3
Rozległe pola i wiejskie drogi zostały za nimi. Zastąpiły je szerokie bulwary, po których przetaczały się dziesiątki trolejbusów i samochodów, wysokie, siedmio - i dziewięciopiętrowe domy, rzęsiście oświetlone teatry. Wszędzie panował zgiełk. Słychać było nawoływania ulicznych sprzedawców, stukot platform wyładowanych beczkami piwa, podzwanianie wozów strażackich pędzących po ulicach brukowanych kocimi łbami. Miasto ze wszystkimi swoimi dziwami przerażało, ale i zachwycało ośmioletniego Walta. Jedno z żywszych wspomnień z owych czasów związane było z Fairmont Park, placem zabaw, znajdującym się niedaleko jego pierwszego domu w Kansas City. Podobały mu się biało połyskujące budynki, skąd dobiegały dźwięki muzyki i radosne okrzyki. Nigdy jednak nie przekroczył bramy parku. Nie miał pieniędzy na takie rozrywki.
Na początku Disneyowie zamieszkali na 31 East Street, pod numerem 2706, w ciasnych pokoikach, z ubikacją na podwórzu. Zdrowie Eliasa nie pozwalało mu na ciężką pracę, do której przywykł w ciągu całego swojego życia. Wykupił prawa do rozprowadzania porannego wydania Timesa oraz wieczornego i niedzielnego wydania Star, płacąc 3 dolary od każdych siedmiuset prenumeratorów. Walt i Ruth zaczęli chodzić do szkoły podstawowej Bentona, a niebawem Walt, podobnie jak jego brat, został pomocnikiem ojca. Wstawał o wpół do czwartej i odbierał gazety z ciężarówki dostawczej o wpół do piątej. Times i Star niechętnie udzieliły koncesji Eliasowi Disneyowi z uwagi na jego wiek - miał już pięćdziesiąt jeden lat - toteż ze wszystkich sił starał się dowieść swojej przydatności. Nie pozwalał chłopcom rozwozić gazet na rowerze i rzucać ich na ganki. Wymagał, aby kładli je na progu, żeby nie porwał ich wiatr. Zimą należało je wtykać w szparę pod drzwiami.
Przez następnych sześć lat Walt roznosił gazety rano i wieczorem. W tym czasie nie pracował zaledwie miesiąc z powodu choroby. Najpierw dźwigał gazety pod pachą, potem ojcu udało się załatwić wózek, zbyt jednak mały, aby pomieścić w nim niedzielne wydanie, więc Walt musiał obracać kilka razy. Trzeba było dostarczać prasę także podczas ulewy i zadymek. Nieraz zdarzało się chłopcu przedzierać przez zaspy śnieżne. Kiedy lało, schronienie znajdował w kamienicach czynszowych, które stanowiły ostatni etap jego codziennych wędrówek. Przechodził z piętra na piętro ogrzewanymi korytarzami. Przyjemne ciepło kusiło; bywało, że przycupnął gdzieś w kąciku i się zdrzemnął. Budził się wtedy przerażony, czy zdąży roznieść prasę po kamienicy, zanim zacznie się szkoła. Do końca życia Disneya prześladował koszmarny sen, w którym poddawano go męczarniom za to, że nie dostarczył gazet tam, gdzie powinien.
Innych roznosicieli opłacano za ich pracę. Roy i Walt robili to za darmo. Ojciec dawał im niewielkie kieszonkowe, ale nigdy nie płacił za roznoszenie gazet. Mawiał: "Pracujecie za wyżywienie i mieszkanie, które wam zapewniam".
Chłopcy uważali, że to nieuczciwe. Za każdy dzień pracy chcieli otrzymać zapłatę, mimo że szefem był ich własny ojciec. Roy, który miał już dziewiętnaście lat i ukończył szkołę średnią, nie mógł pogodzić się z ojcowskim despotyzmem i częstymi wybuchami gniewu. Postanowił w końcu pójść w ślady starszych braci i uciec z domu. Pewnej letniej nocy 1912 roku zwierzył się Waltowi, że wyjeżdża na farmę wujka Willa w Kansas, gdzie będzie pomagał przy żniwach. Rano już go nie było.
Wyjazd Roya sprawił, że Waltowi przybyło obowiązków. Kiedy któryś z roznosicieli zawiódł, Walt musiał go zastępować. Gdy zginął jeden egzemplarz gazety, do niego należało dostarczenie drugiego.
Elias zaczął dobudowywać do mieszkania nową kuchnię, sypialnię oraz łazienkę i zażądał od syna pomocy. Miał swój styl pracy i nieustannie beształ Walta. Zrzędził, że źle piłuje deski i raz po raz bił chłopca po siedzeniu płaską stroną piły. Ze złości zdarzało się Eliasowi walić, czym popadło - deską albo trzonkiem młotka. Walt nauczył się odskakiwać, kiedy przeczuwał atak. Matka starała się łagodzić mężowskie wybuchy złości, tłumacząc Eliasowi, że Walt jest jeszcze za mały, żeby wszystkiemu sprostać.
Walt sam wymyślał sobie rozrywki. Kiedy do miasta przyjeżdżał cyrk, towarzyszył paradzie od początku do końca, ciągnąc ze sobą młodszą siostrę. Sam również organizował parady cyrkowe i razem z Ruth oraz dzieciakami z sąsiedztwa budował dekoracje na wózkach. Kiedy Ruth chorowała na odrę, zabawiał ją, rysując mnóstwo figurek, które zdawały się poruszać, kiedy zwijało się papier. Pierwsze kreskówki tworzył więc w wieku dziewięciu lat.
Był zachwycony, kiedy udało mu się spłatać rodzicom jakiegoś figla. Fascynowały go sztuki magiczne i pewnego dnia przyniósł do domu mały gumowy pęcherz, który można było nadmuchiwać za pomocą długiej rurki. Kiedy się go podłożyło pod talerz, ten zaczynał podskakiwać. Walt wypróbował to najpierw na garnkach w kuchni, w obecności matki. Przestraszyła się, ale potem była zachwycona, a wieczorem, przy kolacji, próbowała zrobić mężowi taki sam kawał. Zamyślony Elias niczego nie zauważył, a Flora uciekła z pokoju, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Pewnego dnia zobaczyła w drzwiach wejściowych elegancko ubraną kobietę. Gdy zaczęła z nią rozmawiać, zorientowała się, że owa dama ma na sobie jej własne ubranie. Okazało się, że to Walt przebrał się w matczyną suknię, nałożył perukę i się ucharakteryzował.
Flora Disney starała się wnieść nieco radości w ich smutne życie. Elias był zgnębiony ucieczką trzech starszych synów i załamany powtarzającymi się niepowodzeniami swoich przedsięwzięć. Był też nieprawdopodobnie skąpy. Wolał wędrować kilometrami piechotą, niż wydać 5 centów na bilet trolejbusowy - wciąż jednak wdawał się w niepewne interesy. Wierzył, że akcje kopalni węgla lub nowy wynalazek zrobią z niego bogacza.
Nieustannie szukał nowych sposobów na zdobycie pieniędzy. Mając w pamięci smaczne wiejskie masło, organizował regularne dostawy tego towaru z Marceline. Flora ładowała masło na wózek i sprzedawała je, chodząc od domu do domu. Walt towarzyszył jej w tych wyprawach, ale ona upierała się, że sama będzie pchała wózek. Trasa przebiegała przez zamożną dzielnicę, gdzie mieszkali niektórzy ze szkolnych kolegów Walta. Chłopiec na długo zapamiętał uczucie zażenowania, jakiego wówczas doznawał.
Uczęszczał wtedy do szkoły podstawowej Bentona. Okres ten pozostawił mu wiele wspomnień. Nawiązał do nich w liście pisanym w roku 1940 do swojej dawnej nauczycielki Daisy A. Beck:
Często myślę o Pani i o szkolnych czasach. Ciągle jeszcze widzę Panią i pana Cottinghama [dyrektora szkoły], jak prowadzicie trening szkolnej drużyny lekkoatletycznej przed corocznymi zawodami. Nie wiem, czy Pani pamięta, że uczestniczyłem w kilku takich zawodach, a nawet zdobyłem medal w sztafecie. Byłem dość zajęty roznoszeniem tych swoich gazet i nie miałem zbyt wiele czasu na treningi, ale czasem udawało mi się wygrać (...). Czy pamięta Pani, jak przyniosłem do klasy żywą mysz, a Pani dała mi po buzi? Mój Boże, ależ Pani miała cios! Ale jeszcze bardziej Panią za to lubiłem. I widzę ciągle jeszcze te dzieciaki maszerujące parami do klas przy dźwiękach pianina i Panią, jak stoicie z panią [Catherine] Shrewsbery obok grzejnika, a powiew ciepłego powietrza porusza wasze spódnice. W takie zimne poranki bardzo mi się to podobało - do tego stopnia, że czasami sam marzyłem o tym, żeby nosić spódnicę. Pamiętam też, jak Cottingham przerywał lekcję, kiedy chciał opowiedzieć jakąś nową historyjkę, i dopóki jej nie skończył, nikt nie miał prawa zabrać się do pracy. Miał swoje wady, ale do dziś uważam, że był wspaniałym facetem.
Szkolne postępy Walta były niezadowalające mimo matczynej pomocy przy odrabianiu zadań domowych. Nauczyciele skarżyli się, że chłopiec nie uważa, że nie nadąża za programem. Po części mogło to być spowodowane zmęczeniem. Rozprowadzanie gazet wymagało przecież codziennego bardzo wczesnego wstawania. Walt ponadto z trudnością poddawał się tradycyjnym metodom nauki. Kiepsko sobie radził z głośnym czytaniem w klasie, ale z upodobaniem korzystał z biblioteki publicznej. Przeczytał wszystkie powieści Marka Twaina, który spędził dzieciństwo, podobnie jak on, nad Missouri. Wielkie wrażenie zrobiły na nim cieszące się powodzeniem historie Horatia Algera2 i przygody Toma Swifta3. Podobały mu się również powieści Roberta Louisa Stevensona, Waltera Scotta i Dickensa.
Najbardziej lubił rysować, ale i w tym wypadku nie spotykał się z aprobatą nauczycieli. Pewnego razu w czwartej klasie nauczycielka, Artena Olson, kazała uczniom narysować wazon z kwiatami stojący na stole. Obeszła klasę i stanęła przy ławce Walta. Zamiast kwiatów wyrysował ludzkie twarze, a liście przypominały ramiona. Nauczycielka zbeształa go, bo nie zastosował się do jej polecenia.
Zawsze rysował rzeczy tak, jak je widział. Jego najwcześniejsze rysunki stanowiły kopię politycznych komiksów, jakie oglądał w Appeal to Reason (Wezwanie do rozsądku), socjalistycznym piśmie prenumerowanym przez ojca. Wprawiał się, rysując kapitalistów w cylindrach i ze złotymi zegarkami dyndającymi na opasłych brzuchach oraz uciskanych przedstawicieli klasy pracującej, w kombinezonach i graniastych papierowych czapkach. Miał talent do karykatur. Pewnego dnia wyrysował zabawne modele fryzur w zakładzie fryzjerskim. Fryzjerowi Hudsonowi tak się one spodobały, że co tydzień prosił Walta o nowe karykatury. Wisiały potem - oprawione - na ścianach zakładu, a Hudson strzygł chłopca za darmo.
Dzięki zdolnościom rysunkowym znalazł przyjaciela. Pewnego dnia Walter Pfeiffer, kolega szkolny, zachorował na świnkę. Walt już przechodził świnkę, i to obustronną, pozwolono mu więc odwiedzać chorego. Przynosił ze sobą papier, węgiel i udzielał mu lekcji rysunków.
Został stałym gościem Pfeifferów. Pan Pfeiffer, jowialny Niemiec, którego śmiech wypełniał cały dom, był urzędnikiem w Związku Zawodowym Pracowników Przemysłu Skórzanego. Córka Kitty grywała na pianinie i lubiła, kiedy cała rodzina razem z nią śpiewała piosenki. Pan Pfeiffer był zagorzałym teatromanem, uwielbiał zwłaszcza komedie Webera i Fieldsa4, pisane w niemiecko-amerykańskim dialekcie, i z upodobaniem powtarzał pochodzące stamtąd dowcipy. Przyzwyczajony do surowej atmosfery rodzinnego domu Walt rozkoszował się ciepłem i wesołością panującą w rodzinie Pfeifferów. W końcu zaczął tam spędzać więcej czasu niż u siebie.
Dzięki Pfeifferom Walt wkroczył w pełen pokus świat widowisk wodewilowych i kina. Elias Disney zawsze uważał tego rodzaju rozrywki za zbyt frywolne, za stratę czasu. Toteż kiedy Walt i Walter zaczęli chodzić do teatru, młody Disney dbał o to, żeby ojciec się o tym nie dowiedział.
W domu Pfeifferów, przy pianinie, chłopcy powtarzali żarty i piosenki zasłyszane w kabarecie i naśladowali mimikę komików filmowych. Z pomocą pana Pfeiffera tworzyli przedstawienia szkolne. Walt nakłonił kolegów, żeby poprzebierali się w śmieszne kostiumy i nauczyli dowcipów, które ściągnął od komików z wodewilu. Największy rozgłos zdobyło przedstawienie Figiel w galerii fotografii. Walt odegrał scenkę, w której fotograf ustawia klientów do zdjęcia, a potem oblewa ich wodą, wytryskującą z aparatu. Publiczność była zachwycona, zwłaszcza gdy Walt pokazywał "fotografię", czyli wykonaną przez siebie karykaturę zmoczonego kolegi.
Był w piątej klasie, kiedy w dzień urodzin Lincolna, posługując się tekturą i pastą do butów, przerobił melonik ojca na cylinder, pożyczył od niego strój kościelnego o frakowym kroju, pod brodą zawiązał kokardę, a na policzku przykleił brodawkę. Dyrektorowi Cottinghamowi to przebranie tak się spodobało, że oprowadził "Lincolna" po wszystkich klasach i kazał mu wygłaszać mowę gettysburską. Rytuał ten powtarzał się aż do ukończenia szkoły.
Walt i Walter Pfeiffer brali udział w występach amatorów w miejscowym teatrze, prezentując skecz Charlie Chaplin i hrabia. Walt grał Chaplina w meloniku taty, w jego spodniach i butach roboczych i z namalowanymi sadzą wąsikami. Zdobyli czwartą nagrodę w wysokości 25 centów. Korzystając z doświadczeń Walta jako gazeciarza, chłopcy przygotowali jeszcze inne skecze: Dwaj Waltowie, Chłopcy ze szkoły Bentona oraz Hans i Mike. Na przedstawienia Walter wymykał się przez okno sypialni, mając pewność, że ojciec nie pozwoliłby na tego rodzaju ekstrawagancje.
Pewnego wieczora Elias i Flora zabrali córkę do znajdującego się w pobliżu teatrzyku, co zdarzało się bardzo rzadko. Artysta zapowiedział, że będzie trzymał nad głową trzy ustawione w piramidę krzesła ze stojącym na samym szczycie chłopcem. Disneyowie ze zdumieniem spostrzegli, że tym chłopcem był ich syn Walt.
Walt codziennie rozprowadzał prasę, dostarczał gazety do drugstore'u, a także sprzedawał je na rogach ulic. Podczas przerwy obiadowej pracował w sklepiku ze słodyczami w zamian za gorący posiłek. Praca stała się dla Walta stałym, nużącym przymusem. Ponieważ wstawał przed świtem, zdarzało mu się przysnąć przy wiązaniu sznurowadeł. Każde odstępstwo od rutyny - na przykład zabawa miniaturowym pociągiem, pozostawionym przez kogoś latem na ganku czy kilka minut gry z przyjaciółmi w piłkę lub hokeja pomiędzy jednym zajęciem a drugim - sprawiało mu ogromną przyjemność.
Walt z utęsknieniem wyczekiwał powrotu brata. Roy dwukrotnie wyjeżdżał do pracy na farmę wujka Williama do Ellis w Kansas. Część drogi przebywał pieszo, część - na gapę, pociągami towarowymi. Potem dostał posadę kasjera w First National Bank w Kansas City. Mimo różnicy wieku braci łączyły zawsze bliskie stosunki i Roy, mający spore doświadczenie życiowe, często służył bratu radą.
Pewnego razu Elias zwymyślał Walta, że ten nie dość szybko podał mu potrzebne narzędzie. Walter, podobnie jak ojciec, był w gorącej wodzie kąpany, więc odpowiedział opryskliwie. Elias oskarżył go o impertynencję i zagroził solidnym laniem. Obecny przy tym Roy szepnął bratu:
- Słuchaj, mały, on nie może cię bić. Masz czternaście lat. Nie pozwól na to.
Kiedy ojciec z wściekłością zamachnął się trzonkiem młotka, Walt wyrwał mu go i przytrzymał ojca za przeguby tak, że nie mógł się wyrwać. Łzy napłynęły Eliasowi do oczu. Walt rozluźnił uchwyt i wyszedł na schody. Ojciec już nigdy nie próbował go uderzyć.
Przyzwyczajony do ojcowskiej oszczędności, Walt rzadko prosił o cokolwiek. Marzył jednak o długich, skórzanych butach z metalowymi czubami i z paskami. Przekonywał Eliasa, że będzie mu w nich wygodnie roznosić gazety po pokrytych błotem ulicach i w czasie deszczu. Florze Disney udało się namówić męża na ten zakup i na gwiazdkę 1916 roku Walter znalazł buty pod choinką. Nosił je codziennie podczas mozolnych porannych i wieczornych wędrówek z gazetami. Pewnego wieczora, wczesną wiosną, skończył roznosić Star na 31 Ulicy i na ulicy Indiana, gdzie zazwyczaj w narożnym drugstorze wypijał z przyjaciółmi szklaneczkę wody sodowej. Przechodząc przez jezdnię, kopnął bryłę lodu i zawył z bólu. Gwóźdź z końskiej podkowy przekłuł podeszwę buta i wbił mu się w duży palec u nogi. Krwawiąca stopa natychmiast przymarzła do lodu.
Jęcząc, wzywał pomocy, ale przejeżdżający trolejbus stłumił jego wołanie. Stał tak przez dwadzieścia minut. Czuł rozdzierający ból, ale nikt się nie zjawiał. W końcu jakiś woźnica rozbił lód, uwolnił chłopca i zaprowadził go do doktora.
- Słuchaj, mały, nie mam środka znieczulającego - uprzedził go lekarz. - Musisz zacisnąć zęby.
Zawołał dwóch mężczyzn, żeby przytrzymali Walta, a sam szczypcami wyrwał gwóźdź ze stopy. Kiedy lekarz ściągnął mu but, odkrył ranę i kazał zrobić zastrzyk przeciwtężcowy, chłopiec zasłabł z bólu.
Dwa tygodnie bez konieczności porannego roznoszenia Timesa dały mu czas na refleksję nad własną przyszłością. Nie chciał być ani lekarzem, ani prawnikiem. Zdawał sobie sprawę, że jest marnym uczniem, a ponadto żaden z synów Disneya nie mógł sobie pozwolić na kosztowną edukację w college'u. Intrygował go świat rozrywki. Nie znał większej przyjemności niż występy przed publicznością, ale nie wierzył w to, że uda mu się dostać do prawdziwego teatru. Bardziej pociągało go rysowanie. Jego rysunki podobały się klientom Freda Hudsona i kolegom ze szkoły Bentona. Myślał więc raczej o kursach rysunku w Instytucie Sztuki w Kansas City niż o nauce szkolnej. Tymczasem noga się zagoiła i Walt wrócił do pracy. Postanowił jednak, że zostanie rysownikiem.
W roku 1917 minęło siedem lat od przyjazdu Eliasa Disneya do Kansas City. Zaczynał się niecierpliwić. Liczba prenumeratorów nie wzrastała w takim tempie, w jakim się spodziewał, i coraz trudniej było znaleźć solidnych roznosicieli gazet. Tymczasem pojawiła się nowa szansa. Za 16 tysięcy dolarów mógł nabyć udziały w fabryce galaretki O-Zell w Chicago i dostać stanowisko szefa budowy zakładu. Zainwestował w to całe swoje oszczędności, a nawet 20 dolarów będących własnością Waltera.
Walt ukończył szkołę Bentona 8 czerwca 1917 roku. Pozostał w Kansas City jeszcze przez lato, aby pomóc nowemu dystrybutorowi w rozprowadzaniu gazet. Herbert Disney, który już założył rodzinę, przeprowadził się do rodzinnego domu. Walt i Roy mieszkali razem z nim. Roy sugerował, żeby Walt poszukał pracy na kolei. On sam dwukrotnie pracował w czasie wakacji jako sprzedawca w pociągach na linii Santa Fe, roznosząc gazety, zimne napoje, owoce i słodycze. Walt podpisał umowę wakacyjną z linią Van Noyes Interstate News Company, przekonawszy pracodawców, że ma ukończone szesnaście lat, chociaż do okrągłej daty urodzin brakowało kilku miesięcy. Zarabiał 15 dolarów, które Roy składał dla niego w banku.
Ubrano go w niebieski garnitur z serży, z odznaką na wyłogach i złotymi guzikami z napisem "Van Noyes Interstate". W biurze Van Noyesa na stacji kolejowej w Kansas City odebrał kosze z owocami, prażoną kukurydzą, orzeszkami, batonikami i napojami gazowanymi. Pierwszego dnia odjeżdżał pociągiem o ósmej z Kansas City do Jefferson City w Missouri. Ustawił kosze na dwóch przednich miejscach w wagonie dla palących, gdzie było stanowisko sprzedawcy. Kiedy pociąg ruszył, stanął na stopniach za konduktorem, w nadziei że koledzy zobaczą go na peronie i będą podziwiać jego mundur. W letni, gorący dzień chętnych na napoje chłodzące w pociągu było wielu. Zamiast wracać do wagonu dla palących, Walt ustawił butelki w skrzynce na końcu pociągu. Po godzinie wrócił, żeby je zabrać. Z przerażeniem zobaczył, że wagonów pasażerskich nie ma. Okazało się, że zawsze je odczepiano w Lee's Summit. Utrata pustych butelek kosztowała Walta pierwszą dniówkę.
Kiedyś zdarzyło się, że firma dostarczyła mu koszyk z przejrzałymi owocami. Dostał wtedy od Roya burę za to, że przyjął taki marny towar. Pewnego dnia sprzedawał napoje gazowane żołnierzom, którzy siedzieli w wagonie turystycznym. Zabawiali się, wyrzucając puste butelki przez okno. Walt poskarżył się hamulcowemu. Ten powiedział o tym sierżantowi, który kazał żołnierzom zwrócić chłopcu pieniądze za wyrzucone butelki.
Wyprawy kolejowe wstrząsnęły życiem piętnastolatka, który dotychczas podróżował jedynie z Chicago do Marceline i z Marceline do Kansas City. Jeździł teraz na liniach Missouri Pacific, Kansas City, Southern & Missouri i Kansas & Texas, do miast i miasteczek w sześciu stanach. Jedną z jego ulubionych była trasa z Kansas City do Downs w stanie Kansas. Podczas tej powolnej, sześciogodzinnej podróży pociąg zatrzymywał się na każdej stacji. Walt przekupywał czasem handlarzy cygarami i tytoniem, wdrapywał się przez tender do kabiny, gdzie maszynista i palacz pozwalali mu siedzieć w czasie drogi. Podczas długich postojów Walt zwiedzał miasta i miasteczka. Pewnego dnia w Downs, gdzie pociąg kończył bieg i gdzie uzupełniano zapas paliwa na podróż powrotną, Walt przechodził drogą na tyłach sklepów, kiedy zatrzymał go policjant. Oskarżył chłopca, że włóczy się po mieście w nieuczciwych zamiarach. Nie chciał uwierzyć w jego niewinność, dopóki obsługa pociągu nie poświadczyła, że Walt rzeczywiście jest sprzedawcą.
Po całodziennej jeździe Walt spędzał noce w hotelach kolejowych lub w pensjonatach, a do Kansas City wracał następnego dnia. Dotarł kiedyś do Pueblo w Kolorado i przypomniał sobie, że zaprzyjaźniony komiwojażer polecał mu tam miejsce na nocleg. Walt odnalazł dom pod wskazanym adresem, gdzie został ciepło przyjęty przez kobietę o macierzyńskim wejrzeniu, odzianą w zieloną aksamitną suknię. Spytała Walta, skąd pochodzi, i zaproponowała mu piwo. Kiedy odeszła, Walt rozejrzał się i dostrzegł eleganckie meble i złocone pianino. Zaczął się zastanawiać, czy to miejsce nie jest przypadkiem za drogie na jego kieszeń. Usłyszał śmiechy na schodach wyłożonych czerwonym dywanem. W dół schodził młody kowboj z przytuloną do jego boku śliczną dziewczyną. Walt, zorientowawszy się, że to nie jest zwyczajny pensjonat, salwował się ucieczką.
W czasie owych letnich podróży zyskał nowe doświadczenia, ale niewiele pieniędzy. Przejrzałe owoce zwabiały muchy i konduktor kazał mu wyrzucać towar z pociągu. Puste butelki ciągle mu ginęły, obciążano go też finansowo za codzienne kradzieże z koszyków. W końcu za radą Roya dał sobie z tym spokój. Lato już się kończyło. Trzeba było wrócić do rodziców w Chicago i rozpocząć naukę w szkole średniej. Roy wziął jego odprawę, ponieważ u Van Noyesa przepadło 15 dolarów kaucji, na którą pożyczył Waltowi pieniądze.
2
Walter Disney nie zachował z dzieciństwa w Chicago żadnych wspomnień, za to lata spędzone w Marceline pozostawiły w nim ślad na całe życie. Opowiadał o miejscu, w którym mieszkali:
- Była to piękna farma z rozległym trawnikiem i wierzbami płaczącymi od frontu. Mieliśmy dwa sady - jeden stary, drugi nowy. Rosła tam odmiana jabłek, która nazywała się Wolf River. Były to jabłka tak ogromne, że ludzie schodzili się z całej okolicy, żeby na nie popatrzeć.
Marceline to jedno z licznych miast, które zawdzięczały swoje istnienie linii kolejowej. Atchinson, Topeka i Santa Fe zostały zbudowane w Missouri w 1888 roku. Potem na tym szlaku, w okręgu Lynn, w środkowej części stanu, niecałe dwieście kilometrów od Kansas City wyrosła nowa osada. Pierwsi mieszkańcy nazwali to miejsce imieniem córki superintendenta kolejowego - Marceline.
W kwietniu roku 1906, kiedy Disneyowie przyjechali na farmę Crane'a, Marceline liczyło 5 tysięcy mieszkańców. Nie mieli oni łatwego życia. Niektórzy pracowali w pobliskiej kopalni, inni na polach naftowych i przy wydobywaniu gazu ziemnego. Wzdłuż ulicy Głównej, w domkach z czerwonej cegły i piaskowca, mieściły się sklepy. Większość osadników mieszkała na farmach, uprawiając owoce, warzywa, pszenicę i jęczmień oraz hodując krowy i świnie przeznaczone na sprzedaż do wielkomiejskich rzeźni.
Pierwsza przyjechała tam Flora Disney wraz z trójką młodszych dzieci: Royem, Waltem i Ruth. Elias Disney i dwaj najstarsi chłopcy, Herb i Ray, przybyli kilka dni później ciężarówką, wyładowaną rodzinnym dobytkiem, wraz z parą koni kupionych w Chicago. Zamieszkali w schludnym, jednopiętrowym, bielonym domu, wybudowanym przez weterana wojny domowej, Williama Crane'a, wówczas już nieżyjącego. Elias kupił dom i 18 hektarów ziemi; dał 312 dolarów za hektar, obiecując uregulować płatności pieniędzmi, które miał otrzymać ze sprzedaży wznoszonych w Chicago budynków.
Wraz z trzema najstarszymi synami natychmiast zabrali się do pracy: zaorali pola, posiali przede wszystkim kukurydzę i sorgo, a także nieco pszenicy i jęczmienia. Elias kupił mleczne krowy, świnie, kurczęta i gołębie, aby zapewnić rodzinie wyżywienie. Flora harowała bez wytchnienia, przygotowywała obfite posiłki, prała i cerowała, uprawiała ogród warzywny, ubijała masło, które dostarczała do sklepu spożywczego. Masło było tak świeże i smaczne, że dostawała za nie więcej niż inne gospodynie.
Walt był gibkim, jasnowłosym chłopcem o bystrych oczach, zawsze chętnym do pomocy. Mała Ruth nie odstępowała go ani na krok. Farma i jej otoczenie były dla chłopca źródłem nieustającego zachwytu. Bawił się w błocie pod mostem w pobliżu domu, pozdrawiając nieśmiało sąsiadów przejeżdżających obok. Pędził świnie na pole, a one pozwalały mu jeździć na swoich grzbietach. Tym wyczynem syna Elias chętnie chwalił się gościom. Walt szczególnie upodobał sobie chudego prosiaczka, którego nazwał Skinny. Karmił go butelką, a świnka chodziła za nim po obejściu jak szczeniak.
Walt przyzwyczajał się do monotonii wiejskiego życia, a kolejne pory roku dostarczały mu coraz to nowych przeżyć. Podczas zbioru sorgo ojciec i bracia cięli łodygi i ładowali je do gniotownika, napędzanego kieratem zaprzężonym w konia, którego Walter prowadził po kole tak długo, aż mieszanka była gotowa. Melasę przechowywano w wielkich kadziach, a potem smarowano nią naleśniki na śniadanie, dodawano do ciasta i do imbirowego piernika. Jeśli zbiory były obfite, melasę przekładano do glinianych baryłek i wieziono do sklepu spożywczego w Marceline.
W czasie żniw sprowadzano na farmę wielką parową młockarnię, a wozy sąsiadów ciągnęły do niej z całej okolicy. Mężczyźni pracowali w polu, a kobiety gawędziły, przyrządzały kurczęta, piekły chleb kukurydziany i ciasto czekoladowe. W południe mężczyźni wracali do domu i zjadali obiad, rozmawiając przy tym o plonach i ich cenie. Potem wyciągali się na trawie pod wierzbą i ucinali sobie godzinną drzemkę, by następnie wrócić do pracy.
Inną okazją do spotkań z sąsiadami było świniobicie. Pomagali oni Eliasowi przy uboju zwierząt, potem zanurzali wnętrzności w ogromnych, parujących kadziach. Golili szczecinę i cięli mięso na szynkę, boczek, kiełbasy i salcesony.
Kiedy Walt podrósł, wyruszał z farmy na dalsze wyprawy, czasem wspólnie z bratem Royem. W okolicznych lasach nie brakowało orzechów włoskich i amerykańskich, śliw daktylowych, dzikich winogron, jagód. Wędrowcy mogli się więc posilać do woli. Walt podglądał żyjące w lesie zwierzęta - zające, lisy, wiewiórki, borsuki i szopy. Wodził oczyma po gałęziach drzew w poszukiwaniu wron, jastrzębi, dzięciołów i innych ptaków.
W upalne letnie dni Walt i Roy szli nad Yellow Creek i zażywali ochłody w leniwie płynącej wodzie.
Niedaleko farmy Disneyów przebiegała linia kolejowa do Santa Fe. Walt przykładał ucho do torów i nasłuchiwał stukotu nadjeżdżającego pociągu.
Miał zawsze nadzieję, że to jedzie wuj Mike Martin, który był maszynistą na trasie pomiędzy Fort Madison i Marceline i często zatrzymywał się na noc w domu rodziców, z pękatą torbą cukierków dla dzieci. Walter lubił się też przypatrywać pierwszym samochodom, które sapiąc przejeżdżały drogą koło farmy.
To, co wtedy przeżywał, przetrwało w jego pamięci z niezwykłą wyrazistością do końca życia. Pewnej letniej niedzieli, gdy szedł przez sad, zobaczył sowę na gałęzi jabłoni. Chciał ją pogłaskać, ale odleciała. Pobiegł za nią. Znalazł ją schowaną w zaroślach i wyciągnął po nią ręce. Ptak zaskrzeczał i zaatakował go. Walt instynktownie strącił ją na ziemię i przydusił. Chłopcu zrobiło się przykro, kiedy okazało się, że sowa nie żyje. Pochował ją. Potem całymi miesiącami sowa wracała do niego w koszmarach sennych.
Najczęściej powtarzaną legendą rodzinną była opowieść o pierwszym sukcesie artystycznym małego Waltera. Historię tę opowiedziała blisko siedemdziesiąt lat później jego siostra Ruth:
- Rodzina pojechała do miasta, a my zostaliśmy z Walterem sami w domu. Znaleźliśmy wielką beczką smoły i otworzyliśmy ją. Walter stwierdził, że mazidło wspaniale nadaje się do malowania i zaproponował, żeby namalować coś na ścianie. Miałam wątpliwości, czy to się uda, ale on przekonał mnie, że na pewno. Zabraliśmy się więc do pracy i zaczęliśmy malować na długiej, białej ścianie domu, tej, która przylegała do drogi. Walter rysował domki z dymiącymi kominami, a ja zygzaki w dwóch rzędach. Ociekająca smołą beczka przykleiła się do chodnika. Ojciec był tak wściekły, że po prostu zostawił ją tam, gdzie była.
Matka uczyła Waltera czytać. Elias uznał, że będzie wygodniej, kiedy chłopiec poczeka na Ruth z pójściem do szkoły. Walt miał więc prawie siedem lat, kiedy rozpoczął naukę w Park School, która mieściła się w dwupiętrowym budynku z czerwonej cegły. W szkole podstawowej i średniej kształciło się tam dwustu uczniów. Walt sylabizował czytanki z elementarza McGuffeya, uczył się matematyki, pisania, geografii i wymowy. Nie był dobrym uczniem, ponieważ zawsze interesowało go coś innego niż nauka. Jednym z jego najnowszych odkryć stało się kino, które właśnie otworzono w Marceline. Pewnego dnia namówił Ruth, żeby się tam z nim wybrała. Na płóciennym ekranie zobaczyli historię ukrzyżowania i wniebowstąpienia Chrystusa. Było już ciemno, kiedy stamtąd wyszli i gnali biegiem do domu, pełni obaw, gdyż groziła im kara za tak późny powrót. Kara ich jednak ominęła, bo rodzice odetchnęli z ulgą, że nic im się nie stało.
To w Marceline miał Disney okazję zetknąć się z całą galerią ważnych dla niego osób - dobrą ciotką Margaret, która przywoziła mu z Kansas City kredki i papier, żeby go zachęcić do rysowania, babcią Disney, zawsze w dobrym humorze mimo siedemdziesiątki, wujkiem Robertem Disneyem, eleganckim mężczyzną, który nie wyjmował z ust cygara, nawet wówczas, gdy przystrzygał sobie bródkę u fryzjera, oraz wujkiem Edem, uważanym przez obcych za słabego na umyśle, ale przez swoją rodzinę raczej za chłopca, który nigdy nie dorósł. Dla Walta zaś był wspaniałym kompanem - dorosłym, który nigdy nie stracił ochoty do chłopięcych psot. Chodzili razem na wycieczki, a kiedy wujek Ed chciał jechać do miasta, po prostu zatrzymywał pociąg i wsiadał. Walt chodził też w odwiedziny na farmę weterana Erastusa Taylora i wysłuchiwał opowieści o bitwach pod Shiloh i Bull Run z okresu wojny domowej albo jeździł do miasta z Dokiem Sherwoodem odzianym w czarny surdut w stylu księcia Alberta. Ten ekscentryczny emerytowany lekarz, o twarzy okolonej bokobrodami, zamówił u Walta portret, na którym widniał obok swego nagrodzonego ogiera Ruperta, i zapłacił mu za to nową błyszczącą ćwierćdolarówką.
Początkowo Elias Disney był przez swoich sąsiadów traktowany nieufnie. W końcu przybył z wielkiego miasta, z głową przepełnioną socjalistycznymi ideami. Niektórzy farmerzy, zbulwersowani licznymi machinacjami przedsiębiorców z branży żywnościowej i towarzystwa kolejowego, odnosili się jednak życzliwie do rad Eliasa, aby połączyć swe siły w Amerykańskim Związku Zawodowym. W 1907 roku wynajął on salę w domu Kawalerów Pityjskich i zaprosił farmerów wraz z ich żonami na obiad. Kupił pięć galonów ostryg w sklepie Eda Haydena i goście zapewniali potem, że nigdy nie jedli tak smacznej zupy ostrygowej. Mniej entuzjastycznie odnieśli się jednak do argumentacji Eliasa, tak więc jego nadzieje na utworzenie w Marceline związku farmerów spełzły na niczym.
Mimo radykalnych idei, Eliasa lubiano w Marceline. Był pracowity i rozsądny, jakkolwiek czasem dawał się ponieść fantazji. Co niedziela zaprzęgał kobyłę do powozu i jechał do domu dziadka Taylora. Tam godzinę lub dwie grał na skrzypcach z Willem Rensimerem. Akompaniowała im na pianinie córka Taylorów. Walt słuchał z zachwytem muzyki, dziwiąc się jednocześnie przemianie, jakiej ulegał jego ojciec.
Elias Disney był na ogół człowiekiem poważnym, wręcz twardym. Konieczność utrzymania żony i pięciorga dzieci z pracy na farmie przysparzała mu więcej trosk, niż się spodziewał, groźba klęski wisiała bowiem nad nim nieustannie. Był bardzo wymagający w stosunku do starszych synów i jedynie dzięki przytomności umysłu Flory nie dochodziło z ich strony do otwartego buntu. Przy uprawie pola, które Elias wydzierżawił od Roberta Disneya, Herb i Ray zarobili 175 dolarów. Kupili sobie za to złote zegarki po 20 dolarów. Ojciec zarzucał im rozrzutność i dopytywał się, co zamierzają zrobić z resztą pieniędzy.
- Zastanawialiśmy się, czy nie kupić jałówki i źrebaka - odrzekł Herb.
- Nie! - zaprotestował ojciec stanowczo. - Farma jest mocno zadłużona. Uważam, że pieniądze powinny pójść na spłatę długów.
Herb i Ray uznali, że miarka się przebrała. W południe następnego dnia Herb pojechał konno do miasta i wycofał z banku pieniądze swoje i brata. Po kolacji powiedzieli, że są zmęczeni całodzienną pracą i zamierzają się wcześnie położyć. Potem wymknęli się oknem i wsiedli do pociągu do Santa Fe, a stamtąd pojechali do Chicago.
Ucieczka synów była ciosem dla Eliasa Disneya i zniweczyła jego nadzieje na przekształcenie osiemnastohektarowego gospodarstwa w dobrze prosperującą farmę. Wszystkie jego wysiłki szły zresztą na marne wskutek przestarzałych zasad, jakich się uparcie trzymał.
- Użyźnianie ziemi to tak jak pojenie człowieka whisky - mawiał. - Wprawdzie przez chwilę ma się lepiej, ale w rezultacie czuje się gorzej niż przedtem.
Ostatecznie dał się przekonać sąsiadom do nawiezienia kawałka pola kukurydzianego i obserwował bacznie różnicę.
Potem z powodu suszy wyschła studnia. Elias wykopał nowe studnie, ale plony były skąpe. Jabłka dojrzały, gdy ceny skupu były jeszcze niskie. Elias poprzykrywał je więc warstwami słomy, tak jak jego ojciec zwykł robić w Kanadzie. Nadeszła zima, a jabłka zachowały świeżość. Disneyowie sprzedawali je więc na pobliskich farmach. Masło Flory chętnie kupowali osadnicy, więc Elias zapowiedział, że nie wolno go używać w domu. Flora, co rzadko jej się zdarzało, nie posłuchała męża i smarując masłem kromki domowego pieczywa, po kryjomu podsuwała je dzieciom.
Zimą 1909 roku spadło na dom nieszczęście. Elias zachorował na tyfus, a potem na zapalenie płuc. Ciężar prowadzenia gospodarstwa wziął na siebie Roy, lecz była to praca ponad siły szesnastoletniego chłopca. Flora nalegała, żeby farmę sprzedać, i Elias w końcu musiał się na to zgodzić. Po czterech latach wytężonej pracy całym jego majątkiem były pieniądze uzyskane ze sprzedaży farmy.
Roy z bratem wsiedli na wóz. Jechali przez ścięte mrozem pola, aby rozwiesić na słupach telegraficznych i na płotach ogłoszenia o sprzedaży farmy Disneyów. Chłopcy przyglądali się z żalem, jak ich ukochane zwierzęta przechodziły na własność innych farmerów. Szczególnym przywiązaniem darzyli półrocznego źrebaka, którego znali od urodzenia. Prowadzący aukcję sprzedał ją jakiemuś farmerowi, a chłopcy mieli łzy w oczach, widząc, jak ten przywiązuje źrebaka do wozu i odjeżdża.
Tego samego dnia Roy i Walt pojechali bryczką do miasta po zakupy. Kiedy wchodzili do sklepu z artykułami żelaznymi, usłyszeli przeciągłe rżenie. Pognali przez ulicę i zobaczyli swojego źrebaka przywiązanego do wozu farmera. Źrebak ich rozpoznał, a oni podbiegli i płacząc tulili się do niego.
Elias miał zamiar przenieść się do Kansas City, ale oboje z Florą uznali, że dzieci nie powinny przerywać nauki w środku roku. Wynajęli więc dom w mieście, przy North Kansas Avenue, pod numerem 508, i dopiero kiedy szkoła się skończyła, wiosną 1910 roku, rodzina Disneyów wyjechała z Marceline. Walt mieszkał tam zaledwie cztery lata, ale okres ten najmocniej zaważył na jego psychice. Warsztat, który czterdzieści lat później wybudował w kalifornijskiej posiadłości, był dokładną repliką tego, który zapamiętał z Marceline.
4
W październiku 1917 roku w The Voice, czasopiśmie wydawanym przez McKinley High School w Chicago, ukazała się następująca notatka:
Pierwszoroczniacy postanowili odnieść w tym roku znaczny sukces. Wziąwszy pod uwagę początkowe rezultaty, uznać trzeba, że ich przechwałki i determinacja nie są pozbawione podstaw. Rzucili się w wir ekscytującego życia szkolnego.
Jeden z nowicjuszy - Walter Disney - objawił niezwykły talent artystyczny i został mianowany karykaturzystą w The Voice.
Walterowi udało się wreszcie opublikować swoje nieskomplikowane, dowcipne rysunki. Bije z nich wojenny zapał. Roy zaciągnął się do marynarki i szkolił w bazie marynarki wojennej w Great Lakes. Kiedy dostawał przepustkę i zjawiał się w domu w mundurze, Walta aż skręcało z zazdrości. Dorównywał już Royowi wzrostem, ale na wojsko był jeszcze za młody. Rysunki do The Voice opatrywał takimi hasłami, jak: "Letnie wakacje - pracować czy walczyć" albo "Kupuj wojenne znaczki! Pomóż wojsku - pomagaj i służ!". Na jednym z jego rysunków widać dwóch dekownikow natrząsających się z żołnierza ("Ranny, co? Biedaczek!", podczas gdy dwóch policjantów grozi: "Zabierzemy się do tych nicponi, gdy tylko ten żołnierz odejdzie"). Walt pełnił też w The Voice funkcję fotografa. Trzy wieczory w tygodniu spędzał w Chicago Institute of Art, gdzie uczył się anatomii, pisma technicznego i rysunku.
Wśród jego nauczycieli byli: Carey Orr, rysownik chicagowskiej Tribune, oraz Leroy Gossit z Heralda. Waltowi wolno było odwiedzać ich w redakcji. Poza tym całymi godzinami rysował w swoim pokoju. Nikomu nie pokazywał szkiców, dopóki nie były całkowicie ukończone.
Założył kartotekę dowcipów. Godzinami przesiadywał w teatrzykach wodewilowych, szkicując żarty rysunkowe. Kopiował też gagi aktorów grających w burleskach pokazywanych w Haymarket i w Star and Garter. W owych czasach burleska była jeszcze popularną rozrywką rodzinną, pozbawioną wulgarności, jaka wkradła się do niej w latach późniejszych. Walt kompilował dowcipy i najlepsze z nich opowiadał ojcu. Elias wysłuchiwał ich z kamienną twarzą, a po dwóch dniach wypowiadał swoją opinię:
- Wiesz, przemyślałem sobie ten żart, który mi opowiadałeś. To było bardzo, bardzo śmieszne.
Elias Disney nie mógł pojąć synowskiej fascynacji światem rozrywki. Nie był zadowolony z tego, że Walt zamierza zostać rysownikiem. Zgodził się jednak finansować korespondencyjne kursy rysunku - dopóty, dopóki syn będzie wnosił swój wkład do budżetu rodzinnego. Walt początkowo pracował w fabryce. Mył słoiki i zakręcał pokrywki, przygotowywał pulpę jabłeczną, zbijał skrzynki. Raz w tygodniu pracował jako dozorca nocny, pilnując fabryki z 38-kalibrowym rewolwerem i lampą. Zapalał wszystkie światła i trzymał broń w ręku, żeby włamywacze widzieli, że jest uzbrojony.
W fabryce zarabiał tylko 7 dolarów tygodniowo, toteż wkrótce zrezygnował. Przyjął pracę strażnika i dozorcy w kolejce naziemnej na Wilson Avenue, za 40 centów za godzinę. Co wieczór nakładał czapkę i odznakę i jechał kolejką do stacji końcowej. Jeśli w danym dniu do pracy zgłosiło się zbyt wielu dozorców, wracał do domu. Zazwyczaj przydzielano mu stanowisko przy tylnej bramie, gdzie wpuszczał do wagonu pasażerów z biletami miesięcznymi, a potem dwukrotnie dzwonił, dając motorniczemu sygnał do odjazdu.
Kiedy wiosną 1918 roku ukończył pierwszy rok w McKinley High School, postanowił wraz z przyjacielem zgłosić się latem do pracy na poczcie. Przyjaciel został przyjęty, bo podał fałszywą datę urodzenia. Waltowi odmówiono, ponieważ przyznał się, że ma tylko szesnaście lat. Wrócił do domu, ucharakteryzował sobie twarz, pożyczył od ojca garnitur i kapelusz, po czym stanął przy tym samym okienku. Oznajmił, że ma lat osiemnaście, i dostał pracę.
Pracował od dwunastu do czternastu godzin na dobę, sortując pocztę i dostarczając przesyłki polecone w obrębie miasta. Miał prawo do darmowych przejazdów autobusami i kolejką naziemną. Pewnego dnia kierownik zaproponował mu, żeby poprowadził ciężarówkę. Zgodził się bez wahania. Kierował już kiedyś dwucylindrowym buickiem w Kansas City. Z duszą na ramieniu wyruszył z przesyłkami na ulice Chicago, ale gdy wracał do garażu, prowadził już pewnie. W niedzielę jeździł autobusem do końca Grand Avenue, na przystań, gdzie odbierał pocztę - przeważnie widokówki pisane przez turystów. Potem jechał autobusem do stajni, wyprowadzał konia, zaprzęgał go do wozu pocztowego i ruszał w stronę śródmiejskich hoteli, aby opróżnić tamtejsze skrzynki pocztowe. Kiedy odbywał tę drogę po raz pierwszy, kierownik poradził mu:
- Pozwól koniowi jechać tam, gdzie chce. On zna każdą skrzynkę, zna też drogę do stajni. Nie musisz trzymać lejców.
Było to trudne, zwłaszcza gdy wóz wyprzedzały samochody. Ale koń rzeczywiście wiedział, co robi. Przy moście Rush Street, który podnosił się właśnie, aby przepuścić statki płynące rzeką, koń zatrzymał się tuż przy łańcuchu. Odczekał spokojnie, aż most się opuści, i przeszedł na drugą stronę. Waltowi niepotrzebna była lista klientów. Koń zatrzymywał się przed każdą skrzynką pocztową, a Walt zeskakiwał, żeby wyjąć z niej listy. Gdy tylko zamykał klapę wozu, koń ruszał do przodu tak gwałtownie, że trzeba go było doganiać i blokować koło lub wskakiwać na wóz w biegu. Walt zorientował się, że sygnałem dla konia jest trzask klapy. Zaczął ją więc zamykać jak najciszej, potem wskakiwał na wóz i wołał "Wio!".
System działał wyśmienicie, póki nie dojechali do wielkiego hotelu w dzielnicy Loop. Walt wszedł do holu, żeby odebrać listy, potem wyszedł na ulicę i zobaczył, że konia nie ma. Wpadł w panikę. Koń z wozem pełnym listów zniknął na ruchliwej śródmiejskiej arterii i to on był temu winien. Biegał od rogu do rogu, szukał pomiędzy domami, ale bez skutku. Zrozpaczony wrócił przed bramę hotelu, spojrzał w głąb pasażu biegnącego ku następnej ulicy. Koń stał cierpliwie po drugiej stronie. Miał bowiem w zwyczaju objeżdżać budynek dookoła i czekać na listonosza przy drugim wyjściu.
Kiedyś Walt sortował listy razem z innym listonoszem. Dowcipkował sobie na temat inspektora, który zwykł szpiegować pracowników przez dziury w ścianie. Spostrzegł, że jego towarzysz nagle zamilkł. Odwrócił się więc i ujrzał za sobą dwóch umundurowanych inspektorów. Jeden z nich powiedział:
- Disney, proszę z nami!
Poszedł za nimi długim korytarzem, a wszyscy sortowacze obserwowali ich w napięciu. Inspektorzy wprowadzili Walta do biura i zaczęli przesłuchanie.
- Dwa tygodnie temu zabrałeś z przystani na Grand Avenue worek z pocztą. Co z nim zrobiłeś?
- Odniosłem go na pocztę i wrzuciłem do sortowni.
- Nie, nie wrzuciłeś. Worek nigdy nie dotarł na pocztę. Powiedz, co z nim zrobiłeś.
Walt był pewien, że jak zwykle dostarczył pocztę. W końcu jeden z inspektorów zlitował się nad nim:
- No więc powiemy ci, co zrobiłeś z workiem. Zawiesiłeś go na kołku w stajni. Wisiał tam przez dwa tygodnie. Musisz bardziej uważać. A teraz wracaj do pracy.
To lato roku 1918 było najwspanialsze w jego życiu. Praca na poczcie, jakkolwiek trwała do późna, nie była specjalnie nużąca, a większość czasu i tak spędzał poza urzędem. Wieczorami zapraszał dziewczęta z McKinley High School do kina albo do teatrzyku.
Po raz pierwszy w życiu miał dość pieniędzy, aby folgować swoim zachciankom. Zastanawiał się, czy kupić kamerę filmową czy łódź. Dziewczyna namawiała go do kupna łodzi, ale w końcu zdecydował się na kamerę. Ustawił ją na statywie i sfilmował siebie w roli Chaplina. Aby przypodobać się dziewczynie, złożył się z przyjacielem na niedrogą łódkę. Łódź była mała i tak niestabilna, że pewnej wietrznej niedzieli oboje z panną skąpali się w jeziorze.
Pod koniec lata w drugiej bitwie nad Marną aliantom udało się zatrzymać Niemców i marszałek Foch przystąpił do kontrataku. Walt nie mógł się doczekać, kiedy przywdzieje mundur. Tłumaczył rodzicom, iż nie chce, by jego wnuki pytały kiedyś, dlaczego nie wziął udziału w wojnie, i oskarżały go o dekownictwo. Roy tymczasem został przeniesiony do Charlestonu w Karolinie Południowej. Potem włączono go w skład załogi odbywającej rejsy pomiędzy Nowym Jorkiem a Francją. Ray Disney wstąpił do armii. Walt chciał wziąć udział w tej samej przygodzie. Nie miał ochoty spędzać w szkole jeszcze jednego roku. Jego przyjaciel z poczty, Russell Maas, podzielał jego pragnienie. Postanowili, że przedostaną się przez granicę i zaciągną do armii kanadyjskiej, która przyjmowała młodszych rekrutów niż armia amerykańska. Zamiar ten został jednak zniweczony przez matkę Russella, która odkryła spakowaną walizkę. Syn przyznał się do wszystkiego, więc pani Maas zawiadomiła Florę Disney. Ale któregoś dnia Russell przybiegł na pocztę i podekscytowany oznajmił, że organizują w mieście oddział ochotników pod nazwą Amerykański Korpus Sanitarny, który jest częścią Czerwonego Krzyża. Potrzebowali kierowców i podobno nie interesował ich wiek kandydatów.
W południe dwaj młodzi ludzie udali się do kwatery głównej Amerykańskiego Czerwonego Krzyża. Dowiedzieli się tam jednak, że do ochotniczego transportu sanitarnego przyjmowano osoby, które miały ukończone siedemnaście lat. Obaj mieli dopiero szesnaście, ale podali fałszywą datę urodzenia i zarejestrowali się jako bracia Russell i Walter St. John. Sądzili, że podstęp się udał, do czasu gdy się okazało, że na podaniu o paszport musi być podpis rodziców. Wtedy Walt przyznał się rodzicom do swojego planu.
- Niczego nie podpiszę - oznajmił Elias Disney. - To by było tak, jakbym podpisał wyrok śmierci na własnego syna.
Flora próbowała go przekonać, że już trzech synów porzuciło potajemnie rodzinny dom i bała się, że Walter zrobi to samo. Uważała, że chłopiec jest zdecydowany na wszystko. Wolałaby więc raczej podpisać pozwolenie i wiedzieć, gdzie jest, niż doprowadzić do jego ucieczki.
- Proszę bardzo, możesz to podpisać za mnie - ja tego nie zrobię! - rzekł Elias i wyszedł z pokoju.
Flora złożyła swój podpis na podaniu o paszport, a Walter przerobił rok urodzenia na 1900. Wrócili z Russellem do Czerwonego Krzyża, gdzie oddali swoje podania. Otrzymali mundury i skierowano ich do obozowiska znajdującego się w spalonym wesołym miasteczku koło uniwersytetu. Mechanicy z Yellow Cab Company uczyli tam naprawy silników i jazdy w terenie.
W Chicago wybuchła epidemia grypy i Walt zachorował tak ciężko, że skierowano go do szpitala. Sanitariusz zapytał go, czy mieszka w Chicago. Gdy Walter odpowiedział twierdząco, kierowca karetki uznał, że najlepiej będzie zawieźć go do domu.
- Z taką grypą nie wyjdziesz żywy ze szpitala - dodał.
Walt nie protestował. Dwaj jego bliscy przyjaciele, którzy znaleźli się w szpitalu, zmarli już następnego dnia.
Flora Disney zaopiekowała się synem, który miał wysoką gorączkę i majaczył. Kładła mu kompresy i podawała duże dawki chininy. Ponieważ w jego sypialni nie było ogrzewania, położono go w pokoju rodziców. Kiedy zachorowała mała Ruth, jej łóżko umieszczono koło pieca kuchennego. Także i Florę dopadła grypa, która setkami zabijała mieszkańców Chicago, ale ona w dalszym ciągu pielęgnowała swoje dzieci. Wreszcie gorączka zaczęła spadać. Walter wyzdrowiał i powrócił do Korpusu Sanitarnego. Był zrozpaczony, gdy dowiedział się, że jego grupa, w tym i Russell Maas, już odpłynęła. Walt został przydzielony do nowej jednostki i odesłany do Sound Beach w Connecticut, gdzie czekał na rozkaz wyjazdu do Francji.
Jedenastego listopada 1918 roku był dniem radości dla całego kraju. Ale ochotnicy Czerwonego Krzyża w Sound Beach przyjęli zawieszenie broni z mieszanymi uczuciami. Ich status wolontariuszy stracił rację bytu. Musieli znaleźć sobie miejsce w pokojowej rzeczywistości jako zwykli kierowcy. Nazywali siebie "armią Coxeya", nawiązując w ten sposób do bezrobotnych, którzy z Jacobem Coxeyem na czele urządzili demonstrację w Waszyngtonie w roku 1894. Ponadto dawała im się we znaki wojskowa dyscyplina w obozie, a także to, że traktowano ich jak poborowych. Dręczyła chroniczna tęsknota za domem. Waltowi brakowało matczynej kuchni, a serce rwało się do dziewczyny, która obiecała, że będzie na niego czekać.
Pewnego poranka w obozowych barakach zapaliło się światło, a wolontariuszy obudził doniosły głos: "Pobudka! Pobudka! Pięćdziesięciu ochotników wyjeżdża do Francji!". Kolega leżący na pryczy obok szturchnął Walta, mówiąc:
- Hej, Diz, obudź się, wysyłają za morze pięćdziesięciu chłopców.
- Mnie nie wybiorą - mruknął Walt i obrócił się drugi bok. Nazwisko Waltera E. Disneya znalazło się na pięćdziesiątym miejscu listy. Koledzy zrzucili go z łóżka i w ciągu godziny znalazł się w pociągu zmierzającym do Hoboken. Tej samej nocy, 18 listopada, został zaokrętowany na przeznaczoną do transportu bydła rdzewiejącą łajbę o nazwie "Vaubin".
Zapomniał natychmiast o frustracji spowodowanej zakończeniem wojny i rzucił się w wir nowej przygody, której zapowiedzią była podróż przez Atlantyk na okręcie wyładowanym amunicją. Nie było już wprawdzie powodu, żeby bać się niemieckich U-bootów, ale wody, po których płynął statek, były gęsto zaminowane. Niepomny na niebezpieczeństwo Walt urządził sobie miejsce do spania bezpośrednio nad włazem do ładowni. Kiedy Francja była już niedaleko, statek został otoczony przez trałowce, które eskortowały go przez pełen groźnych niespodzianek kanał La Manche. Wolontariusze Czerwonego Krzyża wylegli na pokład, żeby obserwować trałowce z długimi zaporami po obu burtach i działami skierowanymi ku powierzchni morza, które patrolowały okoliczne wody w poszukiwaniu min. U wejścia do Cherbourga rozsunęły się potężne sieci, stanowiące ochronę przed łodziami podwodnymi, i "Vaubin" wpłynął do portu. Statek nie dobił do brzegu, gdyż płynął dalej, do Hawru, gdzie znalazł się 4 grudnia. Walt zszedł na ląd ze swoimi towarzyszami. I tak młodzi Amerykanie rodem ze Środkowego Zachodu włóczyli się po francuskim portowym mieście, dziwiąc się co krok. Kręciło im się w głowie od tutejszych osobliwości, a w największe zdumienie wprawiały ich uliczne pisuary. Początkowo żaden nie miał odwagi z nich korzystać. Ale po całym dniu zwiedzania jeden z nich uznał, że dłużej już nie wytrzyma. Zdobył się na odwagę i wszedł do wiadomego miejsca. Koledzy poszli w jego ślady.
Potem członkowie Amerykańskiego Korpusu Sanitarnego udali się na stację, skąd mieli jechać do Paryża. Walter nie mógł się nadziwić, że francuskie parowozy są takie małe w porównaniu z tymi, które poznał, gdy pracował jako sprzedawca. Wyglądał przez okno pociągu. Patrzył na francuski krajobraz, na niewielkie gospodarstwa pooddzielane od siebie wysokimi ogrodzeniami i szeregami topól.
Paryż ciągle jeszcze wyglądał jak miasto w czasie wojny. Jadąc taksówką przez Pola Elizejskie, Walt widział tłumy mężczyzn w mundurach. Na Place d'Etoile leżały worki z piaskiem mające chronić Łuk Triumfalny, a na ulicach słychać było odgłosy wystrzałów. Po krótkiej wycieczce po mieście Walt wyruszył do kwatery głównej Amerykańskiego Korpusu Sanitarnego w St. Cyr, gdzie mieściła się siedziba Francuskiej Akademii Wojskowej. Po pierwszym zachwycie stolicą Francji St. Cyr mocno go rozczarowało. Ochotnicy zostali zakwaterowani w zamku tak przejmująco wilgotnym i zimnym, że Walt musiał przed pójściem do łóżka owijać się w gazety. Fatalne było również jedzenie, składające się głównie z wieprzowiny i fasoli.
Piątego grudnia Walt skończył siedemnaście lat. Tego dnia późnym wieczorem wstąpił do kantyny, ale dostrzegł tam tylko jednego znajomego, który zaproponował, żeby poszli do jakiegoś baru na sok owocowy. Skierowali się do pobliskiej kawiarni. Było tam całkiem pusto. Zaledwie zdążyli zamknąć za sobą drzwi, spod stołów i zza kontuaru wyszli pozostali przyjaciele, wołając: "Wszystkiego najlepszego, Diz!". Sala wypełniła się tłumem gości, którzy zamawiali soki, wino i koniak. Klepali go po plecach, składając życzenia. Do solenizanta należało zapłacenie rachunków. Portmonetka szybko zrobiła się pusta i pieniędzy nie starczyło. Musiał więc sprzedać na miejscu parę nowych butów z Czerwonego Krzyża za 30 franków.
Po jakimś czasie Walt został przeniesiony z St. Cyr do Szpitala Przejściowego nr 5. Najpierw prowadził pięciotonowe ciężarówki i karetki. Potem przydzielono go do oddziałów zmotoryzowanych. W rzeczywistości były to taksówki przeznaczone na użytek oficerów amerykańskich. Szybko nauczył się topografii Paryża, przewożąc majorów i pułkowników do różnych kwater, szpitali, poselstw, a czasem i do burdeli.
Dostał z dowództwa rozkaz przetransportowania ciężarówką ładunku fasoli i cukru do zniszczonego rejonu Soissons. Dobrał sobie pomocnika i wyruszył w podróż. Kiedy przejeżdżał przez jakąś małą miejscowość, w silniku samochodu rozległ się stukot. Hałas nasilał się, podwozie drżało i łomotało. Ciężarówka zaczęła zwalniać. Walt skręcił i zaparkował na skraju drogi, w pobliżu budki dróżnika. Podejrzewał, że urwał się wał korbowy. Żadna siła nie była w stanie uruchomić samochodu. Walt pamiętał o podstawowym przykazaniu kierowców Czerwonego Krzyża: nigdy nie pozostawiać pojazdu na pastwę losu. Kazał więc pomocnikowi wrócić do miasteczka, wsiąść do pociągu i sprowadzić pomoc z Paryża. Sam nastawił się na długie oczekiwanie na lutowym mrozie.
Siedział w kabinie kilka godzin. Nocny chłód sprawił, że zaczęły mu z zimna drętwieć nogi. Łamaną francuszczyzną zapytał dróżnika, czy może wejść do budki. Dróżnik zaprosił go, przyjmując od młodego Amerykanina podarunek w postaci zapasowej racji żywnościowej kierowcy - chleba, sera, wołowiny w puszce i czekolady. Walt przedrzemał noc w maleńkiej komórce, przy ciepłym piecyku, do którego dróżnik dokładał raz na pół godziny bryłkę węgla. Następnego dnia pomocy z Paryża ciągle jeszcze nie było, więc Walt spędził kolejną noc przy małym piecyku. Trzeciego dnia był już tak głodny i straszliwie zmęczony, że poszedł do wiejskiej gospody, gdzie zamówił nocleg i kolację. Kiedy postawiono przed nim posiłek, zauważył, że pomiędzy kotletem cielęcym i groszkiem łazi karaluch. Zrzucił go z talerza, zjadł, co było do zjedzenia, i poszedł spać.
Obudził się z uczuciem paniki. Uświadomił sobie, że spał dwadzieścia cztery godziny. Co sił w nogach pognał w kierunku przejazdu kolejowego i ku swemu przerażeniu spostrzegł, że ciężarówki nie ma. Wrócił biegiem do miasteczka. Prześladowała go myśl o konsekwencjach, jakie czekają nań w Paryżu. Wsiadł do pociągu towarowego. Kiedy dotarł do Paryża, do kwatery głównej, dowiedział się, co się stało. Jego pomocnik, zanim powiadomił o awarii, przez dwa dni pił na umór. Uszkodzona ciężarówka została w końcu odholowana do Paryża z nietkniętym ładunkiem. Disneyowi groziły poważne kłopoty za opuszczenie pojazdu. Ale życzliwie nastawiony do niego sierżant ze Szpitala Ewakuacyjnego nr 5 przekonał sztab oficerski, że młody szofer zrobił wszystko, co tylko było możliwe, żeby nie oddalać się od samochodu przez dwie doby. Sztab oficerski przyznał mu rację i wina została Waltowi darowana. Natomiast niefrasobliwy pomocnik wylądował w areszcie.
W ciągu następnych kilku miesięcy od zakończenia wojny żołnierze amerykańscy masowo opuszczali Francję. Oddział zmotoryzowany Czerwonego Krzyża miał coraz mniej do roboty. Disney został oddelegowany do kantyny w Neufchateau, niedaleko Nancy. Podczas długich godzin bezczynności brał do ręki papier, ołówek i rysował. Karykatury wysyłał do Life'u i Judge'a dwóch czołowych amerykańskich czasopism satyrycznych. Wszystkie te rysunki zwrócono mu z uprzejmym podziękowaniem i drukowaną, standardową odmową.
Napisał więc list do swojego szkolnego pisma, ilustrując go własnym portretem. Zamieścił też relacje żołnierzy i jeńców, z którymi się zetknął. Rysował afisze do stołówki, a koledzy wysyłali do domów wykonywane przez niego karykatury. Na plandece swojej ciężarówki wymalował oszałamiającą piękność. Pożyczył od francuskiego oficera Krzyż Wojenny i namalował sobie na kurtce kopię tego odznaczenia. Spodobało się to bardzo jego kumplom z kantyny, którzy zamówili u niego takie same krzyże. Wszedł w spółkę z pewnym przedsiębiorczym Gruzinem, który wyrabiał wojenne suweniry. Wciskał je zwłaszcza tym żołnierzom, którzy nie powąchali prochu. Kiedy pociągi z wojskiem zatrzymywały się w Neufchateau, żeby wymienić lokomotywę, obchodził wagony i sprzedawał niemieckie hełmy żołnierskie, pozbierane na polach bitewnych. Pewnego razu Gruzin zauważył, że Walt pokrył swój kuferek barwami ochronnymi. Zaproponował, żeby wymalował mu hełm snajpera. Walt zgodził się. Za 5 franków od sztuki zamalowywał hełmy szybko schnącym szelakiem, dodając im patyny. Gruzin mazał je w błocie, przestrzeliwał na wylot, przylepiał włosy do wyszczerbionych brzegów i za niemałe pieniądze rozprzedawał wśród żołnierzy.
Walt wszystkie swoje zarobki wysyłał matce, razem z połową żołdu, który wynosił 52 dolary. Pewnego dnia wygrał w kości 300 dolarów. Pognał do biura American Express, przesłał całą tę sumę na nazwisko matki, z zaleceniem, aby kupiła Ruth zegarek, a resztę złożyła w banku.
Kilkanaście lat później Walt wspominał dni spędzone w Neufchateau w liście do Alice Howell, mieszkanki Nebraski, która pracowała w kantynie Czerwonego Krzyża:
Zapewne nie pamięta mnie Pani, dlatego też w kilku słowach opiszę, czym się zajmowałem. Byłem szoferem samochodu dostawczego. Do moich obowiązków należało obijanie się po kantynie i bieganie po sprawunki. Odwoziłem dziewczęta z kantyny do kwater i z powrotem, jeździłem z nimi na wieś po jajka, do delegatury wojskowej z rozmaitymi prośbami, a od czasu do czasu na pikniki. Moim azylem była mała komórka przylegająca do kantyny, gdzie krajało się chleb. (...)
Pamięta może Pani, jak generał Pershing przysłał [swojego syna] Warrena do Pani na jeden dzień i jak zawiozłem was małym samochodem do Domrimi [Domremy], miejsca urodzenia Joanny d'Arc.
Urządziliśmy tam wspaniały piknik z pieczonym kurczakiem i całą masą innych pyszności. Mój Boże, jak wspaniale smakował ten kurczak!
Pamiętam kilku chłopaków z Drugiego Pułku Kawalerii, wałęsających się często koło kantyny. Pamiętam też brygadę jeńców niemieckich pracujących w łaźni. Pozostał mi w pamięci szczególnie jeden z nich, którego naprawdę polubiłem. Wydaje mi się, że miał na imię Rupert. Pamiętam, jakich używali sztuczek, żeby zachęcić mnie do kupienia im czegokolwiek.
Kiedyś Rupert przyszedł z pustą butelką i wręczył mi pieniądze, mówiąc, że pani Howell prosi, żebym kupił jej wino. Niczego nie podejrzewając, spełniłem polecenie. Zachodziłem jednak w głowę, dlaczego pani Howell zleciła mi kupienie wina. Kiedy wróciłem, Rupert czekał na mnie i upierał się, że sam je pani dostarczy. Niczego nie podejrzewałem do chwili, gdy pół godziny później wszedłem do łaźni i ujrzałem tam całą grupę niemieckich jeńców spędzających wesoło czas przy butelczynie. To był tylko jeden z kawałów, jakie mi robili Rupert i jego banda (...).
W czasie gdy jeńcy pracowali, Walt i Rupert siadywali w samochodzie i rozmawiali o wojnie i o przyszłości Niemiec. Zaprzyjaźnili się bardzo i pomagali sobie wzajemnie w zwalczaniu codziennej nudy. Pewnego dnia pojechali na kraniec miasteczka, gdzie jeńcy ładowali na ciężarówki sągi drewna. Biegnącą obok drogą wracała ze szkoły grupa uczniów. Dzieciaki nigdy przedtem nie widziały niemieckich żołnierzy i zaczęły rzucać w ich stronę kamieniami. Ponieważ, mimo ostrzeżeń, nie chciały przestać, Walt poradził jeńcom, żeby sami napełnili kieszenie kamieniami. Kiedy dzieci zlekceważyły kolejne ostrzeżenie, Walt zawołał: "Rupert, do ataku!". Grad kamieni przepędził w końcu dzieci.
Walt został kierowcą dwóch dygnitarzy. Miał ich obwieźć po dolinie Renu. Przed wyjazdem poradził się więc miejscowego proboszcza, co warto im pokazać. Zyskał w ten sposób reputację doświadczonego przewodnika i zaczął wozić innych gości po Francji i Niemczech. 14 lipca 1918 roku znalazł się w Strasburgu, gdzie był świadkiem uroczystości z okazji zdobycia Bastylii, obchodzonych po raz pierwszy od blisko pięćdziesięciu lat w tym odzyskanym przez Francję mieście.
W sierpniu zamknięto kantynę w Neufchateau i Walt został przeniesiony do Paryża. Wiele się tam zmieniło. Z ulic zniknęły mundury, a tempo i styl życia paryżan wracały do normy. Już na miejscu dowiedział się, że zlikwidowano Główną Kwaterę Amerykańskiego Korpusu Sanitarnego w St. Cyr, a jego koledzy z oddziału wyjechali.
W Paryżu spotkał Russella Maasa, przyjaciela z Chicago, z którym zaciągnął się do Czerwonego Krzyża. Gawędzili o domu. Przy francuskiej kawie i koniaku kreślili plany budowy tratwy, którą mieli zamiar popłynąć w dół Missisipi, tak jak Huck Finn. Kupili dwa młode owczarki niemieckie i postanowili zabrać je w tę podróż. Russell wracał od razu do Ameryki, Walt zapłacił więc za przejazd swojego psa i wysłał go z Russellem.
Przedtem jeszcze poszli do fotografa i zrobili sobie zdjęcia, które porozsyłali do przyjaciół i rodziny w kraju. Te dwie fotografie są swoistym studium charakteru siedemnastoletniego Walta Disneya. Na jednym z nich widać go ubranego w marynarską czapkę, mundur w kolorze khaki, bryczesy i sztylpy, z ciężkim płaszczem przerzuconym przez ramię. Stoi zażenowany i dumny. Na drugim zdjęciu ma na głowie hełm i wygląda jak prawdziwy żołnierz, którym pragnął zostać - śmiertelnie poważny, uduchowiony obywatel świata. Nie ma wątpliwości, że fotografie te wykonano w ściśle określonym celu. Miały dać do zrozumienia najbliższym, że Walt stał się we Francji mężczyzną.
Trzeciego września 1919 roku generał Pershing wraz ze swoim sztabem opuścił Paryż, a za nim podążyły inne amerykańskie jednostki. Amerykański Korpus Sanitarny został ostatecznie rozwiązany, a tych, którzy jeszcze pozostali, wyekspediowano do Marsylii, skąd mieli popłynąć do domu. Kiedy Walt Disney i jego koledzy dojechali do portu, okazało się, że ich statek kołysze się z dala od brzegu. Strajk dokerów uniemożliwił im zaokrętowanie. Jednostka została skierowana do Nicei. Następne trzy tygodnie Walt wiódł luksusowe życie w kurorcie na Riwierze. Po zakończeniu strajku wsiadł na statek w Marsylii i wrócił do Stanów. Taki był początek jego kariery.
5
Rok spędzony we Francji był dla niespełna osiemnastoletniego Amerykanina ze Środkowego Zachodu nader istotnym doświadczeniem. Walt Disney wylądował w Nowym Jorku pełen nadziei i optymizmu. Ogrom i siły żywotne Manhattanu uskrzydlały go. Przemierzał ulice, podziwiając wysokie budynki. Wśród nowojorskich cudów natrafił na dwie nowe komedie Charliego Chaplina. Ale spieszył się do domu, do Chicago. Tak jak wielu młodych ludzi powracających zza oceanu, przeżył wielkie rozczarowanie. Dla dziewczyny, która miała na niego czekać, przywiózł francuskie koronki i perfumy. Okazało się jednak, że wyszła za mąż trzy miesiące wcześniej. Kiedy wybrał się do Russella, żeby odebrać swojego owczarka, dowiedział się, że pies zdechł na nosówkę. Russell dostał właśnie pracę i zaczął chodzić z jakąś dziewczyną. Podróż w dół Missisipi przestała go zupełnie interesować.
Elias i Flora Disney byli zdumieni przemianą najmłodszego syna. Urósł i miał teraz metr siedemdziesiąt pięć wzrostu. Był barczysty, krzepki i ważył siedemdziesiąt cztery kilogramy. Dojrzał pod każdym względem. Miał szerokie horyzonty, zbyt szerokie, jak na gust ojca. W dalszym ciągu trzymały się go jednak chłopięce figle. Opowiadał na przykład swojej łatwowiernej matce, że kiedy przepływał przez cieśninę, zobaczył na szczycie skał Gibraltaru olbrzymi znak Prudential Insurance (amerykańskiej firmy ubezpieczeniowej). Pokazywał jej też pudełeczko, w którym, jak mówił, przechowuje wojenną pamiątkę. Krzyknęła z przerażenia, gdy je otworzył. Wewnątrz był zakrwawiony ludzki paznokieć (jego własny zresztą), cały pomazany jodyną.
Po europejskich przeżyciach nie brał pod uwagę powrotu do szkoły, odrzucił też stanowczo propozycję pracy w fabryce ojca za hojną pensję 25 dolarów na tydzień. Nie interesowała go taka robota. Elias twierdził, że tysiące bezrobotnych weteranów z podziękowaniem przyjęłoby tę ofertę, ale Walt nie dał się przekonać.
- Co wobec tego chciałbyś robić, synu? - dopytywał się ojciec.
- Chcę być artystą - odrzekł Walt.
- A w jaki sposób zamierzasz zarobić na życie jako artysta? - naciskał Elias.
- Nie wiem - odpowiedział Walt.
Wiedział jednak, że nie chce zostać w Chicago. Miasto wydawało mu się zbyt hałaśliwe, brudne i nieprzyjemne. Postanowił, że wróci do Kansas City. Tam w lutym 1919 roku, po zwolnieniu z marynarki i wyjeździe z Seattle, zamieszkał Roy. Walt chciał zobaczyć się z przyjaciółmi z dzieciństwa. Był też przekonany, że w Kansas City znajdzie zajęcie w redakcji Star jako autor karykatur politycznych. Wbrew woli ojca spakował wszystkie swoje rzeczy, razem z mundurem Czerwonego Krzyża, i wsiadł w pociąg do Kansas City.
Doszło do radosnego spotkania Walta i Roya w domu Disneyów przy Bellefontaine Street. Do białego rana bracia opowiadali sobie o swoich zamorskich przygodach. Roy pracował teraz w Pierwszym Oddziale Narodowego Banku w Kansas City jako kasjer, za 90 dolarów miesięcznie. Miał nadzieję na awans, mógł więc ożenić się z Edną Francis, siostrą Mitchella, który był w marynarce razem z Royem i pracował w tym samym banku. Walt zwierzył się Royowi ze swoich planów i pokazał mu rysunki z Francji.
Potem je zapakował i poszedł do redakcji Star, gdzie zwięźle go poinformowano, że nie ma wolnej posady rysownika. Walt postanowił, że będzie do celu dochodził stopniowo, i zgłosił się do redakcji w charakterze chłopca do przepisywania tekstów, ubrany w mundur pracownika Czerwonego Krzyża, żeby przydać sobie powagi. Pracował zbyt dobrze i powiedziano mu, że jest do tej pracy za stary. Walt protestował, że ma zaledwie osiemnaście lat, ale nie dano mu wiary. Urzędnik do spraw zatrudnienia, dowiedziawszy się, że Walt pracował w Czerwonym Krzyżu jako kierowca, zaproponował mu posadę w dziale transportu. Ale Walt odmówił, twierdząc, że chce być rysownikiem, a nie kierowcą. Zaniósł swoje szkice do Journal, innej gazety wydawanej w Kansas City, gdzie zyskał przychylną opinię wydawcy, Lawrence'a Dickeya. Jednakże Journal nie potrzebował drugiego rysownika.
Walt zwierzył się ze swoich niepowodzeń Royowi. Brat próbował go namówić, żeby rozejrzał się za jakimś bardziej praktycznym zajęciem.
Opowiedział o kłopotach Walta znajomemu z banku. Ten przypomniał sobie, że słyszał o dwóch pracownikach reklamy, którzy poszukują ucznia. Roy namówił brata, żeby zgłosił się do Graficznego Studia Reklamy Pes-men-Rubin w Gray Advertising Building. Walt, nie zwlekając, udał się na spotkanie z Louisem Pesmenem i Billem Rubinem. Ujął ich jego młodzieńczy zapał. Poprosili go, aby przyszedł do nich ze swoimi pracami. Walt pokazał im rysowane przez siebie uliczne scenki paryskie. Następnego dnia rozpoczął pracę. O pensji mieli porozmawiać później.
Nowemu pracownikowi zlecono zrobienie wstępnych szkiców reklamowych i papieru firmowego dla dystrybutorów produktów rolniczych. Pierwsze zamówienie pochodziło od firmy sprzedającej karmę dla kur - niosek. Walt narysował kury siedzące na jajach, jaja przelatujące nad gniazdami, wreszcie kury wysiadujące symbol dolara. Lou Pesmen, który wykładał w Szkole Sztuk Pięknych, zauważył, że większość przychodzących tam młodych ludzi odnosi się do nauki z niechęcią. Ale nie Disney. Pewnego dnia pracował on nad projektem dla Towarzystwa Solnego Careya. Wymalował krowy liżące bryły soli. Pesmen zerknął mu przez ramię, wytarł kilka kresek i dodał parę innych. Walt zgodził się na poprawki. Pod koniec tygodnia obaj wspólnicy oznajmili mu, że będzie zarabiał 50 dolarów miesięcznie. "Zgadzam się" - odpowiedział Disney, nie podnosząc głowy znad rysunku. Kiedy opowiadał o tym Royowi, przyznał, iż przyjąłby tę pracę nawet za połowę pensji.
Walt stawał na głowie, żeby zasłużyć na uznanie pracodawców. Pesmen projektował okładki do tygodniowego repertuaru Newman Theater. Zlecił Waltowi wykończenie strony tytułowej. Zazwyczaj tego rodzaju praca zajmowała cały dzień, ale Walt wykonał ją w trzy godziny, uzupełniając projekt o własne pomysły. Zlecano mu potem projektowanie ogłoszeń gazetowych dla Newman Theater. Wiele lat później, na spotkaniu dotyczącym reklamy w jego własnym studiu Burbank, wspomniał o jednej ze swoich prac w tej dziedzinie:
- W Newman Theater grano film Cecila B. DeMille'a Kaprysy losu. Miałem do dyspozycji jedynie fotos, na którym stało dwoje głównych aktorów, Gloria Swanson i Thomas Meighan. Pomyślałem, że byłoby lepiej, gdyby leżeli, i tak też ich wyrysowałem.
W firmie Pesmena i Rubina pracował młody Holender o dziwnym nazwisku Ubbe Iwwerks. Pochodził z rodziny holenderskich emigrantów i był w tym samym wieku co Walt. Podobnie jak on, rzucił szkołę przed dyplomem. Przedtem pracował w drukarni banknotów i na farmie, a pod koniec 1919 roku został zatrudniony u Pesmena i Rubina do prac literniczych i malarskich. Miesiąc później do firmy trafił Walt Disney. Przypadli sobie z Ubbem do gustu. Walt uczył Ubbego wzorów liter, które wykorzystywał w wojsku. Pozostali praktykanci rysowali przeważnie litery alfabetu, Walt wprawiał się, rysując rozmaite warianty swojego nazwiska: "Walter Disney, W.E. Disney, Walt Disney, Walter Elias Disney". Chciał wiedzieć, który z nich wydaje się Ubbemu najciekawszy. Wybór padł na "Walta Disneya".
Walt i Ubbe zajmowali się przede wszystkim katalogami produktów rolniczych oraz bożonarodzeniową reklamą domów towarowych i widowisk. Kiedy opadła przedświąteczna gorączka, zostali zwolnieni. Walt zaczął znów pracować jako listonosz.
Walt i Ubbe Iwwerks (który potem zmienił pisownię nazwiska na Ub Iwerks) planowali założenie wspólnego przedsiębiorstwa. Walt Pfeiffer, szkolny kolega Walta i jego partner ze szkolnego kabaretu, namówił ojca, żeby zatrudnił dwóch młodych rysowników przy pracach literniczych w gazecie Związku Zawodowego Pracowników Przemysłu Skórzanego Journal. Walt szukał też innych źródeł zarobku, zwrócił się więc o pomoc do dawnego sąsiada, Ala Cardera, który wydawał branżowe czasopismo Restaurant News. Nie było tam roboty dla dwóch pracowników graficznych, ale Carder przydzielił im w swoim biurze dwa biurka w zamian za okazyjnie wykonywane rysunki. Walt uznał, że nadarza się sposobność, żeby rozkręcić własne przedsiębiorstwo. Napisał do matki z prośbą o przesłanie mu 500 dolarów, na które złożył się żołd z Czerwonego Krzyża i pieniądze wygrane we Francji w kości. Matka jednak chciała wiedzieć, na co mu potrzebna taka suma. Odpowiedział, że zamierza otworzyć własne przedsiębiorstwo, dodając, że są to jego oszczędności i że może z nimi robić, co mu się żywnie podoba. Po wymianie listów matka wysłała mu wreszcie połowę żądanej kwoty.
Wspólnicy zamierzali nadać swojej firmie nazwę "Disney-Iwerks". Ale kiedy wywiesili szyld w holu Railroad Exchange Building, spostrzegli, że brzmi to raczej jak nazwa zakładu optycznego. Tak więc narodziła się firma Iwerks-Disney Commercial Artists. Iwerks wykonywał proste rysunki i liternictwo, Disney rysował i zajmował się akwizycją usług. Odwiedzał drukarnie, teatry, sklepy i stacje benzynowe w poszukiwaniu klientów. Już w pierwszym miesiącu zarobili 135 dolarów netto, więcej niż kiedykolwiek u Pesmena i Rubina.
Spółka Iwerks-Disney istniała zaledwie miesiąc. 29 stycznia 1920 roku Ub zauważył w gazecie Star, wychodzącej w Kansas City, ogłoszenie następującej treści:
POTRZEBNY ZDOLNY ARTYSTA
RYSUNEK I AKWARELE
Steady, Kansas City Slide Company
1015 Central
Wstęp do nowego wydania
Mój ojciec był człowiekiem prostolinijnym - powiedziała Diane Disney Miller pod koniec 1993 roku, siedząc w biurze agencji Retlaw, niespełna półtora kilometra od studia, które siedemdziesiąt lat wcześniej założyli bracia Walt i Roy Disneyowie.
Walt utworzył agencję Retlaw (nazwa była anagramem jego imienia) w roku 1952. Miała ona na celu ochronę prawną nazwiska "Disney" i nadzór nad stroną finansową projektu Disneylandu.
- Sądzę, że bardzo łatwo było go rozgryźć - ciągnęła Diana. - Dążył do prostoty. Był zawsze bezpośredni, nie odznaczał się przebiegłością, chyba że pragnął osiągnąć określony cel. Pewnego razu podczas realizacji Mary Poppins ludzie zatrudnieni przy produkcji przyszli na przegląd dziennych materiałów zdjęciowych, a pokazano im Song of the South (Pieśń Południa). Nie wiedzieli, o co chodzi. Czyżby Walt Disney zamierzał wprowadzić do filmu animację? - zastanawiali się. Pamela L. Travers, autorka Mary Poppins, zapowiedziała, że nie życzy sobie żadnej animacji. To, co zrobił ojciec, skłoniło ich do refleksji. Chciał zastosować animację w Mary Poppins i zrobił to.
Diane widziała Walta Disneya przez pryzmat tej roli, którą jako jego córka znała najlepiej - roli ojca.
- Ciotka Ruth wspominała, jak ojciec zwierzył się jej pewnego razu, że chce mieć dziesięcioro dzieci i będzie im pozwalał na wszystko, na co tylko będą miały ochotę. W taki właśnie sposób traktował Sharon i mnie. Dał nam swobodę, ale nas nie rozpuszczał. Jak wiele dziewczyn, miałam bzika na punkcie koni i całkiem dobrze jeździłam. Marzyłam o własnym koniu, ale ojciec mi go nie kupił. Nie miałyśmy również zbyt wielu ubrań ani innych rzeczy.
Nie chciał, żebym pracowała. Niektórzy z moich przyjaciół chwytali się zajęć podczas wakacji, ale tatuś mi na to nie pozwalał. "Zabierzesz pracę komuś, kto jej naprawdę potrzebuje" - mawiał. Może chodziło mu o to, że przez całe życie ciężko pracował i pragnął dla swoich dzieci innego losu.
Nie starałam się nigdy o pracę w studiu i nigdy mnie do tego nie nakłaniał. Jedynym dniem, w którym lubiłyśmy z Sharon chodzić do studia, była niedziela. Wędrowałyśmy z tatą po pokojach, a on oglądał rysunki, którymi akurat się zajmowano.
Potem, kiedy zaczął budować swój pociąg, zabierał nas do warsztatu, gdzie pracował wspólnie z Rogerem Broggiem.
Kolację zawsze jadaliśmy późno, ponieważ ojciec do wieczora przesiadywał w studiu. Lubił nam opowiadać o tym, co robi, ale wypytywał też, co nam się przydarzyło. I uważnie nas słuchał.
Według mnie nie był człowiekiem porywczym, ale czasami czułam, że jest na mnie zły. Kiedy miałam piętnaście lat i właśnie nauczyłam się prowadzić samochód, rzadko bywałam w domu. Nie podobało mu się to. Spędzaliśmy wakacje w Palm Springs. Przesiadywałam w domu Zanucka, zawsze szeroko otwartym dla przyjaciół Susan i Darrylin. Spędzałam tam cały czas. Brałam samochód taty, piękny kabriolet oldsmobile. Pewnego dnia zajrzałam do domu, a ojciec warknął: "Wciąż cię gdzieś nosi! Nigdy cię nie ma! Po co mam tu siedzieć, skoro stale jesteś poza domem? Wyjeżdżam!". I wrócił do wytwórni.
Bodajże następnego dnia jechałam Indian Avenue. Wyprzedzałam samochód jadący z prawej strony, gdy ten nagle skręcił w prawo i uderzył w błotnik mojego auta. Zadzwoniłam do ojca i ogromnie zdenerwowana wrzasnęłam do słuchawki, że rozbiłam jego samochód. A on na to spokojnie: "Zaraz tam będę". I przyjechał od razu. Bez słowa wymówki. Taki właśnie był. Wpadał w szał tylko wtedy, gdy czuł, że się go lekceważy.
Diane Miller maluje obraz ojca skrajnie odmienny od tego, jaki wyłania się z obiegowych wersji. Wersje te nie pasowały również do mojej opinii o Walcie Disneyu, z którym miałem okazję rozmawiać i którego losy śledziłem przez blisko trzydzieści lat swojej reporterskiej pracy. Należy do tego dodać trzy lata poświęcone badaniom i pisaniu tej biografii. Nie chodzi wcale o to, że był bez skazy. Bywał nieprzystępny, zły, uparty, nieopanowany. Jednakże jego zalety aż nadto rekompensowały te słabostki.
Pomysł tej książki narodził się w roku 1973. Zostałem zaproszony do wytwórni na lunch z kilkoma współpracownikami Disneya. Zarząd reprezentował Card Walker, prezes Walt Disney Company, a Ron Miller, wiceprezes działu produkcji, a zarazem zięć Disneya, prowadził rozmowy w imieniu rodziny.
- Mieliśmy do czynienia z dwoma pisarzami, którzy próbowali napisać biografię Disneya, ale żaden nie spełnił naszych oczekiwań - powiedział Walker, postawny, budzący szacunek mężczyzna, którego poznałem, gdy pracował jeszcze w dziale reklamy. - Chcielibyśmy, abyś ty się tego podjął. Będziesz miał swobodny dostęp do wszystkich pracowników studia i do wszystkich nagrań.
- Rodzina życzy sobie, aby historia życia Walta została spisana, toteż wszyscy jej członkowie będą ci służyć pomocą - zapewnił mnie Miller. - Dajemy ci całkowicie wolną rękę. Możesz napisać historię Walta tak, jak ją widzisz.
Propozycja brzmiała nader kusząco. Byłem już autorem biografii Harry'ego Cohna, Irvinga Thalberga, Davida O. Selznicka i Waltera Winchel-la, lecz nigdy nie robiłem tego na zlecenie. Miało to swoje dobre strony: dysponowałem pełną swobodą i mogłem o tych ludziach pisać otwarcie, nie obawiając się, że urażę czyjeś uczucia. Niedogodność polegała jednak na tym, że pracując jako osoba niezależna, miałem zazwyczaj trudności w nawiązaniu kontaktów z członkami rodziny, a wiele innych osób nie chciało ze mną rozmawiać w obawie przed konsekwencjami. Dostęp do listów i oficjalnych dokumentów też nie zawsze był możliwy.
Propozycja, którą przedstawiła rodzina Disneya, wydawała mi się korzystna. Miałbym szansę przeprowadzania rozmów z osobami, które blisko współpracowały z Waltem, oraz z jego rodziną. Mógłbym szperać bez przeszkód w archiwach. A co najważniejsze, miałem gwarancję, że będę mógł opisać życie Walta bez obawy, iż sprzeniewierzam się moim zasadom dziennikarskim czy pisarskim.
(Ron Miller dotrzymał słowa. W jednym tylko przypadku nie wykorzystałem posiadanej informacji. Chodziło o fakt, iż Sharon Disney była dzieckiem adoptowanym. Przez lata rodzina nie podawała tego faktu do wiadomości publicznej, ponieważ Sharon była na tym punkcie przewrażliwiona. Zmarła na początku 1993 r.)
Z entuzjazmem zabrałem się do pracy nad biografią. W roku 1956 Walt Disney zwrócił się do mnie z prośbą o napisanie książki na temat animacji i jego studia (w tym samym czasie zamierzali to zrobić jeszcze dwaj inni pisarze, ale nie zdołali zrealizować swego zamiaru). Walt wyjaśnił mi:
- To ja trzymałem zawsze wszystkie sznurki w ręku. Wszystko firmowałem własnym nazwiskiem. Robiłem tak rozmyślnie. Chciałem, żeby ludzie wiedzieli, że kiedy w czołówce pojawia się napis "Walt Disney" - oznacza to dobrą rozrywkę dla całej rodziny. Teraz zdecydowałem się powiedzieć o zasługach tych, którzy robili dla mnie te filmy.
Liznąwszy co nieco elementarnej wiedzy na temat animacji, zacząłem rozmawiać z animatorami, scenarzystami, malarzami tła, kompozytorami, reżyserami i ze wszystkimi, którzy brali udział w procesie produkcji. Zgłębiałem również historię studia Disneya i animacji jako takiej, od jaskiniowych rysunków, przez Dinozaura Gertiego, aż do Śpiącej królewny. Rezultatem tych poczynań była książka The Art of Animation (Sztuka animacji).
Potem, w roku 1965, wydawca zasugerował, żebym napisał biografię Walta Disneya dla dzieci. Książka została opublikowana poza firmą Disneya, ale zyskałem jej akceptację. Zdając sobie sprawę z tego, że Disney jest całkowicie zaprzątnięty skomplikowanym harmonogramem produkcji, własnym programem telewizyjnym, przygotowaniami do budowy parku na Florydzie, nowymi atrakcjami dla Disneylandu i masą innych projektów, miałem zamiar napisać tę książkę na podstawie dokumentacji. Jednak Walt skłonił mnie do czterech długich rozmów. Opowiedział obszernie o swojej młodości na farmie w Marceline, o tym, jak był gońcem w redakcji gazety w Kansas City, a potem uczniem i listonoszem w Chicago. Wydawało się, że pragnie przekazać swoje młodzieńcze doświadczenia młodym ludziom i opowiedzieć o tym, jak wykorzystał je w późniejszym życiu. Umarł rok później.
Jak na kogoś, kto czterdzieści lat cieszył się międzynarodową sławą, Walt Disney był człowiekiem, o którym niewiele wiedziano. Po części miało to swoje przyczyny w wymaganiach narzucanych przez hollywoodzką fabrykę snów. Joe Reddy, jowialny Irlandczyk, namiętny palacz cygar i kibic drużyny Notre Dame, zajmował się kontaktami Disneya z prasą z taką samą zręcznością, jak to czynił w przypadku swoich byłych pracodawców, Harolda Lloyda i Shirley Temple. Wiedział, kiedy wprawić w ruch machinę reklamy, a kiedy ją przyhamować, wiedział, jak lawirować wśród wrogo nastawionych dziennikarzy i jak zaskarbiać sobie przyjaźń tych przychylniejszych. Był też zbyt inteligentny, by nie zauważyć, iż Disney sam sobie robi najlepszą reklamę. Joe po prostu prowadził reportera do szefa i pykając cygaro, stawał na uboczu.
Disney podczas wywiadów rzadko oddawał się wspomnieniom. Jego wizjonerskie spojrzenie kierowało się ku przyszłości.
Realizacja fabularnego filmu animowanego mogła być zaplanowana na trzy lata, ale on potrafił opowiedzieć w najdrobniejszych szczegółach, jak będzie przebiegać. Większość rozmów z nim dotyczyła projektów i zdawało się, że mówiąc o nich, nadaje im formę, cyzeluje te pomysły. Tak więc dziennikarze, olśnieni twórczym rozmachem wyobraźni Walta, niewiele mogli się dowiedzieć o źródłach jego talentu.
W roku 1956 Walt udzielił obszernego wywiadu swojej córce Diane i Pete'owi Martinowi, czołowemu dziennikarzowi Saturday Evening Post. Wywiad ten znalazł się potem w serii artykułów opublikowanych w książce A Story of Walt Disney (Opowieść o Walcie Disneyu). Stenogramy tych wywiadów bardzo mi się przydały. Podobnie było z dokumentami firmy dotyczącymi najwcześniejszych lat. Fascynująca była lektura wspaniałych depesz Walta z Nowego Jorku do Roya, dziejów pertraktacji dotyczących Królewny Śnieżki, pełnego oburzenia memorandum, jakie Walt wysłał do ludzi odpowiedzialnych za wykorzystanie jednej z Disneyowskich postaci w reklamie piwa.
Tak jak w przypadku każdej biografii współczesnej osobistości, jądrem książki miały być relacje rodziny, przyjaciół i współpracowników. Miałem szczęście. Wprawdzie Roy O. Disney i Ub Iwerks już nie żyli, ale do wielu z tych, którzy mieli kontakt z Disneyem w najwcześniejszym okresie, udało mi się dotrzeć. Wilfred Jackson i Les Clark byli obecni przy narodzinach Myszki Miki. Dziewięciu Starców (Nine Old Men), tworzących animację do filmów fabularnych, począwszy od Królewny Śnieżki, ciągle jeszcze wspierało ekipę studia swoim mistrzostwem. Wdowa po Walcie, Lillian, jego córki i siostra, Ruth Disney Beecher, pozwoliły mi wejrzeć w mało znane epizody jego życia osobistego.
Im więcej rozmów przeprowadziłem, tym postać Roya O. Disneya nabierała ostrości. Miał on mniejsze ambicje niż jego młodszy brat. W ciągu wielu lat istnienia studia zadowalała go podrzędna pozycja. Dopiero po śmierci Walta Roy został zmuszony do przejęcia kierownictwa firmy i wzięcia na siebie oficjalnych obowiązków. Ale zawsze darzył Walta nieograniczonym zaufaniem w kwestii decyzji artystycznych dotyczących studia i nalegał, aby park na Florydzie nosił imię Walta Disneya, w wieczystym dlań hołdzie. Początkowo dał się poznać jako zręczny doradca finansowy, potem zaangażował się w organizację potężnego przedsięwzięcia, jakim był park na Florydzie.
Wdowa po Royu, Edna, jego syn, Roy E. Disney, oraz współpracownicy nakreślili portret człowieka pogodzonego z sobą i szczerze oddanego bratu, mimo niekiedy gwałtownych starć między nimi. W przeciwieństwie do braci Harry'ego i Jacka Warnerów czy Jacka i Harry'ego Cohnów, nieustannie ze sobą skłóconych, Roy i Walt Disneyowie pozostawali zawsze w idealnych stosunkach.
W przypadku każdej biografii, którą pisałem, miałem szczęście napotkać jakąś osobę mającą szczególny wgląd w życie interesującej mnie postaci. Sidney Buchman, utalentowany reżyser, którego kariera legła w gruzach za sprawą Czarnej Listy, dał mi klucz do postaci Harry'ego Cohna. Eddie Sherman, wieloletni menedżer Abbotta i Costello, pomógł mi zrozumieć istotę stosunków tego kłótliwego tandemu. W przypadku Walta Disneya zasługa ta przypadła Hazel George.
Była to pielęgniarka - ciepła, wyrozumiała kobieta, która leczyła kace, przeziębienia, złamane serca i inne dolegliwości, na jakie cierpieli pracownicy wytwórni. A wieczorami masowała Waltowi obolały kark w Miejscu Śmiechu (jak nazywali pokój przylegający do jego gabinetu), gdzie z pełną wobec siebie otwartością omawiali wydarzenia mijającego dnia. Jeśli Walt kiedykolwiek miał powiernika - to była nim Hazel.
Odnalazłem ją nieopodal studia, w skromnym mieszkanku, które dzieliła z Paulem Smithem, schorowanym już wtedy emerytem. Niegdyś zyskał on sławę jako kompozytor, autor muzyki do serii True-Life Adventures (Historie z życia wzięte) oraz do wielu innych filmów. Teraz z rozbawieniem słuchał niekończących się, bezcennych dla mnie opowieści o dyskusjach Hazel z Waltem.
Przekonacie się Państwo w trakcie lektury tej książki, że Walt Disney był Myszką Miki, a Myszka Miki była Waltem Disneyem. Ich osobowości były nierozłączne, zwłaszcza w pierwszym okresie nieprawdopodobnej sławy Mikiego. W miarę upływu czasu zmieniał się sposób postrzegania przez widzów obojga, i człowieka, i myszki. Początkowo podziwiano Mikiego za odwagę, zaradność i żądzę przygód. Dojrzały Miki bardziej się ustatkował, stał się życzliwym obserwatorem komediowych błazeństw młodszych członków grupy. Obecnie króluje raczej jako symbol.
Miki cierpiał z powodu deprecjacji swojego imienia. "To sposób obrony w stylu Myszki Miki" - mawiał sprawozdawca sportowy.
A mechanik samochodowy wygłaszał następujący komentarz: "Ten, kto przedtem grzebał w pana samochodzie, musiał mieć coś wspólnego z Myszką Miki".
Termin ów wszedł nawet do słowników na określenie tego, co "dziecinne, naiwne, nieprzystosowane do rzeczywistości".
Pochodzenie samego powiedzenia nie jest jasne. Archiwista Disneya, Dave Smith, nie znalazł jednoznacznego wyjaśnienia tej kwestii. Carl Nader, odpowiedzialny za produkcję filmów edukacyjnych w latach 1930-1940, przypomina sobie, że rewident podatkowy, po dokonaniu kontroli rachunków dotyczących kosztów filmów z okresu wojny, sarkał: "Zapewne księgowała to... Myszka Miki". Smith cytuje termin: "Muzyka Myszki Miki (Mickey Mouse Music)", pochodzący z wczesnego okresu filmu dźwiękowego. "Mickey Mousing" - to ironiczne określenie akcentowania muzycznym dźwiękiem każdego ruchu na ekranie. Poważni kompozytorzy muzyki filmowej złośliwie nazywali tę technikę "muzyczką mechaniczną". Możliwe też, że źródłem takich określeń były zawiłe i często bezowocne poczynania podejmowane przez Mikiego we wczesnych kreskówkach.
Wizerunek Walta Disneya w świadomości publicznej również ulegał zmianom. Najpierw był on postrzegany jako pełen inwencji, twórczy geniusz, którego dokonania budziły zachwyt zarówno intelektualistów, jak i szerokiej publiczności. Od chwili otwarcia Disneylandu uważano go raczej za budowniczego, za kosmicznego marzyciela. W ćwierć wieku po śmierci jego postać obrosła legendą, a pisarze niekiedy usiłowali namalować portret człowieka zbyt różny od tego, jaki zapamiętali ci, którzy go znali.
Wprawdzie Walt Disney jako człowiek zatracił wyrazistość w społecznej świadomości, ale dla żyjących członków zespołu Nine Old Men - artystów, którzy pomogli mu stworzyć klasycznych dziś animowanych bohaterów - pozostał na zawsze kimś bliskim. Do dziś żyje czterech członków tego zespołu. Wszyscy prowadzą bardzo intensywną działalność. Poprosiłem ich o wspomnienie o Walcie.
- Był szlachetnym człowiekiem - powiedział Ollie Johnston - ale drażniło go to, co było złe lub słabe. Miał swoje sekrety, ale można je było wyniuchać. W dziale animacji mieliśmy krzesła z drewnianymi, giętymi poręczami. Kiedy Walt nudził się podczas konferencji, bębnił palcami w poręcz krzesła.
Rzadko nas chwalił. Nawet jeśli był zadowolony z tego, co się zrobiło, wtrącał: "Oczywiście zaznaczysz tu ten mały skręt" albo coś w tym rodzaju. Był piłą, ale wyszło nam to na dobre. Więcej pracowaliśmy. Niektórym chłopakom odbijało, kiedy się ich chwaliło, i nie chcieli potem nic robić przez dwa tygodnie.
Marc Davis:
- Miałem wrażenie, że Walt był facetem, który wiedział, czego chce, i wiedział, jak tego dokonać. Po pierwsze, musiał wynaleźć kogoś utalentowanego, kto zrealizuje to, co on zamierzył. Oczywiście, byliśmy przeciążeni pracą i kiepsko opłacani, ale nie martwiliśmy się tym. Sam Walt nigdy nie zrobił wielkiego majątku, dopiero ostatnimi laty lepiej mu się powodziło.
Davis przypomniał sobie, jak pojechał wraz z Waltem do Nowego Jorku, do parku rozrywki World Fair, aby przeprowadzić rozeznanie, jakiego rodzaju atrakcje należy zaprojektować dla Disneylandu. Disney zdjął plakietkę VIP-a i spacerował po wesołym miasteczku jak zwyczajny zwiedzający. "Chcę sprawdzić, jak to wszystko działa" - powiedział.
- Pamiętam, jak pewnego razu Walt wybierał się do Europy i poszedł się ostrzyc do fryzjera w Penthouse Club - opowiadał Davis. - Poprosił fryzjera Sala: "Ostrzyż mnie trochę inaczej, nie chcę, żeby mnie rozpoznali". A Sal na to: "Jeśli pan nie chce, żeby pana rozpoznali, zgolę panu wąsy". Walt czym prędzej zasłonił sobie górną wargę. Cóż, nie chciał być aż do tego stopnia nierozpoznawalny. Przypominał otwartą książkę.
- Według mnie nie był człowiekiem o zbyt skomplikowanym charakterze - zauważył Ward Kimball. - Po prostu w różnych sytuacjach różnie się zachowywał. To zależało od tego, jak się czuł, czy miał kaca, albo od pogody. Wielu ludzi uważało, że najlepsza pora na spotkanie z Waltem to poranek, wtedy był świeżutki. Inni twierdzili, że rano miewa zły humor i że wieczorami jest lepiej. Różne były szkoły w tej materii.
- Niektórym zdarzało się wpaść na jakiś pomysł i mówili: "On to kupi". Szli na spotkanie z nim, a on ich wyrzucał za drzwi. Potem Walt umarł, a ludzie mówili: "On by to kupił". Mylili się, zanim umarł, i mylili się potem. Co ich upoważniało do przypuszczenia, że mogą przeniknąć jego myśli?
Kimball zauważył, że Disney zawsze podkreślał, iż tylko praca zespołowa przynosi efekty, i nikt nie ośmielał się mu sprzeciwić. Pewien kompozytor zatrudniony w studiu zagrał podczas spotkania fragment jakiegoś utworu. Walt pokręcił głową i powiedział: "Mógłbyś to zrobić lepiej". Kompozytor popatrzył na muzyków i mruknął: "Cóż, oto pełny przekrój jednoosobowej opinii publicznej". Kimball od siebie dodał, że kompozytor przebrał miarę.
Frank Thomas dorzucił, że Disney szczycił się umiejętnością indywidualnego podejścia do każdego z członków swojego zespołu artystycznego.
Doskonały animator, Milt Kahl, miewał od czasu do czasu ataki furii. "Kahla należy trzymać na dystans przez kilka dni, a dopiero potem prowadzić z nim rozmowy" - mówił Walt.
Reżyser Dave Hand również miał gwałtowny temperament. Walt zwierzał się Thomasowi, że kiedy Dave wpada w szał, on zawsze chowa się za swoim biurkiem. "Hand to wielki facet i nie wiadomo, co mu strzeli do głowy".
Frank Thomas pamiętał, że Disney zawsze dbał o dobrą atmosferę podczas spotkań:
- Jeśli ktoś nie zgadzał się na jego propozycję, pytał: "Dlaczego, u diabła, nie mogę tego zrobić? Jesteśmy tu po to, by wysuwać pomysły. Mogą być niedobre, ale jeśli do wszystkiego nastawiasz się negatywnie, na pewno nic z tego nie wyjdzie".
Takim zapamiętali Walta Disneya jego animatorzy. Jako człowieka prostolinijnego.
Bob Thomas
Encino, styczeń 1994
1
Isigny-sur-Mer to małe, targane wiatrami miasteczko na wybrzeżu Normandii, kilka kilometrów od plaż, na których 6 czerwca 1944 roku wylądowali alianci. Z tego samego brzegu dziewięćset lat wcześniej wyruszyli na podbój Anglii francuscy wojownicy. Był wśród nich Hughes d'Isigny z synem Robertem. Tam też się osiedlili. W angielskiej formie nazwisko ich przyjęło brzmienie Disney. W okresie restauracji część rodu Disneyów przeniosła się do Irlandii i osiadła w okręgu Kilkenny. W roku 1801 urodził się Arundel Elias Disney, a w roku 1834 on i jego brat Robert wsiedli wraz z rodzinami na statek w Liverpoolu i popłynęli do Ameryki w poszukiwaniu lepszego życia. Po trwającej miesiąc podróży, 3 października przybyli do Nowego Jorku. Tam bracia się rozdzielili. Robert osiadł na farmie na Środkowym Zachodzie, Elias zaś powędrował nad granicę kanadyjską, do okręgu Goderich w Ontario.
Pierwsi biali ludzie pojawili się w tym rejonie zaledwie dziewięć lat wcześniej. Owych emigrantów - Szkotów, Niemców z Pensylwanii i Irlandczyków - zwabiono obietnicą budowy dróg i innych udogodnień oraz ceną ziemi, wynoszącą siedem szylingów i sześć pensów za akr. Ale przedsiębiorstwo handlujące ziemią zapomniało o obietnicach, a osadnicy zorientowali się, że przywiedli swoje rodziny w dzikie ostępy, gdzie nie było ani dróg, ani młynów, ani szkół, ani kościołów.
Eliasowi Disneyowi otuchy dodawała myśl o szerokich przestrzeniach, o wartkich strumieniach pełnych pstrągów, o bujnych lasach, w których żyły jelenie i łosie, o żyznych łąkach porośniętych dzikimi śliwami i jagodami. Zbudował młyn nad brzegiem rzeki Maitland i całkiem nieźle mu się wiodło. Mełł zboże i piłował drewno dla sąsiadów. Jego żona Maria urodziła mu szesnaścioro dzieci. Pierworodny syn, Kepple Disney, urodził się jeszcze w Irlandii, w roku 1833. Młyn Disneya prosperował wyśmienicie przez wiele lat, ale potem przyszły na Goderich złe czasy. Elias utracił zadłużony młyn.
Kepple ożenił się z emigrantką z Irlandii, Mary Richardson. Zamieszkali w pobliżu okręgu Bluevale. Kepple był postawnym, czarnobrodym mężczyzną. Imał się wielu zajęć, takich jak prace wiertnicze czy wydobywanie soli. Miał dosyć kanadyjskich zim. W roku 1878 wyruszył więc z najstarszymi synami, Eliasem i Robertem, do Kalifornii, w poszukiwaniu złota. Kiedy przejeżdżał przez Kansas, agent kolejowy Union Pacific namówił go do kupna osiemdziesięciu hektarów ziemi w okolicy Ellis. Kepple Disney posłał więc po resztę rodziny, aby zamieszkała z nim na nowej farmie. Nie stać go było na kupno drewna, zbudował więc dom z darni. Gospodarstwo zaczęło się rozwijać dzięki hodowli bydła i uprawie pszenicy, ale Kepplemu ceny drewna, narzucone przez kolej, wydawały się ciągle jeszcze zbyt wysokie. Toteż do budowy nowego domu użył kamienia wydobytego z kamieniołomów.
Elias Disney, najstarszy spośród jedenaściorga dzieci Kepplego, nie mógł usiedzieć na farmie. Porzucił ją i zatrudnił się jako mechanik w warsztacie kolejowym. Pracował razem z Walterem Chryslerem, późniejszym założycielem imperium samochodowego. Potem w charakterze pomocnika cieśli przyłączył się do ekipy budującej linię kolejową Union Pacific przez Kolorado. Kiedy kolej została doprowadzona do Denver, stracił zajęcie. W Denver trudno było o pracę, Elias próbował więc zarabiać na życie, grając na skrzypcach przed knajpami wraz z dwoma innymi muzykami amatorami. Ciężko było się z tego utrzymać, powrócił więc na rodzinną farmę w Ellis.
Wrócił do Kansas tym chętniej, że pozostała tam Flora, urodziwa córka sąsiada Disneyów, Charlesa Calla. Rodzina Callów pochodziła ze Szkocji i Anglii. Los emigranta przypadł w udziale Thomasowi Callowi, który przybył do Bostonu w roku 1636. Jego potomek, Eber Call, przeniósł się do Ohio w roku 1825. Syn Ebera, Charles, opuścił Oberlin College i wyjechał na poszukiwanie złota do Kalifornii, ogarniętej w roku 1849 gorączką złota. Kruszcu jednak nie znalazł, powrócił więc do Ohio, a potem osiadł wraz z żoną, ośmioma córkami i dwoma synami w Ellis, gdzie uczył w szkole. W roku 1884 przeniósł się z rodziną na Florydę, gdyż zanadto dały mu się we znaki zamiecie śnieżne.
Kepple Disney również miał dość surowego klimatu Kansas, podążył więc z synem Eliasem na Florydę w ślad za sąsiadami. Potem jeszcze raz podjął decyzję o powrocie do Kansas. Ale Elias pozostał na Florydzie. Kupił szesnastohektarową farmę w Kismet i wytrwale zalecał się do Flory Call, która zaczęła pracować jako nauczycielka w szkole podstawowej. Pobrali się w dzień Nowego Roku 1888 w domu rodziców Flory w Akron. Elias miał lat dwadzieścia osiem, a panna młoda dziewiętnaście.
Fotografie Eliasa i Flory ujawniają trafnie ich charaktery - on, w wykrochmalonym kołnierzyku i ciężkawym, wełnianym, kupnym garniturze, ma wielkie uszy i haczykowaty nos, czujne oczy i surowe rysy; ona, w sukni wysoko zapiętej pod szyją, ma głęboko osadzone oczy i zaciśnięte, pełne usta, na których czai się uśmiech. Byli przykładnym małżeństwem. Flora odznaczała się cierpliwością i wyrozumiałością wobec męża, któremu nie wiodło się w interesach.
Najpierw Elias sprzedał farmę i kupił hotel w Daltona Beach. Ale turystyka nie dopisała i zbankrutował. Mieli już wtedy syna. Herbert urodził się 8 grudnia 1888 roku. Elias zaczął więc pracować jako wiejski listonosz i zdecydował się na kupno niewielkiego gaju pomarańczowego. Wtedy nad krajem zawisła groźba wojny. Obowiązek patriotyczny skłonił Eliasa do wstąpienia w szeregi milicji. Kryzys został zażegnany, Elias nie widział sensu, żeby dalej pozostawać na służbie, tym bardziej że miał żonę, maleńkie dziecko i gaj pomarańczowy, który trzeba było uprawiać. Toteż opuścił obóz wojskowy i powrócił do domu. Niebawem policja wojskowa aresztowała go za dezercję. Próbował tłumaczyć, że nie jest dezerterem, skoro nie ma żadnej wojny. Wojskowi nie potrafili zbić jego argumentów. Zażądano zwrotu munduru. Elias jednak postanowił go zatrzymać na konto zapłaty, której nigdy nie dostał.
Mróz zniszczył zbiory pomarańczy, a Elias zapadł na malarię. Uznał, co często mu się zdarzało, gdy dopadały go przeciwności losu, że wszystko się poprawi, gdy się przeprowadzą. Przenieśli się do Chicago.
Siedemdziesiąt lat wcześniej Chicago było zbiorowiskiem baraków nad brzegiem jeziora Michigan. Kiedy jednak około roku 1889 Elias i Flora zjawili się tam wraz z synkiem, było to już potężne miasto liczące ponad milion dwieście tysięcy mieszkańców, z węzłem kolejowym, przez który transportowano pszenicę i wołowinę na Południe, a odzież i maszyny rolnicze na Zachód. Elias Disney, który całe życie spędził w małych miasteczkach, doznał zawrotu głowy w zetknięciu ze zgiełkiem metropolii, ale po niepowodzeniach na Florydzie stanowczo postanowił odnieść sukces. Przede wszystkim potrzebował mieszkania dla swojej rodziny. Uznał, że zbuduje własny dom, korzystając ze swych ciesielskich umiejętności, nabytych podczas pracy w Union Pacific. Flora chciała sama go zaprojektować. Przekonywała męża: "To nic trudnego; narysuj plan domu, a już ja będę wiedziała najlepiej, co zrobić, żeby dało się w nim żyć".
Disney wybudował więc podług jej projektu niewielki, ładny dom na Tripp Avenue, jednej z dwóch brukowanych ulic w północno-zachodniej dzielnicy Chicago, pod numerem 1249. Pomalował go na niebiesko, a goście zachwycali się czystą linią i kształtem konstrukcji. Dokupił potem sąsiednią parcelę i postawił tam następny dom, na sprzedaż. Zaczął budować domy w innych częściach miasta, wszedł w układy z bankierami, którzy udzielali pożyczek jego przyszłym klientom. Plany sporządzała Flora, ona też dokonywała zakupu materiałów budowlanych, prowadziła księgowość, a nawet meblowała nowe domy na życzenie klientów. Kiedy popyt na domy gwałtownie spadł, Elias zatrudnił się jako stolarz na Amerykańskiej Wystawie Światowej, gdzie pracował siedem dni w tygodniu, za dolara dziennie.
Rodzina się powiększała. 30 grudnia 1890 roku urodził się Raymond Arnold Disney, a 24 czerwca 1893 roku Roy Olivier. Elias i Flora oraz ich dzieci uczęszczali do Kongregacyjnego Kościoła Świętego Pawła, gdzie proboszczem był Walter Parr, z którym Elias blisko się zaprzyjaźnił. Zaproponował, że zbuduje dla kongregacji nowy kościół. Postawił prosty, funkcjonalny budynek, kryty wysokim, stromym dachem. Flora grywała w nowym kościele na organach, a gdy proboszcz wyjeżdżał, kazania wygłaszał Elias. W roku 1901 i Flora, i żona proboszcza spodziewały się dziecka. Elias zaproponował więc przyjacielowi:
- Jeśli będziemy mieli chłopca, nazwę go twoim imieniem, a ty swojemu nadasz moje imię.
Walter Parr przystał na to.
Czwarty syn Eliasa i Flory przyszedł na świat w sypialni domu przy Tripp Avenue w niedzielę, 5 grudnia 1901 roku. Zgodnie z umową Elias nadał chłopcu imiona Walter Elias. Parrom również urodził się syn, który dostał imię Elias. Minęło osiem i pół roku od narodzin poprzedniego dziecka, Flora mogła więc poświęcić małemu Walterowi sporo czasu. Był chłopczykiem o łagodnym charakterze, ładniejszym niż pozostali synowie, którzy odziedziczyli po ojcu wydatny, rzymski nos. Matka lubiła ubierać Waltera w strojne ubranka, Roy zaś niezmordowanie woził braciszka tam i z powrotem wózkiem po Tripp Avenue, a nawet kupował mu zabawki ze swojego kieszonkowego - była to swego rodzaju zapowiedź ich przyszłej więzi.
Dwa lata po przyjściu na świat Waltera urodziła się Disneyom córeczka. Nazwali ją Ruth Flora. W owym czasie Elias wkładał wiele wysiłku w to, żeby nauczyć swoje dzieci życia w wielkim mieście. Ich sąsiadami byli przeważnie Polacy, Irlandczycy i Szwedzi, na ogół ciężko pracujący, bogobojni ludzie. Ale więzi w rodzinach ze Starego Świata uległy już rozluźnieniu, a wiele dzieciaków biegało bez nadzoru po ulicach, w czasie gdy ich rodzice zarabiali na chleb. Opodal domu Disneyów rozciągało się Cicero, późniejsza siedziba Ala Capone i innych notorycznych kryminalistów.
Niepokój Eliasa nasilał się, ilekroć przechodził on obok znajdujących się na rogu ulicy trzech knajp. Decyzja dojrzała, gdy dwóch chłopców z sąsiedztwa zostało aresztowanych za zabicie policjanta podczas napadu na zajezdnię tramwajową. Jeden z nich został skazany na dwadzieścia lat pobytu w Joliet Prison, drugi na dożywocie. Elias powiedział do żony:
- Floro, ci dwaj chłopcy nie byli starsi od Herba i Raya! Musimy wynieść się z tej przeklętej dzielnicy.
Zaproponował, żeby osiedlić się gdzieś na wsi, w otoczeniu podobnym do tego, w jakim oni sami spędzili dzieciństwo. Flora nie miała nic przeciwko temu. Elias objechał wioski w Kolorado i Alabamie, szukając odpowiedniego miejsca, ale nic takiego nie znalazł. W końcu odwiedził Marceline w stanie Missouri, gdzie jego brat miał posiadłość. Była to żyzna kraina, pofałdowana zielonymi, łagodnymi wzgórzami. W pobliżu znajdowało się miasteczko, w którym można było się zaopatrywać, kilka zakładów przemysłowych, kopalnie węgla oraz szyby naftowe, co dawało szansę ekonomicznej stabilizacji. To właśnie w Marceline, jak postanowił Elias, będą wieść godziwe życie i wychowywać po chrześcijańsku piątkę dzieci.
Przedmowa
Disneyland przeznaczony jest nie tylko dla dzieci. Kiedy człowiek przestaje być dzieckiem? Czy można z całą pewnością stwierdzić, że z dorosłego całkiem wygnano już dziecko? Wierzę, że dobra rozrywka trafia do wszystkich, do młodych i starych. Chcę, aby Disneyland był miejscem, do którego rodzice mogą przyprowadzić swoje pociechy - a nawet przychodzić tu sami i świetnie się bawić.
Walt Disney mówił mi to, prowadząc swój kabriolet szerokim bulwarem, wzdłuż którego rosły pachnące zagajniki drzew pomarańczowych. Dach samochodu był złożony, ale Walt nie zwracał uwagi na chłód kwietniowego poranka. Droga ze studia w Burbank do centrum Los Angeles, prowadząca przez rozległe sady okręgu Orange, nie absorbowała go również. Autostradę tę i ulice przemierzał regularnie już od roku. Pochłonięty był opowieścią o parku rozrywki, który budował w Anaheim.
- Wszystko zaczęło się, kiedy moje córki były jeszcze małe i zabierałem je w niedzielę do wesołego miasteczka. Siedziałem na ławce, jadłem prażone orzeszki ziemne i rozglądałem się wokoło. Zastanawiałem się, dlaczego, na Boga, nie ma jakiegoś lepszego miejsca, do którego mógłbym zabrać swoje dzieci i pobawić się razem z nimi? Rozwinięcie tego pomysłu zajęło mi około piętnastu lat.
Kabriolet skręcił z Harbor Boulevard na rozległy plac o czarnej nawierzchni, będący parkingiem Disneylandu. Była to bezkresna przestrzeń, pokryta świeżymi białymi liniami, znaczącymi miejsca postojowe samochodów przyszłych zwiedzających. Na jego krańcach przesuwały się do tyłu i do przodu walce drogowe, wygładzając parujący asfalt. Disney podjechał samochodem do wejścia, zza którego wyłaniała się dopiero co pomalowana stacja kolejowa. Jednym z mężczyzn oczekujących na jego przyjazd był eksadmirał Joe Fowler, kierownik budowy Disneylandu.
- Co słychać? - zapytał Disney.
- Okay - odpowiedział Fowler. - Obejrzałem rano cały park i myślę, że nie będzie kłopotów z otwarciem. Zdążymy na styk. Ale zdążymy.
- Mam nadzieję - odpowiedział Disney z kwaśną miną. - Inaczej będziemy musieli namalować ogromną liczbę transparentów z napisem "Uwaga! Otwarcie wystawy!".
- Nie sądzę, aby do tego doszło, Walt - zapewnił Fowler.
- Na wszelki wypadek zamówiłem mnóstwo flag - powiedział Disney. - Zakryją to, co nie będzie gotowe.
Przystojny młody Teksańczyk, Earl Shelton, zaproponował, żeby objechać dżipem cały teren i sprawdzić, czy wszystko jest gotowe. Disney oparł się o swój samochód, zzuł obuwie i zamienił je na brązowe buty kowbojskie. Miał na sobie szare spodnie, czarną sportową kurtkę i czerwoną koszulę w kratę, a na szyi chustę z symbolem rancza Smoke Tree w Palm Springs. Stroju dopełniał biały kowbojski kapelusz.
Disney skierował się do przejścia pod torami kolejowymi, pospacerował po rynku, a następnie wspiął się na schody prowadzące do stacji kolejowej. Podążałem za nim.
- To będzie przyjemne, zacienione miejsce dla ludzi czekających na pociąg - powiedział, patrząc na jasny, lekki budynek stacji. - Spójrz na ten detal rzeźby. Zrobiliśmy setki fotografii i rysunków stacji kolejowych z ubiegłego wieku i skopiowaliśmy wszystkie szczegóły.
Przystanął na peronie. Zdawało się, że widzi otoczoną kłębami pary lokomotywę wtaczającą się na stację i podnieconych pasażerów wchodzących do wagonów. Zeszliśmy do Sheltona, który czekał na dole, przy dżipie. Objechaliśmy rynek i ruszyliśmy powoli wzdłuż ulicy Głównej. Budynki były już częściowo pomalowane, gdzieniegdzie widniały stalowe szkielety konstrukcji. Waltowi przypominało to główną ulicę miasteczka jego młodości w Missouri z przełomu wieków.
Opisał, jak będą wyglądały sklepy; lodziarnie, w których stać miały stoliki z marmurowymi blatami i krzesła z żeliwnymi oparciami; sklep z cukierkami, gdzie toffi i czekoladowe karmelki wyrabiać się będzie na oczach gości; sklep muzyczny z gramofonami i taperami grającymi na pianinie, a także nieme kino z sześcioma ekranami. Mówił o tym wszystkim stanowczym, rzeczowym tonem, znamionującym nieomylnie Amerykanina wywodzącego się z klasy średniej. Kiedy opisywał, jakie wrażenie na zwiedzających zrobi ta część Disneylandu, wyglądał jak natchniony. Proste, uniesione brwi, rozjaśnione oczy, wyraziście poruszające się wąsiki... Z tą samą wiarą urzeczywistniał swoje baśniowe historie. Teraz rozwodził się nad tym, ile radości sprawią wkrótce gościom wędrującym po parku te nieukończone jeszcze atrakcje.
Dżip wjechał na okrągły plac, na którym robotnicy wsadzali do ziemi potężne drzewo oliwne.
- Oto centralny punkt Disneylandu. Stąd można dojść do czterech rejonów parku - powiedział Walt. - Rodzice, gdy zechcą, mogą posiedzieć tu w cieniu, a ich dzieci w tym czasie będą zwiedzać tę część parku. Zaplanowałem to tak, by do każdego zakątka było dojście z centrum. Wiesz, jak to jest w wesołym miasteczku. Spacerujesz i spacerujesz, dopóki cię nie rozbolą nogi. Wiem coś o tym, bo mnie zawsze bolą. Nie chcę, by tu kogoś bolały nogi. Znużeni ludzie stają się poirytowani. A ja pragnę, żeby wychodzili stąd szczęśliwi. Będą mogli zwiedzić cały park, pokonując dystans nie większy niż dwie mile.
Najpierw pojechaliśmy do jego ulubionej Krainy Fantazji. Dżip skierował się w stronę mostu i ku zdobnemu w wieżyczki zamkowi Śpiącej Królewny, krytemu błękitną dachówką. Dziedziniec zamku zawalony był materiałami budowlanymi, stertami pak i świeżo malowanymi tarczami herbowymi, ale Walt oczami duszy widział, jak to będzie wyglądało:
- Wokoło feeria kolorów - czerwienie, żółcie, zielenie... Każda trasa będzie oznaczona malowidłami o wymiarach dwa i pół na osiemnaście metrów. Pośrodku umieścimy Karuzelę Króla Artura, a na niej skaczące konie. Tak, te konie będą skakać, a nie zwyczajnie kłusować. Nigdy przedtem nie oglądałeś takich tras w wesołym miasteczku!
Zaczął opisywać szczegółowo każdą z nich:
- W Locie Piotrusia Pana będziesz mógł wyfrunąć przez okno domu Darlingów, przelecieć nad Big Benem i nad Tamizą, aż do Nibylandii. W Szalonej Podróży Pana Ropucha1 twój stary automobil wyląduje w stogu siana i rozbije się na płocie, w Przygodach Królewny Śnieżki zwiedzisz kopalnię diamentów należącą do krasnoludków, a potem powędrujesz przez Zaczarowany Las, gdzie spotkasz przerażającą czarownicę; na Zwariowanym Podwieczorku będziesz wirować w gigantycznych filiżankach, które kręcą się wokół własnej osi.
Potem przez bramę w ostrokole Davy'ego Crocketta wjechaliśmy do Krainy Dzikiego Zachodu; ostrokół był zbudowany z prawdziwych bali, zbitych potężnymi gwoździami. Disney opowiadał, że będą tamtędy przejeżdżać dyliżanse, mknące dalej przez Malowaną Pustynię i wzdłuż rzeki, która była jeszcze suchym rowem. Na jego dnie tkwił stalowy kadłub łodzi, z silnikiem parowym i drewnianym pokładem. Całą tę olbrzymią konstrukcję, jak wyjaśnił Disney, zbudowano w studiu. "Mark Twain", zgodnie z tym, co mówił Walt, miał płynąć wodami przyszłej rzeki, jak wielkie parowce z ubiegłego wieku, żeglujące po Missisipi. W magazynach za Krainą Dzikiego Zachodu Disney zgromadził niektóre ze swoich skarbów: dwie maszyny parowe przeznaczone dla kolejek jeżdżących po Disneylandzie i prowadzących do Santa Fe, powozy, dyliżanse, trolejbusy - wszystko to skonstruowano u niego w studiu - automatyczne organy i pianina, projektory filmowe na korbkę, automaty do gry, zebrane przez skautów Disneya z całej Ameryki, rzędy ręcznie rzeźbionych koników z karuzeli, kupionych na Coney Island i w Toronto.
Kraina Przygód - był to kręty kanał z makietą tropikalnej dżungli po obu brzegach. Disney wysiadł z dżipa i ruszył wzdłuż kanału. Po drodze opowiadał mi, jak będzie wyglądała trasa przez dżunglę. Przewodnik powiezie podróżnych łodzią wielkimi rzekami świata, obok zrujnowanych świątyń, przez lasy tropikalne. Niebezpieczeństwo będzie się czaić na każdym kroku: hipopotamy nacierające na łódź i krokodyle z rozdziawionymi paszczami, tańczący na brzegu ludożercy, wodospad, który omal nie zatopi podróżników. W plastycznym opisie Disneya przygody stawały się realną rzeczywistością.
Dżip pomknął do Krainy Jutra, gdzie wznosiła się ku niebu potężna rakieta. Dzięki niej, tłumaczył Disney, goście przeżyją fantastyczną podróż na Księżyc i wrócą na Ziemię. Dzieciaki, które marzą o prowadzeniu samochodu, będą mogły poszaleć w miniaturowych pojazdach z napędem na ropę.
Wycieczka dobiegła końca, a Disney wdał się w rozmowę o bieżących problemach z jednym z mechaników. Potem zmienił buty, zdjął kapelusz i zaczął przygotowywać się do drogi powrotnej do Los Angeles. Raz jeszcze popatrzył na zamek stojący przy końcu niewybrukowanej jeszcze ulicy Głównej.
- Pamiętaj - powiedział - największej atrakcji jeszcze tu nie ma.
- A cóż to takiego?
- Ludzie. Wyobraź tu sobie tłumy ludzi. To dopiero będzie widok.
Był rok 1955. Walt Disney miał pięćdziesiąt cztery lata. Zdołał już nadać filmowi animowanemu rangę artystyczną i miał ogromny udział w rozwoju masowej rozrywki na świecie. Teraz stał u progu kolejnego sukcesu. Disneyland okazał się przedsięwzięciem nad wyraz udanym i równie nowatorskim w dziedzinie rozrywki na świeżym powietrzu jak niegdyś kreskówki Disneya w sferze filmu.
Disneyland oraz cykliczne programy telewizyjne dostarczyły funduszy na budowę parku i zapewniły mu reklamę, a także po raz pierwszy od trzydziestu lat zagwarantowały firmie Disneya finansowe bezpieczeństwo. Roy Disney nie musiał już naprzykrzać się bankierom, aby zapłacić pracownikom pensje. Problemy finansowe raz na zawsze przestały nękać Walta, a swoboda, jaką dzięki temu zyskał, nie umniejszyła jego możliwości twórczych. Wręcz przeciwnie, wpłynęła na ich rozwój. Przez ostatnie dziesięć lat swojego życia Walt Disney mobilizował siebie i swoich współpracowników do jeszcze większego wysiłku. Zdawał sobie sprawę, że ma już niewiele czasu. Zniecierpliwienie, jakie odczuwał, nie mogąc się doczekać zakończenia podjętych prac, rzutowało na kontakty zawodowe. Nie miał litości dla ludzi bez polotu.
Jak mówił jeden z jego scenarzystów:
- Kiedy Walt rzucał pomysł, nie oczekiwał, że go przechwycimy, nic w nim nie zmieniając. Trzeba było go rozwinąć. Biada, jeśli podjąłeś jakąś jego myśl i rozwinąłeś ją w złym kierunku. Wówczas unosił jedną brew i miażdżył delikwenta stwierdzeniem:
- Wydaje mi się, że nie zrozumiałeś, co miałem na myśli.
Disney posiadł nadzwyczajną zdolność do wydobywania z ludzi, którzy z nim pracowali, tego, co w nich najlepsze. Oni sami byli zaskoczeni swoimi osiągnięciami. Disney nigdy się nie dziwił. Miał w stosunku do nich ogromne oczekiwania i nie spoczął, dopóki nie zostały spełnione. Jasność jego wizji zmuszała współpracowników do maksymalnego wysiłku. Rysownicy przyznawali z respektem, że był najlepszym gagmanem w firmie. To był dowód najwyższego uznania. Potrafił nie tylko wymyślać dowcipy, umiał też konstruować całe opowiadanie, wikłając postać i jej działania w fantastyczne przygody. Przede wszystkim zaś miał dar opowiadania. Oczarowywał animatorów swoimi opowieściami podczas przeglądu materiałów zdjęciowych albo zabawiał zatłoczoną po brzegi widownię Radio City Music Hall. Nawiązywał z nimi kontakt zawsze w taki sam sposób. Miał niesamowitą umiejętność zjednywania sobie życzliwości odbiorców, co z kolei denerwowało intelektualistów i budziło ich podejrzliwość. Zacierali więc ręce, gdy ponosił porażkę, co i jemu się zdarzało. Każdy, kto osiąga tak wiele, musi się liczyć z niepowodzeniami. Disneya cechował jednak niezachwiany optymizm. Dzięki temu radził sobie z porażkami, z protekcjonalnymi krytykami, z bezwzględnymi bankierami, nielojalnymi pracownikami, nieuczciwymi dystrybutorami oraz ze wszystkimi innymi przypadłościami przemysłu filmowego. Pod koniec życia uskrzydlały go marzenia o stworzeniu uczelni integrującej wszystkie dziedziny sztuki, a także o zbudowaniu miasta, mogącego służyć za wzór przyszłym pokoleniom.
Jak to się stało? W jaki sposób jeden człowiek mógł oczarować miliony ludzi na całym świecie, dostarczając im rozrywki? Oto zagadka życia Walta Disneya. Odpowiedzi na to pytanie nie odnajdziemy w przeszłości. Jego rodzice byli prostymi ludźmi, którzy wędrowali po całym kraju w poszukiwaniu sposobu realizacji "amerykańskiego marzenia". W młodości, jako uczeń, Walt niczym się nie wyróżniał. W szkole uchodził za marzyciela. Jego ulubionym zajęciem było rysowanie, ale rysunki te nie odznaczały się niczym szczególnym, więc kiedy tylko mógł sobie pozwolić na zatrudnienie rysowników lepszych od siebie, całkowicie powierzył im wykonawstwo.
Wydaje się rzeczą niewiarygodną, że niewykształcony rysownik z Kansas City, który zbankrutował po swoim pierwszym przedsięwzięciu filmowym, zrealizował dzieła świadczące o niedoścignionej wyobraźni i podjął się budowy miasta przyszłości. Biorąc pod uwagę dokonania, można go uznać za geniusza, ale słowo to w świecie filmu utraciło swoją moc. Wszelako i geniusz musi mieć korzenie.
Odpowiedź na pytanie o fenomen Disneya w znacznej mierze, jak sądzę, znajdziemy w formie ekspresji, jaką obrał w początkach swej kariery. Film rysunkowy jest tym gatunkiem, który poddaje się najsurowszej kontroli. Animator rysuje postacie, wprawia je w ruch, umieszcza na tle stanowiącym ich dopełnienie. Ma więc nad wszystkim całkowitą władzę.
Przed Disneyem w kreskówkach występowały banalne, dwuwymiarowe postacie, poruszające się dziwacznie na ubogo zaznaczonym tle. Disney upierał się przy postaciach trójwymiarowych, uczłowieczonych. Chciał, żeby źródłem humoru byli sami bohaterowie, a nie ich szokujące wyczyny. Jego rysunkowi aktorzy musieli poruszać się w sposób przekonujący i zróżnicowany. Nie mieli prawa wykonywać żadnych nieprecyzyjnych czy niepewnych ruchów.
W roku 1928 Walt Disney wysłał z Nowego Jorku do swojego naczelnego animatora, Uba Iwerksa, do Hollywood następujące zalecenia: "Pamiętaj, spraw, żeby działania postaci były zdecydowane i wyraźnie określone. Nie bój się przesady w dopowiadaniu rzeczy do końca. Na ekranie nigdy nie wygląda to tak dosadnie jak na desce kreślarskiej. Zawsze wyodrębniaj GAGI od reszty akcji - to niezmiernie ważne". Przez całe lata Disney powtarzał swoim rysownikom: "To ma być czytelne!". Czytelność sprawia, że działanie postaci staje się dobitne i zrozumiałe.
Żadnych sprzeczności, żadnych dwuznaczności.
Disney niezmiennie dążył do tego, aby jego filmy rysunkowe były coraz bardziej wiarygodne i śmieszne. Dodał dźwięk i kolor. Zmuszał swoich animatorów do doskonalenia umiejętności, tak by potrafili zrealizować pełnometrażowy film rysunkowy. Kiedy doszedł do kresu możliwości sztuki animacyjnej, zajął się nowymi przedsięwzięciami, takimi jak filmy z aktorami, filmy przyrodnicze, rozrywkowe programy telewizyjne, wreszcie Disneyland. Naturalnym biegiem rzeczy dokonała się zmiana, polegająca na przejściu od biernej widowni do widowni uczestniczącej. Walt Disney przeniósł do Disneylandu wszystkie doświadczenia i umiejętności, jakie nabył w ciągu trzydziestu lat pracy w filmie. Myślał kategoriami filmowymi. Chodziło o to, by gładko poprowadzić publiczność od jednej sceny do drugiej, przy zachowaniu pełnej kontroli nad poszczególnymi elementami składającymi się na całość tego przeżycia.
Projektantami Disneylandu byli reżyserzy filmowi - artyści. Mieli znajomość techniki tworzenia dekoracji i scenerii towarzyszących fabule. Ich ulica Główna była niepodobna do żadnej rzeczywistej ulicy Głównej w małym miasteczku. W Disneylandzie wszystkie sklepy i magazyny tworzyły całość, nawet szyldy i kolory komponowały się ze sobą. Zwiedzający przyjmowali to z dobrą wiarą. Myśleli: "Tak musiała wyglądać ulica Główna w dawnych czasach!". Ale ona po prostu powinna była tak wyglądać.
Mimo że Disney nieustannie wprowadzał jakieś ulepszenia, w gruncie rzeczy zadowolony był z tego, co zdziałał w Disneylandzie. Nie podobała mu się jedynie powstała na obrzeżach neonowa dżungla moteli i barów szybkiej obsługi, walczących ze sobą o zainteresowanie klienta i jego dolary.
Po ukończeniu Disneylandu Disney zgodził się urządzić stoiska na Wystawie Światowej w Nowym Jorku w latach 1964-1965. Projektanci byli zaintrygowani. Dlaczego zamierzał poświęcić swój talent i czas na przygotowanie czegoś, co miano pokazywać tylko przez dwa lata, podczas trwania wystawy? Wydawało się to nielogiczne, zwłaszcza że Disney po raz pierwszy uczestniczyłby w imprezie, nad którą nie sprawował pełnej kontroli. Miał realizować widowiska dla innych firm i na oczach milionów widzów musiał współzawodniczyć z propozycjami innych narodów, krajów czy wielkich przedsiębiorstw.
W trakcie przygotowań do Wielkiej Wystawy zdradził się ze swoimi pomysłami jednemu z projektantów, Johnowi Henchowi. Spytał: "Co myślisz o zaprojektowaniu miasta przyszłości?" - i lekko się uśmiechnął. Temat nie został podjęty. Później Hench zdał sobie sprawę z tego, że udział w Wystawie Światowej był częścią długofalowego planu współpracy z przemysłem przy realizacji miasta przyszłości. Pierwszym krokiem miała być budowa kolejnego parku na Florydzie, powielającego wzór Disneylandu. Potem Disney zamierzał zbudować nowe miasto.
Od Myszki Miki do Miasta Przyszłości. Niewiarygodna była skala talentu Walta Disneya. Celem poniższej biografii jest prześledzenie jego rozwoju twórczego, a także ukazanie człowieka oraz epoki, w której żył i działał.