Walka - Sloane St. James
42.90 zł
34.32 zł
(24,90 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Dostępna na platformie Spotify:
Breaking Point (F U) - Logan Michael
Pesticides Moselle - Matt Hip
Bride at a Bar - Vwillz, Mike
Weren't for the Wind - Ella Langley
American Dream - Drayton Farley
Let It Burn - Shaboozey
Coal - Dylan Gossett
Risk - Gracie Abrams
Spin You Around - Morgan Wallen
Up in Flames - Łaszewo
Straight and Narrow - Sam Barber
FMRN - Lilyisthatyou
Unhealthy - Anne-Marie, Shania Twain
Smoke and a Light - Ole 60
White Mustang - Lana Del Rey
Ghost in My Guitar - Alana Springsteen, Chris Stapleton
Twin Flame - Brennan Story
A Lot More Free - Max McNown
Ain't Doin' Jack - Josh Ross
Fuck Your Sunshine - Łaszewo
Dead to Me - Voila
World on Fire - Nate Smith
Amnesia - Josh Abbott Band
Civilian - Wye Oak
Backroad - Lecade
It Is What It Is - Abe Parker
Good Die Young - Wetzel
Everything Under the Sun - Waylon Wyatt
The Emotion - B?RNS
If I Were the Devil - Colby Acuff
Hold On - Chord Overstreet
Red Flags - Josh Ross
The Night We Met - Lord Huron
I'm The Sinner - Jared Benjamin
Everything We Need - Wilfred
Wine into Whiskey - Tucker Whitmore
Pitchin' Fits - Drayton Farley
WOW - Zara Larsson
A Cigarette - Gavin Adcock
Burning Down - Alex Warren
Feathered Indians - Tyler Childers
Make It Out Alive - Matthew Gold
Maxed Out - Bayker Blankenship
Love is Beautifully Painful - Darkrose Ghost Duet
Religiously - Bailey Zimmerman
Beneath Oak Trees - Dylan Gossett
Half of Forever - Henrik
What He'll Never Have - Dylan Scott
Let It Burn - Jared Benjamin
Holy Smokes - Bailey Zimmerman
Skin and Bones - David Kushner
Shake the Frost - Tyler Childers
Buggy (dosłownie: "powozik") - w żargonie strażackim lekki samochód terenowy z miejscami do siedzenia, ale bez zbiornika na wodę. Może zabrać osiem osób, dzięki czemu umożliwia szybkie przemieszczenie się większej grupy strażaków w kierunku pożaru.
Celownica Osborne'a (ang. Osborne Fire Finder) - narzędzie (rodzaj alidady) używane w wieżach obserwacyjnych do określania kierunku, na którym widać dym z pożaru, co pozwala na zaalarmowanie ekip gaśniczych.
Chrząszcze podążające za ogniem, owady pirofilne (ang. fire-chasing beetles) - owady, takie jak ciemnik czarny (Melanophila acuminata), które dzięki receptorom ciepła potrafią wykryć pożar lasu z dużej odległości. Ogień je przyciąga, ponieważ wykorzystują świeżo spalone (a czasem jeszcze tlące się) drewno do składania jaj i rozmnażania się. Silnie gryzą, często atakując strażaków podczas pracy.
Kontrolowane wypalanie (ang. prescribed burn, controlled burn) - pożar, który jest specjalnie zaplanowany i wywoływany po to, by wypełnić określone cele zarządzania obszarami leśnymi, na przykład zmniejszyć ryzyko pożaru lasu i przywrócić naturalne ekosystemy1.
Łańcuch (ang. chain) - jednostka miary powszechnie stosowana przez strażaków walczących z pożarami lasów. Osiemdziesiąt łańcuchów równa się jednej mili (około tysiąca sześciuset metrów), więc jeden łańcuch ma sześćdziesiąt sześć stóp (około dwudziestu metrów) długości.
Linia obrony przeciwpożarowej (ang. control or containment line) - każda sztuczna lub naturalna bariera służąca do powstrzymania rozprzestrzeniania się ognia.
Międzyagencyjne zespoły / grupy do zadań specjalnych, IHC (ang. Interagency Hotshot Crews, w skrócie: hotshot, hotshot crew) - specjalistyczne formacje doskonale wyszkolonych strażaków, których zadaniem jest bezpośrednia walka z ogniem na terenach leśnych, w tym przygotowywanie linii obrony przeciwpożarowej.
Nomex (ang. także Yellows) - zastrzeżona nazwa handlowa tkaniny ognioodpornej, szeroko stosowanej w przemyśle i produkcji wyposażenia przeciwpożarowego, a także potoczna nazwa żółtej koszuli noszonej przez strażaków zwalczających pożary lasów.
Pas przeciwpożarowy (ang. fire line) - pas ziemi pozbawiony roślinności (wyczyszczony do gleby mineralnej), który ma zatrzymać lub przekierować pożar. Strażacy przygotowują pasy przeciwpożarowe ręcznie, z wykorzystaniem między innymi narzędzia Pulaski, czyli toporka strażackiego.
Piarg, osypisko (ang. scree) - duża liczba małych, luźnych kamieni, która pokrywa zbocze góry.
Pojazd terenowy typu side-by-side (ang. Utility Terrain Vehicle, UTV) - pojazd przeznaczony do jazdy terenowej, zazwyczaj większy od pojazdu typu ATV (ang. All-Terrain Vehicle) i często wykorzystywany do pracy, a nie w celach rekreacyjnych.
Posusz stojący (ang. snag) - martwe, często strawione przez ogień stojące drzewo, które stwarza zagrożenie dla strażaków pracujących na ziemi.
Pożar wierzchołkowy, pożar rozprzestrzeniający się w koronach drzew (ang. crown fires) - rodzaj pożaru lasu, w którym ogień rozprzestrzenia się w koronach drzew. To często największe, najtrudniejsze do opanowania i najszybciej rozprzestrzeniające się pożary, gdyż ogień przeskakuje z jednego drzewa na drugie.
Przeciwpożar, przeciwogień (ang. backburn, backfire, burnout) - terminy określające celowe podkładanie ognia na granicy aktywnego pożaru w celu pozbawienia go dostępu do paliwa.
Racja żywnościowa (ang. Meals Ready-to-Eat, MRE) - lekka, pojedynczo zapakowana porcja odpowiednio przygotowanego (często liofilizowanego) jedzenia, zapewniająca pełnowartościowy posiłek dla jednej osoby.
Zapalarka (ang. drip torch) - ręcznie obsługiwane narzędzie służące do kontrolowanego wypalania. Podłożenie ognia następuje poprzez rozlewanie na ziemi płonącego paliwa.
Zarzewie ognia (ang. spot fire) - zjawisko, w którym żar przemieszcza się przez linie obrony przeciwpożarowej i osiada na roślinności lub innym materiale łatwopalnym, wywołując płomienie w nowej lokalizacji.
Callahan
Pięć lat wcześniej
Kiedy to zaczęliśmy wyrażać się pochlebnie o pogrzebach, nazywając je "miłymi"? Kto to zapoczątkował? Chętnie bym mu podstawił nogę na schodach. Dzisiejsze komentarze pełne są podziwu dla tej ceremonii, jakby była to jedyna rzecz, o której wszyscy potrafią rozmawiać. A pogrzeby to pogrzeby. Wszystkie są do bani. Ten jest jednak najgorszy... bo patrzyłem, jak ten człowiek umiera, a świeże wspomnienie jego martwego ciała wciąż przewija się w moich myślach. Jedynym plusem jest to, że odszedł natychmiast.
Czuję ulgę, opuszczając dom pogrzebowy, ale jazda do bliźniaka, w którym mieszkał Garrett, wydaje się równie, jeśli nie bardziej, przerażająca. Nie jestem pewien, gdzie pomieszczą tych wszystkich ludzi - to nie jest duży dom. Parkuję swojego pick-upa na osiedlowej uliczce za wieloma innymi pojazdami należącymi do przyjaciół i rodziny.
Garrett Macomb pełnił funkcję lidera, dowódcy naszego zespołu do zadań specjalnych, i był ojcem jednego z moich najlepszych przyjaciół. Chociaż wielu członków naszej ekipy twierdziło, że dla nas wszystkich był jak ojciec.
- Wszystko w porządku?
Moja narzeczona, Molly, odchyla osłonę przeciwsłoneczną w aucie i nakłada na usta świeżą warstwę szminki. Stara się mnie wspierać, ale w jej głosie słychać skrywaną nutę wkurzenia. Jest poirytowana moim zachowaniem i nie mogę jej za to winić. Odkąd byłem świadkiem śmierci Garretta, jestem coraz mniej obecny. Wpadam w wir myśli i ciągle coś mnie rozprasza.
Z powodu mojego grafiku czas, który spędzam z Molly, jest krótki i cenny. Jesteśmy razem od liceum, potem zamieszkaliśmy w Sky Ridge w stanie Waszyngton, żebym mógł zrealizować swoje marzenie o gaszeniu pożarów lasów, a Molly znalazła świetną szkołę i rozpoczęła karierę nauczycielki. Na początku wszystko szło dobrze, ale z każdym kolejnym sezonem pożarowym napięcie w naszym związku rosło. Przydziały trwają czternaście dni, potem jest tylko kilka dni na odpoczynek w domu, zanim zostanę wysłany w nowe miejsce.
Od czasu do czasu mamy akcje w okolicy, co daje nam dodatkowy czas dla siebie. Molly jest najważniejsza, kiedy jestem w domu, ale czuję, że się od niej oddalam. Ostatnio moje myśli krążą wokół pracy. Każdej nocy, kiedy kładę się do łóżka, ten dzień ponownie odtwarza się w mojej głowie. Muszę najpierw pokonać psychiczne blokady, potem wymyślę, jak naprawić sytuację w domu i wrócić do normalności.
- Tak - kłamię. - Spotkamy się w środku. Daj mi chwilę.
Molly wysiada z pick-upa, wzdychając, i poprawia sukienkę, a ja odprowadzam ją wzrokiem, aż znika w domu. Muszę się ogarnąć, inaczej ją też stracę.
Z trudem zbieram się na odwagę, żeby wejść przez frontowe drzwi domu Garretta, gdzie odbywa się stypa. W końcu pociągam za klamkę samochodu i z niego wyskakuję. Zatrzaskuję drzwi i biorę głęboki wdech. W tym momencie obok mnie staje starsza kobieta ubrana na czarno - Ruth Haggleberg, plotkarka z miasta. Byłem tak zamyślony, że nawet nie zauważyłem ani jej, ani trzymanego przez nią naczynia żaroodpornego owiniętego folią aluminiową.
- Może z tym pomogę? - proponuję.
- Ależ dziękuję! - Kobieta podaje mi naczynie i idziemy w stronę domu. Ruth uśmiecha się do mnie promiennie. - To był taki m i ł y pogrzeb.
Jezu Chryste.
Wciągam powietrze przez nos i jedyne, do czego mogę się zmusić, to drętwy uśmiech. Moje usta są ściśnięte.
- Mhm.
Ruth rozprawia o wszystkich m i ł y c h rzeczach, które powiedziano o Garretcie podczas mowy pogrzebowej, ale jej nie słucham. Zastanawiam się, czy zostało jeszcze trochę tequili w butelce, którą wcześniej miał King. Wypiliśmy kilka łyków przed pogrzebem, żeby jakoś go przetrwać.
Gdy docieramy do schodów, przyciskam naczynie żaroodporne do boku, a potem otwieram przed Ruth drzwi wejściowe.
- Co za dżentelmen! - mruczy.
Lekko klepie mnie po dłoni i wchodzi pierwsza.
- Zaniosę to do kuchni - informuję, nim kobieta zniknie w tłumie gości.
Wchodzę do holu i przeciskam się między ludźmi tłoczącymi się w salonie, torując sobie drogę do kuchni, gdzie niezbyt delikatnie i z głośnym hukiem stawiam naczynie na blacie. Nie jestem pewien, co ta stara spryciara wyczarowała, ale to coś gęstszego niż ołów.
Rozglądam się po pokoju w poszukiwaniu Molly, ale jej nie widzę. Mija mnie kilka osób, a ja przesuwam się, by zejść im z drogi, i w końcu docieram do ściany. Wtedy mój wzrok pada na Xandera. Zmuszam się, by spojrzeć na mojego najlepszego przyjaciela. Ledwo go poznaję. Bije od niego smutek. Ten chłopak nigdy już nie będzie taki sam.
Wygląda to tak, jak gdyby zdruzgotany śmiercią ojca Xander był w środku pusty, a ja jestem osobą, która to spowodowała. Dzień, w którym musiałem powiadomić mojego najlepszego przyjaciela o śmierci jego ojca, był najgorszy w moim życiu. Minie dużo czasu, zanim znów zobaczę w Xanderze światło.
- Gdzie jest Molly? - pyta King, zaskakując mnie. Potem opiera się o ścianę obok. To mój drugi przyjaciel w zespole, doceniam jego obecność dzisiaj.
- Gdzieś tu jest...
- Pewnie została osaczona przez starą Ruthie.
Parskam cicho.
- Niosłem tej kobiecie zapiekankę. Nawet siekiery, którymi machałem, mniej ważyły.
King kręci głową z uśmieszkiem, a potem, przygwożdżeni do ściany, obserwujemy tłum.
- Jak się czujesz z tym awansem?
Kiedy po raz pierwszy zdobyłem kwalifikacje na stanowisko kapitana, byłem wniebowzięty. Plan był prosty. Garrett Macomb miał przejść na emeryturę po zakończeniu sezonu pożarowego, co pozwoliłoby Xanderowi przejąć funkcję dowódcy naszego zespołu do zadań specjalnych w Sky Ridge. Harowałem jak wół, przygotowując się do przejścia Garretta na emeryturę, żebym mógł zastąpić Xandera na jego stanowisku. Ten awans był dla mnie cholernie wielką sprawą.
Wiązał się z bardzo potrzebną podwyżką i pozwoliłby mi zorganizować wymarzone wesele Molly. Minęło siedem lat od naszych zaręczyn. Obiecałem jej to wesele i nie ożenię się z nią, dopóki nie będę mógł jej go zapewnić. Co więcej, wyższa pensja oznaczała, że w końcu mogliśmy opuścić wynajmowane mieszkanie. Odkąd się tu przeprowadziłem, mam na oku dom do remontu. Jest w kiepskim stanie, ale mieści się w naszym budżecie i ma duży potencjał. Może trochę potrwać, nim będzie gotowy, ale nie mam wątpliwości, że przy odrobinie troski i zaangażowania wszystko się uda.
Molly i ja byliśmy zachwyceni, że wraz z tym awansem rozpocznie się kolejny etap naszego życia. Jednak śmierć Garretta nastąpiła przed końcem sezonu pożarowego, co spowodowało zmianę planów. Teraz ta potencjalnie radosna okazja została przyćmiona przez śmierć naszego dowódcy, a to nie wydaje się dobrym powodem do świętowania.
Wzruszam ramionami.
- Chciałbym, żeby to się stało w innych okolicznościach, wiesz?
- Wszyscy byśmy tego chcieli.
- Dziwnie jest tu być, co nie? Wśród tych wszystkich jego rzeczy - dodaję, rozglądając się po pokoju.
Pomiędzy ludźmi zajmującymi przestrzeń niemal od ściany do ściany kryją się drobne wspomnienia o Garretcie. Fotel, w którym oglądał mecze baseballowe, jest zajęty przez nieznajomego, trzymającego na kolanach talerz z jedzeniem. Kręcę głową, gdy kropla sosu spływa z boku talerza na podłogę. Prawdopodobnie zostanie wtarta w dywan, gdy ktoś po nim później przejdzie.
Ściany są ozdobione zdjęciami Xandera i jego rodziny. Jego mama i bracia przylecieli na pogrzeb z Michigan. Słyszałem, że Xander odziedziczy dom i w którymś momencie będzie musiał przejrzeć rzeczy swojego ojca. Nie wiem, jak chłopak sobie z tym poradzi.
Kątem oka widzę, jak wchodzi Jacob, kolejny członek naszej ekipy. Tuż za nim idzie jego siostra bliźniaczka, Vi. Wokół rozbrzmiewa jednostajny, radosny gwar - taki, jaki można usłyszeć na weselu albo przyjęciu z okazji ukończenia szkoły. To odgłos ludzi nadrabiających zaległości ze znajomymi i dzielących się miłymi wspomnieniami o Garretcie. Ja unikam wracania do przeszłości. Za każdym razem, gdy to robię, moje myśli zostają szybko przyćmione przez obraz jego twarzy tuż przed śmiercią. Chrzanić to.
Molly twierdzi, że muszę znaleźć sposób, by iść dalej. Próbuję, ale czasami czuję, że nigdy się z tym nie uporam. Nieważne, jak bardzo bym chciał. Spotkałem się z terapeutą, ale po powrocie do domu byłem wyczerpany. Nie czułem się wcale lepiej i nie miałem już sił dla Molly, co doprowadziło do wielkiej kłótni tego wieczoru. Potem Molly została u koleżanki. Jakiekolwiek problemy piętrzą się w mojej głowie, nie mogę pozwolić, by rozdarły mi życie na strzępy. Muszę znaleźć sposób, żeby upchnąć je wystarczająco głęboko, tak, by nie wypłynęły na powierzchnię. Albo przynajmniej nie dać się im ponieść. Nikt nie zrozumiałby tej zmiany osobowości. To do mnie niepodobne, ja jestem przecież wyluzowany.
- Dziwne to jest to, że jestem tu wśród takiej gromady ludzi - mówi King, prostując się, żeby zrobić miejsce komuś przechodzącemu z bukietem białych lilii. Odwracamy głowy w lewo, żeby uniknąć uderzenia kwiatami w twarz. King wskazuje w stronę małej grupki strażaków z innej jednostki, którzy zebrali się w kącie sali. - Jestem zaskoczony, że te miejskie błazny2 jeszcze nie zaczęły wyrzucać ludzi. Pojemność tego miejsca została zdecydowanie przekroczona.
Śmieję się.
- Przynajmniej Dave'a tu nie ma. - Słowa wydostają się z moich ust, zanim zdążę je powstrzymać.
Dave i Molly dorastali w tej samej okolicy, mieszkali obok siebie. Molly twierdzi, że Dave jest jak brat, ale nie zdziwiłbym się, gdyby podkochiwał się w niej od dzieciństwa. Wydaje mi się podejrzane, że przyjechał do tego samego miasta, co my. Próbuje też przenieść się z jednostki, która działa w mieście, do tej działającej poza terenem zabudowanym. W ramach przysługi dla Molly zaoferowałem mu tymczasowe miejsce w naszym zespole. I to był błąd. Od samego początku ten gość sprawiał problemy. Był zarozumiałym skurwielem, zawsze zachowywał się wyniośle, ciągle kwestionował rozkazy i nigdy nie zwracał uwagi na ludzi wokół siebie. Poza tym miał chujową etykę pracy i zmasakrował więcej pił łańcuchowych, uderzając podczas cięcia łańcuchem o ziemię, niż ktokolwiek inny, z kim miałem kiedykolwiek do czynienia.
Kiedy Garrett zapytał mnie o opinię, czy powinniśmy dać Dave'owi stałą posadę, odpowiedziałem bez wahania:
- Absolutnie nie.
W tak małym miasteczku jak Sky Ridge wieść szybko dotarła do Dave'a i od tamtej pory zachowuje się jak palant.
- Prawdopodobnie nie chciał się pokazywać po tym, jak go odrzucono - dodaje King, który jest niemal tak wielkim fanem Dave'a jak ja.
Wzrost Xandera sprawia, że łatwo go zauważyć, gdy do nas podchodzi.
- Hej, stary.
Chłopak ustawia się obok nas pod ścianą.
- Hej.
- Szkoda, że nikt się nie pojawił - rzuca King, a w jego głosie słychać nutę sarkazmu.
- Myślę, że śmiało można stwierdzić, że moi bracia nie docenili faktu, ile osób tu będzie. Próbowałem im powiedzieć... - Jego głos jest pusty. Nienawidzę tego.
Stoimy ściśnięci jak sardynki między kuchnią a salonem i nie mógłbym być bardziej wdzięczny, że tkwimy tu ramię w ramię, bo patrzenie na zdruzgotanego Xandera to prawdziwa tortura. Bycie tym, który musiał przekazać mu wieści, było koszmarne. Słowa zostawiały obrzydliwy posmak, gdy opuszczały moje usta. Gdybym mógł je połknąć, zrobiłbym to w mgnieniu oka.
Jednostajny biały szum rozmów wokół nas cichnie, gdy moje myśli wracają do tamtego dnia. Wyraz twarzy Garretta tuż przed śmiercią... Między nami padło milion słów. Ten obraz na zawsze wrył się w moją pamięć. Nie mogłem nic zrobić, żeby powstrzymać to drzewo przed upadkiem.
Smutek malujący się na jego twarzy będzie mnie prześladował już zawsze. Wiedział, że umrze - widziałem to w jego oczach - i nie był na to gotowy.
Cieszę się, że Xandera tam nie było, że tego nie widział i że zabiorę to wspomnienie do grobu. Mam tylko nadzieję, że uda mi się je pogrzebać tak głęboko, że nawet ja nie będę w stanie go odnaleźć. Chcę zapomnieć, że tam jest. Niestety, pojawia się za każdym razem, gdy widzę zdjęcia Garretta, które dziś są wszędzie. Gdy moje myśli wirują, w pokoju nagle robi się duszno, a powietrze gęstnieje - jakbym nie mógł złapać oddechu. Weź się, do cholery, w garść. Zerkam w stronę drzwi wejściowych, ale są blokowane przez żegnających się ludzi.
Potrzebuję powietrza.
- Poszukam łazienki - rzucam, odpychając się od ściany.
Kieruję się do tylnego korytarza, mając nadzieję, że pokój gościnny jest wolny, więc będę mógł się w nim zamknąć i ogarnąć. Serce mi wali, gdy stawiam krok za krokiem, jedyne, co słyszę, to własne tętno, a pole widzenia mi się zawęża. Kurwa, czy ja mam zawał?
Jest tak, jakby moje myśli wirowały w odpływie, a ja nie mogę się wydostać z tego wiru. Choć bardzo się staram, nie mogę ich nakierować na nic innego. Wdech. Mam zbyt ściśniętą klatkę piersiową, żeby wziąć wdech, i czuję, jakby miażdżył mnie ogromny ciężar wszystkiego, co się wydarzyło. Palce mi drżą, gdy próbuję poluzować krawat - teraz bardziej przypomina pętlę.
W końcu docieram do pokoju i zaciskam dłoń na klamce, a potem siłą otwieram drzwi, wstrzymując oddech i czekając, aż poczuję ulgę.
Ale ona nie przychodzi.
Dostaję niespodziewany cios od mojej przyszłej żony, którą posuwa inny facet.
Wygląda na to, że Dave się pojawił.
Scottie
Obecnie
Jarzeniówki w obskurnym urzędzie miejskim migoczą, ale chyba nikomu to nie przeszkadza. Jest cicho, słychać jedynie stukot palców o klawiatury i klikanie myszkami dochodzące z pobliskich boksów oraz biur. Od czasu do czasu ciszę przerywa dzwoniący telefon.
Poprawiam wyprasowane spodnie. Suszarki w damskiej szatni nie były wystarczająco gorące, żeby wygładzić wszystkie zagniecenia na mojej bawełnianej bluzce, ale większość z nich udało się usunąć. Tak to jest, gdy żyje się na walizkach - gdy mieszka się w s a m o c h o d z i e.
Mam nadzieję, że mój strój nie będzie czynnikiem decydującym o tym, czy dostanę pracę ratowniczki medycznej. Jeśli otrzymam tę posadę, będę mogła wpłacić zaliczkę za kawalerkę w Sky Ridge. Gospodarz powiedział, że czynsz mogę opłacać co miesiąc gotówką. Zgodziłam się wziąć to mieszkanie bez oglądania. Dopóki ma dach, cztery ściany i łazienkę, nie obchodzi mnie, jak wygląda. Już podałam ten adres w dokumentach i jak dotąd nikt go nie sprawdził.
Z jednego z biur wychodzi mężczyzna.
- Cześć. Prescott? Jestem Noah, rozmawialiśmy wcześniej przez telefon.
Zmuszam się do uśmiechu i spoglądam w życzliwe oczy rosłego mężczyzny. Jest kierownikiem do spraw rekrutacji w tym urzędzie miejskim, gdzie zajmują się również obsadzaniem niektórych stanowisk dla hrabstwa - takich jak posada ratowniczki medycznej o którą się ubiegam.
Wstaję i z entuzjazmem podaję mu rękę.
- Tak. Miło mi pana poznać. - Ściskam jego dłoń. Mocno.
Nie jestem słaba. Nie jestem słaba.
Mam kwalifikacje, wykonywałam już tę pracę, wypełniłam wszystkie dokumenty. Sama na to zapracowałam. Zostaję wprowadzona do jego gabinetu i zajmuję krzesło naprzeciwko jego biurka, podczas gdy on zajmie miejsce po drugiej stronie.
Jasnobrązowe metalowe biurko jest zawalone papierami i kalendarzami. Przełykam ślinę, gdy urzędnik przeszukuje sterty dokumentów, aż w końcu chwyta szarą teczkę. Kiedy ją otwiera, widzę swoje nazwisko.
- Wygląda na to, że wszystkie twoje kwalifikacje i dokumenty są aktualne - mruczy, gdy przegląda moje dokumenty aplikacyjne, nawet na mnie nie spoglądając.
Przytakuję.
- Tak jest.
- Jak szybko chcesz zacząć?
- Jak najszybciej. - Czy nie odpowiedziałam za szybko? Nie chcę, żeby wiedział, jak bardzo jestem zdesperowana.
- Myślę, że to jest do zrobienia. - Mężczyzna ponownie przegląda papiery, czegoś szukając. - Czy przefaksowałaś swoją dokumentację szczepień?
Cholera.
- Och, myślałam, że tak - kłamię, pochylając się do przodu dla podkreślenia, jak bardzo jestem zaskoczona, że nie ma jej w aktach. - Przepraszam, czy mogę wysłać kopię mailem dziś po południu?
- W porządku. - Urzędnik zamyka teczkę. - Jak wiesz, mamy wakat na ratownika medycznego w straży pożarnej w Sky Ridge, niedaleko stąd, przy County Road dwa.
Przejeżdżałam obok jednostki co najmniej kilkanaście razy, za każdym razem szepcząc modlitwę do bogów odpowiedzialnych za zatrudnianie. To małe miasteczko, więc konkurencja jest tu niewielka, co daje mi przewagę.
- Mają tam świetną ekipę. Myślę, że się wpasujesz. - Mężczyzna wyciąga z teczki kolejną kartkę.
Wygląda jak oferta pracy3. Serce wali mi jak szalone, ledwo powstrzymuję łzy.
- Trzydzieści sześć godzin tygodniowo. Trzy dni pracy, cztery wolne - wyjaśnia.
Idealnie.
- Jestem przyzwyczajona do dwunastogodzinnych zmian.
- Płacę dwadzieścia jeden pięćdziesiąt za godzinę.
- Doskonale.
Proszę, pozwól mi ją podpisać.
- Masz jeszcze jakieś pytania?
- Nie, proszę pana. Chętnie przyjmę tę posadę.
Mężczyzna chwyta długopis, najwyraźniej zadowolony, że ma mnie z głowy.
- Doskonale. Już przygotowałem ofertę.
Podaje mi ją do przejrzenia, a ja kiwam głową, powstrzymując się, by nie zapiszczeć.
- Zatrzymamy ją u nas, dopóki nie otrzymamy od ciebie dokumentacji szczepień. Kiedy już to prześlesz i papiery będą w porządku, wyślę ci kopię oferty mailem. Wtedy ją podpiszesz i odeślesz. W ten sposób nie będziesz musiała tu znowu przyjeżdżać. - Mężczyzna odchrząkuje. - Gdy już zakończymy całą procedurę, będziesz mogła rozpocząć pracę w przyszły wtorek. Dobrze?
- Świetnie! - Uśmiecham się i jest to mój pierwszy prawdziwy uśmiech od dłuższego czasu. - Nie ma problemu, wyślę panu kopię mailem, jak tylko wrócę do domu. Dziękuję.
Dostałam pracę.
Mężczyzna wstaje, a ja idę za nim. Ściskamy sobie dłonie, dziękuję mu po raz ostatni i odchodzę.
Wychodzę z biura i kieruję się do samochodu stojącego w najdalszym rogu parkingu. Nie mogę ryzykować, że ktoś zajrzy do środka i zobaczy dowody na to, że moje auto przez ostatnie kilka tygodni służyło mi również za dom. Robię wszystko, żeby nikt mnie nie przejrzał.
Okazuje się, że miesięczny karnet do klubu fitness jest o wiele tańszy niż miesięczny pobyt w hotelu, a na siłowni mogę wziąć tyle gorących pryszniców, ile chcę, i mam dostęp do tych samych udogodnień. Brakuje tylko łóżka. Na szczęście pracownicy uważają mnie za maniaczkę aktywności fizycznej, a nie bezdomną kobietę, która potrzebuje kąpieli. A skoro już szukam plusów, to jestem w najlepszej formie w życiu.
Ukrywam się na drugim końcu kraju. Z dala od małego miasteczka, w którym dorastałam, i społeczności, która za wszelką cenę chce uprzykrzyć mi życie.
Jeśli będą na tyle sprytni, żeby sprawdzić mój numer ubezpieczenia, jest duża szansa, że zadzwonią do mojej pracy i narobią zamieszania, ale minęły już tygodnie, odkąd wyjechałam. Przez prawie rok puszka po kawie, którą schowałam z tyłu kuchennej szafki, powoli wypełniała się monetami i gotówką. Doprowadziło mnie to aż do Sky Ridge w stanie Waszyngton, gdzie jestem od domu najdalej, jak to tylko możliwe - i nigdy nie byłam szczęśliwsza.
Mimochodem obserwuję otoczenie, potem otwieram drzwi samochodu i wsiadam do środka. Wyjeżdżam z parkingu i kieruję się prosto do lokalnej biblioteki, żeby skorzystać z ich komputerów, pobrać z portalu pacjenta moją dokumentację szczepień i wysłać ją Noahowi.
Normalnie zadzwoniłabym do gabinetu mojego lekarza, żeby przefaksowano mi dokumenty. Gdyby dowiedziano się jednak, gdzie są wysyłane, informacja ta dotarłaby w ciągu godziny do rady. Może nawet nie obchodzi ich, że wyjechałam, ale nie chcę ryzykować.
W bibliotece co chwilę odświeżam skrzynkę mailową, czekając na wiadomość z ofertą pracy. Spokojnie, Prescott. Nie wyślą jej od razu. Mam kilka godzin do zagospodarowania.
Mogłabym wrócić na siłownię i pobiegać na bieżni, ale to sprawi, że będę bardziej zestresowana niż teraz. Nigdy nie byłam dobra w bieganiu w miejscu. Potrzebuję wyjść na zewnątrz, gdzie otoczenie może mnie łatwo rozproszyć.
Wychodzę z biblioteki i wsiadam z powrotem do samochodu, włączam muzykę i jadę do miejsca, w którym rozpoczyna się jeden z lokalnych szlaków turystycznych. To piękny dzień na wędrówkę.
Jest późny poranek. Parking jest pusty, co nie jest niczym niezwykłym w dzień powszedni, kiedy wszyscy są w pracy. Zamieniam elegancki strój na spodnie trekkingowe, lekką kurtkę i buty za kostkę. Kontrast błękitnego nieba z wiecznie zieloną panoramą jest oszałamiający.
Pochodzę z górzystego regionu, ale dopiero gdy wyjechałam na północny zachód do stanu Waszyngton, po raz pierwszy zobaczyłam prawdziwe góry. Tak wysokie, że szczyty pokryte są śniegiem, który zdaje się sięgać chmur. I tak szerokie, że nie widać, gdzie się zaczynają, a gdzie kończą.
Gdy wchodzę na szlak, moje usta wykrzywiają się w uśmiechu. Bliskość natury to coś, co sprawia mi największą radość. Ziemia ma ciepłą, brązowawą barwę i jest pokryta sosnowymi igłami. Napełniam płuca chłodnym i wilgotnym jesiennym powietrzem. Wdycham aromat wiecznie zielonej roślinności, pozwalając, by uczucie zadowolenia zagościło w mojej duszy. To mógłby być mój dom. Mogłabym już zawsze nurkować w tych gęstych lasach. Po zaledwie kilku krótkich tygodniach bardzo pragnę zapuścić korzenie w górach.
Po około półtora kilometra las otwiera się na polanę, a promienie słońca ogrzewają mi twarz, gdy przechylam głowę, by napić się wody. Ścieżka nie jest tak dobrze widoczna na otwartej przestrzeni, więc podążam za wysokimi kopczykami z kamieni wskazującymi drogę, ustawionymi przez osoby odpowiedzialne za utrzymanie szlaku. Za kilka kilometrów powinien pojawić się punkt widokowy. Skupiam się na tym celu, a nie na telefonie, którego ciężar czuję w kieszeni. Jeszcze za wcześnie na mail z ofertą.
Myśli błądzą, gdy zwiększam tempo marszu i chłonę krajobraz, ciesząc się widokiem świstaków, które od czasu do czasu wychylają się zza skalnego występu - jak ten, który teraz na mnie gwiżdże.
- Cześć, kolego. Ja tylko tędy przechodzę.
Łapka zwierzaka drga w okolicach jego puszystego, żółtego brzucha, a ja się uśmiecham, gdy go mijam. Dzisiaj będzie dobry dzień. Dostanę ofertę pracy, a potem skontaktuję się z gospodarzem i otrzymam to mieszkanie. Kto wie, może nawet wprowadzę się przed końcem tygodnia! Może i nie mam mebli, ale mam dmuchany materac. Szczerze mówiąc, spanie na samej podłodze byłoby przyjemniejsze niż ściskanie się na tylnym siedzeniu samochodu, jak przez ostatnich kilka tygodni.
Poza tym w ogłoszeniach internetowych zawsze znajdzie się coś za darmo. Widziałam, jak budynek wygląda z zewnątrz, i jeśli wnętrze mieszkania jest choć trochę podobne do elewacji, to nie bez powodu ten lokal stoi tak długo pusty. To miejsce jest ruiną, ale wkrótce będzie m o j ą ruiną. Cholerna dziura, kochana dziura.
Przede mną wyrasta kolejny znak ze strzałką wskazującą w lewo na punkt widokowy. Wybieram tę trasę i dalej marzę o swojej przyszłości tutaj. To mój pierwszy raz na tym szlaku, ale liczę na zabójczy widok ze szczytu.
Dość szybko docieram do punktu widokowego. Na końcu ścieżki otwiera się panorama na ogromną dolinę z olśniewającym jeziorem, którego brzegi mienią się w blasku słońca. Wzgórza i lasy ciągną się jak okiem sięgnąć. To robi spektakularne wrażenie.
Tak. To mógłby być mój dom.
Callahan
Na drugim końcu głównej ulicy znajduje się wielki neon z napisem BAR i strzałką wskazującą na zniszczony ceglany budynek. Mae i Jack byli już właścicielami tego lokalu, zanim się tu przeprowadziłem. Tylko miejscowi wiedzą, że ten bar nazywa się "U Shifty'ego", i tylko miejscowi tu piją - większość z nich to strażacy z grupy specjalnej. Nie wszyscy mieszkają w Sky Ridge, ale lata temu bar stał się swego rodzaju lokalnym miejscem spotkań.
Chwilę trwa, zanim moje oczy, przywykłe do blasku zachodzącego na zewnątrz słońca, przyzwyczają się do przyćmionych świateł niemal pozbawionego okien lokalu. W środku jest jeszcze więcej neonów, głównie reklamy piwa. Ciężkie drzwi zamykają się za moimi plecami i wita mnie znajomy zapach stęchlizny oraz śmiech kumpli, którzy pewnie piją już drugą kolejkę.
Dziś wieczorem świętujemy ugaszenie naszego ostatniego pożaru. Był cholernie wymagający i wszyscy jesteśmy zmęczeni, ale to dobry pretekst, żeby wyjść i wypić parę piw. King i Xander siedzą bliżej środka, więc przysuwam do nich stołek barowy. W tym samym momencie na wysłużonym starym sosnowym blacie, którego drewno z biegiem lat pożółkło, pojawia się przede mną oszroniona butelka piwa Coors. Unoszę dwa palce i kiwam głową, dziękując Lou, staremu barmanowi, który dobrze nas zna.
King i Xander śmieją się z czegoś, co powiedział Bobby, więc biorę łyk piwa i daję się wciągnąć w rozmowę.
- No więc każe naszym ludziom sterczeć na tym cholernie gorącym parkingu w pełnym słońcu Florydy, podczas gdy ci z Waszyngtonu wciągają wypasiony lunch. Bo pieprzyć nas, prawda? Wszyscy zajadają się owocami morza w przyjemnym chłodzie klimatyzacji, a strażacy nawet nie mogą nic przekąsić, na wypadek gdyby któryś z ważniaków chciał wyjść i zobaczyć wozy oraz ekipę. Jakby to była jakaś bzdurna prezentacja. No i wtedy... - Bobby chichocze. - Po godzinach spędzonych na słońcu nadchodzi koniec, prawda? I kto podchodzi z kieszeniami wypchanymi krewetkami? Wyatt cholerny Bradley. Ten palant patrzy na chłopaków i mówi coś w stylu: "Szkoda, że nie mogliście wejść do środka, bo jedzenie było fenomenalne!". I wypowiada to, stojąc tam i w c i ą ż z a j a d a j ą c s i ę k r e w e t k a m i!
- Nie ma mowy, żeby szef Służby Leśnej jadł krewetki - mówi Xander, kręcąc głową.
Bobby unosi dłoń.
- Przysięgam na Boga.
Przewracam oczami i się uśmiecham. Już słyszałem tę historię. Chociaż ostatnim razem, gdy mi ją opowiadano, szef Służby Leśnej miał źle zapiętą koszulę, a klamra paska też była do góry nogami.
Wymieniamy się historiami i plotkami, a także informacjami o przydziałach, które nas czekają. Kiedy sezon pożarowy się skończy, będę miał kilka tygodni, żeby robić, co mi się żywnie podoba, nim zacznę pracę w patrolu narciarskim w lokalnym ośrodku.
To świetna robota. Dzięki niej mam wolny czas na stoku i wszystkie miłośniczki białego puchu, które tylko uda mi się zmieścić w łóżku. Niezły sposób na dorobienie. Moje myśli wędrują ku planom na czas poza sezonem pożarowym.
- Właśnie zatrudnili nowego gościa. Chyba ratownika medycznego - mówi Xander, wyrywając mnie z zamyślenia.
Nie jestem pewien, o czym rozmawiają.
- Kto zatrudnił nowego ratownika? - pytam, próbując włączyć się do rozmowy.
- Straż pożarna.
Wieści szybciej rozchodzą się w barze "U Shifty'ego", niż publikuje je lokalna gazeta.
- Nowego f a c e t a... czy dziewczynę? Bo to kluczowa informacja. - Tex zachowuje się jak na przesłuchaniu. Minęły lata od jego przeniesienia z Teksasu, ale przydomek został.
Curly wpatruje się w dal.
- Pamiętasz tę blondynkę, Abigail? Kurwa. Była niesamowita.
- Stary, te niebieskie oczy? - Dixon wypuszcza powietrze. - Abby była niesamowita.
Z pewnością niesamowite było to, jak robiła laskę.
Połowa facetów przy barze kiwa głowami, kilku tęsknie wpatruje się w swoje butelki piwa, wspominając oralne umiejętności dziewczyny. Boże drogi.
Xander się śmieje.
- Jeszcze go nie poznałem, ale wnioskuję po imieniu Prescott, że to facet.
- Cholera - rzuca Tex, po czym wypija resztkę piwa i z głuchym brzękiem stawia pustą butelkę na barze.
Lou już otwiera mu nową.
- Nawet jeśli ten nowy byłby laską - wtrąca King - to pewnie i tak Matt będzie wydawał rozkazy, bo jest chyba jeszcze większą zdzirą niż Woods u nas. - Klepie mnie po plecach.
- Hej. - Uśmiecham się ironicznie. - Nie obrażaj mnie.
Wprawdzie nie wracam co wieczór do domu z nową dziewczyną, ale z pewnością jestem gościem, który podróżuje służbowo i ma problemy z zaangażowaniem. Po tym, jak na pogrzebie Garretta Macomba zobaczyłem Molly pochyloną przed Dave'em, zamknąłem się na wszelkie przyszłe związki. W tej pracy i tak jest mnóstwo niewierności. Zważywszy na czas, jaki strażacy z grupy specjalnej oraz ich partnerzy spędzają osobno, zdarza się to po obu stronach w równym stopniu. Osobiście nigdy nie zdradziłem - sama myśl o tym budzi we mnie głębokie obrzydzenie. W prawie każdej ekipie, w której pracowałem, jedna trzecia jest w związkach, jedna trzecia po rozwodzie, a jedna trzecia przeżywa najlepsze chwile swojego życia - i j a n a l e ż ę d o t e j g r u p y. Życie jest krótkie. Seks to zabawa. Dopóki wszystkim chodzi o to samo, co za różnica?
Od czasu do czasu dopada mnie samotność, zwłaszcza gdy słyszę o innych facetach mających kobietę, do której wracają. Jednak myśl o kolejnym romansie wystarcza, żeby powstrzymać się przed poważnym angażowaniem w cokolwiek. Mam mnóstwo demonów, które muszę przepędzić, i nie chcę nikogo tym obarczać.
Łatwiej jest uprawiać seks bez zobowiązań. Sama zabawa, zero zranień. Poza tym większość kobiet, z którymi się umawiam, robi to z tego samego powodu. Chcą przelotnego romansu, a ja chętnie się temu poddaję. Te, które szukają związków i myślą, że to one mnie "naprawią", nie muszą się zbytnio wysilać, by odkryć daremność swoich starań. Przestrzeń, którą kiedyś zajmowało moje serce, jest teraz jałowa, więc nie ma sensu próbować się tam zadomawiać, bo nic z tego nie wykiełkuje.
Wypijam kolejnego drinka. Bar powoli zapełnia się mieszkańcami Sky Ridge, więc kiedy słyszę, jak otwierają się drzwi, nie zwracam na to uwagi, dopóki w pomieszczeniu nie zapada cisza. Odwracam głowę w prawo, żeby zobaczyć, co sprawiło, że wszyscy zamilkli. Pewnie ktoś spoza miasta, kto potrzebuje wskazówek.
Szybko zauważam piękną kobietę, która podchodzi do baru. Nie jest z miasta. Jeśli się zgubiła, odwiozę ją do domu - i odprowadzę do sypialni, żeby upewnić się, że bezpiecznie dotrze na miejsce.
Światło neonów sprawia, że trudno stwierdzić, czy jest ruda, czy blond, ale włosy opadają jej luźnymi falami na ramiona. Jest wysportowana, choć ma krągłości, co w połączeniu z jej pełnymi ustami zwala z nóg.
- Zaklepuję ją - stwierdza Caleb, odpychając się od baru.
To żółtodziób, który właśnie kończy swój pierwszy sezon pożarowy. Ten dzieciak jest najbardziej naiwnym gościem, jakiego w życiu spotkałem.
- Usiądź - ostrzegam, patrząc prosto przed siebie.
Stawiam butelkę na blacie i wpatruję się w kobietę. Caleb nie ma u niej żadnych szans.
- No to zaczynamy - mruczy Xander.
No dobrze, może faktycznie m a m pewną reputację.
Przechylam głowę w jego stronę, a on unosi brew.
Wytrzymuję spojrzenie kumpla i zmieniam zdanie.
- Wiesz co, Caleb? Cofam to. Czemu nie spróbujesz? Zarezerwowałeś ją. Ja wezmę następną.
Xander zrywa kontakt wzrokowy i chichocze do swojego piwa, po czym bierze łyk.
Caleb mruży oczy, a ja wzruszam ramionami. Chłopak nie traci czasu i zrywa się z barowego stołka, żeby się przedstawić. Ta kobieta jeszcze nawet nie usiadła. Jak można było się spodziewać, uśmiecha się uprzejmie, ale wygląda na nieco skrępowaną, gdy stoi odwrócona plecami do baru, a Caleb się spieszy, by wygłosić swój najlepszy tekst, który chciałbym usłyszeć, choćby po to, żeby się pośmiać. Daję mu nie więcej niż minutę na to, by zrobił z siebie idiotę.
- No to zaczynamy... - stwierdza Curly.
Nieznajoma patrzy na Caleba ze współczuciem, a na mojej twarzy pojawia się uśmiech. Biedny dzieciak. Kobieta odsyła go do nas jak smutnego szczeniaka. Kącik moich ust unosi się i parskam śmiechem. Caleb powinien wiedzieć lepiej, ale porażki są najlepszymi nauczycielami. Mój kumpel z trudem wraca na nasz koniec baru, opada na stołek i mruczy do swojego piwa:
- Dupek.
- Powodzenia następnym razem, kolego. - Jeden z chłopaków mocno klepie go po plecach.
Pociągam łyk piwa i czuję na sobie jej spojrzenie. Kiedy na nią zerkam, szybko odwraca wzrok i zajmuje miejsce przy barze. Między klientami powraca zwyczajny gwar rozmów. Kobieta wyjmuje portfel z torebki, otwiera go i przeszukuje zawartość jednej z kieszeni. Jej usta poruszają się, jakby mówiła do siebie. Liczy banknoty. Po kilku sekundach kiwa głową, a Lou podchodzi, żeby przyjąć zamówienie.
Potem barman odwraca się i bierze z półki butelkę Jacka Danielsa oraz pustą szklankę. Przypuszczam, że albo miała ciężki dzień, albo świętuje. Obserwuję, jak swobodnie odchyla się na stołku i zaciska usta. Wyciąga ramiona przed siebie, stuka palcami o blat baru, rozgląda się po sali i z delikatnym uśmiechem przygląda się nieznajomym twarzom.
Świętuje.
Kiedy jej spojrzenie spotyka moje, zatrzymuje się, dopóki Lou nie przerywa tej chwili, stawiając przed nią szklankę z whisky. Kobieta kiwa głową z uznaniem, a barman mówi, ile ma zapłacić.
Nieznajoma wyciąga jeden ze starannie przeliczonych banknotów.
Odchrząkuję.
- Dopisz to do mojego rachunku, Lou.
Caleb mruczy niezadowolony.
Kobieta znów na mnie spogląda, a ja się do niej uśmiecham. Unosi szklankę i bezgłośnie mówi: "Dziękuję".
Kiwam głową i biorąc łyk piwa, puszczam jej oczko, po czym odwracam się do chłopaków, żeby kontynuować rozmowę.
Dopóki Dave Banner nie podchodzi do baru.
Dave, strażak z jednostki miejskiej, którego nigdy nie lubiłem. Dave, który nie sprawdziłby się jako ratownik w grupie do zadań specjalnych. Dave, który spał z moją narzeczoną, Molly, zapłodnił ją, a potem się z nią ożenił. Z jakiej dziury on się wyczołgał? Kilka tygodni temu urodziło im się drugie dziecko. Nie ma prawa patrzeć na tę kobietę w taki sposób. Zaczyna mi drżeć szczęka. Nigdy nie sądziłem, by Molly i Dave do siebie pasowali, ale najwyraźniej się myliłem. Są siebie warci. Niewiele rzeczy jest gorszych od ich zdrady. Nie życzyłbym nikomu przechodzenia przez to, przez co ja musiałem.
- W porządku? - King stoi obok mnie.
- W porządku - odpowiadam, odwracając się od scenki rozgrywającej się trzy metry ode mnie.
W mojej ocenie Dave stoi za blisko, a sądząc po mowie ciała nieznajomej, podziela ona moją opinię. Kiedy Caleb próbował ją poderwać, było zabawnie. Myślałem, że spróbuję później, ale teraz, kiedy już drugi facet przystawia się do niej tego samego wieczoru, nie ma mowy, żebym się na to zdecydował. Nasze miasto już zdołało dowieść, że mieszka w nim banda zdesperowanych dupków. Nie trzeba nikogo dorzucać do tej mieszanki.
Kobieta kręci przecząco głową na zaloty Dave'a, ale on, w przeciwieństwie do Caleba, nie przyjmuje odrzucenia. Odstawiam piwo i opieram ręce na blacie, żeby się odsunąć, gdy Xander odchyla się do tyłu i krzyczy za moimi plecami:
- Hej, Dave!
Gość odwraca się w naszym kierunku. Kieruję na niego spojrzenie, rozluźniam ramiona i pochylam się do przodu. Nie potrzebuję, żeby ten dupek dostrzegł we mnie gniew, który wciąż do niego żywię.
- Słuchaj, jak tam nowe dziecko? To wasze drugie czy trzecie? Przepraszam, nigdy nie pamiętam - pyta kumpel.
Uśmiecham się krzywo i pociągam łyk piwa.
- Drugie - cedzi Dave.
- Ach, racja. No cóż, gratulacje... Koniecznie przekaż ode mnie żonie najserdeczniejsze pozdrowienia.
Dave się cofa, prawdopodobnie po to, by wrócić do stolika, przy którym siedzi kilku chłopaków z lokalnej straży pożarnej.
- Nie musiałeś tego robić - mruczę do Xandera.
- Musiałem. - Mój kumpel przechyla butelkę piwa, pociąga łyk i kontynuuje: - Podoba mi się atmosfera tej nory, a nie jestem pewien, czy Lou - wskazuje butelką na barmana, który uśmiecha się do nas szeroko - tak chętnie by nas wpuścił z powrotem do tego zacnego lokalu, gdybyś urwał Dave'owi głowę. Jestem cholernie pewien, że Mae i Jack też mieliby coś do powiedzenia. A sądząc po ogniu, który zapłonął w twoich oczach, właśnie do tego zmierzaliśmy. - Xander zerka z powrotem na barmana. - Mylę się, Lou?
King jest na tyle mądry, żeby się nie śmiać, ale wyczuwam, jak szczerzy się promiennie, skryty za plecami Xandera.
- Zgadza się - odpowiada Lou z rozbawieniem. - Mae właśnie wymieniła gumowe podkładki na blacie baru.
- Właśnie wymienili gumowe podkładki na blacie, Cal! - podkreśla Xander, wskazując otwartą dłonią na wspomniane akcesoria.
Przewracam oczami i dopijam resztę piwa.
- Jeszcze jedno? - pyta Lou.
- O taaak.
Barman otwiera butelkę i zastępuje nią tę, która stoi przede mną i jest już pusta.
- Na koszt firmy. Nie pozwól, żeby ten facet cię zirytował.
- Jaki facet? - Przewracam oczami. Dave mnie nie zirytował. Nie potrzebuję specjalnego traktowania.
- O, przepraszam... To chyba j a wypunktowałem Dave'a. Gdzie moje darmowe piwo, Lou? - Xander poczuł się pominięty.
Jej palące spojrzenie pełznie mi po karku.
Pieprzyć to.
Podczas gdy Xander i Lou kłócą się jak starzy faceci, zsuwam się ze stołka, idę na koniec baru i siadam obok niej. Patrzę prosto przed siebie w milczeniu, a ona robi to samo.
Mija kilka minut.
Atmosfera między nami gęstnieje coraz bardziej w oczekiwaniu - oboje postanawiamy nie robić pierwszego kroku. To jest jak gra, zaskakująco zabawna gra. Nieznajoma nie patrzy na mnie, a ja nie patrzę na nią. A jednak założyłbym się o okrągłą sumę, że myślimy o tym samym. Praktycznie kończę piwo, nie wypowiadając ani słowa. Jej drink też się kończy.
W końcu kobieta przerywa ciszę.
- Więc powiesz coś czy po prostu tu siedzisz?
Przełykam resztę piwa i stukam dwoma palcami w bar, sygnalizując kolejną kolejkę.
- Zdecydowanie tylko tu siedzę.
- Aha, rozumiem.
Lou wraca, bierze starą butelkę po piwie i wymienia ją na kolejną, z zimną zawartością.
- Przydałaby się jej dolewka - mówię do niego.
Barman odwraca się, by wziąć butelkę whisky, i nalewa bursztynowy płyn do niskiej szklanki, po czym przesuwa ją i zatrzymuje przed nieznajomą.
- Dziękuję. - Ja również kiwam Lou w podziękowaniu, zanim odejdzie. - Mogę sama zapłacić za swoje drinki - dodaje.
- To dobrze, bo za tego nie płacę. Wcześniej to była jednorazowa sprawa, bo było mi cię żal.
Kobieta upija łyk.
- Czyli to jest ta słynna gościnność Sky Ridge, o której ciągle słyszę.
Zaciskam zęby.
- To właśnie ona.
- Dlaczego uważasz, że zasługuję na litość?
- Szczerze... Nie wiem, czy ktoś ci już to mówił... - Pochylam się w jej stronę i ściszam głos. - Ale, hmm, jesteś n a p r a w d ę mało atrakcyjna.
Nieznajoma zaczyna się śmiać. Na tyle głośno, że Dave pewnie to usłyszy, a ja chichoczę razem z nią.
- No cóż, nie mogę być aż tak okropna, skoro twój kumpel próbował mnie zabrać do domu, zanim w ogóle zdążyłam usiąść...
Wzdrygam się.
- Przepraszam za niego. To typ ratownika.
- To może być pierwsza szczera rzecz, jaką powiedziałeś, odkąd tu usiadłeś.
Wzruszam ramionami i pociągam łyk piwa.
- Jestem nałogowym kłamcą.
Ona również bierze łyk ze swojej szklanki.
- O, to dobrze, naprawdę pociągają mnie kłamcy.
- Tak? Może powinienem dać ci swój numer.
- Łał - rzuca beznamiętnie i się do mnie odwraca.
Boże, z bliska jest jeszcze bardziej olśniewająca. Jej rudawe włosy pasują do delikatnych piegów na jej nosie.
Kurwa, uwielbiam piegi... I uwielbiam pieprzyć kobiety, które je mają.
- Hej, w tym mieście jest mnóstwo kobiet, które chętnie by dostały mój numer.
- Znowu te kłamstwa... - Nieznajoma gestykuluje, udając, że się wachluje, a ja się śmieję.
Mruży oczy, patrząc na mnie, a ja popijam piwo bez odrywania od niej wzroku. Mógłbym spędzić cały dzień na podziwianiu tej kobiety. Wydaje mi się, że jej tęczówki nie mają lodowatego odcienia, jaki zazwyczaj kojarzy się z niebieskimi oczami. Są głębokie i niespokojne, przypominają wzburzone morze.
- Dobrze - mówi w końcu.
Wyciąga telefon, a ja się uśmiecham. Kiedy mi go podaje, marszczę brwi. To telefon z klapką. Cholerny t e l e f o n z k l a p k ą? Nigdy wcześniej nie widziałem w mieście tej kobiety, nawet nie znam jej imienia, a ona wyciąga telefon na kartę. Kiedy otwieram aplikację z kontaktami, są tam tylko dwa numery: "Szef" i "Gospodarz". To jest jak cała gala czerwonych flag. Udaję, że tego nie zauważam, i zaczynam wpisywać swój numer, podczas gdy w mojej głowie wyją syreny alarmowe. Zerkam na nią i cholera - jest najpiękniejszą kobietą, jaką w życiu widziałem. Pieprzyć to, czerwony może być moim nowym ulubionym kolorem. Kończę wpisywać swój numer i zapisuję kontakt jako "Kłamca Cal", po czym oddaję jej telefon.
- Czy dowiem się, jak masz na imię?
- Scottie. - Wyciąga dłoń w geście powitania, a ja ją ściskam.
- Callahan Woods. Wyślesz mi esemesa, Scottie?
- Prawdopodobnie nie - stwierdza, wciąż trzymając moją rękę i uśmiechając się szeroko.
Śmieję się i puszczam jej dłoń.
- Cóż, okropnie było cię poznać.
Kącik jej ust unosi się w uśmiechu.
- Ciebie też.
Zsuwam się z barowego stołka.
- Może się jeszcze zobaczymy - dodaje.
- Mam nadzieję, że nie. - Puszczam oko i wracam do chłopaków, gdzie znów zajmuję miejsce obok Xandera.
Kobieta dopija resztę drinka i płaci Lou, zostawiając kilka dolarów na barze, po czym wstaje i wychodzi, nawet na mnie nie patrząc.
Xander tylko pokręcił głową, gdy znów zająłem miejsce na stołku obok niego i Kinga.
- Więc kim jest twoja nowa przyjaciółka? - pyta King.
- Scottie - odpowiadam, zerkając jeszcze raz w stronę drzwi. - Seksowna Scottie.
Caleb wzdycha, wciąż rozczarowany wcześniejszą porażką.
Spędzamy kilka kolejnych godzin na piciu piwa i opowiadaniu historii z pożaru, który właśnie ugasiliśmy. Z każdą następną kolejką nasze głosy stają się coraz głośniejsze i mniej wyraźne. Zapowiada się noc pełna wrażeń. To był dobry sezon. Jeszcze kilka akcji i będziemy kończyć. Chcę zapłacić rachunek, gdy telefon w mojej kieszeni bzyczy.
NIEZNANY NUMER:
Dzięki za drinka.
Uśmiech pojawia się na mojej twarzy i wystukuję odpowiedź:
JA:
Do usług.
Scottie
Poprawiam zawieszony przy pasku klips, do którego mam przyczepiony identyfikator, a w tym czasie Matthew otwiera kolejne szafki.
- Tu trzymamy zapasy.
- Rozumiem - przytakuję medykowi, który oprowadza mnie po remizie strażackiej.
Czy w tym mieście wszyscy są przystojni? Może to przez wodę? Czy powinnam pić więcej wody?
Matt ma urodę Kena, towarzysza lalki Barbie. Wpatruję się w niego jak naukowiec analizujący obiekt badań. Jest po prostu taki... ś l i c z n y. Na szczęście mnie nie pociąga i myślę, że będziemy się dobrze dogadywać. Jest miły, kompetentny i traktuje mnie jak równą sobie - w przeciwieństwie do innych remiz, w których pracowałam, gdzie uwielbiają gnębić nowicjuszy.
Strażacy też wydają się mili. Jeden z nich, Dave, przedstawił mi się w barze. Chyba wypił tego wieczoru o kilka kolejek za dużo. Zwłaszcza po tym, jak jakiś inny klient zwrócił mu uwagę, że ma żonę i dzieci w domu. Prawdę mówiąc, nie jestem pewna, czy w ogóle to pamięta, bo nie patrzył na mnie z ukosa - za co jestem mu wdzięczna.
Matt otwiera kolejną szafkę z fantomami do resuscytacji krążeniowo-oddechowej i kilkoma innymi materiałami szkoleniowymi. Szczelnie zamknięte opakowanie z wymienną twarzą manekina spada na podłogę jak jedna z przekąsek Hannibala Lectera. Annie4, wszystko w porządku? Wpycham ją z powrotem do szafki i zamykam drzwiczki, a potem idę za Mattem do dużego pomieszczenia z oknami na jednej ze ścian zewnętrznych. Pośrodku pokoju stoją stoły do piłkarzyków i ping-ponga. Na innej ścianie wisi telewizor, a przed nim stoi skórzana kanapa, która lata świetności ma już chyba dawno za sobą.
- Pokój socjalny.
- Fajny.
- Niektórzy strażacy traktują te gry całkiem poważnie. - Matt wskazuje na dwie duże tablice. Na jednej spisano wyniki rozgrywek w piłkarzyki, a na drugiej - potyczek w ping-ponga.
- Tak, ja nie jestem na tym poziomie. Przynajmniej już nie. Mogłam w trakcie studiów zostać zawodowcem, ale wiesz... - Kończę żart melancholijnym westchnieniem.
- Kontuzja? - dopytuje Matt, wpasowując się w moją narrację.
- Nie, nie mogłam wytrzymać presji. Kibice, kobiety, kasa... To za dużo. Więc po prostu zostałam ratowniczką medyczną.
- To logiczna ścieżka. - Matt chichocze, a ja się uśmiecham. Przynajmniej ten medyk ma trochę poczucia humoru. To by się nie sprawdziło w mojej poprzedniej pracy. - Myślę, że dobrze się tu odnajdziesz. Laurel i Pete są na dyżurze, ale jak wrócą, przedstawię cię.
- Świetnie, nie mogę się doczekać, żeby ich poznać.
W wolnym czasie przeglądam wyposażenie karetki oraz torbę ratowniczą, zapamiętując, gdzie trzymam materiały opatrunkowe i sprzęt. Każda remiza i pojazd są trochę inne, a ja chcę mieć pewność, że nie zmarnuję tej okazji.
***
- Tu ratownik dwadzieścia trzy, jadę do was z pięćdziesięcioczteroletnim mężczyzną, który spadł z dachu z wysokości około pięciu metrów. Wynik GCS5 w normie. Zniekształcenie lewego nadgarstka bez czynnego krwawienia. Brak innych obrażeń po badaniu fizykalnym. - Zerkam na wierzch dłoni, gdzie na rękawiczce zapisywałam markerem parametry życiowe pacjenta. - Ciśnienie sto dwadzieścia na siedemdziesiąt, tętno siedemdziesiąt dziewięć, oddech osiemnaście, saturacja dziewięćdziesiąt osiem. Założony kołnierz ortopedyczny. Przewidywany czas dojazdu siedem minut.
Po przyjęciu pacjenta przekazuję raport pielęgniarce odpowiedzialnej na oddziale ratunkowym za triaż. Wtedy mój telefon wibruje w kieszeni, a ja czuję ekscytację. Ignoruję go, żeby się nie uśmiechnąć, i opowiadam pielęgniarce o złamanym nadgarstku pacjenta. Niewiele osób zna ten numer: mój gospodarz, szef i C a l.
K ł a m c a Cal - tak zapisał się w moim telefonie. Jak na kogoś, kto wydaje się mieć około trzydziestki, ten facet ma w sobie odrobinę za dużo z playboya, ale jego pewność siebie i wygląd sprawiają, że czuję motyle w brzuchu. Jest piekielnie przystojny. Broda, mocno zarysowana szczęka, jasnobrązowe oczy i zniewalający uśmiech, przez który się rumienię. Ten gość wygląda jak drwal z filmu porno. Nie wspominając o tym, że sprawił, że po raz pierwszy od dawna naprawdę się roześmiałam. Rozmowa była przyjemna i podczas naszego krótkiego spotkania zapomniałam o wszystkim, od czego uciekałam. Nie byłam niespokojna ani podenerwowana. Byłam po prostu Prescott Timmons, która żyje chwilą.
- Jesteś gotowa? - pyta Matt, gdy kończymy wizytę na oddziale ratunkowym.
Kiwam głową i zdejmuję rękawiczki, a potem, zmierzając do wyjścia, wrzucam je do kosza na śmieci. Wyciągam telefon z kieszeni i uśmiecham się na widok jego imienia na ekranie.
KŁAMCA CAL:
Hej.
JA:
Cześć.
KŁAMCA CAL:
Gdzie teraz jesteś?
JA:
W szpitalu. Czemu pytasz?
KŁAMCA CAL:
Cholera. Wszystko w porządku?
JA:
Tak, po prostu pracuję.
Wychodzimy przez rozsuwane drzwi. Wsiadamy do karetki i zapinamy pasy. Matt bierze radio i melduje dyspozytorowi, że wracamy na stację. On prowadzi, a ja zajmuję się dokumentacją naszego pacjenta. W Sky Ridge używają oprogramowania trochę innego niż to, do którego jestem przyzwyczajona, więc muszę się podszkolić.
KŁAMCA CAL:
Och, pracujesz w ochronie zdrowia.
Zawieszam się na chwilę, zanim odpowiem. Za każdym razem, gdy mówię komuś, że jestem ratowniczką medyczną, wywołuje to lawinę pytań w stylu: "Co najgorszego widziałaś?", albo: "Czy ktoś kiedyś umarł na twojej zmianie?". Poza tym przecież ledwo znam tego gościa. A w sumie można uznać, że moją działką j e s t ochrona zdrowia.
JA:
Tak. A ty?
KŁAMCA CAL:
Jestem treserem delfinów.
Przewracam oczami. Trzeba mu oddać to, że wie, jak zapracować na swój pseudonim.
JA:
...
KŁAMCA CAL:
Wymagająca publika. Pracuję w leśnictwie.
To pasuje do jego opalenizny, którą zauważyłam tamtego wieczoru.
JA:
Drwal?
KŁAMCA CAL:
Czasami tak mi się wydaje.
JA:
To chyba dzisiaj nie masz zbyt wiele do roboty.
KŁAMCA CAL:
Nie, właściwie to jestem dość zajęty. Ale myślałem o tobie i...
JA:
Kolejne kłamstwo?
KŁAMCA CAL:
Nie, ale to...
KŁAMCA CAL:
Mam nadzieję, że będziesz miała okropną resztę dnia, Scottie :-)
Kącik moich ust unosi się w uśmiechu i kręcę głową.
JA:
Dzięki. Mam nadzieję, że twój dzień też będzie do bani.
Zatrzaskuję telefon i chowam go z powrotem do kieszeni, czując w żołądku mieszaninę różnych uczuć. Nie jestem w najlepszym momencie życia, żeby się z kimś związać, więc nawet nie wiem, dlaczego myślę o tym facecie. Próbuję zacząć nowe życie. Ten gość jest jednak trochę zabawny... i seksowny. Jak to możliwe, że zakochanie się w kimś może wydawać się zbyt wczesne, a jednocześnie spóźnione?
***
Uśmiecham się zadowolona, wracając do mieszkania po przetrwaniu pierwszego dnia pracy bez większych wpadek. Ważne było dla mnie, żeby zrobić dobre wrażenie. Będę miała mnóstwo dni na popełnianie błędów, ale chciałam, żeby mój pierwszy dzień minął dobrze.
Otwieram prawie puste szafki w kuchni i zastanawiam się, co zrobię na obiad. Brzoskwinie z puszki czy fasolka szparagowa z puszki? Sięgam po fasolkę szparagową, znajduję mój zaufany otwieracz do konserw i rozcinam wieczko. Uśmiecham się szeroko, gdy odlewam zalewę. Mam prawdziwy zlew! Mieszkanie w samochodzie z pewnością pozwala docenić takie rzeczy jak nowoczesna hydraulika. Koniec z prysznicami na siłowni. Koniec z korzystaniem z toalety na stacjach benzynowych.
Wyciągam plastikowy widelec z szuflady i podchodzę do okna. Stopą dociskam dmuchany materac do ściany, po czym siadam przy oknie i opieram się łokciem o parapet. Na ulicy nie ma dużego ruchu, ale i tak mogę obserwować mieszkańców przechodzących obok mojego budynku - a to jest prawie tak samo przyjemne jak oglądanie telewizji. Wbijam widelec w fasolkę szparagową i wpycham ją do ust. Jest słona i lekko wodnista, ale smakuje jak danie z najlepszej restauracji. Szczerze mówiąc, zjadłabym to na kolację, nawet gdybym nie była spłukana.
Już chcę włożyć kolejny kęs do ust, ale zamieram w połowie, widząc kobietę w wielkim pomarańczowym kapeluszu z szerokim rondem pchającą wózek - wózek dla kota. I rzeczywiście, siedzi w nim gruby, pręgowany kot, który podskakuje na wyboistym chodniku. Prycham. To miasto ma swoich dziwaków. Mój telefon wibruje. Wkładam widelec do puszki i stawiam ją na parapecie. Kolejny esemes od Cala.
KŁAMCA CAL:
Jak ci minął dzień?
JA:
Dobrze. A tobie?
KŁAMCA CAL:
Dobrze. Jestem głodny. Chcesz coś zjeść?
Biorę kolejny kęs i wrzucam widelec do pustej puszki.
JA:
Już jadłam, przepraszam.
KŁAMCA CAL:
Szkoda. Masz czas w sobotę wieczorem?
Tamtego wieczoru kupiłam whisky, żeby świętować otrzymanie oferty pracy. Chciałam poczuć się jak zwykły człowiek i poprzebywać wśród innych zwykłych ludzi. Czuję się bardzo samotna, odkąd wyjechałam z Arkansas, więc potrzebowałam tego wieczoru w barze. Ale resztę gotówki trzymam na niespodziewane wydatki. Dopóki nie dostanę pierwszej wypłaty, jestem na diecie puszkowej.
Na randki umawiałam się tylko z Jonathanem. Czy mężczyźni nadal płacą za kolację? Co, jeśli on będzie chciał pójść w jakieś eleganckie miejsce? Nie mogę ryzykować, że podzielimy się rachunkiem i obciążę swoje konto.
JA:
Przepraszam, mam plany na ten weekend. Przełożymy to? Może na następny?
KŁAMCA CAL:
To randka.
Co ja, do cholery, robię? Mieszkam tu zaledwie od kilku tygodni, a już umawiam się na randkę? Mam trzydzieści dwa lata i minęła już ponad dekada od mojej pierwszej. Choć nie wiem, czy ta się w ogóle liczy. To niewłaściwe, ale cholera - flirtowanie bywa takie przyjemne. Pragnę normalności, a to oznacza wyjście poza strefę komfortu. Choć nie powinnam nawet rozważać idei randek, wydaje mi się to naturalne. Co za różnica?
To cię przerasta.
Poczucie winy każe mi otworzyć Facebooka. Ludzie wyrażają współczucie i oferują wsparcie Jonathanowi. Niektórzy odważniejsi członkowie społeczności mnie wyzywają. Odmawiam udziału w takim życiu. Jestem zniesmaczona faktem, że zostałam z nim tak długo. Ostrzegałam go wiele razy, że nadejdzie dzień, kiedy się obudzi, a mnie już nie będzie. To był jedyny sposób na ucieczkę.
Mimo to martwię się o niego. Czemu, do cholery, nie wyjechał ze mną? Mogliśmy uciec razem. Zacząć wszystko od nowa i wreszcie ż y ć.
Nowy stan, nowa praca, nowi ludzie, nowy początek. Nie ma nic lepszego.
Dziwnie jest przejść od ciągłego przebywania z ludźmi do... braku kogokolwiek. Mam trzy numery w komórce. Do gospodarza, do pracy i do jakiegoś nieznajomego, którego poznałam w barze. Na początku znajdowałam spokój w ciszy, ale ostatnio zrobiła się strasznie głośna. Teraz nadszedł jeden z takich momentów.
Potrzebuję świeżego powietrza. Czas wyjść pobiegać i sprawdzić, co słychać w moim wymarzonym domu. Oczyścić głowę z tych niepokojących myśli.
Scottie
Gdy wychodzę na zewnątrz i biorę głęboki wdech, rześkie wrześniowe powietrze odgania moje zmartwienia. Jest chłodno, ale nie daję ciału szansy, by to odczuło, bo od razu zaczynam truchtać. Moje stopy uderzają miarowo o chodnik. Zmuszam się, by skupić uwagę na punktach orientacyjnych i układzie Sky Ridge, a nie na myślach o Owczarni, Jonathanie i o tym, czy zwariowałam.
- Hemlock - mamroczę, mijając tabliczkę z nazwą ulicy widoczną w pomarańczowym świetle latarni.
Na każdym skrzyżowaniu powtarzam nazwy ulic, mając nadzieję, że pomoże mi to w zapamiętaniu okolicy. Jestem pewna, że po miesiącu będę znała to miasto jak własną kieszeń.
- Marshall...
Biegnę do kolejnej przecznicy.
- Payne...
I następnej.
- Spencer.
Skręcam w prawo. To moja ulubiona ulica w Sky Ridge. Po jej obu stronach stoją schludne domy. Czuć tu idylliczny klimat małego amerykańskiego miasteczka, jak z obrazów Normana Rockwella6. Podziwiam historyczną wiktoriańską architekturę, która zawsze mnie fascynowała swoimi werandami i wieżyczkami. Większość budynków wygląda dość skromnie. Prawdopodobnie wzniesiono je na przełomie wieków. Ciepłe światło sączy się z wnętrza i wyobrażam sobie, jak wyglądają rodziny, które tu mieszkają.
Prawie każdy dom ma pomalowaną na biało werandę z pięknie rzeźbionymi słupami. Drewniane schody udekorowano pomarańczowymi dyniami i donicami z chryzantemami. Wszystko to tak bardzo różni się od dzielnicy wąskich, niedużych domów, w której dorastałam.
Każdy ze stojących wzdłuż tej ulicy ma w sobie coś, co mi się podoba, ale jeden jest moim ulubionym. Nie jestem pewna, dlaczego tak bardzo kocham ten wiktoriański budynek, ale za każdym razem, gdy go widzę, w moje serce wlewa się nadzieja. Czuję z nim więź. Ten dom sprawia, że myślę pozytywnie o mojej przyszłości tutaj. To pocieszające. Chcę wierzyć, że kiedyś będzie mnie stać na takie miejsce i stworzę w nim swój własny dom. Mijam piękność położoną przy Spencer 218 i biegnę dalej, by pozwiedzać okolicę i znaleźć nowe architektoniczne detale, które warto docenić.
Ludzie, którzy mieszkają w tych uroczych domach, prawdopodobnie przez całe życie podejmowali dobre decyzje. Byli mądrzy. Myśleli samodzielnie. Chcieli czegoś i ciężko pracowali, aż to osiągnęli. Ogarnia mnie dziwne uczucie tęsknoty za domem. Ale jak można tęsknić za czymś, co nigdy nie istniało?
- Scottie! - rozlega się za mną i zamieram.
Powoli się odwracam, wypuszczam powietrze i gdy widzę, jak w moją stronę biegnie znajoma twarz, opuszczam ramiona. To Callahan. Ocieram pot z czoła i się uśmiecham. Mam włosy związane w kucyk, więc chłodny wiatr wywołuje na moim wilgotnym karku gęsią skórkę.
- Cześć - wypowiadam z trudem i lekko macham ręką.
Cal ma na sobie dres i cienką kurtkę, które doskonale na nim leżą. Powiedziałabym, że ma jakieś sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu, czyli jest wyższy ode mnie o niecałe dwadzieścia pięć centymetrów. Wygląda na to, że nie tylko ja skorzystałam z chłodnego wieczornego powietrza, żeby poćwiczyć.
- Hej - mówi zdyszany. - Wyszłaś pobiegać?
Uśmiecham się szeroko.
- Jak zgadłeś?
- Wiesz, na początku nie byłem pewien, ale twój strój i ruchy cię zdradziły. Poza tym nie widziałem, żeby ktoś cię gonił. - Cal kiwa głową, wskazując na moje legginsy i trampki. Mogę przysiąc, że jego wzrok zatrzymuje się na mnie sekundę dłużej, niż powinien.
- Masz niezłe zdolności dedukcyjne. - Ruszam dalej, a on podąża obok mnie.
- Dzięki.
Przez chwilę biegniemy w milczeniu.
- Więc... mieszkasz w okolicy?
Wybucham śmiechem i zwalniam tempo. Wprawdzie marzę o posiadaniu kiedyś jednego z tych domów, ale wyczucie czasu mojego towarzysza wydaje się dość zabawne.
Cal odwraca głowę w moją stronę, bo jestem kilka kroków z tyłu, po czym się zatrzymuje, żebym mogła go dogonić.
- Co cię tak bawi?
- To trochę dziwne pytać kobietę, czy mieszka w pobliżu, kiedy biega sama.
Wzrusza ramionami.
- Wygląda na to, że i tak ryzykujesz, biegając nocą.
Chichoczę.
- Tak, byłoby okropnie, gdyby jakiś obcy podszedł i zaczął mnie wypytywać, gdzie mieszkam...
- Dobrze, że nie jestem obcy, co?
Patrzę na niego, a on puszcza mi oko. Cholera, ten jego uśmiech. Proste, idealnie białe zęby. Jest pewny siebie.
- To chyba prawda... Chociaż staram się unikać przyjaźnienia się z kłamcami.
- Nawet z kłamcami, którzy biegają nocą? Moglibyśmy kiedyś pobiegać razem, o ile nie będę w drodze do pracy.
- W drodze do akwarium, gdzie tresujesz delfiny?
Uśmiecha się szeroko.
- Wiadomo. Ale tak serio, jeśli kiedyś będziesz chciała pobiegać razem, napisz esemesa.
Do czego on zmierza? Unoszę brew.
- Podrywasz mnie?
Wyciąga przede mnie rękę, zwalniamy i zatrzymujemy się przy kolejnym skrzyżowaniu.
- Porozmawiajmy szczerze. Nie szukam jedynie wspólnego tematu. W mieście może być wielu ludzi, którzy przyjechali tu za pracą. Nie wszyscy z nich to osoby, które chciałbym, żebyś spotkała, gdy będziesz sama. Powiedziałbym to samo własnej siostrze.
Łapię oddech i przyglądam się jego twarzy, szukając jakichkolwiek oznak nieszczerości.
- Nie przepadam za gadaniem podczas biegania - stwierdzam.
- Nie musimy rozmawiać.
- Po prostu próbuję poznać miasto.
- Zabrać cię na prywatną wycieczkę? Dobra, t e r a z chyba cię podrywam.
Znów ten uśmiech. Jest zdecydowany.
- Może. Ale chyba powinnam wracać do domu, mam poranną zmianę - wyjaśniam, skręcając w prawo na skrzyżowaniu.
- Miło było na ciebie wpaść - stwierdza.
Macham mu na pożegnanie i cofam się o kilka kroków.
- Wracaj bezpiecznie do domu. Słyszałam, że w tym mieście grasują jacyś dziwacy - żartuję.
Cal uśmiecha się ironicznie.
- Rozważysz moją propozycję?
- Zastanowię się. - Odwracam się i zaczynam biec.
- Nie powiedziałaś "nie"! - woła za mną.
- Nie powiedziałam "tak"! - odkrzykuję, odwróciwszy głowę w bok.
Skręcam w prawo na następnym skrzyżowaniu i wracam do mieszkania. Uśmiecham się na widok mojego budynku, nabieram pewności siebie w nowo odkrytej niezależności. Kiedy jednak wchodzę do kawalerki, mój uśmiech znika. Po obejrzeniu wszystkich tych ładnych domów stwierdzam, że moje miejsce przedstawia dość żałosny widok - materac na podłodze i kosz na pranie wypełniony kilkoma rzeczami. Droga do wymarzonego domu będzie długa. W moim mieszkaniu unosi się stęchły zapach wilgoci i notuję w myślach, żeby kupić świeczkę albo coś w tym stylu, kiedy będę miała trochę dodatkowej gotówki do wydania.
W małej łazience ściągam bluzę przez głowę. Czerwone plamy na mojej klatce piersiowej pasują do tych na policzkach, będących efektem biegania na rześkim powietrzu. Odkręcam wodę pod prysznicem i marszczę brwi na słabe ciśnienie wody. Telefon wibruje w tylnej kieszeni legginsów, więc go wyciągam, a potem je zdejmuję.
KŁAMCA CAL:
Sprawdzam, czy bezpiecznie dotarłaś do domu.
JA:
:-) Nawet zamknęłam drzwi, żeby trzymać z dala ten motłoch.
Callahan Woods. Wchodzę w listę kontaktów i zmieniam jego imię na Callahan.
CALLAHAN:
Sprytna dziewczynka.
Przygryzam wargę, gdy znów czuję motyle w brzuchu. Rozmowa z Callahanem jest jak zastrzyk dopaminy. Orzeźwiająca. Lubię z nim flirtować, to wydaje się zabawne, ekscytujące i nowe. Sprawia, że zapominam, kim jestem i skąd pochodzę. Po zdjęciu sportowego stanika i majtek wchodzę pod prysznic i zaciągam cienką zasłonkę.
- Pewnego dnia... - obiecuję sobie na głos - wszystko się zmieni.
Tym razem cisza mnie nie przytłacza. Może to po prostu euforia po bieganiu, ale moje serce jest jakby... lekkie? Nucę cicho piosenkę, którą słyszałam w radiu. Nawet muzyka brzmi lepiej na zewnątrz.
Callahan
Odzywa się mój telefon - dostałem wezwanie na akcję w stanie Oregon.
- Cholera.
W sumie nic dziwnego, biorąc pod uwagę wyjątkowo suchą jesień. Czekamy na deszcz. Pożar lasu może w mgnieniu oka strawić te szeleszczące brązowe liście. Wracam do pracy. Od powrotu z ostatniego pożaru próbuję uporać się z tą całą papierkową robotą, która jest do zrobienia na koniec sezonu pożarowego. Zerkam na zegarek. Mam jakieś trzydzieści minut, żeby się spakować i ruszyć w drogę.
Normalnie byłbym wniebowzięty. Jeszcze jedna akcja przed końcem sezonu? Kurwa, wchodzę w to. Kiedyś dostanie wezwania sprawiało, że mi stawał, ale od tamtego fatalnego sezonu kilka lat temu, kiedy straciliśmy Garretta i Jacoba, każda misja budzi we mnie lęk. Od tamtej pory wszystkie te wyjątkowo trudne sytuacje, gdy ocieramy się o śmierć, potęgują niepokój, który nigdy nie znika. Kradną mi sen, myśli, spokój. Trudno jest przepracować traumę, kiedy wciąż się z nią spotykasz. Nadal kocham ogień - zawsze będę go kochał. Ale teraz jest inaczej. Podejrzewam, że Xander przechodzi przez coś podobnego. Tamtego dnia stracił o wiele więcej niż ja. Nic dziwnego, że nigdy nie wraca do domu rodzinnego.
Zgarniam mój czerwony plecak i uświadamiam sobie, że randka, którą zaplanowałem ze Scottie, będzie musiała poczekać. Robienie planów było najlepszym sposobem na zapeszenie. Od dawna istnieje między strażakami przesąd, że najlepszym sposobem na otrzymanie wezwania jest planowanie czegoś lub kupowanie jedzenia. Jednak pod koniec sezonu pożarowego sytuacja zazwyczaj się stabilizuje, więc zaryzykowałem.
Nie jestem pewien, co sprawia, że Scottie tak mnie pociąga, ale od dawna nie wkładałem tyle wysiłku w relację z kobietą. Prawdopodobnie to perspektywa czegoś nowego. Minęły miesiące, odkąd po raz ostatni miałem okazję ruszyć w jakąś interesującą pogoń, a to może wpływać na atrakcyjność Scottie. Znalezienie kobiety, z którą mógłbym się umówić, zwłaszcza pomiędzy akcjami, nigdy nie było trudne. I choć jest to wygodne, to jaka z tego frajda, skoro nie wiąże się z tym żadne wyzwanie? Gra w kotka i myszkę to najlepsza część. Wyciągam telefon z kieszeni i wysyłam jej esemesa.
JA:
Bardzo przepraszam. Wyjeżdżam służbowo z miasta. Będę musiał odwołać naszą sobotnią kolację. Możemy przełożyć spotkanie?
SCOTTIE:
Nie ma sprawy.
Przychodzi kolejny esemes, tym razem od Xandera, naszego dowódcy:
XANDER:
Uwaga, mam kumpla, który działa przy tym pożarze. Słyszałem, że zwołują wszelkie możliwe wsparcie.
JA:
No nieźle. Chłopaki się pakują. Przewidywany czas przyjazdu?
XANDER:
15:35.
JA:
Przyjąłem.
Niedługo potem Xander podjeżdża i pakujemy się do wozu. Jako kapitan siedzę na miejscu pasażera, Xander siada za kierownicą, a reszta chłopaków rozdziela się między dwa mniejsze samochody terenowe.
***
Z każdą godziną niebo robi się coraz bardziej zamglone. Gdy zbliżamy się do lokalizacji wyznaczonej współrzędnymi GPS, dostrzegamy potężne kłęby dymu mieszające się z zapadającym zmrokiem i sprawiające, że całe niebo jarzy się na pomarańczowo. Po około trzech i pół godzinie jazdy docieramy do tymczasowej bazy.
Nasze telefony sygnalizują nowe wiadomości na czacie grupowym. Otwieram go, śmieję się i kręcę głową. Rozeszła się wieść o tym, że do pożaru zadysponowano wszystkie dostępne zasoby, i kilku facetów w innych samochodach już obstawia, czy uda im się zaliczyć seksowną ratowniczkę. Przewracam oczami.
- Chryste, karetka nawet jeszcze nie dotarła, a już gadają o obciąganiu.
Xander wyśmiewa mnie za hipokryzję. W sumie ma rację, zaliczałem już szybkie numerki w trakcie akcji. Zazwyczaj z atrakcyjną dziewczyną z helikoptera gaśniczego albo strażaczką ochotniczką. Nigdy z ratowniczką medyczną - no, przynajmniej nie podczas akcji gaśniczej - ale znam kilku facetów, którym się to udało. Potwierdza to stereotypowe wyobrażenie: pielęgniarki i strażacy pasują do siebie jak tequila i złe wybory. Jesteśmy parą stworzoną w samym piekle.
O ile wiem, na miejscu nie ma żadnej karetki, więc może tak zostanie. Wprost u w i e l b i a m dzielić obóz z grupą początkujących medyków, którzy nigdy wcześniej nie byli nawet w pobliżu pożaru. To mój ulubiony typ.
Myślę, że kolejne ekipy pojawią się jutro albo późno w nocy, w zależności od tego, skąd przyjadą. Sądząc po tym, co słyszał Xander, spodziewałem się, że zobaczę już znacznie więcej zespołów, ale cieszę się, że możemy się spokojnie rozstawić. Niebo ciemnieje, kiedy wysiadamy z wozu. Pozostali członkowie ekipy wysypują się z aut i chwytają swoje rzeczy, żeby sprawnie się rozłożyć. Xander i ja znajdujemy kierującego akcją na naszym obszarze, żeby się zameldować.
Kiedy kończymy spotkanie z dowództwem, jestem wykończony. Rozkładam śpiwór na zimnej ziemi, która wygląda na wystarczająco miękką, i wczołguję się do środka. Ziemia okazuje się jednak twarda i bezlitosna. Mija kilka minut, zanim śpiwór ogrzeje się ciepłem mojego ciała. W miejscach tak odległych od cywilizacji światła nie przeszkadzają w obserwacji nieba, ale w tym momencie gwiazdy nie są widoczne przez dym. Zamykam więc oczy i wykorzystuję pozostały czas na sen. Czeka nas bardzo wczesna pobudka.
***
Jest tuż po wschodzie słońca, gdy w oddali dostrzegam karetkę. Musieli przyjechać późno w nocy. Siadam w śpiworze i mrużę oczy. Na boku widnieje napis SKY RIDGE. Jeden z moich kolegów też się budzi i widzi to samo.
- Hej. - Kiwam głową do Xandera, który popija parującą kawę z blaszanego kubka. - Wiedziałeś, że wezwali ekipę ze Sky Ridge? - Mój oddech niknie we mgle wczesnego poranka.
- No i to by było na tyle z pieprzenia gorącej ratowniczki - przerywa Tex, odzywając się gdzieś za nami. - To ten ratownik medyczny, Preston, Prescott czy jakoś tak, prawda?
Chichoczę i rozpinam śpiwór. Krzywię się, gdy moje stawy trzaskają podczas wstawania. Wpatruję się w horyzont, poświęcając chwilę na podziwianie wschodu słońca, a potem odwracam się w stronę pożaru, który dziś będziemy gasić. Czeka nas ciężka praca.
Callahan
Zapach płonącego lasu jest wyjątkowy, choć jednocześnie znajomy. Czuć dym z dodatkową nutą słodkiego lub cierpkiego aromatu, w zależności od uwalnianych związków organicznych. Kiedy płoną sosny żółte, wydzielają słodki aromat wanilii, natomiast topola pachnie gorzko.
Podczas gdy ekipa karczuje drzewa i zarośla, wiejący co roku wczesną jesienią wschodni wiatr podsyca ogień i sprawia, że praca staje się prawdziwą mordęgą. Od czasu do czasu nasze oczy są narażone na działanie brudu oraz dymu, przez co każde mrugnięcie powoduje drapanie i pieczenie.
Pilarze wraz z naszymi chłopcami oczyszczają na zboczu góry pas o szerokości mniej więcej sześciu metrów, ścinając drzewa i krzewy, które mogłyby przenieść ogień w korony drzew. Ekipa usuwa wszystkie naturalne elementy znajdujące się na drodze pożaru z nadzieją, że uda się skutecznie odciąć dopływ paliwa. To wyjątowo żmudny proces, ale linie obrony przeciwpożarowej są tworzone krok po kroku, z każdym ruchem Pulaskiego.
Takie pożary lasu pokazują, dlaczego potrzebujemy większej liczby kontrolowanych wypalań. Zbyt bujna roślinność podsyca ogień, umożliwiając mu szybsze rozprzestrzenianie się, a to powoduje jeszcze większe zniszczenia. Ale jeśli uda nam się oczyścić las z nadmiaru łatwopalnego materiału zalegającego na ziemi, da nam to szansę na samodzielne opanowanie pożaru. W ten sposób zapobiegamy też wymknięciu się spod kontroli pożarów naturalnych - na przykład spowodowanych uderzeniami piorunów. Dlatego ta praca jest tak ważna. Nie tylko gasimy pożary lasów, lecz także staramy się im zapobiegać.
Z roku na rok zmniejsza się nasza obsada. Mniej strażaków zajmujących się pożarami lasów oznacza mniej akcji gaśniczych i działań zapobiegawczych. Ale hej, przejście przez proces rekrutacji to ciężka praca, a korzyści z pracy obejmują spanie na ziemi, spędzanie tygodni lub miesięcy z dala od rodziny, codzienne przekraczanie granic wytrzymałości i ryzykowanie życia oraz bezpieczeństwa w niegościnnym terenie - a wszystko to za tę samą stawkę podstawową co barista w Starbucksie.
Trzeba być trochę szalonym, żeby wybrać ten zawód. Każdy członek tej ekipy to miłośnik natury, który troszczy się o lasy w naszym kraju. Albo po prostu uwielbia podpalać różne rzeczy. Tak szczerze, to większość z nas plasuje się gdzieś w spektrum piromanii.
Za to wszystko otrzymuję jednak fantastyczne profity. Mogę pracować na świeżym powietrzu, dbać o środowisko, podróżować po najpiękniejszych, nieodkrytych miejscach na Ziemi i mam współpracowników, którzy są bardziej jak rodzina niż koledzy. Kiedy powierzasz komuś swoje życie, stajecie się sobie bliscy. Niektórzy nazywają to więzią opartą na traumie. Czymkolwiek ona jest, kształtuje się poprzez ciężką pracę, pot i ból. Wszystko, co robimy, to skoordynowany wysiłek, w który wkładamy całych siebie. Nie ma tu mowy o równowadze między życiem zawodowym a prywatnym. Zasada jest prosta: wszystko albo nic.
Mamy w ekipie trzech gości z zapalarkami, którzy przesuwają się wzdłuż linii i rozpalają małe ogniska, wypalając resztki łatwopalnego materiału na ziemi. Zatrzymanie szalejącego pożaru jest prawie niemożliwe, ale możemy wypalić to, co nas dzieli, i się z nim spotkać. Dzięki temu mamy znacznie większą szansę na wygaszenie pożaru. Albo przynajmniej jego spowolnienie.
Biorę łyk wody i chowam butelkę z powrotem do plecaka. Dzisiaj głównie sprawdzam jakość pracy wykonanej przez inne osoby, ale od czasu do czasu sięgam po gałęzie albo inny materiał, który mieliśmy usunąć, i go odrzucam. Wiatr się wzmaga, a ja prostuję się w tym samym czasie co King. Wtedy to słyszymy - charakterystyczny trzask drzewa, które staje w płomieniach. Cholera.
Obracamy się na tyle wcześnie, by zobaczyć, jak jedna z wysokich sosen zamienia się w strzelisty stos, gdy płomienie mkną po pniu aż do korony. Żywica w drzewie wrze i eksploduje z głośnym trzaskiem - pożar pochłania drewnianego kolosa, a powietrze pędzi w stronę ognia, który zasysa z niego tlen, by się podsycić.
Wiatr przegania ponad naszymi głowami gęstą smugę dymu, a fala gorącego powietrza przetacza się przez sosnę, rozrzucając przed nami ognisty popiół i żarzące się węgliki. Trafiają one wprost w nietknięte pożarem drzewa niczym tysiąc wściekłych świetlików.
Błyszczące iskry lądują między igłami jednej z wysokich sosen, a gałąź powoli się zapala. Płomienie z pierwszego drzewa przenoszą się na sąsiednie, które już płonie od padającego na nie żaru. Jęczę, gdy dwa kolejne drzewa zostają objęte pożarem. Dodatkowo małe punktowe ogniska szybko zajmują runo leśne.
King upuszcza swojego Pulaskiego na ziemię i opiera się o rączkę.
- No cóż, cholernie do bani.
Chociaż jest coś urzekającego w tym, jak potężne drzewa zostają wchłonięte przez wściekłe morze ognia, to czuję się tak, jakbym właśnie usłyszał "spierdalaj" od samej Matki Natury.
- Leci żar! Pięćdziesiąt metrów! - ryczę, alarmując kolejny zespół, który powtarza ostrzeżenie następnym chłopakom.
Chwytam radio i proszę grupy Alfa i Bravo o pomoc w zabezpieczeniu terenu oraz upewnieniu się, że ugasimy pożar, zanim wymknie się spod kontroli - widziałem, jak żar wywoływał pożary punktowe w odległości nawet kilometra. Jeśli szybko się tym nie zajmiemy, ta lekka zmiana wiatru zniweczy osiem godzin mozolnej pracy.
Rozżarzony węgielek wpada mi za kołnierzyk żółtej koszuli z niepalnego nomeksu.
- Kurwa! - wykrzykuję, uderzając w niego dłonią i przypalając sobie skórę, aby go ugasić. Nienawidzę, kiedy tak się dzieje. Te odłamki żaru są gorsze niż chrząszcze podążające za ogniem.
Po tym, jak poprosiłem o więcej ludzi, kontaktuję się z kierującym akcją, prosząc o wsparcie śmigłowca gaśniczego oraz zrzucenie wody, żeby zdusić zarzewia ognia, których nie widzimy. Jeśli uda nam się zagasić pobliski obszar, spowolni to pożar, ale na razie priorytetem jest wycofanie się na bezpieczną odległość, powrót na linię obrony przeciwpożarowej, otoczenie ognia i ugaszenie go.
Szum radia przerywa trzaski płonącego drewna, a my otrzymujemy potwierdzenie zrzutu wody. W pobliżu znajduje się jezioro, więc nie potrwa to długo.
Niecałe dziesięć minut później jednostajny warkot śmigieł staje się głośniejszy, gdy helikopter przelatuje nad naszymi głowami, uwalniając masy wody i rozsiewając mgłę we wszystkich kierunkach. Kiedy odlatuje, nadchodzi kolejny komunikat radiowy:
- Do wszystkich zespołów uczestniczących w gaszeniu pożaru: proszę być w gotowości na aktualizację pogody.
***
Meteorolog dyżurny odzywa się na częstotliwości dowodzenia z ostrzeżeniem, że zbliża się do nas potężna burza. Podczas gdy opanowujemy mikropożary, przez radio nadchodzą kolejne meldunki o uziemieniu lotów. Chwilę później otrzymujemy polecenie powrotu do obozu.
Chłopaki siedzą na pniach, stłoczeni wokół kilku ognisk, i jedzą wczesną kolację. Panuje upiorna cisza, brakuje zwyczajowych rozmów przy posiłku, nikt nie żartuje. Ci, którzy skończyli, zaczynają rozbijać namioty, choć przez większość czasu sypiamy w śpiworach na ziemi. Personel obozowy gorączkowo zabezpiecza teren, przygotowując się na uderzenie burzy. Nawet dyżurny meteorolog twierdzi, że to największa komórka burzowa, jaką widział od dziesięciu lat.
Gdy tylko kończę pochłaniać jedzenie z talerza, kieruję się w stronę karetki. Powinni otrzymywać te same informacje o burzach co my, ale ponieważ to pojazd ze Sky Ridge, lepiej z grzeczności sprawdzić. Zaparkowali na trawiastym terenie, ale jeśli tam zostaną, ambulans może utknąć, kiedy to miejsce zamieni się w błotniste bagno.
Nie słyszałem, kto nadzoruje pracę nowego członka zespołu ratowniczego, ale jednym z medyków ze Sky Ridge jest Matt. W przeszłości wypiliśmy kilka piw. To porządny facet, więc jeśli jest na miejscu, to i tak chętnie się przywitam. Podbiegam do karetki akurat w chwili, gdy Matt wyskakuje z bocznych drzwi.
- Hej, stary. - Uśmiecham się szeroko. - Nie wiedziałem, że do nas dołączysz.
- Ja też nie. Mamy nowego pracownika, który nigdy nie brał udziału w gaszeniu pożaru. Szef chciał przeprowadzić dodatkowe szkolenie przed końcem sezonu i sprawdzić, czy możemy zaoferować jakieś wsparcie. - Matt otwiera jedną z zewnętrznych przegródek na sprzęt i wyjmuje kilka skoroszytów z materiałami instruktażowymi.
- I jak idzie szkolenie?
- Świetnie! - Matt wskazuje kciukiem za siebie. - Prescott jest z tyłu, jeśli chcesz się przywitać.
- Jasne. Ale słuchaj, wpadłem, bo zapowiadają burze. Lepiej, żebyście niedługo przestawili się na żwir, bo potem możecie utknąć w błocie.
- Dzięki za cynk.
Matt obchodzi kabinę i z broszurami w dłoni wskakuje na miejsce kierowcy. Pukam do bocznych drzwi, żeby przywitać się z Prescottem, co nie jest konieczne, ale skoro Matt mi to zasugerował, nie mogę się wymigać. Cofam się, słysząc odgłos otwieranych drzwi, i o mało nie upadam, gdy Scottie z impetem napiera na nie rękoma. Mój uśmiech staje się szerszy.
Wygląda na zaskoczoną, widząc mnie tutaj.
- Cześć?
- Cześć... Właściwie to szukałem Prescotta, ale taki obrót spraw też mi pasuje.
Dziewczyna wskazuje palcem na siebie i szeroko się przy tym uśmiecha.
- Prescott.
Mój umysł analizuje imiona. Kiwam spuszczoną głową. Kurwa, wszystko jasne.
- Scottie... zdrobnienie od Prescott. Rozumiem.
Jestem idiotą.
Kiedy podnoszę wzrok, widzę jej szeroki uśmiech.
Unosi brodę, wskazując na dymiące wzgórza.
- Leśnictwo, co?
- Jestem strażakiem. - Wzruszam ramionami. - Prawdopodobnie powinienem to wyjaśnić, ale za każdym razem, gdy mówisz "strażak", ludzie myślą o, no cóż, z w y k ł y c h strażakach, takich jak z twojej jednostki, a to prowadzi do kolejnych pytań o pożary lasów i...
Scottie unosi rękę.
- Nie musisz się tłumaczyć. Z tego samego powodu nie powiedziałam, że jestem ratowniczką medyczną. Miałam nadzieję uniknąć pytań w stylu: "Co najgorszego widziałaś?".
Wygląda na to, że żadne z nas nie przepada za rozmowami o pracy. Zapada między nami cisza, a wzrok Scottie wędruje z lewej strony na prawą.
- Więc... potrzebowałeś czegoś czy...
Właśnie miałem się zbierać. Świetnie.
- Nie, tylko przekazałem Mattowi, że nadciągają burze, a skoro już tu byłem, pomyślałem, że przedstawię się nowemu członkowi zespołu. No ale wygląda na to, że już nas sobie przedstawiono.
Pocierając kark, zerkam za siebie i zauważam, że nasza ekipa wciąż rozstawia namioty.
- Widzisz tych gości? - Wskazuję na chłopaków. - To banda dupków. Więc jeśli będą sprawiać jakieś kłopoty, daj znać.
- Jak na razie tylko ty mi sprawiasz kłopoty. - Scottie przechyla głowę na bok z przyjaznym uśmiechem.
- I mam nadzieję, że tak zostanie. Muszę się rozpakować, ale miłego dnia, P r e s c o t t. - Odwracam się na pięcie i wracam do obozu.
Dziewczyna chichocze.
- Tobie też.
Drzwi karetki się zamykają. Kręcę głową. Jakie były na to szanse, do cholery?
W drodze powrotnej wyjmuję telefon i wysyłam esemesa, dokładnie w momencie, gdy spadają pierwsze krople deszczu.
JA:
Może jednak uda nam się zjeść razem kolację.
Scottie
Gdyby nie namioty, obóz wyglądałby jak wymarłe miasto. Matt i ja spędziliśmy ostatnie dwie i pół godziny, kołysząc się na boki, gdy podmuchy wiatru uderzały w nasz wóz. Z początku obserwowanie, jak ci goście smagani strugami deszczu próbują rozbić namioty, było niemal komiczne. Jednemu nawet wyrwało z rąk tropik. Poleciał w powietrze i nikt nie widział, gdzie spadł. Inny facet nie miał namiotu, tylko owinął się w wodoodporną płachtę biwakową. Na zewnątrz musi być okropnie. Poruszam palcami przed otworami wentylacyjnymi, wdzięczna za to, że mamy tu ciepło i sucho.
W końcu wszyscy strażacy zniknęli w swoich namiotach i od tamtej pory nie widzieliśmy żywej duszy. Wiatr i deszcz trochę osłabły, ale radar pokazywał, że to coś jeszcze nie przestało nas kopać po tyłkach. Do tego czasu siedzieliśmy z Mattem w kabinie, próbując zabić czas, i zaczynało nam się nudzić. Zrobiliśmy kilka ćwiczeń, korzystając z przestrzeni na tyłach pojazdu. Matt przepytał mnie, żeby sprawdzić, czy wiem, gdzie znajdują się poszczególne elementy wyposażenia. Na tym etapie mogłabym to zrobić z zamkniętymi oczami.
- Leworęczna Lucy wygra. Mówię ci - rzuca Matt.
- Nie ma mowy. Praworęczna Heidi zaraz złapie dwie kolejne krople i dostanie kopa. Już po tobie.
Odkąd skończyły nam się zajęcia, urządzamy sobie wyścig kropli deszczu na przedniej szybie ambulansu. Wygrałam siedemnaście wyścigów. Matt dwanaście.
- Nie dogonisz mnie - żartuję. Moja kropla jako pierwsza dociera do wycieraczki. - Osiemnaście!
- Oszukujesz - śmieje się mój kolega, po czym pochyla się do przodu. Patrzy w stronę obozu i szuka jakichkolwiek oznak życia. Kiedy niczego nie dostrzega, wzdycha. - Chcesz obejrzeć kolejny film?
Wzruszam ramionami. Matt przyjechał przygotowany i ma na telefonie trochę ściągniętych filmów. Wczoraj obejrzeliśmy kilka, ale wszystkie z Robem Schneiderem w roli głównej, a każdy człowiek ma swoje granice.
Szum radia wypełnia kabinę. Dowództwo nadaje komunikat, więc przerywamy rozmowę, żeby posłuchać.
- Ze względu na nadchodzące powodzie i silne burze przeniesiemy zasoby do pobliskiego miejsca zakwaterowania. Przez kilka pierwszych dni musicie być samowystarczalni, więc upewnijcie się, że wasze załogi mają wszystko, czego potrzebują. Lokalny ośrodek wypoczynkowy wspaniałomyślnie zaoferował nam zakwaterowanie w swoim obiekcie. Proszę szanować mienie gospodarza i nie zachowywać się jak degeneraci. O dziewiętnastej odbędzie się briefing radiowy dla ekip zgromadzonych w nowej lokalizacji. Na razie rozkaz brzmi: przeczekać burzę. Jeśli pogoda się nie poprawi, zaczniemy odwoływać zasoby sprzętowe i ludzkie. Czy są jakieś pytania?
Kąciki moich ust unoszą się w uśmiechu. To oznacza gorący prysznic i toaletę. Wystarczająco długo mieszkałam w samochodzie, nie muszę teraz żyć w karetce.
Mogę sobie tylko wyobrazić narzekania tych ważniaków, którzy chwalą się, że są brudni i śpią na ziemi, jakby to miało im przynieść medal - są jedyni w swoim rodzaju. Ale gdy widzę, jak żwirowy parking zamienia się w błotnistą kałużę, jestem pewna, że w lesie jest dziesięć razy gorzej. To powinno wprawić ich w dobry nastrój.
Radio znów trzeszczy.
- Przyjąłem. Czy możemy popłynąć kajakami do obozu dziewcząt, żeby tam przenocować?
Na to pytanie nie otrzymujemy odpowiedzi dowództwa... Zakładam, że pochodziło ono od jednego z tych strażaków.
Po otrzymaniu rozkazów Matt wpisuje współrzędne do naszego GPS-u, a komendy głosowe podpowiadają nam, jak jechać - jest tylko jedna droga do i z tego miejsca.
Pakujemy, zabezpieczamy sprzęt i mocujemy nosze, żeby przygotować się do przeprowadzki. Obóz znów tętni życiem - faceci rozbierają namioty, zwijają wodoodporne płachty biwakowe i pakują składane stoły. Po chwili kilku strażaków rusza w masywnych samochodach koloru morskiej zieleni, a światła reflektorów odbijają się od żwirowego podjazdu.
Kilka kolejnych wozów wyjeżdża, a po chwili my ruszamy w drogę, sunąc po gładkim, lustrzanym, czarnym asfalcie, podczas gdy kolejne strugi deszczu rozpryskują się na przedniej szybie. Wycieraczki pracują na pełnych obrotach, próbując nadążyć za ulewą. Z okna pasażera nadal widać kłęby dymu z pożaru, wiszące gęsto w wilgotnym powietrzu. Trudno mi pojąć pracę, w której wbiega się do płonącego lasu, gdy jest się uzbrojonym jedynie w łopatę, siekierę i czasami piłę łańcuchową. Niesamowite.
Po około pół godzinie jazdy autostradą zjeżdżamy z głównej drogi na kolejny żwirowy dukt, gdzie czeka na nas duża brama. Jest otwarta. Nasz pojazd zwalnia, kiedy z hukiem przejeżdżamy przez metalową kratę i kontynuujemy jazdę wąskim traktem. Ta droga jest w o wiele lepszym stanie niż tamta, którą zostawiliśmy za sobą przy poprzednim obozowisku.
Gdy wyjeżdżamy zza zakrętu, wita nas ogromna drewniana brama, wysoka na co najmniej sześć metrów. Drewniana tablica wisi na poziomym balu nad naszymi głowami i przypomina mi te, które widywałam na ranczach podczas podróży przez kraj. Pochylam się i mrużę oczy, żeby mimo deszczu odczytać nazwę: CAMP BLUE SKY, OBÓZ "BŁĘKITNE NIEBO".
Co za ironia.
Karetka podskakuje na dziurach, które woda wymyła w ziemi, aż w końcu docieramy do dwupiętrowego budynku pokrytego sidingiem. To jeden z kilku podobnie wyglądających. A także jeden z dwóch z włączonym zewnętrznym oświetleniem. Matt pochyla głowę i wpatruje się w wyrzeźbiony znak wbity w ziemię przed budynkiem: HUMMINGBIRD HALL. BUDYNEK "KOLIBER".
- To tutaj.
Przed nami rozciąga się olbrzymi, kolisty podjazd, ograniczony dwoma identycznymi balami, prawdopodobnie wykorzystywany jako podjazd dla kamperów. Matt znajduje miejsce na końcu rzędu. Normalnie to nie jest parking, ale został w niego przekształcony, bo stanęły tu także inne pojazdy.
Parkujemy kilka miejsc dalej i odpinamy pasy. Wtedy telefon Matta wibruje w uchwycie samochodowym, a na ekranie pojawia się powiadomienie o esemesie. Matt wyjmuje go z uchwytu i przesuwa palcem po ekranie.
- Chłopaki rozmawiają o tym, żeby za chwilę zorganizować partyjkę pokera - mruczy, wystukując odpowiedź. - Grywasz?
- Chyba wiem, jak grać. A obstawiają? - Jeśli tak, to ja odpadam.
- Prawdopodobnie tylko przekąski i inne rzeczy. Mam paczkę suszonej wołowiny i kilka innych drobiazgów.
Ja mam pudełko niemarkowych ciasteczek Pop-Tarts i kilka paczek makaronu ramen, ale wolałabym ich nie tracić. Chętnie jednak rozstanę się z torebkami karmelowego popcornu domowej roboty... Jest tani w przygotowaniu, ale ostatnim razem zrobiłam go tyle, że mam już dość.
- Jasne.
Zarzucam plecak na ramię, chwytam butelkę z wodą i wyskakuję z wozu w tym samym momencie co Matt. Biegniemy w stronę głównego wejścia do budynku, starając się omijać kałuże. W środku strzepuję krople wody i rozglądam się po naszej tymczasowej kwaterze. Przestrzeń wypełnia się zapachem deszczu na suchej ziemi i lekkiej stęchlizny. W pobliżu przedsionka wzdłuż ściany stoją rzędy zabłoconych butów, a obok nich piętrzą się torby ze sprzętem.
Wejście prowadzi do przestronnego holu ze sklepionym sufitem. Po prawej stronie znajdują się szerokie, prowadzące na górę schody, otoczone kilkoma sofami i stolikami kawowymi. Głośne kroki i głosy z piętra podpowiadają mi, że chłopaki rozlokowują się w pokojach.
Matt idzie na górę, a ja przechadzam się po pustym parterze. Naprzeciwko schodów znajdują się podwójne drzwi wahadłowe, a nad wejściem wisi mały drewniany szyld z napisem STOŁÓWKA. Wewnątrz znajduje się co najmniej dwadzieścia okrągłych stołów z krzesłami odwróconymi do góry nogami.
Moje kroki odbijają się echem, gdy idę dalej korytarzem. Po lewej stronie znajdują się dwie łazienki, a po prawej - duża szklana witryna oddzielająca pomieszczenie, które wygląda jak sklep z pamiątkami albo bufet. Za szybą stoi dziecięcy manekin, prezentujący bluzę i bandanę z haftem CAMP BLUE SKY. Nieopodal ułożono kilka rustykalnych drewnianych skrzyń, eksponujących inne pamiątki i drobiazgi. Nie ma tu żadnych religijnych podtekstów, to po prostu... ośrodek, gdzie odbywają się letnie obozy.
W korytarzu za rogiem widzę kilkoro innych drzwi. Jedne wyglądają na wejście do kuchni. Zaglądam do oświetlonego pomieszczenia i widzę stalowe blaty oraz profesjonalny sprzęt kuchenny. Na środku stoi kilka srebrzystych stołów do przygotowywania jedzenia. Na nich ustawiono brązowe kartonowe pudełka, które po przenoszeniu w deszczu są teraz nakrapiane ciemnymi plamkami. Poznaję, że to pudełka z jedzeniem z poprzedniego obozu, prawdopodobnie dostarczone przez firmę cateringową, która zaoferowała rządowi federalnemu najniższą cenę. Burczy mi w brzuchu, więc wychodzę, pokonuję ostatni odcinek korytarza w kształcie podkowy i kieruję się schodami na górę.
Matt zaskakuje mnie, wołając po imieniu.
- Przepraszam, nie chciałem cię przestraszyć. Zarezerwowałem ci pokój na końcu korytarza. Może warto tam włożyć swoje rzeczy, zanim ktoś inny spróbuje go ukraść.
Przytakuję i zarzucam plecak wyżej na ramię.
- Dzięki!
U szczytu schodów znajduje się otwarta przestrzeń z widokiem na parter, z której odchodzą dwa korytarze przyjmujące kształt litery U, podobnie jak korytarze na parterze.
- Nasze pokoje są piętro wyżej.
Najwyższe piętro jest identyczne jak poprzednie. Wygląda na to, że w większości pokoi umieszczone są po trzy łóżka piętrowe. Matt wskazuje na drzwi na końcu korytarza, naprzeciwko łazienki.
- Te są twoje, będę obok.
- Super. Dzięki, że złapałeś mi pokój.
Nie jestem pewna, czy Matt dzieli z kimś pokój, ale zakładam, że ja będę miała własną przestrzeń. Nie dlatego, że jestem kobietą, ale dlatego, że nie należę do ekipy strażaków. Mam wrażenie, że jesteśmy odizolowani. Co ma sens. Technicznie rzecz biorąc, jesteśmy tu na szkoleniu, a jak dotąd nie opatrzyłam nawet pęcherza. Ci twardziele mogliby odciąć sobie palec i pewnie przykleiliby go taśmą klejącą, zanim by nas odwiedzili.
W przeciwieństwie do innych pokoi, które widziałam, w moim stoją dwa łóżka piętrowe i jedno pojedyncze. Rzucam na nie plecak i padam na dolny poziom jednego z piętrowych łóżek.
Wzdycham, zamykam oczy i dziękuję wszechświatowi za to, gdzie jestem. Ukryta.
- Karty?
Podrywam się gwałtownie, uderzając głową o łóżko nade mną.
- Kurwa! - Krzywię się i pocieram obolałe miejsce na czole. Muszę się przenieść na pojedyncze łóżko.
Kiedy uchylam powiekę, widzę Matta, który stoi na korytarzu i też się krzywi.
- Ej, musisz wyluzować. Następnym razem postaram się głośniej tupać.
- Zawieś sobie dzwoneczek na szyi. - Przerzucam nogi przez krawędź łóżka, tym razem schylając głowę. - Tak, możesz mnie liczyć. Tylko założę suchą koszulę. Gdzie się wszyscy bawią?
- Słyszałem, jak ktoś powiedział "stołówka".
Kiwam głową.
- Zaraz zejdę.
Callahan
Kiedy pisałem do Matta, miałem nadzieję, że zaprosi Scottie, by przyłączyła się do gry. On nie jest typem, który pozwoliłby nowemu członkowi zespołu siedzieć samotnie. Kiedy jednak wchodzi sam do stołówki, czuję lekkie rozczarowanie.
Matt przysuwa krzesło i unosi brodę w stronę Kinga, Caleba i reszty chłopaków: Oppiego, Bobby'ego i Dixona. Xander postanowił zachowywać się odpowiedzialnie i zajął się papierkową robotą, podczas gdy my gramy w pokera.
- Najwyższy czas, żebym z wami zagrał - stwierdza Caleb, odchylając się na plastikowym krześle. - Zawsze przegapiam esemesa o grze.
- Zabawne, jak to się dzieje... - King dzieli talię kart na dwie części.
- Zastanawiałeś się kiedyś, czy to celowe? - pyta Opp.
- Nie, głupku. - Caleb rzuca w niego pojedynczo zapakowanym kabanosem.
Opp się śmieje i dodaje go do swojej sterty przekąsek.
- Zostawiam to sobie jako twoje wpisowe.
Caleb marszczy brwi.
- Nikt inny nie zapłacił wpisowego!
- Nie, nie zapłacił. - King kręci głową i rozdaje karty.
- Och, rozdaj też Scottie. Ona już schodzi.
Przy stole robi się cicho.
- Scottie, ta d z i e w c z y n a? Gorąca laska z baru? - Caleb jęczy pod nosem. - Ona mogłaby rozpalić pożar jednym mrugnięciem i uśmiechem. Stary, jedna noc z nią i...
- Pierdol tak dalej, a zobaczysz, co się stanie - stwierdzam trochę za szybko.
- Daj spokój, stary. - Matt karci go w tym samym momencie co ja.
Z niezadowoleniem spoglądam na Caleba.
- Właśnie zapewniłeś sobie kolejny tydzień wegetariańskich omletów z racji żywnościowych, nowicjuszu.
Żadna ilość ostrego sosu nie załagodzi tej zbrodni przeciwko żołądkowi.
- Stary, czekaj - błaga Caleb, unosząc dłonie w geście poddania - ale one aż syczą, kiedy się je otwiera!
Opp się krzywi.
- Są dla wszystkich, którzy chcieliby, żeby bąki stały się namacalne...
- Smacznych wegeomletów. - Zbieram karty i wypuszczam powietrze. - Twoje flaki będą miały ciężki tydzień, bracie.
Bobby się uśmiecha.
- Może moglibyśmy przejść na zupę z małży?
- Nie! - protestuje Caleb. Jego wzrok wędruje od gracza do gracza, ale nie spotyka się z żadnym współczuciem. - To chyba jest jeszcze gorsze.
C h y b a.
- Nieważne, ile dodasz konserwantów, żaden małż nie powinien być dobry przez dwadzieścia lat. Albo to nie małż, albo nie jest dobry przez dwadzieścia lat - stwierdza Bobby.
Dixon się odzywa:
- Mam teorię, że zupa z małży w racjach żywnościowych to w rzeczywistości rządowy klej do tapet z czasów Trumana.
Kilku z nas kiwa głowami. To prawdopodobne.
- Kiełbasa wieprzowa? - sugeruje Opp, próbując udobruchać Caleba. - Dostajesz ją z darmowym łożyskiem.
- Ale przynajmniej wciąż nie jest tak zła jak omlet wegetariański - dodaje King. - Możesz ją wpieprzyć na deser.
Scottie wpada do środka zgodnie z planem, na szczęście nieświadoma rozmów toczących się przy stole.
- Cześć!
Przygryzam policzek, gdy King odkłada pozostałe karty na stół. Kilku facetów podnosi ręce i macha, kiedy Scottie odsuwa krzesło naprzeciwko mnie, bierze karty i przyciska je do piersi. Przebrała się w dżinsy i bluzę kangurkę. Jej kucyk wywołuje w mojej głowie obraz tego, jak chwytam ją za włosy, co sprawia, że muszę przełknąć ślinę i oczyścić umysł. To jak potrząsanie znikopisem i obserwowanie, jak ziarnisty obraz powoli blaknie. Dziewczyna wyciąga z kieszeni swojej bluzy kilka torebek z czymś w środku.
- Co tam masz, Scottie? - pyta Dixon, wyciągając szyję, żeby zerknąć na jej zapasy.
- Kukurydza w karmelu.
- Domowej roboty?
- Tak.
Uwielbiam domowy karmelowy popcorn. Podnoszę rogi moich dwóch kart. Siódemka kier i czwórka trefl.
King po raz pierwszy wykłada na stół wspólne karty, czyli flop: piątkę, szóstkę i waleta. Mam szansę na strita.
Każdy sprawdza swoje karty. Dorzucam do puli małą paczkę Cheetosów. Opp pasuje. Caleb dokłada batonik Rice Krispie, a Dixon kubek z owocami.
Bobby chwyta za kubek i obraca go w dłoni.
- Co to, kurwa, jest?
- Koktajl owocowy - odpowiada Dixon.
- Skurwysynu, to same gruszki, w dodatku zepsuły się sześć miesięcy temu. Masz coś porządnego? Scottie przynosi domowy karmelowy popcorn, a ty przychodzisz z przeterminowanymi gruszkami. No dalej. - Na końcu mocno wybrzmiewa południowy akcent Bobby'ego i kilku z nas się śmieje.
Dixon dorzuca kubek z brzoskwiniami.
- Proszę bardzo. Wy snobistyczne suki.
Scottie pasuje.
- Odpadam.
Bobby rzuca na stos batonik zbożowy.
Na stole pojawia się jeszcze jedna karta wspólna, czyli turn - ósemka karo, więc dorzucam do puli na wpół rozgniecione ciastko czekoladowe marki Hostess.
Wszyscy pasują, a ja kradnę im pudełko ze śmieciowym jedzeniem. Rozgrywamy jeszcze kilka rund, a Scottie pasuje za każdym razem po flopie. Niedbale wyjmuję telefon z kieszeni i wysyłam jej esemesa.
JA:
Zamierzasz kiedyś zalicytować ten karmelowy popcorn?
Nie spuszczam jej z oczu, gdy runda licytacji znowu okrąża stół. Mam parę siódemek, a Dixon dorzucił kolejną siódemkę na flopie, razem z damą i dwójką. Scottie zerka na mnie, a potem jej policzki różowieją, gdy pisze wiadomość pod stołem.
SCOTTIE:
Jeśli dostanę dobrą kartę.
JA:
W życiu chodzi o podejmowanie ryzyka.
SCOTTIE:
Zależy ci tylko na moim karmelowym popcornie.
JA:
Pewnie, że tak.
W momencie, gdy licytacja dochodzi do niej, uśmiecha się krzywo i dorzuca do stosu z fantami torebkę z przesłodzoną maślaną kukurydzą w karmelu.
SCOTTIE:
Chodź i weź ją sobie.
Wrzucam do pudełka batonik Rice Krispie, który wygrałem w ostatniej rundzie. Dixon wykłada kolejną wspólną kartę. Dwójka trefl. Full. Wszyscy oprócz Scottie pasują. Dokładam do puli batonik z solonymi orzeszkami Pearson's Nut Roll, a ona dorzuca drugą torebkę popcornu. Dixon rzuca ostatnią wspólną kartę, czyli river, damę, a ja pocieram brodę.
- Co jeszcze możesz dorzucić do puli?
- Mam ramen w torbie na górze... ale nie będzie mi potrzebny.
Unoszę kącik ust.
- No proszę, przechwalanki. Nieźle z twojej strony.
W jej burzliwym spojrzeniu dostrzegam zadziorny błysk. Ma w sobie coś z łobuziary.
- Śmiałość połączona ze strachem to odwaga. Śmiałość bez strachu to pewność siebie.
Mrużę oczy i się jej przyglądam.
- Czujesz się odważna czy pewna siebie?
- Będziesz pieprzyć czy grać? Wszyscy czekają na twój ruch. Kończmy to.
Jej policzki płoną, a ja chichoczę, po czym rzucam paczkę Cheetosów na stos i wykładam karty, pokazując fulla - siódemki i damy.
Scottie opuszcza rękę.
- Full z waletów i dam.
- Scottie jest snajperem - żartuje Caleb.
Wzruszam ramionami i podaję karty Prescott, bo teraz jej kolej na rozdawanie. Wygląda na całkiem zadowoloną ze swojej wygranej.
JA:
Pewność siebie?
SCOTTIE:
Nigdy ci nie powiem.
Spoglądam na nią przez stół, a ona odwraca wzrok, kiedy przelotnie zerkam na dwie karty, które mi rozdała. Nic ciekawego.
JA:
Ukradnę ten karmelowy popcorn.
SCOTTIE:
Podzielę się.
JA:
Naprawdę? Piknik później?
SCOTTIE:
Ha, ha, jasne.
JA:
Może uda nam się porozmawiać nie przez esemesy.
Tym razem czuję na sobie jej wzrok, co jest przyjemne.
SCOTTIE:
"Porozmawiać", co?
JA:
Słowo skauta.
SCOTTIE:
Byłeś skautem?
JA:
Zawsze jestem przygotowany, jeśli to masz na myśli.
SCOTTIE:
Mam na myśli flirtowanie.
JA:
Tylko z ładnymi ratownikami medycznymi.
SCOTTIE:
Och, Matta też dotyczy to wyjątkowe traktowanie?
JA:
Było tak tylko do czasu, zanim się nie pojawiłaś. Widzisz, jaki jest rozczarowany?
Jej spojrzenie wędruje znad telefonu i pada na zmarszczone brwi Matta, który po raz czwarty sprawdza swoje karty. Facet ma okropny wyraz twarzy. Scottie zaczyna się śmiać, co próbuje zatuszować kaszlem, wpychając telefon do kieszeni.
Dziś wieczorem będzie piknik.
Scottie
Kabina prysznicowa powoli wypełnia się parą. Czy naprawdę to zrobię? Rój motyli lata w moim brzuchu. Może Callahan w ogóle nie mówił poważnie. Przecież nie mieliśmy żadnych konkretnych planów. Zgodziłam się na p ó ź n i e j. Nie jestem pewna, co to właściwie znaczy. Później może oznaczać dziś wieczorem, za tydzień albo w moje siedemdziesiąte piąte urodziny.
Jeśli oznacza dzisiejszy wieczór, to mam nowy problem do rozwiązania: czy piknik to tylko piknik, czy coś więcej? A jeśli coś więcej, to co? Kolejna decyzja.
Oto, co wiem: c h c ę c z u ć, ż e ż y j ę. Chcę czuć się pożądana, niezależna, spontaniczna. Czy fakt, że pragnę tego wszystkiego, to egoizm? To część nowej mnie. Teraz mogę sypiać z innymi mężczyznami. Sypiać z nimi ot tak, dla samej przyjemności.
- Nowe początki wiążą się z trudnościami.
Przed wejściem pod strumień wody wyciskam odrobinę szamponu na dłoń i wmasowuję go we włosy. Przypominam sobie czasy, gdy słuchałam niekończących się kazań, które z wiekiem stawały się dla mnie coraz bardziej niejasne. Przyglądałam się twarzom zgromadzonych, szukając jakiegokolwiek znaku, że czują to samo co ja. Nie czuli.
Zazdrościłam każdemu obcemu na zewnątrz, myśląc o tym, jak wygląda ich życie i jak bardzo pragnę się z nimi zamienić. Choćby na jeden dzień. Każdy ma swoje własne problemy i rozumiałam, że nie ma sposobu, żeby wiedzieć, gdzie jest lepiej, ale monotonia i tak by mnie zabiła, więc przynajmniej zaliczyłabym zmianę otoczenia.
Jedna impulsywna noc w obozie nigdy nie przeważyłaby nad wstydem z powodu lat spędzonych w Owczarni. Czego więc się boję?
Spłukuję szampon i dodaję odżywkę. Potem mydlę nogi i zaczynam się golić. Jak wygląda seks, gdy przydarza się naturalnie, z własnego wyboru? W mojej głowie pojawiają się wątpliwości. Może powinnam była zrobić to z nieznajomym... A co, jeśli w niczym nie będzie to przypominało tego, co znam? Nie, to niemożliwe. Założenia są przecież te same. Mogę podążać za jego wskazówkami. Do diabła, dzisiejszy wieczór może być po prostu piknikiem, a ja się tak denerwuję z powodu cholernej paczki popcornu.
Przewracam oczami. Przestań tyle myśleć.
Po wytarciu się opuszczam głowę i suszę włosy suszarkami do rąk wiszącymi na ścianie, jednocześnie rozplątując kołtuny. Włosy nie schną mi całkowicie, ale prawie. Mycie zębów jest niezwykłym doznaniem, ale zawsze tak jest, kiedy płuczę usta zimną wodą. Następnie staję przed lustrem i rozkładam przed sobą cienie do powiek, róż oraz tusz do rzęs, a potem je nakładam. Odkąd zaczęłam się malować, czyli od kilku tygodni, idzie mi to coraz lepiej i potrzebuję na to mniej czasu niż kiedyś.
Sprawdzam telefon, żeby zobaczyć, że jeszcze do mnie nie napisał. Czy nadal chce się spotkać? Wzruszam ramionami. Po prostu czułabym się głupio, gdybym na darmo nałożyła makijaż. Skończyliśmy kolację jakąś godzinę temu. Siedziałam z Mattem przy innym stoliku, ale Callahan od czasu do czasu na mnie zerkał. Podoba mi się to, jak na mnie patrzy.
Wracam do pokoju, wyciągam książkę i próbuję czytać, ale co kilka akapitów muszę zaczynać od nowa, bo się rozpraszam. Wokół jest tylu ludzi. Choć mam zamknięte drzwi, nadal jest za głośno.
Chwytam plecak i wkładam do niego część smakołyków wygranych w pokera. Wyszłam na prowadzenie, co oznacza, że mój schowek na śmieciowe jedzenie jest pełen przekąsek. Szczęście nowicjusza. Cal dotrzymał słowa i zdobył kukurydzę w karmelu. Następnie wpycham do środka podręcznik i powieść, którą wcześniej zaczęłam czytać, zapinam zamek i zarzucam plecak na ramię.
Pukam do Matta.
- Proszę! - krzyczy.
- Hej, możesz mi dać kluczyki do wozu?
Matt przytakuje i przewraca się na bok, żeby sięgnąć po kurtkę, po czym przeszukuje kieszenie.
- Potrzebujesz czegoś?
Rzuca kluczyki w moją stronę, a ja łapię je w powietrzu.
- Chciałam tylko trochę poczytać. I może przejrzeć podręcznik. W spokoju.
- Tak, rozumiem. Ci goście potrafią być głośni jak diabli - stwierdza, a jego słowa przerywa głośny śmiech z dołu. - Chciałaś, żebym powtórzył z tobą któreś z ćwiczeń?
Kręcę przecząco głową.
- Nie, nie potrzeba. Ale wyślę ci esemesa, jeśli będę miała jakieś pytania. - Unoszę rękę, w której trzymam kluczyki. - Jeszcze raz dziękuję.
- Nie ma problemu.
Wychodzę, a on krzyczy za mną:
- Nie przemęczaj się!
- Nie zamierzam!
***
Na początku w karetce było chłodno, ale temperatura w tylnej części pojazdu wzrosła na tyle, że zdjęłam bluzę i odłożyłam ją na bok. Minęło czterdzieści minut bez żadnej wiadomości od Callahana, ale ani trochę nie jestem rozczarowana. Rozkoszuję się samotnością. Przebywanie wśród tak wielu ludzi na małej przestrzeni przypomina mi dom. Chociaż spotkanie z tymi strażakami było dla mnie najlepszą rozrywką od dłuższego czasu, miło jest spędzić kilka godzin w ciszy. W oddali grzmi, a krople deszczu rozpryskują się na dachu karetki. Te odgłosy działają na mnie kojąco. Dźwięki otoczenia pomagają mi się skupić na historii spisanej na sfatygowanych stronach książki.
Mój telefon wibruje. Jeden lub dwa motyle w brzuchu wzbijają się do lotu - jak to zwykle bywa, gdy w końcu dostaję od niego esemesa.
CALLAHAN:
Nie śpisz?
JA:
Nie.
CALLAHAN:
Co robisz?
JA:
Czytam.
Robię zdjęcie okładki mojej książki i wysyłam mu je wraz z odpowiedzią.
CALLAHAN:
Gdzie? Wpadłem do twojego pokoju.
Wyglądam przez okno, ale przez włączone w środku światła wpatruje się we mnie tylko moje odbicie.
JA:
Jestem w karetce.
CALLAHAN:
Potowarzyszyć ci? Mam przekąski.
Żołądek mi się przewraca. Prawie wszystkie nasze interakcje odbywały się przez esemesy, a ewentualne kontakty osobiste publicznie, nigdy w cztery oczy. Siedzę ukryta z tyłu karetki, podczas gdy wszyscy inni są w budynku. Równie dobrze mogłabym być w odludnej chatce w lesie i wolałabym ten scenariusz od tego. Odludne chatki są romantyczne, a ambulanse... zimne.
JA:
Jasne.
CALLAHAN:
Będę za parę minut.
Wypuszczając powietrze, wkładam zakładkę z paragonem ze stacji benzynowej między strony i przesuwam palcami po cienkim papierze. Ten paragon tak wiele dla mnie znaczy. Podjęłam decyzję o opuszczeniu miejsca, które kiedyś nazywałam domem, i nawet po tym, jak zatrzymałam się, by zatankować, jechałam dalej. Data wyblakła i w końcu nadruk zniknie, podobnie jak wszelkie dowody na to, kim kiedyś byłam. To tylko kolejny kawałek papieru. To tylko kolejna kobieta.
Już nią nie jestem - może nigdy nią nie byłam. Teraźniejszość zawsze była moim przeznaczeniem. Czuję to w głębi duszy.
Z zamyślenia wyrywa mnie pukanie do bocznych drzwi. Prostuję się na noszach, których używałam jako fotela do czytania, po czym przeczesuję palcami włosy i wygładzam koszulę, poprawiając jej brzegi. Czuję raczej tremę niż niepokój. W moich żyłach szumi oczekiwanie.
Otwieram drzwi, a on tam stoi, trzymając koc i brązową papierową torbę na zakupy. Cofam się, by mógł wejść. Wspina się na tył pojazdu i schyla głowę, żeby nie uderzyć w sufit. Jego włosy są mokre, jakby wziął prysznic, a może to od deszczu. Kładzie torbę na ławce pod boczną ścianą i zamyka za sobą drzwi. Teraz, gdy jesteśmy blisko siebie, otula mnie zapach cedru i mydła.
- Cześć. - Siada na ławce i rozgląda się, oceniając wygląd karetki. - Nieźle się tu urządziłaś.
- Dziękuję. - Chichoczę i wzruszam ramionami. - Lubię prywatność.
Kąciki jego oczu marszczą się, gdy się uśmiecha.
- Ja też.
Trudno nie wyczuć aluzji w tych słowach. Jego szorstki głos zachęca kolejne motyle w brzuchu do lotu, więc odwracam wzrok, a moje policzki zalewa rumieniec.
- Jesteś głodny? - pytam, otwierając plecak.
- O nie, to moja działka. - Rozkłada koc i wysypuje na niego przekąski z torby. - Naprawdę się postarałem.
- Widzę. Te woreczki z karmelowym popcornem wyglądają trochę znajomo.
Cal się śmieje.
- Słuszna uwaga. Ale wziąłem koc piknikowy. Czy to można uznać za częściowy sukces?
- Gdzie go znalazłeś?
Cal odwraca róg materiału, pod spodem jest wyszyty napis: CAMP BLUE SKY.
- Ukradłem go ze sklepu z pamiątkami.
- Kłamstwa p l u s kradzieże? Trudno znaleźć faceta, który robi jedno i drugie! Szczęściara ze mnie.
- Takich jak ja już się nie produkuje - mówi z zawadiackim uśmiechem, po czym wskazuje na przekąski leżące przed nami. - Chcesz się tym zająć?
Przesuwam się z rozkładanego krzesełka, znajdującego się naprzeciwko niego, na ławkę. Przekąski wciąż leżą między nami.
- Dobra, ustalmy zasady. Możesz brać wszystko, ale - Cal chwyta torebki z karmelowym popcornem - one są moje.
- Możesz je sobie wziąć.
- Nie lubisz karmelowego popcornu?
- Lubię, ale umiem go robić tylko w dużych ilościach. Po zjedzeniu kilkunastu porcji chętnie się podzielę.
Cal opuszcza głowę i otwiera torebkę.
- Zobaczmy, jak ci się udało. - Żuje w zamyśleniu, delektując się, po czym się uśmiecha. - To jest niebiańskie.
- Dzięki. Dam ci przepis.
- Wiesz, ale jeśli ty go zrobisz, będę miał pretekst, żeby się z tobą zobaczyć.
Uśmiech pojawia się na moich ustach.
- Potrzebujesz pretekstu?
- Chyba nie... Czy to oznacza, że mam zapewnioną drugą randkę?
- A czy to pierwsza randka? - pytam, unosząc brwi.
- Oczywiście! - Cal rozgląda się dookoła. - Nie poznajesz po na wpół pustej puszce z Pringlesami i uroczej karetce?
Śmieję się.
- Stawiasz sobie dość wysoko poprzeczkę. Myślisz, że zdołasz to kiedykolwiek przebić?
- Nie ma szans - mówi, chichocząc. - Teraz będzie już z górki. Czeka cię przyszłość z jazdą gokartami i kolacjami z drinkami. Może nawet z obserwacją gwiazd. Biedactwo. - Cal otwiera paczkę z serowymi kulkami i kilka z nich spada na podłogę. - Normalnie powiedziałbym, że obowiązuje zasada pięciu sekund, ale nie chcę nawet myśleć o wszystkich płynach ustrojowych, które są w takim miejscu. Nie chcę złapać zapalenia wątroby ani nic takiego.
Przyciskam dłoń do piersi.
- Czuję się urażona! Mój sprzęt jest idealnie zdezynfekowany i czysty. Ta karetka jest nieskazitelna.
Cal wskazuje ramieniem na jedną z kulek serowych leżących na podłodze.
- To ją zjedz. - Otwiera puszkę napoju i bierze łyk.
- Bez przesady. To jednak wciąż karetka.
Cal śmieje się do utraty tchu, a ja cieszę się swobodną atmosferą, jaka panuje między nami.
- Dobra, zobacz, czy uda ci się jedną złapać - mówi i odstawia napój na bok.
Cofam się na ławce, on podrzuca w powietrze kulkę serową, ale mrużę oczy i nie trafiam.
- O nie!
- Nie zamykaj oczu! - śmieje się. - Marnujesz jedzenie.
Nachylam się i kradnę mu torebkę.
- To trudne! Dobra, twoja kolej. - Rzucam jedną kulkę, a on nadstawia usta zgodnie z trajektorią jej lotu i łapie ją w powietrzu.
Wyciąga rękę po torebkę i podaję mu ją.
- Dobra, dasz radę, Scottie. Gotowa? Tym razem nie zamykaj oczu.
Przy drugiej próbie udaje mi się złapać latającą serową kulkę. Moje ramiona wystrzeliwują w górę w geście zwycięstwa i przypadkowo uderzam kostkami palców o szafkę nad głową.
- Kurczę, wszystko w porządku? - Cal chichocze.
Kiwam głową, śmiejąc się jeszcze głośniej, i przykładam pulsującą dłoń do piersi.
- Udało się.
Zmieniamy pozycje, łapiąc w usta pomarańczowe pociski, i rozmawiamy o niczym. Łączy nas coś więcej niż tylko fizyczne przyciąganie - ta zabawa i swoboda, które wydają się takie... znajome. Chociaż nigdy wcześniej tego nie doświadczyłam.
- Więc dlaczego zająłeś się gaszeniem pożarów lasu?
Cal się na chwilę zatrzymuje, a potem odchrząkuje.
- Przygoda, koleżeństwo, praca, którą wykonujemy... To uzależnia. Chociaż oznacza też odizolowanie się od umiejętności przydatnych w prawdziwym życiu, a to sprawia, że czujemy się w pewnym sensie uwięzieni. Kiedy zostajesz strażakiem walczącym z pożarami w głuszy, nie możesz po prostu odejść. To relacja z ogniem, od miłości do nienawiści. Ale w jakiej innej pracy zapłacą ci za polecenie do Parku Narodowego Yosemite, ścięcie stuletnich drzew, a następnie podłożenie w tym miejscu ognia? Jeśli masz szczęście, twoja ekipa jest bardzo zżyta. Spędzasz lata w trasie z przyjaciółmi, budując więzi oparte na trudnych, traumatycznych przeżyciach, rozwiązywaniu wyjątkowych problemów i pokonywaniu trudności. Uwielbiam krajobraz, w którym pracuję, i warto wiedzieć, że mogę chronić jego dobrostan. Latałem helikopterem po niedostępnych dla większości ludzi częściach tego kraju, zarządzałem sprzętem lotniczym wartym miliony dolarów, ratowałem ludzi w najgorszych dniach ich życia i płacą mi za życie na pustkowiu, podczas gdy inni ludzie wydają krocie tylko po to, by je zobaczyć.
Łał.
Spędziłam w ich towarzystwie zaledwie kilka dni, ale wszyscy mają w sobie coś z nomadów. Szanuję to i zazdroszczę im tej energii. To właśnie ona zaprowadziła mnie do stanu Waszyngton. Zbieram się na odwagę, by spojrzeć mu w oczy i przyznać coś, czego nigdy nie powiedziałam na głos:
- Zmarnowałam tak wiele czasu, siedząc w jednym miejscu. Podziwiam twoją żądzę przygód.
Te dwie sekundy, podczas których skupia na mnie swoją uwagę, wydają się dwiema godzinami. Powietrze jest gęste od napięcia, a głodne spojrzenie Cala odzwierciedla tę samą potrzebę w moich oczach. Uczucie bycia pożądaną jest czymś, w czym mogłabym się zatopić. Nie chcę tego nigdy stracić. Nie ma nic sztucznego ani fałszywego w jego dotyku, kiedy chwyta mnie i przyciąga do siebie. Nie robi tego tylko na pokaz.
- Całujesz się na pierwszej randce? - Jego głos jest szorstki i chropawy, a ja nigdy nie kochałam życia tak bardzo, jak w tej chwili.
Potakuję głową. Cal się nie spieszy, głębia jego spojrzenia jest odurzająca. Jest wyrachowana i intencjonalna. Jego dłonie wędrują w górę moich ramion, a jedna z nich wplata się w moje włosy. Ten dotyk jest intensywny. Jego palce masują skórę mojej głowy, delikatnie ściskając kosmyki włosów. Zamykam oczy. To takie przyjemne uczucie. Jest mocne i pełne pożądania. Namiętne w sposób, jakiego nigdy wcześniej nie doświadczyłam. Wolna ręka Cala wędruje w dół moich pleców i przyciska mnie mocniej do siebie.
Otwieram oczy, a on znów pociąga za moje loki. Wydaję z siebie cichy jęk, gdy zbliża moje usta do swoich.
To eksplozja seksualnego napięcia i pragnienia, a mój mózg wypełniają strzelające fajerwerki i podniosłe "alleluja". To wszystkie opisy pocałunków, które uważałam za kłamstwa. Tak właśnie to czuję.
Jestem nim sparaliżowana. Puszcza moje włosy, a kciukiem rozchyla mi wargi i naznacza mnie swoim pocałunkiem, który smakuje jak karmelizowany cukier. Cal jęczy, a po moim wnętrzu rozchodzi się uczucie żaru. Moje dłonie wędrują z jego ramion na klatkę piersiową, gdzie ściskam jego koszulę. Nie chcę go puścić, więc przyciągam go bliżej. Potrzebuję go bardziej niż kolejnego oddechu.
Jeśli całowanie Callahana jest tak niesamowite, to pójście o krok dalej mogłoby mnie zabić. Jego chrapliwy chichot mówi mi, że jest równie zaskoczony tym pocałunkiem jak ja. Język Cala przesuwa się po moim, a dłonie wędrują do mojej talii. Ściska mnie za boki i przyciąga moje biodra do swoich. Wzdycham i milknę. O mój Boże, jest twardy. D l a m n i e. Szew moich dżinsów naciska na moją łechtaczkę i zamykam oczy.
Cal całuje mnie pod uchem, a jego zęby drapią bok mojej szyi.
- Jesteś ze mną?
- Tak - szepczę, zdyszana.
Rozpina moje dżinsy, a potem znajduje rąbek koszuli i ściąga mi ją przez głowę. Odpinam stanik, a on zsuwa go z moich ramion na podłogę.
- Kurwa - mruczy.
Moje sutki twardnieją, gdy muska je kciukami i szarpie każdy z nich, jednocześnie dotykając swoim językiem mojego.
- Jesteś ze mną? - pyta ponownie.
Mruczę, a wtedy on odpycha mnie i ściąga mi dżinsy, po czym ponownie siada na ławce i wpatruje się w moje ciało. Patrzę na niego i czuję się skrępowana, gdy nic nie mówi. Opuszczam głowę i lustruję wzrokiem swoje biodra i piersi. Na co on patrzy?
- Jesteś naprawdę seksowna.
Cal uśmiecha się szerzej i wstaje, chwytając za koszulę na karku i ściągając ją. Na jego torsie widnieje tatuaż przedstawiający orła trzymającego w szponach węża. Odwracam wzrok, gdy odpina pasek, sama zdejmuję buty i nogą ściągam dżinsy. Cal, stojąc, robi to samo - zrzuca spodnie i buty - a zarys jego bokserek jest tak wielki, że nie wiem, co z nim zrobić. Potem ściąga ze mnie majtki, a ja potykam się i upadam na ławkę przykrytą kocem. Zdecydowanie nie będzie go można zwrócić do sklepu z pamiątkami. Cal pada na kolana, a słowa grzęzną mi w gardle, gdy rozchyla mi nogi. Cholera, ależ on jest śmiały.
Jego usta pieszczą wewnętrzną stronę mojego uda, a potem ją szczypią. Szarpię się, a on chwyta mnie za kolana i przyciąga z powrotem na krawędź ławki.
- Wciąż jesteś ze mną? - pyta.
Nigdy wcześniej tego nie robiłam.
- Tak.
Całuje moje lewe udo, a jego prawa ręka przesuwa się po drugim. Napięcie rośnie, gdy jego kciuk obrysowuje wejście do mojej szparki.
- Zawsze - mówię. I zawsze będę.
Cal wciska we mnie dwa palce, odchylam głowę do tyłu, a on wyciąga je, aby powtórzyć ten ruch. Jęczę, gdy ssie wewnętrzną część moich ud i porusza palcami w moim wnętrzu, zginając je i masując miejsce, do którego sięgałam tylko zabawką. Chichocze.
- Co cię tak śmieszy? - Ledwo mogę złapać oddech.
Przerywa ssanie, odsuwa usta, a w miejscu, gdzie je przyciskał, pojawia się pierścień posiniaczonego ciała.
- Podoba mi się dźwięk, jaki z siebie wydajesz.
Przygryzam wargę.
Odchyla się i patrzy na mnie podczas tych tortur. To takie uwodzicielskie. Dokłada kolejny palec, a moja twarz zalewa się rumieńcem, gdy po karetce rozchodzi się echem dźwięk świadczący o tym, jaka jestem mokra.
- To jest absolutnie nierealne. - Uśmiecha się. - Myślałem tylko o tym, żeby wylizać ci cipkę. Pragnąłem tego całą cholerną noc. - Przyciąga mnie bliżej i zamyka na mnie swoje usta, przesuwając językiem po mojej łechtaczce i wpatrując się we mnie spomiędzy moich nóg.
- O cholera - mamroczę, drżąc. Chcę krzyczeć.
Wpatruję się w obraz Cala, liżącego mnie między udami, i ogień w jego oczach, gdy mnie pieści. Mam wrażenie, że doskonale wie, co to ze mną robi, i nie może się tym nasycić.
Nasze spojrzenia się spotykają, a on szeroko się uśmiecha.
- Jesteś tak cholernie słodka.
Callahan wyprostowuje język i liże moje wnętrze, patrząc mi w oczy. Jego biodra stukają o szafkę, gdy mnie pożera, a ja jestem pełna podziwu - ale chcę więcej.
- Powiedz, że masz prezerwatywę.
Brak odpowiedzi.
- Pieprz mnie, Cal... Proszę?
Podnosi wzrok i kręci przecząco głową.
- Jeszcze nie skończyłem.
Zatapiam dłoń w jego włosach i rozluźniam się na ławce, przechylając głowę na bok i podziwiając, jaki jest atrakcyjny, gdy sprawia mi więcej przyjemności, niż kiedykolwiek zaznałam. Jego palce znów we mnie wnikają, a w moim wnętrzu narasta obce uczucie. To takie przyjemne, ale nie do końca satysfakcjonujące. Chwytam go za włosy, a doznania narastają i narastają. Czy to...
Jego usta zaciskają się na mojej łechtaczce, a potem ssie.
- O cholera. Cal... Cal!
Białe światło eksploduje w mojej głowie, a ja jestem bezradna, poddając się euforii.
Zrobiłam to.
Doszłam.
- O tak, kochanie, to jest takie dobre. Cholera, jesteś taka seksowna, kiedy dochodzisz.
Pierwszy raz facet sprawił, że miałam orgazm. Brak mi słów.
Cal pochyla się na bok, wyciąga z tylnej kieszeni portfel, a z niego prezerwatywę.
Na jego ustach pojawia się zadowolony uśmiech, a ja obejmuję jego brodę i muskam opuszką kciuka jego zarost, usuwając trochę wilgoci, którą zostawiłam. Cal wciąga mój kciuk do ust i go ssie. Jedyne, czego pragnę na tym świecie, to być wypełnioną przez Callahana Woodsa i pieprzoną aż do utraty przytomności.
Cal wstaje i ściąga bokserki. Jego penis wydaje się gruby i masywny, nawet w dużej dłoni Cala, gdy ten zakłada prezerwatywę. Zmiatając resztki papierków po przekąskach na podłogę, rozkazuje mi:
- Połóż się.
Przełykam ślinę i kładę się plecami na puszystym kocu. W końcu. Cal opiera jedno kolano między mną a oparciem ławki, a drugą stopę trzyma mocno na podłodze. Ławka jest zbyt płytka na cokolwiek więcej. Woods wbija się we mnie, a ja owijam się wokół jego talii.
- O mój Boże... O mój Boże - mruczę, obejmując go za ramiona.
- Kurwa, jesteś ciasna. - Cal spotyka moje spojrzenie i unosi brodę. - Spokojnie, Scottie.
Wolno biorę wdech, zmuszając mięśnie do rozluźnienia się pomimo ich sprzeciwu. To najpyszniejszy ból. Nie powinnam chcieć więcej, ale chcę. Pragnę go całego.
Jego głos jest zachęcający.
- Patrz na mnie.
Cal się wycofuje, a ja wypuszczam powietrze. Czemu przestał? Podpieram się na łokciach, ale wszelkie słowa protestu grzęzną mi w gardle, gdy Cal pluje na moją szparkę.
- Masz taką śliczną cipkę.
Rozciera ślinę, wpychając kciuk do środka i rozciągając mnie, zanim sam się ułoży. Tym razem ból słabnie, gdy wchodzi głębiej. Moje ciało go otula, a ja rozluźniam się na ławce.
Uśmiecha się z satysfakcją.
- Moja dziewczynka.
Z trudem łapię oddech, chłonąc uczucie sytości. Jego dłoń wędruje w górę mojego brzucha i przesuwa się między piersiami. Moje sutki drżą pod tym dotykiem. Kołysze biodrami coraz szybciej, a ja czuję w s z y s t k o. Koc z łatwością przesuwa się po pokrytej winylem ławce, więc opieram się rękami o szafkę za sobą.
- Cal... to jest...
- Wiem, kochanie - dyszy ze zrozumieniem. - Ja też.
To mnie przerasta. To zbyt wiele naraz. Oczywiście spodziewałam się, że seks będzie lepszy. Odwiedzałam strony internetowe, na których ludzie zabawiają się ze swoimi partnerami. Nic nie mogło mnie jednak przygotować na emocjonalne konsekwencje. P o c z u c i e p o ł ą c z e n i a. Lawina zbyt intensywnych uczuć, które uderzają w tym samym momencie. Nie wiem, co z tym zrobić. Namiętność to potężny narkotyk.
Przyciąganie między nami jest niezaprzeczalne, a to dla mnie ogromny krok. Moje oczy napełniają się łzami, więc przyciągam go do siebie, aż nasze klatki piersiowe się stykają. Zaciskam ramiona wokół jego szyi, żeby nie widział emocji spływających po moich policzkach. To szczęście, radość i wolność. Nie zrozumiałby.
Ukradkiem ocieram twarz i wypuszczam powietrze, odzyskując panowanie nad sobą. Potem całuję go z całych sił. Jego pieszczoty stają się coraz bardziej agresywne i szalone. To niesamowite. Z łatwością akceptuje każde skomlenie i zatapia zęby w mojej dolnej wardze. Kurwa. Wbijam paznokcie w jego ramiona i drapię go po plecach. Jego warczenie jest wręcz zwierzęce i nie wiem, czy jestem królikiem, czy lisem.
- Cholera jasna, Scottie.
Callahan jest hojny i wymagający jednocześnie. Wysuwa się i wstaje, pociągając mnie za sobą. W mojej głowie wiruje odurzająca potrzeba czegoś więcej. Mężczyzna opada na rozłożone nosze na środku karetki. Odwraca mnie od siebie, a następnie prowadzi do tyłu. Rozstawiam nogi szerzej, by usiąść okrakiem na jego udach, a on obejmuje mnie w talii, ustawiając moją szparkę na równi z główką swojego penisa.
- Czy mogę nazywać cię grzeczną dziewczynką, kiedy robisz, co ci każę?
Wciągam głęboko powietrze i kiwam potakująco głową. Litości. Cal kieruje mnie niżej i się we mnie wsuwa. Ramię oplecione wokół mojego brzucha przyciąga mnie do jego klatki piersiowej. Cal spluwa w wolną dłoń, a następnie uderza nią o moją łechtaczkę, wywołując u mnie falę pożądania.
- Ach!
- Grzeczna dziewczynka - chwali mnie. - A teraz weź mnie całego.
Nasuwam się na niego, a mój wzrok zachodzi mgłą.
Cal wsuwa dłonie pod moje uda i układa mi nogi tak, by znalazły się na zewnątrz jego. Rozchyla swoje, wystawiając mnie na widok każdemu, kto przejdzie obok drzwi z oknem. To ryzyko potęguje każde doznanie. Dłoń Cala przykrywa moją, a on ustawia ją tuż nad moją miednicą i mocno naciska. Czuję delikatny zarys jego ciała, a moja głowa opada do tyłu, by spocząć na jego ramieniu. Jest tak gorąco.
- Czujesz, jak bardzo jesteś pełna?
Podniecenie rozdziera mi serce i drżę.
- Potrzebuję tego.
Jego druga ręka odgarnia moje włosy na bok, a ustami muska moją łopatkę.
- Jesteś taka ciasna... Naciskaj dalej.
Postępuję zgodnie z instrukcjami, jak g r z e c z n a d z i e w c z y n k a. Jego dłoń odsuwa się od mojej, a ja podtrzymuję nacisk na moim ciele, gdy Cal obejmuje moje boki i porusza mną w górę i w dół na swoim penisie.
- Kurwa! - krzyczę, a mój głos staje się głośniejszy.
- Zgadza się, kochanie. Jesteś taka dobra w pieprzeniu. - Chichocze z lekką drwiną.
Jego dłoń wślizguje się pod mój podbródek i okrąża moje gardło bez użycia siły.
- Wciąż jesteś ze mną?
Potakuję.
- Zawsze.
Celowe duszenie na tylnym siedzeniu karetki... To coś nowego.
Z głową wciąż opartą o jego ramię patrzę w sufit, ale widzę tylko gwiazdy. Wiję się i ulegam pokusie, by ocierać się o jego kolana.
- Wiem, maleńka, że chcesz się ruszyć, ale rozchyl dla mnie nogi.
Wczepienie się dłońmi w jego uda to wszystko, co mogę zrobić, żeby się utrzymać. Drżę mimowolnie, a moje czoło pokrywa zimny pot, gdy nadchodzi kolejny orgazm. Jęczę z zaciśniętą szczęką. Tak trudno mi usiedzieć w miejscu.
Moje spojrzenie wędruje ku tylnej szybie i z podziwem wpatruję się w odbicie Cala, wbijającego się we mnie od dołu.
- Widzisz, jaka jesteś olśniewająca, ruchana przez grubego kutasa? Jak błyszczą ci oczy, kiedy go pochłaniasz?
Uderza mnie w łechtaczkę, a potem nadziewa na siebie. Otwieram usta, a jego dłonie znów obejmują moją talię, gdy się mną zabawia, jakbym była jego osobistą sekslalką. Mój głos drży, gdy poruszam się na nim. To nieustanna rozkosz. Nie ma we mnie ani jednego mięśnia, który nie byłby w pełni zaangażowany.
- Patrz przed siebie.
Wbijam wzrok w okna przed nami. Jest taki przystojny. Callahan kręci głową.
- Nie na mnie, na siebie. Patrz, jak dochodzisz.
- Cal... Nie przestawaj.
Moje piersi podskakują z każdym pchnięciem. Jest coś dziwnie uzdrawiającego w obserwowaniu, jak ten mężczyzna mnie niszczy. Na mojej twarzy pojawia się uśmiech. Ledwo poznaję kobietę, która na mnie patrzy - jest nieskrępowana, surowa i nieustraszona. Uwielbiam to. Uwielbiam seks. Jak w ogóle można go uznać za grzech? To piękne.
- Dalej, kochanie... - Jego słowa są głębokie i władcze. - Dojdź na mnie. No proszę, ta cipka tak mocno mnie ściska. Już prawie jesteś.
To mnie powala, a moja szczęka aż opada w bezgłośnym krzyku.
- Zrób to, Scottie! - warczy, gdy jego zęby drapią moją skórę, wywołując dreszcze. Zamykam oczy, ale on krzyczy moje imię, więc otwieram je ponownie i widzę, jak ogarnia mnie ekstaza. - Kurwa, uwielbiam dźwięki, które wydajesz.
Nie pamiętam, żebym wydawała jakiekolwiek dźwięki. W tej chwili nic nie pamiętam. Tylko palącą przyjemność. Cal powoli sprowadza mnie z haju, a pot na jego piersi sprawia, że ślizga się po moich plecach.
- Odwróć się - rozkazuje zdyszany.
Wstaję na chwiejnych nogach.
- O rany, spokojnie. - Cal mnie przytrzymuje, a potem przyciąga z powrotem do siebie.
Nie mogę złapać oddechu, ale siadam na nim okrakiem i stękam, gdy znów jestem nim wypełniona - tym razem jesteśmy twarzami do siebie. Jest bardziej intymnie niż wcześniej. Przyciska czoło do mojego, a ja ściskam jego bicepsy. Jego jędrne mięśnie dają mi oparcie.
- Możemy chwilę odpocząć. Pobędę w tobie.
To ekscytujące. Dreszcz emocji sprawia, że czuję mrowienie na skórze. To jak wtedy, gdy pierwszy raz się upiłam i zastanawiałam, dlaczego ktokolwiek miałby chcieć być trzeźwy. Czy jutro po przebudzeniu będę się czuła, jakbym miała dług do spłacenia, czy znów będę tego pragnąć?
Cal pochyla głowę i wypuszcza powietrze, najwyraźniej rozkoszując się widokiem naszych ciał poruszających się razem.
- Pięknie - mruczy. Jego usta obejmują moje sutki i je ssą.
Usta Woodsa na mnie, podczas gdy moje biodra ocierają się o niego, to zupełnie inne doświadczenie. Moje ciało jest wyczerpane, mięśnie zmęczone, ale nie dają za wygraną. To rozkosz, jakiej nigdy wcześniej nie zaznałam, i nie ma gwarancji, że znów jej doświadczę.
Patrzymy na siebie i czuję się tak, jakby czas się zatrzymał, nawet jeśli tylko na chwilę. Jego uśmiech jest magnetyczny. Prawdziwy i autentyczny. Jest tak obecny, żyje chwilą. Kiedy patrzy mi w oczy, otoczenie znika. Callahan spuszcza wzrok na moje usta, obejmuje mnie za szyję, przyciąga do siebie i całuje. To potężne uczucie. Poruszam biodrami, a on jęczy. Uwielbiam to, że mogę wpływać na niego tak samo, jak on na mnie. Dłonie Cala spoczywają na mojej talii, tuż nad zgięciem ud, i prowadzi mnie, gdy kołyszę się na jego długości, szukając zaspokojenia.
- Kurwa, jeszcze nie jestem gotowy, by dojść.
W ułamku sekundy chwyta mnie za tyłek, odwraca i kładzie na noszach. Rozkłada je prawie na płasko.
- Lubisz krępowanie? - dyszy.
Zerkam na solidne rzepy.
- Ja... nigdy... Nie wiem?
- Chcesz się przekonać?
Nie jestem dziewicą, ale to nie ma nic wspólnego z seksem, jaki uprawiałam wcześniej. Dając się ponieść czystej, nieokiełznanej sprośności, odpowiadam:
- Zdecydowanie.
Policzki mi płoną i przesuwam się na środek noszy. Cal kładzie na nich jedno kolano, moje nogi opadają, a on rozrywa rzep.
- Jakie chcesz mieć hasło bezpieczeństwa?
- Hasło bezpieczeństwa? - Czytałam o tym. To coś jak sygnalizacja świetlna. - Czerwone?
- Czerwone. - Cal wkłada moje nadgarstki w paski i zabezpiecza je. - Gotowa?
Kiwam głową. Cal unosi moje nogi i opiera łydki o swoje ramiona, zanim się we mnie zanurza. Niebo na ziemi.
Jęczę, a on się uśmiecha.
- Podoba ci się?
Uwielbiam to.
To poddanie się. Mógłby mi zrobić wszystko, a ja mogę to tylko przyjąć. Moje piersi przybliżają się do niego, kiedy wyginam plecy.
- Mhm - mruczę.
- Dobrze... - stwierdza. - Chcę od ciebie jeszcze jeden.
Kolejny orgazm. Mówi poważnie? Jestem biegaczką, ale on jest strażakiem. Nie ma co się licytować, kto ma większą wytrzymałość. On wykonuje całą pracę, a to mnie brakuje tchu. Moja klatka piersiowa unosi się i opada. Powietrze jest takie cholernie rozrzedzone.
- Wszystko w porządku?
- Przepraszam... Zupełnie jakbym zapomniała, jak się oddycha.
- Cholera, ja też. - Zaczyna się śmiać, a ja dołączam. - Cholera, lubię, jak się śmiejesz, kiedy cię pieprzę.
To sprawia, że chichoczę jeszcze głośniej.
Cal jęczy. Mój śmiech cichnie, gdy patrzy mi w oczy. Sposób, w jaki ten facet działa, powinien być karalny. Przeplata kusząco powolne, długie ruchy z szybkimi, wygłodniałymi. Każdy jest idealnie wymierzony. Każde pchnięcie i pociągnięcie zwiększa pożądanie. To za dużo, a jednocześnie nigdy dość. Nie mogę uwierzyć, że tak właśnie wygląda teraz moje życie.
Mrugam do niego i wytrzymuję jego spojrzenie, słuchając jednostajnego rytmu seksu, gdy wchodzi we mnie. To nie seks, to coś zupełnie innego. O wiele bardziej intensywnego i erotycznego. Serce wali mi w piersi, jakby miało mi zaraz wyskoczyć z piersi.
Zaciskając dłonie w pięści, wykorzystuję resztkę siły i giętkości, jaką posiadam, by sprostać każdemu pchnięciu. To bezsensowne ćwiczenie. Callahan nie idzie na kompromisy, po prostu przyjmuje swoją rolę i nigdy nie odpuszcza. Moje wdechy szybko stają się ciężkie i krótkie. Jestem tak blisko.
Mruży oczy, a ja stanowczo kręcę głową. Zanim zdąży mnie zapytać, odpowiadam:
- Jest w porządku. Nie przestawaj. - Łapię oddech. Jak on jeszcze daje radę?
- Przerwa. - Zwalnia, ale się nie zatrzymuje. Zdejmuje jedną z masek tlenowych ze ściany i przykłada mi ją do twarzy. - Oddychaj powoli. - Uśmiecha się do mnie szeroko. - Powolutku... Po prostu to poczuj.
Część mnie chce się śmiać z tej absurdalnej sytuacji, ale druga połowa jest podniecona tym, że zmusza mnie do wdychania tlenu, gdy jednocześnie wchodzi we mnie i wychodzi. Nie mogę nic zrobić, tylko słuchać jego instrukcji. Moje ciało wibruje z przyjemności. Czy tak się czuje człowiek na haju? Unoszę się w powietrzu.
- Boże... Ta cipka została stworzona dla mnie. Skąd się tu wzięłaś?
- Z Arkansas - chrypię.
Cal pochyla się do przodu i wybucha śmiechem, po czym zdejmuje mi maskę i zakłada ją na swoją twarz, by zażyć tlenu, zanim ją odłoży.
- A teraz pokaż mi, jaka jesteś grzeczna, i spraw, żeby ta twoja śliczna cipka wyssała mojego fiuta.
Moje oczy rozszerzają się na te słowa, a na jego ustach pojawia się szeroki uśmiech. Zrobiłabym wszystko za ten uśmiech. Zsuwam nogi z ramion Cala, a on przyciska usta do moich. Chwyta za oparcie noszy, by uzyskać lepszą pozycję, i się we mnie wbija. Każde pchnięcie sprawia, że jestem coraz bliżej dojścia. Już tak blisko. Callahan zmienia pozycję, aby jego długość dotarła do mojego punktu G.
Dopinguje mnie cały czas.
- Dawaj, dalej. Dasz radę. No dalej, jeszcze jeden.
W głowie mam pustkę. Skupiam się tylko na cielesnej rozkoszy, którą przynosi mój kochanek. Jego czoło dotyka mojego. Moje brwi się marszczą, a mięśnie sztywnieją, gdy patrzę mu głęboko w oczy.
- Pokaż mi, jak bardzo to kochasz, Scottie. Bierz tego pieprzonego kutasa - żąda.
Jego słowa wlewają się do moich myśli, wzmacniając każde fizyczne doznanie tym emocjonalnym. Cal masuje kciukiem moją łechtaczkę, a jego ruchy stają się coraz bardziej szalone. Wybucham w tym samym momencie co Cal, a on wnika we mnie po same brzegi.
Ten orgazm nie jest tak silny jak dwa poprzednie, ale i tak dochodzę mocniej niż kiedykolwiek przed tym wieczorem. Callahan stęka, wbijając się we mnie długimi, mocnymi pchnięciami. Szczypie mnie w szyję, warcząc mi do ucha, gdy dochodzi. Brak mi słów.
- Czy... Czy zawsze tak jest? - pytam, dysząc.
- Nie. - Cal opuszcza brodę i kręci głową, gdy łapiemy oddech. Kiedy jego wzrok spotyka mój, mocno wypuszcza powietrze i się uśmiecha. - Nie, nie zawsze tak jest.
Całuje mnie w skroń. Jego dłonie obejmują moje nadgarstki, rozpinając rzepy i masując czerwone ślady po paskach wbijających się w skórę. Nigdy nie wiedziałam, że szorstkie dłonie mogą być tak delikatne.
Odpoczywamy i słuchamy, jak ciężki, ulewny deszcz uderza o dach, a nasze oddechy wracają do normy.
Chwilę przerywa głośny grzmot, który wstrząsa karetką, a wnętrze wypełnia się najjaśniejszym światłem, jakie kiedykolwiek widziałam. Callahan cofa się gwałtownie, uderzając o jedną z szafek.
- O cholera! - Adrenalina przyspiesza mi bicie serca. - Wszystko w porządku?
Nie odpowiada. Wygląda na zagubionego.
Zapala się jedno ze świateł na zewnątrz budynku. Wsuwam rękę przez okno przelotowe do kabiny i gaszę w niej światło, pogrążając nas w ciemności.
Minęło trochę czasu, nim moje oczy przywykły, ale kiedy już coś widzę, podnoszę dżinsy, wskakuję w nie i narzucam koszulę. Pomijam majtki i stanik.
- Cal... - Wyciągam do niego rękę, jego ciało drży. Co się dzieje? - Hej? Callahan.
- Nic mi nie jest - warczy. - Potrzebuję tylko chwili.
Przytakuję, zbieram jego ubrania i kładę je przy nim na ławce. Gdy siedzę obok niego, splatam swoje palce z jego. Nie jestem pewna, co się dzieje, ale chcę mu przypomnieć, że nie jest sam. Ściska moją rękę jak imadło. Moje spojrzenie pada na nasze mocno splecione dłonie, ledwo widoczne w półmroku.
Niecałą minutę później przy wejściu do budynku rozlegają się głosy. Pochylam się, żeby wyjrzeć przez jedno z okien. To kilku facetów robi sobie przerwę na papierosa. Cal puszcza moje palce i zdejmuje prezerwatywę, po czym maca ławkę obok siebie, szukając swoich ubrań. Wciąga bokserki, a potem chwyta spodnie.
- Nie ruszaj się za mocno, bo rozkołyszesz karetkę - szepczę.
- Jeśli karetka rozkołysana, nie próbuj pukania - żartuje głuchym głosem.
Nigdy nie widziałam, żeby ktoś tak szybko zamknął się w sobie.
- Czy mogę coś dla ciebie zrobić?
- Nie, dzięki.
Cal ostrożnie się ubiera. Każde z nas rozgląda się za ubraniami rzuconymi wcześniej na podłogę. Wkładam bluzę, szukam stanika i wsuwam go do kieszeni.
Gdzie, do cholery, są moje...
- Nie mogę znaleźć moich majtek.
- Mam je w kieszeni - odpowiada. - Zatrzymam je.
- Złodziej i kłamca. - Mrużę oczy i kręcę głową z lekkim uśmiechem.
- I hazardzista... - dodaje Cal głosem zbliżonym do tego, jaki ma na co dzień. - Może kiedyś je ode mnie wygrasz.
- Jesteś okropny - chichoczę i szukam na podłodze skarpetek.
Foliowe opakowania po przekąskach szeleszczą, gdy muskam je palcami. Dzięki Bogu nikt nie ucierpiał, bo inaczej trzeba by się było tłumaczyć. To, co tu zrobiliśmy, było zbyt ryzykowne i nie może się powtórzyć.
Callahan
Dwa pokoje dalej Bobby chrapie jak pieprzona piła łańcuchowa. Zaraz wyważę drzwi i zmuszę go do nocowania na zewnątrz. Zwykle w obozie każemy mu spać z dala od reszty, żebyśmy nie musieli słuchać tego cholernego hałasu. King zajmuje łóżko naprzeciwko mnie i po jego oddechu poznaję, że śpi. Zakwaterowanie nie jest takie złe. Łóżko pod moimi plecami jest miękkie i ciepłe, ale nie mogę się wygodnie ułożyć.
Sprzątanie tylnej części ambulansu zajęło nam prawie dwie godziny. Scottie dała mi jasno do zrozumienia, że od teraz wstęp tutaj jest dla mnie zabroniony. Chłopaki będą się pewnie zastanawiać, dlaczego z rana pachnę płynem do dezynfekcji, ale to nie ich cholerna sprawa. Nie miałem nic przeciwko temu, by pomóc jej w sprzątaniu. Przynajmniej mieliśmy powody do śmiechu.
Przecieram dłonią twarz, przewracam się na bok i wpatruję się w ciemność. Kurwa. Czemu to jest takie dziwne? Czuję w środku ukłucie c z e g o ś drapiącego, emocję próbującą wyrwać się z mojej piersi. Wątpliwość? Żal? Nie. Zdecydowanie nie żal.
Zwykle po seksie nie czuję niczego poza ulgą. To nic złego. Nie czuję, żeby mi czegoś brakowało. Większość moich eskapad niczym nie różni się od fajnej nocy w barze. Świetnie się bawię, ale kiedy się kończy, to s i ę k o ń c z y.
