WIOSNA
Za morzem i na Kujawach
Stare, nie tyle pożółkłe czy sepiowe, ile raczej połamane i wyblakłe,
fotografie z przełomu XIX i XX wieku, niektóre podklejone na grubych
kartonikach. Napisy z tyłu fotografii po polsku, niemiecku i angielsku.
Te robione jeszcze w Europie przedstawiają wąsatych mężczyzn w wysokich,
ale z chłopska grubych butach, szarawych koszulach bez kołnierzyków i kapeluszach na głowie oraz kobiety w grubych spódnicach, białych i domyślnie kolorowych chustach. Z kolei te z angielskimi napisami
przedstawiają mężczyzn w lichych, bo lichych, ale marynarkach, a kobiety
w długich sukniach z wysokim stanem i bufiastymi rękawami.
Pomiędzy tymi fotografiami widać spisy pasażerskie statków wypływających
z Hamburga, pełne polskich chłopów i chłopek z zaborów pruskiego i rosyjskiego. Na jednej z list w długim ciągu setek poprzekręcanych
nazwisk jest Walensa Ignacy, Wloclawck, Russia. Na innych listach są
Walense Wladyslawy, Czeslawy, Jany. Jedni ściągną do Ameryki rodzinę,
drudzy będą pomagać tym, którzy pozostali na Kujawach, trzeci kiedyś
tutaj powrócą, a po kolejnych słuch na zawsze zaginie.
Do lasu
Ponad pół wieku później kilkunastoletnia dziewczyna wychodzi z chałupy w Popowie. Izabela prowadzi za rękę pierwszego z trzech młodszych o kilka
lat bosych chłopców - Edwarda, Stanisława i Lecha. Chałupa jest
gliniana, bielona wapnem, a wokół niej na rozległym trawniku kłębi się
stado kur i kaczek. Przed domem glinianka z wodą. Dziewczyna kieruje się
za dom, poganiając idących za nią braci. Przejdą w pośpiechu
kilkadziesiąt metrów przez wysoką trawę za domem i już są w zagajniku.
Drzewa rosną na piasku, są rzadkie, więc cała grupka idzie głębiej w las, byle dalej od domu.
W świat
Kilka lat później ta sama dziewczyna z nieco starszymi już braćmi idzie
polną drogą. Pomagają jej nieść walizkę, a może tylko pakunek,
zawiniątko. Kiedy dochodzą do asfaltu, razem czekają przy słupku
znaczącym przystanek. Nadjeżdża autobus, dziewczyna wsiada, a Edward,
Stanisław i Lech jedną ręką wycierają łzy, a drugą machają na
pożegnanie.
Okno z widokiem na teren po stoczni
Siedemdziesiąt lat później, styczeń 2020 roku. Lech Wałęsa siedzi w swoim obszernym gabinecie za dużym stołem. Odchylony do tyłu
gestykuluje, wysoko podnosząc ręce. Ma na sobie popielaty podkoszulek z napisem "Konstytucja", na podkoszulek swoim zwyczajem zarzucił czarną
skórzaną kamizelkę przypominającą strój rybacki. W kamizelkę wpiął
znaczek z Matką Boską. Na nos założył ciemne okulary przeciwsłoneczne
przypominające te, które nosi Bono. Centralnie za jego głową wiszą
skrzyżowane flagi Polski i Unii Europejskiej, a pomiędzy nimi obraz z Jezusem i jego uczniami podczas Ostatniej Wieczerzy. Zza głowy Jezusa
wyrastają dorysowane na obrazie stoczniowe żurawie. Nad głową Lecha wisi
prosty drewniany krzyż, a po lewej ręce widać kolejny element wystroju,
portret Jana Pawła II. Piłsudski też jest, ale nieco dalej.
- Z mlekiem matki wyssałem przeciwieństwo do komunizmu. (...) A więc
walczyłem zawsze, od urodzenia szukałem okazji, aby dołożyć komunie -
mówi mi podczas wywiadu.
No to przynajmniej jedno już mamy za sobą. Wiemy, od kiedy Lech Wałęsa
walczył z komuną. Urodził się 29 września 1943 roku.
Wyjechał do Francji i wrócił. Bogatszy
Ale jego historia zaczyna się wcześniej niż w 1943 roku. Tradycja i rodzinne opowieści wspominają Mateusza Wałęsę z przełomu XVIII i XIX
wieku. Z kolei w latach osiemdziesiątych XX wieku zamknięty w Arłamowie
Wałęsa cofnie się jeszcze dalej, do Henryka Walezego, szesnastowiecznego
króla Polski i Francji, a nawet do Walensa, cesarza rzymskiego z IV
wieku. Wcześniej już chyba się nie da.
Reszta rodziny Lecha Wałęsy, jego ojcowie i wujkowie, nie mówią o Walezym ani Walensie. Dumni są z kogoś, kto sto kilkadziesiąt lat
wcześniej przybył z Francji. Mateusz Wałęsa w okolicach rozbiorów
przyjeżdża do Popowa, przywożąc dużą jak na te okolice fortunę. Kupuje
piętnaście mórg ziemi. Jedna morga to tyle, ile oracz idący za koniem
czy wołem może zaorać od rana do południa. Jedna morga to tyle, ile
chłop pańszczyźniany obrobi w jeden dzień. Morga różni się w zależności
od ukształtowania terenu, zaawansowania narzędzi rolniczych czy
charakteru upraw. Jedna morga to około jednej trzeciej dzisiejszego
hektara. Ale w innych stronach to hektar. Jeśli to pruska morga, a taka
najpewniej obowiązywała w tamtych stronach, to byłoby pół hektara, czyli
Mateusz miałby jakieś siedem hektarów. Siedemset arów, a jeszcze inaczej
- piętnaście akrów, a jeden akr to znowu tyle, ile wół może zaorać w ciągu jednego dnia - jakkolwiek by liczyć, wychodzi dwa tygodnie na
obrobienie całego pola Mateusza Wałęsy. Nie jest to jakiś ogromny
majątek, ale jak na te tereny całkiem spory. Wystarczy, aby mieć wolant
(fr. volante), czyli lekki odkryty pojazd dwu- lub czterokołowy,
jedno- lub dwukonny. Ze stangretem lub bez. Stać go i na nieliczną
służbę w małym dworku oraz ludzi do pracy w folwarku. Do tego karczma
przekazana karczmarzowi w dzierżawę. Czyli Żydowi w pacht, który
okolicznym chłopom dawał towary na bórg, a panu oddawał należną mu
arendę. Ale to wszystko było jeszcze w końcu XVIII wieku, nawet przed
Kościuszką czy Napoleonem. Minął szmat czasu.
Bo już na przełomie XIX i XX wieku Wałęsowie najczęściej z Kujaw
wyjeżdżają, ich przekręcone nazwisko widzimy w książkach pokładowych
statków płynących z Europy do Stanów Zjednoczonych. Wyjeżdżano wtedy
masowo za chlebem, ale też, zwłaszcza im bliżej 1914 roku, uciekając
przed długoletnią służbą wojskową i nadciągającą wojną.
I tak 12 marca 1907 roku na statku "Pretoria" należącym do American Line
przybywają do Nowego Jorku zapisani jako WALENSA FRANCISZKA i WALENSA
CZESLAW, WLOCLAVEK, RUSSIA. Franciszka ma lat trzydzieści sześć, a Czesław pięć, matka i syn.
Walensa Ignacy płynie w 1909 roku, również statkiem "Pretoria" z Hamburga. Do Hamburga bogatsi chłopi docierają pociągiem, a kto nie ma
pieniędzy - piechotą. Zaokrętowanie odbywa się w piątek wieczorem,
statek wypływa w sobotę. Statki, po długich tygodniach podróży, zawijają
do Ellis Island na południe od centrum Nowego Jorku. Tam przyjezdni
przechodzą badania i kwarantannę.
W 1912 mamy prawdziwy wysyp Walensów: Walensa Warlair (?!) z "Walcawka"
w państwie o nazwie "Rusfia" na statku "Rojndam" należącym do
Holland-American Line, Walensa Wladislaw na "Ryndam" (chyba chodzi o "Rojndam") i jeszcze dwóch Władysławów (jeden jako Wladysklaw) z Wloclawka i Krasincy. Walensa Jan na "Ryndam" oraz Walensa Waclaw i Wiktoria na statku "Rotterdam" - wszyscy oni z Golaszewa w guberni
włocławskiej. Wreszcie w 1914 roku jest i Wałęsa z samego Popowa,
rodzinnej wioski Lecha Wałęsy, na liście pasażerów statku "Adriatic".
Statek zatrzymuje się w Liverpoolu, skąd rusza w dalszą drogę 28 marca,
do Nowego Jorku przybywa 5 czerwca. Walensa Jan ma osiemnaście lat. Jest
kawalerem, do Ameryki płynie pewnie jako pierwszy z rodziny, ucieka
przed nadchodzącą wojną i powołaniem do wojska. Jako jeden z nielicznych
pasażerów podaje do rubryki "czyta/pisze" twierdząco "Yes/Yes".
Jak dziadek Jan chałupę postawił i Piłsudskiego uratował. Bez bliższych szczegółów
Walensego Jana w Popowie już nie ma. Ale w Popowie zostaje inny Jan
Wałęsa, być może kuzyn tamtego z Ameryki, a na pewno wnuk Mateusza,
obecnie właściciel resztówki z dawnego dużego majątku. On też był za
granicą, we Francji jak dziadek, i też, jak dziadek, wrócił na stałe do
Popowa. Wałęsa Lech napisze w Drodze nadziei, że "Dziadek Jan w pamięci swej wnuczki Izabeli, mojej siostry, pozostał jako wesoły, z sumiastym wąsem staruszek, który lubił chodzić od jednego syna do
drugiego. Niezbyt chętnie go przyjmowano, bo gdy siadał przy piecu lub
na ławeczce przed chałupą, zaczynał snuć opowieści o eskapadach do miast
zachodniej Europy, do kasyn gry, o zabawach i licznych podbojach
miłosnych"1. Jak napisze Roger Boyes: "był ostatnim z pańskich Wałęsów, ostatnim, który był w posiadaniu biblioteki,
służącego. (...) Ale stracił całą ziemię". Przywołuje też jednego z najstarszych wówczas żyjących mieszkańców Popowa, Kazimierza
Pawłowskiego: "Zwykł grywać w karty na pieniądze i dużo pić w karczmie w Chalinie. Dlatego musiał wyprzedawać ziemię. Jego synowie byli jednak
inni. Bolesław (ojciec Lecha) pozostał z małym kawałkiem ziemi,
wystarczającym na posadzenie ziemniaków i hodowanie kurcząt"2.
W okolicy Popowa żyje pani Regina Śniadecka, starsza kuzynka Lecha
Wałęsy. Są krewnymi po dziadkach ich matek z rodziny Kamińskich.
Właściwie wszyscy rozmówcy z tej okolicy twierdzą, że jeśli ktoś dobrze
zna rodzinę Wałęsów, do tego tę najstarszą, sprzed wojny, to tylko ona.
Idę do niej. Jej malutki domek stoi pośrodku wielkiego pola słoneczników
i zboża. Mimo że mam już ponad pięćdziesiąt lat, pani Regina każdy nowy
wątek rozpoczyna zawołaniem: "Słuchaj, dzieciaku!".
- Słuchaj, dzieciaku! Ta chata, w której jesteśmy, ma już ze dwieście
lat.
Rozglądam się z zaciekawieniem. Nie jestem pewny, czy może mieć aż
dwieście lat, ale z pewnością pamięta XIX wiek. Dom jest niski,
przysadzisty, ma bardzo grube mury i kiedyś głębokie piwnice. W rogu
kuchni z pewnością stał wielki piec, który ogrzewał wszystkie izby. Po
drugiej stronie sieni mieszkały zwierzęta. Wokół domu sad i bardzo dobra
ziemia, na słoneczniki, kukurydzę, rzepak, buraki, zboże. Wszystko
razem, według Reginy Śniadeckiej, odkupił od rodziny Wałęsów jej dziadek
Łabiszewski. A więc to tu jest serce dawnego majątku Mateusza Wałęsy z Francji?
- Tak, to była ta dobra ziemia po dziedzicach. Ale jak odkupił od nich
mój dziadek, to Leszka dziadek Jan kupił "Duklinę" w Popowie,
trzydzieści morgów. Ale to była bardzo słaba ziemia. Dlatego oni
hodowali kury. I miał do tego piętnastu synów!
Hulaszczego Jana wciąż pamiętają we wsi. Jego barwne opowieści z przygód
w Polsce i Francji jedni mają za fascynujące historie, inni za
konfabulacje gaduły i pijusa. Roger Boyes pisze: "Mieszkańcy Popowa
raczej gardzili Wałęsami z powodu ich kiepskiej gospodarki i zmiennych
obyczajów"3. Niechęć miejscowych chłopów do tej rodziny
bierze się z dwoistości Wałęsów początku XX wieku - z jednej strony to
wciąż resztówka należąca ongiś do bogacza, z drugiej - postrzegani są
jako ci, którzy stracili ziemię i zmarnowali taką dobrą gospodarkę.
Sumiaste wąsy ma współczesny Janowi Piłsudski i będzie miał za
pięćdziesiąt lat jego wnuczek Lech. Na razie jednak punktem odniesienia
dla Jana jest Marszałek, tym ważniejszym, że w opowieściach Jana -
oprócz kasyn i kobiet - jest i bohaterski wyczyn na polu bitwy. Otóż Jan
- według niego samego - miał w czasie wojny światowej uratować
Komendanta od śmierci. Według Jana stało się to w czasie walk z Armią
Czerwoną o Warszawę w 1920 roku, ale według historyków w tym czasie
Piłsudskiego w tych okolicach nie było. Historia to jedno, a wiejskie
opowieści jowialnego Jana to drugie. W jego wersji kozacy gonią
Komendanta przez pola, a wtedy pomysłowy Jan zarzuca mu na plecy kobiecy
strój i każe uciekać, a kozakom pokazuje mylny kierunek. Czy tak było
naprawdę? Mimo że sam Lech Wałęsa (piórem spisujących mu pierwszą
autobiografię Andrzeja Drzycimskiego i Adama Kinaszewskiego) w to
powątpiewa, to jednak każe zapisać: "W każdym razie w domu dziadka Jana
był kult Marszałka, a przez długi czas w moim domu rodzinnym było gdzieś
stare, podniszczone zdjęcie Józefa Piłsudskiego, w wojskowych butach z cholewami i w płaszczu, ze stojącym obok dziadkiem Janem"!4 Te
dwa nazwiska, Wałęsy i Piłsudskiego koło siebie, jeszcze nie raz
powrócą.
Bolesław, ojciec Lecha. Feliksa, matka
Jan, aby wyżywić powiększającą się gromadkę dzieci, wyprzedaje po
kawałku dawne pole dziadka Mateusza. Jego najstarsi synowie, Edward i Stefan, walczą w wojnie roku 1920, jeden z nich dostaje się do niewoli,
a drugi ginie. Trzej młodsi, Zygmunt, Bolesław i Stanisław, dorastają w czasie wojny, a w latach międzywojennych uprawiają resztki ziemi
pozostałe po Janie. Urodzony w 1908 roku Bolesław ma jeszcze wprawdzie
sześć mórg, około trzech hektarów ziemi, ale to już nie ta dawna,
urodzajna ziemia Mateusza. Teraz bracia gospodarują na piaskach i glinach pod lasem, z dala od centrum Popowa. Wszyscy trzej muszą
dorabiać ciesielką, a małej, braterskiej brygadzie przewodzi środkowy
Bolesław.
Z kolei matka Lecha to Feliksa z domu Kamińska, która pochodzi według
Drogi nadziei z pobliskiej Pokrzywnicy, dziś to chyba Pokrzywnik w powiecie Lipno. Rodzina Kamińskich to nawet bardziej rodzina
Dobrzynieckich, bo matka Feliksy z domu Dobrzyniecka była bardzo
niezależną kobietą, która wyszła za Kamińskiego, ale miała głębokie
poczucie wyższości rodu Dobrzynieckich5. Potrójnie
zresztą zamężna; jak by to powiedziano w rodzinach szlacheckich: Zofia
Dobrzyniecka, primo voto Łacińska (po mężu Józefie), secundo voto
Nowak (po Andrzeju) i tertio voto Kamińska (po Leopoldzie). Siostra
Wiktorii, Walerii, Scholastyki oraz Władysława i Marcelego. Dwukrotna
wdowa (jeszcze w Stanach Zjednoczonych), córkę Feliksę ma z trzecim
mężem. Dzieci z poprzednich małżeństw (z Łacińskim i z Nowakiem6: Tadeusz, Janina, Maria, Genowefa, Antoni) zostały
za oceanem. Ona zdecydowała się na powrót do Polski, na wieś, ale nie do
końca tutaj pasuje. W rodzinnym domu gromadzi duży jak na wiejskie
warunki zbiór książek, a dla córki na pewno snuje lepsze plany niż
wyjście za zubożałego chłopa Wałęsę bez własnej chałupy. W jej rodzinie
zdarzają się i nauczyciele, i księża. Lech Wałęsa pamięta zdjęcie
dziadków z Pokrzywnicy: dziadek Kamiński w garniturze z kamizelką i pod
krawatem, a babka w "miastowej" sukni.
Regina Śniadecka mówi:
- Leszka matka to jest Kamieńszczanka i moja matka to Kamieńszczanka z Ruszkowa, tylko nie rodzone siostry, ale stryjeczne kuzynki. Ojciec
mojej matki dał mojej matce swój herb i dziewięćdziesiąt morgów. A ojciec matki Leszka był z Pokrzywnicy, z tego biednego Kamieńskiego
rodu.
Może i z biedniejszej gałęzi rodu Kamieńskich, bez herbu i ziemi, ale
miastowi Kamieńscy też uważają, że małżeństwo z wiejskim gospodarzem to
mezalians. Mimo to matka w końcu pozwala upartej siedemnastoletniej
Feliksie wyjść za dwudziestopięcioletniego Bolesława Wałęsę. Ten na
uboczu wsi Popowo buduje małą chatę z drewna i gliny. Dwie małe izby
mieszkalne i oborę pokrywa słomianym dachem.
Po ślubie Bolesław nadal jeździ po okolicy, pracując przy stawianiu
domów i budynków gospodarczych. Na jednym ze zdjęć pozuje z braćmi na
tle właśnie budowanego domu. Stoi wyprostowany w spodniach wpuszczonych
w buty z cholewkami, ze wzrokiem intensywnie wpatrzonym w obiektyw.
"Patrząc na to zdjęcie - mówi Izabela - widzę tatę, jak gdyby to było
jeszcze wczoraj. (...) Ojciec w domu był łagodny, bardzo dbał o nas"7.
Najstarsza córka, Izabela, rodzi się w 1934 roku. Mieszkają w chatce
między lasem, stawem a sadem. Las i staw są stare, sad dopiero co
sadzony, jabłonie, wiśnie i śliwy, to, co najłatwiej rośnie, będą
owocowały dopiero za dwa, trzy lata. Dopiero dla ich dzieci będzie to
wspominany z dzieciństwa zagajnik. "Było to ulubione miejsce zabaw
dzieci". W 1937 roku rodzi się Edward, a dwa lata później, tuż przed
wybuchem wojny, Stanisław. Lech przyjdzie na świat już w jej trakcie w 1943 roku.
Przysięga na krucyfiks
Ale zanim przyszła wojna, złożono dziwną przysięgę. Podobno.
Sierpień 1939 roku. Najmłodszy z braci, Bolesław, jedzie ze starszym o cztery lata Stanisławem do kościoła w Sobowie. Stanisław wciąż jest
kawalerem, a Bolesław już ojcem z trójką dzieci. W kościele Stanisław
przysięga Bolesławowi na krucyfiks, że w razie śmierci Bolesława
zaopiekuje się jego rodziną. Teraz mogą iść na wojnę.
Obaj trafiają do wojsk, które biorą udział w pierwszej wielkiej bitwie
II wojny światowej. Od 1 do 3 września Armia "Modlin" dowodzona przez
generała Emila Krukowicza-Przedrzymirskiego broni granicy z Prusami
Wschodnimi i przejścia Niemców w stronę Warszawy. Po bitwie bracia
dostają się do niewoli, ale jako szeregowcy szybko wracają do domu.
Izabela pamięta, że ojciec po powrocie często wyjeżdżał do pobliskich
większych miejscowości. Najprawdopodobniej w pobliżu domu bił świnie, a w mieście sprzedawał mięso. "(...) u nas w domu był stale ruch: bito
świnie, pędzono bimber, przychodzili ludzie na spotkania, szli wówczas
do naszej maleńkiej obórki; nieraz niosłam tam koce, widocznie
nocowali"8.
Dlaczego Bolesław wrócił z kampanii wrześniowej i obozu jenieckiego do
domu, a jego brat Stanisław po powrocie musi się ukrywać? Nie wiadomo. W każdym razie Edward i Izabela, starsze rodzeństwo Lecha, pamiętają go
ukrywającego się w ich gospodarstwie. Ośmioletnia Iza i pięcioletni
Edward pamiętają też, że często "stoją na warcie": "Kiedy tylko
widzieliśmy, że ktoś zbliża się do gospodarstwa, biegliśmy do domu i pukaliśmy w drzwi"9.
Jednak na niewiele to się zdaje; Edward później powie, że ktoś doniósł.
Niemcy przychodzą i wyciągają Stanisława na podwórko. "(...) zmusili go,
by pokazał, gdzie ukrywaliśmy beczkę pełną mięsa. Widziałem na własne
oczy, jak go torturowali" - mówi Edward10.
Nie słychać jednak nic o tym, by w tym dniu trafił do więzienia czy
obozu. Owszem, trafi tam, ale nieco później, już razem z ojcem Lecha
Bolesławem.
Poczęcie w obozie? Urodziny i śmierć na pewno w domu
Gdzieś na jesieni albo wczesną zimą 1942 roku Niemcy robią obławę i zabierają mężczyzn z Popowa i okolic. Zabierają też Stanisława i Bolesława, najpierw do pobliskiego dworku w Chalinie, gdzie biją ich, o czym jeszcze długo będzie świadczyć krew na ścianach, a potem wywożą w dwie strony. Stanisław, może jeszcze za tamto ukrywanie się i nielegalne
mięso, pójdzie do transportu. Pociąg pojedzie do Niemiec, a Stanisław
powie później, że do dojechał aż do Dachau. Twierdzi, że uciekł z transportu dosłownie "spod bramy" Dachau. Tam, w okolicy, jakoby spotkał
ładną Niemkę pracującą u bauera, z którą miał romans, a z Niemiec do
Polski wrócił w 1945 roku w mundurze gestapowca. Życie pisze najbardziej
nieprawdopodobne scenariusze, ale też czas wojny nie sprzyja ich
weryfikacji.
Tymczasem Bolesław trafił na roboty przymusowe koło Lipna, a potem do
lokalnego obozu pracy w Młyńcu. Ich krewny, ojciec Reginy Śniadeckiej,
aresztowany w tej samej obławie, miał mniej szczęścia.
Regina Śniadecka wspomina:
- Niemcy zamordowali ojca, pamiętam, jak byłam taka malutka. - Pokazuje
mi ręką wysokość od ziemi. - Niemcy go prowadzili tą drogą. - Wskazuje
za okno, na drogę schowaną za słonecznikami. - U nas znaleźli trochę
ospy, matka chowała świniaki. Tu w rogu kuchni wykopali jamę, tam
chowali mięso i dzieci karmili. I wzięli go na okopy do Lipna i w Lipnie
go zamordowali. Rozstrzelali w 1944 roku.
Ciało oddali rodzinie. Leżał w pokoju, w którym teraz siedzimy, na
prowizorycznym katafalku. Regina Śniadecka mówi mi, że matka chciała, by
dzieci zapamiętały tatę i zapamiętały, kto to zrobił.
- Zawołała do nas: Chodźta, tatę przywitajta! A ja byłam najgorzej
bojąca. I ja schowałam się głową za piec. I ja go nie przywitałam. I pochowali go na cmentarzu w Sobowie.
Jeśli Edward, starszy brat Lecha, nie myli się w swych dziecięcych
wspomnieniach, w okolicach Bożego Narodzenia 1942 roku Feliksa idzie
odwiedzić w obozie męża Bolesława. Edward wspomina to tak:
- Pod koniec roku czterdziestego drugiego, kiedy miałem sześć lat, matka
otrzymała od Niemców pozwolenie na odwiedzenie męża w obozie. Zabrała
mnie z sobą. Szliśmy przez dwa dni, ponieważ Niemcy nie pozwoliliby nam
jechać autobusem ani nawet furmanką. Rankiem dotarliśmy do Młyńca. Kiedy
stamtąd wyszła, była tak szczęśliwa, taka zmieniona. Kochali się tej
nocy i po dziewięciu miesiącach, dwudziestego dziewiątego września
czterdziestego trzeciego roku, urodził się Leszek.
Czy to prawda? Skoro tak, to pięcioletni wówczas Edward musiałby czekać
gdzieś na matkę, jeśli nie na mrozie, to może u poproszonych o opiekę
nad dzieckiem ludzi, być może mieszkających w pobliżu obozu. A może to
tylko kolejna niesprawdzona rodzinna legenda? W końcu starsza od niego,
ośmioletnia wówczas Izabela urodziny Lecha pamięta inaczej:
"To było w tym czasie, jak tatę zabierano z domu. Była zima. Mama
chodziła już w ciąży z Leszkiem. Po ojca przyjechała żandarmeria na
koniach. (...) Uciekła z Edwardem do lasu, wróciliśmy do domu, jak taty
już nie było"11. Byłby to więc nie koniec 1942 roku, ale początek
1943. W każdym razie to była ta niezwykle ciężka zima, kiedy na
wschodzie ważyły się losy wojny.
Dwudziestego dziewiątego września 1943 roku o godzinie 3.30 rodzi się
Lech. Poród odbiera matka Feliksy, babka Kamińska. "Był duży, ważył pięć
kilogramów. Jak go mama zobaczyła, tę wielką jego głowę, powiedziała do
babci: - Kiedyś będzie z niego wielki i sławny człowiek"12.
Kolejna rodzinna opowieść. Zdaje się, że tak jak i wiele innych
przekazów, pochodzi od dziewięcioletniej wówczas Izabeli, najstarszego
dziecka Feliksy i Bolesława.
Bolesław wraca z obozu do domu w 1945 roku, właściwie tylko po to, żeby
umrzeć. Wynędzniały, chory na płuca, leży w łóżku, nie mając siły wstać.
Powoli dociera do niego, że nieuchronnie zbliża się śmierć. Prosi, aby
zawołać jego brata Stanisława. Kiedy ten wraca z pracy we młynie, staje
wraz z Feliksą przy łóżku. Czy Bolesław przypomina mu złożoną cztery
lata wcześniej przysięgę na krucyfiks, nie wiadomo. W każdym razie
"uroczyście zobowiązał go do opieki nad nami" - wspomina Izabela. A do
żony, według Izabeli, mówi: "Dbaj o Leszka i Edwarda, szczególnie o Leszka, bo z niego największą będziesz miała pociechę". Jeszcze tej
samej nocy, o 3.00 woła żonę: "Pobudź dzieci i wynieś je z domu - i umarł"13.
Jest rok 1945. Z Feliksą pozostaje czwórka półsierot. Izabela ma
jedenaście lat, Edward osiem, Stanisław sześć, Lech - półtora roku.
Tylko Izabela pamięta te szczęśliwe dni z całą rodziną, jeszcze sprzed
wojny. "Był taki dobry dla nas, pogodny, albo te Boże Narodzenia, pełne
szczęścia i radości rodzinnej". Stanisław i Edward pamiętają już tylko
ojca z czasu wojny, obozu i śmierci, a Lech w ogóle zapomniał.
W 1946 roku Feliksa wychodzi za Stanisława, brata Bolesława. W dniu
ślubu matki ze stryjem Izabela woła młodszych braci i wychodzi z nimi z domu. Idą przez sad, pola.
"Ten nowy ślub był zgrzytem dla nas - całą trójkę chłopców wyprowadziłam
do lasu, chowaliśmy się, nie chcieliśmy Stanisława za ojczyma. Nie
mogłam wybaczyć mamie, że wyszła za mąż, chciałam, żeby była tylko z nami, dalibyśmy sobie radę"14. Całą trójką idą do pobliskiego lasu,
coraz głębiej i głębiej.
Jeszcze tego samego roku rodzi się pierwszy syn Feliksy i Stanisława,
Tadeusz. Potem, w 1947 roku Zygmunt, a w 1951 Wojciech. Pierwszy z tej
trójki, Tadeusz, rodzi się dokładnie w rocznicę śmierci Bolesława, 13
czerwca 1946 roku. A w jego pierwsze urodziny, i podobno jeszcze kilka
kolejnych, Izabela znowu bierze za ręce młodszych braci i wyprowadza ich
z domu. Tym razem jednak nie w stronę lasu. Idą siedem kilometrów do
Sobowa na grób ojca. I siedem kilometrów z powrotem. Matka Feliksa,
ojczym Stanisław i młodsze dzieci obchodzą urodziny Tadzia, a Izabela i trzech starszych chłopców są w tym czasie na grobie ojca Bolesława.
Podobno, bo to kolejna rodzinna opowieść.
Rówieśnik PRL-u
Lech Wałęsa w młodości mógł jeszcze odczuwać nieprzychylne czy
pogardliwe nastawienie niektórych sąsiadów do rodziny dziadka Jana, ale
dla niego świat Jana Wałęsy już nie istnieje. Dla dziecka dziesięć,
dwadzieścia lat wstecz to prawie wieczność, a w Polsce przełomu lat
czterdziestych i pięćdziesiątych to cała epoka. Zabory, w których
rodzili się rodzice; rewolucjoniści i legioniści; panowie i chłopi;
żydowscy karczmarze i handlarze - wszystko to odeszło, zostało
przekreślone w czasie niemieckiej okupacji i pierwszych lat stalinizmu.
Urodzony w 1943 roku Lech w PRL wchodzi od zera, bez ojca, którego
prawie nie pamięta, bez śladu dawnego rodzinnego majątku, bez starych
porządków. Gdzieś daleko, w stolicy, w województwie, w powiecie, podobno
rodzi się nowy świat, ale tu, w Popowie, jest tylko monotonne, ciężkie
życie w biednym gospodarstwie.
"Mieliśmy małe gospodarstwo. Kto podrósł - szedł do szkół, uciekał z domu, a robota spadała na następnego w kolejce. Najciężej pracowałem
między ósmym a czternastym rokiem życia - wspomina Lech Wałęsa w Drodze
nadziei. - Była to prymitywna praca, jak to w ubogim gospodarstwie.
Zimą co najmniej dwie godziny dziennie ciąłem sieczkę dla
bydła"15.
Siedzący przede mną w 2020 roku Lech Wałęsa gestykuluje szeroko rękami,
jakby chciał złapać w powietrzu i przyciągnąć do siebie jakieś
wspomnienia z dzieciństwa, przykłady. W końcu chwyta i rzuca przede mną
taki obraz:
- Nie wiem, czy pan zna wieś z tamtych czasów. Kiedy się miało pięć lat,
gęsi się pasało. Kiedy dziesięć lat, krowę. Potem inne prace rolnicze. I w związku z tym już tam trzeba było podejmować decyzje. Kiedy krowie
dać, kiedy wygonić gęsi, w tamtym czasie tak nas to życie
kształtowało16.
Jagoda Jakubowska, szkolna koleżanka Lecha, pamięta ojczyma Stanisława,
który przychodził z Popowa do Chalina sprzedawać jajka:
- Ojciec jego dwa razy w tygodniu nosił ze dwadzieścia jajek na sprzedaż
do sklepu do Chalina i oni się z tych jajek utrzymywali. Bo oni mieli ze
trzy, cztery morgi takich samych piasków.
Regina Śniadecka opowiada:
- Leszek jest czterdziesty trzeci rocznik, a ja trzydziesty siódmy.
Leszek tu przychodził do nas, ale moja matka zawsze nas rozganiała.
Roboty dużo, matka wołała: "Regina spać, rano do roboty trzeba!". A Leszek, jak był młody, to był taki "te-te-te" rozbiegany, rozedrgany. -
Pani Regina odgrywa przede mną obraz młodego Leszka, trzęsąc tułowiem i rękami.
Lubili się z kuzynką, ale nie było czasu na wspólne zabawy, najwyżej na
krótką rozmowę, śmiech. I jej rodzice, i jego gnali ich do roboty. Ale
Leszek przychodził do Śniadeckich, kiedy tylko mógł. Gdy Lech podrośnie,
będą się widywać na wiejskich zabawach, ale każde w swoim gronie, w końcu Regina jest starsza o sześć lat. Z jego licznych braci jeszcze
tylko Zysiek (Zygmunt) równie często będzie zachodził do domu kuzynki.
Regina Śniadecka mówi:
- Leszek jak był młody, to był zawsze taki chudy "Wałęsiak". Ale jak
teraz widzę go w telewizji, to już jest taki "tłusty kardaś", podobny
już do Kamińskich.
W okolicy jest jeszcze kościół, ale nie w Popowie, tylko w Sobowie, do
którego chodzi się na niedzielną sumę siedem kilometrów w jedną i siedem
w drugą stronę. Przez większą część roku boso.
I szkoła. Na bosaka do szkoły w Chalinie cztery kilometry tam i cztery z powrotem, a wakacje spędzane na miedzy przy pilnowaniu krów.
Przewiązywanie, przekołkowanie pasącego się bydła, pilnowanie, żeby nie
weszło w szkodę.
I radio słuchane wieczorami, o tej porze, kiedy zwierzęta już śpią, a ludzie jeszcze nie. To radio z lat pięćdziesiątych, sześćdziesiątych to
jedyna oznaka postępu technicznego, który się dokonał w wielkim świecie
i rzeczywiście zawitał pod strzechy. Bo w wielu miejscach tużpowojennego
kraju radio zjawi się wcześniej od elektryczności. Tranzystorowe,
słuchane przy lampach naftowych. Do Popowa elektryczność przychodzi
dopiero w 1957 roku, kiedy Lech ma już trzynaście lat.
Radio w tamtych czasach zawładnęło umysłami ludzi, z jednej strony idzie
tą drogą nachalna propaganda socjalistycznego państwa, z drugiej - z drewnianego pudełka płyną zagłuszane, trzeszczące, ale zachłannie
nasłuchiwane głosy z zakazanego Zachodu, z popularnych wtedy Sekcji
Polskiej BBC w Londynie, nadającej od 1939 roku, czy Głosu Ameryki,
nadawanego od 1942 roku. To radio, i to rozdwojenie przekazu będą
towarzyszyć Polakom, nie tylko Wałęsie, przez cały PRL.
"Ten nawyk wieczornego słuchania z radia wiadomości ze świata pozostał
mi do dziś"17.
Rodzina
"W domu było wiele przemocy, ale dzieci powszechnie akceptowały ten
stan" - pisze w biografii Lecha Wałęsy Roger Boyes, ale żadne wypowiedzi
rodzeństwa Lecha tego nie potwierdzają. Ta opinia to raczej stereotypowy
obraz powojennej Polski według Amerykanina, tym bardziej że w następnym
zdaniu Boyes uogólnia: "Dla wiejskich dzieci w Polsce była to po prostu
norma". Z tych ogólnikowych stwierdzeń wywodzi tezę o tym, skąd się
wzięła późniejsza cecha Lecha - podejrzliwość. Podejrzliwość, że ktoś
chce cię oszukać, coś ci zabrać, wysadzić cię z siodła. "Podejrzliwość,
tak charakterystyczna dla Lecha Wałęsy, prawdopodobnie miała swoje
źródło w tym niełatwym, krnąbrnym dzieciństwie"18. Może w rodzinie było mało czasu dla dzieci, pewnie było dużo pracy od
najmłodszych lat, ale o przemocy nie wspomina żadne z dzieci Bolesława
czy później Stanisława.
"To nie był ojciec i nigdy się z tym nie pogodziliśmy. Teraz muszę
przyznać, że nie zawsze miałam rację i że na swój sposób Stanisław dbał
o nas. Zawsze jednak od ojczyma inaczej bolało, nawet jeśli się na to
zasłużyło. Bolało podwójnie" - wspomina w Drodze nadziei Izabela.
Upór Izabeli przynosi owoce. Według Tadeusza, pierwszego z synów Feliksy
i Stanisława, mniej więcej do dziesiątego roku życia Lech zwraca się do
Stanisława: "Tato". Potem, za namową Izabeli i starszych braci, mówi już
tylko "Wujku".
- To nie jest twój tata - tłumaczy mu Izabela.
Ale szanować go trzeba. "Obowiązywały zasady: starszego trzeba szanować
(...) Nie wolno było podnieść na niego głosu, a nie daj Boże ręki" -
wspomina z kolei Lech Wałęsa.
Ojczym Stanisław to ani pykający fajeczkę i fantazjujący dziadek Jan,
ani zapamiętany jako ciepły, kochający Bolesław. Stanisław jest inny.
Zamknięty w sobie, mrukliwy w kontaktach z sąsiadami, surowy dla synów.
Jego rodzone dzieci, Tadeusz, Zygmunt i Wojciech, mówią, że dla nich był
nawet surowszy. Mówił raz, ale potem już nie powtarzał. Walczył też z krnąbrną pasierbicą Izabelą oraz z buntowanymi przez nią Edwardem,
Stanisławem i Lechem. Tylko dla Feliksy miał i respekt, i czułość. Ufał
jej mądrości. Często radził się jej, pytał, słuchał.
Rodzeństwo wspomina Lecha jako podobnie upartego jak ojczym. "Jak się
zagniewał lub obraził, zakładał ręce do tyłu i do nikogo się nie
odzywał, "rozmyślał". Z Edwardem i Stanisławem mówiliśmy o nim "nasz
sołtys" - powie Izabela w książce Droga nadziei. - Lech bardzo kochał
mamę i nie pozwalał jej skrzywdzić; potrafił już jako dziecko przygadać
coś ojczymowi, chociaż był najmłodszy. Był najbardziej odważny, otwarty
i niezastrachany"19.
Lech Wałęsa w Drodze nadziei opisuje sytuację, którą zapamiętał na
całe życie. Rodzice wieczorem długo planują, jak rozegrać wizytę
Stanisława w urzędzie. Stanisław stoi przed Feliksą i odgrywa scenę:
przyjdzie do urzędu, zapuka, otworzy drzwi. Mówi, co powie. Feliksa go
poprawia. Razem dyskutują, jak poprowadzić rozmowę. Lech Wałęsa
komentuje to tak: skończy się tym, że "sekretarka w urzędzie obleje cię
kawą i wszystkie ustalenia wezmą w łeb. Jeszcze cię ofuknie".
"Byli za słabi, żeby wydeptać w życiu własną ścieżkę. Nawet jeśli była
to sprawa z niesumiennym listonoszem. (...) Dla nich był reprezentantem
świata zewnętrznego, urzędowego. I to już było dla nich problemem".
Wałęsa widzi tę słabość u rodziców, ale w przyszłości sam będzie
krytykowany za podobną uległość wobec władzy, czy to kierownika w zakładzie pracy, czy generała Wojciecha Jaruzelskiego.
Młody Wałęsa zauważa też, pewnie nieco z zazdrością, że dorośli, matka i ojczym, potrafią ze sobą trzymać, nie zważając na jego uczucia.
Wspomina, że kiedyś się kłócili. On próbował się wtrącić, uspokoić ich.
Wtedy oboje, zgodnie, ofuknęli go: "to nie twoja sprawa". Zrobiło mu się
smutno. Zrozumie to kiedyś, jak dorośnie.
Raz na kilka miesięcy w domu jest kłopotliwe święto. Dla dzieci święto,
dla matki kłopotliwe. Przychodzi, jak to się w Polsce mówiło, "paczka z Hameryki". To Janina Brolewicz, córka z poprzedniego małżeństwa babki
Kamińskiej, pomaga w ten sposób swej młodszej, przyrodniej siostrze.
Najczęściej w paczce są ubrania, z czego najbardziej cieszy się Izabela,
i jedzenie, z czego cieszą się bracia. Feliksa ze Stanisławem doceniają
pomoc, ale też trochę im to ciąży. Rodzina, jak wiele innych,
chłopskich, w tym czasie, korzysta także z pomocy programu
UNRRA20, ale tylko zaraz po wojnie, bo rząd Rzeczypospolitej
Polskiej, pod naciskiem ZSRR, szybko odmawia przyjmowania pomocy od
imperialistów. Dzieci, które zdążą jeszcze skorzystać z paczek UNRRA,
przez całe życie będą wspominały charakterystyczny smak mleka
skondensowanego czy w proszku. Podobnie jak z innymi smakami z dzieciństwa, które w nieoczekiwanych momentach wracają i przypominają o nieuchronności czasu i ulotności pamięci. "Dziś nawet nie wiem, jak
dzieciom przekazać doświadczenia swojego życia w dzieciństwie, trudno im
to zrozumieć. Czy ktoś uwierzy, że na przednówku nie było chleba? Nieraz
nie widziało się go przez dwa miesiące. Dziś zresztą miałbym ochotę na
taki placek - podpłomyk, ale w mieście nikt nie potrafi go upiec" -
wspomina Lech Wałęsa w Drodze nadziei. Ale nie tylko smak podpłomyka
uleciał wraz z tamtym pokoleniem. Bo czy dziś ktoś wie, co to był
przednówek? Piąta pora roku, koniec zimy, a jeszcze przed wiosną, kiedy
kończył się zapas zboża i mąki, krowy dawały mniej mleka, ziemniaki w kopcach były już pomarszczone, dobrze chociaż, że jeszcze nie zgniłe, a do następnych zbiorów było daleko.
"Pierwszy raz po chleb szedłem, gdy miałem chyba osiem lat. Z Popowa do
Dobrzynia nad Wisłą, do piekarni było dziewięć kilometrów, polnymi
drogami. Szedłem sobie, rozglądałem się, patrzyłem na kwiatki i ptaszki,
posiedziałem na polu - jak doszedłem, chleba już nie było. Wróciłem z niczym"21.
Codzienne śniadanie, nie tylko na przednówku, to mleczna zupa. To danie
zostanie z nim na zawsze, będzie je jadł nawet w Belwederze. "Chleb
posmarowany masłem czy smalcem to święto" - wspomina. Bogatsze
śniadanie, ale dopiero po wykopkach, to ziemniaki w zacierce zrobionej
na wodzie lub, w bogatszej wersji, na mleku.
Zacierka z ziemniaków na mleku
Ziemniaki pokrojone w kostkę, gotowane na wodzie, posolone. Odcedzamy.
Z wody i garstki mąki zagniatamy ciasto (jeśli ma być na bogato, może
być i jajko).
Ciasto zagotowujemy w wodzie, odcedzamy, studzimy. Nieco przeschnięte
szarpiemy na kawałki lub ścieramy na tarce, mieszamy z ugotowanymi
ziemniakami.
Znów zalewamy wodą (lub mlekiem), gotujemy.
W jeszcze bogatszej wersji może być jakiś tłuszcz zwierzęcy, najczęściej
słonina ze skwarkami, a nawet mięso, wówczas na kujawskiej wsi jest to
najczęściej udko kurczaka lub kaczki. Ewentualnie pokrojona w kostkę
marchewka. Ale w wersji ubogiej tylko tyle: ziemniaki, mąka i woda lub
mleko.
"Jedna krowa musiała wykarmić nas wszystkich". W lecie i na jesieni
więcej mięsa, do tego jajka z kurnika, grzyby z lasu, owoce z sadu, "(...)
no i ryby, które łowiłem sam koszykiem w stawie tuż przy domu"22.
Szkoła
Babka Kamińska umiera, a Lech idzie do szkoły; kończy się pewien okres w życiu młodego Wałęsy. Idzie do szkoły do Chalina, w ślad za starszym
rodzeństwem. Szkoła podstawowa działa w starym dworku z połowy XIX
wieku. Kiedy w Chalinie pytam, gdzie była stara szkoła, mężczyzna na
rowerze mówi, żebym jechał za nim. Prowadzi mnie dróżkami między dawnymi
budynkami PGR-u w stronę gęstego parku. Dziś to właściwie jest
zapuszczony i zaśmiecony półlas. Po kilku krokach między drzewami
wyłaniają się ruiny eklektycznego dworku. Można jeszcze dostrzec zarys
schodów, okien, zwaloną na ziemię kolumnę. Dach jest już zapadnięty.
Mieszkaniec Chalina mówi, że jeszcze jakieś dziesięć lat temu można tam
było wejść. Jako uczniowie buszowali po pustym dworze. Dziś już strach
choćby podejść bliżej murów.
To ten sam dworek, do którego w 1942 roku Niemcy spędzili aresztowanych
poprzedniej nocy okolicznych chłopów, w tym Bolesława i Stanisława
Wałęsów. W 1950 roku krwi na ścianach już nie ma, są klasy, ławki,
tablice, godło, pewnie i podobizna Bieruta. Dworek jednak szybko płonie
i dzieci z nauczycielami przenoszą się do pobliskiego domu wynajętego od
miejscowej rodziny.
Pani Jadwiga Jakubowska, przez całe życie bardziej znana jako Jagoda,
koleżanka Lecha Wałęsy z klasy, mieszka w samym centrum Chalina, tuż
koło nowego budynku szkoły. Lubi wspominać tamte czasy, choć dla jej
rodziny były trudne. W czasie wojny za śmierć niemieckiego żołnierza w pobliskich Łagiewnikach rozstrzelano dziesięciu Polaków, w tym jej ojca.
Na miejscu kaźni teraz stoi pomnik.
- Moja mama była wdową, wyszła drugi raz za mąż i mieszkaliśmy tu, w tym
małym domku. Mnie w czasie wojny Niemcy zabili ojca, a Leszkowi też.
Chodziłam razem z nim do szkoły siedem lat. W szkole naszą pierwszą
wychowawczynią była pani Halinka Matuszewska. Jakie to były czasy,
chodziliśmy do szkoły na bosaka, nawet jak się miało jedne buciki, to
się oszczędzało.
- Duża była wasza klasa?
- Jak zaczynaliśmy, to liczyła dwadzieścia cztery osoby.
Jak to po wojnie, w klasie zdarzały się różne roczniki dzieci. Pani
Jadwiga mówi też, że nie wszyscy z tych, którzy zaczynali, doszli do
siódmej klasy:
- Jak ja kończyłam siódmą klasę, to takie chłopaki kończyli, co powinni
ze trzy lata wcześniej skończyć. Chociaż mieliśmy bardzo dobrych
nauczycieli, pomagali nam. Pani Matuszewska uczyła języka polskiego i historii, a pan Matuszewski uczył matematyki.
- A Lech z czego był dobry? - pytam.
- On był przeciętny - odpowiada23.
Wałęsa przyznaje, że jako takie wyniki miał dzięki matce. "Matka
skutecznie kontrolowała moje postępy". Wielu kolegów zostaje w klasie na
następny rok lub wręcz przerywa naukę, ale on idzie dalej. "W szkole
polski, rysunki czy muzyka szły mi kulawo, ale w matematyce do piątej
klasy - do kiedy przykładałem się do nauki - byłem
najlepszy"24.
Spotkany w Chalinie mężczyzna na rowerze, który pokazał mi dawną szkołę
i park, jest bardzo uczynny, koniecznie chce mi jeszcze pokazać
otoczenie dworu. Po pożarze i przeniesieniu szkoły do innego budynku
nauczyciele z uczniami wciąż tu przychodzą albo na wycieczki, albo na
lekcje wuefu. Obchodzimy budynek dookoła, na tyłach dworu mężczyzna
pokazuje mi stromy spadek terenu. Tam było zejście do jeziora. To z tych
wycieczek pani Jadwiga nawet lepiej pamięta Leszka.
- Pamiętam, że wesoły był chłopak, aktywny, w piłkę grali. Jak to młody
chłopak, to pobili się, to pograli - mówi pani Jagoda, uśmiechając się
do wspomnień.
Zatem piłka. Tyle że wtedy piłka to szmacianka albo nawet "włosianka".
Szmacianka ze starych szmat zawijanych i ubijanych w twardy kokon, na
zewnątrz uformowana przez stare pończochy, przynajmniej taką, ciężką i twardą jak kamień, pokazywał mi w swoim chorzowskim mieszkaniu Gerard
Cieślik.
Oprócz piłki w wiejskich szkołach królują zbijak, berek czy skakanie
przez trzymaną z jednej strony i wirującą wokół centralnie ustawionej
osoby skakankę. Te najprostsze gry wywołują wiele krzyków, śmiechu i emocji, wygrywał ten, kto z grupy przetrwał najdłużej. Pani Jagoda
pamięta, że Lech często wygrywał.
Pierwszy sportowy sukces przynosi Lechowi Wałęsie jeszcze inna
dyscyplina, do tego indywidualna "Wychowawca szkolny (...) pasjonował się
łucznictwem i pod jego kierunkiem postanowiłem i ja spróbować. Na
zawodach powiatowych zająłem trzecie miejsce, wygrywając prawdziwą
skórzaną piłkę"25. Skórzaną piłką to już całkiem inaczej się
grało.
Wokół Popowa, Ruszkowa, Sobowa, Chalina jest i woda. W okolicy płynie
Drwęca, jednak największą atrakcją są niewielkie, ale bardzo liczne
jeziorka Pojezierza Dobrzyńskiego. Najbliższe to Jezioro Chalińskie, tuż
za szkołą, to, do którego schodzi się stromym zejściem z podworskiego
parku. Około stuhektarowe, na ogół dość płytkie, ale miejscami ma ponad
trzy metry głębokości. "Latem pędziliśmy nad jezioro, gdzie wypływało
się na głębię, aż do utraty tchu. (...) zimą, gdy zamarzły stawy, a potem
spękały, skakaliśmy po krach, a pod nami pięć metrów lodowatej wody.
Taka próba odwagi. Wygrywał ten, kto dotarł najdalej od
brzegu"26. Pani Lewandowska, koleżanka z klasy Wałęsy,
przywoływana przez Edwarda Szczesiaka, wspomina, że najdalej z klasy
wypływał Lech27. Pani Jagoda też to pamięta, wypływał najdalej,
tak, że nauczycielka zawsze musiała wołać, żeby wracał.
I tak już w życiu jest, w opinii grupy wygrywa ten, kto dotrze najdalej.
Pierwsza praca. Odrobek u bambra z sąsiedztwa
Odrobek. Oprócz pracy w rodzinnym gospodarstwie dzieci muszą pracować
także u innych gospodarzy. Według starego przelicznika, pochodzącego
jeszcze z czasów pańszczyzny: cztery dni pracy na polu bogatszego
gospodarza pozwala na skorzystanie z jego konia przez jeden dzień.
Dzięki temu można zaorać czy zabronować własne pole czy zwieźć plony.
Ale zwykle taki odrobek jest ciężki, jeszcze cięższy niż u siebie.
Starszy brat Lecha Stanisław powiedział w 1980 roku reporterowi Jerzemu
Surdykowskiemu: "Po podstawówce przez trzy lata robiłem za parobka u co
większych bambrów, żeby te nasze cztery i pół hektara było czym obsiać i obrobić. Konia nie mieliśmy. Za dzień pracy konia, człowiek robił u bambra cztery dni"28.
I Stanisław, i Lech zamiast siedem lat będą chodzili do podstawówki
osiem.
"Miałem kłopoty już w szkole podstawowej - powie Lech Wałęsa w 1980 roku
Ewie Berberyusz - nawet z księdzem, z nauczycielami. Raz, pamiętam,
kierownik szkoły kij połamał na mojej głowie"29. Z kolei
mieszkanka Chalina Henryka Sadowska przypomina sobie, że ostatnią,
siódmą klasę "z nieznanych jej przyczyn" Lech Wałęsa powtarzał. A zapamiętała go dobrze, bo "była jedną z jego sympatii"30.
Wikipedia podaje, że Lech Wałęsa "w 1950 rozpoczął naukę w szkole
podstawowej. W 1959 rozpoczął naukę w Zasadniczej Szkole Zawodowej w Lipnie"31. Według portalu Nasza Klasa Wałęsa chodził do ZSZ w Lipnie w latach 1958-196132. Oficjalne biogramy na stronie
Instytutu Lecha Wałęsy33 oraz Encyklopedii
Solidarności34 o podstawówce milczą. Jeśliby więc do szkoły
podstawowej chodził w latach 1950-1958, to by znaczyło, że siedmioletnią
podstawówkę rzeczywiście ukończył w osiem lat.
Mam przed sobą chyba najlepszą rozmówczynię, by o to zapytać. Pani
Jagoda, jego szkolna koleżanka, w pewnym sensie potwierdza te
wyliczenia, ale kręci głową, tłumacząc, że to było jeszcze inaczej.
- On wtedy skończył siódmą klasę, ale mu jakoś rodzice mówili, żeby... -
Nie bardzo wie, jak to powiedzieć.
Chodzi jej o to, że w rodzinach z tej okolicy często zdarzało się, że
rodzice wręcz chcieli, by syn został w szkole rok, dwa lata dłużej. Po
siedmioletniej podstawówce, w wieku czternastu lat, był za młody na
prawdziwą pracę, a do średnich szkół było za daleko i dojazdy dużo
kosztowały. A tak, jeśli zostanie w szkole ten rok, dwa, to i do szkoły
na miejscu jeszcze pochodzi, i w gospodarce pomoże, i do pracy u bogatego gospodarza na odrobek pójdzie. Tak było ze starszym bratem
Lecha Stanisławem, tak było i z młodszym Lechem.
Pani Jagoda Jakubowska wspomina:
- Jak myśmy byli takie dzieciaki z czwartej klasy, to już chodziliśmy do
takiego bogatego gospodarza Czachorowskiego z Ruszkowa na zarobek.
Zarobić parę złotych. I on [Lech] skończył ze mną siódmą klasę,
jeszcze mam go gdzieś na zdjęciu, a potem jeszcze jeden rok powtarzał.
Ale nie to, że nie zdał, tylko chodził jeszcze jeden rok i dopiero
później poszedł do szkoły do Lipna.
Pani Jagoda dobrze rozumie zabiegi rodziców kierujących przyszłością
dzieci, bo i ją one dotknęły. Dyrektor Matuszewski długo namawiał matkę,
żeby posłała zdolną córkę do Włocławka, do szkoły pedagogicznej. Zostać
nauczycielką, być taką, jak jej ukochana pani od polskiego, to było jej
marzenie. Ale nie, potrzebna była w gospodarstwie i poszła do
pobliskiego Dobrzynia do szkoły rolniczej.
Taka była lokalna tradycja. Zanim Stanisław i Lech pójdą w świat,
popracują jeszcze ciężko na gospodarce, a potem ich obowiązki przejmą
młodsi bracia: Tadeusz, Zygmunt i Wojciech.
Regina Śniadecka, kuzynka Wałęsy, ujmuje to krócej i dosadniej:
- To była bida te Wałęsy, każdy dostał kawałek ziemi i musiał pobudować
jakiś domek. Żeby obrobić ziemię, chodzili na robotę do Czachorowskich.
Kiedy Stanisław i Lech będą starsi, pójdą do pracy w cegielni
Michalskiego. Zwykle praca w takich wiejskich cegielniach jest jeszcze
cięższa niż na roli; noszenie mokrych cegieł na długie dechy, na których
mają schnąć, wyrywa ręce w nadgarstkach. Wyschnięte są już lżejsze, ale
wtedy bierze się ich więcej i wychodzi na to samo.
Szkoła średnia w Lipnie. Elektryk nie do końca jest elektrykiem, ale dom przestaje być domem
Jest rok 1958. Lech kończy szkołę podstawową. Oboje z matką wiedzą, co
dalej. Pójdzie w ślad za starszym Stanisławem do zasadniczej szkoły
zawodowej w pobliskim Lipnie. Trzydzieści kilometrów PKS-em od domu. W pobliżu są jeszcze Sierpc, Dobrzyń nad Wisłą, ale Lipno jest już
sprawdzone. Miejscowa szkoła zawodowa ma klasę mechanizacji rolnictwa. A wokół jest wiele POM-ów, które potrzebują ludzi do pracy w PGR-ach.
Państwowe ośrodki maszynowe to zakłady, które mają maszyny rolnicze,
wtedy głównie traktory, później także kombajny. Świadczą usługi licznym
na Pomorzu PGR-om. Pozostawione przez dawnych niemieckich właścicieli
ziemie, a także te odebrane co bogatszym polskich chłopom, to teraz
wielohektarowe państwowe gospodarstwa. Dlatego kształcąca mechaników
maszyn rolniczych zawodówka w Lipnie daje pewną pracę. Może nie
najlepszą, ale dla kogoś, kto nie zamierza stąd wyjeżdżać, jest dobrym
wyborem. Osiem godzin pracy w POM-ie lub PGR-ze, a potem obróbka
własnego pola.
- Sam pan podjął decyzję o szkole średniej, o wyjeździe do internatu? -
pytam Lecha Wałęsę podczas wywiadu w styczniu 2020 roku.
- Tak, tylko trzeba pamiętać, że były ograniczenia, przede wszystkim
materialne. Rodzice nie byli w stanie płacić mi za dojeżdżanie, a nawet
z mojej wioski nie było dobrego dojazdu. Najbliżej było Lipno i Włocławek, więc szkoły po podstawówce trzeba było poszukać gdzieś tutaj
- mówi mi.
Jerzy Surdykowski, dziennikarz "Życia Literackiego", jest w stoczni
podczas strajku w sierpniu 1980 roku. Potem, od września, przyjeżdża
regularnie do Międzyzakładowego Komitetu Założycielskiego w Gdańsku, by
rozmawiać z Lechem Wałęsą. W październiku i listopadzie 1980 roku
wybiera się na Kujawy, w jego rodzinne strony. Przedtem prosi go o jakieś namiary na rodzinę. I tu spotyka go zaskoczenie. Jerzy
Surdykowski mówi mi w 2020 roku, że trudno mu było wtedy coś wyciągnąć
od Wałęsy, jakby się wstydził rodzinnych stron.
- Wałęsa kłamał bezczelnie - śmieje się. - Ja go pytałem, jakich ma
krewnych i gdzie. A on: "Nie mam żadnych krewnych!". Ale dotarłem do
nich i były bardzo fajne rozmowy.
Niezniechęcony, a może tym bardziej ciekawy, jedzie. Trafia między
innymi do zespołu szkół w Lipnie, rozmawia z ówczesnym dyrektorem. Ten
pokazuje mu dokumenty uczniów przyjętych do szkoły. Wtedy, na jesieni
1980 roku, Surdykowski wynotowuje: "Na stronie 375 wielkiej księgi wpis:
"Wałęsa Lech, syn Felicji i Bolesława, narodowość polska, zawód ojca -
rolnik, przyjęty do szkoły na podstawie świadectwa. Pierwszy września
1959 roku""35 (a nieco wyżej, na stronie 335 znajduje nazwisko
Stanisława Wałęsy, starszego brata, który uczęszczał do tej samej szkoły
kilka lat wcześniej).
Szkoła leży na skraju miasta w dużym podworskim parku. "U wejścia do
parku z wysokiego wzgórza panowała nad okolicą figura św. Antoniego.
Święty Antoni miał chyba ochraniać mieszkańców Lipna, a zwłaszcza młode
dziewczęta od zarazy, jaką byli uczniowie zawodówki. Szkoła nie cieszyła
się w mieście najlepszą opinią" - przyznaje sam Wałęsa. Jej poziom jest
typowo zawodowy, na potrzeby przyszłego pracownika POM-u: "Przedmioty
ogólne - język polski, matematyka, historia czy geografia - wszystko
tylko w zarysie, na poziomie niestwarzającym trudności. (...) Najciekawsze
dla mnie były zajęcia w dobrze wyposażonych warsztatach szkolnych,
gdzie, mogę powiedzieć, nauczyłem się fachu. (...) Niestety, i trzeba to
przyznać, najgorzej szła mi nauka historii"36 - napisze.
"Szkoła zawodowa kształciła uczniów, którzy mieszkali w internatach,
gdzie obowiązywały surowe reguły (...) Wałęsa okazał się biegły w części
zajęć związanych z mechaniką i otrzymywał lepsze od przeciętnych oceny z matematyki, wychowania fizycznego i - ku zdumieniu wszystkich - z zachowania, mimo że był nieustannie upominany za palenie, noszenie
czapki w kieszeni i za impertynencję". Angielski biograf Wałęsy Roger
Boyes chyba nieco z przesadą twierdzi, że to dzięki temu, iż "był w internacie kimś w rodzaju przywódcy gangu i udawało mu się utrzymywać
tam porządek, co doceniali nauczyciele"37.
Lech Wałęsa w Drodze nadziei wspomina, że z większości przedmiotów
wychodził "na "dostatecznie". Na świadectwie ukończenia szkoły są dwie
czwórki: z gospodarstwa przedsiębiorstwa i z przysposobienia fizycznego,
oraz piątka ze sprawowania. Z tym sprawowaniem miałem jednak po drodze
kłopoty, kilkakrotnie na radzie pedagogicznej krytykowano moje ekscesy.
Często urywałem się z kolegami z internatu (...) do miasta. Przyłapywano
nas tam na paleniu papierosów (...) Nadszarpniętą opinię "palacza i rozrabiacza" starałem się zrehabilitować w dniach, kiedy w internacie
przypadał mój dyżur""38.
Jerzy Surdykowski w 1980 roku siedział w gabinecie dyrektora Zespołu
Szkół Zawodowych w Lipnie, czytał i przepisywał do reporterskiego
notatnika wpis wychowawcy z internatu z 17 listopada 1960 roku: "Wałęsa
Lech - rozrabiacz i palacz", a z 26 stycznia 1961 roku: "Młodzież
wychodzi do miasta bez nakrycia głowy, między innymi wychowanek Wałęsa z gołą głową i czapką w kieszeni. Propozycja obniżenia oceny ze
sprawowania"39.
Inny z przepytanych przez Surdykowskiego wychowawców z internatu ma
lepsze wspomnienia: "Dobrze go pamiętam. Stanowczy, ale spokojny. Jak
coś chciał zrobić, to zrobił. Zdolnościami specjalnymi nie wyróżniał
się. Dobry był w zasadzie. Pogodny. Koleżeński"40.
Surdykowski spotyka się też z Józefem Wyckem, kolegą Wałęsy z internatu,
który mu mówi: "Co ja tam będę opowiadał. Na dach za facjatę żeśmy
kurzyć chodzili". W tym wieku nie jest to jakieś wielkie przewinienie,
ale nałóg na lata pozostanie.
Z dokumentów szkoły reporter wynotowuje jeszcze: "Wałęsa Lech, członek
ZMS, postawa moralno-polityczna właściwa. Należy do LPŻ". Skrót ZMS
oznacza Związek Młodzieży Socjalistycznej, a LPŻ to Liga Przyjaciół
Żołnierza.
- Nie przyznaje się do tego, ale był członkiem ZMS-u. No, ale wtedy
wszyscy byli. Cała jego klasa pewnie była - mówi mi dzisiaj Surdykowski.
Zanim reporter pożegna się z dyrektorem w Lipnie, ogląda jeszcze zdjęcia
szkoły z lat sześćdziesiątych. Na fasadzie budynku wisi napis: "Niech
żyje nieśmiertelna idea marksizmu-leninizmu".
W połowie lat osiemdziesiątych, przy okazji wywiadu do Drogi nadziei,
Lech Wałęsa także patrzy na swoje zdjęcia z tego okresu. W przyszkolnym
parku stoi on, trzech kolegów, pewnie z klasy lub internatu, i dwie
koleżanki. Może z innej szkoły w Lipnie, w każdym razie rówieśniczki.
Lech Wałęsa, patrząc na jedno z nich, zauważa: "Mam na sobie mocno u dołu zwężone spodnie, jasną koszulę z zawiązaną pod szyją
chustką-apaszką. (...) w pozach niedbałość, wystylizowana na "wiejskie
bikiniarstwo"". A co do dziewcząt, wydaje się bardziej "do przodu" niż
jego koledzy. "(...) tu miałem najwięcej fantazji. Prawie na wszystkich
ujęciach trzymam blisko siebie to jedną, to drugą dziewczynę, a pozostali koledzy bardziej statystują. Dziewczyny wyraźnie wyrywają się
z zaborczych objęć, chcą i nie chcą"41.
"Dziewczyny chcą i nie chcą" to dylemat nie tylko Lecha Wałęsy, ale u niego samego jeszcze kilka razy powróci.
Lech Wałęsa ocenia swój i kolegów ze zdjęcia wiek na siedemnaście lat.
Jeśli jest wiosna 1960, to jest to druga klasa szkoły, jeśli jesień -
trzecia, ostatnia. Tak czy owak, powoli kończy szkołę i niedługo pójdzie
do pracy. Na koniec tego okresu sam siebie podsumowuje tak: "Jedno, co
uderza, to moja niemała pewność siebie, widoczna w gestach i postawie".
Zespół szkół w Lipnie ma kilka różnych specjalizacji: mechanik, mechanik
rolnictwa, elektryk, kowal (zapewne przemysłowy) oraz kowal-ślusarz.
Profile prowadzone są naprzemiennie, nie każdy w każdym roku. Co prawda
w 1958 roku jest pierwsza klasa o profilu elektrycznym, ale ówczesne
drobiazgowe notatki Surdykowskiego przynoszą kolejną zagadkę.
Protokół z egzaminu końcowego:
Język polski "Moja praca w warsztatach szkolnych i próba jej oceny" -
dostateczny.
Praktyczna nauka zawodu: "Część ruchoma i stała piłki do cięcia
metali" - dostateczny.
Piątki tylko ze sprawowania (mimo wszystko) i ze sportu.
Specjalność: mechanik rolniczy.
Ocena ogólna: dostateczny.
Lipno, Włocławek
A więc to nie klasa elektryczna, tylko mechanizacji rolnictwa? To by się
zgadzało - w 1959 roku w ZSZ Lipno nie było klasy elektrycznej, za to
były: kowalstwo (wychowawca Jan Sieciński), mechanik (wychowawczyni Ewa
Pogorzelska) i mechanik rolniczy właśnie (L. Ziemlewicz)42.
Przeglądając na Naszej Klasie przeważnie puste profile klas szkoły w Lipnie, nieoczekiwanie trafiam na zakładkę klasy elektrycznej z lat
1958-1961. Jakiś anonimowy internauta napisał w 2008 roku: "to hanba
klasa leszka naszego PREZYDENTA, i pusto. Wstyd"43.
Ale nie ma racji. Ja, może bez większego przekonania, lecz bardziej z reporterskiego obowiązku szukam dalej i - niespodzianka. Na profilu
klasy "mechanik" jest czwórka dawnych uczniów, w tym... Lech Wałęsa! Jest
dokładnie tak, jak tego chcą uparte notatki Surdykowskiego. A więc Lech
Wałęsa nie jest elektrykiem z wykształcenia, choć na pewno zostanie - w przyszłości - elektrykiem z zawodu.
Ale jest jeszcze coś. W tym okresie pojawia się pewna luka w oficjalnym
życiorysie Lecha Wałęsy.
- Rodzice nie byli w stanie płacić mi za dojeżdżanie, a nawet z mojej
wioski nie było dobrego dojazdu. Najbliżej było Lipno i Włocławek, więc
szkoły po podstawówce trzeba było poszukać gdzieś tutaj - powiedział mi
Lech Wałęsa w lutym 2020 roku.
- Często pan wracał do domu w czasie nauki w Lipnie, kiedy zamieszkał
pan już w internacie? - pytam, chociaż w momencie wywiadu jeszcze nie
wiedziałem o Domu Młodzieży we Włocławku.
- W niedziele internat nie był czynny, trzeba było więc jechać do domu,
chociażby po to, żeby jeść44 - odpowiedział mi wymijająco Lech
Wałęsa.
Nie do końca to prawda, bo oprócz internatu w Lipnie i rodzinnego domu
było wtedy w jego życiu jeszcze jedno miejsce. Państwowy Dom Młodzieży
we Włocławku. Tuż po wojnie w całej Polsce było dużo takich ośrodków.
Były jeszcze państwowe domy dzieci, ale PDM-y były nieco innymi
placówkami. W tym trudnym, powojennym okresie pełniły różne funkcje, po
części były domami dla powojennych sierot. Jednak częściej pomagały
biedniejszym i wielodzietnym rodzinom, rozdzielając pomoc, głównie
materialną, trochę jak dzisiejsze MOPS-y, a także prowadziły szkoły z internatami dla młodzieży trudnej, z problemami. W historii tego
konkretnego ośrodka we Włocławku napisano, że został utworzony w 1945
roku i jest "przeznaczony dla chłopców niedostosowanych społecznie w wieku od 14 do 18 lat"45.
Lech Wałęsa o tej placówce nie wspomina, ale wygląda na to, że on raz
mieszkał tam, a raz w internacie w Lipnie.
Państwowy Dom Młodzieży im. Jana Kilińskiego we Włocławku założony
został w 1945 roku. Stanisław, starszy brat Lecha, wyraźnie o nim
wspomina w 1980 roku w rozmowie z Jerzym Surdykowskim: "Takiej biedy i takiego życia nikt dziś nie pamięta. Nawet lepiej, że się nie pamięta,
bo po co? Jak zrozumieć, że komuś nie starczyło nawet na to, żeby dzieci
posłać do szkoły, choć szkoła bezpłatna. Na portki nie starczało, na
zeszyty i ołówek. Trochę "ciocia UNRRA" pomagała, ale tylko dlatego
fachu można było się wyuczyć, że wziął nas pod opiekę ten Państwowy Dom
Młodzieży, dawali ubranie, zapomogi, bezpłatny internat. Raz nawet na
wycieczkę zawieźli..."46. Nie mówi, że chodzi o PDM we Włocławku,
ale to jedyna taka placówka w okolicy. Paweł Zyzak w 2007 roku otrzymał
pismo z Młodzieżowego Ośrodka Wychowawczego (nowa nazwa PDM we
Włocławku) przy ulicy Leśnej 24, w którym MOW przyznaje jedynie: że
"Lech Wałęsa (...) figuruje w ewidencji wychowanków Państwowego Domu
Młodzieży im. Jana Kilińskiego we Włocławku. Pan Lech Wałęsa przybył do
Państwowego Domu Młodzieży dnia 01.11.1958 r. i umieszczony został w internacie Zasadniczej Szkoły Mechanizacji Rolnictwa w Lipnie"47.
Anonimowa mieszkanka Łochocina miała doprecyzować, że młody Lech Wałęsa
do PDM-u dojeżdża w weekendy, kiedy zamknięty jest internat szkoły w Lipnie.
Najprawdopodobniej było tak, że ich ambitna matka Feliksa chciała
wychować i wykształcić synów, żeby nie musieli żyć z tego kawałka lichej
ziemi, którą mieli do podziału na sześciu synów i córkę. Jak w latach
czterdziestych z zawstydzeniem otwierała paczkę od Janiny, przyrodniej
siostry z Ameryki, tak pod koniec lat pięćdziesiątych starała się o pomoc dla dzieci w najbliższym PDM-ie. Innym, choć pośrednim dowodem na
to, że Lech Wałęsa, jeśli nie mieszka regularnie w weekendy w PDM-ie we
Włocławku, to przynajmniej często tam nocuje, jest ten, że kiedy w 1990
roku zostaje prezydentem, funkcjonariusze Urzędu Ochrony Państwa
przyjeżdżają i zabierają dokumenty dotyczące Lecha Wałęsy z Zasadniczej
Szkoły Zawodowej w Lipnie i Młodzieżowego Ośrodka Wychowawczego we
Włocławku. Dziś ZSZ w Lipnie zdobi tablica poświęcona najbardziej
znanemu wychowankowi szkoły ("W tej szkole uczył się Lech Wałęsa -
laureat pokojowej Nagrody Nobla - Lipno 1990"), a on sam dość dużo i ciepło pisze o niej w Drodze nadziei, natomiast MOW w pobliskim
Włocławku takiej tablicy nie ma. Na pierwszej stronie portalu Zespołu
Szkół Technicznych w Lipnie wisi zdjęcie, na którym dumnie stoi Lech
Wałęsa48, natomiast strona MOW we Włocławku jest nad wyraz
skromna, a najsłynniejszy mieszkaniec tutejszego internatu woli mówić,
że co tydzień w piątek wracał do domu.
Mechanik elektrykiem
Że z tylu różnych dróg przez życie każdy ma prawo wybrać...
Stanisław Staszewski, Bal kreślarzy
Rok 1961.
"Wraz z balem szkolnym na zakończenie nauki kończył się również etap
beztroskiego życia i trzeba było podjąć normalną pracę
zawodową"49. Osiemnastoletni Lech Wałęsa po skończeniu szkoły
wraca w pobliskie strony, ale już nie do domu.
"Znalazłem się od razu w pobliskim POM-ie w Łochocinie. Brakowało
elektryka, więc przyjęto mnie na to stanowisko"50. Pamiętamy,
że młody Wałęsa ukończył klasę "mechanik rolniczy" i po egzaminie
końcowym otrzymał specjalność mechanik rolnictwa. Ale to nic dziwnego,
że został teraz elektrykiem, ówczesne maszyny rolnicze mają prostą
budowę, mechanika i elektryka na tym poziomie są łatwe w obsłudze. Sami
rolnicy potrafią zrobić wiele rzeczy przy swych maszynach, a co dopiero
pracownicy POM-ów, i ten pierwszy angaż ustawia Lecha Wałęsę na resztę
życia jako elektryka.
Późniejsi jego koledzy z Gdańska i Wolnych Związków Zawodowych będą
podzieleni w tej sprawie. Andrzej Bulc, również pracujący przez jakiś
czas jako elektryk na wydziale W-4 w stoczni (potem, po ukończeniu
technikum, jako elektronik), powie, że Lech Wałęsa nie był elektrykiem,
a jeśli już, to tylko do dwunastu woltów, czyli z uprawnieniami do
wymiany żarówki w samochodzie. Ale inny kolega Lecha Wałęsy z WZZ i sąsiad ze Stogów Józef Drogoń (również elektryk i technik łączności)
tłumaczy mi, że o uprawnieniach elektryka nie decyduje szkoła:
- Powiem tak, nie miało znaczenia, czy był elektryk z wykształcenia czy
nie. Ważne, że miał uprawnienia.
- Jakie?
- SEP-owskie51. W wielu zawodach jest tak, że nie musisz być
elektrykiem, żeby mieć uprawnienia SEP. Mechanizacja rolnictwa, okej,
ale zdał egzamin w SEP i mając te uprawnienia, mógł pracować jako
elektryk. Żartowano, że to był elektryk na dwanaście woltów, bo
reperował maszyny rolnicze, samochody. Ale nie ma czegoś takiego jak
uprawnienia na dwanaście woltów, są uprawnienia do jednego kilowata i uprawnienia powyżej jednego kilowata. Ten do jednego kilowata może robić
wszystkie urządzenia, a z uprawnieniami powyżej również sieci
energetyczne. Wtedy zdawało się takie egzaminy w dwóch miejscach w Gdańsku, ale mógł je zdać jeszcze u siebie. Jak przyjechał do Gdańska,
to mógł mieć uprawnienia, i dostał w stoczni pracę elektryka.
Łochocin, miejsce pierwszej pracy Lecha Wałęsy, leży na dobrze mu znanej
trasie z Lipna do Włocławka. Około dwudziestu kilometrów od rodzinnego
domu, do którego coraz rzadziej zagląda. Kiedy Oriana Fallaci w 1980
roku pyta Wałęsę o jego religijność, on w odpowiedzi przywołuje właśnie
ten czas pomiędzy Lipnem a Łochocinem, między końcem szkoły a podjęciem
pierwszej pracy w POM-ie:
"Zawsze był pan taki religijny?
- Tak, tak. Zawsze. Mam na to świadków, proszę spytać biskupa! Także w szkole! (...) Tylko między siedemnastym a osiemnastym rokiem życia
oddaliłem się od wiary. I zacząłem używać życia. Prywatki, dziewczyny,
alkohol. Potem coś się wydarzyło. Któregoś dnia przemarzłem, byłem
zmęczony i szukałem miejsca, w którym mógłbym usiąść. A ponieważ w okolicy był tylko kościół, wszedłem do środka. Usiadłem w ławce, w cieple i od razu poczułem się tak dobrze, że od tej chwili przestałem
być obibokiem. Nie żebym teraz był aniołem, co to, to nie. Anioły nie
istnieją, a ja nie jestem aniołem, raczej diabłem. Ale codziennie rano
chodzę do kościoła, przyjmuję komunię, a jeśli mam na sumieniu jakieś
grzeszki, przystępuję do spowiedzi. Mówię tak, bo w sumie jestem
porządnym człowiekiem, nie mam sobie nic do zarzucenia. W całym swoim
życiu upiłem się tylko dwa razy, za pierwszym razem podczas służby
wojskowej, a za drugim w zawodówce. A jeśli chodzi o dziewczyny..."52.
Lech Wałęsa, zdjęcie legitymacyjne z lat sześćdziesiątych. Ze zbiorów
IPN
Może jednak było nieco inaczej? Przy okazji kolejnej wersji
autobiografii, wydanej w 2007 roku, Lech Wałęsa ten wstrząs duchowy
przenosi na inny czas i inne miejsce. Już nie osiemnaście lat i nie
Łochocin. "Gdzieś między dwudziestym a dwudziestym piątym rokiem życia
sporo grzeszyłem. Puściłem się w młodość, w zabawę. Kiedyś, bardzo
zmęczony, chcąc gdzieś odpocząć, wszedłem do kościoła przy dworcu w Gdańsku. (...) Od tamtego czasu nie opuściłem ani jednej mszy niedzielnej
czy świątecznej"53.
A po latach, klucząc w wywiadach i gubiąc tropy, jak z kapelusza wyciąga
tę albo inną wersję. Przykładowo w 1980 roku mówi Jerzemu
Surdykowskiemu, że w młodości chciał być księdzem, aby "robić ludziom
dobrze" (podobnie Orianie Fallaci w 1981 roku). Jeśli jesteśmy już przy
tej chyba najmniej prawdopodobnej wersji życia Wałęsy, w autobiografii
Droga nadziei (z 1984 i 1990 roku) o możliwości zostania księdzem nie
wspomina ani słowem, za to w Drodze do wolności z 1991 roku pisze, że
nie tyle chciał, ile miał zostać księdzem: "Ja też byłem brany pod uwagę
jako przyszły ksiądz, ale jakoś nie ciągnęło mnie, zwłaszcza kiedy
zobaczyłem, że są na świecie dziewczyny"54.
No właśnie, dziewczyny.
Ale zanim dojdziemy do dziewczyn, warto wspomnieć, że takie "wariantowe"
traktowanie swej biografii zostanie Lechowi Wałęsie na zawsze. Stąd będą
liczne, często sprzeczne, wersje wydarzeń z jego życia.
Żona, rodzina, dzieci? Za wcześnie
...każdy ma prawo wybrać źle.
Stanisław Staszewski, Bal kreślarzy
W okresie pracy Lecha Wałęsy w POM-ie Łochocin (oraz pomijanej we
wspomnieniach filii w pobliskim Lubinie) w jego życiu pojawia się Wanda.
W tym samym Łochocinie, niedaleko POM-u, mieszka z rodzicami Leszek
Śmiechowski. Zna dobrze Lecha, widuje go codziennie popołudniami, po
pracy, a w weekendy na zabawach w okolicznych wsiach. Zabawy jak zabawy,
zawsze jakiś alkohol, czasem bójka, ale przede wszystkim muzyka i dziewczyny. Na jednej z takich zabaw Lech Wałęsa poznaje Wandę.
Wanda ma dopiero 19 lat, jest szczupła, ma ciemne włosy. Mieszka na
granicy Łochocina i Chełmicy, w przysiółku nazywanym Cyprianka. Za drogą
Lipno-Włocławek z Łochocina do Cyprianki jest jakieś trzy i pół
kilometra, ale na skróty, polami i laskiem, już tylko nieco ponad dwa.
Leszek Śmiechowski mieszka przy głównej drodze i kilka razy w tygodniu
wita się z Lechem, jak ten idzie od POM-u i za jego domem skręca na
Cypriankę. Cześć, cześć, na takiej małej wsi każdy wie, do której panny
chodzi kawaler.
Lech Wałęsa też ma 19 lat i chyba jak każdego młodzieńca w tym wieku
przeraża go myśl o ożenku, dzieciach. Pamiętająca tę parę sąsiadka Wandy
Halina Podgórska mówi mi, że to Wanda chciała poważniejszego związku.
Miała wtedy ciężki okres. Przeniosła się do Cyprianki, żeby opiekować
się niedołężnymi dziadkami, a w rodzinnym domu miała jeszcze ciężko
chorą matkę. I tak biegała od jednego domu do drugiego. Mimo tych
obowiązków oraz różnic w podejściu do przyszłości młodzi często się
spotykają, przeważnie wieczorami, po pracy Lecha. Wanda zachodzi w ciążę. Mimo to Wałęsa nie chce się żenić. A kiedy się rozstają, Lech
Wałęsa stara się o przeniesienie do filii POM-u Łochocin w Lubinie. To
jakieś dwadzieścia kilometrów na północ od Łochocina, za Lipnem.
Śmieszna odległość jak na ucieczkę od przeszłości, ale w wiejskich
warunkach może i jest to całkiem daleko. Tym bardziej że w drodze do
Lubina, mijając Lipno i jadąc na Kikół, trzeba skręcić w szczere pola i dopiero po kilku kilometrach jest mała wieś wciśnięta między całkiem
spore jezioro i las. W gąszczu polnych dróg i plątaniny przysiółków
lepiej zapytać o drogę miejscowych. Muszę przyznać, że jak na tę okolicę
to koniec świata.
Wanda jeszcze po raz ostatni próbuje wpłynąć na Lecha. Podobno za namową
sąsiadek z Cyprianki jedzie do Popowa, do matki Lecha. Odnajduje dom
Wałęsów. Jak wygląda ich rozmowa, nie wiemy. Na pewno nic nie uzyskuje.
Wałęsa dosłownie zaszywa się w małym zakładzie na odludziu. Prosto po
pracy wraca do kwatery pracowniczej, małego pokoiku na strychu nad
budynkiem POM-u. Z czasem wynajmuje pokoik na poddaszu pobliskiego
prywatnego domu. Zachodzi też do położonego naprzeciw POM-u gospodarstwa
państwa Matyjasików. Kupuje mleko, owoce, a przy okazji zagaduje do ich
córki. Ale jest chyba jeszcze za wcześnie na romans po kłopotach z Łochocina.
Pracownicy POM-u i mieszkańcy Lubina pamiętają, że Wałęsa większość
czasu po pracy spędza u siebie na poddaszu. Czasem tylko przyjeżdża do
niego rówieśnik na motorze. Milicjant. Podobno kuzyn albo jakiś dalszy
krewny.
Z jednym z pracowników POM-u po pracy wychodzi na ryby nad pobliskie
stawy, jeziorka, których jest tutaj zatrzęsienie. Ta woda to jedyna
rozrywka w okolicy. Woda będzie też przyczyną pierwszej tragedii w jego
dorosłym życiu.
W 1963 roku rodzi się syn Wandy Grzegorz. Wanda już wie, że będzie go
wychowywać sama. Tymczasem Lech dostaje powołanie do wojska, z ulgą
rzuca pracę w Lubinie i wyjeżdża do jednostki wojskowej w Koszalinie.
Szeregowiec kapralem. Po raz pierwszy szumi wąs Wałęsy
Kolejnym etapem życia Lecha Wałęsy, wtedy bardzo typowym dla 19-latków,
a szczególnie chłopskich czy robotniczych synów, jest wojsko. Sam Lech
Wałęsa o tym okresie mówi bardzo oszczędnie, można powiedzieć, że wręcz
go omija. "Po dwóch latach pracy powołany zostałem do wojska. W 1965
roku wróciłem w rodzinne strony"55. Dwa zdania, koniec i kropka.
Ale nie dla biografów. Jako rekrut, a z zawodu elektryk, trafia do
batalionu łączności 8. Dywizji Zmechanizowanej w Koszalinie. Rok po
Wałęsie do jednostki trafia Henryk Parol z Gdańska, rocznik 1944. Kilka
lat później będą sąsiadami na gdańskim osiedlu Stogi. Kiedy na Stogach
pytam o Henryka Parola, napotkany mężczyzna od razu wie, o kogo chodzi.
Mówi:
- Pan Henryk, kolega Wałęsy z wojska, taki wysoki, lekko zgarbiony,
będzie tu gdzieś szedł z reklamówką do sklepu, w kożuszku, zobaczy pan.
I rzeczywiście, opis jest tak celny, że poznaję go od razu. W moją
stronę idzie wysoki, lekko zgarbiony mężczyzna w kożuszku z reklamówką w ręce. Kiedy zagaduję, uśmiecha się.
- Byłem z nim w wojsku. Ja poszedłem w sześćdziesiątym czwartym roku na
jesienny pobór, a on już był rok. To była "opelotka", bateria
przeciwlotnicza. Jak ja przyszedłem, on już był kapralem. I spotkaliśmy
się w baterii. Był moim dowódcą przez chwilę, na młodym roczniku, na
unitarce, czyli okresie przed przysięgą. Poszedłem w październiku, a w grudniu miałem przysięgę. I wtedy był moim dowódcą.
Wałęsa w wojsku bardzo szybko się aklimatyzuje, po pierwszych kilku
miesiącach unitarki zostaje wytypowany do odbycia przeszkolenia w Szkole
Podoficerów i Młodszych Specjalistów Wojsk Łączności nr 10 w Świeciu. W tym niewielkim mieście nad Wisłą ze starym zamkiem krzyżackich komturów
nie jest już zwykłym szeregowcem. Jest elewem, słuchaczem szkoły
wojskowej, co prawda dla najniższych stopni podoficerskich, ale w przypadku poborowego to i tak bardzo dużo.
Moi rozmówcy, późniejsi współpracownicy Wałęsy z lat osiemdziesiątych,
podkreślają ten awans. Jerzy Surdykowski o tym okresie pisze: "opinia z wojska jak nagły przebłysk przyszłości: "Inteligentny. Chętny do nauki.
Stanowczy. Znakomity dowódca""56. Skąd ten cytowany w książce
Surdykowskiego tekst? Tym razem w swoich Notatkach gdańskich nie podał
źródła, jak w przypadku dokumentów szkoły w Lipnie, a dziś już nie
pamięta, skąd wziął ten cytat. W każdym razie w trakcie odbywania
zasadniczej służby Lech Wałęsa doszedł do kaprala, co jest pewnym
osiągnięciem.
Według Andrzeja Celińskiego, współpracownika KOR-u (Komitet Obrony
Robotników) i doradcy Wałęsy z lat osiemdziesiątych, "ten kapral to był
dla niego bardzo dużo. Kaprala w zasadniczej służbie wojskowej dostawali
chłopcy po maturze. Bez matury kaprala się nie dostawało. Bardzo rzadko
się dostawało i kapral to było najwięcej, co można było dostać po
wyjściu z wojska, z poboru. To był bardzo wysoki stopień wojskowy. Ze
starszym szeregowym na ogół się z wojska wychodziło. Dla niego to był
ogromny zaszczyt. (...) Mówiono, że był świetnym żołnierzem. (...) Był
użyteczny, umiał coś zrobić. Miał potrzebę przywództwa. Nie bał
się"57.
- Jak go pan pamięta? - pytam Henryka Parola.
- Tyle, co ja pamiętam, to go pamiętam z dobrej strony. Był dowódcą
baterii młodego rocznika. Byliśmy podzieleni na działa, a jedno działo
obsługiwało siedmiu ludzi. Kilka dział i była bateria. Na unitarce
chodziliśmy na strzelania na plac. Przygotowywał nas do przysięgi. Rano,
jak się wstało, to była zaprawa. Nikomu krzywdy nie robił, za mocno nie
ganiał. A po przysiędze były strzelania morskie, na poligon jeździliśmy.
Henryk Parol zapamiętał jeszcze jeden anegdotyczny szczegół. Kiedy młode
wojsko miało dyżur w kuchni, najczęściej przy obieraniu ziemniaków,
Wałęsa lubił znienacka wejść do kuchni i krzyknąć:
- Co tak szumi?
W odpowiedzi młode wojsko krzyczało ile sił w gardłach:
- Wąs Wałęsy!!!58
Bo już miał wąsy. A wąsy w wojsku, podobnie jak dłuższe włosy, był
przywilejem starszego wojska, świadczyły o stażu i pozycji. Był z nich
dumny nie mniej niż później z belek kaprala.
Ale już mało prawdopodobna jest scena, którą opisuje sam Wałęsa.
Twierdzi, że podczas uroczystości nadania awansów zauważa go sam
generał. "Popatrzył i mruknął coś na temat podobieństwa do "dziadka"
Piłsudskiego - nosiłem już wówczas wąsy i chyba byłem do niego
podobny"59.
Wałęsie w wojsku bardzo przydaje się doświadczenie z internatu. Pamięta,
żeby żyć dobrze i z podwładnymi, i z przełożonymi.
Wokół pobytu Wałęsy w wojsku narośnie potem kilka mitów lub podejrzeń.
Najwięcej związanych z osobą kapitana Władysława Iwańca. W 1981 i 1982
roku, niedługo przed wprowadzeniem stanu wojennego i już po
wprowadzeniu, do sprawy jego służby wojskowej powróci generał Wojciech
Jaruzelski. Przywoła do siebie właśnie owego bezpośredniego przełożonego
Wałęsy. W listopadzie 1981 roku zaaranżuje ich spotkanie na terenie
Urzędu Rady Ministrów, a po 13 grudnia 1981 roku tego samego Iwańca, już
jako pułkownika, wyśle do internowanego Lecha Wałęsy. Natomiast w swej
książce z 1992 roku zatytułowanej Stan wojenny. Dlaczego przytoczy
opinię kapitana o Lechu Wałęsie: był "dobrym żołnierzem - kapralem,
dowódcą drużyny. Miał duży wpływ na swoich kolegów, był takim
nieformalnym liderem. Jeśli czasem należało przeprowadzić jakąś
niepopularną sprawę, dowódca plutonu korzystał z pomocy Wałęsy. I to z powodzeniem"60.
Rodzina, praca, zabawa. A dziewczyny, jak to dziewczyny, "chcą i nie chcą"
"W 1965 roku wróciłem w rodzinne strony. Podjąłem pracę w tym samym
POM-ie, z tym że w filii w Leniach, bliżej domu. Pusto już się w nim
zrobiło, Izabela po technikum wyszła za mąż i wyjechała do Sochaczewa,
gdzie pracowała w stołówce zakładowej. Edward też się szybko
usamodzielnił (...). Byłem teraz najstarszy w domu"61.
Edward próbuje zatrudnić się w dalekim Olsztynie, później przenosi się
do Łodzi. A Stanisław toruje drogę dla Lecha. Po podstawówce i ciężkiej
pracy u swoich i obcych kończy zawodówkę w Lipnie, potem idzie do wojska
i wyjeżdża do Gdańska. Ostatecznie osiada w Bydgoszczy. W rodzinnym domu
w Popowie mieszka teraz trzech młodszych braci z drugiego małżeństwa
matki. To zbliża Lecha do Tadeusza, Zygmunta i Wojciecha. Kiedy Lech
wraca z wojska, chłopcy mają odpowiednio dziewiętnaście, osiemnaście i czternaście lat. Z Tadeuszem i Zygmuntem chodzi na okoliczne wiejskie
zabawy. Najmłodszy, najspokojniejszy i chorowity Wojtek nie bierze
udziału w ich eskapadach, ale starsi pozostają pod wpływem Lecha.
Rodzice, a szczególnie matka Feliksa, nie są tym zachwyceni.
Sam Lech po powrocie z wojska popracuje jeszcze rok na wsi, w pobliżu
domu rodziców. Asfaltową drogą ma do nich dziesięć kilometrów, polnymi
nawet mniej. Może nie jest jeszcze gotowy na ostateczne opuszczenie
rodzinnego gniazda, krąży więc wokół Popowa. W okolicznych wioskach robi
fuchy - naprawia maszyny rolnicze, pralki, radia czy bardzo wtedy
popularne wśród młodych kawalerów motocykle. "Wieś płaciła w naturze,
najczęściej w alkoholu, za drobne usługi. Im kto był zdolniejszy i bardziej wszechstronny, tym większy miał mir w okolicy, jako złota
rączka, człowiek, który poratuje w biedzie, a i dziewczyny łaskawszym
okiem na niego patrzyły (...). W POM-ie uchodziłem za fachowca najlepszego
w okolicy, no, gdzieś w promieniu dwudziestu, trzydziestu kilometrów. A więc jak na warunki wiejskie - prawie najlepszy w świecie. (...)
Przyjeżdżali do mnie albo ja jechałem. Byłem kimś, oswoiłem
świat"62.
W 1980 roku Jerzy Surdykowski w rodzinnej okolicy Lecha Wałęsy wypytuje
o niego. Rozmawia między innymi z wciąż mieszkającym w Dobrzyniu
Wojciechem, najmłodszym bratem Wałęsy. Zaczyna, jak na młodego reportera
pisma "Literatura", a jednocześnie członka koła zakładowego PZPR
przystało, w następujący sposób:
"A więc jaki był wtedy, kiedy podobno hartuje się stal? Pytam braci,
okolicznych ludzi, współtowarzyszy pracy z obu POM-ów (...).
- Dobry był - mówi najmłodszy Wojtek. - Uważający. Zawsze na grób ojca
wpadł, z księdzem Płaciszewskim pogadał...
- Religijny, tak jak teraz? Co dzień do komunii?
- Skądże! Taki jak wszystkie młode chłopaki. (...) do panny jednej tu
chodził, Jadwiga jej było, teraz jest z jakimś leśnikiem".
Opowieść Wojciecha niby się rozwija, ale zaraz urywa. Bo w tekście
Surdykowskiego puenta należy do głównego bohatera reportażu:
"Co ja chciałem? - zastanawia się sam Lech. - Ja zawsze chciałem robić
ludziom dobrze. Księdzem na przykład chciałem zostać.
- I czemu wyszło inaczej?
- Będąc księdzem, nie da się ludziom robić dobrze"63.
Te lakoniczne wypowiedzi i przeskoki z lat sześćdziesiątych do roku
1980, z Wojtka do Lecha, z dziewczyny do księdza, to być może styl
Surdykowskiego. Ale może powoli to już jest ten Lech Wałęsa, który
później będzie wymykał się rozmówcom, współpracownikom czy historykom.
Na razie jest rok 1966. Ostatni rok Wałęsy przed wyjazdem z rodzinnych
stron. Lenie Wielkie, wbrew nazwie, to mała wioska tuż nad Wisłą. A Państwowy Ośrodek Maszynowy to niewielki zakład, większość prac toczy
się na zewnątrz, w polach lub w nieogrzewanych, garażach, pakamerach i przybudówkach. W zależności od pogody w kurzu lub błocie. Pracownicy
przez cały dzień chodzą w gumiakach, drelichach oraz w uniwersalnych,
znanych w całym "kręgu kulturowym" od Łaby po Syberię kufajkach, inaczej
waciakach. Umorusani smarami. Sam Wałęsa w Drodze nadziei opisuje to
tak: "Roboczy drelich, wyłachany do ostateczności, na głowie nieodłączny
berecik z fasonem, polegającym na dwu wgłębieniach po bokach". Te dwa
wgłębienia po obu stronach robi się delikatnym muśnięciem palcami.
Młodsi pracownicy dbają jeszcze o jeden szczegół: antenka na środku
berecika nie może sterczeć centralnie. Beret musi być nieco
asymetrycznie przesunięty na bok, niedbale, zawadiacko. Do tego alkohol,
nieodzowny składnik ówczesnych zakładów, a już POM-ów i PGR-ów
szczególnie. "Na zapleczu pakamera, gdzie między szafkami na odzież
można było "na szybko" wypić ćwiartkę po robocie albo w trakcie"64.
Po pracy Lech Wałęsa idzie do siebie, w Łochocinie i Leniach są to
kwatery wynajmowane u miejscowych chłopów. Po pracy najczęściej
przebiera się w marynarkę, w czym chyba trochę bezwiednie naśladuje i swego ojca, którego prawie nie poznał, i ojczyma. Ich zamiłowanie do
marynarek zapamiętano w Lipnie, Wałęsę w marynarce pamiętają też we
wszystkich trzech pomowskich wioskach. Je obiad, a po obiedzie wychodzi
na dobrze sobie znaną drogę z Włocławka do Lipna. Siada na skraju drogi
lub założywszy ręce do tyłu, spaceruje wte i wewte. Zamyślony. Tak go
zapamiętało starsze rodzeństwo jeszcze z rodzinnego domu i tak go
pamiętają tutaj. Tak go pamięta Leszek Śmiechowski z Łochocina, Zdzisław
Czachorowski z Sobowa czy kierownik Kamiński z POM-u. Niekoniecznie chce
być sam, po prostu tutaj, na wsi droga to miejsce spotkań. Reszta
wiejskiej kawalerki też po obiedzie wychodzi z domów czy kwater i idzie
na drogę. Na piechotę, rowerami czy motocyklami. Pod wieczór ze
wszystkich stron terkoczą jawy, wuefemki czy stare, jeszcze wojenne
dekawki. Zaczynają się rozmowy, zaczepki, wymiana informacji. O pracy,
wojsku, dziewczynach, sobotniej zabawie.
Te wiejskie zabawy w okolicach Chalina i Dobrzynia pamięta niedawna
koleżanka Lecha ze szkoły Jagoda Jakubowska:
- Najpierw grali dla dzieci, z godzinę pograli, potem pożegnali małe
dzieci, poszły do domu. Potem dorośli. Bilety się kupowało, był bufet,
alkohol. Remiza, co niedziela były zabawy. Też w innych miejscowościach.
Ludzie byli biedni, ale tak się bardziej szanowali.
Regina, kuzynka Lecha, mówi mi, że wtedy na potańcówkach przeważały
zespoły z tradycyjnymi instrumentami - akordeon, skrzypce, trąbka.
Jesteśmy na Kujawach, więc kujawiak: na początku jako chodzony, potem
coraz szybszy, aż do wirowania. Na takie zabawy najlepszy był akordeon,
można było na nim zagrać i ludowe, i nowoczesne melodie. Gitara to była
nowość, a z nią na kujawską wieś dotarł big beat. Jeśli orkiestra
potrafi zagrać, to na żywo lecą Czerwone Gitary (Nie zadzieraj nosa
lub Nikt na świecie nie wie, że się kocham w Ewie), Niebiesko-Czarni
(Hej, tam w dolinie, hej, tam przy młynie) czy Karin Stanek
(Autostop, Chłopiec z gitarą byłby dla mnie parą).
"Jak wchodziłem na zabawę, robił się szum: Wałęsa idzie, orkiestra
grała, litr na stół. Pieniądze miałem, wszyscy mnie znali, bo każdemu
coś tam zrobiłem, szybkie roboty, takie, których nikt nie chciał
brać"65.
Ściśle rzecz biorąc, szum robił się nie tyle na zabawie, ile po niej, bo
miejscowe chłopaki lubią bitkę, "Wałęsiaki" też. Jako najbardziej
zadziornego zapamiętano Zygmunta, młodszego brata Lecha. Bo na zabawy
chodzili najczęściej we dwóch, przynajmniej oni byli najbardziej
widoczni. Najmłodszy syn Bolesława i średni Stanisława. W 1966 roku Lech
ma dwadzieścia trzy lata, a Zygmunt osiemnaście. Matka Feliksa jest zła,
że Lech ciągnie za sobą na zabawy młodszego brata zwanego w rodzinie
Zyśkiem.
Kuzynka Regina ma już wtedy trzydzieści lat, na zabawy chodzi głównie w swojej wsi, ale i tu często widuje obu kuzynów.
- Na zabawy tu chodziliśmy, do remizy, która pobudowana jest na naszym
polu. - Pokazuje przez okno pole, za którym stoi budynek remizy. -
Muzyki grają, młodzież się schodzi, tańczą. Kapela nie za duża,
Grzegurski gra na harmonii, drugi na skrzypcach, a młodzi hulają. Leszek
przychodził i bracia jego, szczególnie Zysiek. Leszek był chudy, dobry
chłopok, ale taki "te-te-te"! - Regina znowu naśladuje Lecha, jak ten
trzęsie się i trajkoce. Ciągle rozbiegany, cały czas coś mówi, ciężko mu
przerwać. Lubiła go, ale przyznaje, że ciężko się z nim rozmawiało.
W okresie pracy w Leniach w życiu Lecha Wałęsy pojawia się Jadwiga,
dziewczyna miastowa, bo z pobliskiego Dobrzynia. Często do niej jeździ,
chyba jest gotowy się ustatkować, może nawet ożenić. Ale Jadwiga P. nie
śpieszy się, nie daje znać, czy się jej podoba czy nie. Zwodzi go.
Sam Lech Wałęsa tę znajomość wspomina tak:
"Doszła do tego sprawa z dziewczyną. Miłość - niemiłość, sprawa, w którą
brnąłem bez przekonania i coraz głębiej. Chyba była mądrą dziewczyną, bo
to ona, nie ja, podjęła w końcu decyzję za nas oboje. I zerwała ze mną.
Wyjechała. Żal, nie żal, w każdym razie poczucie pustki, samotności, w oczach wszystkich od dawna uchodziliśmy za żelazną parę i teraz ona
"puszczała mnie w trąbę". Cios w ambicję. I taki odruch: wyjechać
gdziekolwiek, byle dalej stąd"66.
Wyjeżdża. Ale czy powodem wyjazdu było tylko "puszczenie w trąbę" przez
Jadwigę, która wyszła za leśnika?
Tragedia
Jestem w Cypriance, w maleńkim domku pod lasem u pani Haliny
Podgórskiej. Wysoki próg, jedna mała izba: jednocześnie kuchnia,
sypialnia i pokój. Wielki piec, wersalka zaścielona po wiejsku, na
wysoko, kołdrami i poduszkami, do tego stół z radiem i świętymi
obrazkami. Mały kundelek leżący w progu.
Nie jestem pewien, co usłyszę, nie chcę też z miejsca wypytywać o szczegóły. Na początku w ogóle nie pada nazwisko Wałęsy, dla pani Haliny
ważniejsza jest opowieść o koleżance Wandzie i jej synku Grzesiu.
15 czerwca 1967 roku, upalnego dnia, około południa, od lasu biegło
chyba troje, czworo dzieci. Krzyczały, padały jakieś niezrozumiałe, ale
niepokojące słowa, jakby wołały o pomoc. Trójka pobiegła dalej, do
swojego domu, tylko najmłodszy z nich, Krzysiu, podbiegł do pani Haliny.
- Korpalscy mieszkali tam, a te starsze dzieciaki wszystkie uciekły,
tylko ten najmniejszy chłopaczek tak leciał i krzyczał: "O mój Bozie! O mój Bozie!". On miał chyba ze cztery czy pięć latek. Krzysiu Korpalski.
A ja wyleciałam z domu i mówię: "Krzysiu, a co się stało?". "Grzesiu się
utopił!", woła do mnie.
Mówi mi, że lepiej zrozumiem, jak mi pokaże to miejsce. Wychodzimy z domu, idziemy na tył budynku. Tuż za domem zaczyna się zagajnik, który
po kilkudziesięciu metrach zagęszcza się w las. Ale też niezbyt gęsty,
mizerne sosenki rosnące na piasku, jakieś karłowate krzewy. Przypomina
las na nadmorskich wydmach.
Pani Halina idzie bardzo wolno, pytam, czy nie chciałaby zawrócić, ale
ona mówi, że chce mi pokazać to miejsce. Przystaje, zastanawiam się, czy
nie pomyliła kierunków, ale po chwili wchodzimy na szerszy dukt bez
drzew.
- Tu taka ścieżka była z Łochocina. - Pokazuje kierunek laską, a właściwie kijem, który wzięła sprzed domu.
- Czyli to tędy na skróty chodziło się z Łochocina do Cyprianki? -
Domyślam się, że to ten skrót, który pokazywał mi w Łochocinie Leszek
Śmiechowski.
- Tak, lasem. Rowerem ludzie jeździli. Nie trzeba jechać przez Chełmicę.
A staw będzie zaraz za drogą.
Idziemy jeszcze pięćdziesiąt metrów, gdy zatrzymuje się i pokazuje nieco
gęściejszy zagajnik.
- Ja tu nie byłam już dawno. O, widzi pan ten dołek. Widzi pan, teraz
wszystko pozarastane.
- Widzę - przytakuję, chociaż nie dostrzegam żadnej wody.
- Tu był sztuczny staw, czysta woda była. Tu ludzie kąpać się
przychodzili, ja tu też przychodziłam.
Rzeczywiście, między gęstymi drzewami jest okrągła podmokła niecka
szeroka na kilkadziesiąt metrów i głęboka na niewiele ponad metr. Kiedyś
mogła być wypełniona wodą, do dziś rosną tu tylko bagienne rośliny.
Halina Podgórska pokazuje na pionowy brzeg i tłumaczy. Wtedy tutaj
przybiegła razem z Krzysiem, który ją zaalarmował. Zobaczyła dziecko na
wodzie, jakieś dwa, trzy metry od brzegu. Pływało twarzą do dołu.
- Złapałam takiego kija, długiego, taką tyczkę i go tak dociągłam za
koszulkę. Ta koszulka na nim się tak gibała na wodzie. Woda do pasa mi
była.
Kiedy wyciągnęła go na brzeg, chłopiec nie dawał już oznak życia. Od
utonięcia musiało minąć co najmniej dziesięć, piętnaście minut. Jeśli
dzieci pobiegły do wsi od razu, to droga zajęła im pięć, sześć minut,
ona biegła kolejne kilka minut, potem jeszcze wyciągała ciało z wody.
Zanim zdążyła się zastanowić, co dalej robić, od wsi przybiegli następni
mieszkańcy. Wszyscy byli zrozpaczeni, sama była w szoku, dlatego nawet
nie pamięta, czy już w tej pierwszej grupie była Wanda. Jeśli była w domu, to pewnie tak, bo mieszkała naprzeciw, nie mogła nie słyszeć
krzyków dzieci.
Pogrzeb był wielkim wydarzeniem. Dobrowolscy, bogaci gospodarze, dali
najpiękniejszego konia i wóz. Z Cyprianki do kościoła w Chełmicy jest ze
dwa kilometry, całą drogę od domu do kościoła szedł tłum ludzi.
Dopiero teraz pada nazwisko Wałęsy. Halina Podgórska:
- Na tym pogrzebie był Wałęsa, ale ona już nie chciała się [z nim]
widzieć, bo płakała.
Według Haliny Podgórskiej podszedł do Wandy, ale go odtrąciła i już
więcej tego dnia nie podchodził. Ludzie patrzyli na niego ciekawym
okiem, pokazywali tym, którzy nie wiedzieli, kto to. Sąsiedzi Wandy
wiedzieli, że to ojciec Grzesia, a inni znali go z pobliskiego
Łochocina. Tym lepiej zapamiętali ten gest Wandy i jeszcze to, że na
cmentarzu poszedł na koniec tłumu, za drzewo. Na oczach miał ciemne
okulary.
- Pani go wtedy znała? - pytam
- Znałam go. Znałam - mówi.
- Ale czy znała go pani wcześniej, wiedziała, kim jest? Czy pani go
pierwszy raz zobaczyła na pogrzebie? - dopytuję.
- Nie. Wcześniej. On tu przyjeżdżał do niej. Jak ona później w ciąży
była, on już nie przychodził. I ona dzieciaka chowała te cztery latka.
Wtedy już nie przyjeżdżał. A ten chłopaczek był chrześniakiem mojego
męża. Jadzia była chrzestną, ale ona też już dawno nie żyje.
- Jaka Jadzia?
- Jadwiga Graboszczanka, która była żoną Śmiechowskiego Heńka. (...) My
nawet rodzina jesteśmy - wylicza Halina Podgórska67.
Wszyscy, o których mówi mi Halina Podgórska, wiedzieli, że to Wałęsa,
elektryk z Łochocina. Rodziny Korpalskich, Lewandowskich, Podgórskich,
Mechowskich z Cyprianki. Rodzina Śmiechowskich z Łochocina.
Wiadomość o tragedii w Cypriance rozchodzi się po okolicy, z Cyprianki
do Popowa jest około trzydziestu kilometrów. O ile Feliksa, matka Lecha
Wałęsy, wiedziała o ciąży Wandy, o tyle nie mam pewności, co dotarło do
rodziny o tragedii i pogrzebie. Pytam więc o to Reginę, kuzynkę Lecha.
Dotąd bardzo gadatliwa, cały czas barwnie opowiadała, dużo się przy tym
śmiejąc, jednak po tym pytaniu posmutniała.
- Coś mi się o uszy obiło, że Wałęsa miał dzieciaka - mówi w końcu,
jakby nie swoim zwykłym, śpiewnym głosem.
- Pamięta pani, kiedy to było? - pytam.
- Jeszcze zanim się ożenił. Ale nie wiem, co to za dziecko.
- I co z tym dzieckiem? - trochę ciągnę, bo widzę, że tym razem nie jest
zbyt rozmowna.
- Że podobno utopiony - odpowiada. - Nie w stawie, tylko w jeziorku. Ale
nie byłam na pogrzebie. Kiedyś jak tak dziecioki za dużo rozmawiali albo
się o co pytali, to ojciec krzyczał: "Lekcje odrobiłeś? Do roboty!".
- Ale pani wtedy miała już ponad dwadzieścia lat - zwracam uwagę.
- Ale też nie było za dużo o tym rozmowy - kończy temat.
Niedługo po pogrzebie Wanda wychodzi za mąż, a zaraz potem wyjeżdża na
drugi koniec Polski, na południe, gdzie mieszka do dziś.
A Lech Wałęsa wyjedzie na północ, do Gdańska.
LATO
W świat, czyli do Gdańska. Przypadkiem
Lech Wałęsa sam napisze o tym okresie swego życia, że: "Był i wstyd
przed matką. Ona jakby czego oczekiwała ode mnie, miałem coś spełnić.
Lata mijały, nic wielkiego nie spełniałem, grałem z życiem na czas, za
długo. Miałem już dwadzieścia cztery lata.
I wtedy to popołudnie. W POM-ie sprawę odejścia załatwiłem krótko, bez
sentymentów. Przyszedłem do domu, nie chciałem mówić, że podejmuję jakąś
ważną decyzję, sam jej nie byłem pewien. Więc powiedziałem tylko, że
gdzieś pojadę się przewietrzyć. Wziąłem pieniądze, płaszcz i ruszyłem na
stację kolejową w Dobrzyniu".
Nie wiemy, jaki dzień ma na myśli, kiedy pisze:
"Myślami wracam do tego popołudnia, kiedy uświadomiłem sobie nagle
beznadziejność tego wszystkiego". A zaraz potem: "I teraz - dlaczego na
Wybrzeże? Wtedy wydało mi się, że jadę tam, bo przypasował mi pociąg,
najbliższy był do Gdyni, przez Gdańsk"68.
Jeśli pociągiem prosto do Gdańska, to na pewno miejscem wyjazdu nie był
Dobrzyń nad Wisłą, bo nie ma tam ani torów, ani stacji kolejowej. Odpada
też Płock, a tym samym pobliski Sierpc, które nie mają połączeń z Gdańskiem. Najbardziej prawdopodobny jest Włocławek. Stamtąd jedzie
pociąg przez Toruń do Trójmiasta.
"Tam było morze, wspomnienie ze szkolnej wycieczki, czegoś rozległego,
przestronnego, swobody. I wielkie miasto, port, przygoda. (...) wiedziony
instynktem, tak jak węgorz, dążyłem, czułem, że tam, w tym wielkim
skupisku ludzi jest źródło mojej siły, że tam się odnajdę albo
rozpłynę"69.
Ale o szczegóły najlepiej spytać samego Lecha Wałęsę.
- Skąd decyzja o wyjeździe do Gdańska? - pytam go w lutym 2020 roku.
- Po szkole wróciłem do pracy na terenie, gdzie się urodziłem, ale tam
się coraz bardziej dusiłem. Ja byłem człowiekiem z inicjatywą,
człowiekiem, który chciał korzystać z rozwoju cywilizacyjnego.
Interesowałem się maszynerią, ciągnikami, samolotami, radiem, i to
wszystko powodowało, że w mojej okolicy miałem małe możliwości. Dlatego
pewnego dnia rzuciłem klucze, kupiłem bilet do Gdyni, ale znalazłem się
w Gdańsku.
- Wysiadł pan w Gdańsku zamiast w Gdyni?
- Przypadkiem. Bardzo chciało mi się pić, a nie było Warsu w pociągu.
Ogłoszono, że pociąg będzie stał, więc wysiadłem i poszedłem na
herbatkę. Po czym pociąg odjechał, a ja zostałem w Gdańsku. I jestem
tutaj ponad pięćdziesiąt lat.
- Znał pan już Gdańsk?
- Byłem na koniec podstawówki. Na koniec roku szkoły jeździły na
wycieczki. My też pojechaliśmy, do Gdańska. Pamiętam, że tak już gdzieś
od Tczewa było czuć ryby. Tak śmierdziało, że Gdańsk mi się wtedy nie
spodobał. Ale kiedy przyjechałem drugi raz, to może coś się zmieniło, a może wiatr był z innej strony, już mi nie śmierdziało. A dzisiaj Gdańsk
to miasto mojego wyboru i nie byłbym w stanie żyć gdzie indziej.
- A stocznia? To też pana pierwsza decyzja? Czy może była inna
możliwość?
- Kiedy ten pociąg mi uciekł, to myślałem, co tu robić. Pieniędzy nie
było za dużo w kieszeni. Wtedy było tu trochę inaczej, ale bardzo
podobnie. Schody wyjściowe z peronów na miasto. Wychodzę i trafiam na
kumpla, z którym chodziłem do podstawówki. Mówię, że uciekł mi pociąg.
Co mam teraz zrobić? A on pokazał na stocznię. Widać ją było z dworca.
Mówi mi: "Słuchaj, dzisiaj jest już za późno - bo to było po południu -
jutro pójdziesz, widzisz ten blok? Zgłoś się, zatrudnią cię. Wciąż
potrzebują robotników, pracowników". Przespałem się na jakiejś kwaterze
we Wrzeszczu.
- Ale mówi pan, że wybrał pociąg do Gdyni. Tam chciał pan szukać pracy?
- Nie wiem dlaczego, ale wybierałem Gdynię. Nie wiem, czym się
kierowałem.
- Może nowocześniejsze miasto?
- Może.
- Na jak długo miał pan pieniądze? Jak długo pan mógł szukać pracy?
- Na kilka dni. Może biednie mógłbym dożyć ze dwa tygodnie70.
W Drodze nadziei Lech Wałęsa pisze, że tym kolegą, który pokazał mu
stocznię, był Tadeusz ze szkoły w Lipnie71. Ale Jerzy
Surdykowski, idący śladami Lecha Wałęsy w październiku 1980 roku, mówi
mi jeszcze coś innego, choć go o to nie pytałem.
- [Wałęsa jest] może najbardziej podobny do Stanisława. Przy czym
Stanisław to był taki typ oblatanego robotnika, który zdawał sobie
sprawę, jak to jest w tym PRL-u. Stanisław go zresztą namówił, żeby
przyjechał do stoczni.
- Kto kogo namówił? - pytam zaskoczony.
- No Stanisław Lecha. Potem się ożenił w Bydgoszczy. Ale on był pierwszy
w Gdańsku i on wciągnął Lecha do stoczni. I wciągnął go do
Gdańska72.
To byłoby nawet logiczne. Może po niepowodzeniach, jakie spotkały Lecha
w 1967 roku w rodzinnych stronach, Stanisław powiedział mu: przyjedź do
mnie, do Gdańska. Albo matka podpowiedziała to obu braciom. Tylko po co
ta wersja z pociągiem z Dobrzynia, który nie ma stacji; wagonem Warsu,
którego nie było w składzie do Gdańska; konduktorem i kolegą Tadkiem?
Trzeba jednak przyznać, że jest bardziej filmowa, więc zostaje.
Stoczniowiec numer 61 878
"Ten pierwszy raz, gdy wszedłem do Stoczni w 1967 roku, poczułem się tam
strasznie zagubiony. Ja - złota rączka z POM-u! Po tych kilku latach
spędzonych wśród starych gratów, samochodów, które rozbierałem do
ostatniej śrubki, będąc człowiekiem, który wszystko lubi poznać - byłem
dobrym fachowcem. Kiedy jednak wszedłem na wydział, a potem zaprowadzili
mnie po raz pierwszy na statek, kiedy zbłądziłem na kilku piętrach
prowizorycznych konstrukcji w ładowniach i nie mogłem trafić do wyjścia
- poczułem, że jestem tutaj jednym z wielu tysięcy. Było to przykre, ale
nie mogłem się cofnąć, nie znoszę się cofać"73.
Lech Wałęsa zostaje przyjęty do wydziału W-4 jako elektryk. W-4 to
wyposażenie statków. W wydziale pracują głównie elektrycy i ślusarze.
Niezły wydział, bo to dużo lepsza praca niż ta, którą mają kowale
okrętowi czy malarze. Kowalstwo jest niezwykle ciężkie, a malarze ciągle
są w trujących oparach farb kładzionych na setkach metrów kwadratowych
podłóg i ścian statku. Wałęsa, jako mało doświadczony, wykonuje
najprostsze prace: "Oczywiście praca frycowa, na początku, jak w moim
przypadku - rozciąganie kabli (...)"74. Z czasem również je
"zarabia", czyli rozcina i łączy, ale na razie łączenie to praca dla
bardziej doświadczonych kolegów. Roger Boyes przytacza słowa jednego z nich, który musiał znać nie tylko Wałęsę, ale i jego rodzinę, a teraz
dziwi się, jak bardzo Wałęsa się zmienił.
"Klął jak szewc, rzucał soczyste wiązanki, których nauczył się w wojsku,
i wyglądało, że nie ma czasu na kościół. Gdyby jego ojczym Stanisław
dowiedział się o tym, wlałby mu, to pewne"75. Raczej jednak nie,
Lech ma już ponad dwadzieścia pięć lat.
Dzień stoczniowca takiego jak Lech Wałęsa to hotel pracowniczy, praca,
hotel pracowniczy. Raz na jakiś czas mało wyszukane rozrywki. Rzadkie
wyjazdy w rodzinne strony. Pobudka o 6.00. 7.00 - podbita karta na
bramie, potem prowizoryczna szatnia ze starych wagonów kolejowych.
Wspomina, że wtedy stoczniowiec "bez śniadania zasuwał do dziewiątej,
machnął sobie papieroska, a wysiłek ogromny". O 9.00 przerwa
śniadaniowa. Nie ma miejsca, aby chociaż przysiąść, więc najczęściej
zostają na statku. Ci pracujący na lądzie okupują nieliczne kioski z bułkami. Długie kolejki stoją i czekają na swoją kolej, a kiedy już
podchodzą do lady, ekspedientka kroi wielkim nożem bułkę, w to wkłada
plaster pasztetu, czasem ogórek, i następny! Szybko, szybko, bo kolejka
ogromna. Przerwa się przeciąga, odbije się to na akordzie, czyli
wypłacie. Bułka w rękę i biegiem z powrotem do roboty.
"Dwa lata stażu w stoczni to był okres próby sił. Kto wytrzymał dwa
lata, miał szansę, że w stoczni będzie pracował". Akord - słowo klucz.
Niby socjalizm i "każdemu według potrzeb", ale w takich zakładach, z których państwo mogło wydusić dolary za sprzedane statki, węgiel, stal,
panują reguły czysto kapitalistyczne, nawet bardziej takie z dziewiętnastowiecznego kapitalizmu. Chcesz zarobić - zrezygnuj z pensji,
idź na akord. Albo, oprócz pensji, na nadgodziny. Wszyscy tyrają.
Młodzi, bo mają niskie podstawy, za to cieszą się jeszcze zdrowiem.
Starsi, bo mają rodziny na utrzymaniu; jak mówi Wałęsa, oni najwięcej
"chapali". Do tego papierosy, alkohol. Bo kartki z poświadczeniem
wyrobionego akordu nie zawsze są zamieniane na pieniądze. "To była
stoczniowa waluta przyjmowana przez wszystkich". Również, a może
najczęściej, w okalających stocznię knajpach. Restauracja U Kubickiego,
bary Pod Kaprem i Pod Kasztanami.
Bar Pod Kasztanami był dokładnie naprzeciw stoczni, naprzeciw bramy
numer dwa. Wystarczyło przejść wielki plac z zajezdnią tramwajową i wejść między drzewa. Park to za dużo powiedziane, już raczej kilka drzew
zasłaniających stoły po południu oblegane przez wychodzących z pierwszej
zmiany stoczniowców. Mniej więcej w tym miejscu, gdzie teraz jest bar
Filip, po drugiej stronie ulicy Jana z Kolna. Pod Kasztanami jeszcze
wróci w tej opowieści.
Po robocie, jeśli ktoś nie idzie do baru, to wraca do hotelu
robotniczego. Najgorszy jest ten przy Klonowica. Obok siebie stoją trzy
budynki: męski, żeński i rodzinny. Oczywiście najgorszy jest ten dla
samotnych mężczyzn. Zniszczone drzwi, odrapane ściany, zapadnięte
metalowe łóżka. "Nic tam nie było, wypalona trawa, wyrzucone butelki. Po
każdej wypłacie: wódka, dziewczyny (...) Brudna podłoga, ściany, kulawy
stół, dwa krzesła, dobrze, jeśli mają po trzy nogi. (...) tam można było
przespać, spić się"76. Każdy po jakimś czasie szukał kwatery na
mieście, najlepiej we dwóch, trzech kolegów.
Praca jest ciężka. Alkoholizm duży. Satysfakcji mało. Stabilizacji
żadnej.
Lech Wałęsa pracuje w brygadzie Alojzego Mosińskiego. Dwadzieścia kilka
lat później Mosiński powie: "Roboty na statku nie znał. Z początku
musiałem go trochę przypilnować. (...) Był pojętny i chętny do roboty. (...)
Gadulski, wszystkiego ciekawy"77. Kolega z wydziału Wałęsy Józef
Szyler mówi jednak, że: "Mosiński nie akceptował Wałęsy jako fachowca,
ale też jako człowieka. Wyrażał się o nim per "uzurpator" (...) bo Wałęsa
cały czas: "ja, ja, ja""78.
Henryk Jagielski też jest elektrykiem na W-4. Tyle że nie na statku,
lecz w hali wydziału. Elektryk-nawijacz, pracuje przy silnikach. Dlatego
Wałęsę z tego pierwszego okresu zna słabo, chociaż go kojarzy. Pamięta
jednak dobrze przywoływanego brygadzistę:
- Mosiński to był nadmistrz. Pracował w stoczni jeszcze przed wojną. To
był bardzo porządny człowiek, tyle że tchórz. Był w porządku, ale bał
się. Uciszał mnie na przykład: Heniek, mów cicho!79
Może stąd ta zachowawcza wypowiedź Mosińskiego na potrzeby książki
Droga nadziei oraz ta śmielsza, prywatna, do Józefa Szylera.
W Drodze nadziei Lech Wałęsa o pierwszych dwóch latach w wydziale
pisze: "W mojej brygadzie przyjaźniłem się wtedy z Henrykiem
Lenarciakiem (...)"80. Ale sam Lenarciak w 1990 roku mówi
Szczesiakowi: "Z pierwszego okresu niewiele o nim mogę powiedzieć. (...)
Raczej cichy chłopak. Nie wyróżniał się. Czasami zabierał głos na
zebraniach, ale nie za ostro"81.
W rozmowie ze mną o tym okresie sprzed strajku 1970 roku Lech Wałęsa
mówi:
- Byłem z rodziny, która była antykomunistyczna. Rodzice dyskutowali,
ludzie odwiedzali się na wsi, słuchałem tych dyskusji, te opowiadania,
że zostaliśmy zdradzeni w 1939 i 1945 roku, te tęsknoty do wolnej
Polski. I słuchając tych opowieści, człowiek coraz bardziej ustawiał się
anty. Z myślą, że może naszemu pokoleniu uda się odzyskać to, co
stracili nasi poprzednicy. I tak wychowany walczyłem wszędzie, gdzie
można było walczyć. Oczywiście, najpierw w prosty, dziecinny sposób:
jakieś hasła pisałem na murach, a potem już w stoczni na statkach jakieś
napisy kredą, pisane teksty antykomunistyczne82.
Mało to konkretne przykłady, ale w tamtych czasach większość Polaków
była co najmniej sceptycznie nastawiona do władzy i ustroju.
Henryk Jagielski zapamiętał Lecha Wałęsę sprzed 1970 roku również jako
gracza, broń Boże nie politycznego, ale takiego zwykłego, rekreacyjnego.
- Często grał w ping-ponga po godzinach - mówi mi.
- Gdzie? - pytam.
- Na terenie stoczni. Mieliśmy dwa stoły czy trzy. Na wydziale czy nawet
w szatni. W warcaby też grał z kolegami. Warcaby były na świetlicy, bo
jak przychodzili na śniadanie czy narady, to można było zagrać, na stole
leżały.
- Dobry był?
- Raczej nie, tak grał, bo grał.
- A przy okazji, jak już mówimy o grze. Czy widział pan, że Wałęsa grał
w totolotka?
- Tak, miał kilku kolegów, to była taka spółdzielnia. Mówi, że zawsze
wygrywał, ale nigdy nie wygrał. To było z pięciu, sześciu kolegów z wydziału.
- Ale potem mówił, że dużo wygrywał?
- Nie, nie, nigdy nie wygrał83.
Wacław Suswał, też z W-4, wspomina:
- Mówiąc szczerze, dwanaście lat pracowałem z Wałęsą na jednym wydziale,
chociaż na różnych jednostkach, ale ja się interesowałem turystyką i działałem w krwiodawstwie, a oni grali w totka, całkiem inne historie.
To nie było towarzystwo, z którego byłbym dumny84.
Szefuniu, Wodzuniu, ojciec duchowy i złowrogi cień przyszłości
Wałęsa, jak wielu jego kolegów, po kilku miesiącach ucieka z hotelu. W kilku znajdują pokój na ulicy Kartuskiej 28, w stojącej do dzisiaj małej
kamieniczce. Niedaleko centrum, zaledwie dwa kilometry do stoczni,
dwadzieścia minut piechotą idąc przez Świerczewskiego (dziś Nowe
Ogrody), koło komendy miejskiej MO, sądu, szpitala i siedziby Rady
Narodowej. Tramwajem jeszcze szybciej, dwa, trzy przystanki. W przyziemiu kamienicy mieszka z czterema kolegami, za oknem mają
torowisko, stąd od samego rana huk tramwajów jadących z Siedlec i Suchanina. W dni powszednie nawet nie przeszkadzają, wręcz przeciwnie,
budzą do pracy. Gorzej w niedziele.
W kamieniczce mieszka rodzina Królów: pan Król, pani Królowa i ich
córki, Królewny. Wałęsa wspomina, że z kolegami pomagają rodzinie w domowych czynnościach, Królowi w bieleniu ścian, Królowej w sobotnim
myciu podłóg, a najstarszą Królewnę odprowadzają na zabawę taneczną i z niej przyprowadzają.
Król, z wykształcenia agronom, słucha Radia Wolna Europa. "Przypominał
mi tym mego ojczyma". Dużo dyskutują, obaj to uwielbiają. Wałęsa mówi do
niego "szefuniu", a on "rewanżował mu się", mówiąc "wodzuniu". Widać, że
brakowało Wałęsie takich ludzi i rozmów w wiejskim POM-ie.
"Kwatera na Kartuskiej sąsiadowała z budynkiem dobrze znanym i cieszącym
się ponurą sławą w Gdańsku, gdzie mieścił się dzielnicowy urząd
bezpieczeństwa. Zatrudnieni tam tajniacy mieszkali w okolicznych domach,
w tym jeden nad mieszkaniem, które zajmowałem z kolegami. Po latach, w zupełnie innej roli, spotkałem tego właśnie człowieka jako członka mojej
obstawy, przyklejonej do mnie po wyjściu z internowania. Był jednym z tych, którzy nie odstępowali mnie na krok, jeżdżąc za mną do pracy i z pracy, na weekendy, na ryby i do lasu. Przez niego przekazuję do dziś
pozdrowienia dla moich dawnych gospodarzy - i, jak kiedyś sprawdziłem,
wywiązuje się z tego zadania skrupulatnie"85 - napisze po
latach.
Rzeczywiście, jest to część miasta, gdzie w latach sześćdziesiątych
mieszka wielu funkcjonariuszy MO i SB. Na ulicy Świerczewskiego, czyli
właściwie przedłużeniu Kartuskiej, mieści się komenda miejska MO, a w jej budynku, z tyłu na parterze, są pomieszczenia SB. Natomiast nieco
dalej w stronę centrum, zaraz za wiaduktem Hucisko, stoi ponury gmach
wojewódzkiej komendy MO z mniej rzucającym się budynkiem SB z boku (na
lewo, w głąb wewnętrznego podwórka). Pomiędzy nimi, mniej więcej
pośrodku, jest osiedle. Stare, jeszcze przedwojenne kamienice stoją przy
stromych uliczkach pnących się na Biskupią Górkę. W tych kamieniczkach
także mieszka wielu ówczesnych esbeków, adresy ulic Biskupia, Na Stoku
często przewijają się w kartotekach funkcjonariuszy. Na samej Biskupiej
Górce mieści się ośrodek szkoleniowy MO. Zarówno komenda miejska na
Świerczewskiego, jak i komenda wojewódzka na Okopowej powrócą niedługo,
bo już w 1970 roku.
Lech Wałęsa mieszka u Królów między 1967 a 1969 rokiem.
W tym okresie w życiu Lecha Wałęsy pojawia się jeszcze jeden człowiek,
który będzie przy nim przez najbliższe... trzydzieści lat. Pójdzie za nim
aż do Belwederu.
Na końcu ulicy Kartuskiej stoi kościół pod wezwaniem św. Franciszka,
przez gdańszczan zwany "na Emaus". W parafii mieszka młody ksiądz
Franciszek Cybula. Cybula to nie jest jego rodowe nazwisko. Jego ojciec
Karol Mandrysz został powołany do Wehrmachtu, wprawdzie nie jako Kaszub,
co na tych terenach było powszechne, ale Ślązak. Zginął w 1944. W czasie
wojny Cybula stracił też matkę, która zmarła na tyfus. Czteroletni
Franciszek został przygarnięty przez Melanię i Leona Cybulów,
bezdzietne, bardzo religijne małżeństwo. Ksiądz Cybula wspomina, że
kiedy budził się późno w nocy, widział ojczyma, jak wciąż klęczy przy
łóżku z różańcem w ręku. Sam poszedł do seminarium, najpierw w Pelplinie, potem w Gdańsku. Seminarium w Pelplinie jest uważane za
stojące na wysokim poziomie, na przykład ksiądz Henryk Jankowski jako
bardzo słaby uczeń i bez poparcia swego proboszcza nie został do niego
przyjęty. Część seminarzystów została jednak przeniesiona do nowego
seminarium w Gdańsku, wśród nich jest Franciszek Cybula. Nowo utworzone
seminarium jest uważane za gorsze, ale świeża diecezja gdańska
potrzebuje kleryków, więc nie jest tak wybredna jak w Pelplinie.
W czerwcu 1967 roku Wałęsa zaczyna pracę w stoczni, a ksiądz Franciszek
Cybula przyjmuje święcenia kapłańskie. Jego pierwszą parafią jest
właśnie Emaus. W 1969 roku Wałęsa idzie do niego do spowiedzi
przedślubnej. Taka spowiedź niekoniecznie musi być szczególną
spowiedzią, to zależy od samego narzeczonego, czasem od księdza. Ale dla
Wałęsy najwidoczniej jest. Potwierdza to Danuta Wałęsa w swojej
biografii: "Nie wiem, z czego spowiadał się mąż przed ślubem, nie wiem,
o czym oni wtedy rozmawiali, ale po tym, jak mąż we wrześniu [1980
roku] odnalazł księdza Cybulę, zaczął się systematycznie spowiadać
tylko u niego. W ten sposób ksiądz Cybula został jego
spowiednikiem"86.
W 1980 roku Lech Wałęsa będzie chodził do spowiedzi u księdza Cybuli w parafii na Przymorzu, a w 1990 zabierze go do Belwederu.
Miłość w wielkim mieście
Najpierw jest falstart, to jeszcze nie ta właściwa kobieta.
Lala. Egzotyczne imię. Może i powinno wzbudzić podejrzenie, ale czy dla
młodego chłopaka to najważniejsze? Akurat tę krótką i burzliwą miłość
Wałęsa opisuje szeroko jak żadną poprzednią. Podczas jakiegoś wypadu z kolegami do lokalu poznaje Lalę, która mówi, że jej ojciec to tak wysoko
postawiony gość, że "lepiej, jeśli o tym tak od razu nie będę wiedział".
Nie może być gorszy - dla Lali zostaje dyrektorem małego zakładu, ale to
tylko "na początek". Tak sobie przedstawieni ruszają w miasto. "Gdańsk
oferuje mi od razu swoje najlepsze owoce - pomyślałem i nie żałowałem
forsy na wspólne szaleństwa, które narastały dzień po dniu"87.
Kiedy dziś pytam Lecha Wałęsę, jakie miał wtedy rozrywki, kluby, gdzie
chodził jako kawaler, jakiej słuchał muzyki, macha tylko
zniecierpliwiony ręką.
- Daj pan jakieś ciekawe pytanie! - denerwuje się.
A to przecież końcówka lat sześćdziesiątych. W Gdańsku nie brakuje
barów, nocnych lokali, a nawet dobrych klubów muzycznych. Najważniejszy
z nich, i jeden z najważniejszych w kraju, to Rudy Kot na Garncarskiej.
Tu po raz pierwszy w Polsce zagrano big beat. Tutaj gra zespół nazywany
polskimi Beatlesami, Pięciolinie, które niedługo zmienią nazwę na
Czerwone Gitary. Klasyczny skład: Krzysztof Klenczon (mieszka tuż obok,
na Olszynce), Bernard Dornowski, Jerzy Kossela i Jerzy Skrzypczak.
Jeszcze bliżej Kartuskiej, bo w klubie Żak przy Wałach Jagiellońskich 1
działa Teatr Bim-Bom, gdzie występują Bogumił Kobiela, Jacek Fedorowicz,
Wowo Bielecki (a przed śmiercią występował tu Zbigniew Cybulski).
Ślub Lecha i Danuty Wałęsów (8.11.1969). Reprodukcja. Fot. Erazm Ciołek
/ Forum
Lech Wałęsa dziś niechętnie wraca do tego czasu, ale w autobiografii
pisze: "codziennie łamałem sobie głowę, czym Lali zaimponować". Wieczory
należą więc do nich, lecz rano trzeba iść do pracy. Wychodzi ze swego
pokoiku w przyziemiu kamieniczki na ulicy Kartuskiej i biegnie bocznymi
uliczkami w stronę dworca, na skróty do stoczni. Na ulicy Zagrodowej
widzi Lalę roznoszącą butelki z mlekiem. Ona milczy. On mówi tylko, że
właśnie biegnie do stoczni. Czy umawiają się na wieczór? Nawet gdyby,
to, jak napisał, "czar prysł".
Znowu wracają zwykłe, szare dni. Do pracy i z pracy. Rozmowy z "szefuniem" o tym, co wczoraj w nocy powiedzieli w Wolnej Europie. Pomoc
Królowej w sobotnich porządkach. Wyjście po bułki i papierosy.
A jak było z Danutą?
- Kiedy zobaczył pan ją pierwszy raz, od razu pan pomyślał, że chciałby
się z nią spotykać? - pytam.
- Dziewczyn trochę miałem przedtem, ale zostały na tamtych terenach, z których pochodzę. Teraz trzeba było szukać bliżej. Kwaterę miałem na
Kartuskiej. W drodze do stoczni musiałem przechodzić ulicą Kartuską,
potem Świerczewskiego, a tam był taki kiosk z kwiatami - mówi mi.
- Od razu, za pierwszym razem się panu spodobała, kiedy pan ją zobaczył?
Chwilę się zastanawia.
- Wie pan, trudno to dziś powiedzieć, ale raczej tak, raczej od razu mi
się spodobała.
W Drodze nadziei wspominał: "(...) kiedy znad kiosku z kwiatami
popatrzyła na mnie bystra buzia z piwnymi oczami i długimi włosami
spiętymi w warkocz - zapamiętałem na długo ten nieco zaczepny, ale
miękki, dziewczęcy gest"88.
To była kwiaciarnia Orchidea przy Świerczewskiego, naprzeciw szpitala
wojewódzkiego. Niedaleko od kwatery na Kartuskiej, zaledwie trzy minuty
spacerem.
Lechowi Wałęsie nie daje spokoju pamięć o spotkanej przypadkowo
dziewczynie. Sprawę ułatwia fakt, że wie, gdzie zawsze ją może spotkać.
Wraca tam więc pod byle pretekstem. Pyta o książkę, którą widzi na
ladzie, pyta, czy mógłby pożyczyć, dzięki temu znów ma po co wrócić za
kilka dni.
- A ona też szybko zwróciła na pana uwagę? - jestem ciekawy.
- To trzeba by się jej pytać. Podchodziłem do niej kilka razy,
rozmieniałem jakieś pieniądze.
Danuta Wałęsa w Drodze nadziei tak wspomina te pierwsze spotkania z przyszłym mężem: "Pamiętam dokładnie: było to 14 października 1968 roku.
Zapisałam sobie w kalendarzu. Podobał mi się. Przyszedł rozmienić
pieniądze. Spieszył się bardzo. Po tygodniu przyszedł znowu, zaczęliśmy
chodzić ze sobą. A zaczęło się od tego, że pożyczył ode mnie książkę,
oddał ją po paru dniach. (...) Akurat wychodziłam - spytał, czy może mnie
odprowadzić"89.
Chociaż, chociaż... w autobiografii z 2011 roku napisze, że wcale jej się
tak od razu nie podobał: "Przyszedł rozmienić pieniądze. Następnego dnia
przyszedł ponownie, jakby z wdzięczności, i przyniósł gumę do żucia. W ogóle mnie wtedy nie zainteresował. Ba, śmieszyła mnie ta guma do
żucia"90.
Mirka, bo imienia Danuta będzie używać później, z domu Gołoś, ma
zaledwie 19 lat. Pochodzi z Kolonii Krypy. Kolonia to maleńki przysiółek
równie małej wioski Krypy w niewielkiej gminie Liw koło Węgrowa na
Mazowszu. Druga z dziewięciorga rodzeństwa. Razem z Lechem będą mieli
ośmioro dzieci. Podobnie jak Lech Wałęsa ma za sobą ciężką pracę w gospodarstwie rodziców i u bogatszych gospodarzy w okolicy.
W Gdańsku jest zaledwie od 1968 roku. Przyjeżdża tu w lutym za namową
starszej siostry Krysi. "Na autobus pekaesu odprowadzała mnie mama.
Miała łzy w oczach. Nim zatrzasnęły się drzwi, powiedziałam do niej:
"Mamo! Ja już tu nie wrócę!" (...) moje pragnienie wyrwania się stamtąd
było tak ogromne, że te słowa wypowiedziane do mamy jakby same przeszły
mi przez usta. I one się sprawdziły"91.
Na początek zatrzymuje się u ciotki w Gdańsku-Brzeźnie. W dwupokojowym
mieszkaniu w bloku przerobionym z hotelu robotniczego mieszka ciotka,
jej mąż, trójka ich dzieci i Danuta. Potem przenosi się do ciotki Zofii
na ulicy Żabi Kruk. Śpi na rozkładanym łóżku polowym, ale to mieszkanie
jest w samym centrum miasta, naprzeciwko kolejki Gdańsk-Śródmieście,
skąd do kwiaciarni na Świerczewskiego ma zaledwie piętnaście minut
spacerem.
Danuta, jeszcze wtedy Mirka, stojąc za ladą pośród kwiatów, obserwuje
przechodniów na Świerczewskiego. Od centrum, codziennie o tej samej
porze po południu przechodzi ten stoczniowiec, który już kilka razy do
niej zachodził. "Na pierwszy rzut oka był takim tajemniczym facetem.
Mogłam go obserwować - i obserwowałam. Obserwowałam go, jak idzie ciągle
zamyślony, lekko wycofany. On zawsze był taki skupiony, tajemniczy.
Zastanawiałam się, dlaczego taki jest. Może ta jego tajemniczość mnie
zaintrygowała?"92
"Na imię miała Mirka, ale ja wolałem jej drugie imię Danuta" - napisze
Lech Wałęsa. Zaczął tak do niej mówić, kiedy zgodziła się na pierwsze
spotkanie. Spacery z Danutą są inne niż wypady z Lalą. Nie szaleją po
knajpach, to nie styl Danuty. Paradoksalnie stwarza to młodym jeszcze
większe trudności: on nie może jej zaprosić do siebie na kwaterę, choć
to zaledwie po drugiej stronie ulicy, wystarczy tylko przejść torowisko.
Tym bardziej ona nie może go przyjmować w mieszkaniu ciotki, wtedy
jeszcze w Brzeźnie. Dobrze chociaż, że to dosyć daleko, z drugiej strony
miasta, tramwajem jedzie się co najmniej pół godziny; można je spędzić
razem, siedząc obok siebie i patrząc na Gdańsk. Chodzą też do kina.
- Jakie wybieraliście filmy? - pytam z czystej ciekawości.
- Ja stawiałem na przypadek. Przypadkowe. Ale nie na nudne, bo szkoda
było grosza - mówi mi Lech Wałęsa. - Chodziliśmy do różnych kin. Kino
Leningrad, kino Kameralne. Ale to dawne czasy... Daj pan ciekawe pytania!
- znowu się irytuje, nie da się naciągnąć na wspominki, i to jakiemuś
obcemu facetowi.
Muszę sam sobie sprawdzić. W 1968 roku wchodzi na ekrany kin Żywot
Mateusza Witolda Leszczyńskiego. Obsypany nagrodami, ale trochę
filozoficzny, nudny. Z zagranicznych filmów w 1968 roku powstała słynna
2001. Odyseja kosmiczna Stanleya Kubricka, ale ona na polskie ekrany
wejdzie dopiero 31 grudnia 1990 roku, kiedy Lech Wałęsa od dziewięciu
dni będzie... prezydentem Polski. Też odpada. Może więc jakieś filmy z poprzedniego roku? Na przykład Westerplatte Stanisława Różewicza,
jesteśmy przecież w Gdańsku, a do tego polska premiera tego filmu ma
miejsce właśnie we wspomnianym przez Wałęsę kinie Leningrad przy
Długiej. Albo Wszystko na sprzedaż Andrzeja Wajdy z Danielem
Olbrychskim, Zbigniewem Cybulskim, Bogumiłem Kobielą, Andrzejem Łapickim
oraz Elżbietą Czyżewską i Beatą Tyszkiewicz, ówczesnymi gwiazdami
polskiego kina. Tak, na ten film można postawić w ciemno, że jeśli nie
Lech, to na pewno Danuta chciała pójść. No i jest jeszcze tak zwana
kinematografia radziecka, powszechnie królująca w polskich kinach. Może
więc popularna komedia Eldara Riazanowa Zakręt szczęścia?
Danuta w autobiografii z 2011 roku: "Pewnego dnia odprowadził mnie do
domu. I właśnie wtedy zaiskrzyło. Zaczęliśmy chodzić ze sobą na
poważnie. Na potańcówki nie chodziliśmy, bo nie było nas stać.
Spacerowaliśmy po Gdańsku. Szła zima i nie mając gdzie się podziać,
chodziliśmy do kina "Leningrad""93.
Bingo! Jeśli kino Leningrad, to z pewnością byli na Wszystkim na
sprzedaż i Zakręcie szczęścia.
Życie Lecha Wałęsy zmieniło się w jednym, ale jakże ważnym szczególe.
Jest zakochany. Prosto po pracy idzie do domu, łapie chwilę drzemki,
wstaje, by zdążyć przed 18.00 pod Orchideę. Danuta zamyka kwiaciarnię i razem idą na miasto, a potem on odwozi ją do Brzeźna. Danuta w 1984
roku: "Można powiedzieć, że w tym pierwszym okresie istnieliśmy tylko
dla siebie. Był bardzo poważnym człowiekiem, zawsze zamyślony, zawsze
zrównoważony. Trudno było wydobyć z niego, co myśli. (...) To była moja
pierwsza miłość i tak już pozostało"94.
Po latach, w 2011 roku, napisze już mniej romantycznie, że zdaniem męża
to ona go chciała, ona mu się oświadczyła. Ale, jak każda żona, wie
swoje. Siostra Lecha Izabela opowiedziała Danucie w tajemnicy o wizycie
Lecha w rodzinnym domu w styczniu 1969 roku. Lech przywiózł i pokazał
mamie zdjęcia swojej dziewczyny. Mówi matce, że to Danuta, z którą
chodzi i się ożeni. Jest to pewnie dla niego ważne, bo w jakiś sposób
przekreśla jego poprzednie perypetie miłosne i zmywa dawne łzy matki. Do
Gdańska wraca spokojniejszy. Pewnie wie też, że tym razem nie może tego
zepsuć. A że jest uparty, musi się udać.
A może to jednak Lech ma rację? Bo wprawdzie on mówił o niej jako o przyszłej żonie, ale to ona zdecydowała o ślubie. We wrześniu 1969 roku
jadą razem, już jako para, na ślub siostry Danuty, Krysi. Kościół w Węgrowie, potem wesele. Danuta, patrząc na siostrę, podejmuje szybką
decyzję. Oni też się pobiorą, prawie teraz, zaraz. Brzmi trochę jak
romantyczny film, ale ta decyzja wynika również z prozy życia. Ten sam
kościół, w którym pospiesznie dają na zapowiedzi (już na 8 listopada),
ta sama suknia panny młodej. Ze starszej siostry pasuje na Danutę.
Brakuje tylko garnituru i obrączek. No i kłopot dla rodziców, po jednym
weselu zaraz drugie, ale i temu można zaradzić, bo to drugie będzie dużo
skromniejsze.
Wracają do Gdańska. Wtedy dopiero, po zapowiedziach, Danuta po raz
pierwszy idzie do kwatery Lecha, "żeby zobaczyć, jak chłopcy mieszkają".
Jak wspomina w 2011, nie dostała pierścionka zaręczynowego, a na
obrączki zrzucają się oboje. Obrączki wybiera Lech, wkładając je w sklepie na swój palec. "Sądząc po puncach, pochodziły ze Związku
Radzieckiego". Radzieckie złoto w ówczesnych czasach to najczęściej
złoto próby około 585; dwanaście-czternaście karatów, czyli nieco ponad
pięćdziesiąt procent złota.
Miesiąc po ślubie siostry Danuty wracają do rodzinnego domu Gołosiów w Kolonii Krypy i do węgrowskiego kościoła. W sobotę 8 listopada 1969 roku
biorą ślub.
"Małżeństwo z Danutą przyszło tak jakoś naturalnie. Miałem inne
dziewczyny, bardziej mi "pasowały", a jednak ożeniłem się właśnie z nią.
Zastanowiłem się dopiero, jak zagrali mi marsza weselnego"95.
Danuta jest praktyczną osobą, o 11.00 mają ślub cywilny, potem biegną do
fotografa, gdzie robią sobie i zdjęcia ślubne, i do nowego dowodu
osobistego. O 17.00 tego samego dnia mają ślub kościelny, potem skromne
przyjęcie w domu rodzinnym w Krypach. 10 listopada, w poniedziałek,
jeszcze szybko do urzędu w Liwie po nowy dowód osobisty i 11 listopada
są już z powrotem w Gdańsku. Właśnie nadchodzi "zima stulecia"
1969/1970.
Zdaje się, że na ślubie i weselu nie było matki ani ojczyma Lecha ani
nikogo ze strony Wałęsów. Lech nawet nie ma swojego świadka, świadkowie
są ze strony rodziny Danuty. Jak napisze Roger Boyes: "Surowe, wiejskie
wychowanie Danuty nie różniło się wiele od doświadczenia Wałęsy i on sam
czuł się lepiej w towarzystwie jej braci (dwóch z nich wylądowało w więzieniu za napad) i sióstr niż swoich braci
przyrodnich"96.
Ale później matka Lecha polubi synową, i to z wzajemnością, będzie jej
też wdzięczna. "Teściowa okazała się bardzo dobrym człowiekiem". Z kolei
Feliksa mówi Danucie, że ta ma "dobry wpływ na jej synka, że to dzięki
mnie on jest, jaki jest"97.
Po ślubie przez jakiś czas mieszkają jeszcze osobno. Lech zostaje na
swojej kwaterze, a Danuta przenosi się z ciotką Zofią na ulicę
Rzeźnicką, zresztą bardzo blisko Żabiego Kruku, gdzie wcześniej
mieszkały. Można powiedzieć, że jedną przecznicę bliżej Lecha.
"Stocznia w tamtych czasach wynajmowała kwatery także dla młodych
małżeństw. I wkrótce mąż dostał pokój w kilkupiętrowej przedwojennej
kamienicy przy Malczewskiego. (...) Mieszkaliśmy tam od listopada 1969 do
kwietnia 1970 roku" - wspomina Danuta98. Stocznia nie tyle
wynajmuje, ile daje dodatek do wypłaty osobom niekorzystającym z hotelu
robotniczego, który można wykorzystać na część opłaty za wynajem pokoju
czy mieszkania na mieście. Ulica Malczewskiego leży w dzielnicy Siedlce,
ale nadal na przedłużeniu Kartuskiej i Świerczewskiego, zaledwie pół
kilometra od byłej kwatery Lecha. Warunki na Malczewskiego, nawet jak na
tamte czasy, są złe. Pokój dla małżonków znajdował się za przechodnim
pokojem pani P. Drzwi bez szyby, otwór zasłonięty jedynie materiałem.
Wspólna toaleta w korytarzu, łazienki brak. "Myliśmy się w miskach. (...)
Aby się wykąpać, chodziliśmy do łaźni miejskiej albo do cioci"99.
Do tego pani P. wrzeszczy na syna, przeklina i podsłuchuje młodych
małżonków.
Niedługo się wyprowadzają, tym razem już dalej, na ulicę Beethovena w dzielnicy Suchanino. Znowu przedwojenny dom. "Druga pani P.", jak ją
nazywa Danuta, prowadzi mały zakład fryzjerski i jest o wiele milsza od
poprzedniej. Przy domu jest ogródek, a Wałęsowie mieszkają na poddaszu.
Toaleta również znajduje się na korytarzu, a pokój jest nieogrzewany.
Danuta pamięta, że Lech jest świadkiem na bierzmowaniu syna gospodyni, a ona pomaga jej w ogródku. Lech Wałęsa te przeprowadzki kwituje krótkim
wspomnieniem poniewierki po "chłodnych i przypadkowych miejscach".
Beethovena zapamięta nieco inaczej niż Danuta, że owszem, był świadkiem
na bierzmowaniu syna fryzjerki, ale w ogródku pomagał on.
Matka Feliksa, zadowolona z ustatkowania się syna, prosi Lecha, aby
wziął do siebie najmłodszego brata, Wojtka. Z siódemki jej dzieci
jeszcze tylko on spędza matce sen z powiek. Inne, już po ślubie czy
wojsku, mieszkają i pracują w różnych miastach. Wojtek od małego jest
chory na cukrzycę, chciałaby, aby znalazł sobie mieszkanie i pracę w mieście, gdzie łatwiej o przychodnie i lekarzy. Wojtek, młodszy od
Wałęsy o osiem lat, ale prawie rówieśnik Danuty, zamieszkuje z nimi w jednym pokoju na poddaszu. Wspólnie mają też pomysł na mały biznes,
biorą w ajencję kiosk przy ulicy Ojcowskiej. To wąska uliczka z gęstą
szeregową zabudową. Dwa rzędy sklejonych ze sobą przedziwnych
parterowych domków z wysokimi poddaszami. Za dziesięć lat, w sierpniu
1980 roku, na jednym z tych poddaszy trzej młodzi stoczniowcy, Jerzy
Borowczak, Bogdan Felski i Ludwik Prądzyński, będą ustalali szczegóły
rozpoczęcia strajku w Stoczni Gdańskiej. Lech Wałęsa spóźni się około
czterech godzin, ale w końcu też przyjdzie. Ten strajk w 1980 roku
wypali nadspodziewanie dobrze, ale pomysł z kioskiem w 1969 roku nie.
Danuta i Wojtek pracują w kiosku na zmianę. "Wojtek narobił manka i trzeba było jeszcze spłacać długi. (...) W ten sposób zakończyła się moja
druga, a zarazem ostatnia praca zarobkowa" - napisze Danuta100.
Mimo trudności ten czas jest dobrze wspominany przez młodych małżonków.
1970 to dla Lecha Wałęsy dobry rok, a dla jego biografii wyraźna cezura.
Po pracy w trzech wiejskich POM-ach całkiem niedawno został stoczniowcem
w Gdańsku. Po kilku niezbyt udanych romansach znajduje miłość swego
życia. W październiku 1970 roku rodzi mu się pierwszy syn, Bogdan. Ale
jest to też koniec lata w naszym umownym kalendarzu biografii. Powoli
nadchodzi pierwsza w jego życiu jesień, szara i beznadziejna, która
skończy się ostrym atakiem zimy.
Danuta wspomina, że stojąc w oknie szpitala, wśród innych kobiet z porodówki krzyczących do swych mężów na dole, krzyczy i ona. Rozdziela
je przecież od mężów podwójna szyba i trzy wysokie piętra. Stojący na
dole mężowie, zadzierając do góry głowy, krzyczą do swych kobiet. Ale
ten jeden, jej, "stał jakiś taki smutny. Ja, mając to malutkie dziecko,
powinnam myśleć o sobie i o dziecku. A myślałam o tym, że on tam stoi, i zastanawiałam się, dlaczego jest smutny, zamiast się cieszyć, zamiast
podtrzymywać mnie na duchu. Gdy on poszedł, a ja wróciłam na salę,
wydaje mi się, że się rozpłakałam. (...) Myślę, że przeraziła go
rzeczywistość"101.
Zanim Danuta wyjdzie ze szpitala, Wałęsa idzie do urzędu stanu cywilnego
z zaświadczeniem o urodzeniu syna. Jako imię podaje Bogdan, na drugie
Bolesław. Bolesław wiadomo, po ojcu, którego nie pamięta. A Bogdan?
Danuta w pierwszej chwili jest zła, że nie zapytał jej o zdanie. Jak
wspomina: "Nie mam pojęcia dlaczego Bogdan. (...) Z czasem polubiłam to
imię"102.
Chrzest Bogdana odbywa się w kościele Franciszkanów na tak zwany Emaus,
w Gdańsku-Siedlcach. Po kościele chrzciny w wynajmowanym pokoiku. Znowu
jest chyba tylko rodzina Gołosiów, bo chrzestna para Bogdana to matka
Danuty i jej siostra Zofia, u której Danuta mieszkała przed ślubem.
"Chrzciny były skromne. (...) Mąż nie zarabiał dużo. Trudno mi powiedzieć
ile. Już nie pamiętam. Może tysiąc dwieście złotych? Może tysiąc
czterysta?" - wspomina na zakończenie tego pierwszego etapu małżeństwa
Danuta103.
29 września 1970 roku Lech Wałęsa kończy dwadzieścia siedem lat.
Nadchodzi jesień i zima, a wraz z nią piekielne zimno w nieogrzewanym
pokoiku na poddaszu u "drugiej pani P.", fryzjerki przy Beethovena.
JESIEŃ
Czasem trzy dni starczą za całą dekadę, a jeden dzień może zaważyć na
reszcie życia.
Lech Wałęsa ma dwadzieścia siedem lat, od trzech pracuje w Stoczni im.
Lenina.
Ropa i iskra. Wymiana ekipy
Trzy dni grudnia 1970 roku na Wybrzeżu (14, 15 i 16) nie wzięły się z niczego.
Bogdan Lis mówi mi obrazowo, że robotnicy traktowani byli jak niewolnicy
na polu bawełny. Tylko do roboty, potem nadgodziny, byle jakie jedzenie,
bo pustki w sklepach, sen i znowu do roboty. Siermiężny, gomułkowski
socjalizm był strawny przez kilka lat, kiedy ludzie po prostu cieszyli
się tym, że po 1956 roku ustały stalinowskie represje. Z czasem na
miejsce tej ulgi przychodzi zmęczenie i pytanie, jak długo jeszcze
odbudowująca się Polska będzie tak traktować swoich obywateli. Ciężka
praca bez odpowiedniego wynagrodzenia, bez mieszkań i bez towarów na
półkach. Socjalistyczna Polska ledwo dyszy. Z jednej strony coraz więcej
ludności potrzebującej czegoś więcej niż hotel robotniczy i zupa. Z drugiej - izolacja i coraz większy dystans do zachodniego świata, do
tego drenowanie kraju przez ZSRR. Dla Zachodu złotówka jest nic
niewarta, na Wschodzie w 1964 roku zostaje wprowadzona oszukańcza waluta
- rubel transferowy. Wysyłanie statków, węgla, stali, żywności za ruble
transferowe do nigdy nienasyconego smoka ze Wschodu to jak zamienianie
inkaskiego złota na hiszpańskie szklane koraliki. Żeby zarobić jakieś
realne pieniądze, władza szuka kontrahentów w krajach innych niż
socjalistyczne, najczęściej tak zwanych rozwijających się, jak Brazylia
czy Indie. Ministrowie podpisują nierealne kontrakty na dostawę statków,
a stocznia wciąż zasysa kolejne setki robotników, których po krótkim
przygotowaniu wysyła na kadłuby w dokach. Na jednym statku potrafi
pracować tysiąc robotników, w jednym czasie blacharze, malarze,
stolarze, elektrycy, wyposażeniowcy, wszyscy na akord, wszyscy w pośpiechu. Przerwy śniadaniowe na statku, toaleta na statku, suszenie
mokrych i przepoconych ubrań na statku. Nadgodziny do późnej nocy, kilka
godzin snu, pajda chleba zawinięta w papier, termos z herbatą i od
bladego świtu znowu na statek.
W tej sytuacji dochodzi do tragedii. 13 grudnia 1967 roku, jak co dzień,
setki robotników różnych wydziałów na wyścigi wykańczało statek
przeznaczony dla Rosjan. Jacek Kaczmarski napisze potem:
Wykańczaliśmy jednostkę
Plan się walił - liczył czas.
A tych paru pracowało tam - na dnie.
Spawacze pracują nisko pod pokładem. Agregat podający im prąd warczy, a w pewnej chwili krztusi się i milknie. Jedni powiedzą potem, że w dalekim od spawaczy miejscu został odłączony przewód paliwowy, bo
chciano uszczelnić przecieki. Inni, że ktoś tuż przy wejściu do agregatu
zbytnio ten przewód skrócił. Jeszcze inni, że odkręcony został zawór
przy samym agregacie. Ropa zalewa świece, zapala się, wybucha, a rozlewając po statku - liże płomieniami podłogi i ściany grodzi, spodnie
i buty ludzi. Pracujący przy agregacie stoczniowiec oblany ropą zamienia
się w pochodnię i pali żywcem. Jego śmierć i tak będzie mniej bolesna,
bo szybka.
Ci pracujący wyżej uciekają na pokład, zamykając za sobą grodzie, aby
pożar się nie rozprzestrzeniał. Jednocześnie odcinają dwudziestu jeden
kolegom jedyną drogę ucieczki. Zamknięci pod pokładem ludzie biegną do
maszynowni, tam chcą przeczekać, zanim przyjdzie pomoc. Stukają młotkami
w sufit i ściany, aby ratownicy wiedzieli, gdzie mają ich szukać. Ale
metalowe wnętrze statku szybko zamienia się w rozpalony piec, a powietrza jest coraz mniej.
Stoczniowa straż pożarna jeździ wzdłuż doków, bo nie ma dokładnych
informacji, gdzie stoi statek, do którego mają wezwanie. Do tego, kiedy
już docierają na miejsce, okazuje się, że brakuje im odpowiedniego
sprzętu.
Zebrani wokół stoczniowcy gotowi są wycinać otwór w kadłubie statku, aby
uwolnić kolegów, ale dyrekcja na to nie pozwala. Brakuje dokładnych
planów statku i jeśli spawacze się pomylą, mogą trafić palnikami na
zbiorniki z paliwem. Wtedy statek i wszystko wokół wyleci w powietrze.
Jacek Kaczmarski - może za podawaną potem z ust do ust plotką - śpiewa:
Wtedy wojsko zawezwali
I ratować zakazali -
Kula w łeb, kto zechce w rękę palnik wziąć!104
Dyrekcja dzwoni do Warszawy. W maszynowni jest coraz mniej tlenu, za to
temperatura coraz wyższa. Stukot bijących spod pokładu młotów jest coraz
rzadszy i słabszy. W końcu ci na górze nie słyszą już nic. Minuty płyną,
Warszawa umywa ręce. Wnętrze statku płonie jeszcze długo. Tak długo, aż
w zamkniętych na głucho poziomach wypali się cały tlen.
Długie śledztwo nie wykazało winnych, ale sumienie gryzło. Dyrekcja
podnosi nieco stawki godzinowe. Adaptuje też stary budynek służący na
początku XX wieku jako magazyn pruskich torped na pomieszczenie BHP.
Mają się tu odbywać szkolenia, by w przyszłości nie doszło do podobnej
tragedii. Poprawiają się też nieco warunki pracy, jest więcej ubrań
roboczych czy narzędzi. Potem otwiera się także stołówka pracownicza.
Zaraz po tragedii z grudnia 1967 roku przychodzi Marzec '68. To, co na
Zachodzie oznacza burzliwą, ale i radosną rewolucję społeczną i obyczajową, u nas jest głównie pałowaniem studentów. Niestety do akcji
Milicji Obywatelskiej i ORMO (Ochotniczych Rezerw MO) w wielu miastach
dołączają także robotnicy, szczególnie z dużych zakładów pracy. Rządowe
media mówią o nich "aktyw" i chwalą za poczucie odpowiedzialności za
państwo. Dostają biało-czerwone lub czerwone opaski na rękawy płaszczy
(w wielu miejscach Polski mimo marca prószy śnieg) i gumowe pały lub
długie, wyginające się w ręce węże. Ze stoczni nie ma ich wielu, ale
niesmak pozostaje.
Lech Wałęsa w Drodze nadziei pisze, że "premia za gotowość pałowania
młodzieży wynosiła wtedy po dwa tysiące na głowę"105. Jeśli tak, to
tyle, co dobra stoczniowa pensja. Podobnie jest w każdym dużym zakładzie
Polski. Mieczysław Gil z Nowej Huty w Krakowie wspomina: "Huta była
wtedy bastionem robotników, wykorzystywanych do rozpędzania tych
studentów. To się nazywało Milicja Robotnicza, chodzili z opaskami na
rękawach"106. Gil sam ma w Krakowie siostrę studentkę, nie
wychodzi z zakładu i nie wsiada do podstawianych przez milicję
ciężarówek. Ale jest dużo takich, co wzięli te gumowe pały i wsiedli do
autokarów, które zawiozły ich na teren uniwersytetu.
Lech Wałęsa mówi, że jednego dnia widzi w szatni pręgi na plecach
studenta odbywającego praktyki w stoczni. Bierze go i pokazuje innym.
"Patrzcie, co ONI robią naszym dzieciom!" - mówi.
Obrona przez atak
W tym smutnym okresie późnej gomułkowszczyzny władza jeszcze dolewa
oliwy do ognia. 30 listopada 1970 roku Biuro Polityczne Polskiej
Zjednoczonej Partii Robotniczej postanawia wprowadzić drastyczne
podwyżki cen, które ogłasza z dnia na dzień, a właściwie w nocy. Do tego
tuż przed świętami Bożego Narodzenia. Partyjni notable wiedzą, że to
musi się skończyć protestami robotników. Dlatego jednocześnie z decyzją
o podwyżkach władze przygotowują swoiste "działania osłonowe", nie tyle
dla obywateli, ile dla siebie. Wyprowadzają więc do przodu pionki w postaci milicji, a za nimi przesuwają o wiele cięższe figury - SB, ZOMO
(Zmotoryzowane Odwody Milicji Obywatelskiej) i wojsko. Przygotowują swe
pozycje nie tyle do odparcia spodziewanej rewolty społeczeństwa, ile do
bezwzględnego jej stłumienia. To jak szachowa obrona sycylijska przez
atak, gdzie statystycznie najczęściej wygrywa ten, kto wysunie
środkowego pionka na centralne pole. Albo w mocniejszym wariancie obrony
sycylijskiej smoczej, gdzie do pionka szybko doskakuje skoczek.
Agresywnie i dobrze grający gracz ma wtedy około pięćdziesięciu czterech
procent szans na wygranie partii. Władza w PRL-u ma pewnie jeszcze
więcej.
Podstawą prawną działań władzy (jeśli można tu mówić o prawie) ma być
tajne rozporządzenie ministra spraw wewnętrznych z 9 grudnia 1970 nr
0010/70 powołującego Sprawę Operacyjnego Rozpracowania (czyli w skrócie
SOR) o kryptonimie "JESIEŃ"107. I tak w ramach tej operacji MSW
postawiło w gotowości Milicję Obywatelską, ZOMO i Służbę Bezpieczeństwa.
Do Gdańska przyjechały zastępy ze szkoły milicyjnej MO w Słupsku. Z kolei 8 grudnia swoje nowe procedury wprowadza Ministerstwo Obrony
Narodowej, co pokazuje, że od samego początku władza zamierzała użyć do
pacyfikacji żołnierzy. Na czele MON stoi generał Wojciech Jaruzelski,
młody ambitny dowódca, sprawdzony już w 1968 roku. W owym burzliwym roku
generał brał aktywny udział w antyżydowskich czystkach w wojsku, splamił
też mundur i honor polskiego żołnierza, dowodząc polską częścią Operacji
Dunaj, czyli pacyfikacji Praskiej Wiosny. Jego 2. Armia Wojska
Polskiego, specjalnie sformowana dla celów pacyfikacji, była największą
po Rosjanach siłą interweniującą w Czechosłowacji. Teraz, w 1970 roku,
już jako minister obrony narodowej, jest pewnym ogniwem przygotowywanej
"stabilizacji" sytuacji, czyli represji.
11 grudnia w stan gotowości postawiono Jednostki Nadwiślańskie MSW,
przeznaczone głównie do ochrony rządu i kierownictwa Partii oraz ich
rodzin. Można powiedzieć, że władza robotnicza była gotowa na szok, jaki
przygotowała dla swoich robotników. "Zapewne wielu z Was zginie, ale
jest to poświęcenie, na które jestem gotów" - mógłby powiedzieć za (a właściwie przed) Lordem Farquaadem ze Shreka Władysław Gomułka.
Wieczór 12 grudnia, sobota. Najlepszy dzień tygodnia na wprowadzenie
podwyżek. Zakłady pracy już zamknięte, ludzie siedzą w domach, jutro
rano pójdą do kościoła na msze. Będą szeptać, a nawet lamentować i rozpaczać, ale nie przerwą pracy, nie zawiążą komitetów strajkowych.
Dziecięcy wózek
Dziecięcy wózek, jak każde "dobro" w PRL-u, trzeba sobie wystać w kolejce, często nocnej lub przynajmniej od wczesnego ranka, zanim
otworzą sklepy. Albo - kolejne słowo klucz - załatwić. Jak lodówkę,
pralkę franię czy później automatyczną, telewizor - na przykład
czarno-biały neptun 411 czy później kolorowy rubin.
"W poniedziałek nie było mnie w Stoczni. Wziąłem dzień wolny, chciałem
kupić wózek dla pierworodnego - Bogdana. We wtorek przyszedłem do pracy
jak wszyscy, normalnie" - pisze Wałęsa w Drodze nadziei108.
Podobnie pamięta to Danuta Wałęsa: "W poniedziałek 14 grudnia, gdy w Stoczni zaczął się strajk, męża nie było w pracy. Miał wolne. Pojechał
na rynek kupić używany wózek dla dziecka"109.
Henryk Jagielski z kolei mówi mi, że 14 grudnia 1970 roku, w poniedziałek, pierwszy dzień strajku, Wałęsa w pracy był, tyle że nie
przystąpił do protestu.
- Pierwszego dnia Wałęsa nie wyszedł z nami. Ale pracował. Pracował i był! I dlatego został wybrany do Rady. Dyrekcja przewidziała, że strajk
będzie trwał długo i chcieli wybrać "swoich" - przekonuje mnie110.
Uwaga, spoiler! Rację mają... obaj. Jak to możliwe? Wyjaśni się później.
Roger Boyes, raczej za tekstem Drogi nadziei, powtarza, że Wałęsa
idzie w delegacji do dyrekcji 15 grudnia, we wtorek. O poniedziałku w ogóle nie wspomina.
Ponad rok później, 15 lutego 1971 roku, wyjdzie w Gdańsku tajne
zarządzenie (numeru brak) o powołaniu przez Komendę Wojewódzką Milicji
Obywatelskiej - Służbę Bezpieczeństwa (na podstawie pisma z Departamentu
III MSW w Warszawie) "zespołu do ankietyzacji osób represjonowanych w zajściach grudniowych"111. Zespół ten działa z kolei poprzez
"projekt badawczy" zespołu złożonego z socjologów: docenta doktora
habilitowanego Stanisława Miki i doktora Witolda Morawskiego z Uniwersytetu Warszawskiego oraz doktora Zbigniewa Sufina i doktora
Krzysztofa Ostrowskiego z Instytutu Filozofii i Socjologii Polskiej
Akademii Nauk. Naukowcy mają dostać dostęp do części materiału zebranego
przez MO i SB podczas zajść i po zajściach: "Istotnym zagadnieniem
warunkującym w dużym stopniu uzyskanie pełnej analizy przyczyn,
charakteru i skutków wydarzeń grudniowych - jest udostępnienie Zespołowi
Badawczemu wyselekcjonowanych materiałów Sł.
Bezpieczeństwa"112. Krótko mówiąc, socjologowie mają pomóc
zrozumieć władzy tak wielki wybuch niezadowolenia robotników.
Ankiety mają ocenić zachowanie setek osób w dniach 14-16 grudnia 1970
roku, a tłem do tej oceny mają być informacje o ich wcześniejszej
postawie, przynależności do organizacji, opinii z miejsca pracy,
sytuacji materialnej itp. Przy Lechu Wałęsie ankieterzy odnotowali (nie
wiemy, na podstawie jakich źródeł), że zarabia 2,2 tysiąca złotych
miesięcznie, co daje siedemset trzydzieści złotych na osobę w rodzinie,
mieszka w pokoju sublokatorskim przy ulicy Beethovena 30, od 11 czerwca
1961 do 13 maja 1967 roku zatrudniony był w POM-ie w Łochocinie (na ten
okres przypadają też jego praca w filiach POM-u oraz służba wojskowa), w okresie pracy w stoczni należy do ZMS (Związek Młodzieży
Socjalistycznej) oraz związków zawodowych, gdzie jest "mężem zaufania do
spraw BHP w Wydz. [Wydziałowej] Radzie W-4". Ponadto "udzielał się
społecznie w pracach organizacji ZMS - aktywny członek. Nie występował
wrogo p-ko PRL".
Na pytania o udział w strajku grudniowym, począwszy od 14 grudnia 1970
roku, tekst ankiety podaje, co następuje: "Brał bezpośredni udział w zajściach ulicznych przed KW PZPR i Komendą Miejską MO. Był jednym z kierowników demonstracji ulicznej. Należał do wszystkich komitetów
strajkowych, jakie istniały na terenie stoczni i na Wydz. W-4, brał
udział w opracowaniu postulatów, petycji, komunikatów przez radiowęzeł.
Był delegatem na spotkanie z tow. Gierkiem. Jego działalność po
zajściach grudniowych miała charakter pozytywny. Zaprzestał działalności
od 19 XII"113.
Wybiegliśmy trochę w przyszłość, ale widać, że ankieta nie rozstrzyga
wątpliwości, czy Lech Wałęsa był w pracy 14 grudnia, a tym bardziej co
wtedy robił. Ankiety innych stoczniowców czasem wymieniają ich aktywność
w danym dniu (jeśli była odnotowana na przykład dzięki zatrzymaniu przez
MO), ale też często opisują ich aktywność ogólnie, bez dat. Jednak
zastanawia sformułowanie "Należał do wszystkich komitetów strajkowych,
jakie istniały na terenie Stoczni i na Wydz. W-4": wiemy, że już
pierwszego dnia takie komitety wybierano na przykład w wydziałach. Gdyby
był w takim komitecie, to prawdą okazałoby się, że był w pracy, a jednocześnie nie wyszedł wraz z innymi stoczniowcami na miasto. Ale
ankieterzy z zespołów badawczych na pewno nie mają dostępu do wszystkich
materiałów SB, stąd ich mała precyzja opisu i ogólnikowość.
Ale najdziwniejsze rzeczy o Lechu Wałęsie w tym pierwszym dniu strajku
opowiada mi Józef Drogoń. W 1970 roku chodzi do szkoły podstawowej. Jego
ojciec pracuje w stoczni i mały Józef przeżywa te dni nie mniej niż
dorośli. Sam zresztą, pomimo zakazów w szkole i w domu, biega do centrum
Gdańska, żeby zobaczyć zamieszki. W 1979 roku, już po wojsku, przyjdzie
i powie, że chce "pomagać przy WZZ-ach". Od tego czasu będzie należał do
"grupy Wałęsy ze Stogów". W latach osiemdziesiątych napisze tekst i będzie z niego korzystał podczas prac nad swoją wspomnieniową książką,
która w okrojonej wersji wyjdzie w Stanach Zjednoczonych. W 2010 roku
udostępnia mi swe teksty. Fragment dotyczący Lecha Wałęsy 14 grudnia
dosłownie brzmi tak: "Byłem bardzo dociekliwy. Pytałem go, dlaczego
działa, skąd taki pomysł, czy jest zgodny z prawem itp. Był zaskoczony,
bo go chyba nikt o to nie pytał. Dla mnie pytania były ważne, bo
chciałem się zorientować, o co chodzi z tą ulotką WZZ. Tłumaczył mi po
swojemu. Opowiadał o udziale w wydarzeniach 1970 r., że zaangażował
się dopiero drugiego dnia, bo pierwszy dzień przeleżał na statku, że
został zwolniony z pracy w stoczni w 1976 r. (...)"114 i tak dalej
[podkreślenie moje].
Kiedy czytam taki tekst, zawsze się zastanawiam, jak go można
zweryfikować. Po chwili przypominam sobie, że przecież Józef Drogoń
podarował mi też niewielką książeczkę, którą wydał w czasie, kiedy był
na emigracji w Stanach Zjednoczonych (w latach 1989-1992). Czytałem ją,
ale akurat na ten okres nie zwróciłem uwagi, bardziej interesowały mnie
wydarzenia, w których autor brał udział w latach osiemdziesiątych.
Odnajduję książkę i szukam, czy w niej znajdę coś o roku 1970. Jest.
Józef Drogoń opisuje swoje pierwsze spotkanie w domu Wałęsów (to samo co
wyżej), Lech mówi mu, żeby przeszli na ty, opowiada o sobie:
"Dowiedziałem się wtedy, że kiedy Lech przyjechał na Wybrzeże, podjął
pracę w Stoczni Gdańskiej jako kawaler. (...) W grudniu w roku 1970-tym
mając już jedno dziecko brał udział w strajku. W pierwszym dniu,
opowiadał Lech, byłem niezaangażowany. Leżałem gdzieś na statku, nie
wiedząc, co się dzieje. Dopiero na drugi dzień zaangażowałem się przy
organizacji"115.
Książka Józefa Drogonia pod tytułem (nomen omen) Wałęsa, jakiego nie
znamy wyszła w 1989 roku w wydawnictwie Wici w Chicago. W Polsce jest
zupełnie nieznana. Józef Drogoń mówi mi, że wydawca, Polonus osiadły w USA, wyciął mu kilka fragmentów, które uznał za nie do końca
odpowiadające powadze "Wielkiego Polaka", ale ten akurat nie wzbudził
jego większych wątpliwości. A i Drogoń nie miał zamiaru szkodzić dobremu
imieniu Wałęsy; przeciwnie, chciał się pochwalić, że był z nim kiedyś
blisko i mu pomagał. W ten sposób, trochę niechcący, stworzył wiarygodne
źródło, które jednak przeczy oficjalnej narracji Lecha Wałęsy. Ten
rozdział zakończę tym, że kilkadziesiąt stron dalej sam Lech
rozstrzygnie te wątpliwości, zresztą na swoją niekorzyść.
14 grudnia. Do dyrekcji i na Reichstag!
Strajk w stoczni zaczął się 14 grudnia. Ale jeszcze 13 grudnia o godzinie 1.15 w nocy patrol MO w Choszcznie zapisuje notatkę, że na
murze miejscowej szkoły widzi napis: "precz z podwyżką, precz z Gomułką,
huje pierdolone" (pisownia oryginalna)116.
Jednak sam strajk w stoczni rozpoczyna się o godzinie 6.00. Stoczniowa
elita, tak zwane esy, czyli wydziały silnikowe S-3 i S-4, przychodzą do
pracy, ale nie przebierają się i nie wychodzą na stanowiska. Chcą
strajku. Wałęsa wspomina, raczej z opowiadań, bo 14 grudnia sam mówi, że
go w pracy nie ma, że informację o strajku po stoczni "rozwożą" kierowcy
wózków elektrycznych. Podczas przerwy śniadaniowej jeżdżą po wszystkich
wydziałach z baniakami kawy oraz informacjami, który wydział stoi.
Trzeba przyznać, że to bardzo filmowa scena.
Henryk Jagielski mówi mi, że na W-4 też się w tym dniu nie przebierali.
Jak wielu kolegów z wydziału czeka. Byli też tacy, którzy się przebrali
i poszli na statek. Ci, którzy jednak poszli do pracy, wracają ze
statków do wydziału o 9.00, na przerwę śniadaniową. Na przerwie
rozgorzała dyskusja, a kiedy przerwa się kończy, stoczniowcy na
większości wydziałów już wiedzą, co mają robić. Wybierają swych
delegatów do dyrekcji.
Alfons Suszek jest jednym z kierowników w brygadzie wydziału W-4.
Wspomina:
- Na wydziale, w czasie strajku (...) ludzie wrócili ze statku (...). W czasie śniadania na świetlicy zebrał się cały wydział i już na statek
nie wrócili i inne wydziały już stanęły, a kierownik polecił, by załoga
została na wydziale. (...) Ja jako majster byłem odpowiedzialny za tych
wszystkich ludzi i byłem zainteresowany, by było jak najmniej
poszkodowanych. Na wydziale był wybrany komitet wydziałowy strajkowy,
który ustalał postulaty do międzywydziałowego komitetu strajkowego,
który się zbierał w dyrekcji. W tym wydziałowym komitecie byli między
innymi Lenarciak, Wałęsa, ja, i jeszcze kilka osób. Łącznikami między
wydziałowym komitetem strajkowym a dyrekcją był Lenarciak i Wałęsa117.
Nie jestem pewny, czy Alfons Suszek na pewno mówi o 14 grudnia, o który
go zapytałem, czy może od razu przeskakuje do 15. Może innym historykom
coś podpowie jego dalsza relacja:
- A zatem wszedł pan do komitetu strajkowego wydziałowego. Byli tam
Lenarciak i Wałęsa. Pamięta pan, o czym rozmawialiście, kto był aktywny,
co postulowaliście? - pytam, bo wiem, że takie szczegóły więcej powiedzą
niż ogólna refleksja.
- Trzyosobowa delegacja [prosiła mnie] abym był uczestnikiem i gwarantem tego spotkania. Wyraziłem zgodę.
- A kto konkretnie poszedł do dyrektora?
- Nie do dyrektora, tylko do kierownika wydziału. A kierownik wydziału
znowu przekazywał do [swojego] szefostwa albo do dyrekcji.
To by się zgadzało z tym, co mówi Jagielski:
- Rada poszła do dyrektora. Z naszego wydziału był Wałęsa. Suszek nie
był [ponieważ był tylko u kierownika wydziału].
Jednak większość rozmówców jako delegatów całej stoczni, idących na
rozmowy do dyrekcji stoczni, wspomina Edwarda Nowickiego z wydziału S
oraz Jana Subdę. Wałęsa nie został zapamiętany.
Tyle Alfons Suszek i Henryk Jagielski o samym początku strajku. Zaraz
potem ich drogi się rozeszły. Suszek opisał procedurę tworzenia i składania postulatów do dyrekcji. Ale w tym samym czasie duża grupa
stoczniowców, w tym Henryk Jagielski, wychodzi na miasto. To ci, co
wiedzą, gdzie jest prawdziwy wróg. Nie dyrektor stoczni wprowadził
podwyżki i nie on je może cofnąć.
Celem wzburzonych stoczniowców jest "Reichstag", czyli Komitet
Wojewódzki PZPR przy ulicy Wały Jagiellońskie. Nieco ponad kilometr od
stoczni, akurat tyle, aby tłum zdążył się scalić w manifestację, a gardła rozgrzać okrzykami: "Cofnąć podwyżki! Chcemy chleba!".
Zanim dojdą do połowy drogi, śpiewają już Międzynarodówkę, na początek
dosyć wolny i uroczysty wstęp:
Wyklęty powstań, ludu ziemi,
Powstańcie, których dręczy głód.
Myśl nowa blaski promiennymi
Dziś wiedzie nas na bój, na trud.
Potem z całych sił refren:
Bój to jest nasz ostatni,
Krwawy skończy się trud,
Gdy związek nasz bratni
Ogarnie ludzki ród118.
Całkiem pasuje w tych okolicznościach a i wróg powinien usłyszeć, kto tu
jest prawdziwym robotnikiem. A potem jeszcze echa nie tak dawnej wojny -
Marsz Gwardii Ludowej!
My ze spalonych wsi,
My z głodujących miast.
Za głód, za krew, za lata łez
Już zemsty nadszedł czas!
Więc zarepetuj broń
I w serce wroga mierz!
Dudni już krok, milionów krok,
Brzmi partyzancki śpiew119.
Stoczniowcy znają te słowa ze szkolnych zajęć z muzyki, gdzie Marsz
Gwardii Ludowej jest żelaznym punktem programu aż do 1989 roku.
Andrzej Bulc jeszcze uczy się w technikum. Szkoła zamknięta, dyrektor i nauczyciele pilnują, żeby nikt nie wyszedł. Ale po lekcjach, wiadomo,
trzeba biec do centrum, zobaczyć, co się dzieje. Na komitet napiera tłum
stoczniowców, próbują go podpalić, ale nie bardzo im to wychodzi. Uda
się dopiero następnego dnia. Za dworcem, ale jeszcze przed Huciskiem, na
niewielkim wzgórzu widzi charakterystycznie ubranego człowieka. Jest
wysoki, na głowie ma czapę ze zwisającym na ramię lisim ogonem. Stojąc
na wzgórzu, jak Jagiełło pod Grunwaldem, kieruje walką. Stoczniowcy
rzucają butelkami z benzyną w stojące w pobliżu samochody wojskowe. Są
to głównie pojazdy opancerzone i wielkie budy z plandekami. Przywiozły
żołnierzy albo czekają na zatrzymanych robotników.
Kiedy w stoczni dyrektor tłumaczy delegatom, że w jego gestii nie leży
cofnięcie podwyżek, tłum pod komitetem żąda rozmów z I sekretarzem PZPR
w Gdańsku. Ten nie wychodzi. Zamiast przed robotnikami staje sekretarz
do spraw organizacyjnych Zenon Jundziłł. Prosi, by stoczniowcy wybrali
delegację, którą zaprasza do budynku. Tłum boi się, że ci szybko zostaną
aresztowani.
Stoczniowcy zajmują milicyjną nyskę z nagłośnieniem. Tłoczą się do
środka z czystej ciekawości, jak wygląda taki pojazd. Pierwsi
odważniejsi zaczynają przemawiać do mikrofonu, a ich głos przez tuby na
dachu samochodu płynie nad tłumem. Liderzy demonstracji krzyczą: jutro
zbieramy się na wiec tutaj, pod komitetem. A teraz wracamy pod stocznię
i przekazujemy to pozostałym kolegom. Potem jedziemy po studentów.
Henryk Jagielski:
- To nie była nyska, tylko star. Wszyscy z niego przemawiali, i Nowicki,
i Jędrzejewski, i Subda. Ja też byłem przez chwilę w tym radiowozie, ale
tam było bardzo ciasno.
Do nyski czy stara wskakuje Jan Subda, jeden z inicjatorów strajku.
Woła: "Nie ma się co łudzić, partia nam nie da ani chleba, ani masła.
Wracamy na stocznię po kolegów i idziemy do studentów po
pomoc!"120.
Andrzej Bulc razem z kolegą okrąża "Reichstag". Z tyłu budynku widzą
otwierane na wyższych piętrach okna. Ktoś wyrzuca z nich długie,
czerwone chodniki ściągnięte z korytarzy. Po tych chodnikach niezdarnie
ewakuują się pracownicy komitetu. Widzą próby podpalenia budynku, ale
boją się wyjść frontowymi drzwiami.
Nagle kordon milicji idący od strony budynku NOT zaczyna strzelać. Tutaj
jest mniej stoczniowców, ale i ci z desperacją ruszają na milicjantów.
Ktoś krzyczy "Zabili naszego kolegę!" i wali zrozpaczony łomem po
drzwiach i szybach.
Po mieście, pośród zamieszek, chodzi też inny gdański uczeń, Józef
Drogoń. Dyrektor kazał zamknąć szkołę i do czasu uspokojenia sytuacji na
ulicach zatrzymać uczniów w budynku. Ale Józek z kolegą uciekli przez
okno. Słyszeli, że w mieście strzelają do stoczniowców, a ojciec Józefa
pracuje w stoczni.
"Około jedenastej byłem na Hucisku. Ludzie atakowali most nad torami, by
się dostać pod komendę milicji i areszt. Ludzie mieli biało-czerwone
flagi, rzucali kamieniami. Spod dworca widziałem, jak latał helikopter i zrzucał petardy i gaz łzawiący".
Potem widzi jeszcze spalone samochody, unieruchomione transportery
opancerzone, rozbite sklepy. Do domu wraca po 15.00. Ojciec nie wróci na
noc. Razem z matką, pracującą w ZREMB-ie, będą czekali na niego do
następnego dnia.
"Mówił, że został dlatego, bo rano strzelali do robotników i dla zasady
trzeba było w stoczni zostać. Opowiadał, że w nocy do stoczni
przyjechała milicja i wszystkich, którzy byli przy bramie, pobito
pałami. To wszystko zapadło mi w pamięć, choć nie rozumiałem tego, co
się wydarzyło. Ale od tego czasu odczuwałem wewnętrzny przymus, by
zrozumieć, by się jak najwięcej dowiedzieć. Słuchałem radia Wolna
Europa. W 1975/76 zacząłem robić własne nadajniki radiowe na fale
średnie i UKF"121.
I Andrzej Bulc, i Józef Drogoń spotkają się za kilka lat z Lechem Wałęsą
w Wolnych Związkach Zawodowych.
Część stoczniowców tworzy na gorąco patrole porządkowe. Próbują zapobiec
rabowaniu, zatrzymują korzystających z okazji ludzi, każą odnieść towar,
a dla pewności nawet spisują ich personalia. Nie chcą, by strajk został
przedstawiony jako chuligańskie zamieszki.
Likwidują też kordon wokół budynku komitetu, ruszają z powrotem do
stoczni. Na czele nyska, ale... brakuje w niej paliwa. Trzeba pchać,
szkoda takiego profesjonalnego nagłośnienia.
Pod bramą numer dwa liderzy powtarzają apel o jutrzejszym oblężeniu
komitetu, a potem tłum idzie do studentów. Też niedaleko, dwa i pół
kilometra, ale samochód bez benzyny trzeba pchać, więc zmieniają się.
Pod politechniką wyłamują bramę, odpychają prorektora i apelują do
studentów. Ci jednak milczą.
Henryk Jagielski:
- Pytali: "A gdzie wy byliście w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym
ósmym roku?".
Część studentów jednak mówi: "Nie teraz. Wyrzucą nas. Dołączymy
wieczorem".
Rzeczywiście, zorganizują wiec o 17.00, a część na następny dzień
dołączy do demonstrantów na mieście.
Kolumna stoczniowców i mieszkańców Gdańska idzie jeszcze pod Radio
Gdańsk, żąda nadania w eter informacji o strajku. Kiedy wracają, na
wiadukcie Błędnik zostają zaatakowani przez ZOMO, ale rozrywają ich
kordon i idą dalej. Tłum z początkowego tysiąca, który wyszedł ze
stoczni, liczy już 10 tysięcy; dołączają stoczniowcy ze Stoczni
Północnej i Portu. Ludzie przekazują sobie też informację, że milicja
aresztowała "tych trzech" z nyski. Jutro rano trzeba ich odbić, a potem
- znów na komitet! Tym razem na pewno zapłonie.
Walka
Mimo powrotu dużej części stoczniowców do zakładu w mieście do późnego
wieczora trwają walki. Biorą w nich udział nie tylko stoczniowcy, ale i robotnicy z innych zakładów pracy, mieszkańcy Gdańska, studenci,
młodzież. Główne walki trwają w okolicach Dworca Głównego. Manifestanci
w sile około 6 tysięcy ludzi zbudowali barykadę i walczą z zomowcami
nacierającymi spod Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Na wózkach
akumulatorowych dowożą kamienie z pobliskiego placu budowy. Waldemar
Marczak, w ZOMO zaledwie od 1 września 1970 roku, ucieka przed około
trzystuosobową grupą, w której "przejawiali się młodzi cywile
(długowłosi)" wołający: "hitlerowcy, gestapowcy!". W zawiłych słowach
raportu pisze, że: "Podczas tego wycofywania zostałem w biegu uderzony
nie wiem czym, utraciłem przytomność padając przez bliżej nieokreślony
przedmiot w wodę, podczas czego uzyskałem chwilowo przytomność, i spostrzegłem, że jakiś funkcjonariusz podtrzymał mnię, i dalej straciłem
przytomność, którą odzyskałem w szpitalu"122.
Reakcje robotników były skrajnie różne, od prób linczu na mundurowych po
chronienie tych już złapanych. Takiej huśtawki emocji doświadczył
żołnierz, kapral Ryszard Tofil: "Obrywano mi kieszenie, szukając
dokumentów. (...) słyszałem krzyki: "zobaczyć, czy ma książeczkę
partyjną", "jeżeli tak, to powiesić". Na szczęście nie miałem ich przy
sobie. Co chwilę ktoś podskakiwał i zadawano mi razy, wyrwano broń. (...)
Podleciało do mnie kilku osobników i wyrwało mnie z tego otoczenia,
jeden z nich wcisnął mi ponownie do ręki broń, słyszałem, że ktoś mówił
"nie bój się, choć [sic!] z nami". Podleciał jeszcze jakiś mężczyzna
schwycił mnie za szalik, skrzyżował go i usiłował mnie nim dusić, lecz
został odepchnięty"123.
Kapitan Antoni Rauch, dowódca transportera opancerzonego TOPAS, również
doświadcza naraz piekła i ocalenia. Manifestanci kierują zdobycznego
stara w stronę jego pojazdu, w tym czasie inni wpychają wyrwany znak
drogowy w gąsienice. Pojazd kręci się bezradnie w kółko, a manifestanci
wspinają się na niego i przez właz wrzucają wystrzeliwane przez ZOMO i zebrane z ulicy pociski dymne. Żołnierze wyskakują z pojazdu, a kapitan
zostaje powalony na chodnik. "Rozłożonego na ziemi trzymano mnie za
włosy, ręce, nogi i bito. Jeden z osobników trzymał mnie za gardło i wrzeszczał: "Dajcie noża, to chuja zarżniemy". W grono atakujących mnie
wpadło 3-4 robotników stoczni, krzycząc: "Dajcie spokój to nasz", po
czym wyrwali mnie oprawcom i zaprowadzili do stojącego naprzeciwko
dworca tramwaju"124.
Jeden z milicjantów uciekł przed tłumem pod komitetem partii na ulicę.
Niedaleko niego na chodniku stał "uczeń z tornistrem na plecach.
Patrzył. (...) Milicjant pałką pobił chłopca. Chłopiec przewrócił się,
leżał na plecach, twarzą ku górze, a milicjant buciorem stanął mu na
szyi. Wtedy rozległy się krzyki kobiet: "O Boże, dziecko, za co
dziecko?". I ludzie ruszyli na tego milicjanta, przewrócili go na
ziemię, darli na nim mundur, bili go i kopali, za tego chłopca z tornistrem, którego teraz ktoś z tłumu niósł na rękach, a z rozpiętego
tornistra wylatywały zeszyty, wiatr przewracał kartki, padały pod nogi.
Gdy zawyła karetka pogotowia, tłum się rozstąpił. Lekarz wyskoczył,
wyciągnęli nosze - najpierw chłopiec (...) potem lekarz schylił się nad tą
bestią, na którą teraz ludzie pluli, bronili człowiekowi w białym
fartuchu dostępu. "To morderca!" - krzyczeli. Ale doktor wziął i jego na
nosze i wsadził do tej samej karetki. Wołał w tłum: "Jestem lekarzem,
muszę każdego ratować!""125.
Szeregowy Andrzej Wróbel ze szkoły milicyjnej w Słupsku trafia do
Szpitala Morskiego w Gdyni. "W szpitalu nikt nie kwapił się do
udzielenia szybkiej pomocy. Pielęgniarki mówiły: ludobójcy, mordercy,
strzelaliście do ludzi, to teraz cierpcie"126.
Dobieranie kart
14 grudnia władza widzi, że najburzliwsze wystąpienia w kraju będą miały
miejsce na Wybrzeżu. Dobiera więc dodatkowe karty z esbeckich talii
innych województw. Do Gdańska przyjeżdża trzech esbeków z Katowic,
czterech z pobliskiej Bydgoszczy i trzech z Koszalina oraz aż sześciu ze
spokojnego, bo mało uprzemysłowionego, Olsztyna. Podobno są też z Bielska-Białej, Lublina. Olsztyński zaciąg okaże się jednak
najefektywniejszy. Wśród olsztynian są kapitanowie Henryk Rapczyński i Edward Graczyk127. Właśnie ci dwaj okażą się w naszej historii
asami wyciągniętymi z rękawa.
Na razie uzupełniają i tak już szeroką talię kart trzymaną w rękach
władzy. Pułkownik Jerzy Andrzejewski, komendant wojewódzki MO w Gdańsku,
i jego zastępca do spraw SB pułkownik Władysław Jaworski wiedzą jednak,
że nadchodzi trudna rozgrywka. Szczególnie dla Wydziału III zajmującego
się opozycją. Główne postaci Wydziału III to naczelnik podpułkownik Jan
Kujawa oraz jego najlepsi pracownicy: Wojciech Raniewicz, Zenon
Ratkiewicz i Czesław Wojtalik (chociaż akurat u tego ostatniego z przydatnością do służby bywało różnie). Na terenie samej stoczni mają
swego człowieka, emerytowanego esbeka kapitana Józefa Dąbka pseudonim
"Madziar". Po przejściu na emeryturę zostaje rezydentem w stoczni, gdzie
jest łącznikiem między etatowymi funkcjonariuszami a zakładowymi tajnymi
współpracownikami. Wspomagać ich mają inne wydziały, jak Wydział "B" -
obserwacyjny, czy Wydział "T" - techniki. Oczywiście na pierwszej linii
frontu są gdańscy milicjanci i zomowcy, czyli "bijące serce partii", a także słuchacze szkoły milicyjnej ze Słupska oraz wojsko. Ale mózgiem
operacji są "cywile", nieumundurowani funkcjonariusze Służby
Bezpieczeństwa.
Przyjezdni mieszkają w hotelu Jantar na Długim Targu oraz w milicyjnym
ośrodku na Biskupiej Górce. Z powodu ogromnej liczby zatrzymywanych i wzywanych rozmowy są przeprowadzane nie tylko na Okopowej, ale i w hotelowych pokojach. Przesłuchania zatrzymanych odbywają się w komendzie
wojewódzkiej, choć część "rozmów profilaktycznych" w Jantarze128.
Ale przyjazd takiej dużej liczby funkcjonariuszy z całego kraju to nie
tylko obowiązki. W połączeniu ze stresującą pracą mamy wybuchową
mieszankę. Esbecy nocami odreagowują stres, szaleją w hotelach i knajpach. Wyjazd służbowy traktują jak integracyjny, piją na umór,
awanturują się.
M., jeden z gdańskich esbeków (w UB jeszcze od lat czterdziestych),
pierwszego dnia strajku nie zostaje wpuszczony na teren stoczni. Jest
zaskoczony skalą wystąpień. Ale jako doświadczony esbek ma swoje metody,
wchodzi. Idzie na każdy wiec, gdzie słucha przemawiających.
- Mieliśmy zrobić rozpoznanie, czego dotyczą żądania. O co chodzi -
tłumaczy.
Po pierwszym szoku, w tłumie przed dyrekcją i na wydziałach odnajduje
swoich informatorów. W tym burzliwym czasie nie wszyscy chcą z nim
rozmawiać. Jeden jednak, Czesław S., jest lojalny wobec swego
prowadzącego. "Nadaje mi postulaty" - mówi M.
M. kontaktuje się z naczelnikiem Wydziału III, pułkownikiem Kujawą.
Dzięki temu do komendy wojewódzkiej MO płyną pierwsze meldunki.
M. razem ze stoczniowcami wychodzi na miasto. Razem z nimi idzie przed
komitet wojewódzki partii. Razem z nimi krzyczy, ale przede wszystkim
obserwuje. Zapamiętuje twarze, imiona, zachowanie. Podsłuchuje rozmowy.
Od strony Stoczni Północnej nadchodzą nowi manifestanci. W 2010 roku M.
twierdzi, że to młodzi funkcjonariusze z Departamentu I MSW przebrani za
robotników. Twierdzi, że tego dowiedział się dopiero później, kiedy już
wrócił na Okopową.
- Departamentu pierwszego? Wywiad? - pytam zaskoczony.
- Mieli sprowokować stoczniowców. Chodziło o wymianę władzy - mówi z naciskiem.
Szczegóły, szczegóły! Jeśli mam uwierzyć w to, co mówi, musi podać
więcej szczegółów. Inaczej nadal będę z powątpiewaniem kręcił głową, co
go denerwuje. Ale nie jestem tu po to, aby słuchać bajek byłego esbeka.
- Kto dostawał pana meldunki?
- Tylko Kujawa [naczelnik Wydziału III], nad nim Leśniewski Daniel
[nie znajduję takiego funkcjonariusza], a potem Pożoga [Władysław,
pierwszy zastępca komendanta wojewódzkiego MO do spraw SB w Gdańsku].
Czyli wysoko, a Pożoga na pewno miał kontakt z MSW w Warszawie.
- Kto był w komitecie strajkowym? - pytam jeszcze, żeby sprawdzić jego
wiedzę o tym strajku.
- Górski Leszek, Wałęsa i jakiś oficer. Najmądrzejszy był ten Górski,
inżynier - mówi.
Trochę mało, nie wymienił Nowickiego, Subdy, Kazimierza Szołocha, ale
trzeba przyznać, że te składy zmieniały się jak w kalejdoskopie. Jednak
to, że M. mówi o Górskim jako "Leszku", w dużym stopniu uwiarygadnia
jego relację. Górski w rzeczywistości ma na imię Jerzy, ale używał
drugiego imienia Lesław, więc koledzy mogli do niego mówić Leszek. I takie imię pewnie słyszy tajniak idący wraz ze stoczniowcami w tłumie. A na marginesie: TW "Bolek" w późniejszych donosach też będzie używał
imienia Lesław na opisanie Górskiego, natomiast SB, rozpracowując go,
założy mu teczkę na "Jerzy Lesław Górski".
Teza o tym, że część władzy wykorzystała (a nawet sprowokowała)
robotnicze protesty, powtarza się często. Same podwyżki i brutalne
zachowanie milicji były wystarczającymi powodami wybuchu. A funkcjonariusz M. opowiada tylko o kuchni, o tym, jak to zostało
podkręcone.
Tymczasem kończy się pierwszy dzień strajku. Nie kończy się jednak dzień
pracy esbeka. Na ulicach trwają walki, musi tam być, obserwować. Zwija
go patrol milicji i wraz z innymi zatrzymanymi odstawia na komendę.
Dopiero tu może się ujawnić, wrócić do swoich, spotkać z naczelnikiem
Kujawą i złożyć raport z całego dnia.
Dzień drugi. Godzina siódma, okno po raz pierwszy
Wtorek, 15 grudnia, znowu 6.00. Stoczniowcy przychodzą do pracy, ale już
prawie nikt nie przebiera się w robocze ubrania. A jeśli się
przebierają, to głównie dlatego, żeby podczas spodziewanych walk nie
zniszczyć swoich. Pamiętają o kaskach, co bardziej krewcy biorą w ręce
rurki, łomy, a w kieszenie śruby. Podobnie dzieje się w dziesiątkach
zakładów Trójmiasta: Stoczni Północnej, Unimorze, Elmorze, Zrembie,
Stoczni im. Komuny Paryskiej w Gdyni.
Od samego rana część stoczniowców zbiera się przed budynkiem dyrekcji.
Jednak więcej jest tych, których nie interesują rozmowy z dyrekcją,
wybierają się wprost do komitetu partii i komendy miejskiej MO. Z okien
dyrekcji do tłumu przemawia wielu stoczniowców, a wśród nich jest także
Wałęsa. Pamiętają go między innymi Henryk Jagielski oraz Bogusław Gołąb.
Przemawiający nie są członkami komitetu strajkowego, raczej jest tak, że
każdy chętny mówi, co chce.
W 2020 roku pytam Lecha Wałęsę, jak pamięta ten dzień. Być może nawet
kluczowy dla całego swego przyszłego życia.
- Tamta akcja, co zameldowałem się do dyrektora w siedemdziesiątym roku,
to było tak: tłum się zebrał i śpiewał, jak to strajkujący tłum. W pewnym momencie dyrektor otworzył okno na pierwszym czy drugim piętrze i mówi: "O co wam chodzi? Niech ktoś przyjdzie i powie mi, o co chodzi.
Nie ma chętnych. Wszyscy stchórzyli albo..." - szuka słowa. Jego opowieść
jest jak zawsze barwna, plastyczna, ale też bardzo ogólnikowa. Wreszcie
wyciąga rękę w górę, jakby się zgłaszał na lekcji do odpowiedzi, i kontynuuje:
- No to ja! Zasuwam i mówię mu, o co chodzi. Zgłosiłem dwa postulaty:
uwolnić więźniów i cofnąć ceny. On odpowiada: "To są rzeczy poza moimi
możliwościami". Więc ja czy on (już nie pamiętam) odpowiada do ludzi:
"Te postulaty, które są zgłoszone, są poza możliwościami dyrektora".
Więc tłum się wściekł i idziemy! Zakręca za bramą i idzie na miasto.
- Kiedy pan mówi "uwolnić więźniów", ma pan zapewne na myśli: uwolnić
kolegów stoczniowców zatrzymanych dzień wcześniej? - dopytuję.
- Tak jest! Bo dzień wcześniej zamknięto paru ludzi129 - mówi mi w 2020 roku Wałęsa.
Józef Szyler z W-4 też stoi w tłumie pod oknami dyrekcji. Słucha
przemawiających z okna. Po latach mówi mi:
- Gdy przyszliśmy we wtorek do pracy, okazało się, że nie ma komitetu
strajkowego z poniedziałku. Zostali w nocy aresztowani przez bezpiekę.
Dyrekcja stoczni nie chciała interweniować w tej sprawie. Wałęsa rzucił
hasło, by iść i ich odbić.
- Wałęsa rzucił taką propozycję? - dziwię się.
- Tak, z okna dyrekcji. Wałęsa był i dwóch innych gości. Potem się
zrobiło pięciu czy sześciu. Ludzie jeszcze zaśpiewali Międzynarodówkę,
a później poszli. Było to około dziewiątej.
W rzeczywistości wyszli znacznie wcześniej, około 7.00, ale dla mnie
większym zaskoczeniem jest wiadomość, że Wałęsa według Szyllera również
nawoływał do pójścia do komendy miejskiej MO, gdzie przetrzymywano
aresztowanych. Do tego robił to z okna. Nikt więcej jednak mi tego nie
potwierdza.
A więc jest 7.00. Część stoczniowców stoi przed budynkiem dyrekcji, a część wychodzi na miasto. Najkrótszą drogą, przez bramę numer dwa. Przed
budynkiem dyrekcji zostaje może tysiąc, może 2 tysiące stoczniowców.
Natomiast na miasto wychodzą 4 tysiące, masa chłopa, a wiadomo, że
dołączą do nich i inne zakłady oraz młodzież szkolna. Po wczorajszych
walkach dziś będzie z pewnością jeszcze bardziej bojowo.
Gdzie w tym czasie jest Wałęsa, w którym tłumie? Pytam go o to. Mówi, że
w momencie wyjścia stoczniowców z zakładu jest jeszcze u dyrektora. Ale
właśnie pośpiesznie wychodzi.
Lech Wałęsa opowiada:
- Kiedy wychodziliśmy, dyrektor mówił: "Zróbcie wszystko, bo dojdzie do
tragedii. Jak pójdą na miasto".
- To był dyrektor...?
- Żaczek. Dyrektor Żaczek. I tak zasugerował: "Jak wam się uda, to my
zapłacimy". Ja jakoś nie mogę tego jego zdania przypomnieć sobie
dokładnie. Ale to była taka sugestia: załatwimy z wami, jak zatrzymacie
to.
- Ale to była sugestia w takim sensie, że da podwyżki stoczniowcom czy
że odwdzięczy się konkretnie panu? - próbuję uściślić.
- Nie pamiętam, ale coś takiego.
- Dyrektor Żaczek?
Kiwa głową. Próbuję jeszcze dopytać, kto z nim był w tamtej chwili u dyrektora Żaczka. Kręci głową, nie pamięta. A może był sam, z własnej
inicjatywy?
Niepamięć, ludzka rzecz. Ale raczej nie jest tam sam. Wczoraj go jeszcze
nie było w pracy, dziś jest dopiero 7.00 i sam negocjuje z dyrektorem? W dyrekcji musi być ktoś jeszcze, choćby z poniedziałkowego komitetu.
Stoczniowiec Marian Zieliński w czerwcu 1981 roku relacjonował, że tego
ranka w budynku dyrekcji było "około dwunastu, czternastu osób" z Rady
Delegatów, która zastąpiła radę wybraną dzień wcześniej, złożoną głównie
ze stoczniowców członków partii. Pamięta, że większość nowych delegatów
mówiła przez okno, a wszyscy razem byli u dyrektora. Nie podaje jednak
żadnych nazwisk130. Ale dyrektor też nie jest sam. W różnych
relacjach wspominani są jego zastępcy oraz sekretarz zakładowy PZPR, z pewnością wśród przedstawicieli stoczni przewijających się przez gabinet
dyrektora są też funkcjonariusze SB, a konkretnie ci, którzy na co dzień
"opiekują się" stocznią. Pojawia się istotne pytanie. Czyja była oferta
mówiąca o odwdzięczeniu się za zatrzymanie tłumu? I jak niby Wałęsa
miałby to zrobić?
Dzień drugi. Godzina ósma, komenda po raz pierwszy, okno po raz drugi
Tymczasem stoczniowcy już wychodzą na miasto. Henryk Jagielski pytany,
kogo pamięta z czoła pochodu, odpowiada:
- Wydaje mi się, że wszyscy byli aktywni i wszyscy zasługują na
wyróżnienie. Indywidualnie to można powiedzieć, że był Markowski
"Bonanza", który opanował czołg i ruszył nim na ZOMO, Wacek Cieślak,
który zabrał łom ze sobą, Jasiu Jasiński. Pod stocznią rozprawiliśmy się
z grupką zomowców i poszliśmy dalej. Ludzie przychodzili już z całego
Gdańska, zakłady pracy były nieczynne.
Pięćdziesiąt lat później, w lutym 2020 roku, siedzę w gabinecie Lecha
Wałęsy i słucham jego wspomnień z tego marszu na miasto. Lech Wałęsa
ożywia się, widać, że wciąga się w tę opowieść, jakby to było wczoraj:
- No i teraz tak: tłum już ruszył, a ja szybko ich doganiam. Na
wysokości drogi na PKS i Zieleniaka [który był wtedy]
budowany131. Tam dogoniłem tłum i wychodzę naprzód, pięć metrów
do dziesięciu, ręka do góry. - Lech Wałęsa znów wyciąga rękę jak prymus
w klasie rwący się do odpowiedzi i po chwili kontynuuje: - Wołam do
milicjantów przed nami: "Wycofać się, wycofać!". I oni wycofują się, nie
atakują nas! A tym z tyłu [stoczniowcom] mówię: "Nie rzucać! Idziemy
po więźniów"132.
Widzę Wałęsę znanego z 1980 roku, kiedy tłumy śledzą każdy jego gest i słowo. Ale to, co mówi o 15 grudnia 1970 roku, nie do końca jest prawdą.
Ani nie mógł jednym gestem wycofać milicji, ani powstrzymać przed walką
stoczniowców. Manifestacja idzie w stronę Dworca Głównego, gdzie
dochodzi do pierwszych starć z milicją oraz elewami - słuchaczami
słupskiej szkoły milicyjnej. Niedoszli milicjanci wycofują się i rozpraszają. Część z nich trafia do szpitala. Lekarze, oprócz złamań i potłuczeń, stwierdzają u nich coś jeszcze: i milicjanci, i młodzi adepci
zdradzają objawy zażywania (być może przymusowego) nieznanych środków
psychotropowych. Tej diagnozy nie wpisują w kartoteki, ale zeznają
dziesięć lat później przez solidarnościową komisją133.
Stoczniowcy, po pierwszej udanej potyczce, idą w stronę Komitetu
Wojewódzkiego PZPR i tu tłum jest już na tyle duży, że może się
rozdzielić. Jedna część zostaje pod komitetem, aby rozliczyć się z partią, a druga idzie do komendy miejskiej MO na Świerczewskiego, aby
uwolnić aresztowanych kolegów. Jedno miejsce od drugiego dzieli zaledwie
trzysta metrów, pomiędzy nimi jest tylko wiadukt nad torami zwany
Hucisko. Widzą się nawzajem, mogą sobie nawet w razie potrzeby pomóc.
Stoczniowcy, którzy zostali pod komitetem, chwytają kilkunastu
milicjantów i pod eskortą wysyłają ich jako jeńców do stoczni.
Joanna Wojciechowicz jest młodą absolwentką architektury. Pracuje w miejskim wydziale architektury mieszczącym się w tym samym budynku co
Prezydium Miejskiej Rady Narodowej. Akurat naprzeciw Huciska, z oknami
na ulicę Świerczewskiego, tam gdzie komenda miejska MO. Kierownictwo
każe urzędnikom odejść od okien, ale Wojciechowicz stoi i patrzy jak
urzeczona.
- Do końca życia będę pamiętała: jeszcze było ciemno, pusto, a ten tłum
szedł przez Hucisko. Krzyczeli: "Chcemy chleba!", ale to był taki
pomruk. Byli jeszcze daleko od tego Huciska, ale to się już czuło, to
takie było niesamowite, fantastyczne - mówi mi i słyszę, że ten rok 1970
wywarł na niej nawet większe wrażenie niż 1980, kiedy sama już była
działaczką opozycji.
Tymczasem Lech Wałęsa tak opisuje mi swoją drogę pod komendę MO:
- Wołam do milicjantów przed nami: "Wycofać się, wycofać!". I oni
wycofują się, nie atakują nas! A tym z tyłu [stoczniowcom]: "Nie
rzucać! Idziemy po więźniów". I takim sposobem, tych wypychając, a tamtych zatrzymując, dyskutując, udało mi się wejść, nie zauważyłem jak,
na komendę na Świerczewskiego. Jak jestem na Świerczewskiego, to myślę,
cholera! Ale ja miałem wtedy dobry komputer! Szybko myślę i mówię:
"Panowie, kto tu rządzi?! Do dowódcy!". Więc zaprowadzili mnie na
trzecie piętro. No i jeden z tych szefów mówi: "O co wam chodzi, do
cholery, przecież jesteśmy drogówką! Po co do nas
przychodzicie?!"134.
Jak Lech Wałęsa dostał się na komendę - to pytanie zadaje sobie wielu
ludzi już od lat. Charakterystyczne jest, że to, co powiedział mi w 2020
roku, jest prawie dokładną kalką jego wypowiedzi powtarzaną od lat
osiemdziesiątych do dzisiaj. Zawsze prawie te same słowa. I zawsze po
nich zostaje to samo pytanie. Jeśli prowadził agresywny tłum, to JAK sam
wszedł do komendy, tym bardziej że zrobił to w sposób: "nie zauważyłem
jak"?
W 1984 roku pisał o tym tak: "Biegnę. Dogoniłem tę grupę milicjantów.
Mówię do nich, żeby się wycofali. Przecież pod Stocznią przed chwilą
było mniej więcej tylu milicjantów i dostali od nas. Po co mają dostać i oni. (...) Oni słuchają, jak gadam. Nie zauważyłem, jak wszedłem do
komendy milicji na Świerczewskiego. Pomyślałem sobie - skoro tu jestem,
to dowiem się, kto tu dowodzi. Odpowiedziano mi, że na trzecim piętrze
jest gabinet dowodzenia"135.
Chwileczkę, chwileczkę! - jak to mawia nasz bohater. Tutaj znowu musimy
sprawdzić, co mówią inni uczestnicy. Ci, którzy doszli już pod komendę,
próbują dostać się do budynku. Komenda jest zamknięta na cztery spusty,
drzwi od środka zamknięte, w korytarzu naprzeciw drzwi pozycje zajmują
funkcjonariusze w kaskach i z ostrą amunicją. Naprzeciw budynku są
jakieś wykopy. Stoczniowcy zbierają z ulicy płyty, gruz, bruk, z kieszeni wyciągają śruby. Walą tym po oknach komendy. Zaczyna się
regularne oblężenie. A Lech Wałęsa jest w środku twierdzy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki