Wampiry z Morganville. Księga 11. Światło dnia - Rachel Caine

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Gapiąc się na skrzypiący billboard na granicy miasta Morganville w Teksasie, Claire pomyślała: Powinnam płakać. Jej najlepsza przyjaciółka Eve już płakała, zanosząc się łkaniem z bezradnej wściekłości. Claire była przy niej i robiła wszystko, co należy, dla okazania współczucia - mamrotała, że wszystko będzie dobrze, poklepywała ją po plecach, tuliła do siebie.

Jednak chociaż mówiła, co trzeba, czuła się... pusta. Sucha jak piasek przewiewany po pustymi za oknami policyjnego radiowozu. Siedzieli z tyłu, za stalową siatką, a drzwi nie otwierały się od wewnątrz. Samochód przypominał taksówkę, którą absolutnie nie był, ponieważ mógł zawieźć wyłącznie tam, dokąd nie chciało się jechać. Mianowicie do aresztu.

Naprzeciwko radiowozu stały dwa miejskie ambulanse, do których ładowano bezwładne ciała wampirów - mocno przypięte pasami do noszy na wózkach, na wypadek gdyby nie sprawdziły się kołki wciąż tkwiące w ich sercach, aby utrzymać ich w stanie tymczasowej śmierci. Kiedy po kolei przetaczano ich obok, Claire rozpoznawała zwiotczałe twarze: Oliver, niegdyś drugi w hierarchii po Założycielce miasta Amelie, obecnie w niełasce i na wygnaniu. Jesse, znana Claire najmniej ze wszystkich wampirów, piękna kobieta, która teraz wyglądała absurdalnie młodo i krucho, odarta (miejmy nadzieję, że chwilowo) ze swojego życia wampira.

Następnie Myrnin, maniakalno-depresyjny wampir, szef Claire i jej przyjaciel, z ciemnymi włosami rozrzuconymi w nieładzie wokół nieruchomej, białej twarzy.

Wreszcie, i to było najstraszniejsze, Michael Glass - przyjaciel Claire i miłość życia Eve. Jego skóra nabrała barwy czystego, białego marmuru, niebieskie oczy były otwarte i puste. Wydawał się najbardziej martwy z nich wszystkich.

- To nic - odezwała się szeptem Claire, chcąc odwrócić uwagę Eve, aby nie widziała, jak przewożą ciało Michaela. - Wampiry potrafią się z tego wylizać. Nie mają z tym problemu, jeśli kołki wyjmie się szybko. Przecież nie zostawiają ich na słońcu, czy co. Po prostu głęboko oddychaj, dobrze? Oddychaj.

Nie tyle chodziło o to, co mówiła, ile o fakt, że jej głos brzmiał pewnie i spokojnie. Był liną ratunkową we wzburzonym oceanie chaosu.

Eve wzięła głęboki wdech, jej spazmatyczne łkanie stopniowo wyciszyło się i ustało. Usiadła głębiej na swoim miejscu, a w tej samej chwili drzwi ambulansu zatrzaśnięto i wielkie pojazdy, jeden po drugim, odjechały asfaltową drogą o dwóch pasach, kierując się w stronę śródmieścia Morganville - jeśli w ogóle Morganville miało coś, co można by nazwać śródmieściem. Otarła oczy wierzchem dłoni, rozmazując tę resztkę makijażu, jaka jej jeszcze została. Na widok błysku światła na jej ślubnej obrączce z rubinami, mur odrętwienia Claire zadrżał i przez moment groziło, że runie, ujawniając ból i strach, jakie za nim ukryła.

- Widziałaś Michaela? - spytała Eve, gwałtownie chwytając powietrze i zaczerwienionymi oczami spojrzała w oczy Claire. - Widać było, że z nim wszystko w porządku?

Tego Claire nie mogła powiedzieć, ponieważ widok jego lodowatej skóry i pustych oczu dogłębnie ją zaniepokoił.

- Nic mu nie będzie. Wiesz, jaki jest silny - powiedziała, co było całkowicie zgodne z prawdą i poza wszelką dyskusją.

- Wiem... Boże, dlaczego tak się stało? Czego oni chcą od nas?

W ustach Eve zabrzmiało to jak retoryczny lament, było to jednak pytanie, które umysł Claire mielił raz za razem. Dlaczego? Wracali do Morganville, aby ostrzec Amelie przed kilkoma sprawami, wśród których czołowe miejsce zajmował śmiertelnie niebezpieczny rozwój nastawionej przeciwko wampirom organizacji o nazwie Fundacja Świt oraz fakt, że jedna z najbardziej zaufanych agentów Amelie, doktor Irene Anderson (dawna mieszkanka Morganville) przeszła na drugą stronę.

Tymczasem, zamiast kogoś od Amelie, wyszła im na spotkanie miejscowa policja i od tej chwili sprawy toczyły się coraz gorzej w lawinowym tempie. Najpierw policjanci oddzielili ludzi - Claire, Eve, chłopaka Claire Shane'a oraz pojmaną przez nich doktor Anderson. Potem, bez jakiegokolwiek ostrzeżenia, zastrzelili ich przyjaciół wampiry, których następnie wywieźli ambulansami i ich dalszy los pozostawał nieznany.

Claire wykręciła się na swoim siedzeniu, aby widzieć drugi radiowóz. Gliny nie miały łatwo, chcąc wpakować do niego Shane'a. Skończyło się na skuciu go kajdankami i zagrożeniu paralizatorem. Siedział sztywno na tylnym siedzeniu, wpatrując się szeroko otwartymi oczami w przestrzeń, jakby zaraz miał kogoś pobić. Obok niego doktor Anderson, rozluźniona i oparta o okno, jakby było jej już wszystko jedno, czyim jest więźniem.

Claire wiedziała, dlaczego oddzielili ją od Shane'a i wiedziała, że Eve jej teraz potrzebuje, ale rozpaczliwie pragnęła być z nim i zadać te wszystkie palące pytania, które kłębiły się jej w głowie. Dlaczego Hannah Moses to robi? Przecież komendantka policji Moses była ich sprzymierzeńcem, ich dobrą i godną zaufania przyjaciółką. A jednak nie widać było po niej ani wahania, ani żalu. To, co się stało, można było zinterpretować tylko w jeden sposób - Hannah z własnej i nieprzymuszonej woli przystąpiła do Fundacji Świt.

Nic tu nie miało żadnego sensu, a Claire okropnie tego sensu potrzebowała. "Ludzie przejęli władzę nad Morganville" powiedziała jej Hannah, gdy ich przyjaciele - ich wspólni przyjaciele - leżeli nieruchomo na ziemi. "Wampiry przejdą kwarantannę dla ich własnego bezpieczeństwa".

To nie mogła być prawda. Po prostu... nie mogła. A jednak w oczywisty sposób była.

- Dokąd oni go zabierają? - Eve śledziła wzrokiem migające światła odjeżdżających ambulansów. - Ona mówiła coś o kwarantannie. Co to znaczy? Myślisz, że zabierają ich do szpitala? Wydaje im się, że są na coś chorzy?

- Nie wiem - powiedziała Claire bezradnie.

Wiedziała, że gdyby pozwoliła sobie czuć cokolwiek, byłaby po prostu wściekła, tak samo jak Shane siedzący w drugim radiowozie. Wydawał się gotów przegryźć stalową siatkę. Gdyby jednak dopuściła do siebie wściekłość, musiałaby też dopuścić wszystkie inne emocje, które w niej niebezpiecznie wezbrały. A gdyby to zrobiła, załamałaby się jak Eve.

Akurat teraz lepiej nic nie czuć. Lepiej pozostać silną.

Drzwi od strony kierowcy się otwarły i Hannah Moses wsiadła za kierownicę radiowozu. Zapięła pas jednym płynnym ruchem. Z drugiej strony zajął miejsce jej zastępca - nowy, pomyślała Claire. Ktoś, kogo nie znała.

Rozpoznała za to znaczek w klapie jego munduru - wschodzące słońce, ze złota.

Symbol Fundacji Świt.

Eve rzuciła się do przodu i chwyciła siatkę, wbijając w nią czubki palców, gdy Hannah uruchomiła silnik.

- Co ty, do cholery, robisz, Hannah? - wrzasnęła, z całej siły trzęsąc siatką. - Dokąd zabieracie Michaela?

- Jest bezpieczny - odparła Hannah. - Nic mu się nie stanie. Zaufaj mi, Eve.

- Jasne, wiesz co? Ugryź mnie gdzieś. Nie ufam ci. Właśnie wbiłaś nam wszystkim nóż w plecy, ty potworna su...

Claire złapała Eve i odciągnęła ją, zamieniając ostatnie słowo w jęk protestu.

- Przestań - szeptała gorączkowo do ucha przyjaciółki. - Nic nie osiągniesz tym, że się na nas wścieknie. Po prostu czekaj. Siedź cicho i czekaj.

- Łatwo ci mówić - syknęła Eve. - Shane przynajmniej z nami jedzie. Michael... nawet nie wiemy, dokąd go wiozą!

Miała rację. Claire niechętnie musiała to przyznać, ale też absolutnie nic nie mogły osiągnąć, zamknięte w policyjnym radiowozie. A nastawianie przeciwko sobie damy, w której posiadaniu znajdowały się kluczyki do ich kajdanek, prawdopodobnie nie było najlepszą strategią.

- Nie poddajemy się - powiedziała do Eve. - My tylko... czekamy na właściwy moment.

- A jak myślisz, co właściwie oni z nim zrobią, kiedy my będziemy czekać na moment? - spytała Eve i znów zatrzęsła siatką. - Ty, Hannah! Jak to jest, wbić przyjaciołom nóż w plecy? Mam nadzieję, że krew nie zbryzgała ci twojego starannie uprasowanego munduru!

Zastępca odwrócił się i zmierzył ją zimnym, twardym wzrokiem.

- Siedź spokojnie - nakazał. - Jak nie, będę ci aplikować szok, aż się uspokoisz.

- Czym? Swoim oddechem? Ty w ogóle słyszałeś o płynie do płukania ust, panie policjancie Matole?

- Eve - powiedziała Hannah. Było to ostrzeżenie, kategoryczne i bez osłonek, podkreślone przez zastępcę - którego oddech faktycznie niemiłosiernie cuchnął - wyciągnięciem paralizatora.

Choć Eve nadal gotowała się z wściekłości, odpuściła i cofnęła się, składając ręce na piersi. Potem kopnęła jego fotel. Nic dobrego jej z tego nie przyszło, bo fotel był wzmocniony stalową płytą, ale prawdopodobnie poczuła się lepiej, że to zrobiła.

- Hej - powiedziała Claire, wyciągając do niej rękę. Eve po chwili wahania, mocno się jej uchwyciła. - Będzie dobrze. Nic mu się nie stanie.

Eve nie odpowiedziała. Być może pomyślała "Nie wiesz tego" i miałaby rację. Claire rzeczywiście tego nie wiedziała. Czuła się zziębnięta, bezradna i bezbronna, a poza tym nie miała pojęcia, jak cokolwiek tu mogłoby naprawdę być dobrze, ale póki co, w momentach pomiędzy możliwościami, jedyne co mogła robić, to udawać.

Claire spodziewała się, że zawiozą ich prosto do aresztu, albo przynajmniej do gmachu sądu, ale zamiast tego oba policyjne radiowozy skręciły w stronę przedmieść Morganville. Rozpoznała tę dzielnicę i wcale jej się to nie podobało. Nic dobrego nie działo się tu, na obrzeżach miasta, gdzie pełno było opuszczonych budynków i opuszczonych ludzi.

- Hej - odezwała się, pochylając się do przodu, ale uważając, żeby nie dotknąć siatki. - Przepraszam, dokąd właściwie nas wieziecie?

- Nie martw się. Nie grozi wam żadne niebezpieczeństwo - uspokoiła ją Hannah. - Ktoś chce się z wami spotkać. Prawie jesteśmy na miejscu.

Kiedy Claire wyjeżdżała z Morganville, w mieście prowadzono prace remontowe i budowlane, jednak z pominięciem tej dzielnicy. Jak podejrzewała, nikt nie uważał, że warto coś ratować. Mieściły się tu głównie walące się rudery, butwiejące magazyny i dawno nieczynne fabryki.

Teraz uwijały się między nimi grupy mężczyzn w pomarańczowych kamizelkach, buldożery z hałasem wyrównywały teren, spychając na sterty potrzaskane cegły, resztki drewna i zardzewiałej stali. Inne ekipy na oczyszczonym terenie wznosiły ramowe konstrukcje budynków.

Wszędzie widać było różne stadia budowy, niektóre domy już stały pomalowane i wykończone. Mogła sobie wyobrazić, co mruczy pod nosem Shane w drugim samochodzie: "Super, wyjeżdżam z miasta i raptem jest mnóstwo dobrej roboty do wzięcia". Lubił prace budowlane, a tu ogromna liczba mężczyzn i kobiet, ubranych w robocze koszule i dżinsy, przybijała, dźwigała, spychała i tworzyła.

Było to całkiem nowe Morganville. Wyglądało... radośnie. Dawało nadzieję.

- Skąd to się wzięło? - spytała Claire. - Wszystkie te nowe domy?

- Są dla nowych członków - odparła Hannah. Ton jej głosu był spokojny i równy, i nie zdradzał niczego. Jej zastępca, ten z wschodzącym słońcem Fundacji Świt w klapie, zerknął przez ramię na Claire. - Wstępując do Fundacji Świt, mogą dostać za darmo nowe mieszkanie, jeśli chcą. Wzbudziło to ogromny entuzjazm i poparcie. Połowa pracujących tu ludzi to wolontariusze. - Przyhamowała i skręciła w lewo. - To przemawia za zostawieniem za sobą przeszłości i budowaniem nowej przyszłości, nie uważasz? Zwłaszcza w mieście, którego historia jest tak mroczna, jak historia Morganville.

Claire nie chciała się zgodzić, ponieważ wciąż miała poczucie, że wielu rzeczy jeszcze nie wie i nie w pełni rozumie, ale to, co powiedziała Hannah, miało dla niej sens - albo miałoby, gdyby choć trochę ufała Fundacji Świt.

A skoro mowa o Fundacji Świt... wyremontowali jeden ze starych magazynów i zaadaptowali go na swoją nowiutką siedzibę.

Oczom Claire ukazał się ogromny budynek, błyszczący świeżą farbą i połyskliwym metalem, z dużym, obracającym się logo na dachu. Obracając się, lśniło łagodnym, złotym blaskiem w promieniach słońca - ten sam symbol Fundacji Świt, co na znaczku w klapie zastępcy. Prosty znak, który powinien budzić nadzieję. Wschód słońca, nowy dzień i tak dalej.

Claire w to nie wierzyła. Wierzyła natomiast w to, co dostrzegła poza tym: mimo radosnych kolorów, na jakie był pomalowany, budynek wyglądał na łatwy do obrony, gdyby doszło do walki. Wszystkie okna były wysokie i wąskie, i nie sprawiały wrażenia, że w ogóle można je otworzyć. Do tego grube mury. Właściwie, to gdyby odrzucić wszystko inne i zostawić samą konstrukcję, równie dobrze mogłoby to być więzienie.

Hannah wjechała na parking, pod który hojnie przydzielono powierzchnię. Był pokryty świeżym asfaltem, z ostro odcinającymi się białymi pasami wyznaczającymi miejsca parkingowe. Stało tam około pięćdziesięciu samochodów, ale zajmowały one zaledwie jedną trzecią dostępnych miejsc. Można by tu postawić połowę samochodów, jakie są w Morganville i jeszcze zostanie miejsce na spory parking dla autobusów, pomyślała Claire.

Były już tam dwa policyjne wozy patrolowe, Hannah dołączył jako trzeci, a na sąsiednim miejscu zaparkował ten, w którym jechali Shane i doktor Anderson. Claire wypatrywała znajomych samochodów, ale jakoś nie rzucił jej się w oczy żaden, który mogłaby rozpoznać na pewno.

Zauważyła za to, że na parkingu nie było samochodów z mocno przyciemnionymi szybami, dla wampirów. Ani jednego.

Hannah zgasiła silnik, ale ani ona, ani jej zastępca nie wysiedli od razu. Zamiast tego Hannah odwróciła się i patrząc przez siatkę na Claire i Eve, powiedziała:

- Ma się to odbyć następująco: będziecie grzeczne, wysiądziecie, wejdziecie z nami do budynku i będziecie się zachowywać jak kulturalne, młode damy, kiedy przedstawimy was zarządzającemu.

- Albo co? Wpiszesz mi naganę do akt? - prychnęła Eve.

- Albo skończysz w kajdankach, być może potraktowana paralizatorem i rezultat będzie dokładnie taki sam, tylko że już raczej bez uśmiechu - odparowała Hannah. - Tak więc wolałabym uniknąć tych nieprzyjemnych rzeczy i zrobić to w sposób najmniej dla was bolesny.

- Och, jasne, myślisz tylko o nas - nie wytrzymała Claire. - W zupełności rozumiem.

Hannah przyjrzała się jej z troską, jakby zdawała sobie sprawę, że jej pozorna uległość jest bardziej niepokojąca niż otwarta agresja Eve.

- Próbuję wam pomóc, dzieciaki. Nie każcie mi tego żałować.

- Nie jestem dzieckiem, a wy uprowadziliście mojego męża - oznajmiła Eve. - Mam zamiar wyjść stąd na własnych nogach i zapewniam, że wielu rzeczy będziesz żałować. Prawdopodobnie krótko, jeśli to cię pocieszy.

Hannah wymieniła ze swoim zastępcą wzruszenie ramionami.

- Cóż, próbowałam - powiedziała. - Jeśli chcecie to sobie utrudniać, z pewnością macie do tego prawo.

Oboje wysiedli, Hannah otworzyła drzwi Claire, wyciągnęła ją za ramię i pchnęła mocno na samochód. Potem spięła jej ręce z tyłu plastikową opaską zaciskową, mówiąc:

- Wybacz, ale umiem wróżyć z fusów. Wy dwie nie macie zamiaru pójść spokojnie.

Shane też sprawiał kłopoty, na tyle duże, że Claire usłyszała, jak funkcjonariusz z drugiego radiowozu klnie, usiłując ujarzmić jej chłopaka. Hannah, wydawszy gardłowy odgłos zniecierpliwienia i frustracji, odwróciła Claire twarzą do siebie.

- Masz go uspokoić - poleciła. - Natychmiast.

Claire uniosła brodę.

- Dlaczego?

- Dlatego, że jeśli tego nie zrobisz, stanie mu się krzywda.

Claire popatrzyła poza nią. Shane musiał użyć łokcia, zanim nad nim zapanowali, bo funkcjonariusz miał zakrwawiony nos. Teraz Shane uchylał się i kopał, starając się jeszcze raz dowalić mu mimo jego obrony. Pewno po to, żeby dostać się do niej, bo niemożliwe było, żeby mu zdjęli kajdanki.

- Shane - zawołała. - Nie rób tego.

Hannah powoli i spokojnie odpięła zatrzask kabury, którą miała u boku i wyjęła pistolet.

- Ona ma rację - powiedziała, patrząc prosto na chłopaka. - Nie każ mi podnieść broni, Shane.

- Pieprzyć cię - wydyszał, uśmiechając się do Hannah buntowniczo.

Podniosła broń, w porządku.

Wymierzyła ją w Claire.

Shane z miejsca znieruchomiał, jego uśmiech szybko zblakł.

- Blefujesz.

- Być może tak się wydaje - odparła Hannah. - Ale znasz mnie wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że nie mierzę z broni, jeśli nie jestem gotowa strzelić i zabić. Lubię cię, Shane. Lubię twoją dziewczynę. Jednak wystawiasz mnie na próbę, a naprawdę nie uważam, że to jest dobry pomysł.

Nie poruszył się. Funkcjonariusz chwycił go i wykręcił mu skute ręce do góry, tak że Shane z grymasem bólu na twarzy, musiał stanąć na palcach.

- Idź śmieciu - warknął funkcjonariusz, kładąc rękę na ramieniu Shane'a.

I Shane poszedł.

Claire też. Eve popadła w ostrożne milczenie, ale mimo to jej również Hannah spięła ręce opaską zaciskową. Był to bez wątpienia mądry ruch. Ludzie nie doceniali Eve z powodu jej zabawnego sarkazmu i uroczej twarzyczki, jednak postępowali tak na własną zgubę.

Doktor Anderson zostawili skutą kajdankami i milczącą w samochodzie, co zastanowiło Claire.

Do drzwi dawnego magazynu prowadził świeżo położony chodnik, wzdłuż którego zasadzono krzewy i drzewka. Mimo to przejście po nim było jak w dawnych czasach droga na szubienicę. Nie wiadomo było, co się z nimi stanie, kiedy już znajdą się w środku. Na grubej tafli szklanych drzwi widniał symbol wschodzącego słońca, a pod nim napis "Fundacja Świt".

Do tego złotymi literami wypisane było "Wszyscy są mile widziani w świetle". Brzmiało to miło... chyba że miało się do czynienia z ich zwolennikami w mniej oświetlonych okolicznościach. Powiedzmy, w laboratorium, gdzie rozszarpywali na strzępy wampiry.

Hannah otworzyła jedno skrzydło drzwi i powiew chłodnego powietrza wywołał gęsią skórkę na nagich ramionach Claire. Spodziewała się jaskiniowych ciemności, ale kiedy jej oczy przystosowały się po wejściu z pełnego słońca, spostrzegła, że w środku jest niemal tak samo jasno, dzięki ogromnemu świetlikowi nad centralnym atrium, w którym stali. W blasku skąpany był kontuar recepcyjny z logo fundacji na froncie i elegancko ubrana, starsza kobieta uśmiechająca się do nich uprzejmie.

- Pani Hodgson? - wykrzyknęła Claire.

Znała tę kobietę, była to sąsiadka z Lot Street, przy której stał ich stary, wiktoriański dom. Miła pani, zawsze grzebiąca przy kwiatach w swoim ogródku i machająca do nich przyjaźnie. Dwa razy przyniosła im ciasteczka na Gwiazdkę. Cynamonowe.

- Claire? Eve? Ojej, i Shane też - pani Hodgson sprawiała wrażenie grzecznie zażenowanej widokiem ich pęt. - O nic się nie martwcie. Tu absolutnie nie ma czego się bać. Jesteście teraz w świetle. Jesteście bezpieczni. - Wyszła zza kontuaru, ujawniając, że ma na sobie dopasowany kostium prosto z lat sześćdziesiątych XX wieku, ze sznurkiem perełek do kompletu, i podeszła, żeby przypiąć im do koszulek plakietki. - Dopilnuję tylko, żebyście mieli identyfikatory. Nie możemy was wpuścić bez identyfikacji, prawda? O, proszę. Nie było tak źle, co?

- Dziękuję, Doreen - powiedziała Hannah. - Bądź łaskawa zawiadomić ich, że jesteśmy, dobrze?

- Jak najbardziej. Czy mam wam coś podać? Może wody?

- Piwo - wypalił Shane. - Shiner Bock, jeśli macie.

- Och, nie mów takich rzeczy - skarciła go pani Hodgson. - Jesteś o wiele za młody, żeby pić alkohol, ty urwisie.

Nie była to sytuacja, w której komukolwiek z nich byłoby do śmiechu, jednak Shane uśmiechnął się odrobinę i pokręcił głową. Samym ruchem warg wymówił w stronę Claire słowo "urwis", unosząc brwi.

Ona też uniosła brwi w odpowiedzi.

- Trochę wody byłoby miłe - powiedziała Hannah. - Dziękuję ci uprzejmie.

Podprowadziła Claire do stojącego w pobliżu wyściełanego krzesła i wcisnęła ją w nie, Eve kazała usiąść obok. Funkcjonariusz trzymał Shane'a na stojąco.

Hol wejściowy był w zasadzie pusty, dominowała w nim recepcja obsługiwana przez panią Hodgson, ale na ścianach wisiało trochę fotografii. Claire, mrużąc oczy w blasku padającym ze świetlika, dostrzegła na jednej z nich grupę osób stojących przed tym samym budynkiem, tylko na wcześniejszym etapie przebudowy. W jednej z osób rozpoznała Hannah, w drugiej nowego burmistrza Morganville, Florę Ramos. Pozostałe osoby na tym i innych zdjęciach były dla niej tajemnicą. Zauważyła jednak pewną prawidłowość i powtarzającą się twarz - niskiego mężczyzny drobnej budowy ciała, nie wyróżniającego się niczym szczególnym.

Doreen Hodgson wróciła, niosąc butelki z wodą. Za nią podążał ten sam mężczyzna, we własnej osobie.

W rzeczywistości też nie był imponującej postury - niższy od Shane'a o co najmniej dziesięć centymetrów. Miał na sobie czarny garnitur i białą koszulę, jedynymi barwnymi akcentami były jego bardzo niebieskie oczy - w niemal tym samym, zdumiewającym odcieniu co oczy Michaela - i czerwony jedwabny krawat oraz chusteczka w kieszonce marynarki. Jego twarz miała w sobie coś wschodnioeuropejskiego, ale to było naprawdę wszystko, co Claire mogłaby o nim powiedzieć.

No i jeszcze to, że jego znaczek Fundacji Świt świecił się jak prawdziwe złoto.

Skinął głową Hannah:

- Możesz ich uwolnić. Jestem pewien, że wszyscy jesteśmy cywilizowanymi ludźmi. Poza tym, trudno byłoby im pić wodę ze związanymi rękami. Ważne jest, żeby zacząć tę rozmowę z zaufaniem.

Hannah skinęła na swojego zastępcę, który rozpiął kajdanki Shane'a. Sama wyjęła służbowy nóż i rozcięła plastikowe opaski zaciskowe na przegubach Claire, potem Eve. Doreen pospieszyła z butelkami wody, aby podać je im do oswobodzonych rąk - zimne, oszronione butelki, które przypomniały Claire, od jak dawna nie miała nic do picia.

- Dziękuję - powiedziała, stawiając butelkę obok siebie, na krześle. - Nie chce mi się pić.

Było to kłamstwo, ale za mało jeszcze wiedziała, żeby zaufać czemukolwiek w tej sytuacji, choćby to była woda w zapieczętowanej butelce.

Jasne brwi mężczyzny uniosły się nieznacznie.

- Jest oryginalna, markowa. Zapewniam cię, że nie została niczym doprawiona. - Wyciągnął do niej rękę. - Rhys Fallon. A ty musisz być Claire Danvers.

- Pan tu rządzi? - spytała Claire, ignorując jego wyciągniętą rękę. Opuścił ją bez widocznej urazy.

- Przypuszczam, że można tak powiedzieć - odparł. - Chociaż ja wolę myśleć, że jest to raczej współpraca, a nie dyktatura.

- Jeżeli pan tu rządzi, może pan nas od razu zawieźć do naszych przyjaciół.

- Do waszych przyjaciół...?

- Do Michaela - wtrąciła się Eve. - Olivera, Myrnina, Jesse. Wie pan, tych, których zastrzeliliście i wywieźliście.

- Ach. - Rhys splótł dłonie za plecami i po raz pierwszy przyjrzał się uważnie Eve. Poświęcił na to dziwnie dużo czasu, przy czym w jego mowie ciała zaszła jakaś zmiana, choć niewielka. - Eve Rosser, prawda?

- Eve Glass - skorygowała Eve, unosząc brodę dla podkreślenia wagi swoich słów. Zdawał się tego nie zauważać.

- Jestem zachwycony, mogąc poznać kogoś, kto jest tak... legendarny w Morganville. Opisy, jakie słyszałem, nie oddają rzeczywistości. - W skierowanym do niej uśmiechu trochę za dużo było ładunku elektrycznego jak na uśmiech do zamężnej kobiety i to wściekłej zamężnej kobiety. - Cóż, bardzo mi przykro i chciałbym spełnić waszą prośbę, ale akurat teraz jest to niemożliwe. Michael i pozostali wasi przyjaciele są pod dobrą opieką. Kiedy już całkiem dojdą do siebie, zostaną umieszczeni w areszcie prewencyjnym. Być może będziecie mogli odwiedzić ich później.

- Chcę się widzieć z moim mężem i nie ma tu żadnego później ani żadnego być może. Chcę się z nim widzieć natychmiast, do cholery. Nie obchodzi mnie, kim ty sobie wyobrażasz, że jesteś, nie możesz...

- Owszem, mogę - przerwał jej i Claire uderzył brak emfazy w tym stwierdzeniu. To nie był blef, to nie była przechwałka. To był po prostu... fakt. Była w tym nawet nuta żalu. - Przykro mi, panno Rosser...

- Pani Glass. - Twarz Eve była teraz czerwona, dłonie zaciśnięte w pięści.

- ...ale musi pani przyjąć do wiadomości, że sprawy tutaj wyglądają inaczej niż wtedy, kiedy wyjeżdżała pani z miasta. Wierzę, że są to zmiany na lepsze, choć może się pani z tym nie do końca zgadzać, na razie. Mam nadzieję, że w końcu przyzna mi pani rację. Szczerze mam taką nadzieję. - Odchrząknął i po raz pierwszy zerknął w bok, na Hannah Moses. - Będziemy musieli w późniejszym terminie przedyskutować... legalność pani małżeństwa.

- Co? - Teraz Eve niemal rzuciła mu się do gardła, ale Hannah powstrzymała ją, ostrzegawczo kładąc jej rękę na ramieniu. - O czym ty mówisz? Wzięliśmy ślub! W kościele!

- Tak jak powiedziałem, być może porozmawiamy o tym kiedy indziej. Przykro mi, że panią zmartwiłem.

Może i było mu przykro, ale na pewno ją zmartwił i to bardzo. Jej policzki z czerwonych zrobiły się blade i wyglądało na to, że straciła całą pewność siebie. Czegoś takiego w ogóle się nie spodziewała... nie tego.

- Chcę się widzieć z Amelie - oświadczyła Claire.

Skupiła tym na sobie niepodzielnie jego uwagę. Jego oczy były bardzo niebieskie i bynajmniej nie ciepłe. Ale i nie zimne. Były po prostu... bez wyrazu.

Koniec wersji testowej