Tyle że tym razem nic nie wydaje się skończone.
W duchu przeklinam ten cholerny grzmot, który wyprowadził mnie z równowagi. Kiedy tak zamarłem w jej obecności, poczułem się jak pieprzony idiota, zwłaszcza że zdarzyło się to tuż po seksie. Nie wyglądało to najlepiej, ale doceniam, że nie naciskała ani nie próbowała o tym rozmawiać. Bo nie ma o czym rozmawiać. Zamiast tego po prostu usiadła ze mną i trzymała mnie za rękę. To było dokładnie to, czego w tamtej chwili potrzebowałem.
Mija kolejna minuta, a ja zerkam na zegarek, który wyświetla się na ekranie mojego telefonu, gdy jest zablokowany. Jeśli od razu zasnę, to i tak będę mógł przespać tylko nieco ponad cztery godziny.
Zamykam oczy i naciągam na ramiona polarowy koc, z którego korzystaliśmy tego wieczoru, a zapach jej szamponu sprawia, że mój umysł się relaksuje. Przypominam sobie dźwięki, które wydawała, i sposób, w jaki jej niebieskie oczy pragnęły więcej.
Niezależnie od tego, jaki ból przyniesie jutro, noc ze Scottie była tego warta.
Callahan
Gwar panujący w jadalni cichnie, gdy między pochłanianiem kęsów jedzenia a pieprzeniem głupot z chłopakami piszę do Scottie. Cały dzień flirtujemy przez esemesy. Doprowadza mnie to do szału. Dziś było cholernie trudno, całe to błoto i gnój blokowały nam drogę. Jestem wykończony, ale to nie znaczy, że nie odliczam minut, aż wszyscy rozejdą się do swoich pokoi, żebym mógł się do niej wślizgnąć.
Nawet podczas kolacji łapaliśmy nasze spojrzenia, jakby to była jakaś pieprzona gra. Jest tak cholernie hipnotyzująca.
Chcę zobaczyć, jak te usta obejmują mojego kutasa. Chcę poczuć, jak jej cipka się zaciska, kiedy nazywam ją grzeczną dziewczynką. Chcę zobaczyć, jak jej cycki podskakują, kiedy ją pieprzę.
Chcę tego wszystkiego.
Połowa facetów się za nią ogląda, a dziś musiałem nawet nakrzyczeć na kilku podczas akcji, kiedy Scottie stała się tematem rozmowy. Z jakiegoś powodu nie chcę się nią dzielić. Scottie zaszczepiła we mnie skłonność do zaborczości. Jest cała moja. Zwykle staram się unikać flirtowania i seksu, gdy mamy zadanie do wykonania, a nawet jeśli się to zdarza, ograniczam się do jednego razu.
Utrzymanie jasnych granic sprawia, że wszyscy wiedzą, czego mogą się spodziewać, i nikt nie jest rozczarowany ani nie czuje się urażony. Po nocy z tą kobietą jestem gotów zrobić wyjątek. Nie będzie uczestniczyć w każdej akcji. To tymczasowe. Po prostu korzystamy z okazji, ale skoro to robimy, musimy ustalić pewne zasady, żeby zrozumiała, że nasza relacja jest czysto fizyczna. Seks jest fenomenalny, ale nie może prowadzić do niczego więcej. Nie jestem jeszcze gotowy, by się zaangażować, i nie byłoby sprawiedliwe wmawianie jej, że jest inaczej.
JA:
Ten karmelowy popcorn smakuje prawie tak słodko jak ty.
SCOTTIE:
O mój Boże.
Większość dnia droczę się z nią przez esemesy. Prawdę mówiąc, to ona zaczęła, kiedy wysłała mi niewyraźne zdjęcie przestrzeni z tyłu ambulansu.
JA:
Co?
SCOTTIE:
Wiesz co.
JA:
Och, daj spokój. Wczoraj wieczorem mówiłem do ciebie o wiele bardziej nieprzyzwoite rzeczy...
Zerkam na nią. Siedzi na drugim krańcu stołówki, a jej policzki płoną rumieńcem, gdy zamyka ten dziwaczny telefon z klapką. Fajnie jest ją denerwować.
JA:
Rumienisz się.
Dziewczyna próbuje zignorować mojego esemesa, ale w końcu znów otwiera telefon.
SCOTTIE:
To reakcja alergiczna.
JA:
Ha, ha.
JA:
Mogę cię później odwiedzić?
SCOTTIE:
Przestaniesz się ze mną droczyć?
Bez przesady... To ona się dzisiaj ciągle ze mnie naśmiewa.
JA:
Nie wiem, a będziesz grzeczna?
SCOTTIE:
Jesteś okropny.
JA:
Nigdy nie twierdziłem, że jest inaczej.
Nasze spojrzenia się spotykają, a ona przyszpila mnie karcącym wzrokiem. Puszczam jej oczko i uśmiecham się w odpowiedzi.
***
Przez to całe błoto wszyscy chodzą w skarpetkach, co sprzyja cichemu stawianiu kroków, charakterystycznych dla kogoś, kto jest zaangażowany w tajne działania. Delikatnie pukam do jej drzwi, a gdy gałka się przekręca, kąciki moich ust unoszą się w uśmiechu. Nie jestem jednak przygotowany na obraz, który widzę, gdy mi otwiera - ma na sobie jedynie oversizową koszulę. Rozciągnięty dekolt odsłania jej nagie ramię, a materiał sięga prawie do kolan. Czuję ucisk w klatce piersiowej. Nie podoba mi się, że nosi koszulę innego mężczyzny.
Scottie odsuwa się, robiąc mi miejsce. Przesuwam dłońmi po mojej, miejmy nadzieję niezbyt pogniecionej, koszulce henley7. Trudno nosić wyprasowane ubrania, kiedy trzyma się wszystko w plecaku. Coś mi mówi, że Scottie nie ma nic przeciwko.
Pokój jest podobny do mojego, z tą różnicą, że ma tylko dwa łóżka piętrowe, a trzecie to pojedyncze łóżko przykryte małym kocykiem. Jej rzeczy leżą na jednym z dolnych łóżek. Wszystko jest w doskonałym porządku. Plecak zapinany na suwak stoi obok ubrań poukładanych w kupki. Na drugim końcu łóżka leżą przekąski, które wygrała w pokera, są podzielone na grupy. W tym podziale nie ma jednak żadnej logiki, ponieważ jedzenie nie jest posegregowane według marki ani nawet kategorii. To tak, jakby wzięła po jednej przekąsce z każdego rodzaju i poskładała je razem, jak gdyby je wydzielała. Nieważne, każdy robi po swojemu.
Pokój pachnie nią, z subtelnymi nutami jaśminu i wanilii. Wciągam powietrze i ogarnia mnie błogi spokój. Nieznany, a jednak uspokajający. Gdy tylko słyszę za sobą dźwięk zamykanych drzwi i przekręcanego zamka, już jestem przy niej.
Moje dłonie trafiają na jej talię, zbierając luźną bawełnę po bokach. Scottie unosi brodę, a jej pełne pożądania oczy przybierają ciemnoniebieski kolor. Rumieni się i wciąga powietrze. Na moich ustach pojawia się uśmiech, gdy pochylam głowę, żeby ją pocałować. Lubię odbierać jej oddech. Rozchyla usta, a ja oblizuję jej wargi, prowadząc ją tyłem do łóżka. Kurwa, czekałem na to cały dzień.
Odsuwam się, nim za bardzo się rozkręcimy. Nie mam nic przeciwko porządnemu szybkiemu numerkowi, ale skoro przez najbliższy tydzień będziemy mieszkać razem, powinienem chociaż spróbować najpierw porozmawiać. Jasne, pisaliśmy ze sobą, ale lubię też pogawędzić ze Scottie. A jeszcze się nawet nie przywitałem.
- Cześć - szepczę.
- Cześć. - Jej cichy śmiech jest uroczy.
Pociera kark i lekko się wzdryga.
- Boli?
Macha ręką, żebym się nie przejmował, i wskazuje na łóżko z jedzeniem.
- Jesteś głodny? Mam talię kart, jeśli chcesz spróbować odzyskać trochę swoich przekąsek.
Uśmiecham się i potrząsam głową, po czym odkładam jej poduszkę na bok i siadam na łóżku, opierając się plecami o ścianę i wyciągając nogi przed siebie.
Jej dłoń ponownie dotyka karku.
- Chodź tutaj. - Wyciągam rękę, a ona ją łapie, pozwalając mi spleść moje palce ze swoimi i poprowadzić się na łóżko. - Połóż się na brzuchu, ja się tym zajmę.
Układamy się z jej głową na moich kolanach. Leży między moimi nogami i opiera policzek o moje lewe udo, a jej włosy rozsypują się na prawym. Jedną ręką obejmuje mój mięsień czworogłowy, a drugą zgina w pobliżu pleców. Czubki jej palców muskają moje biodro.
- Tak jest dobrze?
- Dobrze - potwierdza z lekkim uśmiechem. Zamyka oczy, gdy obejmuję jej kark i ją dotykam, aż wyczuwam napięty mięsień. - Och, to ten, dobrze trafiłeś.
Scottie wydaje z siebie stęknięcie, kiedy wbijam kciuk w mięsień.
- Za mocno?
- Nieee - mruczy. - Jak ci minął dzień?
Nie jestem przyzwyczajony do takich pytań. Zazwyczaj mój dzień wygląda tak samo jak wszystkich facetów wokół mnie, więc nie ma potrzeby się tym interesować.
- Yyy, chyba w porządku. - Scottie pozostawia mi wolną przestrzeń, więc kontynuuję: - Praca w błocie nigdy nie jest przyjemna, zwłaszcza tam, gdzie las jest gęsty i słońce nie może przeniknąć do gruntu przez korony drzew.
Z łatwością opowiadam jej o wydarzeniach tego dnia. Ta sytuacja zadziwiająco przypomina coś, co mogłaby robić para w domowym zaciszu. To nie wygląda jak zwykła pogawędka. Scottie zadaje pytania i chociaż jest coraz bardziej rozluźniona, gdy rozmasowuję węzeł na jej szyi, wciąż okazuje zainteresowanie. Wiem, że zwraca na mnie uwagę, kiedy prosi o wyjaśnienie niektórych słów.
- A jak tam twój dzień? - pytam.
Wzrusza ramionami.
- Trochę nudny.
Prycham z rozbawieniem. Nigdy nie zazdrościłem ratownikom medycznym, kiedy byli na akcji. To oznacza dużo siedzenia. Gdy Scottie mówi, moja dłoń przesuwa się po jej koszulce, kreśląc linie i okręgi. Głaszczę ją po ramionach, rękach, plecach - wszędzie, gdzie tylko mogę sięgnąć. Kolejne muśnięcia sprawiają, że jej ciało zamienia się w galaretę. Zastanawiam się, czy ta kobieta jest tak samo spragniona dotyku jak ja.
Scottie wysuwa swoją dłoń zza moich pleców, przekłada ją na przód mojej koszulki i wsuwa pod materiał. Muszę walczyć, żeby złapać oddech. Delikatnie muska dłonią mój brzuch, wywołując dreszcze. Nadal mówi, nieświadoma tego, jak na mnie wpływa. Jej palce naśladują ruch moich, muskając moje mięśnie brzucha w podobny sposób. Cholera jasna. To sprawia, że jestem podniecony i zrelaksowany jednocześnie. Potrzebowałem tego bardziej, niż sądziłem. Zanurzam wolną dłoń w jej włosach, a ona jęczy w środku opowieści o zadaniach, które Matt kazał jej wykonywać.
Chichoczę.
- Podoba ci się?
Uśmiecha się.
- Mhm.
- Muszę to zapamiętać. - Krzywię się, gdy tylko te słowa wychodzą z moich ust. Nie powinienem mówić takich rzeczy. Mogą wywoływać mylne wrażenie o tym, jak wygląda nasza relacja. - Nie chciałem przerywać, możesz kontynuować - dodaję, zachęcając ją do dokończenia opowieści.
Milczy przez kilka sekund, a potem chichocze.
- O czym to mówiłam?
- Szkolenie... - przypominam.
Wplatam palce w jej włosy tuż przy nasadzie, zaciskam je i delikatnie pociągam.
Wydaje cichy dźwięk, coś pomiędzy chrząknięciem a jękiem.
- Już nieważne. Uch, to miłe uczucie.
Powtarzam tę czynność, na przemian bawiąc się końcówkami jej włosów i napinając skórę głowy. Paznokcie Scottie wbijają się w moje mięśnie z taką siłą, że przełączam się z trybu "jestem słodki i czuły" na "potrzebuję wsadzić mojego kutasa tak głęboko, by musieć tłumić jej krzyki".
- Podobały mi się te wszystkie esemesy od ciebie - drażnię się, przesuwając palcami po jej kręgosłupie.
Jej twarz się rumieni, kiedy odsuwa dłoń z mojego uda i zakrywa nią prawy policzek.
- Czuję się zażenowana.
Prycham.
- Dlaczego?
- Nigdy wcześniej czegoś takiego nie robiłam. Uprawiałam seks, ale nie... w taki sposób.
To też był mój pierwszy raz, kiedy pieprzyłem się na tyłach ambulansu, ale Scottie wydawała się mniej doświadczona, więc miałem ochotę ją zdemoralizować. Widok jej twarzy rozjaśnionej przyjemnością, jakby to był pierwszy raz, zdawał mi się wręcz spektakularny.
- Przestań... Podobało mi się zdjęcie karetki, które mi wysłałaś. - Wspomnienie Scottie przywiązanej do noszy z pewnością pomogło mi dziś przetrwać godziny na akcji.
Znów przesuwa się na moje udo, tym razem na mój mięsień czworogłowy.
- Tylko się wygłupiałam.
- A ja nie.
Jej palce zaciskają się nieco mocniej na moim udzie, a kiedy rozluźnia uścisk, jej dłoń przesuwa się w górę, aż przez dżinsy obejmuje mojego fiuta, a ja zaciskam zęby i wydaję z siebie westchnienie. Nagromadzenie rozmów i ledwo wyczuwalnych dotknięć przerodziło się w czystą potrzebę.
Po chwili wyznaje:
- Ja też nie. - Jej głos jest zdyszany i pełen seksu. - Ale to jest tak przyjemne, że trudno mi się ruszyć.
Wysuwam rękę spod jej koszuli i rozpinam swoje dżinsy. Scottie opiera dłonie o łóżko i się odpycha, żeby usiąść.
- O nie. Nie wstawaj. - Rozpinam suwak, po czym zsuwam dżinsy i bokserki, uwalniając moją półtwardą męskość. - Trzymaj głowę na moich kolanach. Będę się bawił twoimi włosami, a ty potrzymasz mojego kutasa między tymi pulchnymi wargami, dopóki nie powiem, że już dość. Zrozumiano?
Kiwa głową, patrząc na mnie zniewalającym spojrzeniem, a potem przesuwa się tak, że siada okrakiem na mojej prawej nodze. Syczę, gdy jej język przesuwa się po spodniej stronie mojego fiuta.
- O, właśnie tak - wzdycham. Idealnie.
Cholera jasna. To jest przyjemne. Zanurzam dłoń z powrotem w jej loki, przeczesując pasma palcami. Lekko unoszę jej podbródek, żeby móc spojrzeć w te ciemnoniebieskie oczy. Mój kciuk muska jej miękki policzek, gdy Scottie ssie główkę.
- Cudownie.
Puszczam ją i całuję w ramię. Zbieram tył jej koszulki, unosząc go wyżej, i odsłaniam jej goły tyłek. Cholera, gdybym wcześniej podciągnął jej koszulkę, żeby pogłaskać ją po plecach, prawdopodobnie bylibyśmy teraz o wiele dalej. Choć to kusząca wizja, bardziej podoba mi się takie tempo. Budowanie napięcia to najlepsza część.
- Cholera jasna. Spójrz na siebie, nagą pod tą koszulką... - Ściszam głos. - Prawie jakbyś chciała, żebym cię dzisiaj przeleciał, Scottie. - Moje palce wnikają w jej włosy, a ona drży. Kurwa. - Myślę, że właśnie tego pragniesz... Tak bardzo tego potrzebujesz.
Scottie wypuszcza powietrze przez nos, wydając cichy dźwięk. Mam pełną erekcję, gdy leniwie się nade mną pochyla.
- Masz pojęcie, jak bardzo niektórzy faceci cię pragną?
Ssie mocniej. Ciekawe.
- Musiałem dziś nakrzyczeć na czterech różnych gości. Albo dlatego, że mówili o tym, jaka jesteś atrakcyjna, albo patrzyli na ciebie pożądliwie w taki sposób, w jaki tylko ja mam prawo.
Scottie jęczy, trzymając mnie w ustach.
- Jestem pewien, że połowa z nich robiła sobie dobrze pod prysznicem, wyobrażając sobie ciebie.
Wycofuje się na ułamek sekundy i kręci głową.
- Nie przeginaj.
Moje ramiona trzęsą się ze śmiechu, gdy próbuję go stłumić.
- Tak, masz rację. Też nie lubię o tym myśleć.
Na ustach Scottie pojawia się uśmiech, gdy znów bierze mojego kutasa, a mój śmiech zamiera, gdy ją podziwiam. Odgarniając jej włosy za ramiona, bawię się kosmykami i doceniam każdy centymetr jej ciała.
- Grzeczna dziewczynka - chwalę ją. - Tak dobrze ssiesz, maleńka. Nie przestawaj.
Jej uda się zaciskają, więc sięgam do tylnej kieszeni spodni, która jest teraz gdzieś w połowie mojego uda, i znajduję prezerwatywę, a następnie odkładam ją na bok.
- Dużo gadasz, Prescott... Te wszystkie zalotne esemesy. Doprowadzały mnie do szału. Myślałem tylko o twojej minie, kiedy dojdziesz. - Scottie wciąga powietrze przez nos. - O tym, jak promieniałaś, kiedy zostałaś porządnie wyruchana.
Jej twarz jest pokryta piegami, a policzki są zarumienione.
- Założę się, że chcesz teraz dojść... Pamiętasz, jak zrobiłem ci dobrze językiem? Smakowałaś tak słodko.
Scottie poprawia pozycję i zasysa mnie głębiej, a ja jęczę.
- Kurwa, to koniec. - Jedną rękę wtulam w jej pachnące truskawkami włosy, drugą opieram na karku. Ślina zbiera się u nasady mojego kutasa. Scottie robi się coraz bardziej niedbała, a ja to uwielbiam. - Właśnie tak. Jesteś taka urocza.
Zakładam kilka luźnych kosmyków za jej ucho i kontynuuję zabawę jej włosami, czym sprawiam, że drży.
Delikatna czułość zmieszana z jej ustami, które mnie otaczają, to coś niesamowitego. Ten seks nie jest tak ostry ani namiętny, jak zazwyczaj lubię, ale jest dokładnie tym, czego teraz potrzebuję. Jest intymny.
I n t y m n y. Czuję ucisk w klatce piersiowej. Tak, to coś więcej. Sposób, w jaki mnie pieści, sprawia, że jeśli szybko tego nie powstrzymam, zrobi się emocjonalnie.
To tylko seks.
- Rozłóż dla mnie nogi.
Gdy tylko je rozsuwa, zaczyna się o mnie ocierać. Słyszę, jaka jest cholernie mokra, a ucisk w mojej piersi ustępuje. To, co znajome, daje ukojenie.
Przenoszę uwagę na Scottie, a sposób, w jaki liże i ssie, sprawia, że czuję się niemal sfrustrowany. Zabawnie jest patrzeć, jak jej ciało szuka tarcia tam, gdzie go potrzebuje.
- Dlaczego wysłałaś mi to zdjęcie karetki?
Jej biodra się kręcą, a ja ściskam jej włosy w pięści. Jęczy. Zaciskam szczękę, czując te wibracje. Jezu Chryste, ta dziewczyna mogłaby mnie wyssać do ostatniej kropli.
- No dalej, kochanie, odpowiedz.
Szarpię Scottie za włosy, ściągając ją z siebie. Jej zasinione usta zsuwają się z mokrym odgłosem, po czym podnosi wzrok i mnie przeklina.
Z trudem wypowiada słowa:
- Ponieważ chciałam ci przypomnieć, jak było nam dobrze, żebyś przyszedł dziś wieczorem do mojej sypialni i znów mnie zerżnął.
O tak! Wycieram ślinę poniżej jej różowych ust.
- Zdejmij tę cholerną koszulkę - warczę.
Kiedy ona siada, ja wstaję i zdejmuję ubranie. Scottie przygryza dolną wargę, patrząc na mnie. To nie pierwszy raz, kiedy kobieta mnie ogląda, ale coś w sposobie, w jaki to robi, daje mi dodatkowy zastrzyk uznania. Chwyta za rąbek koszuli i się z niej wyślizguje. Jej ciało to zapowiedź wycisku, jaki mnie czeka.
Padam na kolana i obejmuję ramionami jej uda, ściągając jej pośladki na krawędź łóżka. Scottie podpiera się na łokciach, szczerząc zęby jak kot z Cheshire z opowieści o Alicji w Krainie Czarów. Potem rozchyla szerzej nogi i opiera pięty o ramę łóżka.
- Wciąż jesteś ze mną? - pytam.
Przechyla głowę na bok.
- A jak myślisz?
Potrząsam głową.
- Żadnego zgadywania. Potrzebuję jasnego "tak".
- Tak - odpowiada tak elokwentnie, jak tylko potrafi.
W końcu pozwalam sobie spojrzeć na jej cipkę. Jezu, ona aż błyszczy. Pocieram kciukiem jej mokrą łechtaczkę.
- Co cię tak podnieciło, Scottie?
- Ty.
- Zrobiłaś się taka mokra od samego trzymania mojego kutasa w ustach, prawda?
Jej oczy robią się wielkie. Lubi, kiedy mówię sprośne rzeczy.
- Mhm - odpowiada. Brzmi to prawie jak błaganie.
Patrzę jej w oczy, wpychając w nią dwa palce, a potem zaginam je i dotykam tego miejsca, dzięki któremu doprowadzę ją na skraj zapomnienia. Scottie zaciska pięści na kocu i odchyla głowę do tyłu.
Unoszę brodę i chichoczę, gdy jej uda drżą, a oddech się rwie. Jest na krawędzi i jest t a k cholernie seksowna.
- Mogę sprawić, żebyś doszła na moich palcach, zanim skończę to zdanie?
Jak na zawołanie Scottie upada, wyginając plecy, gdy osiąga orgazm. Wije się, kręcąc biodrami i podwijając palce u stóp. Cmokam i zwalniam ruchy, by przedłużyć jej przyjemność oraz rozkoszować się każdym napiętym oraz rozciągniętym mięśniem.
- Moja grzeczna dziewczynka. Wiedziałem, że dasz radę.
Jej klatka piersiowa unosi się i opada, gdy Scottie łapie oddech. Opuszcza brodę i się we mnie wpatruje. To zły pomysł. Głębia jej ciemnoniebieskich oczu przeszywa mnie na wskroś. Rozciąga między nami niewidzialną nić. To za dużo, za szybko. Przełykam ślinę i zmuszam się do ponownego postawienia tej granicy, po czym odwracam wzrok i przerywam połączenie.
To tylko seks.
Obejmuję dłońmi jej kolana i rozchylam Scottie nogi, a potem przyciskam usta do ciasnego kłębka nerwów i ssę. Scottie uderza mnie dłonią w ramię, a nadwrażliwość sprawia, że jej ciało drży, gdy próbuje się odsunąć. Nie ma mowy. Prostuję język i powoli przeciągam nim od cipki do łechtaczki, po czym znów wzmacniam ssanie, aż nie jest w stanie ściszyć głosu. Kiedy staje się oczywiste, że nie zamierza milczeć, odsuwam jej nogi na bok i kiwam głową, wskazując na łóżko. Spuszczam wzrok, gdy rozrywam opakowanie prezerwatywy i ją zakładam.
- Wciąż jesteś ze mną? - pytam.
- Tak. Zawsze - zgadza się.
Przewracam ją na brzuch, twarzą do wezgłowia łóżka. Czuję ulgę, gdy wspina się na czworaka i rozkłada dla mnie uda.
- Ugryź poduszkę. - Czuję się trochę jak palant, bo brakuje mi słów, ale jeśli tego nie zrobię, stracę kontrolę.
Gdy tylko zakrywa usta, wchodzę w nią, a ona jęczy, domagając się więcej i ocierając się o mnie. Jedną ręką masuję jej lewy policzek, a drugą przesuwam się po kręgosłupie. Najdelikatniej, jak potrafię, wciskam jej ramiona w materac, a ona wygina plecy.
Scottie wygląda niesamowicie zgięta wpół, ma fantastyczny tyłek. Ta dziewczyna jest obłędna.
Moje dłonie trafiają w zagłębienie jej talii i wykorzystuję je, żeby ją wyruchać. Jest tak ciasna, że ledwo mogę jasno myśleć. W pewnym momencie uświadamiam sobie, że to ona wykonuje całą robotę. Rozluźniam uścisk na jej biodrach i obserwuję, jak jej chciwość bierze górę.
- O tak, kołysz się na mnie. Pokaż mi, jak bardzo tego pragniesz, Scottie. Pokaż mi, jak bardzo pragniesz zostać zerżnięta przez grubego kutasa.
Kim, do cholery, jest ta kobieta?
Podczas gdy jej cipka się na mnie zaciska, jestem oszołomiony łatwością, z jaką odmieniła mój dzień. Jej prześliczna, uśmiechnięta twarz miga mi przed oczami. Te zniewalające niebieskie oczy i seksowne miny, które robi, gdy dochodzi - chcę to zobaczyć, ale nie mogę ryzykować, że inni faceci ją usłyszą. Nie chcę dzielić się z nikim dźwiękami, które wydaje. Są moje i tylko moje.
- Nie wiem, ile jeszcze wytrzymam - jęczy.
Kładę dłoń na jej ramieniu i pochylam się do przodu, tak aby moje usta musnęły jej ucho.
- Będziesz pieprzyć każdy centymetr mojego kutasa, aż dojdziesz. Zrozumiałaś?
Przytakuje.
- Grzeczna dziewczynka. Każdy centymetr, Scottie. Mocniej.
Moja dłoń wędruje dookoła, trafia na jej łechtaczkę i zatacza małe kółka. Zamykam oczy i zapamiętuję jej drżenie.
Całuję ją poniżej ucha, gdy jej orgazm narasta. Wciąż czekam, aż nadejdzie, ale fala rośnie i rośnie, Scottie się trzęsie, a ja nie potrafię sobie wyobrazić tego bólu. Pewnie cierpi. Jej szczęka drży, oczy ma zaciśnięte. Widząc jej walkę, coś we mnie topnieje, więc łagodnieję w głosie.
- Po prostu to puść. Jestem przy tobie.
- Callahan - wycedza przez zaciśnięte zęby.
Uwielbiam swoje imię w jej ustach. Czuję, że ta kobieta mnie zniszczy. Sposób, w jaki mnie obejmuje - jest tak blisko. Uwielbiam, jak mocno się zaciska, gdy zbliża się do granicy. Szarpie się, próbując utrzymać ruchy, ale słabnie, kiedy w końcu przekracza linię mety i jej ciało drży z rozkoszy. To po prostu wspaniałe.
Chwytam ją za boki i przejmuję kontrolę, pchając z tą samą prędkością. Szlocha, odwraca głowę na bok z rozwartymi ustami i wstrzymuje oddech, gdy się zaciska. Jej dłonie uderzają o moje, kiedy się w nią wbijam, a jej drżące palce wrzynają się w moje ciało.
Napięcie osiąga punkt kulminacyjny i tracę panowanie nad sobą. Posuwam ją mocniej niż kiedykolwiek, jakby to była kara za to, że czuję do niej coś więcej niż tylko fizyczny pociąg. Ona wciąga powietrze, a ja zakrywam jej usta dłonią, by stłumić jęki. Warczę przez zęby, wypełniając prezerwatywę.
Moje biodra zwalniają, gdy uwalniam ostatnią kroplę, potem upadam na łóżko obok Scottie, a nasze klatki piersiowe falują.
- Kurwa mać - mamroczę. Zawiązuję prezerwatywę i rzucam nią do kosza na śmieci po drugiej stronie pokoju.
- Tak. - Zdecydowanie kiwa głową, łapiąc oddech. - O tak.
Z uśmiechem na twarzy odwracam głowę w bok. Znowu widzę ten blask. Cholera, ta kobieta zapiera dech w piersiach. Obejmuję ją ramionami i przyciągam do siebie, odwracając jej twarz, aby zachować resztki kontroli, jaką mam nad sobą w obecności Scottie.
- Jesteś naprawdę fajna. - Mój oddech muska jej ramię, a ona wtula się we mnie tyłkiem.
- Ty też jesteś fajny.
Chociaż chciałbym, żeby to stało się czymś regularnym, wiem, że lepiej będzie, jeśli ustalę granice.
- Zanim zrobi się poważniej, musisz zrozumieć, że teraz interesuje mnie wyłącznie zabawa. - Scottie sztywnieje w moim uścisku, ale kontynuuję: - Świetnie się bawimy, więc jeśli masz ochotę na luźną relację, to nie mam nic przeciwko kontynuowaniu tego, dopóki nie zostaniecie odwołani z akcji. Może nawet po powrocie do Sky Ridge? Decyzja należy do ciebie.
Scottie przełyka ślinę i odchrząkuje.
- Mogę się zastanowić?
- Oczywiście.
Cholera, pewnie to spieprzyłem, ale za każdym razem, gdy sypiam z kobietami więcej niż kilka razy, za bardzo się przywiązują albo oczekują ode mnie więcej, niż jestem w stanie im dać. Ale seks ze Scottie jest tak niesamowity, że mam to gdzieś. Jej ciało tak dobrze reaguje na moje. To tak, jakby za każdym razem uprawiała seks po raz pierwszy. Trudno nie odebrać tego jako łechtania ego. Mogę być dupkiem, jeśli chodzi o związki, ale przynajmniej się do tego przyznaję.
Scottie
Matt nuci melodię, która leci w radiu, podczas gdy krajobraz przesuwa się w ekspresowym tempie. Drzewa i góry są wspaniałe. Nie jestem pewna, czy kiedykolwiek mogłabym opuścić Wybrzeże Północno-Zachodnie, nawet gdybym chciała. Zostaliśmy wcześnie odwołani, a strażacy wracają jutro rano. Jak dotąd podróż do domu mija szybciej niż jazda na akcję. Może to dlatego, że w myślach wciąż odtwarzam tydzień spędzony z Callahanem. Żołądek mi się przewraca na wspomnienie jego słów, głosu i sposobu, w jaki obchodził się z moim ciałem. Najpierw w karetce, a potem przez trzy noce wkradał się do mojego pokoju.
Nie wiem, dokąd nas to zaprowadzi. To było coś, czego chcieliśmy i na co sobie pozwoliliśmy. Ale co teraz? Cal powiedział, że to tylko zabawa, ale nie jestem pewna, czy rozumiem zasady tej z a b a w y. Cóż, wciąż wyobrażam sobie, że nasza relacja jest czymś więcej. Logicznie rzecz biorąc, wiem, że te uczucia są niezdrowe, zrodzone z zauroczenia i samotności - nie wspominając o braku doświadczenia. Nie jest mądrze tracić głowę. To jak postawienie wszystkiego na jedną kartę, co nigdy nie jest dobrym pomysłem, ale on jest pierwszym od co najmniej dziesięciu lat facetem, w którym się naprawdę zakochałam. Cholera, jestem załamana.
Matt się z nim przyjaźni, a to musi coś znaczyć. Ludzie, którymi Callahan otacza się w ekipie, wydają się porządni. Jeśli już, to m o j a postawa jest wątpliwa. Ryzykować pracę przez seks w karetce i przygodę na jedną noc? Co to za pomysł, do diabła?
Ziewam. Muszę nadrobić zaległości w spaniu.
- Nie zaczynaj. - Matt próbuje mówić, mimo że i on zaczyna ziewać. - Poza tym, czym ty jesteś taka zmęczona? W tym tygodniu prawie każdego dnia przesypiałaś śniadanie. Śpisz jak zabita. Nadal nie mogę się pogodzić z tym, że nie obudziłaś się podczas tej burzy. To było szalone.
Mam nadzieję, że mój wymuszony śmiech jest wystarczająco przekonujący.
- Tak, szkoda, że ominęło mnie całe to zamieszanie.
Opowiedziałam Mattowi historię o tym, że przez chwilę czytałam książkę, ale znudziłam się nią, posprzątałam karetkę i poszłam wcześnie spać... zupełnie przypadkowo zapominając oddać mu kluczyki. Oszustka. Na tym przedstawieniu miałam miejsce w pierwszym rzędzie.
Prostuję nogi i ponownie je krzyżuję. Kiedy ostatnio zachowałam się tak lekkomyślnie? Nie mogę pozwolić, żeby po chwili wolności coś teraz zaburzało mój osąd. Chociaż w sumie, kiedy ostatnio powiedziałam "pieprzyć konsekwencje" tylko dlatego, że c h c i a ł a m? Nigdy. Choć nie było to najmądrzejsze posunięcie w moim życiu, nie żałuję ani jednej nocy z nim. Dopóki nieodpowiedzialne zachowanie nie wejdzie mi w nawyk, wszystko będzie dobrze.
- Zwykle takie wyjazdy są nudne i kończą się siedzeniem w karetce oraz gapieniem się na dymiące wzgórza. Przynajmniej mieliśmy trochę czasu, żeby posiedzieć z ekipą i się rozerwać.
Kiwam głową i próbuję zmienić temat, odchodząc od moich nocnych nawyków, zanim Matt coś zauważy.
- Od dawna nie grałam w pokera.
Kłamstwo, znowu. Nigdy wcześniej nie grałam w pokera. Hazard był zabroniony. Wysłałam Matta, by grał beze mnie, żebym mogła zapoznać się z zasadami. Musiałam przez kilka rund pooglądać innych graczy, by upewnić się, że rozumiem, o co w tym chodzi. Byłam zbyt przerażona, żeby dołączyć, dopóki Callahan mnie do tego nie zachęcił.
W jego obecności łatwiej jest udawać pewność siebie. Chociaż czasami czuję się jak kosmita próbujący wtopić się w tłum... Dzięki Bogu, w domu pozwalano mi na pracę w roli ratowniczki medycznej, bo inaczej byłoby ze mną o wiele gorzej. Bez tej pracy chyba nigdy bym nie wyjechała. Jak bym mogła? Jakie umiejętności bym miała? Skąd wzięłabym na to pieniądze? Samochód? Zawód był moją "nagrodą". Powinnam zrobić to wcześniej. Teraz to i tak bez znaczenia. Otrzepuję się i uśmiecham do Matta.
- Źle mi, że ukradłam ci przekąski. - Chichoczę.
Wibracje w kieszeni sprawiają, że sięgam po telefon.
CALLAHAN:
Wyślij mi esemesa, jak wrócisz do domu.
Powstrzymuję uśmiech i wystukuję odpowiedź.
JA:
Tak zrobię! Nie wpakuj się dziś w kłopoty.
CALLAHAN:
To niemożliwe, skoro ciebie nie ma.
Uśmiecham się coraz szerzej i zamykam telefon o kolano.
- Byłem pewien, że wtedy blefowałaś. - Matt się uśmiecha. Przechyla głowę na bok i patrzy na mnie pytającym wzrokiem. - Hej... czy jest coś między tobą a Callahanem?
Marszczę brwi.
- Co masz na myśli? - Chowam telefon do kieszeni i w myślach karcę się za bycie nerwową.
- Nie wiem, po prostu czuję, że powinienem cię ostrzec. To flirciarz.
Cholera! Czy on coś widział albo, co gorsza, słyszał? Wzruszam ramionami, zerkam przez okno i wracam do tematu pokera:
- On tylko gadał głupoty, żeby zdobyć mój karmelowy popcorn.
- Tak, możliwe. Chciałem się tylko upewnić, że o tym wiesz, na wypadek, gdyby czegoś próbował. Nie chcę być nachalny, ale jesteś atrakcyjna, a on jest... cóż, jest Callahanem.
On jest C a l l a h a n e m? Co to ma znaczyć? Boję się, że jeśli zapytam, będę wyglądać na jeszcze bardziej winną, niż się czuję. Matt zobaczy to na mojej twarzy.
- W sensie? Jest niebezpiecznym przestępcą czy co? - Udaję znudzenie, oglądając swoje paznokcie.
- Nie! Nic z tych rzeczy. To dobry facet, po prostu nie angażuje się w związki. Niektóre kobiety myślą, że mogą go naprawić, ale kończą rozczarowane. To czarujący gość, ale ma swoją reputację. Rozumiesz?
- Rozumiem.
Przełykam ślinę, a moje wnętrzności się skręcają. Chcę cofnąć czas do momentu, nim Matt wypowiedział te słowa. Do chwili, kiedy mogłam po prostu fantazjować o tym, co dobrego z tego wyniknie. Kiedy było fajnie i ekscytująco. Wersja Cala, jaka wyłania się ze słów Matta, wycina mi w żołądku brzydką dziurę.
A jednak wciąż trzymam się słów Cala z karetki: "Nie, nie zawsze tak jest".
Callahan
To ostatnia noc w Oregonie. Między pracą przy gaszeniu pożaru a potajemnymi spotkaniami z Prescott spędziłem cholernie fajny tydzień. Ona i Matt zostali dziś rano odesłani do domu, do Sky Ridge. Matt nie mógł się doczekać powrotu. Nie można go za to winić - nie ma nic fajnego w siedzeniu i czekaniu, aż coś się wydarzy.
Zgodnie z tradycją świętujemy koniec akcji, wypijając kilka głębszych w najbliższym lokalu z licencją na alkohol. Jestem już po trzech piwach i czuję się świetnie. Jutro będę mógł spać w drodze do domu, czego bardzo potrzebuję.
Mój telefon wibruje i wyciągam go z kieszeni. Mam nadzieję, że to Scottie. Czekałem na jej odpowiedź, powinna już odpisać.
SCOTTIE:
Przepraszam, że nie napisałam wcześniej. Zasnęłam.
JA:
Za nami kilka nieprzespanych nocy.
SCOTTIE:
No tak.
JA:
To byłaby tragedia, gdybyśmy ich więcej nie mieli.
Nie powiedziałem jej, że Dixon przyłapał mnie wczoraj wieczorem, jak wymykałem się z jej pokoju. Akurat wstał, żeby się odlać. Będzie milczał, ale spojrzał na mnie surowo, by przypomnieć mi, że zachowuję się lekkomyślnie.
Siedzi teraz po mojej lewej stronie i pochyla się, żeby zerknąć na ekran.
Przewracam oczami i blokuję telefon.
- Potrzebujesz czegoś?
Kumpel kręci głową, ale opiera się o moje ramię i zniża głos:
- Trochę mnie zaskoczyło, że się z nią umawiasz.
- Co masz na myśli?
Tak, zazwyczaj to nie w moim stylu, by spotykać się wielokrotnie z tą samą osobą. Nauczyłem się wycofywać, kiedy sytuacja zaczyna być zbyt r e a l n a, bo jeśli ja tego nie zrobię, to zrobi to ta druga osoba. To nie jest dobra cecha, wiem, ale przecież nad tym pracuję...
- Po prostu nie jest w twoim typie.
- To gorąca laska, dokładnie taki jest mój typ. - W głębi duszy wiem, że jest kimś więcej, ale na potrzeby tej dyskusji zaznaczam, że nie pierwszy raz robię coś podobnego.
- Jest mężatką.
- Co ty, kurwa, bierzesz? - śmieję się i biorę łyk piwa. - Przecież jest singielką.
- Judy z urzędu miasta rozpatrywała jej wniosek. Podczas lunchu z moją mamą powiedziała, że P r e s c o t t T i m m o n s zaznaczyła pole "zamężna" w swoich formularzach. Na dodatek słyszałem, że spotykała się z Dave'em, twoją ulubioną osobą.
Zaciskam szczękę. Niemożliwe. On się myli.
- Nie. Chyba mowa o niewłaściwej dziewczynie.
Nie jest mężatką, nie nosi obrączki i nie spotyka się z Dave'em. Pracują w tej samej remizie, ale ona by tego nie zrobiła.
Wątpliwości wkradają się do moich myśli. Ty też z nią pracowałeś.
Mimo to nie wyobrażam sobie, żeby robiła coś takiego właśnie z nim. Podrywał ją tego wieczoru, kiedy poznaliśmy się w barze, i... technicznie rzecz biorąc, nigdy mu nie odmówiła. To Dave odszedł, kiedy Xander zapytał o jego nowo narodzone dziecko. Kręcę głową.
- Chyba musisz sprawdzić swoje źródła, stary.
- Po prostu mówię ci, co słyszałem.
Podnoszę butelkę piwa do ust i biorę duży łyk.
- To źle słyszałeś.
Pieprzyć Dave'a. I pieprzyć Dixona za rozsiewanie bzdurnych plotek.
- Mógłbyś ją zapytać.
Zerkam na telefon, moje odbicie wpatruje się we mnie w czarnym szkle, po czym chowam urządzenie do kieszeni. Nie chodzi o to, że sypia z innymi facetami, ale n i e w i e r n o ś ć jest dla mnie red flagiem. Myśl o tym, że uprawia seks z żonatym mężczyzną, będąc jednocześnie mężatką, działa mi na nerwy, a ze wszystkich ludzi to właśnie Dave jest powodem, przez który nie jestem teraz szczęśliwie żonaty i nie mam dzieci. Nie chcę nawet myśleć, że przez niego nie mogę się więcej spotykać ze Scottie.
Jeśli w tych plotkach jest ziarno prawdy, to koniec. Ściska mnie w żołądku. Sama myśl, że zrujnowałem życie jakiemuś biedakowi, tak jak Dave zrujnował moje, ściska mnie za gardło.
Może p o w i n i e n e m ją o to zapytać... A jeśli się przyzna? Cholera. Pot występuje mi na czoło. Nieważne, niech ją weźmie. Jestem cholernie pewien, że nie wpakuję się w jakiś pieprzony trójkąt miłosny i nie rozbiję dwóch rodzin.
Biorę łyk piwa z butelki.
- Ona jest na to za mądra.
- Skąd, kurwa, możesz wiedzieć? - Dixon przewraca oczami. - Po prostu staram się cię chronić. Nie chcę, żebyś znowu przez to przechodził.
Scottie
Być może telefon wibrował mi w kieszeni, ale tego nie poczułam. Ponownie go sprawdzam. Nic. Dokładnie wysprzątałam karetkę, żeby spalić trochę tej nerwowej energii. Nie byłoby tak źle, gdybyśmy mieli jakieś cholerne wezwania, ale od rana cisza. Przeczytałam trzy ostatnie wiadomości z ostatnich trzech dni i wszystkie były ode mnie.
JA:
Jestem w sklepie spożywczym. Kulki serowe są w promocji.
JA:
Mam nadzieję, że masz dobry dzień.
JA:
Wszystko w porządku?
To nie tak, że Cal całkowicie przestał do mnie pisać, ale nie jest już tak rozmowny. Przed pożarem pisaliśmy do siebie od czasu do czasu przez cały dzień. Zakładam, że jest po prostu zajęty, ale z powodu jego pracy moje myśli automatycznie krążą wokół najgorszego scenariusza. Przyzwyczaiłam się do tego, że mam przyjaciela. W tym małym miasteczku nie czułam się taka samotna.
Czyżbym używała go jako podpory? Wzdrygam się.
- Cholera, Prescott - przeklinam pod nosem.
Wracam do rutyny polegania na kimś innym. To nie ja. Jestem tu, bo stoję na własnych nogach. Zirytowana chowam telefon z powrotem do kieszeni. Koniec. Znajomi są wszędzie. Idź ich poszukać. Pierwszego znalazłam w barze, gdzie przesiadywali wszyscy miejscowi. Może znajdę tam kolejnego? Albo może w kawiarni? Wygląda na to, że w mieście jest jeden dobry lokal.
Wlokę się do pokoju socjalnego, gdzie Matt ogląda telewizję, i osuwam się na jedno z krzeseł.
- Nudzę się.
- Ej! Hola! - krzyczy Matt, rozglądając się dookoła, żeby sprawdzić, czy ktoś mnie nie słyszy. - Nie gadaj takich rzeczy. Wkurzysz bogów i będziemy mieli pełno wezwań.
Przewracam oczami.
- Świat tak nie działa.
- Jak nie, jak tak.
Zsuwam łokcie z podłokietników fotela, odchylam głowę do tyłu i wpatruję się w sufit. Wzdycham z frustracją.
- Ludzie po prostu lubią schematy. Znajdują pocieszenie w zbiegach okoliczności, które mylnie biorą za dowód istnienia siły wyższej.
Matt prycha.
- No cóż, jesteś dziś uroczym promykiem słońca...
Przekrzywiam głowę, a potem się prostuję.
- Przepraszam, po prostu jestem naprawdę...
- Nie wypowiadaj tego słowa na "Z".
- Dobra, dobra... Ale serio, co muszę zrobić, żeby dostać pacjenta ze zwichniętym barkiem albo...
Sygnał dźwiękowy i komunikat rozbrzmiewają w radiu. Moja twarz się rozpromienia, jakby właśnie przyszedł bożonarodzeniowy poranek, i podrywam się z krzesła.
- Dyspozytor do ratownika dwadzieścia trzy. - Głos jest prawie niesłyszalny.
Matt wskazuje na mnie palcem, gdy idziemy do karetki.
- Co powiedziałem, hę? Co powiedziałem?
Uśmiechając się od ucha do ucha, obejmuję ręką radio na moim ramieniu i naciskam przycisk z boku.
- Ratownik dwadzieścia trzy. Mów. - Zerkam na Matta, kiedy wsiadamy do karetki. - Wciąż nie wierzę w twoje przesądy.
- Ratownik dwadzieścia trzy, wezwanie na sześć, cztery, pięć Wilson. Sześć, cztery, pięć Wilson. Dziewiętnastoletni mężczyzna twierdzi, że został zaatakowany przez... p t e r o d a k t y l a? Kod trzynaście, dwadzieścia.
Matt przełącza radio na tryb głośnomówiący.
- Dyspozytor, powtórz ostatnie zdanie.
Marszczę brwi.
- Co, do cholery? - mówię do Matta niemal bezgłośnie. - Czy oni właśnie powiedzieli p t e r o d a k t y l?
- Wykrakałaś to. Dzisiejszy dyżur będzie do bani.
- Sześć, cztery, pięć Wilson. Dziewiętnastoletni mężczyzna skarży się na atak pterodaktyla. Podejrzenie zażycia narkotyków. Czy prosisz o wsparcie?
Kiwam głową. Matt naciska guzik na radiu i patrzy mi prosto w oczy, mówiąc:
- Nie. Scottie to załatwi. W drodze.
Kręcę przecząco głową.
- Nie robię w pterodaktylach.
- Dzisiaj robisz.
***
Po wejściu do mieszkania padam na zbity pysk i kopniakiem zamykam drzwi. Jestem wykończona. Zaczęło się od nastoletniego pacjenta, który przyjął około sześciuset miligramów THC, a skończyło na wkurzonej Gladys Kravitz8 z oparzeniami drugiego stopnia. Podobno była tak wściekła, że pomidory sąsiadki wdzierają się na jej podwórko, że sięgnęła po petardy o dużej mocy. Ma szczęście, że nie urwała sobie ręki. To miasto jest kompletnie szalone.
Telefon wibruje mi w kieszeni, a ja wydaję z siebie jęk. Podnoszę się i wyjmuję go z ciężkim westchnieniem. Prawdopodobnie Matt chce mnie podręczyć po tym wariackim dniu, jaki mieliśmy.
Widzę imię "Callahan" i otwieram klapkę.
CALLAHAN:
Co porabiasz?
JA:
Właśnie wróciłam z pracy.
CALLAHAN:
Przepraszam, ostatnio byłem zajęty.
JA:
Nie martw się. Mam nadzieję, że wszystko w porządku.
CALLAHAN:
Chyba powinniśmy porozmawiać.
Ściska mnie w żołądku, ale staram się myśleć pozytywnie. Dziś wieczorem biorę dodatkowy dyżur, żeby trochę dorobić, co oznacza, że mam jeszcze około sześciu godzin na sen, zanim będę musiała wstać i przygotować się do trzeciej zmiany. A naprawdę potrzebuję snu.
JA:
Przepraszam, nie mogę dziś wieczorem. Czy moglibyśmy się spotkać na kawę jutro przed południem?
CALLAHAN:
Może wpadnę do ciebie z rana?
Czuję nieprzyjemny ucisk w żołądku. Nie podoba mi się to. Ani trochę. Wysyłam mu esemesa z moim adresem i dodaję, że zobaczymy się jutro.
Scottie
Może powinnam była spotkać się z Callahanem, kiedy wczoraj do mnie napisał. Nie dość, że męczy mnie strach przed niewiadomym, to dodatkowo do końca zmiany będę jeszcze bardziej wyczerpana niż wczoraj po południu. W połowie dyżuru ucięłam sobie krótką drzemkę. To jedyne, co mnie ratuje. Na stole w pokoju socjalnym leży jedno z tych gigantycznych ciastek, zawinięte w folię aluminiową, i jest widocznie mniejsze niż wcześniej. Odkroiłam kawałek i dłubię w nim, oglądając powtórkę jakiegoś programu w telewizji.
To była leniwa noc i nie narzekam, ale skłamałabym, gdybym powiedziała, że moje myśli nie krążyły wokół nadchodzącej "rozmowy".
Wpatruję się w kawałek ciasta, zanim wepchnę go całego do ust. Wtedy właśnie wchodzi Dave. On też niedługo kończy zmianę.
- Hej, dawno cię nie widziałem - stwierdza, przysuwając krzesło do stołu. - Jak leci?
- W porządku. Dzięki - rzucam, przeżuwając.
- Świetnie. - Dave odcina sobie kawałek czerstwego, twardego jak cegła ciastka. - Nawiązujesz nowe znajomości?
Przełykam ślinę.
- Tak, chyba tak.
- Słyszałem, że ty i Cal dobrze się dogadujecie.
Marszczę brwi.
- Callahan Woods? Nie wiem, czy tak bym to ujęła. - Przechylam głowę na bok. - Znasz go?
- O tak, znamy się od dawna.
Hmm.
- Och, więc jesteście dobrymi przyjaciółmi?
Dave wzdycha.
- Zależy, jaką masz definicję przyjaciela... Jest całkiem miły. Ale jest coś, co powinnaś o nim wiedzieć. To miejscowy łamacz serc. Sypia z wieloma kobietami, nigdy się nie ustatkował.
Przewracam oczami.
- Dlaczego myślisz, że mogłabym się z nim przespać?
Dave unosi brwi.
- Przepraszam, nie to miałem na myśli. Słuchaj, lubię Cala, ale nie pozwoliłbym mu zbliżyć się do moich sióstr.
Dave lustruje mnie od góry do dołu, nie podoba mi się, jak jego spojrzenie się na mnie zatrzymuje.
- Dlaczego?
- Wiesz, jak to mawiają: wartość samochodu spada, kiedy wyjeżdżasz nim z salonu. A Callahan lubi kolekcjonować samochody, tyle że bierze je na przejażdżkę tylko raz.
Porównywanie wartości kobiety do samochodu jest obrzydliwe.
Nie przepadam za Dave'em, ale niestety to, co mówi, zgadza się z tym, co opowiadał mi Matt w drodze powrotnej z akcji w Oregonie. I to tylko potęguje mój niepokój.
- No cóż, mam parę rzeczy do zrobienia. Do zobaczenia.
Wstaję z krzesła, wychodzę z pokoju socjalnego i sprawdzam, czy jest coś do uzupełnienia w karetce. Potem spędzam resztę zmiany przy jednym z komputerów, by dokończyć moduł szkoleniowy. Na koniec szybko wyszukuję w Google wiadomości z Arkansas. Nic, co by mnie obchodziło. Brak wiadomości to dobra wiadomość.
Kiedy w końcu nadchodzi pora powrotu do domu, wsiadam do samochodu i zerkam na swoje odbicie w lusterku wstecznym. Wyglądam mizernie. Muszę wziąć prysznic, zanim spotkam się z Callahanem. Samochód nie odpala od razu, a ja tłumię frustrację. Silnik zaskakuje za drugim razem, więc skupiam się na tym, żeby zdążyć wrócić do mieszkania i się umyć.
Włączam radio i śpiewam monotonnym głosem, robiąc wszystko, żeby nie zasnąć, aż nagle słyszę jakiś dźwięk. Brzmi prawie jak... dudnienie? Wyłączam radio i nasłuchuję. Odgłos jest znajomy, ale mój mózg jest zbyt zmęczony, żeby go rozpoznać, aż samochód zaczyna podskakiwać. Cholera! Mam przebitą oponę. Szybko zjeżdżam na pobocze wiejskiej drogi.
Wiem, że nie mam koła zapasowego. Kupiłam samochód bez wyposażenia i zapłaciłam gotówką. Ale i tak sprawdzam bagażnik, na wypadek gdyby oponowa wróżka obdarowała mnie jakimś dodatkowym kołem. Pusto.
- Cholera.
Kopię przebitą oponę i uderzam w dach samochodu. Zamykam oczy, opieram się o tył auta i przyciskam czoło do zimnej szyby od strony pasażera. Mam ochotę rozwalić ją głową.
Oddychaj głęboko. Do kogo mam zadzwonić? Do Callahana? Jest ranek, kwadrans po siódmej. Pewnie jeszcze się nie obudził. Uch, ten dzień się nie chce skończyć.
Kilka samochodów mija mnie z dużą prędkością, ale odgłos opon na żwirze - dźwięk nadziei - sprawia, że podnoszę wzrok. Proszę, niech to nie będzie seryjny morderca.
To Dave. Korzystam!
Podchodzę do niego, gdy wysiada z auta.
- Problem z samochodem? - Zatrzaskuje drzwi.
- Złapałam gumę.
- To kiepsko. Pomogę ci wymienić koło.
Wzdrygam się.
- Nie mam zapasowego.
Drapie się po brodzie, gdy stajemy przy bagażniku mojego samochodu.
- No to mamy problem.
- Tak. - Krzywię się.
- Gdzie mieszkasz?
- W mieście, w budynku przy Main Street.
Dave obchodzi mój samochód, jakby chciał go obejrzeć.
- Dobra, zrobimy tak. Zadzwonię do Carla, jest mi winien przysługę i może odholować twoje auto do wulkanizatora...
W mojej głowie włącza się alarm. Nie stać mnie na holowanie. Macham rękami.
- Nie, nie mogę...
Dave otwartą dłonią daje mi znak, żebym przestała mówić.
- Jest mi winien przysługę i zrobi to za darmo. Jesteś nowa w mieście i domyślam się, że wszystkie te rachunki zostaną uregulowane. Mam rację?
Kiwam głową, a moje policzki płoną ze wstydu. Czy wszyscy w mieście wiedzą, że jestem spłukana?
- Wymienię ci oponę i dorzucę koło zapasowe, na wypadek, gdybyś znalazła się w podobnej sytuacji w przyszłości. Zero podtekstów.
Nie mam zamiaru się kłócić.
- Oddam ci pieniądze, obiecuję!
- Wiem, że oddasz, nie martwię się o to - stwierdza Dave, zerkając na telefon i stukając w ekran. Przystawia aparat do ucha. - Hej, Carl... Tak, chcę skorzystać z tej przysługi. Mam na County Road dwa samochód, który trzeba odholować do warsztatu Billa. - Podaje Carlowi markę i model auta, po czym śmieje się z tego, co mówi mężczyzna. - Kluczyki będą schowane w osłonie przeciwsłonecznej... Tak... Dzięki.
Dave kończy rozmowę i wkłada telefon do tylnej kieszeni.
- Dave, nie wiem, jak ci za to wszystko dziękować. Przez chwilę zupełnie straciłam nadzieję. Przysięgam, wynagrodzę ci to. Dziękuję! - Uśmiecham się do niego promiennie. Po prostu się pojawił i zajął tym wszystkim, jakby to była najprostsza rzecz na świecie.
- Dobra, bierz swoje rzeczy, odwiozę cię do domu.
Szybko wracam do auta, wkładam kluczyki w osłonę przeciwsłoneczną, tak jak powiedział Dave, i sięgam po torebkę. Potem upewniam się, że samochód jest otwarty, i zamykam drzwi. Przecież nikt go nie ukradnie. Nawet gdyby nie miał przebitej opony, złodzieje spojrzeliby na tę kupę złomu i z litości zostawiliby mi parę dolców.
Kiedy wsiadam, Dave czeka już na mnie za kierownicą. Uruchamia swojego pick-upa i wyjeżdża na drogę. Rozmawiamy o niczym, aż zbliżamy się do mojego mieszkania.
- To ten po lewej. - Wskazuję na mały budynek ze starej żółtej cegły i z farbą łuszczącą się z ram okiennych.
- Ten? - pyta Dave.
Nie wypowiada tego w osądzający sposób i doceniam, że pozwala mi zachować godność. To miejsce wygląda na zaniedbane. Wiem, że tak jest. Dave również to wie. Ślepy, bezpański pies, który przechodzi obok na chodniku, też. A mimo wszystko jest moje i serio, super ogarnęłam mieszkanie. Może nie zostałoby na balu najpiękniejszą królową, ale zdecydowanie jest najczystszą. Nie ma co wybrzydzać. Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma.
Dave parkuje pick-upa, a ja odpinam pas.
- Powinienem sobie zapisać twój numer, żebym mógł cię podwieźć do warsztatu, jak tylko wymienią oponę.
- Oczywiście! - Podajemy sobie nawzajem numery i chwytam za klamkę.
- Zawsze się zastanawiałem, jak te mieszkania wyglądają w środku.
- Wnętrze pasuje do tego, co na zewnątrz - odpowiadam z chichotem.
- Mogę zerknąć?
Moje spojrzenie przeskakuje między budynkiem a Dave'em.
- Yyy... - Wzruszam ramionami. - Jasne? Wciąż się urządzam, więc nie mam jeszcze zbyt wielu mebli. - A mój budżet jest bardziej ściśnięty niż portfel mojego gospodarza.
Wysiada z pick-upa. Podchodzimy do budynku, a Dave przytrzymuje mi drzwi i podąża za mną po schodach. Wyjmuję klucze i otwieram mieszkanie, a on wchodzi za mną.
- Niewiele jest tu do oglądania - stwierdzam.
Powolnym krokiem podchodzi do okna obok mojego niepościelonego łóżka. No dobra, może nie jest aż tak schludnie, ale po zejściu z wczorajszej zmiany wykorzystałam każdą sekundę na sen, bo te wszystkie wezwania totalnie mnie wykończyły.
Mój gość pochyla się w stronę okna i sprawdza widok.
Burczy mi w brzuchu, więc podchodzę do kuchni, biorę patelnię i stawiam ją na kuchence. Następnie otwieram lodówkę i wyjmuję jajka.
Dave spogląda na mnie i wskazuje kciukiem za siebie.
- Masz świetny widok na Main Street.
Kiwam głową.
- Czasami obserwuję ludzi.
- Głodna? - pyta, zerkając na jajka na blacie.
- Tak, miałam zamiar zrobić sobie śniadanie. A może już obiad? - Uśmiecham się, a Dave odwzajemnia uśmiech, ale nic nie mówi. Wtedy to do mnie dociera i nagle czuję, że zachowuję się niegrzecznie. - Och, chciałeś się przyłączyć?
Cholera, właśnie załatwił mi holowanie i nową oponę. Przynajmniej tyle mogę dla niego zrobić. Modlę się w duchu, żeby odmówił. Dave to miły facet, ale w tak małej przestrzeni - mojej przestrzeni - czuję się nieswojo z kimś, kogo dobrze nie znam. Zerkam na telefon. To musi być szybkie śniadanie, bo chcę zdążyć wziąć prysznic i się ogarnąć, zanim wpadnie Callahan.
- Jasne, mogę chwilę zostać.
Niech to szlag.
Mój sztuczny uśmiech zamiera mi na twarzy.
- Super!
Wygląda na to, że muszę zrobić jajecznicę dla dwojga. Te jajka były drogie, cholera.
- Chcesz tosty? - proponuję.
- Jestem na diecie bezglutenowej.
Dobrze, szybciej stąd wyjdziesz. Wskazuję na jedno z dwóch krzeseł przy stole.
- Usiądź.
Dave podchodzi i odsuwa krzesło.
- Wiesz co, usiądź może na tym drugim. To się trochę chwieje - mówię.
Witamy w Ritzu.
Jajka skwierczą, gdy wbijam je na patelnię. Używam lekko przytopionej szpatułki, żeby rozbić żółtka i ubić białka, starając się przyspieszyć ten proces. Wsypuję sól i pieprz na patelnię i mieszam jajecznicę, aż zgęstnieje.
Przestępuję z nogi na nogę, a ciszę przerywam kolejną pogawędką:
- Jak długo mieszkasz w Sky Ridge?
Grzałki na kuchence elektrycznej robią się jaśniejsze, gdy podkręcam temperaturę, mając nadzieję, że przyspieszy to krzepnięcie tych cholernych białek.
- Jakieś dwadzieścia lat.
- Och, to długo. Skąd się przeprowadziłeś?
- Z małego miasteczka niedaleko stąd.
Kiedy jajecznica jest gotowa, wyłączam kuchenkę, dzielę posiłek na dwie równe porcje i nakładam na niepasujące do siebie talerze. Z szuflady wyjmuję dwa plastikowe widelce.
- Fajnie. To urocza okolica. Rozumiem, dlaczego ludzie ją lubią.
Dave dziękuje, kiedy podaję mu talerz i widelec. Jego szczere uznanie sprawia, że czuję się winna, bo zakładałam najgorsze rzeczy na jego temat. Nabijając jajka na widelec, pytam go o rodzinę:
- Czy dobrze słyszałam, że twoja żona niedawno urodziła? - Przypominam sobie wieczór w barze, kiedy jeden ze strażaków zapytał, jak się miewa dziecko.
- Tak.
- To ekscytujące! Lubisz bycie tatą?
Dave przytakuje.
- Uwielbiam. Uczyć stawiania pierwszych kroków, rzucania piłką... to jest najlepsze.
Unoszę kącik ust w półuśmiechu. Z mojego doświadczenia wynika, że to kobiety zajmują się wychowywaniem dzieci.
- Trudno jest wyjeżdżać na kilka dni, ale tak to już jest.
- Musicie tworzyć z żoną zgrany zespół.
Dave wzrusza ramionami.
- Ech. Ostatnie lata były dość trudne... Właściwie to jesteśmy w separacji, ale łatwiej jest nam wspólnie wychowywać małe dziecko, jeśli oboje jesteśmy na miejscu.
O nie.
- Jeszcze nikomu o tym nie powiedzieliśmy, więc jeśli możesz, wiesz, niech to zostanie między nami.
- Przykro mi to słyszeć. To nie jest niczyja sprawa.
Kończę jajka, kiedy on przełyka ostatni kęs.
- Tak, to okropne. Ale tak będzie lepiej. Miło móc komuś o tym powiedzieć. To mnie przytłacza.
- Do usług. - Zapada między nami cisza, a ja zerkam na zegar na kuchence. - O rany, już tak późno? Mam dziś tyle do zrobienia!
- Tak, nie będę ci już zabierał czasu. - Dave wstaje, a ja czuję ulgę. - Wyślę ci później esemesa i podwiozę po auto.
- Byłoby super, jeszcze raz dziękuję - mówię, idąc w stronę drzwi.
Dave przekręca klamkę i je otwiera.
- Jasne. Dzięki za jajecznicę.
Callahan
Dwa styropianowe pojemniki z naleśnikami i goframi skrzypią na siedzeniu pasażera, gdy skręcam pick-upem na parking przed jej mieszkaniem. Zaproponowała spotkanie na kawę, ale nalegałem, żebyśmy spotkali się u niej. Muszę sprawdzić, czy mieszka tam inny mężczyzna. To dlatego jestem tak wcześnie. Pomyślałem, że jeśli ma męża, chcę go złapać, zanim wygoni go do pracy. Jeśli się mylę - a cholernie na to liczę - to zrobię jej niespodziankę śniadaniem. Wygląda na to, że miała wczoraj trudny dzień. Planuję z nią porozmawiać, żeby mogła uporządkować sobie ten cały bałagan i żebyśmy mogli zacząć od miejsca, gdzie przerwaliśmy. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, może nawet uda nam się powtórzyć to, co było między nami w Oregonie. Nigdy nie twierdziłem, że jestem święty.
Parkuję, biorę pojemniki i wyskakuję z pick-upa. Kluczyki huśtają mi się na palcu, gdy spostrzegam Dave'a wychodzącego z budynku. Co, do cholery? Co on tu robi? Nie zamierzam wyciągać pochopnych wniosków, ale trudno nie czuć ciężaru zdrady za każdym razem, gdy widzę jego twarz. Powoli wypuszczam powietrze. W tym budynku są też inne mieszkania, mógł być u kogoś innego. Pracują w tym samym miejscu, może zostawiła coś w remizie i on to podrzuca. O dziewiątej rano? Cholera.
- Dorabiasz jako złota rączka? - pytam, gdy podchodzimy do siebie. Kiwam głową w kierunku nieruchomości, która dobre czasy ma już za sobą. - Wygląda mi na twoją robotę.
- Przyszedłeś do Scottie? - Dave zerka na styropianowe pojemniki, które niosę. - Mam nadzieję, że to nie śniadanie.
Mrużę oczy.
- Dlaczego?
- Właśnie jedliśmy. - Dave oblizuje palce i uśmiecha się do mnie szeroko. Boże, chętnie bym mu przywalił, ale ten dupek z pewnością by mi oddał, a ja nie zamierzam dać mu tej satysfakcji. - Zrobiła niezłą jajecznicę.
Przechylam głowę na bok. Nie chcę pytać, ale muszę.
- No i co, sypiacie ze sobą? - Jest dla niego za dobra.
- Pytasz o wczoraj? Spędziliśmy razem noc, ale na pewno nie spaliśmy. - Dave spogląda za siebie na jej budynek, potem z powrotem na mnie i uśmiecha się ironicznie. - Ale jest słodka, prawda?
Zaciskam szczękę i prostuję ramiona.
- Twoja żona wie, że spotykasz się z innymi kobietami? Nie żeby to było zaskoczeniem, biorąc pod uwagę, jak się zeszliście.
Dave nie odpowiada, tylko mnie wymija i idzie w kierunku swojego pick-upa. Odwraca głowę i rzuca:
- Molly nie jest już twoim zmartwieniem.
Choć instynkt podpowiada mi, żeby się odwrócić i odjechać, stopy niosą mnie do budynku i po schodach, aż staję przed jej drzwiami. Gapię się na nie. Są zrobione z taniego drewna z sękami, a lakier w kilku miejscach jest przetarty. Najwyraźniej zapewnienie bezpieczeństwa jest u gospodarza na samym dole listy rzeczy do zrobienia. Unoszę zaciśniętą dłoń, gotowy zapukać, ale rezygnuję i pocieram twarz. Odwracam się, by po chwili znów stanąć przed drzwiami. Po raz drugi unoszę pięść i zamieram.
Ktoś mi kiedyś powiedział, że jak wsiądziesz do złego pociągu, najlepiej wysiąść na pierwszej stacji, bo im dłużej w nim zostaniesz, tym droższy będzie powrót do domu.
Więc dlaczego, do cholery, tu stoję?
Scottie
Gdy tylko zamknęłam drzwi za Dave'em, nie traciłam czasu na sprawdzenie zegarka, ale od razu zaczęłam się szykować. Na szczęście mogłam wziąć prysznic, nałożyć makijaż, wysuszyć włosy i się ubrać.
W pośpiechu podchodzę do materaca i ścielę łóżko, poprawiając poduszki i starając się, żeby wyglądało mniej... żałośnie. Potem wstaję, odwracam się i szukam kolejnej rzeczy do posprzątania. Wchodzę do kuchni i lekko prostuję jedno z krzeseł. Proszę. Jest trochę lepiej. Nie obchodziło mnie, co o mieszkaniu pomyśli Dave. Ale Callahan? Chcę, żeby było jak najprzytulniej.
Sprawdzam godzinę na telefonie i marszczę brwi. Powinien już tu być. Piszę esemesa.
JA:
Czy nadal jesteśmy umówieni na dzisiaj?
CALLAHAN:
Nie.
Och.
JA:
Nie?
CALLAHAN:
Sprawy potoczyły się swoim torem.
Moje wyczerpane pokłady energii w połączeniu z wydarzeniami z dzisiejszego poranka tworzą gorącą kulę w mojej piersi. Czułam, że wszystko wisi na włosku, a jego esemes przeciął ostatnią postrzępioną nitkę. Twarz mi płonie, oczy zachodzą łzami.
O d r z u c e n i e. Oto moje pierwsze prawdziwe doświadczenie bycia odrzuconą, zmieszane z wyczerpaniem i sporą dawką upokorzenia. Chowam telefon do kieszeni i rozglądam się po przestrzeni, na której posprzątanie poświęciłam tyle czasu. Nie tak wyobrażałam sobie ten dzień. Wyciągam telefon i jeszcze raz czytam wiadomość.
To moja wina, że zbyt szybko się przywiązałam, ale gdy po latach otępienia Cal pojawił się w moim życiu, sprawił, że poczułam się inaczej. Nie miałam żadnych szans, żeby utrzymać granice.
Ale przecież wszyscy mi mówili, że on tak właśnie robi. Z jakiegoś powodu byłam nim jednak na tyle oczarowana, żeby... co, mieć nadzieję? Co za idiotka. Wpadłam w tę samą pułapkę, co każda kobieta przede mną. Jak łatwo zostać zastąpioną, gdy związki nie są ci narzucane.
Aby się ukarać, wracam do naszych wcześniejszych wiadomości. Tych, które wywoływały u mnie motyle w brzuchu i ekscytację. Nawet jeśli wiem, że to niezdrowe, i tak chcę poczuć wspomnienie jego uczuć. Chcę przeczytać choć jeden z tych esemesów od niego i poczuć ciepło, którego doświadczyłam za pierwszym razem.
Przewijam dalej. Te słowa nie są prawdziwe. Wszelkie znaczenie, jakie w nich znalazłam, było wytworem mojej wyobraźni. Mimo to czytam je ponownie, ponieważ odczuwanie bólu jest wciąż lepsze niż odrętwienie. Tym razem są gorzkie i pełne zdrady.
Łza spływa mi po policzku i gniewnie ją ocieram. Nie ma mowy, żebym płakała.
- Jesteś głupia. Jeśli chcesz żyć w prawdziwym świecie, to doświadczenie jest jego częścią.
Nic do niego nie czuję - przekonuję samą siebie. To po prostu koktajl psychicznego wyczerpania, odrzucenia i głupiego zauroczenia facetem, który nie miał zamiaru się zaangażować. Przetrwałam już gorsze rzeczy. Zaczęłam nowe życie. Nie dam się zwieść idiotycznym uczuciom opartym na kilku nocach seksualnej swobody i z a b a w y.
Miał mnie w garści i uznał, że nie warto mnie zatrzymać.
JA:
Jasne.
Callahan
W barze jest dziś tłoczno. Brzęczący gwar sprawia, że czuję się tak, jakbym utknął z głową w ulu.
- Pamiętasz, kiedy się z tobą założyłam, że nie zjesz wszystkich marchewek z ogródka babci, a potem ci się udało? Zwaliłeś winę na króliki, po czym zwymiotowałeś na pomarańczowo na jej sofę? - Teddy, moja siostra, z trudem wykrztusiła te słowa przez napad śmiechu.
Rozmawiamy, odkąd wszedłem - nie, czekaj... nie, wtedy to była Tiffany. Ostatnio rozmawiałem z Tiffany. Czy ja straciłem przytomność? Odwracam głowę. Kiedy pojawiła się tu moja siostra? I gdzie, do cholery, poszła Tiffany? Opieram łokieć o bar i mrużę jedno oko, próbując się zorientować, na kogo powinienem patrzeć.
- Jak długo tu jesteś, Ted?
- Chwilkę. Napisałeś mi esemesa, że jesteś w barze i musisz pogadać, pamiętasz? Przecież niecodziennie twój starszy brat prosi o radę, więc zostawiłam dzieciaki z Loganem. - Parska śmiechem, jakby to była najzabawniejsza rzecz, jaką w życiu słyszała. Ewidentnie jest tak samo pijana jak ja. - A teraz jesteś zbyt pijany, żeby pamiętać.
Śmieję się razem z nią, ale potem wraca okropne wspomnienie. Chciałem porozmawiać o Scottie.
Początkowo planowałem kogoś poderwać. Najlepszym sposobem na zapomnienie o jednej kobiecie jest znalezienie sobie drugiej, ale Tiffany już nie ma, a ja jestem zbyt pijany. Nawet gdyby tu była, nie sądzę, żeby dał radę mi stanąć.
Jestem po prostu cholernie rozczarowany. Dziś po południu wszedłem do internetu i przeprowadziłem drobiazgowe poszukiwania. Dowiedziałem się, że Scottie jest żoną... Jonathana Timmonsa. Timmons to jej nazwisko po mężu. Widziałem w archiwum gazety ogłoszenie o ich ślubie. Nie mam wątpliwości, że ta kobieta na zdjęciu to ona.
Do tego dochodzi jeszcze ta cała sprawa z Dave'em. Wiem, że pieprzy Scottie, żeby się na mnie zemścić. Za co? Za to, że nie chcę go w ekipie? Okazał się beznadziejny, gdy przyjąłem go w ramach próby na sezon pożarowy, mimo że był w szczytowej formie. Teraz byłaby z niego totalna łajza.
Kurwa, ona jest zamężna. Niewiarygodne.
Nie mam pojęcia, co zrobić. Powiedzieć jej mężowi? Czy zignorować to? Przecież nie wiedziałem. A jeśli ma romans z Dave'em, to i tak na pewno wszyscy się w końcu dowiedzą. Nieważne, nie jestem teraz w stanie podejmować takich decyzji.
- Ej, Ma! - wołam do właścicielki baru, Mae Taylor. Po kilku reprymendach wszyscy członkowie ekipy nadali jej przydomek Ma. Zazwyczaj to Lou pracuje jako barman, ale od czasu do czasu Mae go zastępuje, żeby miał wolny wieczór. - Do pełna, dobrze?
Chwieję się na stołku. Ten blat baru jest taki przyjemny i gładki. Mógłbym tu odpocząć, zamknąć oczy tylko na chwilę, gdy Mae napełnia mi szklankę. Przywieram policzkiem do drewna, a ona uderza mnie w bok głowy. Siadam i się śmieję. Policzek mam kompletnie zdrętwiały. Bardziej usłyszałem to uderzenie, niż je poczułem.
- Wołać ci taksówkę? - pyta barmanka.
- Chociaż jestem znany z tego, że często kogoś podwożę, wolałbym, żebyś mówiła mi po imieniu, Cal-lah-an9.
- Bardzo śmieszne. - Mae podnosi słuchawkę. To jeden z tych wielkich, ciężkich aparatów, którym z łatwością można by kogoś zabić, gdyby tylko walnąć w czaszkę wystarczająco mocno.
- Callahan Woods potrzebuje podwózki do domu.
- Hej! - jęczę. - Dlaczego ja muszę wracać do domu, a Teddy nie? Ona też jest pijana!
- Nie słuchaj go, Mae. To kłamca - wtrąca się moja siostra.
Przełykam ślinę. Przecież to żart, który wymyśliła Scottie, kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy - właśnie w tym barze. Zabawne, to ona kłamała przez cały czas, a teraz to j a jestem frajerem.
Otrząsam się i odwracam pustą szklankę do góry dnem. Popycham ją jednym palcem w stronę Mae, wykorzystując resztki koordynacji, jaka mi pozostała.
- Teddy też potrzebuje podwózki - informuje Mae firmę taksówkarską, przewracając oczami. - Upewnijcie się, że oboje trafią do swoich domów, a nie do innego baru.
- Odwiozę ją do domu, Mae - przerywa jej głęboki głos Xandera. - Godzinę temu wypiłem ostatnie piwo.
Odwracam gwałtownie głowę i wybucham śmiechem.
- Skąd ty się, kurwa, wziąłeś?!
Teddy i ja chichoczemy i czujemy się tak, jakbyśmy byli tymi gadatliwymi dzieciakami, które nauczyciel musi rozdzielić i wyprosić z klasy na korytarz. Albo, jak w tym przypadku, odesłać do domu.
- Odkąd mam dzieci, nie toleruję alkoholu - mamrocze Teddy, podczas gdy Xander pomaga jej zejść z barowego stołka. - Jutro będę miała strasznego kaca. - Wkłada jedną rękę do rękawa kurtki i szuka miejsca na drugą, na co Xander chwyta ją za dłoń i wsuwa w drugi rękaw. Ted stęka, próbując wydostać włosy spod materiału.
- Tak, zdecydowanie - stwierdza Xander, zagarniając jej blond włosy i wypuszczając je spod kołnierza.
- Bez sztuczek, X! Ona jest mężatką! - ostrzegam.
Teddy przyszpila mnie spojrzeniem.
- Wiem - mruczy pod nosem Xander.
- Idź rozgrzać swój samochód albo coś w tym stylu - rzucam. - Musimy zapłacić.
- Podjadę od przodu - informuje Xander.
Mamroczę coś jeszcze, ale on ignoruje moje bredzenie i zanim wyjdzie, pomaga Teddy zapiąć płaszcz.
Przecieram dłonią twarz.
- Kurwa, jestem zmęczony - jęczę.
- Ja też. Jutro będę miała strasznego kaca - stwierdza Teddy.
- Już to mówiłaś. - Chichoczę.
Mae podsuwa mi rachunek. Bazgrzę coś na dole - nawet nie ma sensu próbować się podpisać.
Dowiaduję się, że taksówka jest na zewnątrz, więc zeskakuję ze stołka. Zatrzymuję się na chwilę, żeby stanąć na nogi. Pomieszczenie wiruje.
- Zabawa skończona. Jesteś gotowa, mała? - Obejmuję Teddy ramieniem, żeby nas podtrzymać, a ona pochyla się ku mnie. Nawalony prowadzi nawaloną.
Robimy dwa chwiejne kroki, co wywołuje w nas jeszcze więcej śmiechu, ale w końcu docieramy do wyjścia. Szarpię masywne drzwi i zamieram w bezruchu. Mogę być pijany, ale przysięgam, że połowa alkoholu wyparowuje z mojego organizmu, gdy widzę tę twarz.
Prescott Timmons.
P a n i Prescott Timmons.
Zerka na Teddy, a potem z powrotem na mnie. Nasze spojrzenia się spotykają. Jej oczy migoczą, a moje pewnie są zamglone jak u martwego rekina. Kurwa, jaka to gorąca laska. I to, że jest mężatką, ma sens. Od samego początku powinienem coś podejrzewać. Zerkam na jej dłoń. Nadal nie ma obrączki. W ustach czuję gorycz. Jak mogła?
- Przyszłaś, żeby poderwać nowego adoratora? - rzucam złośliwie, przepuszczając Teddy obok siebie. Moje oczy wypełnia pogarda. - Powodzenia.
Ta kobieta ma czelność wyglądać na zranioną, a ja mam ochotę na nią nakrzyczeć, że jest beznadziejną osobą i jeszcze gorszą żoną. Chcę jej powiedzieć, jak bardzo boli odkrycie, że ktoś, kogo się kochało, pieprzy się z kimś innym. Chcę, żeby wiedziała, jak okropnie jest nieświadomie b y ć tym drugim mężczyzną. Zrobiła ze mnie złoczyńcę bez mojej zgody.
Ale przede wszystkim chcę, żeby wiedziała, jak bardzo to wszystko jest do bani - bo razem mogło nam być wspaniale.
Scottie
Moje stopy uderzają o chodnik w równym rytmie, gdy biegnę Spencer Avenue. Kiedy nie jestem w pracy, biegam. Kiedy nie biegam, śpię. Potrzebujesz przyjaciół. Ignoruję wewnętrznego krytyka. Czuję, że się cofam, ale nie wiem, jak zmienić swoją rutynę. Tak jest łatwiej. Mówię sobie, że to wszystko jest tymczasowe, ale bez planów realnej zmiany moich nawyków to wszystko bzdura.
Przez cały czas, gdy byłam z Jonathanem, czułam się gorsza. Kiedy między dwojgiem ludzi jest pociąg, widać to w ich oczach. Widziałam to u innych par. Widziałam to u Callahana. Patrzył na mnie w sposób, w jaki nigdy nie spojrzał na mnie Jonathan. W domu stale przypominało mi to o tym, że nigdy nie byłam wystarczająco dobra, nawet jeśli to nie była jego wina. Gdy ktoś zbyt wiele razy wpatruje się w ciebie wzrokiem tęskniącym za czymś innym, to łamie człowieka. I właśnie taka jestem - złamana.
Mijam werandy udekorowane jesiennymi ozdobami oraz starannie zgrabione sterty liści i dostrzegam, jaki ta uporządkowana okolica stanowi kontrast do mojego życia. Bardzo pragnę gdzieś jednak przynależeć, a bieganie po tym chodniku pozwala mi udawać, że jestem częścią tego uroczego świata w Sky Ridge - nawet jeśli dzieje się to tylko przez krótką chwilę, której potrzebuję, żeby tędy przebiec.
Dom, którego zawsze szukam - pod numerem dwieście osiemnaście - to jeden z niewielu budynków, które pozostały nieudekorowane. To pozostawia pole dla mojej wyobraźni - mogę pomarzyć, co bym zrobiła, gdybym tam mieszkała. Umieściłabym dynie z wyrzeźbionymi twarzami na schodach werandy i przywiązała łodygi kukurydzy do pomalowanych słupków. Dodałabym takie same sztuczne pajęczyny, jakie są w sąsiednich domach. Halloween nie było czymś, co mogliśmy świętować, ale gdybym mieszkała pod numerem dwieście osiemnaście, wywiesiłabym szkielety i duchy w każdym oknie oraz przygotowała największą miskę cukierków dla dzieci zbierających słodkości.
Podjeżdża samochód, a dwójka roześmianych dzieciaków wyskakuje z tylnego siedzenia i wybiega na podwórko. Uśmiecham się, gdy prawdopodobnie ojciec wysiada szybko od strony kierowcy i je goni. Matka opuszcza samochód od strony pasażera akurat w chwili, kiedy ojciec łapie córkę i łaskocze ją po brzuchu, a ta piszczy. To takie cudownie normalne. Wiedziałam, że musi tam mieszkać szczęśliwa rodzina, i czuję radość w sercu, gdy moje przeczucie się potwierdza.
Numer dwieście osiemnaście przy Spencer Avenue zawsze potrafi mnie pocieszyć.
Rozproszona wygłupami żywiołowej rodziny po drugiej stronie ulicy zbliżam się do skrzyżowania i skręcam w prawo. Moja radość nie trwa długo, bo omal nie zderzam się czołowo z innym biegaczem.
Unoszę ręce w geście obronnym i potykam się o własne stopy, próbując zejść mu z drogi. Mężczyzna chwyta mnie za biceps i pomaga mi się podnieść. Wciągam głęboko powietrze, gotowa przeprosić, lecz gdy podnoszę wzrok, widzę, jak Callahan wpatruje się we mnie gniewnie.
Wyrywam ręce z jego uścisku.
- Trzymaj się ode mnie z daleka - warczę.
No to tyle z przeprosin. Te słowa były pierwszą rzeczą, która przyszła mi do głowy, i raczej nie zostały użyte w dosłownym znaczeniu, ale jako ogólne stwierdzenie. Być może sobie nawet coś wyobraziłam, ale nie przyznam się przed nim do tego. To zderzenie było w stu procentach moją winą, ale nie potrafię się zmusić do przeproszenia. Nie mogę mu nawet spojrzeć w oczy. Zamiast tego robię unik i dosłownie uciekam bez słowa. Jak tchórz.
Callahan
Połowa października
- Co robicie, zanim zaczniecie służbę w patrolu narciarskim? - pyta King.
To nasza ostatnia akcja w tym sezonie pożarów i właśnie kończymy przygotowywanie linii obrony przeciwpożarowej, gdy kilku facetów zaczyna mówić o swoich późniejszych planach.
- Pewnie przepuszczę cały dodatek za pracę w niebezpiecznych warunkach w klubie ze striptizem. A potem możliwe, że ukradnę samochód... ugotuję metamfetaminę... obrabuję bank... - wyliczam na palcach.
- A więc to, co zwykle?
- Każdy ma swoje hobby... - Wzruszam ramionami. - Nie wiem. Pewnie wybiorę się na wędrówkę po Quell's albo Briarburn. Cholera, może po prostu usiądę na stołku barowym w knajpie "U Shifty'ego" i się upiję. A ty?
