Wampir pozna panią. Ród Argeneau, tom 3 - Lynsay Sands

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Pro­log

30 stycz­nia

Sza­nowny Panie Arge­neau.

Mam nadzieję, że niniej­szy list zasta­nie Pana w dobrym zdro­wiu i że okres świą­teczny upły­nął Panu w miłej atmos­fe­rze. To już drugi list, który do Pana wysy­łam. Pierw­szy nada­łam tuż przed Bożym Naro­dze­niem, lecz naj­wy­raź­niej musiał zagi­nąć w przed­świą­tecz­nej zawie­ru­sze. Kon­tak­tuję się z Panem listow­nie, ponie­waż wydaw­nic­two nie posiada Pań­skiego numeru tele­fonu i nie figu­ruje Pan w książce tele­fo­nicz­nej.

Mam dla Pana wspa­niałą wia­do­mość - seria o wam­pi­rach, którą publi­kuje Pan pod pseu­do­ni­mem Luke Ami­rault, cie­szy się wśród czy­tel­ni­ków ogromną popu­lar­no­ścią. Zain­te­re­so­wa­nie znacz­nie prze­ro­sło nasze ocze­ki­wa­nia, w związku z czym poważ­nie roz­wa­żamy zor­ga­ni­zo­wa­nie cyklu spo­tkań autor­skich z Pana udzia­łem, połą­czo­nych z pod­pi­sy­wa­niem ksią­żek. Księ­gar­nie zasy­pują nas pyta­niami, więc posta­no­wi­łam napi­sać do Pana, by dowie­dzieć się, czy i kiedy byłby Pan zain­te­re­so­wany udzia­łem w cyklu spo­tkań pro­mo­cyj­nych.

Bar­dzo pro­szę o tele­fo­niczny kon­takt z redak­cją.

Z wyra­zami sza­cunku,

Kate C. Leever Redak­torka Roun­dho­use Publi­shing Co., Inc. Nowy Jork, NY

1 kwiet­nia

Sza­nowna Pani Leever.

Nie.

Z usza­no­wa­niem,

Lucern Arge­neau Toronto, Onta­rio

11 kwiet­nia

Sza­nowny Panie Arge­neau.

Dziś rano otrzy­ma­łam Pań­ską odpo­wiedź. Rozu­miem, że nie jest Pan zain­te­re­so­wany cyklem spo­tkań autor­skich, lecz mimo to chcia­ła­bym raz jesz­cze pod­kre­ślić, że Pań­ska proza cie­szy się ogrom­nym zain­te­re­so­wa­niem. Pań­ska popu­lar­ność rośnie w zawrot­nym tem­pie. Kilka cza­so­pism już zwró­ciło się do nas z prośbą o wywiady. Chyba nie muszę doda­wać, że to fan­ta­styczna forma pro­mo­cji, która szybko prze­łoży się na wzrost sprze­daży ksią­żek.

Wra­ca­jąc do spo­tkań autor­skich - tele­fony w tej spra­wie nie ustają, jedna zaś z popu­lar­nych sieci księ­garni, z przed­sta­wi­ciel­stwami w Sta­nach Zjed­no­czo­nych i Kana­dzie, zobo­wią­zała się pokryć koszty podróży, jeśli zde­cy­duje się Pan odwie­dzić ich naj­waż­niej­sze pla­cówki. Orga­ni­za­to­rzy zadbają o Pań­skie prze­loty, opłacą noc­legi w hote­lach, na każ­dym lot­ni­sku będzie zaś cze­kał na Pana samo­chód z kie­rowcą, który będzie do Pań­skiej dys­po­zy­cji przez cały pobyt. To bar­dzo korzystna oferta, więc pro­szę ją poważ­nie roz­wa­żyć.

Wygląda na to, że zwy­kłe prze­syłki z Nowego Jorku docie­rają do Toronto w wyjąt­kowo powol­nym tem­pie. W związku z tym prze­sy­łam niniej­szy list kurie­rem. Będę bar­dzo wdzięczna za szybką odpo­wiedź i załą­cze­nie w następ­nym liście numeru Pań­skiego tele­fonu.

Z wyra­zami sza­cunku,

Kate C. Leever Redak­torka Roun­dho­use Publi­shing Co., Inc. Nowy Jork, NY

15 czerwca

Sza­nowna Pani Leever.

Nie.

Z usza­no­wa­niem,

Lucern Arge­neau Toronto, Onta­rio

26 czerwca

Sza­nowny Panie Arge­neau.

Po raz kolejny zapo­mniał mi Pan prze­słać numer Pań­skiego tele­fonu. W związku z tym chcia­ła­bym popro­sić Pana o nie­zwłoczny kon­takt tele­fo­niczny z redak­cją. Jeśli zadzwoni Pan pod moją nie­obec­ność, zosta­nie Pan połą­czony z Ash­leyem, moim asy­sten­tem. Jeśli jest to konieczne, może Pan zamó­wić roz­mowę na nasz koszt. Bar­dzo zależy mi na roz­mo­wie z Panem, ponie­waż jestem pewna, że nie zdaje Pan sobie sprawy z roz­miaru wła­snej popu­lar­no­ści oraz z korzy­ści, jakie może Panu przy­nieść nawią­za­nie kon­taktu z czy­tel­ni­kami.

Nie wiem, czy jest Pan tego świa­dom, lecz strony inter­ne­towe miło­śni­ków Pań­skiej twór­czo­ści wyra­stają jak grzyby po desz­czu, a redak­cja codzien­nie jest zasy­py­wana adre­so­wa­nymi do Pana listami (kore­spon­den­cję prze­każę Panu w osob­nej prze­syłce). W poprzed­nich listach wspo­mi­na­łam już o zapy­ta­niach o spo­tka­nia autor­skie, lecz obecne zapo­trze­bo­wa­nie prze­ra­sta naj­śmiel­sze ocze­ki­wa­nia. Wygląda na to, że wszyst­kie księ­gar­nie w naszym kraju przy­ję­łyby Pana z otwar­tymi ramio­nami, a tournée i pod­pi­sy­wa­nie ksią­żek sta­no­wi­łoby ogromne wyda­rze­nie.

Chcia­ła­bym rów­nież, by roz­wa­żył Pan moż­li­wość udzie­le­nia jed­nego lub dwóch wywia­dów (załą­czam listy, które otrzy­ma­li­śmy w tej spra­wie od kilku gazet i cza­so­pism). Jak sam Pan zauważy, zain­te­re­so­wa­nie wyka­zuje nie tylko prasa zwią­zana z ryn­kiem powie­ści roman­tycz­nych. Stał się Pan roz­po­zna­walny rów­nież w krę­gach kul­tury maso­wej, o czym świad­czy sze­roki prze­krój tytu­łów pra­so­wych, które doma­gają się wywia­dów. Otrzy­ma­li­śmy zapy­ta­nia rów­nież od nie­któ­rych poran­nych pro­gra­mów tele­wi­zyj­nych. O ile w stu­diu nagrań należy sta­wić się oso­bi­ście, wywiadu dla prasy można udzie­lić przez tele­fon lub za pomocą Inter­netu, pod warun­kiem że korzy­sta Pan z tego ostat­niego medium. Czy posiada Pan w domu dostęp do Inter­netu? Jeśli tak, popro­si­ła­bym Pana o Pań­ski adres elek­tro­niczny. Zachę­cam Pana gorąco do zain­sta­lo­wa­nia komu­ni­ka­tora (na przy­kład Win­dows Mes­sen­gera lub podob­nego). Nie­któ­rzy ze współ­pra­cu­ją­cych z nami pisa­rzy korzy­stają wła­śnie z Mes­sen­gera, który oka­zał się spraw­nym narzę­dziem komu­ni­ka­cyj­nym - znacz­nie wygod­niej­szym i szyb­szym niż zwy­kła poczta.

W niniej­szym liście zawar­łam zale­d­wie część spraw, które chcia­ła­bym z Panem omó­wić. Bar­dzo pro­szę o jak naj­szyb­szy kon­takt tele­fo­niczny z redak­cją, w razie potrzeby pro­szę dzwo­nić na nasz koszt. Wysy­łam niniej­szy list kurie­rem.

Z wyra­zami sza­cunku,

Kate C. Leever Redak­torka Roun­dho­use Publi­shing Co., Inc. Nowy Jork, NY

1 sierp­nia

Sza­nowna Pani Leever.

Nie.

Z wyra­zami sza­cunku,

Lucern Arge­neau Toronto, Onta­rio

Rozdział 1

Roz­dział 1

Czwar­tek, 11 wrze­śnia

Rachel się uparła, że nie zamieszka w domu, w któ­rym stoi coś takiego - rze­kła Mar­gu­erite.

W odpo­wie­dzi Lucern burk­nął tylko coś nie­zro­zu­miale i posta­wił na piw­nicz­nej pod­ło­dze trumnę, którą zniósł tu razem z Bastie­nem, swoim młod­szym bra­tem. Wie­dział o awer­sji swej przy­szłej szwa­gierki - Etienne wyja­śnił mu wszystko w naj­drob­niej­szych szcze­gó­łach - i zgo­dził się prze­cho­wać u sie­bie ulu­bioną trumnę brata. Pra­gnąc uszczę­śli­wić narze­czoną, Etienne usu­nął maka­bryczny gadżet ze swo­jej pra­cowni, lecz przez sen­ty­ment nie był w sta­nie wywieźć go na wysy­pi­sko. Zakli­nał się, że naj­lep­sze pomy­sły przy­cho­dziły mu do głowy wła­śnie wtedy, gdy odpo­czy­wał w jej mrocz­nym zaci­szu. Etienne bywał eks­cen­tryczny. Czy ktoś inny sta­wiłby się z trumną na pró­bie gene­ral­nej wła­snego ślubu? Duchowny z prze­ra­żoną miną obser­wo­wał, jak trzej męż­czyźni tar­gają ją wspól­nymi siłami z fur­go­netki Etienne'a do bagaż­nika vana star­szego brata.

- Dzię­kuję za pomoc - powie­dział Etienne i wypro­sto­wał plecy.

Bastien wzru­szył ramio­nami.

- I tak nie zmie­ści­łaby się w twoim bmw. A poza tym - cią­gnął, gdy weszli na schody - wolę ją wozić niż prze­cho­wy­wać.

Lucern uśmiech­nął się pod nosem. Już dawno zre­zy­gno­wał z gosposi na stałe, a odwie­dza­jąca go raz w tygo­dniu ekipa sprzą­ta­jąca zaj­mo­wała się jedy­nie par­te­rem. Nie ma moż­li­wo­ści, że ktoś przy­pad­kowo nadzieje się na maka­bryczny mebel.

