Wampir - Władysław Reymont

Kup ebooka

4.49 zł
3.68 zł (2,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I

Wszystkie światła pogasły; tylko między oknami w zielonawej, kryształowej kuli mżył się rozpierzchły, ledwie dojrzany płomyk, jakgdyby świętojański robaczek, trzepoczący się w ciemnościach. Cisza zapadła nagle, cisza, pełna dręczącego oczekiwania. Siedzieli z przyczajoną uwagą, skupieni, aż do martwoty, a pełni szarpiącego niepokoju i ledwie powstrzymywanych dygotów trwogi. Czas płynął wolno w przerażającem milczeniu, w dławiącej okropnej ciszy trwożnych przeczuwań, że jeno niekiedy jakieś stłumione westchnienie wionęło w ciemnościach, podłoga zatrzeszczała, aż drgnęli gwałtownie, to nierozpoznany szelest, jakby lot ptaka, okrążał ich głowy, łopotał po pokoju, wiał chłodem na rozgorączkowane twarze i marł w mrokach rozłkanym szelestem... ...I znowu przepływały chwile długie, jak wieki, chwile milczenia dręczącego i oczekiwań. Naraz stół drgnął, zakołysał się gwałtownie, uniósł w powietrze i opadł bez szelestu na podłogę... Lodowaty dreszcz wstrząsnął sercami... ktoś krzyknął... ktoś załkał nerwowo... ktoś zerwał się jakby do ucieczki... palące tchnienie trwogi przewiało w ciemnościach i zakłębiło się w duszach bolesnem, męczącem drżeniem, ale wnet przygasło wszystko, zdławione przez straszne pragnienie zjaw... O cud błagały trwogi wszystkie i dusze, rozpięte w bolesnej tęsknocie. Cisza stała się jeszcze głębszą, powstrzymywano oddechy, tłumiono strachliwe bicie serc, wytężano całą siłę woli, aby nie zadrgnąć, nie szepnąć, nie poruszyć się, nie patrzeć nawet i martwieć w takiej cichości, że ruch jakiegoś zegarka przewiercał serca bezustannym, bolesnym dygotem i bił w skroniach ciężkiemi młotami. Szum głuchy, bełkotliwy a rozwiany i daleki, jakby morza odpływającego, wrzał monotonnie za oknami, deszcz zacinał bezustannie, brzęczał cicho i po zapoconych, szarzejących szybach spływał nieskończonemi sznurami paciorków i szemrał sennie, szemrał lękliwie; to wiatr obijał się o szyby i ze zduszonym, żałosnym krzykiem obsuwał się martwo po ścianach, a potem jakieś drzewa, podobne do strzępiastych chmur, drzewa ślepe i nieme, nachylały się cicho do okien, chwiały się cieniem ledwie uchwytnym, jak sen nieprzypomniany, i jak sen, przepadły w mrokach. A pokój wciąż był głuchy, niemy i przepastny, jak otchłań, tylko ten zielonawy płomyk, niby gwiazda, odbita w czarnej topieli, drgał ustawicznie, rozpryskując się świetlistą larwą, jakby z pod wody skłębionej, albo jakieś spojrzenie zamigotało rozwianym płomieniem i wnet marło w ciemnościach mętnych, pełnych a nieuchwytnych, zaledwie wyczutych falowań, niedojrzałych ruchów, drgań niepokojących, szeptów zmartwiałych, konających połysków i przyczajonej, dygocącej trwogi... Stół znowu wyrwał się z pod rąk, roztrącił siedzących, uniósł się gwałtownie i z hukiem padł na swoje miejsce... łańcuch rąk się przerwał, zerwało się kilka okrzyków, ktoś skoczył wbok do światła... - Cicho... na miejsca... cicho! - zabrzmiał rozkazujący głos. Ręce splotły się znowu w łańcuch nieprzerwany, przymilkli znagła, ale już nikt nie potrafił pokonać nerwowego drżenia, dłonie się trzęsły, serca dygotały i duszę przelatywał wicher świętej trwogi, pochylano się nad stołem, jak nad niepojętą, tajemniczą istotą, której ruch każdy był cudem