Rozdział 1
Rozdział 1
Czwartek, 11 września
Rachel się uparła, że nie zamieszka w domu, w którym stoi coś takiego - rzekła Marguerite.
W odpowiedzi Lucern burknął tylko coś niezrozumiale i postawił na
piwnicznej podłodze trumnę, którą zniósł tu razem z Bastienem, swoim
młodszym bratem. Wiedział o awersji swej przyszłej szwagierki - Etienne
wyjaśnił mu wszystko w najdrobniejszych szczegółach - i zgodził się
przechować u siebie ulubioną trumnę brata. Pragnąc uszczęśliwić
narzeczoną, Etienne usunął makabryczny gadżet ze swojej pracowni, lecz
przez sentyment nie był w stanie wywieźć go na wysypisko. Zaklinał się,
że najlepsze pomysły przychodziły mu do głowy właśnie wtedy, gdy
odpoczywał w jej mrocznym zaciszu. Etienne bywał ekscentryczny. Czy ktoś
inny stawiłby się z trumną na próbie generalnej własnego ślubu? Duchowny
z przerażoną miną obserwował, jak trzej mężczyźni targają ją wspólnymi
siłami z furgonetki Etienne'a do bagażnika vana starszego brata.
- Dziękuję za pomoc - powiedział Etienne i wyprostował plecy.
Bastien wzruszył ramionami.
- I tak nie zmieściłaby się w twoim bmw. A poza tym - ciągnął, gdy
weszli na schody - wolę ją wozić niż przechowywać.
Lucern uśmiechnął się pod nosem. Już dawno zrezygnował z gosposi na
stałe, a odwiedzająca go raz w tygodniu ekipa sprzątająca zajmowała się
jedynie parterem. Nie ma możliwości, że ktoś przypadkowo nadzieje się na
makabryczny mebel.
- Jak idą przygotowania do ślubu? - zapytał, wchodząc za matką i Bastienem do kuchni. Zgasił światło w piwnicy i zamknął za sobą drzwi.
Nie było potrzeby włączać oświetlenia kuchni; mały wyświetlacz na
piekarniku w zupełności im wystarczał.
- Nareszcie koniec - rzekła z ulgą Marguerite. - Mimo iż uroczystość
zapowiedziano z niewielkim wyprzedzeniem i pani Garrett wyraziła obawę,
że jej rodzina może mieć trudności ze stawieniem się w komplecie,
szczęśliwie wszystkim uda się dotrzeć.
- Czy ona ma dużą rodzinę? - Lucern miał cichą nadzieję, że na ślubie
Etienne'a będzie mniej Garrettów niż Hewittów na ślubie Lissianny.
Przyjęcie weselne jego siostry i Gregory'ego Hewitta stanowiło dla niego
koszmarne przeżycie. Greg miał dużą rodzinę, w dodatku zdominowaną przez
kobiety. Większość z nich była samotna i przez cały wieczór te
nieszczęsne harpie pożerały wzrokiem wszystkich trzech braci: Lucerna,
Bastiena i Etienne'a. Luc czuł się jak danie główne. I żywił głęboką
awersję wobec napastliwych kobiet. W czasach, w których przyszedł na
świat i dorastał, agresja stanowiła domenę wyłącznie mężczyzn,
przedstawicielki płci pięknej uśmiechały się zaś potulnie i znały swoje
miejsce. Lucern przesiąkł duchem tamtej epoki i wcale nie uśmiechał mu
się udział w kolejnej towarzyskiej katastrofie. Wystarczy chyba, że całe
wesele Lissianny upłynęło mu na opędzaniu się od natrętnych kobiet?
Na szczęście Marguerite rozwiała część obaw.
- Z tego, co wiem, raczej niewielką. W dodatku na liście gości
przeważają mężczyźni.
- Chwała Bogu! - odetchnął Bastien i posłał bratu porozumiewawcze
spojrzenie.
Lucern pokiwał głową.
- Etienne bardzo się denerwuje?
- Co ciekawe, ani trochę - rzekł Bastien z przekąsem.
- Wręcz przeciwnie. Wygląda, jakby się świetnie bawił, i twierdzi, że
już nie może się doczekać! Najwyraźniej jest z Rachel bardzo szczęśliwy
- dokończył z zamyśloną miną. Również Lucern żywił wobec ślubów mieszane
uczucia.
Rezygnacja z wolności, nawet dla żony, była dla niego trudna do
wyobrażenia. Stanął w progu kuchni i dopiero wtedy zauważył Marguerite,
przeglądającą stertę korespondencji na stoliku w przedpokoju.
- Luc, zalegają tu listy sprzed kilku tygodni! Czy ty już w ogóle nie
sprawdzasz poczty?
- Jeszcze cię to dziwi, mamo? Na telefony też nie odpowiada. Całe
szczęście, że chce mu się jeszcze otwierać drzwi!
Choć Bastien rzucił te uwagi żartobliwym tonem, Lucern dostrzegł
znaczącą wymianę spojrzeń między bratem a matką. Martwili się o niego.
Od zawsze był typem samotnika, lecz ostatnimi czasy coraz bardziej
alienował się od świata. Rodzina z niepokojem wyczuwała, że życie powoli
zaczyna go nużyć.
- Co jest w tym pudle?
- Nie mam pojęcia - przyznał Lucern. Marguerite lekkim ruchem podniosła
paczkę ze stolika i potrząsnęła nią ostrożnie.
- To może warto zajrzeć? - zapytała zniecierpliwiona. Lucern wywrócił
oczami. Mimo że miał na karku już kilkaset lat, matka zawsze wtykała nos
w jego sprawy i próbowała rządzić. Już dawno przestał się z nią o to
kłócić.
Wszelkie próby perswazji okazywały się bezcelowe.
- W końcu to zrobię - odmruknął. - Większość przesyłek to przecież
głupoty albo zwykłe zawracanie głowy.
- A to nie jest przypadkiem list od twojego wydawcy? Może być w nim coś
ważnego. W przeciwnym razie nie wysyłano by go kurierem.
Podczas gdy zaciekawiona Marguerite obracała w dłoni kopertę opatrzoną
naklejką FedExu, Lucernowi wydłużyła się mina.
- To nic ważnego. Redakcja zadręcza mnie pytaniami o spotkania autorskie
i chce mi zorganizować tournée z podpisywaniem książek.
- Edwin chce, żebyś podpisywał dla nich książki? - zdumiała się
Marguerite. - Myślałam, że dawno już pojął, że nie chcesz uczestniczyć w żadnej formie promocji.
- To nie Edwin. - Lucerna wcale nie zdziwiło, że matka pamięta imię jego
ostatniego redaktora. Tak, Marguerite miała doskonałą pamięć, a Lucern
współpracował z Roundhouse Publishings od dziesięciu lat i opowiadał jej
o tym wielokrotnie. Karierę pisarską rozpoczął od esejów historycznych,
czytanych głównie przez studentów, którzy doceniali niezwykły autentyzm
jego tekstów i żywy język; zupełnie, jakby autor żył w opisywanych
epokach. W przypadku Lucerna rzeczywiście tak było, choć wiedza o tym
była udziałem zaledwie garstki osób.
Trzy ostatnie powieści, w odróżnieniu od poprzednich, były sagą
rodzinną. Pierwsza opowiadała o historii miłości jego rodziców, druga o namiętnym romansie Lissianny z Gregorym, jej niedoszłym terapeutą i obecnym mężem, najnowsza zaś, wydana zaledwie kilka tygodni temu,
dotyczyła perypetii Rachel Garrett i Etienne'a. Lucern wcale nie
zamierzał wcielać się w kronikarza, ale te powieści napisały mu się
same, niemal przypadkiem. Skoro zaś powstały, postanowił je przedstawić
do druku. Niech przyszłe pokolenia mają co wspominać! Za pozwoleniem
rodziny przekazał Edwinowi maszynopisy, redaktor zaś uznał je za
rewelacyjną beletrystykę i wypuścił na rynek. W ten sposób powstała
seria "paranormalnych powieści romantycznych", które nieoczekiwanie
przyniosły Lucernowi popularność. Autor czuł się skrępowany zaistniałą
sytuacją, więc z całych sił starał się ją ignorować.
- Edwin nie jest już moim redaktorem - wyjaśnił. - Zmarł w zeszłym roku
na atak serca. Stanowisko przejęła jego asystentka i od tamtej pory cały
czas zawraca mi głowę. - Skrzywił się. - Chyba chce się mną posłużyć,
żeby wykazać się w wydawnictwie. Uparła się, że nakłoni mnie do spotkań
z czytelnikami i promocji książek.
Bastien już otwierał usta, żeby wygłosić stosowny komentarz, lecz w tej
samej chwili rozległ się warkot silnika i na podjazd wtoczył się
samochód. Lucern uchylił drzwi i bracia ze zdziwieniem przyglądali się
parkującej przed domem taksówce.
- Ktoś pomylił adresy? - zapytał ostrożnie Bastien.
Wiedział, że Lucern rzadko miewa gości.
- Najwyraźniej - odparł gospodarz.
Kierowca wysiadł z wozu i otworzył tylne drzwi, w których pojawiła się
młoda kobieta. Lucern zmrużył oczy.
- Kto to? - zapytał Bastien, wyglądający na zaskoczonego zajściem
bardziej niż brat.
- Nie mam pojęcia.
Taksówkarz wyjął z bagażnika niewielką walizkę oraz torbę podróżną.
- To pewnie ta twoja pani redaktor - podsunęła Marguerite.
Lucern i Bastien popatrzyli po sobie jak na komendę. Matka stała w korytarzu z otwartą kopertą z firmy kurierskiej.
- Moja redaktorka? O czym ty mówisz? - Lucern podszedł do Marguerite i wyrwał jej list.
Matka zbyła milczeniem niegrzeczne zachowanie syna. Stanęła obok
Bastiena i z zaciekawieniem zerknęła na podjazd.
- Skoro korespondencja między wami przepływa powoli, a zainteresowanie
twoimi książkami rośnie, pani Kate C. Leever postanowiła porozmawiać z tobą osobiście - oznajmiła z rozbawieniem. - Wiedziałbyś o wszystkim,
gdybyś tylko otwierał własne listy.
Lucern zmiął kopertę. Jej zawartość w skrócie podsumowała Marguerite,
pomijając informację, że samolot
Kate C. Leever z Nowego Jorku ląduje o dwudziestej. Była dwudziesta
trzydzieści. Najwyraźniej lot przebiegł bez opóźnień.
- Całkiem ładna, prawda? Niewinne pytanie Marguerite, okraszone
delikatną sugestią intonacji, wystarczyło, by wzbudzić niepokój Lucerna.
Jego matka, najwyraźniej rozochocona poprzednimi sukcesami, przymierzała
się do swatania. Tak, jak od początku maczała palce w znajomości Rachel
i Etienne'a. I do czego to doprowadziło? Proszę, oto Etienne zagrzebany
po uszy w wirze weselnych przygotowań!
- Bastien, mama za chwilę zacznie się bawić w swatkę. Zawieź ją, proszę,
do domu. Natychmiast! - zakomenderował Lucern. Gdy brat wybuchnął
śmiechem, dodał: - Nie masz się z czego cieszyć. Jak już skończy ze mną,
zabierze się za szukanie żony dla ciebie.
Bastien od razu spoważniał i wziął Marguerite pod ramię.
- Mamo, zbieramy się. To nie nasza sprawa.
- Oczywiście, że to moja sprawa - żachnęła się Marguerite i oswobodziła
rękę. - Szczęśliwa przyszłość moich dzieci to mój żywotny interes.
Bastien podjął nieśmiałą próbę buntu.
- Nie rozumiem, dlaczego naszło cię na to akurat teraz? Obaj mamy dobrze
ponad czterysta lat. Skąd, po takim czasie, przyszedł ci do głowy ten
pomysł?
Marguerite przez chwilę rozważała odpowiedź.
- Dużo myślałam, odkąd zmarł wasz ojciec...
- Rany boskie! - przerwał jej Lucern i z ponurą miną pokręcił głową.
- Co ja takiego powiedziałam?
- Od tego zaczęła się praca Lissianny w schronisku i jej znajomość z Gregiem. Ojciec zmarł i zaczęła myśleć.
Bastien zrobił poważną minę i pokiwał głową.
- Kobiety nie powinny myśleć.
- Bastien! - oburzyła się Marguerite.
- Mamo, spokojnie, wiesz przecież, że się droczę - powiedział
pojednawczo Bastien i wziął ją pod ramię. Tym razem nie protestowała i pozwoliła wyprowadzić się z domu.
- Ja za to mówiłem serio! - krzyknął za nimi Lucern. Odprowadził oboje
wzrokiem do samochodu; na całym odcinku ścieżki matka robiła Bastienowi
wymówki. Uśmiechnął się pod nosem na widok uciemiężonej miny brata.
Dobrze wiedział, że Marguerite nie da mu spokoju przez całą drogę do
domu i prawie zrobiło mu się go szkoda. Prawie.
Mina mu zrzedła, gdy przeniósł wzrok na blondynkę, domniemaną
redaktorkę. Marguerite przerwała połajanki i przywitała się z nią
serdecznie. Lucern nadstawiał ucha, jak mógł, lecz szybko uznał, że
treść tej rozmowy i tak go nie interesuje.
Blondynka z uśmiechem skinęła głową matce na pożegnanie, po czym wzięła
bagaż i ruszyła w górę alejki. Lucern zamarł w drzwiach. Dobry Boże, ona
chyba nie zamierza wprosić się na noc? W liście nie wspomniała, gdzie
zamierza się zatrzymać. Pewnie znalazła jakiś hotel, bo przecież nie
mogła zakładać, że on ją przenocuje. Przyjechała prosto z lotniska i jeszcze nie zdążyła zostawić bagażu, uspokoił się w duchu i przyjrzał
się bliżej nieoczekiwanemu gościowi. Kate C. Leever dorównywała wzrostem
Marguerite.
Na oko jakieś sto sześćdziesiąt centymetrów. Była szczupła, zgrabna i miała długie blond włosy. Z tej odległości wydawała się całkiem ładna.
Jasnoniebieska garsonka sprawiała, że pani Leever przypominała szklankę
schłodzonej wody. W sam raz na wyjątkowo ciepły, wrześniowy wieczór...
Miła wizja prysła, gdy redaktorka wniosła bagaż po schodkach i zatrzymała się przed Lucernem z szerokim, szczerym uśmiechem. W jej
oczach błyskały wesołe iskierki. - Dobry wieczór. Nazywam się Kate
Leever. Mam nadzieję, że otrzymał pan mój list. Przesłanie czegokolwiek
pocztą trwa całe wieki, a pan wciąż zapominał przekazać mi numer
telefonu, więc uznałam, że odwiedzę pana osobiście i wspólnie omówimy
otwierające się przed nami możliwości promocji pańskich książek. Wiem,
że nie jest pan do końca przekonany, ale jestem pewna, że gdy
przedstawię panu wszystkie możliwe korzyści, przemyśli pan rzecz na
nowo. Przez chwilę Lucern wpatrywał się w jej szeroki uśmiech jak
urzeczony, lecz szybko ocknął się z zamyślenia. Ma coś przemyśleć?
Przyleciała go przekonywać? Prosta sprawa.
Już wszystko przemyślał. To była krótka piłka.
- Nie - powiedział i zamknął drzwi.
Kate wpatrywała się z niedowierzaniem w solidne, drewniane skrzydło, za
którym zniknął Lucern Argeneau. Siłą woli powstrzymała się od
krzyknięcia ze złości. Co za kawał niewychowanego, upartego, chamskiego...
Zapukała do drzwi. Niekulturalnego...
Lucern otworzył niemal od razu. Z godnym pochwały refleksem Kate
przywołała na twarz uśmiech równie szeroki, co fałszywy, lecz niewiele
brakowało, by na widok pisarza zrzedła jej mina. Dopiero teraz zdążyła
mu się przyjrzeć bliżej; wcześniej była zbyt zaabsorbowana wygłaszaniem
przemówienia, które obmyśliła i przećwiczyła podczas lotu. Teraz jej
misterny plan legł w gruzach, ona sama zaś, nie wiedząc, co ma dalej
począć, po raz pierwszy naprawdę spojrzała na Lucerna Argeneau. Okazał
się znacznie młodszy, niż się spodziewała. Z tego, co wiedziała, pisał
dla Edwina już od dobrych dziesięciu lat, a wyglądał na najwyżej
trzydzieści trzy. Zatem został profesjonalistą niewiele po dwudziestce!
I okazał się niezwykle przystojny. Włosy miał czarne jak nocne niebo,
twarz szlachetną, o zdecydowanych rysach, w świetle lampy nad progiem
jego oczy lśniły zaś srebrnoniebieskim blaskiem. Był wysoki i zdumiewająco dobrze zbudowany jak na mężczyznę, który prawdopodobnie
prowadzi siedzący tryb życia. Jego szerokie ramiona bardziej
przywoływały na myśl sylwetkę sportowca, a nie intelektualisty. Kate
była pod wrażeniem. Nawet skrzywiona mina nie ujmowała mu uroku.
Na twarzy Kate, zupełnie naturalnie i bez wysiłku, tym razem zagościł
szczery uśmiech.
- To znowu ja. W podróży nie zdążyłam zjeść, więc pomyślałam, że może
dałby się pan zaprosić na kolację na koszt wydawnictwa. I wtedy
porozmawialibyśmy o...
- Nie. Proszę zniknąć z moich schodów. Razem z bagażami. - Lucern
Argeneau ponownie zatrzasnął jej drzwi przed nosem.
- No proszę, powiedział coś więcej niż "nie" - mruknęła do siebie Kate.
- Potrafi wydusić z siebie całe zdanie.
Z natury optymistka, postanowiła uznać to za postęp, przywołała więc na
twarz nieco przywiędły, lecz niezawodny uśmiech i zapukała ponownie. Gdy
Lucern po raz trzeci pojawił się w drzwiach, wyglądał już na poważnie
zezłoszczonego. Tym razem nawet nie otworzył ust, tylko pytająco uniósł
brew.
Wypowiedzenie całego zdania Kate wzięła za dobry znak, ale cisza
oznaczała coś wręcz przeciwnego. Redaktorka czym prędzej odgoniła od
siebie tę myśl i z pogodnym uśmiechem podjęła:
- Jeśli nie lubi pan chodzić do restauracji, mogę zamówić coś na wynos...
- Nie.
Lucern już się przymierzał do trzaśnięcia drzwiami, lecz pięć lat życia
w Nowym Jorku nauczyło Kate kilku podstawowych trików negocjacyjnych.
Szybko wsunęła stopę między skrzydło a framugę i w porę opanowała grymas
bólu.
Drzwi odbiły się od jej stopy.
- Jeśli nie ma pan ochoty na jedzenie z restauracji, mogę wyskoczyć po
zakupy i ugotować panu coś, co pan lubi - zaproponowała, zanim zdążył
skomentować jej manewr.
- A później, przy miłym posiłku, postaram się rozwiać wszelkie pańskie
obawy związane z tournée.
Lucernowi nie spodobało się założenie, które usłyszał w ostatnim zdaniu.
- Niczego się nie obawiam - rzekł krótko.
- Rozumiem - odparła Kate z powątpiewaniem w głosie. W razie potrzeby
była gotowa posunąć się do manipulacji, czekała więc cierpliwie ze stopą
uwięzioną między drzwiami a framugą i miała nadzieję, że nie sprawia
wrażenia desperatki. Czuła, że powoli przestaje panować nad mimiką i wkrótce maskę spokoju diabli wezmą.
Lucern wydął usta i zastanowił się przez chwilę. Sądząc po minie,
właśnie przelicza mój wzrost na rozmiar trumny, w której zakopie mnie w ogródku, kiedy wreszcie się mnie pozbędzie, pomyślała Kate. Odetchnęła
głęboko i przywołała się do porządku. Jako asystentka Edwina
współpracuje z tym mężczyzną od lat. Od blisko roku jest jego główną
redaktorką, a mimo to nie wie o nim wiele. Czasami, w przypływie
złośliwości, zastanawiała się, jakim jej podopieczny jest człowiekiem.
Romanse pisywały przeważnie kobiety, Lucern Argeneau, publikujący pod
pseudonimem Luke Amirault, był zaś w wydawnictwie rodzynkiem. Jacy
mężczyźni pisują romantyczne powieści? W dodatku z wampirami w roli
głównej? Na pewno jest homoseksualistą... Albo dziwakiem. Jak do tej pory,
jego zachowanie wskazywało raczej na to drugie. Wyglądał jak
skrzyżowanie ekscentryka z maniakalnym mordercą.
- Mniemam, że nie zamierza pani się wynieść? - zapytał wreszcie.
Kate się zastanowiła. Jeśli odpowie mu teraz zdecydowanym "nie",
mężczyzna najpewniej wpuści ją wreszcie do środka. Ale czy na pewno tego
chciała? A jeśli ją po cichu zaszlachtuje i jej nazwisko trafi jutro na
nagłówki wszystkich gazet?
Szybko przegoniła te groteskowe myśli, wyprostowała plecy i odparła
zdecydowanie:
- Panie Argeneau, przyleciałam tu specjalnie z Nowego Jorku. Niezwykle
zależy mi na rozmowie z panem. Jestem pańską redaktorką i sądzę, że
powinien mnie pan przynajmniej wpuścić i wysłuchać. - Podkreśliła swoje
stanowisko, na wypadek, gdyby ten detal umknął rozmówcy. Niekiedy
argument ten okazywał się skuteczny w negocjacjach z pisarzami, choć pan
Argeneau sprawiał wrażenie niewzruszonego. Kate nie wiedziała, co
jeszcze mogłaby dodać, więc stała tylko w drzwiach w oczekiwaniu na
odpowiedź. Na próżno. Lucern stęknął ciężko, po czym odwrócił się do
niej plecami i zniknął w mroku korytarza.
Zmieszana Kate patrzyła na ciemny przedpokój. Tym razem gospodarz nie
zatrzasnął jej drzwi przed nosem. To chyba dobry znak? Czy powinna uznać
to za zaproszenie? Dźwignęła z ziemi walizkę i torbę podróżną i przekroczyła próg domu. Był letni wieczór i choć powoli robiło się
chłodno, powietrze wciąż było nagrzane po ciepłym dniu. Za to w przedpokoju powitał ją ziąb. Kate odruchowo zamknęła za sobą drzwi i dała oczom chwilę na oswojenie się z mrokiem. Wnętrze domu było ciemne i ponure, bo Lucern Argeneau nie raczył włączyć w korytarzu choćby słabego
oświetlenia; drogę wskazywała Kate smużka sącząca się zza uchylonych
drzwi po przeciwnej stronie, zbyt szara i niewyraźna, by jej źródłem
mógł być żyrandol lub lampa. Dziewczyna wcale nie była pewna, że
zaprowadzi ją ona do Lucerna Argeneau, lecz światełko stanowiło jedyną
wskazówkę. I fakt, że gospodarz oddalił się właśnie w tamtym kierunku.
Kate postawiła bagaże przy wejściu i ostrożnie ruszyła w stronę bladej
poświaty. Mogłaby przysiąc, że korytarz nagle wydłużył się dwukrotnie.
Nie wiedziała, czy po drodze powinna uważać na meble lub inne
przeszkody, bo zamknęła drzwi wejściowe, zanim zdążyła się dobrze
rozejrzeć. Pozostawała tylko nadzieja, że w korytarzu nie stoi nic, o co
mogłaby się potknąć.
Lucern przystanął pośrodku kuchni i rozejrzał się dokoła; pomieszczenie
rozjaśniał jedynie blady pobrzask zmierzchu. A on nie wiedział, jak się
zachować. Nie podejmował gości już od dobrych kilkuset lat. Jak się z nimi postępowało? Przez chwilę zastanawiał się gorączkowo, po czym
podszedł do kuchenki, zdjął czajnik z palnika i napełnił go wodą.
Ustawił z powrotem na płycie, włączył gaz, znalazł imbryczek, kilka
torebek z herbatą i pełną cukiernicę. Pośpiesznie i byle jak ustawił
znaleziska na tacy.
Postanowił podjąć Kate C. Leever herbatą i wyprosić ją z domu, jak tylko
opróżnią imbryczek.
Ssanie w brzuchu zawiodło go w okolice lodówki. Uchylił drzwi i mroczną
kuchnię rozjaśniło łagodne światło. Lucern zamrugał. Gdy jego oczy
przyzwyczaiły się już do blasku, pochylił się i sięgnął po jedną z dwóch
ostatnich torebek z krwią, leżących samotnie na środkowej półce. Lucern
nie należał do smakoszy. Odkąd zmarła jego ostatnia gosposia, lodówka i zamrażarka świeciły pustkami.
Nie rozejrzał się nawet za szklanką, tylko - wciąż nachylony nad lodówką
- nadział torebkę prosto na kły i zaczął błyskawicznie chłonąć chłodną
przekąskę. Od razu poprawił mu się humor. Cóż, mężczyzna głodny to
mężczyzna marudny.
- Panie Argeneau?
Zaskoczony Lucern szarpnął się i niechcący rozerwał kłem torebkę.
Czerwona maź trysnęła zimnym strumieniem, zalewając jego twarz i włosy.
Odruchowo wyprostował się i uderzył głową w zamrażarkę. Klnąc szpetnie,
cisnął zmarnowaną porcję w głąb lodówki i jedną ręką chwycił się za
głowę, a drugą trzasnął drzwiczkami.
Kate Leever błyskawicznie znalazła się u jego boku. - O rety!
Przepraszam! Tak mi głupio! Ojej! - wykrzyknęła na widok ściekającej mu
po głowie posoki. - O Boże! Skaleczyłeś się! I to bardzo!
Lucern ostatni raz widział podobnie przerażoną minę za dawnych, dobrych
czasów, gdy posiłek wiązał się z wgryzaniem się w miękką i ciepłą ludzką
szyję, a nie szybkim wrzuceniem na ząb czegoś z lodówki.
Kate Leever się opanowała. Wzięła Lucerna pod ramię i posadziła przy
kuchennym stole.
- Niech pan lepiej usiądzie. Pan bardzo krwawi.
- Wszystko w porządku - mruknął. Przejęta dziewczyna działała mu na
nerwy. Jeśli okaże mu sympatię i troskę, jeszcze gotów poczuć się
zobowiązany.
- Gdzie pan ma telefon? - Kate odwróciła się na pięcie i rozejrzała po
kuchni.
- A po co nam telefon? - spytał z nadzieją w głosie. Może dziewczyna
zamówi sobie taksówkę i wreszcie da mu spokój?
Odpowiedź szybko sprowadziła go na ziemię.
- Chcę wezwać pogotowie. Pan się poważnie skaleczył.
W głowę.
Na jej twarzy widniało przerażenie. Lucern popatrzył po sobie. Miał
obryzganą krwią koszulę i czuł, że po policzkach spływa mu zimny płyn.
Ostry, ciężki i lekko metaliczny zapach krwi uderzył w jego nozdrza.
Odruchowo oblizał wargi i dopiero w tej chwili dotarł do niego sens
ostatnich słów Kate. Wyprostował się. Domniemana rana głowy oszczędzi mu
wielu wyjaśnień, lecz wycieczka do szpitala nie wchodzi w grę.
- Ale ja się dobrze czuję i nie potrzebuję lekarza - oznajmił stanowczo.
- Jak to? - Spojrzała z niedowierzaniem. - Przecież tu wszędzie jest
pełno krwi! Pan się naprawdę poważnie skaleczył.
- Rany głowy zawsze wywołują duży krwotok. - Machnął lekceważąco dłonią,
wstał z krzesła i pochylił się nad zlewem. Jeśli szybko się nie umyje,
nie wytrzyma i obliże resztki posoki z dłoni i rąk, aż po łokcie,
niechybnie wywołując tym napad histerii Kate. Kilka łyków, które zdążył
wypić przed jej wtargnięciem do kuchni, tylko podrażniło jego apetyt.
- Może i tak, ale to, co się tutaj dzieje...
Dziewczyna nieoczekiwanie wyrosła obok niego i wzięty z zaskoczenia
Lucern nieopatrznie pozwolił jej obmacać swoją głowę. Otrzeźwiły go
dopiero słowa.
- Dziwne. Nie widzę...
Szybko wykręcił się spod dłoni dziewczyny i pochylił nad zlewem. Włożył
głowę pod wodę, żeby uniemożliwić dalsze oględziny.
- Wszystko w porządku. Rany szybko się na mnie goją - rzucił spod
chlapiącego strumienia.
Kate Leever nie skomentowała ostatniego zdania, lecz Lucern poczuł na
plecach jej świdrujący wzrok. Po chwili podeszła doń, a gdy znów
usiłowała zbadać jego głowę, poczuł ciepło jej ciała.
I doznał chwilowego paraliżu. Bliskość, ciepło, słodki zapach... Na moment
zapomniał nawet o głodzie. Zamiast woni krwi pulsującej w jej żyłach
wyczuwał nuty piżma i kwiatów, a obok jej naturalny zapach. Mieszanka
uderzyła mu do głowy i odebrała jasność myślenia. Kate ponownie
przeczesała palcami mokre włosy w poszukiwaniu nieistniejącej rany, a Luc podskoczył, próbując się wyrwać, i z całej siły nadział się tyłem
głowy na kurek. Przeszył go dojmujący ból, zimna woda rozbryzgnęła się
na wszystkie strony, a Kate z piskiem odskoczyła do tyłu.
Lucern zaklął, wyswobodził się spod kranu i złapał pierwszą kuchenną
szmatę, która nawinęła się pod rękę. Okręcił ją wokół mokrej głowy,
wyprostował się i wskazał palcem na drzwi.
- Wyjdź z mojej kuchni! Natychmiast!
Kate C. Leever zamrugała, zaskoczona tym nagłym atakiem złości. Szybko
jednak opanowała się i stanęła prosto.
- Potrzebuje pan lekarza - oznajmiła stanowczo.
- Nie.
Oczy dziewczyny zwęziły się groźnie.
- Czy to jedyne słowo, jakie pan zna?
- Nie.
Wzniosła dłonie do nieba, po czym pozwoliła im opaść bezwładnie, jak
gdyby uspokojona nagłą myślą. Lucern nabrał jak najgorszych podejrzeń.
Kate C. Leever z uśmiechem włożyła dwie torebki do imbryczka.
- To przesądza sprawę - rzekła wreszcie.
- Jaką sprawę? - zapytał, przyglądając się podejrzliwie, jak redaktorka
zalewa herbatę wrzątkiem.
Kate łagodnie wzruszyła ramionami i odstawiła czajnik na kuchenkę.
- Po rozmowie z panem planowałam zameldować się w hotelu, ale skoro po
poważnym urazie głowy odmawia pan pójścia do szpitala... - Spojrzała na
niego i uniosła brew. - Nie zmienił pan zdania?
- Nie.
Skinęła głową i sięgnęła po pokrywkę. Porcelanowe naczynie brzęknęło
triumfalnie.
- W tej sytuacji nie mogę zostawić tu pana samego - oświadczyła. - Urazy
głowy potrafią być zwodnicze. Dla pańskiego dobra zostaję na noc.
Lucern już otwierał usta, by wybić jej z głowy ten pomysł, gdy Kate
odwróciła się gwałtownie i sięgnęła do drzwi lodówki.
- Lubi pan herbatę z mlekiem?
Mając w pamięci rozerwaną torebkę z krwią, Lucern rzucił się naprzód i zagrodził drogę.
- Nie!
Dziewczyna przyglądała mu się z otwartymi ustami, aż pojął, że zastygł
między nią a lodówką w dramatycznej pozie, z szeroko rozpostartymi
ramionami. Szybko opuścił dłonie, skrzyżował nogi w kostkach i z pozorną
dezynwolturą oparł się o drzwiczki. Zerknął na Kate. Redaktorka zamknęła
usta.
- Bo ja chętnie napiłabym się herbaty z mlekiem - rzekła niepewnie. - O ile ma pan mleko...
- Nie.
Kate, zmartwiona, powoli pokiwała głową. Uniosła dłoń i przyłożyła ją
Lucernowi do czoła, by sprawdzić, czy nie ma gorączki. Znów poczuł jej
zapach. Działał dziwnie odprężająco...
- Na pewno nie chce pan jechać do szpitala? - upewniała się. - Dziwnie
się pan zachowuje, a urazów głowy nie należy lekceważyć.
- Nie.
Ku własnemu zaskoczeniu, Luc wypowiedział ostatnie słowo niezwykle
niskim głosem. Jeszcze bardziej zaniepokoił go uśmiech i figlarne
stwierdzenie Kate:
- Czemu wcale mnie to nie dziwi?
Odruchowo chciał się odwzajemnić, powstrzymał się jednak w ostatniej
chwili i tylko skrzywił z niesmakiem, wyrzucając sobie w duchu moment
słabości. Kate C. Leever, jego redaktorka, choć okazuje mu dużo
sympatii, przyjechała tu przede wszystkim w interesach. Lepiej o tym nie
zapominać.
- Może napijemy się herbaty, zanim wystygnie?
Lucern przerwał rozmyślania, a Kate zabrała tacę ze stołu i ruszyła w kierunku korytarza.
- Proponuję przenieść się do salonu, tam zapewne można będzie wygodnie
usiąść. Pan się naprawdę mocno uderzył - dodała, podpierając biodrem
drzwi.
Luc już miał ruszyć za gościem, gdy w pół kroku zmienił zdanie i spojrzał łakomym wzrokiem na lodówkę. W środku została jeszcze jedna
torebka z krwią. Ostatnia. Najbliższej dostawy mógł się spodziewać
dopiero jutro w nocy. Lucern czuł głód i osłabienie. Zapewne z tego
właśnie powodu zabrakło mu stanowczości w negocjacjach z napierającą jak
burza i nieustępliwą Kate C. Leever. Łyknie sobie teraz odrobinę krwi,
co na pewno doda mu sił w zbliżającej się rozmowie. Wyciągnął dłoń w kierunku drzwiczek...
- Lucern?
Zastygł w pół gestu i spiął się cały. Czemu nagle przestała się do niego
zwracać "panie Argeneau"? Dlaczego jego imię zabrzmiało tak seksownie w jej ustach? Musiał natychmiast coś zjeść. Otworzył lodówkę i sięgnął po
torebkę.
- Lucern?
Tym razem w głosie dziewczyny zabrzmiał niepokój. Luc usłyszał kroki w korytarzu. A niech to, wraca! Na pewno się wystraszyła, że zemdlał.
Zaklął pod nosem i ze złością zatrzasnął lodówkę. Kolejna krwawa
katastrofa byłaby przysłowiowym gwoździem do trumny. Już i tak
przysporzył sobie wystarczająco kłopotów, łącznie z obecnością tej
kobiety w jego domu. W nocy! Chciał jej wybić ten pomysł z głowy, gdy
tylko go zwerbalizowała, lecz rozproszył go niespodziewany zwrot Kate w kierunku lodówki. Niech to szlag!
Cóż, za chwilę wszystko jej wyjaśni. Prędzej sczeźnie, niż pozwoli jej
tu zostać, by zanudzała go zachętami do wzięcia udziału w kampanii
promocyjnej. Wystarczy tego dobrego. Teraz już będzie stanowczy. Wręcz
okrutny, jeśli zajdzie potrzeba.
I nie zgodzi się, by Kate zanocowała!
Lucern usiłował pozbyć się nieproszonego gościa, lecz Kate C. Leever z zacięciem buldoga trwała w swoim postanowieniu. Buldoga? Nie, to
niedobre porównanie. Dziewczyna kojarzyła mu się raczej z terierem.
Uwieszonym jego ramienia, słodkim blond terierem, który za żadne skarby
nie zamierzał wypuścić go z zębów. W przypływie złości Luc kilka razy
miał szczerą ochotę uderzyć pieskiem o ścianę, gdyż kompletnie nie miał
pojęcia, jak się go pozbyć.
Sytuacja go przerosła. Choć żył na tym świecie od ładnych kilkuset lat,
nigdy jeszcze nie przyszło mu stawić czoła czemuś podobnemu. W jego
mniemaniu śmiertelnicy byli jedynie źródłem zamętu i kłopotów. Zwłaszcza
kobiety. Nigdy nie potrafił sprawnie sobie z nimi radzić. Ileż to już
razy zdarzyło mu się trafić na damę w tarapatach, która w ułamku sekundy
stawiała całe jego życie na głowie? I zanim się obejrzał, już brał z jej
powodu udział w walce, pojedynku czy wręcz w wojnie. Oczywiście, zawsze
wychodził z potyczek zwycięsko i w blasku chwały, lecz... nigdy nie
udawało mu się zdobyć upragnionej kobiety. Wysiłek i zaangażowanie szły
na marne, a Lucernowi pozostawało tylko przyglądać się, jak femme
fatale odchodzi w ramiona innego.
Obecna sytuacja stanowiła dokładne zaprzeczenie jego dotychczasowych
doświadczeń. Kate C. Leever, pani redaktor, wcale nie była damą w opałach. Wręcz przeciwnie, uważała, że to on ma kłopoty. Zostawała z nim
"dla jego własnego dobra". Wydawało się jej, że oto wyświadcza mu
przysługę, a gdyby zasnął, zamierzała "budzić go co godzina, żeby
sprawdzić, czy wszystko w porządku". Oznajmiła to, ledwie usiedli w salonie, po czym wyjęła z imbryczka torebki z herbatą i nalała im po
filiżance.
Lucern przypatrywał się jej z niedowierzaniem. Nie potrzebował pomocy.
Uderzenie nie było silne, a nawet gdyby odniósł poważną ranę, jego ciało
zregenerowałoby się błyskawicznie. Naturalnie, nie mógł się z tym
zdradzić przed Kate. Zebrał się w sobie.
- Nie potrzebuję pani pomocy, panno Leever - powiedział stanowczo. - Sam
potrafię o siebie zadbać.
Kate pokiwała głową, wypiła łyczek herbaty, po czym uśmiechnęła się
wesoło.
- Pewnie wzięłabym twoje słowa bardziej serio, gdybyś nie miał akurat na
głowie dekoracyjnej, choć straszliwie pochlapanej krwią kuchennej
ścierki w kwiatki - odparła. - W dodatku zawiązanej jak turban.
Przerażony Lucern pomacał się po głowie. Faktycznie, na śmierć zapomniał
o ścierce! Zaczął ją rozwijać.
- Zostaw! Pasuje ci, a poza tym dużo mniej mnie w niej onieśmielasz.
Luc mruknął z irytacją i gwałtownie zerwał z głowy ściereczkę.
- Co oznaczał ten pomruk? - zapytała Kate i szeroko otworzyła oczy. - Co
to było? Dobrze słyszałam.
- Wcale nie.
- I owszem. - Uśmiechnęła się szeroko. Wyglądała na zadowoloną. - Ach,
wy mężczyźni! Jesteście naprawdę słodcy.
A Lucern pojął, że bitwa jest przegrana. Żadnym argumentem nie przekona
jej, żeby sobie poszła.
Chyba że przejmie kontrolę nad jej myślami... Zazwyczaj unikał posuwania
się do manipulacji i nie korzystał z telepatii już od dłuższego czasu.
Odkąd jego rodzina zarzuciła polowania na śmiertelników na rzecz
żywienia się w banku krwi, umiejętność ta przydawała mu się coraz
rzadziej. Jednak sytuacja wymagała radykalnych środków.
Spojrzał na Kate, która właśnie podnosiła filiżankę do ust, i spróbował
wedrzeć się w jej myśli. Ku swemu zaskoczeniu nadział się na szczelny
mur. Nie miał dostępu do głowy redaktorki, zupełnie jakby jej myśli
otaczała niewidzialna bariera. Mimo to kilkukrotnie ponowił próbę.
Kolejne niepowodzenia sfrustrowały go bardziej, niż się spodziewał.
Poddał się, dopiero gdy Kate przerwała ciszę i nawiązała do powodu
wizyty.
- Może przejdziemy do kwestii spotkań autorskich? Lucern podskoczył,
jakby dziewczyna dźgnęła go rozżarzonym prętem. Porzucił próby
przedarcia się przez jej myśli i zerwał na równe nogi.
- W tym domu są trzy pokoje gościnne. Wszystkie na górze, na lewo od
schodów. Moja sypialnia i gabinet są po prawej stronie i nie życzę
sobie, żebyś do nich zaglądała. Wybierz sobie coś z pozostałych
pomieszczeń.
W pośpiechu opuścił pole walki i pognał do kuchni. Jedną noc wytrzymam,
pomyślał. Gdy rano Kate się upewni, że nic mi nie jest, pojedzie sobie.
Już moja w tym głowa.
Luc starał się zapomnieć, że był równie zdeterminowany i pewny swego,
gdy planował wyproszenie Kate zaraz po wypiciu herbaty. Wyjął z szafki
szklankę i sięgnął do lodówki po ostatnią torebkę z krwią. Stanął nad
zlewem i zaczął nalewać sobie kolację. Może zdąży wypić choć pół
szklanki...
Płonne nadzieje. Ledwie przechylił otwartą torebkę nad szklanką, drzwi
do kuchni stanęły otworem.
- Czy w okolicy jest całodobowy sklep spożywczy? Lucern się odwrócił,
wypuszczając z rąk i szklankę, i torebkę. Naczynie z brzękiem
roztrzaskało się o dno zlewu. Mężczyzna skrzywił się, widząc, jak jego
kolacja bezpowrotnie znika w odpływie.
- Przepraszam, nie chciałam ci przeszkadzać... - przerwała Kate, gdy
ruchem dłoni zatrzymał ją w progu.
- Nic... - zaczął, po czym dokończył zrezygnowany:
- O co pytałaś?
Nie był w stanie się skupić. Słodki, metaliczny zapach rozlał się w powietrzu, choć najprawdopodobniej nie dotarł do dziewczyny, która stała
po drugiej stronie pomieszczenia. Niepokojąca woń rozpraszała Lucerna, a jeszcze bardziej rozpraszał go przykry odgłos krwi kapiącej wprost do
odpływu. Żegnaj, kolacjo! Żegnaj, ostatnia torebko!
W głowie kołatało mu tylko jedno słowo. NIE. Żołądek skręcał się z głodu. W tych okolicznościach Luc odebrał wypowiedź Kate C. Leever jako
niezrozumiałą paplaninę. Redaktorka podeszła do lodówki i zajrzała do
środka, lecz tym razem Lucern jej nie powstrzymywał. Nie licząc resztek
krwi z poprzedniej torebki, lodówka była kompletnie pusta. Z całych sił
spróbował się skupić na jej słowach - im szybciej jej odpowie, tym
więcej uratuje z kolacji. Mimo wysiłków, docierały do niego tylko
pojedyncze sformułowania.
- Bla, bla, bla... nie jadłam od śniadania. Bla bla bla... rzeczywiście, nic
nie masz w lodówce. Bla bla bla... zakupy? Po intonacji ostatniego zdania
Lucern domyślił się, że dziewczyna zadała pytanie. Nie był pewien, o co
dokładnie jej chodzi, lecz czuł, że kolejne "nie" mogłoby sprowokować
kłótnię.
- Tak - wypalił w ciemno, w nadziei, że w ten sposób choć na chwilę
pozbędzie się natręta. Ulżyło mu niewymownie, gdy Kate z zadowoloną miną
otworzyła drzwi na korytarz.
- Bla, bla, bla... wybiorę pokój.
Zapach krwi w powietrzu był tak ciężki, że Luc niemal czuł na języku jej
smak.
- Bla, bla, bla... założę coś wygodniejszego. Lucern skręcał się z głodu.
Jak tylko za Kate trzasnęły drzwi, rzucił się z powrotem nad zlew i zawył z rozpaczy. Torebka była niemal pusta. Zdesperowany podniósł ją do
ust i zgniótł, próbując wycisnąć ostatnich kilka kropel. Udało mu się
utłoczyć dosłownie trzy, po czym poddał się i z obrzydzeniem wyrzucił
plastik do śmieci. O ile wcześniej miał wątpliwości, o tyle teraz jednej
rzeczy był pewien. Pobyt Kate C. Leever zamieni jego życie w piekło.
Przeczuwał to i kropka.
I na co on się w zasadzie zgodził?
Rozdział 2
Rozdział 2
Zakupy!
Kate się roześmiała, gdy Lucern jęknął jak potępieniec na progu
całodobowego sklepu. Odkąd wyszli z domu, postękiwaniom i utyskiwaniom
nie było końca. Już zamykając drzwi, kilka razy powtórzył słowo
"zakupy", z niedowierzaniem, jakby zdziwiony, że dobrowolnie przystał na
tę wyprawę. Gdy jechali przez okolicę w jego bmw, konsternacja przeszła
w oburzenie. Zupełnie jakby ten człowiek nigdy nie chodził po sklepach!
Z drugiej strony, sądząc po pustkach w lodówce i szafkach, chyba
rzeczywiście tak było. Uwagę Kate o braku podstawowych produktów
spożywczych w domu skwitował mruknięciem o trudnościach ze znalezieniem
pomocy domowej. Najprawdopodobniej przeważnie stołował się na mieście.
Kate wolała nie pytać, co stało się z poprzednią gosposią. Osobowość
Lucerna mówiła sama za siebie. Biedaczka zapewne złożyła wymówienie. A przynajmniej tak postąpiłaby Kate.
Podeszli do rzędu pustych wózków. Dziewczyna sięgnęła po pierwszy z brzegu, lecz Lucern burknął coś pod nosem (równie dobrze mogło to być
"pozwól", jak i "zejdź mi z drogi") i sam wyciągnął wózek.
Z doświadczenia Kate wynikało, że mężczyźni lubią prowadzić wszelkie
pojazdy: od samochodów przez wózki golfowe po wózki w sklepie.
Podejrzewała, że ma to związek z ich potrzebą sprawowania kontroli, lecz
postanowiła nie protestować. Niech mu tam, ona będzie wybierać produkty.
Poprowadziła ich do działu z nabiałem, opracowując w głowie listę
zakupów. Muszą koniecznie zadbać o zapas warzyw i owoców dla Lucerna.
Mimo imponującej postawy i muskulatury, ten mężczyzna jest zdecydowanie
zbyt blady. To na pewno przez niedobór zieleniny!
Może poprawi mu się od niej humor?
Lucern potrzebował krwi. Wokół niej krążyły wszystkie jego myśli, gdy
posłusznie podążał za Kate C. Leever przez działy z nabiałem, mrożonkami
i kawą. Sterta zakupów w wózku rosła szybko. Dziewczyna zdążyła już
wrzucić do kosza rozmaite jogurty, sery, jajka i górę mrożonych dań.
Zatrzymała się na dłużej przed półką z kawą, przeglądając opakowania, po
czym odwróciła się do Lucerna.
- Masz jakąś ulubioną markę? - zapytała. Spojrzał nieprzytomnie.
- Markę?
- Kawy? Którą zazwyczaj pijasz? Lucern wzruszył ramionami.
- Nie pijam kawy.
- Aha. A herbatę?
- Też nie.
- Jak to... - Zmrużyła oczy. - A gorącą czekoladę?
Espresso? Cappuccino?
Lucern tylko pokręcił głową.
- To co ty w ogóle pijesz? Colę? - spytała zirytowana. Rozbawiony
chichot zwrócił uwagę Lucerna na młodą, pulchną kobietę naprzeciwko;
pchała wózek w ich kierunku. Była pierwszą klientką, którą spotkali od
wejścia do sklepu. Przez katastrofy z torebkami w kuchni, herbatkę w salonie i przebieranie się Kate zmitrężyli dużo czasu i gdy wyszli po
zakupy, dochodziła północ. A o tej porze nie było szczególnego ruchu.
Zauważywszy, że Lucern zwrócił na nią uwagę, klientka zatrzepotała
rzęsami. Odpowiedział jej uśmiechem, ale jego wzrok zatrzymał się na
pulsującej żyle u podstawy jej szyi. Luc wyobraził sobie, jak zatapia w niej kły i wysysa ciepłą słodycz. Ta kobieta była dokładnie w jego
typie. Zażywne panie o zdrowych rumieńcach miały najsmaczniejszą i najbardziej pożywną krew - gęstą i uderzającą do głowy...
- Panie Argeneau? Ziemia do Lucerna!
Przyjemne wizje prysły. Luc niechętnie odwrócił się do redaktorki.
- Słucham?
- Co mam kupić do picia? - powtórzyła Kate. Lucern obejrzał się tęsknie
za pulchną nieznajomą.
- Może być kawa.
- Przecież mówiłeś, że nie pijasz... Nieważne. Jaka marka?
Lucern przebiegł wzrokiem po półce. Jego spojrzenie przykuła
ciemnoczerwona puszka z logo Tim Hortons.
Zawsze myślał, że to nazwa cukierni z pączkami. Była to jedyna znana mu
marka, więc wskazał na nią odruchowo. - No tak, oczywiście najdroższa -
mruknęła Kate i włożyła puszkę do koszyka.
Lucern nie zwrócił uwagi na cenę.
- Proszę nie narzekać. Ja płacę za zakupy.
- Nie. Powiedziałam raz i koniec dyskusji.
Naprawdę tak powiedziała? Nic nie pamiętał. Najwyraźniej słuchał jej
wtedy jednym uchem, myśląc o czymś zupełnie innym. Zapewne o krwi
spływającej do odpływu, zamiast do jego spragnionego gardła...
Spojrzenie Luca ponownie zabłądziło na pulsującą żyłkę przechodzącej
obok pulchnej kobiety. Odprowadził ją wzrokiem głodnego psa, któremu
ktoś zamachał przed nosem torbą pełną kiełbas. Ledwie się powstrzymał
przed rzuceniem na jej szyję. Ciepła, świeża krew... O ileż przyjemniejsza
od zimnego płynu w torebkach, który od dłuższego czasu stanowił podstawę
diety całego wampirzego rodzaju. Aż do tej chwili Lucern nie zdawał
sobie sprawy, jak bardzo stęsknił się za tradycyjnym sposobem
odżywiania.
- Lucern? - Głos Kate Leever zdradzał poirytowanie. Luc odwrócił się i spojrzał spode łba. Zdążyła już odejść w głąb alejki i czekała na niego
z wyrzutem na twarzy, co go tylko dodatkowo rozzłościło. Jakie ona ma
powody do irytacji? Przecież to jego skręca z głodu!
Powróciło do niego mgliste wspomnienie słów dziewczyny, że nie zdążyła
nic zjeść od śniadania. Niechętnie dopuścił do siebie myśl, że być może
ona też jest głodna i ma prawo być marudna.
- Ja płacę - oznajmił stanowczo i popchnął wózek naprzód. - Jesteś moim
gościem i czuję się w obowiązku cię nakarmić.
Choć w gruncie rzeczy powinienem nakarmić się tobą, pomyślał. Miał na to
niekłamaną ochotę. No, może niezupełnie. Chętniej zatopiłby kły w okrąglutkiej brunetce za nimi. Krew szczupłych blondynek, a Kate C.
Leever do takich należała, zazwyczaj bywała rzadka i bez smaku. Puszyste
kobiety miały krew pełną, bardziej aromatyczną i o głębszym bukiecie.
Tradycyjny sposób odżywiania był jednak poza dyskusją. W dzisiejszych
czasach mógł się okazać zbyt niebezpieczny. Nawet gdyby Lucern miał za
nic własne bezpieczeństwo, nigdy nie zaryzykowałby losu rodziny dla
kilku ulotnych rozkoszy podniebienia.
Na szczęście fantazji nikt mu nie zakazywał, więc zamyślony pchał wózek
za Kate przez alejki z konserwami i przyprawami. Co chwila potakiwał
nieobecnym głosem, w duchu zaś wspominał najprzyjemniejsze posiłki swego
życia.
- Czy lubisz meksykańską kuchnię? - spytała.
- Och, tak - zamruczał, gdyż pytanie od razu przywiodło mu na myśl
wspomnienie małej, wesołej Meksykanki, którą raczył się w Tampico. To
był rarytas! Do dziś pamięta słodki zapach ciepłego ciała i rozkoszne,
ciche pojękiwania, gdy jednocześnie zatapiał w niej kły i... O, tak.
Najprzyjemniejszy sposób karmienia angażuje całe ciało.
- A włoską?
- Mhm. Też jest przepyszna - zgodził się entuzjastycznie i powrócił
wspomnieniami do niewielkiej wioski na wybrzeżu, opodal Amalfi. Tam po
raz pierwszy samodzielnie upolował ofiarę. A mężczyzna zawsze pamięta
swój pierwszy raz. Na samą myśl o słodkiej, szczupłej Marii zrobiło mu
się cieplej. Miała ciemne oczy o głębokim spojrzeniu i długie, czarne,
falujące włosy; pamiętał, jak wplątywał w nie palce. I te westchnienia
rozkoszy, gdy oddawał jej swoje dziewictwo i pił jej krew! To było
piękne i wzniosłe przeżycie.
- A może masz ochotę na stek?
Luc po raz kolejny został wyrwany z miłego zamyślenia, tym razem przez
tackę z surowym mięsem podetkniętą mu prosto pod nos. Pod folią leżał
apetyczny, krwisty stek i choć w normalnych warunkach Lucern wybrałby
ludzką krew - nawet zimną, z aseptycznej torebki - wołowe mięso przez
chwilę zapachniało zachęcająco. Wziął głęboki oddech i powoli wypuścił
powietrze.
Tacka zniknęła.
- A może wolisz białe mięso?
- Och, nie. Nie. Zdecydowanie czerwone. - Podszedł bliżej lady
chłodniczej i po raz pierwszy, odkąd weszli do sklepu, wykazał
jakiekolwiek zainteresowanie zakupami. Lubił proste potrawy, a najbardziej - ziemniaki z niewysmażonym kotletem.
- No tak. Typowy mięsożerca - stwierdziła sucho Kate, gdy wybrał
najbardziej unurzaną w krwi tackę, ledwie powstrzymując głośne
przełknięcie śliny. W obawie, że w obecnym stanie mógłby zrobić coś
głupiego - na przykład niechcący oblizać opakowanie - zrobił krok do
tyłu i odłożył mięso z powrotem. Szybko przepchnął wózek do innego,
mniej niepokojącego działu.
- Ejże, chwileczkę! - zawołała za nim Kate, lecz Lucern nie zwolnił.
Niemal jęknął z rozpaczy, gdy podbiegła do niego i wrzuciła do koszyka
naręcze steków.
Fantastycznie! Teraz pokusa na pewno nie da mu spokoju! Głód krwi powoli
stawał się nie do zniesienia. Trzeba jak najszybciej odezwać się do
Bastiena lub Etienne'a i spytać ich, czy mogą podzielić się z nim
zapasem krwi. Może w drodze powrotnej uda im się zahaczyć o dom któregoś
z braci. Luc zostawiłby wówczas wścibską panią redaktor w samochodzie z zakupami, wpadł i w locie napił się choć odrobinę...
Dobry Boże! Zachowuję się jak narkoman na głodzie!
- Pora na warzywa i owoce - oznajmiła Kate. - Gołym okiem widać, że
cierpisz na niedobór witamin. Myślałeś kiedyś o wizycie w solarium?
- Nie mogę. Mam... eee... chorobę skóry. I uczulenie na słońce.
- To musi strasznie utrudniać życie. - Spojrzała szeroko otwartymi
oczami. - Czy dlatego unikasz podpisywania książek i spotkań z czytelnikami?
Lucern wzruszył ramionami. Ze skrzywioną miną obserwował, jak Kate
wrzuca do wózka co dziwniejsze warzywa. W ramach protestu złapał
dziesięciokilowy worek ziemniaków, lecz w koszyku nie było już miejsca.
Wypełniały go duże, zielone główki sałat, mniejsze, zielone główki
brukselek i zielone łodyżki porów. Święci pańscy, fetyszystka zieleniny!
Przepchnął wózek dalej, próbując w ten sposób ponaglić Kate, która
zaczynała się już rozglądać po innych kolorach. Zanim dotarli do kasy, w koszyku wylądowały jeszcze pomarańczowe, żółte i czerwone warzywa, a w ślad za nimi pomarańczowe, czerwone i purpurowe owoce.
Lucern zatrzymał wózek, a Kate zaczęła przekładać produkty na taśmę.
Przyglądał się jej nieobecnym wzrokiem, bo w pobliżu znów pojawiła się
pulchna brunetka. Uśmiechnęła się zalotnie, zatrzepotała rzęsami i skinęła dyskretnie. Luc odwzajemnił uśmiech, choć wzrok uciekał w kierunku pulsującej na szyi żyłki. Niemal słyszał bicie serca kobiety i szmer krwi...
- Lucern? Panie Argeneau? Gdzie pan idzie? Zatrzymał się i zamrugał.
Dopiero pytanie Kate uświadomiło mu, że ruszył za koszykiem brunetki jak
osiołek za marchewką na kiju. Jego potencjalna kolacja uśmiechnęła się
jeszcze raz zachęcająco, po czym zniknęła w alejce z mrożonkami. Lucern
odprowadził ją wygłodniałym wzrokiem.
- Zapomnieliśmy o lodach.
- O lodach? - zapytała z niedowierzaniem Kate, lecz Lucern nie zamierzał
tracić czasu na wyjaśnienia. Popędził do działu mrożonek, gdzie ku swemu
rozczarowaniu zastał nie tylko uroczą brunetkę, ale również jakąś inną,
przypadkową klientkę. Że też przez całe zakupy spotkali w sklepie tylko
to pulchne cudo, a akurat teraz musiał pojawić się ktoś jeszcze,
udaremniając plan szybkiej przegryzki! Lucern westchnął w duchu i od
niechcenia przejrzał zawartość chłodziarek. Lody waniliowe, wiśniowe,
czekoladowe z orzechami...
Kątem oka zerknął na puszystą damę; przyglądała mu się nieustannie, co
chwila posyłając w jego kierunku kokieteryjne uśmiechy. Wyglądała jak
wielki, szczęśliwy stek.
A niech ją! Nieładnie tak się droczyć, pomyślał z rozgoryczeniem i podniósł wyżej wieko chłodziarki.
Brunetka podeszła powoli i z szerokim uśmiechem wyjęła z zamrażarki
opakowanie lodów. Nie powiedziała ani słowa, rzuciła jedynie kolejne
uwodzicielskie spojrzenie i niby niechcący otarła się o ramię mężczyzny.
Lucern wziął głęboki oddech, gdyż od jej zapachu aż zakręciło mu się w głowie. Tak, niewątpliwie miała słodką krew. Wyjął z chłodziarki pudełko
lodów i odprowadził ją tęsknym wzrokiem za najbliższe półki. Chciał za
nią pobiec, zmanipulować jej myśli i zwabić ją na tyły sklepu...
Ryzykując przyłapanie na gorącym uczynku.
Z ciężkim westchnieniem porzucił marzenia o przekąsce i odruchowo
sięgnął po kolejne pudełko czekoladowo-orzechowych lodów. Cóż, jeszcze
przez parę godzin uda mu się utrzymać najniższe instynkty na wodzy.
Odrobina cierpliwości, a będzie mógł wyskoczyć na chwilę do Bastiena lub
Etienne'a. Kate C. Leever z pewnością była wyczerpana po locie i całym
dniu pracy, więc szybko położy się spać. - Nie wiedziałam, że taki z ciebie amator lodów - stwierdziła, gdy dołączył do niej przy kasie.
Lucern dopiero wtedy się zorientował, że w roztargnieniu wybrał aż
cztery opakowania deseru. Wzruszył ramionami i ustawił je na taśmie.
Nawet nie wiedział, jakie mają smaki. Nieistotne. I tak w końcu ktoś je
zje.
Kate podjęła próbę zapłacenia, lecz Lucern okazał się nieprzejednany.
Jego ego niewątpliwie ucierpiałoby, gdyby pozwolił kobiecie płacić za
spożywcze zakupy do jego własnego domu. W drodze powrotnej Kate
otworzyła paczkę ryżowych ciasteczek; poczęstowała Luca, lecz ten tylko
się skrzywił i pokręcił głową. Ciasteczka ryżowe. Dobry Boże! Udało mu
się zwalczyć pokusę natychmiastowego zatrzymania się u jednego z braci.
Pogratulował sobie w duchu opanowania i pomógł Kate zanieść zakupy do
domu. Nalegał, by od razu zabrała się za gotowanie, podczas gdy on
pochowa zbędne produkty w lodówce. W ten sposób chciał sprawić wrażenie
pomocnego i chętnego do współpracy, podczas gdy najbardziej zależało mu
na tym, by jak najszybciej przygotować i zjeść ten absurdalny posiłek.
Po kolacji Kate położyłaby się wreszcie do łóżka, a on mógłby spokojnie
pojechać po najbardziej niezbędny produkt. Lucern potrafił docenić dobre
dania; chętnie coś skubnie, ale przecież pożywienie śmiertelników nie
zaspokoi głodu. Wampiry potrafią obywać się bez jedzenia, ale nie bez
krwi. Na szczęście Kate C. Leever musiała być bardzo głodna, bowiem
przygotowała posiłek w mgnieniu oka. Szybko podsmażyła kilka steków,
posiekała warzywa na sałatkę i zalała je sosem. Lucern nigdy nie
rozumiał, co ludzie widzą w sałatkach. Warzywa są dobre dla królików.
Śmiertelnicy żywią się przede wszystkim mięsem, on sam zaś mięsem i krwią, bo przecież królikiem nie jest... Mimo wszystko postanowił zachować
te uwagi dla siebie i potulnie wziął się za rozpakowywanie zakupów.
Oboje zakończyli przygotowania niemal jednocześnie i razem zasiedli do
stołu. Lucern z zapałem pałaszował mięso, nie zwracając najmniejszej
uwagi na miskę z zieleniną. Poprosił Kate o przygotowanie krwistego
steku; prawdopodobnie większość ludzi uznałaby to, co znalazło się na
jego talerzu, za doskonale przyrządzone mięso, lecz Lucern najchętniej
zobaczyłby tam naprawdę krwisty kotlet. Niemniej jednak wołowina była
miękka i soczysta, więc zjadł ją szybko i z apetytem.
Przyglądał się, jak Kate kończy swoją porcję. Ruchem głowy podziękował
jej za sałatkę.
- Powinieneś jeść więcej warzyw - oznajmiła poważnym tonem. - Mają
mnóstwo witamin i substancji odżywczych, a ty jesteś blady jak ściana.
Prawdopodobnie dziewczyna sądzi, że bladość jego cery jest skutkiem
rzekomego urazu głowy. Cóż, do pewnego stopnia można ją przypisać
utracie krwi... Ostatnia kwestia przypomniała Lucernowi, że powinien
sprawdzić, czy Bastien jest w domu. Przeprosił gościa, wyszedł z kuchni
i udał się do gabinetu.
Ku jego rozczarowaniu żaden z braci nie odbierał telefonu. Bastien albo
wyszedł na randkę, albo pojechał do Argeneau Enterprises. No tak,
podobnie jak Luc, lubił pracować w nocy, gdy wszyscy smacznie spali.
Nawyki wyrabiane przez kilka setek lat bywają trudne do wykorzenienia.
Lucern wrócił do kuchni, gdzie w międzyczasie Kate skończyła posiłek.
Opłukała większość naczyń i wstawiła je do zmywarki.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki