Wampirze cesarstwo. Księga 1 - Jay Kristoff

Kup ebooka

54.99 zł
46.74 zł (44,59 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

III

Kolor pra­gnie­nia

- Co było potem? - zapy­tał Jean-François.

Gabriel wziął głę­boki wdech.

- Mama ni­gdy się nie otrzą­snęła po śmierci mojej sio­stry. Ni­gdy potem nie widzia­łem, żeby moi rodzice poca­ło­wali się. Jakby duch Amélie zabił w końcu to, co jesz­cze się mię­dzy nimi ucho­wało. Smu­tek zamie­nił się w pre­ten­sję, a pre­ten­sja w gniew. Opie­ko­wa­łem się Celene naj­le­piej, jak potra­fi­łem, ale wyra­stała na dia­bła wcie­lo­nego, zawsze szu­kała kło­po­tów albo zwy­czaj­nie sama je ścią­gała, jeśli nie mogła ich zna­leźć. Żałoba oka­le­czyła mamę, którą wypeł­niły pustka i gniew. Ojciec szu­kał ucieczki w butelce, a jego pię­ści stały się jesz­cze cięż­sze niż dotąd. Roz­kwa­szały usta i łamały palce.

Nie ma bole­ści więk­szej od tej, któ­rej doświad­czasz w poje­dynkę. Nie ma nocy ciem­niej­szych niż te, które spę­dzasz samot­nie. Można się jed­nak nauczyć żyć z każ­dym brze­mie­niem. Rany zabliź­niają się tak grubo, że w końcu stają się zbroją. Czu­łem, że coś we mnie nara­sta, jak nasiono cze­ka­jące w zim­nej ziemi. Myśla­łem, że tak to jest, gdy chło­piec staje się męż­czy­zną. A tak naprawdę nie mia­łem, kurwa, poję­cia, czym się sta­wa­łem.

Mimo wszystko dora­sta­łem. Byłem już słusz­nego wzro­stu, a dzięki pracy w kuźni sta­łem się twardy jak stal. Zaczą­łem zauwa­żać, że dziew­czyny w wio­sce zer­kają na mnie jak to młode dziew­czyny, szep­cąc mię­dzy sobą, gdy je mija­łem. Nie wie­dzia­łem jesz­cze wtedy dla­czego, ale coś we mnie je przy­cią­gało. Nauczy­łem się, jak zamie­niać szepty w uśmie­chy, jak uśmie­chy zamie­niać w coś jesz­cze słod­szego. Już nie kra­dłem poca­łun­ków, bo chęt­nie mi je dawano.

Pod­czas mojej pięt­na­stej zimy zaczą­łem cho­dzić na schadzki z dziew­czyną, która miała na imię Ilsa. Była córką wójta, sio­strze­nicą samego p?re Louisa. Oka­zało się, że potra­fię być prze­bie­głym sukin­sy­nem, jeśli zechcę. Zakra­da­łem się nocą do domu wójta, wspi­na­łem się po umie­ra­ją­cym dębie za oknem Ilsy. Szep­ta­łem do okna, ona zapra­szała mnie do środka, a potem tonę­li­śmy w despe­rac­kich, łap­czy­wych poca­łun­kach i tych pierw­szych nie­zręcz­nych piesz­czo­tach, które roz­pa­lają krew w żyłach mło­dego męż­czy­zny.

Moja matka tego nie pochwa­lała. Rzadko się kłó­ci­li­śmy, ale w kwe­stii Ilsy... Boże Wszech­mo­gący, dar­li­śmy koty, aż się niebo trzę­sło. Ostrze­gała mnie przed tą dziew­czyną raz za razem. Pew­nego wie­czoru sie­dzie­li­śmy przy stole, tata cichutko topił się w wódce, a Celene dzió­bała ziem­nia­czaną potrawkę, kiedy my z mamą wście­ka­li­śmy się na sie­bie. Znowu ostrze­gła mnie przed gło­dem, który w sobie noszę. Żebym uwa­żał, bo pożre mnie całego.

Mia­łem jed­nak już dość lęków rodzi­ców, że popeł­nię ten sam błąd, co oni. Roz­wście­czony stra­ci­łem cier­pli­wość, wyce­lo­wa­łem w ojca palec i krzyk­ną­łem:

- Nie jestem taki jak on! W niczym go nie przy­po­mi­nam!

Ojciec spoj­rzał na mnie wtedy, kie­dyś przy­stojny, a teraz roz­mię­kły i roz­mem­łany od alko­holu.

- Do dia­bła, pew­nie, że nie, ty bękar­cie.

- Rapha­elu! - krzyk­nęła matka. - Nie mów tak!

Spoj­rzał na nią z gorz­kim, tajem­ni­czym uśmiesz­kiem na ustach. Na tym sprawa mogłaby się skoń­czyć, gdyby lew we mnie nie wściekł się tak, że nie chciał się uspo­koić.

- Bogu dzięki, że jestem bękar­tem - odpo­wie­dzia­łem. - Lepiej nie mieć ojca w ogóle niż mieć za ojca takiego nic nie­war­tego śmie­cia jak ty.

- Jestem nic nie­wart, hę? - Ojciec spio­ru­no­wał mnie wzro­kiem, pod­no­sząc się. - Gdy­byś tylko wie­dział, jak dowio­dłem swo­jej war­to­ści, chłop­cze. Pięt­na­ście lat i nie powie­działem ani jed­nego słowa, wycho­wu­jąc grzech, jakim jesteś.

- Jeśli jestem grze­chem, to jestem twoim grze­chem. I tylko dla­tego, że byłeś na tyle głupi, żeby spło­dzić syna dziew­czy­nie, któ­rej nie poślu­bi­łeś, nie zna­czy...

Nie powie­dzia­łem niczego wię­cej. Jego pięść ude­rzyła jak pod­czas setek poprzed­nich wie­czo­rów. Mama krzy­czała, jak to zawsze ona. Jed­nakże tego wie­czoru pięść ojca nie tra­fiła w cel. Zamiast tego zatrzy­ma­łem ją rap­tem kilka cali od mojej twa­rzy. Byłem wyż­szy od niego, ale on miał ręce grube jak żona pie­ka­rza. Powi­nien być w sta­nie opę­dzić się ode mnie jak od muchy. A jed­nak pchną­łem go do tyłu, a on wytrzesz­czył oczy wstrzą­śnięty. Krew zaczęła mi dud­nić w żyłach, gdy ude­rzył głową o pale­ni­sko, a potem zaczęła ryczeć w cie­niach za moimi oczami. Kiedy upadł, widzia­łem, że roz­ciął głowę o półkę. Na rant polała się jasna i błysz­cząca czer­wień.

Krew.

Oczy­wi­ście widzia­łem już krew w swoim życiu. Roz­ma­zaną na moich poła­ma­nych pal­cach, na opuch­nię­tej twa­rzy. Ni­gdy jed­nak nie zauwa­ży­łem, jaki żywy ma kolor, nie zwró­ci­łem uwagi, że jej słony, żela­zi­sty i kwietny aro­mat przy­pra­wia o zawrót głowy, pomie­szany teraz z pie­śnią mojego walą­cego mło­tem serca. W gar­dle mi zaschło, język mia­łem jak ze sta­rej wypra­wio­nej skóry, żołą­dek zamie­nił się mi w roz­wartą, bez­denną dziurę, gdy wycią­gną­łem drżącą rękę ku roz­le­wa­ją­cej się coraz sze­rzej kałuży.

- Gabe? - szep­nęła Celene.

- Gabrielu! - krzyk­nęła mama.

I jak czar, który pry­ska, gdy zakra­cze wrona, to uczu­cie znik­nęło. Ten ból. Ta wysu­szona na pył tęsk­nota. Sta­łem na drżą­cych nogach, patrząc mamie w oczy. Widzia­łem tam nie­wy­po­wie­dziane sekrety. Zgrozę, brze­mię z każ­dym rokiem coraz cięż­sze.

- Co się ze mną dzieje, mamo?

Ona tylko pokrę­ciła głową, klę­ka­jąc obok ojca.

- To jest w tobie, Gabrielu. Mia­łam nadzieję... Modli­łam się do Boga, żeby tak nie było.

- Co jest we mnie?

Nic nie odpo­wie­działa, wpa­tru­jąc się w cie­nie na pod­ło­dze.

- Matko, powiedz mi! Pomóż mi!

Spoj­rzała mi w oczy. Ta lwica, która mnie wycho­wała, która nauczyła mnie nosić moje nazwi­sko jak koronę. Spo­strze­głem w niej wtedy despe­ra­cję matki, która zrobi wszystko, żeby chro­nić swoje młode, gdy zda sobie sprawę, że zostało jej już tylko jedno, co może uczy­nić.

- Nie potra­fię, kocha­nie, ale może znam kogoś, kto będzie potra­fił.

Nie mia­łem poję­cia, o co jesz­cze zapy­tać. Nie zna­łem odpo­wie­dzi, któ­rej potrze­bo­wa­łem. Mama nie chciała wię­cej ze mną roz­ma­wiać, a Celene zaczęła pła­kać, więc jak zwy­kle zają­łem się sio­strą. Od tego wie­czoru nic już nie było takie jak dotąd. Pró­bo­wa­łem poroz­ma­wiać z ojcem, niech mi Bóg dopo­może, nawet go prze­pro­si­łem, ale on ani razu nawet na mnie nie spoj­rzał. Patrzy­łem, jak wali w kowa­dło, jak ści­ska w pię­ści młot. Wiel­gachne i strasz­liwe były te jego ręce. Pamię­tam, jak zamy­kały się wokół mnie, gdy byłem małym chłop­cem, silne i cie­płe, kiedy poka­zy­wał mi, jak zasta­wić sidła albo zamach­nąć się mie­czem. Pamię­tam, jak zaci­skały się w węzły i spa­dały niczym grad. Two­rzył rze­czy, ten mój ojciec, i nisz­czył. Zda­łem sobie sprawę, że może jedną z rze­czy, które znisz­czył, byłem ja sam.

Jedy­nym azy­lem dla mnie były ramiona Ilsy. Ucie­ka­łem w nie tak czę­sto, jak się dało, zakra­da­łem się o każ­dej porze i wcho­dzi­łem do niej przez okno. Spo­ty­ka­li­śmy się tam, gdzie słowa tra­ciły na zna­cze­niu. Oboje zosta­li­śmy wycho­wani w Jed­nej Wie­rze i widmo grze­chu zawsze nad nami wisiało. Jed­nakże nawet sam Bóg nie jest w sta­nie wejść mię­dzy dziew­czynę i chłopca, któ­rzy naprawdę sie­bie pra­gną. Żadne pismo święte, król ani prawo na tym świe­cie nie mają takiej mocy.

Pew­nej nocy byli­śmy bli­sko. Tak bli­sko, że aż pło­nę­li­śmy. Jej koszula nocna leżała odrzu­cona na bok, moje spodnie były roz­sz­nu­ro­wane, wargi mnie bolały od naci­sku jej ust. Bli­skość nagiego ciała dziew­czyny przy­pra­wiała mnie o zawrót głowy, a pożą­da­nie było jak nara­sta­jące we mnie pra­gnie­nie. Czu­łem zapach jej żądzy, napeł­niał mi płuca i spra­wiał ból. Dłu­gie kasz­ta­nowe włosy Ilsy splą­tały się mię­dzy moimi pal­cami, gdy czu­łem jej ruchliwy język obok swo­jego.

- Kochasz mnie? - szep­ną­łem.

- Kocham - odpo­wie­działa.

- Pra­gniesz mnie? - spy­ta­łem.

- Pra­gnę - wes­tchnęła.

Prze­tur­la­li­śmy się na łóżku, jej oddech stał się szyb­szy, jej oczy nie widziały nikogo poza mną.

- Ale nie możemy, Gabrielu. Nie możemy.

- To żaden grzech - pro­si­łem, cału­jąc jej szyję. - Masz całe moje serce.

- A ty moje - szep­nęła. - Ale to czas mojej krwi mie­sięcz­nej. Powin­ni­śmy zacze­kać.

Poczu­łem ciarki w brzu­chu na te słowa. I cho­ciaż ode­zwała się znowu, ja sły­sza­łem tylko słowo "krew". A potem zda­łem sobie sprawę, że wła­śnie ten zapach, wła­śnie to pożą­da­nie roz­brzmiewa we mnie ogłu­sza­ją­cym rykiem.

Nie potra­fił­bym ci powie­dzieć, dla­czego. Nie zasta­na­wia­łem się nad powo­dami w tam­tej chwili. Powę­dro­wa­łem jed­nak ustami niżej, po gład­kich wzgó­rzach i doli­nach jej ciała. Czu­łem sza­leń­cze bicie jej serca pod pal­cami, gdy wędro­wa­łem dłońmi po jej kształ­tach. Zady­go­tała, gdy okrą­ży­łem języ­kiem jej pępek, zamru­czała cicho w pro­te­ście, kiedy roz­chy­li­łem jej nogi i wsu­nęła palce w moje włosy. A potem pochy­li­łem się mię­dzy jej uda i przy­ci­sną­łem do niej usta, czu­jąc, jak drży. Cząstka mnie była wtedy rap­tem pięt­na­sto­let­nim chło­pa­kiem, ner­wo­wym jak wio­senne jagnię, który tylko prosi, żeby mu pozwo­lić słu­żyć, i pra­gnie tylko zado­wo­lić. Za to resztę mnie, więk­szość mnie, prze­peł­niał głód mrocz­niej­szy niż wszystko, co zna­łem.

Ilsa przy­ci­snęła palce do ust, zaci­ska­jąc uda wokół mojej głowy, a ja wsu­ną­łem w nią język i posma­ko­wa­łem. Boże, czu­łem ten smak i pra­wie osza­la­łem. Sól i żelazo. Jesień i rdza. Zale­wały mi język i odpo­wia­dały na wszyst­kie pyta­nia, o jakich ni­gdy nawet nie pomy­śla­łem, żeby je zadać. Bo odpo­wiedź na nie była taka sama.

Zawsze taka sama.

Krew.

Krew.

Odna­la­złem peł­nię, o jakiej nawet nie myśla­łem, że jest osią­galna. Zna­la­złem spo­kój, w jakiego ist­nie­nie nie wie­rzy­łem. Czu­łem tę dziew­czynę wijącą się w pościeli i szep­czącą moje imię i cho­ciaż chwilę wcze­śniej obie­ca­łem jej swoje serce, to była niczym, niczym poza tym, co mogła mi dać, skar­bem zamknię­tym za drzwiami jedwa­bi­stej świą­tyni, przy­wo­łu­ją­cym mnie bez słowa. Wyczu­łem poru­sze­nie w dzią­słach, prze­su­ną­łem języ­kiem po zębach i poczu­łem, że stają się ostre jak noże. Sły­sza­łem puls w udach Ilsy przy­ci­śnię­tych mocno do moich uszu, usi­ło­wa­łem obró­cić głowę, gdy zapro­te­sto­wała słabo. A potem, niech Bóg mi dopo­może, wbi­łem w nią zęby, a ona wygięła plecy w łuk, napi­na­jąc każdy mię­sień i odchy­liła głowę, przy­cią­ga­jąc mnie moc­niej, sta­ra­jąc się nie krzy­czeć.

Pozna­łem wtedy kolor pra­gnie­nia. To była czer­wień.

Czym jestem? Co ja robię? Na Boga, co się ze mną dzieje? Można by się spo­dzie­wać, że takie myśli wypeł­niły mi głowę. Pyta­nia, jakie zadałby sobie każdy zdrowy na umy­śle czło­wiek. Ja jed­nak niczego takiego nie myśla­łem. Ist­niały tylko moje usta na skó­rze Ilsy i potok z prze­gry­zio­nej żyły zale­wa­jący mi usta. Piłem jak wysu­szony pia­sek pustyni roz­le­głej na tysiąc lat. Piłem, jakby świat się koń­czył i tylko jeden ostatni haust mógł go ura­to­wać, mógł ura­to­wać mnie, nas wszyst­kich od wiel­kiego finału cze­ka­ją­cego w ciem­no­ści. Nie potra­fi­łem prze­stać. Nie prze­sta­łem.

- Prze­stań...

Szept Ilsy prze­rwał bez­gra­niczny hymn w mojej gło­wie, chór naszych połą­czo­nych ude­rzeń serc. Jej serce sła­bło, biło kru­che i deli­katne jak u pora­nio­nego ptaka, a moje dud­niło silne jak ni­gdy dotąd. Mimo to ta cząstka mnie, która kochała tę dziew­czynę, zdała sobie sprawę, co robi reszta. W końcu ode­rwa­łem usta. Ze zgrozy zaparło mi dech w piersi.

- O Boże...

Krew. Na pościeli. Na jej udach i w moich ustach. A kiedy czar mojego poca­łunku prysł, kiedy mroczne pożą­da­nie, jakie ją ogar­nęło, odpły­nęło, Ilsa też zoba­czyła, co zro­bi­łem. Zwie­rzęca cząstka jej istoty wygrała i cho­ciaż unio­słem ręce, żeby ją uci­szyć, otwo­rzyła posi­niałe usta i krzyk­nęła. To był krzyk dziew­czyny, która zro­zu­miała, że nie ma już potwora pod łóż­kiem. Że potwór jest w łóżku, razem z nią.

Usły­sza­łem czy­jeś kroki, ktoś biegł. Ciche prze­kleń­stwo. Ilsa znowu krzyk­nęła, w jej oczach pło­nęła czy­sta zgroza. I ta sama zgroza ogar­nęła mnie, zamie­nia­jąc mi wnętrz­no­ści w wodę. Trwoga chłopca, który skrzyw­dził kogoś, kogo kocha; chłopca leżą­cego w łóżku z dziew­czyną, któ­rej ojciec nad­biega wła­śnie kory­ta­rzem; chłopca, który obu­dził się z kosz­maru i odkrył, że sam jest kosz­ma­rem.

Drzwi otwo­rzyły się z impe­tem. Sta­nął w nich wójt w koszuli noc­nej, ze szty­le­tem w ręce. Krzyk­nął:

- Dobry Boże Wszech­mo­gący!

A ja zwlo­kłem się z zakrwa­wio­nego łóżka z rękami i pod­bród­kiem zala­nymi szkar­ła­tem. Ilsa wciąż krzy­czała, wójt ryk­nął i zamach­nął się ostrzem. Wyrwał mi się słaby okrzyk, gdy poczu­łem ogni­stą linię na ple­cach, ale już ucie­ka­łem, poru­sza­łem się tak szybko, że świat wokół mnie roz­ma­zał się, wysko­czy­łem przez okno w ciem­ność.

Wylą­do­wa­łem boso w bło­cie, pod­cią­gną­łem spodnie, poty­ka­jąc się. Ręce mia­łem czer­wone i lep­kie. Sły­sza­łem, że wio­ska się budzi, krzyki Ilsy nio­sły się ponad błot­ni­stym pla­cem, roz­legł się tupot butów war­tow­ni­ków i małe świa­tełka zapa­lały się w ciem­no­ści.

Byłem zagu­biony i samotny i Bóg jeden wie, dokąd bie­głem. Z okrop­nym zdu­mie­niem zda­łem sobie sprawę, że noc wokół mnie żyje, pło­nie jasno i pięk­nie tak jak kie­dyś dzień. Nogi mia­łem jak ze stali, serce grzmiało mi w piersi, czu­łem się w każ­dym calu jak lew, któ­rego imię nosi­łem. W tam­tej chwili byłem żywy i prze­stra­szony jak ni­gdy w życiu, ale odzy­ska­łem jasność myśle­nia na tyle, żeby zada­wać sobie pyta­nia: co się ze mną dzieje? Co zro­bi­łem? Czy Amélie prze­ka­zała mi cząstkę swo­jej klą­twy? Czy też byłem czymś cał­kiem innym?

Zaczął padać śnieg. Sły­sza­łem, że w kościele biją dzwony. A ja bie­głem przed sie­bie ku jedy­nemu miej­scu, w jakim mogłem zna­leźć bez­pie­czeń­stwo. Do kogo ucieka młode, wam­pi­rze, gdy gonią je wilki? Do kogo woła żoł­nierz, wykrwa­wia­jąc się na polu?

- Do matki - odpo­wie­dział Jean-François.

- Do matki. - Gabriel poki­wał głową. - Pró­bo­wała mi coś powie­dzieć tam­tej nocy, kiedy powa­li­łem ojca. Tam­tego wie­czoru krew po raz pierw­szy mnie wezwała. Wpa­dłem więc do chaty i zawo­ła­łem matkę. Wstała z łóżka. Moja sio­strzyczka patrzyła na mnie wiel­kimi prze­stra­szo­nymi oczami, widząc krew na moich rękach i twa­rzy. Ojciec wark­nął:

- Boże, coś ty zro­bił, chłop­cze?

Celene modliła się szep­tem. Matka zaś objęła mnie i szep­nęła:

- Nie oba­wiaj się, kocha­nie. Wszystko będzie dobrze.

Cięż­kie pię­ści zało­mo­tały do drzwi, roz­le­gły się gniewne głosy. Rodzice spoj­rzeli po sobie, ale tata nawet nie drgnął. Z zaci­śnię­tymi w cie­niutką linie ustami moja lwica owi­nęła się sza­lem, wzięła mnie za zakrwa­wioną rękę i wypro­wa­dziła z powro­tem na zimno.

Cze­kało na nas pół wio­ski. Nie­któ­rzy trzy­mali lampy, żagwie albo ikony Odku­pi­ciela. Wójt stał wśród nich, podob­nie jak p?re Louis. Kapłan ści­skał egzem­plarz Testa­men­tów, jakby to był miecz. Uniósł świętą księgę i wska­zał mnie, chry­piąc z tym samym świą­to­bli­wym prze­ko­na­niem, z któ­rym prze­klął moją sio­strę.

- Wyna­tu­rze­nie!

Mama krzyk­nęła w pro­te­ście, ale nie było jej sły­chać w panu­ją­cym wokół zgiełku. Drugi kowal, który pod­ku­wał w wio­sce konie, zła­pał mnie za rękę. Jed­nak krew, którą skra­dłem, dud­niła gorąca i czer­wona w pustce we mnie, więc ode­pchną­łem go i pole­ciał w powie­trze jak wiązka słomy. Kolejni męż­czyźni naparli, a ja wal­czy­łem, czu­jąc, jak kości pękają i ciało rwie się w moich rękach. Rzu­cili się jed­nak na mnie całą chmarą, a kapłan ryczał:

- Powal­cie go! W imię Boga!

- Jest jed­nym z nich! - Ktoś krzyk­nął.

- Prze­padł jak jego sio­stra! - ryk­nął ktoś inny.

Mama zaczęła krzy­czeć, Celene prze­kli­nała i gdzieś pośród tumultu sły­sza­łem, że mój ojciec też wrzesz­czy, woła­jąc, że jestem tylko chłop­cem, zwy­kłym chłop­cem. Czu­łem, jak tłum pod­nosi mnie z ziemi zakrwa­wio­nego i na wpół przy­tom­nego, i pomy­śla­łem wtedy o Amélie tań­czą­cej i wyją­cej, gdy pło­nęła. Zasta­na­wia­łem się, czy czeka mnie ten sam los. Spoj­rza­łem w oczy p?re Louisowi, temu łaj­da­kowi, który odmó­wił pochówku mojej sio­strze, i moje usta wypeł­niła nie­na­wiść.

- Ty pier­do­lony wia­ro­łomny tchó­rzu! - wark­ną­łem. - Modlę się, żebyś umie­rał z krzy­kiem!

Wystrzał roz­darł powie­trze, huk pisto­letu z zam­kiem koło­wym zadźwię­czał mi w uszach. Ciżba zamarła, wszyst­kie spoj­rze­nia skie­ro­wały się na postaci nad­jeż­dża­jące powoli błot­ni­stą drogą.

Było ich dwóch, dosia­dali bia­łych wierz­chow­ców jak anioły śmierci ze stro­nic Testa­men­tów. Na przo­dzie jechał chudy jego­mość, wymi­ze­ro­wany jak strach na wró­ble. Nosił gruby szy­nel z czar­nej skóry. Trój­gra­nia­sty kape­lusz miał nacią­gnięty mocno na oczy, koł­nierz zasznu­ro­wany wysoko, na ustach i nosie. Jedyne, co widzia­łem, to pasmo wło­sów w kolo­rze słomy. I oczy. Tęczówki miał w naj­ja­śniej­szym odcie­niu zie­leni, ale białka tak prze­krwione, że były wła­ści­wie czer­wone. Wiózł płó­cienny wór prze­wie­szony przez grzbiet krzep­kiego tun­dro­wego kuca. Kształt w worze przy­wo­dził na myśl czło­wieka. Na ramie­niu jeźdźca sie­dział smu­kły, sza­ro­pióry i zło­to­oki sokół.

Drugi jeź­dziec był młod­szy, bar­dziej bar­czy­sty, ale znowu pra­wie nie widzia­łem jego twa­rzy. Nosił się podob­nie jak pierw­szy, u pasa miał miecz w pochwie. Patrzył na tłum spod nacią­gnię­tego na czoło trój­gra­nia­stego kape­lu­sza nie­bie­skimi jak lód oczami.

Śnieg padał coraz moc­niej, mróz prze­ni­kał moją nagą skórę. Jeźdźcy mieli małe myśliw­skie latar­nie przy sio­dłach, świa­tło bły­skało na mar­z­ną­cych gru­bych płat­kach spa­da­ją­cych z nieba i srebr­nych sied­mio­gwiaz­dach wyha­fto­wa­nych na ich pier­siach.

Ojciec tym­cza­sem przy­niósł swój stary wojenny miecz, na co dzień wiszący na ścia­nie. Mamie zaparło dech w piersi, włosy wymknęły jej się z war­ko­cza. Celene stała z zaci­śnię­tymi pię­ściami, mój mały dia­beł wcie­lony wyszedł naprzód, żeby bro­nić star­szego brata, gdy kuce powoli zbli­żały się do naszego domu. Wszy­scy wyczu­wa­li­śmy powagę chwili. Przy­glą­da­jąc się tym obcym przy­by­szom, zauwa­ży­łem, jak wspa­niałe są ich wierz­chowce i jak ele­gancki jest krój ich płasz­czy, zwró­ci­łem uwagę, że nić, którą wyha­fto­wano gwiazdy, nie jest po pro­stu srebrna w kolo­rze, ale została zro­biona z praw­dzi­wego sre­bra. Przy­wódca scho­wał pisto­let do wewnętrz­nej kie­szeni szy­nela i zawo­łał, prze­krzy­ku­jąc pieśń mojego pulsu:

- Jestem fr?re Sza­ro­ręki, sre­bro­święty z San Michon. - Wska­zał na mnie. - Przy­je­cha­łem po tego chłopca.

IV

Jagnię na rzeź

Wiatr wył jak głodny wilk, śnieg przy­kle­jał się do mojej zakrwa­wio­nej skóry. Spoj­rza­łem na p?re Louisa i zoba­czy­łem, że jego obli­cze spo­chmur­niało.

- Mon­sieur, ten chło­pak prak­ty­kuje czary i obmier­złe rytu­ały krwi. Jest zły. Jest prze­klęty!

Gniewny pomruk poniósł się wśród zebra­nych. Jed­nakże męż­czy­zna zwany Sza­ro­rę­kim się­gnął za pazu­chę i wyjął weli­nowy zwój. Zdo­biła go cesar­ska pie­częć - jed­no­ro­żec i pięć skrzy­żo­wa­nych mie­czy na stward­nia­łej pla­mie czer­wo­nego wosku.

- Z roz­kazu Ale­xan­dre'a III, cesa­rza Eli­da­enu i Obrońcy Świę­tego Kościoła Bożego, któ­rego nie waży się zakwe­stio­no­wać żaden czło­wiek na tej ziemi, mam prawo wer­bo­wać do naszej słusz­nej sprawy każ­dego oby­wa­tela, jakiego wybiorę. I wybie­ram jego.

- Wer­bo­wać? - wyrwał się wójt. - Tego potwora? Do czego?

Męż­czy­zna wycią­gnął miecz z pochwy i aż zaparło mi dech w piersi. Cho­ciaż byłem poobi­jany i zakrwa­wiony, na­dal byłem synem kowala, a ten miecz wystar­czyłby, żeby wywo­łać ero­tyczne sny. Pasma sre­bra prze­ci­nały stal jak jasne zawi­jasy słoi na ciem­niej­szym drew­nie. Gło­wica miała kształt gwiazdy, sied­mio­gwiazdy na cześć Sied­miorga Męczen­ni­ków, a ota­czało ją koło Odku­pi­ciela. W sła­bym świe­tle latarni miecz nie­malże jarzył się wła­snym bla­skiem.

- Jeste­śmy Ordo Argent - odparł Sza­ro­ręki. - Srebrny Zakon San Michon. A potwory to dokład­nie tacy rekruci, jakich potrze­bu­jemy, mon­sieur. Ponie­waż wro­go­wie, z któ­rymi wal­czymy, są jesz­cze gor­szymi potwo­rami i jeśli zawie­dziemy, upad­nie także potężny Kościół Boga i jego kró­le­stwo na ziemi oraz cały świat ludzki.

- Kim jest ten wróg? - zapy­tał p?re Louis.

Sza­ro­ręki popa­trzył na kapłana, świa­tło latarni błysz­czało w jego krwa­wych oczach. Sokół na jego ramie­niu wzbił się w powie­trze, kiedy fr?re odwró­cił się do worka na grzbie­cie swo­jego wierz­chowca. Polu­zo­wał łań­cu­chy i zrzu­cił go w błoto. Coś stęk­nęło, ude­rza­jąc o zie­mię. Tak jak myśla­łem, kształt w środku nale­żał do czło­wieka. Jed­nakże stwo­rowi, który wylazł z wora, daleko było do czło­wieka.

Miał na sobie łach­many i był śmier­tel­nie wychu­dzony. Ciało roz­cią­gało się na kościach jakby szkie­let zanu­rzono w skó­rze. Miał tru­pio blade oczy, znisz­czone usta odsła­niały zęby dłu­gie i ostre jak u wilka. Pod­niósł się z błota i w jego gar­dle zabul­go­tał odgłos przy­wo­dzący na myśl gotu­jący się tłuszcz. Wszy­scy wie­śniacy wokół mnie krzyk­nęli z prze­ra­że­nia.

Nagle znowu mia­łem trzy­na­ście lat i sta­łem na błot­ni­stej ulicy w dniu, kiedy Amélie i Julieta wró­ciły do domu. I jasne, byłem prze­ra­żony, ale wraz ze stra­chem powró­ciło wspo­mnie­nie sio­stry. Ogar­nęła mnie ta stara, zna­joma nie­na­wiść, pło­nąc mi w piersi i zmu­sza­jąc do zaci­śnię­cia zębów. W nie­na­wi­ści można odkryć siłę. Pewien rodzaj odwagi można wykuć tylko w gnie­wie. Zamiast krzyk­nąć albo cof­nąć się chwiej­nie jak męż­czyźni wokół mnie, sta­ną­łem w roz­kroku. Wzią­łem wdech. I unio­słem, kurwa, pię­ści.

- Impo­nu­jące - mruk­nął Jean-François.

- Nie zro­bi­łem tego po to, żeby komuś zaim­po­no­wać - wark­nął Gabriel. - Wie­dząc teraz to, co wiem, żałuję, na Boga, że nie ucie­kłem. Żałuję, że nie zsi­ka­łem się w spodnie i nie zaczą­łem pła­kać, że chcę do mamy. - Prze­cze­sał ręką włosy i wes­tchnął. - Nazwij to, jak chcesz. Instynk­tem. Głu­potą. Tacy po pro­stu się rodzimy. Nie da się tego zmie­nić, tak jak nie można zmie­nić woli wia­tru albo koloru bożych oczu. Oczy­wi­ście ten stwór, który szedł do mnie chwiej­nym kro­kiem, w dupie miał moje unie­sione pię­ści. Ale srebrny łań­cuch połą­czony z sio­dłem Sza­ro­rę­kiego zatrzy­mał go i stwór tylko zama­chał rękami przed moją twa­rzą. Fr?re zsu­nął się z sio­dła i na dźwięk jego butów ude­rza­ją­cych o błoto ten wychu­dzony, umie­ra­jący z głodu potwór odwró­cił się, a ja przy­się­gam na wszyst­kich Sied­mioro Męczen­ni­ków, że usły­sza­łem jego skom­le­nie. Sza­ro­ręki uniósł rękę, miecz zalśnił w ciem­no­ści. Ude­rzył i, Boże w nie­bio­sach, zro­bił to tak szybko, że led­wie to spo­strze­głem.

Posre­brzana ręko­jeść tra­fiła potwora w szczękę. Try­snęła ciemna krew i zęby. Sza­ro­ręki był strasz­liwy, gdy wła­dał mie­czem, a ja wzdry­gną­łem się, gdy ude­rzał potwora raz za razem, aż ten, jęcząc, osu­nął się bez­wład­nie jak kupa szmat. Kiedy Sza­ro­ręki butem wepchnął jego twarz w błoto i spoj­rzał na p?re Louisa, zoba­czy­łem, że gotuje się w nim ta sama nie­na­wiść, co w moim wła­snym sercu.

- Kim jest nasz wróg, dobry ojczulku?

Popa­trzył na prze­ra­żo­nych wie­śnia­ków i na końcu spoj­rze­nie jego czer­wo­nych oczu zatrzy­mało się na mnie.

- To Umarli.

W chłod­nej celi Gabriel do León zamilkł, prze­su­nął ręką po zaro­ście. Sły­szał te słowa tak wyraź­nie, jakby Sza­ro­ręki sie­dział tam uwię­ziony razem z nim. Pra­wie go kusiło, żeby się obej­rzeć przez ramię i spraw­dzić, czy stary łaj­dak za nim nie sie­dzi.

- Strasz­nie to melo­dra­ma­tyczne. - Jean-François z Krwi Cha­stain ziew­nął.

Gabriel wzru­szył ramio­nami.

- Sza­ro­ręki miał do tego talent. Ale kiedy spoj­rzał na mnie swymi błysz­czą­cymi, krwi­stymi oczami, wyczu­wa­łem, że mie­rzy mnie wzro­kiem. Wycią­gnął rękę w ręka­wiczce i roz­wią­zał koł­nierz, żebym go widział. Śmier­tel­nie blada skóra. Twarz wyrzeź­biona w okru­cień­stwie. Spra­wiał wra­że­nie, jakby zosta­wiał siniaki na pościeli, w któ­rej sypiał.

- Widzia­łeś już coś takiego - powie­dział do mnie, kiwa­jąc głową na potwora.

Długo i z mozo­łem szu­ka­łem słów.

- Moją... moją sio­strę.

Zer­k­nął na mamę, a potem na mnie.

- Nazy­wasz się Gabriel de León.

- Oui, fr?re.

Uśmiech­nął się, jakby uznał moje nazwi­sko za zabawne.

- Teraz nale­żysz do nas, Mały Lwie.

Odwró­ci­łem się wtedy do matki. Kiedy zoba­czy­łem rezy­gna­cję na jej twa­rzy, w końcu zro­zu­mia­łem. Ci męż­czyźni przy­je­chali tu na jej życze­nie. Ten Sza­ro­ręki był pomocą, o którą popro­siła. Pomocą, któ­rej sama nie potra­fiła mi udzie­lić. W oczach miała łzy. Cier­pie­nie lwicy, która zro­bi­łaby wszystko, żeby ochro­nić swoje młode, i wie, że już nic wię­cej nie może uczy­nić.

- Nie! - wark­nęła Celene. - Nie zabie­rze­cie mojego brata!

- Celene, uspo­kój się - szep­nęła matka.

- Nie zabiorą go! - krzy­czała. - Scho­waj się za mną, Gabe!

Sta­ną­łem mię­dzy fr?re a moją sio­strą, gdy unio­sła pię­ści, i obją­łem ją mocno, a ona pio­ru­no­wała wzro­kiem sto­ją­cych za mną jeźdź­ców. Wie­dzia­łem, że wydra­pa­łaby Sza­ro­rę­kiemu oczy, gdyby tylko dać jej szansę. Jed­nakże, widząc zimny wzrok tego męż­czy­zny, poją­łem prawdę.

- To ludzie Boga, sio­strzyczko - powie­dzia­łem jej. - Taka jest jego wola.

- Nie możesz odejść! - wark­nęła Celene. - To nie w porządku!

- Moż­liwe, ale kim jestem, żeby prze­ciw­sta­wiać się Wszech­mo­gą­cemu?

Byłem prze­ra­żony, nie będę kła­mał. Nie chcia­łem opusz­czać swo­jej famille ani mojego małego świata. Jed­nakże wie­śniacy wciąż stali wokół nas i patrzyli na mnie prze­stra­szo­nymi i gniew­nymi oczami. Zęby mia­łem już tępe jak zawsze, ale na­dal czu­łem w ustach czer­wony żar krwi Ilsy. Przez chwilę mia­łem wra­że­nie, że wszystko sta­nęło na kra­wę­dzi ostrza. Takie chwile wyczuwa się w duszy. Ci ludzie ofe­ro­wali mi zba­wie­nie. Ścieżkę do życia, któ­rego ni­gdy sobie nie wyobra­ża­łem. Mimo to wie­dzia­łem, że zapłacę za to strasz­liwą cenę. I mama też to wie­działa.

Jaki mia­łem wybór? Nie mogłem zostać, nie po tym, czego się dopu­ści­łem. Nie wie­dzia­łem, czym się staję. Nie zna­łem żad­nych odpo­wie­dzi, ale może ci ludzie je znali. I tak jak powie­dzia­łem sio­strze: kim byłem, żeby sprze­ci­wiać się woli nieba? Pro­wo­ko­wać tego, który mnie stwo­rzył? Wzią­łem więc głę­boki wdech i się­gną­łem po to, co ofe­ro­wał mi Sza­ro­ręki. - Gabriel spoj­rzał w górę i wes­tchnął. - I to by było tyle. Posze­dłem jak jagnię na rzeź.

- Od razu wtedy cię zabrali? - zapy­tał Jean-François.

- Dali mi chwilę na poże­gna­nie z famille. Ojciec miał mi nie­wiele do powie­dze­nia, ale widzia­łem miecz w jego ręce i zro­zu­mia­łem, że gdy gro­ziła mi śmierć, zro­bił, co mógł, żeby mnie rato­wać, nawet jeśli mógł nie­wiele. Bałem się, co może się stać z Celene, kiedy mnie zabrak­nie, ale nic nie mogłem na to pora­dzić. Mimo to ostrze­głem ojca. Ostrze­głem go, kurwa.

- Uwa­żaj na córkę. To jedyne dziecko, jakie ci zostało.

Mama pła­kała, kiedy poca­ło­wa­łem ją na poże­gna­nie, i ja też pła­ka­łem, obej­mu­jąc Celene. Mama powie­działa mi, żebym strzegł się bestii. Bestii i jej głodu. Cały mój świat roz­pa­dał się, ale co mogłem zro­bić? Porwał mnie nurt rzeki, ale nawet wtedy byłem dość doro­sły, żeby wie­dzieć: ist­nieje róż­nica mię­dzy tymi, któ­rzy płyną z prą­dem, i tymi, któ­rzy toną, wal­cząc z nim. I ta róż­nica nazywa się Mądro­ścią.

- Nie odchodź, Gabe - pro­siła Celene. - Nie zosta­wiaj mnie samej.

- Wrócę - obie­ca­łem, cału­jąc ją w czoło. - Opie­kuj się za mnie mamą, dia­bełku.

Młody czło­wiek, który jechał za Sza­ro­rę­kim, odcze­pił ode mnie Celene, nie wypo­wia­da­jąc ani jed­nego słowa pocie­chy, kiedy wepchnął mnie na swo­jego kuca. Potem owi­nął skom­lą­cego potwora z powro­tem w srebrne łań­cu­chy i zapa­ko­wał w wór, który prze­rzu­cił przez grzbiet wierz­chowca Sza­ro­rę­kiego. Fr?re popa­trzył na zebra­nych jasnymi, krwi­stymi oczami.

- Zła­pa­li­śmy tego potwora trzy dni drogi stąd na zachód. Będzie ich wię­cej, nim znowu będzie ich mniej. Nad­cho­dzą mroczne dni i jesz­cze mrocz­niej­sze noce. Zapa­laj­cie świece w oknach. Nie zapra­szaj­cie nie­zna­jo­mych do domów. Zawsze pod­trzy­muj­cie ogień w pale­ni­sku i miłość do Boga w swo­ich ser­cach. Jesz­cze zatrium­fu­jemy. Albo­wiem jeste­śmy sre­brem.

- Jeste­śmy sre­brem - powtó­rzył jego młod­szy towa­rzysz.

Mała Celene pła­kała, a ja wycią­gną­łem rękę na poże­gna­nie. Zawo­ła­łem do mamy, że ją kocham, ale ona tylko wpa­try­wała się w niebo. Łzy zama­rzały jej na policz­kach. Nie pamię­tam, żebym kie­dy­kol­wiek czuł się rów­nie zagu­biony jak wtedy, kiedy wyjeż­dża­li­śmy z Lor­son. Patrzy­łem na swoją famille przez pada­jący śnieg, aż zostali daleko za nami i wszystko pochło­nęła ciem­ność.

- Pięt­na­sto­letni chło­pak. - Jean-François wes­tchnął, głasz­cząc pióra koł­nie­rza.

- Oui. - Gabriel ski­nął głową.

- I ty nas nazy­wasz potwo­rami.

Gabriel spoj­rzał wam­pi­rowi w oczy i jego ton zabrzmiał jak stal:

- Oui.

V

Ogień pośród nocy

Jean-François uśmiech­nął się blado.

- Zatem z Lor­son do San Michon?

Gabriel ski­nął głową.

- Potrze­bo­wa­li­śmy kilku tygo­dni jazdy Ostrosz­la­kiem. Pano­wało potworne zimno. Płaszcz, który mi dali, nie chro­nił mnie przed chło­dem w brzu­chu. Po ostat­nich wyda­rze­niach krę­ciło mi się w gło­wie. Na wspo­mnie­nie tego, co zro­bi­łem Ilsie. Mrocz­nego nieba jej krwi w moich ustach. Od widoku potwora, któ­rego Sza­ro­ręki wywlekł z worka i który wciąż tkwił za nim na koniu. Nie mia­łem poję­cia, co o tym wszyst­kim myśleć.

- Fr?re Sza­ro­ręki wyja­śnił ci, co się czeka?

- Chuja tam wyja­śnił. Powie­dział może jedną piątą z trzech ósmych. Począt­kowo bałem się zapy­tać. W Sza­ro­rę­kim pło­nął tak wielki ogień, że można było się spa­lić, gdyby za bli­sko sta­nąć. To były sama skóra i kości, ostre policzki i szczęka, włosy jak brudna słoma. Prze­żu­wał jedze­nie, jakby go nie­na­wi­dził, pra­wie każdą chwilę odpo­czynku spę­dzał na modli­twie, prze­ry­wa­jąc tylko cza­sem, żeby okła­dać się po ple­cach pasem. Kiedy pró­bo­wa­łem ode­zwać się do niego, pio­ru­no­wał mnie tylko wzro­kiem, aż mil­kłem.

Tylko soko­łowi, który z nim jechał, oka­zy­wał nieco czu­ło­ści. Nazy­wał go Łucz­ni­kiem i hołu­bił jak ojciec syna. Jed­nak naj­dziw­niej­szej rze­czy na jego temat dowie­dzia­łem się pierw­szego ranka, kiedy mył się przy mnie.

Kiedy zdjął koszulę, żeby opłu­kać się w wia­drze, zoba­czy­łem, że cały jest w tatu­ażach. Widzia­łem już wcze­śniej tatu­aże, spi­rale faerie na Ossway­czy­kach i temu podobne, ale tatu­aże fr?re to było coś nowego.

Gabriel prze­su­nął pal­cami po wła­snym tatu­ażu na dło­niach.

- Tusz był taki sam: ciemny, ale meta­liczny. Sre­bro w pig­men­cie. Na ple­cach Sza­ro­ręki miał wize­ru­nek Matki-Dzie­wicy. Ser­pen­tyny róż, mie­cze i anioły pokry­wały jego ręce, miał też sie­dem wil­ków dla Sied­miorga Męczen­ni­ków na piersi. Młody uczeń, który mu towa­rzy­szył, nie był tak mocno wyta­tu­owany jak mistrz, ale miał piękną ple­cionkę z róż i węży na piersi. Naél, Anioł Roz­ko­szy, zaj­mo­wała jego lewe przed­ra­mię. Sarai, Anioł Zarazy z sze­roko roz­po­star­tymi pięk­nymi skrzy­dłami ćmy, pokry­wała biceps. Obaj mieli sied­mio­gwiazdy wyta­tu­owane na lewej ręce.

Gabriel obró­cił rękę, poka­zu­jąc wam­pi­rowi wnę­trze dłoni. Tam pośród blizn i odci­sków wid­niała sied­mio­gwiazda w ide­al­nym kole.

- Cie­kawi mnie, dla­czego wasz Zakon tak pro­fa­no­wał swoje ciała - powie­dział Jean-François.

- Sre­bro­święci nazy­wali to egidą. Nie ma sensu zakła­dać zbroi, kiedy wal­czysz z potwo­rami, które mogą zgnieść zbroję pły­tową w pię­ści. Zbroja tylko spo­wal­nia czło­wieka. I hała­suje. Jeśli jed­nak dosta­tecz­nie mocno wie­rzysz we Wszech­mo­gą­cego, egida spra­wia, że jesteś nie­ty­kalny. Bez względu na to, na jakiego noc­nego potwora polu­jesz: tan­ce­rza zmierz­chu, faerie, zim­no­krwi­stego, żaden z nich nie może znieść dotyku sre­bra. A Bóg w szcze­gól­no­ści nie­na­wi­dzi waszego rodzaju, wam­pi­rze. Wy oba­wia­cie się nawet widoku świę­tych ikon. Kuli­cie się przed wize­run­kiem sied­mio­gwiazdy. Koła. Matki-Dzie­wicy i Męczen­ni­ków.

Wam­pir wska­zał dłoń Gabriela.

- To czemu ja się nie kulę ze stra­chu, de León?

- Bo Bóg nie­na­wi­dzi mnie bar­dziej niż cie­bie.

Jean-François się uśmiech­nął.

- Domy­ślam się, że masz tego wię­cej?

- O wiele wię­cej.

- Mogę zoba­czyć?

Gabriel spoj­rzał stwo­rowi w oczy. Cisza mię­dzy nimi prze­cią­gała się, głę­boka na trzy odde­chy. Wam­pir prze­su­nął języ­kiem po czer­wo­nych i wil­got­nych ustach.

Sre­bro­święty wzru­szył ramio­nami.

- Jak sobie życzysz.

Wstał, krze­sło pod nim zatrzesz­czało. Się­gnął nie­śpiesz­nie, zrzu­cił płaszcz, roz­sz­nu­ro­wał koszulę i zdjął ją przez głowę, poka­zu­jąc nagi tors. Drobne wes­tchnie­nie, ciche jak szept, wymknęło się z ust wam­pira.

Sre­bro­święty był żyla­sty i musku­larny, świa­tło lampy malo­wało głę­bo­kie cie­nie w zagłę­bie­niach i bruz­dach jego ciała. Stadko blizn zdo­biło jego skórę - pamiątki po ostrzach, szpo­nach i Odku­pi­ciel jeden wie po czym jesz­cze. Jed­nakże przede wszyst­kim ciało Gabriela de León pokry­wały tatu­aże, od szyi po pępek i knyk­cie. Piękno rysunku mogłoby zaprzeć dech w piersi, gdyby histo­ryk oddy­chał. Elo­ise, Anioł Zemsty z mie­czem i tar­czą w goto­wo­ści, pokry­wała prawą rękę sre­bro­świę­tego. Chiara, ślepy Anioł Miło­sier­dzia, i Eirene, Anioł Nadziei, znaj­do­wały się na lewej. Ryczący lew zaj­mo­wał jego pierś, z sied­mio­gwiaz­dami zamiast oczu, krąg mie­czy roz­cią­gał się na napię­tych mię­śniach brzu­cha. Gołę­bice i sło­neczne pro­mie­nie, Odku­pi­ciel i Matka-Dzie­wica - to wszystko zdo­biło ręce i tors. Ciemny, gęsty prąd popły­nął przez powie­trze.

- Piękne - szep­nął Jean-François.

- Mój rysow­nik był jedyny w swoim rodzaju - odpo­wie­dział Gabriel.

Wcią­gnął z powro­tem koszulę i ponow­nie usiadł.

- Merci, de León. - Jean-François na­dal szki­co­wał, naj­wy­raź­niej z pamięci. - Mówi­łeś o Sza­ro­rę­kim. O tym, co ci wyja­śnił, zanim przy­je­cha­li­ście.

- Tak jak wspo­mnia­łem, powie­dział tak nie­wiele, jak tylko się dało. Mogłem więc jedy­nie zasta­na­wiać się w mil­cze­niu. Jak poważ­nie skrzyw­dzi­łem Ilsę? Jakim cudem zna­la­złem siłę, żeby ciskać doro­słymi męż­czy­znami jak zabaw­kami? Myśla­łem, że szty­let wójta prze­ciął mi skórę do kości, ale teraz rana nie robiła wra­że­nia aż tak poważ­nej. Na Wszech­mo­gą­cego, jak cokol­wiek z tego było moż­liwe? Nie pozna­łem żad­nej odpo­wie­dzi. - Gabriel znowu wzru­szył ramio­nami. - W końcu jed­nak sprawa sta­nęła na ostrzu noża. Nasza mała nie­do­brana grupka kła­dła się pew­nego wie­czoru spać na nor­dlundz­kim pust­ko­wiu, w cie­niu umie­ra­ją­cych sosen tuż przy Ostrosz­laku. Podró­żo­wa­li­śmy od dzie­wię­ciu dni.

Młody jeź­dziec, który towa­rzy­szył Sza­ro­rę­kiemu, był nowi­cju­szem w zako­nie i nazy­wał się Aaron de Coste. Był uczniem, jeśli tak wolisz to nazwać. Wyglą­dał jak książę - gęste blond włosy, błę­kitne oczy i twarz, na któ­rej widok dziew­częta omdle­wały. Był star­szy ode mnie. Oce­nia­łem go na jakieś osiem­na­ście lat. "Coste" to nazwa baro­nii w zachod­nim Nor­dlun­dzie, więc uzna­łem, że musi być z nimi jakoś spo­krew­niony, ale niczego mi na swój temat nie powie­dział. Odzy­wał się tylko wtedy, kiedy mi roz­ka­zy­wał. Zwra­cał się do Sza­ro­rę­kiego "mistrzu", ale mnie nazy­wał "wie­śnia­kiem" - splu­wał tą obe­lgą, jakby zosta­wiała mu posmak gówna w ustach.

Kiedy tylko musie­li­śmy się zatrzy­mać na otwar­tym tere­nie, Sza­ro­ręki wie­szał zła­pa­nego trupa na pobli­skiej gałęzi drzewa. Nie mia­łem wtedy poję­cia, dla­czego go po pro­stu nie zabije. De Coste roz­ka­zy­wał mi zebrać drewno i roz­pa­lał ogni­sko tak wyso­kie i gorące, jak tylko zdo­łał. Jeden z nich spał, gdy drugi peł­nił wartę, czę­sto paląc fajkę z dziw­nym prosz­kiem w kolo­rze krwi. Widzia­łem, że kiedy palą, ich oczy zmie­niają odcień: białka mieli wtedy tak prze­krwione, że robiły się cał­kiem czer­wone. Popro­si­łem raz de Coste'a, żeby dał mi spró­bo­wać, ale ten tylko prych­nął.

- Już nie­długo spró­bu­jesz, wie­śniaku.

W każ­dym razie de Coste ostrzył tego wie­czoru miecz. To była piękna broń. Sre­bro i stal z Mahné, Anio­łem Śmierci, na jelcu. Łucz­nik sie­dział na gałęzi nad nami, a jasne oczy błysz­czały mu w ciem­no­ści. Zła­pany przez Sza­ro­rę­kiego trup wisiał w worku od wielu godzin nie­ru­chomy. Kiedy jed­nak polana zaczęły trza­skać w ogni­sku, de Coste'owi omsknęła się ręka i chło­pak roz­ciął głę­boko palec. Nagle stwór na gałęzi zaczął jęczeć i mio­tać się jak ryba wyrzu­cona na ląd.

Sza­ro­ręki modlił się jak zwy­kle, plecy miał czer­wone od samo­bi­czo­wa­nia. Otwo­rzył oczy i wark­nął:

- Zamknij się, pijawko.

Ale trup zaczął się mio­tać jesz­cze bar­dziej.

- Ufo­oool­nij - bła­gał. - Ufo­oool­nijmnieee.

Popa­trzy­łem na krew kapiącą z palca de Coste'a i żołą­dek mi się zaci­snął, cho­ciaż zapach spra­wił, że prze­szedł mnie dresz­czyk. Sza­ro­ręki zaklął tak siar­czy­ście, jak jesz­cze w życiu nie sły­sza­łem, wstał z klę­czek i wycią­gnął piękny srebrny miecz.

Obszedł ogień, zdjął worek i zaczął okła­dać stwora tak, jak jesz­cze ni­gdy w życiu nie widzia­łem, żeby ktoś kogoś bił. Potwór wrzesz­czał, gdy obry­wał gło­wicą, sre­bro syczało, doty­ka­jąc jego znisz­czo­nej skóry. Sza­ro­ręki zama­chi­wał się raz za razem, krzyki stwora zamie­niły się w skom­le­nie, a on wciąż go bił. Kości pękały, ciało zamie­niało się w mia­zgę, aż stwór, jak Bóg mi świad­kiem, zaczął mazać się jak dziecko.

- Prze­stań! - krzyk­ną­łem.

Sza­ro­ręki spoj­rzał na mnie, w jego oczach pło­nął ogień. Byłem kurew­sko odważny albo kurew­sko głupi, sam zde­cy­duj, ale nawet jeśli to był potwór, to moim zda­niem Sza­ro­ręki go tor­tu­ro­wał. Popa­trzy­łem na bestię pła­czącą na gałęzi i powie­dzia­łem:

- Na miłość boską, dość już obe­rwał, fr?re.

Gabriel wes­tchnął, opie­ra­jąc łok­cie na kola­nach.

- Boże Wszech­mo­gący, myśla­łem, że widzia­łem u mojego ojca furię, ale nie widzia­łem niczego tak prze­ra­ża­ją­cego jak to, co wypły­nęło wtedy na twarz Sza­ro­rę­kiego.

- "Na miłość boską"? - wark­nął.

Pod­szedł do mnie i roz­po­zna­łem ten wyraz oczu. Taki sam miał ojciec, kiedy zamie­rzał unieść pię­ści. Pró­bo­wa­łem ode­pchnąć Sza­ro­rę­kiego, ale, na Boga, jaki on był silny, gdy pocią­gnął mnie, żebym wstał i przy­wa­lił mi na odlew w twarz. Roz­kr­wa­wił mi usta, czarne gwiazdy eks­plo­do­wały mi pod powie­kami. Powlókł mnie w stronę tego stwora na drze­wie, trzy­ma­jąc za kark. I jak ogień uga­szony przez wodę płacz urwał się, a trup znowu ożył. Sza­leń­stwo zapło­nęło w jego oczach. Głód, jakiego ni­gdy nie widzia­łem. Ryk­ną­łem ze stra­chu, ale Sza­ro­ręki przy­su­nął mnie bar­dziej, a potwór wycią­gał ręce do mojej roz­kwa­szo­nej wargi.

