Walka Północy z Południem. Nord contre Sud - Jules Verne

Kup ebooka

11.00 zł
8.60 zł (8,20 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

VII. Bądź co bądź!

 

Nie było-to jeszcze uderzeniem piorunu, lecz poprzedzającą go błyskawicą.

James Burbank zachował zwykły spokój, ale jakże się cała jego rodzina zatrwożyła! Dlaczego wezwano go do Jacksonville? Wszakże to był rozkaz, nie zaproszenie, stawienia się przed władzami. Czego chcą od niego? Czy to jest wstępem do śledztwa? Czy wolności jego, jeśli nie życiu, grozi niebezpieczeństwo? Jeśli usłucha rozkazu i opuści Castle-House, czy pozwolą mu doń powrócić? Jeśli nie usłucha, czy nie użyją przemocy? A w takim razie, na jakie niebezpieczeństwa, na jakie gwałty, rodzina jego będzie narażoną?

- "Nie pojedziesz, Jamesie!" - Odezwała się pani Burbankowa i czuć było, że czyni to w imieniu, całego grona.

- Nie, panie Burbank! dodała miss Alicya; pan nie możesz nawet myśleć o tem, żeby nas opuścić...

- I zdać się na łaskę i niełaskę takich ludzi, dorzucił Edward Carrol.

James Burbank nie odpowiadał.

W pierwszej chwili po odebraniu tego brutalnego rozkazu, trudno mu było zapanować nad swem oburzeniem.

Ale co tam zaszło nowego, co tak uzuchwaliło tych urzędników? Czyby towarzysze i stronnicy Texara stali się panami? Czy obalili władze, które zachowały jeszcze nieco umiarkowania i objęli rządy w ich miejscu? Nie! rządzca Perry, który powrócił popołudniu z Jacksonville, nie przywiózł podobnej wiadomości.

- Czy tylko jaki fakt wojenny, korzystny dla Południowców, nie ośmielił Florydczyków do gwałtów przeciwko nam? - rzekł p. Stannard.

- Mam wielką obawę, że tak jest! - odpowiedział Edward Carrol. Jeśli Północ doznała jakiej porażki, ci złoczyńcy nielękając się już nadejścia komandora Dupont, gotowi dopuszczać się wszelkiego rodzaju nadużyć!

- Było słychać, że w Texas, wojska federalne pobite w Valverde musiały się cofnąć przed milicyami Siblega i przebyć ponownie Rio-Grande. Tak mi przynajmniej mówił człowiek z Jacksonville, którego spotkałem przed godziną, - powiedział p. Stannard.

- Widocznie, fakt ten ośmielił tych ludzi, - dodał Edward Carrol.

- Czyż się nigdy nie doczekamy armii Shermana i flotylli Dupont'a! - zawołała pani Burbankowa.

Mamy dopiero 26 lutego - odrzekła miss Alicya, a według listu Gilberta, okręta federalne nie odpłyną, przed 28.

- Zresztą, trzeba czasu, żeby dotrzeć do ujść Saint-John, przebyć wał i wylądować w Jacksonville. To wszystko zajmie jeszcze z dziesięć dni, dorzucił p. Stannard.

- Dziesięć dni - wyszeptała Alicya.

- Dziesięć dni! - dodała pani Burbankowa. - Ileż nieszczęść może na nas spaść do tej chwili.

James Burbank nie mieszał się do rozmowy, pogrążony będąc w rozmyślaniu, co przedsięwziąć. Jeśli nie usłucha rozkazu, to cała ludność Jacksonvilska, z jawnem lub milczącem przyzwoleniem władz, gotowa rzucić się na Camdless-Bay. Na jakie niebezpieczeństwa byłaby wtedy wystawiona jego rodzina? Nie! Lepiej narazić tylko siebie. - Gdyby mu nawet groziła utrata wolności lub życia, mógł mieć nadzieję, że to nieszczęście dotknie tylko jego osobę.

Pani Burbankowa wpatrywała się w męża z najżywszym niepokojem, odczuwając, że stacza z sobą walkę. Ani ona, ani miss Alicya, ani Edward Carrol, nikt nie śmiał zapytać, jak myśli zachować się względem rozkazu, otrzymanego z Jacksonville.

Ale mała Dy, przytuliwszy się do ojca, który ją wziął na kolana, - rzekła:

- Ojcze...

- Czego chcesz, moja najdroższa?

- Czy pojedziesz do tych niegodziwców, którzy chcą nam zrobić taką przykrość?

- Pojadę!.

- James!... - wykrzyknęła pani Burbankowa.

- Muszę - To jest moim obowiązkiem... - Pojadę!..

Powiedział on te słowa tak stanowczo, że napróżno chciałby kto zwalczyć zamiar, którego wszystkie następstwa widocznie obliczył. Żona całowała go, ściskała, lecz nie mówiła już nic. I cóż by mogła powiedzieć?

- Może w zbyt czarnych kolorach widzieliśmy ten arbitralny krok - odezwał się Burbank. - Jakież zarzuty mogą mi robić? - Faktu żadnego nie dopuściłem się - to wiadoma rzecz; przekonań moich czepiać się, to prędzej. Ale przekonania do mnie należą. Nigdym ich nie ukrywał przed mymi przeciwnikami i to, com myślał całe życie, bez wahania powiem im w oczy.

- Będziemy ci towarzyszyli, James; - powiedział Edward Carrol.

- Tak, nie puścimy cię samego do Jacksonville, - dodał pan Stannard.

- Nie, moi kochani, - odrzekł Burbank, - mnie tylko samego wezwano przed sąd Court-Justice, więc udam się sam. Zresztą, może być, że mię zatrzymają kilka dni, musicie więc zostać obaj w Camdless-Bay. Wam teraz powierzę całą naszę rodzinę na czas mojej nieobecności.

- A więc opuścisz nas, ojcze? - wykrzyknęła mała Dy.

- Tak, córeczko, - odrzekł p. Burbank wesoło. Do śniadania nie zasiądę z wami jutro, ale możesz mnie oczekiwać z pewnością na obiad i wieczór wszyscy razem spędzimy... Coby ci też przywieźć z Jacksonville? Na co miałabyś ochotę? Chociaż nie długo tam zabawię, zawsze będzie dosyć czasu, żeby ci co kupić... - ale czego sobie życzysz?

- Ciebie, ojcze!... - odrzekła dzieweczka.

Po tym okrzyku, tak wiernie malującym ogólny nastrój, całe grono rozeszło się, a James Burbank zajął się zabezpieczeniem domu, odpowiednio do okoliczności.

Noc przeszła spokojnie. Nazajutrz, Burbank wstawszy o świcie, udał się aleją bambusową do małego portu, gdzie polecił, by przygotowano mu łódź na godzinę 8-mą.

Wracając do Castle-House, spotkał Zermę, która zapytała:

- "Czy się pan stanowczo wybiera do Jacksonville?"

- Stanowczo i powinienem to uczynić w interesie nas wszystkich, - wszak mię rozumiesz?

- Rozumiem! Opór z pańskiej strony mógłby ściągnąć bandy Texara do Camdless-Bay.

- A tego niebezpieczeństwa, najgroźniejszego ze wszystkich, należy uniknąć bądź co bądź, odrzekł p. Burbank.

- Czy pan sobie nie życzy, żebym mu towarzyszyła?

- Przeciwnie, życzę sobie, żebyś została w plantacyi. Musisz być przy mojej żonie i przy córce, na wypadek jakiego nieszczęścia.

- Nie odstąpię ich, panie.

- Nie słyszałaś nic nowego?

- Nie! To tylko wiem, że podejrzani ludzie włóczą się dokoła plantacyi, wyraźnie dla szpiegowania. Dzisiejszej nocy także parę barek krążyło po rzece. Czyżby się domyślano, że p. Gilbert wstąpił do wojska federalnego, że zostaje pod rozkazami komandora Dupont, że może mu przyjść chęć przybycia potajemnie do Camdless-Bay?

- Mój dzielny syn! odpowiedział p. Burbank. Ale rozsądek mu nie pozwoli dopuścić się takiej nieostrożności!

- Lękam się bardzo, czy Texar tego nie miarkuje, odezwała się znów Zerma. Podobno wywiera coraz większy wpływ. Powinien się go pan wystrzegać w Jacksonville.

- Będę się wystrzegał, jak gada jadowitego! Alem ja czujny. Gdyby podczas mojej nieobecności, probował napaść na Castle-House...

- Niechaj się pan o siebie tylko lęka, nie o nas. Niewolnicy pańscy będą umieli obronić plantacyą: w razie potrzeby, dadzą się zabić co do jednego. Oni wszyscy są panu oddani, wszyscy pana kochają. Wiem, co myślą, co mówią i co by zrobili. Przychodzili tu ludzie z innych plantacyj, żeby ich zbuntować, nie udało im się to... Wszyscy oni stanowią tu jednę wielką rodzinę, która się z pańską zlewa. Możesz pan liczyć na nich.

- Wiem o tem i liczę.

Burbank powrócił do domu i, gdy nadeszła chwila odjazdu, pożegnał się z żoną, z córką i z miss Alicyą, obiecując im zachować zimną krew względem władzy, która go wezwała przed swój trybunał i nie dać jej powodu do gwałtownego postępowania. Miał on przyczynę lękać się o siebie, ale o ileż więcej trwożyło go położenie rodziny, której groziło tyle niebezpieczeństw w Castle-House!

Walter Stannard i Edward Carrol towarzyszyli mu do małego portu na krańcu alei, gdzie otrzymali jego ostatnie zlecenia poczem, przy pomyślnym wietrze południowo wschodnim, łódź szybko odpłynęła.

W godzinę później, około 10-tej, James Burbank wysiadł w Jacksonville.

Wybrzeże było podówczas prawie puste. Tylko garstka majtków wyładowywała statki do połowu śledzi. James Burbank mógł więc, niepoznany, udać się zaraz do jednego ze swoich znajomych, p. Harvey, mieszkającego na drugim końcu portu.

Ujrzawszy go, p. Harvey zadziwił się i mocno przestraszył. Nie przypuszczał on, żeby Burbank stawił się na wezwanie w Court-Justice. W mieście także nie spodziewano się tego. Co spowodowało ów lakoniczny rozkaz, tego pan Harvey nie wiedział. Prawdopodobnie, dla zadosyć uczynienia opinii publicznej, chciano zażądać od Burbanka wytłumaczenia się z postawy zachowawczej od początku wojny i z dobrze znanych idej co do niewolnictwa.

Może nawet myślą uwięzić, zatrzymać jako zastawnika, tego najbogatszego kolonistę florydzkiego? Czy nie lepiej było nieruszyć się z Camdless-Bay? Nie mógłżeby wrócić do domu, kiedy nikt jeszcze nie wie o jego przybyciu do Jacksonville?

Ale James Burbank nie po to przyjechał, żeby się cofnąć: on chciał zbadać stan rzeczy i postanowił to uczynić. Zadał więc panu Harvey kilka pytań bardzo ważnych, ze względu na jego sytuacyą.

- Czy władze zostały obalone przez menerów Jacksonvillskich?

- Jeszcze nie, ale im grozi coraz większe niebezpieczeństwo. Prawdopodobnie, za pierwszym rozruchem zostaną usunięte.

- Czy Hiszpan Texar nie przyłożył ręki do zamieszek ludowych, na jakie się zanosi?

- Owszem; jest uważany za naczelnika krańcowej partyi stronników niewolnictwa we Florydzie i zapewne, wraz ze swymi poplecznikami, zapanuje nad miastem.

- Czy się potwierdzają ostatnie fakta wojenne, o których zaczynają głosić w całej Florydzie?

- Tak, organizacya Stanów Południowych już dokonana. - Rząd, ostatecznie ustalony 22 lutego, miał za prezydenta Jeffersona Davisa, a za wiceprezydenta Stephensa, obranych na przeciąg lat 6-ciu. Na kongresie, składającym się z 2-ch Izb, zwołanym w Richmond, Jefferson Davis w 3 dni później domagał się służby obowiązującej. Od tej chwili, konfederaci odnieśli kilka razy cząstkowe i niewielkiej wagi zwycięztwa. Z resztą, chodziły pogłoski, że 24-go, znaczna część armii generała Mac Clellana puściła się poza górny Potomac, co spowodowało ewakuacyą Columbusu, dokonaną przez Południowców. Wielka bitwa groziła zatem na Missisipi, a pociągnęłaby ona za sobą starcie się armii separatystowskiej z armią generała Granta.

- A eskadra, którą komandor Dupont miał poprowadzić do ujść rzeki Ś-go Jana?

- Słychać, że za jakie 10 dni sprobuje wtargnąć w przesmyki. Jeśli Texar, ze swymi stronnikami, zechcą dopuścić się jakiego zamachu, który im odda w ręce miasto, korzystając z tego, niezwłocznie zaczną wywierać swe zemsty osobiste.

Taki był wtedy stan w Jacksonville, którego rozwiązanie mogło przyspieszyć zajście z Burbankiem.

Gdy nadeszła chwila stawienia się przed sądem, Burbank, wyszedłszy od pana Harvey, skierował się ku placowi, na którym się wznosi Court-Justice. Na ulicach panował wielki ruch, gdyż ludność tłumnie dążyła w tę stron. Czuło się, że z tej sprawy, niedoniosłej samej przez się, mogło wyniknąć zaburzenie z opłakanemi następstwami.

Na placu roił się zgiełkliwy tłum przeróżnych ludzi: mulatów, metysów i negrów. Nie wiele osób wpuszczono do sali Court-Justice, ale w znacznej części byli to stronnicy Texara, pomieszani z garstką uczciwych ludzi, przeciwnych wszelkiej niesprawiedliwości, którzy nie podołaliby podżegaczom dążącym do obalenia władz Jacksonvilskich.

Gdy James Burbank ukazał się na placu, poznano go natychmiast i rozległy się gwałtowne, złowróżbne krzyki. Kilku odważnych obywateli otoczyło go, niechcąc, żeby tak zacny i szanowany człowiek, jak osadnik z Camdles-Bay, był wystawiony, bezbronnie, na brutalne obejście tłumu. Burbank, przybyciem swojem dowiódł zarazem poczucia godności i odwagi: należało mu się więc za to odwdzięczyć.

Przy tej pomocy, James Burbank utorował sobie drogę przez plac, dotarł do Court-Justice i stanął przed kratkami, gdzie był bezprawnie zawezwany.

Prezydent miasta i jego urzędnicy zasiedli już na swych miejscach.

Byli to ludzie umiarkowani, którzy się cieszyli słusznem uznaniem. Łatwo sobie wyobrazić, ile zarzutów, ile pogróżek, przyszło im znosić od początku wojny secesyjnej, jakiej odwagi potrzebowali, żeby wytrwać na swych stanowiskach i energii, żeby się na nich utrzymać. Jeśli do owej chwili zdołali opierać się wszelkim napaściom stronnictwa, podżegającego do rozruchów, to dlatego, że, jak wiadomo, kwestya niewolnictwa, we Florydzie znacznie mniej zajmowała umysły, aniżeli w innych Stanach Południa, gdzie doprowadzała ludność do szału. Jednakże ideje Seperatystowskie codzień więcej zdobywały gruntu, a wraz z niemi, wzmagał się też wpływ awanturników, nomadów, rozproszonych w hrabstwie. Władza w tym celu nawet, postanowią zawezwać Jamesa Burbanka, po otrzymanej denuncyacyi jednego z naczelników ich partyi, Texara, - żeby dać pewne zadosyćuczynienie opinii publicznej, pozostającej pod naciskiem partyi czerwonych.

Szmer - w części przychylny, w części nieprzyjazny, jakim powitano w sali właściciela Camdles-Bay, ucichł niezadługo.

James Burbank stanął przed kratkami, ze śmiałem spojrzeniem i nieczekając nawet, żeby mu urzędnik zadał zwykłe pytania, rzekł pewnym głosem:

- "Wezwaliście Jamesa Burbanka, staje więc przed wami!"

Po zamianie pierwszych urzędowych zapytań i odpowiedzi, Burbank zapytał:

- O co jestem oskarżony?

- O stawianie opozycyi słowem, a może i czynem, - idejom i nadziejom, które winny teraz panować we Florydzie, - odpowiedział urzędnik.

- Któż mnie oskarża? - zapytał James Burbank.

- Ja!..

Był-to Texar. James Burbank poznał głos, ale nie obrócił nawet głowy w jego stronę i wzruszył tylko ramionami na znak wzgardy dla podłego oskarżyciela, który nań zagiął parol.

Towarzysze i stronnicy Texara głosem i giestami podniecali swego szefa.

- "Przedewszystkiem, - rzekł on - rzucę Jamesowi Burbankowi tę obelgę w oczy, że jest nordzistą! Jego obecność w Jacksonville, to ciągła zniewaga względem stanu skonfederowanego. Kiedy sercem i pochodzeniem należy do nordzistów, dla czego nie powrócił na Północ!

- Jestem we Florydzie, bo mi się podoba tu być, - odpad James Burbank. Od dwudziestu lat mieszkam w tem hrabstwie. Nie urodziłem się tu wprawdzie, ale, w każdym razie, jest-to wiadome, skąd pochodzę. Mówię do tych, których przeszłość jest nieznaną, którzy się kryją przed okiem ludzkiem i których prywatna egzystencya zasługuje na większe zarzuty, aniżeli moja!

Texar, bezpośrednio ugodzony tą odpowiedzią, nie stracił miny.

- Cóż więcej! - rzekł James Burbank.

- Co więcej?.. W chwili kiedy kraj ma powstać dla utrzymania niewolnictwa, kiedy gotów jest wylać krew dla odparcia wojsk federalnych, oskarżam Jamesa Burbanka jako przeciwnika niewolnictwa i propagatora idej przeciwnych niewolnictwu!

- Jamesie Burbanku, - przemówił urzędnik - ze względu na okoliczności, wśród jakich się znajdujemy, oskarżenie to jest wyjątkowej doniosłości, - oczekuję więc odpowiedzi.

- Odpowiedź moja będzie bardzo prosta, - odrzekł James Burbank. Nigdy nie zajmowałem się propagandą i nie chcę się nią zajmować; niesłuszne to oskarżenie jest fałszywe. Co się zaś tycze moich przekonań, odnośnych do niewolnictwa, niechaj mi będzie wolno je tu przypomnieć. Tak, jestem abolicyonistą! Tak, boleję nad tą walką Południa z Północą! Lękam się, żeby Południe nie sprowadziło na siebie nieszczęść, którychby mogło uniknąć i w jego własnym interesie żałuję, że nie poszło inną drogą zamiast wszczyniać wojnę, sprzeczną z rozsądkiem i z sumieniem ogółu. - Przyznacie kiedyś, że ci, którzy do was tak przemawiają, jak ja obecnie, mają słuszność za sobą. Gdy godzina przeobrażenia; postępu moralnego wybiła, szaleństwem jest opierać się.

Prócz tego, rozłączenie Południa z Północą byłoby zbrodnią przeciw ojczyźnie amerykańskiej. Ani rozum, ani sprawiedliwość, ani siła nie będą po waszej stronie i ten występek nie zostanie spełniony.

Słowa Burbanka zrazu przyjęto okrzykami, nad któremi niebawem wzięły górę gwałtowniejsze wrzaski. Większość tych ludzi, bez czci i wiary, nie mogła się zgodzić na tę szlachetną mowę. Gdy się udało urzędnikom nakazać ciszę w pretoryum, James Burbank podniósł znowu głos.

- Czekam teraz dokładniejszych oskarżeń o czyny, nie o ideje i odpowiem na nie, gdy je usłyszę.

To zachowanie się, nacechowane godnością, musiało wprawić w kłopot urzędników. Nie wiedzieli oni żadnego faktu, któryby można zarzucić Burbankowi. Ich rolą było wysłuchać tylko zaskarżeń i popierających je dowodów, jeśli jakie będą.

Texar, czując, że się musi wytłumaczyć kategoryczniej, bo inaczej nie osiągnie celu, - rzekł:

- A więc dobrze, wyznaję, że, mojem zdaniem, nie godzi się odwoływać do wolności przekonań w kwestyi niewolnictwa w chwili, kiedy kraj cały powstaje w obronie tej sprawy. Ale jeśli Jamesowi Burbankowi służy prawo myśleć, co mu się podoba, o tej kwestyi, jeśli prawda, że się nie stara zjednywać stronników dla swych idej, to w każdym razie należy mu zrobić ten zarzut, że się porozumiewa z nieprzyjacielem, stojącym u granic Florydy!

To oskarżenie o wspólnictwo z federalistami było niesłychanie ważne, ze względu na ówczesne okoliczności. Łatwo to było poznać z wrażenia, jakie wywołało. Jednakże zarzut ten był jeszcze niedosyć dobitny, należało go poprzeć faktami.

- Utrzymujesz, że się porozumiewam z nieprzyjacielem? - odpowiedział James Burbank.

- Tak - odrzekł Texar.

- Wytłumacz się jaśniej!.. Domagam się tego.

- Dobrze! - przemówił znów Texar. Ze trzy tygodnie temu, emisaryusz wyprawiony do Jamesa Burbanka, opuścił wojsko federalne lub przynajmniej flotyllę komandora Dupont. Przybył on do Camdles-Bay i śledzono go od chwili, kiedy przeszedł przez plantacyą, aż do granic Florydy. Czy zaprzeczysz temu?...

Widocznie miał na myśli człowieka, który przyniósł list od młodego porucznika. Szpiedzy Texara nie pomylili się. Tym razem oskarżenie było dokładne. Z niepokojem czekano odpowiedzi.

James Burbank bez wahania wyjawił ścisłą prawdę.

- Rzeczywiście, przybył w owym czasie pewien człowiek do Camdles-Bay, ale byłto prosty posłaniec, który nie należał do armii federalnej i przyniósł tylko list od mego syna...

- Od syna! - wykrzyknął Texar, - od syna twego, który jeśli jesteśmy dobrze powiadomieni, wstąpił do armii unionistowskiej, - od twego syna, który znajduje się może w pierwszym szeregu napastników, dążących teraz do Florydy!...

Zapalczywe słowa Texara sprawiły na publiczności silne wrażenie. Jeśli James Burbank, przyznawszy się do listu od syna wyjawi i to, że tenże służy w szeregach armii federalnej, - jakże się zdoła obronić przeciw oskarżeniu, że pozostaje w stosunkach z wrogami Południa?

- Czy zechcesz pan odpowiedzieć na fakta, zarzucone pańskiemu synowi?

- Nie, panie, - odpowiedział Burbank stanowczym głosem, - nie poczuwam się do tego obowiązku. Mój syn, o ile wiem, nie ma nic wspólnego z tą sprawą. Jestem o to tylko okarżony, żem się porozumiewał z armią federalną. Otóż przeczę temu i żądam choćby jednego na to dowodu od tego człowieka, który mię napastuje wskutek nienawiści osobistej.

- A więc przyznaje, że jego syn bije się w tej chwili przeciw konfederatom? - wykrzyknął Texar.

- Nie mam nic do przyznania.. nic - odpowiedział James Burbank. Toś ty powinien udowodnić swoje zarzuty!

- Dobrze!... Udowodnię! - odparł Texar. - Za kilka dni będę w posiadaniu żądanego dowodu, a gdy go będę miał...

- Gdy go pan będziesz miał, wtedy będziemy mogli wyrokować o tym fakcie; ale dotąd, nie widzę zarzutów, na jakie James Burbank miałby odpowiadać, - rzekł urzędnik.

- Byłoto przemówienie prawego człowieka; ale publiczność, uprzedzona do Burbanka, źle przyjęła słuszne słowa urzędnika; zwłaszcza też stronnicy Texara szemrali, a nawet odzywali się z protestami. Hiszpan, który to zmiarkował, dając już pokój faktom, odnośnym do Gilberta, wrócił do bezpośrednich zarzutów względem jego ojca.

- Tak, - powtórzył, - poprę dowodami wszystko, com powiedział, - mianowicie to, że James Burbank jest w stosunkach z nieprzyjacielem, który się gotuje do zagarnięcia Florydy. Tymczasem opinie, które wygłasza publicznie, - opinie tak niebezpieczne dla sprawy niewolnictwa, są zgubą dla nas. Z tejto przyczyny, w imieniu, wszystkich posiadaczy niewolników, którzy nigdy nie poddadzą się jarzmu, jakie im Północ chce narzucić, domagam się przytrzymania jego osoby...

- Tak!.. Tak!... wykrzyknęli stronnicy Texara podczas kiedy część zgromadzenia daremnie probowała zaprotestować przeciw temu nieuzasadnionemu żądaniu.

Gdy urzędnik zdołał przywrócić ciszę w audytoryum, James Burbank zabrał znowu głos:

- Opieram się całą siłą, całem prawem mojem tej samowoli, do jakiej chcecie doprowadzić władze. Prawda, jestem abolicyonistą, przyznałem to już, - ale sądzę, ze wszystkie przekonania są uprawnione wobec systemu rządu - opartego na wolności. Dotychczas nie jest to zbrodnią, być przeciwnym niewolnictwu; a gdzie niema winy, tam prawo nie jest mocne wymierzać karę!...

Szala opinii zdawała się przechylać na stronę Burbanka. Texar, widząc to, musiał uznać za potrzebne odrzucić chwilowo swoję broń, jako nietrafiającą do celu i, zastąpić ją inną, czyniąc więc niespodziany zwrot, - rzekł do Burbanka:

- Kiedyś przeciwny niewolnictwu, to wyzwólże swoich niewolników!...

- Wyzwolę ich! - odpowiedział Burbank, - wyzwolę, gdy przyjdzie na to czas.

- Uczynisz to, gdy armia federalna zawładnie Florydą! - odrzekł Texar. Potrzebujesz żołnierzy Shermana i marynarzy Dupont'a, żeby się odważyć na pogodzenie swoich czynów z idejami. Jest-to ostrożne ale - podle!!!

- Podłe? - zawołał oburzony Burbank, który nie zmiarkował, że przeciwnik zastawia na niego sidła.

- Tak, podłe! - powtórzył Texar. - Odważże się w prowadzić swoje przekonania w praktykę! - Doprawdy, możnaby myśleć, że się ubiegasz za łatwą popularnością, dla ujęcia sobie ludności z Północy! - Tak! Udajesz przeciwnika niewolnictwa, ale w głębi duszy, przez interesowność, jesteś jego stronnikiem!

James Burbank, usłyszawszy tę obelgę, wyprostował się i obrzucił oskarżyciela wzgardliwem spojrzeniem. Tego już nie mógł znieść, gdyż zarzut obłudy był w zupełnej sprzeczności z jego postępowaniem otwartem i prawem.

- Mieszkańcy Jacksonville!- - zawołał gromkim głosem, żeby go usłyszało całe zromadzenie. - Od dziś dnia, nie mam ani jednego niewolnika. Dziś jeszcze ogłoszę zniesienie niewolnictwa w Camdles-Bay!

Zrazu, śmiałą tę deklaracyę przyjęto okrzykami - hurra! Rzeczywiście była ona raczej dowodem niezwykłej odwagi, aniżeli roztropności. James Burbank dał się porwać oburzeniu.

Niestety, było-to oczywiste, że ten krok narazi na szwank interesa innych plantatorów florydzkich; natychmiast nastąpiła też reakcya pomiędzy publicznością w Court-Justice. Oklaski przygłuszone zostały złowróżbnemi krzykami nietylko ludzi, którzy z zasady bronili niewolnictwa, ale i tych którzy byli obojętni na tę kwestyą. Poplecznicy Texara skorzystaliby z tego zwrotu dla dopuszczenia się jakiego gwałtu na osobie Burbanka, gdyby nie to, że sam Hiszpan poskromił ich, mówiąc: "Dajcie pokój!". James Burbank rozbroił się własną ręką!... Teraz już go mamy!...

Słowa te, których znaczenie czytelnik zrozumie niezadługo, były dostateczne dla pohamowania tych zwolenników gwałtownych środków. Dlatego też, gdy urzędnicy oznajmili Burbankowi, że się może oddalić, nie doznał on w tem żadnej przeszkody. Wobec braku wszelkich dowodów, nie było przyczyny, na żądanie Texara, uwięzić Burbanka. Później, jeżeliby Hiszpan, upierający się przy swych oskarżeniach, udowodnił zmowę Burbanka z nieprzyjacielem, władze rozpoczęłyby nanowo śledztwo, - ale do owej chwili, James Burbank miał pozostać wolnym.

Wprawdzie, deklaracya jego co do ludności z Camdless-Bay, złożona publicznie, w przyszłości miała być wyzyskaną przeciwko władzom miejskim, a na korzyść partyi ruchów.

Bądź co bądź, gdy James Burbank wychodził z Court-Justice, jakkolwiek szły za nim niechętne mu tłumy, policya zdołała powstrzymać wszelkie gwałty. Były krzyki, pogróżki, ale nie przyszło do brutalnych czynów. Widocznie osłaniał go wpływ Texara. Udało mu się bez szwanku dotrzeć do portu, gdzie łódź na niego czekała. Tam pożegnał, się z p. Harvey, który mu towarzyszył; poczem odbiwszy od brzegu, pozostawił za sobą wrzaski krzykaczy Jacksonvilskich.

Po upływie 2-ch godzin, dostał się on nareszcie do tamy w Camdles-Bay, gdzie oczekiwała go rodzina. Jakże się ten światek uradował na jego widok. Tyle było powodów lękać się, żeby go nie przytrzymano...

Całując małą Dy, - rzekł on: "obiecałem ci powrócić na obiad, a wiesz dobrze, moja droga, że zawsze dotrzymuję obietnicy!..

 

III. O? en est la guerre de Sécession

 

Quelques mots sur la guerre de Sécession, a laquelle cette histoire doit ?tre intimement m?lée.

Et, tout d'abord, que ceci soit bien établi d?s le début: ainsi que l'a dit le comte de Paris, ancien aide de camp du général Mac Clellan, dans sa remarquable Histoire de la guerre civile en Amérique, cette guerre n'a eu pour cause ni une question de tarifs, ni une différence réelle d'origine entre le Nord et le Sud. La race anglo-saxonne régnait également sur tout le territoire des États-Unis. Aussi, la question commerciale n'a-t- elle jamais été en jeu dans cette terrible lutte entre fr?res. "C'est l'esclavage qui, prospérant dans une moitié de la république et aboli dans l'autre, y avait créé deux sociétés hostiles. Il avait profondément modifié les moeurs de celle o? il dominait, tout en laissant intactes les formes apparentes du gouvernement. C'est lui qui fut non pas le prétexte ou l'occasion, mais la cause unique de l'antagonisme dont la conséquence inévitable fut la guerre civile."

Dans les États a esclaves, il y avait trois classes. En bas, quatre millions de N?gres asservis, soit le tiers de la population. En haut, la caste des propriétaires, relativement peu instruite, riche, dédaigneuse, qui se réservait absolument la direction des affaires publiques. Entre les deux, la classe remuante, paresseuse, misérable, des petits Blancs. Ceux-ci, contre toute attente, se montr?rent ardents pour le maintien de l'esclavage, par crainte de voir la classe des N?gres affranchis s'élever a leur niveau.

Le Nord devait donc trouver contre lui non seulement les riches propriétaires, mais aussi ces petits Blancs qui, surtout dans les campagnes, vivaient au milieu de la population serve. La lutte fut donc effroyable. Elle produisit m?me dans les familles de telles dissensions que l'on vit des fr?res combattre, l'un sous le drapeau confédéré, l'autre sous le drapeau fédéral. Mais un grand peuple ne devait pas hésiter a détruire l'esclavage jusque dans ses racines. D?s le si?cle dernier, l'illustre Franklin en avait demandé l'abolition. En 1807, Jefferson avait recommandé au Congr?s "de prohiber un trafic dont la moralité, l'honneur et les plus chers intér?ts du pays exigeaient depuis longtemps la disparition". Le Nord eut donc raison de marcher contre le Sud et de le réduire. D'ailleurs, il allait s'ensuivre une union plus étroite entre tous les éléments de la république, et la destruction de cette illusion si funeste, si menaçante, que chaque citoyen devait d'abord obéissance a son propre État, et, seulement en second lieu, a l'ensemble de la fédération américaine.

Or, ce fut précisément en Floride, que se réveill?rent les premi?res questions relatives a l'esclavage. Au commencement de ce si?cle, un chef indien métis, nommé Oscéola, avait pour femme une esclave marronne, née dans ces parties marécageuses du territoire floridien qu'on nomme Everglades. Un jour, cette femme fut ressaisie comme esclave et emmenée par force. Oscéola souleva les Indiens, commença la campagne anti-esclavagiste, fut pris et mourut dans la forteresse o? on l'avait enfermé. Mais la guerre continua, et, dit l'historien Thomas Higginson, "la somme d'argent que nécessita une pareille lutte fut trois fois plus considérable que celle qui avait été jadis payée a l'Espagne pour l'acquisition de la Floride".

Voici maintenant quels avaient été les débuts de cette guerre de Sécession; puis quel était l'état des choses pendant ce mois de février 1862, époque o? James Burbank et sa famille allaient éprouver des contre-coups si terribles qu'il nous a paru intéressant d'en avoir fait l'objet de cette histoire.

Le 16 octobre 1859, l'héro?que capitaine John Brown, a la t?te d'une petite troupe d'esclaves fugitifs, s'empare de Harpers-Ferry en Virginie. L'affranchissement des hommes de couleur, tel est son but. Il le proclame hautement. Vaincu par les compagnies de la milice, il est fait prisonnier, condamné a mort et pendu a Charlestown, le 2 décembre 1859, avec six de ses compagnons.

Le 20 décembre 1860, une convention se réunit dans la Caroline du Sud et adopte d'enthousiasme le décret de sécession. L'année suivante, le 4 mars 1861, Abraham Lincoln est nommé président de la république. Les États du Sud regardent son élection comme une menace pour l'institution de l'esclavage. Le 11 avril 1861, le fort Sumter, un de ceux qui défendent la rade de Charlestown, tombe au pouvoir des sudistes, commandés par le général Beauregard. La Caroline du Nord, la Virginie, l'Arkansas, le Tennessee, adh?rent aussitôt a l'acte séparatiste.

Soixante-quinze mille volontaires sont levés par le gouvernement fédéral. Tout d'abord, on s'occupe de mettre Washington, la capitale des États-Unis d'Amérique, a l'abri d'un coup de main des confédérés. On ravitaille les arsenaux du Nord qui étaient vides, alors que ceux du Sud avaient été largement approvisionnés sous la présidence de Buchanan. Le matériel de guerre se compl?te au prix des plus extraordinaires efforts. Puis, Abraham Lincoln déclare les ports du Sud en état de blocus.

C'est en Virginie que se passent les premiers faits de guerre. Mac Clellan repousse les rebelles dans l'Ouest. Mais, le 21 juillet, a Bull-Run, les troupes fédérales, réunies sous les ordres de Mac Dowel, sont mises en déroute et s'enfuient jusqu'a Washington. Si les sudistes ne tremblent plus pour Richmond, leur capitale, les nordistes ont lieu de trembler pour la capitale de la République américaine. Quelques mois apr?s, les fédéraux sont encore défaits a Ball's-Bluff. Toutefois, cette affaire malheureuse est bientôt compensée par diverses expéditions, qui mirent aux mains des unionistes le fort Hatteras et Port-Royal-Harbour, dont les séparatistes ne parvinrent plus a s'emparer. A la fin de 1861, le commandement général des troupes de l'Union est donné au major- général George Mac Clellan.

Cependant, cette année-la, les corsaires esclavagistes ont couru les mers des deux mondes. Ils ont trouvé accueil dans les ports de la France, de l'Angleterre, de l'Espagne et du Portugal, - faute grave qui, en reconnaissant aux sécessionnistes les droits de belligérants, eut pour résultat d'encourager la course et de prolonger la guerre civile.

Puis, vinrent les faits maritimes qui eurent un si grand retentissement. C'est le Sumter et son fameux capitaine Semmes. C'est l'apparition du bélier Manassas. C'est, le 12 octobre, le combat naval a la t?te des passes du Mississipi. C'est, le 8 novembre, la prise du Trent, navire anglais a bord duquel le capitaine Wilkes capture les commissaires confédérés - ce qui faillit amener la guerre entre l'Angleterre et les États-Unis.

Entre-temps, les abolitionnistes et les esclavagistes se livrent de sanglants combats avec des alternatives de succ?s et de revers jusque dans l'État du Missouri. Des principaux généraux du Nord, l'un, Lyon, est tué, ce qui provoque la retraite des fédéraux a Rolla et la marche de Price avec les troupes confédérées vers le Nord. On se bat a Frederictown, le 21 octobre, a Springfield, le 25, et, le 27, Frémont occupe cette ville avec les fédéraux. Au 19 décembre, le combat de Belmont, entre Grant et Polk, demeure incertain. Enfin, l'hiver, si rigoureux dans ces contrées de l'Amérique septentrionale, vient mettre un terme aux opérations.

Les premiers mois de l'année 1862 sont employés en efforts véritablement prodigieux de part et d'autre.

Au Nord, le Congr?s vote un projet de loi qui l?ve cinq cent mille volontaires - ils seront un million a la fin de la lutte -, et approuve un emprunt de cinq cent millions de dollars. Les grandes armées sont créées, principalement celle du Potomac. Leurs généraux sont Banks, Butler, Grant, Sherman, Mac Clellan, Meade, Thomas, Kearney, Halleck, pour ne citer que les plus cél?bres. Tous les services vont entrer en fonction. Infanterie, cavalerie, artillerie, génie, sont endivisionnés d'une mani?re a peu pr?s uniforme. Le matériel de guerre se fabrique a outrance, carabines Minié et Colt, canons rayés des syst?mes Parrott et Rodman, canons a âme lisse et columbiads Dahlgren, canons-obusiers, canons- revolvers, obus Shrapnell, parcs de si?ge. On organise la télégraphie et l'aérostation militaire, le reportage des grands journaux, les transports qui seront faits par vingt mille chariots attelés de quatre-vingt-quatre mille mules. On réunit des approvisionnements de toutes sortes, sous la direction du chef de l'ordonnance. On construit de nouveaux navires du type bélier, les "rams" du colonel Ellet, les "gun-boats" ou canonni?res du commodore Foote, qui vont apparaître pour la premi?re fois dans une guerre maritime.

Au Sud, le z?le n'est pas moins grand. Il y a bien les fonderies de canon de la Nouvelle-Orléans, celles de Memphis, les forges de Tredogar, pr?s de Richmond, qui fabriquent des Parrotts et des Rodmans. Mais cela ne peut suffire. Le gouvernement confédéré s'adresse a l'Europe. Li?ge et Birmingham lui envoient des cargaisons d'armes, des pi?ces des syst?mes Armstrong et Whitworth. Les forceurs de blocus, qui viennent chercher a vil prix du coton dans ses ports, n'en obtiennent qu'en échange de tout ce matériel de guerre. Puis l'armée s'organise. Ses généraux sont Johnston, Lee, Beauregard, Jackson, Critenden, Floyd, Pillow. On adjoint des corps irréguliers, tels que milices et guérillas, aux quatre cent mille volontaires, enrôlés pour trois ans au plus et un an au moins, que le Congr?s séparatiste, a la date du 8 ao?t, accorde a son président Jefferson Davis.

Cependant ces préparatifs n'emp?chent pas la lutte de reprendre d?s la seconde moitié du premier hiver. De tout le territoire a esclaves, le gouvernement fédéral n'occupe encore que le Maryland, la Virginie occidentale, le Kentucky en quelques portions, le Missouri pour la plus grande part, et un certain nombre de points du littoral.

Les nouvelles hostilités commencent d'abord dans l'est du Kentucky. Le 7 janvier, Garfield bat les confédérés a Middle- Creek, et le 20, ils sont de nouveau battus a Logan-Cross ou Mill- Springs. Le 2 février, Grant s'embarque avec deux divisions sur quelques grands vapeurs du Tennessee que va soutenir la flottille cuirassée de Foote. Le 6, le fort Henry tombe en son pouvoir. Ainsi est brisé un anneau de cette chaîne "sur laquelle, dit l'historien de cette guerre civile, s'appuyait tout le syst?me de défense de son adversaire Johnston". Le Cumberland et la capitale du Tennessee sont donc menacés directement et a court délai par les troupes fédérales. Aussi Johnston cherche-t-il a concentrer toutes ses forces au fort Donelson, afin de retrouver un point d'appui plus s?r pour la défensive.

A cette époque, une autre expédition, comprenant un corps de seize mille hommes sous les ordres de Burnside, une flottille composée de vingt-quatre vapeurs armés en guerre et de cinquante transports, descend la Chesapeake et appareille de Hampton-Roads, le 12 janvier. Malgré de violentes temp?tes, le 24 janvier, elle donne dans les eaux du Pimlico-Sound pour s'emparer de l'île Roanoke et réduire la côte de la Caroline du Nord. Mais l'île est fortifiée. A l'ouest, le canal se défend par un barrage de coques submergées. Des batteries et des ouvrages de campagne en rendent l'acc?s difficile. Cinq a six mille hommes, soutenus par une flottille de sept canonni?res, sont pr?ts a emp?cher tout débarquement. Néanmoins, malgré le courage de ses défenseurs, du 7 au 8 février, cette île tombe au pouvoir de Burnside avec vingt canons et plus de deux mille prisonniers. Le lendemain, les fédéraux sont maîtres d'Elizabeth-City et de toute la côte de l'Albemarle-Sound, c'est-a-dire du nord de cette mer intérieure.

Enfin, pour achever de décrire la situation jusqu'au 6 février, il faut parler de ce général sudiste, cet ancien professeur de chimie, Jackson, ce soldat puritain qui défend la Virginie. Apr?s le rappel de Lee a Richmond, il commande l'armée. Il quitte Vinchester, le 1er janvier, avec ses dix mille hommes, traverse les Alléghanies pour prendre Bath sur le railway de l'Ohio. Vaincu par le climat, écrasé par les temp?tes de neige, il est forcé de rentrer a Vinchester, sans avoir atteint son objectif.

Et maintenant, en ce qui concerne plus spécialement les côtes du Sud, depuis la Caroline jusqu'a la Floride, voici ce qui s'est passé.

Durant la seconde moitié de l'année 1861, le Nord possédait assez de rapides bâtiments pour faire la police de ces mers, bien qu'il n'e?t pu s'emparer du fameux Sumter, qui, en janvier 1862, vint relâcher a Gibraltar, afin d'exploiter les eaux européennes. Le Jefferson-Davis, voulant échapper aux fédéraux, se réfugie a Saint-Augustine en Floride et périt au moment o? il donne dans les passes. Presque en m?me temps, un des navires employés a la croisi?re de la Floride, l'Anderson, capture le corsaire Beauregard. Mais, en Angleterre, de nouveaux bâtiments sont armés pour la course. C'est alors qu'une proclamation d'Abraham Lincoln étend le blocus aux côtes de la Virginie et de la Caroline du Nord, et m?me le blocus fictif, le blocus sur le papier, qui comprend quatre mille cinq cents kilom?tres de côtes. Pour les surveiller, on n'a que deux escadres: l'une doit bloquer l'Atlantique, l'autre le golfe du Mexique.

Le 12 octobre, pour la premi?re fois, les confédérés tentent de dégager les bouches du Mississipi avec le Manassas - premier navire qui fut blindé pendant cette guerre - soutenu d'une flottille de br?lots. Si le coup ne réussit pas, si la corvette Richmond peut s'en tirer saine et sauve le 29 décembre, un petit vapeur, le Sea-Bird, parvient a enlever une goélette fédérale en vue du fort Monroe.

Cependant, il est nécessaire d'avoir un point qui puisse servir de base d'opération pour les croisi?res de l'Atlantique. Le gouvernement fédéral décide alors de s'emparer du fort Hatteras, qui commande la passe du m?me nom, passe tr?s fréquentée par les forceurs de blocus. Ce fort est difficile a prendre. Il est soutenu par une redoute carrée, appelée fort Clark. Un millier d'hommes et le 7e régiment de la Caroline du Nord concourent a le défendre. N'importe. L'escadre fédérale, composée de deux frégates, trois corvettes, un aviso, deux grands vapeurs, vient mouiller le 27 ao?t devant les passes. Le commodore Stringham et le général Butler attaquent. La redoute est prise. Le fort Hatteras, apr?s une assez longue résistance, hisse le drapeau blanc. La base d'opération est acquise aux nordistes pour toute la durée de la guerre.

En novembre, c'est l'île de Santa-Rosa, a l'est de Pensacola, sur le golfe du Mexique, une dépendance de la côte floridienne, qui, malgré les efforts des confédérés, reste au pouvoir des fédéraux.

Toutefois, la prise du fort Hatteras ne paraît pas suffisante pour la bonne conduite des opérations ultérieures. Il faut occuper d'autres points sur le littoral de la Caroline du Sud, de la Géorgie, de la Floride. Deux frégates a vapeur, le Wasbah et le Susquehannah, trois frégates a voiles, cinq corvettes, six canonni?res, plusieurs avisos, vingt-cinq bâtiments charbonniers chargés des approvisionnements, trente-deux vapeurs pouvant transporter quinze mille six cents hommes sous les ordres du général Sherman, sont donnés au commodore Dupont. La flottille appareille le 25 octobre, devant le fort Monroe. Apr?s avoir essuyé un terrible coup de vent au large du cap Hatteras, elle vient reconnaître les passes de Hilton-Head, entre Charlestown et Savannah. La est la baie de Port-Royal, l'une des plus importantes de la confédération américaine, o? le général Ripley commande les forces des esclavagistes. Les deux forts Walker et Beauregard battent l'entrée de la baie a quatre mille m?tres l'un de l'autre. Huit vapeurs la défendent, et sa barre la rend presque inabordable a une flotte d'assaillants.

Le 5 novembre, le chenal a été balisé, et, apr?s un échange de quelques coups de canon, Dupont pén?tre dans la baie, sans pouvoir débarquer encore les troupes de Sherman. Le 7, avant midi, il attaque le fort Walker, puis le fort Beauregard. Il les écrase sous une gr?le de ses plus gros obus. Les forts sont évacués. Les fédéraux en prennent possession presque sans combat, et Sherman occupe ce point si important pour la suite des opérations militaires. C'était un coup porté au coeur m?me des États esclavagistes. Les îles voisines tombent l'une apr?s l'autre au pouvoir des fédéraux, m?me l'île Tybee et le fort Pulaski, lequel commande la rivi?re de Savannah. L'année finie, Dupont est maître des cinq grandes baies de North-Edisto, de Saint-Helena, de Port- Royal, de Tybee, de Warsaw, et de tout ce chapelet d'îlots semés sur la côte de la Caroline et de la Géorgie. Enfin, le 1er janvier 1862, un dernier succ?s lui permet de réduire les ouvrages confédérés, élevés sur les rives du Coosaw.

Telle était la situation des belligérants au commencement de février de l'année 1862. Tels étaient les progr?s du gouvernement fédéral vers le Sud, au moment o? les navires du commodore Dupont et les troupes de Sherman menaçaient la Floride.

 

II. Camdless-Bay

 

Camdless-Bay, tel était le nom de la plantation qui appartenait a James Burbank. C'est la que le riche colon demeurait avec toute sa famille. Ce nom de Camdless venait d'une des criques du Saint- John, qui s'ouvre un peu en amont de Jacksonville et sur la rive opposée du fleuve. Par suite de cette proximité, on pouvait communiquer facilement avec la cité floridienne. Une bonne embarcation, un vent de nord ou de sud, en profitant du jusant pour aller ou du flot pour revenir, il ne fallait pas plus d'une heure pour franchir les trois milles, qui séparent Camdless-Bay de ce chef-lieu du comté de Duval.

James Burbank possédait une des plus belles propriétés du pays. Riche par lui-m?me et par sa famille, sa fortune se complétait encore d'immeubles importants, situés dans l'État de New-Jersey, qui confine a l'État de New-York.

Cet emplacement, sur la rive droite du Saint-John, avait été tr?s heureusement choisi pour y fonder un établissement d'une valeur considérable. Aux heureuses dispositions déja fournies par la nature, la main de l'homme n'avait rien eu a reprendre. Ce terrain se pr?tait de lui-m?me a tous les besoins d'une vaste exploitation. Aussi la plantation de Camdless-Bay, dirigée par un homme intelligent, actif, dans toute la force de l'âge, bien secondé de son personnel, et auquel les capitaux ne manquaient point, était-elle en parfait état de prospérité.

Un périm?tre de douze milles, une surface de quatre mille acres [environ 3000 hectares], telle était la contenance superficielle de cette plantation. S'il en existait de plus grandes dans les États du sud de l'Union, il n'en était pas de mieux aménagées. Maison d'habitation, communs, écuries, étables, logements pour les esclaves, bâtiments d'exploitation, magasins destinés a contenir les produits du sol, chantiers disposés pour leur manipulation, ateliers et usines, railways convergeant de la périphérie du domaine vers le petit port d'embarquement, routes pour les charrois, tout était merveilleusement compris au point de vue pratique. Que ce fut un Américain du Nord qui e?t conçu, ordonné, exécuté ces travaux, cela se voyait d?s le premier coup d'oeil. Seuls, les établissements de premier ordre de la Virginie ou des Carolines eussent pu rivaliser avec le domaine de Camdless-Bay. En outre, le sol de la plantation comprenait des "high-hummoks", hautes terres naturellement appropriées a la culture des céréales, des "low- hummoks", basses terres qui conviennent plus spécialement a la culture des caféiers et des cacaoyers, des "marshs", sortes de savanes salées, o? prosp?rent les rizi?res et les champs de cannes a sucre.

On le sait, les cotons de la Géorgie et de la Floride sont des plus appréciés sur les divers marchés de l'Europe et de l'Amérique, grâce a la longueur et la qualité de leurs soies. Aussi, les champs de cotonniers, avec leurs plants dessinés en lignes réguli?rement espacées, leurs feuilles d'un vert tendre, leurs fleurs de ce jaune o? l'on retrouve la pâleur des mauves, produisaient-ils un des plus importants revenus de la plantation. A l'époque de la récolte, ces champs, d'une superficie d'un acre a un acre et demi, se couvraient de cases o? demeuraient alors les esclaves, femmes et enfants, chargés de cueillir les capsules et d'en tirer les flocons, - travail tr?s délicat qui ne doit point en altérer les fibres. Ce coton, séché au soleil, nettoyé par le moulinage au moyen de roues a dents et de rouleaux, comprimé a la presse hydraulique, mis en ballots cerclés de fer, était ainsi emmagasiné pour l'exportation. Les navires a voile ou a vapeur pouvaient venir prendre chargement de ces ballots au port m?me de Camdless-Bay.

Concurremment avec les cotonniers, James Burbank exploitait aussi de vastes champs de caféiers et de cannes a sucre. Ici, c'étaient des réserves de mille a douze cents arbustes, hauts de quinze a vingt pieds, semblables par leurs fleurs a des jasmins d'Espagne, et dont les fruits, gros comme une petite cerise, contiennent les deux grains qu'il n'y a plus qu'a extraire et a faire sécher. La, c'étaient des prairies, on pourrait dire des marais, hérissés de milliers de ces longs roseaux, hauts de neuf a dix-huit pieds, dont les panaches se balancent comme les cimiers d'une troupe de cavalerie en marche. Objet de soins tout spéciaux a Camdless-Bay, cette récolte de cannes donnait le sucre sous forme d'une liqueur que la raffinerie, tr?s en progr?s dans les États du Sud, transformait en sucre raffiné; puis, comme produits dérivés, les sirops qui servent a la fabrication du tafia ou du rhum, et le vin de canne, mélange de la liqueur saccharine avec du jus d'ananas et d'oranges. Bien que moins importante, si on la comparait a celle des cotonniers, cette culture ne laissait pas d'?tre tr?s fructueuse. Quelques enclos de cacaoyers, des champs de ma?s, d'ignames, de patates, de blé indien, de tabac, deux ou trois centaines d'acres en rizi?res, apportaient encore un large tribut de bénéfices a l'établissement de James Burbank.

Mais il se faisait encore une autre exploitation qui procurait des gains au moins égaux a ceux de l'industrie cotonni?re. C'était le défrichement des inépuisables for?ts dont la plantation était couverte. Sans parler du produit des cannelliers, des poivriers, des orangers, des citronniers, des oliviers, des figuiers, des manguiers, des jaquiers, ni du rendement de presque tous les arbres a fruits de l'Europe, dont l'acclimatement est superbe en Floride, ces for?ts étaient soumises a une coupe réguli?re et constante. Que de richesses en camp?che, en gazumas ou ormes du Mexique, maintenant employés a tant d'usages, en baobabs, en bois corail a tiges et a fleurs d'un rouge de sang, en paviers, sortes de marronniers a fleurs jaunes, en noyers noirs, en ch?nes-verts, en pins australs, qui fournissent d'admirables échantillons pour la charpente et la mâture, en pachiriers, dont le soleil de midi fait éclater les graines comme autant de pétards, en pins- parasols, en tulipiers, sapins, c?dres et surtout en cypr?s, cet arbre si répandu a la surface de la péninsule qu'il y forme des for?ts dont la longueur va de soixante a cent milles. James Burbank avait d? créer plusieurs scieries importantes en divers points de la plantation. Des barrages, établis sur quelques-uns des rios, tributaires du Saint-John, convertissaient en chute leur cours paisible, et ces chutes donnaient largement la force mécanique que nécessitait le débit des poutres, madriers ou planches, dont cent navires auraient pu prendre, chaque année, des cargaisons enti?res.

Il faut citer, en outre, de vastes et grasses prairies, qui nourrissaient des chevaux, des mules, et un nombreux bétail, dont les produits subvenaient a tous les besoins agricoles.

Quant aux volatiles d'esp?ces si variées, qui habitaient les bois ou couraient les champs et les plaines, on imaginerait difficilement a quel point ils pullulaient a Camdless-Bay - comme dans toute la Floride, d'ailleurs. Au-dessus des for?ts planaient les aigles a t?te blanche, de grande envergure, dont le cri aigu ressemble a la fanfare d'une trompette f?lée, des vautours, d'une férocité peu ordinaire, des butors géants, au bec pointu comme une ba?onnette. Sur la rive du fleuve, entre les grands roseaux de la berge, sous l'entrecroisement des bambous gigantesques, vivaient des flamants rosés ou écarlates, des ibis tout blancs qu'on e?t dit envolés de quelque monolithe égyptien, des pélicans de taille colossale, des myriades de sternes, des hirondelles de mer de toutes sortes, des crabiers v?tus d'une huppe et d'une pelisse verte, des courlans, au plumage de pourpre, au duvet brun et tacheté de points blanchâtres, des jacamars, martins-p?cheurs a reflets dorés, tout un monde de plongeons, de poules d'eau, de canards "widgeons" appartenant a l'esp?ce des siffleurs, des sarcelles, des pluviers, sans compter les pétrels, les puffins, les becs-en-ciseaux, les corbeaux de mer, les mouettes, les paille-en-queue, qu'un coup de vent suffisait a chasser jusqu'au Saint-John, et parfois m?me des exocets ou poissons-volants, qui sont de bonne prise pour les gourmets. A travers les prairies pullulaient les bécassines, les bécasseaux, les courlis, les barges marbrées, les poules sultanes au plumage a la fois rouge, bleu, vert, jaune et blanc comme une palette volante, les coqs a fraise, les perdrix ou "colins-ou?s", les écureuils grisâtres, les pigeons a t?te blanche et a pattes rouges; puis, comme quadrup?des comestibles, des lapins a queue longue, intermédiaires entre le lapin et le li?vre d'Europe, des daims par hardes; enfin des raccoons ou ratons-laveurs, des tortues, des ichneumons, et aussi, par malheur, trop de serpents d'esp?ce venimeuse. Tels étaient les représentants du r?gne animal sur ce magnifique domaine de Camdless-Bay, - sans compter les N?gres, mâles et femelles, asservis pour les besoins de la plantation. Et de ces ?tres humains, que fait donc cette monstrueuse coutume de l'esclavage, si ce n'est des animaux, achetés ou vendus comme b?tes de somme?

Comment James Burbank, un partisan des doctrines anti- esclavagistes, un nordiste qui n'attendait que le triomphe du Nord, n'avait-il donc pas encore affranchi les esclaves de sa plantation? Hésiterait-il a le faire, d?s que les circonstances le permettraient? Non, certes! Et ce n'était plus qu'une question de semaines, de jours peut-?tre, puisque l'armée fédérale occupait déja quelques points rapprochés de l'État limitrophe et se préparait a opérer en Floride.

Déja, d'ailleurs, James Burbank avait pris a Camdless-Bay toutes les mesures qui pouvaient améliorer le sort de ses esclaves. Ils étaient environ sept cents noirs des deux sexes, proprement logés dans de larges baraccons [Également orthographié baracon : Sorte de comptoir européen sur le littoral africain o? les noirs, vendus comme esclaves, étaient rassemblés avant d'?tre embarqués sur les vaisseaux négriers.], entretenus avec soin, nourris a leur convenance, ne travaillant que dans la limite de leurs forces. Le régisseur-général et les sous-régisseurs de la plantation avaient ordre de les traiter avec justice et douceur. Aussi, les divers services n'en étaient-ils que mieux remplis, bien que depuis longtemps les châtiments corporels ne fussent plus en usage a Camdless-Bay. Contraste frappant avec les habitudes de la plupart des autres plantations floridiennes, et syst?me qui n'était pas vu sans défaveur par les voisins de James Burbank. De la, comme on va s'en rendre compte, une situation tr?s difficile dans le pays, surtout a cette époque o? le sort des armes allait trancher la question de l'esclavage.

Le nombreux personnel de la plantation était logé dans des cases saines et confortables. Groupées par cinquantaines, ces cases formaient une dizaine de hameaux, autrement dit baraccons, agglomérés le long des eaux courantes. La, ces Noirs vivaient avec leurs femmes et leurs enfants. Chaque famille était autant que possible affectée au m?me service des champs, des for?ts ou des usines, de mani?re que ses membres ne fussent point dispersés, aux heures de travail. A la t?te de ces divers hameaux, un sous- régisseur, faisant les fonctions de gérant, pour ne pas dire de maire, administrait sa petite commune, qui relevait du chef-lieu de canton. Ce chef-lieu, c'était le domaine privé de Camdless-Bay, enfermé dans un périm?tre de hautes palissades, dont les palanques, sortes de pieux jointifs, plantés verticalement, se cachaient a demi sous la verdure de l'exubérante végétation floridienne. La s'élevait l'habitation particuli?re de la famille Burbank.

Moitié maison, moitié château, cette habitation avait reçu et méritait le nom de Castle-House.

Depuis bien des années, Camdless-Bay appartenait aux anc?tres de James Burbank. A une époque o? les déprédations des Indiens étaient a craindre, ses possesseurs avaient d? en fortifier la principale demeure. Le temps n'était pas éloigné o? le général Jessup défendait encore la Floride contre les Séminoles. Pendant longtemps, les colons avaient eu terriblement a souffrir de ces nomades. Non seulement le vol les dépouillait, mais le meurtre ensanglantait leurs habitations que l'incendie détruisait ensuite. Les villes elles-m?mes furent plus d'une fois menacées de l'invasion et du pillage. En maint endroit s'él?vent des ruines que ces sanguinaires Indiens ont laissées apr?s leur passage. A moins de quinze milles de Camdless-Bay, pr?s du hameau de Mandarin, on montre encore la "maison de sang", dans laquelle un colon, M. Motte, sa femme et ses trois jeunes filles, avaient été scalpés, puis massacrés par ces bandits. Mais, actuellement, la guerre d'extermination entre l'homme blanc et l'homme rouge est finie. Les Séminoles, vaincus finalement, ont d? se réfugier au loin, vers l'ouest du Mississipi. On n'entend plus parler d'eux, sauf de quelques bandes qui errent encore dans la portion marécageuse de la Floride méridionale. Le pays n'a donc plus rien a craindre de ces féroces indig?nes.

On comprend d?s lors que les habitations des colons eussent été construites de mani?re a pouvoir tenir contre une attaque soudaine des Indiens, et résister en attendant l'arrivée des bataillons de volontaires, enrégimentés dans les villes ou hameaux du voisinage. Ainsi avait-il été fait du château de Castle-House.

Castle-House s'élevait sur un léger renflement du sol, au milieu d'un parc réservé, d'une superficie de trois acres, qui s'arrondissait a quelques centaines de yards en arri?re de la rive du Saint-John. Un cours d'eau, assez profond, entourait ce parc, dont une haute enceinte de palanques complétait la défense, et il ne donnait entrée que par un seul ponceau, jeté sur le rio circulaire. En arri?re du mamelon, un ensemble de beaux arbres, groupés par masses, redescendaient les pentes du parc, auquel ils faisaient un large cadre de verdure. Une fraîche avenue de bambous, dont les tiges se croisaient en nervures ogivales, formait une longue nef, qui se développait depuis le débarcad?re du petit port de Camdless-Bay jusqu'aux premi?res pelouses. Au- dedans, sur tout l'espace laissé libre entre les arbres, s'étendaient de verdoyants gazons, coupés de larges allées, bordées de barri?res blanches, qui se terminaient par une esplanade sablée devant la façade principale de Castle-House.

Ce château, assez irréguli?rement dessiné, offrait beaucoup d'imprévu dans l'ensemble de sa construction et non moins de fantaisie dans ses détails. Mais, pour le cas o? des assaillants eussent forcé les palanques du parc, il aurait pu - chose importante surtout - se défendre rien que par lui-m?me et soutenir un si?ge de quelques heures. Ses fen?tres du rez-de- chaussée étaient grillagées de barreaux de fer. La porte principale, sur la façade antérieure, avait la solidité d'une herse. En de certains points, au faîte des murailles, bâties avec une sorte de pierre marmoréenne, se dressaient plusieurs poivri?res en encorbellement, qui rendaient la défense plus facile, puisqu'elles permettaient de prendre en flanc les agresseurs. En somme, avec ses ouvertures réduites au strict nécessaire, son donjon central qui le dominait et sur lequel se déployait le pavillon étoile des États-Unis, ses lignes de créneaux dont certaines ar?tes étaient pourvues, l'inclinaison de ses murs a leur base, ses toits élevés, ses pinacles multiples, l'épaisseur de ses parois a travers lesquelles se creusaient ça et la un certain nombre d'embrasures, cette habitation ressemblait plus a un château fort qu'a un cottage ou une maison de plaisance.

On l'a dit, il avait fallu le bâtir ainsi pour la s?reté de ceux qui l'habitaient a l'époque o? se faisaient ces sauvages incursions des Indiens sur le territoire de la Floride. Il existait m?me un tunnel souterrain, qui, apr?s avoir passé sous la palissade et le rio circulaire, mettait Castle-House en communication avec une petite crique du Saint-John, nommée crique Marino. Ce tunnel aurait pu servir a quelque secr?te évasion en cas d'extr?me danger.

Certainement, au temps actuel, les Séminoles, repoussés de la péninsule, n'étaient plus a craindre, et cela depuis une vingtaine d'années. Mais savait-on ce que réservait l'avenir? Et ce danger que James Burbank n'avait plus a redouter de la part des Indiens, qui sait s'il ne viendrait pas de la part de ses compatriotes? N'était-il pas lui, nordiste isolé au fond de ces États du sud, exposé a toutes les phases d'une guerre civile, qui avait été si sanglante jusqu'alors, si féconde en représailles?

Toutefois, cette nécessité de pourvoir a la s?reté de Castle-House n'avait point nui au confort intérieur. Les salles étaient vastes, les appartements luxueux et superbement aménagés. La famille Burbank y trouvait, au milieu d'un site admirable, toutes les aises, toutes les satisfactions morales que peut donner la fortune, quand elle est unie a un véritable sens artiste chez ceux qui la poss?dent.

En arri?re du château, dans le parc réservé, de magnifiques jardins se développaient jusqu'a la palissade, dont les palanques disparaissaient sous les arbustes grimpants et les sarments de la grenadille, o? les oiseaux-mouches voltigeaient par myriades. Des massifs d'orangers, des corbeilles d'oliviers, de figuiers, de grenadiers, de pontédéries aux bouquets d'azur, des groupes de magnolias, dont les calices a teintes de vieil ivoire parfumaient l'air, des buissons de palmiers sabal, agitant leurs éventails sous la brise, des guirlandes de coboeas aux nuances violettes, des touffes de tupéas a rosettes vertes, de yuccas avec leur cliquetis de sabres acérés, de rhododendrons rosés, des buissons de myrtes et de pamplemousses, enfin tout ce que peut produire la flore d'une zone qui touche au Tropique, était réuni dans ces parterres pour la jouissance de l'odorat et le plaisir des yeux.

A la limite de l'enceinte, sous le dôme des cypr?s et des baobabs, étaient enfouies les écuries, les remises, les chenils, les aménagements de la laiterie et des basses-cours. Grâce a la ramure de ces beaux arbres, impénétrable m?me au soleil de cette latitude, les animaux domestiques n'avaient rien a craindre des chaleurs de l'été. Dérivées des rios voisins, les eaux courantes y maintenaient une agréable et saine fraîcheur.

On le voit, ce domaine privé, spécial aux hôtes de Camdless-Bay, c'était une enclave merveilleusement agencée au milieu du vaste établissement de James Burbank. Ni le tapage des moulins a coton, ni les frémissements des scieries, ni les chocs de la hache sur les troncs d'arbres, ni aucun de ces bruits que comporte une exploitation si importante, ne parvenaient a franchir les palanques de l'enceinte. Seuls, les mille oiseaux de l'ornithologie floridienne pouvaient la dépasser en voltigeant d'arbre en arbre. Mais ces chanteurs ailés, dont le plumage rivalise avec les étincelantes fleurs de cette zone, n'étaient pas moins bien accueillis que les parfums dont la brise s'imprégnait en caressant les prairies et les for?ts du voisinage.

Telle était Camdless-Bay, la plantation de James Burbank, et l'une des plus riches de la Floride orientale.

 

V. La Crique-Noire

 

Le lendemain, aux premi?res lueurs de l'aube, un homme se promenait sur la berge de l'un des îlots perdus au fond de cette lagune de la Crique-Noire. C'était Texar. A quelques pas de lui, un Indien, assis dans le squif qui avait accosté la veille le Shannon, venait d'aborder. C'était Squambô.

Apr?s quelques allées et venues, Texar s'arr?ta devant un magnolier, amena a lui une des basses branches de l'arbre et en détacha une feuille avec sa tige. Puis, il tira de son carnet un petit billet qui ne contenait que trois ou quatre mots, écrits a l'encre. Ce billet, apr?s l'avoir roulé menu, il l'introduisit dans la nervure inférieure de la feuille. Cela fut fait assez adroitement pour que cette feuille de magnolier n'e?t rien perdu de son aspect habituel.

"Squambô! dit alors Texar.

- Maître? répondit l'Indien.

- Va o? tu sais."

Squambô prit la feuille, il la posa a l'avant du squif, s'assit a l'arri?re, manoeuvra sa pagaie, contourna la pointe extr?me de l'îlot et s'enfonça a travers une passe tortueuse, confusément engagée sous l'épaisse vo?te des arbres.

Cette lagune était sillonnée par un labyrinthe de canaux, un enchev?trement d'étroits lacets, remplis d'une eau noire, comparables a ceux qui s'entrecroisent dans certains "hortillonages" de l'Europe. Personne, a moins de bien connaître les passes de ce profond déversoir o? se perdaient les dérivations du Saint-John, n'aurait pu s'y diriger.

Cependant Squambô n'hésitait pas. O? l'on n'e?t pas cru apercevoir une issue, il poussait hardiment son squif. Les basses branches qu'il écartait, retombaient apr?s lui, et nul n'e?t pu dire qu'une embarcation venait de passer en cet endroit.

L'Indien s'enfonça de la sorte a travers de longs boyaux sinueux, moins larges, parfois, que ces saignées creusées pour assurer le drainage des prairies. Tout un monde d'oiseaux aquatiques s'envolait a son approche. De gluantes anguilles, a la t?te suspecte, se faufilaient sous les racines qui émergeaient des eaux. Squambô ne s'inquiétait gu?re de ces reptiles, non plus que des ca?mans endormis qu'il pouvait réveiller en les heurtant dans leurs couches de vase. Il allait toujours, et, lorsque l'espace lui manquait pour se mouvoir, il se poussait par l'extrémité de sa pagaie, comme s'il se f?t servi d'une gaffe.

S'il faisait grand jour déja, si la lourde buée de la nuit commençait a s'évaporer aux premiers rayons du soleil, on ne pouvait le voir sous l'abri de cet impénétrable plafond de verdure. M?me au plus fort du soleil, aucune lumi?re n'aurait pu le percer. D'ailleurs, ce fond marécageux n'avait besoin que d'une demi-obscurité, aussi bien pour les ?tres grouillants, qui fourmillaient dans son liquide noirâtre, que pour les mille plantes aquatiques surnageant a sa surface.

Pendant une demi-heure, Squambô alla ainsi d'un îlot a l'autre. Lorsqu'il s'arr?ta, c'est que son squif venait d'atteindre un des réduits extr?mes de la crique. En cet endroit, o? finissait la partie marécageuse de cette lagune, les arbres, moins serrés, moins touffus, laissaient enfin passer la lumi?re du jour. Au dela s'étendait une vaste prairie, bordée de for?ts, peu élevée au- dessus du niveau du Saint-John. A peine cinq ou six arbres y poussaient-ils isolément. Le pied, en s'appuyant sur ce sol bourbeux, éprouvait la sensation que lui e?t donnée un matelas élastique. Quelques buissons de sassafras, a maigres feuilles, mélangées de petites baies violettes, traçaient a sa surface leurs capricieux zig-zags.

Apr?s avoir amarré son squif a l'une des souches de la berge, Squambô prit terre. Les vapeurs de la nuit commençaient a se résoudre. La prairie, absolument déserte, sortait peu a peu du brouillard. Parmi les cinq ou six arbres, dont la silhouette se détachait confusément au-dessus, poussait un magnolier de moyenne taille.

L'Indien se dirigea vers cet arbre. Il l'atteignit en quelques minutes. Il en abaissa une des branches a l'extrémité de laquelle il fixa cette feuille que Texar lui avait remise. Puis, la branche, abandonnée a elle-m?me, remonta, et la feuille alla se perdre dans la ramure du magnolier.

Squambô revint alors vers le squif et reprit direction vers l'îlot o? l'attendait son maître.

Cette Crique-Noire, ainsi nommée de la sombre couleur de ses eaux, pouvait couvrir une étendue d'environ cinq a six cents acres. Alimentée par le Saint-John, c'était une sorte d'archipel absolument impénétrable a qui n'en connaissait pas les infinis détours. Une centaine d'îlots occupaient sa surface. Ni ponts, ni levées ne les reliaient entre eux. De longs cordons de lianes se tendaient de l'un a l'autre. Quelques hautes branches s'entrelaçaient au-dessus des milliers de bras qui les séparaient. Rien de plus. Cela n'était pas pour établir une communication facile entre les divers points de cette lagune.

Un de ces îlots, situé a peu pr?s au centre du syst?me, était le plus important par son étendue - une vingtaine d'acres - et par son élévation - cinq a six pieds au-dessus de l'étiage moyen du Saint-John entre les plus basses et les plus hautes mers.

A une époque déja reculée, cet îlot avait servi d'emplacement a un fortin, sorte de blockhaus, maintenant abandonné, du moins au point de vue militaire. Ses palissades, a demi rongées par la pourriture, se dressaient encore sous les grands arbres, magnoliers, cypr?s, ch?nes verts, noyers noirs, pins australs, enlacés de longues guirlandes de coboeas et autres interminables lianes.

Au-dedans de l'enceinte, l'oeil découvrait enfin, sous un massif de verdure, les lignes géométriques de ce petit fortin ou, mieux, de ce poste d'observation, qui n'avait jamais été fait que pour loger un détachement d'une vingtaine d'hommes. Plusieurs meurtri?res s'évidaient a travers ses murailles de bois. Des toits gazonnés le coiffaient d'une véritable carapace de terre. A l'intérieur, quelques chambres, ménagées au milieu d'un réduit central, attenaient a un magasin, destiné aux provisions et aux munitions. Pour pénétrer dans le fortin, il fallait d'abord franchir l'enceinte par une étroite poterne, puis traverser la cour plantée de quelques arbres, gravir enfin une dizaine de marches en terre, maintenues par des madriers. On trouvait alors l'unique porte, qui donnait acc?s au-dedans, et encore, a vrai dire, n'était-ce qu'une ancienne embrasure, modifiée a cet effet.

Telle était la retraite habituelle de Texar, retraite que personne ne connaissait. La, caché a tous les yeux, il vivait avec ce Squambô, tr?s dévoué a la personne de son maître, mais qui ne valait pas mieux que lui, et cinq a six esclaves qui ne valaient pas mieux que l'Indien.

Il y avait loin, on le voit, de cet îlot de la Crique-Noire, aux riches établissements créés sur les deux rives du fleuve. L'existence m?me n'y e?t point été assurée pour Texar ni pour ses compagnons, gens peu difficiles cependant. Quelques animaux domestiques, une demi-douzaine d'acres, plantés de patates, d'ignames, de concombres, une vingtaine d'arbres a fruits, presque a l'état sauvage, c'était tout, sans compter la chasse dans les for?ts voisines et la p?che sur les étangs de la lagune, dont le produit ne pouvait manquer en aucune saison. Mais, sans doute, les hôtes de la Crique-Noire possédaient d'autres ressources, dont Texar et Squambô avaient seuls le secret.

Quant a la sécurité du blockhaus, n'était-elle pas assurée par sa situation m?me, au centre de cet inaccessible repaire? D'ailleurs, qui e?t cherché a l'attaquer et pourquoi? En tout cas, toute approche suspecte e?t été immédiatement signalée par les aboiements des chiens de l'îlot, deux de ces limiers féroces, importés des Cara?bes, qui furent autrefois employés par les Espagnols a la chasse aux N?gres.

Voila ce qu'était la demeure de Texar, et digne de lui. Voici maintenant ce qu'était l'homme.

Texar avait alors trente-cinq ans. Il était de taille moyenne, d'une constitution vigoureuse, trempée dans cette vie de grand air et d'aventures, qui avait toujours été la sienne. Espagnol de naissance, il ne démentait pas son origine. Sa chevelure était noire et rude, ses sourcils épais, ses yeux verdâtres, sa bouche large, avec des l?vres minces et rentrées, comme si elle e?t été faite d'un coup de sabre, son nez court, percé de narines de fauve. Toute sa physionomie indiquait l'homme astucieux et violent. Autrefois, il portait sa barbe enti?re; mais, depuis deux ans, apr?s qu'elle eut été a demi br?lée d'un coup de feu dans on ne sait quelle affaire, il l'avait rasée, et la dureté de ses traits n'en était que plus apparente.

Une douzaine d'années avant, cet aventurier était venu se fixer en Floride, et dans ce blockhaus abandonné, dont personne ne songeait a lui disputer la possession. D'o? venait-il? on l'ignorait et il ne le disait point. Quelle avait été son existence antérieure? on ne le savait pas davantage. On prétendait - et c'était vrai -, qu'il avait fait le métier de négrier et vendu des cargaisons de Noirs dans les ports de la Géorgie et des Carolines. S'était-il enrichi a cet odieux trafic? Il n'y paraissait gu?re. En somme, il ne jouissait d'aucune estime, m?me dans un pays, o? ne manquent cependant point les gens de sa sorte.

Néanmoins, si Texar était fort connu, bien que ce ne f?t pas a son avantage, cela ne l'emp?chait pas d'exercer une réelle influence dans le comté, et particuli?rement a Jacksonville. Il est vrai, c'était sur la partie la moins recommandable de la population du chef-lieu. Il y allait souvent pour des affaires, dont il ne parlait pas. Il s'y était fait un grand nombre d'amis parmi les petits Blancs et les plus détestables sujets de la ville. On l'a bien vu, lorsqu'il était revenu de Saint-Augustine en compagnie d'une demi-douzaine d'individus d'allure équivoque. Son influence s'étendait aussi jusque chez certains colons du Saint-John. Il les visitait quelquefois, et, si on ne lui rendait pas ses visites, puisque personne ne connaissait sa retraite de la Crique-Noire, il avait acc?s dans certaines plantations des deux rives. La chasse était un prétexte naturel a ces relations, qui s'établissent facilement entre gens de m?mes moeurs et m?mes go?ts.

D'autre part, cette influence s'était encore accrue depuis quelques années, grâce aux opinions dont Texar avait voulu se faire le plus ardent défenseur. A peine la question de l'esclavage avait-elle amené la scission entre les deux moitiés des États- Unis, que l'Espagnol s'était posé comme le plus opiniâtre, le plus résolu des esclavagistes. A l'entendre, aucun intér?t ne pouvait le guider, puisqu'il ne possédait qu'une demi-douzaine de Noirs. C'était le principe m?me qu'il prétendait défendre. Par quels moyens? En faisant appel aux plus exécrables passions, en excitant la cupidité de la populace, en la poussant au pillage, a l'incendie, m?me au meurtre, contre les habitants ou colons qui partageaient les idées du Nord. Et maintenant, ce dangereux aventurier ne tendait a rien moins qu'a renverser les autorités civiles de Jacksonville, a remplacer des magistrats, modérés d'opinion, estimés pour leur caract?re, par les plus forcenés de ses partisans. Devenu le maître du comté, par l'émeute, il aurait alors le champ libre pour exercer ses vengeances personnelles.

On comprend, d?s lors, que James Burbank et quelques autres propriétaires de plantations n'eussent point négligé de surveiller les agissements d'un pareil homme, déja tr?s redoutable par ses mauvais instincts. De la, cette haine d'un côté, cette défiance de l'autre, que les prochains événements allaient encore accroître.

Au surplus, dans ce que l'on croyait savoir du passé de Texar, depuis qu'il avait cessé de faire la traite, il y avait des faits extr?mement suspects. Lors de la derni?re invasion des Séminoles, tout semblait prouver qu'il avait eu des intelligences secr?tes avec eux. Leur avait-il indiqué les coups a faire, quelles plantations il convenait d'attaquer? Les avait-il aidés dans leurs guets-apens et emb?ches? Cela ne put ?tre mis en doute en plusieurs circonstances, et, a la suite d'une derni?re invasion de ces Indiens, les magistrats durent poursuivre l'Espagnol, l'arr?ter, le traduire en justice. Mais Texar invoqua un alibi - syst?me de défense qui, plus tard, devait lui réussir encore - et il fut prouvé qu'il n'avait pu prendre part a l'attaque d'une ferme, située dans le comté de Duval, puisque, a ce moment, il se trouvait a Savannah, État de Géorgie, a quelque quarante milles vers le nord, en dehors de la Floride.

Pendant les années suivantes, plusieurs vols importants furent commis, soit dans les plantations, soit au préjudice de voyageurs, attaqués sur les routes floridiennes. Texar était-il auteur ou complice de ces crimes? Cette fois encore, on le soupçonna; mais, faute de preuve, on ne put le mettre en jugement.

Enfin, une occasion se présenta o? l'on crut avoir pris sur le fait le malfaiteur jusqu'alors insaisissable. C'était précisément l'affaire pour laquelle il avait été mandé la veille devant le juge de Saint-Augustine.

Huit jours auparavant, James Burbank, Edward Carrol et Walter Stannard revenaient de visiter une plantation voisine de Camdless- Bay, quand, vers sept heures du soir, a la tombée de la nuit, des cris de détresse arriv?rent jusqu'a eux. Ils se hât?rent de courir vers l'endroit d'o? venaient ces cris, et ils se trouv?rent devant les bâtiments d'une ferme isolée.

Ces bâtiments étaient en feu. La ferme avait été préalablement pillée par une demi-douzaine d'hommes, qui venaient de se disperser. Les auteurs du crime ne devaient pas ?tre loin: on pouvait encore apercevoir deux de ces coquins qui s'enfuyaient a travers la for?t.

James Burbank et ses amis se jet?rent courageusement a leur poursuite, et précisément dans la direction de Camdless-Bay. Ce fut en vain. Les deux incendiaires parvinrent a s'échapper a travers le bois. Toutefois MM. Burbank, Carrol et Stannard avaient tr?s certainement reconnu l'un d'eux: c'était l'Espagnol.

En outre - circonstance plus probante encore - au moment o? cet individu disparaissait au tournant d'une des lisi?res de Camdless- Bay, Zermah, qui passait, avait failli ?tre heurtée par lui. Pour elle aussi, c'était bien Texar qui fuyait a toutes jambes.

Il est facile de l'imaginer, cette affaire fit grand bruit dans le comté. Un vol, suivi d'incendie, c'est le crime qui doit ?tre le plus redouté de ces colons, répartis sur une vaste étendue de territoire. James Burbank n'hésita donc point a porter une accusation formelle. Devant son affirmation, les autorités résolurent d'informer contre Texar.

L'Espagnol fut amené a Saint-Augustine devant le recorder, afin d'?tre confronté avec les témoins. James Burbank, Walter Stannard, Edward Carrol, Zermah, furent unanimes a déclarer qu'ils avaient reconnu Texar dans l'individu qui fuyait de la ferme incendiée. Pour eux, il n'y avait pas d'erreur possible. Texar était l'un des auteurs du crime.

De son côté, l'Espagnol avait fait venir un certain nombre de témoins a Saint-Augustine. Or, ces témoins déclar?rent formellement que, ce soir-la, ils se trouvaient avec Texar, a Jacksonville, dans la "tienda" de Torillo, auberge assez mal famée mais fort connue. Texar ne les avait pas quittés de toute la soirée. Détail plus affirmatif encore, a l'heure o? se commettait le crime, l'Espagnol avait eu précisément une dispute avec un des buveurs installés dans le cabaret de Torillo, - dispute qui avait été suivie de coups et menaces, pour lesquels il serait sans doute déposé une plainte contre lui.

Devant cette affirmation qu'on ne pouvait suspecter - affirmation qui fut d'ailleurs reproduite par des personnes absolument étrang?res a Texar -, le magistrat de Saint-Augustine ne put que clore l'enqu?te commencée et renvoyer le prévenu des fins de la plainte.

L'alibi avait donc été pleinement établi, cette fois encore, au profit de cet étrange personnage.

C'est apr?s cette affaire et en compagnie de ses témoins que Texar était revenu de Saint-Augustine, le soir du 7 février. On a vu quelle avait été son attitude a bord du Shannon, pendant que le steam-boat descendait le fleuve. Puis, sur le squif venu au-devant de lui, conduit par l'Indien Squambô, il avait regagné le fortin abandonné, o? il e?t été malaisé de le suivre. Quant a ce Squambô, Séminole intelligent, rusé, devenu le confident de Texar, celui-ci l'avait pris a son service, précisément apr?s cette derni?re expédition des Indiens a laquelle son nom fut m?lé - tr?s justement.

Dans les dispositions d'esprit o? il se trouvait vis-a-vis de James Burbank, l'Espagnol ne devait songer qu'a tirer vengeance par tous les moyens possibles. Or, au milieu des conjectures que pouvait faire naître quotidiennement la guerre, si Texar parvenait a renverser les autorités de Jacksonville, il deviendrait redoutable pour Camdless-Bay. Que le caract?re énergique et résolu de James Burbank ne lui permît pas de trembler devant un tel homme, soit! Mais Mme Burbank n'avait que trop de raisons de craindre pour son mari et pour tous les siens.

Bien plus, cette honn?te famille aurait certainement vécu dans des transes incessantes, si elle avait pu se douter de ceci: c'est que Texar soupçonnait Gilbert Burbank d'avoir été rejoindre l'armée du Nord. Comment l'avait-il appris, puisque ce départ s'était accompli secr?tement? Par l'espionnage, sans doute, et, plus d'une fois, on verra que des espions s'empressaient a le servir.

En effet, puisque Texar avait lieu de croire que le fils de James Burbank servait dans les rangs des fédéraux, sous les ordres du commodore Dupont, n'aurait-on pas pu craindre qu'il cherchât a tendre quelque pi?ge au jeune lieutenant? Oui! Et s'il f?t parvenu a l'attirer sur le territoire floridien, a s'emparer de sa personne, a le dénoncer, on devine quel e?t été le sort de Gilbert entre les mains de ces sudistes, exaspérés par les progr?s de l'armée du Nord.

Tel était l'état des choses au moment o? commence cette histoire. Telles étaient la situation des fédéraux, arrivés presque aux fronti?res maritimes de la Floride, la position de la famille Burbank au milieu du comté de Duval, celle de Texar, non seulement a Jacksonville, mais dans toute l'étendue des territoires a esclaves. Si l'Espagnol parvenait a ses fins, si les autorités étaient renversées par ses partisans, il ne lui serait que trop facile de lancer sur Camdless-Bay une populace fanatisée contre les anti-esclavagistes.

Environ une heure apr?s avoir quitté Texar, Squambô était de retour a l'îlot central. Il tira son squif sur la berge, franchit l'enceinte, monta l'escalier du blockhaus.

"C'est fait? lui demanda Texar.

- C'est fait, maître!

- Et... rien?

- Rien."

 

III. Postępy wojny Secesyjnej.

 

Wypada nam teraz powiedzieć kilka słów o wojnie secesyjnej, z którą ta opowieść ma być ściśle związana.

Przedewszystkiem powtórzymy za hrabią Paryża, byłym adjutantem generała Mac Clellan'a, uwagę wyrażoną w znakomitem jego dziele: Historya wojny domowej w Ameryce, - że przyczyną tej wojny nie była ani kwestya taryf, ani rzeczywista różnica pochodzenia mieszkańców Północy i Południa. Rasa anglo-saska panowała zarówno na całem terytoryum Stanów Zjednoczonych, kwestya handlowa nie odgrywała ważnej roli w tej strasznej bratobójczej walce. "Tylko niewolnictwo, kwitnące w jednej połowie respubliki, a zniesione w drugiej, wytworzyło dwa wrogie sobie społeczeństwa.

Zmieniło ono do gruntu obyczaje tej połowy, w której panowało, zostawiając nietkniętemi na pozór formy rządu. Ono - to było nie pretekstem lub okazyą, lecz jedyną przyczyną antagonizmu, którego nieuniknionem następstwem była wojna domowa.

W Stanach mających niewolników, społeczeństwo dzieliło się na trzy klasy: u dołu 4 miliony negrów ujarzmionych, co stanowiło 3-cią część ludności; u góry kasta właścicieli, względnie niezbyt oświecona, bogata, dumna, zachowująca dla siebie wyłącznie kierowanie sprawami publicznemi. Między temi dwiema klasami: warstwa hałaśliwa, leniwa, nędzna, mieszańców. Ci, wbrew wszelkiemu oczekiwaniu, gorliwie obstawali za utrzymaniem niewolnictwa, z obawy, żeby klasa wyzwolonych negrów nie stanęła na równi z nimi.

Północ musiała więc mieć przeciwko sobie nie tylko bogatych posiadaczy, ale także i mieszańców, którzy, - zwłaszcza po wsiach, żyli pośród ludności niewolniczej. Walka była zatem straszliwa. Wywołała ona nawet w rodzinach takie waśni, że bywało, iż bracia bili się jeden pod chorągwią zwolenników niewolnictwa, drugi pod sztandarem federalistów. Ale wielki naród nie mógł się wahać i postanowił doszczętnie zniszczyć plagę niewolnictwa. Jeszcze w zeszłym wieku znakomity Franklin zażądał jego zniesienia. Roku 1807, Jefferson zalecił kongresowi zakaz handlu niewolnikami, którego oddawna domagają się: moralność, honor i najdroższe interesa kraju. Północ miała więc racyą wystąpić przeciw Południowi i takowe pokonać. Zresztą, wojna ta miała wywołać silniejsze poczucie jedności pomiędzy wszystkiemi żywiołami respubliki i zniweczenie tego złudzenia tak zgubnego, tak groźnego, że każdy obywatel winien przedewszystkiem posłuszeństwo własnym władzom centralnym, a potem dopiero władzom partyjnym.

Pierwsze kwestye odnośne do niewolnictwa powstały właśnie we Florydzie. Na początku tego stulecia, pewien wódz indyjski, metys, imieniem Osceola, miał za żonę zbiegłą niewolnicę urodzoną w tych bagnistych częściach terytoryum Florydy, które nazywają Ewergladami. Pewnego dnia schwytano tę kobietę nanowo jako niewolnicę i uprowadzono ją przez gwałt. Osceola, zbuntował Indyan, zaczął kampanią antiniewolniczą został pojmany i umarł w fortecy, w której go zamknięto. Ale wojna ciągnęła się dalej i według historyka Higginson Tomasza "walka ta kosztowała trzy razy większą sumę od tej, za jaką Floryda była niegdyś nabytą od Hiszpanii".

Opiszemy teraz początki wojny Secesyjnej i stan rzeczy, jaki panował w kraju, w miesiącu lutym r. 1862, w epoce, kiedy na osobach Jamesa Burbanka i jego rodziny miały się tak strasznie odbić wypadki publiczne.

Dnia 16 października 1859 r., bohaterski kapitan John Brown, na czele małego oddziału zbiegłych niewolników, opanował Harpers-Ferry, w Wirginii. Celem tego powstania było wyzwolenie murzynów.

Pokonany przez kompanie milicyi, dostaje się do niewoli, skazany jest na śmierć i powieszony w Charlestown, 2-go grudnia 1859, wraz z sześciu towarzyszami.

Dnia 20 grudnia 1860 roku, konwencya zgromadza się w Karolinie południowej i z zapałem przyjmuje dekret secesyi. Następnego roku, 4 marca 1861 Abraham Lincoln wybrany został prezydentem respubliki. Stany południowe widziały w tym wyborze zagrożenie instytucyi niewolnictwa. Dnia 11 Kwietnia 1861, fort Sumter, jeden z broniących przystani Charlestown, dostaje się w ręce południowców będących pod rozkazami generała Beauregard. Karolina północna, Wirginia, Arkansas, Tennessee, zgadzają się natychmiast na akt rozłączenia.

Rząd federalny zaciąga 75,000 ochotników. Przedewszystkiem zajmuje się on zabezpieczeniem Waszyngtonu, stolicy Stanów-Zjednoczonych, od napaści konfederatów; zasila arsenały Północy, które były puste, podczas kiedy południowe we wszystko należycie zaopatrzone, za prezydencyi Buchanana. Skompletowawszy materyał wojenny z największem wysileniem; Abraham Lincoln, ogłasza porty południowe w stanie blokady.

Pierwsze wypadki wojenne dzieją się w Wirginii. Mac Clellan odpiera rokoszan ku zachodowi. Ale 21 czerwca, w Bull-Run, wojska federalne połączone pod rozkazami Mac-Dowel'a, rozbite są. w puch i cofają się aż do Waszyngtonu. Południowcy nie drżą już o Richmond, swoję stolicę ale za to nordziści mają powód truchleć o stolicę respubliki amerykańskiej. W kilka miesięcy później, federaliści są znowu pobici w Baus-Bluff. Bądź co bądź, ta niefortunna wyprawa powetowana była nie zadługo rozmaitemi expedycyami, w skutek których, unioniści opanowali fort Hatteras i Port-Royal-Harbour, których separatyści nie zdołali już zagarnąć. W końcu roku 1861, generalne dowództwo nad wojskami unii powierzone zostało gienerał-majorowi Jerzemu Mac-Clellan'owi.

Jednakże, w roku tym, korsarze, stronnicy niewolnictwa, krążyli już po morzach obu światów. Byli oni przyjęci w portach Francyi, Anglii, Hiszpanii i Portugalii. Ważny to był błąd, który przyznając secesyonistom prawo stron wojujących, wywołał ten rezultat, że dodawał sił korsarstwu i przedłużał wojnę domową.

Niebawem nastąpiły tak rozgłośne walki morskie: Sumter i jego słynny kapitan Semmes; ukazanie się statku Manassas; dnia 12 października walka morska u przesmyków Mississipi; dnia 8 listopada przytrzymanie Tren'tu, okrętu angielskiego, na pokładzie którego, kapitan Wilkes bierze do niewoli komisarzy konfederacyi, co omało nie wywołało wojny pomiędzy Anglią i Stanami-Zjednoczonemi.

Tymczasem, abolicyoniści i stronnicy niewolnictwa staczają z sobą krwawe walki ze zmiennem powodzeniem, aż po Stan Missuri. Jeden z głównych generałów Północy, Lyon, poległ, co powoduje odwrót federalistów aż do Rolla i posuwanie się gienerała Price'a z wojskami stanów południowych ku Północy. Bito się w Frederyktown 21 października, w Springfield 25, 27 Frémnont zagarnia to miasto na rzecz federalistów. Dnia 19 grudnia potyczka pod Belmont, pomiędzy Grant'em a Polk'em, nie wydala rezultatu; później zima, tak sroga w tych okolicach Ameryki północnej, położyła kres operacyom wojennym. Pierwsze miesiące roku 1862 schodzą obu stronom na prawdziwie zdumiewających wysileniach.

Na północy, kongres uchwala projekt prawa powołujący 500,000 ochotników, - w końcu walki będzie ich 1,000, 000, - i upoważnia do zaciągnięcia pożyczki 500,000,000 dollarów. Wielkie armie formują się, a w szczególności armia Potomaku. Ich najsławniejszymi generałami są: Banks, Butler, Grant, Sherman, Mac Clellan, Meade, Thomas, Kearney, Harleckl. Organizacya postępuje: piechota, kawalerya, artylerya, inżynierya są podzielone na dywizye w sposób prawie jednostajny. Przyrządy wojenne fabrykują się na gwałt: karabiny Minie'go, Colt'a, armaty gwintowane Parrott'a i Rodman'a, kolumbiady Dahgren'a, granatniki, armaty rewolwerowe, szrapnele, parki oblężnicze, wszystko to przygotowuje się masami. Jednocześnie organizują się telegrafy, aeorostatyka wojskowa, reporterka dla wielkich dzienników, tabory uformowane z 20,000 wozów zaprzężonych w 84,000 mułów. Gromadzą się zapasy wszelkiego rodzaju, pod nadzorem intendentury, budują się nowe okręty typu "rams'a", półkownika Ellett'a typu "gun-boats", kanonierki systemu Komandora Foote, które po raz pierwszy mają się zjawić w wojnach morskich.

Na południu, gorliwość nie mniejsza. Są tam wprawdzie ludwisarnie w Nowym-Orleanie i w Memfisie, są fabryki broni w Tredogarze pod Richmond, wyrabiające Parroty i Rodmany, - ale to nie wystarczy. Rząd federacyjny zwraca się do Europy, Londynu i Birmingham posyłają mu ładunki broni, armaty, systemów Armstronga i Whitworta. Statki przerywające blokadę, które przybywają do portów Południa po bawełnę, kupują ją tanio za materyał wojenny.

Potem organizuje się armia, Generałami jej są: Johnston, Lee, Beauregard, Jackson, Critenden, Floyd, Pillow. Do 400,000 ochotników zaciąganych na trzy lata najdłużej, a na rok najkrócej - przyłączają się milicye i gerylasy, czyli korpusy nieregularne, na których utworzenie Kongres Separatystowski dał upoważnienie dnia 8 sierpnia, prezydentowi swemu, Jeffersofi-Davis.

Pomimo tych przygotowań, walka rozpoczyna się na nowo zaraz w drugiej połowie pierwszej zimy. Z całego terytoryum popierającego niewolnictwo, rząd federalny, zajmuje jeszcze tylko Maryald, Wirginią zachodnią, niektóre okolice Kentucky prawie całe Missuri i niektóre punkta nadbrzeżne.

Nowe kroki nieprzyjacielskie zaczynają się najwpierw na wschodzie Kentucky. Dnia 7 Stycznia, Garfield pokonywa konfederatów pod Middle-Creck, a dnia 20 pobito ich pod Logan-Cross czyli Mill-Springs. Dnia 2 lutego Grant wsiada z dwoma oddziałami na wielkie parowce z Temessee, które mają poprzeć flotę pancerną Foote'a, 6-go fort Henry dostaje się w jego moc. W ten sposób zerwane jest jedno ogniwo tego łańcucha "na którym - powiada historyk tej wojny domowej - opierał się cały system obrony generała Johnstona". Kumberland i stolica Tennessee są przeto zagrożone bezpośrednio i w bliskiej przyszłości przez wojska federalne. Dla tego to Johnston stara się skupić wszystkie swe siły u fortu Donelson, żeby znaleźć pewniejszy punkt oparcia, przy obronie.

W tym samym czasie, druga wyprawa złożona z 10,000 ludzi zostających pod dowództwem Burnside'a, flotylla obejmująca 24 parowce uzbrojone; 50 statków transportowych, płynie w dół Chesapeak'u i wyrusza z Hampton-Road 12-go Stycznia. Pomimo gwałtownych burz, dnia 24 Stycznia, puszcza się na nurty Pimlikosund, żeby zagarnąć wyspę Roanok i podbić wybrzeże Karoliny północnej. Ale wyspa już ufortyfikowana. Od zachodu kanał jest broniony przez zator okrętów zatopionych. Baterye i szańce utrudniają doń przystęp. Pięć do sześciu tysięcy ludzi, popartych przez flotyllę złożoną z siedmiu Kanonierek - jest na pogotowiu, żeby nie dopuszczać wylądowania. Jednakże, pomimo odwagi obrońców wyspy, dostaje się ona z 7-go na 8-y lutego w moc Burnside'a razem z dwudziestoma działami i dwoma przeszło tysiącami jeńców. Nazajutrz, federaliści są panami Elizabeth City i całego wybrzeża Albemarle Sund, co znaczy północy tego wewnętrznego morza.

Nakoniec, dla uzupełnienia opisu sytuacyi do 6-go lutego, musimy też wspomnieć o tym, generale południowcu, o tym byłym profesorze chemii, Jacksonie, o tym żołnierzu purytaninie, który broni Wirginii. Po odwołaniu Lee'go do Richmonda, on przewodzi armią. Dnia 1-go Stycznia opuszcza Vinchester ze swemi 10 000 ludzi, przebywa Alleganie, żeby zająć miejscowość Bath na kolei żel. Ohio. Zwalczony jednak przez zimno, zgnieciony przez burze śnieżne, zmuszony jest cofnąć się do Vinchester, nie osiągnąwszy celu.

Co się zaś tycze specyalniej wybrzeży Południa, od Karoliny do Florydy, oto co się tam działo:

W ciągu drugiej polowy roku 1861, Północ posiadała dosyć szybkich statków, żeby dozorować brzegi morskie, lubo nie mogła zawładnąć słynnym Sumterem, który w styczniu roku 1862, udał się do Gibraltaru, aby krążyć po wodach europejskich.

Statek Jefferson-Davis chcąc umknąć przed federalistami, uciekał do Ś-go Augustyna we Florydzie i uległ rozbiciu w chwili, kiedy przebywał cieśniny. Prawie jednocześnie, jeden z okrętów używanych do krążenia przy brzegach Anderson, bierze w niewolę korsarski statek Beauregard. Tymczasem w Anglii uzbrajają się nowe krzyżowce.

Wtenczas to proklamacya Abrahama Lincolna rozciąga blokadę do wybrzeży Wirginii i Karoliny północnej i zapowiada blokadę teoretyczną reszty brzegów na przestrzeni 4,500 kilom. Dla nadzorowania ich są tylko dwie eskadry: jedna ma blokować Atlantyk, druga zatokę meksykańską.

Dnia 12 października, konfederci probują pierwszy raz forsować ujście Mississipi na okręcie Maunatas, pierwszym pancerniku, jaki został użyty podczas tej wojny i popartym flotyllą statków z materyałami palnemi. Jeśli ten atak nie powiódł się, jeśli korweta Richmond wyszła cała i zdrowa 29 grudnia, to za to mały parowiec Sea-Bird zabrał goeletę federalną przed samym fortem Mouroc.

Jednakże trzeba było znaleźć punkt oparcia dla statków strzegących brzegów Atlantyku. Rząd federalny postanawia wtedy opanować fort Hatteras który się wznosi nad przesmykiem tegoż nazwiska, dobrze znany okrętom przemytniczym.

Ten fort jest trudny do wzięcia; albowiem broni go jeszcze reduta kwadratowa. Tysiąc ludzi i siódmy pułk Karoliny północnej bronią go wspólnemi siłami. Mimo to, eskadra federalna złożona z dwóch fregat, trzech korwet, jednego awizo i dwóch parowców wielkich, zarzuca kotwicę dnia 27 Sierpnia u przesmyków. Komandor Stringliam i generał Butter atakują. Reduta została wzięta. Fort Hatteras, po długim oporze, wywiesza białą chorągiew. Nordziści zyskali podstawę operacyi na cały ciąg wojny.

W listopadzie, wyspa Santa-Rosa leżąca na wschód od Pensacola, na zatoce Meksykańskiej, blisko wybrzeża florydzkiego, pomimo wysileń konfederatów, pozostaje we władaniu federalistów.

Wszelako, wzięcie fortu Hatteras nie wydaje się dostatecznem dla dobrego prowadzenia dalszych operacyj. Należy zagarnąć inne punkta na wybrzeżu Karoliny południowej, Georgii i Florydy. Komodor Dupont otrzymuje do rozporządzenia dwie fregaty parowe, Wasbah i Susquehaiinah, trzy fregaty żaglowe, pięć korwet, sześć kanonierek, kilka awizo, dwadzieścia pięć węglarek transportowych, trzydzieści dwa parowce mogące przewieźć 15,000 ludzi pod dowództwem generała Shermana. Flotylla ta zjawia się dnia 25 października u fortu Monroe. Wytrzymawszy srogą burzę na przeciw przylądku Hatteras, wyrusza na rozpoznanie przesmyków Hilton-Head, pomiędzy Charlestown i Sawannah. Tam właśnie leży Port-Royal, jeden z największych w konfederacyi amerykańskiej, w którym to porcie dowodzi generał Ripley. Dwa forty: Walker i Beauregard oddalone od siebie na 4,000 metrów, bronią wejścia do zatoki broni jej jeszcze i osiem parowców oraz tama zamykająca przystęp atakującym statkom.

Dnia 5 listopada, po kilku strzałach, Dupont wdziera się do zatoki, ale nie może wylądować wojsk; 7-go bombarduje ze skutkiem fort Walker, a potem fort Beauregard; zarzuca je gradem najcięższych granatów, tak że oba zostały opuszczone przez załogę. Federaliści wzięli je w posiadanie prawie bez walki; a Sherman sadowi się w punkcie bardzo ważnym dla dalszych działań wojennych. Był to cios zadany w samo serce Stanom utrzymującym niewolnictwo. Okoliczne wyspy, jedna po drugiej, dostają się w ręce federalistów; nawet wyspa Tybee i fort Pułaskiego, który wznosił się nad rzeką Sawanną.

Z końcem roku admirał Dupont staje się panem pięciu dużych zatok: North Edisto, Ś-tej Heleny, Port-Royal, Tybee, Warszawa i tego całego szeregu wysepek, rozsianych na wybrzeżu Karoliny i Georgii. Nakoniec 1-go stycznia 1862 r., ostatnie powodzenie daje mu możność zniweczenia robót fortyfikacyi wzniesionych nad brzegami rzeki Koosawu.

Takie to było położenie stron wojujących na początku lutego 1862 roku. Takie były postępy armii federalnej w kierunku południa, w chwili, kiedy okręty Komodora Dupont i wojsko Shermana zagrażały Florydzie.

 

II. Kamdless-Bay.

 

Plantacya należąca do Jamesa Burbonk nazywała się Kamdless-Bay. Tam to bogaty ten osadnik mieszkał z całą swoją rodziną.

Nazwa Kamdless pochodziła od jednej z zatok rzeki Ś-go Jana, położonej w górę od Jackonsville na przeciwnym - brzegu rzeki. Wskutek tej bliskości, można było z łatwością komunikować się z miastem florydzkiem.

Dobra łódź korzystając z wiatru północnego lub południowego, nie potrzebowała dłużej jak godzinę czasu, o którą Kamdless-Bay oddalone było od stolicy hrabstwa Duval.

James Burbank posiadał jednę z najpiękniejszych włości w okolicy. Był on bogaty sam przez się i pochodził z zamożnej rodziny, a majątek jego pomnażał się jeszcze znacznemi nieruchomościami w Stanie New-Jersej, graniczący ze stanem Nowo-Yorkskim.

Miejscowość ta, na prawym brzegu rzeki Ś-go Jana, była bardzo szczęśliwie obraną dla urządzenia zakładu na wielką skalę. Naturalne warunki były tak korzystne, że ręka ludzka nie potrzebowała się zbyt trudzić. Ten grunt podatny był sam przez się do wszelkich wymagań wielkiej exploatacyi.

Dla tego też plantacya Kamdless - Bay zarządzana przez człowieka inteligentnego, ruchliwego, w sile wieku, który miał należytą pomoc i któremu nie zbywało na kapitałach, była w stanie bardzo pomyślnym.

Obwód tej plantacyi wynosił 12 mil, powierzchnia zaś około 3000 hekt. Istniały wprawdzie większe w południowych stanach Unii, ale żadna z nich nie była lepiej prowadzona. Wszystko tam było praktycznie pomyślane: domy mieszkalne, stajnie, obory, mieszkania dla niewolników, budynki fabryczne, gumna, warsztaty, fabryki, kolejki żelazne kursujące od obwodu dominium do małego portu przy rzece i drogi bite i t. p.

Od pierwszego rzutu oka widziało się, że wszystkie te prace obmyślił, zarządził i wykonał Amerykanin z Północy. Tylko pierwszorzędne osady w Wirginii albo w Karolinach mogłyby się ubiegać o pierszeństwo z dominium w Kandless-Bay.

Prócz tego, gleba plantacyi zawierała "highs-hminnoks" wyżyny z natury swojej nadające się do uprawy zboża. "low-hununoks", niziny odpowiedniejsze specyalniej do uprawy drzew kawowych i kakaowych, oraz "marsks" rodzaj sawan na których udają się ryż i trzcina cukrowa.

Jak wiadomo, bawełny gieorgijska i florydzka są, najbardziej cenione na wszystkich rynkach europejskich i amerykańskich dzięki długości i gatunkowi swoich włókien.

Dla tego też pola krzewów bawełnianych, sadzonych w regularnych odstępach z ich liściem jasnozielonym, z ich kwiatem tej żółte] barwy, w której się odnajduje plamy kolor ślazu, stanowiły jeden z największych dochodów plantacyi. W czasie żniw, poletka mające 1? ak. powierzchni, pokrywały się chatami, w których mieszkały wtedy niewolnice oraz dzieci, przybyłe tutaj do zrywania i wypróżniania torebek; z czem trzeba się bardzo ostrożnie obchodzić, żeby nie przerywać włókien. Ta bawełna, wysuszona na słońcu, oczyszczona przy pomocy odpowiednich przyrządów, ściśnięta pod prasą hydrauliczną, zamieniała się w bele ściągnięte żelaznemi obręczami i tak szła w handel.

Okręta żaglowe lub parowce mogły ją zabierać wprost z Kamdless-Bay.

Obok krzewów bawełnianych, James Burbank uprawiał także obszerne pola drzew kawowych, i trzciny cukrowej, podzielone na kwatery mieszczące od 1 000 do 1,200 krzewów, wysokich na 15 do 20 stóp i podobnych z kwiatów do jaśminu hiszpańskiego, z owocem wielkości wiśni, zawierającym dwa ziarna które należy już tylko wyjąć i wysuszyć. - Tam znowu miał widz przed sobą łąki, a raczej mokradła jeżące się tysiącami długich trzcin, wysokich na 9 do 18 stóp, z kitami chwiejącemi się za podmuchem wiatru jak kity kawaleryjskich kasków. Te plantacye trzciny, które w Kamdless-Bay są przedmiotem szczególnych starań, dostarczały cukru w formie syropu, który rafinerya do wielkiej doskonałości doprowadzona w Stanach Południowych, przerabiała na cukier krystaliczny.

Pozostałości służyły do wyrobu wódki albo araku, oraz wina trzcinowego, które mieszano z sokiem ananasów i pomarańcz.

Ta gałąź produkcyi, chociaż mniej ważna od bawełnianych plantacyj, przynosiła jednak niemałe zyski.

Kilka kęp drzew kakaowych, pola kukurydzy, kartofli, ignamu, patatów, dwa do trzystu akrów ryżu przynosiły także znaczne korzyści dominium Jamesa Burbanka.

Ale inny jeszcze przemysł przynosił tu co najmniej tyleż zysków, co przemysł bawełniany, mianowicie: karczowanie nie wyczerpanych lasów, jakiemi plantacya była pokryta. Nie mówiąc już o gajach drzew cynamonowych, pieprzowych, pomarańczowych, cytrynowych, oliwkowych, figowych, mangowych, ani też prawie o wszystkich drzewach europejskich doskonale aklimatyzujących się we Florydzie. Lasy te wycinały się regularnie i stale.

Co tam bogactw nagromadzonych było w formie drzew kampeszowych i innych farbiarskich, w kasztanach z żółtym kwiatem, w orzechach czarnych, w dębach zielonych, w sosnach południowych, które dostarczają przepysznego materjału dla ciesiołki i na maszty, w pinolach, w drzewach tulipanowych, w jodłach, cedrach a nadewszystko w cyprysach, w tem drzewie tak rozpowszechnionem na powierzchni półwyspu, że tworzy lasy, mające od 60-ciu do 100 mil długości. James Burbank musiał urządzić kilka tartaków w różnych punktach plantacyi. Tamy urządzone na różnych dopływach rzeki St. John, dawały spadki potrzebne do poruszania pił przygotowujących belki, bale, tarcice.

Prócz tego wypada wspomnieć o rozległych i żyznych łąkach dających obfitą paszę koniom, mułom i znacznej ilości bydła, z których to łąk dochody zaspakajały wszystkie wydatki gospodarcze.

Co się tyczy ptaków różnych gatunków, które zamieszkiwały lasy albo latały po polach i równinach trudnoby sobie wyobrazić do jakiego stopnia mnożyły się w Kamdless-Bay - tak jak wreszcie w całej Florydzie. Po nad lasami szybowały białogłowe orły z szeroko rozpostartemi skrzydłami, przypominające przeraźliwym krzykiem głos pękniętej trąby; sępy niezwykle dzikie, bąki olbrzymie z dziobem śpiczastym jak bagnet. Na wybrzeża rzeki, pośród wielkich trzcin, pod krzyżującemi się bambusami, żyły flamingi różowe albo szkarłatne, ibisy zupełnie białe, które - rzekłbyś - sfrunęły z jakiego monolitu egipskiego, pelikany kolosalnej wielkości, miryady sternesi rozmaitego rodzaju jaskółki morskie.

Na łąkach roiły się krzyki, młode słomki, i inne ptactwo z upierzeniem czerwonem, niebieskiem, zielonem, złotem i białem niby paleta fruwająca, wiewiórki szarawe, gołębie o białych główkach i czerwonych nóżkach; z jadalnych zaś czworonogich: króliki o długim ogonie, pośrednie między królikiem a zającem europejskim, stada danielów; nakoniec ichnemnony i żółwie a także na nieszczęście - zbyt wiele wężów jadowitych.

Tacy to byli przedstawiciele królestwa zwierzęcego mieszkający na przepysznem domimium Camdless-Bay, - nielicząc ludzi białych, murzynów, płci męzkiej i żeńskiej, obsługujących plantacyą.

W cóż obraca te istoty ludzkie potworny zwyczaj niewolnictwa, jeśli nie w zwierzęta, kupowane albo sprzedawane jak bydło robocze.

Dla czego James Burbank, wyznawca doktryn przeciwnych niewolnictwu, nordzista, oczekujący tylko tryumfu Północy nie wyzwolił jeszcze niewolników na swojej plantacyi? Czyżby się wahał to zrobić, gdyby mu okoliczności pozwoliły z pewnością, nie! Oswobodzenie jego negrów było tylko kwestyą tygodnia, może nawet dni, ponieważ wojsko federalne zajmowało już kilka punktów blizkich i gotowało się do operacyi we Florydzie.

Zresztą, James Burbank przedsięwziął już w Kamdless-Bay wszystkie środki, mogące polepszyć los jego niewolników. Było ich około 700 murzynów obojej płci, porządnie mieszkających w obszernych starannie utrzymanych chatach, dostatecznie żywionych i nieprzeciążonych pracą. Główny zarządca plantacyi oraz jego pomocnicy mieli rozkaz obchodzić się z nimi sprawiedliwie i łagodnie.

Murzyni też pracowali tem chętniej, jakkolwiek oddawna kary cielesne wyszły z użycia w Kamdless-Bay. Był to kontrast rażący ze zwyczajami większej części plantatorów florydzkich i system, na który niechętnie patrzyli sąsiedzi Jamesa Burbanka.

Ztąd, jak zobaczymy, wypływało bardzo trudne położenie, zwłaszcza w tej epoce, kiedy broń miała rozstrzygnąć kwestyą niewolnictwa.

Liczna ludność plantacyi pomieszczona była w chatach zdrowych i wygodnych, domki te, ugrupowane po pięćdziesiąt, tworzyły dziesięć wiosek nazywanych barakonami, położonych wzdłuż wód bieżących. Tam, ci ludzie żyli wraz z żonami i dziećmi swemi. Każda rodzina, o ile się tylko dało, przeznaczona była do jednej roboty na polach, w lasach lub w fabrykach, żeby jej członkowie nie byli rozproszeni w godzinach pracy. Na czele tych rozmaitych wiosek stali ekonomowie sprawiający obowiązki wójtów i zarządzali swoją małą gminą zawisłą od zarządu centralnego. Mieścił się on na folwarku otoczonym szeroką palisadą.

Siedziba ta na poły dom na poły zamek, słusznie otrzymała nazwę Castle-House.

Kamdless-Bay od bardzo dawnych lat należało do przodków Jamesa Burbanka. W epoce, kiedy się trzeba byłe obawiać napadu Indyan, jego właściciele musieli obwarować swoję główną siedzibę. Nie dalekim był czas, kiedy generał Jessup bronił jeszcze Florydy przeciw Seminolom. Ci nomadzi bardzo długo dawali się strasznie we znaki kolonistom: nietylko ogałacali ich z mienia, ale mordowali mieszkańców osad, które później podpalali. Nawet miasta nieraz bywały zagrożone najazdem i grabieżą. W wielu miejscowościach sterczą ruiny, i ślady przejścia tych krwiożerczych Indyan.

O niecałe piętnaście mil od Kamdless-Bay, nieopodal wioski Mandaryn, pokazują jeszcze "krwawy dom", w którym jeden z osadników Motte, jego żona i trzy młode córki zostali oskalpowani, a następnie zabici przez rabusiów. Ale teraz wojna wytępienia, pomiędzy człowiekiem białym i czerwonym już skończona. Seminolowie, stanowczo pokonani, musieli się schronić daleko, na zachód Mississipi.

Nie było słychać o nich, z wyjątkiem kilku band, tułających się jeszcze po bagnistej części Florydy południowej. Kraj nie miał już przeto powodu lękać się tych dzikich tubylców.

Łatwo więc zrozumieć, że siedziby kolonistów były budowane w taki sposób, żeby mogły wytrzymać niespodzianą napaść Indyan i stawić im opór, zanim, przybędą oddziały ochotników zebrane w miastach lub wioskach sąsiednich. Tak samo miała się rzecz z zamkiem Castle-House.

Dwór wznosił się na małem wzgórzu, w ogrodzonym parku półkoliście trzyakrowym, który rozciągał się ku brzegom rzeki St. John. Fosa dosyć głęboka otaczała park, zasłonięty wysoką palisadą, do którego dawał przystęp jeden tylko most rzucony przez wodę w tyle pagórka, gęste grupy pięknych drzew spuszczały się po zboczach parku, stanowiąc dla domu szeroką ramę z zieleni.

Cienista aleja bambusowa, której pnie krzyżowały się łukowato, tworzyła długi szpaler ciągnący się od debarkaderu małego portu Camdless-Bay, aż do pierwszych trawników. W środku, na całej przestrzeni wolnej pomiędzy drzewami rozścielały się zieleniejące gazony, przerzynane szerokiemi ścieżkami obramowanemi białą baryerą, w końcu których znajdował się plac wysypany piaskiem pod główną fasadą zamku Castle-House.

Ten zamek, dosyć nieregularnie narysowany, zbudowany był z fantazyą w całości i w szczegółach.

Ale co ważniejsza, w razie gdyby napastnicy przedostali się za ogrodzenie parku, mógł on się bronić i wytrzymać oblężenie kilkogodzinne. Okna parterowe były zabezpieczone kratami żelaznemi. Brama, umieszczona w przedniej fasadzie, miała pozór brony. W niektórych punktach; na szczycie murów budowanych z pewnego rodzaju wapniaka, przyczepione były wystawki które ułatwiały obronę, pozwalając wziąć nieprzyjaciela z boku.

Słowem, siedziba ta, mająca tyle tylko otworów, ile nakazywała nieunikniona potrzeba, z górującą nad nią pośrodku wieżycą, z której powiewała gwiaździsta flaga Stanów Zjednoczonych, z zębatemi murami opatrzonemi w skarpy, ze stromemi dachami, licznemi pinaklami i strzelnicami, podobniejsza była do cytadelli, aniżeli do wiejskiej siedziby.

Jakeśmy to już wzmiankowali, z konieczności trzeba było zbudować ów zamek w ten sposób dla bezpieczeństwa jego mieszkańców w epoce napaści Indyan na Florydę. Istniało nawet przejście podziemne, ciągnące się pod palisadą i fosą, które dochodziło do zatoki rzeki Saint-John, nazywanej przystanią Marino. Przejście to mogło służyć do tajemnej ucieczki z zamku w razie wielkiego niebezpieczeństwa.

Wprawdzie w obecnym czasie, Seminolowie, wyparci z półwyspu, nie mogli budzić obaw i to już od lat dwudziestu; ale któż wiedział, co nastąpi w przyszłości? Czy to niebezpieczeństwo niegrożące już Jamesowi Burbankowi ze strony Indyan, nie mogło go zaskoczyć od jego współziomków? Alboż on, nordzista odosobniony w głębi tych Stanów południowych, nie był narażony na wszystkie fazy wojny domowej, która dotąd była tak krwawą, tak obfitą w odwety?

Jednakże pomimo tej konieczności obwarowania Castle-House, wnętrze jego było urządzone z komfortem. Sale były obszerne, apartamenta wspaniałe i z doskonałym rozkładem. Rodzina Burbanków znajdowała tam, wśród cudownego położenia, wszystkie wygody, wszystkie zadowolenia moralne, jakich może dostarczyć majątek skojarzony z prawdziwem poczuciem artystycznem.

W tyłach zamku, w odgrodzonej części parku, przepyszne ogrody ciągnęły się do palisady znikającej pod obfitem uzielenieniem roślin pnących gdzie latały miryady kolibrów. Gaje pomarańczowe, grupy oliwek, fig, granatów, magnolij, których kielichy koloru starej kości słoniowej zapełniały powietrze wonią, krzaki wachlarzowej palmy poruszającej liśćmi za lada podmuchem wiatru, girlandy coboeas w fioletowych cieniach, pęki kukurydzy z zielonemi błyszczące jak szable liśćmi, rododendrony różowe, krzaki mirtów, słowem wszystko, co może dawać flora w strefie dotykającej równika, było nagromadzone w tych klombach, dla rozkoszy powonienia i przyjemności wzroku.

W końcu ogrodzenia, pod kopułą z cyprysów i boababów, kryły się stajnie, wozownie, psiarnie, obory i kurniki.

Dzięki konarom tych pięknych drzew nieprzepuszczającym słońca nawet pod tą szerokością, zwierzętom domowym nie dokuczały upały letnie. Woda bieżąca sprowadzana z fosy, utrzymywała przyjemny i zdrowy chłód.

Jak widzimy, folwark, na którym mieszkali właściciele, był doskonale urządzony i odosobniony pośród plantacyi Jamesa Burbanka. Ani szum młynów bawełnianych, ani zgrzyt pil, ani huk siekier ścinających pni drzew, ani żaden z tych odgłosów nieuniknionych przy tak wielkiem gospodarstwie, nie przedostawały się przez palisadę.

Tylko tysiące ptaków fauny florydzkiej mogły je przekraczać bezkarnie, przelatując z drzewa na drzewo.

Ale ci skrzydlaci śpiewacy, których upierzenie idzie w zawody z jaskrawemi kwiatami tej stref mile tu byli widziani na równi z woniami, które przynosił wietrzyk płynący z łąk i lasów okolicznych.

Oto jak wyglądała w Kamdless-Bay, plantacya Jamesa Burbanka, jedna z najbogatszych we Florydzie wschodniej.

 

NORD CONTRE SUD  

  

PREMI?RE PARTIE

  

I. A bord du steam-boat "Shannon"

  

La Floride, qui avait été annexée a la grande fédération américaine en 1819, fut érigée en État quelques années plus tard. Par cette annexion, le territoire de la République s'accrut de soixante-sept mille milles carrés. Mais l'astre floridien ne brille que d'un éclat secondaire au firmament des trente-sept étoiles qui constellent le pavillon des États-Unis d'Amérique.

Ce n'est qu'une étroite et basse langue de terre, cette Floride. Son peu de largeur ne permet pas aux rivi?res qui l'arrosent - le Saint-John excepté - d'y acquérir quelque importance. Avec un relief si peu accusé, les cours d'eau n'ont pas la pente nécessaire pour y devenir rapides. Point de montagnes a sa surface. A peine quelques lignes de ces "bluffs" ou collines, si nombreux dans la région centrale et septentrionale de l'Union. Quant a sa forme, on peut la comparer a une queue de castor qui trempe dans l'Océan, entre l'Atlantique a l'est et le golfe du Mexique a l'ouest.

La Floride n'a donc aucun voisin, si ce n'est la Géorgie dont la fronti?re, vers le nord, confine a la sienne. Cette fronti?re forme l'isthme qui rattache la péninsule au continent.

En somme, la Floride se présente comme une contrée a part, étrange m?me, avec ses habitants moitié Espagnols, moitié Américains, et ses Indiens Séminoles, bien différents de leurs congén?res du Far- West. Si elle est aride, sablonneuse, presque toute bordée de dunes formées par les atterrissements successifs de l'Atlantique sur le littoral du sud, sa fertilité est merveilleuse a la surface des plaines septentrionales. Son nom, elle le justifie a souhait. La flore y est superbe, puissante, d'une exubérante variété. Cela tient, sans doute, a ce que cette portion du territoire est arrosée par le Saint-John. Ce fleuve s'y déroule largement, du sud au nord, sur un parcours de deux cent cinquante milles, dont cent sept sont aisément navigables jusqu'au lac Georges. La longueur, qui manque aux rivi?res transversales, ne lui fait point défaut, grâce a son orientation. De nombreux rios l'enrichissent en s'y m?lant au fond des criques multiples de ses deux rives. Le Saint- John est donc la principale art?re du pays. Elle le vivifie de ses eaux - ce sang qui coule dans les veines terrestres.

Le 7 février 1862, le steam-boat Shannon descendait le Saint- John. A quatre heures du soir, il devait faire escale au petit bourg de Picolata, apr?s avoir desservi les stations supérieures du fleuve et les divers forts des comtés de Saint-Jean et de Putnam. Quelques milles au dela, il allait entrer dans le comté de Duval, qui se développe jusqu'au comté de Nassau, délimité par la rivi?re dont il a pris le nom.

Picolata, par elle-m?me, n'a pas grande importance; mais ses alentours sont riches en plantations d'indigo, en rizi?res, en champs de cotonniers et de cannes a sucre, en immenses cypri?res. Aussi, les habitants n'y manquent-ils point dans un assez large rayon. D'ailleurs, sa situation lui vaut un mouvement relatif de marchandises et de voyageurs. C'est le point d'embarquement de Saint-Augustine, une des principales villes de la Floride orientale, située a quelque douze milles, sur cette partie du littoral océanien que défend la longue île d'Anastasia. Un chemin presque droit met en communication le bourg et la ville.

Ce jour-la, aux abords de l'escale de Picolata, on e?t compté un plus grand nombre de voyageurs qu'a l'ordinaire. Quelques rapides voitures, des "stages", sortes de véhicules a huit places, attelés de quatre ou six mules qui galopent comme des enragées sur cette route, a travers le marécage, les avaient amenés de Saint- Augustine. Il importait de ne point manquer le passage du steam- boat, si l'on ne voulait éprouver un retard d'au moins quarante- huit heures, avant d'avoir pu regagner les villes, bourgs, forts ou villages bâtis en aval. En effet, le Shannon ne dessert pas quotidiennement les deux rives du Saint-John, et, a cette époque, il était seul a faire le service de transport. Il faut donc ?tre a Picolata, au moment o? il y fait escale. Aussi, les voitures avaient-elles déposé, une heure avant, leur contingent de passagers.

En ce moment, il s'en trouvait une cinquantaine sur l'appontement de Picolata. Ils attendaient, non sans causer avec une certaine animation. On eut pu remarquer qu'ils se divisaient en deux groupes, peu enclins a se rapprocher l'un de l'autre. Était-ce donc quelque grave affaire d'intér?t, quelque compétition politique, qui les avait attirés a Saint-Augustine? En tout cas, on peut affirmer que l'entente ne s'était point faite entre eux. Venus en ennemis, ils s'en retournaient de m?me. Cela ne se voyait que trop aux regards irrités qui s'échangeaient, a la démarcation établie entre les deux groupes, a quelques paroles malsonnantes dont le sens provocateur semblait n'échapper a personne.

Cependant de longs sifflets venaient de percer l'air en amont du fleuve. Bientôt le Shannon apparut au détour d'un coude de la rive droite, un demi-mille au-dessus de Picolata. D'épaisses volutes, s'échappant de ses deux cheminées, couronnaient les grands arbres que le vent de mer agitait sur la rive opposée. Sa masse mouvante grossissait rapidement. La marée venait de renverser. Le courant de flot, qui avait retardé sa descente depuis trois ou quatre heures, la favorisait maintenant en ramenant les eaux du Saint-John vers son embouchure.

Enfin la cloche se fit entendre. Les roues, contrebattant la surface du fleuve, arr?t?rent le Shannon, qui vint se ranger pr?s de l'appontement au rappel de ses amarres.

L'embarquement se fit aussitôt avec une certaine hâte. Un des groupes passa le premier a bord, sans que l'autre groupe cherchât a le devancer. Cela tenait, sans doute, a ce que celui-ci attendait un ou plusieurs passagers en retard, qui risquaient de manquer le bateau, car deux ou trois hommes s'en détach?rent pour aller jusqu'au quai de Picolata, en un point o? débouche la route de Saint-Augustine. De la, ils regardaient dans la direction de l'est, en gens visiblement impatientés.

Et ce n'était pas sans raison, car le capitaine du Shannon, posté sur la passerelle, criait:

"Embarquez! Embarquez!

- Encore quelques minutes, répondit l'un des individus du second groupe, qui était resté sur l'appontement.

- Je ne puis attendre, messieurs.

- Quelques minutes!

- Non! Pas une seule!

- Rien qu'un instant!

- Impossible! La marée descend, et je risquerais de ne plus trouver assez d'eau sur la barre de Jacksonville!

- Et, d'ailleurs, dit un des voyageurs, il n'y a aucune raison pour que nous nous soumettions au caprice des retardataires!"

Celui qui avait fait cette observation était au nombre des personnes du premier groupe, installées déja sur le rouffle de l'arri?re du Shannon.

"C'est mon avis, monsieur Burbank, répondit le capitaine. Le service avant tout... Allons, messieurs, embarquez, ou je vais donner l'ordre de larguer les amarres!"

Déja les mariniers se préparaient a repousser le steam-boat au large de l'appontement, pendant que des jets sonores s'échappaient du sifflet a vapeur. Un cri arr?ta la manoeuvre.

"Voila Texar!... Voila Texar!"

Une voiture, lancée a fond de train, venait d'apparaître au tournant du quai de Picolata. Les quatre mules, qui composaient l'attelage, s'arr?t?rent a la coupée de l'appontement. Un homme en descendit. Ceux de ses compagnons, qui étaient allés jusqu'a la route, le rejoignirent en courant. Puis, tous s'embarqu?rent.

"Un instant de plus, Texar, et tu ne partais pas, ce qui e?t été tr?s contrariant! dit l'un d'eux.

- Oui! Tu n'aurais pu, avant deux jours, ?tre de retour a... o??... Nous le saurons quand tu voudras le dire! ajouta un autre.

- Et si le capitaine e?t écouté cet insolent James Burbank, reprit un troisi?me, le Shannon serait déja a un bon quart de mille au-dessous de Picolata!"

Texar venait de monter sur le rouffle de l'avant, accompagné de ses amis. Il se contenta de regarder James Burbank, dont il n'était séparé que par la passerelle. S'il ne prononça pas une parole, le regard qu'il jeta e?t suffi a faire comprendre qu'il existait quelque haine implacable entre ces deux hommes.

Quant a James Burbank, apr?s avoir regardé Texar en face, il lui tourna le dos, et il alla s'asseoir a l'arri?re du rouffle, o? les siens avaient déja pris place.

"Pas content, le Burbank! dit un des compagnons de Texar. Cela se comprend. Il en a été pour ses frais de mensonges, et le recorder a fait justice de ses faux témoignages...

- Mais non de sa personne, répondit Texar, et de cette justice- la, je m'en charge!"

Cependant le Shannon avait largué ses amarres. L'avant, écarté par de longues gaffes, prit alors le fil du courant. Puis, poussé par ses puissantes roues auxquelles la marée descendante venait en aide, il fila rapidement entre les rives du Saint-John.

On sait ce que sont ces bateaux a vapeur, destinés a faire le service des fleuves américains. Véritables maisons a plusieurs étages, couronnés de larges terrasses, ils sont dominés par les deux cheminées de la chaufferie, placées en abord, et par les mâts de pavillon qui supportent la fili?re des tentes. Sur l'Hudson comme sur le Mississipi, ces steam-boats, sortes de palais maritimes, pourraient contenir la population de toute une bourgade. Il n'en fallait pas tant pour les besoins du Saint-John et des cités floridiennes. Le Shannon n'était qu'un hôtel flottant, bien que, dans sa disposition intérieure et extérieure, il f?t le similaire des Kentucky et des Dean Richmond.

Le temps était magnifique. Le ciel tr?s bleu se tachetait de quelques lég?res ouates de vapeur, éparpillées a l'horizon. Sous cette latitude du trenti?me parall?le, le mois de février est presque aussi chaud dans le Nouveau-Monde qu'il l'est dans l'Ancien, sur la limite des déserts du Sahara. Toutefois, une lég?re brise de mer tempérait ce que ce climat aurait pu avoir d'excessif. Aussi la plupart des passagers du Shannon étaient- ils restés sur les rouffles, afin d'y respirer les vives senteurs que le vent apportait des for?ts riveraines. Les obliques rayons du soleil ne pouvaient les atteindre derri?re les baldaquins des tentes, agités comme des punkas indoues par la rapidité du steam- boat.

Texar et les cinq ou six compagnons qui s'étaient embarqués avec lui avaient jugé bon de descendre dans un des box du dining-room. La, en buveurs, le gosier fait aux fortes liqueurs des bars américains, ils vidaient des verres entiers de gin, de bitter et de bourbon-whiskey. C'étaient, en somme, des gens assez grossiers, peu comme il faut de tournure, rudes de propos, plus v?tus de cuir que de drap, habitués a vivre plutôt au milieu des for?ts que dans les villes floridiennes. Texar paraissait avoir sur eux un droit de supériorité, d?, sans doute, a l'énergie de son caract?re non moins qu'a l'importance de sa situation ou de sa fortune. Aussi, puisque Texar ne parlait pas, ses séides restaient silencieux, et employaient a boire le temps qu'ils ne passaient point a causer.

Cependant Texar, apr?s avoir parcouru d'un oeil distrait un des journaux qui traînaient sur les tables du dining-room, venait de le rejeter, disant:

"C'est déja vieux, tout cela!

- Je le crois bien! répondit un de ses compagnons. Un numéro qui a trois jours de date!

- Et, en trois jours, il se passe tant de choses depuis qu'on se bat a nos portes! ajouta un autre.

- O? en est-on de la guerre? demanda Texar.

- En ce qui nous concerne plus particuli?rement, Texar, voici o? on en est: le gouvernement fédéral, dit-on, s'occupe de préparer une expédition contre la Floride. Par conséquent, il faut s'attendre, sous peu, a une invasion des nordistes!

- Est-ce certain?

- Je ne sais, mais le bruit en a couru a Savannah, et on me l'a confirmé a Saint-Augustine.

- Eh! qu'ils viennent donc, ces fédéraux, puisqu'ils ont la prétention de nous soumettre! s'écria Texar, en accentuant sa menace d'un coup de poing, dont la violence fit sauter verres et bouteilles sur la table. Oui! Qu'ils viennent! On verra si les propriétaires d'esclaves de la Floride se laisseront dépouiller par ces voleurs d'abolitionnistes!"

Cette réponse de Texar aurait appris deux choses a quiconque n'e?t pas été au courant des événements dont l'Amérique était le théâtre a cette époque: d'abord que la guerre de Sécession, déclarée, en fait, par le coup de canon tiré sur le fort Sumter, le 11 avril 1861, était alors dans sa période la plus aiguë, car elle s'étendait presque aux derni?res limites des États du Sud; ensuite que Texar, partisan de l'esclavage, faisait cause commune avec l'immense majorité de la population des territoires a esclaves. Et précisément, a bord du Shannon, plusieurs représentants des deux partis se trouvaient en présence: d'une part - suivant les diverses appellations qui leur furent données pendant cette longue lutte -, des nordistes, anti-esclavagistes, abolitionnistes ou fédéraux; de l'autre, des sudistes, esclavagistes, sécessionnistes ou confédérés.

Une heure apr?s, Texar et les siens, plus que suffisamment abreuvés, se lev?rent pour remonter sur le pont supérieur du Shannon. On avait déja dépassé, du côté de la rive droite, la crique Trent et la crique des Six-Milles, qui introduisent les eaux du fleuve, l'une, jusqu'a la limite d'une épaisse cypri?re, l'autre, jusqu'aux vastes marais des Douze-Milles, dont le nom indique l'étendue.

Le steam-boat naviguait alors entre deux bordures d'arbres magnifiques, des tulipiers, des magnolias, des pins, des cypr?s, des ch?nes-verts, des yuccas, et nombre d'autres d'une venue superbe, dont les troncs disparaissaient sous l'inextricable fouillis des azalées et des serpentaires. Parfois, a l'ouvert des criques par lesquelles s'alimentent les plaines marécageuses des comtés de Saint-Jean et de Duval, une forte odeur de musc imprégnait l'atmosph?re. Elle ne venait point de ces arbustes, dont les émanations sont si pénétrantes sous ce climat, mais bien des alligators qui s'enfuyaient sous les hautes herbes au bruyant passage du Shannon. Puis, c'étaient des oiseaux de toutes sortes, des pics, des hérons, des jacamars, des butors, des pigeons a t?te blanche, des orphées, des moqueurs, et cent autres, variés de forme et de plumage, tandis que l'oiseau-chat reproduisait tous les bruits du dehors avec sa voix de ventriloque - m?me ce cri du coq a fraise, sonore comme la note cuivrée d'une trompette, dont le chant se fait entendre jusqu'a la distance de quatre a cinq milles.

Au moment o? Texar franchissait la derni?re marche du capot pour prendre place sur le rouffle, une femme allait descendre dans l'intérieur du salon. Elle recula d?s qu'elle se vit en face de cet homme. C'était une métisse, au service de la famille Burbank. Son premier mouvement avait été celui d'une invincible répulsion en se trouvant a l'improviste devant cet ennemi déclaré de son maître. Sans s'arr?ter au mauvais regard que lui lança Texar, elle se rejeta de côté. Lui, haussant alors les épaules, se retourna vers ses compagnons.

"Oui, c'est Zermah, s'écria-t-il, une des esclaves de ce James

Burbank, qui prétend n'?tre pas partisan de l'esclavage!"

Zermah ne répondit rien. Lorsque l'entrée du rouffle fut libre, elle descendit au grand salon du Shannon, sans paraître attacher la moindre importance a ce propos.

Quant a Texar, il se dirigea vers l'avant du steam-boat. La, apr?s avoir allumé un cigare, sans plus s'occuper de ses compagnons qui l'avaient suivi, il parut observer avec une certaine attention la rive gauche du Saint-John sur la lisi?re du comté de Putnam.

Pendant ce temps, a l'arri?re du Shannon, on causait aussi des choses de la guerre. Apr?s le départ de Zermah, James Burbank était resté seul avec les deux amis qui l'avaient accompagné a Saint-Augustine. L'un était son beau-fr?re, M. Edward Carrol, l'autre, un Floridien qui demeurait a Jacksonville, M. Walter Stannard. Eux aussi parlaient avec une certaine animation de la lutte sanglante, dont l'issue était une question de vie ou de mort pour les États-Unis. Mais, on le verra, James Burbank, pour en juger les résultats, l'appréciait autrement que Texar.

"J'ai hâte, dit-il, d'?tre de retour a Camdless-Bay. Nous sommes partis depuis deux jours. Peut-?tre est-il arrivé quelques nouvelles de la guerre? Peut-?tre Dupont et Sherman sont-ils déja maîtres de Port-Royal et des îles de la Caroline du Sud?

- En tout cas, cela ne peut tarder, répondit Edward Carrol, et je serais bien étonné si le président Lincoln ne songeait pas a pousser la guerre jusqu'en Floride.

- Il ne sera pas trop tôt! reprit James Burbank. Oui! Il n'est que temps d'imposer les volontés de l'Union a tous ces sudistes de la Géorgie et de la Floride, qui se croient trop éloignés pour ?tre jamais atteints! Vous voyez a quel degré d'insolence cela peut conduire des gens sans aveu comme ce Texar! Il se sent soutenu par les esclavagistes du pays, il les excite contre nous, hommes du Nord, dont la situation, de plus en plus difficile, subit les contre-coups de la guerre!

- Tu as raison, James, reprit Edward Carrol. Il importe que la

Floride rentre au plus tôt sous l'autorité du gouvernement de

Washington. Oui! il me tarde que l'armée fédérale y vienne faire

la loi, ou nous serons forcés d'abandonner nos plantations.

- Ce ne peut plus ?tre qu'une question de jours, mon cher Burbank, répondit Walter Stannard. Avant-hier, lorsque j'ai quitté Jacksonville, les esprits commençaient a s'inquiéter des projets que l'on pr?te au commodore Dupont de franchir les passes du Saint-John. Et cela a fourni un prétexte pour menacer ceux qui ne pensent point comme les partisans de l'esclavage. Je crains bien que quelque émeute ne tarde pas a renverser les autorités de la ville au profit d'individus de la pire esp?ce!

- Cela ne m'étonne pas, répondit James Burbank. Aussi, devons- nous attendre de bien mauvais jours aux approches de l'armée fédérale! Mais il est impossible de les éviter.

- Que faire, d'ailleurs? reprit Walter Stannard. S'il se trouve a Jacksonville et m?me en certains points de la Floride, quelques braves colons qui pensent comme nous sur cette question de l'esclavage, ils ne sont pas assez nombreux pour pouvoir s'opposer aux exc?s des sécessionnistes. Nous ne devons compter, pour notre sécurité, que sur l'arrivée des fédéraux, et encore serait-il a souhaiter, si leur intervention est décidée, qu'elle f?t exécutée promptement.

- Oui!... Qu'ils viennent donc, s'écria James Burbank, et qu'ils nous délivrent de ces mauvais drôles!"

On verra bientôt si les hommes du Nord, que leurs intér?ts de famille ou de fortune obligeaient, pour vivre au milieu d'une population esclavagiste, a se conformer aux usages du pays, étaient en droit de tenir ce langage et n'avaient pas lieu de tout craindre.

Ce que James Burbank et ses amis pensaient de la guerre était vrai. Le gouvernement fédéral préparait une expédition dans le but de soumettre la Floride. Il ne s'agissait pas tant de s'emparer de l'État ou de l'occuper militairement, que d'en fermer toutes les passes aux contrebandiers, dont le métier consistait a forcer le blocus maritime, autant pour exporter les productions indig?nes que pour introduire des armes et munitions. Aussi le Shannon ne se hasardait-il plus a desservir les côtes méridionales de la Géorgie, qui étaient alors au pouvoir des généraux nordistes. Par prudence, il s'arr?tait sur la fronti?re, un peu au dela de l'embouchure du Saint-John, vers le nord de l'île Amélia, a ce port de Fernandina, d'o? part le chemin de fer de Cedar-Keys qui traverse obliquement la péninsule floridienne pour aboutir au golfe du Mexique. Plus haut que l'île Amélia et le rio de Saint- Mary, le Shannon e?t couru le risque d'?tre capturé par les navires fédéraux, qui surveillaient incessamment cette portion du littoral.

Il s'en suit donc que les passagers du steam-boat étaient principalement ceux des Floridiens que leurs affaires n'obligeaient point a se rendre au dela des fronti?res de la Floride. Tous demeuraient dans les villes, bourgs ou hameaux, bâtis sur les rives du Saint-John ou de ses affluents, et, pour la plupart, soit a Saint-Augustine, soit a Jacksonville. En ces diverses localités, ils pouvaient débarquer par les appontements placés aux escales, ou en se servant de ces estacades de bois, ces "piers", établis a la mode anglaise, qui les dispensaient de recourir aux embarcations du fleuve.

L'un des passagers du steam-boat, cependant, allait l'abandonner en pleine rivi?re. Son projet était, sans attendre que le Shannon se f?t arr?té a l'une des escales réglementaires, de débarquer sur un endroit de la rive, o? il n'y avait en vue ni un village quelconque ni une maison isolée, pas m?me une cabane de chasse ou de p?che.

Ce passager était Texar.

Vers six heures du soir, le Shannon lança trois aigus coups de sifflet. Ses roues furent presque aussitôt stoppées, et il se laissa descendre au courant, qui est tr?s modéré sur cette partie du fleuve. Il se trouvait alors par le travers de la Crique-Noire.

Cette crique est une profonde échancrure, évidée dans la rive gauche, au fond de laquelle se jette un petit rio sans nom, qui passe au pied du fort Heilman, presque a la limite des comtés de Putnam et de Duval. Son étroite ouverture disparaît tout enti?re sous une vo?te de ramures épaisses, dont le feuillage s'entrem?le comme la trame d'un tissu tr?s serré. Cette sombre lagune est, pour ainsi dire, inconnue des gens du pays. Personne n'a jamais tenté de s'y introduire, et personne ne savait qu'elle servît de demeure a ce Texar. Cela tient a ce que la rive du Saint-John, a l'ouverture de la Crique-Noire, ne semble ?tre interrompue en aucun point de ses berges. Aussi, avec la nuit qui tombait rapidement, fallait-il ?tre un marinier tr?s pratique de cette ténébreuse crique pour s'y introduire dans une embarcation.

Aux premiers coups de sifflet du Shannon, un cri avait répondu immédiatement - par trois fois. La lueur d'un feu, qui brillait entre les grandes herbes de la rive, s'était mise en mouvement. Cela indiquait qu'un canot s'avançait pour accoster le steam-boat.

Ce n'était qu'un squif - petite embarcation d'écorce qu'une simple pagaie suffit a diriger et a conduire. Bientôt ce squif ne fut plus qu'a une demi-encablure du Shannon.

Texar s'avança alors vers la coupée du rouffle de l'avant, et, se faisant un porte-voix de sa main:

"Aoh? héla-t-il.

- Aoh! lui fut-il répondu.

- C'est toi, Squambô?

- Oui, maître!

- Accoste!"

Le squif accosta. A la clarté du fanal attaché au bout de son étrave, on put voir l'homme qui la manoeuvrait. C'était un Indien, noir de tignasse, nu jusqu'a la ceinture, - un homme solide, a en juger par le torse qu'il montrait aux lueurs du fanal.

A ce moment, Texar se retourna vers ses compagnons et leur serra la main en disant un "au revoir" significatif. Apr?s avoir jeté un regard menaçant du côté de M. Burbank, il descendit l'escalier, placé a l'arri?re du tambour de la roue de bâbord, et rejoignit l'Indien Squambô. En quelques tours de roues, le steam-boat se fut éloigné du squif, et personne a bord ne put soupçonner que la lég?re embarcation allait se perdre sous les obscurs fouillis de la rive.

"Un coquin de moins a bord! dit alors Edward Carrol, sans se préoccuper d'?tre entendu des compagnons de Texar.

- Oui, répondit James Burbank, et, c'est en m?me temps, un dangereux malfaiteur. Pour moi, je n'ai aucun doute a cet égard, bien que le misérable ait toujours su se tirer d'affaire par ses alibis véritablement inexplicables!

- En tout cas, dit M. Stannard, si quelque crime est commis, cette nuit, aux environs de Jacksonville, on ne pourra pas l'en accuser, puisqu'il a quitté le Shannon!

- Je n'en sais rien! répliqua James Burbank. On me dirait qu'on l'a vu voler ou assassiner, au moment o? nous parlons, a cinquante milles dans le nord de la Floride, que je n'en serais pas autrement surpris! Il est vrai, s'il parvenait a prouver qu'il n'est pas l'auteur de ce crime, cela ne me surprendrait pas davantage, apr?s ce qui s'est passé! - Mais, c'est trop nous occuper de cet homme. Vous retournez a Jacksonville, Stannard?

- Ce soir m?me.

- Votre fille vous y attend?

- Oui, et j'ai hâte de la rejoindre.

- Je le comprends, répondit James Burbank. Et quand comptez-vous nous rejoindre a Camdless-Bay?

- Dans quelques jours.

- Venez donc le plus tôt que vous pourrez, mon cher Stannard. Vous le savez, nous sommes a la veille d'événements tr?s sérieux, qui s'aggraveront encore a l'approche des troupes fédérales. Aussi, je me demande si votre fille Alice et vous ne seriez pas plus en s?reté dans notre habitation de Castle-House qu'au milieu de cette ville, o? les sudistes sont capables de se porter a tous les exc?s!

- Bon! est-ce que je ne suis pas du Sud, mon cher Burbank?

- Sans doute, Stannard, mais vous pensez et vous agissez comme si vous étiez du Nord!"

Une heure apr?s, le Shannon, emporté par le jusant devenu de plus en plus rapide, dépassait le petit hameau de Mandarin, juché sur une verdoyante colline. Puis, cinq a six milles au-dessous, il s'arr?tait pr?s de la rive droite du fleuve. La était établi un quai d'embarquement que les navires peuvent accoster pour y prendre charge. Un peu au-dessus débordait un pier élégant, lég?re passerelle de bois, suspendue a la courbe de deux câbles de fer. C'était le débarcad?re de Camdless-Bay.

A l'extrémité du pier attendaient deux Noirs, munis de fanaux, car la nuit était déja tr?s sombre.

James Burbank prit congé de M. Stannard, et, suivi d'Edward

Carrol, il s'élança sur la passerelle.

Derri?re lui marchait la métisse Zermah, qui répondit de loin a une voix enfantine:

"Me voila, Dy!... Me voila!

- Et p?re?...

- P?re aussi!"

Les fanaux s'éloign?rent, et le Shannon reprit sa marche, en obliquant vers la rive gauche. Trois milles au dela de Camdless- Bay, de l'autre côté du fleuve, il s'arr?tait a l'appontement de Jacksonville, afin de mettre a terre le plus grand nombre de ses passagers.

La, Walter Stannard débarqua en m?me temps que trois ou quatre de ces gens, dont Texar s'était séparé, une heure et demie avant, lorsque l'Indien était venu le prendre avec le squif. Il ne restait plus qu'une demi-douzaine de voyageurs a bord du steam- boat, les uns a destination de Pablo, petit bourg, bâti pr?s du phare qui s'él?ve a l'entrée des bouches du Saint-John, les autres a destination de l'île Talbot, située au large de l'ouverture des passes de ce nom, les derniers, enfin, a destination du port de Fernandina. Le Shannon continua donc a battre les eaux du fleuve, dont il put franchir la barre sans accidents. Une heure apr?s, il avait disparu au tournant de la crique Trout, o? le Saint-John m?le ses lames déja houleuses a la houle de l'Océan.

  

IV. La famille Burbank

 

Il était sept heures et quelques minutes, lorsque James Burbank et Edward Carrol mont?rent les marches du perron sur lequel s'ouvrait la porte principale de Castle-House, du côté du Saint-John. Zermah, tenant la fillette par la main, le gravit apr?s eux. Tous se trouv?rent dans le hall, sorte de grand vestibule, dont le fond, arrondi en dôme, contenait la double révolution du grand escalier qui desservait les étages supérieurs.

Mme Burbank était la, en compagnie de Perry, le régisseur général de la plantation.

"Il n'y a rien de nouveau a Jacksonville?

- Rien, mon ami.

- Et pas de nouvelles de Gilbert?

- Si... une lettre!

- Dieu soit loué!"

Telles furent les premi?res demandes et réponses échangées entre

Mme Burbank et son mari.

James Burbank, apr?s avoir embrassé sa femme et la petite Dy, décacheta la lettre qui venait de lui ?tre remise.

Cette lettre n'avait point été ouverte en l'absence de James Burbank. Étant donné la situation de celui qui l'écrivait et de celle de sa famille en Floride, Mme Burbank avait voulu que son mari f?t le premier a connaître ce qu'elle contenait.

"Cette lettre, sans doute, n'est pas venue par la poste? demanda

James Burbank.

- Oh! non, monsieur James! répondit Perry. C'e?t été trop imprudent de la part de M. Gilbert!

- Et qui s'est chargé de l'apporter?...

- Un homme de la Géorgie sur le dévouement duquel notre jeune lieutenant a cru pouvoir compter.

- Quel jour est arrivée cette lettre?

- Hier.

- Et l'homme?...

- Il est reparti le soir m?me.

- Bien payé de son service?...

- Oui, mon ami, bien payé, répondit Mme Burbank, mais par

Gilbert, et il n'a rien voulu recevoir de notre part".

Le hall était éclairé par deux lampes posées sur une table de marbre, devant un large divan. James Burbank alla s'asseoir pr?s de cette table. Sa femme et sa fille prirent place aupr?s de lui. Edward Carrol, apr?s avoir serré la main a sa soeur, s'était jeté dans un fauteuil. Zermah et Perry se tenaient debout pr?s de l'escalier. Tous deux étaient assez de la famille pour que la lettre p?t ?tre lue en leur présence.

James Burbank l'avait ouverte.

"Elle est du 3 février, dit-il.

- Déja quatre jours de date! répondit Edward Carrol. C'est long dans les circonstances o? nous sommes...

- Lis donc, p?re, lis donc!" s'écria la petite fille avec une impatience bien naturelle a son âge.

Voici ce que disait cette lettre:

"A bord du Wabash, au mouillage d'Edisto.

"3 février 1862.

"Cher p?re,

"Je commence par embrasser ma m?re, ma petite soeur et toi. Je n'oublie pas non plus mon oncle Carrol, et, pour ne rien omettre, j'envoie a la bonne Zermah toutes les tendresses de son mari, mon brave et dévoué Mars. Nous allons tous les deux aussi bien que possible, et nous avons une fi?re envie d'?tre pr?s de vous! Cela ne tardera pas, d?t nous maudire monsieur Perry, qui, en voyant les progr?s du Nord, doit pester comme un ent?té esclavagiste qu'il est, le digne régisseur!"

- Voila pour vous, Perry, dit Edward Carrol.

- Chacun a ses idées la-dessus!" répondit M. Perry, en homme qui n'entend point sacrifier les siennes.

James Burbank continua:

"Cette lettre vous arrivera par un homme dont je suis s?r, n'ayez aucune crainte a cet égard. Vous avez d? apprendre que l'escadre du commodore Dupont s'est emparée de la baie de Port-Royal et des îles voisines. Le Nord gagne donc peu a peu sur le Sud. Aussi est- il tr?s probable que le gouvernement fédéral va chercher a occuper les principaux ports de la Floride. On parle d'une expédition que Dupont et Sherman feraient de concert vers la fin de ce mois. Tr?s vraisemblablement alors, nous irions occuper la baie de Saint- Andrews. De la, on serait a portée de pénétrer dans l'état floridien.

"Que j'ai hâte d'?tre la, cher p?re, et surtout avec notre flottille victorieuse! La situation de ma famille, au milieu de cette population esclavagiste, m'inqui?te toujours. Mais le moment approche o? nous pourrons faire hautement triompher les idées qui ont toujours eu cours a la plantation de Camdless-Bay. "Ah! si je pouvais m'échapper, ne f?t-ce que vingt-quatre heures, comme j'irais vous voir! Non! Ce serait trop imprudent pour vous comme pour moi, et mieux vaut prendre patience. Encore quelques semaines, et nous serons tous réunis a Castle-House!

"Et maintenant je termine en me demandant si je n'ai oublié

personne dans mes embrassades. Si, vraiment! J'ai oublié monsieur

Stannard et ma charmante Alice qu'il me tarde tant de revoir!

Toutes mes amitiés a son p?re, et a elle, plus que mes amitiés!...

"Respectueusement et de tout coeur,

"GILBERT BURBANK."

James Burbank avait posé sur la table la lettre que Mme Burbank prit alors et porta a ses l?vres. Puis, la petite Dy mit franchement un gros baiser sur la signature de son fr?re.

"Brave garçon! dit Edward Carrol.

- Et brave Mars! ajouta Mme Burbank, en regardant Zermah, qui serrait la fillette dans ses bras.

- Il faudra prévenir Alice, ajouta Mme Burbank, que nous avons reçu une lettre de Gilbert.

- Oui! je lui écrirai, répondit James Burbank. D'ailleurs, dans quelques jours, je dois aller a Jacksonville, et je verrai Stannard. Depuis que Gilbert a écrit cette lettre, d'autres nouvelles ont pu venir au sujet de l'expédition projetée. Ah! qu'ils arrivent donc enfin, nos amis du Nord, et que la Floride rentre sous le drapeau de l'Union! Ici, notre situation finirait par n'?tre plus tenable!"

En effet, depuis que la guerre se rapprochait du Sud, une modification manifeste s'opérait en Floride sur la question qui mettait les États-Unis aux prises. Jusqu'a cette époque, l'esclavage ne s'était pas considérablement développé dans cette ancienne colonie espagnole qui n'avait pas pris part au mouvement avec la m?me ardeur que la Virginie ou les Carolines. Mais des meneurs s'étaient bientôt mis a la t?te des partisans de l'esclavage. Maintenant, ces gens, pr?ts a l'émeute, ayant tout a gagner dans les troubles, dominaient les autorités a Saint- Augustine et principalement a Jacksonville o? ils s'appuyaient sur la plus vile populace. C'est pourquoi cette situation de James Burbank, dont on connaissait l'origine et les idées, pouvait a un certain moment devenir tr?s inquiétante.

Il y avait pr?s de vingt ans que James Burbank, apr?s avoir quitté le New-Jersey o? il possédait encore quelques propriétés, était venu s'établir a Camdless-Bay avec sa femme et son fils âgé de quatre ans. On sait combien la plantation avait prospéré, grâce a son intelligente activité et au concours d'Edward Carrol, son beau-fr?re. Aussi avait-il pour ce grand établissement qui lui venait de ses anc?tres, un attachement inébranlable. C'était la qu'était né son second enfant, la petite Dy, quinze ans apr?s son installation dans ce domaine.

James Burbank avait alors quarante-six ans. C'était un homme fortement constitué, habitué au travail, ne s'épargnant gu?re. On le savait d'un caract?re énergique. Tr?s attaché a ses opinions, il ne se g?nait point de les faire hautement connaître. Grand, grisonnant a peine, il avait une figure un peu sév?re, mais franche et encourageante. Avec la barbiche des Américains du Nord, sans favoris et sans moustache, c'était bien le type du yankee de la Nouvelle-Angleterre. Dans toute la plantation, on l'aimait, car il était bon, on lui obéissait, car il était juste. Ses Noirs lui étaient profondément dévoués, et il attendait, non sans impatience, que les circonstances lui permissent de les affranchir. Son beau-fr?re, a peu pr?s du m?me âge, s'occupait plus spécialement de la comptabilité de Camdless-Bay. Edward Carrol s'entendait parfaitement avec lui en toutes choses, et partageait sa mani?re de voir sur la question de l'esclavage.

Il n'y avait donc que le régisseur Perry qui f?t d'un avis contraire au milieu de ce petit monde de Camdless-Bay. Il ne faudrait pas croire pourtant que ce digne homme maltraitât les esclaves. Bien au contraire. Il cherchait m?me a les rendre aussi heureux que le comportait leur condition.

"Mais, disait-il, il y a des contrées, dans les pays chauds, o?

les travaux de la terre ne peuvent ?tre confiés qu'a des Noirs.

Or, des Noirs, qui ne seraient pas esclaves, ne seraient plus des

Noirs!"

Telle était sa théorie qu'il discutait toutes les fois que l'occasion s'en présentait. On la lui passait volontiers, sans en jamais tenir compte. Mais, a voir le sort des armes qui favorisait les anti-esclavagistes, Perry ne dérageait plus. Il "s'en passerait de belles" a Camdless-Bay, quand M. Burbank aurait affranchi ses N?gres.

On le rép?te, c'était un excellent homme, tr?s courageux aussi. Et quand James Burbank et Edward Carrol avaient fait partie de ce détachement de la milice, nommé les "minute-men" les hommes- minutes, parce qu'ils devaient ?tre pr?ts a partir a tout instant, il s'était bravement joint a eux contre les derni?res bandes des Séminoles.

Mme Burbank, a cette époque ne portait pas les trente-neuf ans de son âge. Elle était encore fort belle. Sa fille devait lui ressembler un jour. James Burbank avait trouvé en elle une compagne aimante, affectueuse, a laquelle il devait pour une grande part le bonheur de sa vie. La généreuse femme n'existait que pour son mari, pour ses enfants qu'elle adorait et au sujet desquels elle éprouvait les plus vives craintes, étant donné les circonstances qui allaient amener la guerre civile jusqu'en Floride. Et si Diana, ou mieux Dy, comme on l'appelait famili?rement, fillette de six ans, gaie, caressante, tout heureuse de vivre, demeurait a Castle-House pr?s de sa m?re, Gilbert n'y était plus. De la, d'incessantes angoisses que Mme Burbank ne pouvait pas toujours dissimuler.

Gilbert était un jeune homme, ayant alors vingt-quatre ans, dans lequel on retrouvait les qualités morales de son p?re avec un peu plus d'épanchement, et les qualités physiques avec un peu plus de grâce et de charme. Un hardi compagnon, d'ailleurs, tr?s rompu a tous les exercices du corps, tr?s habile aussi en équitation comme en navigation ou en chasse. A la grande terreur de sa m?re, les immenses for?ts et les marais du comté de Duval avaient été trop souvent le théâtre de ses exploits non moins que les criques et les passes du Saint-John, jusqu'a l'extr?me bouche de Pablo. Aussi, Gilbert se trouvait-il naturellement entraîné et fait a toutes les fatigues du soldat, quand furent tirés les premiers coups de feu de la guerre de Sécession. Il comprit que son devoir l'appelait parmi les troupes fédérales et n'hésita pas. Il demanda a partir. Quelque chagrin que cela d?t causer a sa femme, quelque danger m?me que p?t comporter cette situation, James Burbank ne songea pas un instant a contrarier le désir de son fils. Il pensa, comme lui, que c'était la un devoir et le devoir est au-dessus de tout.

Gilbert partit donc pour le Nord, mais son départ fut tenu aussi secret que possible. Si l'on e?t su a Jacksonville que le fils de James Burbank avait pris du service dans l'armée nordiste, cela e?t pu attirer des représailles sur Camdless-Bay. Le jeune homme avait été recommandé a des amis que son p?re avait encore dans l'État de New-Jersey. Ayant toujours montré du go?t pour la mer, on lui procura facilement un engagement dans la marine fédérale. On avançait rapidement en ce temps-la, et comme Gilbert n'était pas de ceux qui restent en arri?re, il marcha d'un bon pas. Le gouvernement de Washington avait les yeux sur ce jeune homme qui, dans la position o? se trouvait sa famille, n'avait pas craint de venir lui offrir ses services. Gilbert se distingua a l'attaque du fort Sumter. Il était sur le Richmond, lorsque ce navire fut abordé par le Manassas a l'embouchure du Mississipi, et il contribua largement pour sa part a le dégager et a le reprendre. Apr?s cette affaire, il fut promu enseigne, bien qu'il ne sortît pas de l'école navale d'Annapolis, pas plus que tous ces officiers improvisés qui furent empruntés au commerce. Avec son nouveau grade, il entra dans l'escadre du commodore Dupont, il assista aux brillantes affaires du fort Hatteras, puis a la prise des Seas- Islands. Depuis quelques semaines, il était lieutenant a bord d'une des canonni?res du commodore Dupont qui allaient bientôt forcer les passes du Saint-John.

Oui! ce jeune homme, lui aussi, avait grande hâte que cette guerre sanglante prît fin! Il aimait, il était aimé. Son service terminé, il lui tardait de revenir a Camdless-Bay, o? il devait épouser la fille de l'un des meilleurs amis de son p?re.

M. Stannard n'appartenait point a la classe des colons de la Floride. Resté veuf avec quelque fortune, il avait voulu se consacrer enti?rement a l'éducation de sa fille. Il habitait Jacksonville, d'o? il n'avait que trois a quatre milles de fleuve a remonter pour se rendre a Camdless-Bay. Depuis quinze ans, il ne se passait pas de semaine qu'il ne vînt rendre visite a la famille Burbank. On peut donc dire que Gilbert et Alice Stannard furent élevés ensemble. De la, un mariage projeté de longue date, maintenant décidé, qui devait assurer le bonheur des deux jeunes gens. Bien que Walter Stannard f?t originaire du Sud, il était anti-esclavagiste, ainsi que quelques-uns de ses concitoyens en Floride; mais ceux-ci n'étaient pas assez nombreux pour tenir t?te a la majorité des colons et des habitants de Jacksonville, dont les opinions tendaient a s'accuser chaque jour davantage en faveur du mouvement séparatiste. Il s'ensuivait que ces honn?tes gens commençaient a ?tre fort mal vus des meneurs du comté, des petits Blancs surtout et de la populace, pr?te a les suivre dans tous les exc?s.

Walter Stannard était un Américain, de la Nouvelle-Orléans. Mme Stannard, d'origine française, morte fort jeune, avait légué a sa fille les qualités généreuses qui sont particuli?res au sang français. Au moment du départ de Gilbert, Miss Alice avait montré une grande énergie, consolant et rassurant Mme Burbank. Bien qu'elle aimât Gilbert comme elle en était aimée, elle ne cessait de répéter a sa m?re que partir était un devoir, que se battre pour cette cause, c'était se battre pour l'affranchissement d'une race humaine, et, en somme, pour la liberté. Miss Alice avait alors dix-neuf ans. C'était une jeune fille blonde aux yeux presque noirs, au teint chaud, d'une taille élégante, d'une physionomie distinguée. Peut-?tre était-elle un peu sérieuse, mais si mobile d'expression que le moindre sourire transformait son joli visage.

Véritablement, la famille Burbank ne serait pas connue dans tous ses membres les plus fid?les, si l'on omettait de peindre en quelques traits les deux serviteurs, Mars et Zermah.

On l'a vu par sa lettre, Gilbert n'était pas parti seul. Mars, le mari de Zermah, l'avait accompagné. Le jeune homme n'e?t pas trouvé un compagnon plus dévoué a sa personne que cet esclave de Camdless-Bay, devenu libre en mettant le pied sur les territoires anti-esclavagistes. Mais, pour Mars, Gilbert était toujours son jeune maître, et il n'avait pas voulu le quitter, bien que le gouvernement fédéral e?t déja formé des bataillons noirs o? il e?t trouvé sa place.

Mars et Zermah n'étaient point de race n?gre par leur naissance. C'étaient deux métis. Zermah avait pour fr?re cet héro?que esclave, Robert Small, qui, quatre mois plus tard, allait enlever aux confédérés, dans la baie m?me de Charlestown, un petit vapeur armé de deux canons dont il fit hommage a la flotte fédérale. Zermah avait donc de qui tenir, Mars aussi. C'était un heureux ménage, que, pendant les premi?res années, l'odieux trafic de l'esclavage avait menacé plus d'une fois de briser. C'est m?me au moment o? Mars et Zermah allaient ?tre séparés l'un de l'autre par les hasards d'une vente, qu'ils étaient entrés a Camdless-Bay dans le personnel de la plantation.

Voici en quelles circonstances:

Zermah avait actuellement trente et un ans, Mars trente-cinq. Sept ans auparavant, ils s'étaient mariés alors qu'ils appartenaient a un certain colon nommé Tickborn, dont l'établissement se trouvait a une vingtaine de milles en amont de Camdless-Bay. Depuis quelques années, ce colon avait eu des rapports fréquents avec Texar. Celui-ci rendait souvent visite a la plantation o? il trouvait bon accueil. Rien d'étonnant a cela, puisque Tickborn, en somme, ne jouissait d'aucune estime dans le comté. Son intelligence étant fort médiocre, ses affaires n'ayant point prospéré, il fut obligé de mettre en vente un lot de ses esclaves.

Précisément, a cette époque, Zermah, tr?s maltraitée comme tout le personnel de la plantation Tickborn, venait de mettre au monde un pauvre petit ?tre, dont elle fut presque aussitôt séparée. Pendant qu'elle expiait en prison une faute dont elle n'était m?me pas coupable, son enfant mourut entre ses bras. On juge ce que fut la douleur de Zermah, ce que fut la col?re de Mars. Mais que pouvaient ces malheureux contre un maître auquel leur chair appartenait, morte ou vivante, puisqu'il l'avait achetée?

Or, a ce chagrin allait s'en joindre un autre non moins terrible. En effet, le lendemain du jour o? leur enfant était mort, Mars et Zermah, ayant été mis a l'encan, étaient menacés d'?tre séparés l'un de l'autre. Oui! cette consolation de se retrouver ensemble sous un nouveau maître, ils ne devaient m?me pas l'avoir. Un homme s'était présenté, qui offrait d'acheter Zermah, mais Zermah seule, bien qu'il ne possédât pas de plantation. Un caprice, sans doute! Et cet homme, c'était Texar. Son ami Tickborn allait donc passer contrat avec lui, quand, au dernier moment, il se produisit une surench?re de la part d'un nouvel acheteur.

C'était James Burbank qui assistait a cette vente publique des esclaves de Tickborn et s'était senti tr?s touché du sort de la malheureuse métisse, suppliant en vain qu'on ne la séparât pas de son mari. Précisément, James Burbank avait besoin d'une nourrice pour sa petite fille. Ayant appris qu'une des esclaves de Tickborn, dont l'enfant venait de mourir, se trouvait dans les conditions voulues, il ne songeait qu'a acheter la nourrice; mais, ému des pleurs de Zermah, il n'hésita pas a proposer de son mari et d'elle un prix supérieur a tous ceux qu'on avait offerts jusqu'alors.

Texar connaissait James Burbank, qui l'avait plusieurs fois déja chassé de son domaine, comme un homme d'une réputation suspecte. C'est m?me de la que datait la haine que Texar avait vouée a toute la famille de Camdless-Bay.

Texar voulut donc lutter contre son riche concurrent: ce fut en vain. Il s'ent?ta. Il fit monter au double le prix que Tickborn demandait de la métisse et de son mari. Cela ne servit qu'a les faire payer tr?s cher a James Burbank. Finalement, le couple lui fut adjugé.

Ainsi, non seulement Mars et Zermah ne seraient pas séparés l'un de l'autre, mais ils allaient entrer au service du plus généreux des colons de toute la Floride. Quel adoucissement ce fut a leur malheur, et avec quelle assurance ils pouvaient maintenant envisager l'avenir!

Zermah, six ans apr?s, était encore dans toute la maturité de sa beauté de métisse. Nature énergique, coeur dévoué a ses maîtres, elle avait eu plus d'une fois l'occasion - elle devait l'avoir dans la suite - de leur prouver son dévouement. Mars était digne de la femme a laquelle l'acte charitable de James Burbank l'avait pour jamais rattaché. C'était un type remarquable de ces Africains, auxquels s'est largement m?lé le sang créole. Grand, robuste, d'un courage a toute épreuve, il devait rendre de véritables services a son nouveau maître.

D'ailleurs, ces deux nouveaux serviteurs, adjoints au personnel de la plantation, ne furent pas traités en esclaves. Ils avaient été vite appréciés pour leur bonté et leur intelligence. Mars fut spécialement affecté au service du jeune Gilbert. Zermah devint la nourrice de Diana. Cette situation ne pouvait que les introduire plus profondément dans l'intimité de la famille.

Zermah ressentit d'ailleurs pour la petite fille un amour de m?re, cet amour qu'elle ne pouvait plus reporter sur l'enfant qu'elle avait perdu. Dy le lui rendit bien, et l'affection de l'une avait toujours répondu aux soins maternels de l'autre. Aussi, Mme Burbank éprouvait-elle pour Zermah autant d'amitié que de reconnaissance.

M?mes sentiments entre Gilbert et Mars. Adroit et vigoureux, le métis avait heureusement contribué a rendre son jeune maître habile a tous les exercices du corps. James Burbank ne pouvait que s'applaudir de l'avoir attaché a son fils.

Ainsi, en aucun temps, la situation de Zermah et de Mars n'avait été si heureuse, et cela, au sortir des mains d'un Tickborn, apr?s avoir risqué de tomber dans celles d'un Texar. - Ils ne devaient jamais l'oublier.

 

IV. Rodzina Burbanka.

 

Było kilka minut po siódmej, kiedy James Burbank i Edward Carrol wstępowali po wschodach tarasu, na który wychodziły główne drzwi Castle-House, od strony rzeki Saint-John. Zerma, trzymając dziewczynkę za rączkę, szła za nimi. Wszyscy wkroczyli do halli, wielkiego przedsionka, w którego głębi zaokrąglonej w kształcie kopuły mieściło się dwoje wschodów prowadzących na wyższe piętra.

Pani Burbankowa rozmawiała właśnie z Perry'm generalnym zarządcą plantacyi, kiedy mąż ją zapytał:

- Czy nie zaszło nic nowego w Jacksonville?

- Nie, mój drogi.

- A od Gilberta niema wiadomości?

- Owszem... jest list.

- Bogu chwała!

Takieto pierwsze zapytania i odpowiedzi zamienili z sobą państwo Burbankowie.

James Burbank, uściskawszy zonę i małą Dy, odpieczętował list, jaki mu oddano.

Ten list nie został otwarty podczas nieobecności. Z powodu położenia piszącego i jego rodziny we Florydzie, pani Burbankowa chciała, żeby jej mąż najpierwszy dowiedział się, co się w nim zawiera.

"Zapewne ten list nie przyszedł pocztą?" zapytał James Burbank.

- O nie, panie Jamesie! odpowiedział Perry. Byłoby to zbyt nieroztropnie ze strony pana Gilberta!

- A kto się podjął przyniesienia?...

- Pewien Georgijczyk, na którego poświęcenie mógł liczyć nasz młody porucznik.

- Którego dnia przyszedł ten list?

- Wczoraj.

- Gdzież ten człowiek?...

- Odjechał tego samego wieczoru.

- Z dobrą zapłatą za usługę?...

- Tak mój drogi, z dobrą zapłatą, - odpowiedziała pani Burbankowa, - ale ją otrzymał od Gilberta, bo od nas nie chciał nic przyjąć.

Hallę oświetlały dwie lampy postawione na marmurowym stole przed szeroką sofą. James Burbank usiadł przy tym stole, żona i córka usiadły przy nim, a Edward Carrol, uścisnąwszy rękę siostrze, rzucił się na fotel. Zerma i Perry stali przy wschodach. Oboje byli przypuszczeni do takiej poufałości, że można było przeczytać przy nich list.

James Burbank otworzył go właśnie. Nosi datę 2-go lutego... zauważył.

- Pisany przed 4-ma dniami... odpowiedział Edward Carrol. To dawno, jak na okoliczności, w jakich się znajdujemy...

- Czytajże, ojcze, czytaj!, zawołała dziewczynka z niecierpliwością, bardzo naturalną w jej, wieku.

Oto, co zawierało to pismo:

"Na pokładzie Wabash, w przystani Edisto".

 

3 Lutego 1862.

"Drogi Ojcze",

Zaczynam od uściskania matki, siostrzyczki i ciebie. Nie zapominam też o wuju Carrolu i, żeby nie pominąć nikogo, posełam dobrej Zermie serdeczne pozdrowienie od jej męża, mojego zacnego i wiernego Marsa. Obaj jesteśmy zupełnie zdrowi i szaloną mamy chęć dostać się do was!

Nastąpi to niezadługo, chociażby nas miał przekląć p. Perry, ten zacny rządzca, który, widząc zwycięztwa Północy, musi strasznie wymyślać jako uparty zwolennik niewolnictwa i godny ich naczelnik.

- Otóż masz, Perry, - odezwał się Edward Carrol.

- Każdy ma swoje przekonania w tym względzie! odpowiedział p. Perry tonem człowieka, który nie myśli poświęcać swoich opinii.

James Burbank czytał dalej:

List ten odda wam człowiek, którego jestem pewny, więc się nie obawiajcie niczego z tej strony. Musiała was dojść wiadomość, że Komandor Dupont opanował zatokę Port-Royal i wyspy okoliczne.

Północ bierze więc zwolna górę nad Południem.

Dla tego też jest bardzo prawdopodobnem, że rząd federalny postara się zająć główne porty Florydy. Słychać o wyprawie, jaką Dupont i Sherman mają podobno przedsięwziąć wspólnie ku końcowi tego miesiąca. W takim razie, pewno poszlibyśmy zająć zatokę Saint-Andrews. Stamtąd możnaby z łatwością wkroczyć do Florydy.

Jakże pragnę być tam już, drogi ojcze, a zwłaszcza z naszą flotyllą zwycięzką!

Położenie mojej rodziny pośród tej ludności złożonej z niewolników ciągle mię niepokoi. Ale nadchodzi chwila, kiedy stanie się głośnym tryumf idei, która zawsze miała wyznawców na plantacyi Camdless-Bay.

Ach, gdybym się mógł wymknąć choćby na dwadzieścia cztery godzin, jakżebym dążył do was. Nie! Byłoby to zbyt nieroztropnie, tak dla was jak i dla mnie. Lepiej czekać cierpliwie. Za kilka tygodni będziemy wszyscy razem w Castle-House!

Kończąc już ten list, staram sobie przypomnieć, czym nie pominął kogo... a prawda... zapomniałem o p. Stannardzie i mojej ślicznej Alicyi, do której tak mi już tęskno. Ojcu jej zasełam zapewnienie przyjaźni, jej zaś czegoś więcej niż przyjaźni!...

 

Przywiązany Syn

Gilbert Burbank.

James Burbank położył na stole list, który pani Burbankowa wzięła zaraz do ręki i podniosła do ust. Potem mała Dy złożyła serdeczny pocałunek na podpisie brata.

- Zacny chłopiec! rzekł Edward Carrol.

- I zacny Mars! dodała pani Burbankowa, spoglądając na Zermę, która wzięła w objęcia dziewczynkę.

- Trzeba będzie uwiadomić Alicyą, żeśmy otrzymali list od Gilberta, - dodała pani Burbankowa.

- Napiszę do niej, odpowiedział James. Zresztą, za kilka dni mam pojechać do Jacksonville i zobaczę się ze Stannardem. Od czasu, jak Gilbert napisał ten list, mogły nadejść inne wiadomości co do projektowanej wyprawy. Ach, oby już przybyli nasi przyjaciele z Północy, oby Floryda wróciła pod Sztandar Unii. Tu, położenie nasze stałoby się w końcu niedozniesienia!

Rzeczywiście, odkąd wojna zbliżała się do Południa, we Florydzie zachodziła widoczna zmiana co do kwestyi stanowiącej jabłko niezgody w Stanach Zjednoczonych. Do owego czasu, niewolnictwo nie rozwijało się zbytecznie w tej byłej kolonii hiszpańskiej, która nie brała tak gorącego udziału w ruchach, jak Wirginia albo Karolina; ale niezadługo przywódzcy stanęli na czele stronników niewolnictwa. Teraz ci ludzie, gotowi do zamieszek, mogący tylko zyskać na zaburzeniach, mieli górę nad władzami w mieście Ś-go Augustyna, a głównie w Jacksonville, gdzie znajdowali poparcie w najniższej warstwie ludności. Z tej to przyczyny, położenie Jamesa Burbanka, którego pochodzenie i ideje były znane, mogło się stać, w danej chwili, bardzo niepokojące.

Było już blisko lat dwadzieścia, jak James Burbank, opuściwszy New-Jersey, gdzie posiadał jeszcze kilka włości, osiedlił się w Camdless-Bay z żoną i z 4-ro letnim synem. Jak wiadomo, plantacya rozwijała się pomyślnie dzięki jego inteligentnej działalności i pomocy Edwarda Carrola, jego szwagra. Dla tego też miłował on swój dziedziczny majątek. Tamto przyszło na świat drugie jego dziecko, mała Dy, w piętnaście lat po osiedleniu się jego w tych stronach.

James Burbank miał lat czterdzieści sześć. Był to mężczyzna silnej budowy, przywykły do pracy, zahartowany, charakteru energicznego i bardzo przywiązany do swoich przekonań, które śmiało wyjawiał. Wzrost miał wysoki, włosy zaledwie szpakowate, twarz nieco surową, lecz otwartą i budzącą zaufanie. Spiczasta bródka na sposób Amerykanów z Północy, bez faworytów i wąsów, czyniła zeń typ jankesa z Nowej-Anglii. W całej plantacyi był on kochany jako prawy i zacny człowiek. Murzyni byli mu szczerze oddani, on zaś wyczekiwał niecierpliwie okoliczności, które mu pozwolą ich wyzwolić. Jego szwagier, prawie jednych z nim lat, zajmował się wyłącznie rachunkowością w Camdless-Bay. Edward Carrol doskonale rozumiał go pod każdym względem i podzielał jego zapatrywania się na kwestyą niewolnictwa.

Jeden więc tylko rządca Perry był odmiennego zdania w tym światku. Jednakże, zacny ten człowiek bynajmniej nie obchodził się źle z niewolnikami. Przeciwnie, starał się nawet, żeby byli szczęśliwi, o ile ich położenie na to pozwalało. "Ale - mówił on - są okolice w krajach gorących, gdzie roboty rolne mogą być wykonywane tylko przez murzynów; a jakżeby murzyni nie byli niewolnikami".

Taką miał on teoryą, której bronił przy każdej sposobności. Widząc, jak losy sprzyjają przeciwnikom niewolnictwa, Perry był w rozpaczy. Piękne rzeczy będą się działy w Camdless-Bay, mówił, - gdy Burbank wyzwoli swoich murzynów.

Powtarzamy raz jeszcze, że był to zacny człowiek i bardzo odważny. Gdy James Burbank i Edward Carrol przystali do oddziału milicyi nazywanego "minutemen", który w każdej chwili był gotów wyruszyć, śmiało przyłączył się do nich przeciw ostatnim bandom Seminolów.

Pani Burbankowa nie wyglądała podówczas na lat trzydzieści dziewięć, będąc jeszcze bardzo piękną: córka zapowiadała, że będzie podobna kiedyś do niej. James Burbank znalazł w niej towarzyszkę kochającą, tkliwą, której, w znacznej części, zawdzięczał szczęście swoje. Ta szlachetna kobieta żyła tylko dla męża i dzieci; ubóstwiając ich, niepokoiła się srodze z powodu okoliczności, które miały wywołać wojnę domową aż we Florydzie. Wprawdzie Dyana, a raczej Dy, jak nazywano poufnie 6-cio letnią dzieweczkę, wesołą, pieszczotliwą, uszczęśliwioną życiem, - pozostała w Castle-House przy matce, ale Gilberta już tam nie było: ztąd ustawiczne obawy, z których pani Burbankowa niezawsze zdołała się otrząsnąć.

Gilbert był wówczas młodzieńcem dwudziesto czteroletnim, w którym odrodziły się moralne przymioty ojca obok większej otwartości i zalety fizyczne podniesione większym wdziękiem, polorem i elegancyą. Byłto człowiek śmiały, biegły we wszystkich ćwiczeniach fizycznych, tak w konnej jeździe jak w pływaniu oraz myśliwstwie. Ku wielkiej trwodze matki, ogromne lasy i bagna hrabstwa Duval aż nazbyt często bywały widownią jego zuchwałych czynów, niemniej jak i przystanie oraz przesmyki rzeki St. John aż do ostatniego ujścia rzeki Pablo. Dla tego też Gilbert miał naturalny pociąg do wojskowości i zupełnie był oswojony z trudami życia żołnierskiego, kiedy wybuchła wojna Północy z Południem. Zrozumiał, że obowiązek powołuje go do armii federalnej i niewahając się, poprosił rodziców o błogosławieństwo na drogę. Jakkolwiek miało to sprawić zmartwienie jego żonie i spowodować niebezpieczne położenie. James Burbank ani chwili nie myślał sprzeciwiać się życzeniu syna. On także poczytywał to za obowiązek, a obowiązki względem idei i ludzkości stawiał ponad wszystkiemi.

Gilbert pojechał więc na Północ, ale wyjazd jego zachowywany był, o ile się dało, w tajemnicy. Gdyby wiedziano w Jacksonville, że syn Jamesa Burbanka wstąpił do wojska nordzistów, mogłoby; to ściągnąć odwet na Camdless-Bay.

Młodzieniec został polecony przyjaciołom ojca, których tenże miał jeszcze w Stanie New-Jersey, Ponieważ Gilbert zawsze okazywał pociąg do marynarki, umieszczono go we flocie federalnej. W owym czasie awansowało się szybko, więc i Gilbert nie pozostawał w tyle. Rząd Waszyngtoński miał oko na, tego młodzieńca, który pomimo położenia, w jakiem się znajdowała jego rodzina, bez wahania oddał się na usługi świętej zasady. Gilbert odznaczył się przy ataku na fort Sumter. był na Richmondzie, kiedy ten okręt został atakowany przez pancernik Manassas przy ujściu Mississipi i dużo się przyczynił do zwycięstwa. Po tej potyczce awansowano go na podporucznika, jakkolwiek nie kończył szkoły oficerów marynarki, zarówno jak wszyscy zaimprowizowani oficerowie, którzy przedtem zajęci byli przemysłem, handlem i t. p.

Z tym nowym stopniem przyłączył się do eskadry Komandora Dupont, brał udział w świetnych zwycięztwach przy forcie Hatteras, potem przy zajęciu Seas-Islands i od kilku tygodni był już porucznikiem jednej z kanonierek Komandora Dupont, które wkrótce miały wtargnąć w przesmyki rzeki Ś-go Jana.

Z tem wszystkiem, Gilbert radby był, aby się ta krwawa wojna jak najprędzej skończyła; kochał bowiem i kochany. Po ukończeniu służby wojskowej, miał spiesznie powrócić do Camdless-Bay i poślubić córkę jednego z najserdeczniejszych przyjaciół swego ojca.

P. Stannard nie należał do klasy kolonistów Florydy. Gdy owdowiał, będąc dosyć zamożnym, postanowił poświęcić się wyłącznie edukacyi córki. Mieszkał on w Jacksonville, skąd miał tylko okole 4-eh mil w górę rzeki do Camdless-Bay. Od piętnastu lat nie minął tydzień, żeby nie odwiedził rodziny Burbanków; można więc powiedzieć że Gilbert wychował się razem z Alicyą Stannard. Oddawna też projektowano pomiędzy nimi małżeństwo, które miało zapewnić szczęście obojgu. Jakkolwiek Walter Stannard pochodził z Południa, był przeciwny niewolnictwu.

Walter Stannard był rodem z Nowego Orleanu żona zaś jego była Francuzką i zmarła bardzo wcześnie, przekazawszy córce szlachetne swoje przymioty, właściwe.

W chwili wyjazdu Gilberta, miss Alicya okazała wielką energią; pocieszając panią Burbank, powtarzała matce narzeczonego, że byłoto obowiązkiem pójść na wojnę, że kto się bije za tę sprawę, bije się tem samem za ludzkość i w ogóle za wolność. Miss Alicya miała wtedy lat dziewiętnaście. Była to pełna dystynkcyi blondynka z oczami prawie czarnemi, cerę miała świeżą, figurę elegancką i wyraz jej twarzy tak był ruchliwy, że najmniejszy uśmiech przeistaczał całą jej istotę. Śmiała się widocznie całą duszą.

Dla uzupełnienia obrazu rodziny Burbanków, wypada naszkicować wierne ich sługi: Marsa i Zermę.

Gilbert, jak widzieliśmy z listu, nie wybrał się sam jeden, lecz towarzyszył mu Mars, mąż Zermy. Młodzieniec nie byłby mógł znaleźć bardziej przywiązanego towarzysza, od tego niewolnika z Camdless-Bay, który pozyskał wolność, stąpiwszy na terytorya przeciwne niewolnictwu. Ale względem Gilberta, Mars zawsze uważał się za niewolnika, nazywał go swoim "młodym panem" i nie chciał go opuścić, jakkolwiek rząd federalny uformował już bataliony murzynów, w których mógł był znaleźć odpowiednie dla siebie miejsce.

Mars i Zerma nie pochodzili z rasy murzynów, lecz byli metysami. Przed siedmiu laty pobrali się oni, będąc niewolnikami pewnego kolonisty, Tickborna, posiadającego majątek o kilkanaście mil od Camdless-Bay. Od kilku lat, ten osadnik pozostawał w stosunkach z Texarem, który często odwiedzał plantacyą, zawsze mile witany. Nie było w tem nic dziwnego zresztą, bo Tickborn nie używał dobrego imienia w hrabstwie. Za mało inteligentny, żeby umiejętnie prowadzić interesa, musiał wystawić na sprzedaż pewną część swoich niewolników.

Właśnie w owym czasie, Zerma, tak źle traktowana, jak wszyscy niewolnicy plantacyi Tickborna, wydała na świat biedną istotę, z którą rozłączono ją prawie natychmiast. Podczas kiedy pokutowała w więzieniu za jakąś nie popełnioną winę, dziecię umarło na jej rękach. Łatwo sobie wyobrazić boleść Zermy i oburzenie Marsa. Ale cóż ci biedacy mogli poradzić przeciw temu panu, do którego ciało, tak martwe jak i żywe, należało, ponieważ je kupił.

Do tego strapienia miało przybyć drugie, nie mniej okropne: nazajutrz po śmierci dziecka, Mars i Zerma, których wystawiono na sprzedaż, o mało co nie zostali rozłączeni. Nawet ta pociecha miała im być odmówioną, żeby mieli wspólnego pana. Wystąpił ktoś, co nie mając plantacyi, chciał jednak kupić Zermę, był nim Texar. Miał on już spisać kontrakt z Tickbornem, lecz w ostatniej chwili nowy kupiec ofiarował wyższą cenę. Byłto James Burbank, który był świadkiem tej licytacyi na niewolników.

James Burbank potrzebował właśnie mamki dla swojej córeczki: dowiedziawszy się, że jedna z niewolnic Tickborna, której dziecko umarło, odpowiada wszelkim warunkom, zamierzył kupić samę tylko mamkę; ale poruszony łzami Zermy, bez wahania zapłacił za nią i jej męża więcej, aniżeli dotąd ofiarowano.

Texar znał Jamesa Burbanka, który już kilka razy wygnał go ze swojego terytoryum, jako człowieka podejrzanej reputacyi. Odtądto nawet datowała się jego nienawiść względem całej rodziny z Camdless-Bay. Probował on walczyć ze swym bogatym współzawodnikiem, a gdy mu się to nie udawało, zawziął się: podwoił cenę żądaną przez Tickborna za metyskę i jej męża. Rezultat był tylko taki, że Jamesowi Burbankowi wypadło zapłacić bardzo drogo za tę parę, gdy mu ją w końcu przysądzono.

Tak więc Mars i Zerma nietylko nie potrzebowali się rozłączyć, lecz mieli objąć służbę u najszlachetniejszego ze wszystkich florydzkich kolonistów. Jakążto było osłodą w ich nieszczęściu i z jakim spokojem mogli teraz patrzeć w przyszłość! Zerma, w sześć lat później, przedstawiała jeszcze typ pięknej metyski. Ta kobieta z energiczną naturą, całem sercem przywiązana do państwa, miała już niejednę sposobność i w przyszłości jeszcze mieć ją będzie, dać im dowód swego przywiązania. Mars okazywał się godzien kobiety, z którą miłosierny uczynek Jamesa Burbanka nazawsze go zjednoczył. Był to znakomity typ negrów mających znaczną przymieszkę krwi kreolskiej: wysoki, krzepki, odważny, mógł on oddawać prawdziwe usługi swemu nowemu panu.

Zresztą, ani on ani Zerma nie byli traktowani w Camdless-Bay jako niewolnicy: gdy się dali wkrótce poznać z przymiotów serca i umysłu, Marsa przeznaczono wyłącznie do usług młodego Gilberta, Zerma zaś została mamką Dyany i odtąd oboje byli niejako do kółka rodzinnego przypuszczeni.

Zerma pokochała dziecię macierzyńską miłością, której nie mogła przelewać na swoje utracone dziecko. Dy czule przywiązała się także do niej; dla tego też pani Burbankowa była przejętą dla Zermy przyjaźnią i wdzięcznością.

Gilbert i Mars niemniej przystali do siebie; a że przytem zręczny metys wyuczył swego panicza wszelkich ćwiczeń fizycznych, James Burbank rad był z umieszczenia go przy synu.

Para naszych niewolników nie znajdowała się jeszcze nigdy w tak szczęśliwem położeniu jak teraz, po wydobyciu się z rąk takiego Tickborna i po ocaleniu od Texara, w którego moc o mało się nie dostała.

 

CZĘŚĆ PIERWSZA 

 

I. Na pokładzie Shannon'u.

 

Floryda, przyłączona do wielkiej federacyi amerykańskiej r. 1819, dostała prawo oddzielnego Stanu. W kilka lat później i w skutek tej anneksyi, terytoryum respubliki powiększyło się o sześćdziesiąt siedm tysięcy mil kwadratowych. Ale gwiazda florydzka świeci tylko drugorzędnym blaskiem na firmamencie trzydziestu siedmiu ciał niebieskich, zasiewających flagę Stanów Zjednoczonych.

Floryda jest tylko wąskim i niskim pasem ziemi, a z tej przyczyny właśnie, że nie jest szeroka, zraszające ją rzeki, z wyjątkiem Saint-John, nie mają odpowiedniej ilości wód.

Na takiej płaszczyźnie rzeki nie mają potrzebnego spadku, żeby płynąć szybko. Na powierzchni Florydy, nie ma wcale gór: jest zaledwie kilka zarysów tych bluffs, czyli pagórków, tak licznych w środkowych i północnych okolicach Unii. Co się tyczy ogólnego kształtu, to można ją porównać z ogonem bobra, który moknie w Oceanie, pomiędzy Atlantykiem na wschód i zatoką meksykańską na zachód.

Floryda nie ma zatem sąsiadów, z wyjątkiem Georgii, której granica ku północy styka się z jej granicą. Granica ta tworzy międzymorze, łączące półwysep z lądem. W ogóle, Floryda ma wygląd krainy odrębnej, nawet dziwacznej, ze swymi mieszkańcami, którzy są nawpół Hiszpanie, nawpół Amerykanie i z Indyanami Seminoles, tak odmiennymi od swych rodaków z Far-Westu.

O ile Floryda jest jałowa, piasczysta, otoczona wydmami, utworzonemi przez stopniowe wrzynanie się Atlantyku w wybrzeże południa, o tyle urodzajność jej zdumiewa na płaszczyznach północnych. Nazwę swoję ten kraj usprawiedliwia zupełnie: flora, jest tam wspaniała, bogata i wielce urozmaicona. Pochodzi to zapewne ztąd, że ta część terytoryum zraszana jest rzeką Ś-go Jana. Rzeka ta toczy swe nurty szeroko, z południa ku północy, na przestrzeni dwustupięćdziesięciu mil, z których sto siedm aż po jezioro Jerzego przydatne są do żeglugi. Ma ona długość, której brakuje rzekom poprzecznym, a to dzięki jej kierunkowi na wschód. Rzekę tę wzbogacają liczne dopływy, mieszając się w niej z sobą w głębi mnogich zatok obu jej wybrzeży. Saint-John jest jednak główną arteryą kraju; ożywia go swemi wodami, tą krwią, która płynie w żyłach ziemi.

Dnia 7 lutego 1862, Steam-boat Shannon płynął w dół rzeki Saint-John. O 4-ej popołudniu miał zarzucić kotwicę w miasteczku Picolata, odwiedziwszy już górne stacye rzeki i różne forty w hrabstwach Saint-Jean i Putnam. O kilka mil ztamtąd miał już wpłynąć w granice hrabstwa Duval ciągnącego się aż do hrabstwa Nassau i odgraniczonego od tegoż rzeką, od której nazwa jego pochodzi.

Picolata, sama przez się, nie ma wielkiego znaczenia; ale jej okolice są bogate w plantacye indyga, ryżu, bawełny, trzciny cukrowej i t. p.

Dla tego też kraina ta jest dosyć zaludniona i ma liczne stosunki handlowe, oraz duży ruch podróżnych. Jestto miejsce, w którem wysiadają podróżni, udający się do miasta Ś-go Augustyna, jednego z głównych we Florydzie wschodniej, położonego o kilkanaście mil na tej części wybrzeża Oceanowego, które zasłonięte jest przez wyspę Anastazya. Droga prawie prosta stanowi komunikacyą pomiędzy Picolata a miastem.

Owego dnia, u wnijścia do przystani Picolata więcej było podróżnych, niż zazwyczaj. Przywiozły ich szybko posuwające się powozy "Stages", wehikuły o ośmiu miejscach, zaprzężone w cztery albo sześć mułów, które galopują jak szalone po tej drodze, pośród trzęsawisk. Szło tym podróżnym o to, żeby zdążyć na parowiec, bo inaczej opóźniliby przynajmniej o 48 godzin przybycie swoje do miast, miasteczek, fortów lub wsi zbudowanych w dole rzeki. Rzeczywiście Shannon nie codzień obsługuje oba wybrzeża rzeki Ś-go Jana; a w owej epoce on jeden przewoził transporta i podróżnych na tym dystansie, trzeba więc było być w Picolata w chwili, kiedy on zarzuca kotwicę, dla tego to powozy dostawiły godzinę naprzód swój kontygens pasażerów.

W tej chwili znajdowało ich się około 50-ciu na bulwarku Picolata, gdzie wyczekiwali, gawędząc z niejakiem ożywieniem. Można było zauważyć, że się dzielą na dwie gromady niezbyt chętne do połączenia się z sobą. Czy ich przyciągnął do miasta Ś-go Augustyna jaki interes wielkiej wagi, jaka sprawa polityczna? W każdym razie, to pewna, że nie nastąpiła zgoda między nimi. Jak przybyli wrogami, tak i powracali nimi także. Znać to było aż nadto ze spojrzeń gniewnych, jakie zamieniali z sobą, z odgraniczenia pomiędzy temi dwiema grupami, z kilku słów ostrych, których wyzywające znaczenia wszyscy zdawali się rozumieć.

Naraz przeciągły świst rozległ się w górze rzeki i niezadługo Shannon ukazał się na zakręcie prawego wybrzeża, o półmili ponad Picolata. Gęste kłęby dymu wydobywały się z obu jego kominów, wieńczyły drzewa, któremi wiatr od morza poruszał na przeciwległym brzegu. Jego masa ruchoma szybko wzrastała; odpływ morza następował. Pęd fali, który opóźniał podróż statku od jakich 4-ch godzin, teraz był jej przyjazny, ułatwiając odpływ rzeki Ś-go Jana w stronę ujścia.

Nakoniec rozległ się dzwon; koła statku uderzyły jeszcze raz o wodę i zatrzymały się. Shannon stanął przy samym bulwarku. Natychmiast zaczęto wsiadać na statek z pewnym pośpiechem. Jedna z grup weszła pierwsza na pokład, a druga nie starała się jej wyprzedzić. Pochodziło to ztąd zapewne, że ta ostatnia musiała oczekiwać jednego lub kilku podróżnych, którzy się opóźnili. Dwóch czy trzech ludzi odłączyło się nawet od tej gromadki, żeby pobiedz bulwarkiem w stronę, gdzie się zaczyna droga do miasta Ś-go Augustyna. Ztamtąd patrzyli w kierunku wschodu z widocznem zniecierpliwieniem.

I nie bez słusznej przyczyny; albowiem kapitan Shannon'u, stojąc na przejściu wołał:

- Proszę wsiadać! proszę wsiadać!

- Jeszcze chwilkę! - odpowiedział jeden z ludzi należących do drugiej gromady, który został był na brzegu.

- Nie mogę czekać, panowie!

- Kilka minut!

- Nie! Ani jednej!

- Tylko chwilę!

- Niepodobna! Mamy odpływ, więc mogę nie znaleźć dosyć wody do przepłynięcia mielizny Jacksonvillskiej.

- Zresztą - odezwał się któryś z pasażerów - nie mamy powodu stosować się do kaprysu maruderów.

Ten, co rzucił tę uwagę, należał do pierwszej grupy, znajdującej się już na tylnym pokładzie statku.

- I ja jestem tego zdania, panie Burbanku, - odparł kapitan. Służba przedewszystkiem... Panowie proszę wsiadać, albo daję rozkaz do odbicia od brzegu!

Marynarze zajęli się odepchnięciem parowca od pomostu, a ze świstawki wydobywały się ostre głosy.

Przygotowania te przerwały jednak krzyki z wybrzeża:

- Oto Texar... Oto Texar nadjeżdża!

Powóz pędzący, ile zaprzęgowi sił starczyło, ukazał się na zakręcie nadbrzeża Picolata i ciągnące go cztery muły stanęły przy ambakaderze. Z powozu tego wysiadł mężczyzna. Ci z jego towarzyszy, którzy wyszli też na drogę, przybiegli doń i wszyscy razem wsiedli na statek.

- Niewiele brakowało, Texarze, żebyś pozostał; a byłoby to bardzo źle! - odezwał się jeden z nich.  

- Tak! Aż za dwa dni byłbyś mógł powrócić do... dokąd? Będziemy wiedzieli, gdy nam zechcesz powiedzieć! - dodał inny.

- I gdyby kapitan był wysłuchał tego zuchwalca Jamesa Burbanka - powiedział trzeci - Shannon byłby już oddalił się na jakie ćwierć mili od Picolaty!

Texar przeszedł na przód statku ze swoimi towarzyszami; idąc, spojrzał tylko na Burbanka, od którego oddzielała go jeno kładka kapitana. Chociaż nie rzekł ani słowa, wzrok jego dostatecznie wskazywał, że ci dwaj ludzie czują do siebie jakąś nieubłaganą nienawiść.

Co się tycze Jamesa Burbanka, to spojrzawszy w oczy Texarowi, odwrócił się od niego i poszedł usiąść w głębi pokładu, gdzie towarzysze jego już zasiedli.

- Burbanek zły! - rzekł jeden z kompanów Texara, - Naturalnie!... Kłamstwa jego na nic się nie zdały i sąd wymierzył sprawiedliwość za jego fałszywe świadectwo.

- Ale nie na jego osobie - odparł Texar, - a ten wymiar sprawiedliwości zachowuję dla siebie.

Statek tymczasem odbił od brzegu. Długiemi żerdziami zepchnięto przód statku w kierunku prądu i Shannon party potężnemi kołami, którym pomagał odpływ, ruszył szybko w dół rzeki Ś-go Jana.

Jak wiadomo, parowce kursujące po rzekach amerykańskich, są prawdziwemi kilkopiętrowemi domami, z obszernemi tarasami u szczytu. Nad niemi panują kominy, maszyny i maszty do zawieszania bander i lin, podtrzymujących werendy. Na Hudsonie tak samo jak na Mississipi, te Steam-boats, rodzaj pałaców morskich, mogłyby pomieścić ludność jakiej mieściny. Saint-John i miasta florydzkie nie potrzebowały takiej obsługi. Shannon był więc tylko zwyczajnym hotelem pływającym, chociaż jego urządzenie wewnętrzne i zewnętrzne przypominały statki Kentucky i Dean-Richmond.

Pogoda była przepyszna. Na niebie bardzo błękitnem, gdzieniegdzie snuły się lekkie kłęby pary rozproszone po horyzoncie. Pod tym stopniem szerokości miesiąc luty jest prawie gorący w nowym-świecie jak w starym na granicach pustyni Sahara. Jednakże lekki wietrzyk morski łagodził ten klimat i dla tego większa część pasażerów na Shannonie pozostała na pokładzie, żeby oddychać zapachami lasów nadbrzeżnych, które na skrzydłach wiatru do nich dolatywały. Ukośne promienie słońca nie mogły ich dosięgać pod okryciem namiotów, chwiejących się jak punkasy induskie wskutek szybkiego posuwania się statku.

Texar wraz z pięciu czy sześciu towarzyszami, którzy z nim wsiedli na parowiec, zeszli do bufetu, gdzie mając widać gardła przywykłe do mocnych napojów amerykańskich, wychylali cale szklanice piołunówki i burbon-whiskey. Byli to ludzie dosyć gminni, nieukładni, szorstscy w mowie, odziani raczej skórą, niż suknem, przyzwyczajeni żyć więcej wśród lasów, aniżeli w miastach florydzkich. Texar zdawał się mieć nad nimi prawo wyższości, które musiał zawdzięczać energicznemu charakterowi, niemniej jak powadze swego stanowiska lub majątku. Ztąd to, ponieważ Texar milczał, jego stronnicy także przestali mówić, piciem zastępując rozmowę.

Naraz Texar przerzuciwszy roztargnionem okiem jeden z dzienników porozrzuconych na stołach w bufetowej sali, cisnął go, mówiąc:

- Wszystko to już starzyzna!

- Spodziewam się! - odrzekł jeden z jego kompanów - to egzemplarz z przed trzech dni.

- A w trzy dni tyle rzeczy stać się może, odkąd się biją u granic naszych! - dodał inny.

- Jakże stoimy z wojną? - zapytał Texar.

- O ile się to nas dotyczy, rzecz się ma, jak następuje: rząd federalny zajęty jest podobno przygotowaniem wyprawy na Florydę, trzeba się więc spodziewać niezadługo napadu z północy.

- Czy to pewne?

- Nie wiem, ale chodziły te wieści w Sawanna i potwierdzono mi je w mieście Ś-go Augustyna.

- Niechaj przyjdą ci federaliści, kiedy roszczą sobie pretensyą do ujarzmienia nas! - wykrzyknął Texar, popierając groźbę uderzeniem pięści tak gwałtownem, że flaszki i szklanice podskoczyły na stole. Tak!... Niechaj przyjdą! Zobaczymy czy florydzcy plantatorowie pozwolą się ogołocić tym złodziejom.

Z odpowiedzi Texara dwóch rzeczy dowiedziałby się ten, ktoby nie był świadomy wypadków, jakie się podówczas rozgrywały w Ameryce: najpierw, że wojna secesyjna wypowiedziana faktycznie wystrzałem armatnim w forcie Sumter dnia 11 kwietnia 1861, była w owej chwili w stanie najbardziej ostrym, rozciągała się bowiem aż do ostatnich krańców państw południowych; powtóre, że Texar, stronnik niewolnictwa, łączył się z ogromną większością ludności zamieszkujących terytorya, gdzie ono istniało. A właśnie, na pokładzie Shannon'u spotkało się kilku przedstawicieli obu stronnictw: byli tam i przeciwnicy niewoli, nazywani rozmaicie w ciągu tej długiej walki nordzistami, abolucyonistami albo federalistami; byli także południowcy, stronnicy niewoli, secessyoniści albo konfederaci. W godzinę później Texar ze swymi towarzyszami, którzy aż nadto ugasili pragnienie, podnieśli się, żeby wejść na górny pokład Shannon'u. Statek minął już ze strony prawego wybrzeża zatokę Tneut, oraz zatokę Sześciu-Mil, z których pierwsza kierowała wody rzeki w głąb gęstych lasów, druga łączyła je z bagnami Dwunastu-Mil, których nazwa oznaczała ich powierzchnią.

Parowiec płynął wtedy pomiędzy dwoma szeregami przepysznych drzew tulipanowych; magnolij, jodeł, cyprysów, dębów zimowych, jukasów i wiele innych wielkiej okazałości, których pnie znikały pod zawikłaną siecią ozalej i lianów. Niekiedy u wnijścia do zatok, które dotykały do hrabstw Ś-go Jana i Duval, silny odór piżma napełniał atmosferę. Nie pochodził on z krzewów, których wyziewy są mocne w tym klimacie, lecz wydawały go kaimany, kryjące się hałaśliwie w trawie na odgłos kół statku. Były tam i ptaki rozmaitych gatunków: dzięcioły, czaple złotki, bąki, gołębie o białych główkach, jakamary śmieszki i setki innych urozmaiconych pod względem kształtu i upierzenia; podczas, kiedy przedrzeźniacz, jak brzuchomówca, naśladował wszystkie głosy, nawet głos donośny jak trąbka i rozlegający się na przestrzeni kilkunastu metrów.

W chwili, kiedy Texar wstępował na ostatni stopień wschodków, żeby wejść na pokład, kobieta schodziła do salonu. Usunęła się na stronę zobaczywszy Texara. Była to metyska pozostająca w służbie u rodziny Burbanków. Pierwszem jej wrażeniem był wstręt nieprzezwyciężony na widok wroga jej pana. Nie dawszy się stropić niechętnem spojrzeniem, jakie rzucił na nią Texar, skoczyła w bok. On wzruszając ramionami, rzekł do swoich towarzyszy:

- Patrzcież, to Zarma, jedna z niewolnic Jamesa Burbanka, który powiada, że jest przeciwnikiem niewoli!

Zarma nic nie odpowiedziała. Gdy wejście zostało wolne, zeszła do dużej kajuty statku, nie okazując, żeby ją choć cokolwiek obeszły te słowa. Co się tyczy Texara, to skierował on się ku przodowi parowca. Tam zapalił cygaro i nie zajmując się już towarzyszami, którzy w ślad za nim podążyli, zdawał się wpatrywać z pewną uwagą w lewe wybrzeże rzeki, stanowiącej granicę hrabstwa Putnam.

Przez ten czas, na tyle Shannounu rozmawiano także o sprawach wojennych. Po oddaleniu się Zermy, James Burbank pozostał sam z dwoma przyjaciółmi, którzy mu towarzyszyli do miasta Ś-go Augustyna. Jeden z nich był to jego szwagier Edward Karrol, drugi Florydyanin mieszkający w Jacksonville, Walter Staunard; i ci rozmawiali z pewnem ożywieniem o krwawej walce, której rezultat był kwestyą życia i śmierci dla Stanów Zjednoczonych. Ale James Burbank inaczej oceniał wypadki, inaczej sądził ich następstwa, niż Texar.

- Pilno mi powrócić do Kamdless-Bay - mówił on - wyjechaliśmy przed dwoma dniami, przez ten czas mogły nadejść jakie wiadomości o wojnie. Może Dupont i Sherman opanowali już Port-Royal i wyspy Karoliny Południowej?

- W każdym razie musi to niedługo nastąpić - odpowiedział Edward Karrol i bardzobym się zadziwił, gdyby prezydent Lincoln nie chciał posunąć wojny aż do Florydy.

- Nie będzie to za prędko! - odezwał się James Burbank. - Tak! Sama pora narzucić wolę Unii tym wszystkim południowcom z Georgi oraz Florydy, którzy mniemają, że są zbyt oddaleni, żeby ich można kiedykolwiek dosięgnąć. Widzicie, do jakiego zuchwalstwa może to doprowadzić takich włóczęgów, jak Texar! Czując poparcie tutejszych zwolenników niewolnictwa, podżega ich przeciwko nam, ludziom z północy, których położenie trudniejsze się staje wobec dzisiejszych losów wojny!

- Masz racyą, James - rzekł Edward Karrol. - Trzeba, żeby Floryda jak najprędzej wróciła pod władzę rządu Waszyngtońskiego. Albo wojsko federalne musi tu zawitać w obronie prawa, albo będziemy zmuszeni opuścić nasze plantacye.

- To się nie może przeciągnąć dłużej jak kilka dni, mój drogi Burbanku, - odpowiedział Wolter Stannard. Onegdaj, kiedym wyjeżdżał z Jacksonville, umysły zaczynały się niepokoić projektami przypisywanemi Komandorowi Dupont, który chce podobno przejść wąwozy Saint-John. Pogróżka ta była pretekstem do pogłosek, by przeciw tym, którzy nie są zwolennikami niewolnictwa. Lękam się bardzo, żeby jakie zamieszki nie obaliły obecnych władz miejskich na korzyść indywidyów najlichszego gatunku!

- Nie dziwiłbym się wcale, - odpowiedział James Burbank. - Dla tego to musimy być przygotowani, na ciężkie przeprawy w chwili, gdy się zbliży armia federacyjna!... Ale niepodobna ich uniknąć.

- Cóż robić, zresztą? - rzekł Walter Stannard. Jeśli w Jacksonville, a nawet na innych punktach Florydy znajduje się pewna ilość osadników tak myślących o kwestyi niewolnictwa, jak my myślimy, to liczba ich nie jest dosyć wielka, żeby mogli stawiać opór nadużyciom secesyonistów. Myśmy powinni rachować dla bezpieczeństwa swego tylko na przybycie federalistów, i jeśli ich interwencya ma nastąpić, byłoby do życzenia, aby nastąpiła prędko.

- Tak... niechaj przyjdą! - wykrzyknął James Burbank, - i niech nas wyzwolą od tych łotrów.

- Okaże się niezadługo czy ludzie z północy których sprawy familijne lub majątkowe zmuszały żyć pośród stronników niewoli i stosować się do obyczajów kraju, mieli prawo tak przemawiać i nie lękać się nadchodzących wypadków.

Prawdą było to wszystko, a James Burbank i jego przyjaciele myśleli o bieżących wypadkach. Rząd federalny gotował właśnie wyprawę w celu ujarzmienia Florydy. Nie chodziło mu tyle o zajęcie militarne kraju, ile o opanowanie wybrzeży i przeszkodzenie w ten sposób kontrabandzie morskiej i przerywaniu blokady tak dla sprowadzenia broni i amunicyi, jako też dla handlu wywozowego. Z tego też powodu statek, na którym znajdowali się nasi podróżni, nie przybijał wcale do południowych brzegów Georgii, które pozostawały w mocy wojsk unii.

Przez ostrożność zatrzymał on się na granicy, trochę po za ujściem rzeki Ś-go Jana, ku północy wyspy Amelia, u tego portu Fernandina, skąd wychodzi kolej żelazna Cedar-Keys, która przerzyna ukośnie półwysep florydzki i kończy się u brzegów zatoki meksykańskiej. Powyżej wyspy Amalii i rzeki Saint-Mary, Shannon narażałby się na to, że pojmałyby go okręta federalne, czuwające ustawicznie nad tą częścią wybrzeża.

W skutek tego, pasażerowie steam-boatu byli przeważnie z liczby tych Florydczyków, których interesa nie zmuszały udawać się za granice prowincyi. Wszyscy pochodzili z miast, mieścin lub wiosek zbudowanych na brzegach rzeki Ś-go Jana albo jej dopływów i powiększej części, bądź w mieście Ś-go Augustyna, bądź w Jacksonville, w tych rozmaitych miejscowościach mogli lądować za pomocą pomostów umieszczonych przy brzegu, albo też posługując się kładkami utwierdzonemi na palach sposobem angielskim, co ich uwolniało od używania szalup.

Ale jeden z pasażów parowca miał zeń wysiąść na pełnej rzece i nie czekając, żeby się Shannon zatrzymał w którym z portów objętych regulaminem, wylądować na wybrzeżu w miejscu, gdzie nie było widać ani wsi żadnej ani domu, ani nawet chaty służącej za schronienie w czasie polowania lub rybołówstwa.

Tym pasażerem był Texar.

Około 6-tej wieczorem Sannon gwizdnął przeraźliwie trzy razy; koła jego zatrzymały się prawie natychmiast i dał się porwać w dół pędowi rzeki, który jest bardzo umiarkowany w tem miejscu.

Pruł on wtedy w poprzek wody Zatoki-Czarnej. Ta zatoka jest wyrwą w lewym brzegu do której wpada mały dopływ bez nazwy, przechodząc u stóp fortu Heilmana, prawie na granicy hrabstw Putman i Duval. Jej wąski otwór całkiem znika pod sklepieniem z gęstych gałęzi, których liście plączą się z sobą, niby wątek bardzo gęstej tkaniny. Ta ciemna laguna jest - rzec można - nieznana krajowcom.

Nikt jeszcze nie próbował dostać się do jej wnętrza i nikt też nie wiedział, że Texarowi służy za mieszkanie. Niewiadomość ta pochodziła ztąd, że wybrzeża rzeki Ś.go Jana, na wysokości Zatoki-Czarnej, zdają się nie być nigdzie przerwane. Dla tego też trzeba było marynarza bardzo obeznanego z tą ciemną zatoką, żeby w nią wpłynąć w niewielkiej łodzi pomimo zapadającej nocy.

Na pierwsze gwizdnięcie Shannon, natychmiast ozwał się krzyk trzykrotny i pomiędzy trawami wybrzeża zaczęło migotać światełko. Było to znakiem ze się zbliża łódź chcąca przybić do parowca.

Ta łódka z kory kierowana prostą pagają, niebawem znalazła się na 120 sążni od Shannoun.

Texar zbliżył się wtedy na przód parowca i, zwinąwszy rękę w trąbkę, zawołał:

- Avo!

- Avo, odpowiedziano.

- Czy to ty, Skambo?

- Tak, panie!

- Przybij!

Łódka przybiła. Przy świetle latarni przytwierdzonej na przodzie statku, można było zobaczyć sternika.

Był to indyanin o czarnych włosach, nagi do pasa, silny mężczyzna, o ile się dało sądzić z torsu połyskującego przy blasku latarni.

W tej chwili, Texar zwrócił się do towarzyszy i uścisnął im ręce, mówiąc znaczącym tonem: "do widzenia!" Rzuciwszy groźne wejrzenie w stronę Burbonka, zeszedł ze wschodów umieszczonych na tyle koła i wsiadł do łódki. Po kilku chwilach, steam-boat oddalił się od łódki i nikt z będących na pokładzie nie mógł się domyślać, że to lekkie czółenko zniknie pod ciemnemi krzakami wybrzeża.

- Jednego łotra mniej na pokładzie! rzekł wtedy Edward Carrol, nie zważając na to, że go usłyszą towarzysze Texara.

- Tak, to łotr i niebezpieczny złoczyńca, odrzekł: Burbank. Mam o nim takie przekonanie, chociaż ten nędznik potrafił zawsze wykręcić się za pomocą zagadkowego dla mnie alibi.

- W każdym razie odezwał się p. Stannard, jeśli się zdarzy jaka zbrodnia, dzisiejszej nocy w okolicach Jacksonville, nie będzie go można posądzać o nią, ponieważ wysiadł z Shannoun.

- Kto wie, - odrzekł Burbonk. Gdyby mi kto powiedział, że go widziano kradnącego lub zabijającego o 50 mil stąd, na północy Florydy, w tej chwili kiedy tu rozmawiamy, nie zadziwiłoby mnie to. Prawda, że gdyby zdołał udowodnić, że nie jest sprawcą tej zbrodni, również nie zdziwiłbym się, po tem wszystkiem co już zaszło. Ale za wiele zajmujemy się tym człowiekiem. Wracasz do Jacksonville, Stanuardzie?

- Jeszcze dziś wieczór.

- Córka tam czeka na ciebie?

- Tak - i pilno mi do niej.

- Rozumiem to, - odpowiedział James Burbonk. A kiedy myślisz podążyć za nami do Kandless-Bay?

- Za dni kilka.

- Przybądź że, jak będziesz mógł najprędzej, kochany Stannardzie. Wiesz, że lada dzień spodziewać się można bardzo ważnych wypadków, które będą jeszcze groźniejsze, gdy się zbliży wojsko federalne. Dla tego, zdaje mi się, że może byś był bezpieczniejszy wraz z córką swoją Alicyą, w naszym Castlehouse, aniżeli w tem mieście, gdzie południowcy gotowi do wszystkich nadużyć!

- Alboż ja sam nie jestem z południa, mój drogi Burbanku?

- Prawda, ale tak myślisz i działasz, jak gdybyś był z północy.

W godzinę po tem, Shannon porwany przez prąd coraz silniejszy, mijał wioskę Mandaryn rozłożoną na zielonym pagórku. Potem, o pięć lub sześć mil niżej, zatrzymał się przy prawym brzegu rzeki. Tam urządzona była rampa do wysiadania i do ładowania okrętów. Ponad nią wznosiła się elegancka kładka, zawieszona na dwóch łańcuchach. Był to debarkader Camdless-Bay.

Przy wejściu stało dwóch murzynów z latarniami, gdyż zapadła już ciemna noc.

James Burbank pożegnawszy się ze Stannardem wskoczył wraz z Edwardem Carrolem na kładkę.

Za nim szła metyska Zerma, która zdaleka odpowiedziała dziecięcemu głosikowi:

- Jestem, Dy!... Jestem!

- A ojciec?

- "Ojciec tamże!"

Latarnie oddaliły się i Shannoun ruszył w dalszą drogę, ukośnie płynąć ku lewemu brzegowi. O trzy mile za Kamdless-Boy, po drugiej stronie rzeki, zatrzymał się przy wybrzeżu Jacksonville, żeby wysadzić na ląd większą część swoich pasażerów.

Tam, Wolter Stannard wysiadł jednocześnie z trzema czy czterema z tych ludzi, z którymi Texar rozstał się na półtorej godziny przedtem, kiedy Indyanin podpłynął po niego czółnem. Pozostawało już tylko ze sześciu podróżnych na pokładzie parowca: jedni udawali się do Pablo, miasteczka zbudowanego przy latarni morskiej, wznoszącej się u ujścia rzeki Ś-go Jana, drudzy na wyspę Talbot, gdzie się zaczynały przesmyki tęż samę nazwę noszące, inni nakoniec dążyli do portu Fernandina. Shannoun płynął więc dalej i przedostał się przez mielizny bez wypadku.

W godzinę później znikł on na zakręcie zatoki Tru, gdzie rzeka Ś-go Jana mięsza swe fale już wzburzone z falami oceanu.