- Pomysł z barem brzmi świetnie, chyba się do ciebie przyłączę.
- Zawsze możesz się ze mną wybrać na wędrówkę - sugeruję, rozglądając się wzdłuż linii obrony przeciwpożarowej.
Caleb z bladą twarzą opiera się na swoim Pulaskim. Jeden z facetów podkradł mu lunch i zamienił go na kolejną rację żywieniową z wegetariańskim omletem. Myślałem, że od razu zwymiotuje. Chichoczę, przypominając sobie swój debiutancki sezon i całe to gówno, które ci faceci mi zafundowali. Robią to z miłości i jako zabezpieczenie, żeby mieć pewność, że dasz radę.
- Po co miałbym się w wolnym czasie wspinać na jakąś górę? - mruczy King, chwyta dużą gałąź i odrzuca ją do tyłu. - Szczególnie że w przyszłym roku mogą mi za to zapłacić? Poza tym jest zdecydowanie za zimno na łażenie po górach.
- Najlepszy czas na wyjazd - argumentuję, kręcąc głową. - Turyści już wyjechali.
King uśmiecha się ironicznie.
- Myślałem, że turystki to to, co lubisz najbardziej.
- Te gorące i samotne - dodaję z przymrużeniem oka.
King unosi brew.
- No nie wiem, stary... Przygotowujemy tę linię od tygodnia, a ty flirtowałeś tylko z jedną kelnerką, gdy wyszliśmy coś zjeść.
Wzruszam ramionami.
- I co z tego?
- Cóż, to do ciebie niepodobne. Czy to ma coś wspólnego ze Scottie?
Rozmowa o tej kobiecie podnosi mi ciśnienie.
- Dlaczego, kurwa, miałoby to mieć z nią cokolwiek wspólnego?
- Tylko pytam... Xander powiedział, że nieźle się napruliście w barze "U Shifty'ego" kilka tygodni temu. Podobno odwiózł twoją siostrę do domu, a ona wspomniała, że się spotkaliście, bo masz problemy z dziewczyną.
- Nie mam p r o b l e m ó w z d z i e w c z y n ą - prycham. - Nic nie ma między mną i Scottie. Nie żeby to miało jakieś znaczenie, ale ona jest mężatką.
King się prostuje.
- Co? Jest mężatką?!
- Tak - prycham. Jakby to nie było nic wielkiego. Jakbym nie zniszczył komuś małżeństwa. Jakbym nie spał z żoną innego mężczyzny.
- Czyją jest żoną?
Zgrzytam zębami. Chętnie porozmawiałbym teraz o czymkolwiek innym.
- Nie jestem pewien. - Zbieram kilka gałęzi i odrzucam je na bok, unikając wzroku kumpla.
- No cóż, mówiłeś, że jest mężatką. - King wyciąga rękę w bok. - Nie wiesz, kim jest jej mąż?
Jezu, kurwa. Znajduję gałąź, rzucam nią z całej siły i się prostuję.
- Kurwa mać, nie mam pojęcia! Gówno wiem o tej kobiecie. Jeśli chcesz wiedzieć, kim jest jej mąż, zapytaj ją! - Kręcę głową i podchodzę, żeby sprawdzić postępy ekipy pracującej piłami łańcuchowymi.
- Dobra, spokojnie.
Obracam się na pięcie.
- Jestem spokojny! - śmieję się, żeby być bardziej przekonujący. - Po prostu nie rozumiem, dlaczego mnie wypytujesz o osobę, z którą nie mam nic wspólnego.
Zapada niezręczna cisza. Chyba trochę przesadziłem z reakcją na jego pytania o Scottie.
King mamrocze do siebie:
- Zamężna... To takie cholernie dziwne. Na pewno rodzi więcej pytań niż odpowiedzi.
Co to ma znaczyć? Nie powinienem pytać, ale nie umiem kontrolować impulsów.
- Co masz na myśli?
Mój kumpel wzrusza ramionami.
- Nic.
Narasta we mnie gniew.
- Nie, dlaczego uważasz, że to dziwne?
King rozbudził moje zainteresowanie. Co on wie? Czy coś słyszał? W małych miasteczkach ludzie potrafią plotkować całymi dniami, ale od czasu do czasu trafia się jakaś prawdziwa informacja. Jeśli to ma związek ze Scottie, chcę o tym wiedzieć, choć to wbrew zdrowemu rozsądkowi. Najwyraźniej jestem łasy na bycie karanym.
Może to tylko podsyci moją złość na nią, ale nie potrafię się od tego uwolnić. Jestem tak wkurzony, że zaczynam mieć na jej punkcie obsesję. Nikt nie wie, że ze sobą spaliśmy. No cóż, poza Dixonem. Wstydzę się poruszyć ten temat z Kingiem czy Xanderem, choć praktycznie rzecz biorąc, są przecież moimi braćmi. Najwyraźniej jednak i tak podejrzewają, że coś między nami zaszło.
- A co cię to obchodzi? - kpi King. - Nie masz z nią nic wspólnego.
Dupek. Ma rację. Nie wiem, jak się odszczekać, więc nie odpowiadam.
- Robisz się za stary na takie zabawy - dorzuca Bobby, który podsłuchuje naszą rozmowę. - Kiedy się w końcu ustatkujesz?
Odwracam się na to absurdalne pytanie. Najwyższy czas wracać do pracy.
- Ogień to moja jedyna kobieta. Jest okrutna i seksowna.
- Masz swój typ - dodaje King.
Chichoczę i spluwam na ziemię.
- Mam.
Scottie
Planuję maksymalnie wykorzystać te kilka dni wolnego, nim zacznie prószyć - coś, na co czekam z niecierpliwością. Nigdy nie byłam w miejscu, gdzie jest dużo śniegu, i nie mogę się doczekać mojej pierwszej zimy w stanie Waszyngton. Może nawet nauczę się jeździć na nartach albo snowboardzie. Na małym pagórku... takim dla dzieci... może nawet dla noworodków, jeśli taki mają. Dobrze chodzę, ale myśl o zjeżdżaniu ze zbocza góry sprawia, że zimny pot zalewa mi czoło.
Jutro czeka mnie pierwsza poważna wycieczka w góry. Wędrowałam już po niektórych częściach stanu Arkansas, ale krajobrazy Wybrzeża Północno-Zachodniego są zdecydowanie inne. Nie dość, że są tam ośnieżone góry, to drzewa są potężniejsze, rośliny bardziej zielone, a lasy ciemniejsze i gęstsze. Moje pragnienie zanurzenia się w naturze nigdy nie było silniejsze.
Po tej całej sprawie z Callahanem nie mogę polegać na tym, że inni mnie uszczęśliwią. Właśnie po to się wyprowadziłam. Jak długo poświęcałam własny spokój, żeby inni mogli czuć swój? Mam d o ś ć. Jeśli chcę odnieść sukces w tym świecie, muszę chronić swoje serce i nie dzielić się nim tak szczodrze, nawet jeśli robię to tylko dla z a b a w y.
Ta wyprawa jest ważna. To część procesu odnajdywania siebie. Nigdy nie będę już tą osobą, którą byłam kiedyś, i nie chcę tego. Czas więc stworzyć wersję siebie, którą mogę kochać. Aby kiedyś ktoś inny też mógł mnie pokochać.
To przedsięwzięcie, które udowodni, że potrafię pokonywać przeszkody, czy to będą góry, czy seksowni faceci. Świadomie wybrałam Quell's Peak. Szlak jest wymagający, ale nagrodą są urzekające widoki. Nie planuję wejścia na szczyt, ponieważ wierzchołki są ośnieżone, a ja nie mam odpowiedniego sprzętu. Moim celem jest dotarcie do fałszywego szczytu10, który będzie moją metą.
Odrobiłam pracę domową. Na Quell's Peak prowadzi trasa o długości blisko dwudziestu kilometrów. Trzeba przejść ją tam i z powrotem, bo szlak nie tworzy pętli. Pokonam jednak tylko jakieś piętnaście kilometrów. Któregoś dnia zaliczę całą trasę, która prowadzi przez dość płaski teren pokryty lasem, a potem stopniowo się wznosi, aż dochodzi do szczytu, pod którym otwiera się przestrzeń pokryta piargami. Według raportów ze szlaku ten odcinek jest też pokryty śniegiem.
O tej porze roku mogą występować oblodzone fragmenty, ale powinny być łatwe do pokonania bez specjalistycznego sprzętu. Najtrudniejszy odcinek to ostatnie półtora kilometra, ale ja nie mam w planach jego przejścia. Chętnie sprawdzę go innym razem, ponieważ według wielu wędrujących widok ze szczytu jest spektakularny. Wrócę, żeby go zdobyć w przyszłym roku, ale jutrzejsza wyprawa da mi poczucie kontroli, za którym tak tęsknię.
Pakuję do plecaka wodę, przekąski, apteczkę oraz kurtkę i kładę go obok najcenniejszej rzeczy, jaką posiadam: butów. Po raz ostatni sprawdzam prognozę pogody. Zapowiada się, że za kilka dni mogą nadejść burze, ale jutro ma być pogodnie. Idealny czas na wędrówkę.
Opadam na łóżko, podłączam ładowarkę do telefonu i ustawiam budzik. Jestem gotowa.
***
Gdy słońce wstaje, myję zęby i związuję włosy w kucyk. Palcami wcieram krem z filtrem w twarz i szyję, gdzie skóra będzie odsłonięta. Strój na cebulkę jest ważny, dlatego jako warstwę bazową zakładam cienką koszulkę termiczną, która odprowadza wilgoć z ciała podczas wędrówki.
Po zgaszeniu światła w łazience wracam do łóżka i na legginsy naciągam spodnie trekkingowe. Są wiatroszczelne i mają kilka małych dziurek, powstałych podczas użytkowania. Kucam na brzegu dmuchanego materaca, wkładam na stopy grube skarpety, a następnie poruszam palcami. Obok leży wełniany sweter, który będzie moją warstwą środkową. Zabiorę go ze sobą do samochodu i założę, nim wyruszę na szlak. Ostatnią wierzchnią warstwą jest kurtka puchowa w ciemnopomarańczowym kolorze, którą zgniotłam w kulkę i włożyłam do plecaka. Ta kurtka to prawdopodobnie druga najcenniejsza rzecz, jaką posiadam, i mam nadzieję, że zabezpieczy mnie podczas tej wędrówki - oraz tych wszystkich zimnych i mokrych zimowych miesięcy, które nadejdą.
Biorę batonik zbożowy, żeby zjeść go po drodze, nim ruszę na szlak, i chowam go do kieszeni spodni, po czym wskakuję w buty trekkingowe i je sznuruję. Prawy but mnie ciśnie, więc rozwiązuję go, poprawiam i powtarzam cały proces. Znacznie lepiej. Z wełnianym swetrem w jednej ręce oraz plecakiem na ramieniu chwytam kluczyki i wychodzę, zamykając za sobą drzwi.
***
Niebo jest prawie bezchmurne, kiedy parkuję przy początku szlaku. Stoi tu jeszcze jedno auto, więc najwyraźniej nie jestem jedyną osobą, która uznała, że to dobry dzień na wędrówkę. Nim tu dotarłam, najpierw zawróciłam. Szukałam właściwego drogowskazu, ale po chwili jeżdżenia w kółko w końcu się zatrzymałam, żeby zapytać o drogę. Dowiedziałam się, że nie jest oznakowana. Pomocne.
Gdy już dojechałam dość daleko, okazało się, że droga prowadząca na parking jest kręta, a z wąskiej, żwirowej ścieżki tu i tam wystają kamienie. Z powodu problemów z nawigacją oraz wolniejszej, niż zakładałam, jazdy, ruszam na szlak znacznie później, niż pierwotnie planowałam. Jednak teraz, kiedy już tu jestem, nie mogę się doczekać, żeby oddalić się od parkingu. Mam przed sobą piętnaście kilometrów i nie mogę się ociągać, bo będę zmuszona zawrócić przed dotarciem do celu.
Wysiadam z auta, naciągam przez głowę sweter, zamykam samochód i chowam kluczyki do jednej z kieszeni plecaka, po czym zarzucam go na ramiona i zapinam pasek na piersi. Idę w kierunku drewnianego znaku z wyrzeźbionym napisem SZLAK QUELL'S PEAK i zapinam pas biodrowy.
Odłamki skalne chrzęszczą pod moimi butami. Trasa zaczyna się od żwirowej ścieżki, która staje się coraz bardziej stroma, aż dociera na szczyt, wijąc się przez gołoborze i kępy lasu. Krajobraz przede mną jest oszałamiający, a ja jestem pod wrażeniem jego dzikości. Podziwiam ogromne pasmo górskie usiane formacjami skalnymi, szmaragdowozielonymi drzewami i białym śniegiem. Mój uśmiech jest coraz szerszy z każdym krokiem.
Nie mija dwadzieścia minut, gdy dostrzegam innego wędrowca, który schodzi już ze szlaku. Zakładam, że to właściciel auta, które widziałam wcześniej - mężczyzna, sądząc po wzroście. Wątpię, żeby dotarł na szczyt. Musiałby tu być już kilka godzin temu. A może po prostu jest szybki i cholernie wytrzymały. Jego kroki są prawdopodobnie znacznie dłuższe niż moje. Wpatruję się w nierówną ścieżkę, od czasu do czasu zerkając w górę, ale kiedy następnym razem podnoszę wzrok, zauważam, że wygląda prawie jak... To niemożliwe. Poprawiam plecak i się prostuję.
Tak. To on. Spocony, seksowny Callahan Woods.
Nie robi na mnie wrażenia. Nie robi na mnie absolutnie żadnego wrażenia.
Czy ze mną wszystko w porządku? Nie. Ale czy będzie? Bez wątpienia.
Był dla mnie lekcją, bolesną, ale ważną, której musiałam doświadczyć: nigdy nie inwestuj więcej, niż jesteś gotowa stracić.
Nie żebym go kochała czy coś, to byłoby śmieszne, ale naprawdę go lubiłam, zanim pokazał mi swoje prawdziwe oblicze. Zanim potwierdził plotki.
Niczego nie pragnę bardziej od tego, by doświadczyć prawdziwej miłości do siebie. Teraz, kiedy zaczynam od nowa, jestem w o wiele korzystniejszym położeniu, by ją otrzymać, ale wciąż czuję, że startuję dekadę później niż moi rówieśnicy. Od teraz będę częściej wychodzić, poznawać nowych ludzi, skupiać się na pracy i przeżywać przygody. Będę żyć pełnią życia i budować własne szczęście.
W chwili, gdy Callahan mnie rozpoznaje, dostrzegam niedowierzanie w jego spojrzeniu. Ignorujemy się, dopóki nie podejdziemy bliżej. Sądząc po zmarszczonych brwiach, on też nie jest zachwycony moim widokiem.
- Hej. - W jego głosie słychać wesołość, jakby był równie zdumiony tym szalonym zbiegiem okoliczności co ja. Ciągle na siebie wpadamy, ale Sky Ridge to jedno, a to są góry.
- Cześć - rzucam, nie patrząc mu w oczy.
Może i bawi mnie ten zbieg okoliczności, ale nie ma potrzeby, żeby to okazywać. Już nic do niego nie czuję i chcę, żeby o tym wiedział.
***
Pięć godzin później przedzieram się przez gęsty zagajnik, a gdy ścieżka wyprowadza mnie spomiędzy drzew, dostrzegam zapierające dech w piersiach widoki. Wiatr smaga zbocze góry, a na ziemi coraz częściej pojawiają się oblodzone miejsca. Im wyżej się wspinam, tym silniejszy wiatr wieje, co jest normalne, ale niebo jest znacznie bardziej zachmurzone niż na początku. Chmury nie są jednak burzowe i szare. Wczoraj wieczorem przed snem sprawdziłam prognozę pogody i wszystko wydawało się w porządku. Zastanawiam się, czy powinnam zacząć schodzić, ale zerkam na zegarek. Zakładając, że jestem na tym odcinku szlaku, na którym mi się wydaje, że jestem, dotrę na fałszywy szczyt w niecałą godzinę. Jest za blisko, żeby się poddać i zawrócić.
Zatrzymuję się na chwilę, wyjmuję z plecaka puchową kurtkę, zakładam ją i zapinam pod samą brodę. Znacznie lepiej. Nie ma czegoś takiego jak zła pogoda, są tylko złe ubrania. Teraz, gdy wiatr nie przenika przez sweter, ciepło mojego ciała wypełnia kurtkę, która je zatrzymuje. Po ponownym założeniu plecaka na ramiona i dopasowaniu pasków idę dalej, zwiększając tempo.
Przedzieram się przez gołoborze, a wijąca się po nim ścieżka z każdym zakrętem staje się coraz bardziej stroma. Otaczające mnie skały są ogromne. Dwie z nich sprawiają, że przystaję. Budzą podziw. Ich kolosalny rozmiar wydaje się nie z tej ziemi. A przynajmniej dla kogoś spoza Wybrzeża Północno-Zachodniego.
Wkrótce ścieżka wiodąca przez gołoborze przechodzi w stromy odcinek szlaku biegnący zboczem góry. Prawie jestem na miejscu. Wiatr staje się głośniejszy i nie słyszę chrzęstu butów na podłożu. Zaczynają spadać płatki śniegu. Pada śnieg? Uśmiech pojawia się na mojej twarzy i zaczynam się śmiać. Śnieg! Mój pierwszy po przyjeździe do stanu Waszyngton! Chcę kręcić się w kółko jak Julie Andrews w Alpach11, ale zdrowy rozsądek podpowiada mi, że śnieg oznacza niepogodę. Jestem prawie na miejscu, a to tylko kilka lekkich podmuchów. Może to tylko śnieg zdmuchnięty ze szczytów z góry. Nie mogę się poddać, skoro jestem tak blisko.
Pędzę naprzód, jednak moje szybsze tempo zostaje gwałtownie skorygowane ze względu na dużą wysokość. Wypuszczam parę z ust i wdycham świeże, zimne powietrze przez nos, a moje serce walczy z nachyleniem terenu i rozrzedzonym powietrzem.
Zgodnie z tym, czego się dowiedziałam, to najbardziej stromy odcinek trasy - mocno kręty. Po pokonaniu dwóch serpentyn muszę zatrzymać się na łyk wody. Na szczęście ścieżka jest wystarczająco szeroka, więc nie muszę trzymać się kurczowo przy skalnej ścianie. Ciekawość bierze górę, więc wsuwam butelkę z wodą do plecaka i podchodzę do zewnętrznej krawędzi szlaku. Te kilkumetrowe głazy, które widziałam wcześniej, nie wydają się już takie duże.
Zew pustki. Jak łatwo byłoby po prostu... skoczyć. Uderza we mnie podmuch wiatru, na co się spinam, odpychając od półki skalnej. Małe kamienie kruszą się pod moimi dłońmi, spadają za krawędź i odbijają się od pionowej ściany na ścieżkę poniżej. Dobra, na dziś wystarczy tych natrętnych myśli. Cofam się od krawędzi i wybieram bezpieczniejszą pozycję przy ścianie skalnej. Podmuchy wiatru nasilają się, aż w końcu słyszę tylko je. Głośny, biały szum. Jedyne, co od czasu do czasu się przez niego przebija, to mój własny zdyszany oddech. Spoglądam w górę, by ocenić, że zostały mi jeszcze trzy lub cztery zakręty, zanim szlak przejdzie w coś bardziej łagodnego - fałszywy szczyt.
Kępka drzew nad serpentynami wyznacza moją linię mety. Zatrzymam się tam, żeby popodziwiać widoki, zrobię sobie krótką przerwę, a potem wrócę do samochodu. Gdy pnę się w górę, pojedyncze płatki śniegu przeistaczają się w coś szalonego i trudno stwierdzić, czy pada z góry, czy z dołu. Z pewnością spadnie tu jeszcze więcej śniegu, a za kilka tygodni ziemia, na której stoję, pokryje się białą warstwą.
Kolejny zakręt. Potem następny. Wiatr smaga odsłonięte części mojej twarzy i dłoni. Czemu nie wzięłam rękawiczek? Wsuwam zesztywniałe palce w rękawy kurtki. Już prawie jestem. Mój wzrok zatrzymuje się na jakimś punkcie w oddali i traktuję go jako punkt odniesienia - tam będę mogła odpocząć i napić się wody. Bardzo chcę schronić się przed wiatrem, ale potrzebuję też chwili na złapanie oddechu.
Kolejny zakręt. Moje ciało woła, żebym zawróciła, bo jeśli będę szła dalej, nie będę miała wystarczająco dużo energii ani czasu, by zejść, ale nie mogę się teraz poddać. Muszę dokończyć to, co zaczęłam. Gdyby było łatwo, nie byłoby to satysfakcjonujące.
Zimno uderza we mnie z każdym krokiem, gdy nabieram wysokości. Wiedziałam, że to będzie trudny cel. Idź dalej. Jestem już prawie przy miejscu, które wyznaczyłam sobie na odpoczynek, kiedy nagle zaskakuje mnie dudnienie. Od dwudziestu minut słychać tu jednostajny biały szum. Co mogłoby być wystarczająco głośne, by przebić się przez ryk wiatru?
Zatrzymuję się, zrywam kaptur z głowy i mam nadzieję, że uda mi się lepiej zrozumieć, skąd dochodzi to dudnienie i chrzęszczenie. Włosy jeżą mi się na karku i zamieram. Hałas cichnie, niosąc ze sobą dźwięk pękającego popcornu. Następny głuchy odgłos ponownie uruchamia dudnienie, przerywane od czasu do czasu kolejnymi trzaskami, co brzmi, jakby ktoś łamał wykałaczki albo... d r z e w a.
Krew odpływa mi z twarzy, kiedy przypominam sobie jedno z wydarzeń, które miały miejsce w Owczarni, gdy jej mieszkańcy chcieli zbudować gigantyczny krzyż na szczycie wzgórza. To był ogromny pomnik z jakiejś odlewni na zachodzie. W pobliżu wierzchołka znajdowały się niebezpieczne głazy. Użyto więc buldożera, żeby zepchnąć je ze wzgórza i mieć pewność, że nie poruszą się podczas stawiania krzyża i nie narażą robotników na niebezpieczeństwo. Byłam tam, kiedy ruszali te ogromne głazy. Teraz nie mam wątpliwości - to trzask miażdżonych drzew, gdy potężne skały torują sobie nowe ścieżki. To albo lawina skalna, albo spadający głaz.
Jeśli to drugie, może będę miała szansę go uniknąć, ale jeśli to lawina kamieni, prawdopodobnie już nie żyję. Tumany śniegu znikają na tle białego nieba, gdy patrzę w górę, ale nic nie widzę. Rozglądam się po półce skalnej w poszukiwaniu spadających kamieni lub ziemi. Czy trzymać się ściany? Trzaski narastają, aż brzmią jak strzały z pistoletu. Ręce mi się trzęsą. Kamień wielkości cegły spada jakieś trzy metry za mną.
Uciekaj.
Odpinam plecak i go upuszczam. Bez niego mogę poruszać się szybciej i jestem mniejszym celem niż wtedy, gdy go noszę. Echo łamanych drzew ustępuje miejsca odgłosowi spadającej gleby i jednostajnemu dudnieniu, kiedy kamienie uderzają o ziemię za mną, goniąc mnie, gdy wspinam się coraz wyżej. Raz po raz powtarzam w myślach modlitwy, których nauczyłam się w dzieciństwie. Serce mi wali w piersi, aż przebieram nogami mocniej niż kiedykolwiek wcześniej.
Potem wszystko milknie, a świat pogrąża się w ciemności.
Callahan
Nie mogę się skupić na drodze powrotnej. Moje myśli krążą wokół pewnej zmory, która ma jakieś metr sześćdziesiąt i włosy w kolorze rdzawy blond. Wjeżdżam pick-upem do wolnostojącego garażu za domem, biorę plecak, wyskakuję i trzaskam za sobą drzwiami. Gdy wpisuję kod, by zamknąć drzwi, z nieba spada kilka płatków śniegu.
Lepiej, żeby nie próbowała zdobywać szczytu, skoro nadciąga burza. Odwróciłem się, żeby ją zatrzymać i upewnić się, że zna prognozę pogody, ale po jej niezbyt radosnym "cześć" duma wzięła nade mną górę i zszedłem ze szlaku. Nie wspominając już o tym, że kiedy wpadliśmy na siebie podczas biegania, kazała mi się trzymać od siebie z daleka. Powinienem był coś powiedzieć.
Wędrowała już wcześniej po górach, powinna znać zasady, a poza tym nie jestem za nią odpowiedzialny. Nigdy nie byłem. Ma męża, więc to on musi się o nią martwić.
Gdzie w ogóle jest jej mąż?
Otwieram tylne drzwi mojej rudery i wchodzę do kuchni. Z hukiem upuszczam plecak. Gdy rozwiązuję buty, w kieszeni wibruje mi telefon, więc go wyciągam.
XANDER:
Właśnie zobaczyłem, że w pobliżu Quell's przemieszcza się jakieś cholerne gówno. Odpisz mi, żebym wiedział, czy mam usunąć historię twojej przeglądarki i zacząć planować twój pogrzeb. Chciałeś striptizerki, prawda?
JA:
Właśnie wróciłem do domu. Wcześnie wyruszyłem. Tak, striptizerki. Te dobre z Vegas.
XANDER:
Darlene z Hangers powiedziała, że zrobi to za połowę ceny.
JA:
Dogadane.
Wsuwam telefon z powrotem do kieszeni i wracam myślami do Scottie. Czy ona nadal tam jest? Wyglądam przez okno i widzę, że ciągle pada śnieg. Góra to ostatnie miejsce, w którym chcesz się znaleźć podczas burzy. Sprawdzam czas. Zapewne już zeszła i siedzi w samochodzie.
Zapewne.
Odpędzam niepokojące myśli i otwieram lodówkę, żeby zgarnąć rzeczy na kanapkę. Chwytam nóż do masła i odkręcam nakrętkę od majonezu. Scottie nie wie, jaka jest pogoda w górach Wybrzeża Północno-Zachodniego. Rzucam nożem o blat i wyrywam telefon z kieszeni. Cholera jasna.
JA:
Hej. Zeszłaś ze szlaku?
Kończę robić kanapkę. Mój wzrok wędruje to na posiłek, to na ekran telefonu. Czekam, aż pojawi się na nim powiadomienie o wiadomości. Za każdym razem, gdy na niego zerkam, widzę swoje gniewne odbicie na ciemnym ekranie.
Kładę kromkę chleba na wierzchu, biorę talerz z jedzeniem i siadam na krześle przy stole. Nadal nic. Odgryzam kęs i żuję, czekając na jej odpowiedź, ale ta nie nadchodzi.
Minęło prawie dziesięć minut, odkąd do niej napisałem. Zlizuję smużkę majonezu z kciuka i ponownie odblokowuję telefon. Powinna mieć zasięg, skoro zeszła z góry. Martwienie się o kobietę, za którą nie jestem odpowiedzialny, psuje mi lunch. To głupie. Klikam ikonę połączenia obok jej imienia i odchrząkuję w oczekiwaniu na sygnał, ale od razu włącza się poczta głosowa. Po pięciu sekundach próbuję ponownie. Poczta głosowa. Cholera.
- Cholera, Scottie - mruczę. - Lepiej nie zachowuj się jak idiotka.
Podgłaśniam dzwonek i zabieram ze sobą telefon do łazienki, bo chcę wziąć prysznic. Spłukując szampon z włosów, uświadamiam sobie, że Scottie mogła zablokować mój numer. Matt pewnie ma z nią kontakt. Kończę się myć i wycierać, a potem stukam w jego imię, żeby wybrać numer.
- Hej. To zabrzmi dziwnie, ale możesz zadzwonić do Scottie i powiedzieć, czy odbierze?
Chodzę w tę i z powrotem, aż orientuję się, że stoję w pustym salonie. Szlifuję teraz starą drewnianą podłogę i w zeszłym tygodniu przeniosłem wszystkie meble do gabinetu.
Matt się śmieje.
- Jest jakiś powód, dla którego nie zrobisz tego sam?
- Włącza się poczta głosowa, ale mogła zablokować mój numer. - Wzdycham.
- Rozumiem. - Matt jest rozczarowany. Pewnie zakłada, że odwaliłem jeden z tych swoich głupich numerów, ale niech sobie myśli, co mu się żywnie podoba. - Tak, daj mi chwilę. Oddzwonię.
Rozłączam się, kręcę głową i opieram się o ścianę. Wpatruję się w duże frontowe okna, a niepokój we mnie narasta. Minutę później na ekranie pojawia się imię Matta i przesuwam palcem, żeby odebrać, zanim telefon zdąży zadzwonić.
- Hej - mówię.
- Włącza się poczta głosowa - informuje mnie.
Ściskam nasadę nosa.
- Jasne. Dzięki.
Kończę połączenie, pocieram kark i jęczę, po czym wkładam trampki i wychodzę. Mój kciuk stuka w kierownicę w równym tempie, gdy wjeżdżam na jej ulicę.
- No dalej... Bądź w domu. Bądź w domu. Pokaż mi tę swoją kupę złomu, tego rozklekotanego rzęcha, żebym mógł wrócić do domu i skończyć z tym gównem.
Gdy dziś rano obejrzałem jej samochód, byłem w szoku, że w ogóle przejechał ze Sky Ridge do miejsca wejścia na szlak.
Wszelka nadzieja pryska, gdy moim oczom ukazuje się pusty parking. Uderzam pięścią w kierownicę.
- Kurwa!
Jedynym sposobem, żeby się upewnić, czy zeszła z gór, jest powrót do początku szlaku i sprawdzenie, czy jej samochód nadal tam jest. A jeśli tak, to co? Mam po nią iść? Moja natychmiastowa odpowiedź to stanowcze: Tak, do cholery.
Instynkt podpowiada mi, że Scottie jest na górze, co oznacza, że nie mogę pojawić się nieprzygotowany i muszę działać szybko. Czeka ją poważna kara, kiedy sprowadzę ją z powrotem do Sky Ridge. Nie mogę uwierzyć, że sam sobie każę po nią iść. Nie wiem, co mnie tam czeka, ale w myślach kłębią mi się czarne scenariusze. Co, jeśli spadła? Albo spotkała się z pumą? Co, jeśli się zgubiła i błądzi gdzieś kilometry poza szlakiem? Nigdy bym jej nie znalazł.
Naciskam pedał gazu. Opony w moim pick-upie piszczą, gdy skręcam na podjazd i przełączam automatyczną skrzynię biegów w tryb parkowania. Po otwarciu tylnych drzwi do domu zamieniam trampki na buty trekkingowe i biorę plecak, do którego wkładam rzeczy na każdą ewentualność, jaka przychodzi mi do głowy. Raki, koc termiczny, dodatkowe butelki z wodą i dwie racje żywnościowe. Dodatkowo biorę plecak, którego używam podczas patrolowania terenu na nartach. Jest w nim to, co niezbędne do przetrwania: ogrzewacze do rąk, apteczka pierwszej pomocy, scyzoryk, lina i łopata lawinowa.
***
- Lepiej, Scottie, żebyś była w naprawdę popieprzonej sytuacji, bo idę po ciebie.
Ściskam kierownicę, zbliżając się do drogi prowadzącej do początku szlaku. Modlę się, żebym nie zobaczył jej samochodu. Wyciągam szyję, gdy wychodzę zza zakrętu, a mój wzrok pada na jej auto.
- O cholera.
Nadal tam jest.
Scottie
Tępy ból pulsuje mi za oczami. Marszczę brwi i się krzywię, powoli otwierając powieki. W prawym uchu czuję kłujący ból, a policzki pieką, jakby ktoś mnie uderzył. Nie jestem pewna, ile czasu zajmuje mi otwarcie oczu, ale kiedy to robię, wszystko pokrywa cienka warstwa białego puchu. Śnieg. W ustach mam piasek, jakbym zjadła go garść, przez co trudno mi przełykać.
Mięśnie i ciało są tak zmęczone, że z trudem powstrzymuję się od ponownego zamknięcia oczu i poddania się senności. Mrużę oczy, próbując zorientować się w terenie. Widzę podwójnie, co sprawia, że nie mogę wyraźnie zobaczyć otoczenia. To nie wygląda dobrze. Zbieram się w sobie, by sprawdzić, czy nie czuję drętwienia lub nie mam urazów. Ignoruję ból głowy i skupiam się na kończynach. Czy upadłam?
Jak się tu znalazłam?
Gdy tylko przyjmuję pozycję na czworaka, dostaję odruchu wymiotnego i obracam głowę w samą porę, by zwymiotować na bok. Nacisk na czaszkę się nasila, a ból sprawia, że widzę jasne światła, gdy zamykam oczy.
Badam palcami czoło i dotykam miejsca wzdłuż linii włosów, które jest pokryte brudem i się lepi. Cofam rękę i zauważam krew. Jęczę. Nie jest jasnoczerwona, więc to dobry znak.
Ostrożnie odwracam głowę, żeby ocenić otoczenie, i mam nadzieję, że nie zwymiotuję ponownie. Czy jestem na półce skalnej? Jakieś dwadzieścia metrów za mną jest skalna ściana, która wystaje poza zbocze. Jakby ktoś mnie podniósł i upuścił gdzie indziej. Czy szłam tędy i tego nie pamiętam? Mam objawy wstrząśnienia mózgu. Może jeśli znowu odpocznę, zamknę oczy i się ponownie obudzę, będę pamiętać, co się stało, i będę w stanie to wszystko pojąć. Ale w mojej głowie rozbrzmiewa cichy głosik, który nie chce o tym słyszeć. Wstawaj.
Opieram się dłonią o ścianę skalną po prawej stronie, żeby utrzymać równowagę, i mrużę oczy, zasłaniając je dłonią, gdy mój wzrok wędruje w górę. Od razu robi mi się niedobrze, więc trzymam głowę nisko. Koniec z patrzeniem w niebo. Gdy odsuwam się od ściany, pozostawiam na niej czerwone smugi.
Osuwam się na tyłek i opieram o prawie pionową skałę. Wszystko dociera do mnie z opóźnieniem, gdy spostrzegam ścieżkę, która wznosi się po mojej prawej stronie. Szlak jest tuż obok, więc nie mogę być na półce skalnej. Zaraz... Znów zerkam w lewo i mimo przeszywającego bólu głowy zmuszam się, by skupić wzrok. To nie ściana, tylko sterta ziemi i kamieni. Niektóre wielkości grejpfrutów, inne piłki do koszykówki, a jeszcze inne - volkswagena. Wszystko pokryte tą samą cienką warstwą śniegu. Lawina kamienna. Cofam się jak krab, próbując odsunąć się od niej jak najdalej.
Cholera jasna. Śmiech wyrywa mi się z ust. Jak to możliwe, że jeszcze żyję? Rozbawienie szybko przeradza się w łzy, gdy pojawia się nowy problem: muszę zejść z tej góry, a nie widać drogi powrotnej. Skały blokują mi wyjście. Co więcej, upuściłam plecak i nie widzę po nim śladu. O ile wiem, jest zakopany pod stertą kamieni. Opieram się jedną ręką o ścianę skalną po wewnętrznej stronie ścieżki i próbuję wstać, sprawdzając, czy mogę przenieść ciężar na nogi. Robi mi się niedobrze, więc opieram się o górę i delikatnie opuszczam ciało, aż znów ląduję na tyłku.
Nie mam zapasów. Smagają mnie wiatr i śnieg, temperatura gwałtownie spada, a ja nie mam jak zejść. Zwijam się w kłębek i chichoczę z ironii losu. Po prostu zamieniłam szybką śmierć na powolną.
Triaż. Priorytetem jest ucieczka przed żywiołami. Jak mam się schronić przed wiatrem? Jeśli wejdę wyżej, podmuchy będą się tylko nasilać. Wpatruję się w kupę skalnego gruzu... Czy dam radę się na nią wgramolić? Nie ma mowy. Ledwo stoję, a co dopiero samotna wspinaczka po luźnej stercie głazów, które mogłyby mnie łatwo przysypać albo zrzucić ze zbocza.
Uderza we mnie podmuch i gwałtownie wciągam powietrze. Oczy łzawią mi od wiatru i cząstek gleby. Jeśli zostanę w tym miejscu, niedługo na moich rzęsach pojawi się szron. Mam większe szanse na pokonanie skał niż żywiołów. Kulę się w jednym z zakamarków, dając sobie kilka minut na odpoczynek, zwinięta w kłębek. Unoszę palec wskazujący, poruszam nim na boki i śledzę go wzrokiem. Nie chwieje się już jak wcześniej, oczopląs zanika.
Czy mogłabym jakoś zjechać ze skalnego występu?
Skradam się na czworakach ku krawędzi ścieżki. Moja percepcja głębi nie jest stuprocentowa, ale oceniam, że jest jakieś sześć, może dziewięć metrów w dół. Szukam uchwytów lub korzeni, lecz bezskutecznie. Przeżycie upadku jest możliwe, ale nie będę w stanie się ruszyć. Otrząsam się z negatywnego obrazu mojego ciała rozbryzganego na ścieżce poniżej.
Cofam się do sterty kamieni i dostrzegam mniejszy głaz, mniej więcej wielkości małego stołu kuchennego w moim mieszkaniu. Zalega tuż obok podstawy większego kamienia. Chwiejnym krokiem wspinam się na niego i macając, sprawdzam ten ogromny, blokujący ścieżkę. To na nic. Nad tym dużym wisi kamienna płyta. Nawet gdybym zdołała wdrapać się po prawie pionowej stronie dużego głazu, nie miałabym jak przejść tej płyty. Gdybym była doświadczonym wspinaczem, może miałabym szansę, ale jestem nowicjuszem z urazem głowy.
Nie mogę tego obejść. Nie mogę przez to przejść.
Za kamieniem wielkości stołu jest wolna przestrzeń, jak wejście do mini jaskini. Czy się tam zmieszczę? Nie mam pojęcia, jak stabilny jest ten głaz - mógłby się poruszyć i mnie zmiażdżyć. Jak mogę umrzeć? Niech policzę, ile jest możliwych sposobów...
Ostrożnie schodzę z powrotem na ziemię i kucam na czworaka, żeby zbadać szczelinę utworzoną przez kilka większych głazów.
- O mój Boże.
Przebłyski światła witają mnie z drugiej strony, a między skałami a górą jest wąski korytarz. Nie wygląda na szczególnie głęboki. Może na jakieś trzy metry? Trudno powiedzieć. Przejście wydaje się zwężać, zanim się rozszerza, więc musiałabym się czołgać na brzuchu, a nawet wtedy byłoby ciasno. Mogłabym znaleźć się w jednej z tych sytuacji, gdy trzeba odciąć sobie rękę, żeby uciec. Jak lis odgryzający sobie własną nogę.
Przynajmniej mam wystarczająco dużo miejsca, żeby schować się za mniejszym głazem i osłonić przed wiatrem. Wyciągam szyję, żeby znów zajrzeć w ciasną przestrzeń. Jestem pewna, że mogłabym przecisnąć się przez skały na przeciwległym końcu korytarza i wyjść z drugiej strony, gdybym tylko się tam dostała. Już sobie wyobrażam odgłos, jaki by wydały, gdybym je odepchnęła. Sięgam do szczeliny, a potem wyszarpuję rękę.
- Nie bądź idiotką, Prescott. Ten głaz nigdzie się nie ruszy.
Tak, ile osób mówiło to samo o tym głazie, kiedy leżał na szczycie góry?
Opieram się na łokciach i jeszcze raz badam przejście. Widzę, co jest po drugiej stronie, ale czy dam radę? Trudno rozszyfrować, czy to kwestia perspektywy, czy błąd w moim postrzeganiu głębi, ale jeśli uda mi się przejść, powinnam móc zejść ze szlaku, zakładając, że nie napotkam kolejnej podobnej przeszkody.
Jeśli utknę albo szyb się zawali, gdy będę próbowała przejść... No cóż, wtedy chyba zostanę Zielonymi Butami12 na Quell's Peak i będę leżała zamarznięta aż do wiosny albo do momentu, kiedy padlinożercy się do mnie dokopią i oderwą mi gnijące kończyny. Przyjemna wizja. To nienajgorszy sposób na śmierć. W końcu, ilu ludzi może powiedzieć, że zginęło między głazem a górą? Chyba nikt nie może, wszyscy są martwi. I o to chodzi!
Albo to, albo śmierć z wychłodzenia. Gdybanie to strata czasu, którego nie mam. Może tego nie przeżyję, ale przynajmniej spróbuję.
Opadam na brzuch i wślizguję się w szczelinę.
- Wybierz się na wędrówkę, Scottie! Zdobądź niezależność... Świat stoi przed tobą otworem! - mruczę, kpiąc z siebie. - No i jak cała ta twoja wolność, kochanie? Czujesz się już wyzwolona?
Moje ramiona się unoszą, gdy schylam głowę i próbuję przecisnąć się między dwoma głazami. Wciągam się głębiej i słyszę głośny dźwięk rozdzieranego materiału - moja kurtka. Wiatr świszcze przez szczelinę, wzbijając tumany kurzu, które wchodzą mi w oczy.
- Nienawidzę tej góry. Zero na pięć gwiazdek... Głazy fatalnie rozmieszczone - jęczę. - Brak personelu... Brak udogodnień... - Przemieszczam się o kilka centymetrów. - Sklep z pamiątkami jest do bani... - Kolejne centymetry. - Zaoszczędź sobie czasu i przeczołgaj się przez przepust w rowie.
Trudno mi oddychać, bo moje żebra nie mają wystarczająco dużo miejsca, żeby się rozszerzyć. Odpoczywam i pozwalam oddechowi się uspokoić. O eksploracji jaskiń wiem niewiele, ale wystarczająco dużo, żeby zrozumieć, że panika to coś złego.
Gdy jestem gotowa, próbuję się przesunąć do przodu, ale z rękami podciągniętymi jak T-Rex czuję, jakbym nie mogła się ruszyć. Przede mną nie ma wystarczająco dużo miejsca, żeby się wyciągnąć. Próbuję się cofnąć, ale też nie mogę. Zachowaj spokój. Nie utknęłaś tu, musisz tylko rozluźnić mięśnie. Robię wydech. Zamykam oczy i skupiam się na rozluźnieniu ciała. Ale marznę, a każda kończyna wydaje się sztywna. Powolutku ruszam palcami i w końcu pierwsza dłoń zsuwa się w dół. Centymetr po centymetrze wykręcam drugą, żeby wyciągnąć ją nad głowę. Muszę wyjąć rękę spod siebie, ale natrafiam na ostrą krawędź. Zatrzymuję się i ponownie oceniam sytuację, próbując obrócić ramiona. Nie działa. Jeśli mój łokieć utknie przede mną, to będę w stanie utrzymać jeszcze mniej ciepła. Jestem zmęczona.
Z osłabionymi, sztywnymi mięśniami moje ciało nie jest w stanie poruszać się z taką swobodą jak wcześniej.
Jest tak zimno.
Bolą mnie dłonie. Zaciskam je w pięści, a one pulsują, gdy odmrożenie zaczyna dawać o sobie znać. Kopię stopami, szukając oparcia na czymkolwiek, co pomogłoby mi się obrócić. Bez skutku. Im bardziej walczę, by się uwolnić, tym mniej mam miejsca. Z każdym nieudanym ruchem myśl o śmierci staje się łatwiejsza do zaakceptowania. Są szanse, że mi się nie uda. Znów się wiercę, próbuję się obrócić. Nie jestem gotowa się poddać, ale poruszenie się choćby o centymetr wymaga tyle wysiłku.
Czy ja się w ogóle przesuwam?
Powieki mi ciążą. Przechylam lekko głowę i dostrzegam koniec wąskiego korytarza. Nie może być dalej niż dwa metry ode mnie, ale równie dobrze mógłby być oddalony o dziesięć kilometrów, bo szczelina zwęża się, zanim się ponownie rozszerza, a ja... u t k n ę ł a m. Żadna skała nie drgnie. Łza spływa mi po skroni, a w gardle czuję gulę. Mój samochód jest tutaj. Ktoś znajdzie moje ciało.
Kolejna łza spływa, a ja pociągam nosem, wciągając lodowate powietrze do płuc. Zamykam oczy i wypuszczam wąski strumień powietrza przez usta. Nie wygląda to dobrze.
Znam ludzkie ciało - wiem, do czego jest zdolne, a do czego nie. Zamarznięcie na śmierć nie jest najgorszym sposobem na śmierć. Wręcz przeciwnie, jest całkiem korzystne. Teraz bolą mnie palce u rąk i nóg, ale w końcu stracę czucie i ból całkowicie ustąpi. Potem moje serce zacznie wysysać krew z dłoni i stóp, co wywoła chwilowe uczucie ciepła. Gdy temperatura mojego ciała gwałtownie spadnie, ogarnie mnie senność. Zadzieje się to delikatne, jakbym zasypiała. Kiedy stracę przytomność, moje organy będą odmawiać posłuszeństwa jeden po drugim, aż nastąpi zatrzymanie akcji serca.
To naprawdę proste.
Ten korytarz nie jest moją ucieczką - to mój grób. Mocuję się, żeby przekręcić ciało, ale nie mam sił. Jestem zbyt zmęczona. Ogarnia mnie spokojna akceptacja, opieram głowę o ramię i zamykam oczy.
Callahan
Nie tak wyobrażałem sobie dzisiejszy dzień. Akcja ratunkowa to nie jest dobry pomysł. Właściwie to jest cholernie idiotyczny pomysł, ale tam na górze jest ktoś, kto potrzebuje pomocy. Nieważne, że to Scottie - choć sam fakt, że to ona, daje mi kolejny powód do wściekłości. Nie mogę uwierzyć, że byłaby tak lekkomyślna. To mądra kobieta, za mądra na coś takiego.
Po przebyciu jakichś dziesięciu kilometrów zatrzymuję się na odpoczynek. Wyciągam raki, zakładam je na buty trekkingowe i naciągam gogle narciarskie, żeby nie czuć podmuchów wiatru. Po zamknięciu plecaka biorę łyk wody i idę dalej. Jestem przyzwyczajony, że w sezonie pożarów forsuję ciało i docieram do granic jego możliwości, ale ta burza robi się paskudna. W pewnym momencie włączy mi się instynkt samozachowawczy i będę musiał podjąć decyzję, by zawrócić. Wspinałem się kilka razy w różnych górskich regionach Stanów Zjednoczonych. Uwielbiam trawersować górskie zbocza, żeby móc wspiąć się na kolejny szczyt, ale ta burza sprawia, że warunki są koszmarne.
Jak to możliwe, że jeszcze się na nią nie natknąłem? A co, jeśli nigdy jej nie odnajdę? Mogła zgubić szlak gdzieś po drodze i możemy być kilkanaście kilometrów od siebie. Czy znalazła jakieś schronienie? Przypominam sobie nasze wcześniejsze spotkanie i nie wyglądało na to, by miała sprzęt na dłuższą wyprawę. Ta trasa jest przeznaczona na jednodniowe wycieczki w tę i z powrotem. Scottie powinna w r ó c i ć.
Spoglądam na zegarek. Za kilka godzin zrobi się ciemno. Działam na czystej adrenalinie, która pozwala mi się dość szybko poruszać. Daję sobie jeszcze godzinę, a potem będę musiał zawrócić. Wkładam wodę do plecaka i idę dalej. Muszę przeszukać jak największy obszar przed zmrokiem, inaczej nie będę miał szans.
Cokolwiek ją trzyma na tej górze, nie może to być dobre. Z każdą minutą prawdopodobieństwo, że została ranna, rośnie, a szanse na jej odnalezienie maleją. Krzyczę jej imię i rozglądam się po okolicy, szukając jakiegokolwiek śladu. Wcześniej miała na sobie tylko sweter. Mogłaby umrzeć z samego wychłodzenia, gdyby nie założyła wierzchniej warstwy.
Dlaczego nie miałaby zawrócić, kiedy pogoda się pogorszyła? Scottie, którą znam, nie byłaby tak zdeterminowana do zdobycia szczytu, żeby ryzykować, ale przecież wiele rzeczy dotyczących Scottie niewłaściwie zrozumiałem.
Gdy zmierza się w kierunku szczytu, na jednym z odcinków pokrytych rumowiskiem skalnym trzeba się wspinać. Jest to dość łatwe dla doświadczonych wędrowców, ale podłoże bywa tam mniej stabilne. Szczyty górskie są narażone na ekstremalne temperatury i erozję przez cały rok. Spękany grunt jest luźny i bardziej niebezpieczny niż na niższych wysokościach. Nawet silny podmuch wiatru może wywołać lawiny skalne.
Dlaczego akurat ta kobieta? Jedyną osobą, której nienawidzę teraz bardziej niż jej, jestem ja sam. Nigdy nie powinienem był z nią spać, a teraz ryzykuję życie dla kogoś, kto kłamał.
Ból w kolanie sprawia, że żałuję, że nie owinąłem go bandażem, zanim podjąłem drugą próbę wspinaczki. Przedzieram się przez zagajnik, a przede mną odsłania się gołoborze i ścieżka z licznymi zakrętami. Układam dłonie przy ustach tak, by dźwięk się lepiej rozchodził, i krzyczę:
- Scottie!
Rozglądam się po otwartym terenie i dostrzegam niepasujący fragment. Może to jakaś formacja skalna, która wygląda dziwnie z tej perspektywy? Co to, do cholery, jest? Wygląda prawie jak mały nawis, ale jest za wysoko, żeby go zobaczyć.
Gdy przejdę przez gołoborze, zaczną się ścieżki kręte niczym serpentyny. Każda ma około sześćdziesięciu-dziewięćdziesięciu metrów, a ja opieram się impulsowi, żeby wspiąć się prosto na zbocze. Moje kolana tego nie wytrzymają. Po drugim zakręcie docieram do punktu, z którego rozciąga się panoramiczny widok na całą okolicę. Już nim przechodziłem. Mrużę oczy, szukając jakiegokolwiek ruchu poza ścieżkami. Nic.
Jesteśmy tu tylko my dwoje, ale równie dobrze moglibyśmy być na przeciwległych krańcach Ziemi. Spoglądam w górę, marszczę brwi i ściągam gogle, żeby sprawdzić, czy to pomoże mi lepiej ocenić dystans, ale jasny śnieg wirujący dookoła i oblepiający wszystko nie pozwala na uzyskanie żadnych dodatkowych informacji. Prawdopodobnie moje oczy płatają mi figle, ale każda nagła zmiana krajobrazu jest niebezpieczna.
Pokonuję kolejny zakręt i zauważam duży głaz na środku ścieżki, sięgający mi co najmniej do kolan. Nie przegapiłbym tego. Serce wali mi w piersi, nakazując, żebym przyspieszył. Następny głaz. Potem kolejny. I kolejny. Im wyżej się wspinam, tym bardziej teren jest usiany kamieniami różnej wielkości.
Wyrzucam z myśli obraz martwej Scottie tak szybko, jak ten się pojawia. Nie zniosę kolejnego trupa. Obrażenia... Jest ranna. Nie zdążymy wrócić na czas, jeśli jest ranna. Moja ręka odnajduje kieszeń i palcami macam breloczek do kluczy. To może być jedyna opcja.
Robię kolejny zakręt, wyciągam szyję, żeby spojrzeć przed siebie, i prawie zamieram, dostrzegając jedno z największych rumowisk skalnych, jakie kiedykolwiek widziałem. Strach przed tym widokiem to nic w porównaniu z lękiem, który mnie ogarnia, gdy moje spojrzenie ląduje na plecaku. Plecaku Scottie.
Kiedy się zbliżam, żołądek podchodzi mi do gardła. Myśl o tym, że została zmiażdżona pod tą gigantyczną stertą skał, sprawia, że pochylam się i prawie wymiotuję. Czemu miałaby zdjąć plecak? Wychylam się z półki skalnej i składam dłonie w miseczkę.
Krzyczę jej imię najgłośniej, jak potrafię, podchodząc z trudem do jej plecaka. Kurwa. Kurwa, kurwa, kurwa.
Dyszę, gdy dociera do mnie cichy dźwięk. Trudno go usłyszeć przez wiatr. Może to tylko moja wyobraźnia. Może to nic takiego. Znów krzyczę jej imię i tym razem coś słyszę... Słabo, ale mimo wszystko.
- Pomocy!
Otwieram szeroko oczy.
- Gdzie, Scottie? Krzycz dalej!
Mówi, że jest pod spodem, ale przecież nie może być uwięziona pod głazem, bo by nie żyła. Nawet znacznie mniejszy kamień mógłby ją zabić na miejscu. Jest tam mała sterta gruzu, więc zaczynam odgarniać luźną ziemię i kamienie.
- Tutaj! - krzyczy.
Przykładam policzek, zdejmuję gogle i mrużę oczy, wpatrując się w otwór. Jest ciemno, ale prześwituje trochę światła.
- Scottie?
- Tak! - szlocha. - Próbowałam się przecisnąć.
Cofam się na dźwięk jej głosu, czuję ulgę. Przełykam ślinę i ponownie opadam na ziemię.
- Jak mam się do ciebie dostać?
- Nie wiem... - wykrztusza. - Utknęłam. Próbowałam się przecisnąć. - Jej głos drży, jakby wstrząsały nią dreszcze. Pomimo gwizdu wydawanego przez przedostające się przez wąski otwór powietrze słychać nawet, jak szczęka zębami. Jest tu już od dłuższego czasu. To cud, że jeszcze żyje.
- Wyciągnę cię stąd, kochanie. Tylko zachowaj spokój.
Callahan
Zmuszam się, żeby odsunąć nadchodzący atak paniki i skupić się na zadaniu. Czas rozwiązać ten problem. Skalna barykada ma co najmniej cztery metry wysokości, a w niektórych miejscach pewnie i z pięć. Na szczęście od dziecka się wspinam, i to samotnie, co pozwala mi dostrzec kilka chwytów, choć to nie jest bezpieczna ściana. Każdy z kamieni mógłby się zsunąć, porywając mnie ze sobą lub zgniatając Scottie leżącą na dole.
Najpierw podnoszę jej plecak za jeden z pasków i rzucam go przez tę stertę. Jestem prawie pewien, że przeleciał na drugą stronę. Zaraz się dowiem, bo muszę się przedostać przez tę zaporę, żeby dotrzeć do Scottie.
Zdejmuję rękawiczki i chowam je do plecaka razem z brelokiem do kluczy. Planując trasę, zaciskam pięści. Wiatr mi nie sprzyja, a oprócz tego, że jest cholernie lodowaty, to jeszcze unosi cząstki ziemi, którymi sypie mi w twarz, więc jestem wdzięczny za gogle narciarskie. Kiedy czuję się wystarczająco pewnie co do wybranej trasy, skaczę, by złapać pierwszy chwyt. Natychmiast się ześlizguję i uderzam o ziemię. Cofam się o kilka kroków, a potem próbuję ponownie i za drugim razem się udaje.
Moje kostki bieleją, gdy zwisam z półki skalnej i wyciągam wolną rękę do następnego chwytu. Skała jest duża, ale może się ruszać, więc muszę działać szybko. Próbuję, jednak głaz się przesuwa i moje palce nie trafiają w wybrane miejsce. Celuję dłonią w otwór powyżej, na szczęście jest tam sporo żwiru, który zapewnia mi lepsze trzymanie. Zerkając w dół, stawiam stopę na małym występie skalnym, który znajduję na sąsiednim głazie. Robię to akurat wtedy, gdy kamień obok drga. Zamieram, czekając na jego kolejny ruch. To zdecydowanie najgłupsza rzecz, jaką kiedykolwiek zrobiłem.
Szczelina w jednej ze skał pozwala mi się chwycić lewą ręką. Moje palce drżą, gdy przesuwam się do następnego punktu, a potem do kolejnego. Kiedy przechodzę przez kamienną barykadę, zauważam, że po tej stronie jest wyraźnie więcej żwiru. Niewielka jego ilość jest w porządku, ale gdy jest go dużo, to może zmniejszyć tarcie.
Serce mi wali. Jeśli dotrę do podnóża tego głazu po mojej lewej, będę miał lepszy widok na drugą stronę. Lepiej, żeby ten skurwysyn nawet nie myślał o stoczeniu się na mnie. Przenoszę jedną dłoń, chwieję się, po czym unoszę rękę i chwytam się ostrej krawędzi głazu, która wrzyna mi się w palce. Podciągając się, ryczę przez zaciśnięte zęby. Nie ma wyjścia, muszę chwycić go mocniej, co wywołuje pulsujący ból. Moja stopa trafia na wgłębienie i mogę się odepchnąć, by sięgnąć dalej. Szukam czegoś, czego mógłbym się złapać, aż w końcu znajduję odpowiedni chwyt. Potem zamykam go w dłoni, puszczam ostrą krawędź skały i stękam, wciągając się na górę.
- Kurwa, właśnie tak - prycham, wycieram dłoń o spodnie i rozmazuję na nich krew.
Ostrożnie przysuwam się bliżej wewnętrznej ściany, chcąc oddalić się od wszelkich skał, które mogłyby się ześlizgnąć lub wywołać lawinę.
Moje ciało drży, gdy czepiam się płyty skalnej, a prawą ręką opieram o ścianę, planując kolejny ruch. Docieram do najwyższego punktu tej sterty głazów, siadam na niej okrakiem i przerzucam drugą nogę przez ustawiony pod kątem głaz, który odchyla się od góry ku pewnej śmierci.
- Nie stracę, kurwa, równowagi - mamroczę.
Przesuwam się bokiem, aż docieram bezpiecznie na drugą stronę. Nie jestem jednak zachwycony tym, co zastaję.
Jest uskok. Duży. Płyta skalna, na której stoję, zwiesza się nad podłożem. Coś się pode mną porusza, a płyta pochyla się jeszcze bardziej. Nagle uświadamiam sobie, w jak niebezpiecznym miejscu się znajduję. Muszę się ruszyć - natychmiast. Nie mam wyboru, muszę zeskoczyć na bok. Nie ma innej opcji, gdy stoję w takim miejscu, a przy tej ilości okruchów skalnych poniżej to tylko kwestia czasu, zanim te olbrzymy zaczną zachowywać się jak szklane kulki. Nie wspominając o tym, że Scottie znajduje się pod tym bałaganem.
Przeklinam wiatr, przewracam się na brzuch i zsuwam nogi za krawędź płyty. Moje bicepsy i przedramiona drżą, gdy walczę o kontrolę nad mięśniami. Zerkam przez ramię i oceniam, że upadek nie będzie taki zły. Mam metr osiemdziesiąt wzrostu, ale jak się wyciągnę, to będzie jakieś dwa i pół metra, co oznacza, że prawdopodobnie zabraknie mi tylko około metra, gdy już zawisnę.
Opuszczam tułów za krawędź płyty skalnej. Muszę tylko się zwiesić, wyciągnąć ramiona, żeby znaleźć się jak najbliżej ziemi, a potem... puścić. Tyle że ta cholerna płyta znów się rusza, więc odpycham się z całej siły, zmieniając brakujący metr w odległość bliższą dwóm metrom. Wpadam w rumowisko, po czym się cofam, gdy płyta zsuwa się z ogromnego głazu i spada z półki skalnej. Huk zderzenia z kamiennym krajobrazem rozchodzi się echem po okolicy. O cholera.
Przewracam się, ale cudem odzyskuję przyczepność. Nie czuję nic, gdy dostaję wyrzut adrenaliny. Scottie.
Znajduje się w czymś, co wygląda na pusty szyb między głazami a zboczem góry. Zaglądam za prawie metrowej wysokości skałę i mój wzrok zatrzymuje się na jednym z butów trekkingowych. Obejmuję dłonią piętę Scottie i potrząsam nią.
- Hej. Jestem z tobą.
- Cal.
Jej szloch wydaje się pełen nowej nadziei. Jest ratowniczką medyczną, więc myśl o śmierci musiała jej towarzyszyć przez długi czas, a to z pewnością rozwaliłoby psychikę każdego. Gdybym nie dotarł tu właśnie teraz, prawdopodobnie miałaby rację.
- Jesteś ranna?
- Zi-zi-zimno. Jest mi zi-zi-zimno. - Szczęka zębami i się jąka. To może być wywołane niską temperaturą albo wstrząśnieniem mózgu. - Naprawdę zimno - powtarza.
- Jak tylko cię wyciągnę, ogrzejemy cię. Tylko się trzymaj.
- Mhm. - Sprawia wrażenie sennej.
- Nie zasypiaj, tylko mów do mnie. Co cię boli? - Ostrożnie odsuwam kilka kamieni.
- Głowa. Niewiele czuję.
Kurwa, jeśli nie czuje bólu, mogła stracić czucie.
- A nogi?
- Czułam je wcześniej.
- Trzymaj oczy otwarte, słyszysz?
- Mhm.
Jak ona się tu w ogóle dostała?
- Jesteś ze mną?
- Mhm - wymrukuje.
Zajmuję pozycję i chwytam ją za kostki.
- Będę ciągnąć. Krzycz, jeśli będę miał przestać. Im bardziej możesz się sama wysunąć, tym lepiej dla ciebie.
Kołysze biodrami, gdy ciągnę, szarpiąc jej ciałem. Walczy. Zuch dziewczyna.
Krzyczy ochrypłym głosem, przekrzykując wiatr.
- Co jest? - Cisza. - Scott...
- Ciągnij! - przerywa mi. Kiedy to robię, Scottie skręca biodra i szarpie się, wydając z siebie cichy okrzyk. - Jeszcze! - krzyczy.
Chwytam ją za łydki i kontynuuję. Wkrótce jej kolana są na zewnątrz i może przewrócić się na plecy.
- Trzymaj głowę nisko! Powoli!
Gdy coraz większa część jej ciała wysuwa się ze szczeliny, widzę, że podpiera jedno ramię drugim, jakby była ranna. Jej dłonie wyglądają jak u trupa. Co z jej barkiem? Zwichnęła go? Czy to dlatego wydała ten okrzyk?
Kiedy wyłania się jej twarz, na mojej pojawia się uśmiech, który jednak szybko znika. O cholera jasna. Przebywa tu już zbyt długo, na linii włosów ma wielką ranę, ale przynajmniej jest na wolności. Jej dotychczas jasnorude włosy mają kasztanowy odcień, są splątane od krwi i brudu.
- Mam za zimne dłonie - mówi. - Weź mnie za ramię, pociągnij je do przodu i umieść z powrotem w stawie... Złap je.
Wpatruję się w nią. Dobrze.
- Do przodu, czyli przed ciebie czy w kierunku, w którym leżysz?
- Przede mnie.
- Cholera. Gotowa?
Scottie kiwa głową. Wykonuję jej polecenia, a ona się krzywi, przewraca na zdrowy bok i odpycha od ziemi, żeby stanąć na nogi. Jej palce są białe jak wirujący wokół śnieg. Owijam ramiona wokół jej talii i pomagam jej wstać, po czym wkładam jej dłonie między swoje i kilka razy dmucham na nie swoim gorącym oddechem, pocierając je. Potem wyjmuję rękawiczki z plecaka i zakładam na jej zesztywniałe palce. Zęby znów jej dzwonią, a ja obejmuję ją ramionami.
- Ruszajmy. - Chcę odejść jak najdalej od tej sterty głazów, a gdy Scottie utyka, zerkam w dół. - Możesz iść?
- Po prostu jest zimno. Moje k-k-krą-nie.
Marszczę brwi. Co?
- Muszę chodzić! - wyjaśnia.
Krążenie.
- Po co, do cholery, byłaś tu w czasie burzy?!
Wpatruje się we mnie gniewnie, jej oczy przeklinają mnie bardziej, niż mogłyby to zrobić jej słowa. To pierwsza iskra ognia, którą w niej widzę. Dobrze, przyda jej się ta zadziorność na czekającą nas wędrówkę.
- Daj mi mój plecak... Pierwsza pomoc... Ogrzewacze do rąk. - Coraz lepiej rozumiem jej bełkotliwe słowa.
Klękam i grzebię w jej plecaku, aż znajduję to, o co prosi, po czym rozrywam folię i potrząsam woreczkami. Są cztery, ale tylko trzy się nagrzewają. Scottie opiera się o zbocze góry, podczas gdy ja rozwiązuję jej buty i wpycham w nie głęboko, blisko palców u stóp, dwa z działających ogrzewaczy, a potem znowu sznuruję buty.
- Jak zejdziemy na dół? - pyta zmieszana.
Śmieję się, otwieram jej plecak i wyjmuję butelkę z wodą, zmuszając Scottie do picia, podczas gdy ja szukam w swoim plecaku kolejnego ogrzewacza, który zastąpi ten niedziałający.
Bierze go ode mnie. Potem wpycha wodę do plecaka i próbuje zarzucić go sobie na plecy. Z grymasem na twarzy przekłada szelkę przez niedawno zwichnięte ramię. Próbuję odebrać jej plecak, ale szarpie się i gniewnie na mnie patrzy.
- Scottie, daj mi swój plecak. Nie możesz go nosić z tą kontuzją.
- Dam radę!
Kręcę głową na jej upór. Nie będę się z nią kłócić.
- Nie zejdziemy.
- Oczywiście, że zejdziemy! Nie umrę na tej górze! - Zatacza się i chwyta zdrową ręką za skalną ścianę. Ledwo trzyma się na nogach.
- Nie mam sprzętu, żeby przenieść cię przez tę kupę głazów, a ty nie jesteś w stanie pokonać jej sama! - wołam, przekrzykując wiatr.
I nie będę się ponownie wspinać na tę cholerną stertę kamieni. Już wystarczająco wiele razy kusiliśmy los. Potrzebujemy każdej odrobiny szczęścia, jaka nam została, żeby dostać się na szczyt.
- Musi być inna droga w dół. - Skanuje otoczenie. - Znasz tę górę. Znajdź inną trasę.
Zrywam swoje gogle, nakładam na jej czerwone oczy i zapinam pasek z tyłu jej głowy.
- Scottie, musimy dostać się wyżej. Dziś w nocy nie uda się już zejść z góry. Musimy poszukać schronienia.
Na szczycie jest wieża obserwacyjna, w której możemy zostać, dopóki burza nie ustanie.
- Gdzie?!? - szlocha. - Tam nic nie ma! Jeśli pójdziemy wyżej, zamarzniemy!
Kręcę głową, a moja frustracja rośnie. Nie mamy czasu na kłótnie. Jak powiedziała, znam tę górę lepiej, więc jeśli mamy przetrwać, musi pójść za mną. Scottie zaczyna panikować i jeśli zaraz się nie ogarnie, będzie nas to kosztować życie.
- Nawet jeśli ścieżka nie byłaby zablokowana, jesteśmy trzynaście kilometrów od parkingu... ale szlak z n i k n ą ł. Możemy albo wejść wyżej i znaleźć nową drogę na dół, co oznacza pokonanie ponad trzynastu kilometrów, albo możemy wejść na szczyt i schronić się w wieży obserwacyjnej.
- Wiatr zmiecie nas z tej góry!
Nadchodzi koszmarna burza. To nasza jedyna szansa.
- Jak brzmi zasada trzy razy trzy? - pytam.
- Nie. - Marszczy brwi, w jej oczach pojawiają się łzy, a gogle momentalnie zaparowują.
Luzuję je, żeby pozbyć się skroplonej pary. Nie wiem, jak inaczej wytłumaczyć jej powagę sytuacji.
- Jak brzmi ta zasada? - dopytuję.
- Trzy tygodnie bez jedzenia. Trzy dni bez wody. Trzy godziny bez schronienia w ekstremalnym zimnie. - Nadal nie mówi zbyt wyraźnie.
- Właśnie. - Podaję jej rękę. - A teraz się ruszaj.
Wlecze się za mną.
- Nie wiem, jak długo tu jestem. Byłam nie-nieprzy...
- Nieprzytomna - dokańczam za nią. - To ruszaj się szybciej.
Porusza się niestabilnie, ma sztywne nogi i z trudem nadąża, więc obejmuję ją ramieniem i ciągnę za sobą.
- A co, jeśli mi się nie uda?
- Uda się. Bo cię do tego zmuszę - warczę. - Nie zaciągnąłem mojego tyłka na tę górę tylko po to, żeby umrzeć. Nie zostało nam już za dużo światła dziennego, więc przyspiesz, Scottie. Serio mówię!
- Jesteś fiutem.
Jeśli będzie zbyt przerażona, żeby walczyć z górą, zmuszę ją do walki ze mną. Cokolwiek, żeby dodać jej odwagi, by szła krok za krokiem przed siebie. Będę dupkiem aż do samego szczytu, jeśli to ją zmusi do tego, by szła dalej.
- Przestań gadać i idź - warczę.
Nienawidzę być wobec niej taki bezduszny, ale potrzebuję jej, żeby przeżyć. Złość wydaje się jedyną motywacją Scottie. Obiecuję, że później ją przeproszę i jej to wynagrodzę.
O dziwo, robi, o co proszę, i dochodzimy do ostatniej serpentyny. Ta ma tylko jakieś czterdzieści pięć metrów. Jak tylko dotrzemy na fałszywy szczyt, będziemy mogli schować się pod drzewami, które - miejmy nadzieję - osłonią nas trochę od wiatru. Mam nadzieję. Stamtąd czeka nas półtora kilometra marszu do wieży. Pod górę.
Scottie
Nigdy nie sądziłam, że znów ucieszy mnie widok Callahana Woodsa, ale ten facet uratował mi życie. Zanim się pojawił i mnie wyciągnął, byłam gotowa porzucić nadzieję. Żołądek ściska mi się z nerwów. Nie mam pojęcia, jaki jest plan, kiedy dotrzemy do wieży obserwacyjnej, ale ufam, że on wie, co robić. To moja jedyna opcja. Jeszcze nie wyszliśmy z lasu, dosłownie.
Przenikliwy ból w ramieniu i ostry ból głowy sprawiają, że popadam w zamyślenie. Przez to za każdym razem, gdy Callahan na mnie warczy, wydając kolejny rozkaz, staję się jeszcze bardziej wściekła. Byłam gotowa się poddać, ale teraz dotrę na szczyt góry tylko po to, żeby mu zrobić na złość.
Czuję, jak normalizuje mi się krążenie, a nagły napływ krwi do kończyn jest nieznośny. Mam wrażenie, jakby moje palce płonęły, wepchnięte w jego rękawice z ogrzewaczami. Jakby ktoś kłuł mnie nożami, co jest prawie nie do zniesienia. Zaciskam zęby i próbuję skupić się na czymkolwiek innym. W jakiś sposób walka z Calem i wyrzucenie z siebie złości sprawiają, że jest lepiej.
Walcząc ze łzami wstydu, bólu, gniewu, ulgi i strachu, pytam:
- Skąd wiedziałeś, że tu jestem?
Wzdycha.
- Napisałem do ciebie. Nie odpisałaś. Nie widziałem twojego samochodu pod mieszkaniem. Po prostu miałem złe przeczucie.
- Przejeżdżałeś obok mojego mieszkania?
- Nie odbierałaś telefonu! - podnosi głos.
- Dzięki. - Mój ton jest szczery.
Prycha.
- Nie miałem wyboru.
Dobra, pieprzyć to.
- Och, proszę cię, zawsze masz wybór. Tak jak wtedy, gdy... - Wkurza mnie fakt, że moje usta są wciąż zbyt zdrętwiałe, by wydusić z siebie słowa.
- Co mówiłaś?
- Nic! - krzyczę, wdzięczna, że nie zauważył mojego potknięcia.
Za każdym razem, gdy na mnie patrzy, w jego oczach pojawia się współczucie, a ja jestem przez to jeszcze bardziej wściekła. Ono nie jest prawdziwe. Dałam się nabrać ostatnio, a teraz czuję, że znowu się tak dzieje. To moja wina, ale łatwiej mi się na nim wyładować. Wiem, że to źle, ale nie mogę się powstrzymać.
- Czy nie ma tu jakiegoś innego faceta, który powinien cię szukać zamiast mnie? - pyta.
O czym on, do cholery, mówi?
- Zapewne! Każdy byłby lepszy od ciebie. Dziwne, że w ogóle ci zależało, żeby się tu pojawić.
Zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że nie pojawił się, kiedy mieliśmy się spotkać u mnie w mieszkaniu. Zamiast tego napisał mi esemesa, że ze mną kończy, bez jakiegokolwiek wyjaśnienia. Nie byłam nawet warta czasu, by powiedzieć mi to prosto w twarz.
- Czasami po prostu chrzanisz. No, ruszaj się - nakazuje.
Cal chwyta mnie pod pachami i ciągnie do przodu. Moje ramię krzyczy z bólu, więc uderzam go w dłoń, co doprowadza nadaktywne nerwy w moich palcach do furii. Gryzę się w język, żeby nie zawyć, po czym przyspieszam kroku na tyle, na ile potrafię. Pieprzyć go.
- Powinieneś był mnie po prostu zostawić. Umieranie mniej bolało.
Cal zaciska szczękę i patrzy na mnie gniewnie.
- Ruszaj się! - krzyczy.
Kiedy docieramy na fałszywy szczyt, zastyga w bezruchu, wpatrując się w ścieżkę, która powstała po przejściu lawiny kamiennej. Wygląda jak przecinka pod linią energetyczną, z drzewami równo ułożonymi na ziemi niczym tkany dywan.
- Szkoda, że tego nie słyszałeś - rzucam.
Wymieniamy szybkie spojrzenia, potem robię krok naprzód, a on idzie ze mną.
- Jeśli dotrzemy do wieży obserwacyjnej...
- Kiedy - poprawia mnie.
- Nieważne. To co potem? Włamiemy się?
Kręci głową.
- Mam klucz.
- Dlaczego?
- Strażacy z takich jednostek jak moja, pracujący w głuszy, mają klucze do tego typu punktów obserwacyjnych. - Nie odpowiadam, więc kontynuuje: - Dostajemy je, kiedy zaczynamy służbę, i zwracamy dopiero w momencie, gdy ją kończymy. Swoje noszę razem z innymi kluczami.
- Mamy szczęście. - Wiem, że powinnam oszczędzać siły i nic nie mówić, ale moja twarz jest tak zmarznięta, że boję się, co się stanie, jeśli tego nie zrobię.
- Możesz już sobie darować ten sarkazm.
Byłam szczera, ale nie winię go za to, że wziął to za kolejny przejaw mojej arogancji. Bardzo cierpię, a każde słowo, które wypowiadam, ma w sobie nutę bezczelności. To szokujące, że Cal potrafi tyle rozszyfrować, ale jestem wdzięczna za tę opcję z wieżą. Dwadzieścia minut temu myślałam, że umrę, leżąc między głazem a skalną ścianą.
- To nie sarkazm. Dzięki uprzejmości rządu federalnego mamy darmowy nocleg.
- Cieszę się, że to dla ciebie jeden wielki żart.
Płakanie byłoby o wiele łatwiejsze, ale łzy spowodowałyby zaparowanie gogli.
- Staram się być wdzięczna! Jestem ci winna przysługę, jasne?
- Nawet nie masz, kurwa, pojęcia, jak bardzo.
Krzywię się z powodu bólu pulsującego za oczami, który nie ustaje.
- Przestań gadać i rusz tyłek. Spowalniasz nas.
- Och, to moja wina, że zostałam przygnieciona przez połowę spadającej góry? Przepraszam!
Cal jęczy.
- To twoja wina, bo nie zawróciłaś odpowiednio wcześnie. Powinnaś patrzeć w niebo, powinnaś wiedzieć, że nadchodzi burza. Zachowałaś się dziś cholernie głupio.
- Jesteś dupkiem. - Tłumię emocje. To prawda, powinnam była zawrócić, ale ja też mam rację. Lawina kamienna to zdarzenie losowe, więc mogło się przytrafić każdemu. - Jeśli jeszcze nie zauważyłeś, mam dziś dzień do dupy, więc gdybyśmy mogli zachować reprymendy na później, byłoby super.
- Tak, bo dzięki tobie mój dzień był usłany różami. - Cal aż kipi ze złości.
Wszystko jasne.
Przedzieram się przez zaspę.
- Myślałam, że umrę wcześniej! - Milknę, próbując odzyskać panowanie nad sobą. - Mogę jeszcze umrzeć, zanim zdążymy tam dojść - warczę.
- Lepiej nie marnuj mojego cholernego czasu i nie umieraj.
Potykam się o kamień. Wyrzucam ramiona do przodu, żeby się podeprzeć, a to sprawia, że wraca ból w ramieniu. Cal mnie jednak podtrzymuje, zanim uderzę o ziemię. Stękam, gdy stawia mnie z powrotem na nogi.
- Jezu, uważaj, gdzie stajesz. Przestań marudzić i skup się na dotarciu na szczyt! Nie okażę ci litości. - Wzdryga się na własne słowa, a jego współczujące spojrzenie znów spotyka moje. Kłamca Cal. Wyraz jego twarzy się zmienia, gdy mruży oczy. - Po prostu się zamknij, Scottie.
Callahan
Jestem dupkiem, ale furia zaprowadzi Scottie na górę szybciej niż strach. Chociaż cholernie boli, że tak źle ją traktuję. Jestem na nią zły za kłamstwo, ale nigdy nie mógłbym jej winić za to, co się dzisiaj stało. Ten spadający kamień nie był jej winą i nawet jeśli tego nie powiedziałem, jestem cholernie wdzięczny za fakt, że żyje.
W tej chwili gniew jest jedyną rzeczą, która chroni mnie przed falą niepokoju. Scottie nie jest w najlepszej formie, ale dobry Boże, potrzebuję, żeby ta kobieta przestała się ze mną kłócić. Rozumiem, że się boi, ale celowo gra mi na nerwach jak na cholernym banjo. Jesteśmy tak blisko. Wiem, że da radę.
Przestraszyła mnie wcześniej na śmierć, kiedy podczas pokonywania najtrudniejszego odcinka oparła się całym ciężarem na ramieniu, a odgłosy, które wydawała, świadczyły o bólu. Musieliśmy czołgać się po luźnych skałach i śniegu. Chyba oboje wstrzymywaliśmy oddech, bojąc się, że wywołamy kolejną lawinę.
Moje nadnercza są trwale uszkodzone przez to, czym się zajmuję, więc niewiele mnie ekscytuje, ale granie w Jengę głazami wielkości samochodów i spacerowanie w górskiej zamieci zbliża mnie do granic moich możliwości. Tylko jedna katastrofa oddziela mnie od pełnoskalowego ataku paniki. Bycie tutaj przypomina mi o tym, jak naszą ekipę na jednym ze szczytów zaskoczyła szybko zbliżająca się burza z piorunami.
Zasypana śniegiem ścieżka przed nami znika, gdy pochłaniają mnie wspomnienia tamtej burzy. Pogoda się pogarszała, ale utknęliśmy w obozowisku oddalonym od głównej bazy. Grań, na której się znajdowaliśmy, nie była odpowiednim miejscem na przeczekanie burzy. Próbowaliśmy się schronić, ale byliśmy na straconej pozycji. Mieliśmy przerąbane. Przycupnęliśmy tuż przy podłożu, podczas gdy ogień z nieba uderzał w ziemię wokół nas. Wszyscy czekali na kolejny piorun, który nas powali.
- Cal! - krzyczy Scottie, przekrzykując wiatr i przywołując mnie do teraźniejszości.
- Hę? - Kurwa.
- Czy to już?
Zerkam w górę, dostrzegam konstrukcję i kiwam głową. Wieża obserwacyjna, wzniesiona na skalistym szczycie, opiera się wiatrom, które chcą nas zdmuchnąć. Wszystkie okiennice są zamknięte, przez co wieża wygląda jak solidne pudełko z dachem. To bardzo przyjemny widok. Pojedyncze, krótkie schody prowadzą z ziemi na taras oplatający konstrukcję. Udało się.
Minęło trochę czasu, odkąd spędziłem noc w wieży obserwacyjnej, a jeśli ta burza okaże się tak silna, jak sugerował radar, możemy tu zostać na kilka dni. W sezonie mieszkają tu etatowi obserwatorzy. Są odpowiedzialni za utrzymanie porządku, zbieranie i rąbanie drewna, noszenie wody, dbanie o ogródek, uszczelnianie okien i konserwację wychodka. Są samowystarczalni. Na szczęście, biorąc pod uwagę stan konstrukcji, ostatnia ekipa sprawdziła się znakomicie.
Naprawdę liczę na to, że w wieży zostały jakieś zapasy prowiantu, które pozwolą nam przetrwać. Potrzebujemy ciepła, wody i jedzenia, jeśli mamy mieć szansę na walkę. Zależy mi tylko na tym, żeby Scottie ukryła się przed tym cholernym wiatrem. Chcę, żeby miała schronienie i ciepło, bo ta burza nie potrwa krótko.
Uderza w nas silny podmuch, więc prostujemy się, a potem pochylamy pod naporem wiatru i wreszcie kurczymy, gdy odpycha nas do tyłu. Zaciskamy zęby i zakotwiczamy się w śniegu, czekając, aż przejdzie. Kiedy wiatr słabnie, brniemy naprzód z jeszcze większą zapalczywością niż wcześniej. Musi wiać z prędkością prawie stu kilometrów na godzinę. Szczyt pokryty jest śniegiem, tworzącym zaspy. Trudno sobie wyobrazić cokolwiek, co mogłoby przykleić się do ziemi, biorąc pod uwagę, jak wokół nas unoszą się płatki śniegu.
Gdy zbliżamy się do podstawy schodów, wypycham Scottie przed siebie. Stukot naszych butów to zaledwie szept w porównaniu z wyciem wiatru, ale przyjemnie jest usłyszeć w końcu jakiś inny dźwięk niż niekończące się odgłosy wichury. Kiedy docieramy na taras, odpinam paski plecaka na klatce piersiowej, klękam, zrzucam bagaż i rozpinam boczną kieszeń, żeby znaleźć klucze. Palce mam sztywne jak cholera. Powinienem mieć drugą parę rękawiczek. Kiedy udaje mi się wymacać odpowiedni kształt, wyciągam brelok z plecaka, wstaję, wkładam klucz do zamka i mocno przekręcam, żeby otworzyć drzwi. Zamek puszcza, a te prawie wypadają z zawiasów, gdy wiatr rozwiera je na oścież. Po pomieszczeniu fruwają jakieś papiery.
Scottie wpada do środka wraz z lodowatym powietrzem, które smaga nas po plecach. Gdy jestem już wewnątrz wieży, opieram się ramieniem o drzwi, odcinając wiatr, który próbuje wlecieć za nami do środka. Wymaga to trochę siły, ale w końcu się udaje.
- Kurwa!
Resztki dziennego światła szybko znikają, gdy zamykam drzwi, więc wyciągam telefon i świecę latarką, by znaleźć lampę. Kiedy tylko na nią trafiam, ściągam ją z półki obok drzwi i włączam. Przestrzeń jest delikatnie rozświetlona ciepłym światłem. Cienie tańczą po pokoju, gdy podchodzę z lampą w ręku do celownicy Osborne'a, która znajduje się na blacie pośrodku pomieszczenia. Ciemność zalega za każdym przedmiotem i w każdym rogu, potęgując złowieszczy nastrój. Uśmiecham się na widok sterty porąbanego drewna, leżącej obok czarnego piecyka.
Skurwysynu. Może jednak nie umrzemy.
Teraz, gdy osłaniają nas ściany wieży, jest ciszej, ale tylko nieznacznie. To też pierwszy raz od ponad godziny, kiedy czuję ciepło, bo nie wywiewa go od razu podmuch wiatru. Kto wie, ile energii spaliłem, próbując utrzymać temperaturę. Wyciągam z plecaka batony proteinowe i rzucam jeden w kierunku Scottie.
- Zjedz to.
Mam problem, by zgrabiałymi palcami rozerwać opakowanie, więc używam zębów. Baton jest twardy jak skała, jakby był trzymany w zamrażarce, ale zawzięcie pracuję szczęką, żeby go pochłonąć.
Scottie zdejmuje moje rękawiczki i ostrożnie zaczyna odpakowywać swój baton. Zatrzymuje się, nim go ugryzie.
- A może powinniśmy racjonować jedzenie? Czy powinnam zjeść tylko kawałek?
Wypijam duszkiem trochę wody i biorę głęboki wdech, kręcąc przecząco głową.
- Zjedz wszystko.
Potem podaję jej wodę. Czas podjąć decyzję. Szybko się ściemnia, a jeśli mamy przetrwać, potrzebujemy więcej wody. Nie mam gwarancji, że nie będzie jeszcze większej burzy, zanim w końcu minie.
Podchodzę do małego schowka z szafkami, otwieram po kolei drzwiczki i grzebię w środku. Chwytam kilka menażek, ale to nie to, czego naprawdę potrzebuję. Moje spojrzenie pada na spłaszczony, przezroczysty plastik i chwytam zgnieciony dwudziestolitrowy bukłak. Bingo.
- Podaj mi gogle - rzucam. - Idę po wodę.
Scottie oddaje mi butelkę z wodą.
- Nie, kochanie, potrzebujemy ilości, która wystarczy nam na dłużej niż następne dwadzieścia cztery godziny. - Potrząsam otwartą dłonią, gestem nakazując jej, żeby podała mi gogle.
- Teraz? - Wyraźnie słychać panikę w jej głosie. Zdejmuje gogle, a na jej czole i nosie zostaje czerwony ślad. Jej piegi zostały zamaskowane przez zaczerwienienie skóry od wiatru. - Musisz przynieść ją akurat w tym momencie?!
- Jeśli chcemy przeżyć, to tak. Rzuć mi swoją butelkę z wodą.
Scottie znajduje plecak i drżącymi rękami wyjmuje z niego to, o co ją proszę, wciąż pytając:
- Nie możemy po prostu stopić śniegu?
Co?
Przechylam głowę na bok, ale przypominam sobie, że ona pochodzi z regionu, w którym prawdopodobnie nigdy nie spadło więcej niż kilka centymetrów śniegu naraz, jeśli w ogóle. Dla niej to raczej nowość, coś, czym można się pobawić, a nie coś, z czym musisz się nauczyć żyć, i to przez kilka miesięcy w roku.
- Wiesz, ile śniegu potrzeba, żeby dostać szklankę wody? - Poprawiam pasek gogli i zakładam je na twarz.
- Nie...
- Cholernie dużo. Spalimy całe paliwo i drewno, próbując stopić go na tyle dużo, żeby się napić. Jeśli zaczniemy od wody, będziemy w o wiele lepszej sytuacji.
Biorę jej butelkę i uzupełniam do pełna, zostawiając sobie resztę wody. W ten sposób, jeśli nie wrócę, nie zostawię jej bezbronnej.
- Gdzie znajdziesz wodę?
- Niedaleko stąd jest strumień, jakieś półtora kilometra. Muszę do niego dotrzeć, zanim zamarznie.
Klękam na podłodze przed plecakiem i wyrzucam z niego wszystko, co zbędne. Im mniej, tym lepiej. Woda i tak jest wystarczająco ciężka. Po wygrzebaniu czołówki zakładam ją na czapkę, a potem chowam puste menażki do plecaka. Testuję latarkę, włączając ją. Scottie osłania oczy przed jasnym światłem, a ja wyłączam czołówkę. Jeśli będę szedł wystarczająco szybko, dotrę tam, zanim zrobi się ciemno, ale będę potrzebował światła, żeby znaleźć drogę powrotną. Dodatkowo kradnę z półki latarkę i wrzucam ją do plecaka jako zapasową, razem z bateriami leżącymi obok. Bez źródła światła będę ślepy. Scottie może zatrzymać lampę.
- Czy będzie zanieczyszczona?
- Przegotujemy ją.
Zapinam plecak i wstaję, przerzucając go przez ramię, po czym biorę pożyczone przez nią rękawiczki i wkładam dłonie do środka. Wnętrze nadal jest ciepłe od ogrzewaczy. To cudowne.
- Wrócę za pół godziny. Nie wychodź. - Wskazuję palcem na ziemię. - Przysięgam na Boga, Scottie, jeśli wyjdziesz z tej wieży, skopię ci tyłek. Obiecuję.
Świdruje mnie wzrokiem. Chwytam bukłak i kieruję się do drzwi.
- Czekaj, ale...
- Prescott. Wrócę za pół godziny.
Otwieram drzwi i walczę z wiatrem, żeby je za sobą zamknąć. Nie ma czasu na kłótnie.
Scottie
Drzwi się zamykają i zostaję sama. Dopóki on nie wróci, to miejsce będzie przypominało kryptę. Znam się na pierwszej pomocy i podtrzymywaniu życia, ale nie mam umiejętności przetrwania w głuszy, jakie posiada Callahan. Tępy ból w ramieniu to coś, czego można się spodziewać po wyrwaniu ręki ze stawu i jego nastawieniu, ale to nic w porównaniu z łomotem w czaszce. Przeszukuję plecak i znajduję apteczkę, a potem połykam na sucho kilka tabletek ibuprofenu.
Pomieszczenie ma mniej więcej cztery na cztery metry, a na każdej ścianie znajdują się okna. Wysokie okiennice chronią je przed szalejącą na zewnątrz śnieżycą. Wygląda na to, że zabezpieczono to miejsce, by przeczekało do sezonu pożarów.
Przestrzeń przy jednej ze ścian zajmują porysowane szafki, które Callahan przetrząsał w poszukiwaniu bukłaka na wodę, o którym ciągle mamrotał. Szafki ciągną się wzdłuż sąsiedniej ściany, a ich układ przypomina literę L. Są podobne do tych, które widuje się w domach z lat czterdziestych. Na krótszym boku, na końcu, znajduje się otwarta dolna szafka, której drzwiczki najwyraźniej zostały kiedyś usunięte, aby można było w niej przechowywać stosy porąbanego drewna.
W pobliżu drewna ustawiono przegrodę, która stanowi barierę dla żeliwnego piecyka opalanego drewnem, stojącego po drugiej stronie. Jest mały, ale prawdopodobnie wytwarza wystarczająco dużo ciepła, aby z łatwością ogrzać to skromne pomieszczenie. Z przodu piecyk ma małe drzwiczki z okienkiem, a przewód kominowy, który wykonuje kilka zakrętów, zanim dotrze do sufitu, aby wypuścić powietrze przez dach, wygląda na nowy.
Przy przeciwległej ścianie, obok szafek, stoi podwójne łóżko z gołym materacem. Ma dwie szuflady pod spodem, zapewniające dodatkową przestrzeń do przechowywania, i jest pomalowane na biało, aby pasowało do reszty pomieszczenia. Obok stoi prymitywna, ręcznie robiona szafka nocna z półką na książki, prawdopodobnie dostawiona nieco później.
Środek pomieszczenia zajmuje mała wyspa, a na niej leży duży, okrągły instrument z mapą topograficzną. Zakładam, że obserwator używa go do określania lokalizacji pożarów lasu.
Biorę lampę, żeby się rozejrzeć.
Bezpośrednio pod wolnostojącą szafką jest prześwit prowadzący na drugą stronę, a w otwór włożono kilka notatników i map. Poniżej, z boku na haczykach wiszą podkładki do pisania. Zerkam na przypięte do nich papiery - to jakieś dzienniki, których treść Callahan prawdopodobnie rozumie, ale dla mnie te zapiski brzmią jak bezsensowny żargon. Po drugiej stronie wyspy znajdują się płytkie półki. W przegródkach zostawiono lornetkę, starą metalową puszkę, przewodniki, przybory do pisania i inne drobiazgi. Na boku szafki wisi apteczka, a pod nią stary obrazek przedstawiający misia Smokey13, który mówi mi, że tylko ja mogę zapobiec pożarom lasów. Rogi się odklejają, a taśma klejąca pożółkła ze starości. Do ostatniej ściany wyspy przybita jest mapa nieba. Prawdopodobnie wisi tam od pół wieku, sądząc po tym, jak bardzo kolory wyblakły od słońca.
Kieruję się w stronę łóżka, otwieram jedną z szuflad i z zadowoleniem znajduję w niej pościel i koce. Do poszewek włożono wkłady zapachowe do suszarki. Przypomina mi to dom, gdzie robiliśmy to samo, żeby myszy nie dobrały się do bielizny ołtarzowej używanej w kościele. Sztuczny zapach czystej bawełny unosi się w stęchłej przestrzeni.
Po pościeleniu łóżka zapoznaję się z resztą pokoju. Białe szafki mogłyby zostać pomalowane, ale i tak są w lepszym stanie niż te w moim mieszkaniu. A co tu właściwie mamy? Z lampą w ręku zaglądam do środka. W pierwszej szafce znajduję kilka plastikowych pojemników zabezpieczonych przed gryzoniami, wypełnionych puszkami z jedzeniem i kilkoma torebkami zup w proszku lub innymi gotowymi posiłkami.
- Nieźle. - To ogromny sukces.
Za kolejnymi drzwiami kryje się zielona metalowa skrzynka na narzędzia, a obok niej miotła i szufelka. Nieopodal, w otwartej szafce, stoi złożona kuchenka turystyczna i kanistry z propanem w kolorze leśnej zieleni. W szufladach znajduję wgnieciony stalowy garnek i inne naczynia kuchenne. W płytkiej szufladzie na górze są sztućce, otwieracz do puszek i kilka przypadkowych kuchennych akcesoriów. Podczas inspekcji kuchni zamykam szafki, które Callahan zostawił otwarte.
Jest mi zimno, drżę, ale mój umysł jest teraz w dziwnym miejscu. Wszystko wydaje się w rozsypce. Wstrząśnienie mózgu. Myśli napływają i odpływają jak fale świadomości. Jest coś, co powinnam zrobić, ale nie wiem co. Rozglądam się po pokoju, a mój wzrok ląduje na drewnie.
Ogień.
Mam drewno, ale potrzebuję zapałek albo jakiejś rozpałki. Przeszukuję półki, ale nic nie znajduję. W chwili, gdy otwieram jedną z szuflad, lampa migocze i gaśnie, pogrążając pokój w atramentowej czerni. Uderzam w nią. Nic.
- Świetnie! Po prostu świetnie. - Teraz nigdy już nie znajdę tych cholernych zapałek.
Szukam plecaka, palce muskają materiał, a potem przeszukuję kieszenie, żeby znaleźć komórkę. Otwieram klapkę, ale nic się nie dzieje. Potem naciskam przycisk, żeby podświetlić ekran, ale ten się nie włącza. Szukam przycisku zasilania i go przytrzymuję. Nic. Może jest za zimny? Wsuwam telefon do stanika, sycząc, gdy chłodny plastik dotyka moich piersi, i dalej szukam czegoś, co mogłoby zastąpić rozpałkę.
Otwieram kilka innych przegródek, szukając po omacku, ale to nic nie daje. Nawet gdy dotykam poszczególne przedmioty palcami, z trudem rozszyfrowuję, co to może być. Do tej pory mogłam trafić na pięć zapalniczek, ale mój mózg nie wyczułby różnicy. Siadam tam, gdzie szafki tworzą zagłębienie w kształcie litery L, i podciągam kolana do klatki piersiowej. Brak światła sprawia, że mam omamy, a mrugnięcia potęgują ból głowy. Nie podoba mi się to. Czuję się tu bardziej klaustrofobicznie niż wcześniej, kiedy byłam uwięziona.
Po chwili zaczynam się zastanawiać, ile czasu minęło od wyjścia Callahana. Musiało upłynąć już pół godziny, prawda? A nawet jeśli nie, to na pewno niewiele brakuje. Będzie tu lada chwila. Ciemność sprawia, że każda sekunda wydaje się godziną. Liczenie daje mi coś, na czym mogę się skupić, zamiast myślenia o wszechogarniającym lęku przed samotnością i porzuceniem.
Czy coś mu się stało? Czy jest ranny?
Ma rację, spieprzyłam. Spieprzyłam na całej linii. Powinnam była wcześniej zawrócić. Cholera jasna. Wracam do liczenia sześćdziesiątkami, próbując odmierzać minuty. Po dziesięciu zaczynam się niepokoić. Coś jest nie tak, powinien już wrócić. Co, jeśli znalazł łatwą drogę powrotną i zostawił mnie tutaj, żeby poszukać pomocy? Mogłabym tu wówczas siedzieć sama godzinami. Wyciągam ręce z rękawów i podciągam je do piersi. Wiatr już nie odbiera mi ciepła, ale wciąż jest przenikliwie zimno. Musi być jakiś sposób, żeby się ogrzać.
Brak światła dezorientuje. Czołgam się wzdłuż szafek, otwieram dwoje drzwiczek, zanim kładę ręce na dużym, gładkim prostokącie. Pamiętam to z przeszłości - co to jest? Skup się... Kuchenka turystyczna. Obok niej stoją zakrzywione butle z gazem. Na zewnątrz musi być jeszcze jakieś światło, prawda? Na czworakach docieram po omacku do drzwi i przekręcam klamkę. Te otwierają się gwałtownie, a wiatr wrzuca do środka maleńkie, gryzące płatki. Na zewnątrz jest czarna pustka nicości, z wyjątkiem mroźnego powietrza, które smaga każdy centymetr mojego odsłoniętego ciała. Opieram się o drzwi, żeby je zamknąć.
Jest źle. Jest naprawdę źle.
Padam na podłogę, doczołguję się na moje poprzednie miejsce i szukam kuchenki turystycznej oraz butli z propanem. Może w środku są zapałki. Po kilku próbach znajduję sposób, jak podnieść pokrywę, i przesuwam palcami po górze, boku i każdej obklejonej tłuszczem szczelinie. Zapałek nie ma. Pełzam wzdłuż szafek, szukając po omacku. Nigdy w życiu tak bardzo nie pragnęłam zapalniczki. Mam wszystkie narzędzia, żeby utrzymać ogień, ale bez tej pierwszej iskry to nie ma znaczenia.
Przy takim urazie głowy, kto by, kurwa, wiedział, ile to już czasu minęło. Może tylko piętnaście minut zamiast trzydziestu? Policz jeszcze raz. Liczę do sześciuset, kolejna runda dziesięciu minut. Potem kolejne dziesięć. Zdecydowanie przekroczyliśmy granicę trzydziestu minut. Przynajmniej tyle już policzyłam. Prawda? Czy pominęłam jakieś liczby? Pewnie tak.
A co, jeśli spadł z półki skalnej? A co, jeśli potrzebuje pomocy?
Jestem tak cholernie bezsilna!
- Proszę, proszę, proszę...
Zakrywam twarz dłońmi i oddycham powoli. Nie ma mowy, żebym zasnęła, dopóki on nie wróci. A co, jeśli nigdy nie wróci? Co, jeśli nadejdzie ranek, a jego nadal nie będzie? Jeśli umrze, próbując utrzymać nas przy życiu, nigdy nie ucieknę od poczucia winy. Otrząsam się z niepokoju i zakładam za uszy luźne kosmyki włosów. Czuję w nich chropowatą, zlepioną krew.
- Wróci. M u s i wrócić.
Liczenie jest teraz wszystkim, co umiem zrobić. To bezużyteczne, ale zajmuje moje myśli. Kiedy dochodzę do czterystu trzydziestu trzech, drzwi się otwierają i ciemność, w którą wpatruję się już nie wiadomo jak długo, zostaje rozświetlona.
- O mój Boże! - Uwalniam strach i jest to tak silne uczucie, że moje emocje przeradzają się w bezmyślną wściekłość. Marszczę brwi i krzyczę na niego. To nie ma sensu, ale w tej chwili nie potrafię działać logicznie. - Mówiłeś, że wrócisz za trzydzieści minut! Czemu, k u r w a, zajęło ci to tyle czasu?!
Callahan z irytacją odstawia gigantyczny bukłak z wodą, odpychając go butem na bok. Potem zamyka za sobą drzwi i staje twarzą do mnie. Światło jego latarki mnie oślepia, więc osłaniam oczy i wpatruję się w podłogę. Zbyt długo tkwię w ciemności i nie chcę ich zamykać.
- Mówisz serio? Mogę chociaż zdjąć plecak, zanim stracisz rozum? Jezu Chryste! - Dyszy, kiedy odpina paski na piersi i biodrach, a potem zsuwa ciężar z ramion. Gestem wskazuje na dwudziestolitrowy bukłak. - Widzisz? Proszę bardzo! - krzyczy do mnie.
- Nie wiedziałam, gdzie jesteś!
- Strumień był zasypany śniegiem, więc musiałem zejść niżej. - Och. - Boże, kobieto, naprawdę jesteś walnięta - mruczy, kręcąc głową z frustracją. Odwraca się i wskazuje na piec. - Nie rozpaliłaś ognia?! Co, do cholery, robiłaś, odkąd wyszedłem?
Cal gasi latarkę i pogrążamy się w ciemności, więc włącza ją ponownie.
- W tej ciemności nie mogłam znaleźć zapałek!
- Ale miałaś czas, żeby pościelić łóżko i pobawić się w dom? Super! Cieszę się, że miałaś jasno ustalone priorytety. - Chwyta kilka małych kawałków drewna i rzuca je przed piec, po czym znajduje pudełko schowane w kącie i niemal wciska mi je w twarz. - Zapałki! - Sięga w dół i chwyta neonowozieloną zapalniczkę. - Zapalniczka!
Spojrzałam tam... P r z y s i ę g a m, że tam spojrzałam. Po prostu nie wiedziałam, czego dotykam.
Wpatruje się we mnie gniewnie. Nie jest wyłącznie wściekły - on mnie nienawidzi. Nie mogę go za to winić po tym całym gównie, w które go dzisiaj wciągnęłam. Zaciskam usta w cienką linię i powstrzymuję łzy, gdy krzyczy.
Callahan
Jest cholernie zimno. Nie mogę uwierzyć, że nie rozpaliła ognia. Kiedy zdejmuję rękawiczki, moje dłonie nie mają żadnego koloru, nawet na palcach, w miejscu, które wcześniej skaleczyła skała.
Jej głos się ścisza, aż mamrocze:
- Zamarzniemy na śmierć w tej wieży, prawda?
Jęczę.
- Przy tym twoim narzekaniu to mam nadzieję, że prędzej niż później.
- Zamknij się, to poważna sprawa.
- To ty się zamknij! - odpowiadam, uśmiechając się, choć nie jestem w nastroju.
Nie jest to moja najlepsza riposta, ale nie mogę znieść jej negatywnego nastawienia. Rana na jej czole sprawia, że gryzę się w język, zanim powiem coś więcej. Musi się tym zająć. Dostrzega, że się na nią gapię, bo jej palce trafiają na krawędź rany, po czym je cofa.
- Zajmę się tym - mówi.
- Z pewnością. - Przewracam oczami.
Rzucam pudełko zapałek przed piecyk i wybieram najchudsze kawałki drewna do podpałki. Otwieram małe drzwiczki i kucam. Wita mnie sztywna, martwa wiewiórka bez oczu.
Właśnie w tym momencie Scottie wpada na genialny pomysł, żeby mnie nauczyć, jak rozpalić ogień. Mnie. Strażaka. Zarabiam na życie rozpalaniem ognia, a ona myśli, że wie lepiej ode mnie, jak to robić? Zaraz zwariuję. Moje ciśnienie wzrasta. Nie mogę uwierzyć w poziom frustracji, jaki wywołuje we mnie ta kobieta - dostanę udaru, zanim zamarzniemy razem na śmierć.
Wyjmuję wiewiórkę i upuszczam ją na podłogę, a Scottie dalej mi tłumaczy, jak mam wykonywać swoją cholerną robotę. Powoli odwracam głowę, żeby na nią gniewnie spojrzeć.
- Masz cholerne uszkodzenie mózgu, skoro myślisz, że nie wiem, jak rozpalić ogień.
- Próbuję tylko pomóc! - krzyczy, krzyżując ramiona.
- Pomóc? No to pozbądź się tego. - Podnoszę wiewiórkę i ciskam nią w stronę Scottie jak wielką, grubą rzutką. Wiewiórka przecina powietrze, trzepocząc ogonem, i ląduje obok niej na ziemi z cichym łupnięciem.
- Co to jest, do cholery? - Przybliża twarz, żeby się temu przyjrzeć, po czym krzyczy i się cofa.
Z lekkim uśmiechem zadowolenia odwracam się do pieca, podpalam rozpałkę i reguluję przepustnicę, żeby wiatr wiał słabiej, kiedy próbuję rozpalić ogień. Cieszę się, gdy suche drzazgi szybko się zajmują, a żar bucha z nowych płomieni.
- Dupek! - Coś uderza mnie w plecy z głuchym odgłosem.
- Nie rzuciłaś we mnie tą wiewiórką - mówię ostrzegawczo.
- Ty rzuciłeś nią pierwszy.
Obracam się na pięcie, opuszczam kolano i zerkam w dół. I rzeczywiście, to nasz płaski, futrzany przyjaciel. Ściskam wiewiórkę i potrząsam nią przed Scottie, oświadczając:
- Uratowałem twój tyłek, wyciągając cię spod tego kamienia. Praktycznie wniosłem cię na tę górę. Dałem ci schronienie. Przyniosłem wodę. Rozpaliłem ten cholerny ogień. Dałem ci wszystko, Prescott! Wszystko! I to ci wciąż nie wystarczy!
O cholera, aż miło było zrzucić z serca ten ciężar.
Scottie zaciska usta. Wstrzymuję oddech i patrzymy na siebie przez dobre dziesięć sekund, ledwo mrugając.
W końcu przerywam ciszę:
- Nie będę się z tobą bawił w berka, pozbądź się tego.
Przy ostatnim potrząśnięciu zwierzątkiem jego szyja nie wytrzymuje i głowa wiewiórki spada na podłogę. Patrzę na pozbawioną oczu, pomarszczoną mordkę gryzonia z pomarańczowymi zębami. Fuj.
Za to ona ma czelność przygryźć wargę i odwrócić wzrok, próbując stłumić uśmiech. Myśli, że to zabawne?
- Nie waż się śmiać.
- Nie śmieję się! - mówi, ale jej usta rozświetla uśmiech. Nie jest w stanie na mnie choćby spojrzeć z kamienną twarzą.
Odrzucam ciało wiewiórki z powrotem w stronę Scottie, a ono ląduje u jej stóp. Tym razem podnosi oba kawałki gryzonia i rozsądnie kieruje się w stronę drzwi. Zaciskam usta i wracam do rozpalania ognia. To było t r o c h ę zabawne. Unoszę dłonie w kierunku płomieni, pocieram ręce, pragnąc, by krew wróciła, i wkrótce czuję, jak drobne igiełki docierają do czubków palców. Syczę przez zaciśnięte zęby, gdy ból się nasila.
Scottie szybko otwiera i zamyka drzwi, wyrzucając martwego gryzonia. Dźwięk zamka błyskawicznego i szelest jej plecaka za mną podpowiadają mi, że czegoś w nim szuka.
- Chodź tu i się ogrzej - warczę.
Kilka sekund później kuca obok mnie i podaje mi małą buteleczkę środka dezynfekującego.
- Proszę.
Biorę go od niej i pocieram nim dłonie. Nadal są sztywne, bo odrętwienie mija bardzo powoli.
- Przepraszam za lampę - mówię szeptem. Nie chcę przepraszać pierwszy, ale i tak to robię.
Nie odpowiada, więc po prostu kucamy ramię w ramię przed płomieniami.
- Dziękuję za rozpalenie ognia. - Rozpina i zdejmuje kurtkę. Kiwa głową w moim kierunku, czym zachęca mnie do ściągnięcia swojej. - Rozbierz się do bielizny termoaktywnej.
- Zaraz. - Jestem zbyt zmęczony, żeby się ruszyć.
- Czy te buty są mokre? - Sięga w dół i rozwiązuje węzły na moich sznurowadłach.
- A myślisz, że jak znalazłem strumień?
Palce u nóg mi zdrętwiały. Podczas gdy ona rozsznurowuje mi buty, gaszę czołówkę. Nie muszę patrzeć, jak bardzo moje palce są blade. Siadam, a ona szarpie za but, zdejmując go z mojej stopy, a potem ściąga mi wełniane skarpetki. Nawet przy słabym pomarańczowym świetle z kominka moje stopy wyglądają, jakby leżały w kostnicy. Scottie ostrożnie je pociera i prowadzi mnie bliżej trzaskającego ognia.
- Aua! - rzucam, bo czuję, jak w moje pięty wbijają się igły.
- Mięczak - mruczy, zdejmując własne buty i skarpetki. Jej stopy są równie blade, z wyjątkiem delikatnie różowego lakieru na paznokciach.
- Kurwa, boli - protestuję.
Ignoruje mnie, ściągając swoje spodnie z miękkiego materiału.
Unoszę brew.
- Jakie wielkie przedstawienie teraz planujesz? - pytam, głównie po to, żeby ją wkurzyć. Jest całkiem seksowna, kiedy się zdenerwuje.
- Jesteś chujem.
Wzruszam ramionami.
- Cóż, jestem chujem, który cię dziś wieczorem ogrzeje... Nie masz pojęcia, ile kobiet chciałoby usłyszeć to zdanie.
Prycha.
- Zdaję sobie sprawę z twoich skłonności. Nie musisz sypać soli na ranę.
Co to miało znaczyć? Przewracam oczami i się cofam, żeby złapać apteczkę wiszącą na wolnostojącej szafce.
- A skoro o ranach mowa... - Popycham pudełko w jej stronę.
Otwiera je i grzebie w nim, aż znajduje sterylny wacik nasączony alkoholem, po czym przykłada go do czoła, żeby wytrzeć zaschniętą krew. Bez lusterka wiele jej jednak umyka. Obserwuję, jak się męczy, aż nie mogę już tego znieść.
- Daj mi to... Zamknij oczy.
Spełnia polecenie, a ja włączam latarkę i kieruję ją na jej czoło. Po raz pierwszy dobrze przyglądam się rozcięciu wzdłuż linii włosów. Zaschnięta krew pęka, łuszcząc się, gdy oczyszczam brzegi rany. To paskudne skaleczenie. Chyba powinno się założyć szwy. Składam wacik na pół i wycieram resztę brudu z jej twarzy.
- I jak tam? - pyta.
- Lepiej. Ale będziesz miała niezłą bliznę.
- Nie pamiętam, jak to się stało.
- Nadal boli cię głowa? - mruczę.
- Wzięłam ibuprofen i to złagodziło ból.
- Masz wstrząśnienie mózgu?
- Prawdopodobnie tak.
Cholera. Nie wiem, co robić w takim przypadku.
- Więc co mam zrobić? Upewnić się, że nie zaśniesz czy coś?
Kręci przecząco głową.
- Mogę z tobą rozmawiać... - mówi.
- Możesz się ze mną kłócić - poprawiam ją.
- Jeszcze lepiej. Poza tym, jeśli będę miała udar albo atak serca, i tak nic nie będziesz w stanie z tym zrobić.
- Więc szklanka jest do połowy pełna, tak?
Scottie
Na zewnątrz wyje zimny wiatr, gdy kucamy wokół trzaskającego ognia. Po tym, jak Cal oczyścił mi czoło, zużył trochę wody, żeby zmyć z moich splątanych włosów grudki brudu oraz ślady krwi, co było dziwnie słodkie, zważywszy na jego niezadowolenie. Przeczesuję palcami pasma, gdy na ścianach migocze pomarańczowa poświata z piecyka. Siedzimy w milczeniu od jakichś dwudziestu minut. Cal sięga po plecak i znajduje z nim telefon.
- Jest na tej wysokości zasięg? - pytam.
- Zazwyczaj na górze można znaleźć... - Krąży po małej przestrzeni. - Ale tu nic nie łapię.
Przesuwa palcami po ekranie.
- Co robisz? - pytam.
- Piszę esemesa, licząc, że jeśli wyjdę na taras i złapię jedną lub dwie kreski, to wystarczy, żeby go wysłać.
- Mówiłeś komuś, dokąd się wybierasz?
Nie odpowiada, wystukując wiadomość, i wkrótce staje się jasne, że tego nie zrobił. Ja też nikomu nic nie powiedziałam. Wracam spojrzeniem do płomieni przede mną. Temperatura mojego ciała w końcu rośnie i nigdy więcej nie będę brać ciepła za pewnik. Nie obchodzi mnie, że utknęłam na szczycie góry z mężczyzną, który mnie nienawidzi. Może i złamał moje słabe serce, ale to dzięki niemu ono wciąż bije.
Mam wzrok utkwiony w ogniu, a Cal wsuwa dopiero co rozgrzane stopy z powrotem do butów i narzuca na siebie kurtkę. Śnieg, który do niej przywarł, gdy Callahan wchodził do środka, teraz jest niczym więcej niż kropelkami wody. Mężczyzna otwiera drzwi i szybko wychodzi. Przez chwilę zimne powietrze wkrada się do pomieszczenia.
Jesteśmy na tyle bystrzy, by wiedzieć, że dzielenie łóżka to najlepsze rozwiązanie, ale żadne z nas jeszcze tego nie przyznało. Nie ma mowy o dyplomatycznym: "ty bierzesz łóżko, ja prześpię się na podłodze". To nie wchodzi w grę. Musimy dzielić się ciepłem naszych ciał. Jesteśmy w trybie przetrwania.
Tańczące płomienie hipnotyzują mnie, ale z każdym mrugnięciem powieki robią się cięższe i bardziej drapią. Nie jestem pewna, czy to z powodu wyczerpania, czy brudu. Może trochę jednego i drugiego. Moje ciało jest wyczerpane. Odwracam się plecami do ognia, pozwalając mu nagrzewać moje ciało, aż stanie się to nie do zniesienia. Temperatura w pokoju wzrosła na tyle, że mogę się odsunąć od piecyka. Wstaję i odkładam na bok wełniane koce leżące na łóżku, a następnie wpełzam w zimną, świeżą pościel. Szczękam zębami, ale w chwili, gdy głowa dotyka poduszki, całe moje ciało rozpływa się na materacu.
Uśmiech pojawia się na moich ustach.
- Ekstaza. Bawełna.
Dla moich zesztywniałych, bolących mięśni łóżko jest jak chmura. Zamykam oczy i nie wiem, czy kiedykolwiek będę w stanie je otworzyć. Zwijam się w pozycję embrionalną i wykorzystuję ciepło swojego ciała, by ogrzać siebie i pościel dookoła.
Callahan wchodzi do pokoju i oznajmia:
- Brak sygnału.
Udaję, że śpię, słuchając, jak dokłada drewna do piecyka i odpowiednio reguluje przepustnicę. Wkrótce łóżko się ugina, a on przesuwa mnie na krawędź, układając się między mną a zimną ścianą z oknami. Leżymy obok siebie jak sardynki. Cal pachnie lasem, tak samo jak wtedy, gdy byliśmy razem w Oregonie, i ten zapach mnie otula. Tęskniłam za tym.
- Wtul się we mnie - szepcze.
Gęsia skórka rozchodzi się po moim ciele jak ogień. Sposób, w jaki to mówi, jest tak czuły, że aż boli. Przełykam ślinę, gdy obejmuje mnie w talii, przyciągając do swojej klatki piersiowej i bioder. Jego ciepło na moich plecach sprawia, że czuję się jak w domu. Co jest dziwne, bo dom powinien być stabilny i trwały, a on jest zupełnie inny. Jest ulotny.
To nie przytulanie, tylko instynkt samozachowawczy, nic więcej. Choć bardzo mnie to boli, nie mogę się powstrzymać, żeby nie rozpłynąć się w jego ramionach. Jak straszne byłoby udawanie przez jedną noc - tylko ten jeden ostatni raz - że to nie po to, aby przeżyć? Łza spływa mi po policzku. To nic niezwykłego, kiedy jest się śpiącym, ale tej towarzyszy ból pod żebrami i gula w gardle. Nigdy nie sądziłam, że jeszcze to poczuję, a przynajmniej nie z Callahanem Woodsem. On nigdy nie będzie mój... Więc dlaczego trzyma mnie tak, jakbym była jego?
Callahan
Dzień 2
Światło wpada przez szpary w okiennicach, a ja podnoszę głowę z poduszki, nie rozumiejąc, dlaczego budzę się w wieży obserwacyjnej. Wtedy przypominam sobie wydarzenia z poprzedniej nocy. Kurwa.
Ciche westchnienie kobiety przyciśniętej do mojej klatki piersiowej sprawia, że wzmacniam uścisk i przyciągam ją bliżej. To głupie, ale tutaj, na górze, ona nie jest niczyją żoną - jest Scottie. A my znów jesteśmy w Oregonie - zanim skłamała, zanim gówno wpadło w wentylator i rozpieprzyliśmy wszystko, co mieliśmy, na milion kawałków. Kładę policzek na poduszce i zamykam oczy. Marzę o tym, żeby cofnąć niektóre z rzeczy, które powiedziałem.
Wczoraj wieczorem było trochę krzyku. Skumulowany gniew, który skrywałem, wybuchł, gdy nawrzeszczała na mnie po tym, jak wróciłem z wodą. Boże, to naprawdę była wyprawa. Mięśnie mnie bolą od tego przedzierania się przez zarośla, żeby dotrzeć do niewielkiego strumienia. W kilku miejscach bałem się nawet, że nie dam rady wrócić. A potem, gdy tylko przekroczyłem próg, wybuchnęła - i ja też. Walczyliśmy jak pies z kotem. Wkurzyła mnie, co wyraźnie jej pokazałem. To raczej nie leży w mojej naturze, bo zasadniczo nie przejmuję się tego typu zachowaniami kobiet.
Potem była ta cała historia z wiewiórką. Na moich ustach pojawia się lekki uśmiech. Wczoraj nie zamierzała mi odpuścić, ale to było wczoraj, a dziś to dziś.
Priorytetem jest w tym momencie podtrzymywanie ognia. W nocy prawie nie spałem, musiałem wstawać i dopilnowywać, żeby w piecyku nie zgasło. Czas już dorzucić kolejny kawałek drewna. Ostrożnie odsuwam od siebie Scottie i przesuwam się nad jej drobnym ciałem.
Moje bose stopy uderzają o lodowatą podłogę, a dreszcz przebiega mi po kręgosłupie. Przyglądam się bliżej ogniowi i zauważam, że w piecyku wciąż pali się niewielki płomyk. Ciekawe. W ciągu tych kilku godzin, kiedy spałem, musiała wstać i do niego dołożyć. Doceniam to. Dokładam więcej polan i zamykam drzwiczki, regulując przepustnicę, żeby spowolnić spalanie. Wtedy zapas drewna wystarczy nam na dłużej. Metal skrzypi, a ja się krzywię, mając nadzieję, że Scottie jeszcze się nie obudzi. Jej mózg potrzebuje odpoczynku po tym, jak dostała w głowę. Najdelikatniej, jak potrafię, znów się w nią wtulam, uważając, żeby jej nie przestraszyć. Potem przyciągam ją do siebie tylko po to, żeby ogrzać się ciepłem jej ciała. Na zewnątrz łóżka jest cholernie zimno.
Zamykam oczy, opieram brodę o jej głowę i wdycham jej zapach. Jest w tej kobiecie coś uziemiającego. Coś jak przytulne światło pod mikrofalówką, gdy wracasz do ciemnego domu. Przynosi mi to ukojenie.
Normalnie chodziłbym w tę i z powrotem, próbując obmyślić strategię ucieczki, ale teraz leżę tu i pozwalam myślom płynąć. Wczoraj wieczorem próbowałem wysłać esemesa do Xandera i Kinga, żeby dać im znać, gdzie jesteśmy. Prawdopodobnie minie kilka dni, zanim ktokolwiek się dowie, że zaginąłem. Przecież przekazałem Xanderowi, że wróciłem bezpiecznie. To będzie ostatnie miejsce, w którym będzie mnie szukał. Nikt nie pojawi się przy wejściu na szlak, żeby zobaczyć nasze samochody, bo nikt przy zdrowych zmysłach nie wędrowałby po Quell's Peak podczas śnieżycy. Cholera, obsługa parku pewnie zamknęła bramy. Ludzie często porzucają pojazdy na parkingach przy wejściu na szlak, więc strażnik nie będzie niczego podejrzewał, gdy zobaczy pozostawione pojazdy.
Ktoś zauważy nieobecność Scottie, skoro nie pojawi się w pracy - chociaż jeśli to pierwszy dzień jej przerwy, może minąć kilka dni, zanim to nastąpi.
Wyłączyłem telefon, żeby oszczędzać baterię. Później spróbuję ponownie wysłać wiadomość. Wątpię, żebym miał więcej szczęścia, biorąc pod uwagę wiatr, który hula wokół wieży. Dziś rano jest jeszcze głośniejszy niż wczoraj wieczorem.
Mamy schronienie, jedzenie, wodę, a zapasów wystarczy na mniej więcej tydzień. Zauważyłem kilka martwych drzew, które wyglądają na wystarczająco suche, żeby je spalić. W pewnym momencie skończy nam się drewno na opał i będziemy potrzebowali uzupełnić zapasy. Obliczam w pamięci, ile mniej więcej polan palimy na godzinę i kiedy muszę wyjść na zewnątrz, żeby porąbać więcej drewna. Wieża obserwacyjna ma dwa poziomy. Na górze mieści się część mieszkalna, natomiast w podstawie, do której można wejść tylko z zewnątrz, zorganizowano magazyn z narzędziami. Szacuję, że drewno do piecyka skończy nam się do jutra do połowy dnia.
Jeśli chodzi o akcję ratunkową, to nie mogę tak po prostu wezwać wsparcia z powietrza. To nie działa tak jak w filmach, a nawet gdyby tak było, to nie ma mowy, żeby ekipa poleciała w taką pogodę. Dotarliśmy do punktu obserwacyjnego, mamy zapasy, więc musimy po prostu przeczekać, a potem zejść na parking, kiedy ta cholerna burza w końcu się skończy. Niestety, nie wygląda na to, żeby zawierucha miała się szybko uspokoić.
Scottie porusza się w moich ramionach, a ja mimowolnie ją puszczam. Podnosi głowę z poduszki i przyciska dłoń do czoła. Potem znowu się kładzie.
- O rany.
- Jak twoja głowa? - pytam.
- Na razie nie narzekam - mówi ochrypłym od snu głosem.
Uśmiecham się ironicznie. Pamiętam ten głos z Oregonu, po nocy fenomenalnego seksu i próbach stłumienia jęków. To, że żartuje, jest pocieszające. Niestety, sprawia też, że mój kutas drga, więc mogę potwierdzić jej słowa. Nigdy nie zapomnę tej zmysłowej nocy pełnej przytulania i seksu. To było ekscytujące.
Odchrząkuję i opieram się o ścianę, zanim Scottie poczuje mojego fiuta wbijającego się w nią od tyłu.
- Mam lekki ból głowy, ale jest lepiej niż wczoraj. Czuję się po prostu, jakbym miała kaca...
Mruczę ze zrozumieniem.
- Wygląda na to, że rozpętało się wokół nas piekło. Damy sobie radę? - pyta.
Wzruszam ramionami.
- Może.
- Twoja pewność siebie jest inspirująca - stwierdza, a przez jej słowa sączy się irytacja.
No i znowu zaczyna działać mi na nerwy.
- Czego chcesz? Gwarancji? Utknęliśmy w górach podczas zamieci, szlak jest zablokowany, a ty masz uraz głowy. Już i tak ś r e d n i o sobie radzimy.
Zbyt wiele razy byłem w sytuacjach zagrażających życiu i czasami po prostu nie udaje się z nich wyjść obronną ręką. Zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że musimy znaleźć nową drogę w dół, bo śnieg sprawia, że przedzieranie się przez zarośla jest jeszcze bardziej zdradliwe, a warunki sprzyjają zejściu lawin. Scottie zrywa okrywający nas koc, wpuszczając podmuch zimnego powietrza, i przerzuca nogi przez krawędź łóżka, żeby wstać.
- Jezu, spójrz, co się dzieje w tym pokoju - mówi dla odwrócenia mojej uwagi od trudnego tematu.
Zakrywam się kocem i nie daję się zbić z tropu:
- A kto mówił o udarach i atakach serca wczoraj wieczorem? Po prostu jestem realistą. Musimy być wobec siebie szczerzy.
To po prostu fakt. Niektórzy nazywają to cynizmem, ale ja zawsze wolę spodziewać się najgorszego. Przynajmniej nie jestem zaskoczony, gdy coś układa się nie po mojej myśli. To oczywiście nie znaczy, że nie będę walczyć do ostatniego oddechu o przetrwanie, ale nie mogę znieść paraliżującej myśli o depresji po niespodziewanej stracie kogoś. Przygotowanie to podstawa.
- No cóż, s z c z e r z e mówiąc, muszę siusiu. Strasznie kiepsko - mówi.
Przewracam się na bok, twarzą do ściany, i zamykam oczy.
- Jest tu wychodek. Pewnie będziesz potrzebowała łopaty, żeby się do niego dostać. Baw się dobrze. Ja idę spać. - Praktycznie nie zmrużyłem oka tej nocy.
To nic nowego. Minęły lata, odkąd dobrze spałem, ale ta sytuacja nie pomaga uspokoić ciągłego pobudzenia i niepokoju, które dręczą moje myśli. Mój lekarz kilka razy użył określenia "zespół stresu pourazowego", co w zasadzie oznacza, że mam zryty mózg i nie mogę nic z tym zrobić poza unikaniem alkoholu i narkotyków - co jest bezużyteczną radą. Jeśli mój mózg jest zepsuty, nie będę się z tym zmagał na trzeźwo.
- Dobrze. Może to poprawi twoje nastawienie - stwierdza Scottie.
Wyciągam szyję, żeby zobaczyć, jak wciąga spodnie trekkingowe i zakłada grube skarpety. Ogień trzaska w piecyku, a ona unosi ręce, żeby je ogrzać. Zwijam poduszkę pod głową, zamykam oczy i wzdycham.
- Gadasz bzdury, wiesz, Prescott?
Chciałbym móc winić ją za to, że postawiła nas w takiej sytuacji, ale prawdę mówiąc, spadające kamienie to jedyna rzecz, na którą nie da się przygotować. Możesz mieć odpowiedni sprzęt, odpowiednie doświadczenie, ale jeśli na twojej drodze stanie kamień lub toczący się kloc drewna, nie pozostaje ci nic innego, jak tylko spotkanie ze stwórcą. To cud, że kiedy straciła przytomność, nie uderzył w nią kolejny kamień.
Światło dnia wlewa się do pokoju, gdy Scottie otwiera drzwi. Prawdę mówiąc, ma szczęście, że żyje. Potwierdza tę myśl, zamykając je z całej siły po wyjściu z wieży. Wiatr stawia opór, ale ona przekazuje swoją wiadomość poprzez trzaśnięcie niosące ze sobą cały jej ból. To jej sposób na rozpieprz: wkracza do mojego życia spokojnie i wychodzi, zostawiając za sobą zgliszcza - wchodzi jak baranek, wychodzi jak lew. Scottie działa mi na nerwy jak nikt inny.
Po kilku minutach wraca do środka, tupiąc butami. Odwracam się i widzę śnieg przylepiony do jej spodni i sięgający aż do ud. Wniosła stertę białego puchu, po prostu przechodząc przez drzwi.
Siadam na łóżku i się prostuję.
- Scottie, przyniosłaś tu połowę tego cholernego szczytu. Trzymaj to gówno na zewnątrz, dobrze?
Unosi brwi i mruga do mnie, po czym rozkłada ręce.
- Widzę, że nadal masz takie samo nastawienie... A tak przy okazji, na zewnątrz jest zamieć! Taras jest zasypany, strąciłam sporo śniegu na bok, ale i tak panuje tu istny bałagan. Biały puch przykleja się do wszystkiego.
Jeśli śnieg się lepi, to oznacza, że jest mokry, czyli przedzieranie się przez niego będzie jeszcze większą masakrą, a ryzyko lawin rośnie w zależności od tego, jak jest ubity.
- Tak się cieszyłam, że doświadczę mojego pierwszego prawdziwego śniegu - mruczy.
- I jak ci się podobał miły poranny spacer po zimowej krainie, co?
Jej twarz płonie rumieńcem, na co zamykam oczy. Kącik moich ust unosi się w uśmiechu. Scottie przechadza się po pokoju, a ja uchylam powiekę i patrzę, jak zdejmuje wierzchnią warstwę. Kołnierz jej swetra się rozciąga i odsłania brzeg siniaka.
- Jak twoje ramię?
- W porządku.
- To dobrze.
Zamykam oczy i zasypiam, słuchając, jak dokłada kolejne polana do ognia.
***
Wracam do tamtego dnia. Do widoku Garretta Macomba zmiażdżonego i leżącego bez życia. A potem do miny Xandera, kiedy musiałem mu powiedzieć, że jego ojciec nie żyje.
Protokół nakazuje powiadomić władze, żeby mogły skontaktować się z najbliższą rodziną, ale Xander musiał to usłyszeć od kogoś, kto znał i kochał jego ojca. Garrett był naszym superbohaterem i stał się dla mnie jak zastępczy ojciec po śmierci mojego.
Krztuszę się, próbując pocieszyć mojego najlepszego przyjaciela, ale on jest jak posąg. Nie reaguje. Jego twarz jest pokryta brudem i sadzą, a czyste oczy szukają w moich nadziei. Nadziei, że się mylę, a jego ojciec wciąż żyje. Nie mam mu do zaoferowania nic poza bólem i najgorszym dniem w jego życiu.
Xander znika, a jego miejsce zajmuje wizja Garretta.
Moje oczy napełniają się łzami i ściska mnie w gardle. Ogarniają mnie totalna panika i strach, grożąc, że mnie pochłoną. Biorę wdech, ale powietrze nie dociera do płuc. Smakuje jak popiół. Jestem zakładnikiem, zmuszonym przeżywać to zdarzenie na nowo, jakby działo się po raz pierwszy. Walczą we mnie poczucie winy, strach i furia. Jestem bezsilny, nie mogę oddychać. Przytłacza mnie ciężar absolutnej beznadziei. Serce wali mi w piersi, a łomotanie wypełnia uszy, aż staje się jedynym dźwiękiem, jaki słyszę.
Śpię.
Kolejny koszmar, z którego nie mogę się obudzić. Nieważne, jak bardzo próbuję się ruszyć, moje ręce i nogi są jak z ołowiu - trzymają mnie w miejscu, podczas gdy jestem skazany na przeżywanie każdej sekundy z bolesnymi szczegółami. Jestem uwięziony. Sparaliżowany przez mój zryty umysł.
Ciepło rozlewa się po moim wnętrzu i gwałtownie się budzę. Otwieram oczy, zastępując obraz zwęglonego ciała widokiem pomieszczenia wieży obserwacyjnej. Ramię Scottie spoczywa na moim boku, a ona splata swoje palce z moimi. Po raz pierwszy mogę się wynurzyć, by zaczerpnąć powietrza. Dyszę przy tym tak, jakbym przebijał się przez powierzchnię wody po tym, jak zostałem pod nią przytrzymany. Moja klatka piersiowa faluje i czuję pot na czole. Kurwa.
Słyszę głos Scottie:
- To nie dzieje się naprawdę.
Przełykam ślinę i łapię więcej tlenu. Chciałbym, żeby miała rację, ale to d z i e j e s i ę naprawdę. To już się stało. Jej policzek przywiera do moich pleców i Scottie po raz drugi pomaga mi przetrwać atak paniki, dając mi bezpieczną przestrzeń na uwolnienie napięcia z mięśni. Jej delikatny dotyk jest kojący, utrzymuje mnie w teraźniejszości.
- Skoncentruj się na oddechu. Nadal jestem z tobą.
Ściskam jej dłoń w swojej, wdzięczny, że nie jestem sam.
Scottie
Po około godzinie słuchania regularnego oddechu Callahana jestem przekonana, że znowu śpi. Wymykam się zza jego ciała i otulam go ciepło, żeby się nie obudził. Nie spał przez większość nocy, dorzucając drewna do ognia, żebyśmy nie zmarzli, więc potrzebuje odpoczynku.
To nie pierwszy raz, kiedy tak się zamknął w sobie. To samo stało się po naszej nocy w karetce, gdy głośny grzmot wstrząsnął ambulansem. To było zaskakujące, owszem, ale reakcja Callahana była bardziej niepokojąca, jakby całkowicie się wyłączył.
Najciszej, jak potrafię, rozpalam ogień i dokładam dwa kolejne polana. Drzwiczki piecyka skrzypią, gdy je zamykam, ale na szczęście Callahan się nie budzi. Miło widzieć jego rozluźnioną twarz, gdy śpi, zamiast zwykłego grymasu, który mi serwuje. Nie rozumiem pogardy, jaką wobec mnie żywi. Zakończenie naszej relacji to była jego decyzja, więc co takiego zrobiłam, że patrzy na mnie z takim obrzydzeniem?
Kręcę głową, bo dochodzę do wniosku, że Cal jest zagadką. Kucam obok małej szafki nocnej, która służy jako mini wymienialnia książek - po prostu "weź książkę, zostaw książkę". Moje palce ślizgają się po grzbietach. Kilka z tytułów wskazuje na tematykę człowiek kontra natura - to historie o tym, jak przetrwać, a ja nie mam ochoty czytać o żadnej prawdziwej sytuacji, więc zamiast tego wybieram powieść szpiegowską.
Wysuwam drewniane krzesło spod biurka, siadam i opierając piszczele o blat, kładę nogi na krawędzi siedziska, żeby nie dotykały zimnej podłogi. W jednej z drewnianych okiennic jest dziura po sęku, wystarczająco duża, żeby zapewnić odpowiednią ilość dziennego światła do czytania. Po kilku stronach, gdy wciąga mnie historia, moje otoczenie się rozpływa, a wyjący wiatr cichnie. To miła odskocznia od rzeczywistości.
Nie jestem pewna, ile czasu mija, ale w końcu światło z otworu w okiennicy przygasa, a ja boleśnie uświadamiam sobie, jak bezlitosne jest to krzesło dla mojego zdrętwiałego tyłka. Przeczytałam już sześćdziesiąt stron książki. Prawdopodobnie po wczorajszym ciosie w głowie nie powinnam czytać aż tak dużo. Należałoby odpocząć, ale siedzenie i rozmyślanie wydawało się gorszą opcją.
Drewno w piecyku prawie się wypaliło, a na czerwonym żarze tańczy mały płomyk. Burczy mi w brzuchu. Odkąd opuściłam Owczarnię, mój organizm przyzwyczaił się do jedzenia mniejszych porcji. Callahan prawdopodobnie będzie głodny, kiedy się obudzi.
Zamykam książkę i delikatnie kładę ją na biurku. Przechodzę przez pokój i otwieram szafkę z kuchenką gazową. Rozstawiam ją, zwracając szczególną uwagę na to, żeby robić jak najmniej hałasu. Wiatr uderzający o bok wieży zagłusza większość odgłosów. Następnie znajduję garnek i wlewam wodę z bukłaka, krzywiąc się na myśl o tym, jak naskoczyłam na Cala wczoraj po jego powrocie. Dodaję trochę więcej wody, żeby wystarczyło i do picia, i do umycia się, po czym stawiam garnek na palniku i zapalam gaz zapalniczką. I tak musimy przegotować wodę, żeby nadawała się do picia. Kiedy jest częściowo podgrzana, nalewam trochę do kubka i odstawiam garnek na kuchenkę, żeby skończyła się grzać.
Odwracam się i upewniam, że Callahan nadal śpi, zanim zdejmę bieliznę termoaktywną i umyję się mydłem oraz wytrę ręcznikiem, które znalazłam w szafce z myjkami i szmatami. Mój telefon z brzdękiem ląduje na podłodze. Zapomniałam, że wsunęłam go wczoraj wieczorem do stanika. Chwytam go i chowam się za stołem stojącym pośrodku pokoju. Wychylam się i widzę, jak Callahan wzdycha, ale na szczęście się nie budzi.
Po wczorajszym dniu rozpaczliwie pragnę prysznica, a samo szorowanie skóry ciepłą wodą wystarcza, żeby poczuć odświeżenie. Po skończeniu najszybszej na świecie gąbkowej kąpieli zakładam spodnie trekkingowe i sweter.
Czekając, wybieram z pojemnika na żywność jedną z zup w proszku - dziki ryż z kurczakiem - i odmierzam odpowiednio dużą porcję, którą możemy się podzielić. Zostawiam wodę, by przez chwilę się pogotowała, po czym odlewam część, żeby później napełnić nią nasze butelki. Następnie stopniowo dodaję proszek i mieszam w kierunku środka, zapobiegając postukiwaniu łyżką o brzeg metalowego garnka.
Gdy mieszanka się w większości rozpuszcza, przykrywam garnek i zmniejszam ogień na kuchence turystycznej, pozwalając daniu dalej się gotować. Gdy czekam, próbuję włączyć telefon, ale bezskutecznie. Wyjmuję baterię i wkładam ją z powrotem. Dalej nic. Czego się spodziewałam? Kupiłam najtańszy telefon na kartę, jaki znalazłam. Potrzebowałam czegoś, co zapewni mi choć kiepski internet i numer, który będę mogła podać w podaniach o pracę. Wygląda na to, że jesteśmy zdani tylko na komórkę Cala.
Jeszcze trochę szperam, robiąc inwentaryzację naszych zapasów. Są tu kosze do mycia naczyń, kilka gier planszowych, środki czystości, więcej pościeli i kilka narzędzi.
Mieszam przez chwilę zupę, a potem wyjmuję dwa kubki z szafki po lewej. Ostrożnie zamykam drzwiczki i zamieram, gdy zaskakuje mnie widok Callahana, który nie śpi i mnie obserwuje. Jak długo się tak na mnie patrzy? Wpatrujemy się w siebie, a ja zaczynam się zastanawiać, o czym myśli. Gdy na mnie patrzy, jego oczy błyszczą bólem.
- Jesteś głodny?
Odchrząkuje.
- Tak.
- Zupa prawie gotowa.
Callahan siada, przerzuca nogi przez krawędź łóżka i opiera łokcie na kolanach. Głowę ma zwieszoną między ramionami, ale się nie rusza. Tak... Oddałabym wszystko, żeby wiedzieć, jakie myśli krążą mu teraz po głowie.
Zaglądam pod pokrywkę, a z garnka wydobywa się kłąb gorącej pary. Aromat sprawia, że cieknie mi ślinka, a żołądek burczy. Dzielę porcje na dwa kubki, a łyżki powoli zanurzają się w gęstniejącej zupie.
Po podaniu mu jednego z naczyń siadam obok piecyka, na dywaniku leżącym tuż obok.
- Dzięki za to - rzuca. - I za to wcześniej.
Kiwam głową i dmucham na łyżkę z parującym jedzeniem. Gdy zupa ostyga, kosztuję jej i muszę się powstrzymać, żeby nie wepchnąć reszty do ust. Pyszny bulion koi mnie od środka, odganiając moje pełne zatroskania myśli i burczenie w brzuchu.
- Pyszna.
Callahan mruczy z aprobatą, włożywszy łyżkę do ust.
Jemy w milczeniu, pozwalając trzaskającemu ogniowi, silnemu wiatrowi i skrobaniu łyżek o naczynia mówić za nas. Od czasu do czasu wymieniamy spojrzenia, ale w końcu odwracam się i siadam twarzą do ognia, żeby dokończyć posiłek.
- Znalazłam kilka gier planszowych - informuję. - Jeśli chcesz...
Jego pusty kubek ląduje pewnie na półce, a łyżka grzechocze.
- Potrzebujemy więcej drewna.
- Och. - Odwracam się. - Czy mogę jakoś pomóc?
Cal wstaje, naciągając wierzchnią warstwę ubrania.
- Nie.
- Dobrze - odpowiadam. - To ja posprzątam.
Wychodzi z wieży, ale nie trzaska drzwiami, jak próbowałam wcześniej. Następne pół godziny spędzam na sprzątaniu po lunchu, starając się zająć czymś ręce. Wlewam resztę wody przeznaczonej do mycia naczyń do garnka i stawiam go na piecyku opalanym drewnem, żeby była ciepła. Przegotowaną przelewam do naszych butelek. Następnie osuszam miskę i odkładam ją na półkę. Kiedy to kończę, zajmuję się porządkowaniem przestrzeni, w tym ścieleniem łóżka. Co, jeśli Cal będzie chciał się położyć i zdrzemnąć? Rozścielam łóżko i gniotę pościel, by posłanie wyglądało tak samo jak poprzednio. Co jest ze mną nie tak? Ścielę ponownie łóżko i ignoruję każdą następną głupią myśl, która przychodzi mi do głowy.
Miał rację wczoraj wieczorem - zrobił dla nas wszystko, co mógł. Zapewnił nam schronienie, wodę i ogień. Muszę zacząć wykonywać swoją część zadań, gotując i sprzątając. To łatwe, zważywszy na to, że zostałam wychowana tak, by służyć ludziom niezależnie od tego, jakiej roli Bóg lub Kościół ode mnie wymagali. To był mój obowiązek, który z dumą wypełniałam, dopóki nie zaczęłam kwestionować pewnych rzeczy. Na początku poczucie winy z powodu zwątpienia w swoją wiarę niemal mnie pochłonęło. Trzymałam się na uboczu, popadłam w depresję i modliłam się, by odpędzić myśli, ale one tylko nabierały mocy. Potem rozpoczęłam szkolenie na ratowniczkę medyczną, dzięki któremu poznałam nowych ludzi i przyszły mi do głowy nowe pomysły, a niektóre z nich miały sens.
Zerkając między listwami okiennic, obserwuję Callahana układającego spory stos drewna. Łupie polana siekierą i nawet częściowo zamaskowany przez śnieg wygląda tak seksownie, jak nie powinien wyglądać żaden mężczyzna wypełniający domowe obowiązki. Boże drogi. Rozwiewam tę mgiełkę żądzy, a potem zakładam na siebie kilka warstw ubrań i sznuruję buty, by stawić czoła zamieci. Brnę przez śnieg i zbieram tyle połupanego drewna, ile uda mi się wnieść do środka.
Polana, które nam zostały, układam w stos obok piecyka, a szafkę na drewno uzupełniam świeżo pociętymi. Kusi mnie, żeby użyć koca, by pomóc sobie z noszeniem większej ilości drewna naraz, ale przy tym siejącym spustoszenie wietrze boję się, że wyrwie mi go z ręki i zwieje ze zbocza.
Po uzupełnieniu zapasów drewna w szafce wszelkie nadwyżki układane są przez nas na tarasie przed drzwiami, aby zapewnić do nich łatwy dostęp. Kiedy Callahan jest zadowolony z ilości, zanosi siekierę z powrotem do magazynu u podstawy wieży widokowej, gdzie musiał ją znaleźć. Pracujemy w tandemie, nie zamieniając ani słowa. Zbieramy polana z kurczącego się stosu i wnosimy je po schodach, aż przy drzwiach utworzy się sterta o wysokości około metra. Callahan zbiera ostatnie pocięte kawałki i rzuca je na taras. Układam je razem z innymi, a następnie, zanim wejdziemy do środka, otrzepujemy śnieg z butów i spodni.
Nie muszę patrzeć w lustro, żeby wiedzieć, że moje policzki są pokryte plamami od przenikliwego zimna. Jego też są różowe, ale najwyraźniej od wysiłku, a nie wiatru. Callahan rozbiera się do bielizny i kładzie spodnie na krześle, na którym siedziałam wcześniej, po czym bierze ze stołu butelkę z wodą. Przygląda się jej, zauważając, że została niedawno uzupełniona, i bierze kilka łyków, by zregenerować się po wysiłku. Ociera czoło skrawkiem termicznej koszulki, odsłaniając klatkę piersiową i tatuaże, które pamiętam z naszych wspólnych nocy.
Siadam na podłodze i szybko odwracam wzrok, by rozwiązać buty oblepione śniegiem od chodzenia w tę i z powrotem. Zdejmuję wilgotne skarpetki i kładę je przy ogniu, a następnie zmiatam szufelką kawałki kory oraz drzazgi, zgarniając je w mały kopczyk. Później możemy je wykorzystać jako rozpałkę.
Popijając wodę z butelki, relaksuję się, szczęśliwa, że udało mi się uciec od burzy.
- Czy czyściłaś już dzisiaj rozcięcie na czole?
- Tak, umyłam się wcześniej i dodałam trochę maści z antybiotykiem z apteczki. W tym garnku jest ciepła woda - gestem wskazuję na piec opalany drewnem - na wypadek, gdybyś chciał się umyć. To przyjemne.
Kiwa głową, ale tylko zdejmuje skarpetki i kładzie je obok moich, żeby wyschły. Dzisiaj prawie nie rozmawialiśmy i to mnie wykańcza. Staramy się unikać tego oczywistego, lecz niewygodnego tematu, ale z każdym niewypowiedzianym słowem problem tylko narasta.
- Udało ci się dzisiaj wysłać wiadomość? - Widziałam go wcześniej na tarasie z telefonem.
- Nie.
- Próbowałam włączyć telefon, ale jest rozładowany. Albo zepsuty. Nie wiem.
Cisza.
- Byłeś tu już kiedyś? - zagaduję.
Patrzy na mnie pustym wzrokiem.
- Oczywiście, że tak, przecież ty nas tutaj sprowadziłeś. Jasne, że tu byłeś. To było głupie pytanie. - Świetnie, teraz bredzę.
Unosi brew z lekkim rozbawianiem, po czym się odwraca.
- Wiesz, gdyby to nie była sprawa życia i śmierci, to miejsce byłoby doskonałą miejscówką na wakacje - dodaję.
Prycha. To najbardziej entuzjastyczna odpowiedź, jaką do tej pory otrzymałam.
Och, dlaczego musisz być takim palantem?!
Staram się być uprzejma, ale on mi zdecydowanie nie pomaga. Biorę książkę.
- Zaczęłam to czytać wcześniej. Jest całkiem niezła. Chodzi o faceta, który...
Nie słucha. Zamykam usta i kiwam głową na niewypowiedziane odrzucenie.
- Dobra... - zamykam temat.
Z rezygnacją spuszczam głowę i przechodzę na drugą stronę pomieszczenia, żeby poczytać przy oknie, gdzie przez okiennice wpada najwięcej światła.
Mija kilka minut i Callahan odchrząkuje.
- Ja, hmm, mieszkałem przez jakiś czas w jednej z takich wież. Lata temu.
Gwałtownie unoszę brwi, zdziwiona tą próbą rozmowy.
- Tak?
- Mhm.
Daję trochę opaść napięciu, zanim znów się odezwę.
- I jak było?
Boję się ruszyć albo powiedzieć za dużo, by nie spłoszyć go jak jelenia.
- Niesamowite widoki i mnóstwo dzikiej przyrody do oglądania. To było fantastyczne przeżycie.
- To naprawdę super... Czułeś się kiedyś samotny?
Wzrusza ramionami.
- Nie, wiedziałem, że to tylko tymczasowe.
Uśmiecham się szeroko.
- Jak dużo czasu tam spędziłeś?
- Kilka miesięcy.
Mam wrażenie, że to nasza pierwsza normalna rozmowa od czasów akcji w Oregonie.
- Kilka miesięcy i nie czułeś się samotny? - Przechylam głowę na bok. - A co z kobietami? - żartuję.
Kącik jego ust wędruje ku górze, gdy uśmiecha się tym seksownym uśmieszkiem, który sprawił, że zająknęłam się, kiedy spotkaliśmy się tamtej nocy w barze.
- Cóż, może byłem t r o c h ę samotny.
- Hm - mruczę pod nosem na znak zgody i też lekko się uśmiecham.
Nie chcę kusić losu, więc czekam, aż będzie kontynuował. Po długiej pauzie zagłębiam się w lekturę, ale gdy tylko wracam do miejsca, gdzie skończyłam, on się odzywa:
- Jakie gry planszowe znalazłaś?
Callahan
Mruży oczy.
- B-7.
Cholera jasna.
- Trafiłaś.
Scottie promienieje z dumy.
- B-8.
Wzdycham.
- Zatopiłaś mój patrolowiec... Czemu jesteś w tym taka dobra?
Wygrała ostatnie trzy rundy, a ja w żadnej z nich nawet nie zbliżyłem się do wygranej.
- Oszukuję.
- Jak?! - Pochylam się, by sprawdzić, czy widzi moją planszę. Wątpię, słońce zaszło godzinę temu, a my gramy w blasku ognia. Mam wystarczająco dużo problemów z zobaczeniem własnej planszy.
- Żartuję. - Chichocze i wzrusza ramionami. - Dobrze mi idzie ukrywanie moich statków.
Kiedy pionki są już zebrane, Scottie podaje mi pudełko, a ja odkładam je do szafki z kilkoma grami i wybieram nową.
- Przepraszam, muszę zapytać - zaczyna poważnym tonem. - Czy rozmawiamy tylko dlatego, że dzieli nas niewielka odległość, czy dlatego, że teraz jesteśmy przyjaciółmi?
Wsuwam pudełko na inne gry i wstaję.
- Hę?
- Mówiłeś, że to koniec między nami. Czy to obejmuje spanie ze sobą o r a z przyjaźń? Czy po wydostaniu się stąd znowu będziemy milczeć?
Zakasuję rękawy. Chyba przyszła pora, żeby rozstrzygnąć nasze sprawy. Tyle z miłego spędzania czasu.
Mój głos staje się twardszy.
- Na pewno ze sobą nie sypiamy, ale szczerze mówiąc... nie wiem... Nie sądzę, żebym mógł się przyjaźnić z kimś, kto... - Pocieram kark. Cholera, jestem na nią zły za to, że mnie okłamała. - Dlaczego ze mną spałaś, Scottie? Dlaczego, kurwa, to zrobiłaś?
Marszczy brwi.
- Co masz na myśli?
- I dlaczego pieprzyłaś się z Dave'em? Właśnie z t y m facetem? Serio? Ze wszystkich mężczyzn...
Scottie stoi z szeroko rozstawionymi rękami i opuszczoną szczęką.
- O czym ty mówisz?! Nigdy nie spałam z Dave'em! On jest żonaty!
Warczę.
- A ty najwyraźniej masz męża!
Wzdryga się, jakbym ją uderzył. Zamyka usta i pozwala, by ręce opadły jej wzdłuż ciała.
- Tak... - mówię. - Wiem o tym.
- Nie spałam z Dave'em - stwierdza ledwie słyszalnym szeptem.
- Widziałem, jak wychodził z twojego mieszkania po tym, jak u ciebie nocował. Naprawdę myślisz, że uwierzę, że się nie pieprzyliście?
Scottie robi ogromny krok naprzód, próbując wejść w moją przestrzeń. Jest na tyle blisko, że ze względu na swój niski wzrost musi unieść brodę, by spojrzeć mi w twarz.
- Nie został na noc! - Uderza się w pierś. - Złapałam gumę, kiedy wracałam z trzeciej zmiany! Odebrał mnie i podwiózł do domu. Był w środku tylko dlatego, że w zasadzie sam się wprosił!
Posyłam jej gniewne spojrzenie.
- Ale j e s t e ś mężatką.
Odsuwa się ode mnie i obejmuje się za brzuch.
- Ale to nie tak, jak myślisz.
Rozkładam ręce i przechodzę na drugą stronę pomieszczenia.
- No cóż, m y ś l ę, że jesteś, kurwa, mężatką! Coś jeszcze?!
- To nie jest prawdziwe małżeństwo.
Śmieję się sarkastycznie.
- Widziałem ogłoszenie o twoim ślubie w lokalnej gazecie, kochanie. Jest prawdziwe.
- Staram się o rozwód.
Krzyżuję ramiona i pytam:
- A doręczyłaś mu papiery?
- Nie, ale...
Prycham i obracam się na pięcie. W co ona gra?
Tupie nogą jak małe dziecko.
- Czy mógłbyś się zamknąć i posłuchać? To było lawendowe małżeństwo! Nie miałam wyboru. Jedynym sposobem na odejście z małżeństwa było opuszczenie domu. Zostawiłam wszystko, co miałam!
Kiedy staję z nią twarzą w twarz, patrzy na mnie z grymasem.
- Lawendowe co? Oboje wyglądaliście na cholernie szczęśliwych na tym zdjęciu.
- Mój mąż jest gejem!
Rozkładam ramiona.
- O, naprawdę?
Scottie kontynuuje, mimo że jasno okazuję swoje wątpliwości:
- To taka popieprzona forma terapii konwersyjnej. Pochodzę ze społeczności fundamentalistycznej. Jeśli okaże się, że jakiś mężczyzna jest gejem albo podejrzewa się go o homoseksualizm, wtedy interweniuje Kościół. Wybierają ze wspólnoty kobietę, która ma zostać, jak to nazywają, o b l u b i e n i c ą c z y s t o ś c i. Robią to z nadzieją, że "złe skłonności mężczyzny miną" - gestykuluje, robiąc cudzysłowy - gdy tylko pobędzie z atrakcyjną kobietą.
Czy ona mówi poważnie? Kręcę głową.
- Niemożliwe.
- Jonathan i ja jesteśmy przyjaciółmi, już od dzieciństwa. Jego rodzice byli jak moi. Uratowaliśmy się nawzajem. Kocham go, ale nie tak, jak żona kocha męża. Błagałam go, żeby poszedł ze mną, kłóciliśmy się o to miesiącami. Zostałam tak długo, bo go kochałam, ale w końcu nie mogłam już dłużej czekać. Musiałam odejść. I tak zrobiłam. Sama.
- Dlaczego ktokolwiek miałby się na to zgodzić?
Scottie zakrywa twarz obiema dłońmi, po czym je opuszcza.
- Jest kilka powodów. Gdybyśmy wybrali siebie nawzajem, nie zostałabym oddana innemu członkowi Owczarni, tak to się nazywało, jak owczarnia pasterza, wliczając w to starszych czy członków rady. Lepszy diabeł, którego znasz, niż ten, którego nie znasz. Inne kobiety nigdy nie mówiły źle o swoich mężach. Rozmawiały tylko o dzieciach i obowiązkach domowych, ale dziewczyny oddane starszym mężczyznom zawsze wyglądały, jakby w środku były martwe.
Takie rzeczy się nie zdarzają, prawda? To brzmi jak sekta.
- Drugi powód to ten, którego najbardziej się wstydzę. Dorastałam w przekonaniu, że z Jonathanem jest coś nie tak. Myślałam, że bycie z nim to moje powołanie, mój cel. Wierzyłam, że jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi, bo sam Bóg mnie wybrał, bym go u r a t o w a ł a. Całe życie chciałam pomagać ludziom i myślałam, że właśnie to robię. Był przystojny, zwracał na siebie uwagę dziewczyn, choć nigdy jej nie odwzajemniał. Szybko się zorientowałam, że Jonathan nie jest taki jak inni chłopcy, ale zauważyłam też, jak na nich patrzył. Kochałam Jonathana i wiedziałam, że on kocha mnie. Pomyśleliśmy, że moglibyśmy być dla siebie nawzajem tratwą ratunkową. - Scottie na chwilę zamilkła. - Gdybyśmy udawali związek, zaręczyli się i zakochali bez interwencji Kościoła, nikt by się nie zorientował, a Jonathan nie musiałby przechodzić żadnej innej terapii konwersyjnej. A ja miałabym partnera, o którym wiem, że jest dobry i mnie kocha. Wiedzieliśmy, że platoniczne małżeństwo jest o wiele bezpieczniejsze niż podejmowanie ryzyka.
Przesuwam dłońmi po głowie, zmuszając się do słuchania i próbując zrozumieć, o czym ona mówi. Wydaje się, że to zbyt duża dawka informacji, żeby je przyswoić.
- Poszłam do szkoły, żeby zostać ratowniczką medyczną, i ktoś z lokalnej straży pożarnej załatwił mi pracę. To była wielka sprawa, bo prawie wszyscy pracowali w naszym małym miasteczku. Byliśmy samowystarczalni, z wyjątkiem kilku kwestii, takich jak ochrona przeciwpożarowa. Kiedy byłam w szkole, nagle mój świat się niesamowicie poszerzył. Poznałam ludzi, którzy mieli inne przekonania niż ja, ale nie byli źli, jak zawsze mi wmawiano. To byli d o b r z y ludzie o d o b r y c h sercach. Im bardziej byłam wystawiana na świat zewnętrzny, tym bardziej zdawałam sobie sprawę, że nikomu nie pomagam. - Scottie mruga, powstrzymując łzy. - Raniłam Jonathana i siebie. Może to było dla nas bezpieczniejsze rozwiązanie, ale na pewno nie właściwe. Sama byłam zresztą częścią tego problemu. - Obejmuje się ramionami w pasie. - Chciałam się stamtąd wydostać.
Kręcę głową, ale z trudem nawiązuję kontakt wzrokowy.
- To brzmi jak cholerne szaleństwo.
- Bo to jest szaleństwo! To okropne! Nie chcę być częścią żadnej społeczności, która zadaje innym tyle bólu. Ale opuszczenie Owczarni to nie tylko przeprowadzka, to wygnanie. Słyszałam historie o ludziach, którzy uciekali i byli z powrotem w to wciągani. Próbowałam namówić Jonathana, żeby poszedł ze mną, ale nie chciał. - Jej broda drży, gdy spogląda na swoje dłonie. - Więc odeszłam.
Cholera jasna. To jakaś kosmiczna sytuacja - jej historia jest tak dziwna, że właściwie trudno w nią uwierzyć. Nigdy nie słyszałem, żeby coś takiego wydarzyło się w rzeczywistości. Spotkałem się z tym tylko w filmach czy produkcjach dokumentalnych o prawdziwych zbrodniach.
- Skąd mam wiedzieć, że mówisz prawdę?
Nie opowiada tak, jakby zmyślała, a raczej tak, jakby w końcu mogła się wygadać. Jakby po raz pierwszy mogła opowiedzieć komuś swoją historię i odkrywała przed nim swoją duszę.
- Musisz mi zaufać. Nie mogę tego udowodnić. To nie miało wyglądać na nic więcej niż normalne małżeństwo. Potrzebowaliśmy, żeby Kościół uwierzył, że Jonathan został u z d r o w i o n y. Chociaż jestem pewna, że teraz, kiedy odeszłam, kwestionują zarówno jego, jak i moją orientację. Nigdy nie widziałam, żeby inna kobieta próbowała opuścić wspólnotę. Słyszałam tylko plotki i żadna z tych historii nie skończyła się dobrze.
Wracam na jej stronę pokoju.
- Jak miał zostać uzdrowiony? Sypiałaś z Jonathanem?
- Tak.
- W sensie że uprawialiście seks?
- Tak.
- A on mógł...? Jak?
Wzrusza ramionami.
- Po tylu latach to staje się przyciąganiem na poziomie biologicznym. Ludzie mają potrzeby. Przy wystarczającej liczbie kontaktów seksualnych nasze ciała reagowały tak, jak musiały, aby osiągnąć satysfakcję seksualną. To było niemal kliniczne. Na początku robiliśmy to, bo myśleliśmy, że postępujemy słusznie. Później po prostu stało się to nawykiem. - Otwiera usta, żeby powiedzieć coś więcej, ale milknie. W końcu dodaje: - Kiedy zdałam sobie sprawę, jak bardzo wszystko się pogmatwało, odmówiłam dalszego sypiania z nim. Stało się to między nami źródłem sporu. Wiedział, że się odsuwam, i to go przerażało. Mniej więcej na rok przed tym, zanim wyjechałam, zaczęłam mu proponować, byśmy odeszli, ale on tkwił w zaprzeczeniu. Obawiam się, że wciąż myśli, że potrzebuje ratunku przed jakimś grzesznym cierpieniem... Myślę, że w to wierzy.
- Więc nadal coś do niego czujesz? Jesteście w separacji? O co w tym chodzi?
Słysząc o jej małżeństwie z innym mężczyzną, przypominam sobie zdradę, której doświadczyłem ze strony Molly.
Oczy Scottie napełniają się łzami, a na usta wkrada się melancholijny uśmiech.
- Jesteśmy w separacji. Zawsze będę darzyć Jonathana głębokim uczuciem, ale nie romantycznym. Jest moim najlepszym przyjacielem. Uratowaliśmy się nawzajem. - Jej głos drży. Wciąga powietrze i wstrzymuje je, próbując się uspokoić. - I zawsze będę czuła się winna z powodu naszego małżeństwa. Owczarnia wmówiła mu, że jest popsuty, a ja się z tym zgadzałam. On nigdy nie był popsuty, tylko j a. - Zamyśla się. - Powiedziałam mu, że możemy zacząć życie od nowa. Razem, ale osobno. Nie rozumiał, dlaczego chcę porzucać jedyne życie, jakie znaliśmy. Powiedziałam mu, że to, co robimy, nie jest naturalne, ale on zawsze powtarzał, żebym więcej się modliła i przestała wszystko kwestionować. W moim odczuciu byłam jednak tylko pionkiem w rękach nienawistnego Boga. - Na chwilę zawiesza głos. - Miałam dość pogoni za niezaspokojonymi potrzebami, chciałam partnera, który naprawdę mnie pragnie. Miałam dość udawania, doświadczania płytkiej intymności, która istniała tylko na poziomie platonicznym. Chciałam uprawiać seks i czuć się naprawdę s p e ł n i o n a. Pragnęłam tego całe życie, ale zawsze zrzucałam winę na własne wady, na coś, co było moją winą: nie starałam się wystarczająco mocno, nie modliłam się wystarczająco głośno.
Scottie kręci głową, ocierając łzy i przyklejając na swoje wargi neutralny uśmiech, jakby mogła w jakiś sposób zminimalizować lata nieszczęścia, które przeżyła, i to, że zostawiła za sobą całe życie, by zacząć od nowa. Jestem oszołomiony.
- Zawiodłam Jonathana dwa razy: pierwszy raz, kiedy za niego wyszłam, i drugi, kiedy go porzuciłam. Ale jedno z nas musiało wykonać pierwszy krok, więc go zrobiłam.
Nie jestem pewien, jak odpowiedzieć, więc mówię jedynie to, co przychodzi mi w tym momencie do głowy:
- Przepraszam.
- Może powinnam była się z nim rozwieść, zanim związałam się z kimś innym, ale to nie miało prawa się stać. Wiedział, że jedynym sposobem na uzyskanie rozwodu byłoby nasze wspólne odejście, bo próba zrobienia czegokolwiek w domu wzbudziłaby podejrzenia wspólnoty. Nigdy nie łączyła nas romantyczna relacja, a ja chciałam poczuć smak wolności... A potem poznałam ciebie.
Nawet nie wiem, co teraz czuję. Siedzę zgarbiony na skraju łóżka, z trudem przetwarzając tak wiele informacji. Mam tyle pytań. Wpatruję się w podłogę i pocieram czoło. Kurwa. Jestem bombardowany tyloma emocjami. Jestem zdruzgotany jej losem, ból w jej oczach jest wyraźny jak słońce. Dźwiga na swoich barkach ogromny ciężar, i to nie tylko z powodu męża, Jonathana, ale także ze względu na konieczność przystosowania się do zupełnie nowego życia.
Odczuwam również ogromną ulgę, że może jednak mamy realną szansę. Nadal czuję się winny z powodu spania z mężatką, ale nie czuję już do siebie wstrętu, tak jak wcześniej. A reszta mnie jest oszołomiona całą tą drogą przez mękę.
- Przepraszam, że ukrywałam przed tobą swoją przeszłość... Naprawdę przepraszam.
Unoszę brodę, by spojrzeć na jej ponurą twarz.
- Powinienem był się z tobą spotkać tamtego dnia na śniadaniu. Doszły do mnie plotki od kilku facetów z miasta i od tygodni zadręczałem się myślą, że rozbijam komuś małżeństwo. Kiedyś byłem zaręczony i nakryłem narzeczoną na romansie w naprawdę trudnym dla mnie momencie. Strasznie mi to namieszało w głowie. Przez cały czas myślałem, że zrobiłem to samo innemu mężczyźnie.
Do tej pory nie wspominałem o Molly, ale planowałem to zrobić. Powinienem był zapukać do jej drzwi tamtego dnia, zamiast odchodzić. Mogliśmy tego wszystkiego uniknąć.
- Nie powiedziałam ci wcześniej ze wstydu. - Ociera łzy z policzków. - I jestem tym zażenowana. Gdy patrzy się na wszystko z zewnątrz, wydaje się to takie oczywiste. Ale kiedy wychowujesz się w tych murach, pęknięcia, które powstają na skutek twoich wątpliwości, są dobrze ukrywane. To, w czym brałam udział, było odrażające. Nie chciałam, żeby ktoś o tym wiedział. Nie zrozumiałby. Co świat zewnętrzny by o mnie pomyślał? Co t y byś o mnie pomyślał? Jak powiedziałeś, to szaleństwo... Ale skoro słyszałeś plotki, dlaczego nie zapytałeś wprost?
Parskam śmiechem.
- A co ja, do cholery, miałem sobie pomyśleć? "Rany, jest mężatką, ale może tak naprawdę jest w sekcie religijnej i kryje swojego męża geja?"
Moje ostre słowa wywołują u niej odrazę, a ja natychmiast mam ochotę je cofnąć.
- Mogłam ci to wszystko wytłumaczyć wcześniej. Nie dałeś mi szansy!
- Kiedy słyszę tętent kopyt, myślę o koniach, a nie o zebrach.
Scottie chodzi tam i z powrotem.
- No cóż, pomyślałeś o zebrach, kiedy zobaczyłaś wychodzącego ode mnie Dave'a! Nie jesteś jedyną osobą, która cierpi od tygodni, wiesz? Byłeś bezduszny i okrutny przy każdym naszym spotkaniu. Łamałam sobie głowę, próbując zrozumieć, co takiego zrobiłam, że tak cię zdenerwowałam. Wszyscy mówili mi, że jesteś kobieciarzem, że mnie wykorzystujesz. Broniłam cię przy każdej okazji, a potem wyszłam na idiotkę, kiedy mnie odrzuciłeś, jakbym była nikim. - Przygryza dolną wargę, żeby powstrzymać jej drżenie, i pozwala dłoniom opaść na boki. - To by pozwoliło nam zapoczątkować rozmowę.
Pochylam się do przodu, opierając przedramiona na udach i pozwalając głowie opaść między ramiona.
- Nie przyszedłem, bo usłyszenie z twoich ust, że jesteś mężatką, zabolałoby bardziej. - Uciekłem. Czułem się cholernie przerażony. - To byłoby jak ponowne przeżywanie przeszłości. Nie chciałem tego robić... Kiedy się dowiedziałem, że jesteś czyjąś żoną, zamknąłem się w sobie. To nie jest wymówka, ale dlatego zrobiłem to, co zrobiłem.
Kiedy podnoszę wzrok, widzę na jej twarzy ból. Marszczę brwi.
- A potem, kiedy pojawiłem się w twoim mieszkaniu, Dave powiedział coś, co sugerowało, że spędził z tobą noc...
- C o zrobił?!
- Nieważne. Powinienem zaufać twoim słowom, a nie jego. Należało najpierw przyjść do ciebie. - Wsuwam się głębiej na łóżko i odchylam do tyłu, aż moje łopatki dotykają zimnej szyby.
Scottie zmniejsza dystans między nami. Wpatruje się w moje oczy, jakby szukała odwagi, którą mogłaby pożyczyć. Sprawia, że wstrzymuję oddech, czekając na jej kolejny ruch. Wypuszczam powietrze, gdy kładzie kolano na łóżku obok mojego uda i siada mi okrakiem na kolanach. Prostuję się i patrzymy na siebie przez długą chwilę.
- Przepraszam. - Słyszę szczerość w jej głosie i dostrzegam ją w jej smutnych oczach.
Gardło mnie piecze, gdy widzę ją w takim stanie. Obejmuje mnie za szyję i opiera głowę o moje ramię, przytulając się. Narobiliśmy tyle bałaganu.
- Ja też. - Obejmuję ją dłońmi za plecy i trzymam w ten sam sposób, w jaki ona tuli mnie. Cholera, to takie przyjemne. Pozwalam sobie rozkoszować się jej dotykiem, zanim się odezwę, bo nawet jeśli prawda wyszła na jaw, to i tak nie zmienia sytuacji. - Nie wiem, co dalej.
- Co masz na myśli? - Czuję ciepło jej oddechu na skórze.
- Wciąż jesteś mężatką. - Zbieram się na odwagę. - C h c e s z się z nim rozwieść?
Nie waha się.
- Chcę.
Kącik moich ust się unosi. Ironiczne stwierdzenie.
- Nic nie możemy zrobić, dopóki nie złożysz papierów.
Unosi głowę, żeby na mnie spojrzeć.
- Ale on wie, że mnie nie ma...
- Pocałowałabyś mnie na jego oczach? - pytam, na co sztywnieje. - Czy bolałoby go, gdyby patrzył, jak cię obejmuję?
Może ich relacja nie była romantyczna, ale wciąż byli w związku, więc musi być c o ś po jego stronie. Nie będę się z nią ukrywał w cieniu.
- Jonathan i ja już kiedyś o tym rozmawialiśmy. Powiedzieliśmy sobie, że jeśli któreś z nas będzie musiało odejść, nie będziemy ze sobą walczyć.
Nie wyobrażam sobie, by ktokolwiek był skłonny ją tak po prostu puścić, nieważne, czy relacja była romantyczna, czy nie. Teraz lepiej rozumiem upór, który w sobie nosi, skoro zostawiła wszystko i wszystkich za sobą. Ta sytuacja jest tak popieprzona, że nigdy nie czułem się równie rozdarty. Z jej tyłkiem na kolanach i rękami na ramionach jedyne, co chcę zrobić, to pochylić się i wziąć ją.
Szczęka mi drga.
- Jeśli mamy to zrobić, od teraz potrzebujemy pełnej szczerości. Chcę poznać wszystkie trupy, które trzymasz w swojej szafie. Koniec z sekretami.
- Dobrze. I oczekuję od ciebie tego samego... - Jej palce nerwowo kręcą się przy kołnierzyku mojej koszuli i odwraca wzrok. - Z kim wyszedłeś z baru tamtej nocy?
Moje brwi gwałtownie się unoszą. Nie rozumiem pytania. O czym ona mówi?
- Kiedy?
Uwalnia się z mojego uścisku i patrzy na swoje dłonie.
- Kiedy widziałam cię ostatnio w barze, wychodziłeś z inną kobietą i obejmowałeś ją ramieniem, żeby wsiąść do taksówki. Nadal sypiasz z innymi kobietami?
- Nie. - Opieram dłonie o jej kolana, żeby przywrócić nasze fizyczne połączenie. Chwilę mi zajmuje, zanim się domyślę, o kim może mówić. Nie byłem z nikim, odkąd się rozstaliśmy. Uświadamiam sobie, o kogo pyta, i moje brwi opadają. - To była moja siostra, Teddy - mówię, starając się nie śmiać. Rozluźniam jej ramiona i kładę je z powrotem na swoich. - Przedstawię was sobie, jak wrócimy.
- Och. - Jej twarz się rumieni, jakby Scottie była zawstydzona.
Przesuwam dłonie po jej udach i kładę je na talii. Świerzbią mnie palce, żeby ścisnąć te miękkie krągłości. Od akcji w Oregonie wracam do nich w myślach za każdym razem, gdy biorę prysznic. Ta kobieta jest moim kryptonitem.
- Naprawdę myślisz, że do siebie wrócimy?
- Tak - odpowiadam z absolutną pewnością w głosie, bo nic nie stanie na przeszkodzie, żebym zobaczył, jak podpisuje te papiery rozwodowe.
Zakładam jej kilka luźnych kosmyków za ucho i przełykam ślinę. Szukamy odpowiedzi w swoich oczach.
- Więc co z tego wyniknie? - pytam.
- Wiem, czego chcę, ale prawdopodobnie czekają mnie kolejne wyzwania. A ty czego chcesz?
Moje spojrzenie pada na jej usta, pochylam się, a potem milknę. Postępowanie rozwodowe nawet się nie zaczęło. Powiedziałem, że poczekamy... Muszę podjąć decyzję. Czy naprawdę chcę wejść w fizyczny i emocjonalny związek z mężatką?
Dla Prescott? Tak.
Spotyka się ze mną w pół drogi, a jej usta przybliżają się do moich.
- Pieprzyć to.
Jedną ręką przyciskam dolną część jej pleców, drugą obejmuję kark i przyciągam usta Scottie do swoich.
Mój język muska jej dolną wargę, a jej ciche westchnienie dodaje mi otuchy. Wbija mi paznokcie w ramiona, rozbudzając każdy nerw w moim ciele. Przesuwam kciukiem po jej brodzie, dając sobie dostęp do ust, tak jak pragnąłem tego od tygodni. Jest jak pierwszy haj.
Z każdym muśnięciem naszych ust zapominam, dlaczego ta sytuacja jest taka skomplikowana. Ciche westchnienia i mocne uściski to wszystko, czego potrzebuję, żeby wiedzieć, że jest ze mną. Tym razem będzie inaczej. Tym razem robimy to dobrze. I n i c nie wydaje się bardziej właściwe niż to.
Naciska palcami na moją klatkę piersiową.
- Ale czego ty c h c e s z? - powtarza.
- Chcę, żeby łączyło nas coś więcej niż tylko zabawa, Prescott - stwierdzam. - Chcę, żebyś była moja.
Całowanie Scottie wydaje się tak naturalne jak oddychanie. Pozbawienie się tego sprawi tylko, że będę jej pragnął jeszcze bardziej.
Callahan
Dzień 3
Oboje zaczynamy czuć się lepiej, gdy za pomocą wilgotnych chusteczek, myjek, mydła i ciepłej wody pozbywamy się brudu i smrodu. Zrobiliśmy pastę z sody oczyszczonej, ale żadne z nas nie ma szczoteczki do zębów, więc szorujemy zęby małymi kawałkami papierowego ręcznika.
Okna w pomieszczeniu są zaparowane od naszych lekko wilgotnych ubrań rozwieszonych do suszenia na przypadkowych wieszakach i meblach. Kiedy Scottie zobaczyła, że mam w plecaku zapasowe ubrania na zmianę, nalegała, żebyśmy wyprali te, w których tu przyszliśmy. Chciała użyć w tym celu wiadra, resztek "wody po kąpieli" i odrobiny biodegradowalnego środka czyszczącego Campsuds. Jestem przyzwyczajony do bycia bardzo brudnym przez tydzień lub dłużej, gdy gasimy pożar, więc dla mnie kilka dni to nic. Ale Scottie? Ona nie przywykła do tego aż tak mocno.
Nie jestem o to ani trochę zły, bo w samych skarpetkach i koszulce - m o j e j koszulce strażackiej - wygląda o wiele seksowniej niż w jakiejkolwiek bieliźnie. Materiał sięga jej prawie do kolan, a krótkie rękawy - do łokcia. Ten obraz rozprasza jak zawsze. Małe logo naszej grupy, Sky Ridge IHC, z niedźwiedziem trzymającym piłę łańcuchową zdobi jej pierś, a duże litery układające się w napis STRAŻAK zajmują przestrzeń między łopatkami.
Przecieram dłonią twarz. To wszystko, co mogę zrobić, żeby utrzymać mojego fiuta w stanie rozluźnienia, gdy siedzę na dywanie w samych skarpetkach, bokserkach i bluzie z kapturem, opierając się o łóżko.
Skup się.
- J-3. - Co do tego strzału mam dobre przeczucie.
- Pudło.
Cholera. Przysięgam, to ta koszulka jest powodem, dlaczego przegrywam tę grę w statki. Czuję do Scottie większy pociąg niż kiedykolwiek, zwłaszcza po tym, jak wyjaśniliśmy sobie, dlaczego się rozstaliśmy. Z pewnością ma pokręconą przeszłość, ale teraz rozumiem, co stało za jej zachowaniem.
Nie omówiliśmy jeszcze do końca szczegółów tego, co będzie dalej. Jest w separacji i w końcu będzie musiała zająć się niedokończonymi sprawami w domu, ale jasno dałem jej do zrozumienia, że zamierzam kontynuować naszą relację tam, gdzie ją skończyliśmy. Ze wszystkich kobiet, które mogłyby mnie powalić na kolana, ta niesie największy bagaż, ale hej - przynajmniej pod tym względem do siebie pasujemy.
Scottie mruży oczy.
- E-5 - mówi.
Jak ona to robi, do cholery? Biorę swój lotniskowiec z planszy i po cichu przenoszę go rząd niżej.
- Pudło.
Jej śmiech wypełnia przestrzeń.
- Bzdura!
- B z d u r ą jest to, że ty nigdy nie przegrywasz - mówię, unosząc brew.
Uśmiecha się szeroko.
- Następnym razem rozstawię tylko cztery łodzie, żeby wyrównać nasze szanse.
- Przy ostatnim strzale znalazłaś mój lotniskowiec, więc nie będę ściemniał, kobieto - oznajmiam, odstawiam statek z powrotem na pierwotne miejsce i dodaję czerwony kołek na środku. Nie mogę uwierzyć, że znowu wygra.
- Skoro tak mówisz.
Szybko kończymy grę. Scottie ma dziwny dryg do dokładnego kojarzenia, gdzie "ukryłem" moje łodzie. Przynajmniej tym razem zatopiłem jej trzy i pół statku, co jest dla mnie nowym rekordem. Jestem coraz lepszy.
- Powinniśmy grać na pieniądze - stwierdza z uśmiechem, zadowolona ze swojego nieprzerwanego pasma zwycięstw.
Podoba mi się to, dokąd zmierzają jej myśli...
- A co powiesz na ubrania?
Śmieje się.
- Co?
Wzruszam ramionami i wskazuję na luźny T-shirt podciągnięty do połowy jej uda, kiedy siedzi na kocu na podłodze.
- Boisz się, że przegrasz?
Jej sutki twardnieją pod bawełną, a ja powstrzymuję się od jęknięcia. Mruży oczy, rozważając moją propozycję.
- Nie... ale masz więcej ciuchów niż ja. Masz przewagę.
Przechylam głowę na bok.
- Och, myślałem, że chcesz wyrównać nasze szanse. Teraz się boisz?
Kącik jej ust się unosi.
- Ciebie? B ł a g a m .
- Słynne słowo klucz. - Cmokam. Następnym razem, gdy powie "błagam", schowam głowę między jej udami.
Rozstawiamy nasze plansze i tym razem skupiam swoje pionki w jednym rogu.
- B-9 - rzucam, rozpoczynając grę.
Jej oczy robią się wielkie, gdy patrzy na mnie z niedowierzaniem.
- Trafiony.
- No, no, no... - Jestem bardzo zadowolony ze swojego farta. Nie musi się rozbierać, dopóki nie zatopię statku, ale jestem już w połowie drogi.
- A-3 - zgaduje.
- Pudło. - Uśmiecham się szeroko. - B-8.
- Pudło - powtarza. - F-4.
- Pudło. - Może ustawiła swój statek pionowo. - C-9?
Zaciska usta.
- Trafiony.
Dwie rundy później zatapiam jej niszczyciela. Zdejmuje jedną skarpetkę. Wskazuję na drugą.
- Skarpetki liczą się jako jedna rzecz. Zdejmij obie.
- Co? Od kiedy? - kłóci się.
- Od zawsze. - Kiwam głową w jej stronę. - Obie, Scottie.
Zdejmuje drugą skarpetkę i rzuca nią we mnie w małym akcie buntu.
- H-6 - podaje.
Uśmiecham się z zadowoleniem na widok jej niecelnego strzału.
- Czy kiedykolwiek chybiłaś tyle razy z rzędu?
Scottie mruczy coś sarkastycznie pod nosem.
- Co mówiłaś? Nie słyszę cię przez ten wiatr.
- O mój Boże. - Przygryza wargę i kręci głową. - Jesteś najgorszy.
- G-10. - Podnoszę wzrok, kiedy nie odpowiada.
- Co, do cholery?! - Zakrywa twarz dłońmi i się śmieje, po czym wskazuje palcem w moim kierunku. - Oszukujesz!
Wybucham śmiechem, trafiając w jej kolejny statek.
- Żartujesz?
Wydaje z siebie pisk, bierze czerwony kołek z tacy i kładzie go na swojej planszy. To niesamowite.
- J-9 - zgaduje.
Och, teraz mnie ma.
- Trafiony. - Nie martwię się. I tak skończy naga po zaledwie kilku ruchach. - G-9.
- Trafiony. - Łagodnieje. - I-9?
Uderzyła w inny statek, ale nie muszę jej tego mówić.
Po dwóch kolejnych rundach oznajmiam, że zatopiła mój patrolowiec, i zdejmuję skarpetki. Przygląda mi się z ciekawością, a jej oczy rozbłyskają, gdy uświadamia sobie, że ustawiłem swoje łodzie obok siebie.
- G-6 - mówię. To mój ostatni strzał.
- Zatopiłeś mój transportowiec.
Kurwa, tak.
- Zdejmij to.
Wiem, że na pewno nie ma na sobie bielizny, bo jedyne majtki, które ma, suszą się przed piecykiem. Miota się, przeciągając koszulkę przez skrzyżowane uda i podciągając ją nad głowę. Siedzi tam i próbuje się zakryć trzymaną na kolanach planszą z okrętem wojennym, ale nic nie może ukryć jej krągłości. Amen.
- Wygląda na to, że wygrałem - żartuję, podziwiając jej ciało.
Jej szczęka opada.
- O czym ty mówisz? Zostały mi jeszcze dwa statki!
Chichoczę.
- Ale ty nie masz już nic do stracenia.
- Moglibyśmy grać o coś innego.
Unoszę brwi.
- Na przykład co, przysługi seksualne? - Moje spojrzenie wędruje po jej ciele i uśmiecham się ironicznie, gdy widzę jej twarde sutki. - Podnieca cię ten pomysł? - pytam, a jej twarz pokrywa się rumieńcem. - Co masz na myśli? - dopytuję.
- Nie wiem...
- Ależ wiesz. No dalej, Scottie. Powiedz mi, o czym myślisz.
Naga i rumieniąca się? Boże, ile ja bym dał, żeby dostać się do jej ślicznej główki i przeczytać wszystkie te sprośne myśli.
- H-10 - mówi, unikając odpowiedzi.
- Trafiony - informuję, nawet nie patrząc na planszę. - A-2?
- Pudło. - Stuka się w brodę. - H-9?
- Trafiony.
Przygląda się swojej planszy i chichocze.
- Postawiłeś wszystkie swoje łodzie w jednym rogu, prawda?
- Może.
- To kiepska strategia.
- Jesteś pewna? A kto z nas jest teraz nagi? - Puszczam do niej oko.
Wzdycha.
- H-8?
- Zatopiłaś mój okręt podwodny. - Ściągam bluzę i rzucam ją na podłogę. Z każdą sekundą czuję się coraz bardziej napalony. - G-10?
- Trafiony. - Scottie dodaje czerwony kołek, kręcąc głową na moją strategię, ale potem nie trafia.
- I-4? - pytam.
Jej piersi się unoszą, gdy wciąga powietrze.
- Trafiony.
Dłonią masuję kark.
- Lepiej zdecyduj, co zrobisz, kiedy zatopię twój statek, zanim to ja podejmę decyzję za ciebie.
Przełyka ślinę.
- G-9?
- Trafiony - odpowiadam. - I-3?
- Trafiony.
O cholera.
Wpatruję się w nią, a ona wierci się pod moim badawczym spojrzeniem. Czy pamięta, jak się przy mnie czuła w Oregonie?
- No dalej... Powiedz to, Prescott.
- G-8? - zgaduje.
- Jeśli mi nie powiesz, czego chcesz, to ja wybiorę.
Jej górne zęby przesuwają się po dolnej wardze, a w jej oczach migocze pożądanie. C h c e, żebym przejął kontrolę.
- G-8 - powtarza.
- Trafiony.
Kładę grę na łóżku za sobą, wstaję i ściągam bokserki. Mój kutas wyskakuje, niemal uderzając mnie w brzuch. Scottie wzdycha, a to jeden z moich ulubionych dźwięków.
- Jakie ma być twoje hasło bezpieczeństwa? - pytam.
Skupia na mnie wzrok.
- Może "niszczyciel"? - sugeruję. - I-5?
Nie odpowiada. Wysuwa język, żeby zwilżyć usta, co przyspiesza mi puls.
- I-5... - powtarzam.
- Trafiony... F-10? - rzuca, dysząc.
- Trafiony - odpowiadam radośnie. To moja nowa ulubiona gra, mimo że znowu jakimś cudem przegrywam. - I-2.
- Trafiony - charczy. - Koniec gry.
Wyciągam do niej dłoń.
- Napluj.
Jej spojrzenie skacze pomiędzy moimi oczami a moją dłonią.
- N a p l u j . - Tym razem mówię to bardziej stanowczo.
Robi to, a ja rozsiadam się wygodnie na krawędzi łóżka. Leniwie głaszczę fiuta, używając śliny jako lubrykantu i obserwując Scottie.
- Pokaż mi, jak się bawisz swoją cipką, kiedy o mnie myślisz.
Odchyla ramiona do tyłu, zbierając się na odwagę, by odłożyć planszę. Biorę wdech przez nos, patrząc z podziwem, jak podciąga kolana i rozchyla je, by mi pokazać, jak bardzo jest mokra.
- Jasna cholera, Prescott. - Oblizuję wargi, pragnąc, żeby to były jej usta. - Co cię tak podnieca?
Jej dłoń wędruje w dół brzucha, a środkowym i serdecznym palcem muska łechtaczkę.
- Ty.
- Zgadza się. - Dopasowuję się do jej tempa. - Rozchyl uda szerzej. Pozwól mi popatrzeć.
Jej oczy zachodzą mgłą, gdy kładzie otwartą dłoń za sobą, odchyla się i daje mi intymny występ.
Jęczę. Jest hipnotyzująca.
- Doskonale, maleńka. Świetnie ci idzie. - Marszczy brwi, nie spuszczając ze mnie wzroku. - Trochę szybciej - sugeruję.
- Chodź tu - dyszy.
Kręcę głową, wciąż ściskając moją męskość.
- Chcesz czegoś?
- Spraw, żebym doszła.
Przesuwam dłonią w górę i w dół.
- Bądź bardziej konkretna.
- Użyj palców, żebym doszła... Błagam. - Kładzie obie ręce za siebie i rozchyla dla mnie szerzej swoje uda. - Uwielbiam, jak to robisz.
Uśmiecham się na widok jej desperacji i wstaję, a potem klękam między jej nogami.
- Potrzebujesz, żebym przejął kontrolę? - Przesuwam kciukiem po jej łechtaczce, a ona jęczy. - Lubisz robić to, co ci każę?
Potakuje, a jej piersi unoszą się i opadają z każdym ruchem.
- Dobrze - odpowiadam rzeczowo. - Bo prosiłem o show, a ty je dla mnie zrobisz, prawda?
Więcej pospiesznych skinień.
- Mhm.
- Chcę zobaczyć c a ł ą c i e b i e. Nie wstydź się, to już za nami. Brak sekretów oznacza brak sekretów, poćwiczysz mówienie, czego ode mnie potrzebujesz. Rozumiesz?
Wsuwam środkowy palec do środka, rozkoszując się dźwiękiem jej wilgoci, kiedy go wyjmuję i ponownie wpycham. Dodaję drugi, a ona siada, kołysząc się na mojej dłoni.
- O Boże.
- Rozumiesz? - powtarzam.
Jej oddech staje się głośniejszy.
- J-ja rozumiem. - Wierci się.
Uśmiecham się złośliwie.
- Jesteś taka słodka, kiedy robię ci palcówkę... - Postanawiam ją przetestować. Już wiem, jak lubi, by się do niej zwracać. - Jeśli będziesz się dobrze zachowywać, będę cię nazywać...
- Grzeczną dziewczynką.
Przechylam głowę, zdumiony szybkością, z jaką odpowiada.
Dostrzega moje zaskoczenie.
- Nazywałeś mnie tak już wcześniej i bardzo mi się to podobało - wyjaśnia.
- Dziś wieczorem zasłużysz na ten tytuł.
Pochylam się, szukając jej ust, a potem całuję ją i jednocześnie zakrzywiam palce, by dotknąć jej punktu G i potrzeć kciukiem łechtaczkę. Miauczy przy moich ustach.
Scottie się prostuje, ocierając o moją dłoń. Chichoczę z jej nagłej gorliwości. Zaciska ciało wokół mnie, a ja się pochylam. Nasze czoła prawie się stykają.
- Patrz na mnie, dobrze? Tylko ty i ja, Prescott.
Poruszam palcami szybciej, a ona krzyczy:
- Cal...
- Dojdziesz dla mnie, prawda?
Ściąga brwi i wypuszcza powietrze.
- Mhm.
Jej uda drżą pode mną.
- O to chodzi, dasz radę, kochanie. Jestem obok.
Całuję ją i się odsuwam, by spojrzeć w jej pełne zaufania oczy, ale po tym wszystkim, przez co przeszła, nigdy nie wezmę go już za pewnik.
Jest tak blisko.
Jęczy głośniej i głośniej, im wyżej się wspina.
- Bądź dobrą ekshibicjonistką i przypomnij mi, jaka jesteś olśniewająca, kiedy dochodzisz. Spraw, by ta mała, spragniona cipka spłynęła po moich palcach - mówię, a jej usta rozchylają się z cichym westchnieniem. - Myślałaś, że zapomniałem? - warczę. - Nie mogłem wyrzucić tego obrazu z głowy od Oregonu. Nie masz pojęcia, ile razy zamykałem oczy i wyobrażałem sobie, jak dla mnie dochodzisz.
Klepię ją w nabrzmiałą łechtaczkę i dociskam opuszką kciuka miejsce, które sprawia, że się trzęsie. Podskakuje, unosząc biodra z podłogi i osiągając orgazm.
- Oto ona... Moja g r z e c z n a d z i e w c z y n k a - szepczę.
Jej ciało ściska mnie w taki sposób, że mój kutas robi się zazdrosny. Czuję, jak oblewa moje palce, kiedy wpatruję się w jej przymknięte powieki i zamglone niebieskie oczy, a moje serce zaczyna bić szybciej. Jej krągły tyłek opada na koc, gdy wraca po orgazmie do rzeczywistości.
- Oddychaj. - Skradam jej usta, a ona obejmuje mnie dłonią, co sprawia, że jęczę. - Jestem z ciebie taki dumny, kochanie.
Zawierzyła mi i pozwoliła się sobą zaopiekować. Widać między nami wyraźną zmianę - otwartość, która jest wyjątkowa w porównaniu z naszymi poprzednimi spotkaniami. Jest bezbronna w sposób, w jaki nie była wcześniej, podobnie jak ja.
Wstaję, a widok jej wielkich, ciemnoniebieskich oczu wpatrujących się we mnie jest niemal nie do zniesienia. Odsuwam jej włosy za ramię i zakładam luźne kosmyki za ucho. Ujmując jej brodę, głaszczę kciukiem jej policzek i podziwiam, jak pełne są jej usta i jak bardzo pragnę, żeby mnie nimi objęła.
- Jesteś taka piękna - mruczę.
Kładzie dłonie na moich kolanach i przesuwa w górę moich ud.
- Pokażesz mi, co lubisz? - pyta.
Jestem więźniem jej grzesznego uśmiechu. Zbieram jej włosy i zaciskam w garści, po czym przyciągam ją do siebie, patrząc, jak bierze go do ust. Krztusi się, a potem obejmuje mnie dłonią, przykrywa ustami i bierze po raz drugi.
- Kurwa, Prescott - syczę. - Jesteś moją dziewczynką, prawda? Spójrz na mnie. - Odchylam się do tyłu, żeby złapać jej spojrzenie, rozkoszując się uczuciem jej języka wślizgującego się pod mojego kutasa. Psotny błysk w jej oczach przykuwa moją uwagę. - Nierealne... - Drży, a ja chichoczę. - Och, maleńka, uwielbiasz ssać mojego kutasa? Potrzebowałaś tego? - Przykrywam jej dłoń swoją i obracam ją u nasady mojego fiuta. - O tak... - Jęczy wokół mojej męskości, gdy wpycham ją głębiej. - Powiedz mi, że chcesz tylko mojego kutasa. - Moje słowa brzmią bardziej rozpaczliwie, niż planowałem, ale chcę wiedzieć, że jestem jedyny. To pewnie moje własne, popieprzone kompleksy po Molly, ale muszę usłyszeć, jak Scottie to mówi.
Owija mnie językiem, gdy wyślizguję się z jej ust.
- Jesteś jedynym, którego chcę, Callahan.
Kurwa.
Chwyta mojego fiuta u nasady i drażni go delikatnymi liźnięciami. Marszczę brwi i mruczę pod nosem, po czym biorę głęboki wdech przez nos i powoli wypuszczam powietrze.
- A teraz owiń te mięciutkie wargi wokół mojego fiuta i weź go całego.
Scottie pluje na czubek i wpycha główkę między ściśnięte wargi. Policzki jej się zapadają i zaczyna mocno ssać. Jej język sunie po spodniej stronie mojej męskości. Wibracje zmysłowych dźwięków, które wydaje, sprawiają, że wstrzymuję oddech. Owijam dłoń wokół jąder i pociągam tylko na tyle, żeby zwiększyć nacisk. Odsuwa moją dłoń i zastępuje ją swoją, pozwalając mi manipulować jej nadgarstkiem, żebym mógł określić, jakiego nacisku potrzebuję. Zatapiam palce w jej włosach i prowadzę ją szybciej. Potrzebuję więcej - to nie wystarczy.
Odsuwam ją, zanim stracę kontrolę. Jej oczy błyszczą.
- Dziękuję, bo sprawiłeś, że poczułam się pożądana.
Jej niespodziewane słowa sprawiają, że mur w mojej piersi się delikatnie kruszy - c h o l e r a.
Czyżby wcześniej nie czuła się pożądana? Przełykam ślinę.
- Powinnaś zobaczyć teraz, jaka jesteś piękna na kolanach... Uwielbiam patrzeć, jak mnie bierzesz w ten sposób. Jesteś taka seksowna, Prescott. - Podchodzę do łóżka i ciągnę ją za sobą. - Wskakuj tutaj.
Kiedy siada okrakiem na moich udach, chwytam ją za biodro i każę jej się odwrócić.
- Obróć się. Głową w dół, tyłkiem do góry, kiedy będziesz ssać. Zobacz, jak głęboko możesz wziąć tego kutasa do ust...
Odchylam się do tyłu, kiedy siada do mnie tyłem, okrakiem na mojej klatce piersiowej. Obejmuję ją w talii i przyciągam do siebie, kładąc jej kolana na materacu, tuż przy moich ramionach, jeszcze bliżej twarzy.
- Jesteś taka słodka... - Przewracam oczami, gdy czubek mojego fiuta wbija się w jej gardło, i warczę: - Och, grzeczna dziewczynka. Jesteś taka c h o l e r n i e dobra.
Jest więcej niż dobra, dla mnie wręcz idealna. Tak cholernie idealna.
Na początku po prostu podziwiam ten widok. Ta kobieta jest dla mnie stworzona. Ssie i liże, a ja tak bardzo chcę się odwzajemnić. Boże. Chcę więcej, ale tylko ocieram się o jej ciało. Chichoczę na ten widok. Jej spuchnięta różowa cipka jest śliska od podniecenia.
- Twoje ciało to tortura. Chcę cię posmakować.
- Mhm - jęczy wokół mnie. - Błagam?
Jest tak mokra, że prawdopodobnie wbiłbym w nią każdy centymetr już przy pierwszym pchnięciu. Kiedy nie mogę wytrzymać, pozwalam sobie jej dotknąć. Rozchylam palce, przesuwam dłoń w dół i pozwalam kciukowi musnąć jej lśniącą łechtaczkę. Natychmiast rozszerza nogi, ukazując mi więcej. Ta żądza jest tak pociągająca.
Chcę zanurkować między jej uda i się nią rozkoszować, ale muszę to odłożyć, bo nie mam przy sobie żadnej osłony. Delikatnie muskam jej cipkę w górę i w dół. Drugą ręką trafiam na jej pupę, obmacując ją i wypełniając moją dłoń miękkim ciałem. Cmokam językiem. Ssie mocniej, a ja muszę zamknąć oczy i przygryźć policzek - tak bardzo, że aż czuję smak miedzi - by powstrzymać się od wytrysku.
Ciało Scottie mnie woła. Obrysowuję kontury jej wejścia, delikatnie przesuwając opuszką kciuka po obwodzie. Kręci biodrami. Uśmiecham się.
- Jesteś w rozsypce... O co chodzi, kochanie? Po co zdjęłaś dla mnie ubranie? Czy chciałaś patrzeć, jak rucham cię palcami, aż dojdziesz, wykrzykując moje imię? A może chodziło o wsuwanie mojego kutasa w twoje usta? Albo o przystawianie twojej mokrej cipki do mojej twarzy i drażnienie mnie? Wiesz, jak bardzo kocham lizać twoją cipkę.
Jęczy.
- Tak, robisz się mokra, kiedy się przede mną popisujesz, prawda? Robię się tak cholernie twardy, patrząc na ciebie, że to jak istna tortura, a ty i tak to robisz. Bo myśl o podnieceniu mnie... podnieca też ciebie.
Wbija paznokcie w moje uda, a ja się śmieję. Jest moja.
- Mam tak samo. Nic nie podnieca mnie bardziej niż widok twojego orgazmu. Myślę, że lubisz doprowadzać mnie do szaleństwa. - Wbijam w nią środkowy i serdeczny palec, zadowolony z jej westchnienia. Z nieruchomą dłonią rozkoszuję się tym, jak jej szalone mięśnie zaciskają się wokół mnie. - Dojdź dla mnie, Prescott. Bądź moją dziką dziewczynką.
Ssie mocniej, a potem wyciągam palce i wpycham je z powrotem, trafiając w miejsce, które pamiętam z ostatniego razu. Jej plecy wyginają się w łuk, kiedy opuszcza łokcie i wyciąga się jak kot. Sekundę później jej język okrąża czubek mojego fiuta, zanim ten wniknie w głąb jej gardła. Jezu Chryste.
Tracę wszelką kontrolę. Chwytając ją za biodra, przyciągam jej cipkę do twarzy i wtulam się między uda. Smakuje tak cholernie pysznie... Mój kutas wyślizguje się z jej ust, a ona krzyczy. Powstrzymuję się od uśmieszku, liżąc każdy centymetr tej zapłakanej cipki, by posprzątać bałagan, który narobiłem. Jej drobne ciało trzęsie się w moich ramionach.
- Już, kochanie?
Ledwo słyszę jej zdesperowany głos, gdy przyciska swój policzek do mojej skóry pod naporem przyjemności, którą kontroluję. Z uśmiechem przepełnionym pewnością siebie owijam usta wokół jej łechtaczki i ssę. Dłoń Scottie uderza o łóżko.
- O Boże, o Boże, o Boże...
Znowu ssę. Jest tak pobudzona, że próbuje się odsunąć, ale zaciskam ramiona na jej udach, a usta na łechtaczce, delikatnie skubiąc ją w ramach kary, zanim znów zacznę ssać.
- Jest moja. - Dochodzi na moim języku, smakuje jak najlepszy cukierek. - Jesteś taka mokra, zobacz, jak mocno doszłaś - chwalę ją, a potem zniżam głos o oktawę. - Będziesz tego potrzebować, bo mam zamiar nieźle cię wyruchać.
Jej klatka piersiowa unosi się i opada w oczekiwaniu.
- Callahan... - jęczy.
Ociera się o moje usta, a ja rozkoszuję się jednostajnym dźwiękiem ekstazy, który narasta. Kurwa, mógłbym dojść od samych tych dźwięków. Uwielbiam to, że zabawiałem ją ustami, ale mój kutas pulsuje, bo pragnie w tym momencie jakiejkolwiek formy tarcia.
Jakby czytała mi w myślach, chwyta za moją męskość i ściska.
- No i masz... Czujesz, jak twardy jestem dla ciebie? - warczę. - Niczego nie pragnę bardziej, niż wepchnąć ci mojego kutasa i poczuć, jak się trzęsiesz.
- Potrzebuję tego! - krzyczy. - Rżnij mnie mocno. Błagam.
Zatrzymuję się na chwilę i zmuszam się do logicznego myślenia.
- Potrzebuję prezerwatywy... Nie mam jej.
- To nie dochodź we mnie.
Spycham ją i przewracam na plecy. Jej piegi, pełne, posiniaczone usta i wielkie, uwodzicielskie oczy - nie można się im oprzeć. Jest seksbombą. Rozchylam jej nogi, ustawiam się i wbijam się w nią. Powieki Scottie trzepoczą, a ja jęczę.
- Cholera, Prescott. Pochłaniasz mojego fiuta, jakby został dla ciebie stworzony.
- Może tak właśnie było.
Kiedy podnosi powieki, na chwilę się wycofuję, a jej wzrok zatrzymuje się na moim, po czym odpływa. Jestem zgubiony. Otwiera usta w bezgłośnym krzyku, gdy wjeżdżam z powrotem do środka. Wygina plecy, a ja pochylam głowę, by objąć ustami jeden z jej spiczastych sutków.
To będzie szybkie i sprośne, zupełnie nie tak, jak planowałem ją pieprzyć. Chciałem się nie spieszyć, ale na to już za późno. Kiedy zaczyna drżeć, wiem, że jest blisko. Ssę drugi sutek i podnoszę się, żeby obserwować jej twarz, kiedy się rozpadnie. To najlepszy widok na tej górze.
Jedną rękę opieram o łóżko, drugą kładę na jej szyi, gdy się na mnie zaciska. Pochylam głowę, żeby spojrzeć jej prosto w oczy.
- Pamiętasz, jak ostatnim razem musieliśmy być cicho? - szepczę. - Nie jesteśmy już w obozie. Możesz krzyczeć, ile chcesz, i tak nikt cię nie usłyszy... Jedyną osobą, która może cię tu uratować, jestem ja.
- Już mnie uratowano, Cal. Więc dlaczego nie sprawisz, bym krzyczała?
Mrugam. Co jakiś czas objawia mi się nieprzyzwoite oblicze Scottie, pewnie dlatego, że tak długo była trzymana w klatce, choć w głębi duszy jest dzika i nieokiełznana.
- Kim jesteś? - pytam, chichocząc.
Uśmiecha się do mnie.
- Jestem twoją grzeczną dziewczynką.
Cholera jasna.
- Więc lepiej krzycz moje imię tak głośno, by wszyscy w dolinie usłyszeli, jak bardzo lubisz być pieprzona i że należysz do mnie.
Rozsypuje się, gdy przetacza się przez nią fala orgazmu. Gdy tylko tama pęka, wykrzykuje w kółko moje imię. Uśmiecham się, pełen podziwu dla niej.
- Jesteś taka idealna. Nie przestawaj, kochanie. No dalej. - Cholera, zaraz skończę. - Pomaluję te śliczne cycki moją spermą, a potem ją połkniesz.
Dzięki ostatniej funkcjonującej jeszcze szarej komórce wycofuję się, siadam okrakiem na jej brzuchu i dochodzę, pokrywając sobą jej piersi. To równie namiętne, co obsceniczne.
Scottie podnieca mnie w sposób, w jaki nie podniecała mnie żadna inna kobieta. Możemy być tu uwięzieni, a mimo to nie ma innego miejsca, w którym wolałbym teraz być. Scottie opiera się na łokciach i patrzy na moje arcydzieło, a jej piersi unoszą się i opadają.
- Nigdy... - wzdycha. - Nigdy...
Uśmiech na jej ustach się poszerza i Scottie niemal chichocze. Moje pożądanie nie gaśnie po tym, jak dochodzę. Pożera mnie, roztapiając moje uśpione serce. Sperma zbiera się między jej piersiami.
- Nigdy co?
Pochylam głowę i zlizuję swój bałagan. Potem łapię jej włosy w garść i zaciskam mocniej. Instynktownie rozchyla usta. Pluję w nie, a potem przesuwam językiem po wargach Scottie. Łapczywie chwyta każdy kęs. Pieszczę kciukiem linię jej szczęki i obejmuję twarz dłońmi, zgarniając pozostałą kroplę i muskając nią jej wargi.
- No dalej. Bądź moją grzeczną dziewczynką.
Przełyka mnie.
Scottie patrzy mi w oczy, jakbym to ja uratował ją z klatki, w której była przetrzymywana przez tyle lat, co wstrząsa mną do głębi. Jest coś potężnego w tej więzi, która nas łączy. Jakby było to zapisane w gwiazdach już dawno temu i w końcu jesteśmy we właściwym miejscu we właściwym czasie - na szczycie Quell's Peak, uwięzieni w wieży obserwacyjnej. Całuję ją w czoło i biorę w garść jej włosy. Uda Scottie ściskają moje biodra. Nigdy nie wyglądała tak pięknie. Od jej policzków bije idealny blask, taki, jaki można uzyskać tylko dzięki oszałamiającemu seksowi i wielokrotnym orgazmom.
Już prawie się w niej zatraciłem i zrobię wszystko, co konieczne, żeby zachować ten blask na twarzy Scottie... Bo nie oddam jej nikomu.
Callahan
Lubię ją. W tym momencie prawdziwy świat jest daleko stąd. Żyjemy w naszej bańce, a ja maksymalnie wykorzystuję czas, który mam, by naprawić to, co rozwaliłem. Nie mam pojęcia, jak to ostatecznie ma działać, ale znajdę sposób. Problem jest tylko w tym, że niezależnie od tego, jak wyglądało jej małżeństwo, nadal jest mężatką. W końcu sobie z tym jednak poradzimy i będę ją wspierał we wszystkim, czego tylko będzie potrzebowała.
Stojąc w samych bokserkach i skarpetkach, napełniam garnek wodą i odpalam kuchenkę turystyczną. Trzeba będzie później uzupełnić gaz. Krzywię się na widok stojącego na podłodze bukłaka. Z każdym dniem poziom wody się obniża. To dobitne przypomnienie, że nasze dni w wieży są policzone. Burza nadal szaleje, ale po raz pierwszy nie jest gorzej niż poprzedniego dnia. Jak tylko pojawi się okno pogodowe, będziemy musieli działać sprawnie.
Dopóki mieliśmy odpowiednie światło, spędziłem popołudnie na studiowaniu map i chyba w końcu znalazłem sensowną trasę. Zajmie nam to więcej czasu, bo musimy przejść przez Goat's Ridge, ale nie jest tam aż tak stromo, a poza tym możemy podążać korytem rzeki, by dotrzeć do głównego szlaku bliżej podnóża góry.
Naszym największym wyzwaniem będą śnieg i wiatr na szczycie, ale gdy zejdziemy niżej, sytuacja się poprawi. To najbezpieczniejsza droga powrotna. Muszę jeszcze sprawdzić śnieg pod kątem zagrożenia lawinowego. Jeśli wszystko pójdzie dobrze... to powinno być dobrze. Problem w tym, że jeśli wpadniemy w kłopoty, każdy, kto będzie nas szukał, będzie przeszukiwał teren wzdłuż szlaku, a nie Goat's Ridge czy koryto rzeki.
Woda na kuchence się gotuje, a ja wpatruję się w pogodę przez szpary w okiennicach. Ledwo dostrzegam cień pobliskiego szczytu. To dobry znak. Do dziś ciągłe opady śniegu ograniczały widoczność do około sześciu metrów.
Scottie kuli się pod kocami, przewracając strony książki, podczas gdy ja przygotowuję dla nas posiłek.
- Znowu masz ochotę na zupę z kurczakiem i dzikim ryżem czy może coś zmienimy i weźmiemy z kurczakiem i makaronem? Pamiętaj, że skończył nam się kurczak...
Jej jasne oczy spotykają moje spojrzenie - wciąż mają w sobie ten błysk. Uśmiecha się, jakby całkowicie zapomniała o naszym problemie, a to wystarcza, żebym i ja zapomniał.
- Hmm. A moglibyśmy użyć resztek foie gras jako zamiennika?
- Moglibyśmy, ale konfitura z fig, którą zrobiłem, wczoraj się zepsuła - odpowiadam, wpasowując się w atmosferę żartów.
- Och, szczury. - Pstryka palcami.
- Nie, szczury też się skończyły.
- Typowe. - Przewraca stronę i wzdycha. - Te nowe wzorce migracji gryzoni robią się absurdalne. Chyba będziemy musieli po prostu użyć kawioru.
- Dobry pomysł. Chciałaś kawior z bieługi?
- Oczywiście. Wiesz, że to jedyny, jaki mogę jeść.
- Bo gdy jesz inne rodzaje, to wypadają ci wszystkie zęby, prawda? - pytam, próbując ją wytrącić z roli.
Zaciska usta, starając się ukryć uśmiech.
- Tak, a mój dentysta już jest na mnie wściekły.
- Cóż, myślę, że mógł mieć z tym problem, skoro nalegałaś, żeby protezy były zrobione z zębów usuniętych ze zwłok.
Siada zirytowana.
- Co w tym złego? - pyta i rzuca książkę na łóżko z udawaną frustracją. - Takie wyglądają bardziej realistycznie - dodaje, obnażając zęby jak zwierzę.
- Wiem, ale czy konieczne było użycie truchła konia?
Zakrywa usta.
- Mówisz, że nie podobają ci się moje protezy?
- Wcale nie. Jasne, seks oralny jest teraz trochę przerażający, ale dopóki używam otwartej dłoni... - Kaszlę, żeby stłumić śmiech. - Ale musisz przestać robić sobie wroga ze środowiska jeździeckiego.
Jej ramiona drżą od cichego śmiechu, gdy zakrywa twarz dłońmi. Ogarnia się i podnosi książkę, by się nią osłonić.
- Naprawdę nie powinnam o tym rozmawiać bez mojego prawnika.
Wrzucam kurczaka z makaronem do wrzącej wody i mieszam. Scottie znowu sięga po powieść.
- Jak twoja książka?
- Zgubiłam stronę, kiedy upuściłam ją na łóżko - mówi ze śmiechem i przewraca kartki.
- Doceniam twoje zaangażowanie w żart.
- Dla fanów wszystko. - Zamyśla się.
Tylko Scottie potrafi sprawić, że jestem tak zrelaksowany, mimo że siedzę uwięziony w wieży obserwacyjnej podczas śnieżycy. Jej spokojna obecność koi mój niepokój.
- Ale w sumie to dobra książka. Przydałoby się trochę więcej motywu romantycznego, ale mniejsza z tym.
- Tak? Dużo czytasz? - zaciekawiam się.
- Jasne. Muszę wyrobić kartę biblioteczną, kiedy wrócimy do Sky Ridge. A ty?
Odkładam łyżkę, przykrywam garnek i opieram dłonie o blat będący za mną.
- Tak, zazwyczaj mam ze sobą książkę, kiedy wyjeżdżam na akcję. Albo słucham audiobooków. Masz jakiś ulubiony tytuł?
Siada na łóżku, krzyżując nogi.
- To głupie pytanie. Jak można wybrać ulubioną książkę?
- Słusznie. No dobrze, a masz jakiś ulubiony gatunek?
- Romans - rzuca od razu.
Uśmiecham się szeroko.
- Co ci się w nim podoba?
- Historie miłosne to... ucieczka. W Arkansas były moją jedyną ucieczką. - Odkłada książkę, nerwowo poruszając dłońmi. - Moje małżeństwo było ewidentnie skomplikowane. Nie wiedziałam nawet, że istnieją takie książki, dopóki koleżanka z pracy, Sheila, nie opowiedziała mi o jednej, którą przeczytała. Kobiety w naszej społeczności nie miały prawa czytać takich książek.
- Dla mnie to jest wręcz nie do pojęcia.
- Na początku pytałam Sheilę o to, co aktualnie czyta. To, o czym opowiadała, było takie ekscytujące i zakazane. Potem ciekawość wzięła górę i udało mi się zdobyć kartę biblioteczną w sąsiednim mieście.
Serce mi pęka z żalu. Może nie doświadczyła małżeństwa bez miłości, ale sposób, w jaki na mnie patrzyła, kiedy dziękowała mi za to, że poczuła się kochana, wiele mówi. Poza tym podejrzewam, że namiętność w jej związku też nie była jakaś wybitna.
- Kiedy nie pracowałam, chodziłam do biblioteki i czytałam wszystkie zakazane książki. To było ekscytujące i zabawne, bo chociaż to była fikcja, wydawało się bardziej realne niż cokolwiek, co łączyło mnie z Jonathanem. Pragnęłam doświadczyć tego samego, co dwie postaci chcące zedrzeć z siebie ubrania. Chcące być razem. To było namiętne i dzikie. Liczyła się przyjemność kobiety. Chodziło o coś więcej niż tylko o reprodukcję... Wiem, że to nie zawsze realistyczne, ale po prostu potrzebowałam poczuć choć odrobinę tego. - Zerka na swoją książkę i przesuwa palcami po stronach. - Wiesz, że jesteś pierwszym mężczyzną, który doprowadził mnie do orgazmu? Doświadczyłam więcej namiętności na tyle karetki w Oregonie niż przez całe czternaście lat małżeństwa. Żałosne, prawda?
O jasna cholera. Z tego, jak mówi o romansach, wnioskowałem, że nie miała zbyt wielu orgazmów w małżeństwie, ale że ze mną przeżyła p i e r w s z y?
- Czułam, że wiele mnie ominęło. Nie umiem wytłumaczyć, jak wyglądał nasz związek, ale nie przypominał jednej z historii miłosnych, o których czytałam. Tych, które sprawiały, że moje serce waliło, a twarz się czerwieniła. Tych, które podrywały motyle w brzuchu.
Jej głos się łamie. Uśmiecha się, ale w jej oczach widać łzy i tęsknotę za czymś prawdziwym. Daję jej przestrzeń, żeby kontynuowała.
- Pewnego dnia zostaliśmy wezwani do wypadku na autostradzie. Kobieta w jednym z pojazdów poniosła śmierć na miejscu. Była w moim wieku i wtedy zdałam sobie sprawę, że nie chcę umierać, nie poznawszy prawdziwej miłości. - Pociąga nosem i tłumi emocje, przesuwając palcami pod oczami.
Czy ja znam prawdziwą miłość? Kiedyś myślałem, że tak.
- Molly i ja dorastaliśmy razem. Chodziliśmy ze sobą w liceum. Była dla mnie wszystkim, zaręczyliśmy się i czekaliśmy, żeby uzbierać wystarczająco dużo kasy, by urządzić ślub, o jakim zawsze marzyła. Kiedy dowiedziałem się o romansie, tym z Dave'em, nie walczyłem o nią, po prostu odszedłem.
Znaliśmy się ze Scottie zaledwie kilka tygodni, kiedy dowiedziałem się, że jest mężatką, a odejście od niej było trudniejsze.
Bycie uwięzionym z nią w wieży obserwacyjnej, nawet w nasz najgorszy dzień, było lepsze niż mój najlepszy dzień z Molly.
Nie znam zbyt długo kobiety, która siedzi naprzeciwko mnie. Gdy jednak myślę o tym, jak zaczynaliśmy, o pasji i ekscytacji, które dzieliliśmy... lepiej rozumiem, co te doświadczenia musiały dla niej znaczyć. To był jej pierwszy raz, kiedy zasmakowała czegoś prawdziwego, a świadomość, że ukradłem to bez żadnego wyjaśnienia, sprawia, że ze wstydu spuszczam głowę.
- Molly? Molly to twoja była?
- Tak.
- A Dave...
Kiwam głową.
- Pieprzyć Dave'a! - krzyczy. - I on insynuował, że spaliśmy ze sobą? Boże, nic dziwnego, że się przestraszyłeś.
- Scottie, nie powinienem go słuchać. Przepraszam za to, jak zakończyłem sprawy między nami. - Przykro mi, że się skończyły, kropka.
- Nie chciałam cię skrzywdzić...
- Powinienem lepiej się z tobą komunikować i przynajmniej się z tobą skonfrontować. Zamiast tego uciekłem.
- Zareagowałaś tak, jak każdy by zareagował. Widok Dave'a wychodzącego z mojego mieszkania musiał przywołać wiele bolesnych wspomnień. Powinnam była ci powiedzieć o Jonathanie. Z perspektywy czasu rozumiem, jak bardzo żałosne było ukrywanie tego... Lepiej było poczekać do rozwodu, wiem o tym. Oczywiście łatwo powiedzieć, że chcę się najpierw ze wszystkim ogarnąć, ale to tylko odsuwa problem w czasie. Unikałam tego. Małżeństwo według naszego Kościoła jest nierozerwalne. To przymierze. Ale nie mogę się przed nimi wiecznie ukrywać jak jakiś tchórz. - Przesuwa palcami pod twarzy i odchrząkuje. - W każdym razie, jak idzie z kawiorem?
Odsuwam się od blatu, podnoszę pokrywkę garnka i mieszam zupę.
- Chyba gotowy.
Nadal czuję się jak gówno, ale nie zamierzam robić z tego problemu.
Scottie musi wyczuwać moje emocje, bo zeskakuje z łóżka, przechodzi przez pokój i obejmuje mnie od tyłu, podczas gdy ja nakładam nam zupę.
Opiera policzek o moje plecy i szepcze:
- Zamierzasz mnie tym nakarmić z otwartej dłoni?
Wybucham śmiechem, doceniając beztroskę Scottie. Podaję jej kubek i jeden z batonów proteinowych leżących na blacie. Z ciepłym posiłkiem w ręku siadamy naprzeciwko siebie na łóżku.
- Znalazłem trasę, którą możemy wrócić - mówię. - Burza słabnie, za dwa dni możemy wyruszyć.
Kiwa głową, przełykając kęs.
- Denerwujesz się? - pytam.
Marszczy brwi i kręci głową.
- Nie. Ufam ci... Poza tym twoje życie zależy ode mnie tak samo jak moje od twojego.
Dmucham na łyżkę zupy.
- Dlaczego?
Zatrzymuje łyżkę w drodze do ust.
- Serio pytasz? Twoja twarz byłaby pokazywana we wszystkich stacjach informacyjnych, ludzie by pomyśleli, że mnie zamordowałeś.
- Zabawna jesteś.
- Wiem - odpowiada. - A co chcesz robić przez resztę dnia? Chyba nie dam rady rozegrać kolejnej rundy w statki. Bez urazy.
Unoszę kąciki ust w uśmiechu.
- Było zbyt nudno?
- To nie jest aż tak zabawne, jeśli nie ma wyzwania.
Przyciskam język do policzka z rozbawionym uśmieszkiem.
- Ale masz cięty język - mruczę, splatając swoje nogi z jej.
- Może powinieneś coś z tym zrobić.
Przechylam głowę na bok, uśmiecham się złośliwie i rozkoszuję tą bardziej bezczelną wersją Scottie.
- Nie mam problemu z trenowaniem twojego języka.
Wkładam łyżkę do kubka i pochylam się, by unieść podbródek Scottie i przycisnąć swoje usta do jej warg. Odsuwam się, nasze spojrzenia się spotykają, a ja przyglądam się jej twarzy. Opuszczam rękę i wracam do jedzenia, ale wcześniej zauważam rumieniec, który pojawia się na jej policzkach.
- Co, eee... - waha się.
Jem, podczas gdy ona zbiera myśli.
- Co będzie, jak wrócimy do domu?
- No cóż - mówię z westchnięciem. - Musimy skontaktować się z twoim szefem. Kazałem Mattowi do ciebie zadzwonić, kiedy nie mogłem cię namierzyć, ale nie wyjaśniłem mu dlaczego. Być może będzie próbował się do ciebie ponownie odezwać i możliwe, że się wtedy zmartwi. Wspominałaś, że masz za kilka dni zmianę, prawda?
Kiwa głową.
- Mam przeczucie, że będziesz w centrum uwagi, kiedy wrócimy. Będziemy musieli też obejrzeć to rozcięcie na czole.
- Myślisz, że mnie zwolnią?
- Nie. - Potrząsam stanowczo głową. - Będą się o ciebie martwić bardziej niż o cokolwiek innego. Pewnie przez następne dwa miesiące będziesz dostawać zapiekanki pod drzwi.
Scottie miesza zupę.
- A ty?
- Xander, King i ja mamy dość aktywny czat grupowy. Pisałem do nich po powrocie z wędrówki. Jestem pewien, że właśnie się zastanawiają, dlaczego milczę, ale sezon pożarowy się skończył, więc praca jakoś szczególnie na mnie nie czeka. Wątpię, żeby chłopaki wysłały już ekipę poszukiwawczą, ale za dwa dni... kto wie.
- A my?
Podnoszę kubek do ust i wypijam resztę zupy, po czym stawiam go na parapecie obok. Scottie zjadła trochę zupy, ale głównie bawi się łyżką. Marszczy brwi z niepokoju. Może nie stresuje się naszą drogą do początku szlaku, ale wygląda na to, że powrót do Sky Ridge rodzi w niej pewne obawy.
- Co masz na myśli?
- Więc to, co jest między nami, będzie trwało również w domu?
Chichoczę.
- Tak.
- A co z Jonathanem?
- Myślę, że tylko ty możesz odpowiedzieć na to pytanie.
- Nie stać mnie jeszcze na prawnika - mówi. - Żałuję, że nie uciekł ze mną.
Chwytam ją za kolana i przyciągam bliżej.
- Myślisz, że będzie walczyć, by nie dać ci rozwodu? - Nie potrzebuje prawnika, jeśli on się zgodzi na rozstanie.
Scottie zastyga na chwilę, żeby rozważyć pytanie.
- Nie, gdyby wiedział, jak dobrze jest po drugiej stronie. On po prostu boi się zrobić ten pierwszy krok. Kościół zapłaci za jego prawników, a jeśli Jonathan tego zechce, będą wrogo nastawieni. Nie chodzi tylko o rozwód, ale też o to, że brak ponownego ślubu będzie dla niego oznaczał terapię konwersyjną. Gdy z kolei odejdzie, będzie to oznaczało wygnanie i oddzielenie od wszystkiego, co zna.
- A macie jakiś wspólny majątek?
- Ja już wszystko straciłam. Nasz dom znajdował się na terenie należącym do Kościoła.
Mrużę oczy.
- Coś jak osiedle?
- Raczej jak m i a s t e c z k o.
To wydaje się trochę przesadzone.
- Kościół nie może posiadać miasta.
- Ale może nim zarządzać. Wszystkie firmy są własnością Kościoła. Samorząd lokalny składa się z jego członków. Gmina nie jest duża, ale wystarczająca. I się rozrasta.
- Czy to jest legalne?
- Rozdział Kościoła od państwa istnieje tylko wtedy, gdy znajdzie się ktoś, kto będzie to egzekwował. Kościół może legalnie prowadzić firmy, o ile generują one na jego rzecz dochód. Miasto jest żywicielem Kościoła, a jego liderzy czerpią z tego zyski, zwracając zgromadzeniu akurat tyle pieniędzy, ile potrzeba, by nikt nie miał wystarczająco dużo środków na odejście i rozpoczęcie życia gdzie indziej.
- Jak oni mogą się rozwijać? Kto by się na coś takiego pisał?
- Patrzysz na to logicznie. A mówimy tu o religii. Wiara może skłonić ludzi do robienia strasznych rzeczy w imię Boga. Dodaj charyzmatycznego przywódcę, który potrafi schlebiać ludziom i kształtować ich przekonania, a wkrótce będą pojawiać się w każdą niedzielę i otwierać swoje książeczki czekowe. Każdy chce iść do nieba. - Scottie wzdycha. - Są świetni w rekrutowaniu nowych członków i obietnicach opieki nad swoim stadem. Nie wspominając o ciągłym napędzaniu poczucia winy z powodów religijnych i o groźbach, że nasza społeczność pozostanie czysta i sielankowa, kosztem zerwania więzi z każdym, kto spróbuje się wyrwać.
- Ilu ludzi próbowało odejść?
- Takich, których znam osobiście? Tylko ja. Nie mam pojęcia, przez co przechodzi Jonathan. Czuję się okropnie, ale musiałam zniknąć.
- Więc po prostu wymknęłaś się w środku nocy?
Scottie kręci głową.
- Jonathan wiedział, jakie mam plany. Powiedział: "Jeśli odejdziesz, nigdy więcej nie będę mógł z tobą rozmawiać", a ja odpowiedziałam, że to jest decyzja, którą o n podejmuje, natomiast ja będę gotowa, aby mu pomóc, gdy tylko będzie chciał odejść.
Wpatruję się w nią długo.
- To brzmi jak sekta.
Wzrusza ramionami.
- Kościół fundamentalistyczny? Nie jestem gotowa, żeby nazywać go sektą. Czuję się tak, jakbym porzuciła Jonathana i wszystkich innych. Wybrałam siebie ponad resztę. To egoistyczne. - Jej głos się łamie.
- Dokonałaś właściwego wyboru. - Ugniatam jej udo dłonią. - Nie jesteś egoistką.
Scottie
Dzień 4
Po czterech dniach spędzonych w wieży obserwacyjnej wpadliśmy w rutynę. Każdego ranka budzimy się w swoich ramionach, wstajemy, żeby dorzucić drewna do ognia, odśnieżamy taras i schody, idziemy do wychodka, a potem wracamy do łóżka, aż do środka zaczyna wpadać wystarczająco dużo światła, żeby podgrzać wodę na piecyku na nasze porcje owsianki. Życie w wieży jest takie proste.
Dziś rano coś się jednak zmieniło. Nie potrafię tego dokładnie opisać. Wciąż jestem śpiąca, a z Calem u boku wolałabym zamknąć oczy i zapaść w sen, w którym nie martwię się o pracę, papiery rozwodowe ani nędzne mieszkanie. Muszę sobie świetnie radzić, skoro moje obecne niepewne położenie, bycie uwięzioną na szczycie góry, jest lepsze od prawdziwego życia.
I wtedy to do mnie dociera. Dzisiaj jest c i s z e j. Leżąc w łóżku, słyszę trzask ognia. Odkąd tu dotarliśmy, wiatr był stały i nieubłagany, wiał i gwizdał między drzewami oraz skałami. Stał się białym szumem, który wtopił się w tło.
- Cal. - Obracam się w jego objęciach, budząc go. - Słyszysz to?
- Hm? - mruczy, wciąż na wpół śpiący.
- Jest cicho. Chyba burza się kończy.
To sprawia, że Cal mruga, rozbudza się i siada. Mruży oczy, zerkając przez dziurę w jednej z okiennic za nami. Wysuwa się z łóżka i narzuca na siebie kurtkę oraz buty. Drzwi nie wypadają z zawiasów, kiedy je otwiera i wychodzi na zewnątrz. To coś nowego.
Chwilę później wsuwa głowę do środka.
- Scottie, wyjdź na zewnątrz, chcę ci coś pokazać.
Wolałabym tego nie robić. Pod kocami jest ciepło, a na zewnątrz zimno. Ale zwlekam się z łóżka i idę po swój sprzęt, zakładam ubranie oraz buty trekkingowe. Chwytam kurtkę i naciągam kaptur. Otwierając drzwi, przygotowuję się na pierwszy podmuch, który wyssie mi powietrze z płuc, i rzeczywiście tak się dzieje. Wiatr może i słabnie, ale wciąż jest na tyle ostry i orzeźwiający, że byłby w stanie porwać duszę.
Mrużąc oczy przed światłem odbijającym się od śniegu, który nabrał złocistego koloru, osłaniam twarz, a Cal prowadzi mnie wzdłuż tarasu. Powoli opuszczam rękę, zauważając pomarańczową plamę między chmurami - mam wrażenie, jakbym od tygodni nie widziała wschodu ani zachodu słońca.
Callahan ustawia mnie przed sobą i patrzy ponad balustradą, a ja z zapartym tchem obserwuję widok, który się przed nami rozpościera.
To szczyt góry. I następna góra. I następna. Brak mi słów. Nie wygląda to realistycznie. Spora część krajobrazu jest ukryta za chmurami, ale te fragmenty, które się przez nią wyłaniają, są po prostu wspaniałe. Pasmo szczytów na północy skąpane jest w różu i pomarańczu, tam, gdzie słońce pada na śnieżne czapy, a każdy cień i grań pomalowane są chłodnym błękitem. To żyjąca sztuka.
- Świetnie, co? - Jego głos jest ochrypły od snu.
- Łał. - To jedyne słowo, jakie przychodzi mi do głowy, choć to za mało.
Nie ma sensu robić zdjęć, one nigdy nie oddadzą w pełni tego piękna. Nie ma też sensu o tym mówić. Nigdy nie będę w stanie tego opisać. To coś, czego trzeba doświadczyć na własnej skórze i co zrozumie tylko osoba u twego boku.
Włosy powiewają mi na wietrze. Marznę, ale nic nie zdoła mnie oderwać od tego miejsca, kiedy oglądamy wschód słońca ze szczytu świata. To niewiarygodne. Moim zdaniem to najbardziej zapierające dech w piersiach miejsce na planecie.
To jedno z tych doświadczeń, które zmieniają chemię mózgu. Nic się teraz nie liczy. Mrugam, powstrzymując łzy, i uświadamiam sobie, że każdy problem, z którym się zmagałam, jest tak bardzo nieistotny w porównaniu z nieokiełznanym krajobrazem przede mną. Ostatnie kilka lat wystawiło moją wiarę na próbę, ale jeśli Bóg istnieje, to na pewno nie jest obecny w Owczarni. On jest tutaj.
Cal obejmuje mnie od tyłu i masuje moje ramiona, żebym się ogrzała. Stoimy w milczeniu, aż słońce zachodzi za góry na wschodzie. Z przerwy w chmurach wydobywa się oślepiające jasne światło, więc zamykam oczy i przez chwilę, gdy wiatr cichnie, czuję ciepło promieni słonecznych na policzkach.
W pośpiechu wracamy do środka.
- Jutro ruszamy - oznajmia Cal.
- Naprawdę?
- Tak. Wcześnie. Śnieg przestał padać. Sprawdzę warunki lawinowe i jeśli będą dobre, to dzisiaj wytyczę ślad. Mam tylko jedną czołówkę, więc zapewni nam odpowiedni start i pozwoli śledzić drogę do wschodu słońca. Ślady zrobię blisko siebie, żeby łatwiej było je znaleźć. Będą miejsca, gdzie będzie zalegać głęboka warstwa śniegu.
- Wiem. Przedzieram się przez takie zaspy parę razy dziennie, kiedy idę do wychodka. Przed przyjazdem do stanu Waszyngton widziałam śnieg tylko kilka razy i nigdy nie było go więcej niż odrobinę, najwyżej kilka centymetrów. Kiedy byłam mała, jednego roku spadło go dwadzieścia centymetrów, ale ledwo to pamiętam.
Myślałam, że pokonywanie głębokich zasp to jak chodzenie po pianie. Nic z tych rzeczy. Śnieg jest gęsty i nieubłagany. Ubija się jak gleba i formuje w cegły. Odkąd znalazłam się na szczycie tej góry, zrozumiałam, jak okrutna potrafi być Matka Natura. Kiedy rozsypuje te śliczne małe płatki na wietrze, równie dobrze mogłaby rzucać gwiazdkami.
- Nie, Scottie, w niektórych miejscach zaspy mogą sięgać ponad klatkę piersiową. A my nie mamy sprzętu. Żadnych rakiet śnieżnych, nart ani sanek.
Unoszę wysoko brwi.
- Co?
Cal kiwa głową.
- Spróbuję napisać do chłopaków i zobaczę, czy uda mi się wysłać wiadomość. Teraz, kiedy śnieg przestał padać i jest lepsza widoczność, może uda nam się złapać sygnał z wieży. Dam im znać, jaką trasą będziemy szli, żeby mogli się z nami spotkać w połowie drogi albo przynajmniej nas obserwować.
Bierze telefon ze stołu, a mnie ogarnia niepokój. Oczywiście wiedziałam, że nie zostaniemy na tej górze, ale teraz, kiedy wszystko przyspiesza, muszę coś zrobić. W jednej chwili obserwujemy wschody słońca, w drugiej snujemy plany. Odwracam się, szukając sposobu, żeby się do czegoś przydać. Podgrzeję wodę.
- Cholera - mruczy.
- Co?
Ściąga brew.
- Zapomniałem wczoraj wyłączyć telefon. Nie mogę uwierzyć, że to zrobiłem. Zostało mi tylko cztery procent baterii.
- Będzie dobrze. - Zapewniam go równie mocno jak siebie. - Mamy plan, jak się stąd wydostać. Znasz te góry i...
- O rany...- Przeczesuje włosy dłonią. - Chyba się uda!
Podbiegam do niego.
- Naprawdę?
- Tak, patrz... - Cal przechyla ekran w moją stronę, a ten robi się czarny. - Cholera! Może jednak udało się wysłać... Tak myślę.
Chowa rozładowany telefon do plecaka i pociera twarz dłonią.
Obejmuję go ramionami.
- Miejmy nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Co chcesz na śniadanie? Mamy doskonały antrykot i piekielnie dobry bufet z omletami - sugeruję, próbując go pocieszyć.
Uśmiecha się do mnie.
- Antrykot brzmi dobrze.
- Już podaję - odpowiadam, rozrywając opakowanie owsianki z brązowym cukrem.
***
Callahana nie ma już od kilku godzin, bo przygotowuje trasę. Znacznie łatwiej jest czekać na jego powrót, gdy jest jasno. Rozkładam właśnie wszystkie ubrania, jakie mamy, kiedy słyszę kroki na schodach. Uśmiecham się i pędzę do drzwi. Otwieram je, gdy słyszę, jak otrzepuje śnieg z butów.
- Dzięki - mówi z westchnieniem, wchodząc do pokoju z rumianymi policzkami i potem spływającym po twarzy.
- I co? Jak poszło?
- Dobrze, poradziłem sobie z trudnymi miejscami. Na szlaku do Goat's Ridge jest kilka odcinków z luźniejszym śniegiem, ale myślę, że damy radę, jeśli pozostaniemy po południowej, nawietrznej stronie. Ale śnieg i tak nie jest jakoś specjalnie głęboki. Do tego czasu słońce powinno wzejść.
Kiwam głową, włączam kuchenkę i podgrzewam wodę na lunch. Zostało nam jakieś siedem litrów, co wystarczy na lunch, kolację i zapas wody na jutro.
Jego ubrania są przesiąknięte potem, kiedy je zdejmuje. Do jutra muszą wyschnąć. Cal stawia krzesło przed piecykiem i wiesza ubrania na oparciu. Potem wraca do plecaka i znajduje w nim wilgotne chusteczki. Wyciąga się przed piecykiem i przemywa się nimi. Trudno mi oderwać od niego wzrok. Jest po prostu taki cholernie twardy i... s e k s o w n y.
- Obczajasz mnie, Prescott?
- Oczywiście. - Odwracam się i kończę pakowanie.
Chichocze i nagle czuję, jak jego dłonie obejmują moje ramiona i zsuwają się po nich. Twarz płonie mi od jego bliskości, dotyku i tego, jak mało ma na sobie ubrań. Jest na tyle blisko, że wyczuwam zapach wilgotnych chusteczek, których używał. Nie wiem, co w nich jest, ale pachną bosko. To jakiś męski zapach, którego będzie mi brakować, gdy już stąd ruszymy.
Obracam się w jego ramionach.
- Na co najbardziej czekasz? - pytam.
- Na mycie zębów - odpowiada, oblizując językiem zęby.
Radziliśmy sobie z sodą oczyszczoną i tą gumą do żucia z mastyksem14, które pomagają, ale nie zaspokajają naszych potrzeb tak, jak szczoteczka do zębów. Podobnie jak Cal, mam nadzieję, że po powrocie dokładnie wyczyszczę usta.
Cal drapie mnie swoim czterodniowym zarostem.
- Na pewno go przytnę - mówi.
Udaję nadąsanie.
- Tylko go nie gol.
- Ależ skąd. Przyzwyczaiłem się do tego, jak drapię cię nim po udach. - Jego łobuzerski uśmiech sprawia, że ogarnia mnie fala gorąca. - Nie poddam się tak łatwo.
Nie jestem pewna, co konkretnie w jego odpowiedzi tak mnie rozgrzewa, ale ogarnia mnie przyjemne uczucie. Cal lubi sprawiać, że się rumienię. Lekko mnie szturcha, a jego wzrok ląduje na moich zarumienionych policzkach.
- Czego się nie możesz doczekać? - pyta.
- Chcę wypłukać brud z włosów, ale nie jestem pewna, czy ciśnienie wody w moim mieszkaniu będzie wystarczające. Pewnie wezmę prysznic w remizie... Ale najpierw chcę się upewnić, że nadal mam pracę. Jutro powinnam się tam pojawić.
- Spojrzą na to paskudne rozcięcie na twoim czole i dadzą ci tydzień wolnego, kochanie. Możesz sobie wziąć urlop.
Nie stać mnie na tydzień wolnego ani tym bardziej na wakacje. Nie mogę sobie pozwolić na utratę tej pracy.
Wrzucam zupę w proszku do wrzącej wody. Żołądek mi się skręca z nerwów. Nie wiem, co zrobię, jeśli stracę tę robotę. To coś, co odsuwam od siebie od nocy, kiedy tu dotarliśmy, bo żyliśmy w trybie przetrwania, ale teraz, gdy mamy termin powrotu, wciąż chodzę w kółko z niepokoju.
- Wakacje, tak? Słyszałam, że na szczycie Quell's Peak jest świetny zajazd - żartuję.
- Możesz wziąć prysznic u mnie.
- Tak?
- Mam doskonałe ciśnienie wody - dodaje z mrugnięciem.
- Nie wierzę ci. Będziesz musiał to udowodnić.
Cal cofa się w stronę piecyka, żeby dokończyć mycie.
- Z przyjemnością.
Mruczę pod nosem z aprobatą i kontynuuję mieszanie. Po kilku minutach dzielę zupę między nasze dwa kubki, podaję mu jeden i wznoszę toast.
- Za szczoteczki do zębów i ciśnienie wody.
- Za szczoteczki do zębów i ciśnienie wody - powtarza jak echo, gdy stukamy się kubkami.
Cal dmucha na parującą zawartość łyżki.
- O, ja też mam dobre wieści.
- Jakie? - Mieszam zupę w kubku, czekając, aż ostygnie.
- Znalazłem kawałek łańcucha i paracordu, czyli linki spadochronowej. Jeśli skorzystam z narzędzi, które mamy, myślę, że uda mi się zrobić raki do twoich butów.
- Naprawdę? - To byłoby fantastyczne! Poprawi mi to mobilność na śniegu, zwłaszcza na oblodzonych odcinkach trasy.
- Tak, jak skończymy jeść, to cię doposażę. Choć raz przydadzą się do czegoś te głupie bransoletki survivalowe z paracordu.
Chichoczę.
- Ja nie mogę się doczekać, żeby zjeść cokolwiek innego niż zupa - stwierdza i bierze łyk.
- Ja tak samo. - Zupa z dzikiego ryżu była dobra, o wiele lepsza niż ramen czy ziemniaki w proszku, którymi żywię się w domu.
- Czy nadal mogę cię zabrać na kolację?
- Tak.
Uśmiecham się, wyobrażając sobie, co bym zamówiła. Sałatkę, coś chrupiącego i świeżego... I zajebistego cheeseburgera z piklami. Ślinka mi cieknie na samą myśl o tym. Mam już dość miękkiego jedzenia.
- Miło będzie wrócić.
Mruczę z aprobatą.
- Założę się, że nie możesz się doczekać, by znowu spać we własnym łóżku.
Wzrusza ramionami. Zapada między nami cisza.
- Myślisz, że będzie dziwnie nie spać obok siebie?
Przechylam głowę i zagryzam wargi, stwarzając złudzenie, że rozważam odpowiedź, mimo że już ją znam. Tak, będzie dziwnie. Tak, będzie mi tego brakowało.
- Tak.
- Zauważyłem, że, eee... - Miesza kilka razy zupę i odchrząkuje. Przyglądam się jego zaniepokojonej minie, ciekawa, do czego zmierza. - Zauważyłem, że lepiej mi się tutaj śpi.
Kiwam głową.
- Kiedyś czytałam artykuł, w którym wyjaśniano, jak spanie na świeżym powietrzu może poprawić jakość i długość snu. Poza tym świeże powietrze przynosi wiele innych korzyści, takich jak lepsza koncentracja, większa kreatywność...
Kręci przecząco głową.
- To nie kwestia przebywania na świeżym powietrzu.
Wymieniamy krótkie spojrzenia, zanim wrócimy do jedzenia.
Tak, będzie mi tego brakowało.
Callahan
Blask ognia odbija się na ścianie. Większość wieczoru spędziliśmy wtuleni w siebie, rozmawiając o przeszłości i teraźniejszości. Głównie o prostych rzeczach. Ulubione jedzenie, programy telewizyjne i tak dalej. Ale też o głębszych sprawach: jej przemyśleniach na temat religii i polityki oraz o tym, jak od czasu rozstania radzi sobie z emocjami. Opowiadaliśmy sobie o naszych rodzinach. Wszyscy nasi rodzice zmarli. Wspomniałem jej też o Teddy, moim szwagrze Loganie, mojej siostrzenicy Penny i siostrzeńcu Daltonie.
Nigdy wcześniej nie doświadczyłem takiej łatwości w rozmowie. Z Molly nigdy nie mieliśmy czegoś takiego. Ukrywaliśmy przed sobą różne rzeczy. Niektóre z nich były ważne, ale były też te drobniejsze kwestie: co chcieliśmy zjeść na kolację czy plotki o znajomych. To była powierzchowna komunikacja, być może z obawy przed osądem lub opinią drugiej strony.
Opowiedziałem Scottie szczegółowo o Molly i Davie. To, że ich przyłapałem, mogło być bezpośrednią przyczyną mojego rozstania z Molly, ale nasz związek umarł śmiercią naturalną na długo przed tym romansem. Kiedy się zaręczyliśmy, wszystko się zmieniło. Poświęciliśmy naszą wspólną pasję dla czegoś stabilnego i bardziej dojrzałego. Tak właśnie planowaliśmy zrobić. Dorastaliśmy, ale też oddalaliśmy się od siebie. Nie byłem zachwycony tym, jak to się układało, ale wydawało mi się, że nic nie mogę na to poradzić, więc starałem się jak najlepiej wykorzystać sytuację. I osiadłem.
Ze Scottie wszystko jest bogatsze. Mówimy sobie to, co myślimy. Dzielimy się głębszymi myślami. Nigdy nie rozmawiałem w ten sposób z żadną kobietą. Może to faza miesiąca miodowego, ale nasza więź jest... i n n a.
Leżymy nago pod kocami, z porozrzucanymi dookoła ubraniami. Zwróceni do siebie twarzami, podpieramy głowy na dłoniach. Dowiedziałem się o niej już tak wiele, a moje zainteresowanie rośnie z każdym żartem i historią. Daleko jej do bycia egoistką i denerwuje mnie fakt, że ktokolwiek mógłby sprawić, że czułaby, jakby było inaczej.
Zakładam jej udo na moje i wsuwam swoją nogę między jej, przyciągając nas do siebie. Scottie wsuwa wolną rękę za mnie i lekko drapie mnie po plecach. Cholera, to takie przyjemne. Uwielbiam ten fizyczny dotyk. Sposób, w jaki splata nasze palce, kiedy mój umysł wymyka się spod kontroli. To, że nie boi się wtulać we mnie plecami. To, jak przejeżdża paznokciami po moich plecach i ramionach. Sposób, w jaki okazuje mi swoje uczucie, jest piękny.
- Wspomniałeś, że masz grupowy czat z Xanderem i Kingiem. Poznałam Kinga na rozgrywce pokerowej w Oregonie. Ale Xandera chyba nie miałam okazji spotkać?
- Nie, Xander jest dowódcą. Zwykle stara się nie rzucać w oczy, kiedy decydujemy się zachowywać jak przestępcy. Pewnie go widziałaś, te jasnoniebieskie oczy... Jego nie da się nie zauważyć.
- Chyba pamiętam, jak widziałam cię z nim kilka razy.
- Wszyscy w zespole są ze sobą zżyci. Musi tak być. Ale ci dwaj są mi prawie tak bliscy jak rodzeni bracia.
Przytula głowę do mojej piersi i bierze głęboki wdech.
- Opowiedz mi o nich.
- Od czego mam zacząć? - Chichoczę. - Wszystko przeżywaliśmy razem, przeszliśmy razem przez ogień. King, który tak naprawdę nazywa się Rowan Kingsley, dorastał w Sky Ridge. Grał w rugby w liceum, potem w drużynie uniwersyteckiej i jest bardzo związany z miastem.
- Uprawiałeś jakiś sport?
- Nie, choć byłem miłośnikiem aktywności na świeżym powietrzu. Spędzałem lato na łowieniu ryb w jeziorach, na spływach pontonowych po rzekach i wędrówkach po górach. Zimą jeździłem na nartach lub snowboardzie. Ale King i ja zaczynaliśmy razem jako nowicjusze, kiedy dołączyliśmy do grupy do zadań specjalnych.
- A co z Xanderem? Kiedy się poznaliście?
- On akurat pochodzi z Michigan, przeprowadził się tutaj, żeby zostać strażakiem walczącym z pożarami lasów. Ma świetne poczucie humoru i dobre serce. Jego tata też był jednym z nas.
- Czekaj, w tej samej ekipie?
- Tak. - Odchrząkuję. - Jego tata, Garrett, był naszym dowódcą aż do swojej śmierci pięć lat temu, kiedy zginął podczas akcji.
Przytula się do mnie.
- Przepraszam.
- Było źle, naprawdę źle. Garrett zginął w środku sezonu, a pod koniec straciliśmy Jacoba. Cholera, to był okropny rok... Jacob był praktycznie naszym bratem, a Garrett był dla wielu z nas jak ojciec. Jego śmierć była ogromną stratą dla wszystkich, ale Xander otrzymał największy cios, bo stracił ojca. Od tamtego dnia wciąż to w sobie nosi. Okropnie jest patrzeć, jak ktoś, na kim ci zależy, cierpi, i nie ma sposobu, żeby to naprawić.
Przerywam, żeby zebrać myśli. To nie jest coś, o czym rozmawiam z ludźmi, którzy mnie nie rozumieją, ale po tym, jak usłyszałem o wychowaniu Scottie, chcę się przed nią otworzyć i opowiedzieć jej o swoim życiu. I to jest coś, o czym musi wiedzieć, jeśli chcemy iść naprzód.
- Xander po śmierci ojca już nigdy nie był taki sam - dodaję ze smutkiem. - Obwiniam się za wiele z tego, co się wydarzyło. Logicznie rzecz biorąc, rozumiem, że to nie ma sensu, ale tak po prostu jest.
Nie przerywa ani nie próbuje mnie przekonać. Po prostu pozwala mi mówić.
- Ta praca jest trudna. Niektóre części mnie są zepsute i nie da się ich naprawić. Czasami czuję się tak, jakby moje życie rozpadło się na kawałki - opowiadam dalej. - Niebezpieczna praca i niebezpieczny teren... powroty do strefy bezpieczeństwa, ciągłe bycie o kilka złych decyzji od najgorszego, o włos od nieszczęścia, obserwowanie, jak przyjaciele umierają...
Jej delikatne drapanie zmienia się w subtelne pieszczoty, gdy słucha.
- Moja głowa ciągle się kręci i jest we mnie jakieś ukryte pobudzenie. Czasami mam ataki paniki, gubię się w myślach albo wyglądam na rozkojarzonego. To nie jest celowe, po prostu tak się dzieje. Głośne dźwięki, drzewa padające w najmniej oczekiwanym momencie... Takie rzeczy wytrącają mnie z równowagi.
Scottie mocno mnie ściska.
- Cóż, dobrze, że nie masz pracy, w której spotykasz się z takimi rzeczami - ironizuje.
- Prawda? - Chichoczę.
Scottie nie śmieje się razem ze mną.
- A tak serio, czy myślałeś kiedyś, żeby z kimś o tym porozmawiać?
Wzruszam ramionami.
- Tak, zdiagnozowano u mnie zespół stresu pourazowego, ale to jedna z tych rzeczy, które nigdy nie znikają, więc trudno uzasadnić koszty i czas.
Kiwa głową tuż przy mojej klatce piersiowej.
- Ale nie uważasz, że warto spróbować? To wpływa na jakość twojego życia, Cal.
- Są rzeczy, których nigdy nie będę w stanie odpuścić, jakkolwiek bym tego chciał, więc wyciąganie ich z pamięci jest wyczerpujące. Nie tylko dla mnie, ale i dla ludzi w moim otoczeniu. Próbowałem już wcześniej, a niedługo potem Molly i ja zaczęliśmy mieć poważne problemy. Od tamtej pory wahałem się, czy powinienem na poważnie się z kimś wiązać, aż pojawiłaś się ty... Nie chcę cię na to narażać.
Cofa się i unosi głowę, żeby na mnie spojrzeć.
- Nie uważasz, że powinieneś pozwolić mi podjąć tę decyzję samodzielnie?
Przyciągam ją bliżej.
- Oczywiście, ale ludzie nie zawsze wiedzą, jak zareagować, kiedy tracę nad sobą kontrolę albo zamieram... Są dni, kiedy czuję się tak, jakby moje ciało było puste.
Nie ma pojęcia, jak trudno mi z nią o tym rozmawiać. Jestem na nieznanym terytorium. Mój umysł krzyczy, żebym to wszystko olał i cieszył się wieczorem, wrócił do luźnych tematów, takich jak muzyka i książki, łatwych rzeczy. Tak jak robiłem z Molly. Biorę głęboki wdech.
- Masz rację, to twoja decyzja... To duża prośba, ale ja wciąż proszę.
Jej palce się zatrzymują, kiedy błądzi po mnie wzrokiem.
- O co mnie prosisz?
- Proszę cię, żebyś została. Niezależnie od wszystkiego.
Cisza między nami jest ciężka, a moje płuca palą od uwięzionego oddechu, gdy czekam na jej odpowiedź.
- Chcę...
Nie podoba mi się sposób, w jaki jej głos cichnie, więc przełykam ślinę.
- Ale?
- Ale jesteśmy dwojgiem zranionych ludzi. Jeśli chcemy, żeby to się udało, musimy się najpierw upewnić, że jesteśmy w stanie zadbać o siebie, zanim będziemy mogli zadbać o kogoś innego. Jak możemy oczekiwać zdrowego związku, jeśli nie mierzymy się z własnymi problemami?
Tylko że wszystko między nami wydaje się proste. Mieliśmy trudny początek, ale kiedy wyznaliśmy sobie prawdę o przeszłości, stało się jasne, że dzielimy ze sobą coś dobrego. Cholera, nie tak to sobie wyobrażałem i nie spodziewałem się, że to aż tak zaboli.
- Z mojego punktu widzenia mamy potencjał na przyszłość. Nie uważasz, że warto to sprawdzić? Nawet jeśli jesteśmy niedoskonali? - pytam.
- Sam powiedziałeś, że to okropne patrzeć, jak ktoś inny cierpi, gdy nie ma się możliwości naprawienia tego. Nie proś mnie, żebym to robiła. To, przez co przechodzisz, może nie być w stu procentach uleczalne, ale i tak musisz to przepracować. Jeśli tego nie zrobisz, będzie się to rozrastać i zżerać cię żywcem. Czasami jedynym sposobem, żeby wyleczyć ranę, jest ponowne jej otwarcie.
- To nie takie proste...
- Nie, to nie jest proste. To cholernie t r u d n e! Odeszłam od wszystkiego, co znałam, dla szansy na szczęście, głębokie związki i odnalezienie siebie. To nie było ł a t w e. Wciąż mam wiele do przepracowania, ale jestem zdeterminowana, żeby to zrobić. - Bierze głęboki wdech. - Nie planowałam tak szybko poznać kogoś takiego jak ty. Nie jestem pewna, czy jestem na to gotowa, zważywszy na fakt, że nie mam żadnego doświadczenia, ale to, jak się przy tobie czuję, to, co mi robisz... - Wydech wyrywa się z jej ust. - Nie przypominasz niczego, czego kiedykolwiek doświadczyłam. Z tobą ożyłam. Callahan, lubię cię. Bardzo. I lubię to, kim jestem przy tobie, ale...
Jej dłoń parzy mnie przez koszulkę, a ona znajduje sposób, żeby wtulić się głębiej w moje ramię. Pięć minut temu byłoby to pocieszające, ale teraz czuję, jakby robiła to z litości. Ukłucie odrzucenia rozpala mi serce, gdy czekam, aż będzie kontynuować.
- Każde z nas toczy własne bitwy. Nie będę stała bezczynnie i patrzyła, jak przegrywasz swoje, bo uznałeś, że nie warto podjąć wyzwania. Muszę wiedzieć, że będziesz o siebie walczyć. Jeśli chcesz to zrobić, obiecuję, że nie zostaniesz sam. Będę przy tobie cały czas, nawet gdy zrobi się parszywie.
Nadzieja na rozwój naszego związku rozkwita w mojej piersi. To nie jest odmowa...
Scottie unosi brodę i całuje mnie, po czym dodaje:
- Jeśli zostanę, muszę wiedzieć, że nie odejdziesz, gdy już będę przy tobie.
Jej słowa są jak balsam kojący moją frustrację i gaszący płomienie odrzucenia liżące mnie po skórze. Moja dłoń zanurza się we włosach Scottie, a usta wpijają się w jej wargi jeszcze mocniej niż wcześniej. To nowy początek.
- Nie odejdę - stwierdzam, przyciskając moje wargi do jej.
Wbija swoje palce w moją klatkę piersiową i odpycha mnie na tyle, by przerwać nasz pocałunek.
- Jeśli mamy to zrobić, zróbmy to. Chcę, żebyś znalazł kogoś, kto pomoże ci poradzić sobie z objawami. Nie składaj pustych obietnic, których nie dotrzymasz. Mam własne problemy, też sobie kogoś znajdę.
- Dobrze - zgadzam się. - A kiedy ta puszka Pandory zostanie otwarta i zrobi się trudno?
- Kiedy będzie trudno, nie odsuwaj się ode mnie. Zostań i walcz, Callahan.
Składam pocałunek na jej skroni i przewracam się na plecy, ciągnąc ją za sobą, tak że ląduje na mojej klatce piersiowej. Jej ciepła, miękka skóra dotyka mojej, co jest czystą rozkoszą.
- Dziękuję.
- Za co?
Za to, że dałaś nam szansę. Za to, że dałaś mi coś, do czego mogę dążyć. Za to, że po raz pierwszy od dawna poczułem się bezpiecznie.
- Za to, że się tym przejmujesz.
Ogień odbija się w szybie piecyka i tańczy na ścianach, gdy przysuwam ją do siebie i całuję w usta. Przeszywa mnie dreszcz, kiedy uświadamiam sobie, że może być ostatnią kobietą, którą kiedykolwiek pocałuję... Dziwne, jak można mieć serce zamknięte na lata, a potem nagle pojawia się odpowiednia osoba, która zna dokładną kombinację, by otworzyć wszystkie zakamarki w tobie i sprawić, że zapragniesz czegoś w i ę c e j.
Jej ciche westchnienia, kiedy ją całuję, doprowadzają mnie do szaleństwa. Moje dłonie obejmują jej talię, gdy siedzi na mnie okrakiem. Przeniósłbym góry, żeby ta chwila mogła trwać, ale nie mogę pozbyć się wątpliwości.
Co, jeśli nie uda mi się ogarnąć swoich problemów? Jeśli się nie poprawię, czy nadal będę dla niej wystarczający? Po ostatniej sesji terapeutycznej Molly i ja krzyczeliśmy na siebie przez całą noc. Nie chcę tego doświadczać ze Scottie. Nie po tym, jak byliśmy tak blisko i zaszliśmy tak daleko. Gorąco rozlewa się po mojej szyi, ramiona sztywnieją, a panika szarpie moje wnętrzności. Duszę się i słyszę własne tętno dudniące mi w uszach - walczę ze wszystkich sił, żeby nie odpłynąć.
Nie mogę uwierzyć, że to się znowu dzieje. Kurwa! To tak, jakby bezbronność związana z otwarciem się przed nią odblokowywała też całe to pozostałe gówno. Nie nadążam. Właśnie tego się obawiałem. Moje ramiona sztywnieją, a nasz pocałunek się urywa. Powoli wciągam powietrze, próbując powstrzymać kolejny atak paniki. Im częściej powtarzam sobie, żeby przestać myśleć negatywnie, tym bardziej się na tym skupiam. To jak widzenie tunelowe. Scottie prostuje się i spogląda na mnie z góry.
Kurwa, jest oszałamiająca. Zasługuje na kogoś lepszego. Na kogoś, kto może jej dać coś więcej.
Jej dłonie odnajdują moje i przykłada je do piersi, ugniatając moje palce.
- W porządku, Cal... Po prostu obserwuj, dobrze? Skup się na moim głosie.
Powtarzam w myślach jej słowa, aż w końcu jestem w stanie je naprawdę usłyszeć. Skup się na jej głosie.
- Ściśnij moje sutki. - Jej dłonie prowadzą moje. Kręci biodrami. - Czujesz, jaka jestem mokra?
Jej naga cipka sunie po moim fiucie, śliska i ciepła.
- Tak. - Kiwam głową.
Próbuje mnie uziemić.
- Nie, p o c z u j mnie.
Wsuwa mój nadgarstek między swoje uda, unosi się na kolanach i moimi palcami rozchyla swoją cipkę. Jest cała mokra. Przełykam ślinę i czuję, jak chaos ustępuje.
- Pobawię się twoimi sutkami - mówię, kierując ją z powrotem do piersi.
Potem wracam do zabawy łechtaczką. Chwytam fiuta u nasady i przyciskam go do jej wejścia, zatrzymując się i zerkając na nią w poszukiwaniu zgody.
Daje mi ją, mówiąc:
- Jestem z tobą.
A potem zanurzam się centymetr po centymetrze, aż wtulam się w nią ciasno. Jej ciche jęki mnie wołają, przenosząc razem z nią do teraźniejszości. Kurwa.
Niszczycielskie myśli rozpraszają się, zmartwienia spokojnie odpływają w kąt, a niepokój ustępuje miejsca potrzebie. Ona tłumi cały hałas w mojej głowie. Powietrze nie jest już gorące i duszne, jest chłodne i regenerujące.
Ta kobieta może i potrafi doprowadzić mnie do szaleństwa, ale ma też moc przywracania mi zdrowych zmysłów.
- Jesteś oszałamiająca, kochanie.
Uśmiech rozpościera się na jej ustach i Scottie delikatnie się rozluźnia. Każda jej część jest niesamowita, ale w tej chwili to jej serce budzi mój podziw. Ta kobieta składa się z czegoś więcej niż tylko jej oszałamiająca uroda i urzekająca osobowość - jest dobra i przyzwoita. Troszczy się o innych w sposób bezinteresowny i szczery.
Kręci biodrami, wpychając mnie głębiej, a ja obejmuję jej talię, gdy używa swojego ciała, by mnie uratować.
Uczucia, które żywię do Scottie, to nie miłość, ale mają w sobie c o ś.
Mówi, że jeszcze nie doświadczyła prawdziwej miłości, i może ja też nie. Ale nie mam wątpliwości, że moglibyśmy odnaleźć ją razem. Bo jedno jest pewne: prędzej czy później ją p o k o c h a m.
Scottie
Dzień 5. Zejście
Spakowaliśmy się poprzedniego wieczoru, wiedząc, że będziemy musieli być gotowi do drogi przed wschodem słońca. Drżą mi palce. Boję się wyjść. Boję się tego, co może się wydarzyć podczas wędrówki, ale też tego, co przyniesie nam przyszłość. Nasz związek funkcjonował tylko w wieżach obserwacyjnych i obozach. W wymuszonej bliskości. Czy możemy istnieć również w realnym świecie? Połączenie tej sennej wersji z rzeczywistością wzbudza mój niepokój, ale spędziłam większość życia w strachu, i to nie jest sposób na życie. Muszę nam zaufać, że damy radę.
Poprawiam ogrzane skarpetki na kostkach, podczas gdy Callahan rozgarnia żar w piecyku. Patrzenie na niego przyprawia mnie o gęsią skórkę. Po raz pierwszy obudziliśmy się rano, żeby wygasić ogień, zamiast go podsycać. Ściska mnie w żołądku. W pełni ufam mu co do tego, że bezpiecznie nas sprowadzi z góry, ale to nie zmniejsza lęku przed naszym przedsięwzięciem.
Wczoraj wieczorem Cal z dumą zamocował do moich butów trekkingowych prowizoryczne raki z łańcuchów i linki spadochronowej, a potem postawił buty przy piecyku, żeby były ciepłe, kiedy wyruszymy w drogę powrotną.
- Wciąż jesteś ze mną? - pyta, nie oglądając się przez ramię.
Ściągam usta w napiętym uśmiechu.
- Mhm.
- Będzie dobrze.
- Wiem.
Odwraca się, ściska moje palce u stóp i podaje mi dwie plastikowe torebki, żebym owinęła nimi stopy.
- Jadłaś coś? - pyta, mając na myśli batony energetyczne, które zostawialiśmy na śniadanie.
Jeśli zjem je teraz, mogę zwymiotować. Boję się opuścić to bezpieczne miejsce, jakim jest wieża obserwacyjna, ale nie możemy tu zostać. Skończyła nam się woda, a pogoda się zmienia, więc musimy koniecznie stąd odejść. Tyle że z każdym krokiem będę bliżej rzeczy, przed którymi uciekałam.
- Mam je w kieszeni. - Wsuwam stopy w ogrzane buty i sznuruję je, siedząc na dywanie. Wstaję, a łańcuchy na podeszwach wydają mi się obce. - Denerwujesz się?
- Nie. Na początku będziemy się powoli przedzierać przez śnieg, ale w miarę schodzenia będzie łatwiej. Wybieramy się tylko na poranny spacer, nic więcej.
To tylko spacer.
Jesteśmy ciepło ubrani. Cal każe mi wziąć rękawiczki, a on sam zakłada na ręce kilka par wełnianych skarpetek jako prowizoryczne rękawiczki z jednym palcem. To absurdalne, ale nie ma sensu się z nim kłócić. Cienie tańczą po pokoju, gdy się ubieramy. Zarzucam plecak na ramiona, a Callahan wkłada mi wodę do bocznej kieszeni.
Ja naciągam kaptur, a on nasuwa latarkę na czapkę i nasze spojrzenia się spotykają. Unosi mój podbródek i pochyla głowę, żeby mnie pocałować.
- Chodźmy do domu - mówi z uśmiechem.
Kiwam głową.
- Do domu.
***
Callahan miał rację. Wędrujemy w całkowitej ciemności przez głęboki śnieg sięgający mi do ud. To trudne, ale byłoby o wiele trudniejsze, gdyby wczoraj nie przeszedł tej trasy, by zostawić nam ślady. Bycie niższą od niego utrudnia sprawę. Staram się dotrzymać mu kroku, ale łapię się na tym, że mam się ochotę zatrzymać i popatrzeć w niebo. Zapomniałam, jak wielki jest wszechświat - ta astronomiczna otchłań ciągnie się w nieskończoność. Gdy chmury ani krajobraz nie są widoczne, gwiazdy wydają się bliżej niż kiedykolwiek. To nieziemskie. Droga Mleczna jest tak jasna, jak nigdy dotąd.
Wiatr wciąż zmusza mnie do mrużenia oczu, ale to zupełnie nie to samo, co wtedy, gdy pojawiliśmy się tu po raz pierwszy. Ośnieżony krajobraz migocze niczym pokryty brokatem, kiedy pada na niego światło z czołówki Cala albo mojej latarki podkradzionej z wieży - p r z e p r a s z a m. To jak wpatrywanie się w szum, który zaburza moje postrzeganie głębi, gdy niebo mieni się równie mocno. Nie sposób zobaczyć, gdzie spotyka się z ziemią. Brak horyzontu sprawia, że ta wyprawa jest niesamowicie dezorientująca.
- Potrzebujesz przerwy?
Mam sucho w ustach.
- Nic mi nie jest.
Najlepiej, gdy ignoruję migoczącą pustkę wokół nas i trzymam głowę nisko, by mieć pewność, że podążam jego śladami. Ślady to złe określenie - przy tak głębokim śniegu przypominają raczej odwierty, które wczoraj sam zrobił. Mając metr sześćdziesiąt, muszę podnosić nogi znacznie wyżej niż on, żeby w nie wejść, i po godzinie wędrówki dyszę. Jedynym ratunkiem dla mnie przy zaspach sięgających pasa jest to, że idziemy w dół, co daje mi przewagę. Mam wrażenie, że w ogóle nie zbliżamy się do celu, bo nie mam punktu odniesienia, z którym mogłabym porównać naszą pozycję. Marzną mi palce u rąk i nóg, ale poruszam nimi tak często, jak to możliwe.
Docieramy do drzew, przy których skręcamy, by skierować się w stronę koryta rzeki. Co jakiś czas Cal się zatrzymuje i odsuwa gałąź, żeby się nie odchyliła i nie uderzyła mnie w twarz. To drobiazgi liczą się najbardziej. Choć wędrówka przez niewielkie fragmenty lasu zajmuje więcej czasu, uważam, że jest lepsza niż droga przez otwarte przestrzenie, gdzie nie ma osłony przed wiatrem.
- Nie mogę uwierzyć, że wczoraj zrobiłeś to wszystko sam... Dziękuję.
- Nie ma sprawy.
Jestem pod ogromnym wrażeniem jego biegłości w obcowaniu z naturą. Nawet wytyczając tę ścieżkę za dnia, nie miał żadnego szlaku, do którego mógłby się odnieść. Zauważam, że utworzył ślady bliżej siebie, niż gdyby samotnie pokonywał tę trasę. Zrobił to dla mnie. Musiało być to mozolne i zapewne powoli sprawdzał każdy krok przed jego postawieniem, ale sądząc po tym, jaką część trasy już pokonaliśmy, musiał poruszać się w całkiem niezłym tempie. Nie wstydzę się przyznać, że to piekielnie seksowne. Jest coś w mężczyźnie, który potrafi odnaleźć się w ośnieżonych górach. Callahan to prawdziwa bestia.
Niestety, kiedy docieramy do końca wytyczonej wczoraj ścieżki, znacznie zwalniamy. Kojoty skowyczą w oddali, ale są wystarczająco daleko, by nie wzbudzać niepokoju. W końcu Cal męczy się pozostawianiem świeżych śladów, więc robimy przerwę na wodę. Korzystam z okazji, żeby zjeść baton proteinowy, który miałam spożyć przed wyjściem. Po raz pierwszy ledwo dostrzegam horyzont.
- Już prawie świta - komentuję, wskazując na nieco jaśniejsze niebo.
Gdy Cal kiwa głową, snop światła jego latarki drży.
Kontynuujemy naszą trasę i wkrótce niebo staje się delikatnie fioletowe, a my stopniowo zaczynamy dostrzegać otoczenie. Po kolejnej godzinie promienie słońca smagają nas po twarzy, a ze względu na niższą wysokość wiatr nie jest już tak lodowaty. Śnieg w końcu sięga mi poniżej kolan, co jest błogosławieństwem, bo nawet osoba wprawiona we wchodzeniu po schodach nie ma takiego kroku, by poradzić sobie ze śniegiem na Quell's Peak. Z białego krajobrazu wystają głazy i skały. Nie jestem pewna, czy kiedykolwiek zobaczę je w takiej samej scenerii. Chociaż każdy dowód na to, że ilość śniegu się zmniejsza, jest mile widziany.
Zakleiliśmy taśmą klejącą rozdarcia w moich softshellowych spodniach, ale wkrótce słaba wodoodporność materiału ustępuje pod wpływem śniegu. Staram się, jak mogę, ignorować przenikliwy chłód, ponieważ moja warstwa bazowa staje się ostatnią barierą między moim ciałem a żywiołami.
Zatrzymujemy się, by odpocząć i cieszyć się promieniami padającymi na szczyt oraz wschodem słońca, który maluje lśniący śnieg na intensywny różowy odcień. To olśniewające. Kilka razy łapię się na tym, że myślę, że naprawdę jesteśmy na "porannym spacerze", a nie schodzimy z góry, aby przetrwać.
Callahan pochyla się na bok i wskazuje przed siebie. Moje oczy potrzebują chwili, żeby dostrzec to, co mi pokazuje - dwa ciemne rogi na białym śniegu jakieś dwadzieścia metrów ode mnie. Pokryty wełną kozioł śnieżny leży zwinięty w kłębek na śniegu i nonszalancko nam się przygląda.
- Niesamowite - szepczę.
Jego ręka powoli przesuwa się w lewo.
- Jest jeszcze jeden. - Jego głos jest cichy.
- Domyślam się, że dotarliśmy do Goat's Ridge?
Chichocze.
- Tak.
- Czy my w ogóle powinniśmy się nimi przejmować?
- Normalnie nie. Ale ponieważ jest okres godowy, będziemy trzymać się z daleka...
Gapię się w odpowiedzi.
- Co?
- Będzie dobrze - mówi. - Wygląda na to, że nie przejmują się naszą obecnością.
Super. Super, super, super.
Maszerujemy wzdłuż grani przez kolejne dwie godziny i wkrótce śnieg sięga mi do kostek, a w niektórych miejscach nawet niżej. Z każdym krokiem czuję nacisk skał na łańcuchy przywiązane do podeszwy butów. Callahan zerka w dół i zauważa, jak mokre od śniegu są moje spodnie.
- Jak się mają twoje nogi?
- Dobrze - kłamię. Musimy iść dalej.
- Mnie cholernie bolą kolana - prycha. Ja też czuję swoje. - Zróbmy sobie krótką przerwę.
Wyciągamy nasze butelki z wodą, żeby się napić.
- Twoja latarka wciąż jest włączona - mówię, zdyszana po przełknięciu łyka. Jestem zaskoczona, że woda nie zamarzła, kiedy wcześniej zmagaliśmy się z tym śniegiem.
- Ups - kwituje, gasząc ją.
Callahan każe mi usiąść na krawędzi dużej skały, a sam kuca u moich stóp i odpina domowej roboty raki. Już nie są potrzebne. Wpycham butelkę z wodą do plecaka, podczas gdy on pakuje linkę i łańcuchy do swojego. Potem ruszamy dalej.
***
Zejście jest do bani. Nigdy nie pokonywałam tak długiej stromej trasy. Mniej więcej w trzech czwartych drogi do doliny pod Goat's Ridge moje prawe kolano pulsuje. Ale idę dalej, bo mamy odcinek do przejścia i nie chcę być tą, która nas spowalnia.
- Jak się czujesz?
- Dobrze - mruczę.
Cal się zatrzymuje, kładzie ręce na moich ramionach i mierzy mnie wzrokiem.
- Spróbujmy jeszcze raz. Jak się czujesz?
- Jestem zmęczona.
- Więc się zatrzymajmy. Wyszliśmy ze śniegu, słońce wzeszło, jesteśmy prawie w dolinie i mamy świetny czas.
Biorę łyk wody.
- Jak daleko jeszcze?
- Jakieś osiem kilometrów, mniej więcej. Ale głównie po płaskim.
Uśmiecham się.
- Mogę przejść osiem kilometrów...
Głowa Cala gwałtownie skręca w lewo. Czyżby coś zobaczył? Natychmiast rozglądam się za kozłami śnieżnymi.
- Słyszysz to? - pyta.
Odchylam kaptur. Słychać buczenie. Słaby pomruk czegoś mechanicznego. Zrywam się na równe nogi i pędzimy w stronę, z której dochodzi dźwięk. Robi się głośniejszy, zmierzamy we właściwym kierunku, ale dlaczego jeszcze nic nie widzimy?
Hałas narasta, aż w końcu dostrzegamy jego źródło - zza zakrętu wyłania się z impetem czerwono-czarny UTV. Callahan i ja zatrzymujemy się w miejscu.
- O cholera - mówi ze śmiechem.
Idziemy dalej, tym razem wolniej. Nasze osiem kilometrów do bezpiecznego schronienia może właśnie zamienić się w pięćdziesiąt metrów. Samochód terenowy nie pasuje do tego odludnego krajobrazu.
Callahan uśmiecha się szeroko, wystawiając kciuk, jakbyśmy byli parą autostopowiczów na odludziu.
Gdy kierowca i pasażer się zbliżają, promienieją.
- Czy to...? - chcę zapytać, ale nie kończę.
- Xander i King. - Jego uśmiech sięga od ucha do ucha. - Jesteście moim Uberem?! - krzyczy do chłopaków, próbując przebić się przez huk silnika, gdy podjeżdżają.
- Tak, słyszałem, że ktoś nie przestrzega godziny policyjnej - stwierdza King, R o w a n, gasząc silnik i zaciągając hamulec ręczny.
Pamiętam, że grałam z nim w pokera w Oregonie, więc ten drugi to Xander. Callahan miał rację, ma n a p r a w d ę niebieskie oczy. Xander wysiada i chwyta mój plecak, zsuwając go z moich ramion. Cal zdejmuje swój bagaż i wrzuca go na tył pojazdu.
King unosi brodę w kierunku Callahana.
- Jak ci się udała wycieczka, słoneczko?
- Wspaniale... Xander, King, pamiętacie Scottie?
- Cześć. - Macham lekko, tłumiąc emocje narastające mi w gardle, gdy ogarnia mnie ulga. Udało nam się. - Naprawdę miło was widzieć.
King unosi radio, żeby nadać komunikat.
- Znaleźliśmy ich. Żyją... Scottie ma niezłe rozcięcie na czole, ale wygląda na to, że się goi.
Radio trzeszczy.
- Świetna wiadomość. Jakieś inne obrażenia? - Głos brzmi znajomo.
- Czy to Matt? - pytam.
King kiwa głową, a ja mam ochotę umrzeć ze wstydu. Ostatnią rzeczą, jakiej chcę, to sprawić Mattowi kłopot i mieć problemy w pracy. Już samo to, że nie pojawiłam się dziś na dyżurze, jest wystarczająco złe.
- Kilka dni temu zwichnęła sobie bark - dodaje Cal, a King przekazuje to mojemu współpracownikowi.
Zostajemy ulokowani na tyle pojazdu i tak po prostu ruszamy w drogę, podskakując, kiedy podążamy w kierunku początku szlaku. Zaczynam drżeć, gdy pot na moim ciele stygnie. Cal obejmuje mnie ramieniem i przyciąga do siebie.
- Więc mój esemes dotarł?! - woła, przekrzykując silnik.
Xander odwraca głowę na bok.
- Tak!
King obraca się na swoim siedzeniu.
- Nawet nie wiedzieliśmy, że zaginąłeś, dopóki nie dowiedzieliśmy się o Scottie. Potem połączyliśmy fakty, kiedy nie mogliśmy się z tobą skontaktować!
Moje brwi się zbiegają, a King znów patrzy prosto przed siebie. Wiedzieli, że zaginęłam?
- O mnie?! Jak dowiedziałeś się, że tu jestem, zanim Cal się odezwał?! - Wskazuję kciukiem Callahana. - Miałam się stawić w pracy dopiero dziś rano... Nie znam wystarczająco wielu osób, żeby ktoś mógł zgłosić moje zaginięcie!
Xander i King wymieniają spojrzenia, ale żaden z nich nie odpowiada. Patrzę raz na jednego, raz na drugiego, czekając na odpowiedź. King poprawia jedno z lusterek, a Xander patrzy w dal. O czym mi nie mówią?
- Hej! - warczy Cal, pochylając się, żeby chłopaki go usłyszały. - Skąd wiedzieliście, że Scottie zaginęła?!
- Nie wiedzieliśmy - prycha King. - Jej mąż wiedział!
Callahan
Nagle żałuję, że chłopaki nas uratowały. Nasza bańka oficjalnie pękła, a nasz czas się kurczy z każdym pokonanym kilometrem. Milczy, odkąd dowiedziała się, że Jonathan jest w mieście. Mieliśmy plany, gdy byliśmy na górze, ale czy teraz, kiedy pojawił się jej mąż, nadal będzie im wierna? Co, jeśli przekona ją, żeby nie wnosiła pozwu o rozwód?
Kiedy w zasięgu wzroku pojawia się parking, od razu dostrzegam tego faceta. Zachowuje się tak samo, jak ja bym się zachowywał, gdyby Scottie zaginęła. Chodzi tam i z powrotem z palcami splecionymi na czubku głowy, ale gdy tylko dostrzega nasz samochód terenowy, zatrzymuje się w miejscu i pędzi w naszym kierunku.
Cofam rękę zza jej pleców, choć moje ciało instynktownie protestuje. Wtedy zauważam na parkingu moją siostrę, stojącą przy jednej z dwóch karetek.
- Nie mogę uwierzyć, że zadzwoniliście do Teddy. - Prawdopodobnie zawdzięczam to chłopakom. Świetnie, ten dzień stał się jeszcze lepszy. Pewnie mnie zruga.
Kiedy podjeżdżamy, Scottie wysiada i natychmiast zostaje przytulona przez mężczyznę, który zapewne jest n i m. Moja siostra obejmuje mnie przez krótką, intensywną chwilę, po czym odchyla się do tyłu i klepie mnie w tył głowy.
- Cieszę się, że żyjesz, ty pieprzony idioto. - Jej nozdrza się rozszerzają, kiedy po raz drugi mnie obejmuje.
Zerkam ponad ramieniem Teddy. Widzę Jonathana i Scottie w czułym uścisku. Nawet po tym wszystkim, co mi powiedziała o ich związku, zazdrość pali mnie w piersi. Jej spojrzenie spotyka moje i posyła mi współczujący uśmiech. Jak on ją znalazł i czego chce? Lepiej, żeby nie miał zamiaru zabierać jej z powrotem do domu. Może i nadal są małżeństwem, ale nie oddam jej bez walki.
Teddy się odwraca.
- Potrzebujesz prysznica, stary.
- Chcę cię komuś przedstawić - mówię, ignorując narzekania siostry i nie mogąc oderwać wzroku od Scottie. Instynktownie ją wołam, zanim mój umysł to zarejestruje. - Scottie.
Wyrywa się z jego uścisku i idzie w naszym kierunku. Jonathan podąża za nią. Kiedy Scottie staje przede mną, cała ta sytuacja wydaje się surrealistyczna. Kurwa, jakbym już ją stracił. Nienawidzę tego.
- Scottie, to moja siostra, Teddy. Teddy, to Scottie.
Jonathan pojawia się u jej boku i ściska mi dłoń.
- Bardzo dziękuję za to, że zapewniłeś jej bezpieczeństwo. Nie wiem, co bym zrobił, gdybym ją stracił.
Oczywiście niewiele. Wystarczająco dużo czasu zajęło ci samo to, żeby za nią pojechać.
Zaciskam szczękę.
- Też nie wiem, co bym zrobił - mówię, patrząc jej w oczy.
Policzki Scottie się rumienią, a między nami zapada niezręczna cisza.
- Cóż, doceniam, że utrzymałeś moją żonę przy życiu i sprowadziłeś ją z powrotem.
Auć.
Otwieram usta, żeby odpowiedzieć, kiedy Matthew wyskakuje z jednej z karetek i przerywa naszą przyjacielską pogawędkę:
- Prescott, już wagarujesz?
Krew odpływa z jej twarzy i się krzywi.
- Bardzo, bardzo przepraszam. Ja... Mam poważne kłopoty z powodu nieobecności w pracy?
Matthew się śmieje.
- Nikt się na ciebie nie gniewa, ale muszę obejrzeć twoje ramię i to rozcięcie na czole. Możesz wskoczyć na chwilę do karetki?
Scottie przytakuje.
- Jasne.
Po drodze do ambulansu Matthew zadaje jej kilka pytań o uraz, a Jonathan depcze jej po piętach.
Tymczasem ja rezygnuję z opieki medycznej i szybko wypełniam odpowiedni formularz, po czym odwracam się w kierunku siostry, która patrzy na mnie z uniesionymi brwiami. Rzuca znaczące spojrzenie w stronę karetki, w której siedzi Scottie, i z powrotem na mnie.
- Więc... zechcesz mi wyjaśnić, o co chodzi? - Ma zaciśnięte usta, co pasuje do jej osądzającego wyrazu twarzy.
Przechylam głowę, drapiąc się po kilkudniowym zaroście.
- Niespecjalnie.
- Stary, po Molly...
- To nie Molly, jasne? To po prostu skomplikowane. Słuchaj, muszę wracać do domu. Jestem padnięty. Mogę do ciebie zadzwonić później? Obiecuję, że ci wszystko wyjaśnię, ale teraz chcę tylko wrócić do domu i wziąć prysznic.
Wciąga powietrze.
- Dobra. Jasne. - Opuszcza ręce wzdłuż ciała.
- Przytul dzieciaki ode mnie - kończę naszą rozmowę.
Kątem oka widzę zbilżający się do nas samochód terenowy z Xanderem i Kingiem w środku.
- Hej, Teddy - rzuca Xander z uśmieszkiem skierowanym do mojej siostry. Macha.
- Hej, wszystko w porządku? - pyta mnie King, odwracając moją uwagę.
- Tak. Potrzebujecie pomocy z załadunkiem tego UTV?
- Nie, po prostu zadbaj o siebie. Napisz do nas później - stwierdza Xander.
Moja dłoń trafia na kark.
- Jasne. Dzięki za uratowanie naszych tyłków - mówię szczerze.
- Nie ma sprawy, dalibyście radę i bez nas - dodaje King. - Ale chłopaki będą miały temat do plotek w następnym sezonie pożarów, jak tylko wieść się rozniesie.
Och, cudownie, nie mogę się doczekać, żeby usłyszeć ich wersję.
Moja siostra się śmieje.
- Dobra, jadę. Zadzwoń później - prosi, wskazując na mnie. Kiwa do wszystkich na pożegnanie i odchodzi.
- Miło było cię zobaczyć, Teddy! - woła za nią Xander, a jego wzrok zatrzymuje się na jej karku odrobinę za długo.
Mój wzrok wędruje między Xanderem a moją siostrą - moją b a r d z o z a m ę ż n ą s i o s t r ą z d w ó j k ą d z i e c i - która nonszalancko unosi rękę i macha, a potem patrzy w telefon, idąc do samochodu. Jeśli Xander coś w niej widzi, to dawno temu przegapił swoją szansę. Ona i Logan są parą od liceum i wiodą bardzo szczęśliwe życie.
Otrzepuję się, wracając do rzeczywistości.
- Mimo wszystko doceniam to.
Chłopacy zabierają UTV w kierunku alternatywnej drogi dojazdowej prowadzącej do głównej bazy, gdzie prawdopodobnie zaparkowali przyczepę, i się rozstajemy.
- Dziękuję, że się upewniłaś, że nie umarłem! - krzyczę do siostry, cofając się w stronę mojego pick-upa.
Otwiera drzwi samochodu i odkrzykuje:
- Od czego są młodsze siostry?!
Wyciągam kluczyki z plecaka, wskakuję do auta i przekręcam stacyjkę, ale nie mogę się zmusić, żeby odjechać. Przypominam sobie, że Scottie jest pod dobrą opieką Matthew i drugiego ratownika medycznego.
I Jonathana.
Kręcę głową i wrzucam wsteczny bieg. Czas wracać do domu, ale wyjeżdżając z miejsca parkingowego, nie mogę pozbyć się wrażenia, że coś za sobą zostawiam.
***
W domu odsuwam jedną z wiszących plandek, które odgradzają jadalnię od trocin. To miejsce jest w ciągłym remoncie od prawie pięciu lat, ale i tak poczyniono spore postępy. Moje kroki rozbrzmiewają echem po niedokończonej przestrzeni, gdy zmierzam w kierunku schodów. Dom wydaje się głuchy.
Na górze idę do sypialni, jednego z pierwszych pomieszczeń, które wyremontowałem po zakupie tego domu, i wrzucam plecak do szafy. Następnie podłączam telefon do prądu, a on podświetla się symbolem ładowania baterii. Zostawiam go na nocnym stoliku, żeby się naładował, i włączam prysznic. Myję zęby, czekając, aż woda się nagrzeje. Gdy tylko włosie szczoteczki pełne chłodnej, miętowej pasty dotyka moich dziąseł, jęczę.
- Och, kochanie, tęskniłem za tobą. - Szczoteczka w ustach tłumi moje słowa.
Szczotkuję zęby bez przerwy przez dobre pięć minut, szorując nawet wewnętrzną stronę policzków. Potem nitkuję zęby i płuczę usta płynem do płukania, rozkoszując się tym orzeźwiającym uczuciem. Zdejmuję z siebie brudne ubranie i staję pod strumieniem gorącej wody, wydając z siebie kolejny jęk przyjemności. Szoruję ciało z taką samą dokładnością, z jaką myłem usta, i wychodzę świeższy niż kiedykolwiek. Przemywanie się podczas pobytu w wieży obserwacyjnej z pewnością pomogło, ale nic nie zastąpi prawdziwej kąpieli. Moje myśli wędrują do Scottie. Czy już wróciła do domu? Czy wzięła prysznic? Czy wyczyściła włosy z kurzu, tak jak chciała?
Z ręcznikiem owiniętym wokół talii wychodzę z łazienki i siadam na brzegu łóżka. Podnoszę częściowo naładowany telefon, mając nadzieję na esemesa od niej, ale zamiast tego widzę lawinę wiadomości, które wysłano do mnie w ciągu ostatnich kilku dni. Większość pochodzi z rozmowy grupowej z Xanderem i Kingiem. Oto kilka najnowszych.
XANDER: Hej, dupku, idziesz z nami czy nie?
KING: Lepiej, żebyś nie był martwy.
XANDER: Powiedział, że wrócił z Quell's... Pewnie pochłonął go remont domu.
KING: Albo jakaś cipka.
XANDER: Wspominał o wyjeździe z miasta?
KING: Nie mnie.
XANDER: Skontaktuję się z Teddy. Może będzie coś wiedziała.
KING: Podobno Scottie zaginęła... Myślisz, że są razem?
XANDER: Może?
CAL: Scottie i ja jesteśmy na wieży obserwacyjnej na Quell's Peak, przeczekujemy burzę. Szlak jest zablokowany przez osuwisko, oboje mamy się dobrze. Mamy wodę i zapasy. Przejdziemy przez Goat's Ridge, żeby wrócić, jak tylko pogoda się poprawi.
CAL: Nie jestem pewien, czy moja ostatnia wiadomość doszła, mam słabą baterię, ale burza się uspokaja, zaczynamy zejście wcześnie rano, 12 listopada.
XANDER: O cholera.
KING: Myślałem, że już ci mówiłem, że poza sezonem nie chcę iść na żadną z tych twoich cholernych wędrówek!
KING: Cholera. Zapakuję UTV na przyczepę.
XANDER: Rozpuszczę wici.
Muszę się naprawdę postarać, żeby nie napisać do Scottie, ale i tak otwieram wątek z jej imieniem i marszczę brwi. Nienawidzę ostatnich wiadomości, które do niej wysłałem. Są zimne i bezduszne.
JA:
Sprawy potoczyły się swoim torem.
SCOTTIE:
Jasne.
JA:
Hej. Zeszłaś ze szlaku?
Wystukuję wiadomość na ekranie.
JA:
Nie musisz odpisywać, ale nie chcę, żebyś później otworzyła ten wątek i zobaczyła ostatnią wiadomość ode mnie. Zamiast tego dostaniesz tę, w której powiem ci, że tęsknię. Że bardzo trudno było mi dzisiaj od ciebie odjechać. Że nie mogę przestać o tobie myśleć. Że chciałbym, żebyś teraz była ze mną. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że część mnie wciąż jest na Quell's Peak, i mam cholerną nadzieję, że została tam też cząstka ciebie, bo nie jestem gotowy, żeby porzucić tę wersję nas. Reszta mnie jest tutaj, zaledwie kilka przecznic dalej, i czeka na ciebie. Będę tu tak długo, jak będzie trzeba, ale wiedz, że dotrzymuję słowa: nie odejdę bez walki.
Po kliknięciu "Wyślij" zostawiam telefon podłączony do ładowarki i kończę się ubierać. Nie ma żadnych nowych powiadomień. Scottie potrzebuje czasu, żeby omówić sprawy z Jonathanem, i ważne jest, żebym dał jej tę przestrzeń. Na razie nic więcej nie mogę zrobić.
Padam na łóżko i zamykam oczy, choć wiem, że ta drzemka nie sprawi, że poczuję się tak wypoczęty, jak wtedy, gdy jej ciało otula moje.
Scottie
Mycie zębów było o wiele bardziej satysfakcjonujące niż prysznic. Wiedziałam, że ciśnienie wody nie będzie wystarczające, żeby oczyścić skórę głowy z brudu. Tęsknię za prysznicami z siłowni, do której miałam karnet, kiedy przeprowadziłam się do Sky Ridge. Stoję przed lustrem w mojej maleńkiej łazience, przeczesując palcami szorstkie pasma włosów zlepione brudem. Wydają się zapiaszczone i wilgotne. Wcale nie tak czyste, jakbym chciała, aby były po wyjściu spod prysznica. Próbuję użyć szczotki do włosów, ale ona tylko rozprowadza brud. Rzucam ją z hukiem na umywalkę.
- Cholera jasna! - krzyczę, zamykam oczy i robię cztery powolne, głębokie oddechy.
- Scottie? - Jonathan lekko puka do drzwi.
- Nic mi nie jest! - warczę. Pochylam głowę, zanim znów ją podniosę, i spoglądam na swoje odbicie w lustrze. - Przepraszam. Nic mi nie jest. Potrzebuję tylko chwili. To były dziwne cztery dni.
Odpuszczam sobie włosy, zakładam świeżą bieliznę, dżinsy i koszulkę. Przynajmniej moje ubrania są czyste.
Kiedy wychodzę z łazienki, Jonathan siedzi na rozwalonym kuchennym krześle. Jego łokieć spoczywa na małym stoliku. Przyglądamy się sobie, a to dla nas coś nowego. Nie rozmawialiśmy od około dwóch miesięcy, a teraz jest tutaj, w moim nowym życiu.
- Więc... jak się masz? - pytam.
- Bywało lepiej.
Siadam naprzeciwko niego na drugim krześle. Żadna z tych rzeczy mnie nie zaskakuje, bo przewidziałam to już lata temu, ale zajęło mi dużo czasu, zanim zdobyłam się na odwagę i zarobiłam wystarczająco dużo pieniędzy, by wyjechać. Gdyby tylko Jonathan do mnie dołączył, moglibyśmy razem kontynuować tę podróż.
- Jak się mają twoi rodzice? Tęsknię za pieczonym kurczakiem twojej mamy. - Śmieję się bez przekonania. - Wciąż nie mogę uwierzyć, że dała mi przepis. Któregoś dnia go opanuję. - W tym tygodniu kupuję zapas artykułów spożywczych, między innymi warzywa i owoce oraz jakieś źródło białka.
- Tylko tobie dała przepis. - Jonathan chichocze, a potem poważnieje. - Tęskni za tobą... Czuje się, jakby straciła córkę.
Przełykam ślinę, patrząc na swoje dłonie. Ja też za nią tęsknię. Jonathan ma dobrą rodzinę. Nigdy się nie dowiedzieli, jak wyglądało nasze małżeństwo.
- Ja też czuję się tak, jakbym straciła matkę.
- Ona chce, żebyś wróciła do domu.
Z wymuszonym uśmiechem bawię się luźną nitką wystającą z brzegu mojej koszuli. Przecież on wie, że nie mogę tego zrobić.
- Oboje wiemy, że to już nie jest mój dom.
- Może jednak jest.
Patrzę na niego błagalnie.
- Jonathan...
- Musisz wrócić do domu, Scottie.
Kręcę głową i wskazuję palcem na podłogę.
- T o jest mój dom.
Wstaje z krzesła, rozkłada ramiona i kręci się w kółko.
- Mówisz, że to jest dom?! Prawie nie masz jedzenia, śpisz na podłodze, ściany dosłownie się walą! Tylko ja zauważyłem, że zaginęłaś. Nie masz tu n i k o g o!
Moja dolna warga drży, a łzy pieką mnie w głębi oczu.
- Może. Ale założyłabym się o każdy grosz, że jestem szczęśliwsza w tym rozpadającym się mieszkaniu, niż ty kiedykolwiek będziesz w Owczarni.
Ściska nasadę nosa i bierze głęboki wdech. Wypuszczam powietrze, uwalniając emocje. Uświadamiam sobie, że nawet go nie zapytałam, jak mnie znalazł.
Mrużę oczy.
- Skąd wiedziałeś, że tu jestem?
- Nie wiedziałem. Rada wiedziała.
- Co? - Włosy na karku stają mi dęba.
Wzdycha.
- Jestem tu, żeby cię zabrać do domu. Do Owczarni, gdzie twoje miejsce.
Chciałabym, żeby przestał nazywać ją domem. Dom to miejsce, w którym czujesz się bezpiecznie. Dom jest z Callahanem.
- Nie chcę wracać do Arkansas.
- Złożyłaś mi przysięgę - argumentuje.
- Minęły tygodnie. Jesteśmy w separacji. Pamiętasz naszą obietnicę, że pozwolimy tej drugiej osobie odejść? Co z nią?
- Scottie, oni wiedzą!
Otwieram szeroko oczy.
- O czym ty mówisz?
To koszmar, który się spełnia. Zawsze zakładali, że nasze małżeństwo go "naprawiło". Jeśli się zorientowali, że nadal jest gejem, nie jest bezpieczny. Opadam na krzesło i wpatruję się we wgniecenie w linoleum.
- Przesłuchiwali mnie po twoim odejściu, to było straszne.
- Po co w ogóle im mówiłeś...
- Nie rób tego! To t y zostawiłaś m n i e, pamiętasz? Nie masz pojęcia, jak tam jest, odkąd odeszłaś.
Kręcę głową.
- Przepraszam, przepraszam. Nie to miałam na myśli. Masz rację, nie wiem, przez co przechodzisz.
- Przeżywam piekło, zupełnie sam. Nie zostawiłaś mi żadnej opcji kontaktu! Rozumiem, że próbujesz czegoś nowego, ale musisz teraz wrócić. Wszystko ujawnią, jeśli tego nie zrobisz. Wiesz, co to dla mnie oznacza.
Krew odpływa mi z twarzy, gdy wyobrażam sobie, co mogłoby mu się stać. Nie chcę tam wracać. Za ciężko na to wszystko pracowałam. Ale Jonathana czeka jeszcze gorszy los. To ja podjęłam decyzję o odejściu, ale to on jest za to karany. Zawsze mówiłam, że będę go chronić. Moja obecność była jego jedyną tarczą i zabrałam ją ze sobą, kiedy odeszłam.
- Moja kariera, moja rodzina, moje prawo wykonywania zawodu lekarza, nasz dom... - Jego głos się łamie. - Moje życie się skończy.
Ale moje dopiero się zaczęło. W gardle formuje mi się twarda gula.
Jonathan siada naprzeciwko mnie, ale moje spojrzenie jest wlepione w podłogę, podczas gdy on kontynuuje:
- Obiecuję, to nie będzie trwało wiecznie, dobrze?
Chciałabym wrócić z Callahanem do wieży. Chciałabym, żeby był tu teraz ze mną. Wolałabym przetrawiać te informacje w jego obecności.
Jonathan mówi dalej:
- Przysięgam, że do ciebie dołączę, ale jeśli mamy zamiar odejść, musimy zrobić to we właściwy sposób... Po prostu wróćmy i nie wychylajmy się do momentu, aż to wszystko ucichnie. Mówiłem im, że wrócisz ze mną i że tym razem będziemy ciężej pracować.
Spotykam się z jego spojrzeniem, ale mam wrażenie, że patrzę przez niego.
- Ty naprawdę myślałaś, że możesz po prostu wymknąć się w środku nocy, zostawiając niezałatwione sprawy? To nie takie proste.
Czemu wszyscy zakładają, że to, co zrobiłam, było łatwe? Czy on myśli, że odejście od niego było łatwe? Że bycie bezdomną było łatwe? Cholera, wciąż się z tego wygrzebuję.
Miałam plany na przyszłość. Plany dotyczące Callahana, mojej kariery, eksploracji Wybrzeża Północno-Zachodniego, miałam nawet plany dotyczące tego cholernego domu przy Spencer Avenue. Jasne, niektóre były mało realne, ale inne były w zasięgu ręki - trzymałam się ich przez cztery noce, a teraz mi się wymykają.
- Ewangelia według świętego Łukasza, rozdział piętnasty, werset czwarty - mówi.
Gniew pulsuje mi w żyłach na wzmiankę o Piśmie Świętym. Unoszę brodę, by spojrzeć w jego współczujące oczy. Pali mnie w gardle i przełykam żółć. Mam ochotę krzyczeć, zbesztać Jonathana za to, że nie odszedł, za to, że jest takim tchórzem.
- "Któż z was, gdy ma sto owiec, a zgubi jedną z nich, nie zostawia dziewięćdziesięciu dziewięciu na pustyni i nie idzie za zgubioną, aż ją znajdzie?"15
- Owczarnia nie reprezentuje Słowa Bożego - prycham.
Wpatruje się we mnie bez wyrazu.
Nabrzmiałe łzy zacierają mi widzenie.
- A jak będziesz się radował, kiedy wrócisz z ich zagubioną owieczką?
- Nie będę się z tego radował.
Po kilku oddechach hamuję nieco furię. Muszę pamiętać, że to nie wina Jonathana. To sprawka Owczarni. On zmaga się z prześladowaniami, których ja nigdy nie zaznałam. W końcu to on potrzebuje ochrony bardziej niż ja, a ja nie mogłabym żyć ze świadomością, że jestem odpowiedzialna za to, że coś mu się stało.
- Dlaczego nie możesz po prostu zostać? Miejsca takie jak Owczarnia są uważane przez świat zewnętrzny za sekty. Wiedziałeś o tym? Ludzie mówią, że to s e k t a.
Przewraca oczami.
- Chrześcijaństwo nie jest sektą, Scottie.
- Może i nie, ale Owczarnia jest - argumentuję.
- Nie mogę po prostu wstać i odejść z mojego życia, tak jak ty. Czemu nie mogłaś poczekać, aż oboje będziemy gotowi?
- A co, gdybyś nigdy nie odszedł?! Rozmawialiśmy o tym już wiele razy! Nigdy nie dałeś po sobie poznać, że chcesz odejść. Miałam czekać w nieskończoność? Jedno z nas musiało zrobić pierwszy krok.
- Tym razem odejdę. Obiecuję.
Zakrywam twarz dłońmi. Nigdy nie gardziłam Owczarnią tak bardzo jak teraz. Chowam emocje w sobie. To nie wina Jonathana.
- Mówiłeś, że możemy się po prostu ukrywać, dopóki nie załatwimy wszystkich spraw... Jak długo ma to trwać?
- Kilka lat.
Kręcę głową i prycham.
- Absolutnie nie. Rok.
- Mogą...
- Rok, Jonathan. A twój zegar zaczyna tykać już teraz. Rok. Ani dnia dłużej.
- Dobrze. - Ustępuje, unosząc ręce w geście poddania. - Przepraszam, Scottie.
Kręcę głową ze zrozumieniem. To wszystko, co mogę zrobić, żeby się nie załamać. Może powinnam była poczekać, aż oboje będziemy gotowi - wtedy przynajmniej nie wiedziałabym, z czego rezygnuję.
- Po tym roku złożymy pozew o rozwód - mówię, a mój głos drży, gdy kończę.
Jonathan spuszcza wzrok i patrzy na kolana. Musiał wiedzieć, że to nastąpi, ale to nie znaczy, że teraz, gdy wypowiedziałam to na głos, jest to mniej bolesne. Na minutę zapada między nami cisza.
- Obiecuję, Jonathanie, że istnieje szczęście poza miejscem, z którego pochodzimy. - Przykrywam jego dłoń swoją. - Oboje wiemy, że nasze dotychczasowe życie takie nie było. Owczarnia nie może decydować o tym, kogo kochamy. Powodem, dla którego nam się nie udało, nie jest to, że nie modliliśmy się wystarczająco głośno. Nie jest nim też to, że nie poświęciliśmy wystarczająco dużo czasu Bogu ani że nie głosiliśmy wystarczająco szeroko Ewangelii. To sposób, w jaki zostaliśmy stworzeni. I zostaliśmy stworzeni doskonałymi na Jego obraz. Jesteś idealny taki, jaki jesteś, i ja jestem idealna taka, jaka jestem. Ale to nie znaczy, że jesteśmy idealni razem.
Obrzydza mnie świadomość, że od najmłodszych lat uczono go nienawidzić samego siebie, a ja stałam z boku, przyglądałam się temu wszystkiemu, a nawet w tym uczestniczyłam. Myślałam, że mogę mu pomóc, jakby w ogóle tego potrzebował.
- Bardzo mi przykro, że zgodziłam się na coś, co cię zraniło. Kocham cię, Jonathanie, i uwielbiałam mieć cię za partnera, ale oboje w głębi duszy wiemy, że tu nie chodzi o miłość.
Kiwa głową. To nie pierwszy raz, kiedy się kłócimy, ale pierwszy, kiedy to powiedziałam, a on się na mnie nie rzucił.
- Jesteśmy dwojgiem ludzi, których wychowywano w nieodpowiedni sposób, ale to nie świadczy o tym, że jesteśmy popsuci. To po prostu znaczy, że nie jesteśmy tacy jak oni. I chwała Bogu za to, bo to n i e jest miłość.
Pociąga nosem.
- Wiem. Ale nadal nie chcę cię stracić.
- Nigdy mnie nie stracisz - obiecuję. Po prostu po tym, jak spojrzałam śmierci prosto w oczy, wiem, że życie jest za krótkie. - Ale nie możesz zacząć nowego życia, jeśli nigdy nie odejdziesz od starego.
Ze łzami w oczach patrzymy na siebie jako zupełnie dwie niezależne istoty, być może po raz pierwszy w życiu.
- Więc za rok... po prostu... odejdziemy? - Brzmi tak przygnębiająco.
Obserwowanie, jak uświadamia sobie to, czego ja doświadczyłam ponad rok temu, przynosi mi nowy rodzaj bólu. Do niedawna był jedynym mężczyzną, którego kochałam. Był moim najlepszym przyjacielem. Byliśmy wszystkim, co mieliśmy.
- Miłość, którą do siebie czujemy, nigdy nie zniknie, ale nasza miłość nie jest stworzona do małżeństwa. To nie jest romantyczne uczucie. Nie jestem tym, czego potrzebujesz. Nie wystarczamy sobie nawzajem.
Skłania głowę na znak zgody i pociąga nosem.
- Zasługujesz na szczęście, zasługujesz na uczucie partnera, który może ci je dać w sposób, w jaki ja nigdy tego nie zrobię... Musimy żyć życiem, jakie nam przeznaczono. Kochać ludzi, których nam przeznaczono.
Jego warga drży.
- Callahana? - pyta.
To mnie zaskakuje. Czy kocham Callahana? Tak... kocham. Kocham Callahana. Wpatruję się w Jonathana, wciąż nie mogąc się otrząsnąć.
- Widziałem, jak na niego patrzyłaś.
Łzy napływają mi do oczu, ale je odpycham.
- Przepraszam.
Jonathan kręci głową i znów pociąga nosem.
- Kiedy odeszłaś, wiedziałem, że to koniec. Ale widząc, jak patrzyłaś dziś na tego faceta i jak on patrzył na ciebie... Chyba to prawda, co? Naprawdę to kończymy.
- Musimy - stwierdzam. - Obiecuję ci, że życie jest o wiele lepsze po drugiej stronie. - Moje usta unoszą się w smutnym uśmiechu.
Jonathan chichocze, zerkając na ściany pokryte zaciekami.
- Tak, spełniasz marzenia... Kiedy wrócimy za rok, znajdziemy ci lepsze mieszkanie.
Wzruszam ramionami. Może nie jest ono olśniewające, ale z pewnością ma wartość większą niż złoto. Z niecierpliwością czekam na dzień wyzwolenia przyjaciela, żeby mógł poczuć ulgę i zrozumieć spokój, jaki to ze sobą niesie.
Przygląda mi się zamyślony.
- Przepraszam, Scottie.
Rok, tylko rok.
- Będę musiała złożyć wypowiedzenie w pracy. Nie mogę natychmiast rzucić wszystkiego i od razu wyjechać do Arkansas. - Planuję wrócić do tego miasta. Jeśli mam mieć szanse w mojej starej pracy w przyszłym roku, muszę się z nimi elegancko rozstać.
- Ile czasu potrzebujesz?
- Dwa do trzech tygodni. Muszę to z nimi ustalić. - Wlepiam wzrok w dłonie. - Muszę też porozmawiać z Callahanem.
Kiwa głową.
- Ja, eee, zatrzymałem się w hotelu. - Bierze z blatu notes oraz długopis i zapisuje nazwę hotelu oraz numer pokoju. - Jeśli będziesz potrzebowała przerwy od tego wszystkiego... albo chciała porozmawiać, przyjdź do mnie.
- Dobrze.
To mieszkanie może nie jest tak przyjemne jak dom, który mieliśmy w Arkansas, ale to część mojej podróży. Pewnego dnia spojrzę wstecz i zobaczę, jak daleko zaszłam.
- Kocham cię, Scottie. Mam nadzieję, że wiesz, jak doceniam twoje poświęcenie. Ratujesz mnie, po raz drugi - mówi.
- Jesteś moim najlepszym przyjacielem - mówię, a on ściska mnie za dłoń i muska grzbietem palców mój policzek. - Potrzebuję trochę czasu, żeby się nad tym zastanowić i wszystko przetrawić. Nie wiem, jak to wytłumaczę Callahanowi.
- Jesteś warta czekania. Jeśli mu na tobie zależy, poczeka ten rok... To nie jest pożegnanie.
Emocje narastają mi w gardle, tworząc gulę zbyt dużą do przełknięcia. Więc dlaczego tak się czuję?
Uwalniam dłoń, wstajemy i go przytulam. Opiera swoją brodę o moją głowę. Wdycham jego zapach, mocno ściskając Jonathana za brzuch. Po uświadomieniu sobie moich uczuć do Callahana różnica między dwoma mężczyznami, których kocham, jest jak dzień i noc. Jonathan pokazał mi, czym jest miłość, ale Callahan pozwolił mi jej doświadczyć.
Mój jeszcze mąż wpycha ręce do kieszeni i śmieje się półgębkiem.
- Tak... Będziemy w kontakcie - mówi.
- Dobrze cię znowu widzieć.
Przytulamy się jeszcze raz i wychodzi.
Zamykam za nim drzwi, a potem obejmuję ramionami swój brzuch i opadam na nadmuchany do połowy materac. Zwinięta w kłębek, zaczynam spazmatycznie szlochać.
Nie chcę się żegnać.
***
Budzę się tuż przed zachodem słońca. Zasnęłam w trakcie płaczu. Leżę nieruchomo, a moje ciało zapada się tak głęboko w niedopompowany materac, że ocieram się o podłogę. Burczy mi w brzuchu. Przewracam się na drugi bok i czuję, jakby wszystkie moje mięśnie się napięły.
- O Boże - jęczę.
Zaczynam odczuwać skutki tej wędrówki w dół zbocza.
Odłączając telefon od ładowarki, dostrzegam powiadomienie o esemesie. Na szczęście mój telefon się nie zepsuł, tylko rozładował. Niska temperatura prawdopodobnie wyczerpała baterię.
Odblokowuję telefon. To od Cala.
Czytam wiadomość. Potem czytam ją jeszcze raz. I jeszcze.
Nigdy nie sądziłam, że doświadczę takiej miłości. Takiej, która wypełnia mój brzuch motylami i ekscytacją. Takiej z romansów, które czytałam. Takiej, w której spędzam cztery dni uwięziona z kimś na szczycie góry i tęsknię za nim po niecałych dwudziestu czterech godzinach rozłąki. Takiej, w której rozstanie z nim jest jak utrata części siebie.
JA:
Cześć.
Mój telefon odzywa się chwilę po wysłaniu esemesa.
CALLAHAN:
Cześć.
JA:
Jak ci poszło z myciem zębów?
CALLAHAN:
Lepiej, niż mogłem sobie wyobrazić. Jak ci poszło z prysznicem?
JA:
Wystarczająco. Jadłeś?
CALLAHAN:
Mógłbym znowu coś zjeść.
Musimy porozmawiać. Chcę go zobaczyć. Przytulić. Przeprosić i znowu się rozpłakać.
JA:
Chcesz się spotkać w tej burgerowni niedaleko?
CALLAHAN:
Tak. Czy ktoś jeszcze do nas dołączy? Nie ma problemu, jeśli tak.
W ten sposób pyta, czy Jonathan jeszcze tu jest. Doceniam, że rozumie.
JA:
Będę sama.
CALLAHAN:
Przyjadę po ciebie za pięć minut.
Uśmiechając się, wystukuję odpowiedź:
JA:
To tylko kilka przecznic stąd.
CALLAHAN:
Jeśli kolana bolą cię tak jak mnie, to już mamy na dzisiaj dość chodzenia. Przyjadę po ciebie za pięć minut.
Śmieję się, bo nie mam już łez do wypłakania.
JA:
Poczekam na ciebie na zewnątrz. Poznasz mnie po tym, że będę utykać.
Callahan
W końcu mogę swobodnie odetchnąć, gdy widzę ją stojącą przed budynkiem. Lśniące rudoblond włosy, odświeżoną twarz i wszystkie te piegi, które tak uwielbiam. Olśniewający widok. Ma na sobie sweter i dżinsy, jakby to był zupełnie zwyczajny wieczór, co jest trochę jak sen. Czy naprawdę dopiero dziś rano zeszliśmy z tej góry? Czas to dziwny koncept.
Wysiadam z pick-upa, żeby otworzyć Scottie drzwi. Obchodzę auto i pomagam jej zająć miejsce pasażera. Po zamknięciu drzwi nie mogę się powstrzymać, by nie spojrzeć na obskurną ruderę, w której mieszka. Jeśli na zewnątrz wygląda jak ruina, to jak, do cholery, wygląda w środku?
W milczeniu odjeżdżamy od krawężnika. Na szczęście we wtorkowy wieczór w burgerowni nie ma zbyt dużego ruchu i znajdujemy idealne miejsce do zaparkowania tuż przed witryną. Scottie jęczy, wspierając się na mojej ręce, gdy wysiada z samochodu.
W środku bar jest prawie pusty i znajdujemy wolny boks, oboje poruszamy się wolniej niż zwykle. Gdy tylko siadamy, kelnerka podaje nam menu.
- Dzisiaj mamy zupę z kurczakiem i ryżem - oznajmia z łagodnym wyrazem twarzy.
Scottie i ja patrzymy na siebie.
Po chwili odzywam się z udawanym zdziwieniem:
- Słyszałaś, kochanie? Z u p a. Kurczak z ryżem, twoja u l u b i o n a.
- Czy mam przyjąć zamówienie...
- Nie, proszę! - Scottie niemal krzyczy, po czym przygryza dolną wargę, żeby powstrzymać się od śmiechu.
Kelnerka spogląda na nas podejrzliwie.
- Dam państwu chwilę na przejrzenie menu.
- Dziękuję - odpowiada Scottie z uśmiechem, po czym patrzy na mnie z gniewem.
Otwieram menu i mamroczę:
- No cóż, wiem, czego z pewnością n i e zamówię.
- Chcę cheeseburgera z dodatkowymi piklami.
Zuch dziewczyna.
- I sałatkę... - dopowiada.
Uśmiecham się do niej znad mojego menu.
- I szejka z bitą śmietaną i ciasteczkami - stwierdza.
- No i o to właśnie chodzi. - Składam menu i kładę je na stole. - Wezmę to samo.
Przykrywa moją kartę swoją i opiera dłonie na kolanach.
- Więc...
- Więc... - powtarza. Uśmiech znika jej z twarzy. - Dziś po południu rozmawiałam z Jonathanem...
Wstrzymuję oddech, czekając na kontynuację.
- Rozmawialiśmy długo. O naszym związku. O tym, czego od siebie potrzebujemy.
- A czego ty potrzebowałaś?
Skupia się na leżących przed nią sztućcach zawiniętych w serwetkę, układa je prostopadle do krawędzi stołu, a następnie składa dłonie na kolanach.
- Poprosiłam o rozwód.
Wypuszczam powietrze. Na chwilę pochylam głowę, po czym opadam na winylowe oparcie kanapy. Dzięki Bogu. Wzdryga się, a ja wysuwam w jej stronę rękę. Wtula dłoń w moją otwartą i ją ściskam.
- Jak zareagował?
Z trudem się powstrzymuję, by nie zasypać jej pytaniami, które zalewają moje myśli, odkąd zostawiłem ją rano na parkingu.
Wzrusza ramionami.
- Mniej więcej tak, jak się spodziewałam, ale jak powiedzieć osobie, na której ci zależy, że chcesz rozwodu, bez zranienia jej? Nie chodzi o to, że nie mógł się tego spodziewać. Dałam mu to jasno do zrozumienia, odchodząc. Myślę jednak, że dziś dotarło do niego, że to już koniec i musimy się rozstać, by żyć własnym życiem.
Jej smutny uśmiech sprawia, że mam ochotę ją przytulić.
Kelnerka przerywa i przyjmuje nasze zamówienia, zapisując burgery, sałatki i szejki.
- Mogę zaproponować kawę? - dopytuje.
- Poproszę - mówi Scottie.
Unoszę dwa palce, by dać do zrozumienia, że również poproszę o gorący napój, i dodaję:
- Dziękuję.
Kelnerka chowa notes do kieszeni fartucha i idzie do kuchni.
Na naszym stole stoją na spodkach dwa odwrócone do góry dnem ceramiczne kubki, więc oboje je odwracamy. Scottie wybiera z talerzyka kilka śmietanek i cukier, a ja zapamiętuję, jaką kawę lubi. Zrywa foliowe wieczka z zapieczętowanych opakowań i wlewa zawartość do pustego kubka, po czym rozrywa saszetkę z cukrem i robi to samo.
Czekamy z kontynuowaniem rozmowy do czasu, aż kelnerka pojawi się z kawą. Na szczęście wraca szybko, choć mam wrażenie, że mija wieczność, gdy patrzymy, jak napełnia nasze kubki. Napój Scottie zmienia kolor na jasnokremowy. Moja kawa pozostaje tak czarna, że mogę się w niej przeglądać.
Kelnerka kiwa z uznaniem głową i odchodzi, a ja czekam, aż Scottie się odezwie. Wzdycha, stawiając kubek przed sobą i ogrzewając nim dłonie.
- Muszę wracać - mówi.
Marszczę brwi.
- Do swojego mieszkania?
- Do Owczarni.
Co? Kręcę głową. To się nie dzieje.
- Nie rozumiem.
- Kościół się o nim dowiedział. Potrzebuje, żebym wróciła, abyśmy mogli uporządkować jego życie, a potem odejść w tym samym czasie.
- Co masz na myśli, mówiąc, że się dowiedział? Czy to nie ci ludzie pomogli wam w nawiązaniu tej relacji?
- Zakładali, że zmienił orientację zaraz po tym, jak się pobraliśmy, ale odkryli, że nic się nie zmieniło, więc poddadzą go kolejnej terapii konwersyjnej. Może stracić pracę, rodzinę, wszystko. Nie jest gotowy, żeby odejść.
Gotowy czy nie, będzie musiał to rozgryźć bez niej. Scottie może nie być gotowa, by to przyznać, ale usłyszałem o tym miejscu wystarczająco dużo, żeby mu nie ufać. Przywódcy kontrolują kongregację, wykorzystując strach i poczucie zagrożenia. To sekta.
Zaciskam szczęki.
- A on myśli, że kiedy będzie gotowy?
Pomimo tego, że w środku pali mnie niepokój, na zewnątrz zachowuję spokój i wykorzystuję całą cierpliwość, jaką posiadam. Minął ponad miesiąc od jej odejścia, zanim w ogóle postanowił pojechać i jej poszukać. Gdybym to ja był na jego miejscu, chyba bym oszalał.
Miał czas, żeby odejść, ale tego nie zrobił.
- Powiedziałam mu, że ma rok, ale mam zamiar wyciągnąć nas wcześniej.
Cholera, rok? Mówiłem poważnie o czekaniu. Jest tego warta, ale t o nie to samo.
Ufam Scottie, że jej wkrótce były mąż nie jest złym człowiekiem - widać, że bardzo jej na nim zależy - ale koniec końców nie znam tego faceta. Nie chcę, żeby cierpiała przez długi, przewlekły rozwód, zwłaszcza jeśli ten popieprzony Kościół, z którego pochodzi, spróbuje się w to wmieszać.
Opowiada o ich dzisiejszej rozmowie, roniąc kilka łez. Nienawidzę słuchać o bólu, który przeszła. Mimo to nie pozwolę jej wyjechać.
- Obiecuję, że wrócę - mówi.
- Nie wrócisz, bo nigdzie nie wyjedziesz.
- Callahan...
- Prescott. - Kręcę głową. - Przepraszam, ale nie.
Jej wzrok pada na kubek.
- Nie martw się, nie spakuję się dziś wieczorem. Mam kilka tygodni, żeby zająć się pracą i sprawami mieszkania. Muszę jeszcze złożyć wypowiedzenie...
- Proszę. Daj mi tylko tydzień, żeby coś wymyślić. Nie składaj jeszcze wypowiedzenia.
Scottie unosi brodę, a jej słaby uśmiech łamie mi serce. Białka jej oczu są zaczerwienione. Wcześniej uznałem, że to przez wiatr na górze, ale teraz wiem, że to przez łzy.
- To mniej niż rok. - Jej głos brzmi tak cicho.
Ona chyba o tym nie wie, ale każde miejsce, w którym organizuje się terapię konwersyjną, prawdopodobnie nie jest też zbyt entuzjastycznie nastawione do praw kobiet. Ryzykuje własnym bezpieczeństwem, jeśli wróci, dlatego tak się nie stanie.
- Mówiłem ci, że kiedy zrobi się trudno, nie ucieknę. Potrzebuję, żebyś dotrzymała tej samej obietnicy - przypominam jej.
Przesuwa palcami po wilgotnych policzkach.
- Ale to co innego. Nie wybieram odejścia, ja m u s z ę wrócić. Będzie dobrze. Bóg nigdy nie zamyka drzwi bez otwarcia okna.
Bzdura.
Śmieję się drwiąco.
- Więc twierdzisz, że masz z czego wyskoczyć? - Potrząsam głową. - Nie. Otworzymy te cholerne drzwi jeszcze raz. Tak działają drzwi, Prescott.
Jej ramiona opadają.
- On mnie potrzebuje.
Przesuwam kciukiem po jej kostkach. Nie zdaje sobie sprawy, jak niebezpieczna jest ta sytuacja - dla nich obojga.
- Posłuchaj, nie możesz uratować wszystkich. Czasami możesz uratować tylko jedną osobę i to nic, jeśli tą osobą jesteś ty sama.
Scottie gapi się na mnie w taki sposób, jakby całe życie czekała na kogoś, kto da jej prawo dokonać wyboru. Nadzieja w jej oczach sprawia, że potwierdzę każde swoje słowo. Nie zawiodę jej.
- Pozwól mi się tym zająć - mówię tuż przed tym, jak kelnerka z brzękiem stawia przed nami ciężkie talerze, a ja puszczam dłoń Scottie, żeby zrobić miejsce.
Trzeba było nalegać na odwiezienie jej do domu i zamówienie kolacji na wynos. Wtedy moglibyśmy uniknąć zakłóceń.
Scottie wciąż się we mnie wpatruje. Unoszę brodę, wskazując na jej talerz.
- Jedz, kochanie.
Kiwa głową. Parujący posiłek sprawia, że cieknie mi ślinka, choć mój apetyt osłabł. Scottie rozwija papierową serwetkę ze sztućcami i kładzie ją sobie na kolanach, po czym podnosi cheeseburgera obiema rękami do ust i zatapia w nim zęby.
- O rany - szepcze z ustami pełnymi jedzenia. Zakrywa je dłonią, żując.
Idę za jej przykładem, biorę kęs i stwierdzam, że cheeseburger jest całkiem niezły. To miejsce robi wyśmienite burgery.
Rezygnujemy z rozmowy na rzecz jedzenia, a ja przyłapuję Scottie na tym, jak wpatruje się w rodziców z trójką małych dzieci, którzy zajmują miejsca na drugim końcu sali. Zapanowuje chaos, gdy rodzina się rozsiada. Znajdują krzesełko dla najmłodszego i ustawiają je na końcu swojego stolika. Kiedy to robią, kelnerka rozdaje menu i kredki. Zanim kredki zostaną rozpakowane, dwójka starszych dzieci już pyta rodziców, czy mogą zamówić mleko czekoladowe zamiast zwykłego.
Odkładam burgera i przełykam ślinę.
- Chcesz mieć kiedyś dzieci?
Wzdycha.
- Szczerze? Nie za bardzo. Lubię je, ale nigdy nie marzyłam o własnych, nie po dorastaniu w Owczarni. Nawet teraz, kiedy już odeszłam, bycie rodzicem nie jest czymś, czego potrzebuję, by czuć się spełnioną.
Ja też dawno temu porzuciłem myśl o dzieciach, ale uwielbiam być wujkiem. Po kilku frytkach wraca mi apetyt.
- A ty?
Kręcę głową.
- Zimą mam wolne, ale w sezonie pożarów wyjeżdżam na całe tygodnie. To nie sprzyja dobremu rodzicielstwu. Nie mówię, że nie dalibyśmy rady, ale byłoby trudniej.
- M y? - Uśmiecha się, gryząc.
Cholera, czy ja powiedziałem "my"?
- Mam na myśli... po prostu kobietę, która byłaby moją partnerką. - Odchrząkuję i dodaję: - Teddy i jej mąż, Logan, mają dwójkę dzieci, Penny i Daltona. Uwielbiam być wujkiem. To lepszy z tych dwóch światów.
- To naprawdę słodkie. A gdybyś nie miał takiej pracy, chciałbyś mieć rodzinę?
- Może? - Wzruszam ramionami. - Trudno jednoznacznie powiedzieć. - Nie jestem pewien, czy bym chciał, czy nie. To nie jest coś, o czym od zawsze marzyłem. - Jestem zadowolony z kierunku, w jakim zmierza moje życie. - Co obejmuje przyszłość ze Scottie.
Po dniach wypełnionych miękkim, przetworzonym jedzeniem ten posiłek to strzał w dziesiątkę. Scottie musi czuć to samo, bo mówi:
- Jak miło zjeść coś chrupiącego!
Gdy tylko kończymy kolację, zaczynam luźną pogawędkę o planach na ten tydzień, mając nadzieję, że to pomoże jej nabrać pewności, że nic się nie zmienia. Nie wyjedzie.
Nie martwię się i ona też nie powinna.
Wspomina, że jutro idzie do pracy, a ja patrzę na nią pytająco. Scottie szybko daje mi do zrozumienia, że wszelkie protesty przeciwko decyzji o tak szybkim powrocie do służby są bezcelowe. Rana na jej czole ledwo się zagoiła, ale ona jest gotowa. Mówi jednak, że nie będzie wyjeżdżała do wezwań przez kilka tygodni, dopóki jej ramię się nie zagoi. Doprowadzi ją to do szału.
Płacimy rachunek i wracamy do samochodu. W ciągu kilku minut jesteśmy już z powrotem pod jej drzwiami. Upiera się, że nie potrzebuje, żebym ją odprowadzał do środka, i po raz drugi dzisiaj odjeżdżam.
Czuję natychmiastowy żal.
Pokonuję przecznicę, zanim uświadamiam sobie, że nawet nie pocałowałem jej na dobranoc.
- Pieprzyć to.
Zawracam pick-upem i wciskam gaz. Gdy tylko parkuję obok jej budynku, wyskakuję z auta. Ostatnim razem, gdy tu byłem, zaślepiła mnie furia, ale teraz mogę dostrzec więcej szczegółów. Widzę tanie drzwi zabezpieczające przed wichurą z pionowymi metalowymi prętami i ozdobnym ornamentem, które pewnie wyglądały jak nowe w latach sześćdziesiątych. Kiedyś były pomalowane na biało, ale teraz to głównie rdza. Duże płaty farby odpadają, gdy otwieram drzwi z okropnym piskiem, przypominającym dźwięk przejeżdżania gwoździem po tablicy. Niebieska taśma malarska trzyma pękniętą szybę po drugiej stronie.
Jestem zaskoczony, gdy widzę, że drzwi za tymi zardzewiałymi mają zepsuty zamek. Jak mogłem tego wcześniej nie zauważyć? Każdy mógłby tu wejść ot tak, prosto z ulicy. Pamiętam numer jej mieszkania i szukam jej nazwiska na jednej ze skrzynek pocztowych, żeby się upewnić. Znów, k a ż d y mógłby to zrobić. Wchodzę na górę i staję przed jej drzwiami, tak jak kiedyś. Tym razem jednak pukam.
Gdy tylko otwiera drzwi, przekraczam próg i przywieram ustami do jej ust. Obejmuję dłońmi szyję Scottie, a ona chwyta mnie za przedramiona. Wprowadzam ją tyłem do środka i kopniakiem zamykam drzwi. Jęczę, gdy z równym zapałem odpowiada na mój pocałunek. Zatracam się w niej.
Przesuwa dłoń po moim karku, wbijając paznokcie w skórę mojej głowy i przyprawiając mnie o dreszcze. Uwielbiam, kiedy to robi. Wsuwam jedną rękę do tylnej kieszeni jej spodni, pozwalając palcom chwycić za pośladek. Krew odpływa mi w dół. Pomimo wszystkich instynktów, które mną targają, puszczam Scottie. Muszę myśleć jasno, bo inaczej skończę, pieprząc ją dokładnie tu, gdzie stoimy. Chociaż miewałem już gorsze pomysły.
Przyciskam czoło do jej czoła i chichoczemy pomiędzy zdyszanymi oddechami.
- Zapomniałeś mnie pocałować na dobranoc - mówi.
- Jestem pieprzonym idiotą.
Kątem oka zauważam nagły ruch, co skupia moje spojrzenie na reszcie jej mieszkania... Rozchylam usta i rozglądam się dookoła, uświadamiając sobie, w jakich warunkach żyje.
Poza tym, że przestrzeń jest mała, to ściany są pokryte tak wieloma zaciekami, że wręcz wygląda to na celowy zabieg. Rozciągają się one aż do wykładziny, która prawdopodobnie była beżowa, kiedy ją położono. Trzeba oddać Scottie, że zrobiła wszystko, co możliwe, by było tu przytulnie, ale ze szmaty jedwabiu nie zrobisz. Nocowałem już w kilku podejrzanych miejscach, spałem pod gwiazdami zawinięty w wodoodporną plandekę, pomieszkiwałem w kamperze i wolałbym to wszystko od tej nory. Nie waham się ani chwili, by zaproponować jej przeprowadzkę do mnie.
Muszę znaleźć delikatny sposób, żeby jej zaproponować zamieszkanie ze mną bez obrażenia jej czy bycia nachalnym. Bądź delikatny. Bądź delikatny...
- To miejsce to straszna nora - wyrzucam z siebie.
No cóż, próbowałem.
Szturcha mnie w ramię i się śmieje.
- Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma.
- No cóż, pomyślałem, że mogłabyś zamieszkać ze mną.
Uśmiech znika z jej twarzy.
- Ale po co? Przecież mieszkam tutaj.
Kręcę głową.
- Już nie. Nie możesz mieszkać w takim miejscu. To nie jest bezpieczne - błagam ją.
- Cal, nie jest tak źle. Dam sobie radę. Czynsz jest niski i mogę płacić z miesiąca na miesiąc...
- Ta, bez kitu.
Kątem oka dostrzegam coś przemykającego po podłodze i tym razem to poznaję. Moje oczy śledzą małego, brązowego szczura biegnącego wzdłuż boku jej na wpół nadmuchanego materaca, który leży na podłodze za nią.
O nie, do cholery.
- Jak ma na imię twój zwierzak? - Unoszę brodę w jego kierunku.
Marszczy brwi ze zdziwienia.
- Nie mam zwierzaka.
Wskazuję za nią, a ona się odwraca, gwałtownie cofa i na mnie wpada. Łapię ją, żeby się nie potknęła.
- Wygląda na to, że już masz.
- Fuj! - Wzdryga się. - Nienawidzę szczurów.
- Tak właśnie myślałem. Spakuj plecak. Wrócimy po resztę twoich rzeczy jutro.
Przytakuje, wciąż odsuwając się od niechcianego gryzonia.
- Dobra... Dobra, tak. - Nie spuszczając go z oka, podnosi plecak, ten, który znam aż za dobrze. Wpycha do niego kilka niezbędnych rzeczy, takich jak ładowarka do telefonu, trochę kosmetyków, bluza, skarpetki, bielizna i strój ratownika medycznego. - Czekaj, jutro pracuję. Mogę pojechać za tobą swoim samochodem.
- Zajmę się tym. Możemy odebrać twoje auto rano.
Nie chcę tu spędzić ani minuty dłużej. Wiemy już, że możemy się dogadać na ograniczonej przestrzeni. Przeważnie. Nie musi to trwać wiecznie, ale podoba mi się pomysł z jej mieszkaniem u mnie, gdzie wiem, że będzie bezpieczna.
Scottie
Mam ciarki na plecach, gdy to widzę. Szczury przyprawiają mnie o gęsią skórkę. Jeszcze kilka godzin wcześniej spałam na materacu, podczas gdy to coś cichutko biegało po moim mieszkaniu. To była łatwa decyzja.
- Nawet nie wiem, gdzie mieszkasz. - Ten mężczyzna skradł moje serce, a ja nie mam pojęcia, jak wygląda jego dom.
Otrząsam się z tego uczucia. Nasza sytuacja nie jest typowa. Ani trochę. Już czuję w piersi głębokie poczucie straty, ale na razie będę udawać i cieszyć się tymi kilkoma tygodniami, które mi zostały z Callahanem. Nie ma sensu się zadręczać.
- To niedaleko. Ale powinnaś wiedzieć, że w salonie trwają właśnie prace remontowe.
- Szczury?
- Z przyjemnością informuję, że w moim mieszkaniu nie ma szczurów.
- Wspaniale.
Skręca w Spencer Avenue, a ja wiercę się na siedzeniu. To ulica, przy której stoi mój dom. Lekko rozchylam usta, gdy zbliżamy się do skromnego wiktoriańskiego budynku. Mam nadzieję, że podjedziemy wystarczająco blisko, żebym mogła mu go wskazać. Kiedy go widzę, na mojej twarzy pojawia się uśmiech.
- Chcę ci pokazać pewien dom - mówię, prostując plecy i pochylając się do przodu.
- Dobrze. - Chichocze. - Gdzie?
Kiedy właśnie mam mu go wskazać, Cal włącza kierunkowskaz i zwalnia, skręcając na podjazd biegnący równolegle do domu. M o j e g o domu. Szczęka mi opada.
Wyciąga szyję, żeby się rozejrzeć, a potem znów patrzy mi w oczy.
- Który to dom?
- Mieszkasz tu? - Wskazuję na okno jak idiotka. - T-t-to ten?
Przechyla głowę na bok.
- Taaa?
Zakrywam usta dłonią.
- Przebiegam obok tego domu! Ciągle!
Pochylam się do przodu i zerkam przez przednią szybę, żeby mieć lepszy widok. Nie mogę oderwać wzroku od tego budynku. Cal podziela mój entuzjazm.
- No coś ty! Ja też!
Kręcąc głową, obejmuję jego biceps.
- Nie, nie rozumiesz. To m ó j dom. To znaczy to t w ó j dom, ale... ale to też m ó j dom.
Przesuwa grzbietem dłoni po moim czole.
- Jesteś pewna, że Matt dziś rano powiedział, że wszystko z tobą dobrze?
Wciąż patrzę przez okno, oniemiała. Jest ciemno, ale dzięki kilku latarniom i lampom jasno świecącym na zewnątrz budynku widzę wystarczająco dużo.
- Nie, nic mi nie jest. Po prostu kocham ten dom. Dlatego zawsze tędy biegam. Celowo obok niego przejeżdżam, bo tak bardzo go kocham. To dom moich marzeń.
Śmieje się.
- Serio?
- Tak! - mówię z szerokim uśmiechem. - Zawsze się zastanawiałam, jak wygląda wnętrze, kto tu mieszka i jak wygląda życie tej osoby. Myślałam, że to jakaś czteroosobowa rodzina. Kiedyś, jak tędy biegłam, stała tu para z dwójką dzie... Och! Założę się, że to rodzina twojej siostry!
- Wpadają co jakiś czas albo zaglądają do domu, jeśli wyjeżdżam na jakieś wyjątkowo długie akcje.
Oczy zachodzą mi łzami.
- Po prostu... Po prostu nie mogę uwierzyć, że mieszkasz właśnie t u t a j. Ja... Mogę zobaczyć wnętrze?
Jego dom był dla mnie namacalnym celem, do którego dążyłam, odkąd przyjechałam do Sky Ridge, i nawet o tym nie wiedziałam.
Cal się krzywi.
- Och, planowałem dziś wieczorem rozbić z tobą obóz. Podobno świeże powietrze bardzo ci służy - odpowiada z uśmieszkiem, po czym otwiera drzwi kierowcy. - Chodź, oprowadzę cię po domu.
Wyskakuję z pick-upa i pędzę za nim w stronę drzwi wejściowych. Z bliska jest tu jeszcze bardziej uroczo. Gdy idę za Calem po schodach, moje oczy śledzą każdy ozdobny wspornik i każdą deskę podłogową na okalającej dom werandzie. Niewiarygodne.
Otwiera drzwi i przytrzymuje je, żebym mogła wejść. Mam ochotę się uszczypnąć.
Pierwszy pokój został ogołocony z mebli, drzwi zasłania folia, więc nie mogę nic zobaczyć, ale na podłodze dostrzegam oryginalne deski, które prowadzą do najbardziej eleganckich drewnianych schodów, jakie kiedykolwiek widziałam.
- Jak mówiłem, salon i cała ta przestrzeń wciąż są w remoncie.
- Nieźle.
Prowadzi mnie przez duże wycięcie w solidnym plastiku.
- To jadalnia, z której nigdy nie korzystam, chyba że przyjdą Teddy, Logan i dzieciaki.
Ściany pomalowano na kolor przydymionego błękitu, a białą sztukaterię na obwodzie zdobią delikatne rzeźbienia.
Przechodzimy do kuchni, również wykończonej. Jej oryginalny projekt nawiązuje do współczesnego stylu, z nowoczesnymi sprzętami, wyspą kuchenną i blatami z grubego drewna.
- Masz niezwykły talent.
- Dzięki. - Przyjmuje komplement bez skrępowania.
Jego umiejętności i kunszt są widoczne w wykonanej przez niego pracy. Wie, że to dobrze wygląda, ale bagatelizuje dumę. To wywołuje uśmiech na mojej twarzy. Jest całkiem uroczy, kiedy nie zachowuje się jak zarozumiały drań.
- Co? - pyta.
- Nic. Wykonałeś świetną robotę. Jestem pod ogromnym wrażeniem.
Zwiedzamy resztę parteru, w tym pralnię, gabinet i niedokończony "pokój spotkań" z zachwycającym kominkiem. Cal krótko opowiada mi o swoich planach i o tym, co zrobi zimą z tymi pomieszczeniami, a ja chłonę każde jego słowo. Na razie te przestrzenie są wypełnione meblami, które zostały przeniesione z innych części domu.
- Piętro było robione w zeszłym roku.
Wchodzę za nim po krętych schodach, przygryzając wargę z niecierpliwości, gdy moje palce płynnie przesuwają się wzdłuż mocnej drewnianej balustrady. Docieramy do korytarza na piętrze. Cal wskazuje na otwarte drzwi po naszej lewej stronie.
- Sypialnia gościnna bez łóżka. - A potem na drzwi naprzeciwko. - Łazienka.
Zerkam ukradkiem do przestronnej, otwartej sypialni. Jest pomalowana na delikatny zielony kolor.
Idę za nim korytarzem.
- Sypialnia gościnna z ł ó ż k i e m - mówi, wskazując na inną sypialnię z łożem małżeńskim i komodą.
Na końcu korytarza jest dwoje drzwi. Otwiera te po lewej. Wieżyczka. Uśmiecham się od ucha do ucha i przez nie przechodzę. Zawsze chciałam zajrzeć do środka takiego pomieszczenia. Ośmiokątny pokój jest otoczony wysokimi oknami, które sprawiają, że lekkie sklepienie w suficie wydaje się kopulaste. Z jednej ze ścian wystaje piętrowe łóżko.
- W tym pokoju pomieszkują dzieci mojej siostry. Lubią udawać, że to zamek.
Och, moje serce. Kąciki ust mi opadają, a oczy robią się wielkie w reakcji na jego dobrą duszę. Śmieje się z mojej miny. Jestem nim całkowicie oczarowana. Ten pokój to cząstka tej delikatnej strony, którą skrywa, i kolejny aspekt jego osobowości, który warto pokochać.
- Rozumiem dlaczego - mówię.
- Chodź, głuptasie. - Bierze mnie za rękę i prowadzi z wieżyczki do ostatniego pokoju. - Ten jest mój. - Callahan się cofa, gestem zapraszając mnie do środka.
Po przekroczeniu progu wiedziałabym, że to pokój Cala, nawet bez jego komentarza. Aromat dymu i cedru jest tu najsilniejszy. Ściany pomalowane na głęboki, jadeitowy kolor tworzą nastrojową, intymną atmosferę. Ta przestrzeń stanowi kontrast do pozostałych jasnych i przestronnych sypialni. Jest zdecydowanie największa, z ogromnym łóżkiem pośrodku. Ze względu na zapach, drewniane akcenty i poroże łosia jego sypialnia przypomina mi gęste lasy deszczowe Wybrzeża Północno-Zachodniego. Cal czuje się w otoczeniu przyrody jak ryba w wodzie - przestrzeń na zewnątrz jest jego domem w równym stopniu jak ten budynek. Wchodzi przez jedne z drzwi i zapala światło.
- Szafa i łazienka są tutaj.
Poświęcam kolejną minutę, by docenić subtelne męskie detale i spojrzeć na ulicę przed domem. Chodnik, po którym biegłam... ile razy? Na jednej ze ścian wisi kilka zdjęć w różnych rozmiarach, oprawionych w ramki. Zdjęcia pożarów lasów.
- Ty je zrobiłeś?
- Hę? - Callahan wsuwa głowę z powrotem do sypialni. - Ach. Tak.
- Podobają mi się. - Odwracam się i widzę, że jest bez koszulki. - Co robisz?
- Czekam na ciebie - stwierdza, znikając ponownie za drzwiami.
Chwytam przynętę i przechodzę przez szafę do łazienki, akurat gdy zaczyna wlewać wodę do ogromnej wanny na nóżkach.
Zakrywam usta dłonią.
- Jest oryginalna?
Kiwa głową.
- Nie mogę się jej pozbyć.
- Boże, nie. Jest zbyt piękna!
- Nie, to znaczy f i z y c z n i e nie jestem w stanie się jej pozbyć. Waży ze sto osiemdziesiąt kilo.
Śmieję się, a on zdejmuje bokserki. Cholera, jest gorący. Wchodzi do wanny, opiera ręce po bokach, zanurza się w wodzie i odchyla do tyłu. Unosi brodę w moją stronę.
- Zdejmij ubranie i wejdź tutaj. Chodź, będzie ci miło.
Callahan
Całując Scottie w jej mieszkaniu, wplątałem palce w jej włosy i poczułem trochę brudu, który tak desperacko chciała zmyć z siebie pod prysznicem. Pamiętałem, jak mówiła, że ma u siebie okropne ciśnienie wody, więc to był świetny pretekst, żeby zabrać ją ze sobą do wanny. Plus kilka innych bonusów: rozluźnienie obolałych mięśni, zobaczenie jej nagości i tak dalej.
Patrzenie, jak się rozbiera, leczy tę część mnie, która pękła wcześniej, kiedy musiałem od niej odjechać. Wróciła do mnie i mój świat znów jest na swoim miejscu. Nie wiem, co takiego jest w tej kobiecie, ale czuję przemożną potrzebę, żeby mieć ją blisko siebie. Po tym wszystkim, przez co przeszliśmy, to, że przebywa w mojej przestrzeni, wydaje się bardzo właściwe. Tak właśnie miało być. A odkrycie, że przez cały ten czas marzyła o t y m d o m u? To nie może być przypadek.
Bierze mnie za rękę i wchodzi do wanny przede mną, dając mi widok na swój tyłek. Gdy zanurza się w wodzie, jęczy.
Chichoczę.
- Widzisz? - zagaduję.
Scottie wypuszcza powietrze.
- Jest mi tak dobrze.
Gdy tylko siada między moimi udami, obejmuję ją ramionami, przyciskając plecami do siebie. Odchylam się razem z nią do tyłu. Takie przytulanie się nago ze Scottie może być moim nowym ulubionym zajęciem. Zamykam oczy i wzdychamy jednocześnie. Z jej ust wyrywa się cichy śmiech. Nasz relaks jest idealnie zsynchronizowany.
- Mogłabym się do tego przyzwyczaić - mruczy.
- Ja też. - Całuję ją we włosy. - Chcesz, żebym wyczyścił ten brud?
Jej dłonie zaciskają się na bokach wanny i siada.
- Mógłbyś? Próbowałam wcześniej, ale nie udało mi się wszystkiego zmyć.
- Oczywiście.
Unoszę miedzianą słuchawkę prysznica z uchwytu i sprawdzam temperaturę wody. To powinno pomóc. Przysuwam ją do jej głowy, a ona unosi brodę wyżej, żebym miał do niej lepszy dostęp. Przeczesuję nasączone pasma palcami. Z przyjemnością dostrzegam czarne drobinki brudu i piasku pokrywające wodę w wannie.
- Już wychodzą - uspokajam ją, po czym się uśmiecham. - Wyglądasz tak seksownie, gdy ściskasz wannę i wyginasz plecy... Podoba mi się to.
- Cieszę się, że dobrze się bawisz - mówi z cichym chichotem.
- Bardziej by mi się podobało, gdybyś się odwróciła - żartuję.
- Jeśli wyczyścisz brud, zrobię, co zechcesz.
- Ach tak? Cokolwiek?
- Cokolwiek.
- Podoba mi się to.
- Mnie też.
Przeczesuję jej włosy. W pewnym momencie muszę otworzyć odpływ w wannie, bo wody robi się za dużo. Po dwudziestu minutach włosy Scottie są gotowe. Niech mnie diabli, jeśli została w nich choć odrobina piasku. Wrzucam słuchawkę prysznica do wanny i reguluję pokrętło, żeby podgrzać wodę.
Scottie jęczy, potęgując moją częściową erekcję. Wykręca włosy, skręca je lekko i rozluźnia się na mojej klatce piersiowej.
- Dziękuję.
- Zawsze do usług.
Opiera głowę o moje ramię. Trzymam słuchawkę prysznica pod wodą i używam wysokiego ciśnienia, żeby masować nasze uda.
- Rozpieścisz mnie.
Moja dłoń wślizguje się między jej piersi. Otwartą dłonią obejmuję podstawę jej szyi, głaszcząc kciukiem delikatną skórę.
- Zasłużyłaś na rozpieszczanie.
Przysuwam strumień wody z powrotem do jej zmęczonych nóg, a potem wspinam się coraz wyżej i wyżej. Wciąga powietrze.
- Po prostu się zrelaksuj - mruczę. Dużo się dzisiaj wydarzyło i chcę, żeby się odprężyła.
Scottie się rozpływa, wydychając powietrze.
Moja dłoń wślizguje się pod wodę i wędruje w dół jej brzucha.
- Wciąż jesteś ze mną?
- Tak. - Jej głos jest miękki i uwodzicielski. - Nie przestawaj.
Mój środkowy palec rozchyla jej szparkę, muskając łechtaczkę, a ona rozkłada nogi szerzej.
Skierowanie strumienia między jej uda sprawia, że znów wygina plecy.
- Rozluźnij mięśnie, po prostu to poczuj. Staw temu czoło.
Opiera się o mnie, a ja wywieram nacisk na jej łechtaczkę. Wzdryga się, ale rozluźnia mięśnie, tak jak jej kazałem.
- Moja dziewczynka. - Układa usta w kształt litery "O" i bierze powolny wdech, jakby medytowała.
Jest idealnie.
- Łooo - mruczy.
Przyjemność malująca się na jej twarzy sprawiła, że mój kutas stwardniał. Jest taka oszałamiająca.
Pomijając potężny strumień wody ukryty pod powierzchnią, pozostajemy tak nieruchomi, jak to możliwe, aby woda nie rozchlapała się na podłogę. Scottie łka, gdy po naciśnięciu przycisku nacisk wody zmienia się w pulsujące drżenie.
- Świetnie ci idzie.
- Mhm. - To prawie jęk.
- Podoba mi się, że fantazjujesz o moim domu - szepczę w jej mokre włosy.
Kiwa głową, wypuszczając kolejny oddech.
- Sprawię, że dojdziesz w każdym pokoju, zanim nazwiesz go domem.
Jej westchnienie wywołuje na mojej twarzy zadowolony uśmiech. Kierując pulsację strumienia tam, gdzie najbardziej jej potrzebuje, wolną ręką szczypię jej sutki. Jej różowe usta się rozchylają, na twarzy pozostaje tylko cień uśmiechu.
- T u t a j - piszczy.
Palce wbijają się w moje uda, a ona wygina się w łuk. Płytkie fale toczą się po powierzchni wody, gdy dochodzi ze słodkim westchnieniem, kołysząc biodrami. Cholera jasna.
- Przeczekaj to. Dochodź tak dalej - warczę.
Dźwięki, które wydaje, gdy osiąga orgazm, przeszywają mnie na wskroś. Pobudzają pierwotną potrzebę wepchnięcia w nią głęboko mojego kutasa.
Musi czytać w moich myślach.
- Callahan?
- Tak, kochanie?
- Potrzebuję cię. Proszę.
Te seksowne jęki sprawiają, że pot spływa mi po czole.
- Zabierz mnie do łóżka i pieprz mnie.
Te słowa wywołują przypływ adrenaliny, wstaję i wychodzę z wanny. Dłoń Scottie drży, gdy po mnie sięga - podniecenie wciąż buzuje w jej żyłach. Chwytam ręcznik i przesuwam go po kroplach spływających po jej ciele.
Klękam mimo bólu w kolanach i osuszam jej nogi, jedną po drugiej. Potem wycieram siebie i obejmuję jej brodę dłońmi, podziwiając rozszerzone źrenice i promienny rumieniec na policzkach po orgazmie. To moja ulubiona wersja Scottie. Delikatne i rozkoszne oczy wpatrują się we mnie z wystarczającą iskrą, by powiedzieć mi, że o to prosi. Przygryzam dolną wargę, wyobrażając sobie, jak bardzo chciałbym ją wziąć.
- Jesteś najpiękniejszą kobietą, jaką kiedykolwiek widziałem.
Wspina się na palce i całuje mnie. Kocham tę dziewczynę.
Kurwa. Kocham ją.
Gdy tylko ląduje w moim łóżku, opieram się łokciami obok niej i ustawiam nad nią. Patrzymy na siebie tak, jakby właśnie padły między nami te dwa słowa. Palce Scottie wbijają się w moje bicepsy, gdy przygotowuję się do rozciągnięcia jej wokół mojej męskości. Zwykle jestem niecierpliwy, spieszę się, spragniony, by zaspokoić potrzebę. Tym razem jest inaczej. Powoli się w niej zanurzam. Bierze wdech, ale nie spuszcza ze mnie wzroku. Jej oczy koloru oceanu błyszczą, a ja całuję ją równie niespiesznie. Każdy dotyk języka jest przemyślany, gdy przelewam na jej usta wszystkie swoje emocje.
Kiedy przyzwyczaja się do mojego rozmiaru, zaczynam się poruszać, a każde pchnięcie jest stanowcze i celowe. Nie ma mowy, żebym z tego zrezygnował. Obejmuje moją twarz dłońmi, a ja znów zamykam jej usta. Śledzę linię jej warg, a ona je dla mnie otwiera. Liżemy się i drażnimy, pochłonięci sobą. Wypełniam jej cipkę, a Scottie aż jęczy. Tak cholernie idealnie.
Jej opuszki palców ślizgają się po mojej głowie, a po kręgosłupie przechodzą mi dreszcze. Nikt nigdy nie dotykał mnie tak jak ona i nie wywołał we mnie takich u c z u ć jak ona.
Potrzebuję, żeby wiedziała, co czuję. Te słowa wypływają z moich ust, nim zdążę je powstrzymać.
- Kocham cię.
Jej usta się rozchylają. Minęło ponad pięć lat, odkąd wypowiedziałem te słowa, a nawet wtedy nie było w nich takiego ognia jak teraz. Przełykam ślinę i czuję, jakby ta kobieta czytała w moich myślach. Przez ułamek sekundy zastanawiam się, czy ona czuje to samo.
- Wciąż jesteś tu ze mną? - pytam.
Poniosło mnie. Powinienem był poczekać.
Uśmiecha się.
- Ja też cię kocham.
Przysięgam, że każda cząsteczka powietrza opuszcza moje płuca.
- Tak?
- To, że odkryliśmy to tak wcześnie, nie znaczy, że jest mniej realne.
Moje usta znów spotykają jej. To wyznanie miłości dodaje mi energii, gwałtowniej poruszam biodrami. Ona chwyta mnie za szorstkie włosy i się pode mną wygina, zaciskając powieki.
- O mój Boże, Cal. Więcej.
- Dam ci wszystko, czego zapragniesz, Prescott. Dam ci cały cholerny świat, ale chcę, żebyś patrzyła mi w oczy, kiedy prosisz.
Obdarza mnie spojrzeniem swoich oszałamiających niebieskich tęczówek.
- Rżnij mnie mocniej, Callahan. Chcę cię całego.
Uśmiecham się ironicznie.
- Zuch dziewczyna. Uwielbiam, kiedy używasz takich słów.
Siadam na piętach i przyciągam ją bliżej, przysuwając jej tyłek do moich kolan, gdy w nią wchodzę. Każde pchnięcie uderza w nią i sprawia, że Scottie przyciska palce do drewna za sobą, by nie wpaść w zagłówek. Moje dłonie spoczywają na jej zgiętych kolanach i rozchylają je, bym mógł podziwiać i pochłaniać jej piękne ciało. Jedną ręką zsuwam się po jej miękkim udzie i masuję ósemki na jej łechtaczce. Widziałem, że robiła tak w wieży obserwacyjnej.
- Lubisz być tak brana?
- Tak! - krzyczy.
- Pokaż mi, Prescott. Bierz tego pieprzonego kutasa!
Jej rozkoszne krzyki mnie podniecają. Skąd ja mam tyle szczęścia? Mięśnie napinają się wokół mojej męskości, a ja się uśmiecham, gdy jej zbliżający się orgazm narasta.
- Moja dziewczynka.
Po tych słowach zaczyna mnie ruchać.
- Cholera - warczę. - Zgadza się, weź to, na co zasługujesz. To wszystko jest twoje. Jestem twój.
Posiada mnie tak, jak żadna inna kobieta nigdy mnie nie miała i mieć nie będzie.
- Spraw, żebym doszedł tylko dla ciebie - nakazuję.
Jej szczęka opada, a mięśnie brzucha falują, gdy pochyla się do przodu, uderzając drżącymi dłońmi o moje przedramiona. Ściska je z całej siły, jednocześnie kurczowo trzymając się euforii, która ją przepełnia.
- Moja dziewczynka, o tak, kochanie. Do kogo należysz? - warczę, dysząc, i wpycham się raz po raz w jej ciasną cipkę.
Mamrocze coś, a potem całkowicie milknie. Czuję moment, w którym pochłania ją fala orgazmu. Kurwa.
- Powiedz mi, Prescott.
- Do ciebie. Tylko do ciebie - mówi między szlochami. - Nie wycofuj się - nakazuje, jakby musiała mi o tym przypominać.
Dwa uderzenia później dochodzę. Tym razem to nie jest eksplozja - to jak ponowne złożenie w całość. Jak znalezienie brakującego elementu. Jak poskładanie się na nowo.
Opieram łokcie po obu jej stronach, kiedy się zapadam.
- Kocham cię tak cholernie mocno.
Przywieram ustami do jej warg, a ona obejmuje mnie ramionami. Jej paznokcie przesuwają się po mojej skórze, wprawiając mnie w stan głębokiego relaksu, w rytmie, który jest tylko nasz.
Usta Scottie poruszają się razem z moimi. To prawdziwa miłość. Czuję ją w jej pocałunku i dotyku, widzę w błyszczących niebieskich oczach, które tak uwielbiam.
Callahan
Przeklinam budzik w jej telefonie, kiedy dzwoni o piątej trzydzieści rano, i mocno obejmuję ją w pasie. Nie jestem gotowy, by ją puścić. Muszę sobie przypominać, że wróci po zmianie, ale po usłyszeniu o jej wczorajszej rozmowie z Jonathanem martwię się. Prawie nie spałem w nocy, ale to nie miało nic wspólnego z moimi wspomnieniami, a z tym, że poprosił ją o powrót. Nie ma mowy, żebym ją narażał na takie życie. Widziałem w jej oczach poczucie przegranej. Nie pozwolę nikomu ukraść jej spokoju, który tu odnalazła.
Scottie jest moim domem, tak jak Sky Ridge jest jej.
Należy do miejsca, które ją uszczęśliwia, gdzie może żyć bez strachu i rozkwitać. Gdybyśmy byli w Arkansas, nie zatrzymałbym jej, ale wyjazd będzie wiązał się z poświęceniem, a i tak oddała już wystarczająco dużo.
Myśl o powrocie Scottie do ludzi, którzy ją złamali, wystarcza, żebym znów wykradł ją na Quell's Peak. Możemy zostać na naszym punkcie obserwacyjnym, dokładając drewna do ognia i spędzając popołudnia w swoich ramionach.
Wyciąga się w moich objęciach i jęczy.
- Czuję się tak, jakbyśmy dopiero co poszli spać.
- Ja też.
Przytulam usta do jej szyi. Scottie spała równie niespokojnie jak ja, ale nawet w krótkich chwilach odpoczynku jej ciało szukało mojego w pościeli za każdym razem, gdy za bardzo się od siebie oddalaliśmy. Jest coś pocieszającego w zajmowaniu takiej samej przestrzeni, jaką mieliśmy w wieży. Ale choć bardzo chcę, żeby została tu cały dzień, mam wiele do zrobienia w ciągu najbliższych dwunastu godzin.
Mój uścisk słabnie.
- Czas wstawać, kochanie.
Mruczy i trzepocze rzęsami, odsuwając się ode mnie. Ignoruję pustkę po jej nieobecności. Wróci.
Uderza dłonią w stolik nocny, aż znajduje telefon. Ze zmrużonymi oczami sprawdza godzinę.
- Cholera - mruczy. - Spóźnię się.
Siadam i pocieram dłonią twarz.
- Chcesz kawy?
Kręci głową.
- Wypiję w remizie.
Przerzucam nogi przez krawędź łóżka i się przeciągam. Moje stawy trzeszczą, jakbym dodał sobie ze czterdzieści lat.
Scottie chwyta granatowy mundur ratownika medycznego i podskakuje, niezdarnie wsuwając stopę w nogawkę spodni. W łazience myje zęby jedną ręką, a drugą zapina koszulę. Staję za nią, opieram brodę na jej ramieniu, po czym odsuwam jej palce i dokańczam zapinanie guzików.
- Dzięki - mówi ze szczoteczką w ustach.
- Hej, wczoraj wieczorem... nie użyliśmy zabezpieczenia.
Marszczy brwi i wyciąga szczoteczkę, unosząc głowę, żeby z ust nie wyciekła jej spieniona pasta do zębów.
- Zabezpieczam się.
- Co? - prawie krzyczę. - Od kiedy?
- Mówiłam, że nie chcę dzieci, pamiętasz? Zastrzyk powinien działać jeszcze przez rok.
- A mówisz mi o tym dopiero t e r a z?
Wzrusza ramionami i myje zęby, po czym spluwa do zlewu.
- Przepraszam, myślałam, że chciałeś używać prezerwatyw jako dodatkowego zabezpieczenia. - Płucze usta wodą.
- Nie... Boże, nie! Nikt nie c h c e używać prezerwatyw.
- No cóż, to możemy przestać ich używać. - Szczerzy się, prezentując swój perłowy uśmiech.
Kręcę głową i chichoczę.
- Idę rozgrzać silnik - mówię, po czym całuję ją w policzek.
Wkładam dżinsy oraz koszulkę z długim rękawem i biorę kluczyki. Po pięciu minutach Scottie z odświeżoną twarzą i włosami spiętymi w ciasny kok wsiada do mojego samochodu. Jestem pod wrażeniem, jak szybko przeszliśmy z łóżka do auta. Musiało minąć mniej niż dziesięć minut.
- Masz kluczyki od swojego wozu? - pytam. Zapisuję sobie w pamięci, żeby doczepić do jej breloczka klucze od mojego domu.
Kiwa głową i za chwilę podjeżdżamy pod to gówniane mieszkanie.
- Mogę dostać klucze do twojego mieszkania? - dopytuję jeszcze. - Zajmę się dziś kilkoma rzeczami. Zamknę drzwi, wychodząc.
- Och - rzuca, unosząc brwi. - Jasne. Ale nie czuj się zobowiązany. Mogę się tym zająć po pracy.
Unoszę kącik ust i wyciągam otwartą dłoń, podczas gdy ona zdejmuje mosiężny klucz z kółka. Przecież nie ma aż tak wielu rzeczy. Będę w szoku, jeśli ich przewiezienie będzie wymagało więcej niż jednego kursu, kiedy już wszystko spakuję do pudeł.
Gdy tylko Scottie wciska go w moją dłoń, owijam swoje palce wokół jej i drugą ręką chwytam jej brodę, żeby ją pocałować.
- Do zobaczenia wieczorem - mówię. To obietnica.
- Tak. - Jej oczy błyszczą, gdy przełyka ślinę. - Do zobaczenia dziś wieczorem.
Piecze mnie w gardle, gdy słyszę powątpiewanie w jej głosie, jakbyśmy mieli powiedzieć sobie tylko kilka "do zobaczenia wieczorem", zanim nasz czas dobiegnie końca.
- Będzie dobrze.
Scottie cicho mruczy na znak zgody, ale nie ma w tym przekonania. Naciska klamkę i wyskakuje z auta. Patrzę, jak wsiada do samochodu i wyjeżdża z parkingu.
Czas brać się do roboty.
***
Jestem w połowie pakowania rzeczy z jej mieszkania, gdy mój wzrok pada na kartkę z nazwą lokalnego hotelu i numerem pokoju. T r a f i o n y. Oszczędza mi to czasu na dzwonienie po okolicy, żeby dojść do tego, gdzie zatrzymał się Jonathan. Wyrywam kartkę z notatnika i chowam ją do kieszeni, a następnie wrzucam pusty notes do pudła, gdzie ląduje obok jedynego garnka i jedynej patelni, jakie posiada Scottie. Zauważam szczura w kącie pokoju. Nie jestem pewien, czy to ten sam, co wczoraj, czy jego kumpel.
- Wiesz, zazwyczaj nie przepadam za szczurami - mówię mu - ale wczoraj byłeś świetnym pomocnikiem, więc odpuszczę ci. Wygląda na to, że dożyjesz kolejnego dnia.
Spakowanie jej rzeczy zajmuje mi tylko godzinę. Ze względu na gryzonie, które Scottie przygarnęła pod swoją nieobecność, będziemy musieli gruntownie wyczyścić wszystkie te rzeczy.
Kiedy wszystko jest już załadowane do pick-upa, zamykam jej mieszkanie, a potem znajduję biuro najmu. Oczywiście przy jego drzwiach jest dzwonek, ale przy drzwiach do pozostałych mieszkań go nie ma.
Wciskam przycisk.
- Oddaję klucze.
Drzwi klikają, otwierają się, a ja wchodzę do biura bez grzecznościowego pukania i staję przy biurku zarządcy budynku. Wydaje się zaskoczony moim widokiem.
- Czy Prescott Timmons jest ci coś winna za czynsz? - Spłacę każdy dług, żeby ją stąd wydostać.
- No cóż, będę musiał sprawdzić... - Odwraca się do komputera. Klika i przewija myszką kilka razy, aż w końcu kręci głową. - Nie, jest na bieżąco.
Oczywiście, że jest.
- Świetnie. Oto jej klucz. - Rzucam go na biurko, a potem kradnę karteczkę samoprzylepną oraz długopis i zapisuję swój adres. - Wyprowadziła się...
- Czekaj, musi złożyć pisemne wypowiedzenie umowy na sześćdziesiąt dni wcześniej - argumentuje z uśmieszkiem zarządca.
Śmieję się. Jestem pod wrażeniem, że ten gość ma czelność prosić o sześćdziesięciodniowe wypowiedzenie umowy najmu mieszkania w tej kryjówce dla szczurów.
- Tak, nie zrobi tego. - Przyklepuję przed nim karteczkę. - Oto adres, na który możesz wysłać jej kaucję.
Patrzę na niego gniewnie, aż niechętnie kiwa głową. Będę wypatrywać tego czeku w mojej skrzynce pocztowej. Denerwujący jest sam fakt, że wiedząc, że to Scottie, drobna kobieta, w ogóle zaoferował jej to mieszkanie. To mnie po prostu wkurza. Wykorzystał jej sytuację.
Rzucam długopis na biurko i wychodzę.
- A tak przy okazji, masz szczury! - wołam, gdy tylko docieram do drzwi wejściowych, wystarczająco głośno, żeby usłyszeli to lokatorzy sprawdzający swoje skrzynki pocztowe na korytarzu.
Przejeżdżam przez okienko drive-thru w jakimś fast foodzie, a potem pochłaniam jedzenie kupione na wynos, siedząc przed hotelem w swoim pick-upie. Nie jestem pewien, jak długo potrwa ta wizyta. Ćwiczyłem to, co chcę powiedzieć, co najmniej kilkanaście razy, odkąd Scottie opowiedziała mi o tym, jak przebiegała ich rozmowa. Jeśli nasza będzie choć trochę podobna, to będzie długa. Odtwarzam to sobie w myślach jeszcze raz, po czym biorę kolejny łyk napoju gazowanego, zanim wyskoczę z samochodu.
Automatyczne drzwi rozsuwają się od środka, a ja idę przez hol w stronę wind.
Wyciągam kartkę z kieszeni, naciskając strzałkę w górę, i czekam. Pokój czterysta piętnaście. Po głośnym brzęku wchodzę do środka i wybieram przycisk z numerem jego piętra. Widzę swoje odbicie w srebrnych drzwiach. Wyglądam tak samo jak tydzień temu, ale nie mógłbym być bardziej odległy od dawnej wersji siebie. Gdy tylko winda dojeżdża na odpowiednie piętro i wysiadam, uderza mnie zapach wybielonych ręczników i odświeżacza do dywanów. Docieram pod jego pokój i zatrzymuję się, biorąc ostatni, oczyszczający oddech, po czym pukam dwa razy.
Po drugiej stronie drzwi słychać kroki, a potem przesuwający się łańcuch. Po jednym przekręceniu gałki staję twarzą w twarz z mężczyzną, który próbuje odebrać mi Scottie. Ten facet jest jej przyjacielem, ale nie moim.
- Hej - mówię.
W chwili, gdy mnie rozpoznaje, jego mina lekko rzednie. Coś mi mówi, że porządnie schrzaniłem mu dzień. Patrzymy na siebie w milczeniu, zanim w końcu odsuwa się na bok.
- Proszę - zaprasza mnie do środka.
Mam nadzieję, że uda nam się zachować uprzejmy ton, ale nie ma sposobu, żeby zakończyć tę rozmowę bez choćby odrobiny niezgody. Wkładam pięści do kieszeni i go mijam. Siada na skraju jednego z dużych łóżek i pochyla się do przodu, pocierając twarz dłonią, po czym prostuje plecy i kładzie dłonie na udach. Opieram się o biurko naprzeciwko niego, krzyżując kostki.
- Nie jestem pewien, czy mnie pamiętasz...
- Callahan, prawda?
- Tak.
Kiwa głową, a między nami pojawia się zrozumienie, kim jestem dla Scottie.
Odchrząkuję.
- Nie znam cię. Ty nie znasz mnie. Ale coś nas łączy: obaj kochamy Scottie. Nie jestem pewien, jakie masz plany na powrót do domu, ale jest coś, o czym musimy porozmawiać... Myślę, że wiesz, dlaczego tu jestem i co ci zaraz powiem.
Jego klatka piersiowa się unosi, gdy bierze głęboki oddech. Musiał się domyślać, że to w końcu nastąpi.
- Jeśli w jakikolwiek sposób zależy ci na tej kobiecie, musisz się z nią rozwieść.
- Zrobię to, jak tylko...
- Nie. Rozwiedź się z nią teraz. Pozwól jej odejść.
Jego oczy robią się szkliste.
- Nie mogę.
Krzyżuję ramiona.
- M o ż e s z.
- Jak dużo Scottie powiedziała ci o tym, skąd pochodzimy?
Wzdycham i pochylam głowę. Nie obchodzi mnie, czy uciekli z więzienia stanowego - Scottie tam nie wróci.
- Opowiedziała mi już wystarczająco dużo.
- Widocznie nie - argumentuje. - Zakładam, że powiedziała ci co najmniej o naszym układzie. Rzecz w tym, że jestem szantażowany. Grożą, że wydadzą mnie naszej społeczności...
- T w o j e j społeczności. Scottie już do niej nie należy.
Zaciska usta w geście sprzeciwu, ale potem rozmyśla nad tą decyzją.
- Zostanę wygnany, stracę pracę, prawo wykonywania zawodu lekarza, dom, przyjaciół, rodzinę, bezpieczeństwo. Wszystko. Jeśli nie wrócę ze Scottie, stracę w s z y s t k o.
- A co Scottie straci, wracając? Co z jej życiem?
Na jego twarzy pojawia się współczucie, a do oczu napływają mu łzy. Nie może na mnie nawet teraz spojrzeć. Wie, że to złe.
- Kocham ją.
- Jeśli kochasz Scottie choć w połowie tak mocno, jak mówisz, zrobisz to dla niej. Kryła cię przez całe życie, to twoja szansa, żeby się odwdzięczyć.
Wstaje i krzyżuje ramiona.
- Co mam zrobić?
Rozkładam ręce na boki.
- Sprawdź ich blef! Słuchaj, ewidentnie jesteś dla niej ważny, co oznacza, że jesteś ważny dla mnie. - I masz cholerne szczęście, bo inaczej spotkalibyśmy się w zupełnie innych okolicznościach. - Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, żeby ci pomóc, ale musisz zrobić pierwszy krok. To, kogo zdecydujesz się kochać, nie jest powodem do wstydu ani strachu. Pozostanie w tej społeczności jest o wiele bardziej szkodliwe niż jej opuszczenie.
Kręci głową.
- Scottie zawsze troszczyła się o ciebie takiego, jakim jesteś, i to się nie zmienia. Z mojego punktu widzenia to ona jest twoją prawdziwą rodziną, więc do czego właściwie wracasz?
Bierze głęboki wdech i wypuszcza powietrze, zanim się odezwie.
- Rozumiem, że większość ludzi ma problem ze zrozumieniem naszej relacji, ale muszę ją odzyskać, żeby to wszystko się uspokoiło. Potem możemy wyjechać razem...
- Nie. - Mój ton jest ostry. - Dała ci tę szansę miesiące temu, a ty z niej nie skorzystałeś. Może ci się to nie podobać, ale Scottie nie opuści Sky Ridge. Nie jest bezpieczna w Owczarni. Jest zbyt bezinteresowna, żeby bronić domu, który tu znalazła, ale ja nie mam takich oporów.
Uśmiecha się szyderczo, opuszczając ramiona i odwracając wzrok.
- Scottie mieszka w Sky Ridge i jest wszystkim, co masz. Zasługujesz na życie tak samo jak ona, więc może czas do niej dołączyć. Będziemy cię wspierać w twoim odejściu z Kościoła i pomożemy ci się tu zadomowić, ale nie możesz oczekiwać, że ona wykona całą pracę za was. To będzie wymagało wysiłku również od ciebie. Zbyt ciężko walczyła, żeby dojść do tego miejsca.
- Ryzykowałbym wszystkim, gdybym odszedł.
- Ryzykowałaby wszystkim, gdyby wróciła. Masz tu szansę na prawdziwy start. S k o r z y s t a j z n i e j.
Jonathan wstaje i zaczyna chodzić tam i z powrotem, przeczesując włosy dłońmi. Zatrzymuje się i patrzy na mnie gniewnie.
Wzruszam ramionami.
- Nie masz dość poczucia, że jesteś w więzieniu? Nie mówię ci, żebyś się ujawniał, zrobisz to w swoim czasie, ale proszę cię, żebyś przynajmniej uszanował jej prośbę o rozwód, zanim wyjedziesz z miasta.
- Nie rozumiem, po co ten pośpiech...
- Bo nie mogę się z nią ożenić, dopóki się z nią nie rozwiedziesz - wyrzucam z siebie, celując palcem w jego pierś. Te słowa mnie zaskakują, ale teraz, kiedy wyszły na jaw, nie żałuję ich. To prawda.
- Ona wciąż jest m o j ą ż o n ą. To rozmowa, którą powinniśmy odbyć w cztery oczy. Nasza wiara cię nie dotyczy.
Wybucham śmiechem. Nie może mówić poważnie. Kiedy jej wiara staje się czymś, przed czym trzeba ją chronić, to zaczyna dotyczyć również mnie. A nazywanie Scottie żoną wyzwala we mnie dziwne uczucia, więc podnoszę głos:
- A co będzie najlepsze dla twojej ż o n y, co? Co z tym, czego o n a chce? Co z j e j bezpieczeństwem? Jeśli chcesz grać kartą męża, to zachowuj się jak mąż! Przestań być tchórzem i chroń j ą, bo z mojej perspektywy radzę sobie lepiej niż ty.
On na nią nie zasługuje.
Wypuszczam część gniewu i się uspokajam.
- Zrób to, co dla niej najlepsze - błagam. - Daj jej odejść.
Cisza między nami jest ogłuszająca, gdy wpatrujemy się w siebie w milczeniu, a jego szczęka drży.
Krzyżuje ramiona na piersi.
- Muszę to przemyśleć.
Wyraźnie wypowiadam kolejne słowa:
- Oto, o czym musisz pomyśleć: oferuję ci szansę na nowy początek, a ta oferta ma swój termin ważności. Nie chcę robić z ciebie wroga, to oczywiste, że jesteś ważną osobą dla kobiety, którą kocham, ale jeśli będziesz się ze mną kłócić, zgotuję ci piekło.
Uśmiecha się ironicznie.
- To groźba?
- To obietnica. - Prostuję się. - Nie wyjedziesz ze Scottie. Ona zostaje w Sky Ridge.
***
Mój gniew zdecydowanie osłabł i przechadzam się teraz z siostrą po sklepie spożywczym. Musiałem zrzucić z siebie część tego gówna, ale musiałem też uzupełnić zapasy w lodówce i spiżarni. Ponieważ wczoraj nie zdążyłem do niej zadzwonić, pomyślałem, że mogę jej to teraz wynagrodzić. Mieliśmy sporo do nadrobienia. Nadal nie może się otrząsnąć po całej sprawie z Jonathanem, kiedy zrzucam na nią kolejną bombę.
Chwyta za bok mojego wózka, zatrzymując go na środku alejki.
- Powiedziałeś jej, że ją kochasz?!
- Tak.
Jej oczy się rozszerzają i chwyta mnie za ramię.
- Odpowiedziała?
Na mojej twarzy pojawia się lekki uśmiech.
- Tak.
Teddy klepie mnie w ramię.
- O mój Boże. To jest naprawdę na poważnie. A teraz ona mieszka u ciebie? Nie myślisz, że to za szybko?
Kręcę głową.
- Wiem, jak to wygląda z zewnątrz, ale nie czuję, byśmy się spieszyli.
Jej uśmiech się poszerza.
- To naprawdę wspaniale. Cieszę się z twojego szczęścia, Cal. Potrzebowałeś tego.
Potrzebowałem j e j.
- Dzięki - mówię, znów popychając wózek. - Myślę, żeby zrobić jej tego kurczaka z czosnkiem, którego kiedyś jedliśmy.
- Świetnie. Zrobiłam go w zeszłym tygodniu Loganowi i dzieciakom.
- A jak się mają dzieciaki?
Wychodzimy z alejki i idziemy do miejsca, gdzie leży drób, podczas gdy Teddy raczy mnie najnowszą historyjką o tym, co zabawnego spotkało Daltona. Decyduję się na opakowanie kurczaka, gdy przerywa nam ostatni facet, z którym powinienem się spotkać, kiedy mam dobry humor:
- Hej, Cal. Dobrze widzieć, że ty i Scottie bezpiecznie wróciliście - stwierdza Dave, podchodząc do mnie. - Wygląda na to, że przeżyliście niezłą przygodę.
Przysięgam, że wszechświat mnie testuje.
- Tak. - Zaciskam szczękę.
- Miło, że wróciła do remizy - prowokuje mnie.
- Opuściła dzień, nie tydzień - przypominam mu.
Jego przymilny uśmieszek działa mi na nerwy.
- Cóż, kiedy jesteś przyzwyczajony do jej obecności, jeden dzień może się wydawać długą przerwą.
Teddy wzdycha.
- Cholera.
Odwracamy się, żeby na nią spojrzeć, a ona unosi rozłożone palce.
- Jestem tu tylko ze względu na... tego indyka. - Uśmiecha się niewinnie, podnosząc z chłodni obok nas ważącego sześć kilogramów ptaka i wrzucając go do mojego wózka.
Świetnie.
Przewracam oczami i odwracam się do Dave'a. Pobieżnie rozglądam się dookoła, zanim będę kontynuował.
Pochylam się w jego stronę i ściszam głos.
- Nie walczyłem z tobą, kiedy spałeś z Molly, i mam nadzieję, że jest z tobą szczęśliwa, naprawdę. Ale jeśli dowiem się, że próbujesz wpływać na m o j ą Scottie albo spędzać z nią dodatkowy czas, lub jeśli sprawisz, że poczuje się niekomfortowo, to nakarmię cię twoimi pieprzonymi zębami.
***
Gdy kurczak skwierczy, przewracam go na patelni, a zapach czosnku sprawia, że aż mi ślinka cieknie. Scottie powinna być w domu lada chwila. Ogólnie rzecz biorąc, myślę, że dziś poczyniłem pewne postępy. Przeprowadziłem Scottie do mojego domu, wypowiedziałem wynajem jej mieszkania, miło porozmawiałem z jej przyszłym byłym mężem, a nawet umówiłem się na wizytę u terapeuty. Którego po wyjściu z hotelu i sklepu spożywczego dzisiaj będę potrzebować.
Jonathan i ja zachowywaliśmy się uprzejmie podczas naszej rozmowy, ale niestety nie dostałem od niego konkretnej odpowiedzi. Niezależnie od jego decyzji Scottie nigdzie się nie wybiera.
Jej samochód wjeżdża na podjazd akurat w chwili, gdy zerkam przez okno. Moje ramiona rozluźniają się na jej widok. Powinienem się martwić tym, jak szybko oswoiłem się z myślą o jej wprowadzeniu się do mnie, ale to wydaje się normalne. Czuję spokój. Jej obecność działa na mnie kojąco, gdy jest w pobliżu. Było tak od samego początku, nawet kiedy nie byłem na to gotowy.
Spotykam ją przy tylnych drzwiach, gdy je otwieram.
- Nie przytulaj mnie jeszcze, muszę wziąć prysznic. Miałam dziś niezły bałagan w pracy. - Zdejmuje buty przy drzwiach.
- Myślałem, że nie będziesz jeździć na wezwania.
- Nie jeżdżę, ale i tak potem czyściłam karetkę.
Krzywię się, szczerząc zęby.
- Czy chcę wiedzieć?
- Nie! - wykrzykuje. Kładzie plecak przy drzwiach i mnie wymija. - Nie wiem, co robisz, ale pachnie niesamowicie! - krzyczy, wbiegając po schodach. Niecałą minutę później słyszę, jak włącza się prysznic.
W drodze do kuchenki chwytam szczypce i klikam nimi dwa razy, zanim zdejmę piersi kurczaka z patelni i odłożę je na bok. Następnie wlewam trochę bulionu drobiowego i śmietany kremówki, mieszając sos. To może nie jest najzdrowsza rzecz na świecie, ale cholernie pyszna. Po sezonie jedzenia gotowych dań mam ochotę na coś domowego. Podczas gdy sos gęstnieje na patelni, wyjmuję z lodówki sałatkę, którą wcześniej zrobiłem, i rozkładam talerze.
Zatrzymuję się na chwilę.
- O cholera. To nawet nie wydaje się dziwne - mruczę, a potem się śmieję, rozbawiony całą tą sytuacją. - Czemu to się nie wydaje dziwne?
Scottie wróciła do mnie po pracy - praktycznie przeżyliśmy filmową scenę "kochanie, jestem w domu!", robię obiad, zjemy w jadalni, potem pewnie coś obejrzymy i pójdziemy spać. Ona teraz tu mieszka. Jest spora szansa, że działałem instynktownie, odkąd poszedłem po nią na Quell's' Peak. Weszliśmy wtedy w tryb przetrwania. Teraz wszystko uderza naraz. Ciekawe, że to mi odpowiada. W s z y s t k o. Może trzymanie Scottie blisko siebie jest częścią mojej strategii przetrwania.
Kiedy prysznic cichnie, zdejmuję z półki kieliszki do wina, napełniam je i stawiam na stole w jadalni. Scottie spotyka mnie w kuchni, ma mokre włosy i obejmuje mnie od tyłu, gdy nakładam jedzenie na talerze. Obracam się w jej ramionach, chwytam ją pod uda i unoszę. Instynktownie oplata mnie nogami w talii, a ja skradam jej pocałunek. Delikatne palce Scottie muskają zarost na moich policzkach, a kciuki - moje skronie. Odsuwa się i wpatrujemy się w siebie. Upija się mną całym, jakby zapamiętywała każdy szczegół.
- O czym myślisz? - pytam.
Jej oczy błyszczą, gdy przechyla głowę na bok z niechętnym uśmiechem.
- Że będę za tym tęsknić.
- Wszystko będzie dobrze. - Przyciskam czoło do jej czoła. - Obiecałem, że cię nie puszczę.
Dotrzymam tej obietnicy.
Scottie
Ziewając, mozolnie przedzieram się przez parking remizy strażackiej, by dotrzeć do samochodu po mojej ostatniej zmianie w tym tygodniu. Na miejscu pasażera leży wypowiedzenie. Moje myśli błądzą, gdy jadę z pracy do Callahana. Postanowiłam, że jutro zaniosę ten dokument. Nie mogłam się zmusić, żeby zrobić to w tygodniu i zmierzyć się z pytaniami oraz osądem po rzuceniu pracy po zaledwie kilku tygodniach. Boże, mam nadzieję, że pozwolą mi wrócić.
Kiedy Callahan powiedział, że spotkał się z Jonathanem, szczęka opadła mi niemal do podłogi. Natychmiast zasypałam go pytaniami o to, o czym rozmawiali. Cal uniósł ramiona i powiedział:
- Nie wiem, po prostu poprosiłem go, żeby to przemyślał.
Mówił o tym tak niewinnie, jakby wpadł na kumpla ze studiów i zapytał, co u niego słychać. Jakby to nie była wielka sprawa. Nie wierzę w to, ale Jonathan też nie oddzwania.
Najbardziej martwię się o Callahana. Obawiam się, że nie traktuje tego wszystkiego zbyt poważnie. Kiedy rozmawiamy, zachowuje się tak, jakby całkowicie zaprzeczał tej sytuacji. Nawet nie udaje, że jest zdenerwowany, co chyba boli najbardziej. Muszę się bardzo starać, żeby się uśmiechać, kiedy jesteśmy razem. Każda mijająca godzina to kolejna stracona godzina. Czas pożera mnie żywcem. Nie potrafię nawet spojrzeć na zegarek, kiedy jestem w domu.
Bezpieczeństwo Jonathana jest dla mnie jednak ważniejsze. Mówi, że to tylko rok, ale ja już planuję skrócić ten czas o połowę. Wyprowadzę się stamtąd za sześć miesięcy. Nie zostanę. Nie mogę.
Kiedy docieram do domu, drzwi są zamknięte. Pewnie Cal jeszcze nie wrócił z pierwszej sesji terapeutycznej. Byłam mu wdzięczna za to, że znalazł sobie osobę specjalizującą się w pomocy ratownikom z traumą złożoną. Jestem niesamowicie dumna, że dba o siebie i dotrzymuje słowa, ale jednocześnie bardzo mi go szkoda. Czeka nas trudna droga, a mnie nie będzie, żeby go wspierać. Myśl o tym, że wraca wyczerpany po trudnej sesji do pustego domu, ściska mnie za gardło. Nie chcę, żeby był sam.
Jestem na liście oczekujących na terapię z kimś, kto specjalizuje się w traumie religijnej. Podobno na Wybrzeżu Północno-Zachodnim jest sporo takich przypadków. Nie odwołuję tego. Oferują sesje zdalne i jeśli uda mi się wyjechać z Arkansas w ciągu sześciu miesięcy, jak planuję, to już będę miała zapewnioną opiekę. Będę płacić z własnej kieszeni, bo ubezpieczalnia nie pokryje kosztu takich wizyt, ale i tak wybrałabym taką metodę, bo Owczarnia nie może się o niczym dowiedzieć. Po co terapia, skoro można się zamiast tego pomodlić?
Zdejmuję buty i biegnę na górę, żeby wziąć prysznic, zanim Cal wróci do domu. To najszybszy prysznic, jaki kiedykolwiek brałam. Zakładam legginsy i bluzę, gdy słyszę jego kroki na dole. Kolejny dźwięk, za którym będę tęsknić. Nawet jego kroki przynoszą ukojenie mojej duszy. Przeczesuję wilgotne włosy szczotką i zbiegam na dół.
Przegląda dzisiejszą pocztę na stole w jadalni, kiedy przechodzę przez szczelinę w grubej folii.
- Hej! Jak było?
Jego uśmiech, gdy mnie zauważa, roztapia moje serce. Przyciąga mnie do siebie i obejmuje. Robię to samo. Callahan całuje mnie we włosy i opiera brodę na czubku mojej głowy.
- Dobrze. Taka sesja zapoznawcza, ale lubię go. Myślę, że będziemy do siebie pasować. Uważa, że mogę być odpowiednim kandydatem do terapii EMDR16. To ta technika z ruchami gałek ocznych. Wydaje się to interesujące. Powiedziałem, że spróbuję.
Gdy trzymam ucho przy jego uchu, połowa jego słów wibruje w jego klatce piersiowej. Zamykam oczy i zapamiętuję to uczucie. Odkąd wróciliśmy z Quell's Peak, każdej nocy leżę w jego łóżku. Nasze nocne rozmowy podczas przytulania stały się jednym z moich ulubionych rytuałów. Chłonę każdą chwilę z nim, delektuję się czasem, staram się być obecna, mimo że myśli przypominają mi o tym, że za kilka tygodni będę na drugim końcu kraju, dzieląc łóżko z mężczyzną, który nie jest mój. Chociaż bardzo zależy mi na Jonathanie, ta myśl smakuje gorzko. Moje miejsce jest obok Callahana. Zwłaszcza gdy tak ciężko nad sobą pracuje.
- Jestem z ciebie taka dumna.
Śmieje się.
- Dziwne, że jeszcze o tym nie wspomniałaś!
Jego słowa ociekają sarkazmem. Ostatnio pewnie się trochę powtarzałam, ale stawianie czoła demonom wymaga ogromnej odwagi. Nie mam pojęcia, co się stanie, gdy zacznę terapię, ale wiem, że będzie to konieczne. Jest wiele przekonań, których trudno mi się pozbyć, a moja relacja z Bogiem jest niejasna. Zawsze będę wierzyć, ale trudno mi teraz odkryć, co to oznacza i gdzie jest moje miejsce. Wciąż noszę w sobie mnóstwo strachu i poczucia winy z powodu odejścia. I złości na Owczarnię. Chciałabym w końcu znaleźć nowy Kościół, ale jeszcze nie jestem gotowa.
Przyciskam palce do jego klatki piersiowej, by zachować równowagę, gdy staję na palcach, żeby go pocałować. Jego usta wyginają się w uśmiechu na moich wargach. Podnosi mnie jedną ręką, drugą odgarnia pocztę na bok i kładzie mnie na końcu stołu w jadalni. Wsuwa dłonie pod rąbek mojej luźnej bluzy i podciąga ją wyżej, przesuwając kciukiem po mojej piersi.
- Tak sobie pomyślałem, że powinienem uzupełnić listę pokoi, w których cię przeleciałem - mówi z psotnym uśmieszkiem. - Co o tym myślisz?
Rozchylam nogi, żeby mógł stanąć między nimi.
- Myślę, że powinniśmy zacząć od razu.
- Ja też - mówi ze śmiechem, unosząc podbródek. - Połóż się, kochanie.
Odchylam się do tyłu, gdy rozlega się pukanie do drzwi. Wydajemy z siebie jęk wyrażający niezadowolenie, że ktoś nam przerwał.
- Nie ruszaj się - ostrzega.
Uderzam go pięścią w koszulę i przyciągam do siebie.
- Jeśli będziesz za długo zwlekał, zacznę bez ciebie.
Delikatnie go popycham, a on cofa się o krok. Wycofuje się pomału, ciągle na mnie patrząc.
- Jeśli zaczniesz beze mnie, dostaniesz za to później karę.
- Obiecujesz?
Kręci głową i się odwraca, znikając za plastikową osłoną, by otworzyć drzwi wejściowe. Słyszę przez chwilę jego głos, zanim w pokoju rozbrzmiewa echo kolejnych kroków.
Następnie słyszę Callahana, mówiącego poważnym tonem:
- Pójdę po nią.
Wsuwa głowę do jadalni, psotny wyraz zniknął mu z twarzy.
- Scottie, ktoś do ciebie.
Marszczę brwi i zsuwam się z krawędzi stołu.
- Dam ci trochę prywatności. Jeśli będziesz mnie potrzebować, będę na górze. - Potem znika.
Przeczesuję włosy dłońmi i poprawiam bluzę. Co tu się, do cholery, dzieje? Kiedy przeciskam się przez szczelinę w plandece, widzę Jonathana stojącego w drzwiach i omal nie potykam się o własne nogi. Nie tak planowałam mu powiedzieć, że zamieszkałam z Callahanem. Co on musi sobie teraz o mnie myśleć...
Jonathan odchrząkuje, a ja znów się skupiam. Z rękami założonymi z tyłu rozgląda się po pomieszczeniu, obserwując gołe podłogi, narzędzia i porozrzucane deski.
- Podoba mi się ta zmiana.
- Cześć... Chciałam ci powiedzieć, tylko...
Jego uśmiech jest niemal nieśmiały, gdy wpatruje się w swoje stopy. Jakbyśmy byli obcymi sobie ludźmi. Serce mi pęka. Nie chcę, żeby to go bolało. Lekko pociera butem o podłogę.
- Tak już jest, prawda?
Wykrzywiam usta i kiwam głową, naśladując jego gest.
- Ja, yyy, mam coś dla ciebie. - Jego głos jest ponury.
Podnoszę wzrok, a on znów na mnie patrzy. Wyjmuje papiery, które trzymał za sobą, i mi je podaje. Mój wzrok się rozmazuje, gdy widzę słowa na górze.
- Odebrałem dziś z sądu wniosek o rozwód. Ja, yyy, wypełniłem swoją część. Zanim złożymy pozew, musimy jeszcze dokończyć uzupełnianie dokumentu, ale to już jakiś początek.
Łzy napływają mi do oczu. Nie mogę uwierzyć, że to zrobił. Szczęka mi opada, obejmuję go.
- Dziękuję.
Przytulamy się przez chwilę w milczeniu, zanim się odsuwa.
- Pewnie Callahan ci wspomniał, że mnie ostatnio odwiedził.
- Nie mówił zbyt wiele.
- Cóż, mnie akurat miał dużo do powiedzenia. - Jonathan chichocze, unosząc brwi. - Siedziałem z tym tematem kilka dni. Myślałem o tym, co powiedział, ale głównie o tym, co ty powiedziałaś... To najdłuższy czas mojej nieobecności w Owczarni.
Kącik moich ust się unosi.
- To dobre uczucie, co?
- Trochę przerażające, ale tu jest więcej powietrza.
Pamiętam, jak to było. Jakbym całe życie oddychała z workiem na głowie, a potem nagle ktoś mi go gwałtownie zdjął i wtedy uświadomiłam sobie, jak łatwo jest nabrać powietrza. Robiłam to bez wysiłku.
- W każdym razie załatwił mi miejscówkę w mieście niedaleko stąd. Działa tam organizacja, która zapewni mi mieszkanie, kiedy będę się przeprowadzać z Owczarni. Oferują nawet pomoc w znalezieniu pracy i transporcie, do tego pomoc prawną w takich sytuacjach. Chodzi tylko o to, żebym stanął na nogi.
Przyciskam dłoń do piersi i odwracam się w stronę schodów, na które Callahan się wycofał. Moje serce rośnie. Cal uratował Jonathana. Uratował m n i e.
- Kontaktowałeś się z kimś z Owczarni? - Odwracam się do Jonathana.
Wzdycha.
- Jeszcze nie. Muszę załatwić kilka spraw, bankowość i tak dalej, zanim to nastąpi. Powiedziałem im o trzech tygodniach, których potrzebujesz, żeby załatwić sprawy służbowe, to da mi trochę czasu. Po tych trzech tygodniach... - Wzrusza ramionami. - Spalimy ten most, kiedy do niego dotrzemy.
Robi ogromny krok. Owijam dłoń wokół jego dłoni i ją ściskam.
- Nie wiem, co się stanie. Mama i tata... - Jego głos się łamie, kiedy patrzy mi w oczy. - Jesteś najprawdziwszą rodziną, jaką kiedykolwiek miałem, jedyną osobą, która widziała, kim jestem, i okazywała mi miłość taką, jaką opisuje Pismo Święte. Miłość jest cierpliwa, łaskawa i nigdy się nie kończy. Twoja miłość zawsze była bezwarunkowa.
Kiedy zdejmuje ciężar z moich ramion, czuję się tak, jakbym unosiła się w powietrzu. Jedyne, co trzyma mnie na ziemi, to świadomość, że za chwilę będzie musiał przejść przez mieszankę emocji, które ja też czułam, wyjeżdżając. Przejechałam przez cały kraj. Pokusa, żeby zawrócić, była silna, ale zmusiłam się, żeby jechać dalej. To nie jest łatwe.
- Tu jest tyle dobra. - Kładę papiery na podłodze i znów go obejmuję. - Obiecuję, że je znajdziesz, a do tego czasu będziesz miał Cala i mnie. Nie jesteś sam.
Odwzajemnia uścisk.
- Bardzo się cieszę, że masz Callahana. Widać, że cię kocha. - I nigdy nie było to bardziej oczywiste, biorąc pod uwagę fakt, że musiał przenieść kilka gór, by mnie tu zatrzymać. - To potężne być świadkiem takiego uczucia.
Jego słowa doprowadzają mnie do łez, bo czuję to samo do niego.
Jonathan chichocze.
- I jest bardzo opiekuńczy w stosunku do ciebie.
- Masz tyle miłości do ofiarowania i nie mogę się doczekać, aż znajdziesz kogoś, komu ją podarujesz. To nie do opisania.
- Tak?
- To znaczy najpierw musisz przejść trening przetrwania na szczycie góry... ale tak. - Uśmiecham się do niego i opuszczam ręce. - Chcesz zostać na kolacji?
Kręci głową.
- Nie jestem pewien, czy jestem na to gotowy.
Odrzucenie trochę boli, ale szanuję je. Wciąż przeżywa nasze rozstanie. Przed nim długa droga.
- Rozumiem. - Już i tak wywróciłam jego świat do góry nogami rozwodem, więc nie muszę go dodatkowo demolować.
- Chyba wrócę do hotelu. Muszę przez chwilę pobyć sam, by to wszystko przepracować.
Marszczę brwi i uśmiecham się delikatnie. Jego prośba jest znajoma i niesie w sobie pocieszenie. Ilekroć kłóciliśmy się w domu, on zawsze radził sobie z tym w samotności.
- Oczywiście. Mam kilka dni wolnego. Chcesz się z nami spotkać na lunch?
- Może... O, hej. Mam nowy adres mailowy. Będę wysyłał ci z niego różne dokumenty dotyczące, no wiesz, wszystkiego.
Słowo na "R".
Przytulam go jeszcze raz.
- Chcę wiedzieć, że wszystko u ciebie w porządku.
Całuje mnie w policzek.
- Będzie - odpowiada i czuję, że w to wierzy. - To duża zmiana, ale ty i Callahan? Nie mógłbym się bardziej cieszyć. Zasługujesz na kogoś, kto zasługuje na ciebie... "Jestem bowiem świadomy zamiarów, jakie zamyślam co do was", prawda?
- "Zamiarów pełnych pokoju, a nie zguby, by zapewnić wam przyszłość, jakiej oczekujecie" - kończę fragment z Księgi Jeremiasza.
- Pa, Prescott.
Unosi rękę, a ja opieram głowę o framugę drzwi, gdy odchodzi. W głębi duszy wiem, że to krok w dobrym kierunku dla nas obojga, ale wcale nie uśmierza to bólu ostateczności.
Callahan
Wyglądając z okna naszej sypialni, widzę, jak Jonathan wsiada do taksówki, która czekała na zewnątrz. Wstrzymuję na chwilę oddech i wychodzę z pokoju. Nie mam pewności, w jakim stanie będzie Scottie. Gdy idę po schodach, wciąż stoi przy drzwiach, obserwując odjeżdżający samochód.
Staję za nią i cierpliwie czekam.
- Zgodził się na rozwód - szepcze.
Łapię ją za biceps, przyciągam do swojej klatki piersiowej i obejmuję w niedźwiedzim uścisku.
- Wciąż jest ciężko, wiesz? - pochlipuje.
Kiwam głową.
- Wiem, kochanie.
- A ty... zrobiłeś to wszystko dla niego. Żeby mnie tu zatrzymać. Nawet nie wiem, jak to ogarnąć. Jak mam ci się odwdzięczyć? - szlocha.
Daję jej czas, aby to z siebie wyrzuciła, pocieram jej plecy i stoję z nią w pustym korytarzu. Po minucie wciąga powietrze i wypuszcza je z drżeniem.
- Czy... Czy o tym rozmawiałeś z nim ostatnio? - Cofa się, przecierając dłońmi twarz, żeby osuszyć zapłakane policzki.
Wkładam ręce do kieszeni i wzruszam ramionami.
- Zrobiłem mały research i znalazłem program, który myślę, że może mu pomóc. Nie chciałem pozwolić ci wyjechać, ale wiedziałem, że będziesz szczęśliwa tylko wtedy, gdy Jonathan będzie bezpieczny. Więc zrobiłem to, co musiałem. Może w przelocie poruszyliśmy też temat rozwodu.
- W przelocie? - Pociąga nosem.
- Musiałem z nim porozmawiać jak mężczyzna z mężczyzną. Obaj się o ciebie troszczymy i... chciałem, żeby zrozumiał moje zamiary.
- A masz jakieś zamiary?
- Mam.
Mimo że jej policzki są zaróżowione od płaczu, rumieni się jeszcze mocniej.
- Nie wyjawię ich teraz - wyjaśniam. - Najpierw zbudujemy dobre fundamenty. Popracujemy nad sobą, tak jak rozmawialiśmy. Oczywiście, sytuacja się chwilowo pogorszyła, ale tak, potem... kiedy nadejdzie odpowiedni moment... - mówię, a na jej ustach pojawia się lekki uśmiech. - Będziesz moja, Prescott.
Jej uśmiech się poszerza.
- Chciałabym.
Splatam nasze palce i prowadzę ją w stronę schodów.
- A wiesz, czego ja bym chciał?
Chichocze, idąc za mną po schodach.
- Założę się, że zgadnę...
Prowadzę ją do sypialni, puszczam jej rękę i znajduję swój plecak w szafie. Rozpinam go i wyciągam przedmiot, który, mam nadzieję, poprawi jej humor.
Kiedy się odwracam, ściąga bluzę, a ta spada na podłogę. Spojrzenie Scottie zatrzymuje się na szarym plastikowym pudełku z grą w statki, które trzymam w dłoni, co wywołuje u niej salwę śmiechu. To najlepszy odgłos, jaki znam - zaraz po tym, jak rozpada się na kawałki z przyjemności.
- Czekaj! Czy to... - próbuje powiedzieć przez chichot.
Przyglądam się jej odsłoniętemu ciału. Nigdy nie przestanę myśleć o tym, jak bardzo nie można się jej oprzeć.
- Rozbierasz się przed rozpoczęciem rozgrywki, kochanie? Podoba mi się twój entuzjazm.
Wskazuje na plansze.
- Ukradłeś grę?
Wzruszam ramionami.
- Chciałaś mieć jakąś pamiątkę.
Jej uśmiech się poszerza.
- Nigdy nie pozwolę ci wygrać.
- Więc oszczędzajmy czas i bierzmy się do roboty - stwierdzam, rzucając plansze na łóżko.
Jej śmiech zostaje przerwany przez dzwonek do drzwi. Nienawidzę tego, jak Scottie sztywnieje, ale kiedy patrzy przez okno i widzi samochód dostawcy pizzy stojący na krawężniku, jej ramiona się rozluźniają.
- Stwierdziłem, że dzisiaj nie ma sensu tracić czasu na wystawną kolację. - Całuję ją w policzek.
- Podoba mi się twój sposób myślenia - stwierdza, schylając się, żeby podnieść bluzę z podłogi.
Cholera.
Moje impulsywne myśli biorą górę i wymykając się za drzwi, klepię ją w tyłek.
- Spotkamy się w jadalni - mówię.
Dziś wieczorem przerwano nam dwa razy, za każdym razem z ważnego powodu: papiery rozwodowe i pizza. Jednak teraz, kiedy nie spodziewamy się już gości, rozłączam ten cholerny dzwonek.
Scottie
Po kolacji Cal w końcu może zacząć realizować swój cel, jakim jest uprawianie seksu w każdym pokoju. To był emocjonujący dzień, ale nie wyobrażam sobie lepszego zakończenia niż na tym stole w jadalni. Sadza mnie na jego krawędzi i przyciska swoje czoło do mojego. Obejmuje mnie dłońmi za szyję. Kiedy jego usta muskają moje, czuję się tak, jakbym ciągle na nowo się w nim zakochiwała. Ten mężczyzna zrobił dla mnie tak wiele i postawił mnie na pierwszym miejscu. To coś więcej niż przyjaźń, coś więcej niż bycie kochankami - to coś o wiele głębszego. Nie wiedziałam, że miłość może być taka.
- Co ja mam z tobą zrobić? - mruczy.
- Uczyń mnie swoją - szepczę.
Opuszcza ręce, chwyta mnie za kolana i przyciąga bliżej. Ściągam bluzę przez głowę i wkrótce zrywamy z siebie ubrania, rzucając je na podłogę, tak jak zawsze chciałam.
- Jesteś taka słodka - komentuje moją wilgotną bieliznę, po czym zgniata ją w pięści i ciągnie w górę, aż majtki ciasno otulają łechtaczkę.
Wydaję z siebie pisk, bo materiał się we mnie wgryza, gdy on go naciąga.
- Będziesz moją grzeczną dziewczynką, prawda?
- Mhm.
Jego głos mnie uziemia, gdy przyjemność jest przytłaczająca. Utrzymuje mnie w tej chwili z nim.
Wiję się, a on zsuwa mi bieliznę, rozchyla moje nogi i opada na kolana, dmuchając strumieniem chłodnego powietrza na moje wejście, co wywołuje u mnie dreszcz wzdłuż kręgosłupa. Kłóci się to z wcześniejszym gorącym uciskiem materiału na łechtaczkę. Moje soki płyną dla niego. Środkowy palec Cala wsuwa się we mnie, a moje powieki się zamykają. Boże, to takie przyjemne. Dodaje kolejny palec, a ja opieram się plecami o stół. Zimne drewno potęguje doznania. Uwielbiam to uczucie, gdy jestem dla niego tak wyeksponowana, bo sposób, w jaki na mnie patrzy tymi głodnymi oczami, to coś, czego nigdy wcześniej nie doświadczyłam.
- Jezu, masz śliczną cipkę.
Wsuwa i wysuwa palce, a ja zakrywam usta przedramieniem, próbując kontrolować oddech. Zakrzywia we mnie palce. Nasze spojrzenia się spotykają, a on chichocze, gdy moje ciało drga, jakby był dumny z każdego stłumionego dźwięku, który wydobywa się z moich płuc.
- Właśnie, kochanie. Oddaj mi wszystkie swoje jęki - warczy, pochylając się i liżąc moją łechtaczkę.
Wyginam plecy i wstrzymuję oddech, starając się być cicho.
Unosi głowę i cofa dłoń.
- Otwórz usta, Prescott.
Siadam, rozchylam wargi, a on wsuwa między nie swoje palce, rozprowadzając moje podniecenie po języku.
- Ssij, aż powiem "dość".
W chwili, gdy moje usta obejmują jego dwa palce, jęczy, po czym znów wsuwa twarz między moje uda i ssie łechtaczkę. Nogi mi drżą pod jego wargami i jęczę. Gorąco wlewa się do mojego wnętrza, rozchodząc się po intensywnej przyjemności niczym wstrząsy wtórne. To wszystko naraz. Błysk w jego oczach jest nieziemski. Uwielbia doprowadzać mnie do orgazmu.
Mięśnie brzucha napinają mu się tuż przed tym, jak dochodzę. Wstaje, a ja jęczę z frustracji.
- Dziś wieczorem za pierwszym razem dojdziesz na moim fiucie.
Ledwo rozpoznaję desperackie dźwięki, które wydaję, ale wibrują pod jego dłonią. On po prostu patrzy, jak siedzę naga, drżąca i spragniona ssania. Zatracam się w orzechowym kolorze jego oczu. Aż słyszę odgłos odpinanej klamry.
Z niecierpliwością patrzę w dół, czekając, aż go zobaczę. Zastępuje palce językiem, całując mnie, aż szaleję od smaku i dotyku, które mi zapewnia. Zatracam się we wszystkim, gdy czuję jego krocze przy wejściu, a potem rozchylam uda szerzej. Wchodzi do środka, otulając mnie, a ja jęczę z ulgi.
Zaplatam nogi wokół jego talii, wbijam pięty w jego pośladki, a on odbiera to jako sygnał, by kołysać biodrami, wchodząc we mnie raz po raz. Jedną ręką obejmuje mnie w dolnej części pleców, a drugą chwyta mnie za włosy i ciągnie, unosząc mój podbródek w swoją stronę. Jego usta opadają na miejsce, gdzie moje ramię spotyka się z szyją. Przesuwa czubkiem nosa po mojej szyi, aż znów całuje mnie wzdłuż linii żuchwy. Wyginam się w łuk, rozkoszując się dotykiem jego klatki piersiowej ocierającej się o moje sutki.
- Kocham cię - mówię z westchnieniem. Tak bardzo go kocham.
Jego usta uśmiechają się do moich, zanim mnie pocałuje.
- Ja też cię kocham.
Z jego ustami na moich pchnięcia się nasilają, a ja wstrzymuję oddech. Zmysłowy Callahan jest cudowny, ale kiedy jest wobec mnie brutalny, czuję się tak pożądana jak nigdy wcześniej. Nie ma nic lepszego niż bycie zdaną na jego łaskę, kiedy traci kontrolę. Ta namiętność jest całkowicie nieokiełznana, co jest niezaprzeczalnie seksowne.
- Mocniej, Cal - szepczę, pragnąc doprowadzić go do granic możliwości.
Jego szorstkie dłonie wbijają się w moje miękkie krągłości, gdy uderza biodrami, biorąc mnie bez wahania.
- Tak, dobrze - mamroczę.
Powraca to ciśnienie po moim wcześniejszym prawie orgazmie i rozkoszuję się narastającą przyjemnością.
Cal spogląda w dół, a ja podążam za nim wzrokiem.
- Tak dobrze sobie radzisz, Scottie. - Zwalnia, wycofuje się całkowicie, a potem wypełnia mnie po brzegi, wepchnąwszy do środka każdy centymetr. - Spójrz, jak to wszystko przyjmujesz... Tak cholernie idealnie.
Płaczę z powodu doświadczenia pełni. Każda część mnie czuje się przy nim kompletna. Wciąż mamy dużo pracy do wykonania, ale kiedy jesteśmy połączeni, czujemy się tak, jakbyśmy mogli podbić razem świat. Nasza miłość będzie tylko rosnąć w siłę. Moje uda ściskają Cala, gdy przyciągam go bliżej.
- Oto moja śliczna dziewczynka. Tak dobrze sobie radzisz, już prawie jesteś na miejscu. Dawaj - zachęca mnie, a moja cipka zaciska się wokół niego. - Tym razem spadniesz ze mną w przepaść, rozumiesz?
Kiwam głową z zapałem, przyciskając Callahana do piersi. Potrzebuję wyzwolenia. O Boże. Rozkosz napływa do mnie z taką siłą, że aż robi mi się biało przed oczami, a napięcie pęka. Dochodzę mocniej niż kiedykolwiek. Puls dudni mi w uszach, gdy Cal wnika głęboko, rozlewając się we mnie.
Gdy tylko nasze ciała zwalniają, a oddech ustaje, wtula dłonie w moje włosy. Nigdy nie czułam się w żadnym miejscu tak dobrze jak tutaj. Moje paznokcie drapią go po karku, a on drży.
To jest dom. To jest p r a w d z i w a miłość. To jest życie.
- Dziękuję - mówię.
Chichocze.
- Za co?
- Za to, że o mnie walczysz.
Rok później
Callahan
Pogoda jest dokładnie taka, na jaką liczyłem. Wczesnym rankiem, zanim wzejdzie słońce, na Quell's Peak jest wciąż chłodno, ale tym razem nie ma żadnej burzy, która by nas tam uwięziła. Właściwie to w tym sezonie jest wyjątkowo ciepło. Wczoraj wybraliśmy się ze Scottie na wędrówkę, tym razem we dwoje, nową trasą wytyczoną przez służby parkowe. Kiedy ludzie zobaczyli skutki osuwiska, Scottie stała się lokalną gwiazdą jako turystka, która przeżyła.
Kiedy leżymy w łóżku, obraca się w moich ramionach, tak że jest zwrócona twarzą do mnie. Jestem prawie pewien, że nadal śpi. Przesuwam kciukiem po bliźnie wzdłuż linii jej włosów. Jej blond loki z rudawym odcieniem są wciąż potargane po zeszłej nocy, kiedy zabrałem ją do tego łóżka, tak jak robiłem to już wiele razy wcześniej. Kazałem jej mnie ujeżdżać, aż sama doszła. Zerkam na nią i uśmiecham się na wspomnienie tamtych momentów.
Chciałem uczcić to, jak daleko zaszliśmy po roku bycia razem. A w którym miejscu lepiej to zrobić, jak nie tam, gdzie wszystko się zaczęło? To dość surrealistyczne uczucie wrócić w to miejsce w tak odmiennych okolicznościach. Nawet wygląda już inaczej. Tym razem możemy zostawić otwarte okiennice, co pozwala nam podziwiać wspaniały panoramiczny widok z wnętrza wieży, jednocześnie czując ciepło i przytulność przed piecykiem opalanym drewnem.
Całuję ją w czoło i wyślizguję się z łóżka, żeby dorzucić kolejny kawałek drewna do piecyka i zacząć parzyć nam kawę. Ten ruch ją budzi, mruga kilka razy, a potem uśmiecha się do mnie z drugiego końca pokoju, kiedy rozstawiam kuchenkę turystyczną.
- Kocham cię - mówi z łóżka.
Sprawia, że uśmiecham się z większym zadowoleniem niż kiedykolwiek wcześniej.
Nasza historia miłosna była krętą drogą. Musieliśmy walczyć, żeby tu dotrzeć, ale udało nam się - a widok jest wart każdego kroku, który zrobiliśmy.
- Ja też cię kocham.
***
Scottie
Czekając, aż woda się zagrzeje, Cal wpełza z powrotem do łóżka za mną i oplata mnie swoim ciałem. Nie mija wiele czasu, aż jest wrząca i można zmieszać ją z gorzką kawą rozpuszczalną, którą ze sobą przynieśliśmy. Siada, a ja popycham go z powrotem.
- Ogarnę to.
Przerzucam nogi przez krawędź łóżka, wstaję i przeciągam się przed płomieniami buchającymi z piecyka. To ciepło jest bardzo przyjemne, gdy nie muszą otulać mnie koce. Nalewam kawę do kubków i odstawiam je na bok, patrząc na zewnątrz i podziwiając różowe promienie, które powoli spływają po szczytach gór.
- Słońce właśnie wschodzi zza szczytów. Będę je obserwować z zewnątrz - mówię, wsuwając stopy w zimne buty trekkingowe. Powinnam była zostawić je wczoraj wieczorem przy piecyku. - Chcesz obejrzeć ze mną wschód?
Narzucam kurtkę i zapinam ją, a potem ściskam parujący kubek kawy, żeby się rozgrzać.
- Za moment. - Wtula się głębiej w pościel. - Jest mi zbyt przytulnie, żebym się ruszył.
Śmieję się cicho i otwieram drzwi, by poczuć poranny chłód, po czym pospiesznie zamykam je za sobą, żeby nie wpuścić za dużo zimnego powietrza. Wychodzę na taras i szybko doceniam, jak miło jest słyszeć głuchy stukot butów zamiast chrobotania śniegu, które towarzyszyło nam w zeszłym roku.
Rok temu nie było tu tak jasno jak dzisiaj, a wschodu słońca wyczekiwałam bardziej niż czegokolwiek innego... No prawie. Wczoraj wieczorem Callahan popisał się romantyczną atmosferą i nawet zabrał ze sobą naszą ukochaną grę w statki, co zaowocowało wieloma innymi zabawnymi aktywnościami. Przez chwilę myślałam, że może mi się oświadczy, ale nic takiego się nie stało. Wszystko układa się tak dobrze, że nie ma pośpiechu. Nigdy nie wyobrażałam sobie, że życie będzie aż t a k cudowne. Nie zawsze jest łatwo, ale zawsze jest dobrze. Nie ma pośpiechu w stawianiu kolejnych kroków. Idziemy swoim tempem.
Wisienką na torcie było poznanie chłopaka Jonathana w zeszłym tygodniu. Wyglądałam jak wariatka, kiedy się rozpłakałam, ale widok szczęścia i d u m y w jego oczach, gdy przedstawiał nam Oscara, sprawił, że serce mi pękło. Wdycham świeże poranne powietrze i cicho recytuję swoje codzienne afirmacje.
- Łał - mówi Callahan, wychodząc na zewnątrz w kurtce i butach.
- Czyż nie jest pięknie?
- O tak. - Obejmuje mnie ramionami, wtulając w swoje ciało.
Odstawiam kawę na balustradę i wtulam się w jego ciepło, gdy promienie słońca wspinają się po szczycie góry i malują krajobraz na różowo i pomarańczowo. Niebo rozpala się promieniami wschodzącego słońca.
Jestem zachwycona krajobrazem przed nami. Trudno uwierzyć, że na co dzień jest tak majestatyczny. W myślach odmawiam krótką modlitwę dziękczynną za Callahana i piękno tej chwili z nim spędzanej. Wzdycham, gdy wyciąga przede mną pudełko, i zamieram z szeroko otwartymi oczami.
O mój Boże.
Otwiera je i dostrzegam oszałamiający pierścionek z diamentem w kształcie gruszki, który w świetle wschodzącego słońca rozbłyska milionem iskier.
- Prawdziwa miłość to nie to samo, co miłość od pierwszego wejrzenia. To nie jest twoja pierwsza miłość. To ta, przy której możesz ustać w burzy. Oznacza, że druga osoba widzi wszystko, czego ci brakuje, i mówi, że jesteś tego warta. Oznacza, że walczysz o tę drugą osobę, gdy sama nie wie, jak to zrobić. To miłość, która rozpala najciemniejsze zakamarki twojej duszy, aby życie mogło rozkwitnąć na nowo. Taka miłość jest wtedy, gdy słyszysz te dwa słowa i naprawdę rozumiesz ich znaczenie.
Okręcam się w jego uścisku i obejmuję jego szerokie ramiona.
Łzy napływają mi do oczu z powodu miłości, jaką czuję do tego człowieka.
- Wciąż jesteś ze mną? - pyta.
Stając na palcach, przyciskam usta do jego ust, a potem podaję mu lewą dłoń.
To jest to. To jest to, czego szukałam całe życie i co znalazłam u Callahana, na szczycie góry.
- Zawsze.
Marku, mój drogi mężu, przetrwałeś kolejną książkę. Nie ma bardziej cierpliwego i wspierającego mężczyzny. Dziękuję za Twoje poświęcenie, kolacje i słowa wsparcia. Nie mogłabym gonić za tym marzeniem bez Ciebie u boku. Kocham Cię.
Paisley i Dani, możecie uwierzyć, że nam się udało? Jak to się stało tak szybko? Napisałyśmy te cudeńka w rekordowym tempie (przynajmniej ja). To zaszczyt dzielić tę serię z Wami. To niesamowite móc razem pracować i splatać losy naszych postaci w pięknym miasteczku Sky Ridge! Bez Was nie wiem, kiedy usiadłabym, żeby napisać tę historię, która od lat była w moim sercu.
Bri, nasza redaktorko prowadząca. Dziękuję Ci za redagowanie wszystkich trzech książek, dzięki czemu nie miałyśmy żadnych poważnych problemów z połączeniem naszych historii i osi czasu. Jak zwykle dałaś z siebie wszystko. Jestem taka szczęśliwa, że jesteś nie tylko moją redaktorką, ale też bliską przyjaciółką i powierniczką. Kocham Cię bardzo!
Moja redaktorko i korektorko, a także droga przyjaciółko, Dee. Wiem, że ciągle to powtarzam, ale jestem taka szczęśliwa, że znalazłam Cię tak wcześnie, i jestem wdzięczna za kogoś takiego jak Ty, kto nie tylko potrafi wyłapać moje błędy, ale także pomaga mi się rozwijać jako pisarce. Jestem pewna, że jesteś cholernie zadowolona, że tym razem nie kazałam nikomu "przeżuwać z uwagą". Najserdeczniejsze uściski!
Cathryn, nasza składaczko, która sprawiłaś, że te cudeńka są równie piękne w środku, jak na zewnątrz i skoordynowałaś szatę graficzną wszystkich książek - dziękuję!
Whiskey Ginger, Loni. Boże, kobieto. Naprawdę wiesz, jak zrobić piekielnie dobrą okładkę. Kiedy wpadłam na pomysł tej serii, nie sądziłam, że będę miała okładkę, która w tak doskonały sposób przedstawi tę historię. Ale oto jestem, z nadzieją, że ta historia jest doskonale przedstawiona na okładce. Jesteś piękną osobą, i to zarówno wewnętrznie, jak i zewnętrznie, a poznanie Cię było niesamowitym doświadczeniem. Przylądek był niesamowity. Zawsze będziemy zamawiali ostrygi.
Mój zespół do spraw treści: Catie (grafiki), Rachel (koordynatorka grupy czytelniczek wspierających promocję), Shannon (asystentka i koordynatorka grupy czytelniczej) i Kenz (rolki), który utrzymał ten pociąg na torach pomimo konieczności radzenia sobie z trzema autorkami próbującymi kilkukrotnie go wykoleić! Ta premiera nie odbyłaby się bez Was. Dziękujemy za Waszą nieustającą staranność, ciężką pracę i niesamowitą organizację.
Beta-czytelniczki serii: Jess, Kara, Katie, Mel, Rose i Trish. Jesteście prawdziwymi gwiazdami, bo czytałyście aż trzy książki z tej serii z rzędu! Nie wiem, jak tego dokonałyście, ale jesteśmy niezmiernie wdzięczne za Wasze opinie! Nasze książki nie byłyby tak dobre bez Was. Callahan z pewnością byłby jeszcze większym dupkiem.
Moja ekipa beta-czytelniczek: Catie, Emma, Kailey, Kenz, Lorelei, Nicole i Shannon. Dokonałyście tego. Dziękuję za to, że ciągle znajdujecie nowe sposoby na to, by moje historie były lepsze, a seks bardziej sprośny! Jestem niezmiernie wdzięczna za to, że mogę się z Wami przyjaźnić, nawet jeśli nie jestem na Discordzie tak często, jak bym chciała. Z miłością, Beefer Sutherland.
Nasz fantastyczny zespół recenzentek, które jakimś cudem dały radę przeczytać wszystkie trzy książki w tak krótkim czasie - nie wspominając o świętach, które gdzieś tam się wcisnęły. Dokonałyście niemal niemożliwego wyczynu i jesteśmy dozgonnie wdzięczne za Wasze recenzje, które sprawiają, że dzień premiery jest tak wspaniały! Mamy nadzieję, że Wam się spodoba!
Grupo czytelniczek wspierających promocję - dałyście czadu, bardzo dziękuję za rozpowszechnienie informacji o tej wspaniałej serii! Jestem dozgonnie wdzięczna i zaszczycona faktem, że chcecie dzielić się moimi treściami ze swoimi odbiorcami i obserwatorami.
Wielkie pozdrowienia dla mojej społeczności czytelniczek Good Girl Book Club! Robi mi się ciepło na sercu, że grupa ponad 1500 czytelniczek odnalazła się dzięki tej serii. Mam nadzieję, że w nowym roku będzie Was jeszcze więcej!
Victorio Wilder, moja piękna przyjaciółko, dziękuję Ci za pomoc w poprawieniu opisu i uczynieniu go niesamowitym. Co ja bym bez Ciebie zrobiła?
S - nie mogłabym napisać tej książki bez Ciebie. Twoja wiedza, wskazówki i nieskończona cierpliwość pomogły mi zrozumieć strażaków pracujących przy gaszeniu pożarów lasu i ogromne wyzwania, z którymi się mierzą. Co ważniejsze, Twoje poczucie humoru, wrażliwość i przyjaźń pomogły mi zrozumieć Callahana. Dziękuję Ci za to, że tchnąłeś życie w moją postać i podzieliłeś się tak osobistym i znaczącym fragmentem siebie. Przepraszam, że uczyniłam z niego mniejszego dupka, niż byś chciał. Wina leży po stronie beta-czytelniczek.
C - dziękuję za odpowiedzi na moje pytania i udostępnienie mnóstwa cennych informacji i raportów! Mam nadzieję, że Twoja dziewczyna doceni to wyróżnienie!
r/wildfire - ta społeczność to najsympatyczniejsza grupa prawdziwych dupków, z jakimi miałam przyjemność współpracować. Dziękuję, że pozwoliliście mi wejść do swojej przestrzeni, żebym mogła zadawać pytania i analizować scenariusze. Nie potrafię opisać, jak bardzo podobało mi się poznawanie Waszej pracy i słuchanie Waszych historii. Jesteście cholernie obrzydliwi. Nigdy się nie zmieniajcie.
1 Przykładowo, szyszki sekwoi są pirofityczne, co oznacza, że otwierają się pod wpływem wysokiej temperatury ognia, uwalniając nasiona do rozwoju w wypalonym i wzbogaconym w popiół środowisku (przyp. tłum.).
2 W Stanach Zjednoczonych osobne jednostki zajmują się pożarami obszarów zabudowanych (ang. structural firefighters) oraz dzikich obszarów (ang. wildland firefighters) (przyp. tłum.).
3 Oferta pracy / propozycja zatrudnienia (ang. offer letter) to dokument, w którym przedstawianie są warunki zatrudnienia na danym stanowisku. Przez jego podpisanie pracownik wyraża zgodę na podjęcie pracy (przyp. tłum.).
4 Fantomy te nazywane są Resusci Anne (CPR Annie). Ich twarz to odwzorowanie maski pośmiertnej anonimowej kobiety, znalezionej martwej na brzegu Sekwany pod koniec lat 80. (przyp. tłum.).
5 GCS (ang. Glasgow Coma Scale), czyli skala Glasgow, to procedura medyczna, która służy do oceny stanu świadomości pacjenta (przyp. tłum.).
6 Norman Rockwell to amerykański malarz i ilustrator przełomu XIX i XX wieku, który na swoich obrazach często uwieczniał wyidealizowaną i nostalgiczną wizję życia w małych amerykańskich miasteczkach, podkreślając wagę mocno zżytej społeczności oraz tradycyjnych wartości. Taki obraz Ameryki nazywany jest potocznie small town, USA (przyp. tłum.).
7 Koszulka henley wyglądem przypomina koszulkę polo - jest wkładana przez głowę i zapinana na trzy guziki, ale nie ma kołnierzyka. Jej nazwa pochodzi od angielskiego miasteczka Henley-on-Thames, gdzie wioślarze nosili ten typ koszulki jako część swojego uniformu podczas regat (przyp. tłum.).
8 Gladys Kravitz to jedna z postaci występujących w amerykańskim serialu komediowym Bewitched (Ożeniłem się z czarownicą), kręconym w latach 60. i 70. Gladys jest szaloną sąsiadką głównej pary bohaterów (przyp. tłum.).
9 W oryginale gra słowna: Can I call you a cab? oznacza zarówno: "Wezwać ci taksówkę?", jak i: "Czy mogę cię nazywać taksówką?" (przyp. tłum.).
10 "Fałszywy szczyt" to termin używany przez alpinistów i wspinaczy. Oznacza wierzchołek, który wygląda na najwyższy punkt danego pasma, ale w rzeczywistości jest niższy od ukrytego lub oddalonego innego szczytu (przyp. tłum.).
11 Julie Andrews to amerykańska aktorka, która w jednej ze scen w filmie muzycznym Dźwięki muzyki (Sounds of Music) tańczy i śpiewa na alpejskiej łące, wirując (przyp. tłum.).
12 Zielone Buty (ang. Green Boots) to przezwisko, jakie nadano zamarzniętym zwłokom himalaisty, które przez blisko dwadzieścia lat spoczywały pod szczytem Mount Everestu. Pochodzi ono od zielonych plastikowych butów, które miał na nogach wspinacz (przyp. tłum.).
13 Niedźwiedź Smokey (ang. Smokey Bear) to maskotka Służby Leśnej Stanów Zjednoczonych (przyp. tłum.).
14 Mastyks to naturalna, twardniejąca żywica pochodząca z drzewa mastyksowego rosnącego w regionie śródziemnomorskim. Jest wykorzystywana od starożytności ze względu na swoje właściwości prozdrowotne, w tym wspieranie trawienia, zdrowia jamy ustnej, a także właściwości antyoksydacyjne i przeciwzapalne (przyp. tłum.).
15 Wszystkie fragmenty Pisma Świętego pochodzą z Biblii Tysiąclecia, wyd. V, Wydawnictwo Pallottinum, Poznań 2003 (przyp. tłum.).
16 Terapia EMDR (ang. Eye Movement Desensitization and Reprocessing), czyli "terapia odwrażliwiania i przetwarzania za pomocą ruchu gałek ocznych", to metoda psychoterapii, w której wykorzystuje się różnorodną stymulację (np. ruchy gałek ocznych, dźwięk czy dotyk), by pomóc mózgowi przetwarzać bolesne wspomnienia i emocje, zwłaszcza te związane z traumą, PTSD, zaburzeniami lękowymi i depresją (przyp. tłum.).