Wampiry z Morganville 10. Wyjazd z Morganville - Rachel Caine

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Billboard na granicy Morganville nie zmienił się, odkąd Claire po raz pierwszy minęła go, wjeżdżając do miasta w niedojrzałym wieku szesnastu lat. Wydawało się to tak dawno, jakby od tego czasu upłynęło całe życie, a wciąż tu była ta sama stara tablica, wyblakła i skrzypiąca na suchym, pustynnym wietrze. Przedstawiała parę z lat pięćdziesiątych XX wieku (białą, oczywiście), obok samochodu skrzydlaka, wielkiego jak okręt, patrzącą w zachodzące słońce. "Witaj w Morganville. Nigdy nie zechcesz stąd wyjechać".

A teraz oto była w tym miejscu. I wyjeżdżała. Naprawdę wyjeżdżała.

Nagle poczuła ciężar nie do udźwignięcia i billboard rozpłynął się w impresjonistyczne wiry, gdy w jej oczach wezbrały gorące łzy. Trudno jej było zaczerpnąć tchu. Nie muszę jechać, pomyślała. Mogę zawrócić, pójść do domu, wrócić tam, gdzie jest bezpiecznie... Bo choć Morganville było szalone i groźne, to przynajmniej nauczyła się, jak w nim żyć. Jak się przystosować, przetrwać, a nawet rozkwitnąć. Morganville stało się... no tak, domem. Bezpiecznym.

Gdzie indziej... Nie była pewna, kim jeszcze mogłaby być gdzie indziej.

Pora się dowiedzieć, powiedziała jej doroślejsza część. Musisz zobaczyć świat, zanim będziesz mogła z niego zrezyg­nować, żeby być tutaj. Przypuszczalnie była w tym racja. Czyż amisze nie wysyłają swoich dzieci na Rumspringa, dając im czas, żeby dowiedziały się, jak wygląda życie na zewnątrz i podjęły świadomą decyzję, czy chcą pozostać w społeczności, czy nie? Może więc dla niej też była to swego rodzaju Rumspringa od wampirów.

Żyła bowiem, choć sama zdecydowanie nie należała do tych, których nęci smak krwi, w społeczności wampirów, z niemal wszystkimi tego konsekwencjami: chronieniem ich, przynoszeniem im dochodów, oddawaniem krwi. Wampiry z kolei, przynajmniej teoretycznie, chroniły miasto i mieszkających w nim ludzi. Oczywiście nie zawsze się to sprawdzało, ale o dziwo, częściej sprawdzało się niż nie. Pomyślała też, że sądząc po tym, jak sprawy się obecnie normują, mogłoby to wszystko działać dużo lepiej - teraz, gdy Założycielka miasta Amelie znów była u władzy. I zdrowa na umyśle. Zdrowy rozsądek zaliczyć trzeba na plus.

- Martwisz się?

Na dźwięk tego głosu gwałtownie wciągnęła powietrze i odwróciła się, mruganiem przeganiając łzy, bo najzwyczajniej zapomniała, że on stoi obok. Nie Shane. Wyszła wcześnie, zanim jej chłopak się obudził, właściwie wymknęła się przed świtem, aby uniknąć pożegnań, które, jak wiedziała, rozdarłyby jej serce. Stała więc tutaj ze swoimi walizkami, wypchanym plecakiem... i Myrninem.

Ten wampir, jej szef - jeśli bycie szalonym naukowcem można nazwać profesją - stał przy wielkiej czarnej limuzynie, którą jeździł od czasu do czasu, na szczęście bardzo rzadko. (Nie był dobrym kierowcą. Delikatnie mówiąc.) Jego ubiór tego ranka dla odmiany nie był zwariowany. Hawajskie koszule i kapelusze z opadającym rondem zostawił w domu, a zamiast tego wyglądał, jakby wyszedł prosto z osiemnastowiecznego dramatu: obcisłe spodnie włożone w wysokie, lśniące czarne buty, kamizelka ze złocistego atłasu, a na wierzch frak. Nawet swoje zazwyczaj rozwichrzone, długie do ramion włosy związał z tyłu w błyszczący czarny kucyk.

Wampiry, inaczej niż ludzie, potrafią stać absolutnie nieruchomo, więc Myrnin przypominał teraz posąg wyrzeźbiony z alabastru, hebanu i złota.

- Nie, nie martwię się - powiedziała, zdając sobie sprawę, że o wiele za długo zwlekała z tą odpowiedzią. Zadrżała lekko. Tu, na pustyni, nocą panował lodowaty chłód, ale wiadomo było, że do południa przyjemnie się ociepli. Nie będzie mnie tu wtedy, uświadomiła sobie. W Morganville sprawy będą się toczyły dalej własnym torem bez niej. Wydawało się to... dziwne.

- Jestem zaskoczony, że nie sprowadziłaś tu swoich przyjaciół, żeby się pożegnać - odezwał się Myrnin. Mówił z ostrożnością, jakby zupełnie nie był pewien, jaka etykieta mogłaby obowiązywać w tej sytuacji. - Czy nie jest w zwyczaju, że odprowadza się kogoś wyjeżdżającego w taką podróż?

- Nie obchodzi mnie, czy jest - odparła. Krzak biegacza pustynnego, ciernista kula gołych, paskudnie drapiących gałęzi, toczył się w jej stronę, więc usunęła się na bok. Sczepił się z gmatwaniną takich samych, zgromadzonych u podstawy billboardu. - Nie chcę, żeby płakali. Ja też nie chcę płakać. Ja po prostu... słuchaj, to jest wystarczająco trudne, tak? Proszę cię, przestań.

Myrnin nieznacznie wzruszył ramionami. Kiedy odwrócił głowę, po raz pierwszy dostrzegła, że swój kucyk związał dużą czarną kokardą. Pasowała do jego stroju i co niesamowite, wszystko razem pasowało do niego. Wygląda jak Mozart, pomyślała - w każdym razie jak Mozart, którego widziała na obrazach.

- Musiało być łatwiej, kiedy ludzie ubierali się w ten sposób - zauważyła. - Być wampirem. Ludzie pokrywali twarze białym pudrem, prawda? Nie wyróżnialiście się tak bardzo.

- Nie tylko twarze. Pudrowali też peruki. Można się było udusić od arszeniku i talku. Nie wyobrażam sobie, żeby było to dobre dla płuc żyjących, ale czego się nie robi dla mody. Przynajmniej kobiety nie dreptały na dwunastocentymetrowych obcasach, narażając się stale na połamanie nóg. - Zamilkł na chwilę, po czym mówił dalej: - Wtedy wampirom było łatwiej dlatego, że żyliśmy w świetle świec, przy którym każdy wygląda lepiej, nawet chory. W tym ostrym świetle, jakie wolicie teraz... no cóż, jest trudno. Słyszałem nawet, że kilka wampirów wybrało się do solarium natryskowego, żeby uzyskać odpowiedni odcień skóry.

Claire o mało nie wybuchła śmiechem, wyobrażając sobie twardziela wampira takiego jak Oliver - gwałtowny i nieustraszony - stojącego w kąpielówkach Speedo i czekającego, aż go pomalują. Tylko że Oliver też opuścił Morganville... wygnany przez Amelie, u której boku Claire widziała go zawsze, odkąd przyjechała do miasta. Prawdopodobnie była to słuszna decyzja, jednak było jej go trochę żal. Zdradził Założycielkę, ale tego nie chciał... no i nie miał wyboru.

Jeśli jakikolwiek wampir miałby przetrwać w ludzkim świecie, to byłby nim Oliver. Był sprytny, bezwzględny i na ogół bez sumienia. Na ogół.

- Jeszcze możesz zmienić zdanie - powiedział Myrnin. Stał całkowicie nieruchomo i tylko jego frak i kokarda łopotały na wietrze. Nie próbował spojrzeć jej w oczy. - Wiesz, że nie musisz wyjeżdżać. Nikt nie chce twojego wyjazdu. Naprawdę.

- Wiem. - Godzinami rozmyślała tylko o tym. Nie spała wcale i całe ciało bolało ją od nerwowego napięcia. - Nie ty jeden mi to mówisz.

Shane, na przykład. Choć on akurat był w tej sprawie milczący i delikatny. Nie była na niego zła - Boże, nie, nic z tych rzeczy - ale potrzebowała rozpaczliwie upewnienia się, że on ufa jej tak samo jak ona jemu. Kochała go i dlatego tak bardzo trudno było jej to zrobić. Potrzebowała go. Tymczasem on wszystko popsuł, bo uwierzył w wielkie kłamstwo o niej, wmówione mu przez jednego z ich wrogów. Ściśle mówiąc, uwierzył, że za jego plecami spiknęła się z jego najlepszym przyjacielem, Michaelem.

Musiała sama się zastanowić, jak się czuje z tym rozczarowaniem, ale w tym momencie tak naprawdę była w stanie myśleć tylko o tym, jak bardzo chce poczuć jego ciepłe, silne ramiona obejmujące ją, jego ciało osłaniające ją przed zimnem. Jak bardzo chce jeszcze jednego pocałunku, jeszcze jednego szeptu, jeszcze jednego... wszystkiego.

- Świat tam, na zewnątrz, nie jest taki jak tutaj - powiedział Myrnin. - Wiem, że nie było ci tu łatwo, a i ja byłem istotną częścią twoich problemów. Ale Claire, ja wiem co nieco o świecie, byłem w nim przecież przez setki lat, i choć technologia się zmienia, ludzie kiedyś a teraz niewiele się różnią. Boją się i wykorzystują strach do usprawiedliwienia swoich poczynań, czy to będzie kradzież, czy nienawiść, przemoc czy morderstwo. Ludzie wiążą się w rodziny i grupy, żeby zapewnić sobie ochronę, a obcy... obcy są zawsze zagrożeni.

Miał rację. Przybyła do Morganville jako obca i była zagrożona... dopóki nie znalazła swojej grupy, swojej rodziny, swojego miejsca.

Wzięła głęboki wdech. Kopiąc piasek czubkiem trampka, powiedziała:

- W takim razie znajdę swoją grupę tam, dokąd jadę. Wiesz, że potrafię. Tu tak zrobiłam.

- Tu jesteś wyjątkowa - stwierdził. - Tam, kto wie? Tamci mogą cię nie cenić tak bardzo jak my.

Dotknął jej największego lęku. Lęku, że nie jest najlepsza, że jest po prostu... przeciętna jak wszyscy inni. Zawsze pracowała bardzo ciężko, doskonaląc się. Pracowała nad tym z pasją graniczącą z lękiem. Pójście do Massachusetts Institute of Technology było odnalezieniem świętego Graala, ale niosło również ze sobą obosieczne ryzyko. Co, jeśli nie jest wystarczająco dobra? Co, jeśli wszyscy inni są szybsi, lepsi, bystrzejsi, mocniejsi? Nie mogłaby ponieść porażki. Nie mogłaby.

- Będzie dobrze - powiedziała z wymuszonym, pewnym siebie uśmiechem. - Dam radę.

Westchnął na to i wzruszył ramionami.

- Tak. Owszem, wyobrażam sobie, że dasz radę. Chciałbym tylko, żeby było inaczej. Wolałbym, żebyś została tutaj, bezpieczna.

- Bezpieczna! - wybuchła śmiechem. Spojrzał na nią urażony, ale naprawdę był to absurd. Nic w Morganville w stanie Teksas nie gwarantowało bezpieczeństwa... trzeba wampira, żeby coś takiego w ogóle zasugerować.

- Ja... mniejsza z tym. Może bycie bezpiecznym nie zawsze jest najlepsze. Muszę być pewna, kim jestem tam, Myrninie. Muszę być Claire, przez jakiś czas, i dowiedzieć się, kim tak naprawdę jestem. Nie częścią czegoś innego, co jest dużo bardziej pewne siebie niż ja.

Albo kogoś innego. Bo nie chodziło tylko o Shane'a. Chodziło też o Myrnina.

Spojrzał na nią wprost tymi ciepłymi, ciemnymi oczami, które wydawały się tak bardzo ludzkie, choć zarazem tak bardzo nie. Widział tak wiele - stulecia, pokolenia, wszelkiego rodzaju potworności i śmierć, wspaniałość i piękno. I było to po nim widać.

- Będę za tobą tęsknił, Claire. Wiesz o tym.

- Wiem - powiedziała, nie mogąc odwrócić wzroku. Chciała, ale spojrzenie Myrnina trzymało ją jak magnes. - Ja też będę za tobą tęsknić.

Doskoczył do niej i zamknął ją w uścisku, co było rzeczą nagłą i niezręczną. Był za silny, za szybki. Wyrwał się jej cichy okrzyk zaskoczenia, bowiem jej ciało pamiętało aż nazbyt dobrze, jak to jest czuć kły wbijające się w szyję... ale zaraz ją puścił, odsunął się i zwrócił w stronę horyzontu, gdzie wzgórza i porośnięta ostrymi kępami pustynia zaczynały się zabarwiać na różowo. Zimny wiatr przybierał na sile.

- Powinieneś już iść - powiedziała, jakoś opanowując łomotanie serca. - Moi rodzice są w drodze. Będą tu lada moment.

- Marna by była ze mnie obstawa, gdybym zostawił cię tu samą, w ciemności, na pastwę czegokolwiek - oznajmił. - Zbójców na drodze i tego wszystkiego.

- Myrninie, zbójców na drodze nie ma od co najmniej stu lat. Prawdopodobnie dłużej.

- W takim razie złodziei. Seryjnych morderców. Nowoczes­nej wersji straszydła pod łóżkiem. Źli ludzie czający się w ciemnościach zawsze byli i zawsze będą. - Błysnął uśmiechem, niepokojącym z powodu nadmiernie długich kłów, ale wciąż nerwowo zerkał na horyzont. Myrnin był stary, nie zająłby się płomieniem od wschodzącego słońca, jednak doznałby kłopot­liwych poparzeń. - Jestem pewien, że znane jest ci to pojęcie.

- Bardziej niż trochę - westchnęła. W tej chwili zauważyła światła reflektorów samochodu, z dużą szybkością zjeżdżającego z grzbietu odległego wzgórza. Mama i tata. Poczuła chwilowy przypływ przyjemnego podniecenia, który szybko stłumiła ogromna fala smutku i tęsknoty. Czuła co innego niż się spodziewała, że będzie czuć, opuszczając Morganville... zostawiając za sobą swoich najlepszych przyjaciół. Zostawiając Shane'a. - Nadjeżdżają. Powinieneś iść.

- Nie powinienem ci pomachać?

- W tym stroju?

Myrnin spojrzał po sobie zdumiony.

- Ten jest najelegantszy!

- Kiedy imprezowałeś z Beethovenem, być może, ale dzisiaj wygląda to, jakbyś szedł na bal przebierańców.

- Czyli powinienem włożyć do tego niezobowiązującą koszulę?

Pomysł zestawienia tych spodni i butów z krzykliwą hawajską koszulą niemal rozśmieszył Claire.

- Boże, nie! Wyglądasz wspaniale. Tylko nie...stosownie do epoki. Idź już, nic mi nie będzie, dobrze?

Spojrzał na samochód, który zbliżał się szybko, po czym w końcu skinął głową.

- Dobrze. Profesor Anderson będzie cię oczekiwać. I nie zapomnij, że możesz skorzystać z telefonu, aby do mnie zadzwonić.

Wydawał się dumny, że jej o tym przypomniał - nowoczesna technologia nie była jego najmocniejszą stroną - więc Claire powstrzymała się, żeby nie przewrócić oczami.

- Nie zapomnę. A ty lepiej wsiadaj do samochodu. Słońce wschodzi. Nie chcę, żebyś się poparzył.

Słońce faktycznie wschodziło. Widziała już jego gorącą, złotą krawędź nad wzgórzem od wschodu. Niebo powyżej przybrało ciemny kolor indygo. Zaledwie paru minut brakowało, by w pełni rozbłysło światło dnia, więc Myrnin musiał się znaleźć pod osłoną.

Skinął jej głową, następnie wykonał oficjalny, staroświecki ukłon. Niesamowite, jak idealnie pasował do jego stroju.

- Bądź ostrożna - powiedział. - Nie każde niebezpieczeństwo ma kły wampira. Albo jego przewidywalność. - Szybkim krokiem podszedł do swojego samochodu i otworzył drzwi, ale zatrzymał się jeszcze na moment, żeby dodać: - Bardzo będę za tobą tęsknić, Claire.

Wsiadł za kierownicę, zatrzasnął drzwi, uruchomił silnik, zanim zdążyła zapewnić:

- Ja też będę za tobą tęsknić, Myrninie. - I już go nie było. Z rykiem silnika wjechał w granice miasta Morganville...

...mijając się z innym samochodem, który o wiele za szybko wyjeżdżał z Morganville. Rodzice Claire wciąż byli w odległości kilku kilometrów, jadąc w stronę miasta... samochód wyjeżdżający z miasta zbliżał się do niej.

Dalsza część rozdziału w pełnej wersji książki