widomym, cudem żywym. Joe, przewodniczący, zaczął szeptać modlitwę, a za nim roztrzęsionemi wargami powtarzano coraz prędzej, coraz mocniej, iż ciemność rozbrzmiewała szmerem lotnym, namiętnym, wyrwanym z pod serc, z głębi dusz olśnionych... Słowa padały rozwiane, płonące wiarą, wiotkie, jak tchnienie, a potężne żądzą objawień, pragnieniem cudów... Naraz z drugiego pokoju, czy z głębi jakiejś, rozbrzmiał przytłumiony głos fisharmonji. Jęk zamarł w gardłach ściśniętych, dusze padły w senny lęk, jakby przed skonem, nikt bowiem nie czekał tej muzyki, nie wiedział, skąd płyną te tony, nie rozumiał, zali to dźwięki żywe, czy oman słodki?... Opadli piersiami na stół, bo nikt już sił nie miał, trzymali się kurczowo za ręce, bojąc się puścić, bojąc się przepaść w samotności... cisnęli się do siebie ramionami i, stłoczeni, drżący, przejęci świętym dreszczem zachwytu, zanurzali się w te dziwne dźwięki przewiewające, niby wiatr pieściwy, po strunach harfy niewidzialnej. I tak zapomnieli o wszystkiem, że nikt już nie wiedział, rzeczywistość to - li sen czarowny? A muzyka rozchylała się w ciemnościach kadzielnem tchnieniem modlitwy żarliwej, rosą srebrzystych dźwięków, wiewem melodji tak słodkiej, że dusze chwiały się w rozmarzeniu upajającem, jak kwiaty w noc miesięczną. - I śpiewem się podniosła uroczystym, potężnym, rozległym, jakby świat cały śpiewał. - I krzykiem duszy zagubionej we wszechświecie, łkała żałośnie... - I wyżej wznosiła się jeszcze, aż w hymny łzawych zachwyceń i w dal takich roztęsknień, że była już jakby emanacją nowych bytów, rodzących się z tajemnicy i marzenia. Jeszcze nie ochłonęli z wrażenia, jeszcze dusze, niby krze płomieniste, chwiały się sennie w rytm konających dźwięków, gdy drzwi od przedpokoju otwarły się narozcież, struga światła runęła słupem na podłogę i w progu ukazała się wysoka, jasna postać... Porwali się z miejsc, ale nim ktokolwiek zdołał krzyknąć, postać owa poruszyła się i szła wolno świetlistym pasem; szła sztywno i ciężko z wyciągniętemi rękami, przystając co mgnienie i kołysząc się całą postacią... Drzwi się zamknęły bez szmeru, i noc znowu ogarnęła wszystko. - Kto jesteś? - zatrzepotało zdławione pytanie. - Daisy... - wionął szept zgoła niematerjalny. - Długo będziesz z nami? - Nie... nie... - Gdzie twoje ciało? - Tam... w pokoju... śpię... wołałeś... przyszłam... Guru... Szept się plątał i tak ścichł, że tylko bezdźwięczne, porwane drgania szemrały w ciemnościach... Mr. Joe nacisnął guzik, i elektryczne światło zalało pokój. - Daisy! - krzyknął jakiś człowiek, rzucając się ku niej, ale stanął naraz, jak gromem rażony, bo zwróciła ślepą twarz ku niemu, usiłując coś mówić, poruszając wargami... - Nie, nie Daisy... ta sama i obca, inna zarazem... Pochylił się ze zdumienia i przyczajonym, trwożnym wzrokiem obiegał twarz jej i postać całą... ta sama twarz, a rysy inne, obce... obce... - Daisy!... Nie... nie... krzyczało w nim zdumienie, i przypomnienia wiły mu się błyskawicami szaleństwa, strachu, lęku straszliwego. Nic nie rozumiał, nie mógł pojąć tej zmiany dziwnej, zdało mu się, że śni ciężko, że jakieś zwierciadlane odbicie Daisy stanęło przed nim i rozwieje się zaraz, natychmiast, sczeznie jak widmo... Zamknął oczy i otworzył je natychmiast, ale Daisy stała na dawnem miejscu, była, widział ją w najdrobniejszych szczegółach, że cofnął się naraz, bo spojrzała na niego posępnym, otchłannym, obcym wzrokiem, a tak strasznym, iż padł na samo dno trwogi... Wszyscy stali również w lodowatem odrętwieniu. Mr. Joe zaś lękliwie podszedł do niej i dotknął palcami jej powiek, zatrzepotały i opadły mocno, a potem, stopniowo, dotykał jej skroni, rąk, piersi, ramion, przeciągał kilka pasów nad głową, cofnął się i rozkazująco powiedział: - Pójdź! Nie poruszyła się z miejsca. - Pójdź! - zawołał silniej, cofając się zwolna i nie spuszczając z niej wzroku - drgnęła nagle i, jakby z trudem odrywając się od posadzki, zaczęła się posuwać za nim sztywnym, automatycznym ruchem, w głąb sąsiedniego pokoju, jasno oświetlonego... Nikt się przez ten czas nie poruszył, nie westchnął głośniej, nie zadrgnął; wszystkie oczy szły za nią. Mr. Joe wziął ją za rękę i podprowadził do wielkiej sofy, ustawionej na środku pokoju; upadła na nią bezwładnie. - Możesz mówić? - pytał, pochylając się nad nią. - Mogę... - Czy jesteś sama Daisy?... - Nie pytaj... - Czy nikt z nas nie przeszkadza? - Nie... nie... cóż może przeszkodzić woli "A" - mówiła. Głos miała nie swój, zupełnie obcy, a chwilami jakby płynący z fonografu, trupi jakiś; wydobywał się martwym szmerem wprost z gardła, bo nie poruszała ustami, ni żadnym muskułem twarzy. - Więc wszystkim wolno pozostać w pokoju? - pytał znowu Mr. Joe. Nie odpowiedziała, tylko poruszyła się niecierpliwie, podnosząc ciężkie powieki, że wywrócone oczy błysnęły białkami, jakiś uśmiech przewiał po bladej jak kreda twarzy, wyciągnęła rękę w próżnię, jakby witając kogoś niewidzialnego i zaczęła coś półgłosem szeptać. Mr. Joe słuchał uważnie, ale napróżno usiłował zrozumieć cokolwiek, mówiła w zupełnie nieznanym języku. - Co mówisz? spytał po chwili, kładąc dłoń na jej czole. - Sarwatassida! - Mahatma? - Ten, który jest, który wypełnia wszystko, który jest "A", mój duch... - Czy zechce mówić przez ciebie? - Nie męcz mnie... - Czy stanie się co dzisiaj? Bracia są zebrani, czekają w trwodze, czekają w błaganiu o znak jaki, o cud... - Nikt z wcielonych nie jest godzien cudów! nikt! - zabrzmiał mocny, potężny, męski głos, a tak silny, jak przez śpiżową tubę płynący. Joe cofnął się przerażony, wodząc oczami dokoła, ale w pokoju nie było nikogo; Daisy leżała bez ruchu, światła płonęły jasno, i cała grupa zebranych stała w drugim pokoju, nawprost niego. - Niechaj on gra! on! - szepnęła, unosząc się i wskazując ręką na Zenona, i zaraz padła wtył, wyprężona, sztywna, i tak już pozostała. Próżno Joe usiłował zmusić ją do rozmowy, leżała martwa, jak trup; ręce miała zimne i twarz pokrytą lodowatą rosą. - Zupełna katalepsja! Nic nie rozumiem - szepnął bojaźliwie. - Cóż poczniemy? - zapytał ktoś. - Módlmy się i czekajmy. - Czy to naprawdę Daisy? - pytał Zenon. - Daisy... nie wiem, może być... ale nie wiem. Drzwi od okrągłego pokoju, gdzie leżała, zatrzasnęły się z hałasem. - Siadać, cicho... rozpoczynamy!... Zenon siadł przed fisharmonją, stojącą w głębokiej niszy na prawo, wprost okien, i zaczął cicho grać. Światła wtedy raptem pogasły, przez chwilę jeszcze żarzyły się w żyrandolu rozpalone węgle, potem, gdy sczerniały, tylko kryształowa kula błyskała zielonawem, rozdrganem światełkiem. Usiedli pod ścianą, jeden przy drugim, nie tworząc już łańcucha. Zenon grał jakiś hymn wzniosły, stłumione dźwięki brzmiały słodkim chorałem, dalekim, jakby z głębi niebotycznych naw płynącym, i rozsypywały się w nieprzeniknionych ciemnościach. Joe zaś ukląkł i zaczął się modlić półgłosem, przez chwilę słychać było odsuwanie krzeseł i trzeszczenie podłogi, snać przyklękli wszyscy, bo szept modlitewnych głosów zaszemrał rozpaloną, wrzącą ulewą i wtórował przejmującym falom muzyki... Zenon grał coraz ciszej, dźwięki zamierały zwolna, głuchły i niby zakrzepłe perły opadały ciężko, że już tylko jakieś błędne akordy, jak pogubione westchnienia, błąkały się w ciszy, powracały jednak i łkały upornie, przejmująco. Po długiej chwili martwego milczenia, zerwały się znowu, niby krzyk na pustkowiu, krzyk nagły, przeszywający, okropny!... I znowu opadała grobowa cisza, z której kiedy niekiedy wyrywały się błędne, rozełkane, samotne akordy... Modlitwa umilkła, ale ten głos monotonny zrywał się co chwila, przycichał... konał... i znowu powracał... znowu jęczał... znowu błąkał się, dreszcz zatrząsł wszystkimi, bo był jak rozpacz, jak krzyk padających w przepaść... Joe nie mógł już wytrzymać i rozniecił światło. Zenon siedział martwo, oczy miał przymknięte, głowę pochyloną na poręcz krzesła, prawa ręka leżała bez ruchu na kolanie, a lewą poruszał machinalnie, uderzając raz po raz w klawisze... - Wpadł w trans! - szepnął, przygaszając znowu światła. W pokoju zrobiło się wprost strasznie, siedzieli w grobowem milczeniu, skurczeni w bolesnem nabrzmieniu trwogi i oczekiwania, błądząc oczami w ciemnościach i czepiając się tego jedynego światełka, jak zbawienia. Chłód dziwny zawiewał od ścian, że, mimo rozgorączkowania, trzęśli się z zimna. Cisza była już nie do wytrzymania, a ten powracający wciąż, monotonny akord przejmował coraz sroższą męką... Naraz w ciemnościach zaczęło się coś stawać. Najpierw szyfrowe tabliczki, leżące na stole, jęły się podnosić i opadać, jakby podrzucane, wreszcie trzasnęły w sufit i rozbitemi kawałkami posypały się na podłogę... A po chwili zaczęły się rozsypywać w ciemnościach świetliste, niezliczone drgania, ale tak nikłe, tak drobinowe, że wydawały się próchnicową fosforescencją, opadały połyskującą rosą, osypywały się po ścianach, gęstniały zwolna i świeciły coraz mocniej, zalewając pokój błyszczącym, rozdrganym tumanem, jakby śniegiem błękitnawym, opadającym bez szelestu sypką i pierzastą falą. - Om! - zadźwięczał w ciszy jasny, kryształowy głos. I pochylili głowy, i chórem z trwożną pokorą i wzruszeniem, stłumionemi głosami zajęczeli błagalnie: - Om! Om! Om! Świetlista ulewa jeszcze się wzmogła, już teraz pokój był podobny do ciemno-błękitnej otchłani, przez którą przepływał potok gwiezdnych pyłów, tak jaśniejący, iż ściany, drzwi, obrazy, sprzęty i sine, wylękłe twarze widać było dokładnie poprzez to rozdrgane, opadające bezustannie przędziwo błysków. Mgławy zarys postaci, świetlany majak, widmo, utkane ze światła, ukazało się naraz w drzwiach pokoju uśpionej. - Om! Om! - szeptali coraz ciszej, cofając się pod ścianę i, przyparci do niej, zmartwieli w świętej zgrozie zdumienia. Zjawa jakby kwiatem z rozchwianych płomieni uniosła się wgórę, była jakby wytryskiem rozproszonego światła, z którego co chwila urabiał się zarys ludzkiej postaci i rozpryskiwał wybuchem krótkich, rozpylonych błysków.

RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.