- Współ­czu­jesz temu wyna­tu­rze­niu?

- Fr?re, bła­gam, prze­stań!

Sza­ro­ręki znowu mnie spo­licz­ko­wał, moc­niej, niż kie­dy­kol­wiek ude­rzył mnie ojciec i wycią­gną­łem się jak długi na ziemi. Spoj­rza­łem z zamar­z­nię­tego błota na de Coste'a, licząc na pomoc, ale uczeń nawet nie drgnął. Sza­ro­ręki stał nade mną z furią i ogniem w oczach.

- Pozbądź się współ­czu­cia z serca, chłop­cze. Roz­pal w piersi ogień i wypal je aż do korze­nia! Nasz wróg nie zna miło­ści, skru­chy ani wię­zów bra­ter­stwa! Zna tylko głód! - Wska­zał na stwora, który na­dal żało­śnie doma­gał się mojej krwi. - Gdyby pozwo­lić temu plu­ga­stwu, to roze­rwa­łoby cię od łona po pod­bró­dek i obżar­łoby się jak wieprz przy kory­cie. A jutrzej­szej nocy, a może następ­nej wstał­byś rów­nie pozba­wiony duszy jak stwór, który cię zabił! Chciał­byś tylko zaspo­koić pra­gnie­nie ser­decz­nej krwi głup­ców, któ­rzy pra­wią o lito­ści!

Jego krzyki nio­sły się ponad trza­skiem ognia, grzmo­tem mojego tętna. Gdy popa­trzy­łem na tego żywego trupa, który się­gał do moich zakrwa­wio­nych ust, wypeł­niła mnie ta sama nie­na­wiść jak w dniu, kiedy moja sio­stra wró­ciła do domu.

- Czym oni są? - usły­sza­łem wła­sny szept.

Wzrok Sza­ro­rę­kiego pło­nął jak ogni­sko.

- Nazy­wamy ich nie­szczę­śni­kami, Mały Lwie.

- Ale czym oni są?

Spoj­rzał na mnie i cho­ciaż strasz­nie chcia­łem, to nie odwró­ci­łem wzroku. Powró­cił wtedy jego spo­kój. Żal zła­go­dził okrutne rysy jego twa­rzy. Podał mi dłoń, a ja mia­łem na tyle mało rozumu, żeby się jej zła­pać. Popro­wa­dził mnie do ognia, posa­dził i zapa­trzył się w trza­ska­jące pło­mie­nie, pod­czas gdy de Coste obser­wo­wał nas w mil­cze­niu.

- Co wiesz o zim­no­krwi­stych, chłop­cze? - zapy­tał w końcu Sza­ro­ręki.

- Żerują na krwi żywych. Nie sta­rzeją się. Nie mają duszy.

- Oui. A jak powstają?

- Ci, któ­rych zabi­jają, stają się tacy jak oni.

Sza­ro­ręki popa­trzył wtedy na mnie.

- Bogu i Odku­pi­cie­lowi niech będą dzięki za to, że to nie jest prawda, chłop­cze. Gdyby tak było, byli­by­śmy stra­ceni.

Zapa­dła cisza, którą prze­ry­wał tylko trzask ognia. Czu­łem cię­żar w powie­trzu. Przy­pływ adre­na­liny. To były pierw­sze praw­dziwe odpo­wie­dzi, jakie zaofe­ro­wał mi Sza­ro­ręki po dzie­wię­ciu dniach, i teraz, gdy już zaczął mówić, nie chcia­łem, żeby prze­stał.

- Pro­szę, fr?re, powiedz, czym są?

Prze­su­nął ręką po szpi­cza­stym pod­bródku i zapa­trzył się w pło­mie­nie. Oce­nia­łem go na jakąś trzy­dziestkę, ale widząc zmarszczki tro­ski wokół jego oczu i ust, uzna­łem, że jest star­szy. Wciąż się go bałem, bałem się jego pię­ści, tak jak bałem się pię­ści ojca, ale zasta­na­wia­łem się, co go takim uczy­niło. Czy kie­dyś był takim samym chłop­cem jak ja.

- Posłu­chaj teraz uważ­nie. Słu­chaj dobrze. Zim­no­krwi­ści rze­czy­wi­ście prze­ka­zują swoją klą­twę tym, któ­rych zabiją. Jed­nak nie zawsze. Nie mogą wybrać, na kogo ich przy­pa­dłość przej­dzie. Wydaje się, że nie ma za grosz logiki w tym, które z ich ofiar prze­cho­dzą prze­mianę, a które zwy­czaj­nie pozo­stają mar­twe. Bywa, że ofiara wstaje zale­d­wie kilka ude­rzeń serca po śmierci. Czę­ściej jed­nak mijają dni, a nawet tygo­dnie. W tym cza­sie trup roz­kłada się jak każde ciało. Kiedy wsta­nie, ofiara zim­no­krwi­stego będzie już zawsze wyglą­dała tak, jak w chwili prze­mie­nie­nia, cała i piękna. Albo... - Zer­k­nął na wiszą­cego potwora. - Czas mija i jeśli ofiara prze­cho­dzi prze­mianę kilka dni po śmierci, słońce szybko ją wykań­cza. Widzisz, mózg gnije w ciele. A nie mając dość rozumu, durne zim­no­krwi­ste zwy­czaj­nie zdy­chają wraz z pierw­szym świ­tem. Jed­nakże teraz...

- Bez­dzień - szep­ną­łem.

- Oui. Słońce nie robi im już krzywdy. Dla­tego żyją dalej. Wędrują. Zabi­jają. I w ciągu tych sied­miu lat, odkąd gwiazda dzienna nas zawio­dła, mnożą się.

- Ile ich jest? - zapy­ta­łem, obli­zu­jąc pęk­niętą wargę.

- W zachod­nim Tal­ho­ście za Bożymi Posłań­cami? Tysiące.

- Na Sied­mioro Męczen­ni­ków...

- Jest gorzej, niż myślisz, Mały Lwie. Naj­star­sze i naj­bar­dziej nie­bez­pieczne potwory, te piękne, które nazy­wają sie­bie szla­chet­no­kr­wi­stymi? Kie­dyś żyły w tajem­nicy. Jed­nak cztery mie­siące temu szla­chet­no­kr­wi­sty pan popro­wa­dził armię nie­szczę­śni­ków na mury Vel­lene. Prze­ma­sze­ro­wał uli­cami jak anioł śmierci, blady, posępny, nie­wraż­liwy na wszel­kie ostrza. Zabił samego kuzyna Jego Cesar­skiej Mości i zajął twier­dzę. I nawet teraz wdziera się głę­biej na tery­to­rium Tal­ho­stu i z każdą masa­krą, jakiej dopusz­cza się jego mroczny pomiot, kolejni Umarli dołą­czają do jego sze­re­gów. Kilku powró­ciło jako szla­chet­no­kr­wi­ści, wiecz­nie mło­dzi i nie­śmier­telni. Więk­szość zaś stała się nie­szczę­śni­kami, ohyd­nymi i zgni­łymi. Jed­nakże wszy­scy zabici pod­le­gają jego woli. Wieść nie­sie, że jest naj­star­szym zim­no­krwi­stym, jaki stąpa po ziemi. Nazwa się Fabién Voss. Ogło­sił się Wiecz­no­tr­wa­łym Kró­lem.

Żołą­dek mi się zaci­snął na samą myśl. Pró­bo­wa­łem wyobra­zić sobie legiony zim­no­krwi­stych oble­ga­ją­cych ludz­kie mia­sta. Wie­lo­wie­kowe stwo­rze­nia z krwi i kości cho­dzące za dnia.

- A jak...

Pokrę­ci­łem głową, w gar­dle mi zaschło. Przy­po­mnia­łem sobie sło­dycz krwi Ilsy spły­wa­jącą mi po języku. Roz­kosz, kiedy zębami prze­cią­łem gładką skórę jej uda. Moje kły nie były już tak ostre jak wcze­śniej, ale wciąż je czu­łem, podob­nie jak łak­nie­nie kry­jące się pod powierzch­nią. Zasta­na­wia­łem się, czy wynu­rzy się znowu. Kiedy się wynu­rzy.

- A jak ja mam się do tego wszyst­kiego?

Sza­ro­ręki spoj­rzał na mnie z ukosa. Polano trza­snęło w ogniu, fon­tanna iskier syp­nęła w ciem­ność.

- Co wiesz o swoim ojcu, Mały Lwie?

- Był żoł­nie­rzem. Zwia­dowcą w armii Phili...

- Nie pytam o czło­wieka, który cię wycho­wał, ale o two­jego ojca.

I wtedy zro­zu­mia­łem. Olśnie­nie zwa­liło się na mnie jak lawina. Wie­dzia­łem, dla­czego pię­ści ojca spa­dały tylko na mnie, ni­gdy na moje sio­stry. Co ojciec miał na myśli, kiedy powie­dział, że wycho­wy­wał grzech pod swoim dachem. Usta mia­łem odrę­twiałe i spuch­nięte. Słowa były za wiel­kie, żeby je wypo­wie­dzieć.

- Mój ojciec...

- Był wam­pi­rem.

To Aaron de Coste się ode­zwał, patrząc na mnie ponad pło­mie­niami.

- Nie - szep­ną­łem. - Nie... Moja mama ni­gdy by...

- Miała nadzieję, że nie jesteś jego. Oboje ją mieli. - Sza­ro­ręki pokle­pał mnie po kola­nie i coś w rodzaju lito­ści zła­go­dziło jego spoj­rze­nie. - Nie obwi­niaj jej, Mały Lwie. Dla oczu, które nie widzą naprawdę, szla­chet­no­kr­wi­ści są piękni. Potężni. Ich umy­sły potra­fią nagiąć nawet naj­sil­niej­szą wolę, a ich usta ocie­kają naj­słod­szym mio­dem.

Pomy­śla­łem o Ilsie, bez­rad­nej z powodu namięt­no­ści, gdy wypi­łem ją pra­wie na śmierć. Popa­trzy­łem na trupa zwie­sza­ją­cego się z gałęzi drzewa, a potem na swoje ręce z bez­brzeż­nym obrzy­dze­niem.

- Jestem... taki jak oni?

- Nie, wie­śniaku - ode­zwał się de Coste. - Jesteś tacy jak my.

- Jesteś mie­szań­cem, chłop­cze - wyja­śnił fr?re. - Nazy­wamy takich bla­do­kr­wi­stymi.

Popa­trzy­łem po nich obu, zauwa­ży­łem, że mają tak samo wid­mowo bladą skórę jak ja.

- Zmiana poja­wia się w nas, gdy wkra­czamy w wiek męski - powie­dział Sza­ro­ręki. - I z cza­sem jest coraz gorzej. Dzie­dzi­czymy część przy­mio­tów swo­ich ojców. Siłę, szyb­kość, inne łaski, zależ­nie od tego, do któ­rego rodu nale­żeli. Nie­stety dzie­dzi­czymy także ich łak­nie­nie. Żądzę krwi, która dopro­wa­dza ich do mordu, a nas do sza­leń­stwa. Jeste­śmy owo­cem grze­chu, chłop­cze. Nie miej złu­dzeń, jeste­śmy prze­klęci przez Boga. A jedyny spo­sób, w jaki możemy odzy­skać jego wieczną łaskę i zdo­być miej­sce w nie­bie dla naszych potę­pio­nych dusz, to wal­czyć i umrzeć za jego Święty Kościół.

- To ten... Srebrny Zakon, o któ­rym mówi­łeś?

- Ordo Argent. - Sza­ro­ręki ski­nął głową. - Jeste­śmy srebr­nym ogniem pło­ną­cym mię­dzy ludz­ko­ścią a ciem­no­ścią. Tro­pimy i zabi­jamy potwory, które ina­czej pożar­łyby świat ludzi. Faerie i Upa­dłych. Tan­ce­rzy zmierz­chu i czar­no­księż­ni­ków. Wskrze­szeń­ców i nie­szczę­śni­ków. I ow­szem, szla­chet­no­kr­wi­stych także. Kie­dyś wam­piry żyły w cie­niu. Teraz jed­nak szla­chet­no­kr­wi­ści nie boją się słońca. A armia Wiecz­no­tr­wa­łego Króla rośnie każ­dej nocy. Dla­tego my, syno­wie ich grze­chu, musimy pła­cić słoną cenę. Prze­ciw­sta­wimy im się albo wszystko upad­nie.

- Czyli... mamy wal­czyć z tym Wiecz­no­tr­wa­łym Kró­lem i jego armią?

- Z armiami wal­czą armie, ale cesa­rzowa Isa­bella prze­ko­nała cesa­rza Ale­xan­dre'a, że oprócz młota potrze­buje też brzy­twy. Ordo Argent jest tą brzy­twą. Jeste­śmy brac­twem o uświę­co­nej tra­dy­cji, ale ni­gdy dotąd nie dzia­ła­li­śmy pod cesar­skim patro­na­tem. Gene­ra­ło­wie cesa­rza będą powo­ły­wać ludzi pod broń i dowo­dzić oblę­że­niami. My zaś ude­rzymy w głowę węża. Będziemy zabi­jać paste­rzy i patrzeć, jak ich owce się roz­bie­gają.

- Zabójcy - mruk­ną­łem.

- Nie, chłop­cze. Myśliwi. Myśliwi z bożego upo­waż­nie­nia. Polu­jący na naj­bar­dziej nie­bez­pieczną zwie­rzynę. - Sza­ro­ręki spoj­rzał na ogień i jego oczy znowu zapło­nęły. - Jeste­śmy nadzieją dla tych, któ­rzy ją stra­cili. Ogniem pośród nocy. Będziemy kro­czyć w ciem­no­ści jak oni, a wro­go­wie poznają nasze imiona i będą roz­pa­czać. Dopóki płoną, będziemy ogniem. Dopóki krwa­wią, będziemy ostrzem. Dopóki są grze­chem, będziemy świę­tymi.

Sza­ro­ręki i de Coste ostat­nią kwe­stię wypo­wie­dzieli razem, jed­nym gło­sem:

- I jeste­śmy sre­brem.

Fr?re Sza­ro­ręki spoj­rzał w moje zdu­mione oczy. Jego wzrok był jak pięść zaci­ska­jąca się na moim sercu. Wstał i wró­cił do modlitw. Mil­czał, jakby nie ode­zwał się wcze­śniej ani sło­wem.

A prze­cież prze­mó­wił. Jego słowa wypeł­niły mi umysł. Bałem się jak ni­gdy dotąd. Prze­ra­ziła mnie prawda o moim pocho­dze­niu. Wła­śnie się dowie­dzia­łem, że całe moje zafaj­dane życie było jed­nym wiel­kim kłam­stwem. Mój ojciec nie był moim ojcem. Zamiast tego byłem dziec­kiem potwor­nego grze­chu, który teraz rósł we mnie jak rak. A cho­ciaż Aaron i Sza­ro­ręki byli synami tej samej ciem­no­ści, to sta­nęli dum­nie w obro­nie cesa­rza, Kościoła i samego Wszech­mo­gą­cego.

Bra­cia ze Srebr­nego Zakonu San Michon.

Matka zawsze mówiła o lwie w mojej krwi, ale po raz pierw­szy w życiu poczu­łem, że ten lew się we mnie budzi. Moja sio­stra zgi­nęła z rąk zim­no­krwi­stych. I cho­ciaż nie mogłem jej wtedy ura­to­wać, to mogłem ją pomścić i może odku­pić przy oka­zji wła­sną potę­pioną duszę. Wpraw­dzie naro­dzi­łem się z naj­mrocz­niej­szego grze­chu, ale ta droga wyglą­dała na zba­wie­nie. Patrząc w pło­mie­nie, przy­sią­głem, że jeśli dołą­czę do tych męż­czyzn, to zostanę naj­lep­szym z nich. Naj­za­cie­klej­szym. Naj­wier­niej­szym. Nie osłabnę, nie zawiodę, nie spo­cznę, dopóki wszyst­kie te potwory co do jed­nego nie zostaną ode­słane z powro­tem z krzy­kiem do pie­kła, które je zro­dziło, by tam pozdro­wić ode mnie moją sio­strę. - Gabriel wes­tchnął i pokrę­cił głową. - Nie mia­łem, kurwa, poję­cia, w co się pakuję.

VI

Opac­two w nie­bie

- Dotar­li­śmy do spo­wi­tego w śnieżno-sza­rej mgle San Michon w ostat­nie findi mie­siąca. Fr?re Sza­ro­ręki pro­wa­dził. Aaron de Coste jechał drugi, a ja sie­dzia­łem za nim w sio­dle. Kiedy wje­cha­łem w cień opac­twa, nie wie­dzia­łem, co wła­ści­wie powi­nie­nem czuć. Strach z powodu grze­chu we mnie. Smu­tek z powodu wszyst­kiego, co zosta­wi­łem za sobą w Lor­son. Jed­nakże, prawdę mówiąc, przede wszyst­kim patrzy­łem na wzno­szące się nade mną urwi­ska z naboż­nym podzi­wem. Zwy­czaj­nie opa­dła mi szczęka.

San Michon wyglą­dało jak zro­dzone z baśni. Wybu­do­wane w doli­nie rzeki M?re opac­two posa­do­wiono mię­dzy gra­niami z czar­nej skały. Sie­dem potęż­nych fila­rów z pokry­tego poro­stami kamie­nia wzno­siło się jak włócz­nie z dna doliny, jakby zosta­wiły je tam olbrzymy z Epoki Legend. Rzeka pły­nęła mię­dzy tymi gra­ni­to­wymi kolum­nami, które wyrzeź­biła jak ciem­no­sza­fi­rowy wąż. Na tych potęż­nych coko­łach cze­kało na mnie opac­two San Michon.

Sza­ro­ręki ski­nął głową, na co Aaron zdjął oprawny w sre­bro róg i zagrał prze­cią­głą nutę. Odpo­wie­działy mu dzwony z góry i moje trze­wia zaci­snęły się, kiedy po poro­śnię­tym grzy­bami łupku ruszy­li­śmy w stronę cen­tral­nego filaru. U jego pod­nóża znaj­do­wało się wydrą­żone wej­ście osło­nięte żela­zną kratą, któ­rej pręty two­rzyły sied­mio­gwiazdę. Poczu­łem bijącą ze środka woń koni i zda­łem sobie sprawę, że sre­broświęci wybu­do­wali w środku staj­nię.

Obok bramy spusz­czono sze­roką drew­nianą plat­formę na cięż­kich żela­znych łań­cu­chach. Oddaw­szy konie dwóm mło­dym sta­jen­nym, mistrz Sza­ro­ręki prze­rzu­cił sobie poj­ma­nego nie­szczę­śnika przez ramię i wszedł z Aaro­nem na plat­formę. Wsze­dłem za nimi. Plat­forma zachy­bo­tała się zło­wiesz­czo, kiedy wznie­śli­śmy się na sto, a potem dwie­ście stóp nad dno doliny. Z tak wysoka widzia­łem szczyty Bożych Posłań­ców na pół­noc­nym zacho­dzie, potężny grzbiet z ośnie­żo­nego gra­nitu, który oddzie­lał Nor­dlund od Tal­ho­stu.

Łucz­nik krą­żył nad nami, gdy się wzno­si­li­śmy, a ja trzy­ma­łem się porę­czy tak mocno, że zbie­lały mi dło­nie. Ni­gdy nie wspią­łem się rów­nie wysoko. Zamiast patrzeć w dół, zwró­ci­łem oczy w górę, ku miej­scu, o któ­rym myśla­łem, że może ist­nieć tylko w baj­kach dla dzieci. Ku opac­twu w nie­bie.

- Masz lęk wyso­ko­ści, wie­śniaku? - zaszy­dził Aaron.

Zer­k­ną­łem na blon­dyna, jesz­cze moc­niej zaci­ska­jąc palce.

- Daruj sobie, de Coste.

- Cze­piasz się tej porę­czy jak cycka matki.

- Tak naprawdę to wyobra­żam sobie cycki two­jej matki. Cho­ciaż podobno ty wolisz cycki swo­jej sio­stry?

Sza­ro­ręki wark­nął na nas obu, żeby­śmy uci­chli. De Coste trzy­mał język za zębami, pio­ru­nu­jąc mnie wzro­kiem przez resztę jazdy. Ja jed­nak nie byłem w sta­nie się tym prze­jąć, nie tak naprawdę. Po trzech tygo­dniach trak­to­wa­nia mnie jak coś, co Aaron zna­lazł roz­sma­ro­wane na swoim bucie, towa­rzy­stwo tego szla­chet­nie uro­dzo­nego kutasa było mi rów­nie miłe jak wszy łonowe.

Nasza plat­forma zatrzy­mała się ze skrzy­pie­niem. Na lewo od nas szcze­rzący sze­roko zęby jego­mość ubrany w czarne skóry obsłu­gi­wał wcią­garkę. Miał dłu­gie, prze­tłusz­czone włosy; zauwa­ży­łem brak sre­bra na jego rękach.

- Jasnego świtu, stróżu Loga­nie. - Sza­ro­ręki ski­nął do niego głową.

Chu­dzie­lec ukło­nił się i odpo­wie­dział z sil­nym ossway­skim akcen­tem:

- Bożego dnia, dobry fr?re.

Zer­k­ną­łem w dół i uzna­łem, że wznie­śli­śmy się pra­wie pięć­set stóp nad dolinę rzeki. Mistrz Sza­ro­ręki tylko pio­ru­no­wał mnie wzro­kiem, aż z tru­dem ode­rwa­łem palce od porę­czy.

- Nie bój się, Mały Lwie.

- Nie boję się, póki nie patrzę w dół - odpo­wie­dzia­łem, siląc się na uśmiech.

- Zamiast tego patrz przed sie­bie.

Odgar­ną­łem z oczu roz­wiane wia­trem włosy i wes­tchną­łem.

- Co za widok...

Przed nami wzno­siła się kate­dra - pierw­sza, jaką w życiu widzia­łem. Nasza malutka kapliczka w Lor­son wyda­wała się pała­cem dla moich mło­dych oczu, ale to... to był praw­dziwy dom Boga. Ogromna koli­sta pięść z czar­nego gra­nitu z igli­cami, które wykrwa­wiały niebo. Na dzie­dzińcu stała fon­tanna z jasnego kamie­nia ozdo­biona krę­giem anio­łów. Chiara, ślepy Anioł Miło­sier­dzia. Raphael, Anioł Mądro­ści. Sanael, Anioł Krwi i jego brat bliź­niak, mój imien­nik, Gabriel, Anioł Ognia. Kamie­niarka kate­dry roz­pa­dała się, nie­które okna zabito deskami, ale mimo to ni­gdy nie widzia­łem niczego rów­nie wspa­nia­łego. Robot­nicy obleźli ją jak klesz­cze oba­loną kłodę, gar­gulce na oka­pach szcze­rzyły pasz­cze w uśmie­chach. Ogromne dwu­skrzy­dłowe drzwi wsta­wiono we wschod­nią i zachod­nią fasadę, nad drzwiami jutrzenki znaj­do­wał się wspa­niały witraż.

Miał kształt sied­mio­gwiazdy, któ­rej każde ramię uka­zy­wało histo­rię jed­nego z Sied­miorga Męczen­ni­ków: San Anto­ine, przed któ­rym roz­stę­puje się Wiecz­no­mo­rze, San Cley­land strze­gący bram do pie­kła, San Guil­laume palący nie­wier­nych na sto­sach i oczy­wi­ście San Michon o wło­sach jak len i zacie­kłych oczach, ze srebr­nym kie­li­chem w rękach, wpa­tru­jąca się pro­sto w moją duszę.

Na szczy­cie wschod­nich scho­dów cze­kał na nas męż­czy­zna w szy­nelu sre­bro­świę­tego. Był z pocho­dze­nia S?dhaemczykiem, miał skórę ciemną jak wypo­le­ro­wany mahoń, a bla­do­zie­lone oczy obwie­dzione czer­ni­dłem. Był star­szy od Sza­ro­rę­kiego, czarne włosy nosił zaple­cione w dłu­gie, wijące się war­ko­cze. Strasz­liwa pozioma bli­zna wci­nała mu się głę­boko w oba policzki, wykrzy­wia­jąc usta w per­ma­nent­nym, pozba­wio­nym weso­ło­ści uśmieszku. Na dło­niach miał piękne srebrne tatu­aże. Był bar­czy­sty jak mój ojciec, ale pro­mie­nio­wał powagą, jakiej mój ojciec i jego pię­ści ni­gdy nie miały.

Oto, pomy­śla­łem sobie, praw­dziwy przy­wódca.

Sza­ro­ręki ukło­nił się przed nim tak samo jak de Coste.

- Witaj­cie w domu, bra­cia. Bra­ko­wało nam was pod­czas mszy. - Potężny męż­czy­zna zwró­cił się do mnie, a jego głos był głę­boki jak pieśń wio­lon­czeli: - I witam cie­bie, młody bla­do­kr­wi­sty. Nazy­wam się Kha­lid, jestem opa­tem Ordo Argent. Wiem, że prze­by­łeś długą drogę, żeby tu dotrzeć. To nowe życie może nie być tym, co sobie wyobra­ża­łeś dla sie­bie, teraz jed­nak to wła­śnie jest twoje życie. Nosisz bło­go­sła­wień­stwo i prze­kleń­stwo zara­zem, zosta­łeś powo­łany przez Boga Wszech­mo­gą­cego do świę­tego zada­nia. Nie możesz się wzdra­gać. Nie możesz upaść, bowiem wtedy ule­gną także wszy­scy ci, któ­rych znamy i kochamy.

Pokło­ni­łem się przed nim. Nie wie­dzia­łem, co mogę innego zro­bić.

- Opa­cie - powie­dzia­łem.

- Dopóki nie zło­żysz przy­sięgi jako peł­no­krwi­sty fr?re Zakonu, będziesz słu­chać wska­zó­wek swo­jego mistrza. Nowi­cju­szom nie wolno opusz­czać koszar po wie­czor­nych dzwo­nach i nie wolno im cho­dzić do działu zaka­za­nego Wiel­kiej Biblio­teki. Dzi­siaj wie­czo­rem odbędą się nie­szpory i po raz pierw­szy zakosz­tu­jesz sre­bra. Od jutra zacznie się twoje szko­le­nie. - Kha­lid zer­k­nął na Sza­ro­rę­kiego. - Mogę pro­sić na słówko, fr?re?

- Na Krew, opa­cie. De Coste, pokaż Małemu Lwu opac­two.

- Na Krew, mistrzu. - Aaron zer­k­nął na mnie i wark­nął: - Za mną.

Zosta­wi­li­śmy Sza­ro­rę­kiego i Kha­lida, żeby poroz­ma­wiali. De Coste popro­wa­dził mnie jed­nym z sze­ro­kich, kamien­nych chod­ni­ków. Zda­łem sobie sprawę, że wszyst­kie sie­dem fila­rów musiało się kie­dyś w natu­ralny spo­sób łączyć, ale ręce czasu znisz­czyły więk­szość tych mostów, więc zastą­piono je dłu­gimi przę­słami ze sznu­rów i drewna. Zamiast zer­kać w przy­pra­wia­jącą o zawrót głowy prze­paść, patrzy­łem na hory­zont, na piękne sta­ro­dawne budynki, które nas ota­czały, i na męż­czyzn na murach.

- Do czego są te wszyst­kie żura­wie? I robot­nicy?

- Masz zwra­cać się do mnie "nowi­cju­szu", wie­śniaku - odpo­wie­dział de Coste, nawet na mnie nie patrząc. - Pod nie­obec­ność fr?re Sza­ro­rę­kiego jestem naj­wyż­szy rangą w tym towa­rzy­stwie.

Zagry­złem język. Naprawdę mia­łem ser­decz­nie wyżej uszu gada­niny Aarona, ale rze­czy­wi­ście prze­wyż­szał mnie rangą.

- A odpo­wia­da­jąc na twoje pyta­nie: Srebrny Zakon dopiero nie­dawno zna­lazł się pod patro­na­tem cesa­rza Ale­xan­dre'a. Opac­two stało tu od wie­ków i przez dłu­gie lata pozwa­lano budyn­kom nisz­czeć. Nie zawsze cie­szy­li­śmy się takimi łaskami jak teraz.

Prze­żu­wa­łem tę infor­ma­cję przez chwilę, patrząc oczami wie­śniaka na ota­cza­jące nas budynki. Wznie­siono je z ciem­nego kamie­nia, były ponure i dostojne, wień­czyły nie­bo­siężne słupy nad doliną M?re niczym korony sta­ro­żyt­nych kró­lów. Nie byłem pewny, co spo­dzie­wa­łem się zna­leźć w tym świę­tym zako­nie pogrom­ców potwo­rów, ale nawet pod­upa­da­jące i walące się San Michon było naj­cu­dow­niej­szym miej­scem, w jakim zna­la­złem się w swoim życiu.

Aaron wska­zał budy­nek za nami.

- Kate­dra to serce San Michon. Bra­cia spo­ty­kają się na mszy dwa razy dzien­nie, o zmierz­chu i o świ­cie. Jeśli prze­ga­pisz mszę, to wkrótce potem odkry­jesz, że stra­ci­łeś też jądra. - Mach­nął ręką na pół­nocny zachód, gdzie stał budy­nek we względ­nie przy­zwo­itym sta­nie. Miał mnó­stwo okien. - To koszary, tam śpimy. Na par­te­rze jest refek­tarz, podob­nie jak wygódki i łaź­nia. Sre­bro­święci więk­szość życia spę­dzają na polo­wa­niu, więc radzę korzy­stać z łaźni, póki masz oka­zję. Cho­ciaż wąt­pię, żeby tak nisko uro­dzony robak jak ty roz­po­znał kawa­łek mydła, nawet gdy­byś obe­rwał nim w zęby.

Prze­wró­ci­łem oczami, a de Coste wska­zał budowlę znaj­du­jącą się na połu­dnio­wym krańcu opac­twa - okrą­głą, z czer­wo­nymi jak krew sztan­da­rami wyha­fto­wa­nymi w sied­mio­gwiazdę łopo­czą­cymi na ścia­nach.

- Puklerz. Pod­czas pobytu w San Michon więk­szość czasu będziesz spę­dzał wła­śnie tam na tre­ningu. W gwieź­dzie będziesz uczył się szer­mierki. Walki wręcz. Strze­la­nia. Puklerz to kuź­nia, gdzie wykuwa się sre­bro­świę­tych.

Zaci­sną­łem wtedy zęby i myśląc o sio­strze, ski­ną­łem głową.

- Jestem gotowy.

Aaron prych­nął.

- Jeśli wytrzy­masz tam wię­cej niż dwa tygo­dnie, oso­bi­ście wyślę list do Naj­wyż­szego Pon­ty­fika, ogła­sza­jąc, że to cud. - Ski­nął głową na kolejny budy­nek, okrą­gły i pozba­wiony dachu. - Na pół­nocy stoi spi­chlerz. Kró­le­stwo dobrego fr?re Albera. Tam trzy­mamy zapasy jedze­nia, mamy kur­niki i szklar­nię, gdzie hodu­jemy zioła. Na pół­noc­nym wscho­dzie znaj­duje się klasz­tor, gdzie śpią sio­stry.

- Sio­stry?

Aaron wes­tchnął, jak­bym jakimś cudem miał już o tym wie­dzieć.

- Srebrne Zgro­ma­dze­nie San Michon. Zanim nasz zakon zdo­był patro­nat dobrej cesa­rzo­wej Isa­belli, to dzięki nim całe nasze opac­two utrzy­my­wało się przy życiu.

Zoba­czy­łem drobne postaci w dłu­gich, czar­nych habi­tach wycho­dzące z wiel­kiego, gotyc­kiego budynku. Ich szaty powie­wały na wie­trze, koron­kowe welony ude­rzały w twa­rze.

- Są bla­do­kr­wi­ste jak my?

- Nie ma bla­do­kr­wi­stych kobiet. Wszech­mo­gący uznał za sto­sowne oszczę­dzić tego prze­kleń­stwa swoim cór­kom. Sio­stry to pobożne kobiety oddane Jed­nej Wie­rze, oblu­bie­nice Wszech­mo­gą­cego.

- Nie spo­dzie­wa­łem się zakon­nic w zako­nie wojow­ni­ków.

- Hmm. - De Coste rzu­cił mi spoj­rze­nie z ukosa. - A spę­dzi­łeś dużo czasu pośród wojow­ni­ków-mni­chów, Mały Kocie?

Zamru­ga­łem wtedy zasko­czony.

- Ehm...

- Wielka Biblio­teka. - De Coste ski­nął głową na szó­sty filar i sto­jący na nim piękny gmach z witra­żo­wymi oknami i wyso­kimi szczy­tami. - Jeden z naj­wspa­nial­szych zbio­rów tra­dy­cji i wie­dzy w całym cesar­stwie. Znaj­duje się tam też dział zaka­zany i jeśli archi­wi­sta Adamo przy­ła­pie cię na choćby patrze­niu w jego kie­runku, obe­drze cię ze skóry i wyko­rzy­sta ją do obło­że­nia ksiąg. Nor­mal­nie pole­cił­bym ci przej­rze­nie zawar­to­ści ogól­no­do­stęp­nych rega­łów, ale wąt­pię, czy potra­fisz czy­tać.

- Potra­fię, spo­kojna głowa - żach­ną­łem się. - Matka mnie nauczyła.

- W takim razie przy­ślę ci list, kiedy zacznie mnie to inte­re­so­wać. - Aaron ponow­nie wska­zał biblio­tekę. - Zbiory znaj­dują się na par­te­rze, a Srebrne Sio­stry pra­cują na pię­trze w intro­li­ga­torni. Razem z Braćmi Pale­ni­ska two­rzą naj­pięk­niej­sze wolu­miny w całym cesar­stwie. - Uniósł rękę, żeby prze­rwać mi, zanim zdą­ży­łem zadać pyta­nie. - W Ordo Argent są dwie kasty. Bra­cia Polo­wa­nia to bla­do­kr­wi­ści tacy jak ja i Sza­ro­ręki, męż­czyźni, któ­rzy bru­dzą sobie ręce, polu­jąc na gra­su­jące w ciem­no­ści wyna­tu­rze­nia. Bra­cia Pale­ni­ska to pro­ści pobożni ludzie, któ­rzy dbają o biblio­tekę, wyku­wają nam broń i... inne narzę­dzia. A skoro o tym mowa...

De Coste wska­zał roz­le­gły budy­nek przed nami, który miał nie­wiele okien, za to dużo komi­nów. Ze wszyst­kich buchał czarny dym, z wyjąt­kiem jed­nego, z któ­rego cią­gnęła się cie­niutka smużka czer­wo­nych opa­rów.

- Zbro­jow­nia. - Wypro­sto­wał się i wygła­dził gęste blond włosy. - Chodź za mną. Będziesz chciał to zoba­czyć.

- Cze­kaj, a to co jest?

Wska­za­łem kamienne przę­sło wycho­dzące z filaru kate­dry. Wyglą­dało jak frag­ment mostu, ale doni­kąd nie pro­wa­dziło i koń­czyło się bal­ko­nem bez porę­czy, z któ­rego jedyna droga pro­wa­dziła pro­sto w dół, do rzeki M?re. Na kra­wę­dzi umo­co­wano wiel­kie koło rydwanu zamknięte w kamien­nej opra­wie: na takim samym kole obdarto ze skóry Odku­pi­ciela i takie samo teraz zdo­biło szyję każ­dego kapłana i sio­stry zakon­nej w całym cesar­stwie.

- To jest Most Do Nieba - odparł Aaron.

- Do czego służy?

Młody pani­czyk zaci­snął zęby.

- Nie­długo się dowiesz.

Odwró­cił się na srebr­nych obca­sach i poma­sze­ro­wał do zbro­jowni. Pchnął wiel­kie dwu­skrzy­dłowe drzwi z wyku­tym wzo­rem sied­mio­gwiazdy i wpro­wa­dził mnie do roz­le­głego holu wej­ścio­wego. A tam aż sap­ną­łem ze zdu­mie­nia.

Cała prze­strzeń była oświe­tlona miria­dami kul pod­wie­szo­nych pod sufi­tem. Nie wiem jakim cudem, ale każda jarzyła się jak pło­nąca świeca. Jakby dawno zagi­nione gwiazdy z mojego dzie­ciń­stwa powró­ciły na niebo, zale­wa­jąc salę mio­do­wym świa­tłem. Rozej­rza­łem się i zoba­czy­łem cie­pły blask kła­dący się na zatrzę­sie­niu broni usta­wio­nej na dłu­gich sto­ja­kach pod ścia­nami.

Widzia­łem takie same mie­cze jak te, które nosili Sza­ro­ręki i de Coste, stal inkru­sto­waną srebrną sia­teczką żyłek. Mie­cze jed­no­ręczne, pół­to­raki, topory, młoty bojowe. Widzia­łem tam także dziw­niej­szą broń, o jakiej sły­sza­łem tylko szepty. Pisto­lety z zam­kiem koło­wym i kara­biny, rewol­wery wiąz­kowe wyko­nane z pięk­nego metalu i gra­we­ro­wane pismem świę­tym.

JAM JEST MIECZ, KTÓRY POWALA GRZESZ­NI­KÓW.

JAM JEST RĘKA, KTÓRA PODŹWIGA WIER­NYCH.

JAM JEST WAGA, KTÓRA WAŻY JED­NYCH I DRU­GICH U KRESU.

OTO SŁOWO PAŃ­SKIE.

Już i bez tego zako­cha­łem się w opac­twie, ale teraz cał­kiem stra­ci­łem głowę. Nie zapo­mi­naj, że wycho­wa­łem się jako syn kowala i żoł­nie­rza zara­zem. Rze­tel­nie tre­no­wa­łem walkę ostrzem i zna­łem też sztukę wytwa­rza­nia tak pięk­nej broni. Kowale, któ­rzy pra­co­wali w tej zbro­jowni, byli geniu­szami...

- Pocze­kaj tutaj - roz­ka­zał mi de Coste. - I niczego nie doty­kaj.

Wyszedł innymi drzwiami, a ja usły­sza­łem za nimi zna­jomą muzykę mło­tów i kowa­deł. Widzia­łem postaci w skó­rza­nych far­tu­chach, musku­larne ręce lśniące w świe­tle ognia w pale­ni­skach. Na ten widok ogar­nęła mnie tęsk­nota za domem. Tęsk­ni­łem za Celene. Oui, za matką także, a nawet za ojcem. Chyba powi­nie­nem prze­stać go tak nazy­wać w myślach, ale, na Sied­mioro Męczen­ni­ków, łatwiej powie­dzieć niż zro­bić. Przez całe życie myśla­łem, że Raphael Castia to mój ojciec. Ni­gdy nie przy­szło mi na myśl, że jestem synem praw­dzi­wego potwora.

Kiedy cięż­kie drzwi zatrza­snęły się za Aaro­nem, pod­sze­dłem do mie­czy, podzi­wia­jąc ich urodę. Każdą gło­wicę zdo­biła sied­mio­gwiazda, jelec sta­no­wił jakąś waria­cję Odku­pi­ciela na kole albo anio­łów w locie. Za to srebrne wzory na klin­gach przy­po­mi­nały słoje szla­chet­nego drewna, każdy sub­tel­nie różny od sąsied­niego. Wycią­gną­łem rękę do naj­bliż­szego mie­cza i prze­su­ną­łem grzbie­tem dłoni wzdłuż ostrza. W nagrodę poczu­łem lek­kie pie­cze­nie i zoba­czy­łem cie­niutką czer­woną linię na skó­rze.

Ostry jak brzy­twa, pomy­śla­łem.

- Masz dosko­nały gust - roz­legł się za mną niski głos.

Odwró­ci­łem się zasko­czony i zoba­czy­łem mło­dego S?dhaemczyka, który mi się przy­glą­dał. Wszedł do holu dru­gimi drzwiami i był gibki jak kot, a cichy jak myszka. Miał nieco ponad dwa­dzie­ścia lat i heba­nową skórę typową dla swo­ich roda­ków. Nie dostrze­głem żad­nych tatu­aży na skó­rze, ale przy­pa­lone włosy na przed­ra­mio­nach i skó­rzany far­tuch pod­po­wie­działy mi, że to kowal w każ­dym calu. Był wysoki, powa­la­jąco przy­stojny i nosił włosy sple­cione w krót­kie war­ko­czyki. Prze­szedł przez salę i wyjął miecz z mojej ręki.

- Kto ci powie­dział, żeby spraw­dzać ostrze w taki spo­sób? - zapy­tał, spo­glą­da­jąc na roz­cię­cie na mojej dłoni.

- Siła szer­mie­rza kryje się w jego ręce, ale fine­zja kryje się w pal­cach. Nie można ich nara­żać, spraw­dza­jąc ostrze. Tata tak mi powie­dział. - Zaraz ugry­złem się w język i zaci­sną­łem zęby. - To zna­czy... męż­czy­zna, któ­rego bra­łem za ojca...

Kowal ski­nął głową, patrząc na mnie ze zro­zu­mie­niem.

- Jak się nazy­wasz, chłop­cze?

- Gabriel de León, mój panie.

Młody męż­czy­zna zaśmiał się wtedy i był to głę­boki, dźwięczny odgłos, który poczu­łem aż w piersi.

- Żaden ze mnie pan. Cho­ciaż jestem odda­nym sługą Pana. Bap­ti­ste Sa-Ismael, Brat Pale­ni­ska i czar­no­ręki Srebr­nego Zakonu. Do usług.

- Czar­no­ręki?

Bap­ti­ste się uśmiech­nął.

- Tak mawia mistrz kuźni, Argyle. Mówi się, że czło­wiek, który lubi maj­ster­ko­wać, to złota rączka. Zatem my, któ­rzy kochamy kowa­dło, ogień i stal...? - Wzru­szył ramio­nami. Prze­ciął powie­trze mie­czem i uśmiech­nął się do niego czule. - Masz dobre oko. To jeden z moich ulu­bio­nych.

- Sam je wyku­łeś?

- Nie­które. Moi bra­cia wykuli pozo­stałe. Każde ostrze w tej sali zostało stwo­rzone dla rekru­tów takich jak ty. W każ­dej klin­dze jest okruch serca jego twórcy. Wykuta, zahar­to­wana i uca­ło­wana na poże­gna­nie sre­bro­stal czeka tu na rękę swo­jego pana.

- Sre­bro­stal - powtó­rzy­łem, roz­ko­szu­jąc się brzmie­niem tego słowa na ustach. - Jak się ją wykuwa?

Bap­ti­ste uśmiech­nął się jesz­cze sze­rzej.

- Wszy­scy mamy sekrety w tych murach, Gabrielu de León. A ten należy do Braci Pale­ni­ska.

- Ja nie mam żad­nych sekre­tów.

- Zatem za mało się sta­rasz. - Bap­ti­ste się zaśmiał.

W pierw­szej chwili podej­rze­wa­łem, że kpi sobie ze mnie, ale w jego oczach pło­nęła ser­decz­ność, która natych­miast zdo­była moją sym­pa­tię. Skrzy­żo­wał ręce i obrzu­cił mnie spoj­rze­niem od stóp do głów.

- De León, powia­dasz? Prze­dziwne...

Odwró­cił się do broni za nami i prze­szedł wzdłuż sto­jaka. Nie­mal z nabo­żeń­stwem zdjął ze ściany miecz. Wró­cił i zło­żył go w moich dło­niach.

- Wyku­łem to cacko rap­tem w zeszłym mie­siącu. Nie wie­dzia­łem dla kogo. Aż do tej chwili.

Popa­trzy­łem z nie­do­wie­rza­niem.

- Naprawdę... ?

W moich drżą­cych dło­niach leżał naj­pięk­niej­szy miecz, jaki kie­dy­kol­wiek widzia­łem. Elo­ise, Anioł Zemsty, został wykuty na ręko­je­ści; jej skrzy­dła spły­wały jak srebrne wstęgi. Jasne zawi­jasy sre­bra burzyły się wzdłuż ciem­niej­szej stali ostrza. Widzia­łem piękne litery słów z Testa­men­tów wykute wzdłuż klingi:

POZNAJ­CIE ME IMIĘ, GRZESZ­NICY, BOWIEM

PRZY­SZE­DŁEM POMIĘ­DZY WAS JAKO LEW POMIĘ­DZY JAGNIĘTA.

Spoj­rza­łem w ciemne oczy Bap­ti­ste'a i zoba­czy­łem, że się uśmie­cha.

- Może mi się śni­łeś, Gabrielu de León. Myślę, że może twoje nadej­ście było zrzą­dzone.

- Mój Boże - powie­dzia­łem, nie posia­da­jąc się ze zdu­mie­nia. - Czy... ma imię?

- Mie­cze to tylko narzę­dzia. Nawet te wykute ze sre­bro­stali. Wojow­nik, który nadaje imię swo­jej broni, w rze­czy­wi­sto­ści marzy o tym, żeby to jego imię było w przy­szło­ści sławne. - Bap­ti­ste rozej­rzał się, jego oczy zabły­sły, gdy pochy­lił się i szep­nął: - Ja swój młot nazwa­łem Pro­mie­niem Słońca.

Pokrę­ci­łem głową, nie bar­dzo wie­dząc, co powie­dzieć. Żaden syn kowala nie mógł nawet marzyć o posia­da­niu broni tak pięk­nej roboty jak ta.

- Nie... nie wiem, jak ci dzię­ko­wać.

Bap­ti­ste spo­waż­niał. Zapa­trzył się w dal.

- Zabij nim jakie­goś potwora - odpo­wie­dział.

- Tu jesteś...

Odwró­ci­łem się i zoba­czy­łem Aarona de Coste przy drzwiach. Ponury nastrój, który ogar­nął Bap­ti­ste'a, znik­nął, jakby ni­gdy się nie poja­wił. Kowal prze­szedł przez salę z otwar­tymi ramio­nami.

- Wciąż żyjesz, łaj­daku!

Aaron uśmiech­nął się sze­roko i ser­decz­nie objął star­szego chło­paka. To był pierw­szy szczery uśmiech, jaki widzia­łem na jego twa­rzy.

- Dobrze cię widzieć, bra­cie.

- No pew­nie, że tak! W końcu ja to ja! - Bap­ti­ste wypu­ścił Aarona z objęć, marsz­cząc nos. - Słodka Matko-Dzie­wico, cuch­niesz koniem. Zdaje mi się, że czas na kąpiel.

- Taki mam zamiar. Kiedy tylko zakwa­te­ruję tego brud­nego wie­śniaka. Ty. - Aaron wark­nął. - Mały Kocie. Bierz, kurna, swoje rze­czy.

Przy­niósł czarne skó­rzane spodnie, gruby szy­nel, solidne buty ze srebr­nymi obca­sami, takie same jak jego wła­sne. Bez­ce­re­mo­nial­nie rzu­cił to wszystko na pod­łogę. Mnie jed­nak nie inte­re­so­wały nowe buty czy spodnie. Zamiast tego unio­słem nowy wspa­niały miecz, spraw­dza­jąc jego wywa­że­nie.

Sre­bro­stal jarzyła się w przy­ćmio­nym świe­tle. Mia­łem wra­że­nie, że anioł na jelcu uśmie­cha się do mnie. Nie­pew­ność, jaką czu­łem, wcho­dząc do opac­twa, roz­pły­nęła się nieco, a myśl o domu odro­binę mniej bolała. Wie­dzia­łem, że muszę się wiele nauczyć. Wie­dzia­łem, że w takim miej­scu jak to muszę naj­pierw nauczyć się cho­dzić, zanim pobie­gnę. Jed­nakże prawda była taka, że mimo grze­chu, z któ­rego się naro­dzi­łem, mimo potwora, który we mnie żył, na­dal czu­łem przy sobie Boga. Miecz tego dowo­dził. Jakby kowale San Michon wie­dzieli o moim nadej­ściu. Jakby było pisane mi tam tra­fić. Spoj­rza­łem na piękny napis na moim nowym mie­czu i bez­gło­śnie powtó­rzy­łem słowa: przy­sze­dłem pomię­dzy was jako lew pomię­dzy jagnięta.

- Lwi Pazur - szep­ną­łem.

- Lwi Pazur - powtó­rzył Bap­ti­ste, gła­dząc się po pod­bródku. - To mi się podoba.

Wrę­czył mi pas, pochwę i ostry szty­let ze sre­bro­stali, z Anio­łem Zemsty, który roz­kła­dał swoje piękne skrzy­dła na jelcu - do kom­pletu z ofia­ro­wa­nym mi mie­czem. Patrząc na trzy­many w ręce miecz, przy­sią­głem, że okażę się go godny. Że naprawdę zabiję nim jakie­goś potwora, że nie będę po pro­stu cho­dził. Nie będę tylko bie­gał.

O nie. W tym miej­scu będę, kurwa, latał.

VII

Jak zła­mane serce

Było późne popo­łu­dnie tego pierw­szego dnia, kiedy ją pozna­łem.

Zmy­łem brud podróży w łaźni, prze­bra­łem się w nowe rze­czy: czarne skó­rzane spodnie i koszulę, wyso­kie do kolan cięż­kie buty ze srebr­nymi obca­sami. Pode­szwy miały wypu­kły wzór sied­mio­gwiazdy i zda­łem sobie sprawę, że będę zosta­wiał ślad Męczen­ni­ków wszę­dzie, gdzie pójdę. Zrzu­ca­jąc stare ubra­nia, w pew­nym sen­sie porzu­ci­łem też to, kim byłem. Nie mia­łem jesz­cze poję­cia, kim się stanę. Kiedy jed­nak wró­ci­łem do koszar, zasta­łem cze­ka­ją­cego tam opata Kha­lida. Uśmiech w jego oczach odpo­wia­dał widmu uśmie­chu, jakie nawie­dzało jego pobliź­nioną twarz.

- Chodź ze mną, Mały Lwie. Mam dla cie­bie pre­zent.

Posze­dłem za opa­tem do war­towni, zdu­mie­wa­jąc się roz­mia­rami tego męż­czy­zny. Był jak cho­dząca góra, a dłu­gie war­ko­cze opa­dały mu na plecy jak nie­okieł­znane węże. Plat­forma koły­sała się na chłod­nym wie­trze. Kiedy zjeż­dża­li­śmy, zer­ka­łem na niego z ukosa, powra­ca­jąc wzro­kiem na poziome bli­zny roz­ci­na­jące mu policzki.

- Zasta­na­wiasz się, jak się ich doro­bi­łem - powie­dział, nie odry­wa­jąc oczu od doliny w dole.

- Wybacz, opa­cie - odpar­łem, spusz­cza­jąc wzrok. - Ale fr?re Sza­ro­ręki... powie­dział, że nasze ciało, bla­do­kr­wi­stych, ina­czej się goi niż ciała zwy­kłych ludzi. Tej nocy, kiedy zabrał mnie z mojej wio­ski, zosta­łem tak głę­boko raniony w plecy, że ostrze dotknęło kości. A teraz pra­wie nie mam śladu.

- Rany będą się na tobie goić jesz­cze szyb­ciej, w miarę jak będziesz dora­stał, a twoja krew zgęst­nieje. Mamy jed­nak te same sła­bo­ści, co nasi prze­klęci ojco­wie: na przy­kład sre­bro głę­boko nas rani, a ogień zosta­wia ślady. Zasta­na­wiasz się, co nazna­czyło mnie takimi bli­znami?

Ski­ną­łem głową, napo­ty­ka­jąc spoj­rze­nie jego zie­lo­nych, uczer­nio­nych oczu.

- Ciem­ność jest pełna okrop­no­ści, de León. I cho­ciaż w ostat­nich cza­sach naj­bar­dziej nas nie­po­koją zim­no­krwi­ści, to bra­cia Srebr­nego Zakonu zawsze polo­wali na wszel­kie zło i sami przez to sta­wali się zwie­rzyną. - Prze­su­nął pal­cem po bli­znach. - Te poda­ro­wały mi szpony tan­cerki zmierz­chu, prze­klę­tego potwora, który przyj­muje kształt zwie­rzę­cia i czło­wieka. Wysła­łem ją tam, gdzie było jej miej­sce, pro­sto do pie­kła. - Uśmiech na jego pobliź­nio­nej twa­rzy stał się odro­binę szer­szy. - Ale nie chciała odejść bez całusa na poże­gna­nie.

Dotar­li­śmy na dół i z cichym śmie­chem Kha­lid pokle­pał mnie po ramie­niu i popro­wa­dził naprzód. Setka pytań kłę­biła mi się za zębami.

Staj­nię wykuto w sercu kate­dral­nego filaru, jej strop wspie­rał się na kolum­nach z ciem­nej skały. W środku śmier­działo tak, jak zwy­kle śmier­dzi w stajni: końmi, słomą i łaj­nem. Jed­nakże odkąd napi­łem się krwi Ilsy, mógł­bym przy­siąc, że moje zmy­sły się wyostrzyły i pod zwy­czaj­nym smro­dem wyczu­łem powiew śmierci. Roz­kładu.

Bli­sko wej­ścia dwóch chłop­ców - ciem­no­skó­rych S?dhaemczyków, tak jak Kha­lid - sio­dłało kudłatą kasz­tankę. Pierw­szy był mniej wię­cej w moim wieku, a drugi może z rok młod­szy. Obaj byli musku­larni, ubrani w samo­dział, nosili krótko przy­cięte ciemne, krę­cone włosy. Widząc podobne piwne oczy i kształt pod­bród­ków, domy­śli­łem się, że są spo­krew­nieni.

- Jasnego świtu, Kaspa­rze. Kavehu. - Opat ski­nął głową naj­pierw do star­szego chłopca, potem do młod­szego. - To Gabriel de León, nowy rekrut w Zako­nie.

- Jasnego świtu, Gabrielu - powie­dział Kaspar, ści­ska­jąc mi dłoń.

- Bożego dnia, Kaspa­rze - odpo­wie­dzia­łem i spoj­rza­łem na jego brata. - Kavehu?

- Wybacz - powie­dział Kaspar. - Brat uro­dził się bez języka. Nie mówi.

Młod­szy chło­pak spoj­rzał na mnie, jakby rzu­cał mi wyzwa­nie. Domy­śla­łem się powo­dów tego zacho­wa­nia. W bar­dziej prze­sąd­nych czę­ściach cesar­stwa taka przy­pa­dłość mogła zostać uznana za efekt czar­no­księ­stwa; takie dziecko spa­lono by razem z matką. Mama nauczyła mnie jed­nak, że takie myśle­nie to głu­pota, bo rodzi się ze stra­chu. Powie­działa, że Wszech­mo­gący kocha wszyst­kie swoje dzieci i że powi­nie­nem sta­rać się postę­po­wać tak samo. Dla­tego poda­łem Kave­howi rękę.

- Cóż... i tak marny ze mnie roz­mówca. Jasnego świtu, Kavehu.

Gry­mas chło­paka zła­god­niał i kiedy uści­snę­li­śmy sobie dło­nie, na jego usta wypły­nął uśmiech. Opat mruk­nął z apro­batą i zawo­łał przez staj­nię cie­płym bary­to­nem:

- I tobie życzę jasnego świtu, prze­ory­szo Char­lotte! I wam, nowi­cjuszki!

Spoj­rza­łem w tym samym kie­runku co on i zoba­czy­łem pół tuzina postaci wokół stosu wor­ków z obro­kiem. Sio­stry z klasz­toru na górze, zda­łem sobie sprawę. Wszyst­kie były odziane w gołę­bio-białe szaty i kor­nety nowi­cju­szek - z wyjąt­kiem suro­wej kobiety w czar­nym habi­cie, która stała, pod­czas gdy reszta sie­działa. Była star­sza i bar­dzo szczu­pła, wręcz wychu­dzona. Cztery dłu­gie bli­zny bie­gły przez jej twarz, jakby zaata­ko­wało ją jakieś dzi­kie zwie­rzę.

- Bożego dnia, opa­cie. - Zer­k­nęła na pod­opieczne. - Prze­każ­cie bło­go­sła­wień­stwo, dziew­częta.

- Bożego dnia, opa­cie Kha­li­dzie - powie­działy śpiew­nym chó­rem dziew­częta.

- To Gabriel de León - powie­dział Kha­lid. - Nowy syn Ordo Argent.

Sta­łem z pochy­loną z sza­cunku głową, ale zer­ka­łem na sio­stry spod rzęs. Wszyst­kie były młode. Sie­działy na wor­kach obroku, z blo­kami papieru i kawał­kami węgla w dło­niach. Zro­zu­mia­łem, że ryso­wały konie. Zauwa­ży­łem pośród nich nowi­cjuszkę tak drobną, że wyglą­dała jak dziecko. Miała wiel­kie zie­lone oczy i pie­go­watą cerę. A na samym prze­dzie sie­działa - niczym anioł, który spadł na zie­mię - jedna z naj­pięk­niej­szych dziew­czyn, jakie w życiu widzia­łem.

Jean-François prze­wró­cił oczami i odchy­lił się na krze­śle.

Gabriel pod­niósł wzrok i się skrzy­wił.

- Jakiś pro­blem?

- Sło­wem się nie ode­zwa­łem, sre­bro­święty.

- Wła­śnie usły­sza­łem wyraźny jęk, zim­no­krwi­sty.

- To tylko wiatr. Zapew­niam.

- Pier­dol się - wark­nął Gabriel. - Ona naprawdę była piękna. Może to nie był ten rodzaj urody, jaki zoba­czysz na por­tre­cie w gale­rii albo u dziew­czyny wiszą­cej u ramie­nia jakie­goś boga­tego łaj­daka. Nie była pięk­no­ścią spo­witą w jedwa­bie ani ukrytą w zło­tym alkie­rzu. Jed­nak na­dal pamię­tam, jak wyglą­dała tam­tego popo­łu­dnia. Minęło tyle lat, a ja mam wra­że­nie, że to wyda­rzyło się wczo­raj.

Znie­ru­cho­miał. Wyglą­dał teraz jak lustrzane odbi­cie wam­pira naprze­ciwko. Nawet potwór wyczu­wał cię­żar, jaki zawisł w powie­trzu pomię­dzy nimi, i sie­dział cier­pli­wie, aż sre­bro­święty znowu zaczął mówić:

- Była star­sza ode mnie. Miała pew­nie z sie­dem­na­ście lat. Na prawo od ust miała pie­przyk, jakby umie­ściła go tam sama Matka-Dzie­wica. Jedna brew uno­siła się w nieco wyż­szym łuku niż druga, nada­jąc jej twa­rzy wyraz wiecz­nego łagod­nego lek­ce­wa­że­nia. Skórę miała jak mleko, a poli­czek miał krzy­wi­znę zła­ma­nego serca. To nie była uroda per­fek­cji, jed­nak asy­me­tria jej rysów budziła... fascy­na­cję. Miała twarz na wpół posły­sza­nego szeptu, nie­wy­po­wie­dzia­nego sekretu. Sie­działa z per­ga­mi­nem na kola­nach, na któ­rym wid­niał piękny rysu­nek wiel­kiego czar­nego wała­cha.

Opat Kha­lid spoj­rzał na jej pracę. Z racji bli­zny trudno było się zorien­to­wać, ale w końcu spo­strze­głem, że szcze­rze się uśmie­cha.

- Masz bystre oko i zręczną rękę, nowi­cjuszko.

Dziew­czyna spu­ściła wzrok.

- Te słowa to dla mnie zaszczyt, opa­cie.

- To Wszech­mo­gący kie­ruje naszymi rękami - powie­działa prze­ory­sza Char­lotte, patrząc z dez­apro­batą na młodą sio­strę. - My jeste­śmy tylko naczy­niami.

Dziew­czyna spoj­rzała na prze­ory­szę i ski­nęła głową.

- Véris.

Wie­dzia­łem, że nie powi­nie­nem się gapić. Po dro­dze do San Michon Sza­ro­ręki powie­dział mi, że sre­bro­święci skła­dają śluby celi­batu w oba­wie, że mogli­by­śmy prze­ka­zać zło naszych naro­dzin i stwo­rzyć kolejne bla­do­kr­wi­ste plu­ga­stwa jak my sami. Po tym, co zro­bi­łem Ilsie, przy­znaję, że ta idea przy­pa­dła mi do gustu. Na­dal potra­fi­łem zoba­czyć trwogę w jej oczach, gdy się posta­ra­łem, wciąż prze­śla­do­wała mnie zgroza, że mogłem ją skrzyw­dzić. Nie mia­łem ochoty ni­gdy wię­cej dotknąć żad­nej dziew­czyny, jak długo będę żył, a to nie były nawet zwy­kłe dziew­czyny, to były nowi­cjuszki Srebr­nego Zgro­ma­dze­nia. Nie­długo miały zostać oblu­bie­ni­cami samego Boga.

Mimo to ta dziew­czyna mnie przy­cią­gała. Gdy patrzy­łem, pod­nio­sła wzrok i napo­tkała moje spoj­rze­nie. Nie odwró­ci­łem wzroku. Co dziwne, ona także tego nie zro­biła.

- Cóż, bożego dnia, pobożne córki. - Kha­lid się ukło­nił. - Niech wam Matka-Dzie­wica bło­go­sławi.

- Jasnego świtu, opa­cie. - Prze­ory­sza pstryk­nęła pal­cami. - Wra­caj­cie do pracy, dziew­częta.

Ode­rwa­łem wzrok od dziew­czyny, a opat zła­pał mnie za ramię i popro­wa­dził w głąb stajni. Wszyst­kie myśli o kru­czo­wło­sej nowi­cjuszce ucie­kły mi z głowy na widok tego, co tam zna­la­złem.

Chmara wierz­chow­ców cze­kała w roz­le­głej zagro­dzie. To były tun­drowe kuce z Tal­ho­stu, wytrzy­mała rasa zwana "sosya". Były mniej­sze od swo­ich eli­da­eń­skich kuzy­nów, kudłate i miały żela­zne żołądki, ide­al­nie radziły sobie z latami ubó­stwa, jakie nade­szły wraz z bez­d­niem. Potra­fiły prze­żuć dosłow­nie wszystko. Zna­łem czło­wieka, który przy­się­gał na wszyst­kie świę­to­ści, że jego sosya zjadł mu psa. Te tutaj nale­żały do naj­lep­szych w swoim rodzaju. Kiedy tak sta­łem i je podzi­wia­łem, znowu wychwy­ci­łem zapach roz­kładu. Pod­nio­słem wzrok i wkrótce spo­strze­głem jego źró­dło.

- Matko i Dzie­wico...

Z sufitu zwie­szali się zim­no­krwi­ści nie­szczę­śnicy. Stary męż­czy­zna, chudy i prze­gniły, oraz chło­piec nie star­szy ode mnie. Ich skóra była blada, z ubrań zostały łach­many, oczy im pło­nęły gło­dem i wro­go­ścią, gdy patrzyli na mnie.

- Nie oba­wiaj się, de León - powie­dział Kha­lid. - Spę­tani sre­brem są bez­radni jak dzieci.

Z bli­ska spo­strze­głem, że wam­piry wiszą w srebr­nych łań­cu­chach i koły­szą się jak upiorne żyran­dole. Sta­jenni, sio­stry i nawet zwie­rzęta zupeł­nie się nimi nie przej­mo­wali. W końcu zro­zu­mia­łem, po co ich tam powie­szono.

- Trzy­ma­cie je dla koni...

- W rze­czy samej. - Opat ski­nął głową. - Stwo­rze­nia boże nie mogą znieść obec­no­ści noc­nych potwo­rów. Jed­nakże te wierz­chowce mają nas ponieść do walki prze­ciwko ciem­no­ści. Dla­tego od początku regu­lar­nie przy­zwy­cza­jamy je do obec­no­ści zła bez­śmiert­nych. - Kha­lid posłał mi jeden ze swo­ich pobliź­nio­nych uśmie­chów. - Bystry jesteś, Mały Lwie.

Ski­ną­łem głową, doce­nia­jąc mądrość tego roz­wią­za­nia. Opat podał mi kilka kostek cukru - luk­sus, odkąd wszyst­kie uprawy zmar­niały, ale naj­wy­raź­niej San Michon było stać na takie luk­susy dzięki cesar­skiemu patro­na­towi.

- Wybierz sobie jed­nego, chłop­cze.

- Naprawdę mogę?

Kha­lid ski­nął głową.

- To poda­ru­nek z myślą o pró­bach, jakie cię cze­kają. Dobrze zasta­nów się nad wybo­rem, chłop­cze. Ten wierz­cho­wiec ponie­sie cię do walki prze­ciwko upio­rom, dla któ­rych ciem­ność jest domem.

- Ale... jak mam zde­cy­do­wać?

- Zaufaj sercu. Zorien­tu­jesz się.

Ma famille nie miała nawet jed­nej owcy, kiedy byłem dziec­kiem. Tylko ary­sto­krata mógł marzyć o utrzy­ma­niu zwie­rząt tak wspa­nia­łych jak te. Zdu­mie­wa­jąc się losem, który tego samego dnia obda­rzył mnie wła­snym mie­czem i wierz­chow­cem, wsze­dłem do zagrody. I tam, pośród tabunu, zna­la­złem tego wła­ści­wego. Jego spoj­rze­nie było głę­bo­kie jak śro­dek nocy. Miał kudłatą sierść w kolo­rze naj­ciem­niej­szego hebanu. Grzywę zaple­ciono mu w war­ko­czyki, podob­nie jak ogon, któ­rym machał na boki, gdy pod­sze­dłem. Zda­łem sobie sprawę, że to ten sam wałach, któ­rego ryso­wała uta­len­to­wana nowi­cjuszka, i gdy zer­k­ną­łem w jej stronę, zoba­czy­łem, że znowu na mnie patrzy. Mia­łem wra­że­nie, że naje­żyła się, gdy zaczą­łem zbli­żać się do wała­cha, ale mimo to pod­sze­dłem.

- Witaj, chło­paku - mruk­ną­łem.

Wziął ode mnie pod­su­niętą kostkę cukru. Zarżał cicho i szturch­nął mnie w twarz, dopo­mi­na­jąc się o następną, a ja pogła­ska­łem z uśmie­chem jego kudłaty, saty­nowy poli­czek.

Gabriel pokrę­cił głową.

- Cynicy mówią, że nie ma cze­goś takiego jak miłość od pierw­szego wej­rze­nia, ale ja poko­cha­łem tego konia, gdy tylko go zoba­czy­łem. I poda­jąc mu następną kostkę, wie­dzia­łem, że zdo­by­łem przy­ja­ciela na całe życie.

- Jak się nazy­wasz? - zapy­ta­łem zdu­miony jego urodą.

- Nazywa się Sędzia.

Odwró­ci­łem się i zoba­czy­łem, że to nowi­cjuszka się ode­zwała. Była teraz wście­kła. Zanim jed­nak mogłem zapy­tać, czym zasłu­ży­łem sobie na jej gniew, głos prze­ory­szy prze­ciął powie­trze jak bat:

- Nowi­cjuszko Astrid, zamilcz!

- Nie. - Rysunki się roz­sy­pały, gdy dziew­czyna wstała i zoba­czy­łem, że każdy przed­sta­wiał tego samego konia. - Dla­czego ten wie­śniak ma dostać pod opiekę Sędziego? Ja...

Prze­ory­sza wymie­rzyła jej poli­czek.

- Jak śmiesz odzy­wać się do mnie takim tonem? - pie­kliła się Char­lotte. - Sio­stra Srebr­nego Klasz­toru nie posiada żad­nych ziem­skich dóbr na wła­sność. I słu­cha mądrzej­szych od sie­bie.

- Nie jestem sio­strą Srebr­nego Klasz­toru - wark­nęła wyzy­wa­jąco dziew­czyna.

Skrzy­wi­łem się, gdy prze­ory­sza kolej­nym policz­kiem powa­liła ją na kolana i wykrzy­wiła pobliź­nioną twarz, war­cząc:

- Brnij dalej w tę bez­czel­ność, a ni­gdy nią nie zosta­niesz!

- I dobrze! Nie chcia­łam się tu zna­leźć!

- To aku­rat jest oczy­wi­ste! Jed­nak na tym świe­cie ist­nieją tylko dwa miej­sca dla córki z nie­pra­wego łoża, Astrid Ren­nier! Przed ołta­rzem Boga na kola­nach albo w bur­delu na ple­cach!

W stajni zapa­no­wała nie­przy­jemna cisza. Astrid wpa­try­wała się wście­kła w prze­ory­szę. Spoj­rza­łem na Kha­lida, ale wystar­czyło mi jedno spoj­rze­nie, by wie­dzieć, że nie będzie się wtrą­cał. Zatem ja, jak skoń­czony głu­piec...

- Pro­szę o wyba­cze­nie - powie­dzia­łem. - Jeśli ten wierz­cho­wiec należy do łaska­wej demo­iselle...

- Nie jest żadną demo­iselle - wark­nęła prze­ory­sza. - Jest nowi­cjuszką Srebr­nego Zgro­ma­dze­nia. Nie posiada niczego poza ubra­niem na wła­snym grzbie­cie. Na nic nie zasłu­guje poza należną jej karą. I jeśli nie chcesz jej podzie­lić, lepiej, żebyś zapa­no­wał nad języ­kiem.

- Nie wtrą­caj się, de León - roz­ka­zał Kha­lid.

Spoj­rza­łem na niego nie­pew­nie. Prze­ory­sza się­gnęła do rękawa i wyjęła rze­mień zakoń­czony krótką żela­zną ostrogą.

- Proś Boga o wyba­cze­nie - roz­ka­zała dziew­czy­nie.

Nowi­cjuszka tylko spio­ru­no­wała ją wzro­kiem.

- Nie będę o nic bła...

Słowa Astrid zamie­niły się w zdu­szony krzyk, gdy rze­mień wylą­do­wał na jej ple­cach.

- Bła­gaj, kur­wia córko!

Dziew­czyna unio­sła głową i wark­nęła zacie­kle:

- Pier­dol się!

Nowi­cjusz­kom zaparło dech. Byłem zdu­miony nie­na­wi­ścią w oczach dziew­czyny, zadzi­wiał mnie jej upór, ale przede wszyst­kim było mi nie­do­brze na widok prze­mocy, jaką wobec niej sto­so­wano. Wie­dzia­łem, co to zna­czy zno­sić takie lanie. Wie­dzia­łem, ile trzeba odwagi, by znieść je w mil­cze­niu. Rze­mień spadł jesz­cze sześć razy, a dziew­czyna nie chciała ustą­pić. Wresz­cie, oba­wia­jąc się, że prę­dzej umrze niż prze­prosi, popro­si­łem w jej imie­niu:

- Prze­ory­szo, bła­gam, prze­stań! Jeśli trzeba wymie­rzyć karę...

Silne palce zła­pały mnie za rękę tak mocno, że się skrzy­wi­łem. Odwró­ci­łem się i zoba­czy­łem za sobą opata Kha­lida.

- Nie masz prawa się wtrą­cać, nowi­cju­szu.

- Opa­cie, to okru­cień­stwo nie do...

Zaci­snął jesz­cze moc­nej rękę, aż jęk­nęły mi kości.

- Nie. Masz. Prawa.

Czu­łem się jak kun­del. Gorycz wypeł­niła mi usta, żołą­dek się burzył, ale kiedy ręka zaci­skała się na moim ramie­niu jak ima­dło, nie ośmie­li­łem się wię­cej ode­zwać. Byłem tylko chłop­cem. Char­lotte na­dal ude­rzała, bli­zny na jej twa­rzy przy­brały siny kolor z wście­kło­ści. Żołą­dek mi się bun­to­wał, gdy potworne razy roz­brzmie­wały w ciszy. W końcu dziew­czyna się zała­mała. Jak każdy.

- Na miłość boską, prze­stań!

- Bła­gasz o wyba­cze­nie Wszech­mo­gą­cego, Astrid Ren­nier?

Trzask!

- Oui!

Trzask.

- To bła­gaj!

- Prze­pra­szam! - krzy­czała. - Bła­gam Boga o wyba­cze­nie!

Prze­ory­sza wresz­cie się uspo­ko­iła.

- Wstań. - Jej głos był jak lód.

Patrzy­łem bez­rad­nie, kiedy zapła­kana dziew­czyna potrze­bo­wała chwili, by zebrać siły. A potem wstała chwiej­nie, obej­mu­jąc się rękami. Zer­k­ną­łem na inne nowi­cjuszki i zoba­czy­łem w ich oczach strach przed prze­ory­szą. A nade wszystko strach przed Bogiem. Tylko jedna robiła wra­że­nie szcze­rze prze­ję­tej - drob­niutka zie­lo­no­oka i pie­go­wata dziew­czyna, która patrzyła na Astrid z tym samym współ­czu­ciem, jakie ja czu­łem w sercu. Jed­nakże prze­ory­sza ewi­dentne nie znała współ­czu­cia.

- Nauczysz się, gdzie jest twoje miej­sce, kur­wia córko. Sły­szysz?

- O-oui, prze­ory­szo.

- To doty­czy was wszyst­kich! - Char­lotte obró­ciła się do swo­ich pod­opiecz­nych z ogniem w oczach. - Zosta­ły­ście przy­obie­cane Bogu. Będzie­cie słu­żyć jemu i jego Kościo­łowi jak powinny posłuszne żony. Albo odpo­wie­cie przede mną i samym pie­kłem!

Spio­ru­no­wała mnie wzro­kiem, jakby pro­wo­ko­wała mnie do reak­cji, ale cho­ciaż słowa goto­wały się za moimi zębami, opat Kha­lid wciąż trzy­mał mnie za rękę. I dla­tego mil­cza­łem.

- Pro­szę o wyba­cze­nie za to nie­sto­sowne zacho­wa­nie, opa­cie - wyce­dziła Char­lotte, zaci­ska­jąc usta.

- Nie­po­trzeb­nie, prze­ory­szo - odpo­wie­dział opat. - "Zbłą­kane owieczki są zwie­rzyną dla wil­ków".

- W rze­czy samej. - Chuda kobieta skwi­to­wała ski­nię­ciem głowy cytat z Testa­men­tów i odwró­ciła się do nowi­cju­szek. - Chodź­cie, dziew­częta. Spę­dzimy dzień na kon­tem­pla­cji w mil­cze­niu. Nowi­cjuszko Chloe, pomóż nowi­cjuszce Astrid.

Drobna pie­go­wata dziew­czyna ski­nęła głową i pomo­gła towa­rzyszce pozbie­rać rze­czy. Astrid trzę­sły się ręce. Zer­k­nęła na mnie - chmurne, prze­lotne spoj­rze­nie spla­mione łzami. Dopiero kiedy znik­nęły nam z oczu, Kha­lid puścił moją rękę.

- Silna wola dobrze ci posłuży na polo­wa­niu, młody bra­cie, a dobre serce będzie tar­czą prze­ciwko nie­bez­pie­czeń­stwom cza­ją­cym się w ciem­no­ści - powie­dział cicho. - Jed­nakże jeśli jesz­cze kie­dy­kol­wiek zakwe­stio­nu­jesz mój roz­kaz, zawlekę cię na koło i zedrę ci skórę z ple­ców. Jesteś bożym sługą, ale teraz jesteś moim żoł­nie­rzem. Rozu­miesz?

Spoj­rza­łem mu w oczy, żeby prze­ko­nać się, czy się roz­gnie­wał, ale mówił rze­czowo, patrzył spo­koj­nie. Opat Ordo Argent nie uno­sił się. Nie pod­no­sił głosu. W tam­tej chwili prze­ko­na­łem się, że praw­dziwy przy­wódca nie musi tego robić.

- Oui, opa­cie. - Ukło­ni­łem się.

Ski­nął głową, jakby sprawa już została zapo­mniana. Patrząc na bramę, którą wyszły sio­stry, mruk­nął:

- Prze­ory­sza Char­lotte jest pobożną kobietą, oddaną Wszech­moc­nemu i Matce-Dzie­wicy. I jeśli unio­sła się gnie­wem, to musisz jej wyba­czyć. Dzi­siej­sze nie­szpory będą bole­sne dla cie­bie, mło­do­kr­wi­sty, ale dla więk­szo­ści z nas będą praw­dziwą tor­turą.

- Dla­czego? Co się wyda­rzy dziś wie­czo­rem?

- Ktoś umrze, de León. - Kha­lid wes­tchnął i zapa­trzył się w zimną dal. - Dobry czło­wiek umrze.

VIII

Czer­wony Rytuał

Kiedy wątłe słońce zaszło, zosta­łem przy­wo­łany do kate­dry przez pieśń potęż­nych dzwo­nów.

Postaci odpo­wia­dały na zew w całym opac­twie i ude­rzyło mnie teraz, jak nie­wiele ich jest. Pół tuzina sre­bro­świę­tych, może z tuzin uczniów, robot­nicy, słu­dzy i sio­stry Srebr­nego Zgro­ma­dze­nia. Kiedy jed­nak wcho­dzi­łem po kate­dral­nych scho­dach ramię w ramię z Aaro­nem de Coste, na­dal mia­łem gęsią skórkę na rękach. Bez względu na to, jak stare i puste to miej­sce się wyda­wało, wciąż wyczu­wa­łem jego świę­tość. A kiedy wsze­dłem do środka, zaparło mi dech w piersi.

Kate­drę wykuto z ciem­nego gra­nitu. Wzno­siła się na pla­nie koła jak pie­częć Świę­tego Kościoła. Zgod­nie z tra­dy­cją w ściany wsta­wiono dwoje potęż­nych drzwi - jedne na wscho­dzie z myślą o świ­cie i żywych oraz dru­gie na zacho­dzie, dla zmierz­chu i zmar­łych. Zdo­bione rytami filary wzno­siły się do kopuły wyż­sze od naj­więk­szych drzew, a prze­strzeń oświe­tlały łagod­nie takie same szklane kule, jakie wisiały pod sufi­tem w zbro­jowni. Wiele okien wła­śnie napra­wiano, ale te odsło­nięte zapie­rały dech. Słabe świa­tło z tru­dem wpa­dało przez sied­mio­ra­mienne okno w fasa­dzie, rzu­ca­jąc wątłe tęcze na posadzkę. Drew­niane ławki usta­wiono kon­cen­trycz­nymi krę­gami wokół kamien­nego ołta­rza w sercu budowli, nad któ­rym uno­sił się wielki mar­mu­rowy posąg Odku­pi­ciela na kole. Odku­pi­ciel miał zwią­zane ręce, oskó­ro­wane plecy i gar­dło pode­rżnięte od ucha do ucha.

Przy ołta­rzu usta­wiono kosz pełen żarzą­cych się węgli i szklaną misę z gotu­ją­cym się sre­brzy­stym pły­nem. Przed nim stał samotny srebrny kie­lich.

Nie poj­mo­wa­łem, do czego służy kosz z węglami, ale każda bogo­bojna dusza znała Gra­ala. Tak jak w każ­dym innym kościele w Eli­da­enie, to była tylko imi­ta­cja, rzecz jasna. Jed­nakże dopóki ten kie­lich znaj­do­wał się tutaj, dopóty w kate­drze obecny był duch Odku­pi­ciela. Przy­się­gam, że to czu­łem.

Mimo impo­nu­ją­cych roz­mia­rów kate­dry na nie­szpo­rach zebrały się nas tylko cztery tuziny. Bap­ti­ste Sa-Ismael sie­dział w pobliżu razem z trzema innymi męż­czy­znami, któ­rzy nie­wąt­pli­wie byli, tak jak i on, czar­no­rę­kimi. Mój mistrz, fr?re Sza­ro­ręki, klę­czał w pierw­szym rzę­dzie pośród garstki męż­czyzn w stro­jach sre­bro­świę­tych. Mieli posępne twa­rze i nosili się na czarno; każdy wyda­wał mi się żywą legendą. Zauwa­ży­łem jed­nak, że wielu było w jakiś spo­sób oka­le­czo­nych - nad­garstki bez dłoni, twa­rze, w któ­rych bra­ko­wało oka. Na końcu ich rzędu sie­dział sre­bro­święty o pro­stych, siwie­ją­cych wło­sach. Zauwa­ży­łem, że koły­sze się lekko w tył i w przód. Oczy miał bar­dzo mocno prze­krwione, twarz pożło­bioną zmarszcz­kami bólu.

Powie­trze wypeł­niło się wid­mową muzyką, aniel­ską i piękną. Zoba­czy­łem na chó­rze odziane na czarno sio­stry ze Srebr­nego Zgro­ma­dze­nia. Śpie­wały chó­ral­nie. Ich głosy przy­pra­wiały mnie o dreszcz, piękno pie­śni napeł­niło moją pierś sta­ro­żyt­nym ogniem.

Spi­ral­nymi scho­dami pro­wa­dzą­cymi z krypty wspiął się do ołta­rza opat Kha­lid. Był ubrany w czarne szaty, bli­zny na policz­kach wykrzy­wiały mu usta w tym jego dziw­nym, wiecz­nym uśmie­chu. Kiedy uniósł ręce, zoba­czy­łem sre­brzy­sty tatuaż na ciem­nej skó­rze jego przed­ra­mion - Sanael, Anioł Krwi, zawiły wzór z mie­czy i gołę­bic, Matka-Dzie­wica z maleń­kim Odku­pi­cie­lem.

- Jam jest sło­wem i drogą, rzekł Pan - zain­to­no­wał Kha­lid, cytu­jąc pismo. - Poprzez moją krew grzesz­nicy znajdą zba­wie­nie, a pokut­nicy klu­cze do mojego wiecz­nego kró­le­stwa.

Wszy­scy w kate­drze odpo­wie­dzieli "Véris" - to była zwy­cza­jowa odpo­wiedź wier­nych pod­czas mszy, stare eli­da­eń­skie słowo ozna­cza­jące "prawdę ponad prawdą".

- Witamy nowego brata w twoim domu, Panie. - Kha­lid spoj­rzał na mnie. - Jego naro­dziny to wyna­tu­rze­nie. Jego życie to grzech. Jego dusza jest ska­zana na wieczne potę­pie­nie. Bła­gamy cię jed­nak, abyś dał mu siłę, dzięki któ­rej zdoła prze­zwy­cię­żyć wystę­pek swo­ich naro­dzin i dziel­nie stawi czoło nie­koń­czą­cej się nocy.

- Véris - odpo­wie­dzieli bra­cia.

Roz­brzmiał dzwo­nek przy ołta­rzu. Czu­łem oddech Boga na karku.

- Gabrielu de León, podejdź - roz­ka­zał Kha­lid.

Spoj­rza­łem na mistrza Sza­ro­rę­kiego, który ski­nął głową. Zro­bi­łem znak koła i sta­ną­łem przed koszem węgli i misą ze srebr­nym pły­nem.

Sześć postaci ską­pa­nych w deli­kat­nym, cie­płym świe­tle wiszą­cych w górze kul weszło po scho­dach. Pierw­sza szła prze­ory­sza Char­lotte, a za nią trzy kobiety w czar­nych habi­tach obrę­bio­nych sre­brem. Na gło­wach miały koron­kowe welony, twa­rze upu­dro­wane na biało, na oczach nama­lo­wane szkar­łatne sied­mio­gwiazdy. Za nimi szły dwie dziew­czyny w bieli nowi­cju­szek, ich twa­rze były odkryte i pozba­wione ozdób.

Sta­nęły przy ołta­rzu naprze­ciwko mnie. Roz­po­zna­łem obie ze stajni, gdzie byłem tego samego popo­łu­dnia. Pierw­szą była drob­niutka pie­go­wata dziew­czyna o zie­lo­nych oczach, Chloe, jak sobie przy­po­mnia­łem, drugą zaś kru­czo­włosa pięk­ność, którą prze­ory­sza zbiła za nie­po­słu­szeń­stwo. Znowu spoj­rzała mi w oczy.

Astrid Ren­nier.

Patrzy­łem, jak nowi­cjuszka Chloe roz­wija skó­rzaną torbę ozdo­bioną sied­mio­gwiazdą. W środku leżało mnó­stwo igieł, dłu­gich i błysz­czą­cych w mio­do­wym świe­tle.

- Tak jak dał siłę Odku­pi­cie­lowi, modlimy się do Boga, żeby dał tobie siłę znieść cier­pie­nie nad­cho­dzą­cych nocy - powie­dział Kha­lid. - Na razie damy ci jego przed­smak.

Spoj­rza­łem na opata. Byłem cie­kawy, co ma na myśli.

- Połóż lewą rękę na ołta­rzu - roz­ka­zał.

Zro­bi­łem, co mi kazano - poło­ży­łem rękę na drew­nie. Dopiero kiedy nowi­cjuszka Chloe obró­ciła moją dłoń wnę­trzem do góry, zro­zu­mia­łem, co się dzieje. Otarła chłod­nym mate­ria­łem moją skórę. Poczu­łem prze­ni­kliwy zapach moc­nego alko­holu. Astrid Ren­nier zanu­rzyła igłę w gotu­ją­cym się w misie meta­licz­nym pły­nie. Patrząc mi w oczy, prze­mó­wiła; sio­stry wokół niej powta­rzały po niej jak echo:

Oto jest dłoń,

co włada pło­mie­niem,

który oświe­tla drogę

i zamie­nia ciem­ność

w sre­bro.

Astrid wbiła mi igłę w dłoń. Poczu­łem ostry, palący, ale krótki ból i wzdry­gną­łem się troszkę. Spoj­rza­łem w dół i zoba­czy­łem maleńką kro­pelkę krwi i sre­bro wytra­wione w mojej skó­rze. Prze­ory­sza pochy­liła się nisko, by spraw­dzić ukłu­cie igłą, i ski­nęła oschle głową. Wzią­łem wdech i z tru­dem prze­łkną­łem ślinę. Pomy­śla­łem sobie, że nie było tak źle.

Astrid znowu mnie ukłuła. I znowu. Po dwu­dzie­stym ukłu­ciu nie­miłe wra­że­nie zamie­niło się w ból. Po set­nym ból stał się potworny.

Gabriel pokrę­cił głową, patrząc na gwiazdę wyta­tu­owaną na lewej dłoni.

- To dziwne uczu­cie, dać się tak ozna­ko­wać. Ból przy­pra­wiał mnie o deli­rium. Krót­kie prze­rwy mię­dzy kolej­nymi ude­rze­niami igły były nie­bem i pie­kłem zara­zem. Ojczym lał mnie jak psa, gdy miał zły dzień. Jed­nakże ni­gdy nie czu­łem niczego podob­nego do bólu, jaki zada­wała mi Astrid. On wręcz... się żarzył. Mia­łem wra­że­nie, że stoję poza wła­snym cia­łem i patrzę, jak ogar­nięty snem w mali­gnie.

Nie wie­dzia­łem, jak mam to prze­trzy­mać, wie­dzia­łem nato­miast, że to próba, pierw­sza z wielu. Gdy­bym nie prze­trwał igły, jak miał­bym sta­wić czoło potwo­rom w ciem­no­ści? Jak miał­bym pomścić sio­strę, bro­nić Kościoła potęż­nego Boga, gdy­bym nie zdo­łał zwy­cię­żyć w tej pró­bie?

Sta­ra­łem się sku­pić na chó­rze, ale docie­rał do mnie tylko lament. Zamkną­łem oczy, lecz czu­łem tylko strach, nie wie­dząc, kiedy nadej­dzie kolejne ukłu­cie. Dla­tego spoj­rza­łem na Odku­pi­ciela w górze.

Został żyw­cem obdarty ze skóry, tak napi­sano w Testa­men­tach. Odma­wia­jący przy­ję­cia Jed­nej Wiary kapłani Daw­nych Bogów powie­sili go na kole rydwanu, wychło­stali cier­niami, popa­rzyli ogniem, a potem pode­rżnęli mu gar­dło i wrzu­cili go do wody. Mógł wezwać Ojca Wszech­mo­gą­cego, żeby go ura­to­wał. Zamiast tego jed­nak pogo­dził się ze swoim losem, wie­dząc, że to będzie kata­li­za­tor, który dopro­wa­dzi do zjed­no­cze­nia Kościoła i sprawi, że jego prze­kaz trafi do wszyst­kich zakąt­ków cesar­stwa.

"Przez tę krew będą mieć oni życie wieczne".

I teraz temu cesar­stwu gro­ziło nie­bez­pie­czeń­stwo. Kościół był oble­gany przez bez­śmiert­nych Umar­łych. Dla­tego spoj­rza­łem Odku­pi­cie­lowi w oczy i się modli­łem.

"Daj mi siłę, bra­cie. A ja oddam ci wszystko".

Nie wiem, jak długo to trwało. Pod koniec ręka mi krwa­wiła, wyglą­dała jak zma­sa­kro­wana. Wresz­cie Astrid odchy­liła się, a Chloe oblała mi skórę palą­cym alko­ho­lem i poprzez wrzącą mgiełkę zoba­czy­łem wytra­wiony na mojej dłoni znak Męczen­ni­ków wyko­nany srebr­nym tuszem.

Ide­alna sied­mio­gwiazda.

- Fr?re Sza­ro­ręki, podejdź - ode­zwał się Kha­lid.

Mistrz Sza­ro­ręki uczy­nił znak koła i pod­szedł.

- Czy przy­się­gasz przed Bogiem Wszech­mo­gą­cym prze­pro­wa­dzić tego nie­god­nego chłopca przez zasady Ordo Argent? Czy przy­się­gasz przed San Michon być ręką, która kie­ruje, tar­czą, która chroni, aż jego prze­klęta dusza sta­nie pew­nie na tyle, żeby sama była zdolna się ochro­nić?

- Na Krew Odku­pi­ciela, przy­się­gam - odpo­wie­dział Sza­ro­ręki.

Kha­lid odwró­cił się do mnie.

- Czy przy­się­gasz przed Bogiem Wszech­mo­gą­cym pod­dać się zasa­dom naszego zakonu? Prze­zwy­cię­żyć plu­gawy grzech swo­jej natury i żyć w służ­bie Świę­tego Kościoła Boga? Czy przy­się­gasz przed San Michon słu­chać mistrza, zwa­żać na jego słowa, dać się pro­wa­dzić jego ręką, aż sam sta­niesz się uświę­cony?

Pomy­śla­łem o dniu, w któ­rym moja sio­stra wró­ciła do domu. Wie­dzia­łem, że pośród tego brac­twa, w tym świę­tym zako­nie znajdę siłę, dzięki któ­rej nie dopusz­czę, by powtó­rzyło się coś rów­nie potwor­nego.

- Przy­się­gam na Krew.

- Gabrielu de León, mia­nuję cię nowi­cju­szem Srebr­nego Zakonu San Michon. Niech Ojciec Wszech­mo­gący da ci odwagę. Niech bło­go­sła­wiona Matka-Dzie­wica da ci mądrość. Niech Jedyny Praw­dziwy Odku­pi­ciel da ci siłę. Véris.

Spoj­rza­łem opa­towi w twarz, całe ciało drżało mi z dumy, kiedy jego usta wykrzy­wiły się nieco moc­niej w pobliź­nio­nym uśmie­chu. Sza­ro­ręki ski­nął głową - pierw­szy prze­jaw apro­baty, jaki oka­zał mi od czasu ura­to­wa­nia mnie z Lor­son. Krę­ciło mi się w gło­wie, ból zamie­nił się w bło­go­sła­wień­stwo. Ni­gdy w życiu nie czu­łem podob­nego spo­koju.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zmierzch

Zmierzch

Był dwu­dzie­sty siódmy rok bez­d­nia w pań­stwie Wiecz­no­tr­wa­łego Króla, któ­rego zabójca cze­kał na śmierć.

Stał przy wąskim oknie, nie­cier­pli­wie wycze­ku­jąc swo­jego końca. Wyta­tu­owane dło­nie splótł za ple­cami, popla­mione zakrze­płą krwią i popio­łem jasnym jak świa­tło gwiazd. Pomiesz­cze­nie, w któ­rym się znaj­do­wał, mie­ściło się na wyso­kiej kon­dy­gna­cji samot­nej wieży owie­wa­nej bez­sen­nym gór­skim wia­trem. Drzwi - masywne, wzmac­niane żela­zem - były zamknięte solid­nie jak wrota skarbca. Zabójca patrzył, jak słońce udaje się na nie­za­słu­żony odpo­czy­nek, i zasta­na­wiał się, jak sma­kuje pie­kło.

Bru­ko­wany dzie­dzi­niec w dole obie­cy­wał krótki lot w ciem­ność bez snów, okno było jed­nak zbyt wąskie, żeby się przez nie prze­ci­snąć, a wię­zienni straż­nicy nie zosta­wili mu wiele poza tym: ot, tro­chę słomy, żeby mógł się poło­żyć, kubeł do sra­nia oraz widok na deli­katny, kru­chy zachód słońca będący tor­turą w ocze­ki­wa­niu na wła­ściwe tor­tury. Miał na sobie gruby płaszcz, zno­szone buty i skó­rzane spodnie ze śla­dami dłu­gich wędró­wek i sadzy. Pot wystą­pił na jego jasnej skó­rze, mimo że oddech buchał mu parą z ust, a w kominku za jego ple­cami nie pło­nął ogień. Zim­no­krwi­ści nie ryzy­ko­wali zapa­la­nia ognia nawet w wię­zien­nych celach.

Wkrótce po niego przyjdą.

Dookoła niego château powoli budził się do życia. Potwory wsta­wały z łóż wyście­ła­nych zimną zie­mią i nakła­dały maski, w któ­rych mogły uda­wać, że bli­sko im do ludzi. Powie­trze gęst­niało od łopotu nie­to­pe­rzych skrzy­deł. Zakuci w ciemną stal nie­wolni żoł­nie­rze patro­lo­wali blan­ko­wane mury; ich czarne płasz­cze zdo­bił sym­bol dwóch wil­ków i dwóch księ­ży­ców. Zabójca skrzy­wił się na ich widok: ludzcy straż­nicy, też coś. Żaden pies nie dałby się tak poni­żyć.

Niebo było czarne jak grzech. Hory­zont - czer­wony jak usta damy jego serca, kiedy ostatni raz ją cało­wał.

Powiódł kciu­kiem po wierz­chu pal­ców i po lite­rach wyta­tu­owa­nych poni­żej knykci.

- Patience - wyszep­tał.

- Mogę wejść?

Zabójca nie pozwo­lił sobie na nawet naj­mniej­sze drgnie­nie, nie chciał spra­wiać przy­jem­no­ści zim­no­krwi­stemu. Patrzył spo­koj­nie przez okno na potrza­skane kości widocz­nych w oddali gór zwień­czo­nych cza­pami popie­la­tego śniegu. Czuł na karku spoj­rze­nie stwora, który tym­cza­sem sta­nął za jego ple­cami. Wie­dział, po co stwór przy­szedł; wie­dział, czego chce. Miał nadzieję, że śmierć przyj­dzie szybko, ale w głębi serca wie­dział, że stwór będzie się roz­ko­szo­wał każ­dym jego krzy­kiem.

W końcu się odwró­cił. Na widok stwora żar zapło­nął mu w piersi: gniew, stary druh, bli­ski, wierny, mile widziany. Poma­gał mu zapo­mnieć ból w żyłach, drę­twotę blizn, wiek cią­żący w kościach. Patrząc na sto­ją­cego przed nim potwora, znów poczuł się naprawdę młody. Skrzy­dła czy­stej, dosko­na­łej nie­na­wi­ści nio­sły go ku wiecz­no­ści.

- Dobry wie­czór, che­va­lier - prze­mó­wił zim­no­krwi­sty.

Był led­wie chłop­cem, kiedy umarł. Mógł mieć jakieś pięt­na­ście, szes­na­ście lat, zacho­wał her­ma­fro­dy­tyczną wiot­kość syl­wetki typową dla mło­dzieńca na skraju doro­sło­ści, ale Bóg jeden wie­dział, ile naprawdę ma lat. Ślad rumieńca na policz­kach, duże ciem­no­brą­zowe oczy obra­mo­wane zło­tymi lokami, jedno pasemko wło­sów arty­stycz­nie opa­da­jące na czoło. Skórę miał ide­al­nie gładką i białą jak ala­ba­ster, usta za to obrzy­dli­wie czer­wone. Miał też zaró­żo­wione białka oczu. Musiał się nie­dawno poży­wiać.

Gdyby zabójca nie znał prawdy, mógłby powie­dzieć, że stwór wygląda pra­wie jak żywy.

Był odziany w sur­dut z ciem­nego aksa­mitu hafto­wany w złote zawi­jasy. Na ramiona zarzu­cił pele­rynę z kru­czych piór, któ­rej posta­wiony koł­nierz przy­wo­dził na myśl rząd poły­skli­wych czar­nych kling. Na piersi miał wyszyte godło swo­jego rodu: dwa wilki wspięte na tle dwóch księ­ży­ców. Ciemne spodnie, jedwabny halsz­tuk i wyglan­so­wane buty dopeł­niały wize­runku. Potwór w prze­bra­niu ary­sto­kraty.

Stał na środku celi, mimo że drzwi pozo­stały zamknięte na cztery spu­sty. W bia­łych jak kość dło­niach ści­skał grubą księgę. Głos miał słodki jak koły­sanka.

- Jestem mar­kiz Jean-François z Krwi Cha­stain, nadworny histo­ryk Jej Wyso­ko­ści Mar­got Cha­stain, Pierw­szej i Ostat­niej Tego Imie­nia, Bez­śmiert­nej Cesa­rzo­wej Wil­ków i Ludzi.

Zabójca nie odpo­wie­dział.

- A ty jesteś Gabriel de León, Ostatni Sre­bro­święty.

Zabójca nazwany Gabrie­lem na­dal nie wydał żad­nego dźwięku. Oczy stwora pałały w tej ciszy jak dwa pło­myki świec. Powie­trze wyda­wało się lepko-czarne, aksa­mitne. Przez chwilę Gabriel miał wra­że­nie, że stoi na skraju urwi­ska i przed upad­kiem oca­lić go może tylko zimny dotyk tych rubi­no­wych warg na szyi. Skóra go mro­wiła: odru­chowa reak­cja na tę wizję. Pra­gnie­nie, które przy­ciąga ćmę do ognia i ją spala.

- Mogę wejść? - powtó­rzył potwór.

- Już wsze­dłeś, zim­no­krwi­sty - odparł Gabriel.

Stwór spu­ścił nieco wzrok i uśmiech­nął się zna­cząco.

- Uprzej­mość naka­zuje zapy­tać, che­va­lier.

Pstryk­nął pal­cami i okute żela­zem drzwi otwo­rzyły się na oścież. Przez próg wśli­znęła się śliczna nie­wolna w gor­se­cie i dłu­giej czar­nej sukni z tło­czo­nego aksa­mitu. Miała talię osy i ciemny koron­kowy kanak na szyi. Dłu­gie rude włosy nosiła zaple­cione w war­ko­czyki, które opa­dały jej wokół oczu jak łań­cuszki z pole­ro­wa­nej mie­dzi. Wyglą­dała na trzy­dzie­ści kilka lat, mogłaby być rówie­śniczką Gabriela, mogłaby też być i matką potwora, gdyby on był zwy­czaj­nym chłop­cem, a ona zwy­czajną kobietą. Bez widocz­nego wysiłku wnio­sła do celi obity skórą fotel ważący tyle co ona sama i ze spusz­czo­nym wzro­kiem posta­wiła go obok zim­no­krwi­stego.

Potwór nie spusz­czał oka z Gabriela. Z wza­jem­no­ścią.

Kobieta przy­nio­sła drugi fotel, a następ­nie dębowy sto­lik. Fotel pod­sta­wiła Gabrie­lowi, sto­lik umie­ściła pośrodku i sta­nęła z boku z dłońmi sple­cio­nymi jak do modli­twy.

Gabriel dostrzegł teraz bli­zny na jej szyi, nie do końca zama­sko­wane kana­kiem cha­rak­te­ry­styczne ślady ukłuć. Prze­szedł go dreszcz obrzy­dze­nia. Prze­no­siła fotele, jakby nic nie ważyły, ale obec­ność zim­no­krwi­stego nie­mal zapie­rała jej dech. Biała pierś ponad gor­se­tem falo­wała gwał­tow­nie jak u panny mło­dej w noc poślubną.

- Merci - powie­dział Jean-François z Krwi Cha­stain.

- Służę, mój panie - wymam­ro­tała kobieta.

- Zostaw nas teraz samych, moja droga.

Spoj­rzała potwo­rowi w oczy. Wol­nym ruchem prze­su­nęła pal­cami od piersi do mlecz­no­bia­łej krzy­wi­zny szyi i...

- Już nie­długo - dodał zim­no­krwi­sty.

Roz­chy­liła wargi. Na samą myśl o tym, co nastąpi, serce zabiło jej szyb­ciej.

- Jak sobie życzysz, panie - wyszep­tała.

Nie zaszczy­ciw­szy Gabriela spoj­rze­niem, dygnęła i wymknęła się za drzwi. Zabójca i potwór zostali sami.

- Usią­dziemy? - zapy­tał stwór.

- Wolę umrzeć na sto­jąco, jeżeli nie masz nic prze­ciwko temu - odparł Gabriel.

- Nie przy­sze­dłem cię zabić.

- Czego w takim razie chcesz, zim­no­krwi­sty?

Ciem­ność zaszep­tała, potwór się poru­szył, cho­ciaż oko nie nadą­ży­łoby za tym ruchem: w jed­nej chwili stał przy fotelu, w następ­nej już na nim sie­dział, strze­pu­jąc wyima­gi­no­wany pyłek z bro­ka­to­wej klapy sur­duta i kła­dąc księgę na kola­nach. Była to z jego strony naj­skrom­niej­sza z moż­li­wych demon­stra­cja siły, ostrze­że­nie przed podej­mo­wa­niem wszel­kich aktów roz­pacz­li­wej odwagi. Ale Gabriel de León, który zabi­jał takie istoty, odkąd skoń­czył szes­na­ście lat, sam umiał się zorien­to­wać, kiedy jest bez szans.

Był bez­bronny, głodny i osa­czony, miał za sobą trzy nie­prze­spane noce i pocił się obfi­cie: natu­ralny sku­tek odsta­wie­nia. Usły­szał nio­sące się na wskroś lat echo głosu Sza­ro­rę­kiego i stu­kot oku­tych sre­brem butów sta­rego mistrza na bru­ko­wa­nym dzie­dzińcu San Michon.

Zasada pierw­sza: umarły nie zabije Umar­łego.

- Pew­nie jesteś spra­gniony.

Zza pazu­chy potwór wyjął krysz­ta­łową butelkę. Przy­ćmione świa­tło zalśniło na fase­tach szkła. Gabriel zmru­żył oczy.

- To zwy­kła woda, che­va­lier. Pij.

Gabriel znał reguły tej gry: życz­liwy gest jako wstęp do kusze­nia. Tylko że język miał jak papier ścierny i choć żadna woda nie mogła uga­sić tra­wią­cego go pra­gnie­nia, wyrwał butelkę z wid­mowo bla­dej dłoni potwora i wylał nieco płynu na dłoń: kry­sta­licz­nie przej­rzy­sty, bez­wonny, bez śladu krwi.

Napił się, wysą­czył wodę do ostat­niej kro­pli zaże­no­wany odczu­waną ulgą. Jego ludz­kiej czą­stce ta woda sma­ko­wała sło­dziej niż wszel­kie wina i kobiety, jakich kie­dy­kol­wiek kosz­to­wał.

- Pro­szę. - Spoj­rze­nie zim­no­krwi­stego było ostre jak potrza­skane szkło. - Usiądź.

Gabriel ani drgnął.

- Usiądź - powtó­rzył potwór z naci­skiem.

Gabriel poczuł napór obcej woli, ciemne oczy bestii rosły i rosły, aż wypeł­niły całe jego pole widze­nia. Było w nich coś słod­kiego, jak zapach kwiatu wabiący trzmiela, jak smak nagich, mło­dych płat­ków, wil­got­nych od poran­nej rosy. Krew ponow­nie wzbu­rzyła się w żyłach Gabriela - a w jego gło­wie ponow­nie zabrzmiał głos Sza­ro­rę­kiego:

Zasada druga: Kto posłu­cha Umar­łego, ten go posma­kuje.

Dla­tego nie ruszył się z miej­sca. Stał dum­nie wypro­sto­wany, choć nogi miał jak z waty.

Na ustach potwora zaigrał cień uśmie­chu. Smu­kłe palce odrzu­ciły kosmyk wło­sów opa­da­jący na te prze­klęte cze­ko­la­dowe oczy i zabęb­niły o okładkę trzy­ma­nej na kola­nach księgi.

- Impo­nu­jące - przy­znał potwór.

- Chciał­bym móc powie­dzieć to samo - odpa­ro­wał Gabriel.

- Ostroż­nie, che­va­lier. Obyś nie ura­ził moich uczuć.

- "Umarli czują jak zwie­rzęta, wyglą­dają jak ludzie, umie­rają jak dia­bły".

- Ach tak... - Zim­no­krwi­sty się uśmiech­nął. Bły­snęły ostre jak brzy­twa zęby. - Zasada czwarta.

Gabrie­lowi serce sta­nęło w gar­dle, gdy usi­ło­wał ukryć zasko­cze­nie.

- Oui. - Potwór poki­wał głową. - Znam reguły waszego zakonu. Tych, któ­rzy nie czer­pią nauk z prze­szło­ści, w przy­szło­ści czeka cier­pie­nie. A jak się zapewne domy­ślasz, bez­śmiertni są żywot­nie zain­te­re­so­wani przy­szłymi nocami.

- Oddaj mi mój miecz, pijawko, to ci pokażę, jaki z cie­bie bez­śmiertny.

- Uro­cze. - Potwór z uwagą oglą­dał swoje dłu­gie paznok­cie. - Groźba.

- Przy­sięga.

- "W obli­czu Boga i Jego Sied­miorga Męczen­ni­ków ślu­buję: Niech ciem­ność pozna moje imię i roz­pa­cza. Dopóki pło­nie, jestem ogniem. Dopóki krwawi, jestem ostrzem. Dopóki grze­szy, jestem świę­tym. I jestem sre­brem".

Gabriela ogar­nęła fala łagod­nej, tru­ją­cej nostal­gii. Zda­wało się, że upły­nęło całe jego życie, odkąd ostatni raz sły­szał te słowa, roz­brzmie­wa­jące w kolo­ro­wym od witraży świe­tle San Michon. Modli­twa o prze­moc i zemstę. Obiet­nica zło­żona bogu, który tak naprawdę ni­gdy nie słu­chał. Ale usły­szeć te słowa w takim miej­scu, z ust jed­nego z tych...

- Sia­dajże, na miłość Wszech­mo­gą­cego. - Zim­no­krwi­sty wes­tchnął. - Zanim się prze­wró­cisz.

Nacisk potwora nie usta­wał, całe świa­tło w celi sku­piało się w jego oczach. Gabriel nie­mal sły­szał jego szept, muśnię­cie zębów na uchu, obiet­nicę snu po dłu­giej wędrówce, zapo­wiedź zim­nej wody, w któ­rej obmyje ręce z krwi, i cie­płej, cichej ciem­no­ści, w któ­rej zapo­mni kształt wszyst­kiego, co poświę­cił i stra­cił.

Przy­po­mniał sobie twarz swo­jej damy. Kolor jej warg, kiedy cało­wał ją po raz ostatni.

Nie usiadł.

- Czego chcesz, zim­no­krwi­sty?

Ostat­nie tchnie­nie zachodu słońca ulot­niło się z nieba, Gabriel poczuł na języku zapach dawno zeschłych liści. Chęć stała się trudna do prze­zwy­cię­że­nia, potrzeba dep­tała jej po pię­tach, pra­gnie­nie zim­nymi pal­cami muskało krę­go­słup, czar­nymi skrzy­dłami wyra­stało z ramion. Kiedy ostat­nio palił? Dwa dni temu? Trzy?

Boże w nie­bie­siech, w tej chwili za dymka zabiłby wła­sną matkę...

- Jak już wspo­mnia­łem, jestem cesar­skim histo­ry­kiem - odparł zim­no­krwi­sty. - Kro­ni­ka­rzem rodu cesa­rzo­wej i straż­ni­kiem jej biblio­teki. Dzięki twoim czu­łym zabie­gom Fabién Voss nie żyje. Odkąd inne Krwawe Dwory zaczęły się skła­niać do uzna­nia zwierzch­no­ści mojej pani, sku­piła się na prze­trwa­niu. Dla­tego, zanim zgi­nie Ostatni Sre­bro­święty i wszelka wie­dza na temat waszego zakonu zosta­nie pogrze­bana w ano­ni­mo­wym gro­bie, moja bla­do­lica cesa­rzowa Mar­got w swo­jej nie­skoń­czo­nej łaska­wo­ści posta­no­wiła dać ci prze­mó­wić. - Jean-François uśmiech­nął się. Wargi miał popla­mione winem. - Chce usły­szeć twoją histo­rię, che­va­lier.

- Wasz rodzaj nie­szcze­gól­nie rozu­mie ideę poczu­cia humoru, prawda? W noc waszej śmierci porzu­ca­cie je w pyle na pobo­czu drogi razem z tym, co ucho­dziło za waszą duszę.

- Dla­czego miał­bym żar­to­wać, de León?

- Nie­które zwie­rzęta lubią bawić się zdo­by­czą.

- Gdyby mojej cesa­rzo­wej zale­żało na roz­rywce, twoje krzyki byłoby sły­chać aż w Ale­the.

- Uro­cze. - Gabriel z uwagą oglą­dał swoje poła­mane paznok­cie. - Groźba.

Potwór ski­nął lekko głową.

- Touché.

- Po co miał­bym mar­no­wać swoje ostat­nie godziny na opo­wia­da­nie histo­rii, która nikogo na tym świe­cie nie obcho­dzi? Jestem dla was nikim. Niczym.

- No już bez prze­sady. - Stwór uniósł brew. - Czarny Lew? Czło­wiek, który prze­żył szkar­łatne śniegi Augu­stin? Który spa­lił na popiół tysiąc Krew­nych i przy­tknął Sza­loną Klingę do gar­dła samego Wiecz­no­tr­wa­łego Króla? - Jean-François zacmo­kał z dez­apro­batą jak nauczy­cielka na widok krnąbr­nego ucznia. - Byłeś naj­wy­bit­niej­szym przed­sta­wi­cie­lem zakonu; jesteś jedy­nym, który na­dal żyje. Płaszcz skrom­no­ści mar­nie leży na two­ich sze­ro­kich ramio­nach, che­va­lier.

Gabriel słu­chał, jak zim­no­krwi­sty skrada się ku niemu wśród kłamstw i pochlebstw niczym wilk podą­ża­jący błysz­czą­cym krwa­wym tro­pem. Przez cały czas zada­wał sobie pyta­nie, czego potwór naprawdę chce i dla­czego jesz­cze go nie zabił. Aż w końcu...

- Cho­dzi o Gra­ala - domy­ślił się.

Twarz potwora pozo­stała abso­lut­nie nie­ru­choma, jak wykuta w mar­mu­rze, Gabriel miał jed­nak wra­że­nie, że w ciem­nych oczach coś drgnęło.

- Graal został znisz­czony - odparł stwór. - Dla­czego miałby nas dzi­siaj inte­re­so­wać?

Gabriel prze­krzy­wił głowę i wyre­cy­to­wał:

Ze świę­tego kie­li­cha blask święty się sączy.

Ład na świe­cie wyj­dzie spod wier­nego ręki,

a przed obli­czem męczeń­skiej sió­demki

szary czło­wiek noc bez­kre­sną zakoń­czy.

Lodo­waty śmiech poniósł się wśród nagich kamien­nych ścian.

- Jestem kro­ni­ka­rzem, de León. Nie inte­re­suje mnie mito­lo­gia, lecz histo­ria. Zacho­waj swoje pro­stac­kie prze­sądy dla bydła.

- Kła­miesz, zim­no­krwi­sty. Kto posłu­cha Umar­łego, ten go posma­kuje. A jeżeli choć przez moment pomy­śla­łeś, że mógł­bym zdra­dzić...

Mówił coraz ciszej, aż w końcu zupeł­nie umilkł. Nie było widać, kiedy potwór się poru­szył, ale w któ­rymś momen­cie wycią­gnął przed sie­bie rękę - a tam, pośrodku bia­łego jak śnieg wnę­trza dłoni, spo­czy­wał szklany fla­ko­nik wypeł­niony rdza­wym pyłem: jak sprosz­ko­wana cze­ko­lada prze­mie­szana z okru­chami płat­ków róży.

Oto i kusze­nie, któ­rego Gabriel się spo­dzie­wał.

- Pre­zent - oznaj­mił potwór i odkor­ko­wał fla­ko­nik.

Z miej­sca, w któ­rym stał, Gabriel wyraź­nie poczuł zapach sprosz­ko­wa­nej krwi; inten­sywny, bogaty, mie­dziano-słodki. Prze­szły go ciarki. Z wes­tchnie­niem roz­chy­lił wargi.

Wie­dział, o co im cho­dzi, wie­dział, że po jed­nej skrom­nej próbce zapra­gnie wię­cej, a mimo to prze­mó­wił. Sły­szał swój głos jakby z bar­dzo daleka. I gdyby upływ lat i krwi nie zła­mały mu serca dawno temu, to z pew­no­ścią pękłoby wła­śnie teraz.

- Stra­ci­łem swoją fajkę... w Char­bo­urgu, kiedy...

Zim­no­krwi­sty wyjął z kie­szeni sur­duta piękną kościaną fajkę i poło­żył ją razem z fla­ko­nem na sto­liku. Spoj­rzał spode łba na Gabriela i wska­zał wolny fotel.

- Sia­daj.

I Gabriel w końcu - jakież to było żało­sne! - usiadł.

- Czę­stuj się, che­va­lier.

Ani się obej­rzał, już trzy­mał fajkę w dłoni i sypał do główki por­cję lep­kiego proszku. Cały się trząsł, omal nie upu­ścił bez­cen­nego skarbu. Zim­no­krwi­sty patrzył mu na ręce, na bli­zny, odci­ski i piękne tatu­aże. Na wierz­chu pra­wej dłoni wid­niał wie­niec z cza­szek, na wierz­chu lewej pęk sple­cio­nych róż, na pal­cach poni­żej knykci - litery ukła­da­jące się w słowo PATIENCE. Ciemny tusz z meta­licz­nym poły­skiem odci­nał się od jasnej skóry.

Sre­bro­święty odrzu­cił znad oczu długi kosmyk ciem­nych wło­sów i obma­cał kie­sze­nie płasz­cza i spodni. Nic z tego oczy­wi­ście: zabrali mu krze­siwko.

- Potrze­buję ognia. Może być lampa.

- Potrze­bu­jesz, powia­dasz...

Z iry­tu­jącą powol­no­ścią zim­no­krwi­sty zetknął dło­nie czub­kami pal­ców i przy­ło­żył je do ust. W tej chwili na całym świe­cie nie było nikogo i niczego innego - tylko oni dwaj, zabójca i potwór, i fajka cią­żąca Gabrie­lowi w dłoni jak nabita oło­wiem.

- Poroz­ma­wiajmy o potrze­bach, Sre­bro­święty. Nie jest ważne "dla­czego", nie jest ważne "jak". Moja cesa­rzowa życzy sobie usły­szeć twoją histo­rię. Możemy więc sie­dzieć tutaj jak istoty cywi­li­zo­wane, gdy ty oddasz się swo­jemu wstręt­nemu małemu nało­gowi, albo możemy się prze­nieść do lochów tego château, gdzie nawet dia­bły boją się zapusz­czać. Tak czy ina­czej, moja cesa­rzowa dosta­nie swoją opo­wieść. Nie wiemy tylko, czy mi ją wywz­dy­chasz, czy wywrzesz­czysz.

Był skoń­czony. Prze­padł w chwili, gdy się­gnął po fajkę.

Tęsk­nił za pie­kłem - i zara­zem bał się do niego wró­cić.

- Daj ognia, ty zim­no­krwi­sty skur­wielu.

Jean-François z Krwi Cha­stain ponow­nie pstryk­nął pal­cami. Drzwi otwo­rzyły się ze skrzy­pie­niem i do celi weszła ta sama nie­wolna co wcze­śniej, nio­sąc zapa­loną lampę z wyso­kim szkla­nym komin­kiem. Była widoczna wyłącz­nie jako syl­wetka na tle świa­tła: czarna sukienka, czarny gor­set, czarny kanak. W tej chwili mogłaby być córką Gabriela, matką, żoną... Bez róż­nicy. Liczył się tylko pło­mień, który przy­nio­sła.

Gabriel był napięty jak dwie cię­ciwy łuku i tylko na wpół świa­domy dys­kom­fortu zim­no­krwi­stego w obec­no­ści ognia. Led­wie sły­szał jedwa­bi­sty syk jego odde­chu prze­śli­zgu­ją­cego się po zębach. W tej chwili inte­re­so­wały go tylko ten ogień i mroczna magya, któ­rej za chwilę doświad­czy: krew - pro­szek - dym - bło­gość.

- Dawaj to tutaj - pole­cił. - Pośpiesz się.

Posta­wiła lampę na stole i pierw­szy raz spoj­rzała mu w oczy. Jej jasno­nie­bie­skie spoj­rze­nie wyra­żało wię­cej niż wszyst­kie słowa.

I ty uwa­żasz mnie za nie­wol­nicę? - zda­wała się pytać.

Nie obcho­dziło go to. Nic a nic. Fachowo przy­ciął knot, żeby pło­mień osią­gnął odpo­wied­nią wyso­kość. W powie­trzu zapach­niało ole­jem. Od lampy biło cie­pło, wyraź­nie wyczu­walne w chłod­nym wnę­trzu wieży. Przy­trzy­mał fajkę w ide­al­nej odle­gło­ści, żeby pro­szek prze­mie­nił się w parę. Poczuł mro­wie­nie w brzu­chu: zaczęło się - sub­telna alche­mia, mroczna chy­mija. Sprosz­ko­wana krew bul­go­tała, kolor prze­cho­dził w aro­mat, pach­niało ostro­ko­rze­niem i mie­dzią. Przy­ci­snął usta do fajki z więk­szą namięt­no­ścią, niż w prze­szło­ści cało­wał jaką­kol­wiek kochankę, a potem... Ach, słodki Boże w nie­bie­siech, potem się zacią­gnął.

Ośle­pia­jący żar wypeł­nił mu płuca. Nie­biań­ska burza zalała umysł. Wcią­ga­jąc krwawy opar do płuc, jed­no­cze­śnie kry­sta­li­zo­wał się i roz­pa­dał na kawałki, serce tłu­kło mu się o żebra jak ptak zamknięty w kościa­nej klatce, czło­nek napie­rał na spodnie. Od ujrze­nia obli­cza Boga dzie­liła go zale­d­wie jesz­cze jedna por­cja.

Spoj­rzał w oczy nie­wol­nej i stwier­dził, że widzi przed sobą anioła w ziem­skiej powłoce. Chciał ją cało­wać, pić z niej, umrzeć w niej, porwać ją w ramiona i muskać war­gami jej skórę; zęby drgnęły mu w dzią­słach, czu­jąc obiet­nicę skrytą tuż pod łukiem jej żuchwy, jej puls jak ude­rze­nia młota na języku, była taka żywa, tak bar­dzo żywa...

- Che­va­lier.

Otwo­rzył oczy.

Klę­czał obok sto­lika, w świe­tle lampy rzu­cał drżący cień. Nie miał poję­cia, ile czasu upły­nęło. Kobieta znik­nęła, jakby ni­gdy nie ist­niała.

Sły­szał wycie wichury na zewnątrz: jeden głos i dzie­siątki szep­czące sekrety po dachach, zawo­dzące prze­kleń­stwa pod oka­pami, szem­rzące jego imię w koro­nach czar­nych, nagich drzew. Mógłby zli­czyć wszyst­kie źdźbła słomy na pod­ło­dze i każdy wło­sek sto­jący mu dęba, wyczu­wał woń sta­rego kurzu i świe­żej śmierci, na pode­szwach butów czuł wszyst­kie drogi, które prze­mie­rzył. Zmy­sły miał wyostrzone jak naj­lep­sza klinga, zła­mana i zakrwa­wiona w jego tatu­owa­nych dło­niach.

- Czy... - Pokrę­cił głową. Pró­bo­wał chwy­tać słowa, jakby gar­ściami nagar­niał syrop. Białka oczu miał czer­wone jak krew. Spoj­rzał na fla­ko­nik spo­czy­wa­jący znów na dłoni potwora. - Czyja to... krew?

- Mojej bło­go­sła­wio­nej pani - odparł stwór. - Mojej mrocz­nej matki i bla­do­li­cej wład­czyni, Mar­got Cha­stain, Pierw­szej i Ostat­niej Tego Imie­nia, Bez­śmiert­nej Cesa­rzo­wej Wil­ków i Ludzi.

Gabriel wpa­try­wał się w pło­mień lampy z odro­biną tęsk­nej nie­na­wi­ści w oczach. Biała jak czaszka ćma wypeł­zła z jakie­goś mrocz­nego zaka­marka i fur­ko­tała teraz wokół świa­tła. Białe jak por­ce­lana palce zamknęły się na fla­ko­niku i zakryły go przed jego wzro­kiem.

- Nie dosta­niesz ani kro­pli wię­cej, dopóki nie poznam two­jej histo­rii. Mów więc, mów, jak­byś mówił do dziecka. Przyj­mij zało­że­nie, że ci, któ­rzy będą ją czy­tać w przy­szło­ści, całe stu­le­cia od dzi­siaj, nic nie wie­dzą o tym miej­scu. Albo­wiem słowa, które za chwilę prze­leję na per­ga­min, prze­trwają rów­nie długo jak całe to nie­śmier­telne cesar­stwo. Ta kro­nika to jedyne uwiecz­nie­nie, na jakie możesz liczyć.

Zim­no­krwi­sty wyjął spod pele­ryny drew­nianą skrzy­neczkę ozdo­bioną rzeź­bio­nym moty­wem dwóch wil­ków, dwóch księ­ży­ców. Wycią­gnął z niej dłu­gie pióro, tak samo czarne jak pióra oka­la­jące jego szyję. Na pod­ło­kiet­niku fotela posta­wił małą bute­leczkę. Zanu­rzył pióro w atra­men­cie i posłał Gabrie­lowi wycze­ku­jące spoj­rze­nie.

Gabriel ode­tchnął głę­boko. Czuł jesz­cze na ustach smak czer­wo­nego dymu.

- Zaczy­naj - powie­dział wam­pir.

I

O jabł­kach i jabło­niach

- Wszystko zaczęło się od kró­li­czej nory - powie­dział Gabriel.

Ostatni Sre­bro­święty wpa­try­wał się w migo­czący pło­mień lampy, jakby widział tam twa­rze ludzi dawno zmar­łych. Odro­bina czer­wo­nego dymu na­dal pla­miła powie­trze, a on sły­szał, jak każde włókno w kno­cie lampy trza­ska do innej melo­dii. Lata, które upły­nęły mię­dzy tam­tym cza­sem a obec­nym, wyda­wały się rap­tem minu­tami w jego roz­ognio­nym hym­nem krwi umy­śle.

- Gdy spo­glą­dam wstecz na tamte wyda­rze­nia... - Wes­tchnął. - Ude­rza mnie, jakie to zabawne. Wznosi się za mną stos popiołu tak wysoki, że mógłby dotknąć nieba. Pło­nące kate­dry, mia­sta obró­cone w perzynę, groby prze­peł­nione cia­łami poboż­nych i nik­czem­nych, a wła­śnie od tego wszystko się zaczęło. - Pokrę­cił głową ze zdu­mie­niem. - Od zwy­kłej małej dziury w ziemi. Oczy­wi­ście ludzie ina­czej to zapa­mię­tają. Tru­we­rzy będą śpie­wać o Pro­roc­twie, kapłani beł­ko­tać o pla­nie Wszech­mo­gą­cego. Tyle że nie spo­tka­łem jesz­cze min­strela, który nie byłby kłamcą, ani świą­to­bli­wego męża, który nie byłby zwy­kłym kuta­sem.

- Podobno ty jesteś świę­tym mężem, sre­bro­święty - zauwa­żył Jean-François.

Gabriel de León spoj­rzał w oczy potwo­rowi i uśmiech­nął się blado.

- Bra­ko­wało jesz­cze dwóch godzin do zmierz­chu, kiedy Bóg posta­no­wił naszczać do mojej owsianki. Miej­scowi zbu­rzyli most na Keff, więc musia­łem skrę­cić na połu­dnie do brodu w pobliżu Dha­ha­eth. To nie­przy­ja­zna kra­ina, ale Sędzia...

- Chwi­leczkę, che­va­lier. - Mar­kiz Jean-François z Krwi Cha­stain uniósł rękę, kła­dąc pióro mię­dzy stro­ni­cami. - Tak być nie może.

Gabriel zamru­gał zasko­czony.

- Nie?

- Nie - odpo­wie­dział wam­pir. - Powie­dzia­łem ci: to opo­wieść o tym, kim jesteś. Jak doszło do tego wszyst­kiego. Histo­rie nie zaczy­nają się w poło­wie. Histo­rie zaczy­nają się od początku.

- Chcesz usły­szeć o Gra­alu. Kró­li­cza nora to miej­sce, w któ­rym zaczyna się opo­wieść.

- Jak już powie­dzia­łem, spi­suję tę histo­rię dla tych, któ­rzy będą żyć długo po tym, jak ty zamie­nisz się w karmę dla roba­ków. Zacznij łagod­nie. - Jean-François mach­nął smu­kłą dło­nią. - Uro­dzi­łem się... Dora­sta­łem...

- Uro­dzi­łem się w zapa­dłej dziu­rze zwa­nej Lor­son. Wycho­wa­łem się jako syn kowala. Naj­star­szy z trójki dzieci. Nie byłem nikim nad­zwy­czaj­nym.

Wam­pir obrzu­cił go spoj­rze­niem od butów po czoło.

- Obaj dobrze wiemy, że to nie jest prawda.

- Jeśli idzie o to, co wiesz na mój temat, zim­no­krwi­sty, to gdyby zebrać te ochłapy do kupy i wyci­snąć do sucha, to pra­wie, pra­wie wypeł­ni­łyby pie­przony napar­stek.

Stwór zwany Jeanem-François ziew­nął w afek­to­wany spo­sób.

- Wobec tego oświeć mnie. Twoi rodzice. Byli poboż­nymi ludźmi?

Gabriel już otwo­rzył usta, żeby go zga­nić, ale słowa uwię­zły mu w gar­dle, kiedy spoj­rzał na książkę, którą Jean-François trzy­mał na kola­nach. Zdał sobie sprawę, że zim­no­krwi­sty nie tylko zapi­suje każde jego słowo, ale także szki­cuje; posłu­gi­wał się swoją nad­na­tu­ralną szyb­ko­ścią, żeby nakre­ślić kilka linii mię­dzy każ­dym wde­chem i wyde­chem. Gabriel widział, jak linie łączą się już w obraz - por­tret męż­czy­zny en trois quarts. Udrę­czone szare oczy. Sze­ro­kie ramiona i dłu­gie włosy, czarne jak serce nocy. Wyra­zi­sta szczęka obsy­pana deli­kat­nym zaro­stem i obry­zgana zaschniętą już krwią. Dwie bli­zny cią­gnęły się pod jego pra­wym okiem, jedna długa, druga krótka, pra­wie jak strugi łez. To była twarz, którą Gabriel znał jak wła­sną.

Bo to była jego wła­sna twarz, rzecz jasna.

- Ude­rza­jące podo­bień­stwo - powie­dział.

- Merci - mruk­nął potwór.

- Por­tre­tu­jesz też inne pijawki? To musi być trudne po pew­nym cza­sie, wciąż pamię­tać, jak się wygląda, skoro nawet lustro nie chce się splu­ga­wić twoim obli­czem.

- Mar­nu­jesz na mnie swój jad, che­va­lier. O ile można nazwać tę lurę jadem.

Gabriel zaga­pił się na wam­pira, prze­su­wa­jąc opusz­kiem palca po war­dze. Pod wpły­wem hymnu krwi, tego pobu­dza­ją­cego, pul­su­ją­cego daru fajki, którą wypa­lił, każde dozna­nie zostało tysiąc­krot­nie zwie­lo­krot­nione. Moc stu­leci w jego żyłach.

Czuł siłę, którą obda­rzył go hymn krwi, odwagę, jaka idzie ręka w rękę z taką siłą; odwagę, która pozwo­liła mu przejść przez pie­kło Augu­stin, przez iglice Char­bo­urga i sze­regi Bez­kre­snego Legionu. I cho­ciaż Gabriel de León wie­dział, że to wra­że­nie wkrótce minie, był teraz nie­ustra­szony.

- Spra­wię, że zaczniesz wrzesz­czeć, pijawko. Spusz­czę z cie­bie krew jak z wie­prza, upchnę twoje naj­lep­sze kawałki do fajki na póź­niej i pokażę ci, ile naprawdę jest warta ta twoja nie­śmier­tel­ność. - Spoj­rzał w puste oczy potwora. - To było dosta­tecz­nie jado­wite?

Uśmie­szek wykrzy­wił usta Jeana-François.

- Rze­czy­wi­ście sły­sza­łem, że jesteś czło­wie­kiem skłon­nym do gniewu.

- Cie­kawe. Ja w ogóle o tobie nie sły­sza­łem.

Uśmiech powoli stop­niał. Minęła prze­cią­ga­jąca się chwila ciszy, zanim potwór znowu się ode­zwał.

- Twój ojciec. Kowal. Był poboż­nym czło­wie­kiem?

- Był bez­na­dziej­nym pija­kiem, któ­rego cza­ru­jący uśmiech spra­wiał, że zakon­nica gubiła dolne nie­wy­mowne, a pię­ści budziły zgrozę nawet wśród anio­łów.

- Przy­cho­dzi mi na myśl powie­dze­nie o jabł­kach i odle­gło­ści, w jakiej spa­dają od jabłoni.

- Nie przy­po­mi­nam sobie, żebym pytał cię o opi­nię na mój temat, zim­no­krwi­sty.

Potwór zama­lo­wy­wał cie­nie wokół oczu Gabriela, gdy tak gawę­dzili.

- Opo­wiedz mi o nim. O czło­wieku, który wycho­wał legendę. Jak się nazy­wał?

- Raphael.

- Zatem nazwano go na cześć anio­łów, które się go bały. Tak samo jak cie­bie.

- Nie mam wąt­pli­wo­ści co do tego, jak bar­dzo je to wku­rzało.

- Dobrze się doga­dy­wa­li­ście?

- A czy ojco­wie i syno­wie kie­dy­kol­wiek się doga­dują? Dopiero kiedy sam sta­niesz się doro­słym czło­wie­kiem, zaczy­nasz widzieć, kim naprawdę był męż­czy­zna, który cię wycho­wy­wał.

- Nie mam o tym naj­mniej­szego poję­cia.

- To prawda. Nie jesteś czło­wie­kiem.

Oczy mar­twego stwora zabły­sły, gdy pod­niósł wzrok.

- Dzięki pochleb­stwom daleko zaj­dziesz.

- Te dło­nie białe jak lilie. Te złote loki. - Gabriel obrzu­cił spoj­rze­niem wam­pira, mru­żąc oczy. - Z pocho­dze­nia jesteś Eli­da­eń­czy­kiem?

- Skoro tak mówisz - odpo­wie­dział Jean-François.

Gabriel ski­nął głową.

- To, co powi­nie­neś wie­dzieć o mojej famille, wam­pi­rze, zanim przej­dziemy do rze­czy, to fakt, że byli­śmy Nor­dlund­czy­kami. Wy, miesz­kańcy wschodu, jeste­ście ład­niutcy, to jedno jest pewne. A w Nor­dlun­dzie? Tam­tejsi ludzie są gwał­towni. Wia­try znad Bożych Posłań­ców tną moją ojczy­znę jak mie­cze. To nie­okieł­znana kra­ina. Bru­talna. Przed poko­jem zawar­tym w Augu­stin Nor­dlund najeż­dżano czę­ściej niż jakie­kol­wiek inne kró­le­stwo w histo­rii cesar­stwa. Sły­sza­łeś legendę o Mat­teo i Ela­inie?

- Oczy­wi­ście - Jean-François ski­nął głową. - Nor­dlundzki książę-wojow­nik, który poślu­bił eli­da­eń­ską kró­lową w cza­sach poprze­dza­ją­cych cesar­stwo. Mówi, że Mat­teo kochał Ela­inę z siłą czte­rech zwy­kłych męż­czyzn. A kiedy umarli, Wszech­mo­gący umie­ścił ich pośród gwiazd na nie­bie, żeby mogli na zawsze pozo­stać razem.

- To jedna z wer­sji tej opo­wie­ści. - Gabriel się uśmiech­nął. - A Mat­teo rze­czy­wi­ście zacie­kle kochał Ela­inę, to jedno się zga­dza. W Nor­dlun­dzie jed­nak opo­wia­damy inną histo­rię. Widzisz, Ela­ina sły­nęła z urody pośród wszyst­kich pię­ciu kró­lestw i pozo­stałe cztery trony wysłały ksią­żąt, żeby sta­rali się o jej rękę. Pierw­szego dnia książę z Tal­ho­stu zapro­po­no­wał jej stado wspa­nia­łych tun­dro­wych kuców, spryt­nych jak koty i bia­łych jak śniegi jego ojczy­zny. Dru­giego dnia książę z S?dhaemu przy­niósł Ela­inie koronę z błysz­czą­cego zło­tosz­kła wydo­by­wa­nego w jego ojczy­stych górach. Trze­ciego dnia książę z Osswayu zaofe­ro­wał jej sta­tek zbu­do­wany z bez­cen­nego świę­to­drze­wia, który prze­wió­złby ją przez Wiecz­no­mo­rze. Nie­stety książę Mat­teo był biedny. Odkąd się uro­dził, na jego ojczy­znę stale napa­dały Tal­host, S?dhaem i Ossway. Nie miał wierz­chow­ców, zło­tosz­kła ani świę­to­drze­wia na podarki. Zamiast tego przy­siągł Ela­inie, że będzie ją kochał z siłą czte­rech męż­czyzn. I żeby tego dowieść, kiedy sta­nął przed jej tro­nem i obie­cał swoje serce, zło­żył u jej stóp serca pozo­sta­łych zalot­ni­ków. Ksią­żąt, któ­rzy napa­dali na jego ojczy­znę. Cztery serca, włącz­nie z wła­snym.

Wam­pir prych­nął szy­der­czo.

- Chcesz więc powie­dzieć, że wszy­scy Nor­dlund­czycy to zbrod­ni­czy sza­leńcy?

- Chcę powie­dzieć, że jeste­śmy ludźmi namięt­nymi - odparł Gabriel. - Na dobre i na złe. Żeby poznać moją famille, żeby poznać mnie, musisz to wie­dzieć. Nasze serca prze­ma­wiają gło­śniej niż głowy.

- Zatem twój ojciec... też był czło­wie­kiem, któ­rym tar­gały namięt­no­ści?

- Oui. Tyle że nie było w tym krztyny cze­go­kol­wiek dobrego. Był chory do szpiku kości.

Sre­bro­święty pochy­lił się, opie­ra­jąc łok­cie na kola­nach. W celi pano­wała cisza, jeśli pomi­nąć szybki zgrzyt pióra zim­no­krwi­stego pra­cu­ją­cego nad por­tre­tem i nie­prze­li­czony chór szep­tów wia­tru.

- Nie był tak wysoki jak ja, ale był zbu­do­wany jak ceglany mur. Przez trzy lata słu­żył jako zwia­dowca w armii Phi­lippe'a IV, zanim stary cesarz zmarł. Porwała go lawina śnieżna pod­czas kam­pa­nii na Pogó­rzu Ossway­skim. Zła­mał nogę, która ni­gdy nie zro­sła się, jak należy, więc zajął się kowal­stwem. Pra­co­wał w twier­dzy miej­sco­wej baro­nii, gdzie poznał moją matkę, kru­czo­włosą pięk­ność, dostojną i dumną. Nie mógł się w niej nie zako­chać. Żaden męż­czy­zna nie potra­fił się jej oprzeć. Córka samego barona. Demo­iselle de León.

- Twoja matka nazy­wała się de León? Odnio­słem wra­że­nie, że u was nazwi­sko otrzy­muje się po ojcu. Kobiety porzu­cają swoje nazwi­sko, wycho­dząc za mąż.

- Moi rodzice nie byli mał­żeń­stwem, gdy mnie poczęli.

Wam­pir zasło­nił usta smu­kłymi pal­cami.

- Skan­dal!

- Mój dzia­dek z pew­no­ścią tak myślał. Zażą­dał od córki, żeby się mnie pozbyła, kiedy tylko zaczęło być widać, że jest przy nadziei, ale mama odmó­wiła. Ojciec wyrzu­cił ją, prze­kli­na­jąc na wszel­kie spo­soby, jakie tylko przy­szły mu na myśl. Ona jed­nak była jak skała, ta moja matka. Nikomu się nie kła­niała.

- Jak miała na imię?

- Auriél.

- Pięk­nie.

- Imię rów­nie piękne jak ona sama. I ta uroda pozo­stała nie­przyć­miona nawet w takiej zapa­dłej dziu­rze jak Lor­son. Ona i tata spro­wa­dzili się tam, nie mając nic poza koszulą na grzbie­cie. Uro­dziła mnie w wio­sko­wym kościele, bo ich chata nie miała wtedy jesz­cze dachu. Rok póź­niej uro­dziła się moja sio­stra, Amélie, a póź­niej moja naj­młod­sza sio­strzyczka Celene. Rodzice byli już wtedy mał­żeń­stwem i moje sio­stry nosiły nazwi­sko ojca, Castia. Zapy­ta­łem ojca, czy też mógł­bym nosić jego nazwi­sko, ale odmó­wił. To mi powinno dać wtedy do myśle­nia. To i spo­sób, w jaki mnie trak­to­wał.

Zapa­trzony w dal Gabriel prze­su­nął pal­cami po cien­kiej bliź­nie na pod­bródku.

- Robota tych pię­ści, któ­rych bały się anioły? - mruk­nął Jean-François.

Gabriel poki­wał głową.

- Jak już wspo­mnia­łem, Raphael Castia był poryw­czym czło­wie­kiem, któ­rym tar­gały namięt­no­ści. I te namięt­no­ści nim rzą­dziły. Mama była pobożną kobietą. Wycho­wała nas w Jed­nej Wie­rze, w głę­bo­kiej miło­ści do Wszech­mo­gą­cego i Matki-Dzie­wicy. Jego miłość była zaś inna.

Tra­wiła go cho­roba. Teraz to wiem. Wal­czył na woj­nie tylko trzy lata, ale nosił to w sobie przez resztę życia. Ni­gdy nie napo­tkał butelki, do któ­rej dna nie chciałby jak naj­szyb­ciej się dostać. Ani ład­nej dziew­czyny, któ­rej by odmó­wił. Prawdę mówiąc, wszy­scy wole­li­śmy jego zdrady. Kiedy wycho­dził się łaj­da­czyć, zwy­czaj­nie zni­kał na dzień albo dwa. Kiedy jed­nak był w domu i pił... To było jak życie z beczką czar­nego ignisu. Proch tylko cze­kał na iskierkę.

Zła­mał raz ręko­jeść sie­kiery na moich ple­cach, kiedy nie narą­ba­łem dość drewna. Poła­mał mi żebra, kiedy zapo­mnia­łem przy­nieść wody ze studni. Ni­gdy nie tknął mamy, Amélie ani Celene. Ani razu. Ja jed­nak zna­łem jego pię­ści jak wła­sne imię. I myśla­łem, że to miłość.

Dzień póź­niej ta sama stara śpiewka: mama się wście­kała, tata przy­się­gał na Boga i wszyst­kich Sied­mioro Męczen­ni­ków, że się zmieni, i och, jak on się zmie­niał. Przy­rze­kał, że odstawi butelkę, i przez pewien czas byli­śmy szczę­śliwi. Zabie­rał mnie na polo­wa­nie albo na ryby, uczył mnie fech­tunku, któ­rego sam nauczył się jako zwia­dowca, tro­pie­nia, życia w dzi­czy. Poka­zy­wał, jak spra­wić, by wil­gotne drewno się zapa­liło. Jak cho­dzić bez­sze­lest­nie po suchych liściach. Jak wyszy­ko­wać sidła, które nie zabiją zwie­rzyny. A nade wszystko uczył mnie o lodzie. Uczył mnie o śniegu. Jak spada. Jak zabija. Puka­jąc w swoją zła­maną nogę, uczył mnie prawd na temat śnie­życy, śle­poty śnież­nej, lawin. Spa­nia pod gwiaz­dami w górach, jak mógłby to robić praw­dziwy ojciec.

Ale to ni­gdy nie trwało zbyt długo.

"Wojna nie uczy cię, jak zostać zabójcą" - powie­dział mi pew­nego razu. "To tylko klucz, który otwiera drzwi. We krwi wszyst­kich męż­czyzn kryje się bestia, Gabrielu. Możesz ją gło­dzić. Zamknąć w klatce. Prze­kląć. Ale osta­tecz­nie albo zapła­cisz to, co jej się należy, albo sama to z cie­bie wyrwie".

Pamię­tam, jak sie­dzia­łem przy stole pod­czas moich ósmych świą­tek, a mama wycie­rała mi krew z twa­rzy. Uwiel­biała mnie, ta moja matka, cho­ciaż moje naro­dziny tak wiele ją kosz­to­wały. To było dla mnie oczy­wi­ste jak cie­pło słońca na mojej skó­rze. Zapy­ta­łem ją, dla­czego ojciec mnie nie­na­wi­dzi, skoro ona potrafi mnie tak bar­dzo kochać. Spoj­rzała mi tam­tego dnia w oczy i wes­tchnęła z naj­więk­szych głę­bin serca.

"Wyglą­dasz jak on" - powie­działa. "Niech mi Bóg dopo­może, ale wyglą­dasz dokład­nie tak jak on, Gabrielu".

Ostatni Sre­bro­święty wypro­sto­wał nogi i zer­k­nął na szkic wam­pira.

- Naj­za­baw­niej­sze było to, że mój ojciec był bar­czy­sty i krępy, a ja już wtedy byłem wysoki. Jego skóra była ogo­rzała, a moja blada jak u ducha. Widzia­łem matkę w zary­sie swo­ich ust, w sza­ro­ści moich oczu, ale prawda była taka, że w niczym nie przy­po­mi­na­łem ojca.

Zdjęła sygnet, jedyny skarb, jaki zabrała z domu ojca. Był srebrny, z her­bem rodu de León: dwa lwy po bokach tar­czy z dwoma skrzy­żo­wa­nymi mie­czami. Wsu­nęła mi go na palec i mocno uści­snęła mi dłoń.

"Krew lwów pły­nie w two­ich żyłach" - powie­działa mi tam­tego dnia. "A jeden dzień lwa jest wart dzie­się­ciu tysięcy dni jagnię­cia. Ni­gdy nie zapo­mnij, że jesteś moim synem. Pamię­taj jed­nak, że jest w tobie głód. Głód, przed któ­rym musisz się strzec, mój słodki Gabrielu. Bo ina­czej pożre cię w cało­ści".

- Spra­wia wra­że­nie impo­nu­ją­cej kobiety - ode­zwał się Jean-François.

- I taka była. Kro­czyła po błot­ni­stych ulicz­kach Lor­son jak szla­chet­nie uro­dzona dama po zło­co­nych kory­ta­rzach cesar­skiego dworu. Cho­ciaż uro­dzi­łem się z nie­pra­wego łoża, powie­działa, żebym nosił swoje ary­sto­kra­tyczne nazwi­sko jak koronę. I żebym splu­wał czy­stym jadem na każ­dego, kto będzie twier­dził, że nie mam do tego prawa. Mama znała sie­bie, a w tym kryje się budząca zgrozę siła. Wynika z wie­dzy, kim jesteś i do czego dokład­nie jesteś zdolny. Pew­nie więk­szość ludzi nazwa­łaby to aro­gan­cją, ale więk­szość ludzi to skoń­czeni głupcy.

- Czy wasi kapłani nie nauczają z ambon o cno­cie pokory? - zapy­tał Jean-François. - Nie obie­cują, że pokorni odzie­dzi­czą zie­mię?

- Prze­ży­łem trzy­dzie­ści pięć lat pod nazwi­skiem, które dała mi matka, zim­no­krwi­sty, i ani razu nie widzia­łem, by pokorni odzie­dzi­czyli coś poza ochła­pami ze stołu sil­nych.

Gabriel spoj­rzał przez okno na góry. Na mrok, który osu­wał się przed nimi na kolana jak grzesz­nik. Na zgrozę, która gra­so­wała tam nie­po­ha­mo­wana. Na drob­niut­kie iskierki czło­wie­czeń­stwa migo­czące na wygłod­nia­łym wie­trze, by wkrótce na zawsze zga­snąć.

- Poza tym, kto chciałby, kurwa, odzie­dzi­czyć taką zie­mię?

II

Począ­tek końca

Cisza zakra­dła się do pokoju w mięk­kich pan­to­flach. Gabriel patrzył zagu­biony w myślach i wspo­mnie­niach pie­śni chó­ral­nej, sre­bro­dzwon­ków i czar­nej tka­niny, która roz­chy­lała się, by odsło­nić gład­kie, blade kształty, aż ciche puka­nie pióra o stronę prze­rwało jego zadumę.

- Może powin­ni­śmy zacząć od bez­d­nia - powie­dział potwór. - Musia­łeś być rap­tem dziec­kiem, kiedy cień prze­sło­nił słońce.

- Oui. Byłem małym chłop­cem.

- Opo­wiedz mi o tym.

Gabriel wzru­szył ramio­nami.

- To był dzień jak każdy inny. Pamię­tam, że kilka nocy wcze­śniej obu­dziło mnie drże­nie. Jakby zie­mia poru­szyła się we śnie. Jed­nak ten dzień był zupeł­nie zwy­czajny. Pra­co­wa­łem w kuźni z ojcem, kiedy się zaczęło. Cień wylał się na niebo jak melasa, zamie­nia­jąc błysz­czący lazur w ponurą sza­rość, a słońce pociem­niało jak węgiel. Cała wio­ska zebrała się na placu i patrzyła, jak powie­trze staje się chłodne, a świa­tło dzienne przy­gasa. Oczy­wi­ście bali­śmy się, że to czary. Magya faerie. Dia­bel­skie sztuczki. Myśle­li­śmy jed­nak, że to minie, jak mija wszystko inne.

Możesz sobie wyobra­zić, jaka zgroza nas ogar­nęła, kiedy mijały tygo­dnie i mie­siące, a ciem­ność nie ustę­po­wała. Począt­kowo nazy­wa­li­śmy to róż­nymi imio­nami: Zaciem­nie­niem, Zasłoną, Pierw­szą Apo­ka­lipsą. Jed­nak astro­lo­go­wie i filo­zo­fo­wie na dwo­rze cesa­rza Ale­xan­dre'a III nazwali to "bez­d­niem" i osta­tecz­nie my też zaczę­li­śmy tak to nazy­wać. W cza­sie mszy p?re Louis nauczał z ambony, że potrze­bu­jemy tylko wiary we Wszech­mo­gą­cego, żeby to prze­trwać. Trudno jed­nak wie­rzyć w świa­tło Wszech­moc­nego, kiedy słońce świeci jak przy­ga­sa­jąca świeczka, a wio­sna jest rów­nie mroźna jak śro­dek zimy.

- Ile mia­łeś wtedy lat?

- Osiem. Pra­wie dzie­więć.

- A kiedy zda­łeś sobie sprawę, że my, Krewni, zaczę­li­śmy cho­dzić za dnia?

- Mia­łem trzy­na­ście lat, kiedy zoba­czy­łem mojego pierw­szego nie­szczę­śnika.

Histo­ryk prze­chy­lił głowę.

- Wolimy okre­śle­nie "brud­no­kr­wi­sty".

- Pro­szę o wyba­cze­nie, wam­pi­rze. - Sre­bro­święty się uśmiech­nął. - Ale czy w jaki­kol­wiek spo­sób dałem ci, kurwa, do zro­zu­mie­nia, że choćby odro­binę inte­re­sują mnie twoje pre­fe­ren­cje?

Jean-François tylko na niego popa­trzył. Gabriela znowu ogar­nęło prze­możne wra­że­nie, że potwór jest zbu­do­wany z mar­muru, nie z ciała. Wyczu­wał mroczne pro­mie­nio­wa­nie woli wam­pira, zgrozę tego, czym naprawdę jest, kłam­stwo, jakim było wywie­rane przez niego wra­że­nie - że jest piękny, młody, zmy­słowy. Wszyst­kie te odczu­cia wal­czyły ze sobą w gło­wie Gabriela. W jakimś na poły mrocz­nym, oświe­tlo­nym zale­d­wie ogar­kiem zaka­marku jego umy­słu sie­działa świa­do­mość tego, jak łatwo mogą go skrzyw­dzić. Jak szybko mogą roz­pro­szyć ilu­zję, jakoby pano­wał nad sytu­acją.

Jed­nakże na tym wła­śnie polega pro­blem z ode­bra­niem czło­wie­kowi wszyst­kiego, co ma, prawda?

Kiedy nie masz nic, nie masz już niczego do stra­ce­nia.

- Mia­łeś trzy­na­ście lat - powie­dział Jean-François.

- Kiedy zoba­czy­łem swo­jego pierw­szego nie­szczę­śnika. - Gabriel poki­wał głową. - Minęło pięć lat od nasta­nia bez­d­nia. Słońce było tylko czarną smugą za plamą nieba, kiedy świe­ciło naj­moc­niej. Śnieg padał teraz szary zamiast bia­łego i pach­niał siarką. Głód ści­nał ludzi jak kosa, stra­ci­li­śmy przez te lata połowę wio­ski z powodu głodu i zimna. Wciąż byłem chłop­cem, ale już widzia­łem wię­cej tru­pów, niż potra­fił­bym zli­czyć. W samo połu­dnie było ciemno jak o zmierz­chu, a zmierz­chy stały się mroczne jak śro­dek nocy. Na każdy posi­łek jedli­śmy grzyby i pier­do­lone kar­to­fle i nikt, ani kapłani, ani filo­zo­fo­wie, ani nawet sza­leńcy, któ­rzy piszą wła­snym gów­nem, nie potra­fił wyja­śnić, ile jesz­cze czasu musi to potrwać. P?re Louis nauczał, że to próba naszej wiary. Byli­śmy głup­cami, bo mu wie­rzy­li­śmy.

A potem Amélie i Julieta zagi­nęły.

Gabriel urwał na chwilę zagu­biony w wewnętrz­nym mroku. Echo śmie­chu w jego gło­wie, ładny uśmiech i dłu­gie czarne włosy, oczy rów­nie szare jak jego wła­sne.

- Amélie? - zapy­tał Jean-François. - Julieta?

- Amélie była moją sio­strą, środ­ko­wym dziec­kiem, Celene była naj­młod­sza z naszej trójki, a ja naj­star­szy. Kocha­łem je obie, były mi rów­nie dro­gie i bli­skie jak moja słodka mama. Ami miała dłu­gie ciemne włosy i jasną skórę jak ja, ale pod wzglę­dem tem­pe­ra­mentu byli­śmy jak świt i zmierzch. Obli­zy­wała palec i roz­cie­rała mi zmarszczkę mię­dzy brwiami, tłu­ma­cząc, żebym się tak nie krzy­wił. Cza­sem widzia­łem, jak tań­czy, jakby grała muzyka, którą tylko ona sły­szy. Wie­czo­rami, kiedy kła­dli­śmy się spać z Celene, opo­wia­dała nam histo­rie. Ami naj­bar­dziej lubiła te prze­ra­ża­jące. O występ­nych faerie, czar­no­księ­stwie i prze­klę­tych księż­nicz­kach.

Famille Juliety miesz­kała po sąsiedzku. Ona sama miała dwa­na­ście lat, tak jak Amélie. Obie strasz­li­wie dro­czyły się ze mną, kiedy spę­dza­li­śmy razem czas. Pew­nego dnia zbie­ra­li­śmy sami w lesie bia­ło­pąki, a ja ude­rzy­łem się w palec u nogi i wezwa­łem imię Wszech­mo­gą­cego nada­remno. Wtedy Julieta zagro­ziła, że powie p?re Louisowi o moim bluź­nier­stwie, chyba że ją poca­łuję.

Oczy­wi­ście zapro­te­sto­wa­łem. Dziew­częta mnie wów­czas prze­ra­żały. Z dru­giej strony p?re Louis sta­wał na swo­jej ambo­nie w każde pri?di i wykrzy­ki­wał o pie­kle i potę­pie­niu, więc zwy­kły całus wyda­wał się lep­szy od kary, jaka mnie cze­kała, gdyby Julieta powie­działa mu o moim grze­chu.

Była wyż­sza ode mnie. Musia­łem sta­nąć na pal­cach, żeby dosię­gnąć. Pamię­tam, że nosy nam tro­chę prze­szka­dzały, ale wresz­cie przy­ci­sną­łem wargi do jej ust cie­płych jak dawno utra­cone słońce. Mięk­kich i wzdy­cha­ją­cych. Uśmiech­nęła się potem do mnie. Powie­działa, że powi­nie­nem czę­ściej bluź­nić. To był mój pierw­szy poca­łu­nek, zim­no­krwi­sty. Skra­dziony w umie­ra­ją­cym lesie pod wpły­wem stra­chu przed Wszech­mo­gą­cym.

Było późne lato, kiedy ta dwójka zagi­nęła. Znik­nęła pew­nego dnia, gdy zbie­ra­li­śmy kurki. Amélie czę­sto zda­rzało się wra­cać póź­niej, niż zapo­wie­działa. Mama ostrze­gała ją, żeby nie szła przez życie z głową w chmu­rach, ale moja sio­stra odpo­wia­dała: "Przy­naj­mniej tam czuję słońce". Jed­nakże kiedy zapadł zmrok, wie­dzie­li­śmy, że stało się coś złego.

Szu­ka­łem ich z męż­czy­znami z naszej wio­ski. Moja naj­młod­sza sio­strzyczka Celene też poszła, była zacięta jak lwica i cho­ciaż miała tylko jede­na­ście lat, nikt nie śmiał jej zabro­nić. Po tygo­dniu ojciec stra­cił głos od nawo­ły­wa­nia. Mama nie jadła, nie spała. Ni­gdy nie zna­leź­li­śmy ich ciał. Za to dzie­sięć dni póź­niej to one nas odna­la­zły.

Gabriel prze­su­nął pal­cem po powiece, wyczu­wa­jąc ruch każ­dej poje­dyn­czej rzęsy na opuszce palca. Chłodny wiatr poru­szył dłu­gimi wło­sami opa­da­ją­cymi mu na ramiona.

- Ukła­da­łem wła­śnie opał potrzebny do kuźni razem z Celene, kiedy Amélie i Julieta wró­ciły do domu. Zim­no­krwi­sty, który je zabił, wyrzu­cił ich ciała do bagna, gdy już zro­bił swoje, więc były brudne od błota, miały prze­mo­czone sukienki. Stały na ulicy przed naszą chatą, ze sple­cio­nymi dłońmi. Oczy Juliety stały się tru­pio białe, a te usta, które były cie­płe jak słońce, poczer­niały. Uka­zy­wały drobne, ostre ząbki, kiedy roz­chy­liła je, uśmie­cha­jąc się do mnie.

Jej matka wybie­gła z domu, pła­cząc z rado­ści. Porwała córkę w ramiona i wychwa­lała Boga i wszyst­kich Sied­mioro Męczen­ni­ków za spro­wa­dze­nie jej z powro­tem do domu. A Julieta roze­rwała jej gar­dło na naszych oczach. Po pro­stu, kurwa... roz­gry­zła je jak doj­rzały owoc. Ami też rzu­ciła się na ciało, skro­biąc rękami i sycząc gło­sem, który do niej nie nale­żał. - Gabriel z tru­dem prze­łknął ślinę. - Ni­gdy nie zapo­mnia­łem odgłosu, jaki wyda­wała, gdy zaczęła pić.

Męż­czyźni z wio­ski wiwa­to­wali na cześć mojej odwagi po tym, co wyda­rzyło się następ­nie. A ja chciał­bym powie­dzieć, że wła­śnie odwagę czu­łem, gdy moja sio­stra zanu­rzyła twarz w kałuży, malu­jąc usta i policzki ciemną czer­wie­nią. Kiedy jed­nak wspo­mi­nam to teraz, wiem, co naprawdę spra­wiło, że zosta­łem na miej­scu, pod­czas gdy mała Celene ucie­kła z krzy­kiem.

- Miłość? - zapy­tał zim­no­krwi­sty.

Ostatni Sre­bro­święty pokrę­cił głową, patrząc jak zacza­ro­wany w pło­mień lampy.

- Nie­na­wiść - odpo­wie­dział w końcu. - Nie­na­wiść do tego, czym stały się moja sio­stra i Julieta. Do tego, co je tak prze­mie­niło. A przede wszyst­kim nie­na­wiść na myśl, że wła­śnie w taki spo­sób zapa­mię­tam te dziew­częta. Nie będę wspo­mi­nał skra­dzio­nego poca­łunku Juliety pod umie­ra­ją­cymi drze­wami. Nie będę pamię­tał Amélie, jak opo­wia­dała nam wie­czorne histo­ryjki. Tylko to wła­śnie: dwie dziew­czyny na czwo­ra­kach chłep­czące krew z błota jak zdy­cha­jące z głodu psy. Nie­na­wiść to było wszystko, co zna­łem w tam­tej chwili; jej moc i wszyst­kie obiet­nice, jakie ze sobą nio­sła. Zako­rze­niła się we mnie tam­tego zim­nego let­niego dnia i prawdę mówiąc, wąt­pię, żeby kie­dy­kol­wiek mnie opu­ściła.

Jean-François spoj­rzał na ćmę, która wciąż na próżno ude­rzała skrzy­dłami o szkło lampy.

- Nad­miar nie­na­wi­ści spali czło­wieka na popiół, che­va­lier.

- Oui, ale przy­naj­mniej ogrzeje go przed śmier­cią. - Ostatni Sre­bro­święty spoj­rzał na wyta­tu­owane dło­nie, zaci­ska­jąc palce. - Nie potra­fi­łem skrzyw­dzić sio­stry. Nawet wtedy ją kocha­łem. Dla­tego pod­nio­słem sie­kierę i ude­rzy­łem pro­sto w szyję Juliety. Cios był dosta­tecz­nie silny. Mia­łem dopiero trzy­na­ście lat, a nawet doro­sły męż­czy­zna namę­czy się, ści­na­jąc głowę czło­wie­kowi, nie wspo­mi­na­jąc już o gło­wie zim­no­krwi­stego. Stwór, któ­rym była Julieta, padł w błoto, łapiąc za sie­kierę wbitą w czaszkę. Amélie unio­sła głowę, krwawa ślina ście­kała jej po pod­bródku. Spoj­rza­łem jej w oczy i to było jak spoj­rze­nie w twarz pie­kła. Nie w ogień i siarkę, którą obie­cy­wał nam z ambony p?re Louis, ale w... pustkę.

W pier­do­loną nicość.

Moja sio­stra otwo­rzyła usta i zoba­czy­łem dłu­gie i błysz­czące jak noże zęby. I dziew­czyna, która każ­dego wie­czoru przed snem opo­wia­dała mi bajki, która tań­czyła do muzyki, jaką tylko ona sły­szała, wstała i mnie ude­rzyła.

Boże w nie­bie­siech, ależ była silna. Nic nie poczu­łem, dopóki nie runą­łem w błoto. A potem usia­dła mi na piersi i poczu­łem smród zgni­li­zny i świe­żej krwi w jej odde­chu, a gdy jej kły musnęły mi szyję, wie­dzia­łem, że zaraz umrę. Spoj­rza­łem w jej puste oczy i mimo nie­na­wi­ści i stra­chu pra­gną­łem tego.

Cie­szy­łem się na to.

Jed­nakże coś wtedy się we mnie obu­dziło. Jak niedź­wiedź, który budzi się głodny z zimo­wego snu. Gdy moja sio­stra otwo­rzyła gni­jące usta, zła­pa­łem ją za gar­dło. Boże, była dość silna, żeby zmiaż­dżyć kości na pro­szek, ale mimo to udało mi się ją ode­pchnąć. Kiedy dra­pała mnie po twa­rzy zakrwa­wio­nymi pal­cami, poczu­łem żar zale­wa­jący mi rękę, mro­wiący na każ­dym calu skóry. Coś mrocz­nego. Coś głę­bo­kiego. I z wrza­skiem, od któ­rego wnętrz­no­ści zamie­niły mi się w wodę, Amélie cof­nęła się, łapiąc się za bul­go­cącą skórę na gar­dle.

Czer­wona para buch­nęła jej ze skóry, jakby krew w żyłach dziew­czyny się zago­to­wała. Czer­wone łzy spły­nęły po policz­kach, gdy wrza­snęła. Do tego czasu krzyki Celene spra­wiły, że cała wio­ska zbie­gła się do nas. Silne ręce zła­pały Amélie i odrzu­ciły, kiedy wójt przy­ło­żył pochod­nię do jej sukienki. Amélie zapło­nęła jak ogni­sko na Jed­no­ro­dziny. Julieta czoł­gała się z moją sie­kierą wbitą w głowę, kiedy ją też pod­pa­lili. Dźwięk, jaki wyda­wała z sie­bie, pło­nąc... Boże, to było... bez­bożne. Sie­dzia­łem w bło­cie z Celene, która przy­kuc­nęła obok, i patrzy­li­śmy, jak nasza sio­stra wiruje niczym żywa pochod­nia. Ostatni maka­bryczny taniec. Ojciec musiał trzy­mać matkę, żeby nie rzu­ciła się w ogień. Jej krzyki były gło­śniej­sze od krzy­ków Amélie.

Spraw­dzali mi gar­dło tuzin razy, ale nie mia­łem nawet zadra­pa­nia. Celene uści­skała mi rękę i zapy­tała, czy nic mi nie jest. Nie­któ­rzy ludzie patrzyli na mnie dziw­nie, zasta­na­wia­jąc się, jakim cudem prze­ży­łem. A p?re Louis ogło­sił, że to cud. Oznaj­mił, że Bóg oszczę­dził mnie dla wyż­szych celów.

Mimo to łaj­dak odmó­wił pocho­wa­nia obu dziew­czy­nek. "Umarły nie­wy­spo­wia­dane", orzekł. Ich pro­chy zabrano na roz­staje dróg i roz­sy­pano, żeby ni­gdy wię­cej nie były w sta­nie odna­leźć drogi do domu. Grób mojej sio­stry miał na zawsze pozo­stać pusty na nie­po­świę­co­nej ziemi, a jej dusza została potę­piona na wieki. Mimo wszyst­kich jego pochwał ser­decz­nie znie­na­wi­dzi­łem za to tego kutasa Louisa.

Czu­łem na sobie zapach popio­łów Amélie przez wiele kolej­nych dni. Śni­łem o niej latami. Cza­sem Julieta przy­cho­dziła razem z nią. We dwie sia­dały na mnie i cało­wały mnie czar­nymi, jakże czar­nymi ustami. I cho­ciaż nie mia­łem poję­cia, co mi się przy­da­rzyło i jak, na Boga, prze­ży­łem, to jedno wie­dzia­łem z abso­lutną i nie­za­chwianą pew­no­ścią.

- Że Krewni naprawdę ist­nieją - domy­ślił się Jean-François.

- Nie. Myślę, że już wtedy w to wie­rzy­li­śmy w głębi serc, zim­no­krwi­sty. Och, wypu­dro­wani pano­wie z Augu­stin, Coste i Asheve uzna­liby nas za zaco­fa­nych, ale w Lor­son przy ogniu zawsze opo­wia­dało się o wąpier­zach, tan­cer­zach zmierz­chu, faerie i innych czar­cich pomio­tach. W nor­dlundz­kich pro­win­cjach potwory były rów­nie praw­dziwe jak Bóg i jego anio­ło­wie. Tyle że dzwony kaplicy wybiły wła­śnie połu­dnie, kiedy Amélie i Julieta wró­ciły do domu. Dzień naj­wy­raź­niej w ogóle im nie prze­szka­dzał. Wszy­scy wie­dzie­li­śmy, co działa na zgubę Umar­łych, jaka broń nas ocali: ogień, sre­bro, a przede wszyst­kim świa­tło sło­neczne.

Gabriel zamilkł na chwilę, zagu­bił się w myślach, szare oczy mu spo­chmur­niały.

- Widzisz, to był bez­dzień. Nawet wiele lat póź­niej w opac­twie San Michon żaden sre­bro­święty nie potra­fił wyja­śnić tego, co się stało. Opat Kha­lid twier­dził, że wielka gwiazda spa­dła na wscho­dzie, daleko, za morzami, i jej ogień wzbił tak gęsty dym, że prze­sło­nił słońce. Mistrz Sza­ro­ręki powie­dział nam, że doszło do kolej­nej wojny w nie­bie i Bóg zrzu­cił zbun­to­wane anioły z taką nie­na­wi­ścią, że zie­mia try­snęła w niebo i zawi­sła jak zasłona mię­dzy jego kró­le­stwem i pie­kłem. Nikt jed­nak tak naprawdę nie wie­dział, dla­czego welon prze­sło­nił niebo. Nikt nie wie­dział wtedy i moż­liwe, że nikt nie wie nawet teraz.

Wszy­scy ludzie w wio­sce wie­dzieli, że nasze dni stały się nie­mal tak ciemne jak noc i że stwo­rze­nia nocy krążą teraz swo­bod­nie pod­czas tych niby-dni. Sto­jąc na skrzy­żo­wa­niu dróg pod Lor­son, kiedy roz­rzu­cali pro­chy mojej sio­stry, trzy­ma­jąc za rękę Celene, gdy nasza matka wrzesz­czała jak obłą­kana, zro­zu­mia­łem. Myślę, że w głębi duszy wszy­scy zro­zu­mie­li­śmy.

- Co takiego? - dopy­ty­wał się Jean-François.

- Że to począ­tek końca.

- Nie trać ducha, che­va­lier. Wszyst­kie rze­czy mają swój koniec.

Gabriel uniósł wzrok, a jego krwi­sto­czer­wone oczy zabły­sły.

- Oui, wam­pi­rze. Jak naj­bar­dziej wszyst­kie.