Wampiry z Morganville. Księga 9. Gorycz krwi - Rachel Caine

-
Proszę czekać

Strona redakcyjna

Redakcja stylistyczna

Monika Kiersnowska

Korekta

Renata Kuk

Magdalena Stachowicz

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

? Ilona Wellmann/Arcangel Images

Tytuł oryginału

The Morganville Vampires: Bitter Blood

Copyright ? 2012 by Roxanne Longstreet Conrad.

By arrangement with the author.

All rights reserved.

For the Polish edition

Copyright ? 2013 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-4733-5

Warszawa 2013. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Publikację elektroniczną przygotował

Prolog. AMELIE

Prolog

AMELIE

Mam dla ciebie niespodziankę - oznajmił Oliver.

Spodziewałam się - nie bez powodu - że może podaruje mi rzadki okaz biżuterii spoczywający w aksamitnym etui czy nawet nowego pupila... on jednak zamiast tego wręczył mi arkusz kosztownego, czerpanego papieru, opatrzony w rogu pieczęcią Morganville, odciśniętą w grubej warstwie jeszcze ciepłego wosku.

- Przeczytaj.

Rozsiadł się w jednym z moich krytych brokatem foteli, po drugiej stronie biurka, założył nogę na nogę i obdarzył mnie pojawiającym się z wolna na jego twarzy uśmiechem, od którego przeszedł mnie dreszcz. Nie strachu - o nie. Było to coś dużo bardziej złożonego i dużo bardziej przerażającego. Przez długi czas byliśmy wrogami, sojusznikami z konieczności przez ostatnich kilka lat, a teraz... teraz wahałam się nazwać to, kim byliśmy dla siebie.

W zamierzchłych czasach można by powiedzieć, że byliśmy sobie bliscy, co znaczyło wszystko albo nic, zależnie od okoliczności.

Wyraz jego twarzy był aż nazbyt znaczący, więc opuściłam wzrok, by przeczytać słowa wypisane pięknym, płynnym charakterem - ręką wytrawnego kancelisty, rzecz jasna, który odebrał staranne wykształcenie w czasach, gdy się to naprawdę liczyło.

Niniejszym Rada Starszych Morganville, w trosce o bezpieczeństwo i ochronę wszystkich w granicach jej wpływów, postanawia wprowadzić w życie prawo wymagające identyfikacji wszelkich osób, czy to śmiertelnych, czy nieśmiertelnych. Co za tym idzie, mieszkańcy zobowiązani są mieć identyfikator zawsze przy sobie. Jako że ów dowód tożsamości ma żywotne znaczenie dla dobrostanu naszej społeczności, postanawiamy również, iż niespełnienie tego wymogu uważane będzie za bezpośrednią obrazę Rady i jako takie może podlegać karze stopnia pierwszego, drugiego bądź karze głównej, jak napisano w kodeksie sformułowanym przez Założycielkę u zarania dziejów tej wspaniałej społeczności.

Akceptację dla powyższego wymogu i kar Założycielka Morganville potwierdza złożonym tu podpisem.

Zamarłam z piórem w pogotowiu, marszcząc brwi.

- Co to jest?

- Tak jak mówiliśmy - odparł. - Przepis nakazujący mieszkańcom Morganville noszenie odpowiednich identyfikatorów. Oczywiście dla wampirów wymogi są nieco inne, ale nie zmienia to faktu, że one też będą nosić przy sobie karty. Dzięki temu nie będzie to wyglądało na dyskryminację.

- Rzeczywiście nie - powiedziałam z nutą irytacji w głosie. - Myślałam, że mówiliśmy o zaczekaniu z wprowadzeniem identyfikatorów przez rok, aż będzie można stosownie wyjaśnić podjęcie takiego kroku.

- Tak długie czekanie uważałbym za możliwe, gdybym nie słyszał pogłosek o ponownym pojawieniu się Kapitana Oczywistego, który agituje przeciwko nam. - W głosie Olivera wyczuwało się teraz zawziętość, a odraza do człowieka o tym pseudonimie, naszego najbardziej zajadłego przeciwnika, odmalowała się na jego twarzy o ostrych, kanciastych rysach. Wiek nie odciska piętna na wampirach, oczywiście jeśli nie mówimy o mocy, ale Oliver był pod tym względem nietypowy. Przemienił się już jako dojrzały mężczyzna i w nieśmiertelności zachował swoją powierzchowność: siwe pasma w brązowych włosach, zmarszczki w pobliżu oczu i ust. Potrafił, kiedy chciał, sprawiać wrażenie osoby ciepłej i przyjaznej, ale ja już dawno się przekonałam, że Oliver był, jest i zawsze będzie przede wszystkim wojownikiem.

A ten... Kapitan Oczywisty, jak teraz nazywali go ludzie, ulepiony był z tej samej gliny. Z sercem do walki i determinacją, by nam szkodzić. W ciągu minionych stu lat zabijaliśmy go z dziesięć razy, nie spodziewając się z początku - ponieważ życie śmiertelnych jest, jakie jest - że problemem będzie jego zmartwychwstawanie raz za razem. Tymczasem, gdy tylko nowy Kapitan Oczywisty padał, jego miejsce zajmował następny, zamaskowany i działający skrycie.

Wyglądało na to, że teraz zmuszeni jesteśmy stawić czoło kolejnemu potencjalnemu mścicielowi.

Poczułam na sobie wzrok Olivera - ciepły, ale i wyzywający. Do wszystkich barier między nami, które zostały przełamane, nie zaliczała się jego ambicja. Wymagał więcej od siebie, a tym samym więcej ode mnie. Niebezpieczny był ten nasz taniec i na tym po części - jeśli nie w większości - polegał wzajemny pociąg.

- Tak - przytaknęłam. - Jeżeli czują się na tyle pewni swojej siły, by otwarcie podążyć za kolejnym prowodyrem rebelii, to przypuszczam, że musimy odpowiedzieć siłą.

I złożyłam swój kunsztowny podpis, cały z pętli, zawijasów i skosów, pod oficjalnym dokumentem. Zgodnie z duchem epoki nowoczesności byłby on sfotografowany, zdigitalizowany, zamieniony w beznamiętne i proste słowa na ekranie... ale skutki byłyby te same. Słowo władczyni było prawem.

Ja byłam teraz niekwestionowaną władczynią Morganville. Wszyscy moi wrogowie ponieśli klęskę; choroba, która przez tak długi czas osłabiała wampiry, została w końcu zwyciężona. I to dzięki interwencji ludzi, a zwłaszcza tej kłopotliwej, małej Claire, uczennicy mojego najstarszego przyjaciela, Myrnina. Pozbyliśmy się również mojego ojca, Bishopa, tej bestii zaślepionej żądzą krwi. I zaledwie kilka miesięcy temu zimne, okrutne draugi, które polowały na nas do granic naszego wyginięcia, zostały unicestwione na zawsze.

Teraz nic już nie stało pomiędzy moim ludem - ostatnimi z wampirów - a pozycją słusznie nam należną.

Nic, poza zadufaniem ludzi w tym mieście - tych samych, których ja wybrałam. Pozwoliłam im się rozwijać, rozkwitać i bogacić się we współpracy z nami i pod ściśle określonymi warunkami. Duża część tych wybrańców odpłaciła mi strachem, złośliwością i oporem, który z każdym rokiem przybiera na sile.

Dość tego.

- Dość tego - powtórzył głośno Oliver, wstając, żeby wziąć ode mnie dekret. - Niech się nie wydaje tym wasalom, że się po cichu wywiną od odpowiedzialności za swoje zbrodnie. To jest nasz czas, moja królowo. Nasz czas na zapewnienie nam ostatecznego przetrwania.

Ujął moją dłoń i pochyliwszy się, dotknął swoimi chłodnymi wargami mojej równie chłodnej skóry. Zadrżałam.

- Tak - zgodziłam się. - Tak, jestem o tym przekonana.

Jego wargi sunęły w górę po mojej ręce, muskając ją niespiesznymi, delikatnymi pocałunkami, aż dotarły do szyi. Wyjął z moich włosów szpilki podtrzymujące ciężką koronę, a pukle opadły mi na ramiona. Jego silne ramiona objęły mnie i przyciągnęły bliżej. Nie sposób było się mu oprzeć, tak jak sile ciążenia Newtona, więc zrezygnowałam z polityki, dumy i statusu na rzecz nowej, czystej radości, którą daje bycie pożądaną.

Jeśli była jakaś część mnie, maleńka i ukryta, która kwestionowała to wszystko, rozumiejąc, że im więcej władzy zagarnę dla wampirów, tym bardziej ludzie będą się buntować... cóż, udało mi się z całą bezwzględnością zagrzebać ją głęboko. Byłam zmęczona samotnością, a to, co Oliver wydobywał ze mnie, było przyjemne i w pewnym sensie niezbędne.

Stare porządki w Morganville... One należały do przeszłości.

Oliver był moją przyszłością.

Rozdział 1. CLAIRE

Rozdział 1

CLAIRE

Claire Danvers była w wyjątkowo złym humorze, a uniknięcie o mały włos aresztowania bynajmniej jej go nie poprawiło. Najpierw zajęcia na uniwersytecie nie poszły dobrze, potem wdała się w upokarzającą dyskusję ze swoim "doradcą" (zawsze myślała o nim w ten sposób, w cudzysłowie, ponieważ niczego jej nie "doradzał", poza wyborem nudnych przedmiotów obowiązkowych i niestawianiem sobie wyzwań), następnie dostała całkowicie niesprawiedliwie czwórkę za pracę z fizyki, a wiedziała przecież, że akurat z tego przedmiotu zasługiwała na najwyższą ocenę. Pogodziłaby się, choć niechętnie, z tak mało satysfakcjonującą notą z czegoś nieważnego, na przykład z historii, ale nie - to musiało być z jej głównego fakultetu. Do tego, oczywiście, profesora Carlyle'a nie zastała w gabinecie, więc nie mogła o tym porozmawiać.

Po tym wszystkim była trochę rozkojarzona, schodząc z krawężnika. Ruch uliczny w Morganville w stanie Teksas nie charakteryzował się jakąś szczególną szybkością i natężeniem, w dodatku tutaj, w pobliżu Texas Prairie University, wszyscy byli przyzwyczajeni do zatrzymywania się, żeby przepuścić niezbyt przytomnych studentów.

Tak czy inaczej, zaskoczona piskiem opon odskoczyła na bezpieczny chodnik i dopiero odetchnąwszy parę razy, zorientowała się, że mało brakowało, a zostałaby przejechana przez policyjny wóz patrolowy.

Policjant wysiadający z samochodu miał minę niewróżącą nic dobrego. Kiedy zbliżył się do niej, uświadomiła sobie, że prawdopodobnie jest wampirem - jak na człowieka był zbyt blady i nie zdjął okularów przeciwsłonecznych, mimo że znajdowali się w cieniu budynku. Zerknąwszy dla potwierdzenia na radiowóz, dostrzegła mocno przyciemnione szyby. Zdecydowanie patrol wampirów. Oficjalne motto policji brzmiało "chronić i służyć", ale jej chłopak w przypadku takich patroli zwykł mawiać: "Chronić i usługiwać przy obiedzie".

Spotkanie jednego z nich tak blisko uniwersytetu było jednak czymś niezwykłym. Zwykle policjanci wampiry patrolowali miasto nocą i nie oddalali się od centrum, było ich szczególnie dużo w okolicach placu Założycieli, gdzie koncentrowała się wampirza populacja. Widywali ich tam jedynie stali mieszkańcy, nie przyjezdni studenci - oni i tak na ogół pozostawali w błogiej nieświadomości.

- Przepraszam - powiedziałam, przełykając rdzawy smak, jaki poczułam w ustach, na który, jak się zdawało, składały się szok i zupełnie bezużyteczny gniew. - Nie patrzyłam, dokąd idę.

- Najwyraźniej - odparł policjant. Mówił z akcentem, jak większość wampirów, ale Claire dawno już zrezygnowała z prób rozpoznawania, skąd pochodzą. Żyjąc tak długo, istoty te podchwytywały dziesiątki akcentów, wiele z nich już dawno zapomnianych. Sądząc po rysach twarzy, wyglądał na... może na Chińczyka? - Identyfikator.

- Żeby przejść?

- Identyfikator.

Claire stłumiła w sobie protest i sięgnęła do plecaka po portfel. Wyjęła z niego legitymację studencką i teksańskie prawo jazdy. Podała dokumenty policjantowi. Zerknął na nie i natychmiast je oddał.

- To nie to - stwierdził. - Twój miejski identyfikator.

- Mój... co?

- Powinnaś dostać pocztą.

- Nie dostałam!

Zdjął okulary przeciwsłoneczne. Jego oczy były bardzo ciemne, ale z plamkami czerwieni. Przyglądał się jej przez chwilę, po czym skinął głową.

- Dobrze. Kiedy dostaniesz kartę, noś ją zawsze przy sobie. A następnym razem uważaj, jak chodzisz. Możesz zostać rozjechana jak pies, i tak to potraktuję.

Włożył okulary, odwrócił się i odszedł do samochodu. Zanim Claire przyszła do głowy jakaś odpowiedź, wrzucił bieg i zniknął za rogiem.

Nie poprawiło jej to nastroju.

O powrocie do domu nie mogła jeszcze pomyśleć, ponieważ czekała ją obowiązkowa wizyta w pracy, gdzie pojawiała się po zajęciach na uczelni. Dziś szła tam z obawą, ponieważ wiedziała, że nie jest w nastroju, żeby znosić humory Myrnina, popadającego ze skrajności w skarność, szalonego naukowca i jej szefa. Czasem był skupiony jak laserowa wiązka i superracjonalny, ale równie dobrze mógł przemawiać do szkła laboratoryjnego i cytować Alicję w Krainie Czarów (co miało miejsce podczas jej ostatniej wizyty). Jednak cokolwiek robił, miał dla niej pracę do wykonania, i to prawdopodobnie w nadmiarze.

Ale przynajmniej nigdy, przenigdy nie był nudny.

Pokonywała tę drogę tak często, że robiła to automatycznie, prawie nie zauważając ulic, domów i zaułka, którym musiała przejść. Sprawdziła swój telefon i przeczytała SMS-y, zbiegając po długich, marmurowych schodach prowadzących w ciemność jego laboratorium, czy też jego kryjówki, w zależności od tego, w jakim był dziś nastroju. Światła były włączone, co było miłe. Odłożyła komórkę i dostrzegła Myrnina pochylonego nad mikroskopem - zabytkiem, który wielokrotnie próbowała ukryć, zastępując nowszym, elektronicznym modelem, ale wampir zawsze go wygrzebywał. Myrnin odsunął się od okularu, żeby gorączkowo nabazgrać coś na tablicy. Czarna powierzchnia była pokryta cyframi, które na oko Claire wyglądały na całkowicie losowe - nie tylko pod względem ich wartości liczbowej, ale i sposobu, w jaki zostały zapisane: pod wszystkimi możliwymi kątami, na każdym skrawku wolnego miejsca. Niektóre nawet do góry nogami. Nie był to wzór ani funkcja. Był to kompletny chaos.

No tak. Czyli miał to być jeden z tych dni. Uroczo.

- Cześć - sapnęła Claire z fatalistyczną rezygnacją, rzucając plecak na podłogę i otwierając szufladę, żeby wyjąć fartuch laboratoryjny. Dobrze, że najpierw spojrzała, bo na wierzchu leżały rozmaite skalpele, schowane tam przez Myrnina. Każdy z nich mógł ją skaleczyć do kości. - Co robisz?

- Wiedziałaś, że pewne typy korali zaliczają się do kategorii nieśmiertelnych? Naukowo zdefiniowana nieśmiertelność oznacza, że jeśli współczynnik śmiertelności gatunku nie wzrasta po osiągnięciu dojrzałości, nie ma czegoś takiego jak starzenie się... czarny koral, na przykład. Albo sosna oścista z Parku Narodowego Wielkiej Kotliny. Próbuję ustalić, czy jest jakieś podobieństwo między rozwojem tych kolonii komórek a zastąpieniem komórek ludzkich wampirzymi, kiedy dochodzi do przemiany... - Myrnin gadał z szybkością karabinu maszynowego, z ogromnym podekscytowaniem, którego Claire zawsze się obawiała. Znaczyło to, że potrzebuje leku, którego nie zechce przyjąć, więc znów będzie musiała ukradkiem dodać specyfik do jego porcji krwi, żeby sprowadzić go z powrotem na ziemię. - Przyniosłaś mi hamburgera?

- Czy przyniosłam... nie, Myrninie, nie przyniosłam ci hamburgera.

Dziwne. Jeszcze nigdy o to nie prosił.

- A kawę?

- Jest późno.

- Pączki?

- Nie.

- To jaki z ciebie pożytek? - W końcu podniósł wzrok znad mikroskopu, znów coś zapisał na tablicy, po czym cofnął się, żeby się przyjrzeć znakom nakreślonym bez ładu i składu. - Och, nie jest to bardzo... czy tutaj zacząłem? Claire? - Wskazał liczbę gdzieś w pobliżu prawego górnego rogu.

- Nie było mnie tutaj - powiedziała Claire, zapinając fartuch. - Chcesz, żebym kontynuowała pracę nad maszyną?

- Nad czym? A, tak, chodzi o tę rzecz. Owszem, kontynuuj, proszę.

Skrzyżował ręce na piersi i wpatrywał się w tablicę, marszcząc brwi. Najwyraźniej nie był to dzień dbałości o higienę osobistą. Jego długie, ciemne włosy były splątane i domagały się mycia. Claire domyślała się, że za duży, niegdyś biały podkoszulek, który miał na sobie, służył za szmatę do wycierania rozlanych chemikaliów w jakimś momencie jego długiego życia. Na szczęście Myrnin wykazał się przytomnością umysłu, wkładając coś w rodzaju spodni, chociaż miała wątpliwości, czy workowate bermudy były akurat tym, co wybrałaby sama. Przynajmniej pasowały do nich klapki. Mniej więcej.

- Jak było w szkole?

- Źle - odparła.

- To dobrze - mruknął w roztargnieniu. - Bardzo dobrze... A, wydaje mi się, że zacząłem tu... ciąg Fibonacciego, już widzę, co zrobiłem... - Wziął się do rysowania spirali łączącej liczby, zaczynając gdzieś pośrodku. No jasne, zapisywał wyniki spiralnie. Czemu nie?

Claire czuła, że zbliża się ból głowy. W laboratorium znów było brudno, pod nogami chrzęścił naniesiony przez wiatr piasek z pustyni, wymieszany z tym wszystkim, co Myrnin porozsypywał i porozlewał przy pracy. Miała tylko nadzieję, że nie jest to nadmiernie toksyczne. Będzie musiała zaplanować dzień, żeby zaprowadzić tu ład, pozamiatać śmieci, ułożyć książki w jakimś porządku, poustawiać na półkach sprzęt laboratoryjny... Nie, dzień nie wystarczy. Raczej tydzień.

Zrezygnowała z zastanawiania się nad tym i podeszła do stołu laboratoryjnego po prawej stronie, przykrytego zakurzonym prześcieradłem. Ściągnęła je, kaszląc w tumanie pyłu, i popatrzyła na maszynę, którą budowała. Było to jej dzieło - pozbawione fikuśnych elementów, charakteryzujących projekty Myrnina, choć udało mu się tu i ówdzie przemycić kilka kół zamachowych i trochę jarzącej się cieczy. Urządzenie miało podłużny, praktyczny, dzwonowaty kształt i czujniki drgań umieszczone po bokach. Pomyślała, że wygląda trochę jak miotacz promieniowania rodem ze staroświeckiej fantastyki naukowej, ale jego przeznaczenie było zupełnie inne... jeśli w ogóle kiedykolwiek zadziała.

Podłączyła urządzenie do programów analizujących i rozpoczęła symulację. Myrnin wpadł na pomysł tego projektu wiele miesięcy temu - tyle czasu potrzebowała, żeby choć zbliżyć się do rozwiązania... Wampiry mają zdolność, jak na razie tajemniczą i zupełnie niezbadaną naukowo, wpływania na myśli i emocje innych, głównie ludzi, a czasem także na swoich braci. Każdy wampir ma inny zbiór mocnych i słabych punktów, ale większości wspólny jest pewien rodzaj mechanizmu, który kontroluje emocje i dzięki któremu potrafią uspokoić zdobycz lub przekonać ją, żeby dobrowolnie oddała krew.

Claire pracowała nad sposobem zredukowania tej umiejętności. Chodziło o to, żeby dać ludziom - a nawet innym wampirom - narzędzie pozwalające bronić się przed manipulacją.

Zaczęła od budowy urządzenia, które potrafiłoby namierzać emocje i sporządzać ich mapę, potem poszła w kierunku takiego, które umiało budować pętle sprzężenia zwrotnego, wzmacniając to, co już jest. Był to konieczny krok do etapu uzyskania kontroli - trzeba być w stanie zreplikować zdolność, aby ją zanegować. Jeśli przedstawić emocję jako falę określonej długości, można by ją albo wzmocnić, albo wytłumić, pstrykając włącznikiem.

- Myrnin? - zagadnęła, nie odrywając wzroku od analizy na ekranie laptopa. - Grzebałeś przy moim projekcie?

- Troszkę - przyznał. - Czyż nie jest lepiej?

Było. Nie miała pojęcia, co zrobił, ale ustawienie pokręteł wykazywało precyzyjną kalibrację, jakiej sama nie potrafiła uzyskać.

- Może zapisałeś, jak to zrobiłeś?

- To prawdopodobne - powiedział radośnie. - Ale nie sądzę, żeby to pomogło. Rzecz w tym, żeby wsłuchiwać się w cykle i dostrajać do nich. Nie wydaje mi się, żebyś była do tego zdolna ze swoimi ograniczonymi ludzkimi zmysłami. Wiesz, że gdybyś została wampirem, miałabyś dużo większy potencjał.

Nic na to nie odpowiedziała. Uznała, że lepiej nie wdawać się z nim w dyskusję na ten szczególny temat. Poza tym zaraz i tak zapomniałby o sprawie, skoncentrowany na swoim entuzjazmie dla czarnego koralu.

Teoretycznie, urządzenie, które zbudowali - raczej ona zbudowała, a Myrnin podrasował - zdawało się działać. Teraz musiała wykombinować, jak je przetestować, sprawdzić, czy replikuje sposób działania tej właśnie zdolności wampirów... a potem upewnić się, że skutecznie ją wytłumi.

Urządzenie mogło nawet mieć inne zastosowania. Gdyby tak wzbudzić lęk u atakującego wampira, sprawić, żeby się cofnął, można by zakończyć walkę bez przemocy. Choćby dla tego jednego celu praca była warta zachodu.

A co się stanie, jeśli ktoś użyje go w drugą stronę? - zastanawiała się. Co się stanie, jeśli napastnik przejmie urządzenie i wykorzysta, żeby wzbudzić lęk w ofierze? Nie znała odpowiedzi. Był to jeden z powodów, dla których czasami miała poczucie, że to zły pomysł i że powinna po prostu zniszczyć tę rzecz, zanim przysporzy ona więcej kłopotów.

Może jednak jeszcze nie teraz.

Claire odłączyła maszynę - nie miała jeszcze żadnej zgrabnej nazwy ani dla niej, ani dla jej przeznaczenia - i zważyła ją w rękach. Ciężka. Była zbudowana z solidnych elementów i generowała znaczne ilości ciepła, ale przecież był to dopiero prototyp, który można dopracować, jeśli będzie warto.

Spróbowała wycelować urządzenie w kierunku ściany. Było trochę nieporęczne, ale gdyby dodać z przodu uchwyt, który pomógłby je ustabilizować...

- Claire?

Głos Myrnina rozległ się tuż za nią, o wiele za blisko. Odwróciła się gwałtownie, starając się utrzymać maszynę w rękach, ale jej palec natrafił przypadkowo na włącznik i stało się. Miała to, czego chciała. Próbę na żywo.

To działało.

Oczy Myrnina zrobiły się okrągłe i bardzo ciemne, następnie zaczęły połyskiwać płynną czerwienią. Cofnął się o krok. Duży krok.

- Och - westchnął. - Nie rób tego. Proszę, przestań.

Wyłączyła natychmiast, ponieważ nie była pewna, co właściwie przed chwilą się stało. Coś się wydarzyło, to pewne, ale jak to bywa z próbami w praktyce... trudno było wyciągnąć z tego jakieś wiążące wnioski.

- Przepraszam, bardzo cię przepraszam. - Odłożyła urządzenie na marmurowy blat stołu laboratoryjnego. - Nie zrobiłam tego specjalnie. Hm... co poczułeś?

- To, co już czułem, tylko bardziej - odparł, ale niczego to nie wyjaśniało. Cofnął się jeszcze dalej, a czerwień w jego oczach nie sprawiała wrażenia, jakby miała ustąpić. - Chciałem cię spytać, czy podesłałabyś mi trochę grupy AB z banku krwi, zdaje się, że zaczyna mi brakować. Chciałem też spytać, czy widziałaś moją torebkę z żelkowymi robalami.

- Jesteś głodny? - domyśliła się Claire. Przytaknął ostrożnie. - I tamto... wzmocniło głód?

- W pewnym sensie - przyznał. Nie było to pomocne. - Zapomnij o dostawie z banku krwi. Myślę, że... przespaceruję się. Dobranoc, Claire.

Był okropnie uprzejmy, pomyślała. Zwykle w ten sposób pokrywał jakieś poważne problemy wewnętrzne. Zanim zdążyła spróbować rozgryźć, co właściwie dzieje się w jego głowie, on z szybkością właściwą wampirom pomknął ku schodom i już go nie było.

Kręcąc głową, Claire spojrzała z irytacją na wyłączone urządzenie.

- No tak, bardzo byłaś pomocna - powiedziała do maszyny i przewróciła oczami. - I teraz ja gadam do sprzętu, tak samo jak on. Świetnie.

Narzuciła na maszynę prześcieradło, zrobiła wpis do dziennika i poszła do domu.

Powrót do domu - na Lot Street - też nie poprawił jej humoru; kiedy przechodziła koło zardzewiałej, przechylonej skrzynki na listy przy płocie, dostrzegła, że wystaje z niej masa korespondencji. W każdej chwili mógł ją porwać wiejący bez przerwy, pustynny wiatr. Doskonale. Miała troje współlokatorów, ale żadnemu z nich jakoś nie udało się opróżnić skrzynki. A przecież to nie należało do jej obowiązków. Przynajmniej nie dziś.

Popatrzyła gniewnie na duży, wiktoriański dom, pokryty wyblakłą farbą, zastanawiając się, kiedy Shane weźmie się do jego malowania, tak jak obiecał. Najprawdopodobniej nigdy. To samo co z pocztą.

Claire odruchowo poprawiła ciężki plecak na ramieniu, przesuwając środek ciężkości, wyszarpnęła ze skrzynki stertę papieru i przejrzała ją, przekładając z ręki do ręki. Rachunek za wodę (najwyraźniej uratowanie miasta przed wodnymi potworami draugami nie dawało im prawa do żadnej ulgi w opłatach), rachunek za elektryczność (znowu wysoki), ulotki reklamujące nową pizzerię z dostawą do domu (ich pizza smakowała jak psie żarcie na sosie pomidorowym) i... cztery koperty opatrzone oficjalną pieczęcią Założycielki.

A potem dzień zrobił kolejny krok w stronę mroku, bowiem na drzwiach frontowych wisiała przygwożdżona tandetnym, mosiężnym sztyletem kartka z odręcznie narysowanymi czterema nagrobkami. Na nagrobkach wypisane były imiona ich czworga. Poniżej napisano: "Kochasie wampirów dostają to, na co zasługują".

Urocze. Przestraszyłaby się, gdyby nie to, że nie był to pierwszy raz w ciągu ostatnich tygodni. Były cztery inne wiadomości - jedna wsunięta pod drzwi, dwie kolejne przyczepione do nich (tak jak ta) i jeszcze jedna w skrzynce na listy. Do tego stale rosnąca liczba nieuprzejmych sklepikarzy, zamierzonych afrontów ze strony ludzi na ulicy i drzwi zatrzaskiwanych jej przed nosem.

Przyjaźń z jedynym w Morganville mieszanym małżeństwem - wampira i istoty ludzkiej - nie przysparzała popularności.

Claire zerwała kartkę, pokręciła głową nad tandetnym sztyletem, który byłby bezużyteczny w walce, i otworzyła kluczem frontowe drzwi. Pchnęła je biodrem, następnie zamknęła za sobą na klucz - środek ostrożności stosowany automatycznie w Morganville.

- Hej! - zawołała, nie rozglądając się. - Kto miał wyjąć pocztę?

- Eve! - odkrzyknął Shane z głębi korytarza, z okolic pokoju dziennego, a jednocześnie Eve wrzasnęła z góry: - Michael!

Michael nie odezwał się, prawdopodobnie dlatego, że nie było go w domu.

- Naprawdę musimy porozmawiać o grafiku! Znowu! - wykrzyknęła Claire. Przez chwilę zastanawiała się, czy nie pokazać im kartki, ale w końcu zmięła ją i wyrzuciła do śmieci, razem ze sztyletem i wszelkiego rodzaju śmieciową pocztą, oferującą byle co po okazyjnych cenach czy wysoko oprocentowane karty kredytowe.

To tylko gadanie, powiedziała sobie. Nie była to prawda, a jednak miała nadzieję, że w końcu wszyscy - ludzie i wampiry - przestaną robić z igły widły na temat małżeństwa Michaela i Eve. Przecież to ich sprawa i nikomu nic do tego.

Teraz z kolei skupiła się na czterech identycznych kopertach. Zrobione były z wytwornego, grubego papieru, pachnącego pleśnią i starością, jakby sto lat przeleżały schowane gdzieś i dopiero teraz ktoś natknął się na pudełko, które postanowił otworzyć. Każda koperta była zapieczętowana herbem Założycielki, odciśniętym w ciemnokarmazynowym wosku. Na wszystkich widniały ich nazwiska, wypisane płynnym, eleganckim charakterem, tak równo i perfekcyjnie, że sprawiały wrażenie wydruku komputerowego. Dopiero kiedy się przyjrzała, odkryła niedoskonałości właściwe pismu, które wyszło spod ludzkiej ręki.

Intuicja ostrzegała przed niebezpieczeństwem, ale Claire starała się myśleć pozytywnie. Spokojnie, to może być coś dobrego. Może po prostu słówko podziękowania od Amelie za ocalenie Morganville. Zasługujemy na nie.

Brzmiało nieźle, ale Amelie, Założycielka Morganville, była wampirem bardzo starej daty, a one nie miały w zwyczaju dziękować ludziom. Amelie pochodziła z królewskiego rodu i to, że dla jej najmniejszego kaprysu ludzie robili rzeczy szalone i niebezpieczne (z możliwym skutkiem śmiertelnym), było po prostu... normalne. Prawdopodobnie nie zasługiwało nawet na uśmiech, a co dopiero na list dziękczynny. W dodatku, szczerze mówiąc, niegdyś niemal przyjacielskie stosunki Claire z Założycielką zrobiły się trochę... napięte.

Morganville w Teksasie było w zasadzie ostatnim skupiskiem wampirów na świecie. Miejscem, które wybrały na swoją ostoję, by zapomnieć dawne urazy i zjednoczyć się przeciwko wspólnym zagrożeniom i wrogom. Kiedy Claire tu przybyła, wampiry walczyły z chorobą, a potem między sobą. Cztery miesiące temu musiały się zmierzyć z draugami, wodnymi stworami, które polowały na nie jak na smakowite kąski... i wampiry ostatecznie zwyciężyły. Dzięki temu zajęły niekwestionowaną pozycję na samym szczycie światowego łańcucha pokarmowego. Wraz z ocaleniem Morganville Claire zastanawiała się, co może się zdarzyć, kiedy wampiry nie będą już czuły paraliżującego lęku. Teraz wiedziała.

Zupełnie nie były wdzięczne.

Koniec wersji demonstracyjnej