Wałęsa. Gra o wszystko - Krzysztof Brożek

Kup ebooka

49.99 zł
38.49 zł (28,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

DROGI CZYTELNIKU!

Zaczy­namy "Grę o wszystko". Zanim zaczniesz czy­tać tekst, pro­szę, wybierz dwa motta, które według Cie­bie naj­le­piej pasują do Lecha Wałęsy (lub Jego histo­rii).

Potem, w trak­cie czy­ta­nia, możesz zmie­niać oba cytaty, ile razy chcesz, ale zawsze pozo­sta­wiaj w swo­jej puli dwa.

Na koniec wygrywa ten gracz, który do końca "Gry wszystko" pozo­stał z naj­mniej­szą lub naj­więk­szą (nie­po­trzebne skre­ślić) liczbą mott w puli.

I ja mu wtedy mówię, przed wyru­sze­niem w drogę trzeba zebrać dru­żynę.

Anonymous

Trudno wska­zać miej­sce, w któ­rym zaczyna się rzeka.

Lech Wałęsa, Droga nadziei

Jestem pro­stym robot­ni­kiem, w życiu nie prze­czy­ta­łem książki.

Lech Wałęsa do Oriany Fal­laci

I tak zostanę pre­zy­den­tem PRL-u.

Lech Wałęsa

Jeśli cho­dzi o osobę L. Wałęsy padały stwier­dze­nia, że jest on posta­cią godną uwień­cze­nia w lite­ra­tu­rze. Jest inte­li­gentny, dow­cipny, choć ma nieco prze­sadne wyobra­że­nie o sobie.

z donosu TW "Jacek", marzec 1982 roku

Kto nadąża - jest ze mną i ja jestem z nim.

Lech Wałęsa, Droga nadziei

Wałęsa to enig­ma­tyczny przy­wódca powia­towy, któ­remu woda sodowa ude­rzyła do głowy.

Lech Bąd­kow­ski, paź­dzier­nik 1981 roku

Jestem za, a nawet prze­ciw.

Lech Wałęsa cytu­jący słowa Mie­czy­sława Wachow­skiego: "Prze­wod­ni­czący jest za, a nawet prze­ciw"

Ja demo­kra­tycz­nie, półdemo­kra­tycz­nie, a nawet niedemo­kra­tycz­nie buduję demo­kra­cję.

Lech Wałęsa

Ja rzu­cam, a wy łap­cie.

Lech Wałęsa

Im dłu­żej my przy piłce, tym kró­cej oni.

Kazi­mierz Górski

To, że źle robią, to już nie moja sprawa, ja jestem inspi­ra­to­rem.

Lech Wałęsa

Jestem wpraw­dzie tylko kapra­lem, ale uro­dzi­łem się gene­ra­łem, tyle że nie mam swo­jej armii.

Lech Wałęsa

Popeł­ni­łem świa­domy błąd poli­tyczny.

Lech Wałęsa w 1986 roku

Biorę jedną książkę, czy­tam dwie strony, rozu­miem, co autor chce powie­dzieć, spraw­dzam na końcu, i jeśli nie zga­dłem, szu­kam w środku, dla­czego się pomy­li­łem. Myślę: ja bym to zro­bił tak, albo daję dwa warianty, tak albo tak musi on zro­bić, ten boha­ter. I wtedy mówię sobie: Po co ja będę czy­tał, kiedy wiem, że ja już to wiem.

Lech Wałęsa do Ewy Berberyusz

Ja bar­dziej wyglą­dam na dyk­ta­tora, ale robię demo­kra­cję.

Lech Wałęsa

Lechu, jak możemy roz­ma­wiać jak Polak z Pola­kiem, kiedy jeden z nas jest zdrajcą?

Andrzej Gwiazda pod­czas I Zjazdu

Mia­łem na myśli Jaru­zel­skiego.

Andrzej Gwiazda w wywia­dzie z auto­rem

Kto wygra walkę? Mistrz sza­chowy czy mistrz bok­ser­ski?

Lech Wałęsa

Lech Wałęsa: Ja nie czy­tuję ksią­żek

Dzien­ni­karz: Za to pan je pisze.

Lech Wałęsa: Ot, para­doks. Znów jestem inny niż inni.

Lech Wałęsa dla "Wprost"

Spodo­bało mi się to, co Chiń­czycy powie­dzieli: nie­ważny jest kolor kota, ważne jest, jak ten kot jest sku­teczny.

Lech Wałęsa

Lech Wałęsa zuch! Star­czy na tych dwóch. Tutaj stoi Lech! Star­czy i na trzech.

Bro­ni­sław Komo­row­ski w 2008 roku

Mity i sym­bole powinny ustę­po­wać praw­dzie. Ja mam ści­słe wykształ­ce­nie, a tam prawda jest istotna.

Antoni Mężydło

Zręczny to ja nie jestem, to fakt. Przy­stojny też nie. Tylko że znów inten­cje mam czy­ste.

Lech Wałęsa

Źle się stało, że dobrze się stało. To może odwrot­nie, dobrze się stało, że źle się stało.

Lech Wałęsa

Miała być demo­kra­cja, a tu każdy wyga­duje, co chce!

Lech Wałęsa

Mnie można zabić, ale nie poko­nać.

Lech Wałęsa

Wodzu, ty jesteś wielki, i wszystko to, co ty mówi­łeś, się spraw­dziło.

Adam Michnik

Nie mogło być lepiej, to chcia­łem, żeby było śmiesz­niej.

Lech Wałęsa

Wy Wszy­scy co uwie­rzy­li­scie sb a nie mnie jak roz­li­czy­cie krzywdy kiedy prawda zwy­cięży

inter­ne­towy wpis Lecha Wałęsy

Odpo­wiem wymi­ja­jąco wprost.

Lech Wałęsa

- Pan mi kogoś przy­po­mina. Ten pro­fil, ten wąs.

- Pił­sud­skiego?

- Nie, Sta­lina.

Oriana Fallaci

Nie można mieć pre­ten­sji do Słońca, że kręci się wokół Ziemi.

Lech Wałęsa

Nie chcę, ale muszę.

(ewen­tu­al­nie w ory­gi­nal­nej wer­sji: Nie chcem, ale muszem)

Lech Wałęsa

Powinna być lewa noga i prawa noga. A ja będę pośrodku.

Lech Wałęsa

Szłem czy sze­dłem, ale dosze­dłem.

Lech Wałęsa o wygra­nej w 1991 roku

Czy ja kie­dy­kol­wiek mówi­łem, że jego dzia­łal­ność z tam­tych lat nie zasłu­guje na naj­wyż­sze uzna­nie? Mówi­łem, że zasłu­guje, bo zasłu­guje.

Czy jed­no­cze­śnie nie mówi­łem, że jego dzia­łal­ność jako pre­zy­denta z pierw­szej połowy lat 90. (...) nie zasłu­guje na naj­wyż­szą naganę? Też mówi­łem.

Ten drugi fakt nie prze­kre­śla tego pierw­szego.

Lech Kaczyń­ski w 2006 roku

Nie chcę, ale muszę. Kręcę, mata­czę, klu­czę. Podaję sprzeczne infor­ma­cje. Tak, to prawda. Pro­ble­mem moim było i jest, że nie mogę czę­sto ujaw­niać dąże­nia ze stra­te­gicz­nego punktu. (...) więc pytany klu­czę, odpo­wia­dam masku­jąco, to powo­duje podej­rze­nia i błędne oceny.

Lech Wałęsa w 2016 roku

Tonący brzy­twy chwyta się byle czego.

Lech Wałęsa

Jedzie pan do Wałęsy? Znowu pan usły­szy tylko: Ja, ja, ja...

Sta­ni­sław Ciosek

Za sto lat w każ­dym mie­ście będzie mój pomnik.

Lech Wałęsa

Zmie­ni­łem się o 360 stopni.

Lech Wałęsa w 2006 roku

Zro­bię prze­ciwko wam wszyst­kim, będę się dalej kom­pro­mi­to­wał, zachę­ci­li­ście mnie do tego.

Lech Wałęsa w 2009 roku

Pyta­nie polega na tym, kto miał rację. I znów z przy­kro­ścią potwier­dzam, że ja mia­łem rację.

Lech Wałęsa

Latar­nia mor­ska, któ­rej świa­tło zoba­czył cały świat.

Teresa Korycka Kwa­śniew­ska na pro­filu Lecha Wałęsy

Nie chcę być wodzem, ale może będę musiał nim zostać. Wiele mam cech wspól­nych z Pił­sud­skim, ale też się z nim róż­nię jak mistrz sza­chowy z mistrzem bok­ser­skim.

Lech Wałęsa

Jak Pan w ogóle śmie mnie ata­ko­wać? Ata­ko­wa­nie mnie, myśle­nie źle o mnie jest zbrod­nią!

Lech Wałęsa

Prawda już została usta­lona i żadne fakty jej nie zmie­nią.

Kata­rzyna Kolenda-Zaleska

Jedy­nie prawda jest cie­kawa.

Józef Mackiewicz

Czło­wieku, rzucą ci twoje papiery.

Lech Wałęsa we Wło­cławku, 1980 rok

Dwój­my­śle­nie (ang. double­think) jest ter­mi­nem pocho­dzą­cym z powie­ści Geo­rge'a Orwella Rok 1984. W nowo­mo­wie ozna­cza­ją­cym umie­jęt­ność demon­stro­wa­nia rów­no­cze­snej wiary w wiele poglą­dów.

z komen­ta­rza inter­nauty

Są plusy dodat­nie i plusy ujemne.

Lech Wałęsa

Ja myślę, że tę histo­rię trzeba zosta­wić histo­ry­kom. I to nie histo­ry­kom pospiesz­nym i pochop­nym, nie karie­ro­wi­czom, tylko ludziom, któ­rzy to pokażą po pro­stu na tle sze­ro­kiej per­spek­tywy.

Arka­diusz Rybicki

Ja wiem, że ty wiesz, że ja wiem...

prof. Andrzej Paczkowski

Sza­tan wszystko poprze­krę­cał.

Lech Wałęsa

Histo­ria to nauka o nie­szczę­ściach ludzi.

Ray­mond Queneau

Prze­waż­nie w decy­du­ją­cych momen­tach czło­wiek jest sam.

Lech Wałęsa, Droga nadziei

Ja już wybra­łem. Pań­stwo też?

To zaczy­namy "Grę o wszystko".

Będę mówił tak, jak mówię teraz. Powiem komuś: "Słu­chaj, zapisz to".

I z tego powinna powstać książka.

Ale nie nudna. Musi być inte­re­su­jąca. Musi oba­lać teo­rie.

Lech Wałęsa do Anny i Kry­styny Bittenek

WIOSNA

Za morzem i na Kujawach

Stare, nie tyle pożół­kłe czy sepiowe, ile raczej poła­mane i wybla­kłe, foto­gra­fie z prze­łomu XIX i XX wieku, nie­które pod­kle­jone na gru­bych kar­to­ni­kach. Napisy z tyłu foto­gra­fii po pol­sku, nie­miecku i angiel­sku. Te robione jesz­cze w Euro­pie przed­sta­wiają wąsa­tych męż­czyzn w wyso­kich, ale z chłop­ska gru­bych butach, sza­ra­wych koszu­lach bez koł­nie­rzy­ków i kape­lu­szach na gło­wie oraz kobiety w gru­bych spód­ni­cach, bia­łych i domyśl­nie kolo­ro­wych chu­s­tach. Z kolei te z angiel­skimi napi­sami przed­sta­wiają męż­czyzn w lichych, bo lichych, ale mary­nar­kach, a kobiety w dłu­gich suk­niach z wyso­kim sta­nem i bufia­stymi ręka­wami.

Pomię­dzy tymi foto­gra­fiami widać spisy pasa­żer­skie stat­ków wypły­wa­ją­cych z Ham­burga, pełne pol­skich chło­pów i chło­pek z zabo­rów pru­skiego i rosyj­skiego. Na jed­nej z list w dłu­gim ciągu setek poprze­krę­ca­nych nazwisk jest Walensa Ignacy, Wloc­lawck, Rus­sia. Na innych listach są Walense Wla­dy­slawy, Cze­slawy, Jany. Jedni ścią­gną do Ame­ryki rodzinę, dru­dzy będą poma­gać tym, któ­rzy pozo­stali na Kuja­wach, trzeci kie­dyś tutaj powrócą, a po kolej­nych słuch na zawsze zagi­nie.

Do lasu

Ponad pół wieku póź­niej kil­ku­na­sto­let­nia dziew­czyna wycho­dzi z cha­łupy w Popo­wie. Iza­bela pro­wa­dzi za rękę pierw­szego z trzech młod­szych o kilka lat bosych chłop­ców - Edwarda, Sta­ni­sława i Lecha. Cha­łupa jest gli­niana, bie­lona wap­nem, a wokół niej na roz­le­głym traw­niku kłębi się stado kur i kaczek. Przed domem gli­nianka z wodą. Dziew­czyna kie­ruje się za dom, poga­nia­jąc idą­cych za nią braci. Przejdą w pośpie­chu kil­ka­dzie­siąt metrów przez wysoką trawę za domem i już są w zagaj­niku. Drzewa rosną na pia­sku, są rzad­kie, więc cała grupka idzie głę­biej w las, byle dalej od domu.

W świat

Kilka lat póź­niej ta sama dziew­czyna z nieco star­szymi już braćmi idzie polną drogą. Poma­gają jej nieść walizkę, a może tylko paku­nek, zawi­niątko. Kiedy docho­dzą do asfaltu, razem cze­kają przy słupku zna­czą­cym przy­sta­nek. Nad­jeż­dża auto­bus, dziew­czyna wsiada, a Edward, Sta­ni­sław i Lech jedną ręką wycie­rają łzy, a drugą machają na poże­gna­nie.

Okno z widokiem na teren po stoczni

Sie­dem­dzie­siąt lat póź­niej, sty­czeń 2020 roku. Lech Wałęsa sie­dzi w swoim obszer­nym gabi­ne­cie za dużym sto­łem. Odchy­lony do tyłu gesty­ku­luje, wysoko pod­no­sząc ręce. Ma na sobie popie­laty pod­ko­szu­lek z napi­sem "Kon­sty­tu­cja", na pod­ko­szu­lek swoim zwy­cza­jem zarzu­cił czarną skó­rzaną kami­zelkę przy­po­mi­na­jącą strój rybacki. W kami­zelkę wpiął zna­czek z Matką Boską. Na nos zało­żył ciemne oku­lary prze­ciw­sło­neczne przy­po­mi­na­jące te, które nosi Bono. Cen­tral­nie za jego głową wiszą skrzy­żo­wane flagi Pol­ski i Unii Euro­pej­skiej, a pomię­dzy nimi obraz z Jezu­sem i jego uczniami pod­czas Ostat­niej Wie­cze­rzy. Zza głowy Jezusa wyra­stają dory­so­wane na obra­zie stocz­niowe żura­wie. Nad głową Lecha wisi pro­sty drew­niany krzyż, a po lewej ręce widać kolejny ele­ment wystroju, por­tret Jana Pawła II. Pił­sud­ski też jest, ale nieco dalej.

- Z mle­kiem matki wyssa­łem prze­ci­wień­stwo do komu­ni­zmu. (...) A więc wal­czy­łem zawsze, od uro­dze­nia szu­ka­łem oka­zji, aby doło­żyć komu­nie - mówi mi pod­czas wywiadu.

No to przy­naj­mniej jedno już mamy za sobą. Wiemy, od kiedy Lech Wałęsa wal­czył z komuną. Uro­dził się 29 wrze­śnia 1943 roku.

Wyjechał do Francji i wrócił. Bogatszy

Ale jego histo­ria zaczyna się wcze­śniej niż w 1943 roku. Tra­dy­cja i rodzinne opo­wie­ści wspo­mi­nają Mate­usza Wałęsę z prze­łomu XVIII i XIX wieku. Z kolei w latach osiem­dzie­sią­tych XX wieku zamknięty w Arła­mo­wie Wałęsa cof­nie się jesz­cze dalej, do Hen­ryka Wale­zego, szes­na­sto­wiecz­nego króla Pol­ski i Fran­cji, a nawet do Walensa, cesa­rza rzym­skiego z IV wieku. Wcze­śniej już chyba się nie da.

Reszta rodziny Lecha Wałęsy, jego ojco­wie i wuj­ko­wie, nie mówią o Wale­zym ani Walen­sie. Dumni są z kogoś, kto sto kil­ka­dzie­siąt lat wcze­śniej przy­był z Fran­cji. Mate­usz Wałęsa w oko­li­cach roz­bio­rów przy­jeż­dża do Popowa, przy­wo­żąc dużą jak na te oko­lice for­tunę. Kupuje pięt­na­ście mórg ziemi. Jedna morga to tyle, ile oracz idący za koniem czy wołem może zaorać od rana do połu­dnia. Jedna morga to tyle, ile chłop pańsz­czyź­niany obrobi w jeden dzień. Morga różni się w zależ­no­ści od ukształ­to­wa­nia terenu, zaawan­so­wa­nia narzę­dzi rol­ni­czych czy cha­rak­teru upraw. Jedna morga to około jed­nej trze­ciej dzi­siej­szego hek­tara. Ale w innych stro­nach to hek­tar. Jeśli to pru­ska morga, a taka naj­pew­niej obo­wią­zy­wała w tam­tych stro­nach, to byłoby pół hek­tara, czyli Mate­usz miałby jakieś sie­dem hek­tarów. Sie­dem­set arów, a jesz­cze ina­czej - pięt­na­ście akrów, a jeden akr to znowu tyle, ile wół może zaorać w ciągu jed­nego dnia - jak­kol­wiek by liczyć, wycho­dzi dwa tygo­dnie na obro­bie­nie całego pola Mate­usza Wałęsy. Nie jest to jakiś ogromny mają­tek, ale jak na te tereny cał­kiem spory. Wystar­czy, aby mieć wolant (fr. volante), czyli lekki odkryty pojazd dwu- lub czte­ro­ko­łowy, jedno- lub dwu­konny. Ze stan­gre­tem lub bez. Stać go i na nie­liczną służbę w małym dworku oraz ludzi do pracy w fol­warku. Do tego karczma prze­ka­zana karcz­ma­rzowi w dzier­żawę. Czyli Żydowi w pacht, który oko­licz­nym chło­pom dawał towary na bórg, a panu odda­wał należną mu arendę. Ale to wszystko było jesz­cze w końcu XVIII wieku, nawet przed Kościuszką czy Napo­le­onem. Minął szmat czasu.

Bo już na prze­ło­mie XIX i XX wieku Wałę­so­wie naj­czę­ściej z Kujaw wyjeż­dżają, ich prze­krę­cone nazwi­sko widzimy w książ­kach pokła­do­wych stat­ków pły­ną­cych z Europy do Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Wyjeż­dżano wtedy masowo za chle­bem, ale też, zwłasz­cza im bli­żej 1914 roku, ucie­ka­jąc przed dłu­go­let­nią służbą woj­skową i nad­cią­ga­jącą wojną.

I tak 12 marca 1907 roku na statku "Pre­to­ria" nale­żą­cym do Ame­ri­can Line przy­by­wają do Nowego Jorku zapi­sani jako WALENSA FRAN­CISZKA i WALENSA CZE­SLAW, WLOC­LA­VEK, RUS­SIA. Fran­ciszka ma lat trzy­dzie­ści sześć, a Cze­sław pięć, matka i syn.

Walensa Ignacy pły­nie w 1909 roku, rów­nież stat­kiem "Pre­to­ria" z Ham­burga. Do Ham­burga bogatsi chłopi docie­rają pocią­giem, a kto nie ma pie­nię­dzy - pie­chotą. Zaokrę­to­wa­nie odbywa się w pią­tek wie­czo­rem, sta­tek wypływa w sobotę. Statki, po dłu­gich tygo­dniach podróży, zawi­jają do Ellis Island na połu­dnie od cen­trum Nowego Jorku. Tam przy­jezdni prze­cho­dzą bada­nia i kwa­ran­tannę.

W 1912 mamy praw­dziwy wysyp Walen­sów: Walensa War­lair (?!) z "Wal­cawka" w pań­stwie o nazwie "Rus­fia" na statku "Rojn­dam" nale­żą­cym do Hol­land-Ame­ri­can Line, Walensa Wla­di­slaw na "Ryn­dam" (chyba cho­dzi o "Rojn­dam") i jesz­cze dwóch Wła­dy­sła­wów (jeden jako Wla­dy­sklaw) z Wloc­lawka i Kra­sincy. Walensa Jan na "Ryn­dam" oraz Walensa Wac­law i Wik­to­ria na statku "Rot­ter­dam" - wszy­scy oni z Gola­szewa w guberni wło­cław­skiej. Wresz­cie w 1914 roku jest i Wałęsa z samego Popowa, rodzin­nej wio­ski Lecha Wałęsy, na liście pasa­że­rów statku "Adria­tic". Sta­tek zatrzy­muje się w Liver­po­olu, skąd rusza w dal­szą drogę 28 marca, do Nowego Jorku przy­bywa 5 czerwca. Walensa Jan ma osiem­na­ście lat. Jest kawa­le­rem, do Ame­ryki pły­nie pew­nie jako pierw­szy z rodziny, ucieka przed nad­cho­dzącą wojną i powo­ła­niem do woj­ska. Jako jeden z nie­licz­nych pasa­że­rów podaje do rubryki "czyta/pisze" twier­dząco "Yes/Yes".

Jak dziadek Jan chałupę postawił i Piłsudskiego uratował. Bez bliższych szczegółów

Walen­sego Jana w Popo­wie już nie ma. Ale w Popo­wie zostaje inny Jan Wałęsa, być może kuzyn tam­tego z Ame­ryki, a na pewno wnuk Mate­usza, obec­nie wła­ści­ciel resz­tówki z daw­nego dużego majątku. On też był za gra­nicą, we Fran­cji jak dzia­dek, i też, jak dzia­dek, wró­cił na stałe do Popowa. Wałęsa Lech napi­sze w Dro­dze nadziei, że "Dzia­dek Jan w pamięci swej wnuczki Iza­beli, mojej sio­stry, pozo­stał jako wesoły, z sumia­stym wąsem sta­ru­szek, który lubił cho­dzić od jed­nego syna do dru­giego. Nie­zbyt chęt­nie go przyj­mo­wano, bo gdy sia­dał przy piecu lub na ławeczce przed cha­łupą, zaczy­nał snuć opo­wie­ści o eska­pa­dach do miast zachod­niej Europy, do kasyn gry, o zaba­wach i licz­nych pod­bo­jach miło­snych"1. Jak napi­sze Roger Boyes: "był ostat­nim z pań­skich Wałę­sów, ostat­nim, który był w posia­da­niu biblio­teki, słu­żą­cego. (...) Ale stra­cił całą zie­mię". Przy­wo­łuje też jed­nego z naj­star­szych wów­czas żyją­cych miesz­kań­ców Popowa, Kazi­mie­rza Paw­łow­skiego: "Zwykł gry­wać w karty na pie­nią­dze i dużo pić w karcz­mie w Cha­li­nie. Dla­tego musiał wyprze­da­wać zie­mię. Jego syno­wie byli jed­nak inni. Bole­sław (ojciec Lecha) pozo­stał z małym kawał­kiem ziemi, wystar­cza­ją­cym na posa­dze­nie ziem­nia­ków i hodo­wa­nie kur­cząt"2.

W oko­licy Popowa żyje pani Regina Śnia­decka, star­sza kuzynka Lecha Wałęsy. Są krew­nymi po dziad­kach ich matek z rodziny Kamiń­skich. Wła­ści­wie wszy­scy roz­mówcy z tej oko­licy twier­dzą, że jeśli ktoś dobrze zna rodzinę Wałę­sów, do tego tę naj­star­szą, sprzed wojny, to tylko ona.

Idę do niej. Jej malutki domek stoi pośrodku wiel­kiego pola sło­necz­ni­ków i zboża. Mimo że mam już ponad pięć­dzie­siąt lat, pani Regina każdy nowy wątek roz­po­czyna zawo­ła­niem: "Słu­chaj, dzie­ciaku!".

- Słu­chaj, dzie­ciaku! Ta chata, w któ­rej jeste­śmy, ma już ze dwie­ście lat.

Roz­glą­dam się z zacie­ka­wie­niem. Nie jestem pewny, czy może mieć aż dwie­ście lat, ale z pew­no­ścią pamięta XIX wiek. Dom jest niski, przy­sa­dzi­sty, ma bar­dzo grube mury i kie­dyś głę­bo­kie piw­nice. W rogu kuchni z pew­no­ścią stał wielki piec, który ogrze­wał wszyst­kie izby. Po dru­giej stro­nie sieni miesz­kały zwie­rzęta. Wokół domu sad i bar­dzo dobra zie­mia, na sło­necz­niki, kuku­ry­dzę, rze­pak, buraki, zboże. Wszystko razem, według Reginy Śnia­dec­kiej, odku­pił od rodziny Wałę­sów jej dzia­dek Łabi­szew­ski. A więc to tu jest serce daw­nego majątku Mate­usza Wałęsy z Fran­cji?

- Tak, to była ta dobra zie­mia po dzie­dzi­cach. Ale jak odku­pił od nich mój dzia­dek, to Leszka dzia­dek Jan kupił "Duklinę" w Popo­wie, trzy­dzie­ści mor­gów. Ale to była bar­dzo słaba zie­mia. Dla­tego oni hodo­wali kury. I miał do tego pięt­na­stu synów!

Hulasz­czego Jana wciąż pamię­tają we wsi. Jego barwne opo­wie­ści z przy­gód w Pol­sce i Fran­cji jedni mają za fascy­nu­jące histo­rie, inni za kon­fa­bu­la­cje gaduły i pijusa. Roger Boyes pisze: "Miesz­kańcy Popowa raczej gar­dzili Wałę­sami z powodu ich kiep­skiej gospo­darki i zmien­nych oby­cza­jów"3. Nie­chęć miej­sco­wych chło­pów do tej rodziny bie­rze się z dwo­isto­ści Wałę­sów początku XX wieku - z jed­nej strony to wciąż resz­tówka nale­żąca ongiś do boga­cza, z dru­giej - postrze­gani są jako ci, któ­rzy stra­cili zie­mię i zmar­no­wali taką dobrą gospo­darkę.

Sumia­ste wąsy ma współ­cze­sny Janowi Pił­sud­ski i będzie miał za pięć­dzie­siąt lat jego wnu­czek Lech. Na razie jed­nak punk­tem odnie­sie­nia dla Jana jest Mar­sza­łek, tym waż­niej­szym, że w opo­wie­ściach Jana - oprócz kasyn i kobiet - jest i boha­ter­ski wyczyn na polu bitwy. Otóż Jan - według niego samego - miał w cza­sie wojny świa­to­wej ura­to­wać Komen­danta od śmierci. Według Jana stało się to w cza­sie walk z Armią Czer­woną o War­szawę w 1920 roku, ale według histo­ry­ków w tym cza­sie Pił­sud­skiego w tych oko­li­cach nie było. Histo­ria to jedno, a wiej­skie opo­wie­ści jowial­nego Jana to dru­gie. W jego wer­sji kozacy gonią Komen­danta przez pola, a wtedy pomy­słowy Jan zarzuca mu na plecy kobiecy strój i każe ucie­kać, a koza­kom poka­zuje mylny kie­ru­nek. Czy tak było naprawdę? Mimo że sam Lech Wałęsa (pió­rem spi­su­ją­cych mu pierw­szą auto­bio­gra­fię Andrzeja Drzy­cim­skiego i Adama Kina­szew­skiego) w to powąt­piewa, to jed­nak każe zapi­sać: "W każ­dym razie w domu dziadka Jana był kult Mar­szałka, a przez długi czas w moim domu rodzin­nym było gdzieś stare, pod­nisz­czone zdję­cie Józefa Pił­sud­skiego, w woj­sko­wych butach z cho­le­wami i w płasz­czu, ze sto­ją­cym obok dziad­kiem Janem"!4 Te dwa nazwi­ska, Wałęsy i Pił­sud­skiego koło sie­bie, jesz­cze nie raz powrócą.

Bolesław, ojciec Lecha. Feliksa, matka

Jan, aby wyży­wić powięk­sza­jącą się gro­madkę dzieci, wyprze­daje po kawałku dawne pole dziadka Mate­usza. Jego naj­starsi syno­wie, Edward i Ste­fan, wal­czą w woj­nie roku 1920, jeden z nich dostaje się do nie­woli, a drugi ginie. Trzej młodsi, Zyg­munt, Bole­sław i Sta­ni­sław, dora­stają w cza­sie wojny, a w latach mię­dzy­wo­jen­nych upra­wiają resztki ziemi pozo­stałe po Janie. Uro­dzony w 1908 roku Bole­sław ma jesz­cze wpraw­dzie sześć mórg, około trzech hek­ta­rów ziemi, ale to już nie ta dawna, uro­dzajna zie­mia Mate­usza. Teraz bra­cia gospo­da­rują na pia­skach i gli­nach pod lasem, z dala od cen­trum Popowa. Wszy­scy trzej muszą dora­biać cie­sielką, a małej, bra­ter­skiej bry­ga­dzie prze­wo­dzi środ­kowy Bole­sław.

Z kolei matka Lecha to Feliksa z domu Kamiń­ska, która pocho­dzi według Drogi nadziei z pobli­skiej Pokrzyw­nicy, dziś to chyba Pokrzyw­nik w powie­cie Lipno. Rodzina Kamiń­skich to nawet bar­dziej rodzina Dobrzy­niec­kich, bo matka Feliksy z domu Dobrzy­niecka była bar­dzo nie­za­leżną kobietą, która wyszła za Kamiń­skiego, ale miała głę­bo­kie poczu­cie wyż­szo­ści rodu Dobrzy­niec­kich5. Potrój­nie zresztą zamężna; jak by to powie­dziano w rodzi­nach szla­chec­kich: Zofia Dobrzy­niecka, primo voto Łaciń­ska (po mężu Józe­fie), secundo voto Nowak (po Andrzeju) i ter­tio voto Kamiń­ska (po Leopol­dzie). Sio­stra Wik­to­rii, Wale­rii, Scho­la­styki oraz Wła­dy­sława i Mar­ce­lego. Dwu­krotna wdowa (jesz­cze w Sta­nach Zjed­no­czo­nych), córkę Feliksę ma z trze­cim mężem. Dzieci z poprzed­nich mał­żeństw (z Łaciń­skim i z Nowa­kiem6: Tade­usz, Janina, Maria, Geno­wefa, Antoni) zostały za oce­anem. Ona zde­cy­do­wała się na powrót do Pol­ski, na wieś, ale nie do końca tutaj pasuje. W rodzin­nym domu gro­ma­dzi duży jak na wiej­skie warunki zbiór ksią­żek, a dla córki na pewno snuje lep­sze plany niż wyj­ście za zubo­ża­łego chłopa Wałęsę bez wła­snej cha­łupy. W jej rodzi­nie zda­rzają się i nauczy­ciele, i księża. Lech Wałęsa pamięta zdję­cie dziad­ków z Pokrzyw­nicy: dzia­dek Kamiń­ski w gar­ni­tu­rze z kami­zelką i pod kra­wa­tem, a babka w "mia­sto­wej" sukni.

Regina Śnia­decka mówi:

- Leszka matka to jest Kamieńsz­czanka i moja matka to Kamieńsz­czanka z Rusz­kowa, tylko nie rodzone sio­stry, ale stry­jeczne kuzynki. Ojciec mojej matki dał mojej matce swój herb i dzie­więć­dzie­siąt mor­gów. A ojciec matki Leszka był z Pokrzyw­nicy, z tego bied­nego Kamień­skiego rodu.

Może i z bied­niej­szej gałęzi rodu Kamień­skich, bez herbu i ziemi, ale mia­stowi Kamień­scy też uwa­żają, że mał­żeń­stwo z wiej­skim gospo­da­rzem to meza­lians. Mimo to matka w końcu pozwala upar­tej sie­dem­na­sto­let­niej Felik­sie wyjść za dwu­dzie­sto­pię­cio­let­niego Bole­sława Wałęsę. Ten na ubo­czu wsi Popowo buduje małą chatę z drewna i gliny. Dwie małe izby miesz­kalne i oborę pokrywa sło­mia­nym dachem.

Po ślu­bie Bole­sław na­dal jeź­dzi po oko­licy, pra­cu­jąc przy sta­wia­niu domów i budyn­ków gospo­dar­czych. Na jed­nym ze zdjęć pozuje z braćmi na tle wła­śnie budo­wa­nego domu. Stoi wypro­sto­wany w spodniach wpusz­czo­nych w buty z cho­lew­kami, ze wzro­kiem inten­syw­nie wpa­trzo­nym w obiek­tyw. "Patrząc na to zdję­cie - mówi Iza­bela - widzę tatę, jak gdyby to było jesz­cze wczo­raj. (...) Ojciec w domu był łagodny, bar­dzo dbał o nas"7.

Naj­star­sza córka, Iza­bela, rodzi się w 1934 roku. Miesz­kają w chatce mię­dzy lasem, sta­wem a sadem. Las i staw są stare, sad dopiero co sadzony, jabło­nie, wiśnie i śliwy, to, co naj­ła­twiej rośnie, będą owo­co­wały dopiero za dwa, trzy lata. Dopiero dla ich dzieci będzie to wspo­mi­nany z dzie­ciń­stwa zagaj­nik. "Było to ulu­bione miej­sce zabaw dzieci". W 1937 roku rodzi się Edward, a dwa lata póź­niej, tuż przed wybu­chem wojny, Sta­ni­sław. Lech przyj­dzie na świat już w jej trak­cie w 1943 roku.

Przysięga na krucyfiks

Ale zanim przy­szła wojna, zło­żono dziwną przy­sięgę. Podobno.

Sier­pień 1939 roku. Naj­młod­szy z braci, Bole­sław, jedzie ze star­szym o cztery lata Sta­ni­sła­wem do kościoła w Sobo­wie. Sta­ni­sław wciąż jest kawa­le­rem, a Bole­sław już ojcem z trójką dzieci. W kościele Sta­ni­sław przy­sięga Bole­sławowi na kru­cy­fiks, że w razie śmierci Bole­sława zaopie­kuje się jego rodziną. Teraz mogą iść na wojnę.

Obaj tra­fiają do wojsk, które biorą udział w pierw­szej wiel­kiej bitwie II wojny świa­to­wej. Od 1 do 3 wrze­śnia Armia "Modlin" dowo­dzona przez gene­rała Emila Kru­ko­wi­cza-Prze­drzy­mir­skiego broni gra­nicy z Pru­sami Wschod­nimi i przej­ścia Niem­ców w stronę War­szawy. Po bitwie bra­cia dostają się do nie­woli, ale jako sze­re­gowcy szybko wra­cają do domu.

Iza­bela pamięta, że ojciec po powro­cie czę­sto wyjeż­dżał do pobli­skich więk­szych miej­sco­wo­ści. Naj­praw­do­po­dob­niej w pobliżu domu bił świ­nie, a w mie­ście sprze­da­wał mięso. "(...) u nas w domu był stale ruch: bito świ­nie, pędzono bim­ber, przy­cho­dzili ludzie na spo­tka­nia, szli wów­czas do naszej maleń­kiej obórki; nie­raz nio­słam tam koce, widocz­nie noco­wali"8.

Dla­czego Bole­sław wró­cił z kam­pa­nii wrze­śnio­wej i obozu jeniec­kiego do domu, a jego brat Sta­ni­sław po powro­cie musi się ukry­wać? Nie wia­domo. W każ­dym razie Edward i Iza­bela, star­sze rodzeń­stwo Lecha, pamię­tają go ukry­wa­ją­cego się w ich gospo­dar­stwie. Ośmio­let­nia Iza i pię­cio­letni Edward pamię­tają też, że czę­sto "stoją na war­cie": "Kiedy tylko widzie­li­śmy, że ktoś zbliża się do gospo­dar­stwa, bie­gli­śmy do domu i puka­li­śmy w drzwi"9.

Jed­nak na nie­wiele to się zdaje; Edward póź­niej powie, że ktoś doniósł. Niemcy przy­cho­dzą i wycią­gają Sta­ni­sława na podwórko. "(...) zmu­sili go, by poka­zał, gdzie ukry­wa­li­śmy beczkę pełną mięsa. Widzia­łem na wła­sne oczy, jak go tor­tu­ro­wali" - mówi Edward10.

Nie sły­chać jed­nak nic o tym, by w tym dniu tra­fił do wię­zie­nia czy obozu. Ow­szem, trafi tam, ale nieco póź­niej, już razem z ojcem Lecha Bole­sła­wem.

Poczęcie w obozie? Urodziny i śmierć na pewno w domu

Gdzieś na jesieni albo wcze­sną zimą 1942 roku Niemcy robią obławę i zabie­rają męż­czyzn z Popowa i oko­lic. Zabie­rają też Sta­ni­sława i Bole­sława, naj­pierw do pobli­skiego dworku w Cha­li­nie, gdzie biją ich, o czym jesz­cze długo będzie świad­czyć krew na ścia­nach, a potem wywożą w dwie strony. Sta­ni­sław, może jesz­cze za tamto ukry­wa­nie się i nie­le­galne mięso, pój­dzie do trans­portu. Pociąg poje­dzie do Nie­miec, a Sta­ni­sław powie póź­niej, że do doje­chał aż do Dachau. Twier­dzi, że uciekł z trans­portu dosłow­nie "spod bramy" Dachau. Tam, w oko­licy, jakoby spo­tkał ładną Niemkę pra­cu­jącą u bau­era, z którą miał romans, a z Nie­miec do Pol­ski wró­cił w 1945 roku w mun­du­rze gesta­powca. Życie pisze naj­bar­dziej nie­praw­do­po­dobne sce­na­riu­sze, ale też czas wojny nie sprzyja ich wery­fi­ka­cji.

Tym­cza­sem Bole­sław tra­fił na roboty przy­mu­sowe koło Lipna, a potem do lokal­nego obozu pracy w Młyńcu. Ich krewny, ojciec Reginy Śnia­dec­kiej, aresz­to­wany w tej samej obła­wie, miał mniej szczę­ścia.

Regina Śnia­decka wspo­mina:

- Niemcy zamor­do­wali ojca, pamię­tam, jak byłam taka malutka. - Poka­zuje mi ręką wyso­kość od ziemi. - Niemcy go pro­wa­dzili tą drogą. - Wska­zuje za okno, na drogę scho­waną za sło­necz­ni­kami. - U nas zna­leźli tro­chę ospy, matka cho­wała świ­niaki. Tu w rogu kuchni wyko­pali jamę, tam cho­wali mięso i dzieci kar­mili. I wzięli go na okopy do Lipna i w Lip­nie go zamor­do­wali. Roz­strze­lali w 1944 roku.

Ciało oddali rodzi­nie. Leżał w pokoju, w któ­rym teraz sie­dzimy, na pro­wi­zo­rycz­nym kata­falku. Regina Śnia­decka mówi mi, że matka chciała, by dzieci zapa­mię­tały tatę i zapa­mię­tały, kto to zro­bił.

- Zawo­łała do nas: Chodźta, tatę przy­wi­tajta! A ja byłam naj­go­rzej bojąca. I ja scho­wa­łam się głową za piec. I ja go nie przy­wi­ta­łam. I pocho­wali go na cmen­ta­rzu w Sobo­wie.

Jeśli Edward, star­szy brat Lecha, nie myli się w swych dzie­cię­cych wspo­mnie­niach, w oko­li­cach Bożego Naro­dze­nia 1942 roku Feliksa idzie odwie­dzić w obo­zie męża Bole­sława. Edward wspo­mina to tak:

- Pod koniec roku czter­dzie­stego dru­giego, kiedy mia­łem sześć lat, matka otrzy­mała od Niem­ców pozwo­le­nie na odwie­dze­nie męża w obo­zie. Zabrała mnie z sobą. Szli­śmy przez dwa dni, ponie­waż Niemcy nie pozwo­li­liby nam jechać auto­bu­sem ani nawet fur­manką. Ran­kiem dotar­li­śmy do Młyńca. Kiedy stam­tąd wyszła, była tak szczę­śliwa, taka zmie­niona. Kochali się tej nocy i po dzie­wię­ciu mie­sią­cach, dwu­dzie­stego dzie­wią­tego wrze­śnia czter­dzie­stego trze­ciego roku, uro­dził się Leszek.

Czy to prawda? Skoro tak, to pię­cio­letni wów­czas Edward musiałby cze­kać gdzieś na matkę, jeśli nie na mro­zie, to może u popro­szo­nych o opiekę nad dziec­kiem ludzi, być może miesz­ka­ją­cych w pobliżu obozu. A może to tylko kolejna nie­spraw­dzona rodzinna legenda? W końcu star­sza od niego, ośmio­let­nia wów­czas Iza­bela uro­dziny Lecha pamięta ina­czej:

"To było w tym cza­sie, jak tatę zabie­rano z domu. Była zima. Mama cho­dziła już w ciąży z Lesz­kiem. Po ojca przy­je­chała żan­dar­me­ria na koniach. (...) Ucie­kła z Edwar­dem do lasu, wró­ci­li­śmy do domu, jak taty już nie było"11. Byłby to więc nie koniec 1942 roku, ale począ­tek 1943. W każ­dym razie to była ta nie­zwy­kle ciężka zima, kiedy na wscho­dzie ważyły się losy wojny.

Dwu­dzie­stego dzie­wią­tego wrze­śnia 1943 roku o godzi­nie 3.30 rodzi się Lech. Poród odbiera matka Feliksy, babka Kamiń­ska. "Był duży, ważył pięć kilo­gra­mów. Jak go mama zoba­czyła, tę wielką jego głowę, powie­działa do babci: - Kie­dyś będzie z niego wielki i sławny czło­wiek"12.

Kolejna rodzinna opo­wieść. Zdaje się, że tak jak i wiele innych prze­ka­zów, pocho­dzi od dzie­wię­cio­let­niej wów­czas Iza­beli, naj­star­szego dziecka Feliksy i Bole­sława.

Bole­sław wraca z obozu do domu w 1945 roku, wła­ści­wie tylko po to, żeby umrzeć. Wynędz­niały, chory na płuca, leży w łóżku, nie mając siły wstać. Powoli dociera do niego, że nie­uchron­nie zbliża się śmierć. Prosi, aby zawo­łać jego brata Sta­ni­sława. Kiedy ten wraca z pracy we mły­nie, staje wraz z Feliksą przy łóżku. Czy Bole­sław przy­po­mina mu zło­żoną cztery lata wcze­śniej przy­sięgę na kru­cy­fiks, nie wia­domo. W każ­dym razie "uro­czy­ście zobo­wią­zał go do opieki nad nami" - wspo­mina Iza­bela. A do żony, według Iza­beli, mówi: "Dbaj o Leszka i Edwarda, szcze­gól­nie o Leszka, bo z niego naj­więk­szą będziesz miała pocie­chę". Jesz­cze tej samej nocy, o 3.00 woła żonę: "Pobudź dzieci i wynieś je z domu - i umarł"13.

Jest rok 1945. Z Feliksą pozo­staje czwórka pół­sie­rot. Iza­bela ma jede­na­ście lat, Edward osiem, Sta­ni­sław sześć, Lech - pół­tora roku. Tylko Iza­bela pamięta te szczę­śliwe dni z całą rodziną, jesz­cze sprzed wojny. "Był taki dobry dla nas, pogodny, albo te Boże Naro­dze­nia, pełne szczę­ścia i rado­ści rodzin­nej". Sta­ni­sław i Edward pamię­tają już tylko ojca z czasu wojny, obozu i śmierci, a Lech w ogóle zapo­mniał.

W 1946 roku Feliksa wycho­dzi za Sta­ni­sława, brata Bole­sława. W dniu ślubu matki ze stry­jem Iza­bela woła młod­szych braci i wycho­dzi z nimi z domu. Idą przez sad, pola.

"Ten nowy ślub był zgrzy­tem dla nas - całą trójkę chłop­ców wypro­wa­dzi­łam do lasu, cho­wa­li­śmy się, nie chcie­li­śmy Sta­ni­sława za ojczyma. Nie mogłam wyba­czyć mamie, że wyszła za mąż, chcia­łam, żeby była tylko z nami, dali­by­śmy sobie radę"14. Całą trójką idą do pobli­skiego lasu, coraz głę­biej i głę­biej.

Jesz­cze tego samego roku rodzi się pierw­szy syn Feliksy i Sta­ni­sława, Tade­usz. Potem, w 1947 roku Zyg­munt, a w 1951 Woj­ciech. Pierw­szy z tej trójki, Tade­usz, rodzi się dokład­nie w rocz­nicę śmierci Bole­sława, 13 czerwca 1946 roku. A w jego pierw­sze uro­dziny, i podobno jesz­cze kilka kolej­nych, Iza­bela znowu bie­rze za ręce młod­szych braci i wypro­wa­dza ich z domu. Tym razem jed­nak nie w stronę lasu. Idą sie­dem kilo­me­trów do Sobowa na grób ojca. I sie­dem kilo­me­trów z powro­tem. Matka Feliksa, ojczym Sta­ni­sław i młod­sze dzieci obcho­dzą uro­dziny Tadzia, a Iza­bela i trzech star­szych chłop­ców są w tym cza­sie na gro­bie ojca Bole­sława. Podobno, bo to kolejna rodzinna opo­wieść.

Rówieśnik PRL-u

Lech Wałęsa w mło­do­ści mógł jesz­cze odczu­wać nie­przy­chylne czy pogar­dliwe nasta­wie­nie nie­któ­rych sąsia­dów do rodziny dziadka Jana, ale dla niego świat Jana Wałęsy już nie ist­nieje. Dla dziecka dzie­sięć, dwa­dzie­ścia lat wstecz to pra­wie wiecz­ność, a w Pol­sce prze­łomu lat czter­dzie­stych i pięć­dzie­sią­tych to cała epoka. Zabory, w któ­rych rodzili się rodzice; rewo­lu­cjo­ni­ści i legio­ni­ści; pano­wie i chłopi; żydow­scy karcz­ma­rze i han­dla­rze - wszystko to ode­szło, zostało prze­kre­ślone w cza­sie nie­miec­kiej oku­pa­cji i pierw­szych lat sta­li­ni­zmu.

Uro­dzony w 1943 roku Lech w PRL wcho­dzi od zera, bez ojca, któ­rego pra­wie nie pamięta, bez śladu daw­nego rodzin­nego majątku, bez sta­rych porząd­ków. Gdzieś daleko, w sto­licy, w woje­wódz­twie, w powie­cie, podobno rodzi się nowy świat, ale tu, w Popo­wie, jest tylko mono­tonne, cięż­kie życie w bied­nym gospo­dar­stwie.

"Mie­li­śmy małe gospo­dar­stwo. Kto pod­rósł - szedł do szkół, ucie­kał z domu, a robota spa­dała na następ­nego w kolejce. Naj­cię­żej pra­co­wa­łem mię­dzy ósmym a czter­na­stym rokiem życia - wspo­mina Lech Wałęsa w Dro­dze nadziei. - Była to pry­mi­tywna praca, jak to w ubo­gim gospo­dar­stwie. Zimą co naj­mniej dwie godziny dzien­nie cią­łem sieczkę dla bydła"15.

Sie­dzący przede mną w 2020 roku Lech Wałęsa gesty­ku­luje sze­roko rękami, jakby chciał zła­pać w powie­trzu i przy­cią­gnąć do sie­bie jakieś wspo­mnie­nia z dzie­ciń­stwa, przy­kłady. W końcu chwyta i rzuca przede mną taki obraz:

- Nie wiem, czy pan zna wieś z tam­tych cza­sów. Kiedy się miało pięć lat, gęsi się pasało. Kiedy dzie­sięć lat, krowę. Potem inne prace rol­ni­cze. I w związku z tym już tam trzeba było podej­mo­wać decy­zje. Kiedy kro­wie dać, kiedy wygo­nić gęsi, w tam­tym cza­sie tak nas to życie kształ­to­wało16.

Jagoda Jaku­bow­ska, szkolna kole­żanka Lecha, pamięta ojczyma Sta­ni­sława, który przy­cho­dził z Popowa do Cha­lina sprze­da­wać jajka:

- Ojciec jego dwa razy w tygo­dniu nosił ze dwa­dzie­ścia jajek na sprze­daż do sklepu do Cha­lina i oni się z tych jajek utrzy­my­wali. Bo oni mieli ze trzy, cztery morgi takich samych pia­sków.

Regina Śnia­decka opo­wiada:

- Leszek jest czter­dzie­sty trzeci rocz­nik, a ja trzy­dzie­sty siódmy. Leszek tu przy­cho­dził do nas, ale moja matka zawsze nas roz­ga­niała. Roboty dużo, matka wołała: "Regina spać, rano do roboty trzeba!". A Leszek, jak był młody, to był taki "te-te-te" roz­bie­gany, roze­dr­gany. - Pani Regina odgrywa przede mną obraz mło­dego Leszka, trzę­sąc tuło­wiem i rękami.

Lubili się z kuzynką, ale nie było czasu na wspólne zabawy, naj­wy­żej na krótką roz­mowę, śmiech. I jej rodzice, i jego gnali ich do roboty. Ale Leszek przy­cho­dził do Śnia­dec­kich, kiedy tylko mógł. Gdy Lech pod­ro­śnie, będą się widy­wać na wiej­skich zaba­wach, ale każde w swoim gro­nie, w końcu Regina jest star­sza o sześć lat. Z jego licz­nych braci jesz­cze tylko Zysiek (Zyg­munt) rów­nie czę­sto będzie zacho­dził do domu kuzynki.

Regina Śnia­decka mówi:

- Leszek jak był młody, to był zawsze taki chudy "Wałę­siak". Ale jak teraz widzę go w tele­wi­zji, to już jest taki "tłu­sty kar­daś", podobny już do Kamiń­skich.

W oko­licy jest jesz­cze kościół, ale nie w Popo­wie, tylko w Sobo­wie, do któ­rego cho­dzi się na nie­dzielną sumę sie­dem kilo­me­trów w jedną i sie­dem w drugą stronę. Przez więk­szą część roku boso.

I szkoła. Na bosaka do szkoły w Cha­li­nie cztery kilo­me­try tam i cztery z powro­tem, a waka­cje spę­dzane na mie­dzy przy pil­no­wa­niu krów. Prze­wią­zy­wa­nie, prze­koł­ko­wa­nie pasą­cego się bydła, pil­no­wa­nie, żeby nie weszło w szkodę.

I radio słu­chane wie­czo­rami, o tej porze, kiedy zwie­rzęta już śpią, a ludzie jesz­cze nie. To radio z lat pięć­dzie­sią­tych, sześć­dzie­sią­tych to jedyna oznaka postępu tech­nicz­nego, który się doko­nał w wiel­kim świe­cie i rze­czy­wi­ście zawi­tał pod strze­chy. Bo w wielu miej­scach tuż­po­wo­jen­nego kraju radio zjawi się wcze­śniej od elek­trycz­no­ści. Tran­zy­sto­rowe, słu­chane przy lam­pach naf­to­wych. Do Popowa elek­trycz­ność przy­cho­dzi dopiero w 1957 roku, kiedy Lech ma już trzy­na­ście lat.

Radio w tam­tych cza­sach zawład­nęło umy­słami ludzi, z jed­nej strony idzie tą drogą nachalna pro­pa­ganda socja­li­stycz­nego pań­stwa, z dru­giej - z drew­nia­nego pudełka płyną zagłu­szane, trzesz­czące, ale zachłan­nie nasłu­chi­wane głosy z zaka­za­nego Zachodu, z popu­lar­nych wtedy Sek­cji Pol­skiej BBC w Lon­dy­nie, nada­ją­cej od 1939 roku, czy Głosu Ame­ryki, nada­wa­nego od 1942 roku. To radio, i to roz­dwo­je­nie prze­kazu będą towa­rzy­szyć Pola­kom, nie tylko Wałę­sie, przez cały PRL.

"Ten nawyk wie­czor­nego słu­cha­nia z radia wia­do­mo­ści ze świata pozo­stał mi do dziś"17.

Rodzina

"W domu było wiele prze­mocy, ale dzieci powszech­nie akcep­to­wały ten stan" - pisze w bio­gra­fii Lecha Wałęsy Roger Boyes, ale żadne wypo­wie­dzi rodzeń­stwa Lecha tego nie potwier­dzają. Ta opi­nia to raczej ste­reo­ty­powy obraz powo­jen­nej Pol­ski według Ame­ry­ka­nina, tym bar­dziej że w następ­nym zda­niu Boyes uogól­nia: "Dla wiej­skich dzieci w Pol­sce była to po pro­stu norma". Z tych ogól­ni­ko­wych stwier­dzeń wywo­dzi tezę o tym, skąd się wzięła póź­niej­sza cecha Lecha - podejrz­li­wość. Podejrz­li­wość, że ktoś chce cię oszu­kać, coś ci zabrać, wysa­dzić cię z sio­dła. "Podejrz­li­wość, tak cha­rak­te­ry­styczna dla Lecha Wałęsy, praw­do­po­dob­nie miała swoje źró­dło w tym nie­ła­twym, krnąbr­nym dzie­ciń­stwie"18. Może w rodzi­nie było mało czasu dla dzieci, pew­nie było dużo pracy od naj­młod­szych lat, ale o prze­mocy nie wspo­mina żadne z dzieci Bole­sława czy póź­niej Sta­ni­sława.

"To nie był ojciec i ni­gdy się z tym nie pogo­dzi­li­śmy. Teraz muszę przy­znać, że nie zawsze mia­łam rację i że na swój spo­sób Sta­ni­sław dbał o nas. Zawsze jed­nak od ojczyma ina­czej bolało, nawet jeśli się na to zasłu­żyło. Bolało podwój­nie" - wspo­mina w Dro­dze nadziei Iza­bela.

Upór Iza­beli przy­nosi owoce. Według Tade­usza, pierw­szego z synów Feliksy i Sta­ni­sława, mniej wię­cej do dzie­sią­tego roku życia Lech zwraca się do Sta­ni­sława: "Tato". Potem, za namową Iza­beli i star­szych braci, mówi już tylko "Wujku".

- To nie jest twój tata - tłu­ma­czy mu Iza­bela.

Ale sza­no­wać go trzeba. "Obo­wią­zy­wały zasady: star­szego trzeba sza­no­wać (...) Nie wolno było pod­nieść na niego głosu, a nie daj Boże ręki" - wspo­mina z kolei Lech Wałęsa.

Ojczym Sta­ni­sław to ani pyka­jący fajeczkę i fan­ta­zju­jący dzia­dek Jan, ani zapa­mię­tany jako cie­pły, kocha­jący Bole­sław. Sta­ni­sław jest inny. Zamknięty w sobie, mru­kliwy w kon­tak­tach z sąsia­dami, surowy dla synów. Jego rodzone dzieci, Tade­usz, Zyg­munt i Woj­ciech, mówią, że dla nich był nawet surow­szy. Mówił raz, ale potem już nie powta­rzał. Wal­czył też z krnąbrną pasier­bicą Iza­belą oraz z bun­to­wa­nymi przez nią Edwar­dem, Sta­ni­sławem i Lechem. Tylko dla Feliksy miał i respekt, i czu­łość. Ufał jej mądro­ści. Czę­sto radził się jej, pytał, słu­chał.

Rodzeń­stwo wspo­mina Lecha jako podob­nie upar­tego jak ojczym. "Jak się zagnie­wał lub obra­ził, zakła­dał ręce do tyłu i do nikogo się nie odzy­wał, "roz­my­ślał". Z Edwar­dem i Sta­ni­sła­wem mówi­li­śmy o nim "nasz soł­tys" - powie Iza­bela w książce Droga nadziei. - Lech bar­dzo kochał mamę i nie pozwa­lał jej skrzyw­dzić; potra­fił już jako dziecko przy­ga­dać coś ojczy­mowi, cho­ciaż był naj­młod­szy. Był naj­bar­dziej odważny, otwarty i nie­za­stra­chany"19.

Lech Wałęsa w Dro­dze nadziei opi­suje sytu­ację, którą zapa­mię­tał na całe życie. Rodzice wie­czo­rem długo pla­nują, jak roze­grać wizytę Sta­ni­sława w urzę­dzie. Sta­ni­sław stoi przed Feliksą i odgrywa scenę: przyj­dzie do urzędu, zapuka, otwo­rzy drzwi. Mówi, co powie. Feliksa go popra­wia. Razem dys­ku­tują, jak popro­wa­dzić roz­mowę. Lech Wałęsa komen­tuje to tak: skoń­czy się tym, że "sekre­tarka w urzę­dzie obleje cię kawą i wszyst­kie usta­le­nia wezmą w łeb. Jesz­cze cię ofuk­nie".

"Byli za słabi, żeby wydep­tać w życiu wła­sną ścieżkę. Nawet jeśli była to sprawa z nie­su­mien­nym listo­no­szem. (...) Dla nich był repre­zen­tan­tem świata zewnętrz­nego, urzę­do­wego. I to już było dla nich pro­ble­mem". Wałęsa widzi tę sła­bość u rodzi­ców, ale w przy­szło­ści sam będzie kry­ty­ko­wany za podobną ule­głość wobec wła­dzy, czy to kie­row­nika w zakła­dzie pracy, czy gene­rała Woj­cie­cha Jaru­zel­skiego.

Młody Wałęsa zauważa też, pew­nie nieco z zazdro­ścią, że doro­śli, matka i ojczym, potra­fią ze sobą trzy­mać, nie zwa­ża­jąc na jego uczu­cia. Wspo­mina, że kie­dyś się kłó­cili. On pró­bo­wał się wtrą­cić, uspo­koić ich. Wtedy oboje, zgod­nie, ofuk­nęli go: "to nie twoja sprawa". Zro­biło mu się smutno. Zro­zu­mie to kie­dyś, jak doro­śnie.

Raz na kilka mie­sięcy w domu jest kło­po­tliwe święto. Dla dzieci święto, dla matki kło­po­tliwe. Przy­cho­dzi, jak to się w Pol­sce mówiło, "paczka z Hame­ryki". To Janina Bro­le­wicz, córka z poprzed­niego mał­żeń­stwa babki Kamiń­skiej, pomaga w ten spo­sób swej młod­szej, przy­rod­niej sio­strze. Naj­czę­ściej w paczce są ubra­nia, z czego naj­bar­dziej cie­szy się Iza­bela, i jedze­nie, z czego cie­szą się bra­cia. Feliksa ze Sta­ni­sła­wem doce­niają pomoc, ale też tro­chę im to ciąży. Rodzina, jak wiele innych, chłop­skich, w tym cza­sie, korzy­sta także z pomocy pro­gramu UNRRA20, ale tylko zaraz po woj­nie, bo rząd Rze­czy­po­spo­li­tej Pol­skiej, pod naci­skiem ZSRR, szybko odma­wia przyj­mo­wa­nia pomocy od impe­ria­li­stów. Dzieci, które zdążą jesz­cze sko­rzy­stać z paczek UNRRA, przez całe życie będą wspo­mi­nały cha­rak­te­ry­styczny smak mleka skon­den­so­wa­nego czy w proszku. Podob­nie jak z innymi sma­kami z dzie­ciń­stwa, które w nie­ocze­ki­wa­nych momen­tach wra­cają i przy­po­mi­nają o nie­uchron­no­ści czasu i ulot­no­ści pamięci. "Dziś nawet nie wiem, jak dzie­ciom prze­ka­zać doświad­cze­nia swo­jego życia w dzie­ciń­stwie, trudno im to zro­zu­mieć. Czy ktoś uwie­rzy, że na przed­nówku nie było chleba? Nie­raz nie widziało się go przez dwa mie­siące. Dziś zresztą miał­bym ochotę na taki pla­cek - pod­pło­myk, ale w mie­ście nikt nie potrafi go upiec" - wspo­mina Lech Wałęsa w Dro­dze nadziei. Ale nie tylko smak pod­pło­myka ule­ciał wraz z tam­tym poko­le­niem. Bo czy dziś ktoś wie, co to był przed­nó­wek? Piąta pora roku, koniec zimy, a jesz­cze przed wio­sną, kiedy koń­czył się zapas zboża i mąki, krowy dawały mniej mleka, ziem­niaki w kop­cach były już pomarsz­czone, dobrze cho­ciaż, że jesz­cze nie zgniłe, a do następ­nych zbio­rów było daleko.

"Pierw­szy raz po chleb sze­dłem, gdy mia­łem chyba osiem lat. Z Popowa do Dobrzy­nia nad Wisłą, do pie­karni było dzie­więć kilo­me­trów, polnymi dro­gami. Sze­dłem sobie, roz­glą­da­łem się, patrzy­łem na kwiatki i ptaszki, posie­dzia­łem na polu - jak dosze­dłem, chleba już nie było. Wró­ci­łem z niczym"21.

Codzienne śnia­da­nie, nie tylko na przed­nówku, to mleczna zupa. To danie zosta­nie z nim na zawsze, będzie je jadł nawet w Bel­we­de­rze. "Chleb posma­ro­wany masłem czy smal­cem to święto" - wspo­mina. Bogat­sze śnia­da­nie, ale dopiero po wykop­kach, to ziem­niaki w zacierce zro­bio­nej na wodzie lub, w bogat­szej wer­sji, na mleku.

Zacierka z ziem­nia­ków na mleku

Ziem­niaki pokro­jone w kostkę, goto­wane na wodzie, poso­lone. Odce­dzamy. Z wody i garstki mąki zagnia­tamy cia­sto (jeśli ma być na bogato, może być i jajko). Cia­sto zago­to­wu­jemy w wodzie, odce­dzamy, stu­dzimy. Nieco prze­schnięte szar­piemy na kawałki lub ście­ramy na tarce, mie­szamy z ugo­to­wa­nymi ziem­nia­kami. Znów zale­wamy wodą (lub mle­kiem), gotu­jemy.

W jesz­cze bogat­szej wer­sji może być jakiś tłuszcz zwie­rzęcy, naj­czę­ściej sło­nina ze skwar­kami, a nawet mięso, wów­czas na kujaw­skiej wsi jest to naj­czę­ściej udko kur­czaka lub kaczki. Ewen­tu­al­nie pokro­jona w kostkę mar­chewka. Ale w wer­sji ubo­giej tylko tyle: ziem­niaki, mąka i woda lub mleko.

"Jedna krowa musiała wykar­mić nas wszyst­kich". W lecie i na jesieni wię­cej mięsa, do tego jajka z kur­nika, grzyby z lasu, owoce z sadu, "(...) no i ryby, które łowi­łem sam koszy­kiem w sta­wie tuż przy domu"22.

Szkoła

Babka Kamiń­ska umiera, a Lech idzie do szkoły; koń­czy się pewien okres w życiu mło­dego Wałęsy. Idzie do szkoły do Cha­lina, w ślad za star­szym rodzeń­stwem. Szkoła pod­sta­wowa działa w sta­rym dworku z połowy XIX wieku. Kiedy w Cha­li­nie pytam, gdzie była stara szkoła, męż­czy­zna na rowe­rze mówi, żebym jechał za nim. Pro­wa­dzi mnie dróż­kami mię­dzy daw­nymi budyn­kami PGR-u w stronę gęstego parku. Dziś to wła­ści­wie jest zapusz­czony i zaśmie­cony pół­las. Po kilku kro­kach mię­dzy drze­wami wyła­niają się ruiny eklek­tycz­nego dworku. Można jesz­cze dostrzec zarys scho­dów, okien, zwa­loną na zie­mię kolumnę. Dach jest już zapad­nięty. Miesz­ka­niec Cha­lina mówi, że jesz­cze jakieś dzie­sięć lat temu można tam było wejść. Jako ucznio­wie buszo­wali po pustym dwo­rze. Dziś już strach choćby podejść bli­żej murów.

To ten sam dwo­rek, do któ­rego w 1942 roku Niemcy spę­dzili aresz­to­wa­nych poprzed­niej nocy oko­licz­nych chło­pów, w tym Bole­sława i Sta­ni­sława Wałę­sów. W 1950 roku krwi na ścia­nach już nie ma, są klasy, ławki, tablice, godło, pew­nie i podo­bi­zna Bie­ruta. Dwo­rek jed­nak szybko pło­nie i dzieci z nauczy­cie­lami prze­no­szą się do pobli­skiego domu wyna­ję­tego od miej­sco­wej rodziny.

Pani Jadwiga Jaku­bow­ska, przez całe życie bar­dziej znana jako Jagoda, kole­żanka Lecha Wałęsy z klasy, mieszka w samym cen­trum Cha­lina, tuż koło nowego budynku szkoły. Lubi wspo­mi­nać tamte czasy, choć dla jej rodziny były trudne. W cza­sie wojny za śmierć nie­miec­kiego żoł­nie­rza w pobli­skich Łagiew­ni­kach roz­strze­lano dzie­się­ciu Pola­ków, w tym jej ojca. Na miej­scu kaźni teraz stoi pomnik.

- Moja mama była wdową, wyszła drugi raz za mąż i miesz­ka­li­śmy tu, w tym małym domku. Mnie w cza­sie wojny Niemcy zabili ojca, a Lesz­kowi też. Cho­dzi­łam razem z nim do szkoły sie­dem lat. W szkole naszą pierw­szą wycho­waw­czy­nią była pani Halinka Matu­szew­ska. Jakie to były czasy, cho­dzi­li­śmy do szkoły na bosaka, nawet jak się miało jedne buciki, to się oszczę­dzało.

- Duża była wasza klasa?

- Jak zaczy­na­li­śmy, to liczyła dwa­dzie­ścia cztery osoby.

Jak to po woj­nie, w kla­sie zda­rzały się różne rocz­niki dzieci. Pani Jadwiga mówi też, że nie wszy­scy z tych, któ­rzy zaczy­nali, doszli do siód­mej klasy:

- Jak ja koń­czy­łam siódmą klasę, to takie chło­paki koń­czyli, co powinni ze trzy lata wcze­śniej skoń­czyć. Cho­ciaż mie­li­śmy bar­dzo dobrych nauczy­cieli, poma­gali nam. Pani Matu­szew­ska uczyła języka pol­skiego i histo­rii, a pan Matu­szew­ski uczył mate­ma­tyki.

- A Lech z czego był dobry? - pytam.

- On był prze­ciętny - odpo­wiada23.

Wałęsa przy­znaje, że jako takie wyniki miał dzięki matce. "Matka sku­tecz­nie kon­tro­lo­wała moje postępy". Wielu kole­gów zostaje w kla­sie na następny rok lub wręcz prze­rywa naukę, ale on idzie dalej. "W szkole pol­ski, rysunki czy muzyka szły mi kulawo, ale w mate­ma­tyce do pią­tej klasy - do kiedy przy­kła­da­łem się do nauki - byłem naj­lep­szy"24.

Spo­tkany w Cha­li­nie męż­czy­zna na rowe­rze, który poka­zał mi dawną szkołę i park, jest bar­dzo uczynny, koniecz­nie chce mi jesz­cze poka­zać oto­cze­nie dworu. Po poża­rze i prze­nie­sie­niu szkoły do innego budynku nauczy­ciele z uczniami wciąż tu przy­cho­dzą albo na wycieczki, albo na lek­cje wuefu. Obcho­dzimy budy­nek dookoła, na tyłach dworu męż­czy­zna poka­zuje mi stromy spa­dek terenu. Tam było zej­ście do jeziora. To z tych wycie­czek pani Jadwiga nawet lepiej pamięta Leszka.

- Pamię­tam, że wesoły był chło­pak, aktywny, w piłkę grali. Jak to młody chło­pak, to pobili się, to pograli - mówi pani Jagoda, uśmie­cha­jąc się do wspo­mnień.

Zatem piłka. Tyle że wtedy piłka to szma­cianka albo nawet "wło­sianka". Szma­cianka ze sta­rych szmat zawi­ja­nych i ubi­ja­nych w twardy kokon, na zewnątrz ufor­mo­wana przez stare poń­czo­chy, przy­naj­mniej taką, ciężką i twardą jak kamień, poka­zy­wał mi w swoim cho­rzow­skim miesz­ka­niu Gerard Cie­ślik.

Oprócz piłki w wiej­skich szko­łach kró­lują zbi­jak, berek czy ska­ka­nie przez trzy­maną z jed­nej strony i wiru­jącą wokół cen­tral­nie usta­wio­nej osoby ska­kankę. Te naj­prost­sze gry wywo­łują wiele krzy­ków, śmie­chu i emo­cji, wygry­wał ten, kto z grupy prze­trwał naj­dłu­żej. Pani Jagoda pamięta, że Lech czę­sto wygry­wał.

Pierw­szy spor­towy suk­ces przy­nosi Lechowi Wałę­sie jesz­cze inna dys­cy­plina, do tego indy­wi­du­alna "Wycho­wawca szkolny (...) pasjo­no­wał się łucz­nic­twem i pod jego kie­run­kiem posta­no­wi­łem i ja spró­bo­wać. Na zawo­dach powia­to­wych zają­łem trze­cie miej­sce, wygry­wa­jąc praw­dziwą skó­rzaną piłkę"25. Skó­rzaną piłką to już cał­kiem ina­czej się grało.

Wokół Popowa, Rusz­kowa, Sobowa, Cha­lina jest i woda. W oko­licy pły­nie Drwęca, jed­nak naj­więk­szą atrak­cją są nie­wiel­kie, ale bar­dzo liczne jeziorka Poje­zie­rza Dobrzyń­skiego. Naj­bliż­sze to Jezioro Cha­liń­skie, tuż za szkołą, to, do któ­rego scho­dzi się stro­mym zej­ściem z pod­wor­skiego parku. Około stu­hek­ta­rowe, na ogół dość płyt­kie, ale miej­scami ma ponad trzy metry głę­bo­ko­ści. "Latem pędzi­li­śmy nad jezioro, gdzie wypły­wało się na głę­bię, aż do utraty tchu. (...) zimą, gdy zamar­zły stawy, a potem spę­kały, ska­ka­li­śmy po krach, a pod nami pięć metrów lodo­wa­tej wody. Taka próba odwagi. Wygry­wał ten, kto dotarł naj­da­lej od brzegu"26. Pani Lewan­dow­ska, kole­żanka z klasy Wałęsy, przy­wo­ły­wana przez Edwarda Szcze­siaka, wspo­mina, że naj­da­lej z klasy wypły­wał Lech27. Pani Jagoda też to pamięta, wypły­wał naj­da­lej, tak, że nauczy­cielka zawsze musiała wołać, żeby wra­cał.

I tak już w życiu jest, w opi­nii grupy wygrywa ten, kto dotrze naj­da­lej.

Pierwsza praca. Odrobek u bambra z sąsiedztwa

Odro­bek. Oprócz pracy w rodzin­nym gospo­dar­stwie dzieci muszą pra­co­wać także u innych gospo­da­rzy. Według sta­rego prze­licz­nika, pocho­dzą­cego jesz­cze z cza­sów pańsz­czy­zny: cztery dni pracy na polu bogat­szego gospo­da­rza pozwala na sko­rzy­sta­nie z jego konia przez jeden dzień. Dzięki temu można zaorać czy zabro­no­wać wła­sne pole czy zwieźć plony. Ale zwy­kle taki odro­bek jest ciężki, jesz­cze cięż­szy niż u sie­bie.

Star­szy brat Lecha Sta­ni­sław powie­dział w 1980 roku repor­te­rowi Jerzemu Sur­dy­kow­skiemu: "Po pod­sta­wówce przez trzy lata robi­łem za parobka u co więk­szych bam­brów, żeby te nasze cztery i pół hek­tara było czym obsiać i obro­bić. Konia nie mie­li­śmy. Za dzień pracy konia, czło­wiek robił u bam­bra cztery dni"28.

I Sta­ni­sław, i Lech zamiast sie­dem lat będą cho­dzili do pod­sta­wówki osiem.

"Mia­łem kło­poty już w szkole pod­sta­wo­wej - powie Lech Wałęsa w 1980 roku Ewie Ber­be­ry­usz - nawet z księ­dzem, z nauczy­cie­lami. Raz, pamię­tam, kie­row­nik szkoły kij poła­mał na mojej gło­wie"29. Z kolei miesz­kanka Cha­lina Hen­ryka Sadow­ska przy­po­mina sobie, że ostat­nią, siódmą klasę "z nie­zna­nych jej przy­czyn" Lech Wałęsa powta­rzał. A zapa­mię­tała go dobrze, bo "była jedną z jego sym­pa­tii"30.

Wiki­pe­dia podaje, że Lech Wałęsa "w 1950 roz­po­czął naukę w szkole pod­sta­wo­wej. W 1959 roz­po­czął naukę w Zasad­ni­czej Szkole Zawo­do­wej w Lip­nie"31. Według por­talu Nasza Klasa Wałęsa cho­dził do ZSZ w Lip­nie w latach 1958-196132. Ofi­cjalne bio­gramy na stro­nie Insty­tutu Lecha Wałęsy33 oraz Ency­klo­pe­dii Soli­dar­no­ści34 o pod­sta­wówce mil­czą. Jeśliby więc do szkoły pod­sta­wo­wej cho­dził w latach 1950-1958, to by zna­czyło, że sied­mio­let­nią pod­sta­wówkę rze­czy­wi­ście ukoń­czył w osiem lat.

Mam przed sobą chyba naj­lep­szą roz­mów­czy­nię, by o to zapy­tać. Pani Jagoda, jego szkolna kole­żanka, w pew­nym sen­sie potwier­dza te wyli­cze­nia, ale kręci głową, tłu­ma­cząc, że to było jesz­cze ina­czej.

- On wtedy skoń­czył siódmą klasę, ale mu jakoś rodzice mówili, żeby... - Nie bar­dzo wie, jak to powie­dzieć.

Cho­dzi jej o to, że w rodzi­nach z tej oko­licy czę­sto zda­rzało się, że rodzice wręcz chcieli, by syn został w szkole rok, dwa lata dłu­żej. Po sied­mio­let­niej pod­sta­wówce, w wieku czter­na­stu lat, był za młody na praw­dziwą pracę, a do śred­nich szkół było za daleko i dojazdy dużo kosz­to­wały. A tak, jeśli zosta­nie w szkole ten rok, dwa, to i do szkoły na miej­scu jesz­cze pocho­dzi, i w gospo­darce pomoże, i do pracy u boga­tego gospo­da­rza na odro­bek pój­dzie. Tak było ze star­szym bra­tem Lecha Sta­ni­sła­wem, tak było i z młod­szym Lechem.

Pani Jagoda Jaku­bow­ska wspo­mina:

- Jak myśmy byli takie dzie­ciaki z czwar­tej klasy, to już cho­dzi­li­śmy do takiego boga­tego gospo­da­rza Cza­cho­row­skiego z Rusz­kowa na zaro­bek. Zaro­bić parę zło­tych. I on [Lech] skoń­czył ze mną siódmą klasę, jesz­cze mam go gdzieś na zdję­ciu, a potem jesz­cze jeden rok powta­rzał. Ale nie to, że nie zdał, tylko cho­dził jesz­cze jeden rok i dopiero póź­niej poszedł do szkoły do Lipna.

Pani Jagoda dobrze rozu­mie zabiegi rodzi­ców kie­ru­ją­cych przy­szło­ścią dzieci, bo i ją one dotknęły. Dyrek­tor Matu­szew­ski długo nama­wiał matkę, żeby posłała zdolną córkę do Wło­cławka, do szkoły peda­go­gicz­nej. Zostać nauczy­cielką, być taką, jak jej uko­chana pani od pol­skiego, to było jej marze­nie. Ale nie, potrzebna była w gospo­dar­stwie i poszła do pobli­skiego Dobrzy­nia do szkoły rol­ni­czej.

Taka była lokalna tra­dy­cja. Zanim Sta­ni­sław i Lech pójdą w świat, popra­cują jesz­cze ciężko na gospo­darce, a potem ich obo­wiązki przejmą młodsi bra­cia: Tade­usz, Zyg­munt i Woj­ciech.

Regina Śnia­decka, kuzynka Wałęsy, ujmuje to kró­cej i dosad­niej:

- To była bida te Wałęsy, każdy dostał kawa­łek ziemi i musiał pobu­do­wać jakiś domek. Żeby obro­bić zie­mię, cho­dzili na robotę do Cza­cho­row­skich.

Kiedy Sta­ni­sław i Lech będą starsi, pójdą do pracy w cegielni Michal­skiego. Zwy­kle praca w takich wiej­skich cegiel­niach jest jesz­cze cięż­sza niż na roli; nosze­nie mokrych cegieł na dłu­gie dechy, na któ­rych mają schnąć, wyrywa ręce w nad­garst­kach. Wyschnięte są już lżej­sze, ale wtedy bie­rze się ich wię­cej i wycho­dzi na to samo.

Szkoła średnia w Lipnie. Elektryk nie do końca jest elektrykiem, ale dom przestaje być domem

Jest rok 1958. Lech koń­czy szkołę pod­sta­wową. Oboje z matką wie­dzą, co dalej. Pój­dzie w ślad za star­szym Sta­ni­sła­wem do zasad­ni­czej szkoły zawo­do­wej w pobli­skim Lip­nie. Trzy­dzie­ści kilo­me­trów PKS-em od domu. W pobliżu są jesz­cze Sierpc, Dobrzyń nad Wisłą, ale Lipno jest już spraw­dzone. Miej­scowa szkoła zawo­dowa ma klasę mecha­ni­za­cji rol­nic­twa. A wokół jest wiele POM-ów, które potrze­bują ludzi do pracy w PGR-ach.

Pań­stwowe ośrodki maszy­nowe to zakłady, które mają maszyny rol­ni­cze, wtedy głów­nie trak­tory, póź­niej także kom­bajny. Świad­czą usługi licz­nym na Pomo­rzu PGR-om. Pozo­sta­wione przez daw­nych nie­miec­kich wła­ści­cieli zie­mie, a także te ode­brane co bogat­szym pol­skich chło­pom, to teraz wie­lo­hek­ta­rowe pań­stwowe gospo­dar­stwa. Dla­tego kształ­cąca mecha­ni­ków maszyn rol­ni­czych zawo­dówka w Lip­nie daje pewną pracę. Może nie naj­lep­szą, ale dla kogoś, kto nie zamie­rza stąd wyjeż­dżać, jest dobrym wybo­rem. Osiem godzin pracy w POM-ie lub PGR-ze, a potem obróbka wła­snego pola.

- Sam pan pod­jął decy­zję o szkole śred­niej, o wyjeź­dzie do inter­natu? - pytam Lecha Wałęsę pod­czas wywiadu w stycz­niu 2020 roku.

- Tak, tylko trzeba pamię­tać, że były ogra­ni­cze­nia, przede wszyst­kim mate­rialne. Rodzice nie byli w sta­nie pła­cić mi za dojeż­dża­nie, a nawet z mojej wio­ski nie było dobrego dojazdu. Naj­bli­żej było Lipno i Wło­cła­wek, więc szkoły po pod­sta­wówce trzeba było poszu­kać gdzieś tutaj - mówi mi.

Jerzy Sur­dy­kow­ski, dzien­ni­karz "Życia Lite­rac­kiego", jest w stoczni pod­czas strajku w sierp­niu 1980 roku. Potem, od wrze­śnia, przy­jeż­dża regu­lar­nie do Mię­dzy­za­kła­do­wego Komi­tetu Zało­ży­ciel­skiego w Gdań­sku, by roz­ma­wiać z Lechem Wałęsą. W paź­dzier­niku i listo­pa­dzie 1980 roku wybiera się na Kujawy, w jego rodzinne strony. Przed­tem prosi go o jakieś namiary na rodzinę. I tu spo­tyka go zasko­cze­nie. Jerzy Sur­dy­kow­ski mówi mi w 2020 roku, że trudno mu było wtedy coś wycią­gnąć od Wałęsy, jakby się wsty­dził rodzin­nych stron.

- Wałęsa kła­mał bez­czel­nie - śmieje się. - Ja go pyta­łem, jakich ma krew­nych i gdzie. A on: "Nie mam żad­nych krew­nych!". Ale dotar­łem do nich i były bar­dzo fajne roz­mowy.

Nie­znie­chę­cony, a może tym bar­dziej cie­kawy, jedzie. Tra­fia mię­dzy innymi do zespołu szkół w Lip­nie, roz­ma­wia z ówcze­snym dyrek­to­rem. Ten poka­zuje mu doku­menty uczniów przy­ję­tych do szkoły. Wtedy, na jesieni 1980 roku, Sur­dy­kow­ski wyno­to­wuje: "Na stro­nie 375 wiel­kiej księgi wpis: "Wałęsa Lech, syn Feli­cji i Bole­sława, naro­do­wość pol­ska, zawód ojca - rol­nik, przy­jęty do szkoły na pod­sta­wie świa­dec­twa. Pierw­szy wrze­śnia 1959 roku""35 (a nieco wyżej, na stro­nie 335 znaj­duje nazwi­sko Sta­ni­sława Wałęsy, star­szego brata, który uczęsz­czał do tej samej szkoły kilka lat wcze­śniej).

Szkoła leży na skraju mia­sta w dużym pod­wor­skim parku. "U wej­ścia do parku z wyso­kiego wzgó­rza pano­wała nad oko­licą figura św. Anto­niego. Święty Antoni miał chyba ochra­niać miesz­kań­ców Lipna, a zwłasz­cza młode dziew­częta od zarazy, jaką byli ucznio­wie zawo­dówki. Szkoła nie cie­szyła się w mie­ście naj­lep­szą opi­nią" - przy­znaje sam Wałęsa. Jej poziom jest typowo zawo­dowy, na potrzeby przy­szłego pra­cow­nika POM-u: "Przed­mioty ogólne - język pol­ski, mate­ma­tyka, histo­ria czy geo­gra­fia - wszystko tylko w zary­sie, na pozio­mie nie­stwa­rza­ją­cym trud­no­ści. (...) Naj­cie­kaw­sze dla mnie były zaję­cia w dobrze wypo­sa­żo­nych warsz­ta­tach szkol­nych, gdzie, mogę powie­dzieć, nauczy­łem się fachu. (...) Nie­stety, i trzeba to przy­znać, naj­go­rzej szła mi nauka histo­rii"36 - napi­sze.

"Szkoła zawo­dowa kształ­ciła uczniów, któ­rzy miesz­kali w inter­na­tach, gdzie obo­wią­zy­wały surowe reguły (...) Wałęsa oka­zał się bie­gły w czę­ści zajęć zwią­za­nych z mecha­niką i otrzy­my­wał lep­sze od prze­cięt­nych oceny z mate­ma­tyki, wycho­wa­nia fizycz­nego i - ku zdu­mie­niu wszyst­kich - z zacho­wa­nia, mimo że był nie­ustan­nie upo­mi­nany za pale­nie, nosze­nie czapki w kie­szeni i za imper­ty­nen­cję". Angiel­ski bio­graf Wałęsy Roger Boyes chyba nieco z prze­sadą twier­dzi, że to dzięki temu, iż "był w inter­na­cie kimś w rodzaju przy­wódcy gangu i uda­wało mu się utrzy­my­wać tam porzą­dek, co doce­niali nauczy­ciele"37.

Lech Wałęsa w Dro­dze nadziei wspo­mina, że z więk­szo­ści przed­mio­tów wycho­dził "na "dosta­tecz­nie". Na świa­dec­twie ukoń­cze­nia szkoły są dwie czwórki: z gospo­dar­stwa przed­się­bior­stwa i z przy­spo­so­bie­nia fizycz­nego, oraz piątka ze spra­wo­wa­nia. Z tym spra­wo­wa­niem mia­łem jed­nak po dro­dze kło­poty, kil­ka­krot­nie na radzie peda­go­gicz­nej kry­ty­ko­wano moje eks­cesy. Czę­sto ury­wa­łem się z kole­gami z inter­natu (...) do mia­sta. Przy­ła­py­wano nas tam na pale­niu papie­ro­sów (...) Nad­szarp­niętą opi­nię "pala­cza i roz­ra­bia­cza" sta­ra­łem się zre­ha­bi­li­to­wać w dniach, kiedy w inter­na­cie przy­pa­dał mój dyżur""38.

Jerzy Sur­dy­kow­ski w 1980 roku sie­dział w gabi­ne­cie dyrek­tora Zespołu Szkół Zawo­do­wych w Lip­nie, czy­tał i prze­pi­sy­wał do repor­ter­skiego notat­nika wpis wycho­wawcy z inter­natu z 17 listo­pada 1960 roku: "Wałęsa Lech - roz­ra­biacz i palacz", a z 26 stycz­nia 1961 roku: "Mło­dzież wycho­dzi do mia­sta bez nakry­cia głowy, mię­dzy innymi wycho­wa­nek Wałęsa z gołą głową i czapką w kie­szeni. Pro­po­zy­cja obni­że­nia oceny ze spra­wo­wa­nia"39.

Inny z prze­py­ta­nych przez Sur­dy­kow­skiego wycho­waw­ców z inter­natu ma lep­sze wspo­mnie­nia: "Dobrze go pamię­tam. Sta­now­czy, ale spo­kojny. Jak coś chciał zro­bić, to zro­bił. Zdol­no­ściami spe­cjal­nymi nie wyróż­niał się. Dobry był w zasa­dzie. Pogodny. Kole­żeń­ski"40.

Sur­dy­kow­ski spo­tyka się też z Józe­fem Wyckem, kolegą Wałęsy z inter­natu, który mu mówi: "Co ja tam będę opo­wia­dał. Na dach za facjatę żeśmy kurzyć cho­dzili". W tym wieku nie jest to jakieś wiel­kie prze­wi­nie­nie, ale nałóg na lata pozo­sta­nie.

Z doku­men­tów szkoły repor­ter wyno­to­wuje jesz­cze: "Wałęsa Lech, czło­nek ZMS, postawa moralno-poli­tyczna wła­ściwa. Należy do LPŻ". Skrót ZMS ozna­cza Zwią­zek Mło­dzieży Socja­li­stycz­nej, a LPŻ to Liga Przy­ja­ciół Żoł­nie­rza.

- Nie przy­znaje się do tego, ale był człon­kiem ZMS-u. No, ale wtedy wszy­scy byli. Cała jego klasa pew­nie była - mówi mi dzi­siaj Sur­dy­kow­ski.

Zanim repor­ter poże­gna się z dyrek­to­rem w Lip­nie, ogląda jesz­cze zdję­cia szkoły z lat sześć­dzie­sią­tych. Na fasa­dzie budynku wisi napis: "Niech żyje nie­śmier­telna idea mark­si­zmu-leni­ni­zmu".

W poło­wie lat osiem­dzie­sią­tych, przy oka­zji wywiadu do Drogi nadziei, Lech Wałęsa także patrzy na swoje zdję­cia z tego okresu. W przy­szkol­nym parku stoi on, trzech kole­gów, pew­nie z klasy lub inter­natu, i dwie kole­żanki. Może z innej szkoły w Lip­nie, w każ­dym razie rówie­śniczki. Lech Wałęsa, patrząc na jedno z nich, zauważa: "Mam na sobie mocno u dołu zwę­żone spodnie, jasną koszulę z zawią­zaną pod szyją chustką-apaszką. (...) w pozach nie­dba­łość, wysty­li­zo­wana na "wiej­skie biki­niar­stwo"". A co do dziew­cząt, wydaje się bar­dziej "do przodu" niż jego kole­dzy. "(...) tu mia­łem naj­wię­cej fan­ta­zji. Pra­wie na wszyst­kich uję­ciach trzy­mam bli­sko sie­bie to jedną, to drugą dziew­czynę, a pozo­stali kole­dzy bar­dziej sta­ty­stują. Dziew­czyny wyraź­nie wyry­wają się z zabor­czych objęć, chcą i nie chcą"41.

"Dziew­czyny chcą i nie chcą" to dyle­mat nie tylko Lecha Wałęsy, ale u niego samego jesz­cze kilka razy powróci.

Lech Wałęsa oce­nia swój i kole­gów ze zdję­cia wiek na sie­dem­na­ście lat. Jeśli jest wio­sna 1960, to jest to druga klasa szkoły, jeśli jesień - trze­cia, ostat­nia. Tak czy owak, powoli koń­czy szkołę i nie­długo pój­dzie do pracy. Na koniec tego okresu sam sie­bie pod­su­mo­wuje tak: "Jedno, co ude­rza, to moja nie­mała pew­ność sie­bie, widoczna w gestach i posta­wie".

Zespół szkół w Lip­nie ma kilka róż­nych spe­cja­li­za­cji: mecha­nik, mecha­nik rol­nic­twa, elek­tryk, kowal (zapewne prze­my­słowy) oraz kowal-ślu­sarz. Pro­file pro­wa­dzone są naprze­mien­nie, nie każdy w każ­dym roku. Co prawda w 1958 roku jest pierw­sza klasa o pro­filu elek­trycz­nym, ale ówcze­sne dro­bia­zgowe notatki Sur­dy­kow­skiego przy­no­szą kolejną zagadkę.

Pro­to­kół z egza­minu koń­co­wego:

Język pol­ski "Moja praca w warsz­ta­tach szkol­nych i próba jej oceny" - dosta­teczny. Prak­tyczna nauka zawodu: "Część ruchoma i stała piłki do cię­cia metali" - dosta­teczny. Piątki tylko ze spra­wo­wa­nia (mimo wszystko) i ze sportu. Spe­cjal­ność: mecha­nik rol­ni­czy. Ocena ogólna: dosta­teczny.

Lipno, Włocławek

A więc to nie klasa elek­tryczna, tylko mecha­ni­za­cji rol­nic­twa? To by się zga­dzało - w 1959 roku w ZSZ Lipno nie było klasy elek­trycz­nej, za to były: kowal­stwo (wycho­wawca Jan Sie­ciń­ski), mecha­nik (wycho­waw­czyni Ewa Pogo­rzel­ska) i mecha­nik rol­ni­czy wła­śnie (L. Ziem­le­wicz)42.

Prze­glą­da­jąc na Naszej Kla­sie prze­waż­nie puste pro­file klas szkoły w Lip­nie, nie­ocze­ki­wa­nie tra­fiam na zakładkę klasy elek­trycz­nej z lat 1958-1961. Jakiś ano­ni­mowy inter­nauta napi­sał w 2008 roku: "to hanba klasa leszka naszego PRE­ZY­DENTA, i pusto. Wstyd"43.

Ale nie ma racji. Ja, może bez więk­szego prze­ko­na­nia, lecz bar­dziej z repor­ter­skiego obo­wiązku szu­kam dalej i - nie­spo­dzianka. Na pro­filu klasy "mecha­nik" jest czwórka daw­nych uczniów, w tym... Lech Wałęsa! Jest dokład­nie tak, jak tego chcą uparte notatki Sur­dy­kow­skiego. A więc Lech Wałęsa nie jest elek­try­kiem z wykształ­ce­nia, choć na pewno zosta­nie - w przy­szło­ści - elek­try­kiem z zawodu.

Ale jest jesz­cze coś. W tym okre­sie poja­wia się pewna luka w ofi­cjal­nym życio­ry­sie Lecha Wałęsy.

- Rodzice nie byli w sta­nie pła­cić mi za dojeż­dża­nie, a nawet z mojej wio­ski nie było dobrego dojazdu. Naj­bli­żej było Lipno i Wło­cła­wek, więc szkoły po pod­sta­wówce trzeba było poszu­kać gdzieś tutaj - powie­dział mi Lech Wałęsa w lutym 2020 roku.

- Czę­sto pan wra­cał do domu w cza­sie nauki w Lip­nie, kiedy zamiesz­kał pan już w inter­na­cie? - pytam, cho­ciaż w momen­cie wywiadu jesz­cze nie wie­dzia­łem o Domu Mło­dzieży we Wło­cławku.

- W nie­dziele inter­nat nie był czynny, trzeba było więc jechać do domu, cho­ciażby po to, żeby jeść44 - odpo­wie­dział mi wymi­ja­jąco Lech Wałęsa.

Nie do końca to prawda, bo oprócz inter­natu w Lip­nie i rodzin­nego domu było wtedy w jego życiu jesz­cze jedno miej­sce. Pań­stwowy Dom Mło­dzieży we Wło­cławku. Tuż po woj­nie w całej Pol­sce było dużo takich ośrod­ków. Były jesz­cze pań­stwowe domy dzieci, ale PDM-y były nieco innymi pla­ców­kami. W tym trud­nym, powo­jen­nym okre­sie peł­niły różne funk­cje, po czę­ści były domami dla powo­jen­nych sie­rot. Jed­nak czę­ściej poma­gały bied­niej­szym i wie­lo­dziet­nym rodzi­nom, roz­dzie­la­jąc pomoc, głów­nie mate­rialną, tro­chę jak dzi­siej­sze MOPS-y, a także pro­wa­dziły szkoły z inter­na­tami dla mło­dzieży trud­nej, z pro­ble­mami. W histo­rii tego kon­kret­nego ośrodka we Wło­cławku napi­sano, że został utwo­rzony w 1945 roku i jest "prze­zna­czony dla chłop­ców nie­do­sto­so­wa­nych spo­łecz­nie w wieku od 14 do 18 lat"45.

Lech Wałęsa o tej pla­cówce nie wspo­mina, ale wygląda na to, że on raz miesz­kał tam, a raz w inter­na­cie w Lip­nie.

Pań­stwowy Dom Mło­dzieży im. Jana Kiliń­skiego we Wło­cławku zało­żony został w 1945 roku. Sta­ni­sław, star­szy brat Lecha, wyraź­nie o nim wspo­mina w 1980 roku w roz­mo­wie z Jerzym Sur­dy­kow­skim: "Takiej biedy i takiego życia nikt dziś nie pamięta. Nawet lepiej, że się nie pamięta, bo po co? Jak zro­zu­mieć, że komuś nie star­czyło nawet na to, żeby dzieci posłać do szkoły, choć szkoła bez­płatna. Na por­tki nie star­czało, na zeszyty i ołó­wek. Tro­chę "cio­cia UNRRA" poma­gała, ale tylko dla­tego fachu można było się wyuczyć, że wziął nas pod opiekę ten Pań­stwowy Dom Mło­dzieży, dawali ubra­nie, zapo­mogi, bez­płatny inter­nat. Raz nawet na wycieczkę zawieźli..."46. Nie mówi, że cho­dzi o PDM we Wło­cławku, ale to jedyna taka pla­cówka w oko­licy. Paweł Zyzak w 2007 roku otrzy­mał pismo z Mło­dzie­żo­wego Ośrodka Wycho­waw­czego (nowa nazwa PDM we Wło­cławku) przy ulicy Leśnej 24, w któ­rym MOW przy­znaje jedy­nie: że "Lech Wałęsa (...) figu­ruje w ewi­den­cji wycho­wan­ków Pań­stwo­wego Domu Mło­dzieży im. Jana Kiliń­skiego we Wło­cławku. Pan Lech Wałęsa przy­był do Pań­stwo­wego Domu Mło­dzieży dnia 01.11.1958 r. i umiesz­czony został w inter­na­cie Zasad­ni­czej Szkoły Mecha­ni­za­cji Rol­nic­twa w Lip­nie"47.

Ano­ni­mowa miesz­kanka Łocho­cina miała dopre­cy­zo­wać, że młody Lech Wałęsa do PDM-u dojeż­dża w week­endy, kiedy zamknięty jest inter­nat szkoły w Lip­nie.

Naj­praw­do­po­dob­niej było tak, że ich ambitna matka Feliksa chciała wycho­wać i wykształ­cić synów, żeby nie musieli żyć z tego kawałka lichej ziemi, którą mieli do podziału na sze­ściu synów i córkę. Jak w latach czter­dzie­stych z zawsty­dze­niem otwie­rała paczkę od Janiny, przy­rod­niej sio­stry z Ame­ryki, tak pod koniec lat pięć­dzie­sią­tych sta­rała się o pomoc dla dzieci w naj­bliż­szym PDM-ie. Innym, choć pośred­nim dowo­dem na to, że Lech Wałęsa, jeśli nie mieszka regu­lar­nie w week­endy w PDM-ie we Wło­cławku, to przy­naj­mniej czę­sto tam nocuje, jest ten, że kiedy w 1990 roku zostaje pre­zy­den­tem, funk­cjo­na­riu­sze Urzędu Ochrony Pań­stwa przy­jeż­dżają i zabie­rają doku­menty doty­czące Lecha Wałęsy z Zasad­ni­czej Szkoły Zawo­do­wej w Lip­nie i Mło­dzie­żo­wego Ośrodka Wycho­waw­czego we Wło­cławku. Dziś ZSZ w Lip­nie zdobi tablica poświę­cona naj­bar­dziej zna­nemu wycho­wan­kowi szkoły ("W tej szkole uczył się Lech Wałęsa - lau­reat poko­jo­wej Nagrody Nobla - Lipno 1990"), a on sam dość dużo i cie­pło pisze o niej w Dro­dze nadziei, nato­miast MOW w pobli­skim Wło­cławku takiej tablicy nie ma. Na pierw­szej stro­nie por­talu Zespołu Szkół Tech­nicz­nych w Lip­nie wisi zdję­cie, na któ­rym dum­nie stoi Lech Wałęsa48, nato­miast strona MOW we Wło­cławku jest nad wyraz skromna, a naj­słyn­niej­szy miesz­ka­niec tutej­szego inter­natu woli mówić, że co tydzień w pią­tek wra­cał do domu.

Mechanik elektrykiem

Że z tylu róż­nych dróg przez życie każdy ma prawo wybrać...

Sta­ni­sław Sta­szew­ski, Bal kre­śla­rzy

Rok 1961.

"Wraz z balem szkol­nym na zakoń­cze­nie nauki koń­czył się rów­nież etap bez­tro­skiego życia i trzeba było pod­jąć nor­malną pracę zawo­dową"49. Osiem­na­sto­letni Lech Wałęsa po skoń­cze­niu szkoły wraca w pobli­skie strony, ale już nie do domu.

"Zna­la­złem się od razu w pobli­skim POM-ie w Łocho­ci­nie. Bra­ko­wało elek­tryka, więc przy­jęto mnie na to sta­no­wi­sko"50. Pamię­tamy, że młody Wałęsa ukoń­czył klasę "mecha­nik rol­ni­czy" i po egza­mi­nie koń­co­wym otrzy­mał spe­cjal­ność mecha­nik rol­nic­twa. Ale to nic dziw­nego, że został teraz elek­try­kiem, ówcze­sne maszyny rol­ni­cze mają pro­stą budowę, mecha­nika i elek­tryka na tym pozio­mie są łatwe w obsłu­dze. Sami rol­nicy potra­fią zro­bić wiele rze­czy przy swych maszy­nach, a co dopiero pra­cow­nicy POM-ów, i ten pierw­szy angaż usta­wia Lecha Wałęsę na resztę życia jako elek­tryka.

Póź­niejsi jego kole­dzy z Gdań­ska i Wol­nych Związ­ków Zawo­do­wych będą podzie­leni w tej spra­wie. Andrzej Bulc, rów­nież pra­cu­jący przez jakiś czas jako elek­tryk na wydziale W-4 w stoczni (potem, po ukoń­cze­niu tech­ni­kum, jako elek­tro­nik), powie, że Lech Wałęsa nie był elek­trykiem, a jeśli już, to tylko do dwu­na­stu wol­tów, czyli z upraw­nie­niami do wymiany żarówki w samo­cho­dzie. Ale inny kolega Lecha Wałęsy z WZZ i sąsiad ze Sto­gów Józef Dro­goń (rów­nież elek­tryk i tech­nik łącz­no­ści) tłu­ma­czy mi, że o upraw­nie­niach elek­tryka nie decy­duje szkoła:

- Powiem tak, nie miało zna­cze­nia, czy był elek­tryk z wykształ­ce­nia czy nie. Ważne, że miał upraw­nie­nia.

- Jakie?

- SEP-owskie51. W wielu zawo­dach jest tak, że nie musisz być elek­try­kiem, żeby mieć upraw­nie­nia SEP. Mecha­ni­za­cja rol­nic­twa, okej, ale zdał egza­min w SEP i mając te upraw­nie­nia, mógł pra­co­wać jako elek­tryk. Żar­to­wano, że to był elek­tryk na dwa­na­ście wol­tów, bo repe­ro­wał maszyny rol­ni­cze, samo­chody. Ale nie ma cze­goś takiego jak upraw­nie­nia na dwa­na­ście wol­tów, są upraw­nie­nia do jed­nego kilo­wata i upraw­nie­nia powy­żej jed­nego kilo­wata. Ten do jed­nego kilo­wata może robić wszyst­kie urzą­dze­nia, a z upraw­nie­niami powy­żej rów­nież sieci ener­ge­tyczne. Wtedy zda­wało się takie egza­miny w dwóch miej­scach w Gdań­sku, ale mógł je zdać jesz­cze u sie­bie. Jak przy­je­chał do Gdań­ska, to mógł mieć upraw­nie­nia, i dostał w stoczni pracę elek­tryka.

Łocho­cin, miej­sce pierw­szej pracy Lecha Wałęsy, leży na dobrze mu zna­nej tra­sie z Lipna do Wło­cławka. Około dwu­dzie­stu kilo­me­trów od rodzin­nego domu, do któ­rego coraz rza­dziej zagląda. Kiedy Oriana Fal­laci w 1980 roku pyta Wałęsę o jego reli­gij­ność, on w odpo­wie­dzi przy­wo­łuje wła­śnie ten czas pomię­dzy Lip­nem a Łocho­cinem, mię­dzy koń­cem szkoły a pod­ję­ciem pierw­szej pracy w POM-ie:

"Zawsze był pan taki reli­gijny?

- Tak, tak. Zawsze. Mam na to świad­ków, pro­szę spy­tać biskupa! Także w szkole! (...) Tylko mię­dzy sie­dem­na­stym a osiem­na­stym rokiem życia odda­li­łem się od wiary. I zaczą­łem uży­wać życia. Pry­watki, dziew­czyny, alko­hol. Potem coś się wyda­rzyło. Któ­re­goś dnia prze­mar­z­łem, byłem zmę­czony i szu­ka­łem miej­sca, w któ­rym mógł­bym usiąść. A ponie­waż w oko­licy był tylko kościół, wsze­dłem do środka. Usia­dłem w ławce, w cie­ple i od razu poczu­łem się tak dobrze, że od tej chwili prze­sta­łem być obi­bo­kiem. Nie żebym teraz był anio­łem, co to, to nie. Anioły nie ist­nieją, a ja nie jestem anio­łem, raczej dia­błem. Ale codzien­nie rano cho­dzę do kościoła, przyj­muję komu­nię, a jeśli mam na sumie­niu jakieś grzeszki, przy­stę­puję do spo­wie­dzi. Mówię tak, bo w sumie jestem porząd­nym czło­wie­kiem, nie mam sobie nic do zarzu­ce­nia. W całym swoim życiu upi­łem się tylko dwa razy, za pierw­szym razem pod­czas służby woj­sko­wej, a za dru­gim w zawo­dówce. A jeśli cho­dzi o dziew­czyny..."52.

Lech Wałęsa, zdję­cie legi­ty­ma­cyjne z lat sześć­dzie­sią­tych. Ze zbio­rów IPN

Może jed­nak było nieco ina­czej? Przy oka­zji kolej­nej wer­sji auto­bio­gra­fii, wyda­nej w 2007 roku, Lech Wałęsa ten wstrząs duchowy prze­nosi na inny czas i inne miej­sce. Już nie osiem­na­ście lat i nie Łocho­cin. "Gdzieś mię­dzy dwu­dzie­stym a dwu­dzie­stym pią­tym rokiem życia sporo grze­szy­łem. Puści­łem się w mło­dość, w zabawę. Kie­dyś, bar­dzo zmę­czony, chcąc gdzieś odpo­cząć, wsze­dłem do kościoła przy dworcu w Gdań­sku. (...) Od tam­tego czasu nie opu­ści­łem ani jed­nej mszy nie­dziel­nej czy świą­tecz­nej"53.

A po latach, klu­cząc w wywia­dach i gubiąc tropy, jak z kape­lu­sza wyciąga tę albo inną wer­sję. Przy­kła­dowo w 1980 roku mówi Jerzemu Sur­dy­kow­skiemu, że w mło­do­ści chciał być księ­dzem, aby "robić ludziom dobrze" (podob­nie Oria­nie Fal­laci w 1981 roku). Jeśli jeste­śmy już przy tej chyba naj­mniej praw­do­po­dob­nej wer­sji życia Wałęsy, w auto­bio­gra­fii Droga nadziei (z 1984 i 1990 roku) o moż­li­wo­ści zosta­nia księ­dzem nie wspo­mina ani sło­wem, za to w Dro­dze do wol­no­ści z 1991 roku pisze, że nie tyle chciał, ile miał zostać księ­dzem: "Ja też byłem brany pod uwagę jako przy­szły ksiądz, ale jakoś nie cią­gnęło mnie, zwłasz­cza kiedy zoba­czy­łem, że są na świe­cie dziew­czyny"54.

No wła­śnie, dziew­czyny.

Ale zanim doj­dziemy do dziew­czyn, warto wspo­mnieć, że takie "warian­towe" trak­to­wa­nie swej bio­gra­fii zosta­nie Lechowi Wałę­sie na zawsze. Stąd będą liczne, czę­sto sprzeczne, wer­sje wyda­rzeń z jego życia.

Żona, rodzina, dzieci? Za wcześnie

...każdy ma prawo wybrać źle.

Sta­ni­sław Sta­szew­ski, Bal kre­śla­rzy

W okre­sie pracy Lecha Wałęsy w POM-ie Łocho­cin (oraz pomi­ja­nej we wspo­mnie­niach filii w pobli­skim Lubi­nie) w jego życiu poja­wia się Wanda.

W tym samym Łocho­ci­nie, nie­da­leko POM-u, mieszka z rodzi­cami Leszek Śmie­chow­ski. Zna dobrze Lecha, widuje go codzien­nie popo­łu­dniami, po pracy, a w week­endy na zaba­wach w oko­licz­nych wsiach. Zabawy jak zabawy, zawsze jakiś alko­hol, cza­sem bójka, ale przede wszyst­kim muzyka i dziew­czyny. Na jed­nej z takich zabaw Lech Wałęsa poznaje Wandę.

Wanda ma dopiero 19 lat, jest szczu­pła, ma ciemne włosy. Mieszka na gra­nicy Łocho­cina i Cheł­micy, w przy­siółku nazy­wa­nym Cyprianka. Za drogą Lipno-Wło­cła­wek z Łocho­cina do Cyprianki jest jakieś trzy i pół kilo­me­tra, ale na skróty, polami i laskiem, już tylko nieco ponad dwa. Leszek Śmie­chow­ski mieszka przy głów­nej dro­dze i kilka razy w tygo­dniu wita się z Lechem, jak ten idzie od POM-u i za jego domem skręca na Cypriankę. Cześć, cześć, na takiej małej wsi każdy wie, do któ­rej panny cho­dzi kawa­ler.

Lech Wałęsa też ma 19 lat i chyba jak każ­dego mło­dzieńca w tym wieku prze­raża go myśl o ożenku, dzie­ciach. Pamię­ta­jąca tę parę sąsiadka Wandy Halina Pod­gór­ska mówi mi, że to Wanda chciała poważ­niej­szego związku. Miała wtedy ciężki okres. Prze­nio­sła się do Cyprianki, żeby opie­ko­wać się nie­do­łęż­nymi dziad­kami, a w rodzin­nym domu miała jesz­cze ciężko chorą matkę. I tak bie­gała od jed­nego domu do dru­giego. Mimo tych obo­wiąz­ków oraz róż­nic w podej­ściu do przy­szło­ści mło­dzi czę­sto się spo­ty­kają, prze­waż­nie wie­czo­rami, po pracy Lecha. Wanda zacho­dzi w ciążę. Mimo to Wałęsa nie chce się żenić. A kiedy się roz­stają, Lech Wałęsa stara się o prze­nie­sie­nie do filii POM-u Łocho­cin w Lubi­nie. To jakieś dwa­dzie­ścia kilo­me­trów na pół­noc od Łocho­cina, za Lip­nem. Śmieszna odle­głość jak na ucieczkę od prze­szło­ści, ale w wiej­skich warun­kach może i jest to cał­kiem daleko. Tym bar­dziej że w dro­dze do Lubina, mija­jąc Lipno i jadąc na Kikół, trzeba skrę­cić w szczere pola i dopiero po kilku kilo­me­trach jest mała wieś wci­śnięta mię­dzy cał­kiem spore jezioro i las. W gąsz­czu polnych dróg i plą­ta­niny przy­siół­ków lepiej zapy­tać o drogę miej­sco­wych. Muszę przy­znać, że jak na tę oko­licę to koniec świata.

Wanda jesz­cze po raz ostatni pró­buje wpły­nąć na Lecha. Podobno za namową sąsia­dek z Cyprianki jedzie do Popowa, do matki Lecha. Odnaj­duje dom Wałę­sów. Jak wygląda ich roz­mowa, nie wiemy. Na pewno nic nie uzy­skuje.

Wałęsa dosłow­nie zaszywa się w małym zakła­dzie na odlu­dziu. Pro­sto po pracy wraca do kwa­tery pra­cow­ni­czej, małego poko­iku na stry­chu nad budyn­kiem POM-u. Z cza­sem wynaj­muje pokoik na pod­da­szu pobli­skiego pry­wat­nego domu. Zacho­dzi też do poło­żo­nego naprze­ciw POM-u gospo­dar­stwa pań­stwa Maty­ja­si­ków. Kupuje mleko, owoce, a przy oka­zji zaga­duje do ich córki. Ale jest chyba jesz­cze za wcze­śnie na romans po kło­po­tach z Łocho­cina.

Pra­cow­nicy POM-u i miesz­kańcy Lubina pamię­tają, że Wałęsa więk­szość czasu po pracy spę­dza u sie­bie na pod­da­szu. Cza­sem tylko przy­jeż­dża do niego rówie­śnik na moto­rze. Mili­cjant. Podobno kuzyn albo jakiś dal­szy krewny.

Z jed­nym z pra­cow­ni­ków POM-u po pracy wycho­dzi na ryby nad pobli­skie stawy, jeziorka, któ­rych jest tutaj zatrzę­sie­nie. Ta woda to jedyna roz­rywka w oko­licy. Woda będzie też przy­czyną pierw­szej tra­ge­dii w jego doro­słym życiu.

W 1963 roku rodzi się syn Wandy Grze­gorz. Wanda już wie, że będzie go wycho­wy­wać sama. Tym­cza­sem Lech dostaje powo­ła­nie do woj­ska, z ulgą rzuca pracę w Lubi­nie i wyjeż­dża do jed­nostki woj­sko­wej w Kosza­li­nie.

Szeregowiec kapralem. Po raz pierwszy szumi wąs Wałęsy

Kolej­nym eta­pem życia Lecha Wałęsy, wtedy bar­dzo typo­wym dla 19-lat­ków, a szcze­gól­nie chłop­skich czy robot­ni­czych synów, jest woj­sko. Sam Lech Wałęsa o tym okre­sie mówi bar­dzo oszczęd­nie, można powie­dzieć, że wręcz go omija. "Po dwóch latach pracy powo­łany zosta­łem do woj­ska. W 1965 roku wró­ci­łem w rodzinne strony"55. Dwa zda­nia, koniec i kropka. Ale nie dla bio­gra­fów. Jako rekrut, a z zawodu elek­tryk, tra­fia do bata­lionu łącz­no­ści 8. Dywi­zji Zme­cha­ni­zo­wa­nej w Kosza­li­nie. Rok po Wałę­sie do jed­nostki tra­fia Hen­ryk Parol z Gdań­ska, rocz­nik 1944. Kilka lat póź­niej będą sąsia­dami na gdań­skim osie­dlu Stogi. Kiedy na Sto­gach pytam o Hen­ryka Parola, napo­tkany męż­czy­zna od razu wie, o kogo cho­dzi. Mówi:

- Pan Hen­ryk, kolega Wałęsy z woj­ska, taki wysoki, lekko zgar­biony, będzie tu gdzieś szedł z rekla­mówką do sklepu, w kożuszku, zoba­czy pan.

I rze­czy­wi­ście, opis jest tak celny, że poznaję go od razu. W moją stronę idzie wysoki, lekko zgar­biony męż­czy­zna w kożuszku z rekla­mówką w ręce. Kiedy zaga­duję, uśmie­cha się.

- Byłem z nim w woj­sku. Ja posze­dłem w sześć­dzie­sią­tym czwar­tym roku na jesienny pobór, a on już był rok. To była "ope­lotka", bate­ria prze­ciw­lot­ni­cza. Jak ja przy­sze­dłem, on już był kapra­lem. I spo­tka­li­śmy się w bate­rii. Był moim dowódcą przez chwilę, na mło­dym rocz­niku, na uni­tarce, czyli okre­sie przed przy­sięgą. Posze­dłem w paź­dzier­niku, a w grud­niu mia­łem przy­sięgę. I wtedy był moim dowódcą.

Wałęsa w woj­sku bar­dzo szybko się akli­ma­ty­zuje, po pierw­szych kilku mie­sią­cach uni­tarki zostaje wyty­po­wany do odby­cia prze­szko­le­nia w Szkole Pod­ofi­ce­rów i Młod­szych Spe­cja­li­stów Wojsk Łącz­no­ści nr 10 w Świe­ciu. W tym nie­wiel­kim mie­ście nad Wisłą ze sta­rym zam­kiem krzy­żac­kich kom­tu­rów nie jest już zwy­kłym sze­re­gow­cem. Jest ele­wem, słu­cha­czem szkoły woj­sko­wej, co prawda dla naj­niż­szych stopni pod­ofi­cer­skich, ale w przy­padku pobo­ro­wego to i tak bar­dzo dużo.

Moi roz­mówcy, póź­niejsi współ­pra­cow­nicy Wałęsy z lat osiem­dzie­sią­tych, pod­kre­ślają ten awans. Jerzy Sur­dy­kow­ski o tym okre­sie pisze: "opi­nia z woj­ska jak nagły prze­błysk przy­szło­ści: "Inte­li­gentny. Chętny do nauki. Sta­now­czy. Zna­ko­mity dowódca""56. Skąd ten cyto­wany w książce Sur­dy­kow­skiego tekst? Tym razem w swo­ich Notat­kach gdań­skich nie podał źró­dła, jak w przy­padku doku­men­tów szkoły w Lip­nie, a dziś już nie pamięta, skąd wziął ten cytat. W każ­dym razie w trak­cie odby­wa­nia zasad­ni­czej służby Lech Wałęsa doszedł do kaprala, co jest pew­nym osią­gnię­ciem.

Według Andrzeja Celiń­skiego, współ­pra­cow­nika KOR-u (Komi­tet Obrony Robot­ni­ków) i doradcy Wałęsy z lat osiem­dzie­sią­tych, "ten kapral to był dla niego bar­dzo dużo. Kaprala w zasad­ni­czej służ­bie woj­sko­wej dosta­wali chłopcy po matu­rze. Bez matury kaprala się nie dosta­wało. Bar­dzo rzadko się dosta­wało i kapral to było naj­wię­cej, co można było dostać po wyj­ściu z woj­ska, z poboru. To był bar­dzo wysoki sto­pień woj­skowy. Ze star­szym sze­re­go­wym na ogół się z woj­ska wycho­dziło. Dla niego to był ogromny zaszczyt. (...) Mówiono, że był świet­nym żoł­nie­rzem. (...) Był uży­teczny, umiał coś zro­bić. Miał potrzebę przy­wódz­twa. Nie bał się"57.

- Jak go pan pamięta? - pytam Hen­ryka Parola.

- Tyle, co ja pamię­tam, to go pamię­tam z dobrej strony. Był dowódcą bate­rii mło­dego rocz­nika. Byli­śmy podzie­leni na działa, a jedno działo obsłu­gi­wało sied­miu ludzi. Kilka dział i była bate­ria. Na uni­tarce cho­dzi­li­śmy na strze­la­nia na plac. Przy­go­to­wy­wał nas do przy­sięgi. Rano, jak się wstało, to była zaprawa. Nikomu krzywdy nie robił, za mocno nie ganiał. A po przy­się­dze były strze­la­nia mor­skie, na poli­gon jeź­dzi­li­śmy.

Hen­ryk Parol zapa­mię­tał jesz­cze jeden aneg­do­tyczny szcze­gół. Kiedy młode woj­sko miało dyżur w kuchni, naj­czę­ściej przy obie­ra­niu ziem­nia­ków, Wałęsa lubił znie­nacka wejść do kuchni i krzyk­nąć:

- Co tak szumi?

W odpo­wie­dzi młode woj­sko krzy­czało ile sił w gar­dłach:

- Wąs Wałęsy!!!58

Bo już miał wąsy. A wąsy w woj­sku, podob­nie jak dłuż­sze włosy, był przy­wi­le­jem star­szego woj­ska, świad­czyły o stażu i pozy­cji. Był z nich dumny nie mniej niż póź­niej z belek kaprala.

Ale już mało praw­do­po­dobna jest scena, którą opi­suje sam Wałęsa. Twier­dzi, że pod­czas uro­czy­sto­ści nada­nia awan­sów zauważa go sam gene­rał. "Popa­trzył i mruk­nął coś na temat podo­bień­stwa do "dziadka" Pił­sud­skiego - nosi­łem już wów­czas wąsy i chyba byłem do niego podobny"59.

Wałę­sie w woj­sku bar­dzo przy­daje się doświad­cze­nie z inter­natu. Pamięta, żeby żyć dobrze i z pod­wład­nymi, i z prze­ło­żo­nymi.

Wokół pobytu Wałęsy w woj­sku naro­śnie potem kilka mitów lub podej­rzeń. Naj­wię­cej zwią­za­nych z osobą kapi­tana Wła­dy­sława Iwańca. W 1981 i 1982 roku, nie­długo przed wpro­wa­dze­niem stanu wojen­nego i już po wpro­wa­dze­niu, do sprawy jego służby woj­sko­wej powróci gene­rał Woj­ciech Jaru­zel­ski. Przy­woła do sie­bie wła­śnie owego bez­po­śred­niego prze­ło­żo­nego Wałęsy. W listo­pa­dzie 1981 roku zaaran­żuje ich spo­tka­nie na tere­nie Urzędu Rady Mini­strów, a po 13 grud­nia 1981 roku tego samego Iwańca, już jako puł­kow­nika, wyśle do inter­no­wa­nego Lecha Wałęsy. Nato­miast w swej książce z 1992 roku zaty­tu­ło­wa­nej Stan wojenny. Dla­czego przy­to­czy opi­nię kapi­tana o Lechu Wałę­sie: był "dobrym żoł­nie­rzem - kapra­lem, dowódcą dru­żyny. Miał duży wpływ na swo­ich kole­gów, był takim nie­for­mal­nym lide­rem. Jeśli cza­sem nale­żało prze­pro­wa­dzić jakąś nie­po­pu­larną sprawę, dowódca plu­tonu korzy­stał z pomocy Wałęsy. I to z powo­dze­niem"60.

Rodzina, praca, zabawa. A dziewczyny, jak to dziewczyny, "chcą i nie chcą"

"W 1965 roku wró­ci­łem w rodzinne strony. Pod­ją­łem pracę w tym samym POM-ie, z tym że w filii w Leniach, bli­żej domu. Pusto już się w nim zro­biło, Iza­bela po tech­ni­kum wyszła za mąż i wyje­chała do Socha­czewa, gdzie pra­co­wała w sto­łówce zakła­do­wej. Edward też się szybko usa­mo­dziel­nił (...). Byłem teraz naj­star­szy w domu"61.

Edward pró­buje zatrud­nić się w dale­kim Olsz­ty­nie, póź­niej prze­nosi się do Łodzi. A Sta­ni­sław toruje drogę dla Lecha. Po pod­sta­wówce i cięż­kiej pracy u swo­ich i obcych koń­czy zawo­dówkę w Lip­nie, potem idzie do woj­ska i wyjeż­dża do Gdań­ska. Osta­tecz­nie osiada w Byd­gosz­czy. W rodzin­nym domu w Popo­wie mieszka teraz trzech młod­szych braci z dru­giego mał­żeń­stwa matki. To zbliża Lecha do Tade­usza, Zyg­munta i Woj­cie­cha. Kiedy Lech wraca z woj­ska, chłopcy mają odpo­wied­nio dzie­więt­na­ście, osiem­na­ście i czter­na­ście lat. Z Tade­uszem i Zyg­mun­tem cho­dzi na oko­liczne wiej­skie zabawy. Naj­młod­szy, naj­spo­koj­niej­szy i cho­ro­wity Woj­tek nie bie­rze udziału w ich eska­pa­dach, ale starsi pozo­stają pod wpły­wem Lecha. Rodzice, a szcze­gól­nie matka Feliksa, nie są tym zachwy­ceni.

Sam Lech po powro­cie z woj­ska popra­cuje jesz­cze rok na wsi, w pobliżu domu rodzi­ców. Asfal­tową drogą ma do nich dzie­sięć kilo­me­trów, polnymi nawet mniej. Może nie jest jesz­cze gotowy na osta­teczne opusz­cze­nie rodzin­nego gniazda, krąży więc wokół Popowa. W oko­licz­nych wio­skach robi fuchy - napra­wia maszyny rol­ni­cze, pralki, radia czy bar­dzo wtedy popu­larne wśród mło­dych kawa­le­rów moto­cy­kle. "Wieś pła­ciła w natu­rze, naj­czę­ściej w alko­holu, za drobne usługi. Im kto był zdol­niej­szy i bar­dziej wszech­stronny, tym więk­szy miał mir w oko­licy, jako złota rączka, czło­wiek, który pora­tuje w bie­dzie, a i dziew­czyny łaskaw­szym okiem na niego patrzyły (...). W POM-ie ucho­dzi­łem za fachowca naj­lep­szego w oko­licy, no, gdzieś w pro­mie­niu dwu­dzie­stu, trzy­dzie­stu kilo­me­trów. A więc jak na warunki wiej­skie - pra­wie naj­lep­szy w świe­cie. (...) Przy­jeż­dżali do mnie albo ja jecha­łem. Byłem kimś, oswo­iłem świat"62.

W 1980 roku Jerzy Sur­dy­kow­ski w rodzin­nej oko­licy Lecha Wałęsy wypy­tuje o niego. Roz­ma­wia mię­dzy innymi z wciąż miesz­ka­ją­cym w Dobrzy­niu Woj­cie­chem, naj­młod­szym bra­tem Wałęsy. Zaczyna, jak na mło­dego repor­tera pisma "Lite­ra­tura", a jed­no­cze­śnie członka koła zakła­do­wego PZPR przy­stało, w nastę­pu­jący spo­sób:

"A więc jaki był wtedy, kiedy podobno har­tuje się stal? Pytam braci, oko­licz­nych ludzi, współ­to­wa­rzy­szy pracy z obu POM-ów (...).

- Dobry był - mówi naj­młod­szy Woj­tek. - Uwa­ża­jący. Zawsze na grób ojca wpadł, z księ­dzem Pła­ci­szew­skim poga­dał...

- Reli­gijny, tak jak teraz? Co dzień do komu­nii?

- Skądże! Taki jak wszyst­kie młode chło­paki. (...) do panny jed­nej tu cho­dził, Jadwiga jej było, teraz jest z jakimś leśni­kiem".

Opo­wieść Woj­cie­cha niby się roz­wija, ale zaraz urywa. Bo w tek­ście Sur­dy­kow­skiego puenta należy do głów­nego boha­tera repor­tażu:

"Co ja chcia­łem? - zasta­na­wia się sam Lech. - Ja zawsze chcia­łem robić ludziom dobrze. Księ­dzem na przy­kład chcia­łem zostać.

- I czemu wyszło ina­czej?

- Będąc księ­dzem, nie da się ludziom robić dobrze"63.

Te lako­niczne wypo­wie­dzi i prze­skoki z lat sześć­dzie­sią­tych do roku 1980, z Wojtka do Lecha, z dziew­czyny do księ­dza, to być może styl Sur­dy­kow­skiego. Ale może powoli to już jest ten Lech Wałęsa, który póź­niej będzie wymy­kał się roz­mów­com, współ­pra­cow­ni­kom czy histo­ry­kom.

Na razie jest rok 1966. Ostatni rok Wałęsy przed wyjaz­dem z rodzin­nych stron. Lenie Wiel­kie, wbrew nazwie, to mała wio­ska tuż nad Wisłą. A Pań­stwowy Ośro­dek Maszy­nowy to nie­wielki zakład, więk­szość prac toczy się na zewnątrz, w polach lub w nie­ogrze­wa­nych, gara­żach, paka­me­rach i przy­bu­dów­kach. W zależ­no­ści od pogody w kurzu lub bło­cie. Pra­cow­nicy przez cały dzień cho­dzą w gumia­kach, dre­li­chach oraz w uni­wer­sal­nych, zna­nych w całym "kręgu kul­tu­ro­wym" od Łaby po Sybe­rię kufaj­kach, ina­czej wacia­kach. Umo­ru­sani sma­rami. Sam Wałęsa w Dro­dze nadziei opi­suje to tak: "Robo­czy dre­lich, wyła­chany do osta­tecz­no­ści, na gło­wie nie­od­łączny bere­cik z faso­nem, pole­ga­ją­cym na dwu wgłę­bie­niach po bokach". Te dwa wgłę­bie­nia po obu stro­nach robi się deli­kat­nym muśnię­ciem pal­cami. Młodsi pra­cow­nicy dbają jesz­cze o jeden szcze­gół: antenka na środku bere­cika nie może ster­czeć cen­tral­nie. Beret musi być nieco asy­me­trycz­nie prze­su­nięty na bok, nie­dbale, zawa­diacko. Do tego alko­hol, nie­odzowny skład­nik ówcze­snych zakła­dów, a już POM-ów i PGR-ów szcze­gól­nie. "Na zaple­czu paka­mera, gdzie mię­dzy szaf­kami na odzież można było "na szybko" wypić ćwiartkę po robo­cie albo w trak­cie"64.

Po pracy Lech Wałęsa idzie do sie­bie, w Łocho­ci­nie i Leniach są to kwa­tery wynaj­mo­wane u miej­sco­wych chło­pów. Po pracy naj­czę­ściej prze­biera się w mary­narkę, w czym chyba tro­chę bez­wied­nie naśla­duje i swego ojca, któ­rego pra­wie nie poznał, i ojczyma. Ich zami­ło­wa­nie do mary­na­rek zapa­mię­tano w Lip­nie, Wałęsę w mary­narce pamię­tają też we wszyst­kich trzech pomow­skich wio­skach. Je obiad, a po obie­dzie wycho­dzi na dobrze sobie znaną drogę z Wło­cławka do Lipna. Siada na skraju drogi lub zało­żyw­szy ręce do tyłu, spa­ce­ruje wte i wewte. Zamy­ślony. Tak go zapa­mię­tało star­sze rodzeń­stwo jesz­cze z rodzin­nego domu i tak go pamię­tają tutaj. Tak go pamięta Leszek Śmie­chow­ski z Łocho­cina, Zdzi­sław Cza­cho­row­ski z Sobowa czy kie­row­nik Kamiń­ski z POM-u. Nie­ko­niecz­nie chce być sam, po pro­stu tutaj, na wsi droga to miej­sce spo­tkań. Reszta wiej­skiej kawa­lerki też po obie­dzie wycho­dzi z domów czy kwa­ter i idzie na drogę. Na pie­chotę, rowe­rami czy moto­cy­klami. Pod wie­czór ze wszyst­kich stron ter­ko­czą jawy, wuefemki czy stare, jesz­cze wojenne dekawki. Zaczy­nają się roz­mowy, zaczepki, wymiana infor­ma­cji. O pracy, woj­sku, dziew­czy­nach, sobot­niej zaba­wie.

Te wiej­skie zabawy w oko­li­cach Cha­lina i Dobrzy­nia pamięta nie­dawna kole­żanka Lecha ze szkoły Jagoda Jaku­bow­ska:

- Naj­pierw grali dla dzieci, z godzinę pograli, potem poże­gnali małe dzieci, poszły do domu. Potem doro­śli. Bilety się kupo­wało, był bufet, alko­hol. Remiza, co nie­dziela były zabawy. Też w innych miej­sco­wo­ściach. Ludzie byli biedni, ale tak się bar­dziej sza­no­wali.

Regina, kuzynka Lecha, mówi mi, że wtedy na potań­ców­kach prze­wa­żały zespoły z tra­dy­cyj­nymi instru­men­tami - akor­deon, skrzypce, trąbka. Jeste­śmy na Kuja­wach, więc kuja­wiak: na początku jako cho­dzony, potem coraz szyb­szy, aż do wiro­wa­nia. Na takie zabawy naj­lep­szy był akor­deon, można było na nim zagrać i ludowe, i nowo­cze­sne melo­die. Gitara to była nowość, a z nią na kujaw­ską wieś dotarł big beat. Jeśli orkie­stra potrafi zagrać, to na żywo lecą Czer­wone Gitary (Nie zadzie­raj nosa lub Nikt na świe­cie nie wie, że się kocham w Ewie), Nie­bie­sko-Czarni (Hej, tam w doli­nie, hej, tam przy mły­nie) czy Karin Sta­nek (Auto­stop, Chło­piec z gitarą byłby dla mnie parą).

"Jak wcho­dzi­łem na zabawę, robił się szum: Wałęsa idzie, orkie­stra grała, litr na stół. Pie­nią­dze mia­łem, wszy­scy mnie znali, bo każ­demu coś tam zro­bi­łem, szyb­kie roboty, takie, któ­rych nikt nie chciał brać"65.

Ści­śle rzecz bio­rąc, szum robił się nie tyle na zaba­wie, ile po niej, bo miej­scowe chło­paki lubią bitkę, "Wałę­siaki" też. Jako naj­bar­dziej zadzior­nego zapa­mię­tano Zyg­munta, młod­szego brata Lecha. Bo na zabawy cho­dzili naj­czę­ściej we dwóch, przy­naj­mniej oni byli naj­bar­dziej widoczni. Naj­młod­szy syn Bole­sława i średni Sta­ni­sława. W 1966 roku Lech ma dwa­dzie­ścia trzy lata, a Zyg­munt osiem­na­ście. Matka Feliksa jest zła, że Lech cią­gnie za sobą na zabawy młod­szego brata zwa­nego w rodzi­nie Zyś­kiem.

Kuzynka Regina ma już wtedy trzy­dzie­ści lat, na zabawy cho­dzi głów­nie w swo­jej wsi, ale i tu czę­sto widuje obu kuzy­nów.

- Na zabawy tu cho­dzi­li­śmy, do remizy, która pobu­do­wana jest na naszym polu. - Poka­zuje przez okno pole, za któ­rym stoi budy­nek remizy. - Muzyki grają, mło­dzież się scho­dzi, tań­czą. Kapela nie za duża, Grze­gur­ski gra na har­mo­nii, drugi na skrzyp­cach, a mło­dzi hulają. Leszek przy­cho­dził i bra­cia jego, szcze­gól­nie Zysiek. Leszek był chudy, dobry chło­pok, ale taki "te-te-te"! - Regina znowu naśla­duje Lecha, jak ten trzę­sie się i traj­koce. Cią­gle roz­bie­gany, cały czas coś mówi, ciężko mu prze­rwać. Lubiła go, ale przy­znaje, że ciężko się z nim roz­ma­wiało.

W okre­sie pracy w Leniach w życiu Lecha Wałęsy poja­wia się Jadwiga, dziew­czyna mia­stowa, bo z pobli­skiego Dobrzy­nia. Czę­sto do niej jeź­dzi, chyba jest gotowy się ustat­ko­wać, może nawet oże­nić. Ale Jadwiga P. nie śpie­szy się, nie daje znać, czy się jej podoba czy nie. Zwo­dzi go.

Sam Lech Wałęsa tę zna­jo­mość wspo­mina tak:

"Doszła do tego sprawa z dziew­czyną. Miłość - nie­mi­łość, sprawa, w którą brną­łem bez prze­ko­na­nia i coraz głę­biej. Chyba była mądrą dziew­czyną, bo to ona, nie ja, pod­jęła w końcu decy­zję za nas oboje. I zerwała ze mną. Wyje­chała. Żal, nie żal, w każ­dym razie poczu­cie pustki, samot­no­ści, w oczach wszyst­kich od dawna ucho­dzi­li­śmy za żela­zną parę i teraz ona "pusz­czała mnie w trąbę". Cios w ambi­cję. I taki odruch: wyje­chać gdzie­kol­wiek, byle dalej stąd"66.

Wyjeż­dża. Ale czy powo­dem wyjazdu było tylko "pusz­cze­nie w trąbę" przez Jadwigę, która wyszła za leśnika?

Tragedia

Jestem w Cypriance, w maleń­kim domku pod lasem u pani Haliny Pod­gór­skiej. Wysoki próg, jedna mała izba: jed­no­cze­śnie kuch­nia, sypial­nia i pokój. Wielki piec, wer­salka zaście­lona po wiej­sku, na wysoko, koł­drami i podusz­kami, do tego stół z radiem i świę­tymi obraz­kami. Mały kun­de­lek leżący w progu.

Nie jestem pewien, co usły­szę, nie chcę też z miej­sca wypy­ty­wać o szcze­góły. Na początku w ogóle nie pada nazwi­sko Wałęsy, dla pani Haliny waż­niej­sza jest opo­wieść o kole­żance Wan­dzie i jej synku Grze­siu.

15 czerwca 1967 roku, upal­nego dnia, około połu­dnia, od lasu bie­gło chyba troje, czworo dzieci. Krzy­czały, padały jakieś nie­zro­zu­miałe, ale nie­po­ko­jące słowa, jakby wołały o pomoc. Trójka pobie­gła dalej, do swo­jego domu, tylko naj­młod­szy z nich, Krzy­siu, pod­biegł do pani Haliny.

- Kor­pal­scy miesz­kali tam, a te star­sze dzie­ciaki wszyst­kie ucie­kły, tylko ten naj­mniej­szy chło­pa­czek tak leciał i krzy­czał: "O mój Bozie! O mój Bozie!". On miał chyba ze cztery czy pięć latek. Krzy­siu Kor­pal­ski. A ja wyle­cia­łam z domu i mówię: "Krzy­siu, a co się stało?". "Grze­siu się uto­pił!", woła do mnie.

Mówi mi, że lepiej zro­zu­miem, jak mi pokaże to miej­sce. Wycho­dzimy z domu, idziemy na tył budynku. Tuż za domem zaczyna się zagaj­nik, który po kil­ku­dzie­się­ciu metrach zagęsz­cza się w las. Ale też nie­zbyt gęsty, mizerne sosenki rosnące na pia­sku, jakieś kar­ło­wate krzewy. Przy­po­mina las na nad­mor­skich wydmach.

Pani Halina idzie bar­dzo wolno, pytam, czy nie chcia­łaby zawró­cić, ale ona mówi, że chce mi poka­zać to miej­sce. Przy­staje, zasta­na­wiam się, czy nie pomy­liła kie­run­ków, ale po chwili wcho­dzimy na szer­szy dukt bez drzew.

- Tu taka ścieżka była z Łocho­cina. - Poka­zuje kie­ru­nek laską, a wła­ści­wie kijem, który wzięła sprzed domu.

- Czyli to tędy na skróty cho­dziło się z Łocho­cina do Cyprianki? - Domy­ślam się, że to ten skrót, który poka­zy­wał mi w Łocho­ci­nie Leszek Śmie­chow­ski.

- Tak, lasem. Rowe­rem ludzie jeź­dzili. Nie trzeba jechać przez Cheł­micę. A staw będzie zaraz za drogą.

Idziemy jesz­cze pięć­dzie­siąt metrów, gdy zatrzy­muje się i poka­zuje nieco gęściej­szy zagaj­nik.

- Ja tu nie byłam już dawno. O, widzi pan ten dołek. Widzi pan, teraz wszystko poza­ra­stane.

- Widzę - przy­ta­kuję, cho­ciaż nie dostrze­gam żad­nej wody.

- Tu był sztuczny staw, czy­sta woda była. Tu ludzie kąpać się przy­cho­dzili, ja tu też przy­cho­dzi­łam.

Rze­czy­wi­ście, mię­dzy gęstymi drze­wami jest okrą­gła pod­mo­kła niecka sze­roka na kil­ka­dzie­siąt metrów i głę­boka na nie­wiele ponad metr. Kie­dyś mogła być wypeł­niona wodą, do dziś rosną tu tylko bagienne rośliny. Halina Pod­gór­ska poka­zuje na pio­nowy brzeg i tłu­ma­czy. Wtedy tutaj przy­bie­gła razem z Krzy­siem, który ją zaalar­mo­wał. Zoba­czyła dziecko na wodzie, jakieś dwa, trzy metry od brzegu. Pły­wało twa­rzą do dołu.

- Zła­pa­łam takiego kija, dłu­giego, taką tyczkę i go tak docią­głam za koszulkę. Ta koszulka na nim się tak gibała na wodzie. Woda do pasa mi była.

Kiedy wycią­gnęła go na brzeg, chło­piec nie dawał już oznak życia. Od uto­nię­cia musiało minąć co naj­mniej dzie­sięć, pięt­na­ście minut. Jeśli dzieci pobie­gły do wsi od razu, to droga zajęła im pięć, sześć minut, ona bie­gła kolejne kilka minut, potem jesz­cze wycią­gała ciało z wody. Zanim zdą­żyła się zasta­no­wić, co dalej robić, od wsi przy­bie­gli następni miesz­kańcy. Wszy­scy byli zroz­pa­czeni, sama była w szoku, dla­tego nawet nie pamięta, czy już w tej pierw­szej gru­pie była Wanda. Jeśli była w domu, to pew­nie tak, bo miesz­kała naprze­ciw, nie mogła nie sły­szeć krzy­ków dzieci.

Pogrzeb był wiel­kim wyda­rze­niem. Dobro­wol­scy, bogaci gospo­da­rze, dali naj­pięk­niej­szego konia i wóz. Z Cyprianki do kościoła w Cheł­micy jest ze dwa kilo­me­try, całą drogę od domu do kościoła szedł tłum ludzi.

Dopiero teraz pada nazwi­sko Wałęsy. Halina Pod­gór­ska:

- Na tym pogrze­bie był Wałęsa, ale ona już nie chciała się [z nim] widzieć, bo pła­kała.

Według Haliny Pod­gór­skiej pod­szedł do Wandy, ale go odtrą­ciła i już wię­cej tego dnia nie pod­cho­dził. Ludzie patrzyli na niego cie­ka­wym okiem, poka­zy­wali tym, któ­rzy nie wie­dzieli, kto to. Sąsie­dzi Wandy wie­dzieli, że to ojciec Grze­sia, a inni znali go z pobli­skiego Łocho­cina. Tym lepiej zapa­mię­tali ten gest Wandy i jesz­cze to, że na cmen­ta­rzu poszedł na koniec tłumu, za drzewo. Na oczach miał ciemne oku­lary.

- Pani go wtedy znała? - pytam

- Zna­łam go. Zna­łam - mówi.

- Ale czy znała go pani wcze­śniej, wie­działa, kim jest? Czy pani go pierw­szy raz zoba­czyła na pogrze­bie? - dopy­tuję.

- Nie. Wcze­śniej. On tu przy­jeż­dżał do niej. Jak ona póź­niej w ciąży była, on już nie przy­cho­dził. I ona dzie­ciaka cho­wała te cztery latka. Wtedy już nie przy­jeż­dżał. A ten chło­pa­czek był chrze­śnia­kiem mojego męża. Jadzia była chrzestną, ale ona też już dawno nie żyje.

- Jaka Jadzia?

- Jadwiga Gra­bosz­czanka, która była żoną Śmie­chow­skiego Heńka. (...) My nawet rodzina jeste­śmy - wyli­cza Halina Pod­gór­ska67.

Wszy­scy, o któ­rych mówi mi Halina Pod­gór­ska, wie­dzieli, że to Wałęsa, elek­tryk z Łocho­cina. Rodziny Kor­pal­skich, Lewan­dow­skich, Pod­gór­skich, Mechow­skich z Cyprianki. Rodzina Śmie­chow­skich z Łocho­cina.

Wia­do­mość o tra­ge­dii w Cypriance roz­cho­dzi się po oko­licy, z Cyprianki do Popowa jest około trzy­dzie­stu kilo­me­trów. O ile Feliksa, matka Lecha Wałęsy, wie­działa o ciąży Wandy, o tyle nie mam pew­no­ści, co dotarło do rodziny o tra­ge­dii i pogrze­bie. Pytam więc o to Reginę, kuzynkę Lecha. Dotąd bar­dzo gada­tliwa, cały czas barw­nie opo­wia­dała, dużo się przy tym śmie­jąc, jed­nak po tym pyta­niu posmut­niała.

- Coś mi się o uszy obiło, że Wałęsa miał dzie­ciaka - mówi w końcu, jakby nie swoim zwy­kłym, śpiew­nym gło­sem.

- Pamięta pani, kiedy to było? - pytam.

- Jesz­cze zanim się oże­nił. Ale nie wiem, co to za dziecko.

- I co z tym dziec­kiem? - tro­chę cią­gnę, bo widzę, że tym razem nie jest zbyt roz­mowna.

- Że podobno uto­piony - odpo­wiada. - Nie w sta­wie, tylko w jeziorku. Ale nie byłam na pogrze­bie. Kie­dyś jak tak dzie­cioki za dużo roz­ma­wiali albo się o co pytali, to ojciec krzy­czał: "Lek­cje odro­bi­łeś? Do roboty!".

- Ale pani wtedy miała już ponad dwa­dzie­ścia lat - zwra­cam uwagę.

- Ale też nie było za dużo o tym roz­mowy - koń­czy temat.

Nie­długo po pogrze­bie Wanda wycho­dzi za mąż, a zaraz potem wyjeż­dża na drugi koniec Pol­ski, na połu­dnie, gdzie mieszka do dziś.

A Lech Wałęsa wyje­dzie na pół­noc, do Gdań­ska.

LATO

W świat, czyli do Gdańska. Przypadkiem

Lech Wałęsa sam napi­sze o tym okre­sie swego życia, że: "Był i wstyd przed matką. Ona jakby czego ocze­ki­wała ode mnie, mia­łem coś speł­nić. Lata mijały, nic wiel­kiego nie speł­nia­łem, gra­łem z życiem na czas, za długo. Mia­łem już dwa­dzie­ścia cztery lata.

I wtedy to popo­łu­dnie. W POM-ie sprawę odej­ścia zała­twi­łem krótko, bez sen­ty­men­tów. Przy­sze­dłem do domu, nie chcia­łem mówić, że podej­muję jakąś ważną decy­zję, sam jej nie byłem pewien. Więc powie­dzia­łem tylko, że gdzieś pojadę się prze­wie­trzyć. Wzią­łem pie­nią­dze, płaszcz i ruszy­łem na sta­cję kole­jową w Dobrzy­niu".

Nie wiemy, jaki dzień ma na myśli, kiedy pisze:

"Myślami wra­cam do tego popo­łu­dnia, kiedy uświa­do­mi­łem sobie nagle bez­na­dziej­ność tego wszyst­kiego". A zaraz potem: "I teraz - dla­czego na Wybrzeże? Wtedy wydało mi się, że jadę tam, bo przy­pa­so­wał mi pociąg, naj­bliż­szy był do Gdyni, przez Gdańsk"68.

Jeśli pocią­giem pro­sto do Gdań­ska, to na pewno miej­scem wyjazdu nie był Dobrzyń nad Wisłą, bo nie ma tam ani torów, ani sta­cji kole­jo­wej. Odpada też Płock, a tym samym pobli­ski Sierpc, które nie mają połą­czeń z Gdań­skiem. Naj­bar­dziej praw­do­po­dobny jest Wło­cła­wek. Stam­tąd jedzie pociąg przez Toruń do Trój­mia­sta.

"Tam było morze, wspo­mnie­nie ze szkol­nej wycieczki, cze­goś roz­le­głego, prze­stron­nego, swo­body. I wiel­kie mia­sto, port, przy­goda. (...) wie­dziony instynk­tem, tak jak węgorz, dąży­łem, czu­łem, że tam, w tym wiel­kim sku­pi­sku ludzi jest źró­dło mojej siły, że tam się odnajdę albo roz­płynę"69.

Ale o szcze­góły naj­le­piej spy­tać samego Lecha Wałęsę.

- Skąd decy­zja o wyjeź­dzie do Gdań­ska? - pytam go w lutym 2020 roku.

- Po szkole wró­ci­łem do pracy na tere­nie, gdzie się uro­dzi­łem, ale tam się coraz bar­dziej dusi­łem. Ja byłem czło­wie­kiem z ini­cja­tywą, czło­wie­kiem, który chciał korzy­stać z roz­woju cywi­li­za­cyj­nego. Inte­re­so­wa­łem się maszy­ne­rią, cią­gni­kami, samo­lo­tami, radiem, i to wszystko powo­do­wało, że w mojej oko­licy mia­łem małe moż­li­wo­ści. Dla­tego pew­nego dnia rzu­ci­łem klu­cze, kupi­łem bilet do Gdyni, ale zna­la­złem się w Gdań­sku.

- Wysiadł pan w Gdań­sku zamiast w Gdyni?

- Przy­pad­kiem. Bar­dzo chciało mi się pić, a nie było Warsu w pociągu. Ogło­szono, że pociąg będzie stał, więc wysia­dłem i posze­dłem na her­batkę. Po czym pociąg odje­chał, a ja zosta­łem w Gdań­sku. I jestem tutaj ponad pięć­dzie­siąt lat.

- Znał pan już Gdańsk?

- Byłem na koniec pod­sta­wówki. Na koniec roku szkoły jeź­dziły na wycieczki. My też poje­cha­li­śmy, do Gdań­ska. Pamię­tam, że tak już gdzieś od Tczewa było czuć ryby. Tak śmier­działo, że Gdańsk mi się wtedy nie spodo­bał. Ale kiedy przy­je­cha­łem drugi raz, to może coś się zmie­niło, a może wiatr był z innej strony, już mi nie śmier­działo. A dzi­siaj Gdańsk to mia­sto mojego wyboru i nie był­bym w sta­nie żyć gdzie indziej.

- A stocz­nia? To też pana pierw­sza decy­zja? Czy może była inna moż­li­wość?

- Kiedy ten pociąg mi uciekł, to myśla­łem, co tu robić. Pie­nię­dzy nie było za dużo w kie­szeni. Wtedy było tu tro­chę ina­czej, ale bar­dzo podob­nie. Schody wyj­ściowe z pero­nów na mia­sto. Wycho­dzę i tra­fiam na kum­pla, z któ­rym cho­dzi­łem do pod­sta­wówki. Mówię, że uciekł mi pociąg. Co mam teraz zro­bić? A on poka­zał na stocz­nię. Widać ją było z dworca. Mówi mi: "Słu­chaj, dzi­siaj jest już za późno - bo to było po połu­dniu - jutro pój­dziesz, widzisz ten blok? Zgłoś się, zatrud­nią cię. Wciąż potrze­bują robot­ni­ków, pra­cow­ni­ków". Prze­spa­łem się na jakiejś kwa­te­rze we Wrzesz­czu.

- Ale mówi pan, że wybrał pociąg do Gdyni. Tam chciał pan szu­kać pracy?

- Nie wiem dla­czego, ale wybie­ra­łem Gdy­nię. Nie wiem, czym się kie­ro­wa­łem.

- Może nowo­cze­śniej­sze mia­sto?

- Może.

- Na jak długo miał pan pie­nią­dze? Jak długo pan mógł szu­kać pracy?

- Na kilka dni. Może bied­nie mógł­bym dożyć ze dwa tygo­dnie70.

W Dro­dze nadziei Lech Wałęsa pisze, że tym kolegą, który poka­zał mu stocz­nię, był Tade­usz ze szkoły w Lip­nie71. Ale Jerzy Sur­dy­kow­ski, idący śla­dami Lecha Wałęsy w paź­dzier­niku 1980 roku, mówi mi jesz­cze coś innego, choć go o to nie pyta­łem.

- [Wałęsa jest] może naj­bar­dziej podobny do Sta­ni­sława. Przy czym Sta­ni­sław to był taki typ obla­ta­nego robot­nika, który zda­wał sobie sprawę, jak to jest w tym PRL-u. Sta­ni­sław go zresztą namó­wił, żeby przy­je­chał do stoczni.

- Kto kogo namó­wił? - pytam zasko­czony.

- No Sta­ni­sław Lecha. Potem się oże­nił w Byd­gosz­czy. Ale on był pierw­szy w Gdań­sku i on wcią­gnął Lecha do stoczni. I wcią­gnął go do Gdań­ska72.

To byłoby nawet logiczne. Może po nie­po­wo­dze­niach, jakie spo­tkały Lecha w 1967 roku w rodzin­nych stro­nach, Sta­ni­sław powie­dział mu: przy­jedź do mnie, do Gdań­ska. Albo matka podpowie­działa to obu bra­ciom. Tylko po co ta wer­sja z pocią­giem z Dobrzy­nia, który nie ma sta­cji; wago­nem Warsu, któ­rego nie było w skła­dzie do Gdań­ska; kon­duk­to­rem i kolegą Tad­kiem? Trzeba jed­nak przy­znać, że jest bar­dziej fil­mowa, więc zostaje.

Stoczniowiec numer 61 878

"Ten pierw­szy raz, gdy wsze­dłem do Stoczni w 1967 roku, poczu­łem się tam strasz­nie zagu­biony. Ja - złota rączka z POM-u! Po tych kilku latach spę­dzo­nych wśród sta­rych gra­tów, samo­cho­dów, które roz­bie­ra­łem do ostat­niej śrubki, będąc czło­wie­kiem, który wszystko lubi poznać - byłem dobrym fachow­cem. Kiedy jed­nak wsze­dłem na wydział, a potem zapro­wa­dzili mnie po raz pierw­szy na sta­tek, kiedy zbłą­dzi­łem na kilku pię­trach pro­wi­zo­rycz­nych kon­struk­cji w ładow­niach i nie mogłem tra­fić do wyj­ścia - poczu­łem, że jestem tutaj jed­nym z wielu tysięcy. Było to przy­kre, ale nie mogłem się cof­nąć, nie zno­szę się cofać"73.

Lech Wałęsa zostaje przy­jęty do wydziału W-4 jako elek­tryk. W-4 to wypo­sa­że­nie stat­ków. W wydziale pra­cują głów­nie elek­trycy i ślu­sa­rze. Nie­zły wydział, bo to dużo lep­sza praca niż ta, którą mają kowale okrę­towi czy mala­rze. Kowal­stwo jest nie­zwy­kle cięż­kie, a mala­rze cią­gle są w tru­ją­cych opa­rach farb kła­dzio­nych na set­kach metrów kwa­dra­to­wych pod­łóg i ścian statku. Wałęsa, jako mało doświad­czony, wyko­nuje naj­prost­sze prace: "Oczy­wi­ście praca fry­cowa, na początku, jak w moim przy­padku - roz­cią­ga­nie kabli (...)"74. Z cza­sem rów­nież je "zara­bia", czyli roz­cina i łączy, ale na razie łącze­nie to praca dla bar­dziej doświad­czo­nych kole­gów. Roger Boyes przy­ta­cza słowa jed­nego z nich, który musiał znać nie tylko Wałęsę, ale i jego rodzinę, a teraz dziwi się, jak bar­dzo Wałęsa się zmie­nił.

"Klął jak szewc, rzu­cał soczy­ste wią­zanki, któ­rych nauczył się w woj­sku, i wyglą­dało, że nie ma czasu na kościół. Gdyby jego ojczym Sta­ni­sław dowie­dział się o tym, wlałby mu, to pewne"75. Raczej jed­nak nie, Lech ma już ponad dwa­dzie­ścia pięć lat.

Dzień stocz­niowca takiego jak Lech Wałęsa to hotel pra­cow­ni­czy, praca, hotel pra­cow­ni­czy. Raz na jakiś czas mało wyszu­kane roz­rywki. Rzad­kie wyjazdy w rodzinne strony. Pobudka o 6.00. 7.00 - pod­bita karta na bra­mie, potem pro­wi­zo­ryczna szat­nia ze sta­rych wago­nów kole­jo­wych. Wspo­mina, że wtedy stocz­nio­wiec "bez śnia­da­nia zasu­wał do dzie­wią­tej, mach­nął sobie papie­ro­ska, a wysi­łek ogromny". O 9.00 prze­rwa śnia­da­niowa. Nie ma miej­sca, aby cho­ciaż przy­siąść, więc naj­czę­ściej zostają na statku. Ci pra­cu­jący na lądzie oku­pują nie­liczne kio­ski z buł­kami. Dłu­gie kolejki stoją i cze­kają na swoją kolej, a kiedy już pod­cho­dzą do lady, eks­pe­dientka kroi wiel­kim nożem bułkę, w to wkłada pla­ster pasz­tetu, cza­sem ogó­rek, i następny! Szybko, szybko, bo kolejka ogromna. Prze­rwa się prze­ciąga, odbije się to na akor­dzie, czyli wypła­cie. Bułka w rękę i bie­giem z powro­tem do roboty.

"Dwa lata stażu w stoczni to był okres próby sił. Kto wytrzy­mał dwa lata, miał szansę, że w stoczni będzie pra­co­wał". Akord - słowo klucz. Niby socja­lizm i "każ­demu według potrzeb", ale w takich zakła­dach, z któ­rych pań­stwo mogło wydu­sić dolary za sprze­dane statki, węgiel, stal, panują reguły czy­sto kapi­ta­li­styczne, nawet bar­dziej takie z dzie­więt­na­sto­wiecz­nego kapi­ta­li­zmu. Chcesz zaro­bić - zre­zy­gnuj z pen­sji, idź na akord. Albo, oprócz pen­sji, na nad­go­dziny. Wszy­scy tyrają. Mło­dzi, bo mają niskie pod­stawy, za to cie­szą się jesz­cze zdro­wiem. Starsi, bo mają rodziny na utrzy­ma­niu; jak mówi Wałęsa, oni naj­wię­cej "cha­pali". Do tego papie­rosy, alko­hol. Bo kartki z poświad­cze­niem wyro­bio­nego akordu nie zawsze są zamie­niane na pie­nią­dze. "To była stocz­niowa waluta przyj­mo­wana przez wszyst­kich". Rów­nież, a może naj­czę­ściej, w oka­la­ją­cych stocz­nię knaj­pach. Restau­ra­cja U Kubic­kiego, bary Pod Kaprem i Pod Kasz­ta­nami.

Bar Pod Kasz­ta­nami był dokład­nie naprze­ciw stoczni, naprze­ciw bramy numer dwa. Wystar­czyło przejść wielki plac z zajezd­nią tram­wa­jową i wejść mię­dzy drzewa. Park to za dużo powie­dziane, już raczej kilka drzew zasła­nia­ją­cych stoły po połu­dniu oble­gane przez wycho­dzą­cych z pierw­szej zmiany stocz­niow­ców. Mniej wię­cej w tym miej­scu, gdzie teraz jest bar Filip, po dru­giej stro­nie ulicy Jana z Kolna. Pod Kasz­ta­nami jesz­cze wróci w tej opo­wie­ści.

Po robo­cie, jeśli ktoś nie idzie do baru, to wraca do hotelu robot­ni­czego. Naj­gor­szy jest ten przy Klo­no­wica. Obok sie­bie stoją trzy budynki: męski, żeń­ski i rodzinny. Oczy­wi­ście naj­gor­szy jest ten dla samot­nych męż­czyzn. Znisz­czone drzwi, odra­pane ściany, zapad­nięte meta­lowe łóżka. "Nic tam nie było, wypa­lona trawa, wyrzu­cone butelki. Po każ­dej wypła­cie: wódka, dziew­czyny (...) Brudna pod­łoga, ściany, kulawy stół, dwa krze­sła, dobrze, jeśli mają po trzy nogi. (...) tam można było prze­spać, spić się"76. Każdy po jakimś cza­sie szu­kał kwa­tery na mie­ście, naj­le­piej we dwóch, trzech kole­gów.

Praca jest ciężka. Alko­ho­lizm duży. Satys­fak­cji mało. Sta­bi­li­za­cji żad­nej.

Lech Wałęsa pra­cuje w bry­ga­dzie Aloj­zego Mosiń­skiego. Dwa­dzie­ścia kilka lat póź­niej Mosiń­ski powie: "Roboty na statku nie znał. Z początku musia­łem go tro­chę przy­pil­no­wać. (...) Był pojętny i chętny do roboty. (...) Gadul­ski, wszyst­kiego cie­kawy"77. Kolega z wydziału Wałęsy Józef Szy­ler mówi jed­nak, że: "Mosiń­ski nie akcep­to­wał Wałęsy jako fachowca, ale też jako czło­wieka. Wyra­żał się o nim per "uzur­pa­tor" (...) bo Wałęsa cały czas: "ja, ja, ja""78.

Hen­ryk Jagiel­ski też jest elek­try­kiem na W-4. Tyle że nie na statku, lecz w hali wydziału. Elek­tryk-nawi­jacz, pra­cuje przy sil­ni­kach. Dla­tego Wałęsę z tego pierw­szego okresu zna słabo, cho­ciaż go koja­rzy. Pamięta jed­nak dobrze przy­wo­ły­wa­nego bry­ga­dzi­stę:

- Mosiń­ski to był nad­mistrz. Pra­co­wał w stoczni jesz­cze przed wojną. To był bar­dzo porządny czło­wiek, tyle że tchórz. Był w porządku, ale bał się. Uci­szał mnie na przy­kład: Heniek, mów cicho!79

Może stąd ta zacho­waw­cza wypo­wiedź Mosiń­skiego na potrzeby książki Droga nadziei oraz ta śmiel­sza, pry­watna, do Józefa Szy­lera.

W Dro­dze nadziei Lech Wałęsa o pierw­szych dwóch latach w wydziale pisze: "W mojej bry­ga­dzie przy­jaź­ni­łem się wtedy z Hen­ry­kiem Lenar­cia­kiem (...)"80. Ale sam Lenar­ciak w 1990 roku mówi Szcze­sia­kowi: "Z pierw­szego okresu nie­wiele o nim mogę powie­dzieć. (...) Raczej cichy chło­pak. Nie wyróż­niał się. Cza­sami zabie­rał głos na zebra­niach, ale nie za ostro"81.

W roz­mo­wie ze mną o tym okre­sie sprzed strajku 1970 roku Lech Wałęsa mówi:

- Byłem z rodziny, która była anty­ko­mu­ni­styczna. Rodzice dys­ku­to­wali, ludzie odwie­dzali się na wsi, słu­cha­łem tych dys­ku­sji, te opo­wia­da­nia, że zosta­li­śmy zdra­dzeni w 1939 i 1945 roku, te tęsk­noty do wol­nej Pol­ski. I słu­cha­jąc tych opo­wie­ści, czło­wiek coraz bar­dziej usta­wiał się anty. Z myślą, że może naszemu poko­le­niu uda się odzy­skać to, co stra­cili nasi poprzed­nicy. I tak wycho­wany wal­czy­łem wszę­dzie, gdzie można było wal­czyć. Oczy­wi­ście, naj­pierw w pro­sty, dzie­cinny spo­sób: jakieś hasła pisa­łem na murach, a potem już w stoczni na stat­kach jakieś napisy kredą, pisane tek­sty anty­ko­mu­ni­styczne82.

Mało to kon­kretne przy­kłady, ale w tam­tych cza­sach więk­szość Pola­ków była co naj­mniej scep­tycz­nie nasta­wiona do wła­dzy i ustroju.

Hen­ryk Jagiel­ski zapa­mię­tał Lecha Wałęsę sprzed 1970 roku rów­nież jako gra­cza, broń Boże nie poli­tycz­nego, ale takiego zwy­kłego, rekre­acyj­nego.

- Czę­sto grał w ping-ponga po godzi­nach - mówi mi.

- Gdzie? - pytam.

- Na tere­nie stoczni. Mie­li­śmy dwa stoły czy trzy. Na wydziale czy nawet w szatni. W war­caby też grał z kole­gami. War­caby były na świe­tlicy, bo jak przy­cho­dzili na śnia­da­nie czy narady, to można było zagrać, na stole leżały.

- Dobry był?

- Raczej nie, tak grał, bo grał.

- A przy oka­zji, jak już mówimy o grze. Czy widział pan, że Wałęsa grał w toto­lotka?

- Tak, miał kilku kole­gów, to była taka spół­dziel­nia. Mówi, że zawsze wygry­wał, ale ni­gdy nie wygrał. To było z pię­ciu, sze­ściu kole­gów z wydziału.

- Ale potem mówił, że dużo wygry­wał?

- Nie, nie, ni­gdy nie wygrał83.

Wacław Suswał, też z W-4, wspo­mina:

- Mówiąc szcze­rze, dwa­na­ście lat pra­co­wa­łem z Wałęsą na jed­nym wydziale, cho­ciaż na róż­nych jed­nost­kach, ale ja się inte­re­so­wa­łem tury­styką i dzia­ła­łem w krwio­daw­stwie, a oni grali w totka, cał­kiem inne histo­rie. To nie było towa­rzy­stwo, z któ­rego był­bym dumny84.

Szefuniu, Wodzuniu, ojciec duchowy i złowrogi cień przyszłości

Wałęsa, jak wielu jego kole­gów, po kilku mie­sią­cach ucieka z hotelu. W kilku znaj­dują pokój na ulicy Kar­tu­skiej 28, w sto­ją­cej do dzi­siaj małej kamie­niczce. Nie­da­leko cen­trum, zale­d­wie dwa kilo­me­try do stoczni, dwa­dzie­ścia minut pie­chotą idąc przez Świer­czew­skiego (dziś Nowe Ogrody), koło komendy miej­skiej MO, sądu, szpi­tala i sie­dziby Rady Naro­do­wej. Tram­wa­jem jesz­cze szyb­ciej, dwa, trzy przy­stanki. W przy­zie­miu kamie­nicy mieszka z czte­rema kole­gami, za oknem mają toro­wi­sko, stąd od samego rana huk tram­wa­jów jadą­cych z Sie­dlec i Sucha­nina. W dni powsze­dnie nawet nie prze­szka­dzają, wręcz prze­ciw­nie, budzą do pracy. Gorzej w nie­dziele.

W kamie­niczce mieszka rodzina Kró­lów: pan Król, pani Kró­lowa i ich córki, Kró­lewny. Wałęsa wspo­mina, że z kole­gami poma­gają rodzi­nie w domo­wych czyn­no­ściach, Kró­lowi w bie­le­niu ścian, Kró­lo­wej w sobot­nim myciu pod­łóg, a naj­star­szą Kró­lewnę odpro­wa­dzają na zabawę taneczną i z niej przy­pro­wa­dzają.

Król, z wykształ­ce­nia agro­nom, słu­cha Radia Wolna Europa. "Przy­po­mi­nał mi tym mego ojczyma". Dużo dys­ku­tują, obaj to uwiel­biają. Wałęsa mówi do niego "sze­fu­niu", a on "rewan­żo­wał mu się", mówiąc "wodzu­niu". Widać, że bra­ko­wało Wałę­sie takich ludzi i roz­mów w wiej­skim POM-ie.

"Kwa­tera na Kar­tu­skiej sąsia­do­wała z budyn­kiem dobrze zna­nym i cie­szą­cym się ponurą sławą w Gdań­sku, gdzie mie­ścił się dziel­ni­cowy urząd bez­pie­czeń­stwa. Zatrud­nieni tam taj­niacy miesz­kali w oko­licz­nych domach, w tym jeden nad miesz­ka­niem, które zaj­mo­wa­łem z kole­gami. Po latach, w zupeł­nie innej roli, spo­tka­łem tego wła­śnie czło­wieka jako członka mojej obstawy, przy­kle­jo­nej do mnie po wyj­ściu z inter­no­wa­nia. Był jed­nym z tych, któ­rzy nie odstę­po­wali mnie na krok, jeż­dżąc za mną do pracy i z pracy, na week­endy, na ryby i do lasu. Przez niego prze­ka­zuję do dziś pozdro­wie­nia dla moich daw­nych gospo­da­rzy - i, jak kie­dyś spraw­dzi­łem, wywią­zuje się z tego zada­nia skru­pu­lat­nie"85 - napi­sze po latach.

Rze­czy­wi­ście, jest to część mia­sta, gdzie w latach sześć­dzie­sią­tych mieszka wielu funk­cjo­na­riu­szy MO i SB. Na ulicy Świer­czew­skiego, czyli wła­ści­wie prze­dłu­że­niu Kar­tu­skiej, mie­ści się komenda miej­ska MO, a w jej budynku, z tyłu na par­te­rze, są pomiesz­cze­nia SB. Nato­miast nieco dalej w stronę cen­trum, zaraz za wia­duk­tem Huci­sko, stoi ponury gmach woje­wódz­kiej komendy MO z mniej rzu­ca­ją­cym się budyn­kiem SB z boku (na lewo, w głąb wewnętrz­nego podwórka). Pomię­dzy nimi, mniej wię­cej pośrodku, jest osie­dle. Stare, jesz­cze przed­wo­jenne kamie­nice stoją przy stro­mych ulicz­kach pną­cych się na Bisku­pią Górkę. W tych kamie­nicz­kach także mieszka wielu ówcze­snych esbe­ków, adresy ulic Bisku­pia, Na Stoku czę­sto prze­wi­jają się w kar­to­te­kach funk­cjo­na­riu­szy. Na samej Bisku­piej Górce mie­ści się ośro­dek szko­le­niowy MO. Zarówno komenda miej­ska na Świer­czew­skiego, jak i komenda woje­wódzka na Oko­po­wej powrócą nie­długo, bo już w 1970 roku.

Lech Wałęsa mieszka u Kró­lów mię­dzy 1967 a 1969 rokiem.

W tym okre­sie w życiu Lecha Wałęsy poja­wia się jesz­cze jeden czło­wiek, który będzie przy nim przez naj­bliż­sze... trzy­dzie­ści lat. Pój­dzie za nim aż do Bel­we­deru.

Na końcu ulicy Kar­tu­skiej stoi kościół pod wezwa­niem św. Fran­ciszka, przez gdańsz­czan zwany "na Emaus". W para­fii mieszka młody ksiądz Fran­ci­szek Cybula. Cybula to nie jest jego rodowe nazwi­sko. Jego ojciec Karol Man­drysz został powo­łany do Wehr­machtu, wpraw­dzie nie jako Kaszub, co na tych tere­nach było powszechne, ale Ślą­zak. Zgi­nął w 1944. W cza­sie wojny Cybula stra­cił też matkę, która zmarła na tyfus. Czte­ro­letni Fran­ci­szek został przy­gar­nięty przez Mela­nię i Leona Cybu­lów, bez­dzietne, bar­dzo reli­gijne mał­żeń­stwo. Ksiądz Cybula wspo­mina, że kiedy budził się późno w nocy, widział ojczyma, jak wciąż klę­czy przy łóżku z różań­cem w ręku. Sam poszedł do semi­na­rium, naj­pierw w Pel­pli­nie, potem w Gdań­sku. Semi­na­rium w Pel­pli­nie jest uwa­żane za sto­jące na wyso­kim pozio­mie, na przy­kład ksiądz Hen­ryk Jan­kow­ski jako bar­dzo słaby uczeń i bez popar­cia swego pro­bosz­cza nie został do niego przy­jęty. Część semi­na­rzy­stów została jed­nak prze­nie­siona do nowego semi­na­rium w Gdań­sku, wśród nich jest Fran­ci­szek Cybula. Nowo utwo­rzone semi­na­rium jest uwa­żane za gor­sze, ale świeża die­ce­zja gdań­ska potrze­buje kle­ry­ków, więc nie jest tak wybredna jak w Pel­pli­nie.

W czerwcu 1967 roku Wałęsa zaczyna pracę w stoczni, a ksiądz Fran­ci­szek Cybula przyj­muje świę­ce­nia kapłań­skie. Jego pierw­szą para­fią jest wła­śnie Emaus. W 1969 roku Wałęsa idzie do niego do spo­wie­dzi przed­ślub­nej. Taka spo­wiedź nie­ko­niecz­nie musi być szcze­gólną spo­wie­dzią, to zależy od samego narze­czo­nego, cza­sem od księ­dza. Ale dla Wałęsy naj­wi­docz­niej jest. Potwier­dza to Danuta Wałęsa w swo­jej bio­gra­fii: "Nie wiem, z czego spo­wia­dał się mąż przed ślu­bem, nie wiem, o czym oni wtedy roz­ma­wiali, ale po tym, jak mąż we wrze­śniu [1980 roku] odna­lazł księ­dza Cybulę, zaczął się sys­te­ma­tycz­nie spo­wia­dać tylko u niego. W ten spo­sób ksiądz Cybula został jego spo­wied­ni­kiem"86.

W 1980 roku Lech Wałęsa będzie cho­dził do spo­wie­dzi u księ­dza Cybuli w para­fii na Przy­mo­rzu, a w 1990 zabie­rze go do Bel­we­deru.

Miłość w wielkim mieście

Naj­pierw jest fal­start, to jesz­cze nie ta wła­ściwa kobieta.

Lala. Egzo­tyczne imię. Może i powinno wzbu­dzić podej­rze­nie, ale czy dla mło­dego chło­paka to naj­waż­niej­sze? Aku­rat tę krótką i burz­liwą miłość Wałęsa opi­suje sze­roko jak żadną poprzed­nią. Pod­czas jakie­goś wypadu z kole­gami do lokalu poznaje Lalę, która mówi, że jej ojciec to tak wysoko posta­wiony gość, że "lepiej, jeśli o tym tak od razu nie będę wie­dział".

Nie może być gor­szy - dla Lali zostaje dyrek­to­rem małego zakładu, ale to tylko "na począ­tek". Tak sobie przed­sta­wieni ruszają w mia­sto. "Gdańsk ofe­ruje mi od razu swoje naj­lep­sze owoce - pomy­śla­łem i nie żało­wa­łem forsy na wspólne sza­leń­stwa, które nara­stały dzień po dniu"87.

Kiedy dziś pytam Lecha Wałęsę, jakie miał wtedy roz­rywki, kluby, gdzie cho­dził jako kawa­ler, jakiej słu­chał muzyki, macha tylko znie­cier­pli­wiony ręką.

- Daj pan jakieś cie­kawe pyta­nie! - dener­wuje się.

A to prze­cież koń­cówka lat sześć­dzie­sią­tych. W Gdań­sku nie bra­kuje barów, noc­nych lokali, a nawet dobrych klu­bów muzycz­nych. Naj­waż­niej­szy z nich, i jeden z naj­waż­niej­szych w kraju, to Rudy Kot na Garn­car­skiej. Tu po raz pierw­szy w Pol­sce zagrano big beat. Tutaj gra zespół nazy­wany pol­skimi Beatle­sami, Pię­cio­li­nie, które nie­długo zmie­nią nazwę na Czer­wone Gitary. Kla­syczny skład: Krzysz­tof Klen­czon (mieszka tuż obok, na Olszynce), Ber­nard Dornow­ski, Jerzy Kos­sela i Jerzy Skrzyp­czak. Jesz­cze bli­żej Kar­tu­skiej, bo w klu­bie Żak przy Wałach Jagiel­loń­skich 1 działa Teatr Bim-Bom, gdzie wystę­pują Bogu­mił Kobiela, Jacek Fedo­ro­wicz, Wowo Bie­lecki (a przed śmier­cią wystę­po­wał tu Zbi­gniew Cybul­ski).

Ślub Lecha i Danuty Wałę­sów (8.11.1969). Repro­duk­cja. Fot. Erazm Cio­łek / Forum

Lech Wałęsa dziś nie­chęt­nie wraca do tego czasu, ale w auto­bio­gra­fii pisze: "codzien­nie łama­łem sobie głowę, czym Lali zaim­po­no­wać". Wie­czory należą więc do nich, lecz rano trzeba iść do pracy. Wycho­dzi ze swego poko­iku w przy­zie­miu kamie­niczki na ulicy Kar­tu­skiej i bie­gnie bocz­nymi ulicz­kami w stronę dworca, na skróty do stoczni. Na ulicy Zagro­do­wej widzi Lalę roz­no­szącą butelki z mle­kiem. Ona mil­czy. On mówi tylko, że wła­śnie bie­gnie do stoczni. Czy uma­wiają się na wie­czór? Nawet gdyby, to, jak napi­sał, "czar prysł".

Znowu wra­cają zwy­kłe, szare dni. Do pracy i z pracy. Roz­mowy z "sze­fu­niem" o tym, co wczo­raj w nocy powie­dzieli w Wol­nej Euro­pie. Pomoc Kró­lo­wej w sobot­nich porząd­kach. Wyj­ście po bułki i papie­rosy.

A jak było z Danutą?

- Kiedy zoba­czył pan ją pierw­szy raz, od razu pan pomy­ślał, że chciałby się z nią spo­ty­kać? - pytam.

- Dziew­czyn tro­chę mia­łem przed­tem, ale zostały na tam­tych tere­nach, z któ­rych pocho­dzę. Teraz trzeba było szu­kać bli­żej. Kwa­terę mia­łem na Kar­tu­skiej. W dro­dze do stoczni musia­łem prze­cho­dzić ulicą Kar­tu­ską, potem Świer­czew­skiego, a tam był taki kiosk z kwia­tami - mówi mi.

- Od razu, za pierw­szym razem się panu spodo­bała, kiedy pan ją zoba­czył?

Chwilę się zasta­na­wia.

- Wie pan, trudno to dziś powie­dzieć, ale raczej tak, raczej od razu mi się spodo­bała.

W Dro­dze nadziei wspo­mi­nał: "(...) kiedy znad kio­sku z kwia­tami popa­trzyła na mnie bystra buzia z piw­nymi oczami i dłu­gimi wło­sami spię­tymi w war­kocz - zapa­mię­ta­łem na długo ten nieco zaczepny, ale miękki, dziew­częcy gest"88.

To była kwia­ciar­nia Orchi­dea przy Świer­czew­skiego, naprze­ciw szpi­tala woje­wódz­kiego. Nie­da­leko od kwa­tery na Kar­tu­skiej, zale­d­wie trzy minuty spa­ce­rem.

Lechowi Wałę­sie nie daje spo­koju pamięć o spo­tka­nej przy­pad­kowo dziew­czy­nie. Sprawę uła­twia fakt, że wie, gdzie zawsze ją może spo­tkać. Wraca tam więc pod byle pre­tek­stem. Pyta o książkę, którą widzi na ladzie, pyta, czy mógłby poży­czyć, dzięki temu znów ma po co wró­cić za kilka dni.

- A ona też szybko zwró­ciła na pana uwagę? - jestem cie­kawy.

- To trzeba by się jej pytać. Pod­cho­dzi­łem do niej kilka razy, roz­mie­nia­łem jakieś pie­nią­dze.

Danuta Wałęsa w Dro­dze nadziei tak wspo­mina te pierw­sze spo­tka­nia z przy­szłym mężem: "Pamię­tam dokład­nie: było to 14 paź­dzier­nika 1968 roku. Zapi­sa­łam sobie w kalen­da­rzu. Podo­bał mi się. Przy­szedł roz­mie­nić pie­nią­dze. Spie­szył się bar­dzo. Po tygo­dniu przy­szedł znowu, zaczę­li­śmy cho­dzić ze sobą. A zaczęło się od tego, że poży­czył ode mnie książkę, oddał ją po paru dniach. (...) Aku­rat wycho­dzi­łam - spy­tał, czy może mnie odpro­wa­dzić"89.

Cho­ciaż, cho­ciaż... w auto­bio­gra­fii z 2011 roku napi­sze, że wcale jej się tak od razu nie podo­bał: "Przy­szedł roz­mie­nić pie­nią­dze. Następ­nego dnia przy­szedł ponow­nie, jakby z wdzięcz­no­ści, i przy­niósł gumę do żucia. W ogóle mnie wtedy nie zain­te­re­so­wał. Ba, śmie­szyła mnie ta guma do żucia"90.

Mirka, bo imie­nia Danuta będzie uży­wać póź­niej, z domu Gołoś, ma zale­d­wie 19 lat. Pocho­dzi z Kolo­nii Krypy. Kolo­nia to maleńki przy­sió­łek rów­nie małej wio­ski Krypy w nie­wiel­kiej gmi­nie Liw koło Węgrowa na Mazow­szu. Druga z dzie­wię­ciorga rodzeń­stwa. Razem z Lechem będą mieli ośmioro dzieci. Podob­nie jak Lech Wałęsa ma za sobą ciężką pracę w gospo­dar­stwie rodzi­ców i u bogat­szych gospo­da­rzy w oko­licy.

W Gdań­sku jest zale­d­wie od 1968 roku. Przy­jeż­dża tu w lutym za namową star­szej sio­stry Krysi. "Na auto­bus peka­esu odpro­wa­dzała mnie mama. Miała łzy w oczach. Nim zatrza­snęły się drzwi, powie­dzia­łam do niej: "Mamo! Ja już tu nie wrócę!" (...) moje pra­gnie­nie wyrwa­nia się stam­tąd było tak ogromne, że te słowa wypo­wie­dziane do mamy jakby same prze­szły mi przez usta. I one się spraw­dziły"91.

Na począ­tek zatrzy­muje się u ciotki w Gdań­sku-Brzeź­nie. W dwu­po­ko­jo­wym miesz­ka­niu w bloku prze­ro­bio­nym z hotelu robot­ni­czego mieszka ciotka, jej mąż, trójka ich dzieci i Danuta. Potem prze­nosi się do ciotki Zofii na ulicy Żabi Kruk. Śpi na roz­kła­da­nym łóżku polo­wym, ale to miesz­ka­nie jest w samym cen­trum mia­sta, naprze­ciwko kolejki Gdańsk-Śród­mie­ście, skąd do kwia­ciarni na Świer­czew­skiego ma zale­d­wie pięt­na­ście minut spa­ce­rem.

Danuta, jesz­cze wtedy Mirka, sto­jąc za ladą pośród kwia­tów, obser­wuje prze­chod­niów na Świer­czew­skiego. Od cen­trum, codzien­nie o tej samej porze po połu­dniu prze­cho­dzi ten stocz­nio­wiec, który już kilka razy do niej zacho­dził. "Na pierw­szy rzut oka był takim tajem­ni­czym face­tem. Mogłam go obser­wo­wać - i obser­wo­wa­łam. Obser­wo­wa­łam go, jak idzie cią­gle zamy­ślony, lekko wyco­fany. On zawsze był taki sku­piony, tajem­ni­czy. Zasta­na­wia­łam się, dla­czego taki jest. Może ta jego tajem­ni­czość mnie zain­try­go­wała?"92

"Na imię miała Mirka, ale ja wola­łem jej dru­gie imię Danuta" - napi­sze Lech Wałęsa. Zaczął tak do niej mówić, kiedy zgo­dziła się na pierw­sze spo­tka­nie. Spa­cery z Danutą są inne niż wypady z Lalą. Nie sza­leją po knaj­pach, to nie styl Danuty. Para­dok­sal­nie stwa­rza to mło­dym jesz­cze więk­sze trud­no­ści: on nie może jej zapro­sić do sie­bie na kwa­terę, choć to zale­d­wie po dru­giej stro­nie ulicy, wystar­czy tylko przejść toro­wi­sko. Tym bar­dziej ona nie może go przyj­mo­wać w miesz­ka­niu ciotki, wtedy jesz­cze w Brzeź­nie. Dobrze cho­ciaż, że to dosyć daleko, z dru­giej strony mia­sta, tram­wa­jem jedzie się co naj­mniej pół godziny; można je spę­dzić razem, sie­dząc obok sie­bie i patrząc na Gdańsk. Cho­dzą też do kina.

- Jakie wybie­ra­li­ście filmy? - pytam z czy­stej cie­ka­wo­ści.

- Ja sta­wia­łem na przy­pa­dek. Przy­pad­kowe. Ale nie na nudne, bo szkoda było gro­sza - mówi mi Lech Wałęsa. - Cho­dzi­li­śmy do róż­nych kin. Kino Lenin­grad, kino Kame­ralne. Ale to dawne czasy... Daj pan cie­kawe pyta­nia! - znowu się iry­tuje, nie da się nacią­gnąć na wspo­minki, i to jakie­muś obcemu face­towi.

Muszę sam sobie spraw­dzić. W 1968 roku wcho­dzi na ekrany kin Żywot Mate­usza Witolda Lesz­czyń­skiego. Obsy­pany nagro­dami, ale tro­chę filo­zo­ficzny, nudny. Z zagra­nicz­nych fil­mów w 1968 roku powstała słynna 2001. Ody­seja kosmiczna Stan­leya Kubricka, ale ona na pol­skie ekrany wej­dzie dopiero 31 grud­nia 1990 roku, kiedy Lech Wałęsa od dzie­wię­ciu dni będzie... pre­zy­den­tem Pol­ski. Też odpada. Może więc jakieś filmy z poprzed­niego roku? Na przy­kład Wester­platte Sta­ni­sława Róże­wi­cza, jeste­śmy prze­cież w Gdań­sku, a do tego pol­ska pre­miera tego filmu ma miej­sce wła­śnie we wspo­mnia­nym przez Wałęsę kinie Lenin­grad przy Dłu­giej. Albo Wszystko na sprze­daż Andrzeja Wajdy z Danie­lem Olbrych­skim, Zbi­gnie­wem Cybul­skim, Bogu­mi­łem Kobielą, Andrze­jem Łapic­kim oraz Elż­bietą Czy­żew­ską i Beatą Tysz­kie­wicz, ówcze­snymi gwiaz­dami pol­skiego kina. Tak, na ten film można posta­wić w ciemno, że jeśli nie Lech, to na pewno Danuta chciała pójść. No i jest jesz­cze tak zwana kine­ma­to­gra­fia radziecka, powszech­nie kró­lu­jąca w pol­skich kinach. Może więc popu­larna kome­dia Eldara Ria­za­nowa Zakręt szczę­ścia?

Danuta w auto­bio­gra­fii z 2011 roku: "Pew­nego dnia odpro­wa­dził mnie do domu. I wła­śnie wtedy zaiskrzyło. Zaczę­li­śmy cho­dzić ze sobą na poważ­nie. Na potań­cówki nie cho­dzi­li­śmy, bo nie było nas stać. Spa­ce­ro­wa­li­śmy po Gdań­sku. Szła zima i nie mając gdzie się podziać, cho­dzi­li­śmy do kina "Lenin­grad""93.

Bingo! Jeśli kino Lenin­grad, to z pew­no­ścią byli na Wszyst­kim na sprze­daż i Zakrę­cie szczę­ścia.

Życie Lecha Wałęsy zmie­niło się w jed­nym, ale jakże waż­nym szcze­góle. Jest zako­chany. Pro­sto po pracy idzie do domu, łapie chwilę drzemki, wstaje, by zdą­żyć przed 18.00 pod Orchi­deę. Danuta zamyka kwia­ciar­nię i razem idą na mia­sto, a potem on odwozi ją do Brzeźna. Danuta w 1984 roku: "Można powie­dzieć, że w tym pierw­szym okre­sie ist­nie­li­śmy tylko dla sie­bie. Był bar­dzo poważ­nym czło­wie­kiem, zawsze zamy­ślony, zawsze zrów­no­wa­żony. Trudno było wydo­być z niego, co myśli. (...) To była moja pierw­sza miłość i tak już pozo­stało"94.

Po latach, w 2011 roku, napi­sze już mniej roman­tycz­nie, że zda­niem męża to ona go chciała, ona mu się oświad­czyła. Ale, jak każda żona, wie swoje. Sio­stra Lecha Iza­bela opo­wie­działa Danu­cie w tajem­nicy o wizy­cie Lecha w rodzin­nym domu w stycz­niu 1969 roku. Lech przy­wiózł i poka­zał mamie zdję­cia swo­jej dziew­czyny. Mówi matce, że to Danuta, z którą cho­dzi i się ożeni. Jest to pew­nie dla niego ważne, bo w jakiś spo­sób prze­kre­śla jego poprzed­nie pery­pe­tie miło­sne i zmywa dawne łzy matki. Do Gdań­ska wraca spo­koj­niej­szy. Pew­nie wie też, że tym razem nie może tego zepsuć. A że jest uparty, musi się udać.

A może to jed­nak Lech ma rację? Bo wpraw­dzie on mówił o niej jako o przy­szłej żonie, ale to ona zde­cy­do­wała o ślu­bie. We wrze­śniu 1969 roku jadą razem, już jako para, na ślub sio­stry Danuty, Krysi. Kościół w Węgro­wie, potem wesele. Danuta, patrząc na sio­strę, podej­muje szybką decy­zję. Oni też się pobiorą, pra­wie teraz, zaraz. Brzmi tro­chę jak roman­tyczny film, ale ta decy­zja wynika rów­nież z prozy życia. Ten sam kościół, w któ­rym pospiesz­nie dają na zapo­wie­dzi (już na 8 listo­pada), ta sama suk­nia panny mło­dej. Ze star­szej sio­stry pasuje na Danutę. Bra­kuje tylko gar­ni­turu i obrą­czek. No i kło­pot dla rodzi­ców, po jed­nym weselu zaraz dru­gie, ale i temu można zara­dzić, bo to dru­gie będzie dużo skrom­niej­sze.

Wra­cają do Gdań­ska. Wtedy dopiero, po zapo­wie­dziach, Danuta po raz pierw­szy idzie do kwa­tery Lecha, "żeby zoba­czyć, jak chłopcy miesz­kają". Jak wspo­mina w 2011, nie dostała pier­ścionka zarę­czy­no­wego, a na obrączki zrzu­cają się oboje. Obrączki wybiera Lech, wkła­da­jąc je w skle­pie na swój palec. "Sądząc po pun­cach, pocho­dziły ze Związku Radziec­kiego". Radziec­kie złoto w ówcze­snych cza­sach to naj­czę­ściej złoto próby około 585; dwa­na­ście-czter­na­ście kara­tów, czyli nieco ponad pięć­dzie­siąt pro­cent złota.

Mie­siąc po ślu­bie sio­stry Danuty wra­cają do rodzin­nego domu Goło­siów w Kolo­nii Krypy i do węgrow­skiego kościoła. W sobotę 8 listo­pada 1969 roku biorą ślub.

"Mał­żeń­stwo z Danutą przy­szło tak jakoś natu­ral­nie. Mia­łem inne dziew­czyny, bar­dziej mi "paso­wały", a jed­nak oże­ni­łem się wła­śnie z nią. Zasta­no­wi­łem się dopiero, jak zagrali mi mar­sza wesel­nego"95.

Danuta jest prak­tyczną osobą, o 11.00 mają ślub cywilny, potem bie­gną do foto­grafa, gdzie robią sobie i zdję­cia ślubne, i do nowego dowodu oso­bi­stego. O 17.00 tego samego dnia mają ślub kościelny, potem skromne przy­ję­cie w domu rodzin­nym w Kry­pach. 10 listo­pada, w ponie­dzia­łek, jesz­cze szybko do urzędu w Liwie po nowy dowód oso­bi­sty i 11 listo­pada są już z powro­tem w Gdań­sku. Wła­śnie nad­cho­dzi "zima stu­le­cia" 1969/1970.

Zdaje się, że na ślu­bie i weselu nie było matki ani ojczyma Lecha ani nikogo ze strony Wałę­sów. Lech nawet nie ma swo­jego świadka, świad­ko­wie są ze strony rodziny Danuty. Jak napi­sze Roger Boyes: "Surowe, wiej­skie wycho­wa­nie Danuty nie róż­niło się wiele od doświad­cze­nia Wałęsy i on sam czuł się lepiej w towa­rzy­stwie jej braci (dwóch z nich wylą­do­wało w wię­zie­niu za napad) i sióstr niż swo­ich braci przy­rod­nich"96.

Ale póź­niej matka Lecha polubi synową, i to z wza­jem­no­ścią, będzie jej też wdzięczna. "Teściowa oka­zała się bar­dzo dobrym czło­wie­kiem". Z kolei Feliksa mówi Danu­cie, że ta ma "dobry wpływ na jej synka, że to dzięki mnie on jest, jaki jest"97.

Po ślu­bie przez jakiś czas miesz­kają jesz­cze osobno. Lech zostaje na swo­jej kwa­te­rze, a Danuta prze­nosi się z ciotką Zofią na ulicę Rzeź­nicką, zresztą bar­dzo bli­sko Żabiego Kruku, gdzie wcze­śniej miesz­kały. Można powie­dzieć, że jedną prze­cznicę bli­żej Lecha.

"Stocz­nia w tam­tych cza­sach wynaj­mo­wała kwa­tery także dla mło­dych mał­żeństw. I wkrótce mąż dostał pokój w kil­ku­pię­tro­wej przed­wo­jen­nej kamie­nicy przy Mal­czew­skiego. (...) Miesz­ka­li­śmy tam od listo­pada 1969 do kwiet­nia 1970 roku" - wspo­mina Danuta98. Stocz­nia nie tyle wynaj­muje, ile daje doda­tek do wypłaty oso­bom nie­ko­rzy­sta­ją­cym z hotelu robot­ni­czego, który można wyko­rzy­stać na część opłaty za wyna­jem pokoju czy miesz­ka­nia na mie­ście. Ulica Mal­czew­skiego leży w dziel­nicy Sie­dlce, ale na­dal na prze­dłu­że­niu Kar­tu­skiej i Świer­czew­skiego, zale­d­wie pół kilo­me­tra od byłej kwa­tery Lecha. Warunki na Mal­czew­skiego, nawet jak na tamte czasy, są złe. Pokój dla mał­żon­ków znaj­do­wał się za prze­chod­nim poko­jem pani P. Drzwi bez szyby, otwór zasło­nięty jedy­nie mate­ria­łem. Wspólna toa­leta w kory­ta­rzu, łazienki brak. "Myli­śmy się w miskach. (...) Aby się wyką­pać, cho­dzi­li­śmy do łaźni miej­skiej albo do cioci"99. Do tego pani P. wrzesz­czy na syna, prze­klina i pod­słu­chuje mło­dych mał­żon­ków.

Nie­długo się wypro­wa­dzają, tym razem już dalej, na ulicę Beetho­vena w dziel­nicy Sucha­nino. Znowu przed­wo­jenny dom. "Druga pani P.", jak ją nazywa Danuta, pro­wa­dzi mały zakład fry­zjer­ski i jest o wiele mil­sza od poprzed­niej. Przy domu jest ogró­dek, a Wałę­so­wie miesz­kają na pod­da­szu. Toa­leta rów­nież znaj­duje się na kory­ta­rzu, a pokój jest nie­ogrze­wany. Danuta pamięta, że Lech jest świad­kiem na bierz­mo­wa­niu syna gospo­dyni, a ona pomaga jej w ogródku. Lech Wałęsa te prze­pro­wadzki kwi­tuje krót­kim wspo­mnie­niem ponie­wierki po "chłod­nych i przy­pad­ko­wych miej­scach". Beetho­vena zapa­mięta nieco ina­czej niż Danuta, że ow­szem, był świad­kiem na bierz­mo­wa­niu syna fry­zjerki, ale w ogródku poma­gał on.

Matka Feliksa, zado­wo­lona z ustat­ko­wa­nia się syna, prosi Lecha, aby wziął do sie­bie naj­młod­szego brata, Wojtka. Z sió­demki jej dzieci jesz­cze tylko on spę­dza matce sen z powiek. Inne, już po ślu­bie czy woj­sku, miesz­kają i pra­cują w róż­nych mia­stach. Woj­tek od małego jest chory na cukrzycę, chcia­łaby, aby zna­lazł sobie miesz­ka­nie i pracę w mie­ście, gdzie łatwiej o przy­chod­nie i leka­rzy. Woj­tek, młod­szy od Wałęsy o osiem lat, ale pra­wie rówie­śnik Danuty, zamiesz­kuje z nimi w jed­nym pokoju na pod­da­szu. Wspól­nie mają też pomysł na mały biz­nes, biorą w ajen­cję kiosk przy ulicy Ojcow­skiej. To wąska uliczka z gęstą sze­re­gową zabu­dową. Dwa rzędy skle­jo­nych ze sobą prze­dziw­nych par­te­ro­wych dom­ków z wyso­kimi pod­da­szami. Za dzie­sięć lat, w sierp­niu 1980 roku, na jed­nym z tych pod­da­szy trzej mło­dzi stocz­niowcy, Jerzy Borow­czak, Bog­dan Fel­ski i Ludwik Prą­dzyń­ski, będą usta­lali szcze­góły roz­po­czę­cia strajku w Stoczni Gdań­skiej. Lech Wałęsa spóźni się około czte­rech godzin, ale w końcu też przyj­dzie. Ten strajk w 1980 roku wypali nad­spo­dzie­wa­nie dobrze, ale pomysł z kio­skiem w 1969 roku nie.

Danuta i Woj­tek pra­cują w kio­sku na zmianę. "Woj­tek naro­bił manka i trzeba było jesz­cze spła­cać długi. (...) W ten spo­sób zakoń­czyła się moja druga, a zara­zem ostat­nia praca zarob­kowa" - napi­sze Danuta100.

Mimo trud­no­ści ten czas jest dobrze wspo­mi­nany przez mło­dych mał­żon­ków. 1970 to dla Lecha Wałęsy dobry rok, a dla jego bio­gra­fii wyraźna cezura. Po pracy w trzech wiej­skich POM-ach cał­kiem nie­dawno został stocz­niow­cem w Gdań­sku. Po kilku nie­zbyt uda­nych roman­sach znaj­duje miłość swego życia. W paź­dzier­niku 1970 roku rodzi mu się pierw­szy syn, Bog­dan. Ale jest to też koniec lata w naszym umow­nym kalen­da­rzu bio­gra­fii. Powoli nad­cho­dzi pierw­sza w jego życiu jesień, szara i bez­na­dziejna, która skoń­czy się ostrym ata­kiem zimy.

Danuta wspo­mina, że sto­jąc w oknie szpi­tala, wśród innych kobiet z poro­dówki krzy­czą­cych do swych mężów na dole, krzy­czy i ona. Roz­dziela je prze­cież od mężów podwójna szyba i trzy wyso­kie pię­tra. Sto­jący na dole mężo­wie, zadzie­ra­jąc do góry głowy, krzy­czą do swych kobiet. Ale ten jeden, jej, "stał jakiś taki smutny. Ja, mając to malut­kie dziecko, powin­nam myśleć o sobie i o dziecku. A myśla­łam o tym, że on tam stoi, i zasta­na­wia­łam się, dla­czego jest smutny, zamiast się cie­szyć, zamiast pod­trzy­my­wać mnie na duchu. Gdy on poszedł, a ja wró­ci­łam na salę, wydaje mi się, że się roz­pła­ka­łam. (...) Myślę, że prze­ra­ziła go rze­czy­wi­stość"101.

Zanim Danuta wyj­dzie ze szpi­tala, Wałęsa idzie do urzędu stanu cywil­nego z zaświad­cze­niem o uro­dze­niu syna. Jako imię podaje Bog­dan, na dru­gie Bole­sław. Bole­sław wia­domo, po ojcu, któ­rego nie pamięta. A Bog­dan? Danuta w pierw­szej chwili jest zła, że nie zapy­tał jej o zda­nie. Jak wspo­mina: "Nie mam poję­cia dla­czego Bog­dan. (...) Z cza­sem polu­bi­łam to imię"102.

Chrzest Bog­dana odbywa się w kościele Fran­cisz­ka­nów na tak zwany Emaus, w Gdań­sku-Sie­dl­cach. Po kościele chrzciny w wynaj­mo­wa­nym poko­iku. Znowu jest chyba tylko rodzina Goło­siów, bo chrzestna para Bog­dana to matka Danuty i jej sio­stra Zofia, u któ­rej Danuta miesz­kała przed ślu­bem. "Chrzciny były skromne. (...) Mąż nie zara­biał dużo. Trudno mi powie­dzieć ile. Już nie pamię­tam. Może tysiąc dwie­ście zło­tych? Może tysiąc czte­ry­sta?" - wspo­mina na zakoń­cze­nie tego pierw­szego etapu mał­żeń­stwa Danuta103.

29 wrze­śnia 1970 roku Lech Wałęsa koń­czy dwa­dzie­ścia sie­dem lat. Nad­cho­dzi jesień i zima, a wraz z nią pie­kielne zimno w nie­ogrze­wa­nym poko­iku na pod­da­szu u "dru­giej pani P.", fry­zjerki przy Beetho­vena.

JESIEŃ

Cza­sem trzy dni star­czą za całą dekadę, a jeden dzień może zawa­żyć na resz­cie życia.

Lech Wałęsa ma dwa­dzie­ścia sie­dem lat, od trzech pra­cuje w Stoczni im. Lenina.

Ropa i iskra. Wymiana ekipy

Trzy dni grud­nia 1970 roku na Wybrzeżu (14, 15 i 16) nie wzięły się z niczego.

Bog­dan Lis mówi mi obra­zowo, że robot­nicy trak­to­wani byli jak nie­wol­nicy na polu bawełny. Tylko do roboty, potem nad­go­dziny, byle jakie jedze­nie, bo pustki w skle­pach, sen i znowu do roboty. Sier­miężny, gomuł­kow­ski socja­lizm był strawny przez kilka lat, kiedy ludzie po pro­stu cie­szyli się tym, że po 1956 roku ustały sta­li­now­skie repre­sje. Z cza­sem na miej­sce tej ulgi przy­cho­dzi zmę­cze­nie i pyta­nie, jak długo jesz­cze odbu­do­wu­jąca się Pol­ska będzie tak trak­to­wać swo­ich oby­wa­teli. Ciężka praca bez odpo­wied­niego wyna­gro­dze­nia, bez miesz­kań i bez towa­rów na pół­kach. Socja­li­styczna Pol­ska ledwo dyszy. Z jed­nej strony coraz wię­cej lud­no­ści potrze­bu­ją­cej cze­goś wię­cej niż hotel robot­ni­czy i zupa. Z dru­giej - izo­la­cja i coraz więk­szy dystans do zachod­niego świata, do tego dre­no­wa­nie kraju przez ZSRR. Dla Zachodu zło­tówka jest nic nie­warta, na Wscho­dzie w 1964 roku zostaje wpro­wa­dzona oszu­kań­cza waluta - rubel trans­fe­rowy. Wysy­ła­nie stat­ków, węgla, stali, żyw­no­ści za ruble trans­fe­rowe do ni­gdy nie­na­sy­co­nego smoka ze Wschodu to jak zamie­nia­nie inka­skiego złota na hisz­pań­skie szklane kora­liki. Żeby zaro­bić jakieś realne pie­nią­dze, wła­dza szuka kon­tra­hen­tów w kra­jach innych niż socja­li­styczne, naj­czę­ściej tak zwa­nych roz­wi­ja­ją­cych się, jak Bra­zy­lia czy Indie. Mini­stro­wie pod­pi­sują nie­re­alne kon­trakty na dostawę stat­ków, a stocz­nia wciąż zasysa kolejne setki robot­ni­ków, któ­rych po krót­kim przy­go­to­wa­niu wysyła na kadłuby w dokach. Na jed­nym statku potrafi pra­co­wać tysiąc robot­ni­ków, w jed­nym cza­sie bla­cha­rze, mala­rze, sto­la­rze, elek­trycy, wypo­sa­że­niowcy, wszy­scy na akord, wszy­scy w pośpie­chu. Prze­rwy śnia­da­niowe na statku, toa­leta na statku, susze­nie mokrych i prze­po­co­nych ubrań na statku. Nad­go­dziny do póź­nej nocy, kilka godzin snu, pajda chleba zawi­nięta w papier, ter­mos z her­batą i od bla­dego świtu znowu na sta­tek.

W tej sytu­acji docho­dzi do tra­ge­dii. 13 grud­nia 1967 roku, jak co dzień, setki robot­ni­ków róż­nych wydzia­łów na wyścigi wykań­czało sta­tek prze­zna­czony dla Rosjan. Jacek Kacz­mar­ski napi­sze potem:

Wykań­cza­li­śmy jed­nostkę

Plan się walił - liczył czas.

A tych paru pra­co­wało tam - na dnie.

Spa­wa­cze pra­cują nisko pod pokła­dem. Agre­gat poda­jący im prąd war­czy, a w pew­nej chwili krztusi się i milk­nie. Jedni powie­dzą potem, że w dale­kim od spa­wa­czy miej­scu został odłą­czony prze­wód pali­wowy, bo chciano uszczel­nić prze­cieki. Inni, że ktoś tuż przy wej­ściu do agre­gatu zbyt­nio ten prze­wód skró­cił. Jesz­cze inni, że odkrę­cony został zawór przy samym agre­ga­cie. Ropa zalewa świece, zapala się, wybu­cha, a roz­le­wa­jąc po statku - liże pło­mie­niami pod­łogi i ściany gro­dzi, spodnie i buty ludzi. Pra­cu­jący przy agre­ga­cie stocz­nio­wiec oblany ropą zamie­nia się w pochod­nię i pali żyw­cem. Jego śmierć i tak będzie mniej bole­sna, bo szybka.

Ci pra­cu­jący wyżej ucie­kają na pokład, zamy­ka­jąc za sobą gro­dzie, aby pożar się nie roz­prze­strze­niał. Jed­no­cze­śnie odci­nają dwu­dzie­stu jeden kole­gom jedyną drogę ucieczki. Zamknięci pod pokła­dem ludzie bie­gną do maszy­nowni, tam chcą prze­cze­kać, zanim przyj­dzie pomoc. Stu­kają młot­kami w sufit i ściany, aby ratow­nicy wie­dzieli, gdzie mają ich szu­kać. Ale meta­lowe wnę­trze statku szybko zamie­nia się w roz­pa­lony piec, a powie­trza jest coraz mniej.

Stocz­niowa straż pożarna jeź­dzi wzdłuż doków, bo nie ma dokład­nych infor­ma­cji, gdzie stoi sta­tek, do któ­rego mają wezwa­nie. Do tego, kiedy już docie­rają na miej­sce, oka­zuje się, że bra­kuje im odpo­wied­niego sprzętu.

Zebrani wokół stocz­niowcy gotowi są wyci­nać otwór w kadłu­bie statku, aby uwol­nić kole­gów, ale dyrek­cja na to nie pozwala. Bra­kuje dokład­nych pla­nów statku i jeśli spa­wa­cze się pomylą, mogą tra­fić pal­ni­kami na zbior­niki z pali­wem. Wtedy sta­tek i wszystko wokół wyleci w powie­trze.

Jacek Kacz­mar­ski - może za poda­waną potem z ust do ust plotką - śpiewa:

Wtedy woj­sko zawe­zwali

I rato­wać zaka­zali -

Kula w łeb, kto zechce w rękę pal­nik wziąć!104

Dyrek­cja dzwoni do War­szawy. W maszy­nowni jest coraz mniej tlenu, za to tem­pe­ra­tura coraz wyż­sza. Stu­kot biją­cych spod pokładu mło­tów jest coraz rzad­szy i słab­szy. W końcu ci na górze nie sły­szą już nic. Minuty płyną, War­szawa umywa ręce. Wnę­trze statku pło­nie jesz­cze długo. Tak długo, aż w zamknię­tych na głu­cho pozio­mach wypali się cały tlen.

Dłu­gie śledz­two nie wyka­zało win­nych, ale sumie­nie gry­zło. Dyrek­cja pod­nosi nieco stawki godzi­nowe. Adap­tuje też stary budy­nek słu­żący na początku XX wieku jako maga­zyn pru­skich tor­ped na pomiesz­cze­nie BHP. Mają się tu odby­wać szko­le­nia, by w przy­szło­ści nie doszło do podob­nej tra­ge­dii. Popra­wiają się też nieco warunki pracy, jest wię­cej ubrań robo­czych czy narzę­dzi. Potem otwiera się także sto­łówka pra­cow­ni­cza.

Zaraz po tra­ge­dii z grud­nia 1967 roku przy­cho­dzi Marzec '68. To, co na Zacho­dzie ozna­cza burz­liwą, ale i rado­sną rewo­lu­cję spo­łeczną i oby­cza­jową, u nas jest głów­nie pało­wa­niem stu­den­tów. Nie­stety do akcji Mili­cji Oby­wa­tel­skiej i ORMO (Ochot­ni­czych Rezerw MO) w wielu mia­stach dołą­czają także robot­nicy, szcze­gól­nie z dużych zakła­dów pracy. Rzą­dowe media mówią o nich "aktyw" i chwalą za poczu­cie odpo­wie­dzial­no­ści za pań­stwo. Dostają biało-czer­wone lub czer­wone opa­ski na rękawy płasz­czy (w wielu miej­scach Pol­ski mimo marca pró­szy śnieg) i gumowe pały lub dłu­gie, wygi­na­jące się w ręce węże. Ze stoczni nie ma ich wielu, ale nie­smak pozo­staje.

Lech Wałęsa w Dro­dze nadziei pisze, że "pre­mia za goto­wość pało­wa­nia mło­dzieży wyno­siła wtedy po dwa tysiące na głowę"105. Jeśli tak, to tyle, co dobra stocz­niowa pen­sja. Podob­nie jest w każ­dym dużym zakła­dzie Pol­ski. Mie­czy­sław Gil z Nowej Huty w Kra­ko­wie wspo­mina: "Huta była wtedy bastio­nem robot­ni­ków, wyko­rzy­sty­wa­nych do roz­pę­dza­nia tych stu­den­tów. To się nazy­wało Mili­cja Robot­ni­cza, cho­dzili z opa­skami na ręka­wach"106. Gil sam ma w Kra­ko­wie sio­strę stu­dentkę, nie wycho­dzi z zakładu i nie wsiada do pod­sta­wia­nych przez mili­cję cię­ża­ró­wek. Ale jest dużo takich, co wzięli te gumowe pały i wsie­dli do auto­ka­rów, które zawio­zły ich na teren uni­wer­sy­tetu.

Lech Wałęsa mówi, że jed­nego dnia widzi w szatni pręgi na ple­cach stu­denta odby­wa­ją­cego prak­tyki w stoczni. Bie­rze go i poka­zuje innym. "Patrz­cie, co ONI robią naszym dzie­ciom!" - mówi.

Obrona przez atak

W tym smut­nym okre­sie póź­nej gomuł­kowsz­czy­zny wła­dza jesz­cze dolewa oliwy do ognia. 30 listo­pada 1970 roku Biuro Poli­tyczne Pol­skiej Zjed­no­czo­nej Par­tii Robot­ni­czej posta­na­wia wpro­wa­dzić dra­styczne pod­wyżki cen, które ogła­sza z dnia na dzień, a wła­ści­wie w nocy. Do tego tuż przed świę­tami Bożego Naro­dze­nia. Par­tyjni nota­ble wie­dzą, że to musi się skoń­czyć pro­te­stami robot­ni­ków. Dla­tego jed­no­cze­śnie z decy­zją o pod­wyż­kach wła­dze przy­go­to­wują swo­iste "dzia­ła­nia osło­nowe", nie tyle dla oby­wa­teli, ile dla sie­bie. Wypro­wa­dzają więc do przodu pionki w postaci mili­cji, a za nimi prze­su­wają o wiele cięż­sze figury - SB, ZOMO (Zmo­to­ry­zo­wane Odwody Mili­cji Oby­wa­tel­skiej) i woj­sko. Przy­go­to­wują swe pozy­cje nie tyle do odpar­cia spo­dzie­wa­nej rewolty spo­łe­czeń­stwa, ile do bez­względ­nego jej stłu­mie­nia. To jak sza­chowa obrona sycy­lij­ska przez atak, gdzie sta­ty­stycz­nie naj­czę­ściej wygrywa ten, kto wysu­nie środ­ko­wego pionka na cen­tralne pole. Albo w moc­niej­szym warian­cie obrony sycy­lij­skiej smo­czej, gdzie do pionka szybko doska­kuje sko­czek. Agre­syw­nie i dobrze gra­jący gracz ma wtedy około pięć­dzie­się­ciu czte­rech pro­cent szans na wygra­nie par­tii. Wła­dza w PRL-u ma pew­nie jesz­cze wię­cej.

Pod­stawą prawną dzia­łań wła­dzy (jeśli można tu mówić o pra­wie) ma być tajne roz­po­rzą­dze­nie mini­stra spraw wewnętrz­nych z 9 grud­nia 1970 nr 0010/70 powo­łu­ją­cego Sprawę Ope­ra­cyj­nego Roz­pra­co­wa­nia (czyli w skró­cie SOR) o kryp­to­ni­mie "JESIEŃ"107. I tak w ramach tej ope­ra­cji MSW posta­wiło w goto­wo­ści Mili­cję Oby­wa­tel­ską, ZOMO i Służbę Bez­pie­czeń­stwa. Do Gdań­ska przy­je­chały zastępy ze szkoły mili­cyj­nej MO w Słup­sku. Z kolei 8 grud­nia swoje nowe pro­ce­dury wpro­wa­dza Mini­ster­stwo Obrony Naro­do­wej, co poka­zuje, że od samego początku wła­dza zamie­rzała użyć do pacy­fi­ka­cji żoł­nie­rzy. Na czele MON stoi gene­rał Woj­ciech Jaru­zel­ski, młody ambitny dowódca, spraw­dzony już w 1968 roku. W owym burz­li­wym roku gene­rał brał aktywny udział w anty­ży­dow­skich czyst­kach w woj­sku, spla­mił też mun­dur i honor pol­skiego żoł­nie­rza, dowo­dząc pol­ską czę­ścią Ope­ra­cji Dunaj, czyli pacy­fi­ka­cji Pra­skiej Wio­sny. Jego 2. Armia Woj­ska Pol­skiego, spe­cjal­nie sfor­mo­wana dla celów pacy­fi­ka­cji, była naj­więk­szą po Rosja­nach siłą inter­we­niu­jącą w Cze­cho­sło­wa­cji. Teraz, w 1970 roku, już jako mini­ster obrony naro­do­wej, jest pew­nym ogni­wem przy­go­to­wy­wa­nej "sta­bi­li­za­cji" sytu­acji, czyli repre­sji.

11 grud­nia w stan goto­wo­ści posta­wiono Jed­nostki Nad­wi­ślań­skie MSW, prze­zna­czone głów­nie do ochrony rządu i kie­row­nic­twa Par­tii oraz ich rodzin. Można powie­dzieć, że wła­dza robot­ni­cza była gotowa na szok, jaki przy­go­to­wała dla swo­ich robot­ni­ków. "Zapewne wielu z Was zgi­nie, ale jest to poświę­ce­nie, na które jestem gotów" - mógłby powie­dzieć za (a wła­ści­wie przed) Lor­dem Farqu­aadem ze Shreka Wła­dy­sław Gomułka.

Wie­czór 12 grud­nia, sobota. Naj­lep­szy dzień tygo­dnia na wpro­wa­dze­nie pod­wy­żek. Zakłady pracy już zamknięte, ludzie sie­dzą w domach, jutro rano pójdą do kościoła na msze. Będą szep­tać, a nawet lamen­to­wać i roz­pa­czać, ale nie prze­rwą pracy, nie zawiążą komi­te­tów straj­ko­wych.

Dziecięcy wózek

Dzie­cięcy wózek, jak każde "dobro" w PRL-u, trzeba sobie wystać w kolejce, czę­sto noc­nej lub przy­naj­mniej od wcze­snego ranka, zanim otwo­rzą sklepy. Albo - kolejne słowo klucz - zała­twić. Jak lodówkę, pralkę fra­nię czy póź­niej auto­ma­tyczną, tele­wi­zor - na przy­kład czarno-biały nep­tun 411 czy póź­niej kolo­rowy rubin.

"W ponie­dzia­łek nie było mnie w Stoczni. Wzią­łem dzień wolny, chcia­łem kupić wózek dla pier­wo­rod­nego - Bog­dana. We wto­rek przy­sze­dłem do pracy jak wszy­scy, nor­mal­nie" - pisze Wałęsa w Dro­dze nadziei108.

Podob­nie pamięta to Danuta Wałęsa: "W ponie­dzia­łek 14 grud­nia, gdy w Stoczni zaczął się strajk, męża nie było w pracy. Miał wolne. Poje­chał na rynek kupić uży­wany wózek dla dziecka"109.

Hen­ryk Jagiel­ski z kolei mówi mi, że 14 grud­nia 1970 roku, w ponie­dzia­łek, pierw­szy dzień strajku, Wałęsa w pracy był, tyle że nie przy­stą­pił do pro­te­stu.

- Pierw­szego dnia Wałęsa nie wyszedł z nami. Ale pra­co­wał. Pra­co­wał i był! I dla­tego został wybrany do Rady. Dyrek­cja prze­wi­działa, że strajk będzie trwał długo i chcieli wybrać "swo­ich" - prze­ko­nuje mnie110.

Uwaga, spo­iler! Rację mają... obaj. Jak to moż­liwe? Wyja­śni się póź­niej.

Roger Boyes, raczej za tek­stem Drogi nadziei, powta­rza, że Wałęsa idzie w dele­ga­cji do dyrek­cji 15 grud­nia, we wto­rek. O ponie­działku w ogóle nie wspo­mina.

Ponad rok póź­niej, 15 lutego 1971 roku, wyj­dzie w Gdań­sku tajne zarzą­dze­nie (numeru brak) o powo­ła­niu przez Komendę Woje­wódzką Mili­cji Oby­wa­tel­skiej - Służbę Bez­pie­czeń­stwa (na pod­sta­wie pisma z Depar­ta­mentu III MSW w War­sza­wie) "zespołu do ankie­ty­za­cji osób repre­sjo­no­wa­nych w zaj­ściach gru­dnio­wych"111. Zespół ten działa z kolei poprzez "pro­jekt badaw­czy" zespołu zło­żo­nego z socjo­lo­gów: docenta dok­tora habi­li­to­wa­nego Sta­ni­sława Miki i dok­tora Witolda Moraw­skiego z Uni­wer­sy­tetu War­szaw­skiego oraz dok­tora Zbi­gniewa Sufina i dok­tora Krzysz­tofa Ostrow­skiego z Insty­tutu Filo­zo­fii i Socjo­lo­gii Pol­skiej Aka­de­mii Nauk. Naukowcy mają dostać dostęp do czę­ści mate­riału zebra­nego przez MO i SB pod­czas zajść i po zaj­ściach: "Istot­nym zagad­nie­niem warun­ku­ją­cym w dużym stop­niu uzy­ska­nie peł­nej ana­lizy przy­czyn, cha­rak­teru i skut­ków wyda­rzeń gru­dnio­wych - jest udo­stęp­nie­nie Zespo­łowi Badaw­czemu wyse­lek­cjo­no­wa­nych mate­ria­łów Sł. Bez­pie­czeń­stwa"112. Krótko mówiąc, socjo­lo­go­wie mają pomóc zro­zu­mieć wła­dzy tak wielki wybuch nie­za­do­wo­le­nia robot­ni­ków.

Ankiety mają oce­nić zacho­wa­nie setek osób w dniach 14-16 grud­nia 1970 roku, a tłem do tej oceny mają być infor­ma­cje o ich wcze­śniej­szej posta­wie, przy­na­leż­no­ści do orga­ni­za­cji, opi­nii z miej­sca pracy, sytu­acji mate­rial­nej itp. Przy Lechu Wałę­sie ankie­te­rzy odno­to­wali (nie wiemy, na pod­sta­wie jakich źró­deł), że zara­bia 2,2 tysiąca zło­tych mie­sięcz­nie, co daje sie­dem­set trzy­dzie­ści zło­tych na osobę w rodzi­nie, mieszka w pokoju sub­lo­ka­tor­skim przy ulicy Beetho­vena 30, od 11 czerwca 1961 do 13 maja 1967 roku zatrud­niony był w POM-ie w Łocho­ci­nie (na ten okres przy­pa­dają też jego praca w filiach POM-u oraz służba woj­skowa), w okre­sie pracy w stoczni należy do ZMS (Zwią­zek Mło­dzieży Socja­li­stycz­nej) oraz związ­ków zawo­do­wych, gdzie jest "mężem zaufa­nia do spraw BHP w Wydz. [Wydzia­ło­wej] Radzie W-4". Ponadto "udzie­lał się spo­łecz­nie w pra­cach orga­ni­za­cji ZMS - aktywny czło­nek. Nie wystę­po­wał wrogo p-ko PRL".

Na pyta­nia o udział w strajku gru­dnio­wym, począw­szy od 14 grud­nia 1970 roku, tekst ankiety podaje, co nastę­puje: "Brał bez­po­średni udział w zaj­ściach ulicz­nych przed KW PZPR i Komendą Miej­ską MO. Był jed­nym z kie­row­ni­ków demon­stra­cji ulicz­nej. Nale­żał do wszyst­kich komi­te­tów straj­ko­wych, jakie ist­niały na tere­nie stoczni i na Wydz. W-4, brał udział w opra­co­wa­niu postu­la­tów, pety­cji, komu­ni­ka­tów przez radio­wę­zeł. Był dele­ga­tem na spo­tka­nie z tow. Gier­kiem. Jego dzia­łal­ność po zaj­ściach gru­dnio­wych miała cha­rak­ter pozy­tywny. Zaprze­stał dzia­łal­no­ści od 19 XII"113.

Wybie­gli­śmy tro­chę w przy­szłość, ale widać, że ankieta nie roz­strzyga wąt­pli­wo­ści, czy Lech Wałęsa był w pracy 14 grud­nia, a tym bar­dziej co wtedy robił. Ankiety innych stocz­niow­ców cza­sem wymie­niają ich aktyw­ność w danym dniu (jeśli była odno­to­wana na przy­kład dzięki zatrzy­ma­niu przez MO), ale też czę­sto opi­sują ich aktyw­ność ogól­nie, bez dat. Jed­nak zasta­na­wia sfor­mu­ło­wa­nie "Nale­żał do wszyst­kich komi­te­tów straj­ko­wych, jakie ist­niały na tere­nie Stoczni i na Wydz. W-4": wiemy, że już pierw­szego dnia takie komi­tety wybie­rano na przy­kład w wydzia­łach. Gdyby był w takim komi­te­cie, to prawdą oka­za­łoby się, że był w pracy, a jed­no­cze­śnie nie wyszedł wraz z innymi stocz­niow­cami na mia­sto. Ale ankie­te­rzy z zespo­łów badaw­czych na pewno nie mają dostępu do wszyst­kich mate­ria­łów SB, stąd ich mała pre­cy­zja opisu i ogól­ni­ko­wość.

Ale naj­dziw­niej­sze rze­czy o Lechu Wałę­sie w tym pierw­szym dniu strajku opo­wiada mi Józef Dro­goń. W 1970 roku cho­dzi do szkoły pod­sta­wo­wej. Jego ojciec pra­cuje w stoczni i mały Józef prze­żywa te dni nie mniej niż doro­śli. Sam zresztą, pomimo zaka­zów w szkole i w domu, biega do cen­trum Gdań­ska, żeby zoba­czyć zamieszki. W 1979 roku, już po woj­sku, przyj­dzie i powie, że chce "poma­gać przy WZZ-ach". Od tego czasu będzie nale­żał do "grupy Wałęsy ze Sto­gów". W latach osiem­dzie­sią­tych napi­sze tekst i będzie z niego korzy­stał pod­czas prac nad swoją wspo­mnie­niową książką, która w okro­jo­nej wer­sji wyj­dzie w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. W 2010 roku udo­stęp­nia mi swe tek­sty. Frag­ment doty­czący Lecha Wałęsy 14 grud­nia dosłow­nie brzmi tak: "Byłem bar­dzo docie­kliwy. Pyta­łem go, dla­czego działa, skąd taki pomysł, czy jest zgodny z pra­wem itp. Był zasko­czony, bo go chyba nikt o to nie pytał. Dla mnie pyta­nia były ważne, bo chcia­łem się zorien­to­wać, o co cho­dzi z tą ulotką WZZ. Tłu­ma­czył mi po swo­jemu. Opo­wia­dał o udziale w wyda­rze­niach 1970 r., że zaan­ga­żo­wał się dopiero dru­giego dnia, bo pierw­szy dzień prze­le­żał na statku, że został zwol­niony z pracy w stoczni w 1976 r. (...)"114 i tak dalej [pod­kre­śle­nie moje].

Kiedy czy­tam taki tekst, zawsze się zasta­na­wiam, jak go można zwe­ry­fi­ko­wać. Po chwili przy­po­mi­nam sobie, że prze­cież Józef Dro­goń poda­ro­wał mi też nie­wielką ksią­żeczkę, którą wydał w cza­sie, kiedy był na emi­gra­cji w Sta­nach Zjed­no­czo­nych (w latach 1989-1992). Czy­ta­łem ją, ale aku­rat na ten okres nie zwró­ci­łem uwagi, bar­dziej inte­re­so­wały mnie wyda­rze­nia, w któ­rych autor brał udział w latach osiem­dzie­sią­tych. Odnaj­duję książkę i szu­kam, czy w niej znajdę coś o roku 1970. Jest. Józef Dro­goń opi­suje swoje pierw­sze spo­tka­nie w domu Wałę­sów (to samo co wyżej), Lech mówi mu, żeby prze­szli na ty, opo­wiada o sobie: "Dowie­dzia­łem się wtedy, że kiedy Lech przy­je­chał na Wybrzeże, pod­jął pracę w Stoczni Gdań­skiej jako kawa­ler. (...) W grud­niu w roku 1970-tym mając już jedno dziecko brał udział w strajku. W pierw­szym dniu, opo­wia­dał Lech, byłem nie­za­an­ga­żo­wany. Leża­łem gdzieś na statku, nie wie­dząc, co się dzieje. Dopiero na drugi dzień zaan­ga­żo­wa­łem się przy orga­ni­za­cji"115.

Książka Józefa Dro­go­nia pod tytu­łem (nomen omen) Wałęsa, jakiego nie znamy wyszła w 1989 roku w wydaw­nic­twie Wici w Chi­cago. W Pol­sce jest zupeł­nie nie­znana. Józef Dro­goń mówi mi, że wydawca, Polo­nus osia­dły w USA, wyciął mu kilka frag­men­tów, które uznał za nie do końca odpo­wia­da­jące powa­dze "Wiel­kiego Polaka", ale ten aku­rat nie wzbu­dził jego więk­szych wąt­pli­wo­ści. A i Dro­goń nie miał zamiaru szko­dzić dobremu imie­niu Wałęsy; prze­ciw­nie, chciał się pochwa­lić, że był z nim kie­dyś bli­sko i mu poma­gał. W ten spo­sób, tro­chę nie­chcący, stwo­rzył wia­ry­godne źró­dło, które jed­nak prze­czy ofi­cjal­nej nar­ra­cji Lecha Wałęsy. Ten roz­dział zakoń­czę tym, że kil­ka­dzie­siąt stron dalej sam Lech roz­strzy­gnie te wąt­pli­wo­ści, zresztą na swoją nie­ko­rzyść.

14 grudnia. Do dyrekcji i na Reichstag!

Strajk w stoczni zaczął się 14 grud­nia. Ale jesz­cze 13 grud­nia o godzi­nie 1.15 w nocy patrol MO w Choszcz­nie zapi­suje notatkę, że na murze miej­sco­wej szkoły widzi napis: "precz z pod­wyżką, precz z Gomułką, huje pier­do­lone" (pisow­nia ory­gi­nalna)116.

Jed­nak sam strajk w stoczni roz­po­czyna się o godzi­nie 6.00. Stocz­niowa elita, tak zwane esy, czyli wydziały sil­ni­kowe S-3 i S-4, przy­cho­dzą do pracy, ale nie prze­bie­rają się i nie wycho­dzą na sta­no­wi­ska. Chcą strajku. Wałęsa wspo­mina, raczej z opo­wia­dań, bo 14 grud­nia sam mówi, że go w pracy nie ma, że infor­ma­cję o strajku po stoczni "roz­wożą" kie­rowcy wóz­ków elek­trycz­nych. Pod­czas prze­rwy śnia­da­nio­wej jeż­dżą po wszyst­kich wydzia­łach z bania­kami kawy oraz infor­ma­cjami, który wydział stoi. Trzeba przy­znać, że to bar­dzo fil­mowa scena.

Hen­ryk Jagiel­ski mówi mi, że na W-4 też się w tym dniu nie prze­bie­rali. Jak wielu kole­gów z wydziału czeka. Byli też tacy, któ­rzy się prze­brali i poszli na sta­tek. Ci, któ­rzy jed­nak poszli do pracy, wra­cają ze stat­ków do wydziału o 9.00, na prze­rwę śnia­da­niową. Na prze­rwie roz­go­rzała dys­ku­sja, a kiedy prze­rwa się koń­czy, stocz­niowcy na więk­szo­ści wydzia­łów już wie­dzą, co mają robić. Wybie­rają swych dele­ga­tów do dyrek­cji.

Alfons Suszek jest jed­nym z kie­row­ni­ków w bry­ga­dzie wydziału W-4. Wspo­mina:

- Na wydziale, w cza­sie strajku (...) ludzie wró­cili ze statku (...). W cza­sie śnia­da­nia na świe­tlicy zebrał się cały wydział i już na sta­tek nie wró­cili i inne wydziały już sta­nęły, a kie­row­nik pole­cił, by załoga została na wydziale. (...) Ja jako maj­ster byłem odpo­wie­dzialny za tych wszyst­kich ludzi i byłem zain­te­re­so­wany, by było jak naj­mniej poszko­do­wa­nych. Na wydziale był wybrany komi­tet wydzia­łowy straj­kowy, który usta­lał postu­laty do mię­dzy­wy­dzia­ło­wego komi­tetu straj­ko­wego, który się zbie­rał w dyrek­cji. W tym wydzia­łowym komi­te­cie byli mię­dzy innymi Lenar­ciak, Wałęsa, ja, i jesz­cze kilka osób. Łącz­ni­kami mię­dzy wydzia­łowym komi­tetem straj­kowym a dyrek­cją był Lenar­ciak i Wałęsa117.

Nie jestem pewny, czy Alfons Suszek na pewno mówi o 14 grud­nia, o który go zapy­ta­łem, czy może od razu prze­ska­kuje do 15. Może innym histo­ry­kom coś pod­po­wie jego dal­sza rela­cja:

- A zatem wszedł pan do komi­tetu straj­ko­wego wydzia­ło­wego. Byli tam Lenar­ciak i Wałęsa. Pamięta pan, o czym roz­ma­wia­li­ście, kto był aktywny, co postu­lo­wa­li­ście? - pytam, bo wiem, że takie szcze­góły wię­cej powie­dzą niż ogólna reflek­sja.

- Trzy­oso­bowa dele­ga­cja [pro­siła mnie] abym był uczest­ni­kiem i gwa­ran­tem tego spo­tka­nia. Wyra­zi­łem zgodę.

- A kto kon­kret­nie poszedł do dyrek­tora?

- Nie do dyrek­tora, tylko do kie­row­nika wydziału. A kie­row­nik wydziału znowu prze­ka­zy­wał do [swo­jego] sze­fo­stwa albo do dyrek­cji.

To by się zga­dzało z tym, co mówi Jagiel­ski:

- Rada poszła do dyrek­tora. Z naszego wydziału był Wałęsa. Suszek nie był [ponie­waż był tylko u kie­row­nika wydziału].

Jed­nak więk­szość roz­mów­ców jako dele­ga­tów całej stoczni, idą­cych na roz­mowy do dyrek­cji stoczni, wspo­mina Edwarda Nowic­kiego z wydziału S oraz Jana Subdę. Wałęsa nie został zapa­mię­tany.

Tyle Alfons Suszek i Hen­ryk Jagiel­ski o samym początku strajku. Zaraz potem ich drogi się roze­szły. Suszek opi­sał pro­ce­durę two­rze­nia i skła­da­nia postu­la­tów do dyrek­cji. Ale w tym samym cza­sie duża grupa stocz­niow­ców, w tym Hen­ryk Jagiel­ski, wycho­dzi na mia­sto. To ci, co wie­dzą, gdzie jest praw­dziwy wróg. Nie dyrek­tor stoczni wpro­wa­dził pod­wyżki i nie on je może cof­nąć.

Celem wzbu­rzo­nych stocz­niow­ców jest "Reich­stag", czyli Komi­tet Woje­wódzki PZPR przy ulicy Wały Jagiel­loń­skie. Nieco ponad kilo­metr od stoczni, aku­rat tyle, aby tłum zdą­żył się sca­lić w mani­fe­sta­cję, a gar­dła roz­grzać okrzy­kami: "Cof­nąć pod­wyżki! Chcemy chleba!".

Zanim dojdą do połowy drogi, śpie­wają już Mię­dzy­na­ro­dówkę, na począ­tek dosyć wolny i uro­czy­sty wstęp:

Wyklęty powstań, ludu ziemi,

Powstań­cie, któ­rych drę­czy głód.

Myśl nowa bla­ski pro­mien­nymi

Dziś wie­dzie nas na bój, na trud.

Potem z całych sił refren:

Bój to jest nasz ostatni,

Krwawy skoń­czy się trud,

Gdy zwią­zek nasz bratni

Ogar­nie ludzki ród118.

Cał­kiem pasuje w tych oko­licz­no­ściach a i wróg powi­nien usły­szeć, kto tu jest praw­dzi­wym robot­ni­kiem. A potem jesz­cze echa nie tak daw­nej wojny - Marsz Gwar­dii Ludo­wej!

My ze spa­lo­nych wsi,

My z gło­du­ją­cych miast.

Za głód, za krew, za lata łez

Już zemsty nad­szedł czas!

Więc zare­pe­tuj broń

I w serce wroga mierz!

Dudni już krok, milio­nów krok,

Brzmi par­ty­zancki śpiew119.

Stocz­niowcy znają te słowa ze szkol­nych zajęć z muzyki, gdzie Marsz Gwar­dii Ludo­wej jest żela­znym punk­tem pro­gramu aż do 1989 roku.

Andrzej Bulc jesz­cze uczy się w tech­ni­kum. Szkoła zamknięta, dyrek­tor i nauczy­ciele pil­nują, żeby nikt nie wyszedł. Ale po lek­cjach, wia­domo, trzeba biec do cen­trum, zoba­czyć, co się dzieje. Na komi­tet napiera tłum stocz­niow­ców, pró­bują go pod­pa­lić, ale nie bar­dzo im to wycho­dzi. Uda się dopiero następ­nego dnia. Za dwor­cem, ale jesz­cze przed Huci­skiem, na nie­wiel­kim wzgó­rzu widzi cha­rak­te­ry­stycz­nie ubra­nego czło­wieka. Jest wysoki, na gło­wie ma czapę ze zwi­sa­ją­cym na ramię lisim ogo­nem. Sto­jąc na wzgó­rzu, jak Jagiełło pod Grun­wal­dem, kie­ruje walką. Stocz­niowcy rzu­cają butel­kami z ben­zyną w sto­jące w pobliżu samo­chody woj­skowe. Są to głów­nie pojazdy opan­ce­rzone i wiel­kie budy z plan­de­kami. Przy­wio­zły żoł­nie­rzy albo cze­kają na zatrzy­ma­nych robot­ni­ków.

Kiedy w stoczni dyrek­tor tłu­ma­czy dele­ga­tom, że w jego gestii nie leży cof­nię­cie pod­wy­żek, tłum pod komi­te­tem żąda roz­mów z I sekre­ta­rzem PZPR w Gdań­sku. Ten nie wycho­dzi. Zamiast przed robot­ni­kami staje sekre­tarz do spraw orga­ni­za­cyj­nych Zenon Jun­dziłł. Prosi, by stocz­niowcy wybrali dele­ga­cję, którą zapra­sza do budynku. Tłum boi się, że ci szybko zostaną aresz­to­wani.

Stocz­niowcy zaj­mują mili­cyjną nyskę z nagło­śnie­niem. Tło­czą się do środka z czy­stej cie­ka­wo­ści, jak wygląda taki pojazd. Pierwsi odważ­niejsi zaczy­nają prze­ma­wiać do mikro­fonu, a ich głos przez tuby na dachu samo­chodu pły­nie nad tłu­mem. Lide­rzy demon­stra­cji krzy­czą: jutro zbie­ramy się na wiec tutaj, pod komi­te­tem. A teraz wra­camy pod stocz­nię i prze­ka­zu­jemy to pozo­sta­łym kole­gom. Potem jedziemy po stu­den­tów.

Hen­ryk Jagiel­ski:

- To nie była nyska, tylko star. Wszy­scy z niego prze­ma­wiali, i Nowicki, i Jędrze­jew­ski, i Subda. Ja też byłem przez chwilę w tym radio­wo­zie, ale tam było bar­dzo cia­sno.

Do nyski czy stara wska­kuje Jan Subda, jeden z ini­cja­to­rów strajku. Woła: "Nie ma się co łudzić, par­tia nam nie da ani chleba, ani masła. Wra­camy na stocz­nię po kole­gów i idziemy do stu­den­tów po pomoc!"120.

Andrzej Bulc razem z kolegą okrąża "Reich­stag". Z tyłu budynku widzą otwie­rane na wyż­szych pię­trach okna. Ktoś wyrzuca z nich dłu­gie, czer­wone chod­niki ścią­gnięte z kory­ta­rzy. Po tych chod­ni­kach nie­zdar­nie ewa­ku­ują się pra­cow­nicy komi­tetu. Widzą próby pod­pa­le­nia budynku, ale boją się wyjść fron­to­wymi drzwiami.

Nagle kor­don mili­cji idący od strony budynku NOT zaczyna strze­lać. Tutaj jest mniej stocz­niow­ców, ale i ci z despe­ra­cją ruszają na mili­cjan­tów. Ktoś krzy­czy "Zabili naszego kolegę!" i wali zroz­pa­czony łomem po drzwiach i szy­bach.

Po mie­ście, pośród zamie­szek, cho­dzi też inny gdań­ski uczeń, Józef Dro­goń. Dyrek­tor kazał zamknąć szkołę i do czasu uspo­ko­je­nia sytu­acji na uli­cach zatrzy­mać uczniów w budynku. Ale Józek z kolegą ucie­kli przez okno. Sły­szeli, że w mie­ście strze­lają do stocz­niow­ców, a ojciec Józefa pra­cuje w stoczni.

"Około jede­na­stej byłem na Huci­sku. Ludzie ata­ko­wali most nad torami, by się dostać pod komendę mili­cji i areszt. Ludzie mieli biało-czer­wone flagi, rzu­cali kamie­niami. Spod dworca widzia­łem, jak latał heli­kop­ter i zrzu­cał petardy i gaz łza­wiący".

Potem widzi jesz­cze spa­lone samo­chody, unie­ru­cho­mione trans­por­tery opan­ce­rzone, roz­bite sklepy. Do domu wraca po 15.00. Ojciec nie wróci na noc. Razem z matką, pra­cu­jącą w ZREMB-ie, będą cze­kali na niego do następ­nego dnia.

"Mówił, że został dla­tego, bo rano strze­lali do robot­ni­ków i dla zasady trzeba było w stoczni zostać. Opo­wia­dał, że w nocy do stoczni przy­je­chała mili­cja i wszyst­kich, któ­rzy byli przy bra­mie, pobito pałami. To wszystko zapa­dło mi w pamięć, choć nie rozu­mia­łem tego, co się wyda­rzyło. Ale od tego czasu odczu­wa­łem wewnętrzny przy­mus, by zro­zu­mieć, by się jak naj­wię­cej dowie­dzieć. Słu­cha­łem radia Wolna Europa. W 1975/76 zaczą­łem robić wła­sne nadaj­niki radiowe na fale śred­nie i UKF"121.

I Andrzej Bulc, i Józef Dro­goń spo­tkają się za kilka lat z Lechem Wałęsą w Wol­nych Związ­kach Zawo­do­wych.

Część stocz­niow­ców two­rzy na gorąco patrole porząd­kowe. Pró­bują zapo­biec rabo­wa­niu, zatrzy­mują korzy­sta­ją­cych z oka­zji ludzi, każą odnieść towar, a dla pew­no­ści nawet spi­sują ich per­so­na­lia. Nie chcą, by strajk został przed­sta­wiony jako chu­li­gań­skie zamieszki.

Likwi­dują też kor­don wokół budynku komi­tetu, ruszają z powro­tem do stoczni. Na czele nyska, ale... bra­kuje w niej paliwa. Trzeba pchać, szkoda takiego pro­fe­sjo­nal­nego nagło­śnie­nia.

Pod bramą numer dwa lide­rzy powta­rzają apel o jutrzej­szym oblę­że­niu komi­tetu, a potem tłum idzie do stu­den­tów. Też nie­da­leko, dwa i pół kilo­me­tra, ale samo­chód bez ben­zyny trzeba pchać, więc zmie­niają się. Pod poli­tech­niką wyła­mują bramę, odpy­chają pro­rek­tora i ape­lują do stu­den­tów. Ci jed­nak mil­czą.

Hen­ryk Jagiel­ski:

- Pytali: "A gdzie wy byli­ście w tysiąc dzie­więć­set sześć­dzie­sią­tym ósmym roku?".

Część stu­den­tów jed­nak mówi: "Nie teraz. Wyrzucą nas. Dołą­czymy wie­czo­rem".

Rze­czy­wi­ście, zor­ga­ni­zują wiec o 17.00, a część na następny dzień dołą­czy do demon­stran­tów na mie­ście.

Kolumna stocz­niow­ców i miesz­kań­ców Gdań­ska idzie jesz­cze pod Radio Gdańsk, żąda nada­nia w eter infor­ma­cji o strajku. Kiedy wra­cają, na wia­duk­cie Błęd­nik zostają zaata­ko­wani przez ZOMO, ale roz­ry­wają ich kor­don i idą dalej. Tłum z począt­ko­wego tysiąca, który wyszedł ze stoczni, liczy już 10 tysięcy; dołą­czają stocz­niowcy ze Stoczni Pół­noc­nej i Portu. Ludzie prze­ka­zują sobie też infor­ma­cję, że mili­cja aresz­to­wała "tych trzech" z nyski. Jutro rano trzeba ich odbić, a potem - znów na komi­tet! Tym razem na pewno zapło­nie.

Walka

Mimo powrotu dużej czę­ści stocz­niow­ców do zakładu w mie­ście do póź­nego wie­czora trwają walki. Biorą w nich udział nie tylko stocz­niowcy, ale i robot­nicy z innych zakła­dów pracy, miesz­kańcy Gdań­ska, stu­denci, mło­dzież. Główne walki trwają w oko­li­cach Dworca Głów­nego. Mani­fe­stanci w sile około 6 tysięcy ludzi zbu­do­wali bary­kadę i wal­czą z zomow­cami nacie­ra­ją­cymi spod Komi­tetu Woje­wódz­kiego PZPR. Na wóz­kach aku­mu­la­to­ro­wych dowożą kamie­nie z pobli­skiego placu budowy. Wal­de­mar Mar­czak, w ZOMO zale­d­wie od 1 wrze­śnia 1970 roku, ucieka przed około trzy­stu­oso­bową grupą, w któ­rej "prze­ja­wiali się mło­dzi cywile (dłu­go­włosi)" woła­jący: "hitle­rowcy, gesta­powcy!". W zawi­łych sło­wach raportu pisze, że: "Pod­czas tego wyco­fy­wa­nia zosta­łem w biegu ude­rzony nie wiem czym, utra­ci­łem przy­tom­ność pada­jąc przez bli­żej nie­okre­ślony przed­miot w wodę, pod­czas czego uzy­ska­łem chwi­lowo przy­tom­ność, i spo­strze­głem, że jakiś funk­cjo­na­riusz pod­trzy­mał mnię, i dalej stra­ci­łem przy­tom­ność, którą odzy­ska­łem w szpi­talu"122.

Reak­cje robot­ni­ków były skraj­nie różne, od prób lin­czu na mun­du­ro­wych po chro­nie­nie tych już zła­pa­nych. Takiej huś­tawki emo­cji doświad­czył żoł­nierz, kapral Ryszard Tofil: "Obry­wano mi kie­sze­nie, szu­ka­jąc doku­men­tów. (...) sły­sza­łem krzyki: "zoba­czyć, czy ma ksią­żeczkę par­tyjną", "jeżeli tak, to powie­sić". Na szczę­ście nie mia­łem ich przy sobie. Co chwilę ktoś pod­ska­ki­wał i zada­wano mi razy, wyrwano broń. (...) Pod­le­ciało do mnie kilku osob­ni­ków i wyrwało mnie z tego oto­cze­nia, jeden z nich wci­snął mi ponow­nie do ręki broń, sły­sza­łem, że ktoś mówił "nie bój się, choć [sic!] z nami". Pod­le­ciał jesz­cze jakiś męż­czy­zna schwy­cił mnie za sza­lik, skrzy­żo­wał go i usi­ło­wał mnie nim dusić, lecz został ode­pchnięty"123.

Kapi­tan Antoni Rauch, dowódca trans­por­tera opan­ce­rzo­nego TOPAS, rów­nież doświad­cza naraz pie­kła i oca­le­nia. Mani­fe­stanci kie­rują zdo­bycz­nego stara w stronę jego pojazdu, w tym cza­sie inni wpy­chają wyrwany znak dro­gowy w gąsie­nice. Pojazd kręci się bez­rad­nie w kółko, a mani­fe­stanci wspi­nają się na niego i przez właz wrzu­cają wystrze­li­wane przez ZOMO i zebrane z ulicy poci­ski dymne. Żoł­nie­rze wyska­kują z pojazdu, a kapi­tan zostaje powa­lony na chod­nik. "Roz­ło­żo­nego na ziemi trzy­mano mnie za włosy, ręce, nogi i bito. Jeden z osob­ni­ków trzy­mał mnie za gar­dło i wrzesz­czał: "Daj­cie noża, to chuja zarżniemy". W grono ata­ku­ją­cych mnie wpa­dło 3-4 robot­ni­ków stoczni, krzy­cząc: "Daj­cie spo­kój to nasz", po czym wyrwali mnie opraw­com i zapro­wa­dzili do sto­ją­cego naprze­ciwko dworca tram­waju"124.

Jeden z mili­cjan­tów uciekł przed tłu­mem pod komi­te­tem par­tii na ulicę. Nie­da­leko niego na chod­niku stał "uczeń z tor­ni­strem na ple­cach. Patrzył. (...) Mili­cjant pałką pobił chłopca. Chło­piec prze­wró­cił się, leżał na ple­cach, twa­rzą ku górze, a mili­cjant bucio­rem sta­nął mu na szyi. Wtedy roz­le­gły się krzyki kobiet: "O Boże, dziecko, za co dziecko?". I ludzie ruszyli na tego mili­cjanta, prze­wró­cili go na zie­mię, darli na nim mun­dur, bili go i kopali, za tego chłopca z tor­ni­strem, któ­rego teraz ktoś z tłumu niósł na rękach, a z roz­pię­tego tor­ni­stra wyla­ty­wały zeszyty, wiatr prze­wra­cał kartki, padały pod nogi. Gdy zawyła karetka pogo­to­wia, tłum się roz­stą­pił. Lekarz wysko­czył, wycią­gnęli nosze - naj­pierw chło­piec (...) potem lekarz schy­lił się nad tą bestią, na którą teraz ludzie pluli, bro­nili czło­wie­kowi w bia­łym far­tu­chu dostępu. "To mor­derca!" - krzy­czeli. Ale dok­tor wziął i jego na nosze i wsa­dził do tej samej karetki. Wołał w tłum: "Jestem leka­rzem, muszę każ­dego rato­wać!""125.

Sze­re­gowy Andrzej Wró­bel ze szkoły mili­cyj­nej w Słup­sku tra­fia do Szpi­tala Mor­skiego w Gdyni. "W szpi­talu nikt nie kwa­pił się do udzie­le­nia szyb­kiej pomocy. Pie­lę­gniarki mówiły: ludo­bójcy, mor­dercy, strze­la­li­ście do ludzi, to teraz cierp­cie"126.

Dobieranie kart

14 grud­nia wła­dza widzi, że naj­burz­liw­sze wystą­pie­nia w kraju będą miały miej­sce na Wybrzeżu. Dobiera więc dodat­kowe karty z esbec­kich talii innych woje­wództw. Do Gdań­ska przy­jeż­dża trzech esbe­ków z Kato­wic, czte­rech z pobli­skiej Byd­gosz­czy i trzech z Kosza­lina oraz aż sze­ściu ze spo­koj­nego, bo mało uprze­my­sło­wio­nego, Olsz­tyna. Podobno są też z Biel­ska-Bia­łej, Lublina. Olsz­tyń­ski zaciąg okaże się jed­nak naj­efek­tyw­niej­szy. Wśród olsz­ty­nian są kapi­ta­no­wie Hen­ryk Rap­czyń­ski i Edward Gra­czyk127. Wła­śnie ci dwaj okażą się w naszej histo­rii asami wycią­gnię­tymi z rękawa.

Na razie uzu­peł­niają i tak już sze­roką talię kart trzy­maną w rękach wła­dzy. Puł­kow­nik Jerzy Andrze­jew­ski, komen­dant woje­wódzki MO w Gdań­sku, i jego zastępca do spraw SB puł­kow­nik Wła­dy­sław Jawor­ski wie­dzą jed­nak, że nad­cho­dzi trudna roz­grywka. Szcze­gól­nie dla Wydziału III zaj­mu­ją­cego się opo­zy­cją. Główne postaci Wydziału III to naczel­nik podpuł­kow­nik Jan Kujawa oraz jego naj­lepsi pra­cow­nicy: Woj­ciech Ranie­wicz, Zenon Rat­kie­wicz i Cze­sław Woj­ta­lik (cho­ciaż aku­rat u tego ostat­niego z przy­dat­no­ścią do służby bywało róż­nie). Na tere­nie samej stoczni mają swego czło­wieka, eme­ry­to­wa­nego esbeka kapi­tana Józefa Dąbka pseu­do­nim "Madziar". Po przej­ściu na eme­ry­turę zostaje rezy­den­tem w stoczni, gdzie jest łącz­ni­kiem mię­dzy eta­to­wymi funk­cjo­na­riu­szami a zakła­do­wymi taj­nymi współ­pra­cow­ni­kami. Wspo­ma­gać ich mają inne wydziały, jak Wydział "B" - obser­wa­cyjny, czy Wydział "T" - tech­niki. Oczy­wi­ście na pierw­szej linii frontu są gdań­scy mili­cjanci i zomowcy, czyli "bijące serce par­tii", a także słu­cha­cze szkoły mili­cyj­nej ze Słup­ska oraz woj­sko. Ale mózgiem ope­ra­cji są "cywile", nie­umun­du­ro­wani funk­cjo­na­riu­sze Służby Bez­pie­czeń­stwa.

Przy­jezdni miesz­kają w hotelu Jan­tar na Dłu­gim Targu oraz w mili­cyj­nym ośrodku na Bisku­piej Górce. Z powodu ogrom­nej liczby zatrzy­my­wa­nych i wzy­wa­nych roz­mowy są prze­pro­wa­dzane nie tylko na Oko­po­wej, ale i w hote­lo­wych poko­jach. Prze­słu­cha­nia zatrzy­ma­nych odby­wają się w komen­dzie woje­wódz­kiej, choć część "roz­mów pro­fi­lak­tycz­nych" w Jan­tarze128.

Ale przy­jazd takiej dużej liczby funk­cjo­na­riu­szy z całego kraju to nie tylko obo­wiązki. W połą­cze­niu ze stre­su­jącą pracą mamy wybu­chową mie­szankę. Esbecy nocami odre­ago­wują stres, sza­leją w hote­lach i knaj­pach. Wyjazd służ­bowy trak­tują jak inte­gra­cyjny, piją na umór, awan­tu­rują się.

M., jeden z gdań­skich esbe­ków (w UB jesz­cze od lat czter­dzie­stych), pierw­szego dnia strajku nie zostaje wpusz­czony na teren stoczni. Jest zasko­czony skalą wystą­pień. Ale jako doświad­czony esbek ma swoje metody, wcho­dzi. Idzie na każdy wiec, gdzie słu­cha prze­ma­wia­ją­cych.

- Mie­li­śmy zro­bić roz­po­zna­nie, czego doty­czą żąda­nia. O co cho­dzi - tłu­ma­czy.

Po pierw­szym szoku, w tłu­mie przed dyrek­cją i na wydzia­łach odnaj­duje swo­ich infor­ma­to­rów. W tym burz­li­wym cza­sie nie wszy­scy chcą z nim roz­ma­wiać. Jeden jed­nak, Cze­sław S., jest lojalny wobec swego pro­wa­dzą­cego. "Nadaje mi postu­laty" - mówi M.

M. kon­tak­tuje się z naczel­ni­kiem Wydziału III, puł­kow­ni­kiem Kujawą. Dzięki temu do komendy woje­wódz­kiej MO płyną pierw­sze mel­dunki.

M. razem ze stocz­niow­cami wycho­dzi na mia­sto. Razem z nimi idzie przed komi­tet woje­wódzki par­tii. Razem z nimi krzy­czy, ale przede wszyst­kim obser­wuje. Zapa­mię­tuje twa­rze, imiona, zacho­wa­nie. Pod­słu­chuje roz­mowy.

Od strony Stoczni Pół­noc­nej nad­cho­dzą nowi mani­fe­stanci. W 2010 roku M. twier­dzi, że to mło­dzi funk­cjo­na­riu­sze z Depar­ta­mentu I MSW prze­brani za robot­ni­ków. Twier­dzi, że tego dowie­dział się dopiero póź­niej, kiedy już wró­cił na Oko­pową.

- Depar­ta­mentu pierw­szego? Wywiad? - pytam zasko­czony.

- Mieli spro­wo­ko­wać stocz­niow­ców. Cho­dziło o wymianę wła­dzy - mówi z naci­skiem.

Szcze­góły, szcze­góły! Jeśli mam uwie­rzyć w to, co mówi, musi podać wię­cej szcze­gó­łów. Ina­czej na­dal będę z powąt­pie­wa­niem krę­cił głową, co go dener­wuje. Ale nie jestem tu po to, aby słu­chać bajek byłego esbeka.

- Kto dosta­wał pana mel­dunki?

- Tylko Kujawa [naczel­nik Wydziału III], nad nim Leśniew­ski Daniel [nie znaj­duję takiego funk­cjo­na­riu­sza], a potem Pożoga [Wła­dy­sław, pierw­szy zastępca komen­danta woje­wódz­kiego MO do spraw SB w Gdań­sku].

Czyli wysoko, a Pożoga na pewno miał kon­takt z MSW w War­sza­wie.

- Kto był w komi­te­cie straj­ko­wym? - pytam jesz­cze, żeby spraw­dzić jego wie­dzę o tym strajku.

- Gór­ski Leszek, Wałęsa i jakiś ofi­cer. Naj­mą­drzej­szy był ten Gór­ski, inży­nier - mówi.

Tro­chę mało, nie wymie­nił Nowic­kiego, Subdy, Kazi­mie­rza Szo­ło­cha, ale trzeba przy­znać, że te składy zmie­niały się jak w kalej­do­sko­pie. Jed­nak to, że M. mówi o Gór­skim jako "Leszku", w dużym stop­niu uwia­ry­gad­nia jego rela­cję. Gór­ski w rze­czy­wi­sto­ści ma na imię Jerzy, ale uży­wał dru­giego imie­nia Lesław, więc kole­dzy mogli do niego mówić Leszek. I takie imię pew­nie sły­szy taj­niak idący wraz ze stocz­niow­cami w tłu­mie. A na mar­gi­ne­sie: TW "Bolek" w póź­niej­szych dono­sach też będzie uży­wał imie­nia Lesław na opi­sa­nie Gór­skiego, nato­miast SB, roz­pra­co­wu­jąc go, założy mu teczkę na "Jerzy Lesław Gór­ski".

Teza o tym, że część wła­dzy wyko­rzy­stała (a nawet spro­wo­ko­wała) robot­ni­cze pro­te­sty, powta­rza się czę­sto. Same pod­wyżki i bru­talne zacho­wa­nie mili­cji były wystar­cza­ją­cymi powo­dami wybu­chu. A funk­cjo­na­riusz M. opo­wiada tylko o kuchni, o tym, jak to zostało pod­krę­cone.

Tym­cza­sem koń­czy się pierw­szy dzień strajku. Nie koń­czy się jed­nak dzień pracy esbeka. Na uli­cach trwają walki, musi tam być, obser­wo­wać. Zwija go patrol mili­cji i wraz z innymi zatrzy­ma­nymi odsta­wia na komendę. Dopiero tu może się ujaw­nić, wró­cić do swo­ich, spo­tkać z naczel­ni­kiem Kujawą i zło­żyć raport z całego dnia.

Dzień drugi. Godzina siódma, okno po raz pierwszy

Wto­rek, 15 grud­nia, znowu 6.00. Stocz­niowcy przy­cho­dzą do pracy, ale już pra­wie nikt nie prze­biera się w robo­cze ubra­nia. A jeśli się prze­bierają, to głów­nie dla­tego, żeby pod­czas spo­dzie­wa­nych walk nie znisz­czyć swo­ich. Pamię­tają o kaskach, co bar­dziej krewcy biorą w ręce rurki, łomy, a w kie­sze­nie śruby. Podob­nie dzieje się w dzie­siąt­kach zakła­dów Trój­mia­sta: Stoczni Pół­noc­nej, Uni­mo­rze, Elmo­rze, Zrem­bie, Stoczni im. Komuny Pary­skiej w Gdyni.

Od samego rana część stocz­niow­ców zbiera się przed budyn­kiem dyrek­cji. Jed­nak wię­cej jest tych, któ­rych nie inte­re­sują roz­mowy z dyrek­cją, wybie­rają się wprost do komi­tetu par­tii i komendy miej­skiej MO. Z okien dyrek­cji do tłumu prze­ma­wia wielu stocz­niow­ców, a wśród nich jest także Wałęsa. Pamię­tają go mię­dzy innymi Hen­ryk Jagiel­ski oraz Bogu­sław Gołąb. Prze­ma­wia­jący nie są człon­kami komi­tetu straj­ko­wego, raczej jest tak, że każdy chętny mówi, co chce.

W 2020 roku pytam Lecha Wałęsę, jak pamięta ten dzień. Być może nawet klu­czowy dla całego swego przy­szłego życia.

- Tamta akcja, co zamel­do­wa­łem się do dyrek­tora w sie­dem­dzie­sią­tym roku, to było tak: tłum się zebrał i śpie­wał, jak to straj­ku­jący tłum. W pew­nym momen­cie dyrek­tor otwo­rzył okno na pierw­szym czy dru­gim pię­trze i mówi: "O co wam cho­dzi? Niech ktoś przyj­dzie i powie mi, o co cho­dzi. Nie ma chęt­nych. Wszy­scy stchó­rzyli albo..." - szuka słowa. Jego opo­wieść jest jak zawsze barwna, pla­styczna, ale też bar­dzo ogól­ni­kowa. Wresz­cie wyciąga rękę w górę, jakby się zgła­szał na lek­cji do odpo­wie­dzi, i kon­ty­nu­uje:

- No to ja! Zasu­wam i mówię mu, o co cho­dzi. Zgło­si­łem dwa postu­laty: uwol­nić więź­niów i cof­nąć ceny. On odpo­wiada: "To są rze­czy poza moimi moż­li­wo­ściami". Więc ja czy on (już nie pamię­tam) odpo­wiada do ludzi: "Te postu­laty, które są zgło­szone, są poza moż­li­wo­ściami dyrek­tora". Więc tłum się wściekł i idziemy! Zakręca za bramą i idzie na mia­sto.

- Kiedy pan mówi "uwol­nić więź­niów", ma pan zapewne na myśli: uwol­nić kole­gów stocz­niow­ców zatrzy­ma­nych dzień wcze­śniej? - dopy­tuję.

- Tak jest! Bo dzień wcze­śniej zamknięto paru ludzi129 - mówi mi w 2020 roku Wałęsa.

Józef Szy­ler z W-4 też stoi w tłu­mie pod oknami dyrek­cji. Słu­cha prze­ma­wia­ją­cych z okna. Po latach mówi mi:

- Gdy przy­szli­śmy we wto­rek do pracy, oka­zało się, że nie ma komi­tetu straj­ko­wego z ponie­działku. Zostali w nocy aresz­to­wani przez bez­piekę. Dyrek­cja stoczni nie chciała inter­we­nio­wać w tej spra­wie. Wałęsa rzu­cił hasło, by iść i ich odbić.

- Wałęsa rzu­cił taką pro­po­zy­cję? - dzi­wię się.

- Tak, z okna dyrek­cji. Wałęsa był i dwóch innych gości. Potem się zro­biło pię­ciu czy sze­ściu. Ludzie jesz­cze zaśpie­wali Mię­dzy­na­ro­dówkę, a póź­niej poszli. Było to około dzie­wią­tej.

W rze­czy­wi­sto­ści wyszli znacz­nie wcze­śniej, około 7.00, ale dla mnie więk­szym zasko­cze­niem jest wia­do­mość, że Wałęsa według Szyl­lera rów­nież nawo­ły­wał do pój­ścia do komendy miej­skiej MO, gdzie prze­trzy­my­wano aresz­to­wa­nych. Do tego robił to z okna. Nikt wię­cej jed­nak mi tego nie potwier­dza.

A więc jest 7.00. Część stocz­niow­ców stoi przed budyn­kiem dyrek­cji, a część wycho­dzi na mia­sto. Naj­krót­szą drogą, przez bramę numer dwa. Przed budyn­kiem dyrek­cji zostaje może tysiąc, może 2 tysiące stocz­niow­ców. Nato­miast na mia­sto wycho­dzą 4 tysiące, masa chłopa, a wia­domo, że dołą­czą do nich i inne zakłady oraz mło­dzież szkolna. Po wczo­raj­szych wal­kach dziś będzie z pew­no­ścią jesz­cze bar­dziej bojowo.

Gdzie w tym cza­sie jest Wałęsa, w któ­rym tłu­mie? Pytam go o to. Mówi, że w momen­cie wyj­ścia stocz­niow­ców z zakładu jest jesz­cze u dyrek­tora. Ale wła­śnie pośpiesz­nie wycho­dzi.

Lech Wałęsa opo­wiada:

- Kiedy wycho­dzi­li­śmy, dyrek­tor mówił: "Zrób­cie wszystko, bo doj­dzie do tra­ge­dii. Jak pójdą na mia­sto".

- To był dyrek­tor...?

- Żaczek. Dyrek­tor Żaczek. I tak zasu­ge­ro­wał: "Jak wam się uda, to my zapła­cimy". Ja jakoś nie mogę tego jego zda­nia przy­po­mnieć sobie dokład­nie. Ale to była taka suge­stia: zała­twimy z wami, jak zatrzy­ma­cie to.

- Ale to była suge­stia w takim sen­sie, że da pod­wyżki stocz­niow­com czy że odwdzię­czy się kon­kret­nie panu? - pró­buję uści­ślić.

- Nie pamię­tam, ale coś takiego.

- Dyrek­tor Żaczek?

Kiwa głową. Pró­buję jesz­cze dopy­tać, kto z nim był w tam­tej chwili u dyrek­tora Żaczka. Kręci głową, nie pamięta. A może był sam, z wła­snej ini­cja­tywy?

Nie­pa­mięć, ludzka rzecz. Ale raczej nie jest tam sam. Wczo­raj go jesz­cze nie było w pracy, dziś jest dopiero 7.00 i sam nego­cjuje z dyrek­to­rem? W dyrek­cji musi być ktoś jesz­cze, choćby z ponie­dział­ko­wego komi­tetu.

Stocz­nio­wiec Marian Zie­liń­ski w czerwcu 1981 roku rela­cjo­no­wał, że tego ranka w budynku dyrek­cji było "około dwu­na­stu, czter­na­stu osób" z Rady Dele­ga­tów, która zastą­piła radę wybraną dzień wcze­śniej, zło­żoną głów­nie ze stocz­niow­ców człon­ków par­tii. Pamięta, że więk­szość nowych dele­ga­tów mówiła przez okno, a wszy­scy razem byli u dyrek­tora. Nie podaje jed­nak żad­nych nazwisk130. Ale dyrek­tor też nie jest sam. W róż­nych rela­cjach wspo­mi­nani są jego zastępcy oraz sekre­tarz zakła­dowy PZPR, z pew­no­ścią wśród przed­sta­wi­cieli stoczni prze­wi­ja­ją­cych się przez gabi­net dyrek­tora są też funk­cjo­na­riu­sze SB, a kon­kret­nie ci, któ­rzy na co dzień "opie­kują się" stocz­nią. Poja­wia się istotne pyta­nie. Czyja była oferta mówiąca o odwdzię­cze­niu się za zatrzy­ma­nie tłumu? I jak niby Wałęsa miałby to zro­bić?

Dzień drugi. Godzina ósma, komenda po raz pierwszy, okno po raz drugi

Tym­cza­sem stocz­niowcy już wycho­dzą na mia­sto. Hen­ryk Jagiel­ski pytany, kogo pamięta z czoła pochodu, odpo­wiada:

- Wydaje mi się, że wszy­scy byli aktywni i wszy­scy zasłu­gują na wyróż­nie­nie. Indy­wi­du­al­nie to można powie­dzieć, że był Mar­kow­ski "Bonanza", który opa­no­wał czołg i ruszył nim na ZOMO, Wacek Cie­ślak, który zabrał łom ze sobą, Jasiu Jasiń­ski. Pod stocz­nią roz­pra­wi­li­śmy się z grupką zomow­ców i poszli­śmy dalej. Ludzie przy­cho­dzili już z całego Gdań­ska, zakłady pracy były nie­czynne.

Pięć­dzie­siąt lat póź­niej, w lutym 2020 roku, sie­dzę w gabi­ne­cie Lecha Wałęsy i słu­cham jego wspo­mnień z tego mar­szu na mia­sto. Lech Wałęsa oży­wia się, widać, że wciąga się w tę opo­wieść, jakby to było wczo­raj:

- No i teraz tak: tłum już ruszył, a ja szybko ich doga­niam. Na wyso­ko­ści drogi na PKS i Zie­le­niaka [który był wtedy] budo­wany131. Tam dogo­ni­łem tłum i wycho­dzę naprzód, pięć metrów do dzie­się­ciu, ręka do góry. - Lech Wałęsa znów wyciąga rękę jak pry­mus w kla­sie rwący się do odpo­wie­dzi i po chwili kon­ty­nu­uje: - Wołam do mili­cjan­tów przed nami: "Wyco­fać się, wyco­fać!". I oni wyco­fują się, nie ata­kują nas! A tym z tyłu [stocz­niow­com] mówię: "Nie rzu­cać! Idziemy po więź­niów"132.

Widzę Wałęsę zna­nego z 1980 roku, kiedy tłumy śle­dzą każdy jego gest i słowo. Ale to, co mówi o 15 grud­nia 1970 roku, nie do końca jest prawdą. Ani nie mógł jed­nym gestem wyco­fać mili­cji, ani powstrzy­mać przed walką stocz­niow­ców. Mani­fe­sta­cja idzie w stronę Dworca Głów­nego, gdzie docho­dzi do pierw­szych starć z mili­cją oraz ele­wami - słu­cha­czami słup­skiej szkoły mili­cyj­nej. Nie­do­szli mili­cjanci wyco­fują się i roz­pra­szają. Część z nich tra­fia do szpi­tala. Leka­rze, oprócz zła­mań i potłu­czeń, stwier­dzają u nich coś jesz­cze: i mili­cjanci, i mło­dzi adepci zdra­dzają objawy zaży­wa­nia (być może przy­mu­so­wego) nie­zna­nych środ­ków psy­cho­tro­po­wych. Tej dia­gnozy nie wpi­sują w kar­to­teki, ale zeznają dzie­sięć lat póź­niej przez soli­dar­no­ściową komi­sją133. Stocz­niowcy, po pierw­szej uda­nej potyczce, idą w stronę Komi­tetu Woje­wódz­kiego PZPR i tu tłum jest już na tyle duży, że może się roz­dzie­lić. Jedna część zostaje pod komi­te­tem, aby roz­li­czyć się z par­tią, a druga idzie do komendy miej­skiej MO na Świer­czew­skiego, aby uwol­nić aresz­to­wa­nych kole­gów. Jedno miej­sce od dru­giego dzieli zale­d­wie trzy­sta metrów, pomię­dzy nimi jest tylko wia­dukt nad torami zwany Huci­sko. Widzą się nawza­jem, mogą sobie nawet w razie potrzeby pomóc. Stocz­niowcy, któ­rzy zostali pod komi­te­tem, chwy­tają kil­ku­na­stu mili­cjan­tów i pod eskortą wysy­łają ich jako jeń­ców do stoczni.

Joanna Woj­cie­cho­wicz jest młodą absol­wentką archi­tek­tury. Pra­cuje w miej­skim wydziale archi­tek­tury miesz­czą­cym się w tym samym budynku co Pre­zy­dium Miej­skiej Rady Naro­do­wej. Aku­rat naprze­ciw Huci­ska, z oknami na ulicę Świer­czew­skiego, tam gdzie komenda miej­ska MO. Kie­row­nic­two każe urzęd­ni­kom odejść od okien, ale Woj­cie­cho­wicz stoi i patrzy jak urze­czona.

- Do końca życia będę pamię­tała: jesz­cze było ciemno, pusto, a ten tłum szedł przez Huci­sko. Krzy­czeli: "Chcemy chleba!", ale to był taki pomruk. Byli jesz­cze daleko od tego Huci­ska, ale to się już czuło, to takie było nie­sa­mo­wite, fan­ta­styczne - mówi mi i sły­szę, że ten rok 1970 wywarł na niej nawet więk­sze wra­że­nie niż 1980, kiedy sama już była dzia­łaczką opo­zy­cji.

Tym­cza­sem Lech Wałęsa tak opi­suje mi swoją drogę pod komendę MO:

- Wołam do mili­cjan­tów przed nami: "Wyco­fać się, wyco­fać!". I oni wyco­fują się, nie ata­kują nas! A tym z tyłu [stocz­niow­com]: "Nie rzu­cać! Idziemy po więź­niów". I takim spo­so­bem, tych wypy­cha­jąc, a tam­tych zatrzy­mu­jąc, dys­ku­tu­jąc, udało mi się wejść, nie zauwa­ży­łem jak, na komendę na Świer­czew­skiego. Jak jestem na Świer­czew­skiego, to myślę, cho­lera! Ale ja mia­łem wtedy dobry kom­pu­ter! Szybko myślę i mówię: "Pano­wie, kto tu rzą­dzi?! Do dowódcy!". Więc zapro­wa­dzili mnie na trze­cie pię­tro. No i jeden z tych sze­fów mówi: "O co wam cho­dzi, do cho­lery, prze­cież jeste­śmy dro­gówką! Po co do nas przycho­dzicie?!"134.

Jak Lech Wałęsa dostał się na komendę - to pyta­nie zadaje sobie wielu ludzi już od lat. Cha­rak­te­ry­styczne jest, że to, co powie­dział mi w 2020 roku, jest pra­wie dokładną kalką jego wypo­wie­dzi powta­rzaną od lat osiem­dzie­sią­tych do dzi­siaj. Zawsze pra­wie te same słowa. I zawsze po nich zostaje to samo pyta­nie. Jeśli pro­wa­dził agre­sywny tłum, to JAK sam wszedł do komendy, tym bar­dziej że zro­bił to w spo­sób: "nie zauwa­ży­łem jak"?

W 1984 roku pisał o tym tak: "Bie­gnę. Dogo­ni­łem tę grupę mili­cjan­tów. Mówię do nich, żeby się wyco­fali. Prze­cież pod Stocz­nią przed chwilą było mniej wię­cej tylu mili­cjan­tów i dostali od nas. Po co mają dostać i oni. (...) Oni słu­chają, jak gadam. Nie zauwa­ży­łem, jak wsze­dłem do komendy mili­cji na Świer­czew­skiego. Pomy­śla­łem sobie - skoro tu jestem, to dowiem się, kto tu dowo­dzi. Odpo­wie­dziano mi, że na trze­cim pię­trze jest gabi­net dowo­dze­nia"135.

Chwi­leczkę, chwi­leczkę! - jak to mawia nasz boha­ter. Tutaj znowu musimy spraw­dzić, co mówią inni uczest­nicy. Ci, któ­rzy doszli już pod komendę, pró­bują dostać się do budynku. Komenda jest zamknięta na cztery spu­sty, drzwi od środka zamknięte, w kory­ta­rzu naprze­ciw drzwi pozy­cje zaj­mują funk­cjo­na­riu­sze w kaskach i z ostrą amu­ni­cją. Naprze­ciw budynku są jakieś wykopy. Stocz­niowcy zbie­rają z ulicy płyty, gruz, bruk, z kie­szeni wycią­gają śruby. Walą tym po oknach komendy. Zaczyna się regu­larne oblę­że­nie. A Lech Wałęsa jest w środku twier­dzy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

L. Wałęsa Droga nadziei, Kra­ków 1990, s. 14. [wróć]

R. Boyes, Nagi pre­zy­dent. Życie poli­tyczne Lecha Wałęsy, 1995, s. 13. [wróć]

Tamże. [wróć]

L. Wałęsa, Droga nadziei, dz. cyt., s. 13. [wróć]

Według por­talu Geni.com jej nazwi­sko panień­skie to nie Dobrzy­niecka (jak podano na s. 15 w Dro­dze nadziei, a za nią w innych publi­ka­cjach), ale Dobrze­niecka, jak podają por­tale gene­alo­giczne przed­sta­wia­jące mię­dzy innymi drzewa gene­alo­giczne dzieci Zofii uro­dzo­nych w USA: Zofia Dobrze­niecka, ur. 19 listo­pada 1873 roku, córka Józefa przy­by­łego z Win­nicy na dzi­siej­szej Ukra­inie, por. https://www.geni.com/people/Zofia-Łaciń­ska/6000000031976743946 [dostęp: 13.03.2020]. [wróć]

Według por­talu Geni.com nie Andrzej Nowak, ale Andrzej Nowa­kow­ski, por. https://www.geni.com/people/Andrzej-Nowa­kow­ski/6000000040439141986 [dostęp: 13.03.2020]. [wróć]

L. Wałęsa, dz. cyt., s. 15. [wróć]

Tamże, s. 18. [wróć]

R. Boyes, dz. cyt., s. 16. [wróć]

Tamże. [wróć]

L. Wałęsa, dz. cyt., s. 18. [wróć]

Tamże. [wróć]

Tamże, s. 19. [wróć]

Tamże. [wróć]

Tamże, s. 21. [wróć]

Wywiad autora z L. Wałęsą, 27.01.2020. [wróć]

L. Wałęsa, Droga nadziei, dz. cyt., s. 22. [wróć]

R. Boyes, dz. cyt., s. 21. [wróć]

L. Wałęsa, Droga nadziei, dz. cyt., s. 19. [wróć]

UNRRA (Uni­ted Nations Relief and Reha­bi­li­ta­tion Admi­ni­stra­tion), pro­gram pomo­cowy dla państw Europy po II woj­nie świa­to­wej, finan­so­wany głów­nie przez USA. [wróć]

L. Wałęsa, Droga nadziei, dz. cyt., s. 22. [wróć]

Tamże. [wróć]

Wywiad autora z Jadwigą (Jagodą). [wróć]

L. Wałęsa, Droga nadziei, dz. cyt., s. 24. [wróć]

Tamże. [wróć]

Tamże. [wróć]

E. Szcze­siak, Dookoła życio­rysu, w: Lech Wałęsa, wstę­pem opa­trzył B. Gere­mek Gdańsk 1990, s. 22. [wróć]

J. Sur­dy­kow­ski, Notatki gdań­skie, Szcze­cin 1991, s. 60. [wróć]

E. Ber­be­ry­usz, Pierw­sze wej­ście, War­szawa 1984, s. 43. [wróć]

P. Zyzak, Lech Wałęsa. Idea i histo­ria, War­szawa 2017, s. 46. [wróć]

Lech Wałęsa, Wiki­pe­dia.pl, https://pl.wiki­pe­dia.org/wiki/Lech_Wałęsa [dostęp: 14.03.2020]. [wróć]

NK.pl, https://nk.pl/szkola/6920/klasy [dostęp: 14.03.2020] [por­tal obec­nie nie­ak­tywny]. [wróć]

Fun­da­tor - bio­gra­fia, https://ilw.org.pl/pl/fun­da­tor/bio­gra­fia [dostęp: 14.03.2020]. [wróć]

Lech Wałęsa, Ency­sol.pl, https://ency­sol.pl/es/ency­klo­pe­dia/bio­gramy/19308,Walesa-Lech.html [dostęp: 14.03.2020]. [wróć]

J. Sur­dy­kow­ski, dz. cyt., s. 60. [wróć]

L. Wałęsa, Droga nadziei, dz. cyt., s. 25. [wróć]

R. Boyes, dz. cyt., s. 29. [wróć]

L. Wałęsa, Droga nadziei, dz. cyt., s. 25. [wróć]

J. Sur­dy­kow­ski, dz. cyt., s. 60. [wróć]

Tamże, s. 61. [wróć]

L. Wałęsa, Droga nadziei, dz. cyt., s. 26. [wróć]

Pro­fil szkoły na Naszej Kla­sie, https://nk.pl/szkola/6920/klasy [dostęp 14.03.2020]. [wróć]

Klasa elek­tryczna 1958-1961 na Naszej Kla­sie, https://nk.pl/szkola/6920/klasa/129/forum/1 [dostęp: 14.03.2020]. [wróć]

Wywiad autora z L. Wałęsą, luty 2020. [wróć]

Strona inter­ne­towa MOW, http://www.mow.wloc­la­wek.pl/index.php/histo­ria#ima­geno=0 [dostęp: 14.03.2020]. [wróć]

J. Sur­dy­kow­ski, dz. cyt., s. 60. [wróć]

P. Zyzak, dz. cyt., s. 59. [wróć]

Strona inter­ne­towa Zespołu Szkół Tech­nicz­nych w Lip­nie, http://zstlipno.opx.pl/ [dostęp: 14.03.2020]. [wróć]

L. Wałęsa, Droga nadziei, dz. cyt., s. 26. [wróć]

Tamże. [wróć]

SEP - Sto­wa­rzy­sze­nie Elek­try­ków Pol­skich, prze­pro­wa­dza­jące egza­miny zawo­dowe i nada­jące upraw­nie­nia. [wróć]

O. Fal­laci, Wywiad z wła­dzą, War­szawa 2012, s. 433-434. [wróć]

L. Wałęsa, Moja III RP, War­szawa 2007, s. 118. [wróć]

L. Wałęsa, Droga do wol­no­ści, War­szawa 1991, s. 284. [wróć]

L. Wałęsa, Droga nadziei, dz. cyt., s. 26. [wróć]

J. Sur­dy­kow­ski, dz. cyt., s. 62. [wróć]

P. Zyzak, dz. cyt., s. 68. [wróć]

Wywiad autora z H. Paro­lem, 2020. [wróć]

L. Wałęsa, Droga nadziei, dz. cyt., s. 26. [wróć]

W. Jaru­zel­ski, Stan wojenny. Dla­czego, War­szawa 1992, s. 59. [wróć]

L. Wałęsa, Droga nadziei, dz. cyt., s. 26. [wróć]

Tamże. [wróć]

J. Sur­dy­kow­ski, dz. cyt., s. 61. [wróć]

L. Wałęsa, Droga nadziei, dz. cyt., s. 27. [wróć]

Tamże. [wróć]

Tamże, s. 28. [wróć]

Wywiad autora z H. Pod­gór­ską, 2020. [wróć]

L. Wałęsa, Droga nadziei, dz. cyt., s. 27-28. [wróć]

Tamże, s. 28. [wróć]

Wywiad autora z L. Wałęsą, 27.01.2020. [wróć]

L. Wałęsa, Droga nadziei, dz. cyt., s. 37. [wróć]

Roz­mowa autora z J. Sur­dy­kow­skim, Kra­ków, luty 2020. [wróć]

L. Wałęsa, Droga nadziei, dz. cyt., s. 41. [wróć]

Tamże, s. 42. [wróć]

R. Boyes, dz. cyt., s. 29. [wróć]

L. Wałęsa, Droga nadziei, dz. cyt., s. 44-45. [wróć]

E. Szcze­siak, dz. cyt., s. 27. [wróć]

P. Zyzak, dz. cyt., s. 80. [wróć]

Nie­pu­bli­ko­wany wywiad autora z H. Jagiel­skim, 26.01.2020. [wróć]

L. Wałęsa, Droga nadziei, dz. cyt., s. 49. [wróć]

E. Szcze­siak, dz. cyt., s. 27. [wróć]

Wywiad autora z L. Wałęsą, luty 2020. [wróć]

Tamże. [wróć]

Wywiad autora z W. Suswa­łem, 2010. [wróć]

L. Wałęsa, Droga nadziei, dz. cyt., s. 46. [wróć]

D. Wałęsa, Marze­nia i tajem­nice, Kra­ków 2011, s. 134. [wróć]

L. Wałęsa, Droga nadziei, dz. cyt., s. 46. [wróć]

Tamże, s. 47. [wróć]

Tamże. [wróć]

D. Wałęsa, dz. cyt., s. 38. [wróć]

Tamże, s. 33. [wróć]

Tamże, s. 38. [wróć]

Tamże, s. 39. [wróć]

L. Wałęsa, Droga nadziei, dz. cyt., wypo­wiedź Danuty, s. 47. [wróć]

Tamże, s. 47. [wróć]

R. Boyes, dz. cyt., s. 44. [wróć]

D. Wałęsa, dz. cyt., s. 41. [wróć]

Tamże, s. 50. [wróć]

Tamże, s. 51. [wróć]

Tamże, s. 53. [wróć]

Tamże, s. 61. [wróć]

Tamże, s. 62. [wróć]

D. Wałęsa, dz. cyt., s. 63. [wróć]

J. Kacz­mar­ski, M/S Maria Konop­nicka, cytaty za Kacz­mar­ski.art.pl https://www.kacz­mar­ski.art.pl/twor­czosc/wier­sze/ms-maria-konop­nicka/ [dostęp: 21.03.2020]. [wróć]

L. Wałęsa, Droga nadziei, dz. cyt., s. 49. [wróć]

G. Surdy, K. Bro­żek, Z Soli­dar­no­ścią do końca, Kra­ków 2020, s. 6. [wróć]

BU IPN Gd 003/14, t. 4, k. 3. [wróć]

L. Wałęsa, Droga nadziei, dz. cyt., s. 56. [wróć]

D. Wałęsa, dz. cyt., s. 64. [wróć]

Nie­pu­bli­ko­wany wywiad autora z Hen­ry­kiem Jagiel­skim, 26.01.2020. [wróć]

Zarzą­dze­nie I zastępcy Komen­danta Woje­wódz­kiego MO w Gdań­sku ds. Służby Bez­pie­czeń­stwa płk. mgr. W. Pożogi z 15.02.1971. [wróć]

Pismo inspek­tora Wydz. IV Dep. III MSW kpt. W. Krola z 21.01.1971. [wróć]

Wszyst­kie cytaty z ankiety: Ankieta osoby bada­nej - Lech Wałęsa, k. 125 i następne. W przy­padku Wałęsy zacho­wały się dwie wer­sje takiej ankiety: jedna, praw­do­po­dob­nie pierw­sza, wypeł­niona jest nie­dba­łym pismem, druga - bar­dziej sta­ran­nie wypeł­niona, jakby prze­pi­sana. Obie zawie­rają pra­wie ten sam tekst. [wróć]

Tekst wspo­mnie­niowy J. Dro­go­nia, w zbio­rach autora. [wróć]

J. Dro­goń, Wałęsa, jakiego nie znamy, Chi­cago 1989, s. 19. [wróć]

Za Kalen­da­rium Grud­nia: https://pol­skie­mie­siace.ipn.gov.pl/mie/wszyst­kie-wyda­rze­nia/gru­dzien-1970/112493,Gru­dzien-1970.html [dostęp: 21.03.2020]. [wróć]

Wywiad autora z A. Susz­kiem, 2008. [wróć]

Ory­gi­nal­nie tekst brzmi "Bój to będzie ostatni", ale wła­dza w PRL-u nawet Mię­dzy­na­ro­dówkę ocen­zu­ro­wała i zmie­niła na "Bój to jest nasz ostatni". [wróć]

Muzyka i słowa W. Zie­leń­czyk pseud. "Dziula" (1920-1943), człon­kini Gwar­dii Ludo­wej. [wróć]

B. Szcze­puła, Alina. Miłość w cie­niu poli­tyki, War­szawa 2013. [wróć]

Frag­ment nie­pu­bli­ko­wa­nych wspo­mnień J. Dro­go­nia, uży­czo­nych auto­rowi, s. 2. [wróć]

Notatka służ­bowa W. Mar­czaka z 22.12.1970, IPN Gd 05/53 t. 1. [wróć]

Notatka służ­bowa kpr. R. Tofila. [wróć]

Notatka służ­bowa kpt. A. Rau­cha. [wróć]

B. Seidler, Kto kazał strze­lać. Gru­dzień '70, Gdańsk 2011, s. 56. [wróć]

Notatka służ­bowa A. Wró­bla z 22.12.1970, PN Gd 05/53, t. 1. [wróć]

"Wykaz pra­cow­ni­ków ope­ra­cyj­nych spoza woje­wódz­twa gdań­skiego. Tajne", BU IPN Gd 003/14, t. 48. [wróć]

Na pod­sta­wie wywia­dów P. Pizły i K. Brożka z gdań­skimi esbe­kami, mię­dzy innymi J. Sta­cho­wia­kiem, E. Misz­ta­lem, 2008-2012. [wróć]

Wywiad autora z L. Wałęsą, 26.01.2020. [wróć]

Rela­cja M. Zie­liń­skiego w czerwcu 1981, za: Gru­dzień 1970, Paryż 1986, s. 43. [wróć]

Wysoki biu­ro­wiec o zie­lo­nej bar­wie sto­jący naprze­ciwko stoczni. [wróć]

Wywiad autora z L. Wałęsą, 26.01.2020. [wróć]

Gru­dzień 1970, dz. cyt., s. 43 i n. [wróć]

Wywiad autora z L. Wałęsą, 26.01.2020. [wróć]

L. Wałęsa, Droga nadziei, dz. cyt., s. 58. [wróć]