- Jak idą przy­go­to­wa­nia do ślubu? - zapy­tał, wcho­dząc za matką i Bastie­nem do kuchni. Zga­sił świa­tło w piw­nicy i zamknął za sobą drzwi. Nie było potrzeby włą­czać oświe­tle­nia kuchni; mały wyświe­tlacz na pie­kar­niku w zupeł­no­ści im wystar­czał.

- Naresz­cie koniec - rze­kła z ulgą Mar­gu­erite. - Mimo iż uro­czy­stość zapo­wie­dziano z nie­wiel­kim wyprze­dze­niem i pani Gar­rett wyra­ziła obawę, że jej rodzina może mieć trud­no­ści ze sta­wie­niem się w kom­ple­cie, szczę­śli­wie wszyst­kim uda się dotrzeć.

- Czy ona ma dużą rodzinę? - Lucern miał cichą nadzieję, że na ślu­bie Etienne'a będzie mniej Gar­ret­tów niż Hewit­tów na ślu­bie Lis­sianny. Przy­ję­cie weselne jego sio­stry i Gre­gory'ego Hewitta sta­no­wiło dla niego kosz­marne prze­ży­cie. Greg miał dużą rodzinę, w dodatku zdo­mi­no­waną przez kobiety. Więk­szość z nich była samotna i przez cały wie­czór te nie­szczę­sne har­pie poże­rały wzro­kiem wszyst­kich trzech braci: Lucerna, Bastiena i Etienne'a. Luc czuł się jak danie główne. I żywił głę­boką awer­sję wobec napa­stli­wych kobiet. W cza­sach, w któ­rych przy­szedł na świat i dora­stał, agre­sja sta­no­wiła domenę wyłącz­nie męż­czyzn, przed­sta­wi­cielki płci pięk­nej uśmie­chały się zaś potul­nie i znały swoje miej­sce. Lucern prze­siąkł duchem tam­tej epoki i wcale nie uśmie­chał mu się udział w kolej­nej towa­rzy­skiej kata­stro­fie. Wystar­czy chyba, że całe wesele Lis­sianny upły­nęło mu na opę­dza­niu się od natręt­nych kobiet?

Na szczę­ście Mar­gu­erite roz­wiała część obaw.

- Z tego, co wiem, raczej nie­wielką. W dodatku na liście gości prze­wa­żają męż­czyźni.

- Chwała Bogu! - ode­tchnął Bastien i posłał bratu poro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nie.

Lucern poki­wał głową.

- Etienne bar­dzo się dener­wuje?

- Co cie­kawe, ani tro­chę - rzekł Bastien z prze­ką­sem.

- Wręcz prze­ciw­nie. Wygląda, jakby się świet­nie bawił, i twier­dzi, że już nie może się docze­kać! Naj­wy­raź­niej jest z Rachel bar­dzo szczę­śliwy - dokoń­czył z zamy­śloną miną. Rów­nież Lucern żywił wobec ślu­bów mie­szane uczu­cia.

Rezy­gna­cja z wol­no­ści, nawet dla żony, była dla niego trudna do wyobra­że­nia. Sta­nął w progu kuchni i dopiero wtedy zauwa­żył Mar­gu­erite, prze­glą­da­jącą stertę kore­spon­den­cji na sto­liku w przed­po­koju.

- Luc, zale­gają tu listy sprzed kilku tygo­dni! Czy ty już w ogóle nie spraw­dzasz poczty?

- Jesz­cze cię to dziwi, mamo? Na tele­fony też nie odpo­wiada. Całe szczę­ście, że chce mu się jesz­cze otwie­rać drzwi!

Choć Bastien rzu­cił te uwagi żar­to­bli­wym tonem, Lucern dostrzegł zna­czącą wymianę spoj­rzeń mię­dzy bra­tem a matką. Mar­twili się o niego. Od zawsze był typem samot­nika, lecz ostat­nimi czasy coraz bar­dziej alie­no­wał się od świata. Rodzina z nie­po­ko­jem wyczu­wała, że życie powoli zaczyna go nużyć.

- Co jest w tym pudle?

- Nie mam poję­cia - przy­znał Lucern. Mar­gu­erite lek­kim ruchem pod­nio­sła paczkę ze sto­lika i potrzą­snęła nią ostroż­nie.

- To może warto zaj­rzeć? - zapy­tała znie­cier­pli­wiona. Lucern wywró­cił oczami. Mimo że miał na karku już kil­ka­set lat, matka zawsze wty­kała nos w jego sprawy i pró­bo­wała rzą­dzić. Już dawno prze­stał się z nią o to kłó­cić.

Wszel­kie próby per­swa­zji oka­zy­wały się bez­ce­lowe.

- W końcu to zro­bię - odmruk­nął. - Więk­szość prze­sy­łek to prze­cież głu­poty albo zwy­kłe zawra­ca­nie głowy.

- A to nie jest przy­pad­kiem list od two­jego wydawcy? Może być w nim coś waż­nego. W prze­ciw­nym razie nie wysy­łano by go kurie­rem.

Pod­czas gdy zacie­ka­wiona Mar­gu­erite obra­cała w dłoni kopertę opa­trzoną naklejką FedExu, Lucer­nowi wydłu­żyła się mina.

- To nic waż­nego. Redak­cja zadrę­cza mnie pyta­niami o spo­tka­nia autor­skie i chce mi zor­ga­ni­zo­wać tournée z pod­pi­sy­wa­niem ksią­żek.

- Edwin chce, żebyś pod­pi­sy­wał dla nich książki? - zdu­miała się Mar­gu­erite. - Myśla­łam, że dawno już pojął, że nie chcesz uczest­ni­czyć w żad­nej for­mie pro­mo­cji.

- To nie Edwin. - Lucerna wcale nie zdzi­wiło, że matka pamięta imię jego ostat­niego redak­tora. Tak, Mar­gu­erite miała dosko­nałą pamięć, a Lucern współ­pra­co­wał z Roun­dho­use Publi­shings od dzie­się­ciu lat i opo­wia­dał jej o tym wie­lo­krot­nie. Karierę pisar­ską roz­po­czął od ese­jów histo­rycz­nych, czy­ta­nych głów­nie przez stu­den­tów, któ­rzy doce­niali nie­zwy­kły auten­tyzm jego tek­stów i żywy język; zupeł­nie, jakby autor żył w opi­sy­wa­nych epo­kach. W przy­padku Lucerna rze­czy­wi­ście tak było, choć wie­dza o tym była udzia­łem zale­d­wie garstki osób.

Trzy ostat­nie powie­ści, w odróż­nie­niu od poprzed­nich, były sagą rodzinną. Pierw­sza opo­wia­dała o histo­rii miło­ści jego rodzi­ców, druga o namięt­nym roman­sie Lis­sianny z Gre­go­rym, jej nie­do­szłym tera­peutą i obec­nym mężem, naj­now­sza zaś, wydana zale­d­wie kilka tygo­dni temu, doty­czyła pery­pe­tii Rachel Gar­rett i Etienne'a. Lucern wcale nie zamie­rzał wcie­lać się w kro­ni­ka­rza, ale te powie­ści napi­sały mu się same, nie­mal przy­pad­kiem. Skoro zaś powstały, posta­no­wił je przed­sta­wić do druku. Niech przy­szłe poko­le­nia mają co wspo­mi­nać! Za pozwo­le­niem rodziny prze­ka­zał Edwi­nowi maszy­no­pisy, redak­tor zaś uznał je za rewe­la­cyjną bele­try­stykę i wypu­ścił na rynek. W ten spo­sób powstała seria "para­nor­mal­nych powie­ści roman­tycz­nych", które nie­ocze­ki­wa­nie przy­nio­sły Lucer­nowi popu­lar­ność. Autor czuł się skrę­po­wany zaist­niałą sytu­acją, więc z całych sił sta­rał się ją igno­ro­wać.

- Edwin nie jest już moim redak­to­rem - wyja­śnił. - Zmarł w zeszłym roku na atak serca. Sta­no­wi­sko prze­jęła jego asy­stentka i od tam­tej pory cały czas zawraca mi głowę. - Skrzy­wił się. - Chyba chce się mną posłu­żyć, żeby wyka­zać się w wydaw­nic­twie. Uparła się, że nakłoni mnie do spo­tkań z czy­tel­ni­kami i pro­mo­cji ksią­żek.

Bastien już otwie­rał usta, żeby wygło­sić sto­sowny komen­tarz, lecz w tej samej chwili roz­legł się war­kot sil­nika i na pod­jazd wto­czył się samo­chód. Lucern uchy­lił drzwi i bra­cia ze zdzi­wie­niem przy­glą­dali się par­ku­ją­cej przed domem tak­sówce.

- Ktoś pomy­lił adresy? - zapy­tał ostroż­nie Bastien.

Wie­dział, że Lucern rzadko miewa gości.

- Naj­wy­raź­niej - odparł gospo­darz.

Kie­rowca wysiadł z wozu i otwo­rzył tylne drzwi, w któ­rych poja­wiła się młoda kobieta. Lucern zmru­żył oczy.

- Kto to? - zapy­tał Bastien, wyglą­da­jący na zasko­czo­nego zaj­ściem bar­dziej niż brat.

- Nie mam poję­cia.

Tak­sów­karz wyjął z bagaż­nika nie­wielką walizkę oraz torbę podróżną.

- To pew­nie ta twoja pani redak­tor - pod­su­nęła Mar­gu­erite.

Lucern i Bastien popa­trzyli po sobie jak na komendę. Matka stała w kory­ta­rzu z otwartą kopertą z firmy kurier­skiej.

- Moja redak­torka? O czym ty mówisz? - Lucern pod­szedł do Mar­gu­erite i wyrwał jej list.

Matka zbyła mil­cze­niem nie­grzeczne zacho­wa­nie syna. Sta­nęła obok Bastiena i z zacie­ka­wie­niem zer­k­nęła na pod­jazd.

- Skoro kore­spon­den­cja mię­dzy wami prze­pływa powoli, a zain­te­re­so­wa­nie two­imi książ­kami rośnie, pani Kate C. Leever posta­no­wiła poroz­ma­wiać z tobą oso­bi­ście - oznaj­miła z roz­ba­wie­niem. - Wie­dział­byś o wszyst­kim, gdy­byś tylko otwie­rał wła­sne listy.

Lucern zmiął kopertę. Jej zawar­tość w skró­cie pod­su­mo­wała Mar­gu­erite, pomi­ja­jąc infor­ma­cję, że samo­lot

Kate C. Leever z Nowego Jorku ląduje o dwu­dzie­stej. Była dwu­dzie­sta trzy­dzie­ści. Naj­wy­raź­niej lot prze­biegł bez opóź­nień.

- Cał­kiem ładna, prawda? Nie­winne pyta­nie Mar­gu­erite, okra­szone deli­katną suge­stią into­na­cji, wystar­czyło, by wzbu­dzić nie­po­kój Lucerna. Jego matka, naj­wy­raź­niej roz­ocho­cona poprzed­nimi suk­ce­sami, przy­mie­rzała się do swa­ta­nia. Tak, jak od początku maczała palce w zna­jo­mo­ści Rachel i Etienne'a. I do czego to dopro­wa­dziło? Pro­szę, oto Etienne zagrze­bany po uszy w wirze wesel­nych przy­go­to­wań!

- Bastien, mama za chwilę zacznie się bawić w swatkę. Zawieź ją, pro­szę, do domu. Natych­miast! - zako­men­de­ro­wał Lucern. Gdy brat wybuch­nął śmie­chem, dodał: - Nie masz się z czego cie­szyć. Jak już skoń­czy ze mną, zabie­rze się za szu­ka­nie żony dla cie­bie.

Bastien od razu spo­waż­niał i wziął Mar­gu­erite pod ramię.

- Mamo, zbie­ramy się. To nie nasza sprawa.

- Oczy­wi­ście, że to moja sprawa - żach­nęła się Mar­gu­erite i oswo­bo­dziła rękę. - Szczę­śliwa przy­szłość moich dzieci to mój żywotny inte­res.

Bastien pod­jął nie­śmiałą próbę buntu.

- Nie rozu­miem, dla­czego naszło cię na to aku­rat teraz? Obaj mamy dobrze ponad czte­ry­sta lat. Skąd, po takim cza­sie, przy­szedł ci do głowy ten pomysł?

Mar­gu­erite przez chwilę roz­wa­żała odpo­wiedź.

- Dużo myśla­łam, odkąd zmarł wasz ojciec...

- Rany boskie! - prze­rwał jej Lucern i z ponurą miną pokrę­cił głową.

- Co ja takiego powie­dzia­łam?

- Od tego zaczęła się praca Lis­sianny w schro­ni­sku i jej zna­jo­mość z Gre­giem. Ojciec zmarł i zaczęła myśleć.

Bastien zro­bił poważną minę i poki­wał głową.

- Kobiety nie powinny myśleć.

- Bastien! - obu­rzyła się Mar­gu­erite.

- Mamo, spo­koj­nie, wiesz prze­cież, że się dro­czę - powie­dział pojed­naw­czo Bastien i wziął ją pod ramię. Tym razem nie pro­te­sto­wała i pozwo­liła wypro­wa­dzić się z domu.

- Ja za to mówi­łem serio! - krzyk­nął za nimi Lucern. Odpro­wa­dził oboje wzro­kiem do samo­chodu; na całym odcinku ścieżki matka robiła Bastie­nowi wymówki. Uśmiech­nął się pod nosem na widok ucie­mię­żo­nej miny brata. Dobrze wie­dział, że Mar­gu­erite nie da mu spo­koju przez całą drogę do domu i pra­wie zro­biło mu się go szkoda. Pra­wie.

Mina mu zrze­dła, gdy prze­niósł wzrok na blon­dynkę, domnie­maną redak­torkę. Mar­gu­erite prze­rwała poła­janki i przy­wi­tała się z nią ser­decz­nie. Lucern nad­sta­wiał ucha, jak mógł, lecz szybko uznał, że treść tej roz­mowy i tak go nie inte­re­suje.

Blon­dynka z uśmie­chem ski­nęła głową matce na poże­gna­nie, po czym wzięła bagaż i ruszyła w górę alejki. Lucern zamarł w drzwiach. Dobry Boże, ona chyba nie zamie­rza wpro­sić się na noc? W liście nie wspo­mniała, gdzie zamie­rza się zatrzy­mać. Pew­nie zna­la­zła jakiś hotel, bo prze­cież nie mogła zakła­dać, że on ją prze­no­cuje. Przy­je­chała pro­sto z lot­ni­ska i jesz­cze nie zdą­żyła zosta­wić bagażu, uspo­koił się w duchu i przyj­rzał się bli­żej nie­ocze­ki­wa­nemu gościowi. Kate C. Leever dorów­ny­wała wzro­stem Mar­gu­erite.

Na oko jakieś sto sześć­dzie­siąt cen­ty­me­trów. Była szczu­pła, zgrabna i miała dłu­gie blond włosy. Z tej odle­gło­ści wyda­wała się cał­kiem ładna. Jasno­nie­bie­ska gar­sonka spra­wiała, że pani Leever przy­po­mi­nała szklankę schło­dzo­nej wody. W sam raz na wyjąt­kowo cie­pły, wrze­śniowy wie­czór...

Miła wizja pry­sła, gdy redak­torka wnio­sła bagaż po schod­kach i zatrzy­mała się przed Lucer­nem z sze­ro­kim, szcze­rym uśmie­chem. W jej oczach bły­skały wesołe iskierki. - Dobry wie­czór. Nazy­wam się Kate Leever. Mam nadzieję, że otrzy­mał pan mój list. Prze­sła­nie cze­go­kol­wiek pocztą trwa całe wieki, a pan wciąż zapo­mi­nał prze­ka­zać mi numer tele­fonu, więc uzna­łam, że odwie­dzę pana oso­bi­ście i wspól­nie omó­wimy otwie­ra­jące się przed nami moż­li­wo­ści pro­mo­cji pań­skich ksią­żek. Wiem, że nie jest pan do końca prze­ko­nany, ale jestem pewna, że gdy przed­sta­wię panu wszyst­kie moż­liwe korzy­ści, prze­my­śli pan rzecz na nowo. Przez chwilę Lucern wpa­try­wał się w jej sze­roki uśmiech jak urze­czony, lecz szybko ock­nął się z zamy­śle­nia. Ma coś prze­my­śleć? Przy­le­ciała go prze­ko­ny­wać? Pro­sta sprawa.

Już wszystko prze­my­ślał. To była krótka piłka.

- Nie - powie­dział i zamknął drzwi.

Kate wpa­try­wała się z nie­do­wie­rza­niem w solidne, drew­niane skrzy­dło, za któ­rym znik­nął Lucern Arge­neau. Siłą woli powstrzy­mała się od krzyk­nię­cia ze zło­ści. Co za kawał nie­wy­cho­wa­nego, upar­tego, cham­skiego... Zapu­kała do drzwi. Nie­kul­tu­ral­nego...

Lucern otwo­rzył nie­mal od razu. Z god­nym pochwały reflek­sem Kate przy­wo­łała na twarz uśmiech rów­nie sze­roki, co fał­szywy, lecz nie­wiele bra­ko­wało, by na widok pisa­rza zrze­dła jej mina. Dopiero teraz zdą­żyła mu się przyj­rzeć bli­żej; wcze­śniej była zbyt zaab­sor­bo­wana wygła­sza­niem prze­mó­wie­nia, które obmy­śliła i prze­ćwi­czyła pod­czas lotu. Teraz jej misterny plan legł w gru­zach, ona sama zaś, nie wie­dząc, co ma dalej począć, po raz pierw­szy naprawdę spoj­rzała na Lucerna Arge­neau. Oka­zał się znacz­nie młod­szy, niż się spo­dzie­wała. Z tego, co wie­działa, pisał dla Edwina już od dobrych dzie­się­ciu lat, a wyglą­dał na naj­wy­żej trzy­dzie­ści trzy. Zatem został pro­fe­sjo­na­li­stą nie­wiele po dwu­dzie­stce!

I oka­zał się nie­zwy­kle przy­stojny. Włosy miał czarne jak nocne niebo, twarz szla­chetną, o zde­cy­do­wa­nych rysach, w świe­tle lampy nad pro­giem jego oczy lśniły zaś srebr­no­nie­bie­skim bla­skiem. Był wysoki i zdu­mie­wa­jąco dobrze zbu­do­wany jak na męż­czy­znę, który praw­do­po­dob­nie pro­wa­dzi sie­dzący tryb życia. Jego sze­ro­kie ramiona bar­dziej przy­wo­ły­wały na myśl syl­wetkę spor­towca, a nie inte­lek­tu­ali­sty. Kate była pod wra­że­niem. Nawet skrzy­wiona mina nie ujmo­wała mu uroku.

Na twa­rzy Kate, zupeł­nie natu­ral­nie i bez wysiłku, tym razem zago­ścił szczery uśmiech.

- To znowu ja. W podróży nie zdą­ży­łam zjeść, więc pomy­śla­łam, że może dałby się pan zapro­sić na kola­cję na koszt wydaw­nic­twa. I wtedy poroz­ma­wia­li­by­śmy o...

- Nie. Pro­szę znik­nąć z moich scho­dów. Razem z baga­żami. - Lucern Arge­neau ponow­nie zatrza­snął jej drzwi przed nosem.

- No pro­szę, powie­dział coś wię­cej niż "nie" - mruk­nęła do sie­bie Kate. - Potrafi wydu­sić z sie­bie całe zda­nie.

Z natury opty­mistka, posta­no­wiła uznać to za postęp, przy­wo­łała więc na twarz nieco przy­wię­dły, lecz nie­za­wodny uśmiech i zapu­kała ponow­nie. Gdy Lucern po raz trzeci poja­wił się w drzwiach, wyglą­dał już na poważ­nie zezłosz­czo­nego. Tym razem nawet nie otwo­rzył ust, tylko pyta­jąco uniósł brew.

Wypo­wie­dze­nie całego zda­nia Kate wzięła za dobry znak, ale cisza ozna­czała coś wręcz prze­ciw­nego. Redak­torka czym prę­dzej odgo­niła od sie­bie tę myśl i z pogod­nym uśmie­chem pod­jęła:

- Jeśli nie lubi pan cho­dzić do restau­ra­cji, mogę zamó­wić coś na wynos...

- Nie.

Lucern już się przy­mie­rzał do trza­śnię­cia drzwiami, lecz pięć lat życia w Nowym Jorku nauczyło Kate kilku pod­sta­wo­wych tri­ków nego­cja­cyj­nych. Szybko wsu­nęła stopę mię­dzy skrzy­dło a fra­mugę i w porę opa­no­wała gry­mas bólu.

Drzwi odbiły się od jej stopy.

- Jeśli nie ma pan ochoty na jedze­nie z restau­ra­cji, mogę wysko­czyć po zakupy i ugo­to­wać panu coś, co pan lubi - zapro­po­no­wała, zanim zdą­żył sko­men­to­wać jej manewr.

- A póź­niej, przy miłym posiłku, posta­ram się roz­wiać wszel­kie pań­skie obawy zwią­zane z tournée.

Lucer­nowi nie spodo­bało się zało­że­nie, które usły­szał w ostat­nim zda­niu.

- Niczego się nie oba­wiam - rzekł krótko.

- Rozu­miem - odparła Kate z powąt­pie­wa­niem w gło­sie. W razie potrzeby była gotowa posu­nąć się do mani­pu­la­cji, cze­kała więc cier­pli­wie ze stopą uwię­zioną mię­dzy drzwiami a fra­mugą i miała nadzieję, że nie spra­wia wra­że­nia despe­ratki. Czuła, że powoli prze­staje pano­wać nad mimiką i wkrótce maskę spo­koju dia­bli wezmą.

Lucern wydął usta i zasta­no­wił się przez chwilę. Sądząc po minie, wła­śnie prze­li­cza mój wzrost na roz­miar trumny, w któ­rej zako­pie mnie w ogródku, kiedy wresz­cie się mnie pozbę­dzie, pomy­ślała Kate. Ode­tchnęła głę­boko i przy­wo­łała się do porządku. Jako asy­stentka Edwina współ­pra­cuje z tym męż­czy­zną od lat. Od bli­sko roku jest jego główną redak­torką, a mimo to nie wie o nim wiele. Cza­sami, w przy­pły­wie zło­śli­wo­ści, zasta­na­wiała się, jakim jej pod­opieczny jest czło­wie­kiem. Romanse pisy­wały prze­waż­nie kobiety, Lucern Arge­neau, publi­ku­jący pod pseu­do­ni­mem Luke Ami­rault, był zaś w wydaw­nic­twie rodzyn­kiem. Jacy męż­czyźni pisują roman­tyczne powie­ści? W dodatku z wam­pi­rami w roli głów­nej? Na pewno jest homo­sek­su­ali­stą... Albo dzi­wa­kiem. Jak do tej pory, jego zacho­wa­nie wska­zy­wało raczej na to dru­gie. Wyglą­dał jak skrzy­żo­wa­nie eks­cen­tryka z mania­kal­nym mor­dercą.

- Mnie­mam, że nie zamie­rza pani się wynieść? - zapy­tał wresz­cie.

Kate się zasta­no­wiła. Jeśli odpo­wie mu teraz zde­cy­do­wa­nym "nie", męż­czy­zna naj­pew­niej wpu­ści ją wresz­cie do środka. Ale czy na pewno tego chciała? A jeśli ją po cichu zaszlach­tuje i jej nazwi­sko trafi jutro na nagłówki wszyst­kich gazet?

Szybko prze­go­niła te gro­te­skowe myśli, wypro­sto­wała plecy i odparła zde­cy­do­wa­nie:

- Panie Arge­neau, przy­le­cia­łam tu spe­cjal­nie z Nowego Jorku. Nie­zwy­kle zależy mi na roz­mo­wie z panem. Jestem pań­ską redak­torką i sądzę, że powi­nien mnie pan przy­naj­mniej wpu­ścić i wysłu­chać. - Pod­kre­śliła swoje sta­no­wi­sko, na wypa­dek, gdyby ten detal umknął roz­mówcy. Nie­kiedy argu­ment ten oka­zy­wał się sku­teczny w nego­cja­cjach z pisa­rzami, choć pan Arge­neau spra­wiał wra­że­nie nie­wzru­szo­nego. Kate nie wie­działa, co jesz­cze mogłaby dodać, więc stała tylko w drzwiach w ocze­ki­wa­niu na odpo­wiedź. Na próżno. Lucern stęk­nął ciężko, po czym odwró­cił się do niej ple­cami i znik­nął w mroku kory­ta­rza.

Zmie­szana Kate patrzyła na ciemny przed­po­kój. Tym razem gospo­darz nie zatrza­snął jej drzwi przed nosem. To chyba dobry znak? Czy powinna uznać to za zapro­sze­nie? Dźwi­gnęła z ziemi walizkę i torbę podróżną i prze­kro­czyła próg domu. Był letni wie­czór i choć powoli robiło się chłodno, powie­trze wciąż było nagrzane po cie­płym dniu. Za to w przed­po­koju powi­tał ją ziąb. Kate odru­chowo zamknęła za sobą drzwi i dała oczom chwilę na oswo­je­nie się z mro­kiem. Wnę­trze domu było ciemne i ponure, bo Lucern Arge­neau nie raczył włą­czyć w kory­ta­rzu choćby sła­bego oświe­tle­nia; drogę wska­zy­wała Kate smużka sącząca się zza uchy­lo­nych drzwi po prze­ciw­nej stro­nie, zbyt szara i nie­wy­raźna, by jej źró­dłem mógł być żyran­dol lub lampa. Dziew­czyna wcale nie była pewna, że zapro­wa­dzi ją ona do Lucerna Arge­neau, lecz świa­tełko sta­no­wiło jedyną wska­zówkę. I fakt, że gospo­darz odda­lił się wła­śnie w tam­tym kie­runku.

Kate posta­wiła bagaże przy wej­ściu i ostroż­nie ruszyła w stronę bla­dej poświaty. Mogłaby przy­siąc, że kory­tarz nagle wydłu­żył się dwu­krot­nie. Nie wie­działa, czy po dro­dze powinna uwa­żać na meble lub inne prze­szkody, bo zamknęła drzwi wej­ściowe, zanim zdą­żyła się dobrze rozej­rzeć. Pozo­sta­wała tylko nadzieja, że w kory­tarzu nie stoi nic, o co mogłaby się potknąć.

Lucern przy­sta­nął pośrodku kuchni i rozej­rzał się dokoła; pomiesz­cze­nie roz­ja­śniał jedy­nie blady pobrzask zmierz­chu. A on nie wie­dział, jak się zacho­wać. Nie podej­mo­wał gości już od dobrych kil­ku­set lat. Jak się z nimi postę­po­wało? Przez chwilę zasta­na­wiał się gorącz­kowo, po czym pod­szedł do kuchenki, zdjął czaj­nik z pal­nika i napeł­nił go wodą. Usta­wił z powro­tem na pły­cie, włą­czył gaz, zna­lazł imbry­czek, kilka tore­bek z her­batą i pełną cukier­nicę. Pośpiesz­nie i byle jak usta­wił zna­le­zi­ska na tacy.

Posta­no­wił pod­jąć Kate C. Leever her­batą i wypro­sić ją z domu, jak tylko opróż­nią imbry­czek.

Ssa­nie w brzu­chu zawio­dło go w oko­lice lodówki. Uchy­lił drzwi i mroczną kuch­nię roz­ja­śniło łagodne świa­tło. Lucern zamru­gał. Gdy jego oczy przy­zwy­cza­iły się już do bla­sku, pochy­lił się i się­gnął po jedną z dwóch ostat­nich tore­bek z krwią, leżą­cych samot­nie na środ­ko­wej półce. Lucern nie nale­żał do sma­ko­szy. Odkąd zmarła jego ostat­nia gospo­sia, lodówka i zamra­żarka świe­ciły pust­kami.

Nie rozej­rzał się nawet za szklanką, tylko - wciąż nachy­lony nad lodówką - nadział torebkę pro­sto na kły i zaczął bły­ska­wicz­nie chło­nąć chłodną prze­ką­skę. Od razu popra­wił mu się humor. Cóż, męż­czy­zna głodny to męż­czy­zna marudny.

- Panie Arge­neau?

Zasko­czony Lucern szarp­nął się i nie­chcący roze­rwał kłem torebkę. Czer­wona maź try­snęła zim­nym stru­mie­niem, zale­wa­jąc jego twarz i włosy. Odru­chowo wypro­sto­wał się i ude­rzył głową w zamra­żarkę. Klnąc szpet­nie, cisnął zmar­no­waną por­cję w głąb lodówki i jedną ręką chwy­cił się za głowę, a drugą trza­snął drzwicz­kami.

Kate Leever bły­ska­wicz­nie zna­la­zła się u jego boku. - O rety! Prze­pra­szam! Tak mi głu­pio! Ojej! - wykrzyk­nęła na widok ście­ka­ją­cej mu po gło­wie posoki. - O Boże! Ska­le­czy­łeś się! I to bar­dzo!

Lucern ostatni raz widział podob­nie prze­ra­żoną minę za daw­nych, dobrych cza­sów, gdy posi­łek wią­zał się z wgry­za­niem się w miękką i cie­płą ludzką szyję, a nie szyb­kim wrzu­ce­niem na ząb cze­goś z lodówki.

Kate Leever się opa­no­wała. Wzięła Lucerna pod ramię i posa­dziła przy kuchen­nym stole.

- Niech pan lepiej usią­dzie. Pan bar­dzo krwawi.

- Wszystko w porządku - mruk­nął. Prze­jęta dziew­czyna dzia­łała mu na nerwy. Jeśli okaże mu sym­pa­tię i tro­skę, jesz­cze gotów poczuć się zobo­wią­zany.

- Gdzie pan ma tele­fon? - Kate odwró­ciła się na pię­cie i rozej­rzała po kuchni.

- A po co nam tele­fon? - spy­tał z nadzieją w gło­sie. Może dziew­czyna zamówi sobie tak­sówkę i wresz­cie da mu spo­kój?

Odpo­wiedź szybko spro­wa­dziła go na zie­mię.

- Chcę wezwać pogo­to­wie. Pan się poważ­nie ska­le­czył.

W głowę.

Na jej twa­rzy wid­niało prze­ra­że­nie. Lucern popa­trzył po sobie. Miał obry­zganą krwią koszulę i czuł, że po policz­kach spływa mu zimny płyn. Ostry, ciężki i lekko meta­liczny zapach krwi ude­rzył w jego noz­drza. Odru­chowo obli­zał wargi i dopiero w tej chwili dotarł do niego sens ostat­nich słów Kate. Wypro­sto­wał się. Domnie­mana rana głowy oszczę­dzi mu wielu wyja­śnień, lecz wycieczka do szpi­tala nie wcho­dzi w grę.

- Ale ja się dobrze czuję i nie potrze­buję leka­rza - oznaj­mił sta­now­czo.

- Jak to? - Spoj­rzała z nie­do­wie­rza­niem. - Prze­cież tu wszę­dzie jest pełno krwi! Pan się naprawdę poważ­nie ska­le­czył.

- Rany głowy zawsze wywo­łują duży krwo­tok. - Mach­nął lek­ce­wa­żąco dło­nią, wstał z krze­sła i pochy­lił się nad zle­wem. Jeśli szybko się nie umyje, nie wytrzyma i obliże resztki posoki z dłoni i rąk, aż po łok­cie, nie­chyb­nie wywo­łując tym napad histe­rii Kate. Kilka łyków, które zdą­żył wypić przed jej wtar­gnię­ciem do kuchni, tylko podraż­niło jego ape­tyt.

- Może i tak, ale to, co się tutaj dzieje...

Dziew­czyna nie­ocze­ki­wa­nie wyro­sła obok niego i wzięty z zasko­cze­nia Lucern nie­opatrz­nie pozwo­lił jej obma­cać swoją głowę. Otrzeź­wiły go dopiero słowa.

