III
Kolor pragnienia
- Co było potem? - zapytał Jean-François.
Gabriel wziął głęboki wdech.
- Mama nigdy się nie otrząsnęła po śmierci mojej siostry. Nigdy potem
nie widziałem, żeby moi rodzice pocałowali się. Jakby duch Amélie zabił
w końcu to, co jeszcze się między nimi uchowało. Smutek zamienił się w pretensję, a pretensja w gniew. Opiekowałem się Celene najlepiej, jak
potrafiłem, ale wyrastała na diabła wcielonego, zawsze szukała kłopotów
albo zwyczajnie sama je ściągała, jeśli nie mogła ich znaleźć. Żałoba
okaleczyła mamę, którą wypełniły pustka i gniew. Ojciec szukał ucieczki
w butelce, a jego pięści stały się jeszcze cięższe niż dotąd.
Rozkwaszały usta i łamały palce.
Nie ma boleści większej od tej, której doświadczasz w pojedynkę. Nie ma
nocy ciemniejszych niż te, które spędzasz samotnie. Można się jednak
nauczyć żyć z każdym brzemieniem. Rany zabliźniają się tak grubo, że w końcu stają się zbroją. Czułem, że coś we mnie narasta, jak nasiono
czekające w zimnej ziemi. Myślałem, że tak to jest, gdy chłopiec staje
się mężczyzną. A tak naprawdę nie miałem, kurwa, pojęcia, czym się
stawałem.
Mimo wszystko dorastałem. Byłem już słusznego wzrostu, a dzięki pracy w kuźni stałem się twardy jak stal. Zacząłem zauważać, że dziewczyny w wiosce zerkają na mnie jak to młode dziewczyny, szepcąc między sobą, gdy
je mijałem. Nie wiedziałem jeszcze wtedy dlaczego, ale coś we mnie je
przyciągało. Nauczyłem się, jak zamieniać szepty w uśmiechy, jak
uśmiechy zamieniać w coś jeszcze słodszego. Już nie kradłem pocałunków,
bo chętnie mi je dawano.
Podczas mojej piętnastej zimy zacząłem chodzić na schadzki z dziewczyną,
która miała na imię Ilsa. Była córką wójta, siostrzenicą samego p?re
Louisa. Okazało się, że potrafię być przebiegłym sukinsynem, jeśli
zechcę. Zakradałem się nocą do domu wójta, wspinałem się po umierającym
dębie za oknem Ilsy. Szeptałem do okna, ona zapraszała mnie do środka, a potem tonęliśmy w desperackich, łapczywych pocałunkach i tych pierwszych
niezręcznych pieszczotach, które rozpalają krew w żyłach młodego
mężczyzny.
Moja matka tego nie pochwalała. Rzadko się kłóciliśmy, ale w kwestii
Ilsy... Boże Wszechmogący, darliśmy koty, aż się niebo trzęsło.
Ostrzegała mnie przed tą dziewczyną raz za razem. Pewnego wieczoru
siedzieliśmy przy stole, tata cichutko topił się w wódce, a Celene
dzióbała ziemniaczaną potrawkę, kiedy my z mamą wściekaliśmy się na
siebie. Znowu ostrzegła mnie przed głodem, który w sobie noszę. Żebym
uważał, bo pożre mnie całego.
Miałem jednak już dość lęków rodziców, że popełnię ten sam błąd, co oni.
Rozwścieczony straciłem cierpliwość, wycelowałem w ojca palec i krzyknąłem:
- Nie jestem taki jak on! W niczym go nie przypominam!
Ojciec spojrzał na mnie wtedy, kiedyś przystojny, a teraz rozmiękły i rozmemłany od alkoholu.
- Do diabła, pewnie, że nie, ty bękarcie.
- Raphaelu! - krzyknęła matka. - Nie mów tak!
Spojrzał na nią z gorzkim, tajemniczym uśmieszkiem na ustach. Na tym
sprawa mogłaby się skończyć, gdyby lew we mnie nie wściekł się tak, że
nie chciał się uspokoić.
- Bogu dzięki, że jestem bękartem - odpowiedziałem. - Lepiej nie mieć
ojca w ogóle niż mieć za ojca takiego nic niewartego śmiecia jak ty.
- Jestem nic niewart, hę? - Ojciec spiorunował mnie wzrokiem, podnosząc
się. - Gdybyś tylko wiedział, jak dowiodłem swojej wartości, chłopcze.
Piętnaście lat i nie powiedziałem ani jednego słowa, wychowując grzech,
jakim jesteś.
- Jeśli jestem grzechem, to jestem twoim grzechem. I tylko dlatego, że
byłeś na tyle głupi, żeby spłodzić syna dziewczynie, której nie
poślubiłeś, nie znaczy...
Nie powiedziałem niczego więcej. Jego pięść uderzyła jak podczas setek
poprzednich wieczorów. Mama krzyczała, jak to zawsze ona. Jednakże tego
wieczoru pięść ojca nie trafiła w cel. Zamiast tego zatrzymałem ją
raptem kilka cali od mojej twarzy. Byłem wyższy od niego, ale on miał
ręce grube jak żona piekarza. Powinien być w stanie opędzić się ode mnie
jak od muchy. A jednak pchnąłem go do tyłu, a on wytrzeszczył oczy
wstrząśnięty. Krew zaczęła mi dudnić w żyłach, gdy uderzył głową o palenisko, a potem zaczęła ryczeć w cieniach za moimi oczami. Kiedy
upadł, widziałem, że rozciął głowę o półkę. Na rant polała się jasna i błyszcząca czerwień.
Krew.
Oczywiście widziałem już krew w swoim życiu. Rozmazaną na moich
połamanych palcach, na opuchniętej twarzy. Nigdy jednak nie zauważyłem,
jaki żywy ma kolor, nie zwróciłem uwagi, że jej słony, żelazisty i kwietny aromat przyprawia o zawrót głowy, pomieszany teraz z pieśnią
mojego walącego młotem serca. W gardle mi zaschło, język miałem jak ze
starej wyprawionej skóry, żołądek zamienił się mi w rozwartą, bezdenną
dziurę, gdy wyciągnąłem drżącą rękę ku rozlewającej się coraz szerzej
kałuży.
- Gabe? - szepnęła Celene.
- Gabrielu! - krzyknęła mama.
I jak czar, który pryska, gdy zakracze wrona, to uczucie zniknęło. Ten
ból. Ta wysuszona na pył tęsknota. Stałem na drżących nogach, patrząc
mamie w oczy. Widziałem tam niewypowiedziane sekrety. Zgrozę, brzemię z każdym rokiem coraz cięższe.
- Co się ze mną dzieje, mamo?
Ona tylko pokręciła głową, klękając obok ojca.
- To jest w tobie, Gabrielu. Miałam nadzieję... Modliłam się do Boga,
żeby tak nie było.
- Co jest we mnie?
Nic nie odpowiedziała, wpatrując się w cienie na podłodze.
- Matko, powiedz mi! Pomóż mi!
Spojrzała mi w oczy. Ta lwica, która mnie wychowała, która nauczyła mnie
nosić moje nazwisko jak koronę. Spostrzegłem w niej wtedy desperację
matki, która zrobi wszystko, żeby chronić swoje młode, gdy zda sobie
sprawę, że zostało jej już tylko jedno, co może uczynić.
- Nie potrafię, kochanie, ale może znam kogoś, kto będzie potrafił.
Nie miałem pojęcia, o co jeszcze zapytać. Nie znałem odpowiedzi, której
potrzebowałem. Mama nie chciała więcej ze mną rozmawiać, a Celene
zaczęła płakać, więc jak zwykle zająłem się siostrą. Od tego wieczoru
nic już nie było takie jak dotąd. Próbowałem porozmawiać z ojcem, niech
mi Bóg dopomoże, nawet go przeprosiłem, ale on ani razu nawet na mnie
nie spojrzał. Patrzyłem, jak wali w kowadło, jak ściska w pięści młot.
Wielgachne i straszliwe były te jego ręce. Pamiętam, jak zamykały się
wokół mnie, gdy byłem małym chłopcem, silne i ciepłe, kiedy pokazywał
mi, jak zastawić sidła albo zamachnąć się mieczem. Pamiętam, jak
zaciskały się w węzły i spadały niczym grad. Tworzył rzeczy, ten mój
ojciec, i niszczył. Zdałem sobie sprawę, że może jedną z rzeczy, które
zniszczył, byłem ja sam.
Jedynym azylem dla mnie były ramiona Ilsy. Uciekałem w nie tak często,
jak się dało, zakradałem się o każdej porze i wchodziłem do niej przez
okno. Spotykaliśmy się tam, gdzie słowa traciły na znaczeniu. Oboje
zostaliśmy wychowani w Jednej Wierze i widmo grzechu zawsze nad nami
wisiało. Jednakże nawet sam Bóg nie jest w stanie wejść między
dziewczynę i chłopca, którzy naprawdę siebie pragną. Żadne pismo święte,
król ani prawo na tym świecie nie mają takiej mocy.
Pewnej nocy byliśmy blisko. Tak blisko, że aż płonęliśmy. Jej koszula
nocna leżała odrzucona na bok, moje spodnie były rozsznurowane, wargi
mnie bolały od nacisku jej ust. Bliskość nagiego ciała dziewczyny
przyprawiała mnie o zawrót głowy, a pożądanie było jak narastające we
mnie pragnienie. Czułem zapach jej żądzy, napełniał mi płuca i sprawiał
ból. Długie kasztanowe włosy Ilsy splątały się między moimi palcami, gdy
czułem jej ruchliwy język obok swojego.
- Kochasz mnie? - szepnąłem.
- Kocham - odpowiedziała.
- Pragniesz mnie? - spytałem.
- Pragnę - westchnęła.
Przeturlaliśmy się na łóżku, jej oddech stał się szybszy, jej oczy nie
widziały nikogo poza mną.
- Ale nie możemy, Gabrielu. Nie możemy.
- To żaden grzech - prosiłem, całując jej szyję. - Masz całe moje serce.
- A ty moje - szepnęła. - Ale to czas mojej krwi miesięcznej. Powinniśmy
zaczekać.
Poczułem ciarki w brzuchu na te słowa. I chociaż odezwała się znowu, ja
słyszałem tylko słowo "krew". A potem zdałem sobie sprawę, że właśnie
ten zapach, właśnie to pożądanie rozbrzmiewa we mnie ogłuszającym
rykiem.
Nie potrafiłbym ci powiedzieć, dlaczego. Nie zastanawiałem się nad
powodami w tamtej chwili. Powędrowałem jednak ustami niżej, po gładkich
wzgórzach i dolinach jej ciała. Czułem szaleńcze bicie jej serca pod
palcami, gdy wędrowałem dłońmi po jej kształtach. Zadygotała, gdy
okrążyłem językiem jej pępek, zamruczała cicho w proteście, kiedy
rozchyliłem jej nogi i wsunęła palce w moje włosy. A potem pochyliłem
się między jej uda i przycisnąłem do niej usta, czując, jak drży.
Cząstka mnie była wtedy raptem piętnastoletnim chłopakiem, nerwowym jak
wiosenne jagnię, który tylko prosi, żeby mu pozwolić służyć, i pragnie
tylko zadowolić. Za to resztę mnie, większość mnie, przepełniał głód
mroczniejszy niż wszystko, co znałem.
Ilsa przycisnęła palce do ust, zaciskając uda wokół mojej głowy, a ja
wsunąłem w nią język i posmakowałem. Boże, czułem ten smak i prawie
oszalałem. Sól i żelazo. Jesień i rdza. Zalewały mi język i odpowiadały
na wszystkie pytania, o jakich nigdy nawet nie pomyślałem, żeby je
zadać. Bo odpowiedź na nie była taka sama.
Zawsze taka sama.
Krew.
Krew.
Odnalazłem pełnię, o jakiej nawet nie myślałem, że jest osiągalna.
Znalazłem spokój, w jakiego istnienie nie wierzyłem. Czułem tę
dziewczynę wijącą się w pościeli i szepczącą moje imię i chociaż chwilę
wcześniej obiecałem jej swoje serce, to była niczym, niczym poza tym, co
mogła mi dać, skarbem zamkniętym za drzwiami jedwabistej świątyni,
przywołującym mnie bez słowa. Wyczułem poruszenie w dziąsłach,
przesunąłem językiem po zębach i poczułem, że stają się ostre jak noże.
Słyszałem puls w udach Ilsy przyciśniętych mocno do moich uszu,
usiłowałem obrócić głowę, gdy zaprotestowała słabo. A potem, niech Bóg
mi dopomoże, wbiłem w nią zęby, a ona wygięła plecy w łuk, napinając
każdy mięsień i odchyliła głowę, przyciągając mnie mocniej, starając się
nie krzyczeć.
Poznałem wtedy kolor pragnienia. To była czerwień.
Czym jestem? Co ja robię? Na Boga, co się ze mną dzieje? Można by się
spodziewać, że takie myśli wypełniły mi głowę. Pytania, jakie zadałby
sobie każdy zdrowy na umyśle człowiek. Ja jednak niczego takiego nie
myślałem. Istniały tylko moje usta na skórze Ilsy i potok z przegryzionej żyły zalewający mi usta. Piłem jak wysuszony piasek
pustyni rozległej na tysiąc lat. Piłem, jakby świat się kończył i tylko
jeden ostatni haust mógł go uratować, mógł uratować mnie, nas wszystkich
od wielkiego finału czekającego w ciemności. Nie potrafiłem przestać.
Nie przestałem.
- Przestań...
Szept Ilsy przerwał bezgraniczny hymn w mojej głowie, chór naszych
połączonych uderzeń serc. Jej serce słabło, biło kruche i delikatne jak
u poranionego ptaka, a moje dudniło silne jak nigdy dotąd. Mimo to ta
cząstka mnie, która kochała tę dziewczynę, zdała sobie sprawę, co robi
reszta. W końcu oderwałem usta. Ze zgrozy zaparło mi dech w piersi.
- O Boże...
Krew. Na pościeli. Na jej udach i w moich ustach. A kiedy czar mojego
pocałunku prysł, kiedy mroczne pożądanie, jakie ją ogarnęło, odpłynęło,
Ilsa też zobaczyła, co zrobiłem. Zwierzęca cząstka jej istoty wygrała i chociaż uniosłem ręce, żeby ją uciszyć, otworzyła posiniałe usta i krzyknęła. To był krzyk dziewczyny, która zrozumiała, że nie ma już
potwora pod łóżkiem. Że potwór jest w łóżku, razem z nią.
Usłyszałem czyjeś kroki, ktoś biegł. Ciche przekleństwo. Ilsa znowu
krzyknęła, w jej oczach płonęła czysta zgroza. I ta sama zgroza ogarnęła
mnie, zamieniając mi wnętrzności w wodę. Trwoga chłopca, który
skrzywdził kogoś, kogo kocha; chłopca leżącego w łóżku z dziewczyną,
której ojciec nadbiega właśnie korytarzem; chłopca, który obudził się z koszmaru i odkrył, że sam jest koszmarem.
Drzwi otworzyły się z impetem. Stanął w nich wójt w koszuli nocnej, ze
sztyletem w ręce. Krzyknął:
- Dobry Boże Wszechmogący!
A ja zwlokłem się z zakrwawionego łóżka z rękami i podbródkiem zalanymi
szkarłatem. Ilsa wciąż krzyczała, wójt ryknął i zamachnął się ostrzem.
Wyrwał mi się słaby okrzyk, gdy poczułem ognistą linię na plecach, ale
już uciekałem, poruszałem się tak szybko, że świat wokół mnie rozmazał
się, wyskoczyłem przez okno w ciemność.
Wylądowałem boso w błocie, podciągnąłem spodnie, potykając się. Ręce
miałem czerwone i lepkie. Słyszałem, że wioska się budzi, krzyki Ilsy
niosły się ponad błotnistym placem, rozległ się tupot butów wartowników
i małe światełka zapalały się w ciemności.
Byłem zagubiony i samotny i Bóg jeden wie, dokąd biegłem. Z okropnym
zdumieniem zdałem sobie sprawę, że noc wokół mnie żyje, płonie jasno i pięknie tak jak kiedyś dzień. Nogi miałem jak ze stali, serce grzmiało
mi w piersi, czułem się w każdym calu jak lew, którego imię nosiłem. W tamtej chwili byłem żywy i przestraszony jak nigdy w życiu, ale
odzyskałem jasność myślenia na tyle, żeby zadawać sobie pytania: co się
ze mną dzieje? Co zrobiłem? Czy Amélie przekazała mi cząstkę swojej
klątwy? Czy też byłem czymś całkiem innym?
Zaczął padać śnieg. Słyszałem, że w kościele biją dzwony. A ja biegłem
przed siebie ku jedynemu miejscu, w jakim mogłem znaleźć bezpieczeństwo.
Do kogo ucieka młode, wampirze, gdy gonią je wilki? Do kogo woła
żołnierz, wykrwawiając się na polu?
- Do matki - odpowiedział Jean-François.
- Do matki. - Gabriel pokiwał głową. - Próbowała mi coś powiedzieć
tamtej nocy, kiedy powaliłem ojca. Tamtego wieczoru krew po raz pierwszy
mnie wezwała. Wpadłem więc do chaty i zawołałem matkę. Wstała z łóżka.
Moja siostrzyczka patrzyła na mnie wielkimi przestraszonymi oczami,
widząc krew na moich rękach i twarzy. Ojciec warknął:
- Boże, coś ty zrobił, chłopcze?
Celene modliła się szeptem. Matka zaś objęła mnie i szepnęła:
- Nie obawiaj się, kochanie. Wszystko będzie dobrze.
Ciężkie pięści załomotały do drzwi, rozległy się gniewne głosy. Rodzice
spojrzeli po sobie, ale tata nawet nie drgnął. Z zaciśniętymi w cieniutką linie ustami moja lwica owinęła się szalem, wzięła mnie za
zakrwawioną rękę i wyprowadziła z powrotem na zimno.
Czekało na nas pół wioski. Niektórzy trzymali lampy, żagwie albo ikony
Odkupiciela. Wójt stał wśród nich, podobnie jak p?re Louis. Kapłan
ściskał egzemplarz Testamentów, jakby to był miecz. Uniósł świętą księgę
i wskazał mnie, chrypiąc z tym samym świątobliwym przekonaniem, z którym
przeklął moją siostrę.
- Wynaturzenie!
Mama krzyknęła w proteście, ale nie było jej słychać w panującym wokół
zgiełku. Drugi kowal, który podkuwał w wiosce konie, złapał mnie za
rękę. Jednak krew, którą skradłem, dudniła gorąca i czerwona w pustce we
mnie, więc odepchnąłem go i poleciał w powietrze jak wiązka słomy.
Kolejni mężczyźni naparli, a ja walczyłem, czując, jak kości pękają i ciało rwie się w moich rękach. Rzucili się jednak na mnie całą chmarą, a kapłan ryczał:
- Powalcie go! W imię Boga!
- Jest jednym z nich! - Ktoś krzyknął.
- Przepadł jak jego siostra! - ryknął ktoś inny.
Mama zaczęła krzyczeć, Celene przeklinała i gdzieś pośród tumultu
słyszałem, że mój ojciec też wrzeszczy, wołając, że jestem tylko
chłopcem, zwykłym chłopcem. Czułem, jak tłum podnosi mnie z ziemi
zakrwawionego i na wpół przytomnego, i pomyślałem wtedy o Amélie
tańczącej i wyjącej, gdy płonęła. Zastanawiałem się, czy czeka mnie ten
sam los. Spojrzałem w oczy p?re Louisowi, temu łajdakowi, który
odmówił pochówku mojej siostrze, i moje usta wypełniła nienawiść.
- Ty pierdolony wiarołomny tchórzu! - warknąłem. - Modlę się, żebyś
umierał z krzykiem!
Wystrzał rozdarł powietrze, huk pistoletu z zamkiem kołowym zadźwięczał
mi w uszach. Ciżba zamarła, wszystkie spojrzenia skierowały się na
postaci nadjeżdżające powoli błotnistą drogą.
Było ich dwóch, dosiadali białych wierzchowców jak anioły śmierci ze
stronic Testamentów. Na przodzie jechał chudy jegomość, wymizerowany jak
strach na wróble. Nosił gruby szynel z czarnej skóry. Trójgraniasty
kapelusz miał naciągnięty mocno na oczy, kołnierz zasznurowany wysoko,
na ustach i nosie. Jedyne, co widziałem, to pasmo włosów w kolorze
słomy. I oczy. Tęczówki miał w najjaśniejszym odcieniu zieleni, ale
białka tak przekrwione, że były właściwie czerwone. Wiózł płócienny wór
przewieszony przez grzbiet krzepkiego tundrowego kuca. Kształt w worze
przywodził na myśl człowieka. Na ramieniu jeźdźca siedział smukły,
szaropióry i złotooki sokół.
Drugi jeździec był młodszy, bardziej barczysty, ale znowu prawie nie
widziałem jego twarzy. Nosił się podobnie jak pierwszy, u pasa miał
miecz w pochwie. Patrzył na tłum spod naciągniętego na czoło
trójgraniastego kapelusza niebieskimi jak lód oczami.
Śnieg padał coraz mocniej, mróz przenikał moją nagą skórę. Jeźdźcy mieli
małe myśliwskie latarnie przy siodłach, światło błyskało na marznących
grubych płatkach spadających z nieba i srebrnych siedmiogwiazdach
wyhaftowanych na ich piersiach.
Ojciec tymczasem przyniósł swój stary wojenny miecz, na co dzień wiszący
na ścianie. Mamie zaparło dech w piersi, włosy wymknęły jej się z warkocza. Celene stała z zaciśniętymi pięściami, mój mały diabeł
wcielony wyszedł naprzód, żeby bronić starszego brata, gdy kuce powoli
zbliżały się do naszego domu. Wszyscy wyczuwaliśmy powagę chwili.
Przyglądając się tym obcym przybyszom, zauważyłem, jak wspaniałe są ich
wierzchowce i jak elegancki jest krój ich płaszczy, zwróciłem uwagę, że
nić, którą wyhaftowano gwiazdy, nie jest po prostu srebrna w kolorze,
ale została zrobiona z prawdziwego srebra. Przywódca schował pistolet do
wewnętrznej kieszeni szynela i zawołał, przekrzykując pieśń mojego
pulsu:
- Jestem fr?re Szaroręki, srebroświęty z San Michon. - Wskazał na
mnie. - Przyjechałem po tego chłopca.
IV
Jagnię na rzeź
Wiatr wył jak głodny wilk, śnieg przyklejał się do mojej zakrwawionej
skóry. Spojrzałem na p?re Louisa i zobaczyłem, że jego oblicze
spochmurniało.
- Monsieur, ten chłopak praktykuje czary i obmierzłe rytuały krwi.
Jest zły. Jest przeklęty!
Gniewny pomruk poniósł się wśród zebranych. Jednakże mężczyzna zwany
Szarorękim sięgnął za pazuchę i wyjął welinowy zwój. Zdobiła go cesarska
pieczęć - jednorożec i pięć skrzyżowanych mieczy na stwardniałej plamie
czerwonego wosku.
- Z rozkazu Alexandre'a III, cesarza Elidaenu i Obrońcy Świętego
Kościoła Bożego, którego nie waży się zakwestionować żaden człowiek na
tej ziemi, mam prawo werbować do naszej słusznej sprawy każdego
obywatela, jakiego wybiorę. I wybieram jego.
- Werbować? - wyrwał się wójt. - Tego potwora? Do czego?
Mężczyzna wyciągnął miecz z pochwy i aż zaparło mi dech w piersi.
Chociaż byłem poobijany i zakrwawiony, nadal byłem synem kowala, a ten
miecz wystarczyłby, żeby wywołać erotyczne sny. Pasma srebra przecinały
stal jak jasne zawijasy słoi na ciemniejszym drewnie. Głowica miała
kształt gwiazdy, siedmiogwiazdy na cześć Siedmiorga Męczenników, a otaczało ją koło Odkupiciela. W słabym świetle latarni miecz niemalże
jarzył się własnym blaskiem.
- Jesteśmy Ordo Argent - odparł Szaroręki. - Srebrny Zakon San Michon.
A potwory to dokładnie tacy rekruci, jakich potrzebujemy, monsieur.
Ponieważ wrogowie, z którymi walczymy, są jeszcze gorszymi potworami i jeśli zawiedziemy, upadnie także potężny Kościół Boga i jego królestwo
na ziemi oraz cały świat ludzki.
- Kim jest ten wróg? - zapytał p?re Louis.
Szaroręki popatrzył na kapłana, światło latarni błyszczało w jego
krwawych oczach. Sokół na jego ramieniu wzbił się w powietrze, kiedy
fr?re odwrócił się do worka na grzbiecie swojego wierzchowca.
Poluzował łańcuchy i zrzucił go w błoto. Coś stęknęło, uderzając o ziemię. Tak jak myślałem, kształt w środku należał do człowieka.
Jednakże stworowi, który wylazł z wora, daleko było do człowieka.
Miał na sobie łachmany i był śmiertelnie wychudzony. Ciało rozciągało
się na kościach jakby szkielet zanurzono w skórze. Miał trupio blade
oczy, zniszczone usta odsłaniały zęby długie i ostre jak u wilka.
Podniósł się z błota i w jego gardle zabulgotał odgłos przywodzący na
myśl gotujący się tłuszcz. Wszyscy wieśniacy wokół mnie krzyknęli z przerażenia.
Nagle znowu miałem trzynaście lat i stałem na błotnistej ulicy w dniu,
kiedy Amélie i Julieta wróciły do domu. I jasne, byłem przerażony, ale
wraz ze strachem powróciło wspomnienie siostry. Ogarnęła mnie ta stara,
znajoma nienawiść, płonąc mi w piersi i zmuszając do zaciśnięcia zębów.
W nienawiści można odkryć siłę. Pewien rodzaj odwagi można wykuć tylko w gniewie. Zamiast krzyknąć albo cofnąć się chwiejnie jak mężczyźni wokół
mnie, stanąłem w rozkroku. Wziąłem wdech. I uniosłem, kurwa, pięści.
- Imponujące - mruknął Jean-François.
- Nie zrobiłem tego po to, żeby komuś zaimponować - warknął Gabriel. -
Wiedząc teraz to, co wiem, żałuję, na Boga, że nie uciekłem. Żałuję, że
nie zsikałem się w spodnie i nie zacząłem płakać, że chcę do mamy. -
Przeczesał ręką włosy i westchnął. - Nazwij to, jak chcesz. Instynktem.
Głupotą. Tacy po prostu się rodzimy. Nie da się tego zmienić, tak jak
nie można zmienić woli wiatru albo koloru bożych oczu. Oczywiście ten
stwór, który szedł do mnie chwiejnym krokiem, w dupie miał moje
uniesione pięści. Ale srebrny łańcuch połączony z siodłem Szarorękiego
zatrzymał go i stwór tylko zamachał rękami przed moją twarzą. Fr?re
zsunął się z siodła i na dźwięk jego butów uderzających o błoto ten
wychudzony, umierający z głodu potwór odwrócił się, a ja przysięgam na
wszystkich Siedmioro Męczenników, że usłyszałem jego skomlenie.
Szaroręki uniósł rękę, miecz zalśnił w ciemności. Uderzył i, Boże w niebiosach, zrobił to tak szybko, że ledwie to spostrzegłem.
Posrebrzana rękojeść trafiła potwora w szczękę. Trysnęła ciemna krew i zęby. Szaroręki był straszliwy, gdy władał mieczem, a ja wzdrygnąłem
się, gdy uderzał potwora raz za razem, aż ten, jęcząc, osunął się
bezwładnie jak kupa szmat. Kiedy Szaroręki butem wepchnął jego twarz w błoto i spojrzał na p?re Louisa, zobaczyłem, że gotuje się w nim ta
sama nienawiść, co w moim własnym sercu.
- Kim jest nasz wróg, dobry ojczulku?
Popatrzył na przerażonych wieśniaków i na końcu spojrzenie jego
czerwonych oczu zatrzymało się na mnie.
- To Umarli.
W chłodnej celi Gabriel do León zamilkł, przesunął ręką po zaroście.
Słyszał te słowa tak wyraźnie, jakby Szaroręki siedział tam uwięziony
razem z nim. Prawie go kusiło, żeby się obejrzeć przez ramię i sprawdzić, czy stary łajdak za nim nie siedzi.
- Strasznie to melodramatyczne. - Jean-François z Krwi Chastain ziewnął.
Gabriel wzruszył ramionami.
- Szaroręki miał do tego talent. Ale kiedy spojrzał na mnie swymi
błyszczącymi, krwistymi oczami, wyczuwałem, że mierzy mnie wzrokiem.
Wyciągnął rękę w rękawiczce i rozwiązał kołnierz, żebym go widział.
Śmiertelnie blada skóra. Twarz wyrzeźbiona w okrucieństwie. Sprawiał
wrażenie, jakby zostawiał siniaki na pościeli, w której sypiał.
- Widziałeś już coś takiego - powiedział do mnie, kiwając głową na
potwora.
Długo i z mozołem szukałem słów.
- Moją... moją siostrę.
Zerknął na mamę, a potem na mnie.
- Nazywasz się Gabriel de León.
- Oui, fr?re.
Uśmiechnął się, jakby uznał moje nazwisko za zabawne.
- Teraz należysz do nas, Mały Lwie.
Odwróciłem się wtedy do matki. Kiedy zobaczyłem rezygnację na jej
twarzy, w końcu zrozumiałem. Ci mężczyźni przyjechali tu na jej
życzenie. Ten Szaroręki był pomocą, o którą poprosiła. Pomocą, której
sama nie potrafiła mi udzielić. W oczach miała łzy. Cierpienie lwicy,
która zrobiłaby wszystko, żeby ochronić swoje młode, i wie, że już nic
więcej nie może uczynić.
- Nie! - warknęła Celene. - Nie zabierzecie mojego brata!
- Celene, uspokój się - szepnęła matka.
- Nie zabiorą go! - krzyczała. - Schowaj się za mną, Gabe!
Stanąłem między fr?re a moją siostrą, gdy uniosła pięści, i objąłem ją
mocno, a ona piorunowała wzrokiem stojących za mną jeźdźców. Wiedziałem,
że wydrapałaby Szarorękiemu oczy, gdyby tylko dać jej szansę. Jednakże,
widząc zimny wzrok tego mężczyzny, pojąłem prawdę.
- To ludzie Boga, siostrzyczko - powiedziałem jej. - Taka jest jego
wola.
- Nie możesz odejść! - warknęła Celene. - To nie w porządku!
- Możliwe, ale kim jestem, żeby przeciwstawiać się Wszechmogącemu?
Byłem przerażony, nie będę kłamał. Nie chciałem opuszczać swojej
famille ani mojego małego świata. Jednakże wieśniacy wciąż stali wokół
nas i patrzyli na mnie przestraszonymi i gniewnymi oczami. Zęby miałem
już tępe jak zawsze, ale nadal czułem w ustach czerwony żar krwi Ilsy.
Przez chwilę miałem wrażenie, że wszystko stanęło na krawędzi ostrza.
Takie chwile wyczuwa się w duszy. Ci ludzie oferowali mi zbawienie.
Ścieżkę do życia, którego nigdy sobie nie wyobrażałem. Mimo to
wiedziałem, że zapłacę za to straszliwą cenę. I mama też to wiedziała.
Jaki miałem wybór? Nie mogłem zostać, nie po tym, czego się dopuściłem.
Nie wiedziałem, czym się staję. Nie znałem żadnych odpowiedzi, ale może
ci ludzie je znali. I tak jak powiedziałem siostrze: kim byłem, żeby
sprzeciwiać się woli nieba? Prowokować tego, który mnie stworzył?
Wziąłem więc głęboki wdech i sięgnąłem po to, co oferował mi Szaroręki.
- Gabriel spojrzał w górę i westchnął. - I to by było tyle. Poszedłem
jak jagnię na rzeź.
- Od razu wtedy cię zabrali? - zapytał Jean-François.
- Dali mi chwilę na pożegnanie z famille. Ojciec miał mi niewiele do
powiedzenia, ale widziałem miecz w jego ręce i zrozumiałem, że gdy
groziła mi śmierć, zrobił, co mógł, żeby mnie ratować, nawet jeśli mógł
niewiele. Bałem się, co może się stać z Celene, kiedy mnie zabraknie,
ale nic nie mogłem na to poradzić. Mimo to ostrzegłem ojca. Ostrzegłem
go, kurwa.
- Uważaj na córkę. To jedyne dziecko, jakie ci zostało.
Mama płakała, kiedy pocałowałem ją na pożegnanie, i ja też płakałem,
obejmując Celene. Mama powiedziała mi, żebym strzegł się bestii. Bestii
i jej głodu. Cały mój świat rozpadał się, ale co mogłem zrobić? Porwał
mnie nurt rzeki, ale nawet wtedy byłem dość dorosły, żeby wiedzieć:
istnieje różnica między tymi, którzy płyną z prądem, i tymi, którzy
toną, walcząc z nim. I ta różnica nazywa się Mądrością.
- Nie odchodź, Gabe - prosiła Celene. - Nie zostawiaj mnie samej.
- Wrócę - obiecałem, całując ją w czoło. - Opiekuj się za mnie mamą,
diabełku.
Młody człowiek, który jechał za Szarorękim, odczepił ode mnie Celene,
nie wypowiadając ani jednego słowa pociechy, kiedy wepchnął mnie na
swojego kuca. Potem owinął skomlącego potwora z powrotem w srebrne
łańcuchy i zapakował w wór, który przerzucił przez grzbiet wierzchowca
Szarorękiego. Fr?re popatrzył na zebranych jasnymi, krwistymi oczami.
- Złapaliśmy tego potwora trzy dni drogi stąd na zachód. Będzie ich
więcej, nim znowu będzie ich mniej. Nadchodzą mroczne dni i jeszcze
mroczniejsze noce. Zapalajcie świece w oknach. Nie zapraszajcie
nieznajomych do domów. Zawsze podtrzymujcie ogień w palenisku i miłość
do Boga w swoich sercach. Jeszcze zatriumfujemy. Albowiem jesteśmy
srebrem.
- Jesteśmy srebrem - powtórzył jego młodszy towarzysz.
Mała Celene płakała, a ja wyciągnąłem rękę na pożegnanie. Zawołałem do
mamy, że ją kocham, ale ona tylko wpatrywała się w niebo. Łzy zamarzały
jej na policzkach. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek czuł się równie
zagubiony jak wtedy, kiedy wyjeżdżaliśmy z Lorson. Patrzyłem na swoją
famille przez padający śnieg, aż zostali daleko za nami i wszystko
pochłonęła ciemność.
- Piętnastoletni chłopak. - Jean-François westchnął, głaszcząc pióra
kołnierza.
- Oui. - Gabriel skinął głową.
- I ty nas nazywasz potworami.
Gabriel spojrzał wampirowi w oczy i jego ton zabrzmiał jak stal:
- Oui.
V
Ogień pośród nocy
Jean-François uśmiechnął się blado.
- Zatem z Lorson do San Michon?
Gabriel skinął głową.
- Potrzebowaliśmy kilku tygodni jazdy Ostroszlakiem. Panowało potworne
zimno. Płaszcz, który mi dali, nie chronił mnie przed chłodem w brzuchu.
Po ostatnich wydarzeniach kręciło mi się w głowie. Na wspomnienie tego,
co zrobiłem Ilsie. Mrocznego nieba jej krwi w moich ustach. Od widoku
potwora, którego Szaroręki wywlekł z worka i który wciąż tkwił za nim na
koniu. Nie miałem pojęcia, co o tym wszystkim myśleć.
- Fr?re Szaroręki wyjaśnił ci, co się czeka?
- Chuja tam wyjaśnił. Powiedział może jedną piątą z trzech ósmych.
Początkowo bałem się zapytać. W Szarorękim płonął tak wielki ogień, że
można było się spalić, gdyby za blisko stanąć. To były sama skóra i kości, ostre policzki i szczęka, włosy jak brudna słoma. Przeżuwał
jedzenie, jakby go nienawidził, prawie każdą chwilę odpoczynku spędzał
na modlitwie, przerywając tylko czasem, żeby okładać się po plecach
pasem. Kiedy próbowałem odezwać się do niego, piorunował mnie tylko
wzrokiem, aż milkłem.
Tylko sokołowi, który z nim jechał, okazywał nieco czułości. Nazywał go
Łucznikiem i hołubił jak ojciec syna. Jednak najdziwniejszej rzeczy na
jego temat dowiedziałem się pierwszego ranka, kiedy mył się przy mnie.
Kiedy zdjął koszulę, żeby opłukać się w wiadrze, zobaczyłem, że cały
jest w tatuażach. Widziałem już wcześniej tatuaże, spirale faerie na
Osswayczykach i temu podobne, ale tatuaże fr?re to było coś nowego.
Gabriel przesunął palcami po własnym tatuażu na dłoniach.
- Tusz był taki sam: ciemny, ale metaliczny. Srebro w pigmencie. Na
plecach Szaroręki miał wizerunek Matki-Dziewicy. Serpentyny róż, miecze
i anioły pokrywały jego ręce, miał też siedem wilków dla Siedmiorga
Męczenników na piersi. Młody uczeń, który mu towarzyszył, nie był tak
mocno wytatuowany jak mistrz, ale miał piękną plecionkę z róż i węży na
piersi. Naél, Anioł Rozkoszy, zajmowała jego lewe przedramię. Sarai,
Anioł Zarazy z szeroko rozpostartymi pięknymi skrzydłami ćmy, pokrywała
biceps. Obaj mieli siedmiogwiazdy wytatuowane na lewej ręce.
Gabriel obrócił rękę, pokazując wampirowi wnętrze dłoni. Tam pośród
blizn i odcisków widniała siedmiogwiazda w idealnym kole.
- Ciekawi mnie, dlaczego wasz Zakon tak profanował swoje ciała -
powiedział Jean-François.
- Srebroświęci nazywali to egidą. Nie ma sensu zakładać zbroi, kiedy
walczysz z potworami, które mogą zgnieść zbroję płytową w pięści. Zbroja
tylko spowalnia człowieka. I hałasuje. Jeśli jednak dostatecznie mocno
wierzysz we Wszechmogącego, egida sprawia, że jesteś nietykalny. Bez
względu na to, na jakiego nocnego potwora polujesz: tancerza zmierzchu,
faerie, zimnokrwistego, żaden z nich nie może znieść dotyku srebra. A Bóg w szczególności nienawidzi waszego rodzaju, wampirze. Wy obawiacie
się nawet widoku świętych ikon. Kulicie się przed wizerunkiem
siedmiogwiazdy. Koła. Matki-Dziewicy i Męczenników.
Wampir wskazał dłoń Gabriela.
- To czemu ja się nie kulę ze strachu, de León?
- Bo Bóg nienawidzi mnie bardziej niż ciebie.
Jean-François się uśmiechnął.
- Domyślam się, że masz tego więcej?
- O wiele więcej.
- Mogę zobaczyć?
Gabriel spojrzał stworowi w oczy. Cisza między nimi przeciągała się,
głęboka na trzy oddechy. Wampir przesunął językiem po czerwonych i wilgotnych ustach.
Srebroświęty wzruszył ramionami.
- Jak sobie życzysz.
Wstał, krzesło pod nim zatrzeszczało. Sięgnął nieśpiesznie, zrzucił
płaszcz, rozsznurował koszulę i zdjął ją przez głowę, pokazując nagi
tors. Drobne westchnienie, ciche jak szept, wymknęło się z ust wampira.
Srebroświęty był żylasty i muskularny, światło lampy malowało głębokie
cienie w zagłębieniach i bruzdach jego ciała. Stadko blizn zdobiło jego
skórę - pamiątki po ostrzach, szponach i Odkupiciel jeden wie po czym
jeszcze. Jednakże przede wszystkim ciało Gabriela de León pokrywały
tatuaże, od szyi po pępek i knykcie. Piękno rysunku mogłoby zaprzeć dech
w piersi, gdyby historyk oddychał. Eloise, Anioł Zemsty z mieczem i tarczą w gotowości, pokrywała prawą rękę srebroświętego. Chiara, ślepy
Anioł Miłosierdzia, i Eirene, Anioł Nadziei, znajdowały się na lewej.
Ryczący lew zajmował jego pierś, z siedmiogwiazdami zamiast oczu, krąg
mieczy rozciągał się na napiętych mięśniach brzucha. Gołębice i słoneczne promienie, Odkupiciel i Matka-Dziewica - to wszystko zdobiło
ręce i tors. Ciemny, gęsty prąd popłynął przez powietrze.
- Piękne - szepnął Jean-François.
- Mój rysownik był jedyny w swoim rodzaju - odpowiedział Gabriel.
Wciągnął z powrotem koszulę i ponownie usiadł.
- Merci, de León. - Jean-François nadal szkicował, najwyraźniej z pamięci. - Mówiłeś o Szarorękim. O tym, co ci wyjaśnił, zanim
przyjechaliście.
- Tak jak wspomniałem, powiedział tak niewiele, jak tylko się dało.
Mogłem więc jedynie zastanawiać się w milczeniu. Jak poważnie
skrzywdziłem Ilsę? Jakim cudem znalazłem siłę, żeby ciskać dorosłymi
mężczyznami jak zabawkami? Myślałem, że sztylet wójta przeciął mi skórę
do kości, ale teraz rana nie robiła wrażenia aż tak poważnej. Na
Wszechmogącego, jak cokolwiek z tego było możliwe? Nie poznałem żadnej
odpowiedzi. - Gabriel znowu wzruszył ramionami. - W końcu jednak sprawa
stanęła na ostrzu noża. Nasza mała niedobrana grupka kładła się pewnego
wieczoru spać na nordlundzkim pustkowiu, w cieniu umierających sosen tuż
przy Ostroszlaku. Podróżowaliśmy od dziewięciu dni.
Młody jeździec, który towarzyszył Szarorękiemu, był nowicjuszem w zakonie i nazywał się Aaron de Coste. Był uczniem, jeśli tak wolisz to
nazwać. Wyglądał jak książę - gęste blond włosy, błękitne oczy i twarz,
na której widok dziewczęta omdlewały. Był starszy ode mnie. Oceniałem go
na jakieś osiemnaście lat. "Coste" to nazwa baronii w zachodnim
Nordlundzie, więc uznałem, że musi być z nimi jakoś spokrewniony, ale
niczego mi na swój temat nie powiedział. Odzywał się tylko wtedy, kiedy
mi rozkazywał. Zwracał się do Szarorękiego "mistrzu", ale mnie nazywał
"wieśniakiem" - spluwał tą obelgą, jakby zostawiała mu posmak gówna w ustach.
Kiedy tylko musieliśmy się zatrzymać na otwartym terenie, Szaroręki
wieszał złapanego trupa na pobliskiej gałęzi drzewa. Nie miałem wtedy
pojęcia, dlaczego go po prostu nie zabije. De Coste rozkazywał mi zebrać
drewno i rozpalał ognisko tak wysokie i gorące, jak tylko zdołał. Jeden
z nich spał, gdy drugi pełnił wartę, często paląc fajkę z dziwnym
proszkiem w kolorze krwi. Widziałem, że kiedy palą, ich oczy zmieniają
odcień: białka mieli wtedy tak przekrwione, że robiły się całkiem
czerwone. Poprosiłem raz de Coste'a, żeby dał mi spróbować, ale ten
tylko prychnął.
- Już niedługo spróbujesz, wieśniaku.
W każdym razie de Coste ostrzył tego wieczoru miecz. To była piękna
broń. Srebro i stal z Mahné, Aniołem Śmierci, na jelcu. Łucznik siedział
na gałęzi nad nami, a jasne oczy błyszczały mu w ciemności. Złapany
przez Szarorękiego trup wisiał w worku od wielu godzin nieruchomy. Kiedy
jednak polana zaczęły trzaskać w ognisku, de Coste'owi omsknęła się ręka
i chłopak rozciął głęboko palec. Nagle stwór na gałęzi zaczął jęczeć i miotać się jak ryba wyrzucona na ląd.
Szaroręki modlił się jak zwykle, plecy miał czerwone od samobiczowania.
Otworzył oczy i warknął:
- Zamknij się, pijawko.
Ale trup zaczął się miotać jeszcze bardziej.
- Ufoooolnij - błagał. - Ufoooolnijmnieee.
Popatrzyłem na krew kapiącą z palca de Coste'a i żołądek mi się
zacisnął, chociaż zapach sprawił, że przeszedł mnie dreszczyk. Szaroręki
zaklął tak siarczyście, jak jeszcze w życiu nie słyszałem, wstał z klęczek i wyciągnął piękny srebrny miecz.
Obszedł ogień, zdjął worek i zaczął okładać stwora tak, jak jeszcze
nigdy w życiu nie widziałem, żeby ktoś kogoś bił. Potwór wrzeszczał, gdy
obrywał głowicą, srebro syczało, dotykając jego zniszczonej skóry.
Szaroręki zamachiwał się raz za razem, krzyki stwora zamieniły się w skomlenie, a on wciąż go bił. Kości pękały, ciało zamieniało się w miazgę, aż stwór, jak Bóg mi świadkiem, zaczął mazać się jak dziecko.
- Przestań! - krzyknąłem.
Szaroręki spojrzał na mnie, w jego oczach płonął ogień. Byłem kurewsko
odważny albo kurewsko głupi, sam zdecyduj, ale nawet jeśli to był
potwór, to moim zdaniem Szaroręki go torturował. Popatrzyłem na bestię
płaczącą na gałęzi i powiedziałem:
- Na miłość boską, dość już oberwał, fr?re.
Gabriel westchnął, opierając łokcie na kolanach.
- Boże Wszechmogący, myślałem, że widziałem u mojego ojca furię, ale nie
widziałem niczego tak przerażającego jak to, co wypłynęło wtedy na twarz
Szarorękiego.
- "Na miłość boską"? - warknął.
Podszedł do mnie i rozpoznałem ten wyraz oczu. Taki sam miał ojciec,
kiedy zamierzał unieść pięści. Próbowałem odepchnąć Szarorękiego, ale,
na Boga, jaki on był silny, gdy pociągnął mnie, żebym wstał i przywalił
mi na odlew w twarz. Rozkrwawił mi usta, czarne gwiazdy eksplodowały mi
pod powiekami. Powlókł mnie w stronę tego stwora na drzewie, trzymając
za kark. I jak ogień ugaszony przez wodę płacz urwał się, a trup znowu
ożył. Szaleństwo zapłonęło w jego oczach. Głód, jakiego nigdy nie
widziałem. Ryknąłem ze strachu, ale Szaroręki przysunął mnie bardziej, a potwór wyciągał ręce do mojej rozkwaszonej wargi.
- Współczujesz temu wynaturzeniu?
- Fr?re, błagam, przestań!
Szaroręki znowu mnie spoliczkował, mocniej, niż kiedykolwiek uderzył
mnie ojciec i wyciągnąłem się jak długi na ziemi. Spojrzałem z zamarzniętego błota na de Coste'a, licząc na pomoc, ale uczeń nawet nie
drgnął. Szaroręki stał nade mną z furią i ogniem w oczach.
- Pozbądź się współczucia z serca, chłopcze. Rozpal w piersi ogień i wypal je aż do korzenia! Nasz wróg nie zna miłości, skruchy ani więzów
braterstwa! Zna tylko głód! - Wskazał na stwora, który nadal żałośnie
domagał się mojej krwi. - Gdyby pozwolić temu plugastwu, to rozerwałoby
cię od łona po podbródek i obżarłoby się jak wieprz przy korycie. A jutrzejszej nocy, a może następnej wstałbyś równie pozbawiony duszy jak
stwór, który cię zabił! Chciałbyś tylko zaspokoić pragnienie serdecznej
krwi głupców, którzy prawią o litości!
Jego krzyki niosły się ponad trzaskiem ognia, grzmotem mojego tętna. Gdy
popatrzyłem na tego żywego trupa, który sięgał do moich zakrwawionych
ust, wypełniła mnie ta sama nienawiść jak w dniu, kiedy moja siostra
wróciła do domu.
- Czym oni są? - usłyszałem własny szept.
Wzrok Szarorękiego płonął jak ognisko.
- Nazywamy ich nieszczęśnikami, Mały Lwie.
- Ale czym oni są?
Spojrzał na mnie i chociaż strasznie chciałem, to nie odwróciłem wzroku.
Powrócił wtedy jego spokój. Żal złagodził okrutne rysy jego twarzy.
Podał mi dłoń, a ja miałem na tyle mało rozumu, żeby się jej złapać.
Poprowadził mnie do ognia, posadził i zapatrzył się w trzaskające
płomienie, podczas gdy de Coste obserwował nas w milczeniu.
- Co wiesz o zimnokrwistych, chłopcze? - zapytał w końcu Szaroręki.
- Żerują na krwi żywych. Nie starzeją się. Nie mają duszy.
- Oui. A jak powstają?
- Ci, których zabijają, stają się tacy jak oni.
Szaroręki popatrzył wtedy na mnie.
- Bogu i Odkupicielowi niech będą dzięki za to, że to nie jest prawda,
chłopcze. Gdyby tak było, bylibyśmy straceni.
Zapadła cisza, którą przerywał tylko trzask ognia. Czułem ciężar w powietrzu. Przypływ adrenaliny. To były pierwsze prawdziwe odpowiedzi,
jakie zaoferował mi Szaroręki po dziewięciu dniach, i teraz, gdy już
zaczął mówić, nie chciałem, żeby przestał.
- Proszę, fr?re, powiedz, czym są?
Przesunął ręką po szpiczastym podbródku i zapatrzył się w płomienie.
Oceniałem go na jakąś trzydziestkę, ale widząc zmarszczki troski wokół
jego oczu i ust, uznałem, że jest starszy. Wciąż się go bałem, bałem się
jego pięści, tak jak bałem się pięści ojca, ale zastanawiałem się, co go
takim uczyniło. Czy kiedyś był takim samym chłopcem jak ja.
- Posłuchaj teraz uważnie. Słuchaj dobrze. Zimnokrwiści rzeczywiście
przekazują swoją klątwę tym, których zabiją. Jednak nie zawsze. Nie mogą
wybrać, na kogo ich przypadłość przejdzie. Wydaje się, że nie ma za
grosz logiki w tym, które z ich ofiar przechodzą przemianę, a które
zwyczajnie pozostają martwe. Bywa, że ofiara wstaje zaledwie kilka
uderzeń serca po śmierci. Częściej jednak mijają dni, a nawet tygodnie.
W tym czasie trup rozkłada się jak każde ciało. Kiedy wstanie, ofiara
zimnokrwistego będzie już zawsze wyglądała tak, jak w chwili
przemienienia, cała i piękna. Albo... - Zerknął na wiszącego potwora. -
Czas mija i jeśli ofiara przechodzi przemianę kilka dni po śmierci,
słońce szybko ją wykańcza. Widzisz, mózg gnije w ciele. A nie mając dość
rozumu, durne zimnokrwiste zwyczajnie zdychają wraz z pierwszym świtem.
Jednakże teraz...
- Bezdzień - szepnąłem.
- Oui. Słońce nie robi im już krzywdy. Dlatego żyją dalej. Wędrują.
Zabijają. I w ciągu tych siedmiu lat, odkąd gwiazda dzienna nas
zawiodła, mnożą się.
- Ile ich jest? - zapytałem, oblizując pękniętą wargę.
- W zachodnim Talhoście za Bożymi Posłańcami? Tysiące.
- Na Siedmioro Męczenników...
- Jest gorzej, niż myślisz, Mały Lwie. Najstarsze i najbardziej
niebezpieczne potwory, te piękne, które nazywają siebie
szlachetnokrwistymi? Kiedyś żyły w tajemnicy. Jednak cztery miesiące
temu szlachetnokrwisty pan poprowadził armię nieszczęśników na mury
Vellene. Przemaszerował ulicami jak anioł śmierci, blady, posępny,
niewrażliwy na wszelkie ostrza. Zabił samego kuzyna Jego Cesarskiej
Mości i zajął twierdzę. I nawet teraz wdziera się głębiej na terytorium
Talhostu i z każdą masakrą, jakiej dopuszcza się jego mroczny pomiot,
kolejni Umarli dołączają do jego szeregów. Kilku powróciło jako
szlachetnokrwiści, wiecznie młodzi i nieśmiertelni. Większość zaś stała
się nieszczęśnikami, ohydnymi i zgniłymi. Jednakże wszyscy zabici
podlegają jego woli. Wieść niesie, że jest najstarszym zimnokrwistym,
jaki stąpa po ziemi. Nazwa się Fabién Voss. Ogłosił się Wiecznotrwałym
Królem.
Żołądek mi się zacisnął na samą myśl. Próbowałem wyobrazić sobie legiony
zimnokrwistych oblegających ludzkie miasta. Wielowiekowe stworzenia z krwi i kości chodzące za dnia.
- A jak...
Pokręciłem głową, w gardle mi zaschło. Przypomniałem sobie słodycz krwi
Ilsy spływającą mi po języku. Rozkosz, kiedy zębami przeciąłem gładką
skórę jej uda. Moje kły nie były już tak ostre jak wcześniej, ale wciąż
je czułem, podobnie jak łaknienie kryjące się pod powierzchnią.
Zastanawiałem się, czy wynurzy się znowu. Kiedy się wynurzy.
- A jak ja mam się do tego wszystkiego?
Szaroręki spojrzał na mnie z ukosa. Polano trzasnęło w ogniu, fontanna
iskier sypnęła w ciemność.
- Co wiesz o swoim ojcu, Mały Lwie?
- Był żołnierzem. Zwiadowcą w armii Phili...
- Nie pytam o człowieka, który cię wychował, ale o twojego ojca.
I wtedy zrozumiałem. Olśnienie zwaliło się na mnie jak lawina.
Wiedziałem, dlaczego pięści ojca spadały tylko na mnie, nigdy na moje
siostry. Co ojciec miał na myśli, kiedy powiedział, że wychowywał grzech
pod swoim dachem. Usta miałem odrętwiałe i spuchnięte. Słowa były za
wielkie, żeby je wypowiedzieć.
- Mój ojciec...
- Był wampirem.
To Aaron de Coste się odezwał, patrząc na mnie ponad płomieniami.
- Nie - szepnąłem. - Nie... Moja mama nigdy by...
- Miała nadzieję, że nie jesteś jego. Oboje ją mieli. - Szaroręki
poklepał mnie po kolanie i coś w rodzaju litości złagodziło jego
spojrzenie. - Nie obwiniaj jej, Mały Lwie. Dla oczu, które nie widzą
naprawdę, szlachetnokrwiści są piękni. Potężni. Ich umysły potrafią
nagiąć nawet najsilniejszą wolę, a ich usta ociekają najsłodszym miodem.
Pomyślałem o Ilsie, bezradnej z powodu namiętności, gdy wypiłem ją
prawie na śmierć. Popatrzyłem na trupa zwieszającego się z gałęzi
drzewa, a potem na swoje ręce z bezbrzeżnym obrzydzeniem.
- Jestem... taki jak oni?
- Nie, wieśniaku - odezwał się de Coste. - Jesteś tacy jak my.
- Jesteś mieszańcem, chłopcze - wyjaśnił fr?re. - Nazywamy takich
bladokrwistymi.
Popatrzyłem po nich obu, zauważyłem, że mają tak samo widmowo bladą
skórę jak ja.
- Zmiana pojawia się w nas, gdy wkraczamy w wiek męski - powiedział
Szaroręki. - I z czasem jest coraz gorzej. Dziedziczymy część przymiotów
swoich ojców. Siłę, szybkość, inne łaski, zależnie od tego, do którego
rodu należeli. Niestety dziedziczymy także ich łaknienie. Żądzę krwi,
która doprowadza ich do mordu, a nas do szaleństwa. Jesteśmy owocem
grzechu, chłopcze. Nie miej złudzeń, jesteśmy przeklęci przez Boga. A jedyny sposób, w jaki możemy odzyskać jego wieczną łaskę i zdobyć
miejsce w niebie dla naszych potępionych dusz, to walczyć i umrzeć za
jego Święty Kościół.
- To ten... Srebrny Zakon, o którym mówiłeś?
- Ordo Argent. - Szaroręki skinął głową. - Jesteśmy srebrnym ogniem
płonącym między ludzkością a ciemnością. Tropimy i zabijamy potwory,
które inaczej pożarłyby świat ludzi. Faerie i Upadłych. Tancerzy
zmierzchu i czarnoksiężników. Wskrzeszeńców i nieszczęśników. I owszem,
szlachetnokrwistych także. Kiedyś wampiry żyły w cieniu. Teraz jednak
szlachetnokrwiści nie boją się słońca. A armia Wiecznotrwałego Króla
rośnie każdej nocy. Dlatego my, synowie ich grzechu, musimy płacić słoną
cenę. Przeciwstawimy im się albo wszystko upadnie.
- Czyli... mamy walczyć z tym Wiecznotrwałym Królem i jego armią?
- Z armiami walczą armie, ale cesarzowa Isabella przekonała cesarza
Alexandre'a, że oprócz młota potrzebuje też brzytwy. Ordo Argent jest
tą brzytwą. Jesteśmy bractwem o uświęconej tradycji, ale nigdy dotąd nie
działaliśmy pod cesarskim patronatem. Generałowie cesarza będą powoływać
ludzi pod broń i dowodzić oblężeniami. My zaś uderzymy w głowę węża.
Będziemy zabijać pasterzy i patrzeć, jak ich owce się rozbiegają.
- Zabójcy - mruknąłem.
- Nie, chłopcze. Myśliwi. Myśliwi z bożego upoważnienia. Polujący na
najbardziej niebezpieczną zwierzynę. - Szaroręki spojrzał na ogień i jego oczy znowu zapłonęły. - Jesteśmy nadzieją dla tych, którzy ją
stracili. Ogniem pośród nocy. Będziemy kroczyć w ciemności jak oni, a wrogowie poznają nasze imiona i będą rozpaczać. Dopóki płoną, będziemy
ogniem. Dopóki krwawią, będziemy ostrzem. Dopóki są grzechem, będziemy
świętymi.
Szaroręki i de Coste ostatnią kwestię wypowiedzieli razem, jednym
głosem:
- I jesteśmy srebrem.
Fr?re Szaroręki spojrzał w moje zdumione oczy. Jego wzrok był jak
pięść zaciskająca się na moim sercu. Wstał i wrócił do modlitw. Milczał,
jakby nie odezwał się wcześniej ani słowem.
A przecież przemówił. Jego słowa wypełniły mi umysł. Bałem się jak nigdy
dotąd. Przeraziła mnie prawda o moim pochodzeniu. Właśnie się
dowiedziałem, że całe moje zafajdane życie było jednym wielkim
kłamstwem. Mój ojciec nie był moim ojcem. Zamiast tego byłem dzieckiem
potwornego grzechu, który teraz rósł we mnie jak rak. A chociaż Aaron i Szaroręki byli synami tej samej ciemności, to stanęli dumnie w obronie
cesarza, Kościoła i samego Wszechmogącego.
Bracia ze Srebrnego Zakonu San Michon.
Matka zawsze mówiła o lwie w mojej krwi, ale po raz pierwszy w życiu
poczułem, że ten lew się we mnie budzi. Moja siostra zginęła z rąk
zimnokrwistych. I chociaż nie mogłem jej wtedy uratować, to mogłem ją
pomścić i może odkupić przy okazji własną potępioną duszę. Wprawdzie
narodziłem się z najmroczniejszego grzechu, ale ta droga wyglądała na
zbawienie. Patrząc w płomienie, przysiągłem, że jeśli dołączę do tych
mężczyzn, to zostanę najlepszym z nich. Najzacieklejszym.
Najwierniejszym. Nie osłabnę, nie zawiodę, nie spocznę, dopóki wszystkie
te potwory co do jednego nie zostaną odesłane z powrotem z krzykiem do
piekła, które je zrodziło, by tam pozdrowić ode mnie moją siostrę. -
Gabriel westchnął i pokręcił głową. - Nie miałem, kurwa, pojęcia, w co
się pakuję.
VI
Opactwo w niebie
- Dotarliśmy do spowitego w śnieżno-szarej mgle San Michon w ostatnie
findi miesiąca. Fr?re Szaroręki prowadził. Aaron de Coste jechał
drugi, a ja siedziałem za nim w siodle. Kiedy wjechałem w cień opactwa,
nie wiedziałem, co właściwie powinienem czuć. Strach z powodu grzechu we
mnie. Smutek z powodu wszystkiego, co zostawiłem za sobą w Lorson.
Jednakże, prawdę mówiąc, przede wszystkim patrzyłem na wznoszące się
nade mną urwiska z nabożnym podziwem. Zwyczajnie opadła mi szczęka.
San Michon wyglądało jak zrodzone z baśni. Wybudowane w dolinie rzeki
M?re opactwo posadowiono między graniami z czarnej skały. Siedem
potężnych filarów z pokrytego porostami kamienia wznosiło się jak
włócznie z dna doliny, jakby zostawiły je tam olbrzymy z Epoki Legend.
Rzeka płynęła między tymi granitowymi kolumnami, które wyrzeźbiła jak
ciemnoszafirowy wąż. Na tych potężnych cokołach czekało na mnie opactwo
San Michon.
Szaroręki skinął głową, na co Aaron zdjął oprawny w srebro róg i zagrał
przeciągłą nutę. Odpowiedziały mu dzwony z góry i moje trzewia zacisnęły
się, kiedy po porośniętym grzybami łupku ruszyliśmy w stronę centralnego
filaru. U jego podnóża znajdowało się wydrążone wejście osłonięte
żelazną kratą, której pręty tworzyły siedmiogwiazdę. Poczułem bijącą ze
środka woń koni i zdałem sobie sprawę, że srebroświęci wybudowali w środku stajnię.
Obok bramy spuszczono szeroką drewnianą platformę na ciężkich żelaznych
łańcuchach. Oddawszy konie dwóm młodym stajennym, mistrz Szaroręki
przerzucił sobie pojmanego nieszczęśnika przez ramię i wszedł z Aaronem
na platformę. Wszedłem za nimi. Platforma zachybotała się złowieszczo,
kiedy wznieśliśmy się na sto, a potem dwieście stóp nad dno doliny. Z tak wysoka widziałem szczyty Bożych Posłańców na północnym zachodzie,
potężny grzbiet z ośnieżonego granitu, który oddzielał Nordlund od
Talhostu.
Łucznik krążył nad nami, gdy się wznosiliśmy, a ja trzymałem się poręczy
tak mocno, że zbielały mi dłonie. Nigdy nie wspiąłem się równie wysoko.
Zamiast patrzeć w dół, zwróciłem oczy w górę, ku miejscu, o którym
myślałem, że może istnieć tylko w bajkach dla dzieci. Ku opactwu w niebie.
- Masz lęk wysokości, wieśniaku? - zaszydził Aaron.
Zerknąłem na blondyna, jeszcze mocniej zaciskając palce.
- Daruj sobie, de Coste.
- Czepiasz się tej poręczy jak cycka matki.
- Tak naprawdę to wyobrażam sobie cycki twojej matki. Chociaż podobno ty
wolisz cycki swojej siostry?
Szaroręki warknął na nas obu, żebyśmy ucichli. De Coste trzymał język za
zębami, piorunując mnie wzrokiem przez resztę jazdy. Ja jednak nie byłem
w stanie się tym przejąć, nie tak naprawdę. Po trzech tygodniach
traktowania mnie jak coś, co Aaron znalazł rozsmarowane na swoim bucie,
towarzystwo tego szlachetnie urodzonego kutasa było mi równie miłe jak
wszy łonowe.
Nasza platforma zatrzymała się ze skrzypieniem. Na lewo od nas
szczerzący szeroko zęby jegomość ubrany w czarne skóry obsługiwał
wciągarkę. Miał długie, przetłuszczone włosy; zauważyłem brak srebra na
jego rękach.
- Jasnego świtu, stróżu Loganie. - Szaroręki skinął do niego głową.
Chudzielec ukłonił się i odpowiedział z silnym osswayskim akcentem:
- Bożego dnia, dobry fr?re.
Zerknąłem w dół i uznałem, że wznieśliśmy się prawie pięćset stóp nad
dolinę rzeki. Mistrz Szaroręki tylko piorunował mnie wzrokiem, aż z trudem oderwałem palce od poręczy.
- Nie bój się, Mały Lwie.
- Nie boję się, póki nie patrzę w dół - odpowiedziałem, siląc się na
uśmiech.
- Zamiast tego patrz przed siebie.
Odgarnąłem z oczu rozwiane wiatrem włosy i westchnąłem.
- Co za widok...
Przed nami wznosiła się katedra - pierwsza, jaką w życiu widziałem.
Nasza malutka kapliczka w Lorson wydawała się pałacem dla moich młodych
oczu, ale to... to był prawdziwy dom Boga. Ogromna kolista pięść z czarnego granitu z iglicami, które wykrwawiały niebo. Na dziedzińcu
stała fontanna z jasnego kamienia ozdobiona kręgiem aniołów. Chiara,
ślepy Anioł Miłosierdzia. Raphael, Anioł Mądrości. Sanael, Anioł Krwi i jego brat bliźniak, mój imiennik, Gabriel, Anioł Ognia. Kamieniarka
katedry rozpadała się, niektóre okna zabito deskami, ale mimo to nigdy
nie widziałem niczego równie wspaniałego. Robotnicy obleźli ją jak
kleszcze obaloną kłodę, gargulce na okapach szczerzyły paszcze w uśmiechach. Ogromne dwuskrzydłowe drzwi wstawiono we wschodnią i zachodnią fasadę, nad drzwiami jutrzenki znajdował się wspaniały witraż.
Miał kształt siedmiogwiazdy, której każde ramię ukazywało historię
jednego z Siedmiorga Męczenników: San Antoine, przed którym rozstępuje
się Wiecznomorze, San Cleyland strzegący bram do piekła, San Guillaume
palący niewiernych na stosach i oczywiście San Michon o włosach jak len
i zaciekłych oczach, ze srebrnym kielichem w rękach, wpatrująca się
prosto w moją duszę.
Na szczycie wschodnich schodów czekał na nas mężczyzna w szynelu
srebroświętego. Był z pochodzenia S?dhaemczykiem, miał skórę ciemną jak
wypolerowany mahoń, a bladozielone oczy obwiedzione czernidłem. Był
starszy od Szarorękiego, czarne włosy nosił zaplecione w długie, wijące
się warkocze. Straszliwa pozioma blizna wcinała mu się głęboko w oba
policzki, wykrzywiając usta w permanentnym, pozbawionym wesołości
uśmieszku. Na dłoniach miał piękne srebrne tatuaże. Był barczysty jak
mój ojciec, ale promieniował powagą, jakiej mój ojciec i jego pięści
nigdy nie miały.
Oto, pomyślałem sobie, prawdziwy przywódca.
Szaroręki ukłonił się przed nim tak samo jak de Coste.
- Witajcie w domu, bracia. Brakowało nam was podczas mszy. - Potężny
mężczyzna zwrócił się do mnie, a jego głos był głęboki jak pieśń
wiolonczeli: - I witam ciebie, młody bladokrwisty. Nazywam się Khalid,
jestem opatem Ordo Argent. Wiem, że przebyłeś długą drogę, żeby tu
dotrzeć. To nowe życie może nie być tym, co sobie wyobrażałeś dla
siebie, teraz jednak to właśnie jest twoje życie. Nosisz
błogosławieństwo i przekleństwo zarazem, zostałeś powołany przez Boga
Wszechmogącego do świętego zadania. Nie możesz się wzdragać. Nie możesz
upaść, bowiem wtedy ulegną także wszyscy ci, których znamy i kochamy.
Pokłoniłem się przed nim. Nie wiedziałem, co mogę innego zrobić.
- Opacie - powiedziałem.
- Dopóki nie złożysz przysięgi jako pełnokrwisty fr?re Zakonu,
będziesz słuchać wskazówek swojego mistrza. Nowicjuszom nie wolno
opuszczać koszar po wieczornych dzwonach i nie wolno im chodzić do
działu zakazanego Wielkiej Biblioteki. Dzisiaj wieczorem odbędą się
nieszpory i po raz pierwszy zakosztujesz srebra. Od jutra zacznie się
twoje szkolenie. - Khalid zerknął na Szarorękiego. - Mogę prosić na
słówko, fr?re?
- Na Krew, opacie. De Coste, pokaż Małemu Lwu opactwo.
- Na Krew, mistrzu. - Aaron zerknął na mnie i warknął: - Za mną.
Zostawiliśmy Szarorękiego i Khalida, żeby porozmawiali. De Coste
poprowadził mnie jednym z szerokich, kamiennych chodników. Zdałem sobie
sprawę, że wszystkie siedem filarów musiało się kiedyś w naturalny
sposób łączyć, ale ręce czasu zniszczyły większość tych mostów, więc
zastąpiono je długimi przęsłami ze sznurów i drewna. Zamiast zerkać w przyprawiającą o zawrót głowy przepaść, patrzyłem na horyzont, na piękne
starodawne budynki, które nas otaczały, i na mężczyzn na murach.
- Do czego są te wszystkie żurawie? I robotnicy?
- Masz zwracać się do mnie "nowicjuszu", wieśniaku - odpowiedział de
Coste, nawet na mnie nie patrząc. - Pod nieobecność fr?re Szarorękiego
jestem najwyższy rangą w tym towarzystwie.
Zagryzłem język. Naprawdę miałem serdecznie wyżej uszu gadaniny Aarona,
ale rzeczywiście przewyższał mnie rangą.
- A odpowiadając na twoje pytanie: Srebrny Zakon dopiero niedawno
znalazł się pod patronatem cesarza Alexandre'a. Opactwo stało tu od
wieków i przez długie lata pozwalano budynkom niszczeć. Nie zawsze
cieszyliśmy się takimi łaskami jak teraz.
Przeżuwałem tę informację przez chwilę, patrząc oczami wieśniaka na
otaczające nas budynki. Wzniesiono je z ciemnego kamienia, były ponure i dostojne, wieńczyły niebosiężne słupy nad doliną M?re niczym korony
starożytnych królów. Nie byłem pewny, co spodziewałem się znaleźć w tym
świętym zakonie pogromców potworów, ale nawet podupadające i walące się
San Michon było najcudowniejszym miejscem, w jakim znalazłem się w swoim
życiu.
Aaron wskazał budynek za nami.
- Katedra to serce San Michon. Bracia spotykają się na mszy dwa razy
dziennie, o zmierzchu i o świcie. Jeśli przegapisz mszę, to wkrótce
potem odkryjesz, że straciłeś też jądra. - Machnął ręką na północny
zachód, gdzie stał budynek we względnie przyzwoitym stanie. Miał mnóstwo
okien. - To koszary, tam śpimy. Na parterze jest refektarz, podobnie jak
wygódki i łaźnia. Srebroświęci większość życia spędzają na polowaniu,
więc radzę korzystać z łaźni, póki masz okazję. Chociaż wątpię, żeby tak
nisko urodzony robak jak ty rozpoznał kawałek mydła, nawet gdybyś
oberwał nim w zęby.
Przewróciłem oczami, a de Coste wskazał budowlę znajdującą się na
południowym krańcu opactwa - okrągłą, z czerwonymi jak krew sztandarami
wyhaftowanymi w siedmiogwiazdę łopoczącymi na ścianach.
- Puklerz. Podczas pobytu w San Michon większość czasu będziesz spędzał
właśnie tam na treningu. W gwieździe będziesz uczył się szermierki.
Walki wręcz. Strzelania. Puklerz to kuźnia, gdzie wykuwa się
srebroświętych.
Zacisnąłem wtedy zęby i myśląc o siostrze, skinąłem głową.
- Jestem gotowy.
Aaron prychnął.
- Jeśli wytrzymasz tam więcej niż dwa tygodnie, osobiście wyślę list do
Najwyższego Pontyfika, ogłaszając, że to cud. - Skinął głową na kolejny
budynek, okrągły i pozbawiony dachu. - Na północy stoi spichlerz.
Królestwo dobrego fr?re Albera. Tam trzymamy zapasy jedzenia, mamy
kurniki i szklarnię, gdzie hodujemy zioła. Na północnym wschodzie
znajduje się klasztor, gdzie śpią siostry.
- Siostry?
Aaron westchnął, jakbym jakimś cudem miał już o tym wiedzieć.
- Srebrne Zgromadzenie San Michon. Zanim nasz zakon zdobył patronat
dobrej cesarzowej Isabelli, to dzięki nim całe nasze opactwo utrzymywało
się przy życiu.
Zobaczyłem drobne postaci w długich, czarnych habitach wychodzące z wielkiego, gotyckiego budynku. Ich szaty powiewały na wietrze, koronkowe
welony uderzały w twarze.
- Są bladokrwiste jak my?
- Nie ma bladokrwistych kobiet. Wszechmogący uznał za stosowne
oszczędzić tego przekleństwa swoim córkom. Siostry to pobożne kobiety
oddane Jednej Wierze, oblubienice Wszechmogącego.
- Nie spodziewałem się zakonnic w zakonie wojowników.
- Hmm. - De Coste rzucił mi spojrzenie z ukosa. - A spędziłeś dużo czasu
pośród wojowników-mnichów, Mały Kocie?
Zamrugałem wtedy zaskoczony.
- Ehm...
- Wielka Biblioteka. - De Coste skinął głową na szósty filar i stojący
na nim piękny gmach z witrażowymi oknami i wysokimi szczytami. - Jeden z najwspanialszych zbiorów tradycji i wiedzy w całym cesarstwie. Znajduje
się tam też dział zakazany i jeśli archiwista Adamo przyłapie cię na
choćby patrzeniu w jego kierunku, obedrze cię ze skóry i wykorzysta ją
do obłożenia ksiąg. Normalnie poleciłbym ci przejrzenie zawartości
ogólnodostępnych regałów, ale wątpię, czy potrafisz czytać.
- Potrafię, spokojna głowa - żachnąłem się. - Matka mnie nauczyła.
- W takim razie przyślę ci list, kiedy zacznie mnie to interesować. -
Aaron ponownie wskazał bibliotekę. - Zbiory znajdują się na parterze, a Srebrne Siostry pracują na piętrze w introligatorni. Razem z Braćmi
Paleniska tworzą najpiękniejsze woluminy w całym cesarstwie. - Uniósł
rękę, żeby przerwać mi, zanim zdążyłem zadać pytanie. - W Ordo Argent
są dwie kasty. Bracia Polowania to bladokrwiści tacy jak ja i Szaroręki,
mężczyźni, którzy brudzą sobie ręce, polując na grasujące w ciemności
wynaturzenia. Bracia Paleniska to prości pobożni ludzie, którzy dbają o bibliotekę, wykuwają nam broń i... inne narzędzia. A skoro o tym mowa...
De Coste wskazał rozległy budynek przed nami, który miał niewiele okien,
za to dużo kominów. Ze wszystkich buchał czarny dym, z wyjątkiem
jednego, z którego ciągnęła się cieniutka smużka czerwonych oparów.
- Zbrojownia. - Wyprostował się i wygładził gęste blond włosy. - Chodź
za mną. Będziesz chciał to zobaczyć.
- Czekaj, a to co jest?
Wskazałem kamienne przęsło wychodzące z filaru katedry. Wyglądało jak
fragment mostu, ale donikąd nie prowadziło i kończyło się balkonem bez
poręczy, z którego jedyna droga prowadziła prosto w dół, do rzeki M?re.
Na krawędzi umocowano wielkie koło rydwanu zamknięte w kamiennej
oprawie: na takim samym kole obdarto ze skóry Odkupiciela i takie samo
teraz zdobiło szyję każdego kapłana i siostry zakonnej w całym
cesarstwie.
- To jest Most Do Nieba - odparł Aaron.
- Do czego służy?
Młody paniczyk zacisnął zęby.
- Niedługo się dowiesz.
Odwrócił się na srebrnych obcasach i pomaszerował do zbrojowni. Pchnął
wielkie dwuskrzydłowe drzwi z wykutym wzorem siedmiogwiazdy i wprowadził
mnie do rozległego holu wejściowego. A tam aż sapnąłem ze zdumienia.
Cała przestrzeń była oświetlona miriadami kul podwieszonych pod sufitem.
Nie wiem jakim cudem, ale każda jarzyła się jak płonąca świeca. Jakby
dawno zaginione gwiazdy z mojego dzieciństwa powróciły na niebo,
zalewając salę miodowym światłem. Rozejrzałem się i zobaczyłem ciepły
blask kładący się na zatrzęsieniu broni ustawionej na długich stojakach
pod ścianami.
Widziałem takie same miecze jak te, które nosili Szaroręki i de Coste,
stal inkrustowaną srebrną siateczką żyłek. Miecze jednoręczne,
półtoraki, topory, młoty bojowe. Widziałem tam także dziwniejszą broń, o jakiej słyszałem tylko szepty. Pistolety z zamkiem kołowym i karabiny,
rewolwery wiązkowe wykonane z pięknego metalu i grawerowane pismem
świętym.
JAM JEST MIECZ, KTÓRY POWALA GRZESZNIKÓW.
JAM JEST RĘKA, KTÓRA PODŹWIGA WIERNYCH.
JAM JEST WAGA, KTÓRA WAŻY JEDNYCH I DRUGICH U KRESU.
OTO SŁOWO PAŃSKIE.
Już i bez tego zakochałem się w opactwie, ale teraz całkiem straciłem
głowę. Nie zapominaj, że wychowałem się jako syn kowala i żołnierza
zarazem. Rzetelnie trenowałem walkę ostrzem i znałem też sztukę
wytwarzania tak pięknej broni. Kowale, którzy pracowali w tej zbrojowni,
byli geniuszami...
- Poczekaj tutaj - rozkazał mi de Coste. - I niczego nie dotykaj.
Wyszedł innymi drzwiami, a ja usłyszałem za nimi znajomą muzykę młotów i kowadeł. Widziałem postaci w skórzanych fartuchach, muskularne ręce
lśniące w świetle ognia w paleniskach. Na ten widok ogarnęła mnie
tęsknota za domem. Tęskniłem za Celene. Oui, za matką także, a nawet
za ojcem. Chyba powinienem przestać go tak nazywać w myślach, ale, na
Siedmioro Męczenników, łatwiej powiedzieć niż zrobić. Przez całe życie
myślałem, że Raphael Castia to mój ojciec. Nigdy nie przyszło mi na
myśl, że jestem synem prawdziwego potwora.
Kiedy ciężkie drzwi zatrzasnęły się za Aaronem, podszedłem do mieczy,
podziwiając ich urodę. Każdą głowicę zdobiła siedmiogwiazda, jelec
stanowił jakąś wariację Odkupiciela na kole albo aniołów w locie. Za to
srebrne wzory na klingach przypominały słoje szlachetnego drewna, każdy
subtelnie różny od sąsiedniego. Wyciągnąłem rękę do najbliższego miecza
i przesunąłem grzbietem dłoni wzdłuż ostrza. W nagrodę poczułem lekkie
pieczenie i zobaczyłem cieniutką czerwoną linię na skórze.
Ostry jak brzytwa, pomyślałem.
- Masz doskonały gust - rozległ się za mną niski głos.
Odwróciłem się zaskoczony i zobaczyłem młodego S?dhaemczyka, który mi
się przyglądał. Wszedł do holu drugimi drzwiami i był gibki jak kot, a cichy jak myszka. Miał nieco ponad dwadzieścia lat i hebanową skórę
typową dla swoich rodaków. Nie dostrzegłem żadnych tatuaży na skórze,
ale przypalone włosy na przedramionach i skórzany fartuch podpowiedziały
mi, że to kowal w każdym calu. Był wysoki, powalająco przystojny i nosił
włosy splecione w krótkie warkoczyki. Przeszedł przez salę i wyjął miecz
z mojej ręki.
- Kto ci powiedział, żeby sprawdzać ostrze w taki sposób? - zapytał,
spoglądając na rozcięcie na mojej dłoni.
- Siła szermierza kryje się w jego ręce, ale finezja kryje się w palcach. Nie można ich narażać, sprawdzając ostrze. Tata tak mi
powiedział. - Zaraz ugryzłem się w język i zacisnąłem zęby. - To
znaczy... mężczyzna, którego brałem za ojca...
Kowal skinął głową, patrząc na mnie ze zrozumieniem.
- Jak się nazywasz, chłopcze?
- Gabriel de León, mój panie.
Młody mężczyzna zaśmiał się wtedy i był to głęboki, dźwięczny odgłos,
który poczułem aż w piersi.
- Żaden ze mnie pan. Chociaż jestem oddanym sługą Pana. Baptiste
Sa-Ismael, Brat Paleniska i czarnoręki Srebrnego Zakonu. Do usług.
- Czarnoręki?
Baptiste się uśmiechnął.
- Tak mawia mistrz kuźni, Argyle. Mówi się, że człowiek, który lubi
majsterkować, to złota rączka. Zatem my, którzy kochamy kowadło, ogień i stal...? - Wzruszył ramionami. Przeciął powietrze mieczem i uśmiechnął
się do niego czule. - Masz dobre oko. To jeden z moich ulubionych.
- Sam je wykułeś?
- Niektóre. Moi bracia wykuli pozostałe. Każde ostrze w tej sali zostało
stworzone dla rekrutów takich jak ty. W każdej klindze jest okruch serca
jego twórcy. Wykuta, zahartowana i ucałowana na pożegnanie srebrostal
czeka tu na rękę swojego pana.
- Srebrostal - powtórzyłem, rozkoszując się brzmieniem tego słowa na
ustach. - Jak się ją wykuwa?
Baptiste uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Wszyscy mamy sekrety w tych murach, Gabrielu de León. A ten należy do
Braci Paleniska.
- Ja nie mam żadnych sekretów.
- Zatem za mało się starasz. - Baptiste się zaśmiał.
W pierwszej chwili podejrzewałem, że kpi sobie ze mnie, ale w jego
oczach płonęła serdeczność, która natychmiast zdobyła moją sympatię.
Skrzyżował ręce i obrzucił mnie spojrzeniem od stóp do głów.
- De León, powiadasz? Przedziwne...
Odwrócił się do broni za nami i przeszedł wzdłuż stojaka. Niemal z nabożeństwem zdjął ze ściany miecz. Wrócił i złożył go w moich dłoniach.
- Wykułem to cacko raptem w zeszłym miesiącu. Nie wiedziałem dla kogo.
Aż do tej chwili.
Popatrzyłem z niedowierzaniem.
- Naprawdę... ?
W moich drżących dłoniach leżał najpiękniejszy miecz, jaki kiedykolwiek
widziałem. Eloise, Anioł Zemsty, został wykuty na rękojeści; jej
skrzydła spływały jak srebrne wstęgi. Jasne zawijasy srebra burzyły się
wzdłuż ciemniejszej stali ostrza. Widziałem piękne litery słów z Testamentów wykute wzdłuż klingi:
POZNAJCIE ME IMIĘ, GRZESZNICY, BOWIEM
PRZYSZEDŁEM POMIĘDZY WAS JAKO LEW
POMIĘDZY JAGNIĘTA.
Spojrzałem w ciemne oczy Baptiste'a i zobaczyłem, że się uśmiecha.
- Może mi się śniłeś, Gabrielu de León. Myślę, że może twoje nadejście
było zrządzone.
- Mój Boże - powiedziałem, nie posiadając się ze zdumienia. - Czy... ma
imię?
- Miecze to tylko narzędzia. Nawet te wykute ze srebrostali. Wojownik,
który nadaje imię swojej broni, w rzeczywistości marzy o tym, żeby to
jego imię było w przyszłości sławne. - Baptiste rozejrzał się, jego oczy
zabłysły, gdy pochylił się i szepnął: - Ja swój młot nazwałem Promieniem
Słońca.
Pokręciłem głową, nie bardzo wiedząc, co powiedzieć. Żaden syn kowala
nie mógł nawet marzyć o posiadaniu broni tak pięknej roboty jak ta.
- Nie... nie wiem, jak ci dziękować.
Baptiste spoważniał. Zapatrzył się w dal.
- Zabij nim jakiegoś potwora - odpowiedział.
- Tu jesteś...
Odwróciłem się i zobaczyłem Aarona de Coste przy drzwiach. Ponury
nastrój, który ogarnął Baptiste'a, zniknął, jakby nigdy się nie pojawił.
Kowal przeszedł przez salę z otwartymi ramionami.
- Wciąż żyjesz, łajdaku!
Aaron uśmiechnął się szeroko i serdecznie objął starszego chłopaka. To
był pierwszy szczery uśmiech, jaki widziałem na jego twarzy.
- Dobrze cię widzieć, bracie.
- No pewnie, że tak! W końcu ja to ja! - Baptiste wypuścił Aarona z objęć, marszcząc nos. - Słodka Matko-Dziewico, cuchniesz koniem. Zdaje
mi się, że czas na kąpiel.
- Taki mam zamiar. Kiedy tylko zakwateruję tego brudnego wieśniaka. Ty.
- Aaron warknął. - Mały Kocie. Bierz, kurna, swoje rzeczy.
Przyniósł czarne skórzane spodnie, gruby szynel, solidne buty ze
srebrnymi obcasami, takie same jak jego własne. Bezceremonialnie rzucił
to wszystko na podłogę. Mnie jednak nie interesowały nowe buty czy
spodnie. Zamiast tego uniosłem nowy wspaniały miecz, sprawdzając jego
wyważenie.
Srebrostal jarzyła się w przyćmionym świetle. Miałem wrażenie, że anioł
na jelcu uśmiecha się do mnie. Niepewność, jaką czułem, wchodząc do
opactwa, rozpłynęła się nieco, a myśl o domu odrobinę mniej bolała.
Wiedziałem, że muszę się wiele nauczyć. Wiedziałem, że w takim miejscu
jak to muszę najpierw nauczyć się chodzić, zanim pobiegnę. Jednakże
prawda była taka, że mimo grzechu, z którego się narodziłem, mimo
potwora, który we mnie żył, nadal czułem przy sobie Boga. Miecz tego
dowodził. Jakby kowale San Michon wiedzieli o moim nadejściu. Jakby było
pisane mi tam trafić. Spojrzałem na piękny napis na moim nowym mieczu i bezgłośnie powtórzyłem słowa: przyszedłem pomiędzy was jako lew pomiędzy
jagnięta.
- Lwi Pazur - szepnąłem.
- Lwi Pazur - powtórzył Baptiste, gładząc się po podbródku. - To mi się
podoba.
Wręczył mi pas, pochwę i ostry sztylet ze srebrostali, z Aniołem Zemsty,
który rozkładał swoje piękne skrzydła na jelcu - do kompletu z ofiarowanym mi mieczem. Patrząc na trzymany w ręce miecz, przysiągłem,
że okażę się go godny. Że naprawdę zabiję nim jakiegoś potwora, że nie
będę po prostu chodził. Nie będę tylko biegał.
O nie. W tym miejscu będę, kurwa, latał.
VII
Jak złamane serce
Było późne popołudnie tego pierwszego dnia, kiedy ją poznałem.
Zmyłem brud podróży w łaźni, przebrałem się w nowe rzeczy: czarne
skórzane spodnie i koszulę, wysokie do kolan ciężkie buty ze srebrnymi
obcasami. Podeszwy miały wypukły wzór siedmiogwiazdy i zdałem sobie
sprawę, że będę zostawiał ślad Męczenników wszędzie, gdzie pójdę.
Zrzucając stare ubrania, w pewnym sensie porzuciłem też to, kim byłem.
Nie miałem jeszcze pojęcia, kim się stanę. Kiedy jednak wróciłem do
koszar, zastałem czekającego tam opata Khalida. Uśmiech w jego oczach
odpowiadał widmu uśmiechu, jakie nawiedzało jego pobliźnioną twarz.
- Chodź ze mną, Mały Lwie. Mam dla ciebie prezent.
Poszedłem za opatem do wartowni, zdumiewając się rozmiarami tego
mężczyzny. Był jak chodząca góra, a długie warkocze opadały mu na plecy
jak nieokiełznane węże. Platforma kołysała się na chłodnym wietrze.
Kiedy zjeżdżaliśmy, zerkałem na niego z ukosa, powracając wzrokiem na
poziome blizny rozcinające mu policzki.
- Zastanawiasz się, jak się ich dorobiłem - powiedział, nie odrywając
oczu od doliny w dole.
- Wybacz, opacie - odparłem, spuszczając wzrok. - Ale fr?re
Szaroręki... powiedział, że nasze ciało, bladokrwistych, inaczej się goi
niż ciała zwykłych ludzi. Tej nocy, kiedy zabrał mnie z mojej wioski,
zostałem tak głęboko raniony w plecy, że ostrze dotknęło kości. A teraz
prawie nie mam śladu.
- Rany będą się na tobie goić jeszcze szybciej, w miarę jak będziesz
dorastał, a twoja krew zgęstnieje. Mamy jednak te same słabości, co nasi
przeklęci ojcowie: na przykład srebro głęboko nas rani, a ogień zostawia
ślady. Zastanawiasz się, co naznaczyło mnie takimi bliznami?
Skinąłem głową, napotykając spojrzenie jego zielonych, uczernionych
oczu.
- Ciemność jest pełna okropności, de León. I chociaż w ostatnich czasach
najbardziej nas niepokoją zimnokrwiści, to bracia Srebrnego Zakonu
zawsze polowali na wszelkie zło i sami przez to stawali się zwierzyną. -
Przesunął palcem po bliznach. - Te podarowały mi szpony tancerki
zmierzchu, przeklętego potwora, który przyjmuje kształt zwierzęcia i człowieka. Wysłałem ją tam, gdzie było jej miejsce, prosto do piekła. -
Uśmiech na jego pobliźnionej twarzy stał się odrobinę szerszy. - Ale nie
chciała odejść bez całusa na pożegnanie.
Dotarliśmy na dół i z cichym śmiechem Khalid poklepał mnie po ramieniu i poprowadził naprzód. Setka pytań kłębiła mi się za zębami.
Stajnię wykuto w sercu katedralnego filaru, jej strop wspierał się na
kolumnach z ciemnej skały. W środku śmierdziało tak, jak zwykle śmierdzi
w stajni: końmi, słomą i łajnem. Jednakże odkąd napiłem się krwi Ilsy,
mógłbym przysiąc, że moje zmysły się wyostrzyły i pod zwyczajnym smrodem
wyczułem powiew śmierci. Rozkładu.
Blisko wejścia dwóch chłopców - ciemnoskórych S?dhaemczyków, tak jak
Khalid - siodłało kudłatą kasztankę. Pierwszy był mniej więcej w moim
wieku, a drugi może z rok młodszy. Obaj byli muskularni, ubrani w samodział, nosili krótko przycięte ciemne, kręcone włosy. Widząc podobne
piwne oczy i kształt podbródków, domyśliłem się, że są spokrewnieni.
- Jasnego świtu, Kasparze. Kavehu. - Opat skinął głową najpierw do
starszego chłopca, potem do młodszego. - To Gabriel de León, nowy rekrut
w Zakonie.
- Jasnego świtu, Gabrielu - powiedział Kaspar, ściskając mi dłoń.
- Bożego dnia, Kasparze - odpowiedziałem i spojrzałem na jego brata. -
Kavehu?
- Wybacz - powiedział Kaspar. - Brat urodził się bez języka. Nie mówi.
Młodszy chłopak spojrzał na mnie, jakby rzucał mi wyzwanie. Domyślałem
się powodów tego zachowania. W bardziej przesądnych częściach cesarstwa
taka przypadłość mogła zostać uznana za efekt czarnoksięstwa; takie
dziecko spalono by razem z matką. Mama nauczyła mnie jednak, że takie
myślenie to głupota, bo rodzi się ze strachu. Powiedziała, że
Wszechmogący kocha wszystkie swoje dzieci i że powinienem starać się
postępować tak samo. Dlatego podałem Kavehowi rękę.
- Cóż... i tak marny ze mnie rozmówca. Jasnego świtu, Kavehu.
Grymas chłopaka złagodniał i kiedy uścisnęliśmy sobie dłonie, na jego
usta wypłynął uśmiech. Opat mruknął z aprobatą i zawołał przez stajnię
ciepłym barytonem:
- I tobie życzę jasnego świtu, przeoryszo Charlotte! I wam, nowicjuszki!
Spojrzałem w tym samym kierunku co on i zobaczyłem pół tuzina postaci
wokół stosu worków z obrokiem. Siostry z klasztoru na górze, zdałem
sobie sprawę. Wszystkie były odziane w gołębio-białe szaty i kornety
nowicjuszek - z wyjątkiem surowej kobiety w czarnym habicie, która
stała, podczas gdy reszta siedziała. Była starsza i bardzo szczupła,
wręcz wychudzona. Cztery długie blizny biegły przez jej twarz, jakby
zaatakowało ją jakieś dzikie zwierzę.
- Bożego dnia, opacie. - Zerknęła na podopieczne. - Przekażcie
błogosławieństwo, dziewczęta.
- Bożego dnia, opacie Khalidzie - powiedziały śpiewnym chórem
dziewczęta.
- To Gabriel de León - powiedział Khalid. - Nowy syn Ordo Argent.
Stałem z pochyloną z szacunku głową, ale zerkałem na siostry spod rzęs.
Wszystkie były młode. Siedziały na workach obroku, z blokami papieru i kawałkami węgla w dłoniach. Zrozumiałem, że rysowały konie. Zauważyłem
pośród nich nowicjuszkę tak drobną, że wyglądała jak dziecko. Miała
wielkie zielone oczy i piegowatą cerę. A na samym przedzie siedziała -
niczym anioł, który spadł na ziemię - jedna z najpiękniejszych
dziewczyn, jakie w życiu widziałem.
Jean-François przewrócił oczami i odchylił się na krześle.
Gabriel podniósł wzrok i się skrzywił.
- Jakiś problem?
- Słowem się nie odezwałem, srebroświęty.
- Właśnie usłyszałem wyraźny jęk, zimnokrwisty.
- To tylko wiatr. Zapewniam.
- Pierdol się - warknął Gabriel. - Ona naprawdę była piękna. Może to nie
był ten rodzaj urody, jaki zobaczysz na portrecie w galerii albo u dziewczyny wiszącej u ramienia jakiegoś bogatego łajdaka. Nie była
pięknością spowitą w jedwabie ani ukrytą w złotym alkierzu. Jednak nadal
pamiętam, jak wyglądała tamtego popołudnia. Minęło tyle lat, a ja mam
wrażenie, że to wydarzyło się wczoraj.
Znieruchomiał. Wyglądał teraz jak lustrzane odbicie wampira naprzeciwko.
Nawet potwór wyczuwał ciężar, jaki zawisł w powietrzu pomiędzy nimi, i siedział cierpliwie, aż srebroświęty znowu zaczął mówić:
- Była starsza ode mnie. Miała pewnie z siedemnaście lat. Na prawo od
ust miała pieprzyk, jakby umieściła go tam sama Matka-Dziewica. Jedna
brew unosiła się w nieco wyższym łuku niż druga, nadając jej twarzy
wyraz wiecznego łagodnego lekceważenia. Skórę miała jak mleko, a policzek miał krzywiznę złamanego serca. To nie była uroda perfekcji,
jednak asymetria jej rysów budziła... fascynację. Miała twarz na wpół
posłyszanego szeptu, niewypowiedzianego sekretu. Siedziała z pergaminem
na kolanach, na którym widniał piękny rysunek wielkiego czarnego
wałacha.
Opat Khalid spojrzał na jej pracę. Z racji blizny trudno było się
zorientować, ale w końcu spostrzegłem, że szczerze się uśmiecha.
- Masz bystre oko i zręczną rękę, nowicjuszko.
Dziewczyna spuściła wzrok.
- Te słowa to dla mnie zaszczyt, opacie.
- To Wszechmogący kieruje naszymi rękami - powiedziała przeorysza
Charlotte, patrząc z dezaprobatą na młodą siostrę. - My jesteśmy tylko
naczyniami.
Dziewczyna spojrzała na przeoryszę i skinęła głową.
- Véris.
Wiedziałem, że nie powinienem się gapić. Po drodze do San Michon
Szaroręki powiedział mi, że srebroświęci składają śluby celibatu w obawie, że moglibyśmy przekazać zło naszych narodzin i stworzyć kolejne
bladokrwiste plugastwa jak my sami. Po tym, co zrobiłem Ilsie,
przyznaję, że ta idea przypadła mi do gustu. Nadal potrafiłem zobaczyć
trwogę w jej oczach, gdy się postarałem, wciąż prześladowała mnie
zgroza, że mogłem ją skrzywdzić. Nie miałem ochoty nigdy więcej dotknąć
żadnej dziewczyny, jak długo będę żył, a to nie były nawet zwykłe
dziewczyny, to były nowicjuszki Srebrnego Zgromadzenia. Niedługo miały
zostać oblubienicami samego Boga.
Mimo to ta dziewczyna mnie przyciągała. Gdy patrzyłem, podniosła wzrok i napotkała moje spojrzenie. Nie odwróciłem wzroku. Co dziwne, ona także
tego nie zrobiła.
- Cóż, bożego dnia, pobożne córki. - Khalid się ukłonił. - Niech wam
Matka-Dziewica błogosławi.
- Jasnego świtu, opacie. - Przeorysza pstryknęła palcami. - Wracajcie do
pracy, dziewczęta.
Oderwałem wzrok od dziewczyny, a opat złapał mnie za ramię i poprowadził
w głąb stajni. Wszystkie myśli o kruczowłosej nowicjuszce uciekły mi z głowy na widok tego, co tam znalazłem.
Chmara wierzchowców czekała w rozległej zagrodzie. To były tundrowe kuce
z Talhostu, wytrzymała rasa zwana "sosya". Były mniejsze od swoich
elidaeńskich kuzynów, kudłate i miały żelazne żołądki, idealnie radziły
sobie z latami ubóstwa, jakie nadeszły wraz z bezdniem. Potrafiły
przeżuć dosłownie wszystko. Znałem człowieka, który przysięgał na
wszystkie świętości, że jego sosya zjadł mu psa. Te tutaj należały do
najlepszych w swoim rodzaju. Kiedy tak stałem i je podziwiałem, znowu
wychwyciłem zapach rozkładu. Podniosłem wzrok i wkrótce spostrzegłem
jego źródło.
- Matko i Dziewico...
Z sufitu zwieszali się zimnokrwiści nieszczęśnicy. Stary mężczyzna,
chudy i przegniły, oraz chłopiec nie starszy ode mnie. Ich skóra była
blada, z ubrań zostały łachmany, oczy im płonęły głodem i wrogością, gdy
patrzyli na mnie.
- Nie obawiaj się, de León - powiedział Khalid. - Spętani srebrem są
bezradni jak dzieci.
Z bliska spostrzegłem, że wampiry wiszą w srebrnych łańcuchach i kołyszą
się jak upiorne żyrandole. Stajenni, siostry i nawet zwierzęta zupełnie
się nimi nie przejmowali. W końcu zrozumiałem, po co ich tam powieszono.
- Trzymacie je dla koni...
- W rzeczy samej. - Opat skinął głową. - Stworzenia boże nie mogą znieść
obecności nocnych potworów. Jednakże te wierzchowce mają nas ponieść do
walki przeciwko ciemności. Dlatego od początku regularnie przyzwyczajamy
je do obecności zła bezśmiertnych. - Khalid posłał mi jeden ze swoich
pobliźnionych uśmiechów. - Bystry jesteś, Mały Lwie.
Skinąłem głową, doceniając mądrość tego rozwiązania. Opat podał mi kilka
kostek cukru - luksus, odkąd wszystkie uprawy zmarniały, ale
najwyraźniej San Michon było stać na takie luksusy dzięki cesarskiemu
patronatowi.
- Wybierz sobie jednego, chłopcze.
- Naprawdę mogę?
Khalid skinął głową.
- To podarunek z myślą o próbach, jakie cię czekają. Dobrze zastanów się
nad wyborem, chłopcze. Ten wierzchowiec poniesie cię do walki przeciwko
upiorom, dla których ciemność jest domem.
- Ale... jak mam zdecydować?
- Zaufaj sercu. Zorientujesz się.
Ma famille nie miała nawet jednej owcy, kiedy byłem dzieckiem. Tylko
arystokrata mógł marzyć o utrzymaniu zwierząt tak wspaniałych jak te.
Zdumiewając się losem, który tego samego dnia obdarzył mnie własnym
mieczem i wierzchowcem, wszedłem do zagrody. I tam, pośród tabunu,
znalazłem tego właściwego. Jego spojrzenie było głębokie jak środek
nocy. Miał kudłatą sierść w kolorze najciemniejszego hebanu. Grzywę
zapleciono mu w warkoczyki, podobnie jak ogon, którym machał na boki,
gdy podszedłem. Zdałem sobie sprawę, że to ten sam wałach, którego
rysowała utalentowana nowicjuszka, i gdy zerknąłem w jej stronę,
zobaczyłem, że znowu na mnie patrzy. Miałem wrażenie, że najeżyła się,
gdy zacząłem zbliżać się do wałacha, ale mimo to podszedłem.
- Witaj, chłopaku - mruknąłem.
Wziął ode mnie podsuniętą kostkę cukru. Zarżał cicho i szturchnął mnie w twarz, dopominając się o następną, a ja pogłaskałem z uśmiechem jego
kudłaty, satynowy policzek.
Gabriel pokręcił głową.
- Cynicy mówią, że nie ma czegoś takiego jak miłość od pierwszego
wejrzenia, ale ja pokochałem tego konia, gdy tylko go zobaczyłem. I podając mu następną kostkę, wiedziałem, że zdobyłem przyjaciela na całe
życie.
- Jak się nazywasz? - zapytałem zdumiony jego urodą.
- Nazywa się Sędzia.
Odwróciłem się i zobaczyłem, że to nowicjuszka się odezwała. Była teraz
wściekła. Zanim jednak mogłem zapytać, czym zasłużyłem sobie na jej
gniew, głos przeoryszy przeciął powietrze jak bat:
- Nowicjuszko Astrid, zamilcz!
- Nie. - Rysunki się rozsypały, gdy dziewczyna wstała i zobaczyłem, że
każdy przedstawiał tego samego konia. - Dlaczego ten wieśniak ma dostać
pod opiekę Sędziego? Ja...
Przeorysza wymierzyła jej policzek.
- Jak śmiesz odzywać się do mnie takim tonem? - piekliła się Charlotte.
- Siostra Srebrnego Klasztoru nie posiada żadnych ziemskich dóbr na
własność. I słucha mądrzejszych od siebie.
- Nie jestem siostrą Srebrnego Klasztoru - warknęła wyzywająco
dziewczyna.
Skrzywiłem się, gdy przeorysza kolejnym policzkiem powaliła ją na kolana
i wykrzywiła pobliźnioną twarz, warcząc:
- Brnij dalej w tę bezczelność, a nigdy nią nie zostaniesz!
- I dobrze! Nie chciałam się tu znaleźć!
- To akurat jest oczywiste! Jednak na tym świecie istnieją tylko dwa
miejsca dla córki z nieprawego łoża, Astrid Rennier! Przed ołtarzem Boga
na kolanach albo w burdelu na plecach!
W stajni zapanowała nieprzyjemna cisza. Astrid wpatrywała się wściekła w przeoryszę. Spojrzałem na Khalida, ale wystarczyło mi jedno spojrzenie,
by wiedzieć, że nie będzie się wtrącał. Zatem ja, jak skończony
głupiec...
- Proszę o wybaczenie - powiedziałem. - Jeśli ten wierzchowiec należy do
łaskawej demoiselle...
- Nie jest żadną demoiselle - warknęła przeorysza. - Jest nowicjuszką
Srebrnego Zgromadzenia. Nie posiada niczego poza ubraniem na własnym
grzbiecie. Na nic nie zasługuje poza należną jej karą. I jeśli nie
chcesz jej podzielić, lepiej, żebyś zapanował nad językiem.
- Nie wtrącaj się, de León - rozkazał Khalid.
Spojrzałem na niego niepewnie. Przeorysza sięgnęła do rękawa i wyjęła
rzemień zakończony krótką żelazną ostrogą.
- Proś Boga o wybaczenie - rozkazała dziewczynie.
Nowicjuszka tylko spiorunowała ją wzrokiem.
- Nie będę o nic bła...
Słowa Astrid zamieniły się w zduszony krzyk, gdy rzemień wylądował na
jej plecach.
- Błagaj, kurwia córko!
Dziewczyna uniosła głową i warknęła zaciekle:
- Pierdol się!
Nowicjuszkom zaparło dech. Byłem zdumiony nienawiścią w oczach
dziewczyny, zadziwiał mnie jej upór, ale przede wszystkim było mi
niedobrze na widok przemocy, jaką wobec niej stosowano. Wiedziałem, co
to znaczy znosić takie lanie. Wiedziałem, ile trzeba odwagi, by znieść
je w milczeniu. Rzemień spadł jeszcze sześć razy, a dziewczyna nie
chciała ustąpić. Wreszcie, obawiając się, że prędzej umrze niż
przeprosi, poprosiłem w jej imieniu:
- Przeoryszo, błagam, przestań! Jeśli trzeba wymierzyć karę...
Silne palce złapały mnie za rękę tak mocno, że się skrzywiłem.
Odwróciłem się i zobaczyłem za sobą opata Khalida.
- Nie masz prawa się wtrącać, nowicjuszu.
- Opacie, to okrucieństwo nie do...
Zacisnął jeszcze mocnej rękę, aż jęknęły mi kości.
- Nie. Masz. Prawa.
Czułem się jak kundel. Gorycz wypełniła mi usta, żołądek się burzył, ale
kiedy ręka zaciskała się na moim ramieniu jak imadło, nie ośmieliłem się
więcej odezwać. Byłem tylko chłopcem. Charlotte nadal uderzała, blizny
na jej twarzy przybrały siny kolor z wściekłości. Żołądek mi się
buntował, gdy potworne razy rozbrzmiewały w ciszy. W końcu dziewczyna
się załamała. Jak każdy.
- Na miłość boską, przestań!
- Błagasz o wybaczenie Wszechmogącego, Astrid Rennier?
Trzask!
- Oui!
Trzask.
- To błagaj!
- Przepraszam! - krzyczała. - Błagam Boga o wybaczenie!
Przeorysza wreszcie się uspokoiła.
- Wstań. - Jej głos był jak lód.
Patrzyłem bezradnie, kiedy zapłakana dziewczyna potrzebowała chwili, by
zebrać siły. A potem wstała chwiejnie, obejmując się rękami. Zerknąłem
na inne nowicjuszki i zobaczyłem w ich oczach strach przed przeoryszą. A nade wszystko strach przed Bogiem. Tylko jedna robiła wrażenie szczerze
przejętej - drobniutka zielonooka i piegowata dziewczyna, która patrzyła
na Astrid z tym samym współczuciem, jakie ja czułem w sercu. Jednakże
przeorysza ewidentne nie znała współczucia.
- Nauczysz się, gdzie jest twoje miejsce, kurwia córko. Słyszysz?
- O-oui, przeoryszo.
- To dotyczy was wszystkich! - Charlotte obróciła się do swoich
podopiecznych z ogniem w oczach. - Zostałyście przyobiecane Bogu.
Będziecie służyć jemu i jego Kościołowi jak powinny posłuszne żony. Albo
odpowiecie przede mną i samym piekłem!
Spiorunowała mnie wzrokiem, jakby prowokowała mnie do reakcji, ale
chociaż słowa gotowały się za moimi zębami, opat Khalid wciąż trzymał
mnie za rękę. I dlatego milczałem.
- Proszę o wybaczenie za to niestosowne zachowanie, opacie - wycedziła
Charlotte, zaciskając usta.
- Niepotrzebnie, przeoryszo - odpowiedział opat. - "Zbłąkane owieczki są
zwierzyną dla wilków".
- W rzeczy samej. - Chuda kobieta skwitowała skinięciem głowy cytat z Testamentów i odwróciła się do nowicjuszek. - Chodźcie, dziewczęta.
Spędzimy dzień na kontemplacji w milczeniu. Nowicjuszko Chloe, pomóż
nowicjuszce Astrid.
Drobna piegowata dziewczyna skinęła głową i pomogła towarzyszce
pozbierać rzeczy. Astrid trzęsły się ręce. Zerknęła na mnie - chmurne,
przelotne spojrzenie splamione łzami. Dopiero kiedy zniknęły nam z oczu,
Khalid puścił moją rękę.
- Silna wola dobrze ci posłuży na polowaniu, młody bracie, a dobre serce
będzie tarczą przeciwko niebezpieczeństwom czającym się w ciemności -
powiedział cicho. - Jednakże jeśli jeszcze kiedykolwiek zakwestionujesz
mój rozkaz, zawlekę cię na koło i zedrę ci skórę z pleców. Jesteś bożym
sługą, ale teraz jesteś moim żołnierzem. Rozumiesz?
Spojrzałem mu w oczy, żeby przekonać się, czy się rozgniewał, ale mówił
rzeczowo, patrzył spokojnie. Opat Ordo Argent nie unosił się. Nie
podnosił głosu. W tamtej chwili przekonałem się, że prawdziwy przywódca
nie musi tego robić.
- Oui, opacie. - Ukłoniłem się.
Skinął głową, jakby sprawa już została zapomniana. Patrząc na bramę,
którą wyszły siostry, mruknął:
- Przeorysza Charlotte jest pobożną kobietą, oddaną Wszechmocnemu i Matce-Dziewicy. I jeśli uniosła się gniewem, to musisz jej wybaczyć.
Dzisiejsze nieszpory będą bolesne dla ciebie, młodokrwisty, ale dla
większości z nas będą prawdziwą torturą.
- Dlaczego? Co się wydarzy dziś wieczorem?
- Ktoś umrze, de León. - Khalid westchnął i zapatrzył się w zimną dal. -
Dobry człowiek umrze.
VIII
Czerwony Rytuał
Kiedy wątłe słońce zaszło, zostałem przywołany do katedry przez pieśń
potężnych dzwonów.
Postaci odpowiadały na zew w całym opactwie i uderzyło mnie teraz, jak
niewiele ich jest. Pół tuzina srebroświętych, może z tuzin uczniów,
robotnicy, słudzy i siostry Srebrnego Zgromadzenia. Kiedy jednak
wchodziłem po katedralnych schodach ramię w ramię z Aaronem de Coste,
nadal miałem gęsią skórkę na rękach. Bez względu na to, jak stare i puste to miejsce się wydawało, wciąż wyczuwałem jego świętość. A kiedy
wszedłem do środka, zaparło mi dech w piersi.
Katedrę wykuto z ciemnego granitu. Wznosiła się na planie koła jak
pieczęć Świętego Kościoła. Zgodnie z tradycją w ściany wstawiono dwoje
potężnych drzwi - jedne na wschodzie z myślą o świcie i żywych oraz
drugie na zachodzie, dla zmierzchu i zmarłych. Zdobione rytami filary
wznosiły się do kopuły wyższe od największych drzew, a przestrzeń
oświetlały łagodnie takie same szklane kule, jakie wisiały pod sufitem w zbrojowni. Wiele okien właśnie naprawiano, ale te odsłonięte zapierały
dech. Słabe światło z trudem wpadało przez siedmioramienne okno w fasadzie, rzucając wątłe tęcze na posadzkę. Drewniane ławki ustawiono
koncentrycznymi kręgami wokół kamiennego ołtarza w sercu budowli, nad
którym unosił się wielki marmurowy posąg Odkupiciela na kole. Odkupiciel
miał związane ręce, oskórowane plecy i gardło poderżnięte od ucha do
ucha.
Przy ołtarzu ustawiono kosz pełen żarzących się węgli i szklaną misę z gotującym się srebrzystym płynem. Przed nim stał samotny srebrny
kielich.
Nie pojmowałem, do czego służy kosz z węglami, ale każda bogobojna dusza
znała Graala. Tak jak w każdym innym kościele w Elidaenie, to była tylko
imitacja, rzecz jasna. Jednakże dopóki ten kielich znajdował się tutaj,
dopóty w katedrze obecny był duch Odkupiciela. Przysięgam, że to czułem.
Mimo imponujących rozmiarów katedry na nieszporach zebrały się nas tylko
cztery tuziny. Baptiste Sa-Ismael siedział w pobliżu razem z trzema
innymi mężczyznami, którzy niewątpliwie byli, tak jak i on,
czarnorękimi. Mój mistrz, fr?re Szaroręki, klęczał w pierwszym rzędzie
pośród garstki mężczyzn w strojach srebroświętych. Mieli posępne twarze
i nosili się na czarno; każdy wydawał mi się żywą legendą. Zauważyłem
jednak, że wielu było w jakiś sposób okaleczonych - nadgarstki bez
dłoni, twarze, w których brakowało oka. Na końcu ich rzędu siedział
srebroświęty o prostych, siwiejących włosach. Zauważyłem, że kołysze się
lekko w tył i w przód. Oczy miał bardzo mocno przekrwione, twarz
pożłobioną zmarszczkami bólu.
Powietrze wypełniło się widmową muzyką, anielską i piękną. Zobaczyłem na
chórze odziane na czarno siostry ze Srebrnego Zgromadzenia. Śpiewały
chóralnie. Ich głosy przyprawiały mnie o dreszcz, piękno pieśni
napełniło moją pierś starożytnym ogniem.
Spiralnymi schodami prowadzącymi z krypty wspiął się do ołtarza opat
Khalid. Był ubrany w czarne szaty, blizny na policzkach wykrzywiały mu
usta w tym jego dziwnym, wiecznym uśmiechu. Kiedy uniósł ręce,
zobaczyłem srebrzysty tatuaż na ciemnej skórze jego przedramion -
Sanael, Anioł Krwi, zawiły wzór z mieczy i gołębic, Matka-Dziewica z maleńkim Odkupicielem.
- Jam jest słowem i drogą, rzekł Pan - zaintonował Khalid, cytując
pismo. - Poprzez moją krew grzesznicy znajdą zbawienie, a pokutnicy
klucze do mojego wiecznego królestwa.
Wszyscy w katedrze odpowiedzieli "Véris" - to była zwyczajowa
odpowiedź wiernych podczas mszy, stare elidaeńskie słowo oznaczające
"prawdę ponad prawdą".
- Witamy nowego brata w twoim domu, Panie. - Khalid spojrzał na mnie. -
Jego narodziny to wynaturzenie. Jego życie to grzech. Jego dusza jest
skazana na wieczne potępienie. Błagamy cię jednak, abyś dał mu siłę,
dzięki której zdoła przezwyciężyć występek swoich narodzin i dzielnie
stawi czoło niekończącej się nocy.
- Véris - odpowiedzieli bracia.
Rozbrzmiał dzwonek przy ołtarzu. Czułem oddech Boga na karku.
- Gabrielu de León, podejdź - rozkazał Khalid.
Spojrzałem na mistrza Szarorękiego, który skinął głową. Zrobiłem znak
koła i stanąłem przed koszem węgli i misą ze srebrnym płynem.
Sześć postaci skąpanych w delikatnym, ciepłym świetle wiszących w górze
kul weszło po schodach. Pierwsza szła przeorysza Charlotte, a za nią
trzy kobiety w czarnych habitach obrębionych srebrem. Na głowach miały
koronkowe welony, twarze upudrowane na biało, na oczach namalowane
szkarłatne siedmiogwiazdy. Za nimi szły dwie dziewczyny w bieli
nowicjuszek, ich twarze były odkryte i pozbawione ozdób.
Stanęły przy ołtarzu naprzeciwko mnie. Rozpoznałem obie ze stajni, gdzie
byłem tego samego popołudnia. Pierwszą była drobniutka piegowata
dziewczyna o zielonych oczach, Chloe, jak sobie przypomniałem, drugą zaś
kruczowłosa piękność, którą przeorysza zbiła za nieposłuszeństwo. Znowu
spojrzała mi w oczy.
Astrid Rennier.
Patrzyłem, jak nowicjuszka Chloe rozwija skórzaną torbę ozdobioną
siedmiogwiazdą. W środku leżało mnóstwo igieł, długich i błyszczących w miodowym świetle.
- Tak jak dał siłę Odkupicielowi, modlimy się do Boga, żeby dał tobie
siłę znieść cierpienie nadchodzących nocy - powiedział Khalid. - Na
razie damy ci jego przedsmak.
Spojrzałem na opata. Byłem ciekawy, co ma na myśli.
- Połóż lewą rękę na ołtarzu - rozkazał.
Zrobiłem, co mi kazano - położyłem rękę na drewnie. Dopiero kiedy
nowicjuszka Chloe obróciła moją dłoń wnętrzem do góry, zrozumiałem, co
się dzieje. Otarła chłodnym materiałem moją skórę. Poczułem przenikliwy
zapach mocnego alkoholu. Astrid Rennier zanurzyła igłę w gotującym się w misie metalicznym płynie. Patrząc mi w oczy, przemówiła; siostry wokół
niej powtarzały po niej jak echo:
Oto jest dłoń,
co włada płomieniem,
który oświetla drogę
i zamienia ciemność
w srebro.
Astrid wbiła mi igłę w dłoń. Poczułem ostry, palący, ale krótki ból i wzdrygnąłem się troszkę. Spojrzałem w dół i zobaczyłem maleńką kropelkę
krwi i srebro wytrawione w mojej skórze. Przeorysza pochyliła się nisko,
by sprawdzić ukłucie igłą, i skinęła oschle głową. Wziąłem wdech i z trudem przełknąłem ślinę. Pomyślałem sobie, że nie było tak źle.
Astrid znowu mnie ukłuła. I znowu. Po dwudziestym ukłuciu niemiłe
wrażenie zamieniło się w ból. Po setnym ból stał się potworny.
Gabriel pokręcił głową, patrząc na gwiazdę wytatuowaną na lewej dłoni.
- To dziwne uczucie, dać się tak oznakować. Ból przyprawiał mnie o delirium. Krótkie przerwy między kolejnymi uderzeniami igły były niebem
i piekłem zarazem. Ojczym lał mnie jak psa, gdy miał zły dzień. Jednakże
nigdy nie czułem niczego podobnego do bólu, jaki zadawała mi Astrid. On
wręcz... się żarzył. Miałem wrażenie, że stoję poza własnym ciałem i patrzę, jak ogarnięty snem w malignie.
Nie wiedziałem, jak mam to przetrzymać, wiedziałem natomiast, że to
próba, pierwsza z wielu. Gdybym nie przetrwał igły, jak miałbym stawić
czoło potworom w ciemności? Jak miałbym pomścić siostrę, bronić Kościoła
potężnego Boga, gdybym nie zdołał zwyciężyć w tej próbie?
Starałem się skupić na chórze, ale docierał do mnie tylko lament.
Zamknąłem oczy, lecz czułem tylko strach, nie wiedząc, kiedy nadejdzie
kolejne ukłucie. Dlatego spojrzałem na Odkupiciela w górze.
Został żywcem obdarty ze skóry, tak napisano w Testamentach. Odmawiający
przyjęcia Jednej Wiary kapłani Dawnych Bogów powiesili go na kole
rydwanu, wychłostali cierniami, poparzyli ogniem, a potem poderżnęli mu
gardło i wrzucili go do wody. Mógł wezwać Ojca Wszechmogącego, żeby go
uratował. Zamiast tego jednak pogodził się ze swoim losem, wiedząc, że
to będzie katalizator, który doprowadzi do zjednoczenia Kościoła i sprawi, że jego przekaz trafi do wszystkich zakątków cesarstwa.
"Przez tę krew będą mieć oni życie wieczne".
I teraz temu cesarstwu groziło niebezpieczeństwo. Kościół był oblegany
przez bezśmiertnych Umarłych. Dlatego spojrzałem Odkupicielowi w oczy i się modliłem.
"Daj mi siłę, bracie. A ja oddam ci wszystko".
Nie wiem, jak długo to trwało. Pod koniec ręka mi krwawiła, wyglądała
jak zmasakrowana. Wreszcie Astrid odchyliła się, a Chloe oblała mi skórę
palącym alkoholem i poprzez wrzącą mgiełkę zobaczyłem wytrawiony na
mojej dłoni znak Męczenników wykonany srebrnym tuszem.
Idealna siedmiogwiazda.
- Fr?re Szaroręki, podejdź - odezwał się Khalid.
Mistrz Szaroręki uczynił znak koła i podszedł.
- Czy przysięgasz przed Bogiem Wszechmogącym przeprowadzić tego
niegodnego chłopca przez zasady Ordo Argent? Czy przysięgasz przed San
Michon być ręką, która kieruje, tarczą, która chroni, aż jego przeklęta
dusza stanie pewnie na tyle, żeby sama była zdolna się ochronić?
- Na Krew Odkupiciela, przysięgam - odpowiedział Szaroręki.
Khalid odwrócił się do mnie.
- Czy przysięgasz przed Bogiem Wszechmogącym poddać się zasadom naszego
zakonu? Przezwyciężyć plugawy grzech swojej natury i żyć w służbie
Świętego Kościoła Boga? Czy przysięgasz przed San Michon słuchać
mistrza, zważać na jego słowa, dać się prowadzić jego ręką, aż sam
staniesz się uświęcony?
Pomyślałem o dniu, w którym moja siostra wróciła do domu. Wiedziałem, że
pośród tego bractwa, w tym świętym zakonie znajdę siłę, dzięki której
nie dopuszczę, by powtórzyło się coś równie potwornego.
- Przysięgam na Krew.
- Gabrielu de León, mianuję cię nowicjuszem Srebrnego Zakonu San Michon.
Niech Ojciec Wszechmogący da ci odwagę. Niech błogosławiona
Matka-Dziewica da ci mądrość. Niech Jedyny Prawdziwy Odkupiciel da ci
siłę. Véris.
Spojrzałem opatowi w twarz, całe ciało drżało mi z dumy, kiedy jego usta
wykrzywiły się nieco mocniej w pobliźnionym uśmiechu. Szaroręki skinął
głową - pierwszy przejaw aprobaty, jaki okazał mi od czasu uratowania
mnie z Lorson. Kręciło mi się w głowie, ból zamienił się w błogosławieństwo. Nigdy w życiu nie czułem podobnego spokoju.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zmierzch
Zmierzch
Był dwudziesty siódmy rok bezdnia w państwie Wiecznotrwałego Króla,
którego zabójca czekał na śmierć.
Stał przy wąskim oknie, niecierpliwie wyczekując swojego końca.
Wytatuowane dłonie splótł za plecami, poplamione zakrzepłą krwią i popiołem jasnym jak światło gwiazd. Pomieszczenie, w którym się
znajdował, mieściło się na wysokiej kondygnacji samotnej wieży owiewanej
bezsennym górskim wiatrem. Drzwi - masywne, wzmacniane żelazem - były
zamknięte solidnie jak wrota skarbca. Zabójca patrzył, jak słońce udaje
się na niezasłużony odpoczynek, i zastanawiał się, jak smakuje piekło.
Brukowany dziedziniec w dole obiecywał krótki lot w ciemność bez snów,
okno było jednak zbyt wąskie, żeby się przez nie przecisnąć, a więzienni
strażnicy nie zostawili mu wiele poza tym: ot, trochę słomy, żeby mógł
się położyć, kubeł do srania oraz widok na delikatny, kruchy zachód
słońca będący torturą w oczekiwaniu na właściwe tortury. Miał na sobie
gruby płaszcz, znoszone buty i skórzane spodnie ze śladami długich
wędrówek i sadzy. Pot wystąpił na jego jasnej skórze, mimo że oddech
buchał mu parą z ust, a w kominku za jego plecami nie płonął ogień.
Zimnokrwiści nie ryzykowali zapalania ognia nawet w więziennych celach.
Wkrótce po niego przyjdą.
Dookoła niego château powoli budził się do życia. Potwory wstawały z łóż wyściełanych zimną ziemią i nakładały maski, w których mogły udawać,
że blisko im do ludzi. Powietrze gęstniało od łopotu nietoperzych
skrzydeł. Zakuci w ciemną stal niewolni żołnierze patrolowali blankowane
mury; ich czarne płaszcze zdobił symbol dwóch wilków i dwóch księżyców.
Zabójca skrzywił się na ich widok: ludzcy strażnicy, też coś. Żaden pies
nie dałby się tak poniżyć.
Niebo było czarne jak grzech. Horyzont - czerwony jak usta damy jego
serca, kiedy ostatni raz ją całował.
Powiódł kciukiem po wierzchu palców i po literach wytatuowanych poniżej
knykci.
- Patience - wyszeptał.
- Mogę wejść?
Zabójca nie pozwolił sobie na nawet najmniejsze drgnienie, nie chciał
sprawiać przyjemności zimnokrwistemu. Patrzył spokojnie przez okno na
potrzaskane kości widocznych w oddali gór zwieńczonych czapami
popielatego śniegu. Czuł na karku spojrzenie stwora, który tymczasem
stanął za jego plecami. Wiedział, po co stwór przyszedł; wiedział, czego
chce. Miał nadzieję, że śmierć przyjdzie szybko, ale w głębi serca
wiedział, że stwór będzie się rozkoszował każdym jego krzykiem.
W końcu się odwrócił. Na widok stwora żar zapłonął mu w piersi: gniew,
stary druh, bliski, wierny, mile widziany. Pomagał mu zapomnieć ból w żyłach, drętwotę blizn, wiek ciążący w kościach. Patrząc na stojącego
przed nim potwora, znów poczuł się naprawdę młody. Skrzydła czystej,
doskonałej nienawiści niosły go ku wieczności.
- Dobry wieczór, chevalier - przemówił zimnokrwisty.
Był ledwie chłopcem, kiedy umarł. Mógł mieć jakieś piętnaście,
szesnaście lat, zachował hermafrodytyczną wiotkość sylwetki typową dla
młodzieńca na skraju dorosłości, ale Bóg jeden wiedział, ile naprawdę ma
lat. Ślad rumieńca na policzkach, duże ciemnobrązowe oczy obramowane
złotymi lokami, jedno pasemko włosów artystycznie opadające na czoło.
Skórę miał idealnie gładką i białą jak alabaster, usta za to obrzydliwie
czerwone. Miał też zaróżowione białka oczu. Musiał się niedawno
pożywiać.
Gdyby zabójca nie znał prawdy, mógłby powiedzieć, że stwór wygląda
prawie jak żywy.
Był odziany w surdut z ciemnego aksamitu haftowany w złote zawijasy. Na
ramiona zarzucił pelerynę z kruczych piór, której postawiony kołnierz
przywodził na myśl rząd połyskliwych czarnych kling. Na piersi miał
wyszyte godło swojego rodu: dwa wilki wspięte na tle dwóch księżyców.
Ciemne spodnie, jedwabny halsztuk i wyglansowane buty dopełniały
wizerunku. Potwór w przebraniu arystokraty.
Stał na środku celi, mimo że drzwi pozostały zamknięte na cztery spusty.
W białych jak kość dłoniach ściskał grubą księgę. Głos miał słodki jak
kołysanka.
- Jestem markiz Jean-François z Krwi Chastain, nadworny historyk Jej
Wysokości Margot Chastain, Pierwszej i Ostatniej Tego Imienia,
Bezśmiertnej Cesarzowej Wilków i Ludzi.
Zabójca nie odpowiedział.
- A ty jesteś Gabriel de León, Ostatni Srebroświęty.
Zabójca nazwany Gabrielem nadal nie wydał żadnego dźwięku. Oczy stwora
pałały w tej ciszy jak dwa płomyki świec. Powietrze wydawało się
lepko-czarne, aksamitne. Przez chwilę Gabriel miał wrażenie, że stoi na
skraju urwiska i przed upadkiem ocalić go może tylko zimny dotyk tych
rubinowych warg na szyi. Skóra go mrowiła: odruchowa reakcja na tę
wizję. Pragnienie, które przyciąga ćmę do ognia i ją spala.
- Mogę wejść? - powtórzył potwór.
- Już wszedłeś, zimnokrwisty - odparł Gabriel.
Stwór spuścił nieco wzrok i uśmiechnął się znacząco.
- Uprzejmość nakazuje zapytać, chevalier.
Pstryknął palcami i okute żelazem drzwi otworzyły się na oścież. Przez
próg wśliznęła się śliczna niewolna w gorsecie i długiej czarnej sukni z tłoczonego aksamitu. Miała talię osy i ciemny koronkowy kanak na szyi.
Długie rude włosy nosiła zaplecione w warkoczyki, które opadały jej
wokół oczu jak łańcuszki z polerowanej miedzi. Wyglądała na trzydzieści
kilka lat, mogłaby być rówieśniczką Gabriela, mogłaby też być i matką
potwora, gdyby on był zwyczajnym chłopcem, a ona zwyczajną kobietą. Bez
widocznego wysiłku wniosła do celi obity skórą fotel ważący tyle co ona
sama i ze spuszczonym wzrokiem postawiła go obok zimnokrwistego.
Potwór nie spuszczał oka z Gabriela. Z wzajemnością.
Kobieta przyniosła drugi fotel, a następnie dębowy stolik. Fotel
podstawiła Gabrielowi, stolik umieściła pośrodku i stanęła z boku z dłońmi splecionymi jak do modlitwy.
Gabriel dostrzegł teraz blizny na jej szyi, nie do końca zamaskowane
kanakiem charakterystyczne ślady ukłuć. Przeszedł go dreszcz
obrzydzenia. Przenosiła fotele, jakby nic nie ważyły, ale obecność
zimnokrwistego niemal zapierała jej dech. Biała pierś ponad gorsetem
falowała gwałtownie jak u panny młodej w noc poślubną.
- Merci - powiedział Jean-François z Krwi Chastain.
- Służę, mój panie - wymamrotała kobieta.
- Zostaw nas teraz samych, moja droga.
Spojrzała potworowi w oczy. Wolnym ruchem przesunęła palcami od piersi
do mlecznobiałej krzywizny szyi i...
- Już niedługo - dodał zimnokrwisty.
Rozchyliła wargi. Na samą myśl o tym, co nastąpi, serce zabiło jej
szybciej.
- Jak sobie życzysz, panie - wyszeptała.
Nie zaszczyciwszy Gabriela spojrzeniem, dygnęła i wymknęła się za drzwi.
Zabójca i potwór zostali sami.
- Usiądziemy? - zapytał stwór.
- Wolę umrzeć na stojąco, jeżeli nie masz nic przeciwko temu - odparł
Gabriel.
- Nie przyszedłem cię zabić.
- Czego w takim razie chcesz, zimnokrwisty?
Ciemność zaszeptała, potwór się poruszył, chociaż oko nie nadążyłoby za
tym ruchem: w jednej chwili stał przy fotelu, w następnej już na nim
siedział, strzepując wyimaginowany pyłek z brokatowej klapy surduta i kładąc księgę na kolanach. Była to z jego strony najskromniejsza z możliwych demonstracja siły, ostrzeżenie przed podejmowaniem wszelkich
aktów rozpaczliwej odwagi. Ale Gabriel de León, który zabijał takie
istoty, odkąd skończył szesnaście lat, sam umiał się zorientować, kiedy
jest bez szans.
Był bezbronny, głodny i osaczony, miał za sobą trzy nieprzespane noce i pocił się obficie: naturalny skutek odstawienia. Usłyszał niosące się na
wskroś lat echo głosu Szarorękiego i stukot okutych srebrem butów
starego mistrza na brukowanym dziedzińcu San Michon.
Zasada pierwsza: umarły nie zabije Umarłego.
- Pewnie jesteś spragniony.
Zza pazuchy potwór wyjął kryształową butelkę. Przyćmione światło
zalśniło na fasetach szkła. Gabriel zmrużył oczy.
- To zwykła woda, chevalier. Pij.
Gabriel znał reguły tej gry: życzliwy gest jako wstęp do kuszenia. Tylko
że język miał jak papier ścierny i choć żadna woda nie mogła ugasić
trawiącego go pragnienia, wyrwał butelkę z widmowo bladej dłoni potwora
i wylał nieco płynu na dłoń: krystalicznie przejrzysty, bezwonny, bez
śladu krwi.
Napił się, wysączył wodę do ostatniej kropli zażenowany odczuwaną ulgą.
Jego ludzkiej cząstce ta woda smakowała słodziej niż wszelkie wina i kobiety, jakich kiedykolwiek kosztował.
- Proszę. - Spojrzenie zimnokrwistego było ostre jak potrzaskane szkło.
- Usiądź.
Gabriel ani drgnął.
- Usiądź - powtórzył potwór z naciskiem.
Gabriel poczuł napór obcej woli, ciemne oczy bestii rosły i rosły, aż
wypełniły całe jego pole widzenia. Było w nich coś słodkiego, jak zapach
kwiatu wabiący trzmiela, jak smak nagich, młodych płatków, wilgotnych od
porannej rosy. Krew ponownie wzburzyła się w żyłach Gabriela - a w jego
głowie ponownie zabrzmiał głos Szarorękiego:
Zasada druga: Kto posłucha Umarłego, ten go posmakuje.
Dlatego nie ruszył się z miejsca. Stał dumnie wyprostowany, choć nogi
miał jak z waty.
Na ustach potwora zaigrał cień uśmiechu. Smukłe palce odrzuciły kosmyk
włosów opadający na te przeklęte czekoladowe oczy i zabębniły o okładkę
trzymanej na kolanach księgi.
- Imponujące - przyznał potwór.
- Chciałbym móc powiedzieć to samo - odparował Gabriel.
- Ostrożnie, chevalier. Obyś nie uraził moich uczuć.
- "Umarli czują jak zwierzęta, wyglądają jak ludzie, umierają jak
diabły".
- Ach tak... - Zimnokrwisty się uśmiechnął. Błysnęły ostre jak brzytwa
zęby. - Zasada czwarta.
Gabrielowi serce stanęło w gardle, gdy usiłował ukryć zaskoczenie.
- Oui. - Potwór pokiwał głową. - Znam reguły waszego zakonu. Tych,
którzy nie czerpią nauk z przeszłości, w przyszłości czeka cierpienie. A jak się zapewne domyślasz, bezśmiertni są żywotnie zainteresowani
przyszłymi nocami.
- Oddaj mi mój miecz, pijawko, to ci pokażę, jaki z ciebie bezśmiertny.
- Urocze. - Potwór z uwagą oglądał swoje długie paznokcie. - Groźba.
- Przysięga.
- "W obliczu Boga i Jego Siedmiorga Męczenników ślubuję: Niech ciemność
pozna moje imię i rozpacza. Dopóki płonie, jestem ogniem. Dopóki krwawi,
jestem ostrzem. Dopóki grzeszy, jestem świętym. I jestem srebrem".
Gabriela ogarnęła fala łagodnej, trującej nostalgii. Zdawało się, że
upłynęło całe jego życie, odkąd ostatni raz słyszał te słowa,
rozbrzmiewające w kolorowym od witraży świetle San Michon. Modlitwa o przemoc i zemstę. Obietnica złożona bogu, który tak naprawdę nigdy nie
słuchał. Ale usłyszeć te słowa w takim miejscu, z ust jednego z tych...
- Siadajże, na miłość Wszechmogącego. - Zimnokrwisty westchnął. - Zanim
się przewrócisz.
Nacisk potwora nie ustawał, całe światło w celi skupiało się w jego
oczach. Gabriel niemal słyszał jego szept, muśnięcie zębów na uchu,
obietnicę snu po długiej wędrówce, zapowiedź zimnej wody, w której
obmyje ręce z krwi, i ciepłej, cichej ciemności, w której zapomni
kształt wszystkiego, co poświęcił i stracił.
Przypomniał sobie twarz swojej damy. Kolor jej warg, kiedy całował ją po
raz ostatni.
Nie usiadł.
- Czego chcesz, zimnokrwisty?
Ostatnie tchnienie zachodu słońca ulotniło się z nieba, Gabriel poczuł
na języku zapach dawno zeschłych liści. Chęć stała się trudna do
przezwyciężenia, potrzeba deptała jej po piętach, pragnienie zimnymi
palcami muskało kręgosłup, czarnymi skrzydłami wyrastało z ramion. Kiedy
ostatnio palił? Dwa dni temu? Trzy?
Boże w niebiesiech, w tej chwili za dymka zabiłby własną matkę...
- Jak już wspomniałem, jestem cesarskim historykiem - odparł
zimnokrwisty. - Kronikarzem rodu cesarzowej i strażnikiem jej
biblioteki. Dzięki twoim czułym zabiegom Fabién Voss nie żyje. Odkąd
inne Krwawe Dwory zaczęły się skłaniać do uznania zwierzchności mojej
pani, skupiła się na przetrwaniu. Dlatego, zanim zginie Ostatni
Srebroświęty i wszelka wiedza na temat waszego zakonu zostanie
pogrzebana w anonimowym grobie, moja bladolica cesarzowa Margot w swojej
nieskończonej łaskawości postanowiła dać ci przemówić. - Jean-François
uśmiechnął się. Wargi miał poplamione winem. - Chce usłyszeć twoją
historię, chevalier.
- Wasz rodzaj nieszczególnie rozumie ideę poczucia humoru, prawda? W noc
waszej śmierci porzucacie je w pyle na poboczu drogi razem z tym, co
uchodziło za waszą duszę.
- Dlaczego miałbym żartować, de León?
- Niektóre zwierzęta lubią bawić się zdobyczą.
- Gdyby mojej cesarzowej zależało na rozrywce, twoje krzyki byłoby
słychać aż w Alethe.
- Urocze. - Gabriel z uwagą oglądał swoje połamane paznokcie. - Groźba.
Potwór skinął lekko głową.
- Touché.
- Po co miałbym marnować swoje ostatnie godziny na opowiadanie historii,
która nikogo na tym świecie nie obchodzi? Jestem dla was nikim. Niczym.
- No już bez przesady. - Stwór uniósł brew. - Czarny Lew? Człowiek,
który przeżył szkarłatne śniegi Augustin? Który spalił na popiół tysiąc
Krewnych i przytknął Szaloną Klingę do gardła samego Wiecznotrwałego
Króla? - Jean-François zacmokał z dezaprobatą jak nauczycielka na widok
krnąbrnego ucznia. - Byłeś najwybitniejszym przedstawicielem zakonu;
jesteś jedynym, który nadal żyje. Płaszcz skromności marnie leży na
twoich szerokich ramionach, chevalier.
Gabriel słuchał, jak zimnokrwisty skrada się ku niemu wśród kłamstw i pochlebstw niczym wilk podążający błyszczącym krwawym tropem. Przez cały
czas zadawał sobie pytanie, czego potwór naprawdę chce i dlaczego
jeszcze go nie zabił. Aż w końcu...
- Chodzi o Graala - domyślił się.
Twarz potwora pozostała absolutnie nieruchoma, jak wykuta w marmurze,
Gabriel miał jednak wrażenie, że w ciemnych oczach coś drgnęło.
- Graal został zniszczony - odparł stwór. - Dlaczego miałby nas dzisiaj
interesować?
Gabriel przekrzywił głowę i wyrecytował:
Ze świętego kielicha blask święty się sączy.
Ład na świecie wyjdzie spod wiernego ręki,
a przed obliczem męczeńskiej siódemki
szary człowiek noc bezkresną zakończy.
Lodowaty śmiech poniósł się wśród nagich kamiennych ścian.
- Jestem kronikarzem, de León. Nie interesuje mnie mitologia, lecz
historia. Zachowaj swoje prostackie przesądy dla bydła.
- Kłamiesz, zimnokrwisty. Kto posłucha Umarłego, ten go posmakuje. A jeżeli choć przez moment pomyślałeś, że mógłbym zdradzić...
Mówił coraz ciszej, aż w końcu zupełnie umilkł. Nie było widać, kiedy
potwór się poruszył, ale w którymś momencie wyciągnął przed siebie rękę
- a tam, pośrodku białego jak śnieg wnętrza dłoni, spoczywał szklany
flakonik wypełniony rdzawym pyłem: jak sproszkowana czekolada
przemieszana z okruchami płatków róży.
Oto i kuszenie, którego Gabriel się spodziewał.
- Prezent - oznajmił potwór i odkorkował flakonik.
Z miejsca, w którym stał, Gabriel wyraźnie poczuł zapach sproszkowanej
krwi; intensywny, bogaty, miedziano-słodki. Przeszły go ciarki. Z westchnieniem rozchylił wargi.
Wiedział, o co im chodzi, wiedział, że po jednej skromnej próbce
zapragnie więcej, a mimo to przemówił. Słyszał swój głos jakby z bardzo
daleka. I gdyby upływ lat i krwi nie złamały mu serca dawno temu, to z pewnością pękłoby właśnie teraz.
- Straciłem swoją fajkę... w Charbourgu, kiedy...
Zimnokrwisty wyjął z kieszeni surduta piękną kościaną fajkę i położył ją
razem z flakonem na stoliku. Spojrzał spode łba na Gabriela i wskazał
wolny fotel.
- Siadaj.
I Gabriel w końcu - jakież to było żałosne! - usiadł.
- Częstuj się, chevalier.
Ani się obejrzał, już trzymał fajkę w dłoni i sypał do główki porcję
lepkiego proszku. Cały się trząsł, omal nie upuścił bezcennego skarbu.
Zimnokrwisty patrzył mu na ręce, na blizny, odciski i piękne tatuaże. Na
wierzchu prawej dłoni widniał wieniec z czaszek, na wierzchu lewej pęk
splecionych róż, na palcach poniżej knykci - litery układające się w słowo PATIENCE. Ciemny tusz z metalicznym połyskiem odcinał się od
jasnej skóry.
Srebroświęty odrzucił znad oczu długi kosmyk ciemnych włosów i obmacał
kieszenie płaszcza i spodni. Nic z tego oczywiście: zabrali mu
krzesiwko.
- Potrzebuję ognia. Może być lampa.
- Potrzebujesz, powiadasz...
Z irytującą powolnością zimnokrwisty zetknął dłonie czubkami palców i przyłożył je do ust. W tej chwili na całym świecie nie było nikogo i niczego innego - tylko oni dwaj, zabójca i potwór, i fajka ciążąca
Gabrielowi w dłoni jak nabita ołowiem.
- Porozmawiajmy o potrzebach, Srebroświęty. Nie jest ważne "dlaczego",
nie jest ważne "jak". Moja cesarzowa życzy sobie usłyszeć twoją
historię. Możemy więc siedzieć tutaj jak istoty cywilizowane, gdy ty
oddasz się swojemu wstrętnemu małemu nałogowi, albo możemy się przenieść
do lochów tego château, gdzie nawet diabły boją się zapuszczać. Tak
czy inaczej, moja cesarzowa dostanie swoją opowieść. Nie wiemy tylko,
czy mi ją wywzdychasz, czy wywrzeszczysz.
Był skończony. Przepadł w chwili, gdy sięgnął po fajkę.
Tęsknił za piekłem - i zarazem bał się do niego wrócić.
- Daj ognia, ty zimnokrwisty skurwielu.
Jean-François z Krwi Chastain ponownie pstryknął palcami. Drzwi
otworzyły się ze skrzypieniem i do celi weszła ta sama niewolna co
wcześniej, niosąc zapaloną lampę z wysokim szklanym kominkiem. Była
widoczna wyłącznie jako sylwetka na tle światła: czarna sukienka, czarny
gorset, czarny kanak. W tej chwili mogłaby być córką Gabriela, matką,
żoną... Bez różnicy. Liczył się tylko płomień, który przyniosła.
Gabriel był napięty jak dwie cięciwy łuku i tylko na wpół świadomy
dyskomfortu zimnokrwistego w obecności ognia. Ledwie słyszał jedwabisty
syk jego oddechu prześlizgującego się po zębach. W tej chwili
interesowały go tylko ten ogień i mroczna magya, której za chwilę
doświadczy: krew - proszek - dym - błogość.
- Dawaj to tutaj - polecił. - Pośpiesz się.
Postawiła lampę na stole i pierwszy raz spojrzała mu w oczy. Jej
jasnoniebieskie spojrzenie wyrażało więcej niż wszystkie słowa.
I ty uważasz mnie za niewolnicę? - zdawała się pytać.
Nie obchodziło go to. Nic a nic. Fachowo przyciął knot, żeby płomień
osiągnął odpowiednią wysokość. W powietrzu zapachniało olejem. Od lampy
biło ciepło, wyraźnie wyczuwalne w chłodnym wnętrzu wieży. Przytrzymał
fajkę w idealnej odległości, żeby proszek przemienił się w parę. Poczuł
mrowienie w brzuchu: zaczęło się - subtelna alchemia, mroczna chymija.
Sproszkowana krew bulgotała, kolor przechodził w aromat, pachniało
ostrokorzeniem i miedzią. Przycisnął usta do fajki z większą
namiętnością, niż w przeszłości całował jakąkolwiek kochankę, a potem...
Ach, słodki Boże w niebiesiech, potem się zaciągnął.
Oślepiający żar wypełnił mu płuca. Niebiańska burza zalała umysł.
Wciągając krwawy opar do płuc, jednocześnie krystalizował się i rozpadał
na kawałki, serce tłukło mu się o żebra jak ptak zamknięty w kościanej
klatce, członek napierał na spodnie. Od ujrzenia oblicza Boga dzieliła
go zaledwie jeszcze jedna porcja.
Spojrzał w oczy niewolnej i stwierdził, że widzi przed sobą anioła w ziemskiej powłoce. Chciał ją całować, pić z niej, umrzeć w niej, porwać
ją w ramiona i muskać wargami jej skórę; zęby drgnęły mu w dziąsłach,
czując obietnicę skrytą tuż pod łukiem jej żuchwy, jej puls jak
uderzenia młota na języku, była taka żywa, tak bardzo żywa...
- Chevalier.
Otworzył oczy.
Klęczał obok stolika, w świetle lampy rzucał drżący cień. Nie miał
pojęcia, ile czasu upłynęło. Kobieta zniknęła, jakby nigdy nie istniała.
Słyszał wycie wichury na zewnątrz: jeden głos i dziesiątki szepczące
sekrety po dachach, zawodzące przekleństwa pod okapami, szemrzące jego
imię w koronach czarnych, nagich drzew. Mógłby zliczyć wszystkie źdźbła
słomy na podłodze i każdy włosek stojący mu dęba, wyczuwał woń starego
kurzu i świeżej śmierci, na podeszwach butów czuł wszystkie drogi, które
przemierzył. Zmysły miał wyostrzone jak najlepsza klinga, złamana i zakrwawiona w jego tatuowanych dłoniach.
- Czy... - Pokręcił głową. Próbował chwytać słowa, jakby garściami
nagarniał syrop. Białka oczu miał czerwone jak krew. Spojrzał na
flakonik spoczywający znów na dłoni potwora. - Czyja to... krew?
- Mojej błogosławionej pani - odparł stwór. - Mojej mrocznej matki i bladolicej władczyni, Margot Chastain, Pierwszej i Ostatniej Tego
Imienia, Bezśmiertnej Cesarzowej Wilków i Ludzi.
Gabriel wpatrywał się w płomień lampy z odrobiną tęsknej nienawiści w oczach. Biała jak czaszka ćma wypełzła z jakiegoś mrocznego zakamarka i furkotała teraz wokół światła. Białe jak porcelana palce zamknęły się na
flakoniku i zakryły go przed jego wzrokiem.
- Nie dostaniesz ani kropli więcej, dopóki nie poznam twojej historii.
Mów więc, mów, jakbyś mówił do dziecka. Przyjmij założenie, że ci,
którzy będą ją czytać w przyszłości, całe stulecia od dzisiaj, nic nie
wiedzą o tym miejscu. Albowiem słowa, które za chwilę przeleję na
pergamin, przetrwają równie długo jak całe to nieśmiertelne cesarstwo.
Ta kronika to jedyne uwiecznienie, na jakie możesz liczyć.
Zimnokrwisty wyjął spod peleryny drewnianą skrzyneczkę ozdobioną
rzeźbionym motywem dwóch wilków, dwóch księżyców. Wyciągnął z niej
długie pióro, tak samo czarne jak pióra okalające jego szyję. Na
podłokietniku fotela postawił małą buteleczkę. Zanurzył pióro w atramencie i posłał Gabrielowi wyczekujące spojrzenie.
Gabriel odetchnął głęboko. Czuł jeszcze na ustach smak czerwonego dymu.
- Zaczynaj - powiedział wampir.
I
O jabłkach i jabłoniach
- Wszystko zaczęło się od króliczej nory - powiedział Gabriel.
Ostatni Srebroświęty wpatrywał się w migoczący płomień lampy, jakby
widział tam twarze ludzi dawno zmarłych. Odrobina czerwonego dymu nadal
plamiła powietrze, a on słyszał, jak każde włókno w knocie lampy trzaska
do innej melodii. Lata, które upłynęły między tamtym czasem a obecnym,
wydawały się raptem minutami w jego rozognionym hymnem krwi umyśle.
- Gdy spoglądam wstecz na tamte wydarzenia... - Westchnął. - Uderza
mnie, jakie to zabawne. Wznosi się za mną stos popiołu tak wysoki, że
mógłby dotknąć nieba. Płonące katedry, miasta obrócone w perzynę, groby
przepełnione ciałami pobożnych i nikczemnych, a właśnie od tego wszystko
się zaczęło. - Pokręcił głową ze zdumieniem. - Od zwykłej małej dziury w ziemi. Oczywiście ludzie inaczej to zapamiętają. Truwerzy będą śpiewać o Proroctwie, kapłani bełkotać o planie Wszechmogącego. Tyle że nie
spotkałem jeszcze minstrela, który nie byłby kłamcą, ani świątobliwego
męża, który nie byłby zwykłym kutasem.
- Podobno ty jesteś świętym mężem, srebroświęty - zauważył
Jean-François.
Gabriel de León spojrzał w oczy potworowi i uśmiechnął się blado.
- Brakowało jeszcze dwóch godzin do zmierzchu, kiedy Bóg postanowił
naszczać do mojej owsianki. Miejscowi zburzyli most na Keff, więc
musiałem skręcić na południe do brodu w pobliżu Dhahaeth. To
nieprzyjazna kraina, ale Sędzia...
- Chwileczkę, chevalier. - Markiz Jean-François z Krwi Chastain uniósł
rękę, kładąc pióro między stronicami. - Tak być nie może.
Gabriel zamrugał zaskoczony.
- Nie?
- Nie - odpowiedział wampir. - Powiedziałem ci: to opowieść o tym, kim
jesteś. Jak doszło do tego wszystkiego. Historie nie zaczynają się w połowie. Historie zaczynają się od początku.
- Chcesz usłyszeć o Graalu. Królicza nora to miejsce, w którym zaczyna
się opowieść.
- Jak już powiedziałem, spisuję tę historię dla tych, którzy będą żyć
długo po tym, jak ty zamienisz się w karmę dla robaków. Zacznij
łagodnie. - Jean-François machnął smukłą dłonią. - Urodziłem się...
Dorastałem...
- Urodziłem się w zapadłej dziurze zwanej Lorson. Wychowałem się jako
syn kowala. Najstarszy z trójki dzieci. Nie byłem nikim nadzwyczajnym.
Wampir obrzucił go spojrzeniem od butów po czoło.
- Obaj dobrze wiemy, że to nie jest prawda.
- Jeśli idzie o to, co wiesz na mój temat, zimnokrwisty, to gdyby zebrać
te ochłapy do kupy i wycisnąć do sucha, to prawie, prawie wypełniłyby
pieprzony naparstek.
Stwór zwany Jeanem-François ziewnął w afektowany sposób.
- Wobec tego oświeć mnie. Twoi rodzice. Byli pobożnymi ludźmi?
Gabriel już otworzył usta, żeby go zganić, ale słowa uwięzły mu w gardle, kiedy spojrzał na książkę, którą Jean-François trzymał na
kolanach. Zdał sobie sprawę, że zimnokrwisty nie tylko zapisuje każde
jego słowo, ale także szkicuje; posługiwał się swoją nadnaturalną
szybkością, żeby nakreślić kilka linii między każdym wdechem i wydechem.
Gabriel widział, jak linie łączą się już w obraz - portret mężczyzny en
trois quarts. Udręczone szare oczy. Szerokie ramiona i długie włosy,
czarne jak serce nocy. Wyrazista szczęka obsypana delikatnym zarostem i obryzgana zaschniętą już krwią. Dwie blizny ciągnęły się pod jego prawym
okiem, jedna długa, druga krótka, prawie jak strugi łez. To była twarz,
którą Gabriel znał jak własną.
Bo to była jego własna twarz, rzecz jasna.
- Uderzające podobieństwo - powiedział.
- Merci - mruknął potwór.
- Portretujesz też inne pijawki? To musi być trudne po pewnym czasie,
wciąż pamiętać, jak się wygląda, skoro nawet lustro nie chce się
splugawić twoim obliczem.
- Marnujesz na mnie swój jad, chevalier. O ile można nazwać tę lurę
jadem.
Gabriel zagapił się na wampira, przesuwając opuszkiem palca po wardze.
Pod wpływem hymnu krwi, tego pobudzającego, pulsującego daru fajki,
którą wypalił, każde doznanie zostało tysiąckrotnie zwielokrotnione. Moc
stuleci w jego żyłach.
Czuł siłę, którą obdarzył go hymn krwi, odwagę, jaka idzie ręka w rękę z taką siłą; odwagę, która pozwoliła mu przejść przez piekło Augustin,
przez iglice Charbourga i szeregi Bezkresnego Legionu. I chociaż Gabriel
de León wiedział, że to wrażenie wkrótce minie, był teraz nieustraszony.
- Sprawię, że zaczniesz wrzeszczeć, pijawko. Spuszczę z ciebie krew jak
z wieprza, upchnę twoje najlepsze kawałki do fajki na później i pokażę
ci, ile naprawdę jest warta ta twoja nieśmiertelność. - Spojrzał w puste
oczy potwora. - To było dostatecznie jadowite?
Uśmieszek wykrzywił usta Jeana-François.
- Rzeczywiście słyszałem, że jesteś człowiekiem skłonnym do gniewu.
- Ciekawe. Ja w ogóle o tobie nie słyszałem.
Uśmiech powoli stopniał. Minęła przeciągająca się chwila ciszy, zanim
potwór znowu się odezwał.
- Twój ojciec. Kowal. Był pobożnym człowiekiem?
- Był beznadziejnym pijakiem, którego czarujący uśmiech sprawiał, że
zakonnica gubiła dolne niewymowne, a pięści budziły zgrozę nawet wśród
aniołów.
- Przychodzi mi na myśl powiedzenie o jabłkach i odległości, w jakiej
spadają od jabłoni.
- Nie przypominam sobie, żebym pytał cię o opinię na mój temat,
zimnokrwisty.
Potwór zamalowywał cienie wokół oczu Gabriela, gdy tak gawędzili.
- Opowiedz mi o nim. O człowieku, który wychował legendę. Jak się
nazywał?
- Raphael.
- Zatem nazwano go na cześć aniołów, które się go bały. Tak samo jak
ciebie.
- Nie mam wątpliwości co do tego, jak bardzo je to wkurzało.
- Dobrze się dogadywaliście?
- A czy ojcowie i synowie kiedykolwiek się dogadują? Dopiero kiedy sam
staniesz się dorosłym człowiekiem, zaczynasz widzieć, kim naprawdę był
mężczyzna, który cię wychowywał.
- Nie mam o tym najmniejszego pojęcia.
- To prawda. Nie jesteś człowiekiem.
Oczy martwego stwora zabłysły, gdy podniósł wzrok.
- Dzięki pochlebstwom daleko zajdziesz.
- Te dłonie białe jak lilie. Te złote loki. - Gabriel obrzucił
spojrzeniem wampira, mrużąc oczy. - Z pochodzenia jesteś Elidaeńczykiem?
- Skoro tak mówisz - odpowiedział Jean-François.
Gabriel skinął głową.
- To, co powinieneś wiedzieć o mojej famille, wampirze, zanim
przejdziemy do rzeczy, to fakt, że byliśmy Nordlundczykami. Wy,
mieszkańcy wschodu, jesteście ładniutcy, to jedno jest pewne. A w Nordlundzie? Tamtejsi ludzie są gwałtowni. Wiatry znad Bożych Posłańców
tną moją ojczyznę jak miecze. To nieokiełznana kraina. Brutalna. Przed
pokojem zawartym w Augustin Nordlund najeżdżano częściej niż
jakiekolwiek inne królestwo w historii cesarstwa. Słyszałeś legendę o Matteo i Elainie?
- Oczywiście - Jean-François skinął głową. - Nordlundzki
książę-wojownik, który poślubił elidaeńską królową w czasach
poprzedzających cesarstwo. Mówi, że Matteo kochał Elainę z siłą czterech
zwykłych mężczyzn. A kiedy umarli, Wszechmogący umieścił ich pośród
gwiazd na niebie, żeby mogli na zawsze pozostać razem.
- To jedna z wersji tej opowieści. - Gabriel się uśmiechnął. - A Matteo
rzeczywiście zaciekle kochał Elainę, to jedno się zgadza. W Nordlundzie
jednak opowiadamy inną historię. Widzisz, Elaina słynęła z urody pośród
wszystkich pięciu królestw i pozostałe cztery trony wysłały książąt,
żeby starali się o jej rękę. Pierwszego dnia książę z Talhostu
zaproponował jej stado wspaniałych tundrowych kuców, sprytnych jak koty
i białych jak śniegi jego ojczyzny. Drugiego dnia książę z S?dhaemu
przyniósł Elainie koronę z błyszczącego złotoszkła wydobywanego w jego
ojczystych górach. Trzeciego dnia książę z Osswayu zaoferował jej statek
zbudowany z bezcennego świętodrzewia, który przewiózłby ją przez
Wiecznomorze. Niestety książę Matteo był biedny. Odkąd się urodził, na
jego ojczyznę stale napadały Talhost, S?dhaem i Ossway. Nie miał
wierzchowców, złotoszkła ani świętodrzewia na podarki. Zamiast tego
przysiągł Elainie, że będzie ją kochał z siłą czterech mężczyzn. I żeby
tego dowieść, kiedy stanął przed jej tronem i obiecał swoje serce,
złożył u jej stóp serca pozostałych zalotników. Książąt, którzy napadali
na jego ojczyznę. Cztery serca, włącznie z własnym.
Wampir prychnął szyderczo.
- Chcesz więc powiedzieć, że wszyscy Nordlundczycy to zbrodniczy
szaleńcy?
- Chcę powiedzieć, że jesteśmy ludźmi namiętnymi - odparł Gabriel. - Na
dobre i na złe. Żeby poznać moją famille, żeby poznać mnie, musisz to
wiedzieć. Nasze serca przemawiają głośniej niż głowy.
- Zatem twój ojciec... też był człowiekiem, którym targały namiętności?
- Oui. Tyle że nie było w tym krztyny czegokolwiek dobrego. Był chory
do szpiku kości.
Srebroświęty pochylił się, opierając łokcie na kolanach. W celi panowała
cisza, jeśli pominąć szybki zgrzyt pióra zimnokrwistego pracującego nad
portretem i nieprzeliczony chór szeptów wiatru.
- Nie był tak wysoki jak ja, ale był zbudowany jak ceglany mur. Przez
trzy lata służył jako zwiadowca w armii Philippe'a IV, zanim stary
cesarz zmarł. Porwała go lawina śnieżna podczas kampanii na Pogórzu
Osswayskim. Złamał nogę, która nigdy nie zrosła się, jak należy, więc
zajął się kowalstwem. Pracował w twierdzy miejscowej baronii, gdzie
poznał moją matkę, kruczowłosą piękność, dostojną i dumną. Nie mógł się
w niej nie zakochać. Żaden mężczyzna nie potrafił się jej oprzeć. Córka
samego barona. Demoiselle de León.
- Twoja matka nazywała się de León? Odniosłem wrażenie, że u was
nazwisko otrzymuje się po ojcu. Kobiety porzucają swoje nazwisko,
wychodząc za mąż.
- Moi rodzice nie byli małżeństwem, gdy mnie poczęli.
Wampir zasłonił usta smukłymi palcami.
- Skandal!
- Mój dziadek z pewnością tak myślał. Zażądał od córki, żeby się mnie
pozbyła, kiedy tylko zaczęło być widać, że jest przy nadziei, ale mama
odmówiła. Ojciec wyrzucił ją, przeklinając na wszelkie sposoby, jakie
tylko przyszły mu na myśl. Ona jednak była jak skała, ta moja matka.
Nikomu się nie kłaniała.
- Jak miała na imię?
- Auriél.
- Pięknie.
- Imię równie piękne jak ona sama. I ta uroda pozostała nieprzyćmiona
nawet w takiej zapadłej dziurze jak Lorson. Ona i tata sprowadzili się
tam, nie mając nic poza koszulą na grzbiecie. Urodziła mnie w wioskowym
kościele, bo ich chata nie miała wtedy jeszcze dachu. Rok później
urodziła się moja siostra, Amélie, a później moja najmłodsza
siostrzyczka Celene. Rodzice byli już wtedy małżeństwem i moje siostry
nosiły nazwisko ojca, Castia. Zapytałem ojca, czy też mógłbym nosić jego
nazwisko, ale odmówił. To mi powinno dać wtedy do myślenia. To i sposób,
w jaki mnie traktował.
Zapatrzony w dal Gabriel przesunął palcami po cienkiej bliźnie na
podbródku.
- Robota tych pięści, których bały się anioły? - mruknął Jean-François.
Gabriel pokiwał głową.
- Jak już wspomniałem, Raphael Castia był porywczym człowiekiem, którym
targały namiętności. I te namiętności nim rządziły. Mama była pobożną
kobietą. Wychowała nas w Jednej Wierze, w głębokiej miłości do
Wszechmogącego i Matki-Dziewicy. Jego miłość była zaś inna.
Trawiła go choroba. Teraz to wiem. Walczył na wojnie tylko trzy lata,
ale nosił to w sobie przez resztę życia. Nigdy nie napotkał butelki, do
której dna nie chciałby jak najszybciej się dostać. Ani ładnej
dziewczyny, której by odmówił. Prawdę mówiąc, wszyscy woleliśmy jego
zdrady. Kiedy wychodził się łajdaczyć, zwyczajnie znikał na dzień albo
dwa. Kiedy jednak był w domu i pił... To było jak życie z beczką
czarnego ignisu. Proch tylko czekał na iskierkę.
Złamał raz rękojeść siekiery na moich plecach, kiedy nie narąbałem dość
drewna. Połamał mi żebra, kiedy zapomniałem przynieść wody ze studni.
Nigdy nie tknął mamy, Amélie ani Celene. Ani razu. Ja jednak znałem jego
pięści jak własne imię. I myślałem, że to miłość.
Dzień później ta sama stara śpiewka: mama się wściekała, tata przysięgał
na Boga i wszystkich Siedmioro Męczenników, że się zmieni, i och, jak on
się zmieniał. Przyrzekał, że odstawi butelkę, i przez pewien czas
byliśmy szczęśliwi. Zabierał mnie na polowanie albo na ryby, uczył mnie
fechtunku, którego sam nauczył się jako zwiadowca, tropienia, życia w dziczy. Pokazywał, jak sprawić, by wilgotne drewno się zapaliło. Jak
chodzić bezszelestnie po suchych liściach. Jak wyszykować sidła, które
nie zabiją zwierzyny. A nade wszystko uczył mnie o lodzie. Uczył mnie o śniegu. Jak spada. Jak zabija. Pukając w swoją złamaną nogę, uczył mnie
prawd na temat śnieżycy, ślepoty śnieżnej, lawin. Spania pod gwiazdami w górach, jak mógłby to robić prawdziwy ojciec.
Ale to nigdy nie trwało zbyt długo.
"Wojna nie uczy cię, jak zostać zabójcą" - powiedział mi pewnego razu.
"To tylko klucz, który otwiera drzwi. We krwi wszystkich mężczyzn kryje
się bestia, Gabrielu. Możesz ją głodzić. Zamknąć w klatce. Przekląć. Ale
ostatecznie albo zapłacisz to, co jej się należy, albo sama to z ciebie
wyrwie".
Pamiętam, jak siedziałem przy stole podczas moich ósmych świątek, a mama
wycierała mi krew z twarzy. Uwielbiała mnie, ta moja matka, chociaż moje
narodziny tak wiele ją kosztowały. To było dla mnie oczywiste jak ciepło
słońca na mojej skórze. Zapytałem ją, dlaczego ojciec mnie nienawidzi,
skoro ona potrafi mnie tak bardzo kochać. Spojrzała mi tamtego dnia w oczy i westchnęła z największych głębin serca.
"Wyglądasz jak on" - powiedziała. "Niech mi Bóg dopomoże, ale wyglądasz
dokładnie tak jak on, Gabrielu".
Ostatni Srebroświęty wyprostował nogi i zerknął na szkic wampira.
- Najzabawniejsze było to, że mój ojciec był barczysty i krępy, a ja już
wtedy byłem wysoki. Jego skóra była ogorzała, a moja blada jak u ducha.
Widziałem matkę w zarysie swoich ust, w szarości moich oczu, ale prawda
była taka, że w niczym nie przypominałem ojca.
Zdjęła sygnet, jedyny skarb, jaki zabrała z domu ojca. Był srebrny, z herbem rodu de León: dwa lwy po bokach tarczy z dwoma skrzyżowanymi
mieczami. Wsunęła mi go na palec i mocno uścisnęła mi dłoń.
"Krew lwów płynie w twoich żyłach" - powiedziała mi tamtego dnia. "A jeden dzień lwa jest wart dziesięciu tysięcy dni jagnięcia. Nigdy nie
zapomnij, że jesteś moim synem. Pamiętaj jednak, że jest w tobie głód.
Głód, przed którym musisz się strzec, mój słodki Gabrielu. Bo inaczej
pożre cię w całości".
- Sprawia wrażenie imponującej kobiety - odezwał się Jean-François.
- I taka była. Kroczyła po błotnistych uliczkach Lorson jak szlachetnie
urodzona dama po złoconych korytarzach cesarskiego dworu. Chociaż
urodziłem się z nieprawego łoża, powiedziała, żebym nosił swoje
arystokratyczne nazwisko jak koronę. I żebym spluwał czystym jadem na
każdego, kto będzie twierdził, że nie mam do tego prawa. Mama znała
siebie, a w tym kryje się budząca zgrozę siła. Wynika z wiedzy, kim
jesteś i do czego dokładnie jesteś zdolny. Pewnie większość ludzi
nazwałaby to arogancją, ale większość ludzi to skończeni głupcy.
- Czy wasi kapłani nie nauczają z ambon o cnocie pokory? - zapytał
Jean-François. - Nie obiecują, że pokorni odziedziczą ziemię?
- Przeżyłem trzydzieści pięć lat pod nazwiskiem, które dała mi matka,
zimnokrwisty, i ani razu nie widziałem, by pokorni odziedziczyli coś
poza ochłapami ze stołu silnych.
Gabriel spojrzał przez okno na góry. Na mrok, który osuwał się przed
nimi na kolana jak grzesznik. Na zgrozę, która grasowała tam
niepohamowana. Na drobniutkie iskierki człowieczeństwa migoczące na
wygłodniałym wietrze, by wkrótce na zawsze zgasnąć.
- Poza tym, kto chciałby, kurwa, odziedziczyć taką ziemię?
II
Początek końca
Cisza zakradła się do pokoju w miękkich pantoflach. Gabriel patrzył
zagubiony w myślach i wspomnieniach pieśni chóralnej, srebrodzwonków i czarnej tkaniny, która rozchylała się, by odsłonić gładkie, blade
kształty, aż ciche pukanie pióra o stronę przerwało jego zadumę.
- Może powinniśmy zacząć od bezdnia - powiedział potwór. - Musiałeś być
raptem dzieckiem, kiedy cień przesłonił słońce.
- Oui. Byłem małym chłopcem.
- Opowiedz mi o tym.
Gabriel wzruszył ramionami.
- To był dzień jak każdy inny. Pamiętam, że kilka nocy wcześniej
obudziło mnie drżenie. Jakby ziemia poruszyła się we śnie. Jednak ten
dzień był zupełnie zwyczajny. Pracowałem w kuźni z ojcem, kiedy się
zaczęło. Cień wylał się na niebo jak melasa, zamieniając błyszczący
lazur w ponurą szarość, a słońce pociemniało jak węgiel. Cała wioska
zebrała się na placu i patrzyła, jak powietrze staje się chłodne, a światło dzienne przygasa. Oczywiście baliśmy się, że to czary. Magya
faerie. Diabelskie sztuczki. Myśleliśmy jednak, że to minie, jak mija
wszystko inne.
Możesz sobie wyobrazić, jaka zgroza nas ogarnęła, kiedy mijały tygodnie
i miesiące, a ciemność nie ustępowała. Początkowo nazywaliśmy to różnymi
imionami: Zaciemnieniem, Zasłoną, Pierwszą Apokalipsą. Jednak
astrologowie i filozofowie na dworze cesarza Alexandre'a III nazwali to
"bezdniem" i ostatecznie my też zaczęliśmy tak to nazywać. W czasie mszy
p?re Louis nauczał z ambony, że potrzebujemy tylko wiary we
Wszechmogącego, żeby to przetrwać. Trudno jednak wierzyć w światło
Wszechmocnego, kiedy słońce świeci jak przygasająca świeczka, a wiosna
jest równie mroźna jak środek zimy.
- Ile miałeś wtedy lat?
- Osiem. Prawie dziewięć.
- A kiedy zdałeś sobie sprawę, że my, Krewni, zaczęliśmy chodzić za
dnia?
- Miałem trzynaście lat, kiedy zobaczyłem mojego pierwszego
nieszczęśnika.
Historyk przechylił głowę.
- Wolimy określenie "brudnokrwisty".
- Proszę o wybaczenie, wampirze. - Srebroświęty się uśmiechnął. - Ale
czy w jakikolwiek sposób dałem ci, kurwa, do zrozumienia, że choćby
odrobinę interesują mnie twoje preferencje?
Jean-François tylko na niego popatrzył. Gabriela znowu ogarnęło
przemożne wrażenie, że potwór jest zbudowany z marmuru, nie z ciała.
Wyczuwał mroczne promieniowanie woli wampira, zgrozę tego, czym naprawdę
jest, kłamstwo, jakim było wywierane przez niego wrażenie - że jest
piękny, młody, zmysłowy. Wszystkie te odczucia walczyły ze sobą w głowie
Gabriela. W jakimś na poły mrocznym, oświetlonym zaledwie ogarkiem
zakamarku jego umysłu siedziała świadomość tego, jak łatwo mogą go
skrzywdzić. Jak szybko mogą rozproszyć iluzję, jakoby panował nad
sytuacją.
Jednakże na tym właśnie polega problem z odebraniem człowiekowi
wszystkiego, co ma, prawda?
Kiedy nie masz nic, nie masz już niczego do stracenia.
- Miałeś trzynaście lat - powiedział Jean-François.
- Kiedy zobaczyłem swojego pierwszego nieszczęśnika. - Gabriel pokiwał
głową. - Minęło pięć lat od nastania bezdnia. Słońce było tylko czarną
smugą za plamą nieba, kiedy świeciło najmocniej. Śnieg padał teraz szary
zamiast białego i pachniał siarką. Głód ścinał ludzi jak kosa,
straciliśmy przez te lata połowę wioski z powodu głodu i zimna. Wciąż
byłem chłopcem, ale już widziałem więcej trupów, niż potrafiłbym
zliczyć. W samo południe było ciemno jak o zmierzchu, a zmierzchy stały
się mroczne jak środek nocy. Na każdy posiłek jedliśmy grzyby i pierdolone kartofle i nikt, ani kapłani, ani filozofowie, ani nawet
szaleńcy, którzy piszą własnym gównem, nie potrafił wyjaśnić, ile
jeszcze czasu musi to potrwać. P?re Louis nauczał, że to próba naszej
wiary. Byliśmy głupcami, bo mu wierzyliśmy.
A potem Amélie i Julieta zaginęły.
Gabriel urwał na chwilę zagubiony w wewnętrznym mroku. Echo śmiechu w jego głowie, ładny uśmiech i długie czarne włosy, oczy równie szare jak
jego własne.
- Amélie? - zapytał Jean-François. - Julieta?
- Amélie była moją siostrą, środkowym dzieckiem, Celene była najmłodsza
z naszej trójki, a ja najstarszy. Kochałem je obie, były mi równie
drogie i bliskie jak moja słodka mama. Ami miała długie ciemne włosy i jasną skórę jak ja, ale pod względem temperamentu byliśmy jak świt i zmierzch. Oblizywała palec i rozcierała mi zmarszczkę między brwiami,
tłumacząc, żebym się tak nie krzywił. Czasem widziałem, jak tańczy,
jakby grała muzyka, którą tylko ona słyszy. Wieczorami, kiedy kładliśmy
się spać z Celene, opowiadała nam historie. Ami najbardziej lubiła te
przerażające. O występnych faerie, czarnoksięstwie i przeklętych
księżniczkach.
Famille Juliety mieszkała po sąsiedzku. Ona sama miała dwanaście lat,
tak jak Amélie. Obie straszliwie droczyły się ze mną, kiedy spędzaliśmy
razem czas. Pewnego dnia zbieraliśmy sami w lesie białopąki, a ja
uderzyłem się w palec u nogi i wezwałem imię Wszechmogącego nadaremno.
Wtedy Julieta zagroziła, że powie p?re Louisowi o moim bluźnierstwie,
chyba że ją pocałuję.
Oczywiście zaprotestowałem. Dziewczęta mnie wówczas przerażały. Z drugiej strony p?re Louis stawał na swojej ambonie w każde pri?di i wykrzykiwał o piekle i potępieniu, więc zwykły całus wydawał się lepszy
od kary, jaka mnie czekała, gdyby Julieta powiedziała mu o moim grzechu.
Była wyższa ode mnie. Musiałem stanąć na palcach, żeby dosięgnąć.
Pamiętam, że nosy nam trochę przeszkadzały, ale wreszcie przycisnąłem
wargi do jej ust ciepłych jak dawno utracone słońce. Miękkich i wzdychających. Uśmiechnęła się potem do mnie. Powiedziała, że powinienem
częściej bluźnić. To był mój pierwszy pocałunek, zimnokrwisty.
Skradziony w umierającym lesie pod wpływem strachu przed Wszechmogącym.
Było późne lato, kiedy ta dwójka zaginęła. Zniknęła pewnego dnia, gdy
zbieraliśmy kurki. Amélie często zdarzało się wracać później, niż
zapowiedziała. Mama ostrzegała ją, żeby nie szła przez życie z głową w chmurach, ale moja siostra odpowiadała: "Przynajmniej tam czuję słońce".
Jednakże kiedy zapadł zmrok, wiedzieliśmy, że stało się coś złego.
Szukałem ich z mężczyznami z naszej wioski. Moja najmłodsza siostrzyczka
Celene też poszła, była zacięta jak lwica i chociaż miała tylko
jedenaście lat, nikt nie śmiał jej zabronić. Po tygodniu ojciec stracił
głos od nawoływania. Mama nie jadła, nie spała. Nigdy nie znaleźliśmy
ich ciał. Za to dziesięć dni później to one nas odnalazły.
Gabriel przesunął palcem po powiece, wyczuwając ruch każdej pojedynczej
rzęsy na opuszce palca. Chłodny wiatr poruszył długimi włosami
opadającymi mu na ramiona.
- Układałem właśnie opał potrzebny do kuźni razem z Celene, kiedy Amélie
i Julieta wróciły do domu. Zimnokrwisty, który je zabił, wyrzucił ich
ciała do bagna, gdy już zrobił swoje, więc były brudne od błota, miały
przemoczone sukienki. Stały na ulicy przed naszą chatą, ze splecionymi
dłońmi. Oczy Juliety stały się trupio białe, a te usta, które były
ciepłe jak słońce, poczerniały. Ukazywały drobne, ostre ząbki, kiedy
rozchyliła je, uśmiechając się do mnie.
Jej matka wybiegła z domu, płacząc z radości. Porwała córkę w ramiona i wychwalała Boga i wszystkich Siedmioro Męczenników za sprowadzenie jej z powrotem do domu. A Julieta rozerwała jej gardło na naszych oczach. Po
prostu, kurwa... rozgryzła je jak dojrzały owoc. Ami też rzuciła się na
ciało, skrobiąc rękami i sycząc głosem, który do niej nie należał. -
Gabriel z trudem przełknął ślinę. - Nigdy nie zapomniałem odgłosu, jaki
wydawała, gdy zaczęła pić.
Mężczyźni z wioski wiwatowali na cześć mojej odwagi po tym, co wydarzyło
się następnie. A ja chciałbym powiedzieć, że właśnie odwagę czułem, gdy
moja siostra zanurzyła twarz w kałuży, malując usta i policzki ciemną
czerwienią. Kiedy jednak wspominam to teraz, wiem, co naprawdę sprawiło,
że zostałem na miejscu, podczas gdy mała Celene uciekła z krzykiem.
- Miłość? - zapytał zimnokrwisty.
Ostatni Srebroświęty pokręcił głową, patrząc jak zaczarowany w płomień
lampy.
- Nienawiść - odpowiedział w końcu. - Nienawiść do tego, czym stały się
moja siostra i Julieta. Do tego, co je tak przemieniło. A przede
wszystkim nienawiść na myśl, że właśnie w taki sposób zapamiętam te
dziewczęta. Nie będę wspominał skradzionego pocałunku Juliety pod
umierającymi drzewami. Nie będę pamiętał Amélie, jak opowiadała nam
wieczorne historyjki. Tylko to właśnie: dwie dziewczyny na czworakach
chłepczące krew z błota jak zdychające z głodu psy. Nienawiść to było
wszystko, co znałem w tamtej chwili; jej moc i wszystkie obietnice,
jakie ze sobą niosła. Zakorzeniła się we mnie tamtego zimnego letniego
dnia i prawdę mówiąc, wątpię, żeby kiedykolwiek mnie opuściła.
Jean-François spojrzał na ćmę, która wciąż na próżno uderzała skrzydłami
o szkło lampy.
- Nadmiar nienawiści spali człowieka na popiół, chevalier.
- Oui, ale przynajmniej ogrzeje go przed śmiercią. - Ostatni
Srebroświęty spojrzał na wytatuowane dłonie, zaciskając palce. - Nie
potrafiłem skrzywdzić siostry. Nawet wtedy ją kochałem. Dlatego
podniosłem siekierę i uderzyłem prosto w szyję Juliety. Cios był
dostatecznie silny. Miałem dopiero trzynaście lat, a nawet dorosły
mężczyzna namęczy się, ścinając głowę człowiekowi, nie wspominając już o głowie zimnokrwistego. Stwór, którym była Julieta, padł w błoto, łapiąc
za siekierę wbitą w czaszkę. Amélie uniosła głowę, krwawa ślina ściekała
jej po podbródku. Spojrzałem jej w oczy i to było jak spojrzenie w twarz
piekła. Nie w ogień i siarkę, którą obiecywał nam z ambony p?re Louis,
ale w... pustkę.
W pierdoloną nicość.
Moja siostra otworzyła usta i zobaczyłem długie i błyszczące jak noże
zęby. I dziewczyna, która każdego wieczoru przed snem opowiadała mi
bajki, która tańczyła do muzyki, jaką tylko ona słyszała, wstała i mnie
uderzyła.
Boże w niebiesiech, ależ była silna. Nic nie poczułem, dopóki nie
runąłem w błoto. A potem usiadła mi na piersi i poczułem smród zgnilizny
i świeżej krwi w jej oddechu, a gdy jej kły musnęły mi szyję,
wiedziałem, że zaraz umrę. Spojrzałem w jej puste oczy i mimo nienawiści
i strachu pragnąłem tego.
Cieszyłem się na to.
Jednakże coś wtedy się we mnie obudziło. Jak niedźwiedź, który budzi się
głodny z zimowego snu. Gdy moja siostra otworzyła gnijące usta, złapałem
ją za gardło. Boże, była dość silna, żeby zmiażdżyć kości na proszek,
ale mimo to udało mi się ją odepchnąć. Kiedy drapała mnie po twarzy
zakrwawionymi palcami, poczułem żar zalewający mi rękę, mrowiący na
każdym calu skóry. Coś mrocznego. Coś głębokiego. I z wrzaskiem, od
którego wnętrzności zamieniły mi się w wodę, Amélie cofnęła się, łapiąc
się za bulgocącą skórę na gardle.
Czerwona para buchnęła jej ze skóry, jakby krew w żyłach dziewczyny się
zagotowała. Czerwone łzy spłynęły po policzkach, gdy wrzasnęła. Do tego
czasu krzyki Celene sprawiły, że cała wioska zbiegła się do nas. Silne
ręce złapały Amélie i odrzuciły, kiedy wójt przyłożył pochodnię do jej
sukienki. Amélie zapłonęła jak ognisko na Jednorodziny. Julieta czołgała
się z moją siekierą wbitą w głowę, kiedy ją też podpalili. Dźwięk, jaki
wydawała z siebie, płonąc... Boże, to było... bezbożne. Siedziałem w błocie z Celene, która przykucnęła obok, i patrzyliśmy, jak nasza
siostra wiruje niczym żywa pochodnia. Ostatni makabryczny taniec. Ojciec
musiał trzymać matkę, żeby nie rzuciła się w ogień. Jej krzyki były
głośniejsze od krzyków Amélie.
Sprawdzali mi gardło tuzin razy, ale nie miałem nawet zadrapania. Celene
uściskała mi rękę i zapytała, czy nic mi nie jest. Niektórzy ludzie
patrzyli na mnie dziwnie, zastanawiając się, jakim cudem przeżyłem. A p?re Louis ogłosił, że to cud. Oznajmił, że Bóg oszczędził mnie dla
wyższych celów.
Mimo to łajdak odmówił pochowania obu dziewczynek. "Umarły
niewyspowiadane", orzekł. Ich prochy zabrano na rozstaje dróg i rozsypano, żeby nigdy więcej nie były w stanie odnaleźć drogi do domu.
Grób mojej siostry miał na zawsze pozostać pusty na niepoświęconej
ziemi, a jej dusza została potępiona na wieki. Mimo wszystkich jego
pochwał serdecznie znienawidziłem za to tego kutasa Louisa.
Czułem na sobie zapach popiołów Amélie przez wiele kolejnych dni. Śniłem
o niej latami. Czasem Julieta przychodziła razem z nią. We dwie siadały
na mnie i całowały mnie czarnymi, jakże czarnymi ustami. I chociaż nie
miałem pojęcia, co mi się przydarzyło i jak, na Boga, przeżyłem, to
jedno wiedziałem z absolutną i niezachwianą pewnością.
- Że Krewni naprawdę istnieją - domyślił się Jean-François.
- Nie. Myślę, że już wtedy w to wierzyliśmy w głębi serc, zimnokrwisty.
Och, wypudrowani panowie z Augustin, Coste i Asheve uznaliby nas za
zacofanych, ale w Lorson przy ogniu zawsze opowiadało się o wąpierzach,
tancerzach zmierzchu, faerie i innych czarcich pomiotach. W nordlundzkich prowincjach potwory były równie prawdziwe jak Bóg i jego
aniołowie. Tyle że dzwony kaplicy wybiły właśnie południe, kiedy Amélie
i Julieta wróciły do domu. Dzień najwyraźniej w ogóle im nie
przeszkadzał. Wszyscy wiedzieliśmy, co działa na zgubę Umarłych, jaka
broń nas ocali: ogień, srebro, a przede wszystkim światło słoneczne.
Gabriel zamilkł na chwilę, zagubił się w myślach, szare oczy mu
spochmurniały.
- Widzisz, to był bezdzień. Nawet wiele lat później w opactwie San
Michon żaden srebroświęty nie potrafił wyjaśnić tego, co się stało. Opat
Khalid twierdził, że wielka gwiazda spadła na wschodzie, daleko, za
morzami, i jej ogień wzbił tak gęsty dym, że przesłonił słońce. Mistrz
Szaroręki powiedział nam, że doszło do kolejnej wojny w niebie i Bóg
zrzucił zbuntowane anioły z taką nienawiścią, że ziemia trysnęła w niebo
i zawisła jak zasłona między jego królestwem i piekłem. Nikt jednak tak
naprawdę nie wiedział, dlaczego welon przesłonił niebo. Nikt nie
wiedział wtedy i możliwe, że nikt nie wie nawet teraz.
Wszyscy ludzie w wiosce wiedzieli, że nasze dni stały się niemal tak
ciemne jak noc i że stworzenia nocy krążą teraz swobodnie podczas tych
niby-dni. Stojąc na skrzyżowaniu dróg pod Lorson, kiedy rozrzucali
prochy mojej siostry, trzymając za rękę Celene, gdy nasza matka
wrzeszczała jak obłąkana, zrozumiałem. Myślę, że w głębi duszy wszyscy
zrozumieliśmy.
- Co takiego? - dopytywał się Jean-François.
- Że to początek końca.
- Nie trać ducha, chevalier. Wszystkie rzeczy mają swój koniec.
Gabriel uniósł wzrok, a jego krwistoczerwone oczy zabłysły.
- Oui, wampirze. Jak najbardziej wszystkie.