Walka naszego życia. Moja praca z Zełenskim, ukraińskie zmagania o demokrację i co to wszystko oznacza dla świata - Julia Mendel

Kup ebooka

36.99 zł
33.29 zł (21,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
 
 

Na Sądzie zapytamy Boga:

dlaczego na to wszystko pozwoliłeś?

Odpowiedzią będzie echo:

dlaczego na to wszystko pozwoliłeś?

 

Ilya Kaminsky, Republika głuchych

 
 
 
ZARYS HISTORII WSPÓŁCZESNEJ, NIEPODLEGŁEJ UKRAINY

1990 - rewolucja na granicie, uważana za pierwszy poważny ukraiński protest polityczny przeciwko dalszemu istnieniu Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich (ZSRR), komunistycznego państwa federacyjnego powstałego po rewolucji bolszewickiej w 1917 roku

 

24 SIERPNIA 1991 - upadek ZSRR oraz ogłoszenie przez Ukrainę niepodległości, potwierdzone w ogólnonarodowym referendum 1 grudnia

 

CZERWIEC - LIPIEC 1994 - pierwsze wybory prezydenckie w Ukrainie. Były premier Leonid Kuczma pokonuje urzędującego prezydenta Leonida Krawczuka. Pierwsze pokojowe przekazanie władzy w niepodległej Ukrainie

 

5 GRUDNIA 1994 - Memorandum Budapeszteńskie o Gwarancjach Bezpieczeństwa. W dokumencie tym Federacja Rosyjska, Wielka Brytania i Stany Zjednoczone zobowiązały się nie grozić Ukrainie, Białorusi i Kazachstanowi użyciem siły lub środków przymusu ekonomicznego, "chyba że w samoobronie lub w przypadkach zgodnych z Kartą Narodów Zjednoczonych"

 

1996 - przyjęcie ukraińskiej konstytucji i wprowadzenie nowej waluty - hrywny (UAH)

 

2004-2005 - pomarańczowa rewolucja, w czasie której Ukraińcy gremialnie wystąpili przeciwko korupcji i sfałszowaniu wyborów prezydenckich

 

2013-2014 - rewolucja godności, podczas której Ukraińcy wystąpili przeciwko korupcji i odstąpieniu przez prezydenta Wiktora Janukowycza od podpisania umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską. Mieszkańcy Ukrainy opowiedzieli się za dążeniem do integracji z Unią Europejską i prawem do bycia częścią Europy. Przeciwstawili się oczekiwaniom Moskwy dotyczącym zacieśniania więzów z Federacją Rosyjską. Obalony Janukowycz ucieka do Rosji

 

LUTY - MARZEC 2014 - aneksja Krymu przez Rosję

 

KWIECIEŃ 2014 - wkroczenie rosyjskich wojsk do obwodów ługańskiego i donieckiego na wschodzie Ukrainy, skutkujące trwającą do dzisiaj okupacją części Donbasu

 

CZERWIEC 2014 - powstanie "formatu normandzkiego" - grupy składającej się z przywódców Francji, Niemiec, Rosji i Ukrainy, której celem było wynegocjowanie porozumienia kończącego konflikt. Jej pierwsze posiedzenie odbyło się podczas obchodów 70. rocznicy lądowania aliantów w Normandii. W latach 2014-2016 odbyło się pięć spotkań

 

8 CZERWCA 2014 - powstanie trójstronnej grupy kontaktowej ds. Ukrainy, skupiającej przedstawicieli Ukrainy, Rosji oraz Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie. Jej zadaniem było poszukiwanie możliwości dyplomatycznego rozwiązania konfliktu w Donbasie

 

WRZESIEŃ 2014 - podpisanie protokołu mińskiego, którego następstwem było zmniejszenie natężenia walk w strefie ogarniętej działaniami wojennymi. Negocjacje prowadzące do jego zawarcia odbyły się w stolicy Białorusi

 

LUTY 2015 - uzgodnienie nowego pakietu środków pokojowych, mających służyć realizacji porozumień mińskich, nazywanego potocznie Mińsk II, który jednak nie został wdrożony przez Rosję

 

2016-2019 - impas w negocjacjach w formacie normandzkim

 

GRUDZIEŃ 2019 - ostatnie spotkanie grupy normandzkiej w pełnym składzie - z udziałem kanclerz Niemiec oraz prezydentów Francji, Ukrainy i Rosji. Prezydent Putin nie zgodził się na dalsze negocjacje po tej dacie

 

KWIECIEŃ 2021 - Rosja zaczyna gromadzić wojska wzdłuż granicy z Ukrainą. Według różnych szacunków na południowym, wschodnim i północnym pograniczu znalazło się od 150 do 200 tysięcy żołnierzy - wielu na terytorium Białorusi

 

21 LUTEGO 2022 - Rosja uznaje niepodległość tzw. Donieckiej Republiki Ludowej i Ługańskiej Republiki Ludowej, dwóch samozwańczych republik w Donbasie, kontrolowanych przez prorosyjskich separatystów

 

24 LUTEGO 2022 - Rosja przypuszcza niesprowokowany, krzywdzący atak na Ukrainę. Wielokierunkowa ofensywa jest prowadzona z terytorium Rosji, Białorusi i okupowanych części Ukrainy (Donbasu i Krymu). Główne działania skupiają się w rejonie Kijowa, na północnym wschodzie, na wschodzie i na południu Ukrainy. Rosja bombarduje ukraińskie miasta, niszcząc nie tylko infrastrukturę wojskową i lotniska, ale także obiekty cywilne, takie jak szpitale, szkoły, restauracje, centra handlowe i budynki mieszkalne. Giną tysiące Ukraińców. Inwazja wywołuje największy kryzys uchodźczy w Europie od czasu drugiej wojny światowej - około sześciu milionów Ukraińców opuszcza kraj, a co najmniej siedem milionów musi zmienić miejsce pobytu w jego granicach

 
 
 
OD AUTORKI

Ukraina jest starożytną krainą, zamieszkaną od prehistorycznych czasów. Nasze europejskie korzenie sięgają ponad tysiąc lat wstecz, do osady znajdującej się w miejscu dzisiejszego Kijowa. Była ona zalążkiem potężnego średniowiecznego państwa - Rusi Kijowskiej. W ciągu wielu stuleci rozległe terytorium Ukrainy, obfitujące w żyzne ziemie, stepy, wybrzeża morskie i lasy, było atakowane z lądu i morza, niemal ze wszystkich kierunków. Przetrwaliśmy okresowe rządy obcych potęg, zwykle nastawione na zdominowanie i podporządkowanie sobie naszego narodu. Choć te imperia przeszły do historii, ich ślady przetrwały w naszej wyjątkowej kulturze i niezwykłej tożsamości wieloetnicznego wielowyznaniowego, europejskiego narodu. Jesteśmy dumnymi ludźmi obdarzonymi niezłomną wolą przetrwania w wolnym, niepodległym kraju. Jednoczy nas pragnienie samodzielnego kształtowania własnej przyszłości, którą jako demokratyczny naród wzięliśmy we własne ręce w 1991 roku, gdy Ukraina ogłosiła niezależność od rozpadającego się Związku Radzieckiego. Właśnie wtedy zaczęła się historia mojego życia i historia współczesnej Ukrainy. Dziś stawiamy czoło kolejnej barbarzyńskiej inwazji. Nasze istnienie jest zagrożone, ale nigdy nie stracimy ducha wolności.

 
 
PROLOG
POTRZEBUJĘ AMUNICJI, NIE PODWÓZKI

Kijów, 24 lutego 2022 roku

 
 

Obudziłam się przy dźwiękach eksplozji i syren alarmowych. Oboje z moim partnerem Pawłem, doradcą w Ministerstwie Energii, spodziewaliśmy się, że to nastąpi. Poprzedniego wieczora nasz przyjaciel Anton Heraszczenko, doradca ministra spraw wewnętrznych, powiedział nam, że Rosjanie zaatakują przed świtem - według niego do inwazji została niecała doba. Nie mylił się.

Poczułam skurcze żołądka i straciłam ostrość myślenia. W moich żyłach buzowała adrenalina. Natychmiast zaczęłam szukać w internecie informacji, co się dzieje, i dowiedziałam się, że o czwartej nad ranem ruszyła zarządzona przez Putina "operacja specjalna mająca na celu denazyfikację Ukrainy", do złudzenia przypominająca niemiecką inwazję na Ukrainę w czasie drugiej wojny światowej, rozpoczętą 22 czerwca 1941 roku, dokładnie o tej samej godzinie. O piątej zadzwoniła moja mama. Nie mogła pojąć, co się dzieje. Powiedziała, że wokół Chersonia, w którym się wychowałam i w którym nadal mieszkają moi rodzice, wokół mojego rodzinnego miasta, leżącego nieopodal Morza Czarnego i Morza Azowskiego, w odległości ponad 600 kilometrów na południe od Kijowa, rozlegają się liczne eksplozje. Inni krewni, z którymi się skontaktowałam, potwierdzili jej słowa. O szóstej rano, kiedy Putin wystąpił w telewizji z oficjalnym oświadczeniem o rozpoczęciu inwazji, rosyjskie czołgi przemierzały już wschodnią Ukrainę. Samoloty agresora bombardowały dworce, ważną infrastrukturę, a nawet prywatne domy w szesnastu obwodach kraju.

Włączyłam telewizor. Rossija24, Ukraina24, Ukraińska Prawda, CNN i media internetowe były przepełnione materiałami o wydarzeniach w naszym kraju - na wschodzie, południu, północy, w centrum, a nawet na zachodzie Ukrainy. Z mediów rosyjskich płynęła wezbrana rzeka propagandy uzasadniającej brutalną, cyniczną napaść. Zewsząd docierały wiadomości o rosyjskich bombardowaniach. Widząc potężną kampanię dezinformacyjną w moskiewskich mediach, zaczęłam tweetować w nadziei, że uda mi się przekazać prawdę o tym, co się dzieje. Około południa zaczęli do mnie wydzwaniać dziennikarze, więc udzielałam przedstawicielom redakcji z różnych stron świata wywiadu za wywiadem. Wielu z nich miało moje namiary od czasu, gdy piastowałam stanowisko rzeczniczki prasowej prezydenta Ukrainy (opuściłam je niecały rok przed wybuchem wojny).

Mój umysł wciąż nie przyjmował do wiadomości nowych realiów, mimo że cały czas rejestrował dźwięki wybuchów i syren alarmowych. Pawło i ja mieliśmy spakowane torby na wypadek ewakuacji, ale nawet nie zadaliśmy sobie trudu, by sprawdzić, gdzie w naszej okolicy znajdują się schrony przeciwlotnicze. Kilka tygodni wcześniej dostaliśmy od lokalnych władz mapę z ich lokalizacjami, ale nie potrafiliśmy zmusić się do myślenia o tym, że kiedyś będzie trzeba jej użyć.

Nasza niewielka kawalerka znajdowała się w zielonej południowej części miasta, na zamieszkanym głównie przez studentów osiedlu wysokich bloków. Przez okno widzieliśmy park, a za nim autostradę, na której niemal natychmiast zaczął formować się ogromny zator. Ludzie w pośpiechu uciekali z miasta. Postanowiliśmy trochę odczekać, a w międzyczasie zatankować auto do pełna i upewnić się, że spakowaliśmy potrzebne ubrania i leki. Nie byliśmy w stanie jeść, ale zdołaliśmy przełknąć trochę wody - tak wielkie odczuwaliśmy napięcie.

Następnego ranka, po niespokojnej nocy, znowu obudził mnie dźwięk eksplozji. Wyskoczyłam z łóżka i zaczęłam krzyczeć: "Wstawaj! Uciekamy! Uciekamy!". Wybuchy były ogłuszające. Miałam wrażenie, że lada chwila rakiety wpadną przez okno do naszego mieszkania. Walki toczyły się znacznie bliżej niż poprzedniego dnia i znowu widziałam długi sznur aut próbujących wyjechać ze stolicy. Postanowiliśmy więc z moim partnerem opuścić Kijów i udać się na zachód, do Lwowa.

Wyruszyliśmy w drogę z dwoma kotami, Marusią i Chuliganem. Nasz samochód zasilił rzekę pojazdów wyjeżdżających z miasta. Ruch był bardzo powolny, a jakieś sto kilometrów przed Lwowem został całkowicie wstrzymany, ponieważ - jak nam powiedziano - pierwszeństwo miały konwoje wojskowe. Na większości mijanych stacji benzynowych nie było paliwa, po drodze napotkaliśmy też kilka posterunków kontrolnych. W pewnym momencie zjechaliśmy z głównej trasy i lokalnymi drogami, przez wsie, dowlekliśmy się do celu po czterdziestu godzinach od wyjazdu, podczas gdy normalnie taka podróż powinna trwać od pięciu do siedmiu godzin. Byliśmy umówieni ze znajomymi ze Lwowa, że zatrzymamy się u nich. Następnego dnia wyszliśmy na spacer, żeby zobaczyć, jak mają się sprawy. Ulice były na ogół puste, z wyjątkiem miejsc, gdzie ludzie ustawiali się w kolejkach, by zaciągnąć się do wojska albo zrobić zapasy na nadciągającą wojnę.

Tamtego wieczora Pawło miał dla mnie dwie niespodzianki. Po pierwsze, powiedział mi, że zamierza zgłosić się do armii. Wybuchłam płaczem. Podziwiałam jego odwagę, kochałam go przez to jeszcze bardziej niż przedtem. Zdałam też sobie sprawę z tego, że zadbał, abym dotarła bezpiecznie do Lwowa, zanim powiedział mi, co zamierza zrobić. Potem wyciągnął z kieszeni pierścionek i oświadczył mi się. Ogarnęło mnie wiele emocji jednocześnie. Przede wszystkim jednak myślałam o tym, że najpierw musi zapanować pokój. Na razie mieliśmy na głowie inne sprawy niż ślub.

Musieliśmy wspomóc naszą ojczyznę w każdy dostępny dla nas sposób. Zaczęłam udzielać kilku wywiadów dziennie dziennikarzom z całego świata, starając się odmalować wierny obraz tego, co dzieje się w Ukrainie. Przede wszystkim musiałam walczyć z dezinformacją szerzoną przez najeźdźców - Federację Rosyjską i jej sojuszników. Pawło, który nie od razu został przyjęty do wojska, zatrudnił się przy rozdzielaniu pomocy humanitarnej.

Wielu naszych rodaków ratowało życie ucieczką po raz drugi w ciągu kilku lat. W 2014 roku Rosja z dnia na dzień bezczelnie zaanektowała Krym i zajęła dużą część ukraińskiego terytorium na wschodzie. Nasi żołnierze i ochotnicy rzucili się do obrony Donbasu, a około 14 tysięcy z nich zginęło. Konflikt na wschodzie pozbawił miliony Ukraińców dachu nad głową i w ciągu jednej nocy uczynił z nich uchodźców wewnętrznych. Dzisiaj my z Pawłem też należymy do tej grupy. Teraz kolejne miliony ludzi musiały opuścić dom, tym razem jednak większość kierowała się do Europy Zachodniej. Była to największa fala uchodźców od czasu drugiej wojny światowej.

A zatem sytuacja powtórzyła się po ośmiu latach. Rosjanie bombardowali naszą stolicę. Zgromadziwszy w ciągu dziesięciu miesięcy przy granicach Ukrainy ponad 150 tysięcy żołnierzy, Rosjanie otoczyli mój kraj od południa, wschodu i północy, a także od strony sąsiadującej z nami Białorusi.

To wszystko nie mieściło nam się w głowach. Miałam nawracające skurcze żołądka i nie mogłam jasno myśleć. Napędzani adrenaliną, rozgorączkowani, próbowaliśmy nadać jakiś sens temu, co działo się wokół nas. Wiedzieliśmy, że zbliża się rosyjska inwazja, a jednak nie dopuszczaliśmy tego do świadomości. Wiedzieliśmy o wojskach gromadzących się przy granicy, bo przecież Stany Zjednoczone hojnie dzieliły się z nami swoimi danymi wywiadowczymi na temat nieuchronnej napaści, a jednak większość Ukraińców uważała, że to nie do pomyślenia. Niecały miesiąc wcześniej, 28 stycznia 2022 roku, prezydent Zełenski przekonywał podczas konferencji prasowej, że nie ma powodów do paniki. Zachęcał do wytężonej pracy, ponieważ nasz kraj z trudem odbudowywał się po zapaści spowodowanej koronawirusem. Szefowie ukraińskiego wywiadu kreślili wiele przypuszczalnych scenariuszy, ale tego, który właśnie się urzeczywistnił - inwazji lądowej na pełną skalę - nikt tak naprawdę nie traktował poważnie. Armia przeprowadzała manewry i była gotowa do walki. Lokalne władze przygotowywały schrony przeciwlotnicze dla ludności. Nie informowano jednak obywateli o tym, co należy robić w razie faktycznej inwazji Rosjan.

W amoku tych przygotowań amerykańska armia zdobyła informacje o rosyjskim planie okrążenia Kijowa, zgładzenia Zełenskiego i utworzenia marionetkowego rządu. Prezydentowi zaoferowano możliwość ewakuacji z Ukrainy. Kiedy o tym usłyszałam, byłam pewna, że nigdy się na to nie zgodzi. Przekonałam się o jego odwadze, kiedy towarzyszyłam mu podczas wyjazdów na wschód, gdzie odwiedzał żołnierzy stacjonujących wzdłuż linii frontu w Donbasie. Zawsze nalegał, by wybierać najbardziej wysunięte, niebezpieczne pozycje. Gawędził z żołnierzami i ściskał im dłonie, kiedy w pobliżu spadały wrogie pociski. Pewnego razu zabrał prezydenta Szwajcarii na most strzeżony przez uzbrojonych separatystów, którzy zajmowali przeciwległy przyczółek. Nie byłam więc zaskoczona, kiedy usłyszałam jego słynną już odpowiedź na amerykańską ofertę ewakuacji po napaści Rosji: "Potrzebuję amunicji, nie podwózki". Ten komentarz odbił się szerokim echem na całym świecie, zelektryzował Ukraińców i zaskarbił nam podziw społeczności międzynarodowej.

Dzień po inwazji, 25 lutego, kiedy Rosjanie znajdowali się już na rogatkach Kijowa, Zełenski zamieścił w internecie własnoręcznie nakręcony film, ukazujący przedstawicieli najwyższych władz Ukrainy stojących na ulicy w śródmieściu stolicy, jakby chodziło o najbezpieczniejsze miejsce na świecie:

"Dobry wieczór wszystkim. Jest tu lider partii prezydenckiej. Jest szef kancelarii prezydenta. Jest premier. Jest zastępca szefa kancelarii. Jest też sam prezydent. Wszyscy tu jesteśmy. Są też członkowie naszych służb. Są mieszkańcy miasta. Wszyscy strzeżemy naszej niepodległości, naszego kraju i to się nie zmieni. Chwała bohaterom, chwała Ukrainie".

Spadająca od jakiegoś czasu popularność prezydenta Zełenskiego po wybuchu wojny poszybowała w górę. Może i nie był doskonałym przywódcą. Miał pewne kłopoty ze znalezieniem niezbędnego poparcia dla swoich inicjatyw, zarządzaniem swoją ekipą oraz lawirowaniem pomiędzy mieliznami polityki partyjnej. Niemniej w chaosie wojny wiedział dobrze, co powinien robić. Stał się naszym obrońcą. Podnosił nas na duchu i koił nasze nerwy. Zagrzewał do boju armię, zwykłych Ukraińców i wszystkich, których nieludzka i przerażająca agresja Rosji napełniała zgrozą.

W czasie tych wszystkich niebezpiecznych dni i ciągnących się tygodni wojny Zełenski rozmawiał chyba ze wszystkimi przywódcami świata i wygłaszał orędzia w parlamentach krajów znajdujących się na prawie wszystkich kontynentach, prezentując jednoznaczną postawę moralną, której nie widziano od 80 lat, od czasu drugiej wojny światowej. "Domagamy się odpowiedzi, odpowiedzi całego świata na ten niebywały terror" - oświadczył w amerykańskim Kongresie. Nawiązał do Winstona Churchilla, mówiąc: "Nie poddamy się i nie przegramy". Jego słowa i działania zaskarbiały mu podziw i poparcie nie tylko współobywateli, ale też mieszkańców wszystkich zakątków globu. Ci, którzy w przeszłości go lekceważyli, nie mogli się nadziwić, że ten były komik z postkomunistycznego kraju, przywódca najbiedniejszego państwa w Europie, nagle stał się uosobieniem demokracji i promieniem wolności w niestabilnym świecie.

Żona Zełenskiego, Ołena, także zagrzewała ludzi do walki. Ona również została w kraju, razem z dwójką dzieci w wieku 17 i 9 lat, aczkolwiek znajdowała się w innym miejscu niż prezydent. W pierwszych miesiącach wojny kontaktowała się z mężem wyłącznie przez telefon. Od początku inwazji używała swoich wpływów, by pomagać ludziom, rozpowszechniać krzepiące komunikaty i zabiegać o wsparcie dla ukraińskich kobiet i dzieci. Razem z mężem jednym głosem apelowała o zamknięcie nieba nad Ukrainą i zwrócenie szczególnej uwagi na ogromną liczbę najmłodszych ofiar wojny - dzieci ranionych lub zabitych przez Rosjan (w pierwszym miesiącu inwazji zginęło ich około 200). Publikowała filmy ze szpitali pełnych rannych ludzi, wizerunki kobiet ubranych w mundury wojskowe, a także czarno-białe zdjęcia zabitych dzieci, podpisane ich imionami i nazwiskami. Jej celem było pokazanie ludzkiej twarzy tych, których straciliśmy na zawsze.

W pierwszych tygodniach, odkąd rosyjskie czołgi przekroczyły nasze granice, byliśmy świadkami całkowitego przeobrażenia porządku świata obowiązującego od drugiej wojny światowej. Odwiecznie bezstronna Szwajcaria zapomniała o swojej neutralności; Niemcy, które wcześniej broniły gazociągu Nord Stream 2, wstrzymały proces jego certyfikacji i zaczęły produkować broń; rosyjski bank centralny został objęty sankcjami; Rosję odcięto od systemu rozliczeń międzybankowych SWIFT (co znacznie ograniczyło rosyjskiej gospodarce możliwość regulowania zobowiązań i przyjmowania płatności); ekskluzywne marki z całego świata zaczęły wycofywać się z rosyjskiego rynku, by chronić swój wizerunek, a imprezowicze z różnych krajów ostentacyjnie wylewali rosyjską wódkę do zlewu. Rosja błyskawicznie wykluczyła się ze społeczności międzynarodowej, a przynajmniej tej jej części, która jest skupiona wokół Europy i Stanów Zjednoczonych.

Putin mimo wszystko nie dał się odstraszyć. Był zdeterminowany, by zadać Zachodowi cios, pokazać swoją nieograniczoną władzę i zemścić się za domniemane upokorzenie Rosjan po upadku Związku Radzieckiego w 1991 roku. Federacja Rosyjska kontynuowała inwazję, okrutnie bombardując ukraińskie miasta, zabijając i okaleczając niewinnych cywilów oraz wywołując największy w Europie kryzys humanitarny ostatnich lat. W gruncie rzeczy w Ukrainie miało miejsce ludobójstwo. W czasie pierwszych dwóch tygodni wojny Rosja wystrzeliła na nasze terytorium 710 pocisków, bombardując szkoły, budynki mieszkalne i szpitale położnicze. Rosyjska artyleria ostrzelała teatr służący jako schronienie dla ponad tysiąca kobiet i dzieci.

Ta niewyobrażalna katastrofa rujnująca nasz kraj prawdopodobnie potrwa jeszcze wiele miesięcy, ale my, Ukraińcy, jesteśmy nieustraszeni. Postanowiliśmy ułożyć swoją przyszłość inaczej. Dążenie do niej zaczęło się trzy dekady temu, w środę 24 sierpnia 1991 roku, kiedy Ukraina ogłosiła swoją niezależność od Związku Radzieckiego. Miałam wtedy niecałe pięć lat. Po siedemdziesięciu latach panowania komunistów dokonaliśmy czegoś monumentalnego. Dzięki odzyskaniu niepodległości nie musiałam dorastać w warunkach ograniczonego wyboru. Zyskałam wiarę, że wszystko jest możliwe, o ile będę gotowa ciężko pracować.

Historia niepodległej Ukrainy jest więc także moją własną historią. Jestem dzieckiem nowej Ukrainy, pierwszą osobą w mojej rodzinie, której językiem ojczystym jest ukraiński. Miałam szczęście urodzić się w odpowiednim momencie. Dostałam szansę zdobycia solidnego wykształcenia - ja, urodzona na prowincji dziewczyna, zrobiłam doktorat z literatury ukraińskiej, pracowałam jako dziennikarka, zostałam rzeczniczką prasową prezydenta Zełenskiego, a po zakończeniu tej służby wróciłam do dziennikarstwa. Z dumą wypracowałam sobie miejsce w dobrze prosperującym, tętniącym życiem, wolnym i transparentnym społeczeństwie.

To także historia pokolenia - mojego pokolenia - i ludzi, którzy myślą tak jak my. Jesteśmy zdeterminowani, by odzyskać nasze utracone ukraińskie dziedzictwo, jednocześnie konstruując własną, współczesną tożsamość. Mamy mnóstwo pomysłów na to, do czego powinniśmy zmierzać, które elementy naszej przeszłości najbardziej cenimy i kim będziemy w nadchodzących dekadach.

Historia ukraińskiego społeczeństwa może być cenną lekcją dla innych. Nasza tożsamość jest złożona, wieloaspektowa, jesteśmy narodem wieloetnicznym, wielowyznaniowym, tolerancyjnym, łączącym w sobie starożytną mądrość z romantycznymi ideałami. Wiele wycierpieliśmy: niewolę pod panowaniem carów, dyskryminację i nędzę. Doświadczyliśmy skrajnej niedoli. Przeżyliśmy Hołodomor - wielki głód, który w latach 30. XX wieku zabił miliony ludzi - a także Holokaust i drugą wojnę światową, które pochłonęły dalsze kilka milionów istnień. Przez ostatnie trzy dekady wiedliśmy ciężkie życie w ciągłym kryzysie, traciliśmy fragmenty naszego terytorium i łudziliśmy się gwarancjami bezpieczeństwa, ale jednocześnie nie można nie wspomnieć o naszych szansach i możliwościach, naszej bogatej historii, bohaterach narodowych i kulturze naszych przodków. Ale tak to właśnie jest. Wiemy, kim jesteśmy, i nie pozwolimy, by definiował nas ktoś inny.

Nie jesteśmy ofiarami.

Jesteśmy krajem, w którym ludzie potrafią żyć razem pomimo zadawnionych urazów i zupełnie odmiennych losów, hołubiąc czasem zupełnie przeciwstawne poglądy, a przy tym wykazując się wielką determinacją w układaniu tej przebogatej mozaiki kultur.

Wszystkie te nieszczęścia wycisnęły jednak na nas swoje piętno. Psycholożki Carol Dweck i Lauren Howe piszą o "traumie odrzuconych", czyli o tym, jak osoba doświadczająca odrzucenia może zakwestionować własne istnienie. Warto sobie przypomnieć, jak w szkole niektórzy spóźnieni uczniowie pukali nieśmiało do drzwi klasy, rozglądali się trwożliwie po sali i cichutko przepraszali w nadziei, że nie zwrócą na siebie niczyjej uwagi. Inni wpadali do klasy jak burza, całkowicie pewni, że mają w niej swoje miejsce. Ukraińcy przypominają tych zatrwożonych uczniów. Nasz brak wiary w siebie jest reakcją na liczne próby wymazania nas jako narodu. Nadszedł czas, byśmy wreszcie w siebie uwierzyli.

Wołodymyr Zełenski pokazał nam, że możemy być inni - pewni siebie, mocni, godni miejsca przy wspólnym stole. Ubiegał się o stanowisko prezydenta i wygrał, ponieważ pokazał nam, że należymy do XXI wieku. Istniejemy. Tu i teraz. Mamy do odegrania rolę w dziejach naszej planety. Jako niezależny i silny naród.

Kiedy pracowałam z prezydentem Zełenskim przez pierwsze dwa lata jego rządów, komentowałam niektóre spośród najbardziej dramatycznych wydarzeń w dziejach współczesnej Ukrainy. Patrzyłam, jak popularny młody kabareciarz przejmuje wraz z kolegami stery państwa po miażdżącym zwycięstwie wyborczym, będącym efektem obietnicy wprowadzenia w Ukrainie realnych zmian. Choć początki były trudne, ci nieopierzeni przywódcy w końcu zaczęli wydzierać władzę z rąk oligarchów, którzy kontrolowali ukraińską gospodarkę, i zwalczać korupcję szalejącą na wszystkich szczeblach życia publicznego. Sprzeciwili się moskiewskim ingerencjom w politykę wewnętrzną kraju i próbowali zakończyć konflikt spowodowany napaścią Rosji na wschodnią część Ukrainy. Wybuchła jednak jeszcze większa wojna, której od dawna się obawialiśmy - wojna będąca zagrożeniem dla naszego istnienia. Nie samej Ukrainy, lecz całego demokratycznego porządku świata.

Ta książka jest zapisem moich obserwacji poczynionych w ciągu tych burzliwych, przerażających, ale i pełnych nadziei lat w naszej najnowszej historii, uwzględniającym wszystko to, czego ja i podobni do mnie Ukraińcy doświadczyliśmy do tej pory i co uważamy za nasze powołanie w codziennej walce z rosyjskim najeźdźcą. To również heroiczna opowieść o konfrontacji z brutalnym dyktatorem i jego zdziczałą armią, historia walki Dawida z Goliatem o wolność i demokrację. Nie mogę być tego pewna, ale mam nadzieję, że będzie ona miała szczęśliwe zakończenie.

ROZDZIAŁ PIERWSZY
WALNE ZWYCIĘSTWO ZEŁENSKIEGO

Dochodziła siódma w senny grudniowy poranek 2020 roku. Wi-fi w moim mieszkaniu w Kijowie nie działało, więc korzystałam z połączenia 3G w telefonie. Przewijając listę ulubionych piosenek na YouTubie, pełną starych, postsowieckich hitów, trafiłam na bardzo popularny utwór Jewgienija Biełusowa Dewczonka-dewczonoczka z początku lat 90. Przestrzegając zasad mojej diety, gotowałam sobie właśnie dwa jajka na śniadanie i kaszę gryczaną na obiad.

Odtwarzacz płynnie przeszedł do innych znajdujących się na liście hitów sprzed dziesięciu i dwudziestu lat, pomiędzy którymi rozbrzmiewały irytujące reklamy tanich nieruchomości w mojej okolicy. Woda na poranną herbatę zagotowała się, wyrzucając kłęby pary pod sufit. W jednej chwili to wszystko stało się jednak zupełnie nierealne i nieistotne. Nagle odniosłam wrażenie, że dzieje się to w innym wymiarze i zupełnie mnie nie dotyczy.

Ni z tego, ni z owego, w czterdziestej siódmej sekundzie piosenki rosyjskiego króla popu Filippa Kirkorowa, który śpiewał o tym, jak to w jego duszy budzi się kwiecień, na ekranie mojego telefonu pojawił się biegnący szybko Wołodymyr Zełenski. Na długo zanim pomyślał o działalności politycznej, był aktorem i oto widziałam go w nagraniu z 2009 roku, we fragmencie jednego z jego najpopularniejszych filmów. Był młody, wyluzowany, szczery, uważny i bardzo zakochany. Miał na sobie krawat i jasnoszary garnitur, czyli rzeczy, których - jak wiedziałam - prywatnie prawie nigdy nie nosił. Ta nieoczekiwana "wizyta" mojego szefa automatycznie przełączyła mnie ze stanu relaksu w tryb wytężonej pracy. Kilka sekund jego obecności na ekranie sprawiło, że otrząsnęłam się ze snu i całkowicie skupiłam na bieżącej polityce.

Skończyłam jeść jajka na twardo z plastrami awokado, zapakowałam kaszę gryczaną z wędzonym łososiem norweskim do pudełka na lunch i odhaczyłam wszystkie poranne rytuały. Robiłam to mechanicznie, jakby ciało poruszało się bez mojego świadomego udziału - prysznic w kabinie z nieszczelnymi drzwiami, krem na twarz od nowej kosmetyczki, czarne spodnie i czarny sweter oraz góra wiadomości na WhatsAppie.

Zadań do wykonania miałam aż nadto, a wiedziałam, że Zełenski przywiązuje dużą wagę do pracy zespołu prasowego. Mężczyzna z wideoklipu, będący uosobieniem romantycznego amanta, nie miał zbyt wiele wspólnego z prezydentem Zełenskim, jakiego znałam, bardzo wymagającym dla siebie i swojej ekipy. Perfekcjonizm, którym odznaczał się podczas produkcji swoich programów telewizyjnych, gdy prosił współpracowników o powtarzanie ujęć w nieskończoność, rzucał się wyraźnie w oczy także teraz, kiedy nadzorował tworzenie przez nas wiadomości dla prasy, zdjęć i nagrań filmowych odnoszących się do nieustannych kontrowersji, które pojawiały się w ukraińskiej polityce i nękały naszą młodą demokrację.

Tamtego ranka mój zespół musiał stawić czoło wielu wyzwaniom. Trwała przepychanka między Ministerstwem Obrony a zawziętym dziennikarzem opozycyjnym; aktywiści toczyli krucjatę przeciwko zastępcy prezydenta, którego oskarżali o korupcję, a do tego zbliżała się rocznica międzynarodowego szczytu w formacie normandzkim, podczas którego przywódcy Ukrainy, Niemiec, Francji i Rosji podjęli nieudaną próbę rozwiązania konfliktu zapoczątkowanego rosyjską inwazją na terytorium Donbasu w 2014 roku.

To nie był łatwy tydzień. W gruncie rzeczy okazał się jednym z najtrudniejszych w roku. Pod koniec 2020 roku ponosiliśmy porażkę za porażką. Wewnętrzne nieporozumienia rodziły drobne konflikty między członkami rządu i tworzyły atmosferę pełną irytacji. Budżet państwa nie dość, że nie został jeszcze uchwalony, to rozmaite partie polityczne odmawiały mu poparcia. Zresztą nawet gdyby udało się go uchwalić, mogliśmy jedynie mieć nadzieję, że deficyt okaże się mniejszy, niż zakładano. Któryś już raz nad Ukrainą zawisło widmo niewypłacalności. Nie bylibyśmy w stanie sobie poradzić bez naszych partnerów z Zachodu. Ci wciąż narzekali, że muszą wypłacać nam kolejne transze pomocy międzynarodowej, ale wiedzieli, że nie mogą porzucić na pastwę losu kraju zamieszkanego przez czterdzieści milionów ludzi, leżącego w samym sercu Europy.

Ukraina cierpiała. Konflikt w Donbasie, spóźnione reformy i głęboko zakorzeniona korupcja stały się nieodłącznymi elementami wizerunku kraju w ciągu ostatnich trzydziestu lat. Wizerunek ten kształtował się od momentu upadku ZSRR i uzyskania przez nas niepodległości. Nasze społeczeństwo podzieliło się na dwa obozy - tych, którzy chcieli zbliżenia z Zachodem, oraz zwolenników kursu ma Moskwę. Polaryzacja nasilała się z roku na rok. Kolejne pokolenia dorastały, ale Ukraina wciąż nie miała pakietu wartości, na bazie których mogłaby skonstruować naprawdę silne państwo. Do Nowego Roku 2021 zostało raptem kilka tygodni.

Nie mogę powiedzieć, że nie uprzedzano mnie o wyzwaniach związanych z tą pracą. Trafiłam do kancelarii prezydenta po dekadzie bycia dziennikarką. Spędziłam ją głównie w Ukrainie, a później w Brukseli. Widziałam z bliska, jak wygląda sytuacja w moim kraju i jak trudno wprowadza się tu zmiany, gdy przywódcom brakuje woli politycznej.

W 2016 roku w Brukseli, gdzie pracowałam jako zagraniczna reporterka telewizyjna, poznałam dziennikarza Matthew Kaminskiego, redaktora serwisu Politico Europe, czytanego przez polityków we wszystkich stolicach Unii Europejskiej. Wcześniej był korespondentem zagranicznym i przez dziesięciolecia relacjonował wydarzenia na kilku kontynentach. Opisywał również sytuację w Rosji, Ukrainie i innych krajach postsowieckich.

"Nigdzie indziej nie ma tak beznadziejnych polityków jak w Ukrainie - zauważył kiedyś tak dosadnie i niespodziewanie, że sprawiało to wrażenie objawienia. - Oczywiście, w Rosji też jest korupcja, łamanie praw człowieka, bieda i trudne warunki życia. Ale tamtejsi politycy wciąż wyznają pewne podstawowe wartości". Rozmawialiśmy po angielsku, ale dodał jedno rosyjskie słowo, którego nauczył się podczas pracy w Moskwie: gosudarstwiennost, czyli "państwowość". Dobitnie je podkreślił. "W to właśnie wierzą rosyjscy politycy, to ich ideologia. Ukraińscy politycy nie mają żadnych wartości. Są gotowi obiecać wszystko, nawet sprzeczne rzeczy, jeśli to pomoże im utrzymać się u władzy".

Gdyby się dobrze przyjrzeć, można było jednak dostrzec pewne drobne pęknięcia w tym gmachu ukraińskiej korupcji. Protesty Euromajdanu, wymierzone w prorosyjskiego prezydenta Wiktora Janukowycza, rozpoczęły się pod koniec 2013 roku, a następnie przekształciły w tak zwaną rewolucję godności, podczas której miliony Ukraińców wystąpiły przeciwko korupcji i zbliżeniu z Rosją. W wyniku represji zginęło ponad sto osób, które poświęciły swoje życie w obronie podstawowych wartości humanitarnych. W 2014 roku Janukowycz został odsunięty od władzy i opuścił kraj. Wydawało się, że ten rok i kolejne lata natchnęły Ukrainę nowym duchem politycznym. Kraj potwierdził swoją ambicję przynależności do europejskiej rodziny narodów, podpisując umowę stowarzyszeniową z Unią Europejską, na mocy której UE stała się głównym partnerem handlowym Ukrainy. W 2017 roku Ukraińcy uzyskali pozwolenie na krótkoterminowe bezwizowe podróże do krajów unijnych. Wprowadziliśmy nowe reformy, prasa zachodnia zaczęła dostrzegać nasze aspiracje i wydawało się, że przy odpowiednim przywództwie w krótkim czasie wiele może się zmienić.

Postęp był jednak powolny i w kraju ledwie go dostrzegano. Jedna czwarta ludności Ukrainy żyła poniżej granicy ubóstwa. W wielu wsiach na obszarze całego kraju nadal nie było wodociągów, kanalizacji ani sieci gazowej. Przeciętny ukraiński robotnik otrzymywał miesięczną pensję w wysokości 150 dolarów. Prasa bez końca opisywała afery łapówkarskie i skandale opiewające na wiele milionów dolarów. W marcu 2017 roku nasze służby antykorupcyjne zatrzymały szefa ukraińskiej administracji podatkowej Romana Nasirowa, który został oskarżony o sprzeniewierzenie pieniędzy pochodzących z podatków centralnych. Szkody wyniosły ponad 74 mln dolarów. Groziło mu sześć lat więzienia, a jednak udało mu się całkowicie uniknąć kary. Po aresztowaniu jego żona wpłaciła kaucję w wysokości około czterech milionów dolarów. Nasirow stanął przed sądem, ale nie trafił do więzienia. Ponieważ nie został skazany, Centralna Komisja Wyborcza zezwoliła mu na start w wyborach prezydenckich w 2019 roku. Ten śmiały ruch nie dał mu jednak poparcia - zajął ostatnie miejsce wśród 39 zgłoszonych kandydatów. Nasirow, podobnie jak wielu innych przedstawicieli dawnych ukraińskich elit politycznych, deklarował swoją proeuropejskość, ale ani przez chwilę nie chciał stać się Europejczykiem ani przed nikim odpowiadać.

Otoczenie urzędującego prezydenta Petra Poroszenki było uwikłane w skandale korupcyjne i pełne zakłamania. Ludzie ci wyznawali przestarzałe, konserwatywne idee i sprzeciwiali się zmianom. Tak jak wcześniej, silni stawali się coraz silniejsi, a nadgorliwe elity rozkoszowały się swoim prestiżem. Reszta społeczeństwa przyglądała się temu ze znużeniem i rosnącą irytacją. Nie mogliśmy upodobnić się do Europy, nie mając polityków w europejskim stylu. Prezydent Petro Poroszenko i jego ekipa byli takimi samymi sowieckimi oszustami jak ci, których znosiliśmy wcześniej, żerującymi na budżetowym korycie i bogacącymi się kosztem całego społeczeństwa. Pretensjonalne slogany nie były w stanie ukryć ich sowieckich nawyków. Elita polityczna dawno już zgniła, a lifting twarzy nie przynosił żadnych głębszych zmian.

W ciągu prawie trzydziestu lat niepodległości ukraińskie partie polityczne nie zdołały wypracować ani jednolitej ideologii państwowej, ani własnych wartości programowych. Trwałość każdej nowej formacji politycznej była całkowicie uzależniona od osobistej atrakcyjności jej lidera. Deklarowane wartości, składane obietnice i podejmowane działania były całkowicie uzależnione od korzyści, jakie można było dzięki temu uzyskać. Nikt nie odmawiał profitów tylko po to, by zachować wierność wyznawanym wartościom.

Żadnemu ugrupowaniu politycznemu nie udało się też zdefiniować naszej ukraińskiej tożsamości. Petro Poroszenko próbował to zrobić podczas swojej kampanii wyborczej w 2019 roku, powracając do konserwatywnych ideałów z początku XX wieku. Według Poroszenki w centrum ukraińskiej tożsamości narodowej stała ukraińska armia - ta sama, na której żerowali i bogacili się jego kolesie. Kolejnym wątkiem był język ukraiński, którym rodzina Poroszenki się nie posługiwała. Trzecią kwestią była wiara religijna i domaganie się przez ukraińską cerkiew prawosławną autokefalii, czyli niezależności od cerkwi rosyjskiej. Próbowano nas definiować także za pomocą innych elementów ukraińskiej tożsamości. Zachodni dziennikarze nadal utożsamiali kulturę ukraińską z legendami o dzielnych Kozakach - tworzących samorządne, na wpół wojskowe społeczności, które przeżywały okres rozkwitu od XV do XVIII wieku - z domowym wypiekiem chleba, który wiejskie panny piekły na swoje wesela, oraz z kolędowaniem od jednego chłopskiego domu do drugiego, opisanym w ukraińskiej klasyce. Krótko mówiąc, w oczach zachodnich obserwatorów Ukraina była utożsamiana z chłopstwem i pozostawała nadal postsowiecką prowincją.

Poroszenko uległ temu stereotypowi i postanowił przedstawić światu właśnie taki obraz Ukrainy, negując skalę, wielość znaczeń, złożoność, różnorodność, mieszany charakter i pełną sprzeczności naturę współczesnego społeczeństwa ukraińskiego. Im bardziej forsował tę zbyt wąską definicję Ukrainy, tym bardziej wydawała się ona nienaturalna.

Pod koniec 2018 roku mało kto był zachwycony perspektywą ubiegania się Poroszenki o drugą kadencję podczas wyborów prezydenckich w 2019 roku, do których stanęła też inna polityczna weteranka, Julia Tymoszenko. Brak realnej alternatywy dla dotychczasowego porządku otworzył nagle ogromną przestrzeń nowych możliwości. Właśnie wtedy na arenę wyborczych zmagań postanowił wkroczyć Wołodymyr Zełenski, gwiazdor telewizyjny bez żadnego doświadczenia politycznego.

Zełenski nie był politykiem, choć półtora roku wcześniej zarejestrował własną partię polityczną pod taką samą nazwą, jaką nosił jego szalenie popularny serial telewizyjny Sługa ludu. Zełenski grał w nim zwykłego nauczyciela, Wasyla Hołoborodźkę, który przez przypadek został wybrany na prezydenta. W tym przypadku sztuka naśladowała życie, a życie naśladowało sztukę - i było to genialne. Serial nadawano co tydzień, aż do dnia wyborów, i stanowił on swoistą wizytówkę idei politycznych Zełenskiego. Oglądali go wszyscy.

Kiedy w sylwestra 2019 roku Zełenski oficjalnie ogłosił, że kandyduje na prezydenta, wiele osób westchnęło z ulgą. Był jak powiew świeżego powietrza. Dawał nadzieję, której nie było od dawna. Być może jedyną osobą niezadowoloną z decyzji Zełenskiego była jego żona Ołena - scenarzystka filmowa, która nie chciała żyć w świetle jupiterów. Potrafiła przewidzieć, co wygrana męża w wyborach oznaczałaby dla niej i jej rodziny. Jak zauważyła w tym samym roku w ukraińskim wydaniu "Vogue'a": "Wolę pozostawać za kulisami. Mój mąż jest zawsze na pierwszym planie, a ja czuję się bardziej komfortowo w cieniu". I choć duża część jej życia prywatnego pozostała w ukryciu, ona sama coraz bardziej docenia możliwość wykorzystywania swoich wpływów do czynienia dobra. Widziałam, jak wielką troską darzy ją Zełenski, jak często poświęca jej uwagę podczas oficjalnych wyjazdów i dba o to, by była zawsze u jego boku. Naprawdę zależy mu na jej obecności przy nim w najważniejszych chwilach, pragnie mieć w niej partnerkę we wszystkich sprawach.

W czasie kampanii prezydenckiej, być może po raz pierwszy w życiu, Zełenski poczuł, co znaczy być niekochanym. Przywykł do tego, że uwielbiano go jako gwiazdę popkultury. Najpierw cieszył się sympatią jako gorliwy i aktywny student, potem jako wesoły i błyskotliwy komik w programie kabaretowym (o wdzięcznej nazwie Klub Zabawnych i Pomysłowych), a ostatnio w każdym nowym skeczu i filmie komediowym.

W ciągu czterech burzliwych miesięcy Zełenski przekonał się, jak to jest, gdy przeciwnicy polityczni wylewają na ciebie kubły pomyj, nieustannie (i niekiedy skutecznie) szukając kompromitujących informacji. Dowiedział się też, co to znaczy debatować publicznie bez telepromptera, którą to umiejętność szybko opanował dzięki swojemu wieloletniemu doświadczeniu scenicznemu.

Choć był politycznym neofitą, szybko stanął na wysokości zadania, uspokajając tłumy wyborców, podsumowując swoich rywali i badając nowy świat wokół siebie. Jego empatia i opanowanie na scenie dobrze mu służyły, gdy nadszedł czas debat jeden na jeden z urzędującym prezydentem Petrem Poroszenką. Brak doświadczenia politycznego podobał się ludziom. Zauważyłam, że Zełenski wzbudza współczucie wśród członków mojej własnej rodziny - niemal matczyne pragnienie, by go chronić.

W Ukrainie wybory prezydenckie zostają rozstrzygnięte w pierwszej turze, jeśli któryś z pretendentów uzyska 50% i jeden głos, ale w 2019 roku, przy 39 kandydatach, taki wynik był praktycznie niemożliwy. Tylko Zełenski i Poroszenko zdobyli wystarczającą liczbę głosów, by przejść do drugiej tury.

Poroszenko założył, że Zełenski będzie onieśmielony konfrontacją z doświadczonym zawodowym politykiem. Z tego powodu nalegał na przeprowadzenie debat wyborczych, co było istotną zmianą w stosunku do strategii przyjętej w wyborach z 2014 roku, kiedy odmówił takiej możliwości swojemu przeciwnikowi.

Każda z dwóch możliwości - udział w debatach lub rezygnacja z nich - dla Zełenskiego wiązała się z ryzykiem. Gdy padła propozycja Poroszenki, sztab Zełenskiego wystosował do niego zaproszenie w formie krótkiego filmu, w którym przedstawiono warunki niezaplanowanej jeszcze debaty. Zełenski zastrzegł, że każdy z kandydatów będzie musiał wcześniej przejść test na obecność narkotyków, aby wykazać, że jest czysty; że Poroszenko musi przeprosić za obrzucanie przeciwnika błotem; oraz że debaty muszą się odbywać na Stadionie Olimpijskim w Kijowie przy udziale publiczności oraz dziennikarzy, a nie w studiu telewizyjnym, jak w przypadku poprzednich debat.

Nagranie stało się sensacją. Zmuszony do reakcji Poroszenko zgodził się na wszystkie warunki, poza przeprosinami za ataki na Zełenskiego. Jego odpowiedź: "Stadion - OK stadion" stała się w Ukrainie chwytliwym sloganem. Była próbą zamaskowania jego niepokoju i okazania protekcjonalnej wyższości - jakby Poroszence było wszystko jedno, na jakiej platformie "zdemoluje" nowicjusza. To jeszcze bardziej zwiększyło zainteresowanie rywalizacją obu kandydatów.

Do tego momentu moja ciotka była negatywnie nastawiona do Zełenskiego i możliwości objęcia przez niego urzędu prezydenta. Nie podobał jej się jego rubaszny humor, a poza tym odstręczał ją brak doświadczenia politycznego. Debaty zmieniły jej nastawienie i opinię o 180 stopni. Wystąpienie Zełenskiego było świeże, a jego surowa ocena poziomu ludzi kierujących ukraińskim państwem wydawała się sprawiedliwa. Większość ludzi się z nim zgadzała.

"Nie jestem pańskim przeciwnikiem - powiedział do Poroszenki. - Jestem pańskim wyrokiem". Aktor i biznesmen Zełenski każdym zdaniem wbijał gwóźdź do politycznej trumny rywala. Nie przechwalał się i nie obiecywał zbyt wiele; instynkt podpowiadał mu, że powinien realizować właśnie taki scenariusz.

Moja ciotka obserwowała debaty z dużym przejęciem, coraz bardziej przekonana do młodego, rozbrajającego nowicjusza, stojącego obok szorstkiego i pewnego siebie oligarchy. Poroszenko ściągnął tłumy, aby mieć pewność, że na trybunach zasiądzie mnóstwo jego zwolenników.

"Chcę, żeby wygrał Zełenski - powiedziała po debatach. - Powinien naprawdę zostać sługą ludu". Moi rodzice się zgodzili. Pierwszy raz w życiu, bez żadnych konsultacji i kłótni, zagłosowaliśmy z rodzicami na tego samego kandydata. Wszyscy pragnęliśmy lepszego życia. A przynajmniej chcieliśmy żyć z nadzieją, a nie zupełnie jej pozbawieni.

Sondaż przeprowadzony w czerwcu 2019 roku przez Międzynarodowy Instytut Republikański pokazał, że 48% Ukraińców spodziewa się pozytywnych zmian gospodarczych w nadchodzącym roku - pierwszym roku prezydentury Zełenskiego. Dziesięć miesięcy wcześniej odsetek ten wynosił zaledwie 14%. Ludzie mieli dość skorumpowanych i zepsutych postsowieckich polityków, chcieli prawdziwych zmian. W drugiej turze wyborów Zełenski otrzymał 73% głosów, a jego nowa partia, składająca się prawie w całości z zupełnie nieznanych politycznych nowicjuszy, osiągnęła historyczny wynik w przedterminowych wyborach parlamentarnych, zdobywając 43% głosów.

Rekordowy wynik 73% głosów w drugiej turze głosowania był sam w sobie rewolucją. Zwycięstwo odniesiono bez ostrych protestów na ulicach. Naród wydał jednoznaczny, zdecydowany i żarliwy werdykt na korzyść Zełenskiego i jego zwolenników. Była to pierwsza prawdziwa rewolucja wyborcza w Ukrainie.

Kilka lat wcześniej, w 2016 roku, relacjonowałam kampanie wyborcze Donalda Trumpa i Hillary Clinton. Od tego czasu przeczytałam wiele książek na temat cyberbezpieczeństwa, ataków hakerskich i dezinformacji. Dowiedziałam się o sprawie Cambridge Analytica i oglądałam filmy o nowych technologiach politycznych i ich działaniu. Znałam kulisy gry politycznej i wiedziałam, że do zrozumienia współczesnej polityki potrzebna jest podstawowa wiedza o mediach społecznościowych. Trzeba wiedzieć, w jaki sposób gromadzi się i wykorzystuje dane osobowe, jak targetuje się reklamy i jaki jest mechanizm celowego dzielenia społeczeństw za pomocą kampanii sterowanych przez boty. W mediach społecznościowych manipuluje się naszymi największymi lękami i historycznymi traumami, zniekształca bolesne emocje i potajemnie je podsyca, aby agresywnie nastawiać jedną grupę społeczną przeciwko drugiej. Podstawowe założenie głosi, że wyborców łatwiej zmotywować do głosowania, odwołując się do gniewu i urazy niż do jedności i wspólnego celu. Tych, którzy są niezdecydowani lub popierają partie opozycyjne, należy zmanipulować, aby zwątpili w swój wybór. Narzędziami technologów politycznych są wszelkiego rodzaju bolączki społeczne.

W Ukrainie tematami wykorzystywanymi do dzielenia ludzi są patriotyzm, język i kwestia opowiedzenia się po stronie Zachodu lub Rosji w toczących się na kontynencie sporach politycznych. Sztab Poroszenki eksploatował wszystkie te zagadnienia, napuszczając rosyjskojęzyczną ludność kraju na osoby mówiące po ukraińsku, określając niektóre grupy jako bardziej patriotyczne niż inne oraz kolportując memy obliczone na wprowadzenie zamętu w społeczeństwie i zniekształcenie rzeczywistości. Jego ludzie zalewali media społecznościowe botami, wywoływali niezadowolenie, by wyprowadzić ludzi na ulice, oraz wydawali mnóstwo pieniędzy na działalność w tradycyjnych mediach i sieciach społecznościowych. Z powodu tego wszystkiego kampania w 2019 roku była jedną z najbrudniejszych w dziejach Ukrainy.

Powodzenie planu Poroszenki wymagało wytworzenia bardzo polemicznej atmosfery. Takimi samymi zasadami kierował się sztab Donalda Trumpa podczas wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych w 2016 roku. Podobne postępowanie doprowadziło do sukcesu zwolenników brexitu w Wielkiej Brytanii. W Ukrainie ta strategia się nie sprawdziła. W gruncie rzeczy można nawet powiedzieć, że srodze zawiodła. Dlaczego formuła, która zdała egzamin na Zachodzie, nie zadziałała u nas? Przecież Poroszenko był urzędującym prezydentem, który ubiegał się o reelekcję w znacznie bardziej podzielonym społeczeństwie.

Wygląda na to, że Ukraińcy mieli serdecznie dość ciągłych kłótni wywoływanych celowo przez prawie wszystkie siły polityczne działające w kraju od 2002 roku. Te strategie były nam druzgocąco znajome - nie przeżyliśmy ani jednej kampanii politycznej, w której nie próbowano by dzielić Ukraińców. Kiedy więc pojawił się Zełenski z ideologią jedności, pojawiło się instynktowne pragnienie dążenia do tego ideału, pragnienie życia w szczęściu, instynkt samozachowawczy i troska o innych, jakiej Ukraińcy nigdy wcześniej nie zaznali.

Zełenski na zawsze zmienił ukraińską politykę. Odsunął dużą część dawnej elity politycznej od wygodnego sprawowania władzy, przyciągając ludzi biznesu, sztuki i telewizji. Zmienił narrację w kraju, łagodząc konflikty między walczącymi obozami ideologicznymi. Pokazał ukraińską tożsamość taką, jaka jest naprawdę - bez patosu, ale jako paletę wielu barw; nie jako kraj, nad którym należy się użalać, lecz jako dynamiczną europejską demokrację.

ROZDZIAŁ DRUGI
NAJBIEDNIEJSZY KRAJ W EUROPIE

Z moralnego punktu widzenia będzie

to skomplikowane. Będzie to dla mnie niewygodne,

nie będę tego ukrywał; będzie mnie to przygnębiało.

Niemniej przygnębienie i dyskomfort nie będą

miały wpływu na moje decyzje. Zatrzymam to w sobie; reformy są niezbędne. Mamy szansę.

 

- Wołodymyr Zełenski o reformach (z dokonanej przez autorkę

transkrypcji rozmowy przeprowadzonej przez Joshuę Yaffę na potrzeby

wywiadu dla "New Yorkera", 30 sierpnia 2019 roku)

 
 

Ukraina jest najbiedniejszym krajem w Europie i ta bieda stanowiła istotną przeszkodę w rozwoju silnego społeczeństwa.

Ubóstwo oznacza niemożność opłacenia edukacji, mieszkania, odzieży, jedzenia czy podróżowania i poznawania świata. Być biednym to być uwięzionym w swoim własnym, ograniczonym świecie, bez możliwości nauczenia się czegoś nowego i doświadczenia rozwoju osobistego.

Dlatego tak trudno budować silne instytucje w biednym kraju i tak łatwo podważać te, które istnieją. W biednym kraju o wiele łatwiej jest zniekształcać rzeczywistość niż w kraju bogatym - a w dobie mediów społecznościowych okazuje się to jeszcze prostsze. Walka z ubóstwem jest więc warunkiem koniecznym uzyskania wolności.

Kiedy byłam uczennicą, nauczycielka Walentina Datsiuk za pomocą prostej metafory wyjaśniła mi, czym jest niedostatek. Każdy człowiek ma dwa skrzydła: jedno fizyczne, drugie duchowe. Jeśli nie wykorzystujemy pierwszego, fizycznego, do produktywnej pracy, to drugie nie ma szansy się rozwinąć. A bez drugiego skrzydła nie poleci zbyt daleko.

Rodzina Wołodymyra Zełenskiego nigdy nie doświadczyła najgorszego rodzaju ukraińskiej biedy, takiego jak brak dostępu do podstawowych usług i towarów czy niedobory żywności, z którymi niektórzy ludzie borykali się w latach 90. Jednak Krzywy Róg, gdzie przyszły prezydent spędził młode lata, był miastem robotniczym. Położony w środkowej Ukrainie ośrodek przemysłowy z czasów stalinowskich, słynący z zakładów metalurgicznych, w połowie lat 80. zaczął gwałtownie podupadać. Pojawiło się wysokie bezrobocie, a miasto nawiedziła plaga przemocy. Po ulicach krążyło około czterdziestu gangów nastolatków, zwanych "biegunami". Po upadku Związku Radzieckiego w 1991 roku zaprzestano organizacji zajęć sportowych dla młodzieży. Nastolatkowie nie mieli więc nic innego do roboty, jak tylko walczyć z rówieśnikami.

Zełenski jest jedynakiem wychowanym w rodzinie żydowskich intelektualistów. Jego ojciec, Ołeksandr, jest ukraińskim informatykiem i profesorem nauk technicznych, kierującym Katedrą Cybernetyki i Informatyki na Uniwersytecie Narodowym w Kijowie. Jego matka, Rimma, pracowała jako inżynierka.

Jak wielu Ukraińców urodzonych w pierwszych dekadach XX wieku, rodzinę Zełenskiego spotkała straszna tragedia. On sam opowiadał o tym, jak jego pradziadkowie zostali zmasakrowani po spaleniu ich wsi przez nazistów w czasie drugiej wojny światowej. Ich czterej synowie podobno poszli walczyć z Sowietami. Przeżył tylko dziadek Zełenskiego, Siemion, który wrócił do Krzywego Rogu jako pułkownik Armii Czerwonej i bohater wojenny, a następnie został szefem miejscowej milicji. Jako człowiek znany ze swej uczciwości otrzymał zadanie zlikwidowania miejscowych organizacji przestępczych. Zełenski był podobno bardzo zżyty z babcią, ale przede wszystkim z dziadkiem, który miał na niego ogromny wpływ.

Rodzice Zełenskiego nadal zajmują skromne mieszkanie w Kwartale 95 - dzielnicy, w której prezydent się wychował. Zełenski jest z nimi bardzo związany, a ich akceptacja zawsze była dla niego niezwykle ważna. Nawet jako dorosły człowiek, a teraz jako prezydent, wciąż czuje potrzebę udowadniania im, że postępuje właściwie.

Pewnego razu, przy okazji podróży do Polski, prezydent zapytał podczas lunchu z zespołem, czy moi rodzice powiedzieli mi kiedyś, że są ze mnie dumni. W naszej rodzinie tego typu rozmowy nie były zbyt częste. Odpowiedziałam jednak, że byli dumni, a przynajmniej tak mi się wydawało. Uświadomiłam sobie wtedy, że pytanie Zełenskiego pokazuje, jak ważna jest dla niego akceptacja rodziców.

Kiedy Zełenski zarobił już trochę pieniędzy jako przedsiębiorca, chciał kupić rodzicom nowe mieszkanie, ale ci odmówili. Odrzucili także jego propozycję podarowania im samochodu.

Ich niechęć do posiadania dóbr materialnych była w pewnym stopniu częścią powszechnego w postsowieckich rodzinach konfliktu międzypokoleniowego. Mówiąc najprościej, rodzice zwykle nie są tak nastawieni na konsumpcję jak ich dzieci. Niemniej bez względu na genezę tych różnic rodzina Zełenskich nie okazywała ich publicznie.

Ich syn miał inne podejście do życia. Choć on również nie pochwalał konsumpcyjnego szału, który opanował społeczeństwa postsowieckie, jego własny styl życia daleki był od ascezy. Należał do nowego pokolenia Ukraińców, bardziej przedsiębiorczego niż rodzice i mniej skrępowanego ograniczeniami. Zełenski chodził do miejscowej szkoły, a w wieku 17 lat wstąpił do osiedlowego klubu komediowego, w którym wygrywał wszystkie potyczki komików. Jego przyszła żona, Ołena Kijaszko - inteligentna i atrakcyjna nastolatka - należała do tego samego rocznika, ale chodziła do innej klasy, więc ich drogi nie krzyżowały się zbyt często. Niemniej niedługo po rozpoczęciu zajęć na Uniwersytecie Państwowym w Krzywym Rogu, gdzie ona studiowała architekturę, a on prawo, stali się nierozłączni. Zełenski od najmłodszych lat dążył do sukcesu, demonstrując swoim rówieśnikom z postsowieckiego kraju nowy poziom profesjonalizmu, nowy rodzaj poczucia humoru i nowe podejście do życia w ogóle. Powiedziałabym, że przełamywanie utartych schematów i granic stało się nawykiem w jego życiu, choć nie jestem pewna, czy sam Zełenski zdawał sobie z tego sprawę.

Z natury był merytokratą i niestrudzenie dążył do potwierdzenia swojej wartości. Niektórzy ludzie nie rozumieli, dlaczego zawsze naginał zasady, i przeszkadzało im to. Inni jednak utożsamiali się z jego zuchwałą energią i podziwiali ją. W jego towarzystwie nie sposób było się nudzić. Zawsze dążył do zmiany na lepsze. Pod jego pogodnym usposobieniem kryła się jednak głęboka powaga. Media oczywiście przedstawiały Zełenskiego jako postać jednowymiarową, skupiając się na nim jako komiku. Był to jednak tylko jeden z jego talentów, choć z pewnością najbardziej widoczny.

W późniejszym okresie jego życia mało kto pamiętał, że ukończył studia prawnicze, specjalizując się w prawie konstytucyjnym. Zełenski kontynuował swoją przygodę z kabaretem, studiując w filii Kijowskiego Instytutu Ekonomicznego w Krzywym Rogu. Z grupą przyjaciół z rodzinnego miasta organizował występy kabaretowe, do których Ołena pisała scenariusze i w których czasami pojawiała się na scenie.

Choć z początku Ołena musiała wyciągać znajomych na te pierwsze występy siłą, utalentowani komicy z Krzywego Rogu bardzo szybko zaczęli przyciągać publiczność. Ich spektakle stały się szalenie popularne. Profesorowie i byli studenci wspominali je z zachwytem, kiedy odwiedziłam uniwersytet w 2019 roku.

Ogromny sukces grupy zachęcił Zełenskiego i jego przyjaciół do zajęcia się kabaretem na pełen etat. Nie jestem pewna, jak przyjął to jego ojciec, który w takich sprawach był nieco konserwatywny. W każdym razie Zełenski i jego trupa zaczęli od ciułania niewielkich sum na opłacenie wyjazdów na występy w innych częściach kraju.

Zełenski wykorzystywał swoje talenty pisarskie i menedżerskie, aby zaistnieć w świecie rozrywki. Na próbach był perfekcjonistą, zmuszał zespół do wielokrotnego powtarzania kwestii, dopóki nie były bezbłędne.

Nic dziwnego, że grupie udało się dostać do telewizji, gdzie występowała w najpopularniejszym programie komediowym w byłym Związku Radzieckim o wdzięcznej nazwie Klub Zabawnych i Pomysłowych (Kłub wiesiołych i nachodcziwych lub KWN). Zespół przyjął nazwę Kwartał 95, od dzielnicy Krzywego Rogu, w której Zełenski dorastał i chodził do szkoły.

Humor, jaki prezentowali, był odważny, sprośny, bardzo aktualny i skoncentrowany głównie na satyrze politycznej.

"Dla uczczenia 300. rocznicy założenia Petersburga proponujemy uczynienie go stolicą" - oświadczył jeden z członków trupy Zełenskiego na scenie KWN w Petersburgu w 2003 roku.

"Świetnie! Podoba mi się! To nieźle brzmi: Sankt Petersburg stolicą Ukrainy!" - odparł bezczelnie Zełenski. W tamtych czasach takie żarty były jeszcze dozwolone. Dzisiaj, po latach krwawego konfliktu między dwoma narodami, byłyby raczej niemożliwe.

Trudno sobie wyobrazić, ile wysiłku wymagało zbudowanie imperium biznesowego w Ukrainie w latach 1990-2010. Przedsiębiorcy musieli zmagać się z korupcją i presją ze strony organów ścigania. Ponadto sytuacja geopolityczna sprawiała, że to Moskwa była głównym centrum rozrywki. Wszystkie popularne programy, które sprzedawano do krajów postsowieckich, powstawały w Moskwie. Ludzie, którzy chcieli zaistnieć w branży rozrywkowej, jechali do Moskwy i robili wszystko, co było konieczne, aby się tam przebić, podobnie jak aspirujący aktorzy, którzy ciągną do Los Angeles lub Nowego Jorku.

Zespół kabaretowy z Krzywego Rogu miał szczęście wystąpić w bitwach komików w rosyjskiej telewizji i odniósł tam wielki sukces na różnych szczeblach konkursu. Oczywiście, z wyjątkiem rywalizacji z komikami z Moskwy. Władze Rosji nie mogły pozwolić, aby zespół ze stolicy przegrał z kimkolwiek, a już na pewno nie z grupą z prowincjonalnego ukraińskiego miasta. Był to niesprawiedliwy i w znacznym stopniu przemilczany przejaw niechęci Rosji do uczciwej konkurencji. Przeciwko debiutantom z prowincji grano znaczonymi kartami, mimo że po upadku Związku Radzieckiego nie były to już prowincje, lecz niepodległe narody. To Rosja musiała zawsze być najsilniejsza, a kontrola tego, co pojawiało się w telewizji, stanowiła niezbyt subtelną manifestację jej ambicji. Nie mówiono o tym jednak wprost.

Rok 2003 był punktem zwrotnym w karierze Zełenskiego. Po kłótni z Aleksandrem Masljakowem, szefem KWN, odrzucił jego propozycję objęcia stanowiska redaktora telewizyjnego w Moskwie. Rosja zawsze była paternalistycznie nastawiona do innych republik i wychodziła z założenia, że wszelkie możliwości, jakie dawała utalentowanym ludziom z tych krajów, powinny zostać wykorzystane z pokorą i wdzięcznością. Zełenski otrzymał propozycję, która wydawała się wielką szansą, ofertę nie do odrzucenia jak z Ojca chrzestnego - miała mu przynieść stały zarobek, a może nawet bogactwo. Moskiewscy potentaci uważali, że to aż nadto dla przybysza z prowincji. Warunkiem umowy było jednak rozwiązanie Kwartału 95. Szansę na zaistnienie w wielkim świecie otrzymał tylko Zełenski.

Przyszły prezydent odrzucił tę propozycję. W wywiadzie udzielonym w 2019 roku wyjaśnił, że nie wyobrażał sobie porzucenia swojej ekipy. Wrócił do Ukrainy, by tam rozwijać działalność z Kwartałem.

Jego decyzja uraziła moskiewski establishment. Posunięto się nawet do tego, że próbowano zakazać pierwszych dużych spektakli Kwartału 95 w Kijowie. W 2003 roku taka ingerencja Moskwy była jeszcze możliwa, bo więzi między Rosją a Ukrainą pozostawały bardzo ścisłe, a przemysł rozrywkowy - uzależniony od producentów z Rosji.

Mimo to Zełenskiemu się udało. Nie wiem, jak to zorganizowano ani ile osób się do tego przyczyniło, ale Kwartał 95 zyskał w kraju ogromną popularność. Co więcej, po jakimś czasie dostał swój własny program w kanałach telewizyjnych należących do największych oligarchów w Ukrainie - najpierw Wałerija Choroszkowskiego, a potem Ihora Kołomojskiego. To właśnie był przełom, jakiego Zełenski potrzebował: dzięki tej współpracy zdołał z jednego programu uczynić kabaretowe imperium.

Kwartał 95 stworzył mnóstwo popularnych spektakli kabaretowych, a wszystkie kręciły się wokół charyzmatycznej gwiazdy - Wołodymyra Zełenskiego. On sam pracował również jako producent w największym ukraińskim kanale telewizyjnym Inter, zrealizował wiele filmów oraz seriali i został uwielbianym głosem Misia Paddingtona w filmach, musicalach i kreskówkach. Odniósł prawdziwy sukces i był wszędzie.

Zełenski zdobywał uznanie w turniejach tańca towarzyskiego; wychodził na parkiet w ekstrawaganckich strojach z jaskraworóżowego jedwabiu, w podkoszulku macho lub w prążkowanych garniturach w gangsterskim stylu, z kapeluszem panama na głowie, wykonywał z partnerką brawurowe figury i podbijał serca publiczności. Znaczący triumf odniósł w 2006 roku, kiedy wraz z partnerką zwyciężył w ukraińskiej edycji Tańca z gwiazdami. Niektóre z jego ówczesnych występów wciąż są dostępne na YouTubie.

W swoich żartach Zełenski zawsze przeprowadzał frontalny atak na skorumpowanych polityków i społeczną niesprawiedliwość. Naśmiewał się z influencerów takich jak postsowieckie gwiazdy czy oligarchowie i uderzał w niemal wszystkich ukraińskich polityków, a nawet w ich zwierzęta. Jedną z ofiar jego docinków był radykał zasiadający w ukraińskim parlamencie, którego Zełenski przedstawił, gdy ten wyposażony w widły próbuje uniknąć służby wojskowej. W innym skeczu pod postacią uciekającego strusia sparodiował skorumpowanego ukraińskiego prezydenta. Brał na cel nie tylko ludzi wysoko postawionych. Nikt nie mógł się ukryć - ani przed nim, ani przed jego żartami. W swoich najbardziej pamiętnych rolach kabaretowych wcielał się w policjanta, pilota, pijaka, zazdrosnego męża itp.

Swoje dowcipy kierował do szerokiej publiczności. W gruncie rzeczy Kwartał 95 odwoływał się do burleski, a często także do rubasznego humoru. Zełenski nie wstydził się żartów poniżej pasa, takich jak słynna scena, w której udaje, że gra na fortepianie penisem, albo gdy wciela się w postać policjanta-geja romansującego z kierowcami. Wykorzystywał wszystkie motywy, które mogły śmieszyć postsowieckich widzów.

Pierwotnie Kwartał 95 zapraszał do udziału w swoich programach wielkie gwiazdy, często z Moskwy. Na początku XXI wieku była to recepta na sukces wśród ukraińskich widzów, ale po aneksji Krymu i wybuchu wojny w Donbasie w 2014 roku ton programu zmienił się na bardziej patriotyczny. Poza ostrą satyrą nie było już miejsca na żadne wątki rosyjskie. Zełenski mógł darować Moskwie protekcjonalną i agresywną postawę wobec jego samego, ale na pewno nie zamierzał wybaczyć takiego stosunku do Ukrainy.

Piosenki, które Zełenski i jego zespół śpiewali na zakończenie spektaklu, zwykle wywoływały u widzów przypływ patriotycznych uczuć i poczucie dumy z własnej narodowości. Uwielbiano go zarówno za lekki, często transgresyjny i slapstickowy humor, jak i za umiejętność pięknego i stanowczego występowania w obronie Ukrainy.

Po 2014 roku celem żartów Kwartału 95 stał się również Władimir Putin:

"Okazuje się, że przyszłość Ukrainy zależy nie od Europy czy Ameryki, ale od tego, czy Alinę Kabajewą bolała wczoraj głowa" - mówi w programie z tamtego okresu jeden ze znanych członków zespołu. Gimnastyczka i polityczka Alina Kabajewa, do której pije, jest kochanką Putina. Zaraz po tej kwestii na scenie pojawia się Zełenski, który wciela się w postać Kabajewej. Ubrana na różowo postać jest wściekła na prezydenta Rosji za późny powrót do domu. Putin tłumaczy, że spóźnił się, ponieważ rozmawiał z ministrem obrony Siergiejem Szojgu o postępach wojsk rosyjskich na Krymie. Drwiąc z dobrze znanej rosyjskiej kampanii dezinformacyjnej po zajęciu półwyspu, według której Kreml nie wysyłał na terytorium Ukrainy żadnych wojsk, Zełenski-Kabajewa odpowiada: "Nie kłam! Oglądam rosyjską telewizję! Na Krymie nie ma rosyjskich żołnierzy!". Publiczność za każdym razem kwitowała ten skecz wybuchem śmiechu. W ten sposób Zełenski dobitnie wypowiadał się na temat rosyjskich fake newsów.

Kwartał 95 uczynił z Wołodymyra Zełenskiego gwiazdę. Dał mu też możliwość rozwoju jako liderowi i menedżerowi. Działalność estradowa pomogła mu również utorować sobie drogę do polityki. W tamtych latach, gdy Zełenski był przebojowym kabareciarzem, regularnie zapraszano go na prywatne występy. W ten sposób poznał wielu wpływowych ludzi, w tym polityków i potężnych biznesmenów. W branży rozrywkowej był to dobry sposób na zarobek. Pierwsze kroki w ukraińskiej polityce stawiał więc jako komik, ale - o czym mało się mówi i co rzadko docenia - nawiązane wówczas kontakty dały mu wyjątkowy wgląd w życie ukraińskiej elity politycznej: działaczy lokalnych i krajowych, biznesmenów, przedstawicieli mediów, komentatorów i innych osób okupujących ukraińską przestrzeń polityczną.

* * *

W 2016 roku Zełenski myślał już o karierze politycznej. Minął rok od premiery jego przebojowego serialu Sługa ludu. Wkrótce miał powstać drugi sezon. A w okresie przygotowań do wyborów prezydenckich 2019, które Zełenski wygrał, nakręcono trzeci. Poszczególne odcinki nie były jedynie rozrywką - stanowiły komentarz do sytuacji w Ukrainie i pozwalały w nowy sposób spojrzeć na rolę władzy w życiu ludzi. Dzięki temu, gdy Zełenski został prezydentem, wyborcy znali już pomysły zespołu Kwartał 95 na rządzenie państwem.

Między pisaniem scenariusza serialu telewizyjnego a rządzeniem 40-milionowym krajem jest jednak wielka różnica. To prawda, że Zełenski odniósł błyskotliwy sukces, budując swoje kabaretowe imperium. Udało mu się również pokonać wiele przeszkód w zmaganiach z dziedzictwem byłego Związku Radzieckiego. Jednak czy był w stanie zmienić kraj? Umiał zarobić na godne życie dla siebie i swojej rodziny, ale czy potrafiłby pomóc osiągnąć ten cel wszystkim Ukraińcom? Wiadomo było, że nie będzie to łatwe - zwłaszcza w takim kraju jak nasz, obciążonym, jak wspomniałam, bagażem biedy i zacofania.

Po wyborze na prezydenta w 2019 roku Zełenski próbował rozwiązać problem niskiego standardu życia w Ukrainie, doprowadzając do stabilizacji makroekonomicznej poprzez ambitny program reform gospodarczych.

Poplecznicy oligarchów próbowali zdyskredytować pierwszy rząd Zełenskiego, atakując jego program gospodarczy jako "sorosizm" i szydząc z wysiłków pierwszego premiera w ekipie Zełenskiego, którym był prozachodni aktywista Ołeksij Honczaruk. Jemu i innym zwolennikom reform gospodarczych nadano łagodnie pejoratywną nazwę "sorosiaki" - to kalambur powstały z połączenia nazwiska miliardera-filantropa George'a Sorosa i słowa "prosiaki". Określenie to, ukute przez zwolenników teorii spiskowych z mediów sprzyjających oligarchom, weszło do języka ukraińskiej polityki.

Jako premier Honczaruk emanował aurą pracowitości i ambicji, ale dał się też poznać jako człowiek chimeryczny, cechujący się przy tym kolosalną arogancją, którą chętnie szafował w parlamencie, zbierając w zamian zasłużone cięgi. Niemniej jego krótka kadencja była okresem wielkiej aktywności i licznych reform. Ukraina stała się znana, zwłaszcza na Zachodzie, z "turbodoładowania", kiedy to od sierpnia do końca 2019 roku przyjęto ponad 150 ustaw znoszących wiele przestarzałych, odziedziczonych jeszcze po czasach sowieckich praktyk. Udało się w ten sposób zmienić oblicze ukraińskiej gospodarki rynkowej.

Jednocześnie technokratyczna postawa Honczaruka utrudniała mu wczuwanie się w sytuację społeczeństwa. Z tego powodu nie był w stanie zrozumieć zwykłych ludzi i pojąć nędzy, jaka panowała w tamtym czasie w różnych regionach kraju. Jego program makroekonomiczny mógł się sprawdzić w dłuższej perspektywie, ale Honczaruk nie wiedział, co zrobić, aby od razu poprawić warunki życia najbardziej potrzebujących.

Ostatecznie jednak większość zasług za przeprowadzenie reform należy przypisać prezydentowi. To Zełenski osobiście nadzorował każdą z nich, wybierał projekty ustaw i wprowadzał zmiany, jeśli uważał, że dany akt prawny nie przejdzie w pierwotnej formie. On też nakłaniał parlament, którego członkowie byli w większości nieprzychylnie nastawieni do Honczaruka, do głosowania za ustawami.

W relacjach z parlamentem Zełenski pokazywał, jak bardzo różni się od większości przywódców. Słuchał, budował konsensus i pozwalał posłom na podejmowanie własnych decyzji.

Na początku jego prezydentury nowy parlament miał około siedemdziesięciu projektów ustaw gotowych do zatwierdzenia. Dwaj doradcy prezydenta uważali, że należy zignorować zasady parlamentarne i zmusić deputowanych do głosowania nad tymi projektami już pierwszej nocy po otwarciu sesji. Z uwagi na to, że partia Zełenskiego posiadała zdecydowaną większość głosów, ustawy zostałyby przyjęte. Dwaj inni doradcy zalecali jednak wolniejsze działanie, ponieważ istniało niebezpieczeństwo, że uchwalone w ten sposób akty prawne mogą zostać później uznane za niekonstytucyjne. Zełenski zebrał swoich parlamentarzystów i poprosił o głosowanie. Większość opowiedziała się za powolnym procedowaniem.

"Zagłosowaliście za drugą opcją. Będę z wami szczery - ja wybrałbym ten pierwszy wariant - powiedział deputowanym Zełenski. - Popieram jednak waszą decyzję. Proszę tylko, byście nie odkładali tego na później. Ludzie wybrali nas, żebyśmy im służyli. Oni potrzebują zmian". Debata ciągnęła się miesiącami, ale w końcu ustawy zostały uchwalone.

Po przepchnięciu przez parlament w 2019 roku tak wielu reform, przyszłość malowała się w jasnych barwach. Niestety, kolejny rok okazał się o wiele trudniejszy pod wieloma względami. Nieporozumienia i brak doświadczenia dużej części ekipy prezydenckiej zaczęły zbierać swoje żniwo.

Praca w kancelarii prezydenta była niezwykle stresująca. Ciągle coś się działo. Zełenski wypijał nieprzebrane ilości kawy i wydawało się, że nie potrzebuje zbyt wiele snu. Wstawał bardzo wcześnie i między szóstą a siódmą rano wykonywał telefony służbowe - nie tylko do swoich pracowników, ale także do członków parlamentu, ministrów oraz innych urzędników oraz polityków. Często o tej porze dostawałam od niego SMS-y z linkami do jakichś newsów, z pytaniem, czy to prawda, czy to będzie jakiś problem, a jeśli tak, to czy mamy na to jakąś odpowiedź. Zełenski sam czytał bieżące wiadomości, zarówno w lokalnej prasie, jak i w mediach społecznościowych. Otoczenie prezydenta - zwłaszcza szef kancelarii i sekretarka - żartowało, że należałoby usunąć niektóre aplikacje z jego telefonu, aby nie rozpraszały jego uwagi.

Jedną z rzeczy, które Zełenski robił codziennie (niemal bez wyjątku), były ćwiczenia fizyczne. Trenował na bieżni albo w domowej siłowni; podczas pierwszej podróży dyplomatycznej do Brukseli udzielał nawet wywiadów na rowerku stacjonarnym. Był czas, że nagrywał wiadomości wideo podczas treningu, a pewnego ranka, będąc w Donbasie, zamieścił na Instagramie selfie na tle kilku odrapanych drążków do ćwiczeń z krótkim podpisem: "Awdijiwka. Promka [jedno z najgorętszych miejsc podczas walk w Donbasie w 2016 roku]. Drążki. Dzień dobry!". Najprawdopodobniej Wołodymyr Zełenski wybrał się wtedy na poranny jogging.

Uważał sport za tak ważny, że w czerwcu 2020 roku zaproponował specjalną inicjatywę pod nazwą "Zdrowa Ukraina", która miała zachęcić ludzi do ćwiczeń i zdrowego trybu życia. Była to część większego programu rządowego mającego na celu polepszenie zdrowia Ukraińców i współgrała z działaniami jego żony Ołeny na rzecz poprawy programów żywieniowych dla ukraińskich uczniów.

Nowy, 2020 rok zaczął się od narodowej tragedii. 8 stycznia dotarła do nas wiadomość, że w Iranie zestrzelono ukraiński samolot pasażerski. Biuro prasowe prezydenta pracowało w nadgodzinach, informując społeczeństwo o katastrofie. W tym okresie któregoś dnia wróciłam do domu o 6.30, by po krótkim odpoczynku wrócić do pracy o 9.30. Jednak to nie bezustanna praca mnie wyczerpała, lecz ciągłe powracanie myślami do niewinnych ofiar: 167 pasażerów i dziewięciu członków załogi zabitych przez dwa pociski rakietowe 8 stycznia o godzinie 6.14 czasu irańskiego. Nikt nie przeżył.

Jeszcze w tym samym miesiącu Zełenski, jako jeden z niewielu szefów państw o żydowskich korzeniach poza Izraelem, udał się do tego kraju na spotkanie z premierem Benjaminem Netanjahu i miał wziąć udział w uroczystości upamiętniającej Holokaust, zorganizowanej w Instytucie Jad Waszem na Wzgórzu Herzla w Jerozolimie. Zaproszenia otrzymali zarówno Putin, jak i Zełenski, ale tylko tego pierwszego poproszono o zabranie głosu. Gdy Zełenski się o tym dowiedział, postanowił zrezygnować z udziału w uroczystości i przekazał swoje bilety ofiarom Holokaustu.

Był jednak bardzo wzruszony, gdy grupa rabinów zaprosiła go do modlitwy o pokój pod Ścianą Płaczu na Starym Mieście w Jerozolimie, najświętszym miejscu judaizmu. Najwyraźniej wiele to dla niego znaczyło - był zaszczycony ich powitaniem. Potem nalegał, by w naszej informacji prasowej o tym wydarzeniu wymienić nazwiska wszystkich rabinów, którzy go zaprosili. Zełenski rzadko, jeśli w ogóle, mówił publicznie o swojej religii. Myślę, że w ten sposób chciał pokazać, że jest ona dla niego sprawą czysto osobistą, której nie należy wykorzystywać do celów politycznych. W Ukrainie można znaleźć wyznawców wielu religii, ale najwięcej jest wśród nich chrześcijan. Nie robiąc zamieszania wokół własnej wiary i nie faworyzując żadnej z grup, Zełenski starał się podkreślić, że w jego kraju akceptowane są wszystkie wyznania.

Wkrótce po jego powrocie z podróży do Izraela w Ukrainie rozeszła się wieść o śmiertelnej chorobie wywoływanej przez nowo odkrytego koronawirusa, co zaowocowało tzw. incydentem w Nowych Sanżarach. Na początku lutego 2020 roku Ukraina przygotowała ośrodek wypoczynkowy w liczącym około ośmiu tysięcy mieszkańców, położonym w środkowej części kraju miasteczku Nowe Sanżary; miała się tam odbyć kwarantanna kilkudziesięciu obywateli ukraińskich, którzy wrócili z Chin. Przerażeni wiadomością o nieznanym wirusie i fałszywymi informacjami o rzekomych próbach eksterminacji Ukraińców, okoliczni mieszkańcy gwałtownie zaprotestowali przeciwko inicjatywie władz. Mężczyźni i kobiety uzbrojeni w to, co mieli pod ręką, wyszli na spotkanie przybywającym ewakuantom. Ich autobus obrzucono kamieniami brukowymi, a pasażerów nienawistnymi wyzwiskami. Te obrazy wstrząsnęły światem i sprawiły, że Ukraina znalazła się w centrum nieprzychylnego zainteresowania.

Na miejsce wydarzeń przybył premier Honczaruk. Najwyraźniej nie wiedział, co robić. Przed jego przyjazdem przedstawiciele służb mundurowych i minister spraw wewnętrznych Arsen Awakow (pełniący tę funkcję od siedmiu lat) opanowali sytuację. Premier zaaranżował spotkanie przed kamerami telewizyjnymi, wziął do ręki długopis i notował coś pilnie, wysłuchując raportów podwładnych. Miało to wywołać wrażenie, że kontroluje sytuację. Nie patrzył jednak swoim rozmówcom w oczy, nic nie powiedział po wysłuchaniu raportów i tylko robił notatki. Nagranie tej sceny wywoływało silne wrażenie, że premier jest oderwany od rzeczywistości i nie ma pojęcia, co się dzieje.

Nieco później prezydent Zełenski zapytał ówczesną minister zdrowia Zorianę Skałećką, czy mogłaby sama poddać się dwutygodniowej kwarantannie w ośrodku razem z przyjezdnymi z Chin, a ona się zgodziła. Ten gest pomógł w uspokojeniu nastrojów i po dwóch tygodniach Zełenski przybył na miejsce, by pogratulować grupie zakończenia izolacji. Oczywiście nie bez znaczenia był fakt, że nikt z ewakuowanych nie zachorował na covid.

Niedługo po incydencie w Nowych Sanżarach Honczaruk zachował się w podobny sposób, gdy w obecności kamer spotkał się z prezydentem, który wezwał go do siebie, aby omówić rosnące zagrożenie koronawirusem i propozycje rządu w tej sprawie. Podczas spotkania Honczaruk znowu zajmował się robieniem notatek i prawie w ogóle nie patrzył na prezydenta. Ten absurdalny obraz bystrego ucznia, który popełnił jakieś wykroczenie, zupełnie nie pasował do wizerunku premiera Ukrainy.

W każdym razie szybko stało się jasne - podobnie jak w wielu innych krajach świata - że nasz rząd jest zupełnie nieprzygotowany do walki z pandemią. Kiedy zagrożenie covidem stało się oczywiste, Ukraina nie była nawet w stanie wstrzymać eksportu produkowanych na miejscu maseczek, wskutek czego wielu Ukraińców pozostało bez ochrony. Honczaruk okazał się niezdolny do opracowania skoordynowanego planu przygotowań do kryzysu.

Przerażał brak testów, maseczek, a nawet laboratoriów, w których można by przeprowadzać odpowiednie analizy, a także słaby system ochrony zdrowia, który już przed wybuchem pandemii uchodził za bardzo zaniedbany i przeżarty korupcją.

W samym środku tego kryzysu, po niespełna roku urzędowania, ze stanowiska odszedł pierwszy szef Biura Prezydenta Ukrainy, Andrij Bohdan, który zarządzał obiegiem dokumentów i w zasadzie był szefem sztabu prezydenta. Zastąpił go Andrij Jermak. Wkrótce po odejściu Bohdana rezygnację złożył premier Honczaruk, jego następcą został Denys Szmyhal, a następnie doszło do przetasowań w rządzie. Pod koniec pierwszego roku prezydentury Zełenski powiedział: "Nie możemy już być "zwykłymi facetami, którzy tylko wykonują swoją pracę w nowym zespole". Wszyscy musimy stać się mężami stanu". W tym niekończącym się strumieniu kryzysów dymisja pierwszego rządu nie wydawała się wielką stratą dla kraju, przynajmniej w moim odczuciu.

Zmiany w rządzie, do których doszło w lutym i marcu 2020 roku, wywołały jednak burzę negatywnych reakcji, zwłaszcza ze strony międzynarodowych partnerów Ukrainy. Niestety Zełenski postanowił milczeć, a brak wyjaśnień tylko pogorszył sprawę. Prezydent wyznawał jednak ważną zasadę, która może tłumaczyć jego milczenie: nigdy nie usprawiedliwiał się przed nikim. Jako polityczny menedżer musiał dopiero nauczyć się rozróżniać między usprawiedliwianiem a wyjaśnianiem, co się dzieje.

Zełenski zawsze powtarzał, że trudno mu było rozstać się z ludźmi, z którymi współpracował najbliżej, z członkami jego zgranej ekipy. Jednak mimo poczucia lojalności musiał dostosować się do realiów politycznych. Jednym z największych problemów prezydenta był brak ludzi posiadających niezbędną wiedzę i doświadczenie. W większości przypadków przy obsadzaniu stanowisk bazował na kręgu najbliższych współpracowników i ich osobistych znajomościach. Nie było to jednak wystarczające.

Zwłaszcza odejście Honczaruka zaskoczyło i zaniepokoiło wiele osób. Większość ludzi uważała, że z powodzeniem wprowadzał reformy, a został zwolniony z powodu ujawnienia pewnego niefortunnego nagrania. Słychać na nim, jak protekcjonalnie wypowiada się o ekonomicznej wiedzy prezydenta Zełenskiego i krytykuje sposób sprawowania przez niego władzy. "Zełenski ma bardzo prymitywne, to znaczy uproszczone rozumienie procesów gospodarczych - mówił Honczaruk. - Jeśli nie dostanie natychmiast odpowiedzi na takie pytanie, pojawia się pusta przestrzeń, w którą może wpaść każdy kretyński pomysł dotyczący obligacji rządowych... Takie rzeczy przychodzą mu do głowy tylko dlatego, że nie ma o nich pojęcia". (Co mnie najbardziej rozbawiło w uwagach Honczaruka, to fakt, że on również nie miał wykształcenia w zakresie polityki monetarnej. Kilka miesięcy wcześniej nie potrafił mi wyjaśnić przyczyn inflacji, usprawiedliwiając się tym, że nie jest ekonomistą).

Jego kadencja zaczęła się spektakularnie, gdy na początku swojego urzędowania przyjechał do siedziby rządu na hulajnodze, ale szybko się skończyła. Prawdziwe powody odejścia Honczaruka były jednak znacznie poważniejsze - nie chodziło tylko o styl sprawowania władzy. Po pierwsze, nie miał wystarczającego doświadczenia instytucjonalnego. Niełatwo jest przejść drogę od działacza politycznego do premiera czterdziestomilionowego kraju, nie mając żadnego doświadczenia w kierowaniu rządową biurokracją. W sytuacjach krytycznych był wyraźnie zagubiony; dużo mówił, ale ledwo rozumiał, jak funkcjonuje system polityczny.

Pod koniec marca, kiedy covid rozszalał się na dobre, rząd postanowił wprowadzić pierwszy ogólnokrajowy lockdown na okres ponad dwóch miesięcy. Zełenski nie zgodził się jednak na wprowadzenie stanu wyjątkowego, ponieważ chciał dać rolnikom czas na obsianie pól. Pierwsza blokada miała kluczowe znaczenie; dała krajowi szansę na powstrzymanie początkowej fali zakażeń i przygotowanie infrastruktury medycznej. Gdy na Zachodzie każdego dnia liczono tysiące zgonów spowodowanych koronawirusem, Ukraińcy siedzieli w domach i martwili się stratami finansowymi. Rząd kupował odzież ochronną i zabiegał o pieniądze wśród społeczności międzynarodowej, aby przetrwać kryzys. Na naszą korzyść przemawia jednak fakt, że do połowy lipca 2020 roku mieliśmy dość niski wzrost liczby zachorowań.

Rząd codziennie zbierał się na posiedzeniach online, by wysłuchać raportów nowego premiera Denysa Szmyhala, ministra zdrowia, ministra spraw wewnętrznych oraz przedstawicieli Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony Ukrainy. Każdego dnia niemal desperacko szukaliśmy wyjścia z sytuacji.

Ukraińskie wsie nie miały dostępu do przychodni, a szpitale w wielu miastach nie były remontowane od dziesięcioleci. Brakowało podstawowych środków, takich jak bandaże i strzykawki. Lekarze pracowali po 24 godziny na dobę, początkowo nawet bez ochrony. Władze wydawały się bezsilne. Sytuacja z testami na obecność koronawirusa była typowym przykładem fatalnego przygotowania: pacjent mógł czekać 7-10 dni na wynik testu, który w dodatku z dużym prawdopodobieństwem był niewiarygodny. Ministerstwo Zdrowia nie stworzyło systemu zbierania rzetelnych i wiarygodnych danych statystycznych, ponieważ w ogóle nie dysponowało informacjami o ozdrowieńcach. Moja ciotka z odległej wioski w obwodzie chersońskim nie wiedziałaby, co zrobić, gdyby nagle okazało się, że potrzebuje karetki pogotowia, która rzadko dociera do jej miejscowości.

Ta historia miała jednak także inną, bardziej pozytywną stronę. Na początku epidemii ukraińskie służby sanitarne mogły przeprowadzać zaledwie dwieście testów dziennie; latem przeprowadzano ich już 50 tysięcy każdego dnia. Do końca roku Ukraina podwoiła liczbę łóżek wyposażonych w tlen do 54 tysięcy. Państwo wznowiło badania laboratoryjne i rozpoczęło budowę nowego, dużego ośrodka badawczego, w którym będą tworzone szczepionki na przyszłość.

Pomimo naszych sukcesów pandemia zasiała w całym kraju poczucie beznadziei, a gospodarka przeżyła wstrząs. Choć kontynuowano realizację potrzebnych i ważnych reform - takich jak przegłosowane pod koniec marca zniesienie moratorium na kupno i sprzedaż ziemi rolnej, którą do tej pory można było jedynie odziedziczyć, ale nie można było jej oficjalnie sprzedać lub kupić, oraz nowe prawo bankowe, mające na celu ograniczenie wpływu oligarchów na banki (dzięki jego uchwaleniu udało się w końcu odblokować bardzo potrzebne fundusze z MFW) - podejmowane przez radę ministrów próby restrukturyzacji instytucji państwowych utknęły w martwym punkcie.

Po tym wszystkim 25 września 2020 roku doszło do drugiej wielkiej tragedii narodowej. Tym razem wojskowy samolot transportowy AN-26 rozbił się w pobliżu bazy lotniczej Czuhujew w Ukrainie podczas lotu szkoleniowego. Zginęło 26 z 27 osób znajdujących się na pokładzie, w tym 7 instruktorów i 19 podchorążych. Prezydent Zełenski odwiedził jedynego ocalałego podchorążego, a następnego dnia powołał komisję do zbadania okoliczności tego zdarzenia. Następnie ogłosił program pomocy dla rodzin ofiar i zarządził dzień żałoby narodowej. Ta katastrofa, w połączeniu z rosnącą liczbą zakażeń koronawirusem, jeszcze bardziej nas przygnębiła. Byliśmy wstrząśnięci.

Mimo to na październik zaplanowano wybory samorządowe, w których mieli być wybierani burmistrzowie, wójtowie, przewodniczący zjednoczonych wspólnot terytorialnych oraz radni.

Pandemia stała się ogromnym wyzwaniem dla władz lokalnych. To na nich skupiała się złość ludzi z powodu restrykcji, jakie władze centralne wprowadziły, by ograniczyć rozprzestrzenianie się choroby.

Władze lokalne szybko zdały sobie sprawę, że ryzyko rozgniewania wyborców może przewyższać ryzyko związane z samym wirusem. Dlatego po pierwszym wiosennym lockdownie samorządy zaczęły zezwalać na organizację imprez masowych z naruszeniem przepisów krajowych. Nagle, w samym środku pandemii, w niektórych miastach zaczęły odbywać się koncerty, restauracje wznowiły działalność, a kluby nocne, dyskoteki i inne miejsca rozrywki otworzyły swe podwoje, reanimując branżę turystyczną.

Burmistrz Czerkasów, ośrodka administracyjnego w środkowej Ukrainie, próbował prowadzić kampanię sprzeciwu wobec Zełenskiego. Dochodziło również do spięć z merami położonej na wschodzie metropolii Dniepr i znajdującej się na południu Odessy. Gdy Zełenski przyjechał prowadzić kampanię, napotkał zorganizowane protesty. Podobnie było we Lwowie, popularnym wśród zachodnich turystów mieście, w którym dużym poparciem cieszył się poprzednik Zełenskiego, Petro Poroszenko.

Lokalni politycy byli źli na nowy rząd za to, że nie poświęcał im więcej uwagi i nie okazywał wsparcia, że jest nowy (a oni byli przyzwyczajeni do starego), oraz za to, że pandemia nadal zakłócała ich życie. Żaden z nich nie był zagorzałym zwolennikiem partii Zełenskiego Sługa Ludu, która odniosła wielkie zwycięstwo w wyborach w 2019 roku. Nie sprzyjało nam również to, że nowi, często bardzo młodzi i niedoświadczeni kandydaci nie mieli zbyt wielu konkretnych propozycji rozwiązań. Regiony buntowały się i protestowały, wykorzystując środki publiczne i media do wyrażania swojego przesyconego rosnącym poczuciem niesprawiedliwości gniewu.

Pierwszy zastępca szefa administracji, Serhij Trofimow, odpowiedzialny za politykę regionalną nie sprawdził się na zajmowanym stanowisku. Szczerze wierzył, że robi wszystko, co możliwe, aby rozwiązać problemy. One jednak się mnożyły. Za każdym razem na posiedzeniu rządu, gdy liczba chorych na covid znów rosła, a regiony protestowały przeciwko działaniom antypandemicznym rządu, zezwalając na organizowanie imprez masowych, Zełenski zwracał się do swojego zastępcy z pytaniem, co się dzieje. Trofimow, były producent Kwartału 95 i człowiek z natury małomówny, zwykle tłumaczył się w trzech słowach. "Wiem o tym" - mówił, nie podając żadnych szczegółów. Czasami miał do powiedzenia jeszcze mniej i rzucał tylko: "Pracujemy".

Sam Zełenski zaraził się covidem w połowie listopada, w czasie kolejnej fali zachorowań w Ukrainie. Przeszedł kwarantannę w szpitalu Feofania na południowych przedmieściach Kijowa, miał lekką gorączkę, ale nie rozwinęła się u niego cięższa postać choroby. Z całego świata napływały wyrazy wsparcia. Na dowód troski wielu żydowskich rabinów modliło się o jego uzdrowienie. Dostałam nagrania wideo ich modlitw z Izraela, Belgii, Francji, Dubaju oraz Ukrainy i pokazałam je prezydentowi w szpitalu. Zwykle odpowiadał tylko na wiadomości dotyczące ważnych spraw politycznych, ale tym razem odpowiedział na wszystkie mejle.

Wyniki wyborów samorządowych były fascynujące. Z jednej strony partia Zełenskiego odniosła ogólne zwycięstwo, a z drugiej w wyborach burmistrzów i merów zwyciężyli dotychczasowi włodarze miast. Ukraińcy przyzwyczaili się do nich i obdarzali ich na tyle dużym zaufaniem, że nawet nie myśleli o innych kandydatach.

Najbardziej niewiarygodna historia dotyczyła mera Charkowa, położonego na wschodzie miasta liczącego ponad milion mieszkańców, które w 2022 roku zostało zdewastowane i zburzone przez rosyjską armię. Wybory w 2020 roku trzeci raz z rzędu wygrał Hennadij Kernes, który uzyskał 60% poparcia i znacznie wyprzedził pozostałych kandydatów, mimo że z powodu ciężkiej choroby w ogóle nie pokazywał się publicznie. Wkrótce po zwycięstwie Kernes zmarł, zyskując miano "mera widmo". Nie było mowy o natychmiastowych nowych wyborach. Zgodnie z prawem władzę przejął sekretarz rady miejskiej, a wcześniejsze wybory musiały zostać rozpisane przez parlament. Eksperci twierdzili, że ich ogłoszenie może być odwlekane przez lata. Ostatecznie zostały zaplanowane na 31 października 2021 roku.

Choć Zełenski nie wprowadził na urząd mera żadnego ze swoich kandydatów, i tak okazał się zwycięzcą. Od początku trzeźwo oceniał sytuację, podejrzewając, że jego partia nie będzie w stanie obalić żadnego z urzędujących włodarzy miast. W związku z tym w wywiadach przedwyborczych określił skromne oczekiwania swojej młodej partii co do wyboru merów i pracował nad obsadzeniem pozostałych organów władzy samorządowej. To mu się udało - jego partia zdobyła więcej mandatów radnych i pozostałych stanowisk samorządowych niż jakiekolwiek inne ugrupowanie, w sumie około 6000.

Dlaczego mówię, że to Zełenski odniósł sukces, a nie my? Bo to prawda. W rzeczywistości wszyscy politycy i prawie politycy czerpali korzyści z pracy i popularności jednej osoby: Zełenskiego. Nie było to tajemnicą. Czasem tylko nowo mianowani urzędnicy myśleli, że sami osiągnęli sukces. Na ogół jednak wszyscy rozumieli, jak było naprawdę.

"Wszyscy siedzimy w tej samej łodzi. Ale to ja dałem im do ręki wiosła" - powiedział pewnego dnia Zełenski. Nie przychodzi mi do głowy nic bardziej oczywistego niż ten cytat. Nawet ludzie niebędący zwolennikami Zełenskiego rozumieli, dlaczego został prezydentem. Pod koniec 2020 roku w Ukrainie nie było już ani jednego polityka, który mógłby mu dorównać pod względem popularności.

Reedakcja: Paweł Sajewicz

Korekta: Monika Ochnik

Projekt okładki: Alan Dingman, adaptacja polskiej wersji - Elżbieta Wastkowska

Zdjęcia na okładce: Ronaldo Schemidt/AFP/East News, Evgeniy Maloletka/AP/East News, Abaca/East News, Julia Mendel

Opracowanie graficzne i skład: Maciej Trzebiecki

Redaktor prowadzący: Magdalena Kosińska

 

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

 

Copyright ? Agora SA, 2022

Copyright ? for Polish translation by Michał Lipa

Copyright ? 2021 by Iuliia Mendel

English language copyright ? 2022 by Iuliia Mendel Based on Iuliia Mendel's book, "Кожен із нас Президент, "Книжковий клуб "Клуб Сімейного Дозвілля, "2021

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2022

 

ISBN: 978-83-268-4042-5

 

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

 

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej