Wampir z tatuażem - Kerrelyn Sparks

Reflow text when sidebars are open.
Rozdział 1
Rozdział 1
Dougal Kincaid nie był w nastroju imprezowym.
Wchodząc do sali balowej w siedzibie firmy Romatech Industries, czuł, jak żołądek skręca mu się boleśnie. Zbyt wiele osób. Harmider rozmów drażnił mu uszy, nogi uginały się pod nim na myśl o bezsensownych pogaduszkach. Przez setki lat unikał takich sytuacji, chowając się za dudami, ale te czasy minęły bezpowrotnie. A zatem zostało mu już tylko jedno, by jakoś przetrwać tę noc.
Blissky.
Oby mieszkanka sztucznej krwi i whisky zdołała przytłumić jego wampirze zmysły, zanim rozlegną się pytania, te same od czterech lat: Jak twoja proteza? Nadal posługujesz się mieczem? A co z graniem? Zagrasz jeszcze?
Jemu na usta cisnęło się inne pytanie: w jak krótkim czasie zdoła się upić? Skręcił w stronę barku. Przecież mają jak najlepsze intencje, upomniał się. W ten sposób dawali mu do zrozumienia, że im zależy. Lepsze to niż obojętność, ale do cholery, stracił rękę, nie dumę. Przecież mężczyzna to nie tylko sprawne dłonie. A muzyka? Poczuł, jak serce ściska mu się znajomym bólem. Odkąd nie miał muzyki, czasami czuł jedynie pustkę, a w pozostałych chwilach tylko żal za przeszłością.
Na długim stole stały przekąski dla śmiertelników. Szedł dalej.
- Cześć, bracie, co u ciebie? - Phineas poklepał go po plecach. - Przywitaj się z moją malutką.
Dougal zerknął na dzieciaczka, którego Phineas trzymał na ręku. Jego żona, Brynley, pół roku temu urodziła bliźnięta. Mała miała na sobie różową sukieneczkę z falbankami.
- Witaj. - Dougal zdał sobie nagle sprawę, że zapadła niezręczna cisza. Co niby miał jeszcze powiedzieć? Gorączkowo szukał w pamięci imienia dziewczynki. Gwyneth, tak. A jej braciszek to Benjamin. W skrócie - Gwyn i Ben, co rymuje się z Phin i Bryn, przezwiskami rodziców.
Jego żołądek fiknął salto.
- Witaj, Gwyn.
Dziewczynka zapiszczała tak głośno, że Dougal skrzywił się.
- Polubiła cię - oznajmił dumnie Phineas. - Śliczna, prawda?
- Tak. - Po dłuższej chwili Dougal zorientował się, że powinien powiedzieć coś jeszcze. - Ładna... sukienka.
- Tak, Bryn uwielbia kupować jej ciuszki. - Phineas uśmiechał się szeroko. - Powiedz, bracie, jak twoja ręka?
Zazgrzytał zębami.
- Która?
Phineas roześmiał się.
- Niezłe! Dobra, muszę lecieć, zobaczyć, czy Bryn nie potrzebuje pomocy. Ben dopiero co odpalił bombę w pieluchę.
Dzięki za informację. Dougal skierował się w stronę dalszego stołu z przekąskami. Dokoła niego tłoczyła się spora grupa gości, śmiertelników i zmiennokształtnych, głównie kobiet i dzieci. Wszyscy podziwiali pięciopiętrowy tort. A gdzie blissky, do jasnej cholery?
- Cześć, Dougal. Poznałeś już moją małą Tarę Jean?
Tym razem Dougal wiedział już, co powiedzieć.
- Śliczna. I ma bardzo ładną sukienkę.
- Dzięki. - Ian spojrzał na niego ze smutkiem. - Pamiętam, jak na moim wieczorze kawalerskim grałeś na dudach. Brakuje mi tego, naprawdę.
Dougal skrzywił się w duchu. Mają jak najlepsze intencje.
- A jak ta nowa wypasiona ręka? - dopytywał się Ian.
I znowu to samo.
- Cóż, jeśli koniecznie chcesz wiedzieć, zrobiono ją ze stopu tytanu, tego samego, który wykorzystuje się przy budowie statków kosmicznych i łodzi podwodnych schodzących na najniższe głębokości. W ciągu zaledwie trzech sekund mógłbym rozerwać ci klatkę piersiową i wyrwać serce.
Ian szeroko otworzył oczy.
- Jezu, Dougal, weź się w garść.
- Na tyle jeszcze mnie stać. - Dougal podniósł prawą rękę i, dzięki wampirycznej kontroli myśli, zacisnął pięść. Zrobił to płynnie, ale przy akompaniamencie metalicznych zgrzytów. Mocarny uścisk sprawdzał się doskonale przy wymachiwaniu mieczem, ale brak zwinności bardzo utrudniał grę na dudach. Innymi słowy, teraz nadawał się o wiele bardziej do zabijania niż do muzykowania.
Z trudem zdławił frustrację.
- Wiesz, gdzie jest blissky?
Ian żachnął się.
- To dziecięce przyjęcie urodzinowe. Nie ma blissky.
Nie ma blissky?
- We wrześniu Tara skończyła roczek - ciągnął Ian. - Mała Austina zaraz obchodzi pierwsze urodziny, synek Robby'ego skończy rok w listopadzie. Ponieważ tyle dzieci ma urodziny w tak bliskim czasie, postanowiliśmy urządzić jedną dużą imprezę. Cieszę się, że tu jesteś.
Jakby miał w tej sprawie coś do powiedzenia. Rodzina Echarpe wybierała się na przyjęcie, i Dougal, jako ich ochroniarz, musiał im towarzyszyć.
- Na pewno gdzieś jest tu blissky. Przecież tutaj to produkują, do cholery.
Ian przecząco pokręcił głową.
- Wyluzuj i baw się dobrze.
- A bleer?
Ian pytająco uniósł brew.
- Wiesz, czego ci trzeba? Dobrej kobiety.
Już ją miałem. I straciłem.
- I drinka. - Dougal odszedł w stronę ostatniego stołu. Tak wiele stracił w ciągu minionych stuleci. Pierwszą i jedyną miłość. Wolność. Rodzinę. Śmiertelność. Rękę. Muzykę. Czy to, że stracił tak wiele, stawia go już na zawsze na przegranej pozycji?
Od razu odepchnął tę myśl od siebie. Nie przeżyłby tak długo, gdyby ulegał takim ponurym rozmyślaniom. Miał w sobie wolę walki, wolę życia. Walczył do końca, bez względu na wszystko.
"Odnajdę cię, bez względu na wszystko. Choćby za tysiąc lat - odnajdę cię".
Stara obietnica rozbrzmiewała mu w uszach, przypomniała, jak tragicznie zawiódł tę, która znaczyła dla niego najwięcej. Błądził wzrokiem po sali, patrzył na szczęśliwe pary, roześmiane, rozgadane, wpatrzone w dzieci.
Serce ścisnęło mu się boleśnie. Strata sprzed prawie trzystu lat bolała nadal, tak dotkliwie, jakby tragedia wydarzyła się zaledwie kilka dni temu.
Wyjął z kubełka z lodem butelkę bubbly blood i napełnił kieliszek mieszaniną sztucznej krwi i szampana.
- Na specjalne okazje w życiu każdego wampira - mruknął pod nosem i wypił połowę zawartości jednym haustem.
Ktoś dotknął jego ramienia. Bethany, najstarsza z dzieci państwa Echarpe'owi. Jean-Luc adoptował ją kilka lat temu, gdy Heather była w ciąży z bliźniętami. Dziewięciolatka spojrzała na niego lękliwie, speszona.
- Zapomniałam, gdzie jest łazienka. Zaprowadzisz mnie?
Rozejrzał się w poszukiwaniu Heather.
- A mamusia nie może?
- Pilnuje bliźniąt, a tata jest na ważnym spotkaniu z wujkiem Angusem i Romanem.
Dougal uniósł kieliszek do ust i dopił resztkę napoju. Nikt mu nie mówił o ważnym spotkaniu.
- Dougal! - W głosie Bethany pojawiły się rozpaczliwe nuty. - Ja naprawdę muszę!
- Zaprowadzę cię. - Zabrał ze sobą butelkę bubbly blood. - Tędy.
Przez podwójne drzwi wyszli do holu Romatechu, skręcili w zachodni korytarz. Łazienki znajdowały się w połowie drogi do gabinetów zajmowanych przez firmę ochroniarską MacKaya.
Bethany wbiegła do środka, a Dougal oparł się o ścianę, sączył bubbly blood i zastanawiał się, co się właściwie dzieje. Angus MacKay, szef firmy MacKay Usugi Ochroniarskie i Detektywistyczne, co miesiąc wysyłał swoim podwładnym biuletyny informacyjne, żeby wiedzieli, co w trawie piszczy, ale ani słowem nie wspominał o dzisiejszym spotkaniu. Według ostatnich informacji, po śmierci Casimira i Corky'ego, przywódców Malkontentów, większość ich zwolenników uciekła do Rosji i Europy Wschodniej. Angus wysyłał tam swoje oddziały, ilekroć wampiry posuwały się za daleko.
Mistrz Han, kolejny zły wampir, budował w Chinach własną armię i zwiększał obszar wpływów. Do niedawna wspierało go trzech innych wampirzych lordów, ale major Russell Hankelburg, pracownik agencji MacKay UOiD, zabił jednego z nich, po czym usunął sobie czip lokalizacyjny i zapadł się jak pod ziemię. Mniej więcej trzy razy do roku Angus wysyłał swoich ludzi na poszukiwanie Russella, ale o ile Dougalowi wiadomo, były żołnierz piechoty morskiej przepadł bez śladu.
Dougal po raz ostatni uczestniczył w misji w terenie ponad rok temu, gdy pomagał na Alasce zmiennokształtnemu, niedźwiedziowi. A i to tylko dlatego, że wszyscy pozostali byli w tym czasie zajęci gdzie indziej.
Upił kolejny łyk bubbly blood i skarcił się w myślach. Świetnie, inni walczą ze złem na całym świecie, a on prowadzi do łazienki małe dziewczynki. Spójrz prawdzie w oczy. Uważają, że nadajesz się już tylko do pilnowania dzieci.
Po tej nieszczęsnej bitwie przed czterema laty, gdy stracił rękę, cieszył się, że w ogóle może nadal pracować w agencji MacKay UOiD. Angus załatwił mu przeniesienie do rezydencji Jeana-Luca Echarpe'a w Teksasie, gdzie zastąpił Robby'ego MacKaya na stanowisku szefa ochrony. Była to przyjemna, ciepła posadka, bo Jean-Luc, najlepszy szermierz wśród wampirów, mógł sam o siebie zadbać, ale kiedy w grę wchodziło bezpieczeństwo jego rodziny, wolał nie ryzykować i z otwartymi ramionami powitał dodatkowe wsparcie, choćby jednoręczne.
Dougal był mu bardzo wdzięczny. Mimo licznych zajęć Jean-Luc znalazł dość czasu, by nauczyć go fechtunku lewą ręką. A dwa lata temu, gdy dostał pierwszą protezę, Jean-Luc ponownie z nim trenował. Teraz Dougal walczył równie sprawnie obiema rękami - a niewielu pracowników agencji MacKay UOiD mogło to o sobie powiedzieć. Dlaczego więc nadal pracuje jako, powiedzmy sobie szczerze, uzbrojona niańka? Dlaczego nie wrócił w teren? Coraz trudniej było mu znieść nudę. Może powinien po prostu przejść na emeryturę.
I co wtedy? Miałby siedzieć w swoim domku na wyspie Isle of Skye i całymi nocami gapić się na morze? Byłby tam całkiem sam, towarzyszyłyby mu jedynie tęskne zawodzenia ptaków i rytmiczny szum fal, uderzających o zimny, skalisty brzeg. Noc w noc to samo, pusty, rozpaczliwy refren ciągnący się w nieskończoność.
Owszem, może przyjaciele dają mu w kość bolesnymi pytaniami, ale przynajmniej im zależy. Nie zostawili go samego z wyrwą w duszy.
Uniósł butelkę do ust.
- Dougal? - Głos Angusa niósł się echem po korytarzu. - Co ty tu robisz?
Przełknął tak szybko, że oczy zaszły mu łzami. Angus i Emma, jego żona, szli w jego stronę, zerkając to na niego, to na butelkę bubbly blood w jego dłoni. Cholera, uznają, że pije na służbie. I właściwie będą - mieli rację.
- Szukaliśmy ciebie - zaczęła Emma z błyskiem rozbawienia w oczach.
- Aye - przyznał Angus. - Musimy pogadać. - Wskazał drzwi do gabinetu.
- Zaraz przyjdę. - Douglas spojrzał na drzwi do ubikacji i poczuł, jak się rumieni. - Czekam na Bethany, muszę ją odprowadzić z powrotem na przyjęcie.
Emma uśmiechnęła się.
- Ja to zrobię, a wy sobie pogadajcie.
Douglas skinął głową i w ślad za Angusem wszedł do gabinetu.
Freemont, młodszy brat Phineasa, siedział za biurkiem i zajadał pączka. Zerwał się na równe nogi i zasalutował służbiście, cały czas trzymając pączka w dłoni, i ubrudził sobie czoło cukrem pudrem.
- W budynku wszystko pod kontrolą, sir. Dziesięć minut temu Robby skończył obchód. Wszystko jest w porządku.
- Świetnie. - Angus szedł zamaszystym krokiem, aż jego kilt poruszał się z cichym szelestem. - A nasz gość w piwnicy?
- W sensie, ten świr? - Freemont wskazał ścianę monitorów naprzeciwko biurka. - Bez zmian.
Świr? Dougal uważnie patrzył na szereg monitorów.
Przyjęcie trwało w najlepsze. Na korytarzu Emma odprowadzała Bethany do sali balowej. W holu nie było nikogo, podobnie w kafeterii laboratorium Romana. W innym pomieszczeniu laboratoryjnym Laszlo układał coś i porządkował. Na parkingu i przy głównym wejściu nic się nie działo.
Coś ciekawego zauważył dopiero na monitorze w dolnym rzędzie. Pochylił się, żeby lepiej widzieć. Patrzył na srebrny pokój, pomieszczenie specjalnie przystosowane do przetrzymywania wampirów. Na noszach leżał nieprzytomny mężczyzna. Miał skute ręce i nogi.
- Kto to?
- Bardziej na miejscu byłoby zapytać: co to? - poprawił Angus.
Dougal wyprostował się.
- To nie wampir?
Angus przecząco pokręcił głową.
- Ale też nie człowiek, nie do końca. Trzymamy go w srebrnym pokoju, żeby żaden z jego wampirzych kumpli nie zdołał się tu teleportować i go odbić. A ponieważ za dnia zazwyczaj jest przytomny, obawiałem się, że pokona strażników. Jedyny sposób, by nikomu nie zagrażał, to go uśpić.
- Żałuj, że tego nie widziałeś! - Oczy Freemonta rozbłysły. - Koleś jest tak silny, że trzy wampiry musiały go przytrzymać, zanim Abby zdołała podać mu zastrzyk.
Dougal gorączkowo szukał w pamięci. Zdecydowanie za długo siedział w Teksasie, z dala od centrum wydarzeń.
- Abby to żona Gregoriego?
- Aye. I zarazem córka prezydenta Tuckera. Na nasze szczęście, ma doktorat z biochemii i specjalizuje się właśnie w zatrzymaniu podziału komórek. - Angus poklepał Freemonta po plecach. - Możesz już wracać na przyjęcie.
- Super! - Freemont już szedł do drzwi, zjadając po drodze ostatni kawałek pączka. - Chyba zdążę na krojenie tortu.
Kiedy drzwi zamknęły się za nim, Angus usiadł za biurkiem.
- Przed chwilą odbyłem naradę z Jeanem-Lukiem i Romanem.
- Aye. - Dougal usiadł na krześle naprzeciwko biurka i odstawił butelkę bubbly blood na podłogę.
- Do tej pory ochroną Romatechu kierowali Phineas i Austin - zaczął Angus - i Austin nadal chce to robić, o ile oczywiście nie wyrusza w teren, natomiast Phineas prosił o urlop. Ma pełne ręce roboty przy dwójce dzieciaczków i na ranczu w Wyoming. Myślę też, że na wsi czuje się lepiej, zwłaszcza teraz, gdy co miesiąc musi przechodzić transformację.
Dougal skinął głową. Nic dziwnego, że Phineasa kosztowało sporo wysiłku przyzwyczajenie się do nowej formy egzystencji jako hybryda, pół wilkołak, pół wampir. Całe szczęście, że żona, także zmiennokształtna wilczyca, mogła mu w tym pomóc.
Angus odchylił się z krzesłem do tyłu.
- Tym samym mamy tu wakat. Pytałem Robbiego, czy byłby zainteresowany, ale wolałby przenieść się do Teksasu. Olivia, jego żona, ma tam rodzinę i chciałaby, żeby jej babcia pomogła im przy dzieciaczku.
Dougal doskonale to rozumiał. Zapewne śmiertelnym kobietom nie jest łatwo, gdy ich nieumarli mężowie są martwi przez cały dzień i nie mogą im pomóc przy dzieciach.
- Więc Robby zajmie się ochroną filii Romatechu w Teksasie?
- Tak, oraz zajmie się ochroną Jeana-Luca. - Angus pochylił się, oparł łokcie na biurku. - Obejmie swoje stare stanowisko.
Dougal zamrugał.
- Chcesz powiedzieć...
- Aye. Że zostałeś bez pracy.
Zwalniają mnie. Dougal wstał.
- Rozumiem. Sam już myślałem o...
- Nieważne, o czym myślałeś. Jesteś mi potrzebny. - Angus gestem dał mu znak, żeby usiadł, ale Dougal był zbyt spięty, by usłuchać. - Słyszałem od Jeana-Luca, że fechtujesz równie dobrze obiema rękami.
- Aye.
- Według niego marnujesz się, a ja i Roman przyznajemy mu rację. Więc co powiesz na stanowisko szefa ochrony tutaj?
Dougal usiadł, zaszokowany.
- Tutaj?
- Aye. Chciałbym też, żebyś ponownie zaczął brać udział w misjach. - Angus przesunął wzrok na protezę i zaraz wrócił do jego twarzy. - Dasz radę?
- Aye. - Ponieważ Angus nadal przyglądał mu się badawczo, Dougal uznał, że musi powiedzieć coś bardziej przekonującego. - Dam radę. I... bardzo tego chcę.
Angus uśmiechnął się.
- Dobrze. - Spojrzał na butelkę na podłodze. - Może to opijemy?
- Aye. - Dougal podniósł butelkę i nalał bubbly blood do dwóch filiżanek na kawę, które Angus wyjął z szafki. - Kiedy mam zacząć?
- Natychmiast. - Angus upił spory łyk.
Dougal zerknął na monitor, na którym widniał srebrny pokój.
- Chciałbym dowiedzieć się czegoś więcej, o naszym... gościu. Kto to jest?
- Nie wiemy, jak się nazywa. Ogranicza się jedynie do steku przekleństw po chińsku. J.L. i Rajiv pojmali go dwa tygodnie temu i wrócili do Chin, szukać Russella.
- I znaleźli go? - zainteresował się Dougal.
- Nie. Ale sądzą, że on ich znalazł. - Angus upił kolejny łyk. - Żołnierze Mistrza Hana zastawili na nich pułapkę. Byli naprawdę w nie lada opałach, gdy nagle deszcz strzał pokonał połowę wroga.
- Russell?
Angus skinął głową.
- Na pewno. Ale po bitwie przeszukali okolicę i go nie znaleźli.
Dougal spojrzał na monitor.
- Więc to jeden z żołnierzy Mistrza Hana?
- Aye. Śmiertelnik, czy raczej kiedyś nim był, ale obecnie ma zdolności zbliżone do naszych, choć to sprawka demona Darafera i specyfiku, który wynalazł.
Dougal zmarszczył brwi. Już nieraz staczali zwycięskie boje z okrutnymi wampirami, ale jeszcze nigdy nie zmierzyli się z demonem.
- Problem z Russellem polega na tym, że chce zabić Mistrza Hana - ciągnął Angus. - A zatem, żeby go znaleźć, musimy też szukać Mistrza Hana.
- A co w tym złego? - zdziwił się Dougal. - Chcemy przecież zabić drania?
- Owszem, musimy to zrobić, ale bardzo trudno jest go namierzyć. Podporządkował sobie sporą część południowych Chin, Tybet i północne obszary Tajlandii i Myanmar, a to naprawdę ogromne tereny. J.L. i Rajiv spędzili tam wiele miesięcy. Naliczyli około trzydziestu posterunków. Wszystkie są doskonale strzeżone. O ile im wiadomo, Mistrz Han teleportuje się z jednego fortu do drugiego i nigdy nie wiadomo, gdzie pojawi się następnym razem.
Dougal skrzywił się.
- Jak zabawa w trzy karty.
- Aye. Mistrz Han ma już prawie tysiąc żołnierzy, skoszarowanych w trzydziestu fortach. J.L. i Rajiv znacznie ulegają im liczebnie i za wszelką cenę starają się uniknąć konfrontacji. - Angus westchnął. - Rozmawiałem o tym z Romanem i Jeanem-Lukiem. Mamy moralny dylemat.
- Jak to?
- To nasi wrogowie, ale zarazem to śmiertelnicy. - Angus wyciągnął w stronę Dougala swoją filiżankę, żeby dolał mu bubbly blood. - Jeśli chodzi o zabijanie Malkontentów, nigdy nie mieliśmy wyrzutów sumienia. To banda drani, którzy od wieków zabijają śmiertelników i czerpią z tego przyjemność.
- Aye - mruknął Dougal. - Zresztą to nieumarli. Kiedy przebija ich ostrze, obracają się w proch. - Jak jego dłoń, kiedy obcięto mu ją w walce.
Angus skinął głową.
- Ale kiedy zabijamy podwładnych Mistrza Hana, nie rozsypują się w pył. Ich ciała zostają, a wraz z nimi nasze wyrzuty sumienia. O ile nam wiadomo, ich dusze wędrują prosto do piekła.
Dougal skrzywił się.
- Nie wiedziałem.
- Nasi chłopcy przekonali się o tym podczas pierwszej misji w Chinach. Za życia śmiertelnicy rozkoszują się dodatkowymi mocami od Darafera, ale po śmierci ich dusze na zawsze trafiają w jego władanie. - Angus przeczesał włosy dłonią. - Nie wiemy, czy śmiertelnicy godzą się na to z własnej woli, czy ulegają wampirycznej kontroli myśli. Długo rozmawialiśmy o tym z Romanem i wolelibyśmy z tymi ludźmi nie walczyć. Nie chcemy ich zabijać.
I skazywać ich dusz na wieczne potępienie. Dougal dopił bubbly blood i od razu ponownie napełnił szklankę.
- A tymczasem Mistrz Han tworzy kolejnych. I skazuje kolejne dusze.
- Wiem o tym. - Angus upił kolejny łyk. - Właśnie dlatego L.J. i Rajiv przywieźli ze sobą jednego z tych żołnierzy. Mamy tu fantastycznych naukowców - Romana, Laszlo, Abby. Liczyliśmy, że odkryją, w jaki sposób został zmieniony i że uda im się odwrócić ten proces.
- Bo wtedy można by ich ocalić, a nie zabijać - dokończył Dougal.
- Aye. - Angus dopił do dna i postawił kubek na stół. - Abby przebadała próbki krwi i tkanek naszego gościa i twierdzi, że widać zmiany genetyczne, ale to nie jej dziedzina, więc zaproponowała, żebyśmy znaleźli fachowca, który nam z tym pomoże.
Dougal skinął głową.
- I macie kogoś?
- Doktor Lee ma. - Angus miał na myśli lekarza wampira z Houston. - Od dawna szukał kogoś do pomocy, bo ma pod swoją opieką wiele wampirów, zmiennokształtnych i maluchów. I znalazł lekarkę, która ma doktorat z genetyki. To młoda śmiertelniczka. Genialna, jeśli wierzyć jego słowom. Przywiezie ją dzisiaj.
- Dzisiaj?
- Aye. - Angus wstał, przechadzał się po pokoju. - Zatrudnił ją tydzień temu, ale nie udało mu się opowiedzieć jej o wampirach i zmiennokształtnych.
Dougal dopił bubbly blood do końca. Czy mają prawo wciągać w to wszystko niewinną śmiertelniczkę?
- Nie najlepiej to przyjęła?
- Delikatnie mówiąc. Zdenerwowała się tak bardzo, że od razu chciała zrezygnować z pracy i doktor Lee musiał wymazać jej wspomnienia, żeby nie odeszła. Przecież nie chcemy jej stracić.
Dougal skrzywił się.
- I przywiezie ją tutaj? Przecież tutaj aż się roi od nadprzyrodzonych istot.
- Uznaliśmy, że tak będzie najlepiej. Jako kobieta nauki bardzo podziwia Romana i docenia fakt, że wynalazł sztuczną krew. Znała też dokonania Abigail i bardzo chciała ją poznać. - Angus wskazał monitor pokazujący salę balową. - Zresztą mamy tu przecież huczny kinderbal. Czy można się nas obawiać, skoro tak rozpuszczamy nasze pociechy?
Dougal żachnął się.
- Czyli chcemy jej wmówić, że jesteśmy niewinni jak baranki?
Angus uśmiechnął się pod nosem.
- Taki jest plan.
- A moralny dylemat? Jak można narażać zwykłą śmiertelniczkę na tak niebezpieczny świat? A jeśli nie będzie chciała mieć z nami nic wspólnego?
Angus spoważniał.
- Jest nam potrzebna. A ponieważ będziesz tu pracować, liczę, że pomożesz nam przekonać ją, żeby do nas dołączyła. - Gestem dłoni uciszył protesty Dougala. - Być może uważasz, że popełniamy błąd, wciągając ją w to wszystko, ale pomyśl, być może będzie w stanie uwolnić tych, których zniewolił Mistrz Han. Tym samym ocaliłaby tysiąc dusz z okładem.
A zatem szczęście wielu jest ważniejsze niż szczęście jednostki? Była w tym brutalna logika, a jednak takie rozumowanie nie przemawiało do Dougala. Ileż razy w przeszłości pomstował na to wszystko, co zgotował mu los, bez jego woli? To samo mogło spotkać tę kobietę.
Głęboko zaczerpnął tchu. Kości zostały rzucone, nie miał tu nic do powiedzenia, mógł jedynie chronić ją najlepiej, jak potrafił.
- Miejmy nadzieję, że dobrze to przyjmie.
- Jak mówiłem, będziemy łagodni jak baranki. - Angus podszedł do ściany monitorów. - Już są.
Dougal zerknął na ekran, na którym widać było limuzynę wjeżdżającą na parking.
- Kto jej towarzyszy?
- Abby odebrała ją dzisiaj po południu z lotniska La-Guardia i zawiozła do apartamentu Romana. Po zachodzie słońca dołączyli do nich doktor Lee i Gregori. Przecież to jego samochód, sam siedzi za kierownicą.
- Chcą jej powiedzieć prawdę? W niedalekiej przyszłości? - zapytał Dougal.
- Aye - przyznał Angus. - Abby najpierw pokaże jej laboratorium. Laszlo już wszystko zorganizował.
Dougal zerknął na monitor. Laszlo porządkował stertę papierów. Zdaje się, że nawet uczesał niesforną czuprynę i włożył nowy fartuch - ze wszystkimi guzikami.
Dogual wrócił wzrokiem do słabo oświetlonego parkingu. Limuzyna zatrzymała się przy głównym wejściu. Poczuł nagle, jak jego mięśnie napinają się. Coś było nie tak. Nagle wydawało się, że nie ma czym oddychać. Sięgnął po butelkę bubbly blood i opróżnił ją jednym haustem. Nie pomogło.
Gregori i doktor Lee wysiedli i otworzyli tylne drzwiczki, przytrzymując je dwóm kobietom. Jedna niska, z kręconymi, rudymi włosami: Abigail Tucker Holstein, znana w świecie nauki, córka prezydenta Stanów Zjednoczonych i żona Gregoriego. A druga... Dougal patrzył na młodą, szczupłą kobietę, stojącą tyłem do kamery, tak, że widział jedynie długie ciemne włosy spływające na ramiona.
Zacisnął protezę na butelce bubbly blood.
Gregori wystukał kod i otworzył drzwi. Weszli do środka.
- Doktor Lee popełnił błąd, mówiąc jej prawdę prosto z mostu - wyjaśnił Angus, wpatrzony w monitor. - Abby uważa, że najpierw należałoby obudzić w niej ciekawość naukowca, dzięki temu łatwiej będzie ją przekonać.
Zatrzymali się w zalanym światłem holu. Dougal świetnie widział ją od tyłu. Wdzięczny zarys pleców, silna linia ramion, ciekawie przechylona głowa - to wszystko wyglądało tak... znajomo. Boleśnie znajomo.
Poczuł swędzenie na ramieniu, gdy tatuaż stawał się coraz cieplejszy.
Odwróć się do kamery, błagam.
Jej głowa drgnęła, jakby go usłyszała. Odwróć się do mnie. Ciepło narastało, najpierw na skraju tatuażu, w okolicach smoczego ogona, i wędrowało coraz wyżej, przez całe ciało smoka, przesuwało się wzdłuż jego barku, na klatkę piersiową, by w końcu eksplodować ognistym oddechem, wyrytym czerwonym atramentem na jego sercu.
Zacisnął zęby, zaskoczony przypływem bólu. Dlaczego tatuaż daje o sobie znać akurat teraz, choć milczał od 1746 roku? Wiele wysiłku kosztowało go, by zapytać szeptem:
- Jak ona się nazywa?
- Leah. Doktor Leah Chin - odparł Angus.
Li Lei. Krew dudniła mu w uszach, pulsowała bolesnym rytmem smutnych wspomnień, które dręczyły go od tak dawna. "Odnajdę cię. Bez względu na wszystko, choćby trwało to nawet tysiąc lat. Odnajdę cię".
Minęły prawie trzy stulecia, ale odnalazł ją. Odwrócisz się, Li Lei, odwróć się do mnie.
Odwróciła się, rozejrzała dokoła i spojrzała prosto w obiektyw kamery.
To nie ona.
Serce ścisnęło mu się boleśnie. Oczywiście, że to nie ona, jak mogłoby być inaczej? Przecież własnymi rękami pochował ją na zboczu porośniętego trawą pagórka nad rzeką Jangcy, tą samą, która zabrała jej życie. Stracił ją na zawsze. Zacisnął pięść i butelka bubbly blood pękła mu w dłoni.
Koniec wersji demonstracyjnej.