwrót - techniki tworzenia dezinformacji na potrzeby wielo­letniej kampanii marketingowej mającej skłonić Polaków do kupowania cukru? Pisarstwo jako przed­siębiorstwo rodzinne, z niezauważaną pracą kobiet: żony i córek? Nieustanne publiczne pokazywanie starannie dozowanej prywatności w ramach auto­promocji?

Oto Melchior Wańkowicz.

---

Jeden z reporterów powie mu wprost, że jest wampirem wysysającym ze swoich bohaterów samą esencję i pozostawiającym całą resztę ich biografii na zmarnowanie3. Można go też porównać do zapaśnika sumo, który nie tyle przygniata rywala, ile zmusza go do wyjścia poza zajmowany teren; cała twórczość Wańkowicza była bowiem wielką auto­biografią, którą chciał narzucić innym.

Ta naturalna ludzka tendencja do kontrolowania własnego wizerunku uległa w jego przypadku wzmocnieniu, bo przez niemal całe długie życie sprzedawał biografię własnej rodziny jako pro­dukt, mieszając rzeczywistość z fikcją, tworząc mity, które zwykliśmy uznawać za fakty.

Żył ze sprzedaży własnego życia jak jakiś Wielki Instagramer. Ów szlachec­ki gawędziarz posądzany o zmyś­lanie niczym Zagłoba okazuje się postacią niezmiernie nowoczesną, która może nam pomóc w walce z rosyjską dezinformacją i okiem Google'a. Jak nie ulegać kuszeniu fake newsów, pośpiesznemu "udostępnianiu dalej" w mediach społecznościowych jako faktów czegoś, co jest fikcją, lajkowaniu mitów blis­kich naszym lękom i poglądom?

Wspólne przedzieranie się przez ostępy tej rozwichrzonej biografii reportera-pro­pagandysty może w nas wytworzyć odporność na mechanizmy wykorzystywane dzisiaj - bo on sam stosował podobne. Wańkowiczowskie opowieści, sprawiające wrażenie pisanych ot tak - na zawołanie - były owocem wielu żmudnych godzin poświęconych na zbieranie i weryfikację źródeł, na sporządzanie bibliografii i wertowanie kartotek.

---

Wańkowicz to nadzwyczaj współ­czesny splot paradoksów: reporter chcący opisać rzeczywistość i reklamiarz chcący ją wykreować i sprzedać. I takie, a nie inne ujęcie jego biografii - żmudne rozplątywanie faktów i fikcji - może nauczyć nas weryfikacji źródeł, szczególnie potrzebnej właśnie dzisiaj. Krytyczne weryfikowanie wańkowiczowskiej legendy może być wręcz naszą bronią w wojnie informacyjnej: na jakiej biografii, jeśli nie tak zmitologizowanej, naj­lepiej trenować się w walce z dezinformacją i uproszczeniami?

Czytanie tego pisarza jest nam dziś bardzo potrzebne - jego teksty, jego biografia, którą często traktował jak pro­dukt na sprzedaż, tworząc na jej motywach legendy sprzedawane we własnych książkach (Ziele na kraterze, Szczenięce lata, reportaże amerykań­skie - właściwie we wszystkich swoich tekstach tworzył auto­biografię), i jego działalność jako marketingowca są naj­lepszym materiałem do uczenia się metod zapobiegania dezinformacji, fake newsom, pro­pagandzie politycznej i naj­różniejszym socjo­technikom.

Łatwo byłoby napisać biografię Wańkowicza, poprzestając na tym, co sam o sobie mówił. I tak też często się o nim pisze, zakładając, że przecież wszystko już wiadomo. Pro­blem w tym, że trzeba oddzielić legendy od faktów, bo jak dotąd znamy tylko wykreowany przez samego pisarza pro­dukt o nazwie "Melchior Wańkowicz i rodzina".

Prawda okaże się - jak zwykle - ciekawsza od fikcji.

---

Wańkowicz - także z powodu upartej auto­promocji za życia - po śmierci został praktycznie zapomniany, "przylizany", zmieniony czy to w niesfornego Dyzia, czy w piewcę kresowego mitu albo dusigrosza Scrooge'a.

To jednak fałszywy obraz. Bez poznania faktów - takich, jakie one są, a nie takich, jakie znamy tylko za pośrednic­twem jego własnych tekstów - nie możemy tak naprawdę mówić, że znamy biografię Wańkowicza. To pierwsza trudność: przedrzeć się przez auto­biograficzne legendy do faktów.

Fakty zresztą nie są łatwe do opisania, czego przykładem choćby scena, od której zacząłem. Nie dotarłem do świadka stukania Wańkowicza do bramy aresztu, ale odnalazłem osobę, która widziała, jak Wańkowicz mówi (i to nie komuś obcemu, lecz własnej żonie), że właśnie się tam wybiera.

Nawet jednak same naj­bardziej wyostrzone i podane jak naj­precyzyjniej fakty nie wystarczą - trzeba bowiem je pokazać na tle sytuacji, w której się zdarzały, osadzić w kontekście: kulturowym, społecznym, obyczajowym, politycznym, oraz sportretować Wańkowicza prywatnego, bez auto­promocyjnej mas­ki.

Dopiero wówczas dotrzemy do naj­bardziej autentycznych motywacji jego działania.

---

Dlatego właśnie cytaty z samego Wańkowicza dotyczące jego biografii ograniczam do minimum, starając się znaleźć inne źródła, do których nikt jeszcze nie dotarł, zahipnotyzowany wańkowiczowską mityczną opowieścią na własny temat.

A naj­lepsze jest to, że - jak się okazało w trakcie mojej pracy - wańkowiczowski mit i auto­reklama bardzo często opierają się na prawdziwych wydarzeniach, tyle że różnią się - w drobiazgach, ale znaczących - od tego, co dotychczas o nim myśleliśmy[1]. Co więcej, dzięki tej krytycznej metodzie pracy udało się odnaleźć bardzo wiele nieznanych wcześniej faktów, jak porzucenie przez niego kariery politycznej czy pisarskie prace jego żony i córek.

Życie Wańkowicza przepełniały strata, żałoba i wykorzenienie. Pisarz nieustannie musiał wracać na pole startowe. Poczucie braku i próba poradzenia sobie z utratą przerodzą się w twórczość, która była - także - auto­terapią. Również z tego powodu należy powściągać chęć przekładania wańkowiczowskich opowieści na jego faktyczną biografię w skali jeden do jednego (co jednak nie znaczy, że pisarz kłamał - po pro­stu często ograniczał się do opisywania jedynie jaśniejszej strony rzeczywistości). Ważne są przecież także przemilczenia.

Wańkowicz przypomina mi Churchilla - litewski "żubr" i angielski "buldog" mieli wiele wspólnego. Obaj wywodzili się z rodzin o wielkich tradycjach, wiecznie budzili kontrowersje, przyklejano im łatkę enfant terrible. Obaj odnawiali język swojego kraju poprzez sięganie do jego źródeł i neo­logizmów, potrafili stworzyć zwięzłe frazy pamiętane do dziś. Obaj to postaci tragikomiczne, niemal żywcem wyjęte z Szekspira: początkujący reporter, który stał się politykiem, i początkujący polityk, który przebył odwrotną drogę, zmagający się z wulkanem historii przez nieustanne buchanie popiołem liter.

Jak opisać lawę

W jednym ze wstrzymanych przez cenzurę wspomnień Wańkowicza polonista i opozycjonista Jan Józef Lipski napisał:

[...] nie dostrzega się dostatecznie wyraźnie, jak wielo­aspektowa jest Jego twórczość - i jak skomplikowana była przede wszystkim mentalność tę twórczość okreś­lająca. Wańkowicz był zresztą bardzo tego świadomy, nieraz złościł się na upraszczające, ubożące Go odczytywanie. [...] Myś­lę, że dopiero czeka nas odczytanie na nowo Jego całego dorobku - ze świadomością, iż trzeba będzie dotrzeć do całej złożoności zarówno widzenia przez Wańkowicza ludzi, spraw, rzeczy - jak i Jego samego4.

Był człowiekiem o wulkanicznej energii, pochłaniającym też każdą możliwą powierzchnię uwagi - jak lawa. Nawet dzisiaj ma niesamowitą zdolność wypełniania sobą każdej możliwej przestrzeni. Badaniu i opisywaniu życia Melchiora poświęciłem trzy lata, ale mam świadomość, że jego "totalna" biografia, rejestrująca każdy wymiar jego aktywności (nie mówiąc już o kalendarium czy itinerarium), wymagałaby paru dodatkowych lat wysiłku i kilku tysięcy stron więcej. Nowe znalezis­ka, nieoczekiwane, niespodziewane, wpadały mi niemalże pro­sto do ręki; bałem się otwierać skrzynkę pocztową - i lodówkę. Było niemal tak, jakby Wańkowicz chciał mnie swoimi archiwaliami, nieznanymi wcześniej nikomu poza nim i posiadaczami, zasypać. Im bliższy był termin oddania książki, tym mocniejsze stawało się to bombardowanie z zaświatów. Jakby wciąż wysyłał mi swoje nowe - po latach znalezione - listy w butelkach, dryfujące w oceanie archiwalnych magazynów i po prywatnych szufladach, czasem w postaci baniaka po mleku zakopanego w białorus­kiej ziemi.

Do granicy wytrzymałości dotarłem, zobaczywszy tytuł urzędowego pisma, które otrzymałem z zarządu mienia Skarbu Państwa: "Pismo w sprawie głowy Wańkowicza" (chodziło, rzecz jasna, o jedną z rzeźb). Tydzień przed oddaniem książki do wydawnic­twa ujawniło się zaś kilka kilogramów nieznanych wcześniej ręko­pisów. A wiedziałem już, że to niekoniecznie koniec... (I nie był: później pojawiły się kolejne. Myś­lałem: przecież nikt w to nie uwierzy!)

Wtedy uświadomiłem sobie, że właśnie to jest klucz do biografii Wańkowicza.

Ta lawa materiałów, przygniatająca rozmiarami - kilka, kilka­naście kopii, przebitki, ręko­pisy, bileciki, doklejki, dopis­ki, telegramy (i niedostępne nam, bo niezarejestrowane materialnie rozmowy) - ta archiwalna lawa, będąca zapisem jego wulkanicznej energii (a zarazem, z racji rozmiaru, utrudniająca dostęp do niego samego), stanowiła przejaw czegoś kluczowego. Czegoś, co Wańkowicza wprawiało w nieustanny ruch. Jakiegoś "rdzenia", motoru działania.

Co było tym "pierwszym poruszycielem" wańkowiczowskiego wulkanu, zalewającego do dziś badaczy niekończącą się (jeszcze) lawą materiałów i zasypującego ich popiołem mitów?

Co sprawiło, że biegł całe życie? Kiedy i dlaczego zaczął tak pędzić? Tak pędzić, że - jak pisał - odpoczywać mógłby tylko w szpitalu i więzieniu, bo tam nic już nie da się zrobić, już nic nie zależy od działania...[2]

---

Nie interesowało mnie wznoszenie pomnika ani jego obalanie. Wańkowicz zaciekawił mnie jako człowiek, który przez niemal całe swoje życie wywoływał u innych skrajne emocje - od entuzjazmu (przeważnie u czytelników, rzadziej wśród koleżanek i kolegów) przez zawiść po niechęć czy pogardę, manifestującą się też w pro­tekcjonalności.

Wobec tego człowieka trudno było przejść obojętnie - także z powodu jego polemicznej pasji, kulminującej we wszczynaniu pro­cesów, które ciągnęły się nawet po jego śmierci, jak w sarmac­kich czasach. Ale, wbrew pozorom, Wańkowicz to nie konserwatywny szlachcic płaczący za utraconą arkadią dworków na Kresach. Jego tradycją było stałe czerpanie z nowoczesności, nie zagrzebywanie się w okopach Świętej Trójcy.

Jego tradycją było też przekraczanie granic. Z wykorzenienia i pozbawienia majątku czerpał nieustanną energię do działania, wciąż próbując na nowo się zakorzenić - na brzegu krateru wybuchającego raz po raz wulkanu Historii.

[1] Choćby opowieść o ucieczce z maszyną do pisania przez graniczną rzekę pod ostrzałem. Zapewne do tego doszło, ale strzelali za nim nie Niemcy, lecz Sowieci; maszyna była bardzo mała i tak dalej. Zob. rozdział VII.

[2] Zob. np.: "[...] nie znam większej przyjemności jak grypa i siedzenie w więzieniu (naturalnie jeśli w nim nie biją w zęby), [...] szpital i więzienie zwalniają od wszelkiej odpowiedzialności: "Siedź, nie szarp się, i tak niczego nie dokonasz"" (MM, mps).