- Dziwne. Nie widzę...

Szybko wykrę­cił się spod dłoni dziew­czyny i pochy­lił nad zle­wem. Wło­żył głowę pod wodę, żeby unie­moż­li­wić dal­sze oglę­dziny.

- Wszystko w porządku. Rany szybko się na mnie goją - rzu­cił spod chla­pią­cego stru­mie­nia.

Kate Leever nie sko­men­to­wała ostat­niego zda­nia, lecz Lucern poczuł na ple­cach jej świ­dru­jący wzrok. Po chwili pode­szła doń, a gdy znów usi­ło­wała zba­dać jego głowę, poczuł cie­pło jej ciała.

I doznał chwi­lo­wego para­liżu. Bli­skość, cie­pło, słodki zapach... Na moment zapo­mniał nawet o gło­dzie. Zamiast woni krwi pul­su­ją­cej w jej żyłach wyczu­wał nuty piżma i kwia­tów, a obok jej natu­ralny zapach. Mie­szanka ude­rzyła mu do głowy i ode­brała jasność myśle­nia. Kate ponow­nie prze­cze­sała pal­cami mokre włosy w poszu­ki­wa­niu nie­ist­nie­ją­cej rany, a Luc pod­sko­czył, pró­bu­jąc się wyrwać, i z całej siły nadział się tyłem głowy na kurek. Prze­szył go doj­mu­jący ból, zimna woda roz­bry­zgnęła się na wszyst­kie strony, a Kate z piskiem odsko­czyła do tyłu.

Lucern zaklął, wyswo­bo­dził się spod kranu i zła­pał pierw­szą kuchenną szmatę, która nawi­nęła się pod rękę. Okrę­cił ją wokół mokrej głowy, wypro­sto­wał się i wska­zał pal­cem na drzwi.

- Wyjdź z mojej kuchni! Natych­miast!

Kate C. Leever zamru­gała, zasko­czona tym nagłym ata­kiem zło­ści. Szybko jed­nak opa­no­wała się i sta­nęła pro­sto.

- Potrze­buje pan leka­rza - oznaj­miła sta­now­czo.

- Nie.

Oczy dziew­czyny zwę­ziły się groź­nie.

- Czy to jedyne słowo, jakie pan zna?

- Nie.

Wznio­sła dło­nie do nieba, po czym pozwo­liła im opaść bez­wład­nie, jak gdyby uspo­ko­jona nagłą myślą. Lucern nabrał jak naj­gor­szych podej­rzeń.

Kate C. Leever z uśmie­chem wło­żyła dwie torebki do imbryczka.

- To prze­są­dza sprawę - rze­kła wresz­cie.

- Jaką sprawę? - zapy­tał, przy­glą­da­jąc się podejrz­li­wie, jak redak­torka zalewa her­batę wrząt­kiem.

Kate łagod­nie wzru­szyła ramio­nami i odsta­wiła czaj­nik na kuchenkę.

- Po roz­mo­wie z panem pla­no­wa­łam zamel­do­wać się w hotelu, ale skoro po poważ­nym ura­zie głowy odma­wia pan pój­ścia do szpi­tala... - Spoj­rzała na niego i unio­sła brew. - Nie zmie­nił pan zda­nia?

- Nie.

Ski­nęła głową i się­gnęła po pokrywkę. Por­ce­la­nowe naczy­nie brzęk­nęło trium­fal­nie.

- W tej sytu­acji nie mogę zosta­wić tu pana samego - oświad­czyła. - Urazy głowy potra­fią być zwod­ni­cze. Dla pań­skiego dobra zostaję na noc.

Lucern już otwie­rał usta, by wybić jej z głowy ten pomysł, gdy Kate odwró­ciła się gwał­tow­nie i się­gnęła do drzwi lodówki.

- Lubi pan her­batę z mle­kiem?

Mając w pamięci roze­rwaną torebkę z krwią, Lucern rzu­cił się naprzód i zagro­dził drogę.

- Nie!

Dziew­czyna przy­glą­dała mu się z otwar­tymi ustami, aż pojął, że zastygł mię­dzy nią a lodówką w dra­ma­tycz­nej pozie, z sze­roko roz­po­star­tymi ramio­nami. Szybko opu­ścił dło­nie, skrzy­żo­wał nogi w kost­kach i z pozorną dezyn­wol­turą oparł się o drzwiczki. Zer­k­nął na Kate. Redak­torka zamknęła usta.

- Bo ja chęt­nie napi­ła­bym się her­baty z mle­kiem - rze­kła nie­pew­nie. - O ile ma pan mleko...

- Nie.

Kate, zmar­twiona, powoli poki­wała głową. Unio­sła dłoń i przy­ło­żyła ją Lucer­nowi do czoła, by spraw­dzić, czy nie ma gorączki. Znów poczuł jej zapach. Dzia­łał dziw­nie odprę­ża­jąco...

- Na pewno nie chce pan jechać do szpi­tala? - upew­niała się. - Dziw­nie się pan zacho­wuje, a ura­zów głowy nie należy lek­ce­wa­żyć.

- Nie.

Ku wła­snemu zasko­cze­niu, Luc wypo­wie­dział ostat­nie słowo nie­zwy­kle niskim gło­sem. Jesz­cze bar­dziej zanie­po­koił go uśmiech i figlarne stwier­dze­nie Kate:

- Czemu wcale mnie to nie dziwi?

Odru­chowo chciał się odwza­jem­nić, powstrzy­mał się jed­nak w ostat­niej chwili i tylko skrzy­wił z nie­sma­kiem, wyrzu­ca­jąc sobie w duchu moment sła­bo­ści. Kate C. Leever, jego redak­torka, choć oka­zuje mu dużo sym­pa­tii, przy­je­chała tu przede wszyst­kim w inte­re­sach. Lepiej o tym nie zapo­mi­nać.

- Może napi­jemy się her­baty, zanim wysty­gnie?

Lucern prze­rwał roz­my­śla­nia, a Kate zabrała tacę ze stołu i ruszyła w kie­runku kory­ta­rza.

- Pro­po­nuję prze­nieść się do salonu, tam zapewne można będzie wygod­nie usiąść. Pan się naprawdę mocno ude­rzył - dodała, pod­pie­ra­jąc bio­drem drzwi.

Luc już miał ruszyć za gościem, gdy w pół kroku zmie­nił zda­nie i spoj­rzał łako­mym wzro­kiem na lodówkę. W środku została jesz­cze jedna torebka z krwią. Ostat­nia. Naj­bliż­szej dostawy mógł się spo­dzie­wać dopiero jutro w nocy. Lucern czuł głód i osła­bie­nie. Zapewne z tego wła­śnie powodu zabra­kło mu sta­now­czo­ści w nego­cja­cjach z napie­ra­jącą jak burza i nie­ustę­pliwą Kate C. Leever. Łyk­nie sobie teraz odro­binę krwi, co na pewno doda mu sił w zbli­ża­ją­cej się roz­mo­wie. Wycią­gnął dłoń w kie­runku drzwi­czek...

- Lucern?

Zastygł w pół gestu i spiął się cały. Czemu nagle prze­stała się do niego zwra­cać "panie Arge­neau"? Dla­czego jego imię zabrzmiało tak sek­sow­nie w jej ustach? Musiał natych­miast coś zjeść. Otwo­rzył lodówkę i się­gnął po torebkę.

- Lucern?

Tym razem w gło­sie dziew­czyny zabrzmiał nie­po­kój. Luc usły­szał kroki w kory­ta­rzu. A niech to, wraca! Na pewno się wystra­szyła, że zemdlał.

Zaklął pod nosem i ze zło­ścią zatrza­snął lodówkę. Kolejna krwawa kata­strofa byłaby przy­sło­wio­wym gwoź­dziem do trumny. Już i tak przy­spo­rzył sobie wystar­cza­jąco kło­po­tów, łącz­nie z obec­no­ścią tej kobiety w jego domu. W nocy! Chciał jej wybić ten pomysł z głowy, gdy tylko go zwer­ba­li­zo­wała, lecz roz­pro­szył go nie­spo­dzie­wany zwrot Kate w kie­runku lodówki. Niech to szlag!

Cóż, za chwilę wszystko jej wyja­śni. Prę­dzej sczeź­nie, niż pozwoli jej tu zostać, by zanu­dzała go zachę­tami do wzię­cia udziału w kam­pa­nii pro­mo­cyj­nej. Wystar­czy tego dobrego. Teraz już będzie sta­now­czy. Wręcz okrutny, jeśli zaj­dzie potrzeba.

I nie zgo­dzi się, by Kate zano­co­wała!

Lucern usi­ło­wał pozbyć się nie­pro­szo­nego gościa, lecz Kate C. Leever z zacię­ciem bul­doga trwała w swoim posta­no­wie­niu. Bul­doga? Nie, to nie­do­bre porów­na­nie. Dziew­czyna koja­rzyła mu się raczej z terie­rem. Uwie­szo­nym jego ramie­nia, słod­kim blond terie­rem, który za żadne skarby nie zamie­rzał wypu­ścić go z zębów. W przy­pły­wie zło­ści Luc kilka razy miał szczerą ochotę ude­rzyć pie­skiem o ścianę, gdyż kom­plet­nie nie miał poję­cia, jak się go pozbyć.

Sytu­acja go prze­ro­sła. Choć żył na tym świe­cie od ład­nych kil­ku­set lat, ni­gdy jesz­cze nie przy­szło mu sta­wić czoła cze­muś podob­nemu. W jego mnie­ma­niu śmier­tel­nicy byli jedy­nie źró­dłem zamętu i kło­po­tów. Zwłasz­cza kobiety. Ni­gdy nie potra­fił spraw­nie sobie z nimi radzić. Ileż to już razy zda­rzyło mu się tra­fić na damę w tara­pa­tach, która w ułamku sekundy sta­wiała całe jego życie na gło­wie? I zanim się obej­rzał, już brał z jej powodu udział w walce, poje­dynku czy wręcz w woj­nie. Oczy­wi­ście, zawsze wycho­dził z poty­czek zwy­cię­sko i w bla­sku chwały, lecz... ni­gdy nie uda­wało mu się zdo­być upra­gnio­nej kobiety. Wysi­łek i zaan­ga­żo­wa­nie szły na marne, a Lucer­nowi pozo­sta­wało tylko przy­glą­dać się, jak femme fatale odcho­dzi w ramiona innego.

Obecna sytu­acja sta­no­wiła dokładne zaprze­cze­nie jego dotych­cza­so­wych doświad­czeń. Kate C. Leever, pani redak­tor, wcale nie była damą w opa­łach. Wręcz prze­ciw­nie, uwa­żała, że to on ma kło­poty. Zosta­wała z nim "dla jego wła­snego dobra". Wyda­wało się jej, że oto wyświad­cza mu przy­sługę, a gdyby zasnął, zamie­rzała "budzić go co godzina, żeby spraw­dzić, czy wszystko w porządku". Oznaj­miła to, led­wie usie­dli w salo­nie, po czym wyjęła z imbryczka torebki z her­batą i nalała im po fili­żance.

Lucern przy­pa­try­wał się jej z nie­do­wie­rza­niem. Nie potrze­bo­wał pomocy. Ude­rze­nie nie było silne, a nawet gdyby odniósł poważną ranę, jego ciało zre­ge­ne­ro­wa­łoby się bły­ska­wicz­nie. Natu­ral­nie, nie mógł się z tym zdra­dzić przed Kate. Zebrał się w sobie.

- Nie potrze­buję pani pomocy, panno Leever - powie­dział sta­now­czo. - Sam potra­fię o sie­bie zadbać.

Kate poki­wała głową, wypiła łyczek her­baty, po czym uśmiech­nęła się wesoło.

- Pew­nie wzię­ła­bym twoje słowa bar­dziej serio, gdy­byś nie miał aku­rat na gło­wie deko­ra­cyj­nej, choć strasz­li­wie pochla­pa­nej krwią kuchen­nej ścierki w kwiatki - odparła. - W dodatku zawią­za­nej jak tur­ban.

Prze­ra­żony Lucern poma­cał się po gło­wie. Fak­tycz­nie, na śmierć zapo­mniał o ścierce! Zaczął ją roz­wi­jać.

- Zostaw! Pasuje ci, a poza tym dużo mniej mnie w niej onie­śmie­lasz.

Luc mruk­nął z iry­ta­cją i gwał­tow­nie zerwał z głowy ście­reczkę.

- Co ozna­czał ten pomruk? - zapy­tała Kate i sze­roko otwo­rzyła oczy. - Co to było? Dobrze sły­sza­łam.

- Wcale nie.

- I ow­szem. - Uśmiech­nęła się sze­roko. Wyglą­dała na zado­wo­loną. - Ach, wy męż­czyźni! Jeste­ście naprawdę słodcy.

A Lucern pojął, że bitwa jest prze­grana. Żad­nym argu­men­tem nie prze­kona jej, żeby sobie poszła.

Chyba że przej­mie kon­trolę nad jej myślami... Zazwy­czaj uni­kał posu­wa­nia się do mani­pu­la­cji i nie korzy­stał z tele­pa­tii już od dłuż­szego czasu. Odkąd jego rodzina zarzu­ciła polo­wa­nia na śmier­tel­ni­ków na rzecz żywie­nia się w banku krwi, umie­jęt­ność ta przy­da­wała mu się coraz rza­dziej. Jed­nak sytu­acja wyma­gała rady­kal­nych środ­ków.

Spoj­rzał na Kate, która wła­śnie pod­no­siła fili­żankę do ust, i spró­bo­wał wedrzeć się w jej myśli. Ku swemu zasko­cze­niu nadział się na szczelny mur. Nie miał dostępu do głowy redak­torki, zupeł­nie jakby jej myśli ota­czała nie­wi­dzialna bariera. Mimo to kil­ku­krot­nie pono­wił próbę.

Kolejne nie­po­wo­dze­nia sfru­stro­wały go bar­dziej, niż się spo­dzie­wał.

Pod­dał się, dopiero gdy Kate prze­rwała ciszę i nawią­zała do powodu wizyty.

- Może przej­dziemy do kwe­stii spo­tkań autor­skich? Lucern pod­sko­czył, jakby dziew­czyna dźgnęła go roz­ża­rzo­nym prę­tem. Porzu­cił próby przedar­cia się przez jej myśli i zerwał na równe nogi.

- W tym domu są trzy pokoje gościnne. Wszyst­kie na górze, na lewo od scho­dów. Moja sypial­nia i gabi­net są po pra­wej stro­nie i nie życzę sobie, żebyś do nich zaglą­dała. Wybierz sobie coś z pozo­sta­łych pomiesz­czeń.

W pośpie­chu opu­ścił pole walki i pognał do kuchni. Jedną noc wytrzy­mam, pomy­ślał. Gdy rano Kate się upewni, że nic mi nie jest, poje­dzie sobie. Już moja w tym głowa.

Luc sta­rał się zapo­mnieć, że był rów­nie zde­ter­mi­no­wany i pewny swego, gdy pla­no­wał wypro­sze­nie Kate zaraz po wypi­ciu her­baty. Wyjął z szafki szklankę i się­gnął do lodówki po ostat­nią torebkę z krwią. Sta­nął nad zle­wem i zaczął nale­wać sobie kola­cję. Może zdąży wypić choć pół szklanki...

Płonne nadzieje. Led­wie prze­chy­lił otwartą torebkę nad szklanką, drzwi do kuchni sta­nęły otwo­rem.

- Czy w oko­licy jest cało­do­bowy sklep spo­żyw­czy? Lucern się odwró­cił, wypusz­cza­jąc z rąk i szklankę, i torebkę. Naczy­nie z brzę­kiem roz­trza­skało się o dno zlewu. Męż­czy­zna skrzy­wił się, widząc, jak jego kola­cja bez­pow­rot­nie znika w odpły­wie.

- Prze­pra­szam, nie chcia­łam ci prze­szka­dzać... - prze­rwała Kate, gdy ruchem dłoni zatrzy­mał ją w progu.

- Nic... - zaczął, po czym dokoń­czył zre­zy­gno­wany:

- O co pyta­łaś?

Nie był w sta­nie się sku­pić. Słodki, meta­liczny zapach roz­lał się w powie­trzu, choć naj­praw­do­po­dob­niej nie dotarł do dziew­czyny, która stała po dru­giej stro­nie pomiesz­cze­nia. Nie­po­ko­jąca woń roz­pra­szała Lucerna, a jesz­cze bar­dziej roz­pra­szał go przy­kry odgłos krwi kapią­cej wprost do odpływu. Żegnaj, kola­cjo! Żegnaj, ostat­nia torebko!

W gło­wie koła­tało mu tylko jedno słowo. NIE. Żołą­dek skrę­cał się z głodu. W tych oko­licz­no­ściach Luc ode­brał wypo­wiedź Kate C. Leever jako nie­zro­zu­miałą papla­ninę. Redak­torka pode­szła do lodówki i zaj­rzała do środka, lecz tym razem Lucern jej nie powstrzy­my­wał. Nie licząc resz­tek krwi z poprzed­niej torebki, lodówka była kom­plet­nie pusta. Z całych sił spró­bo­wał się sku­pić na jej sło­wach - im szyb­ciej jej odpo­wie, tym wię­cej ura­tuje z kola­cji. Mimo wysił­ków, docie­rały do niego tylko poje­dyn­cze sfor­mu­ło­wa­nia.

- Bla, bla, bla... nie jadłam od śnia­da­nia. Bla bla bla... rze­czy­wi­ście, nic nie masz w lodówce. Bla bla bla... zakupy? Po into­na­cji ostat­niego zda­nia Lucern domy­ślił się, że dziew­czyna zadała pyta­nie. Nie był pewien, o co dokład­nie jej cho­dzi, lecz czuł, że kolejne "nie" mogłoby spro­wo­ko­wać kłót­nię.

- Tak - wypa­lił w ciemno, w nadziei, że w ten spo­sób choć na chwilę pozbę­dzie się natręta. Ulżyło mu nie­wy­mow­nie, gdy Kate z zado­wo­loną miną otwo­rzyła drzwi na kory­tarz.

- Bla, bla, bla... wybiorę pokój.

Zapach krwi w powie­trzu był tak ciężki, że Luc nie­mal czuł na języku jej smak.

- Bla, bla, bla... założę coś wygod­niej­szego. Lucern skrę­cał się z głodu.

Jak tylko za Kate trza­snęły drzwi, rzu­cił się z powro­tem nad zlew i zawył z roz­pa­czy. Torebka była nie­mal pusta. Zde­spe­ro­wany pod­niósł ją do ust i zgniótł, pró­bu­jąc wyci­snąć ostat­nich kilka kro­pel. Udało mu się utło­czyć dosłow­nie trzy, po czym pod­dał się i z obrzy­dze­niem wyrzu­cił pla­stik do śmieci. O ile wcze­śniej miał wąt­pli­wo­ści, o tyle teraz jed­nej rze­czy był pewien. Pobyt Kate C. Leever zamieni jego życie w pie­kło. Prze­czu­wał to i kropka.

I na co on się w zasa­dzie zgo­dził?

Rozdział 2

Roz­dział 2

Zakupy!

Kate się roze­śmiała, gdy Lucern jęk­nął jak potę­pie­niec na progu cało­do­bo­wego sklepu. Odkąd wyszli z domu, postę­ki­wa­niom i uty­ski­wa­niom nie było końca. Już zamy­ka­jąc drzwi, kilka razy powtó­rzył słowo "zakupy", z nie­do­wie­rza­niem, jakby zdzi­wiony, że dobro­wol­nie przy­stał na tę wyprawę. Gdy jechali przez oko­licę w jego bmw, kon­ster­na­cja prze­szła w obu­rze­nie. Zupeł­nie jakby ten czło­wiek ni­gdy nie cho­dził po skle­pach! Z dru­giej strony, sądząc po pust­kach w lodówce i szaf­kach, chyba rze­czy­wi­ście tak było. Uwagę Kate o braku pod­sta­wo­wych pro­duk­tów spo­żyw­czych w domu skwi­to­wał mruk­nię­ciem o trud­no­ściach ze zna­le­zie­niem pomocy domo­wej. Naj­praw­do­po­dob­niej prze­waż­nie sto­ło­wał się na mie­ście.

Kate wolała nie pytać, co stało się z poprzed­nią gospo­sią. Oso­bo­wość Lucerna mówiła sama za sie­bie. Bie­daczka zapewne zło­żyła wymó­wie­nie. A przy­naj­mniej tak postą­pi­łaby Kate.

Pode­szli do rzędu pustych wóz­ków. Dziew­czyna się­gnęła po pierw­szy z brzegu, lecz Lucern burk­nął coś pod nosem (rów­nie dobrze mogło to być "pozwól", jak i "zejdź mi z drogi") i sam wycią­gnął wózek.

Z doświad­cze­nia Kate wyni­kało, że męż­czyźni lubią pro­wa­dzić wszel­kie pojazdy: od samo­cho­dów przez wózki gol­fowe po wózki w skle­pie. Podej­rze­wała, że ma to zwią­zek z ich potrzebą spra­wo­wa­nia kon­troli, lecz posta­no­wiła nie pro­te­sto­wać. Niech mu tam, ona będzie wybie­rać pro­dukty.

Popro­wa­dziła ich do działu z nabia­łem, opra­co­wu­jąc w gło­wie listę zaku­pów. Muszą koniecz­nie zadbać o zapas warzyw i owo­ców dla Lucerna. Mimo impo­nu­ją­cej postawy i musku­la­tury, ten męż­czy­zna jest zde­cy­do­wa­nie zbyt blady. To na pewno przez nie­do­bór zie­le­niny!

Może poprawi mu się od niej humor?

Lucern potrze­bo­wał krwi. Wokół niej krą­żyły wszyst­kie jego myśli, gdy posłusz­nie podą­żał za Kate C. Leever przez działy z nabia­łem, mro­żon­kami i kawą. Sterta zaku­pów w wózku rosła szybko. Dziew­czyna zdą­żyła już wrzu­cić do kosza roz­ma­ite jogurty, sery, jajka i górę mro­żo­nych dań. Zatrzy­mała się na dłu­żej przed półką z kawą, prze­glą­da­jąc opa­ko­wa­nia, po czym odwró­ciła się do Lucerna.

- Masz jakąś ulu­bioną markę? - zapy­tała. Spoj­rzał nie­przy­tom­nie.

- Markę?

- Kawy? Którą zazwy­czaj pijasz? Lucern wzru­szył ramio­nami.

- Nie pijam kawy.

- Aha. A her­batę?

- Też nie.

- Jak to... - Zmru­żyła oczy. - A gorącą cze­ko­ladę?

Espresso? Cap­puc­cino?

Lucern tylko pokrę­cił głową.

- To co ty w ogóle pijesz? Colę? - spy­tała ziry­to­wana. Roz­ba­wiony chi­chot zwró­cił uwagę Lucerna na młodą, pulchną kobietę naprze­ciwko; pchała wózek w ich kie­runku. Była pierw­szą klientką, którą spo­tkali od wej­ścia do sklepu. Przez kata­strofy z toreb­kami w kuchni, her­batkę w salo­nie i prze­bie­ra­nie się Kate zmi­trę­żyli dużo czasu i gdy wyszli po zakupy, docho­dziła pół­noc. A o tej porze nie było szcze­gól­nego ruchu.

Zauwa­żyw­szy, że Lucern zwró­cił na nią uwagę, klientka zatrze­po­tała rzę­sami. Odpo­wie­dział jej uśmie­chem, ale jego wzrok zatrzy­mał się na pul­su­ją­cej żyle u pod­stawy jej szyi. Luc wyobra­ził sobie, jak zata­pia w niej kły i wysysa cie­płą sło­dycz. Ta kobieta była dokład­nie w jego typie. Zażywne panie o zdro­wych rumień­cach miały naj­smacz­niej­szą i naj­bar­dziej pożywną krew - gęstą i ude­rza­jącą do głowy...

- Panie Arge­neau? Zie­mia do Lucerna!

Przy­jemne wizje pry­sły. Luc nie­chęt­nie odwró­cił się do redak­torki.

- Słu­cham?

- Co mam kupić do picia? - powtó­rzyła Kate. Lucern obej­rzał się tęsk­nie za pulchną nie­zna­jomą.

- Może być kawa.

- Prze­cież mówi­łeś, że nie pijasz... Nie­ważne. Jaka marka?

Lucern prze­biegł wzro­kiem po półce. Jego spoj­rze­nie przy­kuła ciem­no­czer­wona puszka z logo Tim Hor­tons.

Zawsze myślał, że to nazwa cukierni z pącz­kami. Była to jedyna znana mu marka, więc wska­zał na nią odru­chowo. - No tak, oczy­wi­ście naj­droż­sza - mruk­nęła Kate i wło­żyła puszkę do koszyka.

Lucern nie zwró­cił uwagi na cenę.

- Pro­szę nie narze­kać. Ja płacę za zakupy.

- Nie. Powie­dzia­łam raz i koniec dys­ku­sji.

Naprawdę tak powie­działa? Nic nie pamię­tał. Naj­wy­raź­niej słu­chał jej wtedy jed­nym uchem, myśląc o czymś zupeł­nie innym. Zapewne o krwi spły­wa­ją­cej do odpływu, zamiast do jego spra­gnio­nego gar­dła...

Spoj­rze­nie Luca ponow­nie zabłą­dziło na pul­su­jącą żyłkę prze­cho­dzą­cej obok pulch­nej kobiety. Odpro­wa­dził ją wzro­kiem głod­nego psa, któ­remu ktoś zama­chał przed nosem torbą pełną kieł­bas. Led­wie się powstrzy­mał przed rzu­ce­niem na jej szyję. Cie­pła, świeża krew... O ileż przy­jem­niej­sza od zim­nego płynu w toreb­kach, który od dłuż­szego czasu sta­no­wił pod­stawę diety całego wam­pi­rzego rodzaju. Aż do tej chwili Lucern nie zda­wał sobie sprawy, jak bar­dzo stę­sk­nił się za tra­dy­cyj­nym spo­so­bem odży­wia­nia.

- Lucern? - Głos Kate Leever zdra­dzał poiry­to­wa­nie. Luc odwró­cił się i spoj­rzał spode łba. Zdą­żyła już odejść w głąb alejki i cze­kała na niego z wyrzu­tem na twa­rzy, co go tylko dodat­kowo roz­zło­ściło. Jakie ona ma powody do iry­ta­cji? Prze­cież to jego skręca z głodu!

Powró­ciło do niego mgli­ste wspo­mnie­nie słów dziew­czyny, że nie zdą­żyła nic zjeść od śnia­da­nia. Nie­chęt­nie dopu­ścił do sie­bie myśl, że być może ona też jest głodna i ma prawo być marudna.

- Ja płacę - oznaj­mił sta­now­czo i popchnął wózek naprzód. - Jesteś moim gościem i czuję się w obo­wiązku cię nakar­mić.

Choć w grun­cie rze­czy powi­nie­nem nakar­mić się tobą, pomy­ślał. Miał na to nie­kła­maną ochotę. No, może nie­zu­peł­nie. Chęt­niej zato­piłby kły w okrą­glut­kiej bru­netce za nimi. Krew szczu­płych blon­dy­nek, a Kate C. Leever do takich nale­żała, zazwy­czaj bywała rzadka i bez smaku. Puszy­ste kobiety miały krew pełną, bar­dziej aro­ma­tyczną i o głęb­szym bukie­cie.

Tra­dy­cyjny spo­sób odży­wia­nia był jed­nak poza dys­ku­sją. W dzi­siej­szych cza­sach mógł się oka­zać zbyt nie­bez­pieczny. Nawet gdyby Lucern miał za nic wła­sne bez­pie­czeń­stwo, ni­gdy nie zary­zy­ko­wałby losu rodziny dla kilku ulot­nych roz­ko­szy pod­nie­bie­nia.

Na szczę­ście fan­ta­zji nikt mu nie zaka­zy­wał, więc zamy­ślony pchał wózek za Kate przez alejki z kon­ser­wami i przy­pra­wami. Co chwila pota­ki­wał nie­obec­nym gło­sem, w duchu zaś wspo­mi­nał naj­przy­jem­niej­sze posiłki swego życia.

- Czy lubisz mek­sy­kań­ską kuch­nię? - spy­tała.

- Och, tak - zamru­czał, gdyż pyta­nie od razu przy­wio­dło mu na myśl wspo­mnie­nie małej, weso­łej Mek­sy­kanki, którą raczył się w Tam­pico. To był rary­tas! Do dziś pamięta słodki zapach cie­płego ciała i roz­koszne, ciche poję­ki­wa­nia, gdy jed­no­cze­śnie zata­piał w niej kły i... O, tak. Naj­przy­jem­niej­szy spo­sób kar­mie­nia anga­żuje całe ciało.

- A wło­ską?

- Mhm. Też jest prze­pyszna - zgo­dził się entu­zja­stycz­nie i powró­cił wspo­mnie­niami do nie­wiel­kiej wio­ski na wybrzeżu, opo­dal Amalfi. Tam po raz pierw­szy samo­dziel­nie upo­lo­wał ofiarę. A męż­czy­zna zawsze pamięta swój pierw­szy raz. Na samą myśl o słod­kiej, szczu­płej Marii zro­biło mu się cie­plej. Miała ciemne oczy o głę­bo­kim spoj­rze­niu i dłu­gie, czarne, falu­jące włosy; pamię­tał, jak wplą­ty­wał w nie palce. I te wes­tchnie­nia roz­ko­szy, gdy odda­wał jej swoje dzie­wic­two i pił jej krew! To było piękne i wznio­słe prze­ży­cie.

- A może masz ochotę na stek?

Luc po raz kolejny został wyrwany z miłego zamy­śle­nia, tym razem przez tackę z suro­wym mię­sem pode­tkniętą mu pro­sto pod nos. Pod folią leżał ape­tyczny, krwi­sty stek i choć w nor­mal­nych warun­kach Lucern wybrałby ludzką krew - nawet zimną, z asep­tycz­nej torebki - wołowe mięso przez chwilę zapach­niało zachę­ca­jąco. Wziął głę­boki oddech i powoli wypu­ścił powie­trze.

Tacka znik­nęła.

- A może wolisz białe mięso?

- Och, nie. Nie. Zde­cy­do­wa­nie czer­wone. - Pod­szedł bli­żej lady chłod­ni­czej i po raz pierw­szy, odkąd weszli do sklepu, wyka­zał jakie­kol­wiek zain­te­re­so­wa­nie zaku­pami. Lubił pro­ste potrawy, a naj­bar­dziej - ziem­niaki z nie­wy­sma­żo­nym kotle­tem.

- No tak. Typowy mię­so­żerca - stwier­dziła sucho Kate, gdy wybrał naj­bar­dziej unu­rzaną w krwi tackę, led­wie powstrzy­mu­jąc gło­śne prze­łknię­cie śliny. W oba­wie, że w obec­nym sta­nie mógłby zro­bić coś głu­piego - na przy­kład nie­chcący obli­zać opa­ko­wa­nie - zro­bił krok do tyłu i odło­żył mięso z powro­tem. Szybko prze­pchnął wózek do innego, mniej nie­po­ko­ją­cego działu.

- Ejże, chwi­leczkę! - zawo­łała za nim Kate, lecz Lucern nie zwol­nił. Nie­mal jęk­nął z roz­pa­czy, gdy pod­bie­gła do niego i wrzu­ciła do koszyka narę­cze ste­ków.

Fan­ta­stycz­nie! Teraz pokusa na pewno nie da mu spo­koju! Głód krwi powoli sta­wał się nie do znie­sie­nia. Trzeba jak naj­szyb­ciej ode­zwać się do Bastiena lub Etienne'a i spy­tać ich, czy mogą podzie­lić się z nim zapa­sem krwi. Może w dro­dze powrot­nej uda im się zaha­czyć o dom któ­re­goś z braci. Luc zosta­wiłby wów­czas wścib­ską panią redak­tor w samo­cho­dzie z zaku­pami, wpadł i w locie napił się choć odro­binę...

Dobry Boże! Zacho­wuję się jak nar­ko­man na gło­dzie!

- Pora na warzywa i owoce - oznaj­miła Kate. - Gołym okiem widać, że cier­pisz na nie­do­bór wita­min. Myśla­łeś kie­dyś o wizy­cie w sola­rium?

- Nie mogę. Mam... eee... cho­robę skóry. I uczu­le­nie na słońce.

- To musi strasz­nie utrud­niać życie. - Spoj­rzała sze­roko otwar­tymi oczami. - Czy dla­tego uni­kasz pod­pi­sy­wa­nia ksią­żek i spo­tkań z czy­tel­ni­kami?

Lucern wzru­szył ramio­nami. Ze skrzy­wioną miną obser­wo­wał, jak Kate wrzuca do wózka co dziw­niej­sze warzywa. W ramach pro­te­stu zła­pał dzie­się­cio­ki­lowy worek ziem­nia­ków, lecz w koszyku nie było już miej­sca. Wypeł­niały go duże, zie­lone główki sałat, mniej­sze, zie­lone główki bruk­se­lek i zie­lone łodyżki porów. Święci pań­scy, fety­szystka zie­le­niny!

Prze­pchnął wózek dalej, pró­bu­jąc w ten spo­sób pona­glić Kate, która zaczy­nała się już roz­glą­dać po innych kolo­rach. Zanim dotarli do kasy, w koszyku wylą­do­wały jesz­cze poma­rań­czowe, żółte i czer­wone warzywa, a w ślad za nimi poma­rań­czowe, czer­wone i pur­pu­rowe owoce.

Lucern zatrzy­mał wózek, a Kate zaczęła prze­kła­dać pro­dukty na taśmę. Przy­glą­dał się jej nie­obec­nym wzro­kiem, bo w pobliżu znów poja­wiła się pulchna bru­netka. Uśmiech­nęła się zalot­nie, zatrze­po­tała rzę­sami i ski­nęła dys­kret­nie. Luc odwza­jem­nił uśmiech, choć wzrok ucie­kał w kie­runku pul­su­ją­cej na szyi żyłki. Nie­mal sły­szał bicie serca kobiety i szmer krwi...

- Lucern? Panie Arge­neau? Gdzie pan idzie? Zatrzy­mał się i zamru­gał. Dopiero pyta­nie Kate uświa­do­miło mu, że ruszył za koszy­kiem bru­netki jak osio­łek za mar­chewką na kiju. Jego poten­cjalna kola­cja uśmiech­nęła się jesz­cze raz zachę­ca­jąco, po czym znik­nęła w alejce z mro­żon­kami. Lucern odpro­wa­dził ją wygłod­nia­łym wzro­kiem.

- Zapo­mnie­li­śmy o lodach.

- O lodach? - zapy­tała z nie­do­wie­rza­niem Kate, lecz Lucern nie zamie­rzał tra­cić czasu na wyja­śnie­nia. Popę­dził do działu mro­żo­nek, gdzie ku swemu roz­cza­ro­wa­niu zastał nie tylko uro­czą bru­netkę, ale rów­nież jakąś inną, przy­pad­kową klientkę. Że też przez całe zakupy spo­tkali w skle­pie tylko to pulchne cudo, a aku­rat teraz musiał poja­wić się ktoś jesz­cze, uda­rem­nia­jąc plan szyb­kiej prze­gryzki! Lucern wes­tchnął w duchu i od nie­chce­nia przej­rzał zawar­tość chło­dzia­rek. Lody wani­liowe, wiśniowe, cze­ko­la­dowe z orze­chami...

Kątem oka zer­k­nął na puszy­stą damę; przy­glą­dała mu się nie­ustan­nie, co chwila posy­ła­jąc w jego kie­runku kokie­te­ryjne uśmie­chy. Wyglą­dała jak wielki, szczę­śliwy stek.

A niech ją! Nie­ład­nie tak się dro­czyć, pomy­ślał z roz­go­ry­cze­niem i pod­niósł wyżej wieko chło­dziarki.

Bru­netka pode­szła powoli i z sze­ro­kim uśmie­chem wyjęła z zamra­żarki opa­ko­wa­nie lodów. Nie powie­działa ani słowa, rzu­ciła jedy­nie kolejne uwo­dzi­ciel­skie spoj­rze­nie i niby nie­chcący otarła się o ramię męż­czy­zny.

Lucern wziął głę­boki oddech, gdyż od jej zapa­chu aż zakrę­ciło mu się w gło­wie. Tak, nie­wąt­pli­wie miała słodką krew. Wyjął z chło­dziarki pudełko lodów i odpro­wa­dził ją tęsk­nym wzro­kiem za naj­bliż­sze półki. Chciał za nią pobiec, zma­ni­pu­lo­wać jej myśli i zwa­bić ją na tyły sklepu...

Ryzy­ku­jąc przy­ła­pa­nie na gorą­cym uczynku.

Z cięż­kim wes­tchnie­niem porzu­cił marze­nia o prze­ką­sce i odru­chowo się­gnął po kolejne pudełko cze­ko­la­dowo-orze­cho­wych lodów. Cóż, jesz­cze przez parę godzin uda mu się utrzy­mać naj­niż­sze instynkty na wodzy. Odro­bina cier­pli­wo­ści, a będzie mógł wysko­czyć na chwilę do Bastiena lub Etienne'a. Kate C. Leever z pew­no­ścią była wyczer­pana po locie i całym dniu pracy, więc szybko położy się spać. - Nie wie­dzia­łam, że taki z cie­bie ama­tor lodów - stwier­dziła, gdy dołą­czył do niej przy kasie.

Lucern dopiero wtedy się zorien­to­wał, że w roz­tar­gnie­niu wybrał aż cztery opa­ko­wa­nia deseru. Wzru­szył ramio­nami i usta­wił je na taśmie. Nawet nie wie­dział, jakie mają smaki. Nie­istotne. I tak w końcu ktoś je zje.

Kate pod­jęła próbę zapła­ce­nia, lecz Lucern oka­zał się nie­prze­jed­nany. Jego ego nie­wąt­pli­wie ucier­pia­łoby, gdyby pozwo­lił kobie­cie pła­cić za spo­żyw­cze zakupy do jego wła­snego domu. W dro­dze powrot­nej Kate otwo­rzyła paczkę ryżo­wych cia­ste­czek; poczę­sto­wała Luca, lecz ten tylko się skrzy­wił i pokrę­cił głową. Cia­steczka ryżowe. Dobry Boże! Udało mu się zwal­czyć pokusę natych­mia­sto­wego zatrzy­ma­nia się u jed­nego z braci. Pogra­tu­lo­wał sobie w duchu opa­no­wa­nia i pomógł Kate zanieść zakupy do domu. Nale­gał, by od razu zabrała się za goto­wa­nie, pod­czas gdy on pochowa zbędne pro­dukty w lodówce. W ten spo­sób chciał spra­wić wra­że­nie pomoc­nego i chęt­nego do współ­pracy, pod­czas gdy naj­bar­dziej zale­żało mu na tym, by jak naj­szyb­ciej przy­go­to­wać i zjeść ten absur­dalny posi­łek. Po kola­cji Kate poło­ży­łaby się wresz­cie do łóżka, a on mógłby spo­koj­nie poje­chać po naj­bar­dziej nie­zbędny pro­dukt. Lucern potra­fił doce­nić dobre dania; chęt­nie coś skub­nie, ale prze­cież poży­wie­nie śmier­tel­ni­ków nie zaspo­koi głodu. Wam­piry potra­fią oby­wać się bez jedze­nia, ale nie bez krwi. Na szczę­ście Kate C. Leever musiała być bar­dzo głodna, bowiem przy­go­to­wała posi­łek w mgnie­niu oka. Szybko pod­sma­żyła kilka ste­ków, posie­kała warzywa na sałatkę i zalała je sosem. Lucern ni­gdy nie rozu­miał, co ludzie widzą w sałat­kach. Warzywa są dobre dla kró­li­ków. Śmier­tel­nicy żywią się przede wszyst­kim mię­sem, on sam zaś mię­sem i krwią, bo prze­cież kró­li­kiem nie jest... Mimo wszystko posta­no­wił zacho­wać te uwagi dla sie­bie i potul­nie wziął się za roz­pa­ko­wy­wa­nie zaku­pów. Oboje zakoń­czyli przy­go­to­wa­nia nie­mal jed­no­cze­śnie i razem zasie­dli do stołu. Lucern z zapa­łem pała­szo­wał mięso, nie zwra­ca­jąc naj­mniej­szej uwagi na miskę z zie­le­niną. Popro­sił Kate o przygoto­wa­nie krwi­stego steku; praw­do­po­dob­nie więk­szość ludzi uzna­łaby to, co zna­la­zło się na jego tale­rzu, za dosko­nale przy­rzą­dzone mięso, lecz Lucern najchęt­niej zoba­czyłby tam naprawdę krwi­sty kotlet. Nie­mniej jed­nak woło­wina była miękka i soczy­sta, więc zjadł ją szybko i z ape­ty­tem.

Przy­glą­dał się, jak Kate koń­czy swoją por­cję. Ruchem głowy podzię­ko­wał jej za sałatkę.

- Powi­nie­neś jeść wię­cej warzyw - oznaj­miła poważ­nym tonem. - Mają mnó­stwo wita­min i sub­stan­cji odżyw­czych, a ty jesteś blady jak ściana.

Praw­do­po­dob­nie dziew­czyna sądzi, że bla­dość jego cery jest skut­kiem rze­ko­mego urazu głowy. Cóż, do pew­nego stop­nia można ją przy­pi­sać utra­cie krwi... Ostat­nia kwe­stia przy­po­mniała Lucer­nowi, że powi­nien spraw­dzić, czy Bastien jest w domu. Prze­pro­sił gościa, wyszedł z kuchni i udał się do gabi­netu.

Ku jego roz­cza­ro­wa­niu żaden z braci nie odbie­rał tele­fonu. Bastien albo wyszedł na randkę, albo poje­chał do Arge­neau Enter­pri­ses. No tak, podob­nie jak Luc, lubił pra­co­wać w nocy, gdy wszy­scy smacz­nie spali. Nawyki wyra­biane przez kilka setek lat bywają trudne do wyko­rze­nie­nia. Lucern wró­cił do kuchni, gdzie w mię­dzy­cza­sie Kate skoń­czyła posi­łek. Opłu­kała więk­szość naczyń i wsta­wiła je do zmy­warki.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki