Wstęp
WSTĘP
W powszechnym mniemaniu wojna jest wyłączną domeną mężczyzn, ale
przecież wszelkie konflikty zbrojne zawsze w jakiś sposób dotykają
kobiet. I to nie tylko dlatego, że są one przypadkowymi ofiarami jak
inni cywile, od wieków bowiem przedstawicielki słabej płci traktowano
jako wojenne zdobycze, gwałcono, brano w niewolę, sprzedawano na targach
niewolników. Kobiety były i nadal są pozbawiane godności,
człowieczeństwa i życia. W każdym konflikcie bezpośrednio i pośrednio
stykają się z przemocą, fizyczną i psychiczną, muszą też zmagać się z głęboką traumą, jaką jest śmierć potomstwa. Co gorsza, dawniej, a w społeczeństwach patriarchalnych i głęboko tradycyjnych także i dzisiaj,
strata męża lub synów wiąże się z utratą ekonomicznego wsparcia, a często także społecznej legitymizacji.
Historia zna jednak takie przypadki, kiedy to właśnie na barkach kobiet
spoczywał trud utrzymania rodziny i zapewnienia bezpieczeństwa
najbliższym. Działo się tak często, kiedy mężowie, ojcowie, synowie czy
bracia ruszali na wojnę. Nierzadko bywało, tak jak w przypadku naszych
wilczyc kresowych, kobiet żyjących na Kresach Rzeczypospolitej Obojga
Narodów, że same musiały bronić swoich domów i potomstwa, skutecznie
dając odpór atakującym Tatarom. A nie był to łatwy przeciwnik.
Znane też są przypadki, kiedy przedstawicielki płci pięknej chwytały za
broń i walczyły na równi z mężczyznami. Wystarczy tu wspomnieć o Joannie
d'Arc, Katarzynie Sforzy czy Polkach walczących w naszych powstaniach
narodowych. Długo jednak obecność przedstawicielek płci pięknej w wojsku
uważana była za wyjątek potwierdzający regułę, że wojna to męska zabawa,
a rolą niewiast jest rodzenie i wychowanie kolejnych pokoleń przyszłych
wojowników. A przecież w tak zdominowanej przez mężczyzn dziedzinie,
jaką jest rzemiosło wojenne, nie potrafiono sobie poradzić bez kobiet.
Już w starożytnej Kartaginie na wieść o nadciągających pod mury miasta
Rzymianach mieszkanki masowo ścinały włosy, które tamtejsi mężczyźni
wykorzystywali do wyrobu cięciw w łukach. W późniejszych wiekach kobiety
świadczyły wojsku rozmaite usługi: prały, zaopatrywały w żywność, z czasem zmonopolizowały handel wyrobami tytoniowymi i alkoholem. Owe
przedsiębiorcze niewiasty dostarczały żołnierzom także rozmaitych
przedmiotów codziennego użytku, jak chociażby grzebieni przydatnych do
pozbywania się wszy, częstych towarzyszek żołnierskiej niedoli.
Wiwandierki, sunące za wojskiem w wypełnionych najróżniejszymi rzeczami
wozach, a także markietanki stały się z czasem nieodzowną częścią
wojska, podobnie jak pielęgniarki czy kobiety opiekujące się rannymi i chorymi żołnierzami w wojskowych lazaretach. Jedna z nich, Florence
Nightingale, w czasie wojny krymskiej wręcz zrewolucjonizowała sposób
opieki nad rannymi, znacząco poprawiając jakość leczenia brytyjskich
żołnierzy w szpitalach polowych. Zmniejszyła się tym samym liczba
umierających, podniósł się współczynnik pacjentów wracających do pełnego
zdrowia, a co za tym idzie - na pole walki. A przecież na wojnie nie
tylko się walczy, ale także pierze bieliznę, gotuje strawę, czyści
kotły, i właśnie te zadania często wypełniały kobiety.
W czasie pierwszej wojny światowej wiele Polek w męskim przebraniu
wstępowało do Legionów, chcąc, wzorem Emilii Plater czy Henryki
Pustowójtówny, walczyć o wolność ojczyzny. Dziś znamy trzydzieści takich
przypadków, jednak możliwe, że było ich więcej, ale ukryte w męskim
przebraniu nigdy nie zostały zdemaskowane.
Druga wojna światowa niejako wyemancypowała kobiety, dowodząc ich
przydatności na polu walki, był to też pierwszy konflikt w dziejach
świata, w którym brały udział w takiej liczbie. Przedstawicielki płci
pięknej latały samolotami, były snajperkami, kurierkami, wysadzały
mosty, walczyły z bronią w ręku razem z mężczyznami. Jak obliczono, służbę mundurową w ówczesnych siłach
zbrojnych pełniło pięćset tysięcy Brytyjek, dwieście tysięcy obywatelek
Stanów Zjednoczonych i aż milion kobiet w ZSRR. Polki też mają powody do
dumy: stanowiły dziesięć procent, czyli kilkadziesiąt tysięcy członków,
Armii Krajowej. Walczyły w powstaniu warszawskim, były łączniczkami,
sanitariuszkami, a często, tak jak słynna Krystyna Skarbek, wcielały się
w rolę szpiega. I to z niemałym sukcesem.
O ile jednak o Polkach walczących o wolność swojej ojczyzny w czasach
drugiej wojny światowej, a wcześniej w powstaniach
narodowowyzwoleńczych, napisano wiele, o tyle ich udział w wojnie
polsko-bolszewickiej wciąż jest w naszej historiografii traktowany po
macoszemu. W Leksykonie wojny polsko-rosyjskiej, wydanym w 2014 roku,
jest wprawdzie hasło "Ochotnicza Legia Kobiet", ale nie ma nawet
wzmianki o wielu bohaterskich kobietach walczących z bolszewikami,
odważnie broniących Płocka, Włocławka czy Łomży. Próżno też szukać
biogramu Marceliny Rościszewskiej, która za swoją bohaterską postawę
otrzymała z rąk Naczelnika Państwa Krzyż Walecznych, a nazwisko
Aleksandry Piłsudskiej pojawia się wyłącznie w haśle poświęconym
Józefowi Piłsudskiemu, kiedy jest wymieniona jako druga żona Marszałka...
A przecież kobiety miały spory udział w odparciu bolszewików.
Ranny żołnierz polski i syrena na tle panoramy Warszawy, rysunek Bronisława Wiśniewskiego, 1920 r.
Wojna polsko-bolszewicka, w przeciwieństwie do pierwszej czy drugiej
wojny światowej, nie zmieniła oblicza Europy. Na szczęście, bolszewicy
pod wodzą Lenina szykowali bowiem naszemu kontynentowi straszny los, a odrodzona po latach niewoli w 1918 roku Rzeczpospolita miała być jedynie
przystankiem w drodze do wprowadzenia "zdobyczy rewolucji" w zachodniej
Europie, a potem na całym świecie. Jak przekonywał Trocki: "po trupie
białej Polski wiedzie droga do wszechświatowej rewolucji". Cały Zachód,
może poza Francją, spisał Polskę na straty, a zanim jeszcze doszło do
bitwy warszawskiej, powszechnie sądzono, że przekroczenie zachodniej
granicy naszego kraju przez wojska sowieckie jest kwestią kilku dni. Na
wieść o tym, że armia bolszewicka zbliża się do Warszawy, czym prędzej
ewakuowano niemal wszystkie ambasady i placówki dyplomatyczne.
Zaprzestano też dostaw broni dla naszego wojska, a na dodatek dokerzy i kolejarze, omamieni hasłami komunistów, przekonani, że bolszewicka
Rosja, niosąca lepsze jutro robotnikom na całym świecie, została
zaatakowana przez Polskę, strajkowali, skutecznie blokując wszelkie
transporty broni i sprzętu dla polskiej armii. Na szczęście Polakom
udało się odeprzeć nieprzyjaciela i bolszewicy musieli zapomnieć o "wszechświatowej rewolucji".
Jak się okazuje, w owym sukcesie udział miały także polskie kobiety,
bohaterki drugiego planu, wspierające swoich mężów, zmagające się z wojenną codziennością i wreszcie te, które odważyły się chwycić za broń,
by ochronić swoje domy przed bolszewicką zarazą. I nic dziwnego, wszak
ich matki i babki, kiedy tylko nadarzyła się okazja, też walczyły o niepodległość Polski. Nie bez przyczyny już w XIX stuleciu car Mikołaj I po klęsce powstania listopadowego w liście do Paskiewicza przyznał, że
lęka się polskich kobiet, ponieważ "ten szatański naród zawsze działał
przez nie". Wtórował mu ponad trzydzieści lat później rosyjski
dziennikarz i poeta Nikołaj Berg, wyrażając pogląd, że "kobieta polska
jest wiecznym, nieubłaganym i nieuleczalnym spiskowcem". Niniejsza
książka poświęcona jest zatem odważnym i zdeterminowanym Polkom, cichym
bohaterkom wojny 1920 roku.
1. Dla dobra ojczyzny
1
Dla dobra ojczyzny
Kobiety ratują armię
Pierwsza faza rozpoczętej w styczniu 1919 roku wojny Rzeczypospolitej z sowiecką Rosją była ciągiem sukcesów armii polskiej. W trakcie kampanii
1919 roku Polakom udało się zdobyć Lidę, Nowogródek oraz Wilno, a w styczniu 1920 roku siły dowodzone przez Edwarda Rydza-Śmigłego zdobyły
Dyneburg, by oddać go Łotwie. 7 maja polskie wojska triumfalnie
wkroczyły do Lwowa, o czym w euforycznym tonie pisała polska prasa,
porównując Naczelnego Wodza do najświetniejszych dowódców wojskowych w historii. "Sejm cały przez usta moje wita cię, wodzu naczelny,
wracającego ze szlaku Bolesława Chrobrego - mówił ówczesny marszałek
Sejmu Wojciech Trąmpczyński w swoim przemówieniu na powitanie
wracającego do Warszawy Piłsudskiego. - Od czasów Kircholmu i Chocimia
naród polski takich triumfów oręża swego nie przeżywał. (...) Historia
nie widziała jeszcze kraju, który by w tak trudnych warunkach jak nasz
tworzył swą państwowość. W takiej to chwili zwycięski twój pochód na
Kijów dał narodowi poczucie własnej siły, wzmocnił wiarę we własną
przyszłość, wzmógł jego dzielność duchową, a przede wszystkim stworzył
podstawę do pomyślnego i stałego pokoju, którego wszyscy tak bardzo
pragniemy"1.
Ale nawet kiedy wojenna propaganda rozpływała się w zachwytach nad
sukcesami polskiego oręża, nie zapominano o potrzebach armii, będącej
wciąż na etapie formowania, namawiano społeczeństwo do ofiarności na
rzecz wojska.
Plakat promujący Pożyczkę Odrodzenia Polski, 1920 r.
Trzeba przyznać, że pod względem wyposażenia i uzbrojenia nasze siły
zbrojne prezentowały się wręcz fatalnie. Pochodząca gównie z demobilu
broń miała niskie parametry techniczno-bojowe, do tego dochodziły braki
w umundurowaniu, obuwiu czy bieliźnie. Sytuacja była tak zła, że
niektórzy żołnierze szli na wojnę... boso. Władze tworzącego się od
podstaw państwa polskiego z konieczności musiały więc liczyć na
ofiarność społeczeństwa. Oficjalna propaganda często apelowała o pomoc
do polskich kobiet, wzywając chociażby do podpisania tak zwanej Pożyczki
Odrodzenia Polski, uchwalonej przez Sejm 27 lutego 1920 roku. Naprawdę
były to dwie pożyczki: jedna, długoterminowa, potocznie zwana
"Milionówką", której oprocentowanie wynosiło pięć procent, i druga,
krótkoterminowa, zwana "Premiówką", oprocentowana na cztery procent.
Obie stanowiły wydajne źródło pokrycia nie tylko różnego rodzaju
wydatków związanych z prowadzoną wojną, ale także luk budżetowych.
Szeroko zakrojona akcja propagandowa głosiła, że przystąpienie do
Pożyczki Odrodzenia Polski stanowi patriotyczny obowiązek wszystkich
Polaków. Do jej rozpropagowania wykorzystano nawet zdobycie Kijowa w 1920 roku. "Kijów wzięty! Żołnierz polski stanął nad brzegiem Dniestru!
Rozbił stutysięczne armie wroga i olbrzymią zdobycz osiągnął. To uczynił
żołnierz polski, A tyś co uczynił dla tego żołnierza? Jak mu pomagasz
zwyciężać? Czy podpisałeś już POŻYCZKĘ ODRODZENIA POLSKI?"2. Na
łamach "Dziennika Bydgoskiego" można było przeczytać apel: "Nie podawaj
ręki Polakowi lub Polce, którzy nie stoją dziś na posterunku i nie
czynią wszystkiego dla Armii Ochotniczej, dla obrony kraju, dla
Czerwonego Krzyża i dla Pożyczki Odrodzenia. Bo to nie Polak, bo to nie
Polka!!!"3.
Z początkiem roku 1920 zachęcona propagandową agitacją część Polek
podjęła dość osobliwą inicjatywę namawiania rodaczek do oszczędności,
polegających na... rezygnacji z zakupów zagranicznych ubrań, szytych
według najnowszej mody i sprowadzanych za niemałe pieniądze z Paryża.
Jak informował poczytny wówczas "Ilustrowany Kurier Codzienny", w pierwszych dniach stycznia 1920 roku w Warszawie odbyło się zebranie
kobiet polskich, na którym stawiły się licznie "delegatki stowarzyszeń
kobiecych, panie z arystokracji, artystki teatrów itd."4. Niepokój
owych nastawionych patriotycznie dam wzbudziła skłonność rodaczek do
wydawania fortuny na zagraniczne stroje sprowadzane znad Sekwany,
zwłaszcza że owe luksusowe ubrania okazały się, ich zdaniem, godne
potępienia jako "kosztowne, bezmyślne, nieestetyczne, a ubliżające w swych formach kobiecości. I tak jedna z artystek opowiadała, że pewnej
pani przywieziono kostium z Paryża, w który nie mogła się ubrać, gdyż
byłaby zupełnie nieubrana. W innym wypadku dama na balu zwróciła się do
dansera z zapytaniem o jej nowy kostium, na co ten z zakłopotaniem
odparł, że przede wszystkim wcale nie może go znaleźć"5. Wobec
oburzającego faktu, że ówczesne Polki wydały na stroje przywiezione z Francji około pół miliona marek, które można byłoby wydać na zbożny cel,
chociażby na potrzeby wojska, zebrane w Warszawie kobiety "potępiły
stanowczo dzisiejszą modę, obrażającą godność kobiety, nieestetyczną i niehigieniczną, a przy tym postanowiły nie tolerować mody obcej w Polsce
i stosować bezwzględny bojkot towarzyski do pań wymigujących się spod
ich uchwały"6.
Niestety, popularny "Ilustrowany Kurier Codzienny" nie informował
czytelników o dalszym przebiegu owej bulwersującej sprawy, aczkolwiek
nie wydaje się, żeby ówczesne modnisie wzięły sobie do serca to
potępienie. Zresztą w kolejnych numerach pisma można było znaleźć ryciny
przedstawiające niegrzeszące skromnością najmodniejsze paryskie kreacje.
Można jedynie podejrzewać, że wojna i ograniczenia z nią związane
wymusiły ubrania bardziej stonowane, tańsze oraz nieobrażające "godności
kobiety", co było istotne dla różnej maści obrońców moralności.
Znacznie większy odzew niż rezygnacja z modowych fanaberii znalazła
wśród Polek akcja szycia bielizny dla żołnierzy na froncie, w czym
specjalizowały się rozmaite kobiece organizacje charytatywne, skupione
wokół Kościoła katolickiego, oraz często powoływane wówczas do życia
Koła Kobiet. Członkinie Katolickiego Związku Kobiet Polskich zwróciły
się nawet w tej sprawie do arcybiskupa warszawskiego Aleksandra
Kakowskiego, pisząc, że wobec poważnego braku bielizny wśród żołnierzy
walczących o Polskę, postanowiły "w swej szwalni przystąpić do szycia
bielizny dla wojska z ofiarowanego na ten cel płótna. Warszawa, która
dawała niejednokrotnie bieliznę dla Lwowa i Wilna, dla wojska i do
szpitali miejscowych, przy obecnych cenach płótna nie będzie mogła ubrać
Żołnierza bez pomocy wsi, gdzie domowy przemysł tkacki swobodnie może
zapobiec brakowi. Odwołujemy się przeto do Najczcigodniejszych naszych
Pasterzy, a w szczególności do Waszej Ekscelencji, z gorącą i pokorną
prośbą, żeby zechciał łaskawie zarządzić powszechną zbiórkę płótna po
wsiach i miastach Swej diecezji na rzecz Żołnierza
polskiego"7.
Jednak polskie kobiety nie czekały z założonymi rękoma, aż ktoś zbierze
za nie potrzebne materiały. W wielu miastach członkinie Kół Kobiet same
kwestowały na tę rzecz i organizowały akcje szycia bielizny oraz zbiórkę
ciepłej odzieży, jak również innych potrzebnych artykułów niedostępnych
na froncie. Zarząd Czerwonego Krzyża działającego na terenie Kościana
apelował: "Odzywamy się do serc litościwych naszych Rodaczek i Rodaków,
aby zechcieli zaopatrzyć braci Ojczyznę broniących w bieliznę wszelkiego
rodzaju. W tych dniach panie z Czerwonego Krzyża zbierać będą ofiary w następujących miejscowościach: Kiełczewo, Kokorzyn, Pelikan, Kurzagóra,
Gurostwo, Ponin, Krzan, Czarków. Składnica nasza próżna, zatem prosimy o datki żywnościowe lub pieniężne"8.
Cegiełka zbiórki obywatelskiej na rzecz żołnierzy zorganizowanej przez Koło Polek, 1920 r.
Z reguły wszystkie akcje prowadzone przez kobiety zrzeszone w rozmaitych
organizacjach były uwieńczone sukcesem. Autor artykułu Dla żołnierza,
zamieszczonego na łamach "Dziennika Białostockiego" 21 listopada 1919
roku, informował: "Koło Polek z zebranych ofiar zakupiło i wysłało:
ciepłych skarpetek 871 par, rękawiczek - 500 par, koszul - 60, kalesonów
- 60, boszłyków - 19, jeden ofiarowany przez p. Ruszczewską, 2 koszałki
przez p. Malinowską, 2 kożuszki przez p. Łaszczewską. Papierosów - 1500
sztuk, gazety i listy. Oprócz tego za mk 1203,80, złożonych przez
pułkownika Szymanowskiego, Koło zakupiło i wysłało 40 ciepłych koszulek.
Za pośrednictwem Koła Polek z tym samym transportem Stowarzyszenie
Rolniczo-Handlowe wysłało 33 ciepłe koszule, 40 ciepłych kalesonów na
sumę ok. mk 3010"9. Autor tej krótkiej informacji dodawał
jednocześnie, że każdy obdarowany żołnierz "zrozumie i odczuje, że wtedy
gdy, stojąc na mrozie, własnymi piersiami broni nas od wroga - tam w głębi kraju o niego dbają, o nim myślą, chcą mu ulżyć i pomóc całą duszą
- chcą więcej może niż słabe siły i środki na to pozwalają"10.
Zdaniem korespondenta wojennego Adama Grzymały-Siedleckiego, jak kraj
długi i szeroki Polki "mobilizowały się w stowarzyszenia świadczeń
wojennych, w szpitalach, kantynach, w komitetach służby narodowej. Jak
za dawnych lat widziałeś po domach rodziny zajęte skubaniem szarpi,
przygotowywaniem opatrunków, szyciem bielizny dla żołnierza. Zaroiło się
od jałmużniczek, zbierających żywność, papierosy, gazety dla
frontu"11.
Kobiety zrzeszone w rozmaitych organizacjach zakładały także żołnierskie
gospody, a więc miejsca, w których jadący na front bądź przebywający na
przepustce żołnierze mogli tanio, a często bezpłatnie, najeść się, wypić
ciepłą herbatę, a nawet kulturalnie spędzić czas na lekturze książek czy
gazet lub zagrać w jakąś grę planszową. Takie gospody funkcjonowały nie
tylko w Warszawie czy w innych większych miastach, ale także w mniejszych miejscowościach, jak chociażby w Rypinie, gdzie taka placówka
była prowadzona przez miejscowe członkinie założonego na czas trwania
konfliktu wojennego Koła Pracowniczek Wojennych, w którego skład weszły
ziemianki z okolicy, między innymi Ksawera Chełmicka z Kowalk i Antonina
Gniazdowska z Radzik Małych. Poza pracami w gospodzie członkinie tej
organizacji zajmowały się także szyciem bielizny i zaopatrywaniem
żołnierzy w rzeczy codziennego użytku. Miały nawet "własne" formacje,
które otoczyły szczególną opieką: 201, 202 i 206 pułki piechoty.
Podczas wojny polsko-bolszewickiej istniały trzy rodzaje placówek
zaopatrzeniowych: gospody prowadzone przy oddziałach, gospody w garnizonach oraz tak zwane gospody bądź kantyny ruchome funkcjonujące
przy związkach taktycznych, często organizowane w pociągach. W placówkach takich walczący żołnierze mogli zaopatrywać się w artykuły
pierwszej potrzeby oraz rozmaite drobiazgi. Co istotne, owe ruchome
kantyny dojeżdżały nawet na pierwsze linie frontu.
Tam także prowadziły je kobiety. Jedną z nich była
trzydziestosiedmioletnia wówczas Jadwiga Sienkiewiczówna, córka
nieżyjącego już wtedy autora Trylogii. Ojciec byłby zapewne z niej
dumny, wszak całe życie ubolewał, że jako jedyny z męskich członków
rodziny nigdy nie włożył munduru ani nie uczestniczył w żadnym zrywie
niepodległościowym. Wprawdzie chciał walczyć w powstaniu styczniowym,
ale nie przyjęto go do oddziału ze względu na niski wzrost i dziecinny
wygląd siedemnastoletniego wówczas Sienkiewicza. A upokorzenia tego
pisarz nie zapomniał do końca życia. Tymczasem jego córka w drugiej
połowie sierpnia 1920 roku, a więc już po odparciu najeźdźcy pod
Warszawą, zaciągnęła się do wojska, by wspierać polskich żołnierzy w walce z bolszewikami. "Ona i jej koleżanki nosiły dumny tytuł
"inspektorek oświatowych", ale z oświatą miało to niewiele wspólnego -
pisała po latach jej jedyna córka, Maria Korniłowiczówna. - Prowadziły
po prostu lekki tabor i kantyny żołnierskie na pierwszej linii frontu,
który w związku z polską ofensywą posuwał się "za Niemen, za Niemen, za
Niemen, hen precz""12.
Jadwiga Sienkiewiczówna, córka pisarza Henryka Sienkiewicza, jako instruktorka oświatowa w wojsku, 1920 r.
Trzeba także przyznać, że w obliczu wojny, kierując się wyższym dobrem,
władze podejmowały nie zawsze przemyślane akcje. I wówczas kobiety
zachowywały zdrowy rozsądek, starając się, jak mówi porzekadło, nie
wylewać dziecka z kąpielą. Tak było, kiedy z powodu poważnej sytuacji na
froncie lokalne władze wielu polskich miast wydały zakaz występów
zespołów muzycznych w restauracjach, kawiarniach i innych lokalach
gastronomicznych, co nie okazało się dobrym posunięciem. Grający w nich
muzycy zostali bowiem z dnia na dzień pozbawieni środków do życia.
Dostrzegli to nie tylko działacze Związku Muzyków Polskich, ale także
znani publicyści, protestując przeciwko temu zakazowi. Na łamach prasy
zwracano uwagę, że wskutek owego zarządzenia w samym Krakowie aż trzystu
członków zespołów grających "do kotleta" straciło pracę. "Zapytać się
godzi, czy nie lepiej było nie pozbawiać pracy i chleba ludzi, z których
niewielu może iść na front, natomiast zarządzić opłatę wstępu na koncert
w kawiarni czy restauracyj, np. 1 lub 2 marki od osoby za wstęp do
lokalu"13 - zauważał przytomnie dziennikarz "IKC", podając też za
wzór inicjatywę Koła Polek z pewnej "miejscowości klimatycznej". Otóż za
sprawą członkiń tego koła we wszystkich lokalach nadal odbywały się
koncerty, ale od gości pobierana była opłata. Reporter zauważał, że
akcja zakończyła się powodzeniem, gdyż "zdołano zebrać z dwóch lokali,
gdzie grywają orkiestry, w ciągu dni 14 - 24 939 Mk, który to dochód
przekazano na cele obrony kraju"14.
Kiedy rozpoczął się odwrót wojsk polskich, za którymi podążały hordy
bolszewików, zmieniła się wymowa artykułów w gazetach. Entuzjastyczny
ton i zachwyty nad sukcesami militarnymi polskiego żołnierza ustąpiły
miejsca przerażeniu, a w prasie coraz częściej pojawiały się artykuły
mówiące o budzącym grozę bestialstwie bolszewików. Budionny zapowiada
marsz na Warszawę i obiecuje ścinać głowy "polskim panom" - głosił
tytuł artykułu w "IKC", w któ-rym przytoczono fragmenty rozkazu
Budionnego, wydanego tuż po zajęciu Kijowa 10 maja 1920 roku. "Rycerze
czerwoni! - woła Budionny - wielki to zaszczyt dla naszej armii:
przyjąwszy bezczelne wyzwanie panka polskiego - ciężką strudzoną dłonią
proletariusza zdjąć przy pomocy szabli jego głowę szlachecką! [...] Orły
czerwone, przelecieliście tysiąc wiorst po to, by skrzyżować wasze
szable proletariackie z szablami polskiej szlachty. Zwyciężycie, bo
niejednokrotnie zwyciężaliście obszarników i kapitalistów. I królewski
sztandar z drapieżnym polskim orłem dwugłowym (!!) będzie zerwany z pałaców warszawskich waszą dłonią spracowaną, tak jak zerwany został
carski sztandar z dwugłowym orłem Romanowych i nad wolną Polską Sowiecką
będzie powiewał czerwony sztandar rewolucji zwycięskiej"15.
W ówczesnej prasie nie brak także opisów profanacji, jakich dopuszczali
się bolszewicy w kościołach i w miejscach kultu religijnego, a było to
szczególnie nagłaśniane przez polską propagandę, także ze względu na
polskie chłopstwo, bardzo przywiązane do religii i Kościoła. Bo zdarzało
się niestety, że chłopi witali bolszewików z otwartymi ramionami, nie
tylko mając nadzieję na lepszą przyszłość pod ich rządami, ale także
widząc w nich swoistych sędziów mogących rozstrzygnąć jakieś zadawnione
konflikty i spory. Tak było chociażby w Kulinie, niewielkiej wiosce w okolicy Szpetala Górnego, gdzie "wielu oczekiwało i witało bolszewików
jako sędziów w swoich zatargach. - Czekaj! Przyjdą bolszewniki (sic), to
będziesz wisiał! - odgrażały się baby włodarzowi-służbiście w Kulinie.
Włodarz uciekł, zostawiwszy dwie krowy. Baby zemściły się jednak na nim,
oskarżywszy go przed bolszewikami i wskazawszy im krowy"16. Z kolei w Sokołowie koło Dobrzynia nad Drwęcą, w majątku Bolesława
Płoskiego "służba do spółki z bolszewikami rabowała dwór, a potem całe
noce kobiety i dziewczyny wyprawiały orgie z kozakami w okradzionych i zniszczonych doszczętnie salonach!"17.
Bardzo szybko przekonano się jednak, czym pachnie obiecywana przez
najeźdźców wolność. "Na naszych wiecach w Rypinie zakazywano nam
wstępować do wojska, tłumacząc, że to jest wojna panów i księży, i że
bolszewiki jeno samych panów i księży mordują, a chłopom dają ziemię;
tymczasem uciekinierzy we Włocławku gadali całkiem co innego, że oni
podobno tak samo jak bogatym tak i biednym wyłupują oczy i wyrywają
języki..."18 - twierdził jeden z chłopów, mieszkaniec ziemi
dobrzyńskiej, który omal nie został omamiony komunistyczną ideologią.
Bolszewicy zresztą dawali się we znaki nie tylko "panom", czyli
ziemianom, przemysłowcom i burżuazji, ale także chłopstwu i Żydom,
zwłaszcza wykazującym się pobożnością. Dlatego polskie wojsko
wkraczające do wiosek i miasteczek było witane z radością. "Wszędzie w wioskach przyjmowano nas jak zbawców, wynoszono mleko, jedzenie i co kto
miał oraz witano ze łzami w oczach - wspominał uczestnik wojny Bogdan
Chełmicki, który jako ochotnik służył w pułku kawalerii. - Pamiętam, gdy
wpadłem do jakiejś wioski pod Mławą, kobiety wiejskie całowały mi,
siedzącemu na koniu - buty. Takie wrażenie wywarł na wsi najazd
bolszewicki"19.
Trzeba przyznać, iż starano się także studzić nastroje i nie wywoływać
paniki, przekonując, że wcześniej czy później żołnierz polski poradzi
sobie z armią złowrogich, barbarzyńskich dzikusów dowodzonych przez
jakiegoś typa spod ciemnej gwiazdy, jak przedstawiano Tuchaczewskiego.
Poczytny "IKC" zamieścił nawet portret młodego, bo wówczas
dwudziestosiedmioletniego, generała Michaiła Tuchaczewskiego dowodzącego
wojskiem bolszewickim. Chociaż podpis głosił, że jest to fotografia
radzieckiego wodza, w gazecie widnieje jego rysunkowy portret.
Zamieszczona też dość osobliwa "notka biograficzna" informuje, że
naczelny wódz wrogiej armii jest człowiekiem zupełnie bezwartościowym:
"Towarzysz generał Tuchaczewski ma minę skończonego
kryminalisty-uciekiniera z Wiśnicza, a choć z tym więzieniem nie miał
nic wspólnego, nieobce mu zapewne kazamaty carskiej Rosji i to nie za
przestępstwa polityczne, o czym wymownie świadczy fizjonomia tego
"wodza""20. Ten lekceważący podpis miał jeden cel - przekonać
Polaków, że nie ma powodów, by drżeć ze strachu przed armią, na której
czele stoi człowiek o fizjonomii pospolitego przestępcy.
Jednak wraz z postępem sowieckich wojsk i związanym z tym zagrożeniem
dla naszego państwa zorganizowano zbiórkę wszelkiej broni, w którą
czynnie zaangażowały się również Polki, odpowiadając między innymi na
apel "Ilustrowanego Kuriera Codziennego": "Polska wydaje na broń
olbrzymie sumy pieniędzy. A tymczasem w domach obywateli rdzewieją
niepotrzebne szable i karabiny, psują się rewolwery, którymi można by
wyekwipować liczne hufce"21. Na odzew nie trzeba było długo
czekać. Dzięki ofiarności Polek i Polaków już w lipcu 1920 roku
redakcyjny pokój, który przeznaczono na prowizoryczny magazyn
przynoszonej przez mieszkańców Krakowa i okolic broni, zmienił się w prawdziwą zbrojownię, o czym dziennik z dumą informował czytelników.
Mimo że pomieszczenie zostało zupełnie zawalone bronią, gazeta nadal
apelowała: "Oddaj Ojczyźnie broń, Polaku i Polko, która ją posiadasz...
Ogołoć z niej ściany swego domu, które tak wdzięcznie zdobią skrzyżowane
szable, wyrwij ją z sanktuarium najdroższych i najświętszych pamiątek
rodzinnych po poległych synach, braciach i wnukach, pożegnaj ją ostatnim
spojrzeniem rozłąki i - oddaj ją ojczyźnie"22. Nazwisko
każdego darczyńcy, nawet jeżeli jak Maria Schwarzenberg-Czernowa
przyniósł tylko menażkę i kubek, zwijacz papieru telegraficznego, a nawet srebrny breloczek, w najbliższym numerze gazety zostało
zamieszczone razem z nazwiskami innych ofiarodawców.
Jednak oparte wówczas na zaciągu ochotniczym Wojsko Polskie potrzebowało
nie tylko broni, ale przede wszystkim rekruta, dlatego władze apelowały
do Polek, mających synów w wieku poborowym. "Matki-Polki, czyście
spełniły swój święty obowiązek, czy wysłałyście swoich synów na front?
Czy piętnujecie tchórzostwo i ospalstwo mężczyzn uchylających się od
wojska?"23 - czytamy w jednej z odezw licznie wówczas
publikowanych w prasie całego kraju. Ale odezwy były niepotrzebne -
niemal wszystkie matki były gotowe wysłać swoich synów na front, nawet
jeżeli miałoby to oznaczać ich śmierć. Co więcej, mieszkanki ówczesnej
Bydgoszczy złożyły nawet uroczyste ślubowanie w trakcie specjalnej
uroczystości, zorganizowanej na rynku bydgoskim 12 sierpnia 1920 roku,
na którym, jeżeli wierzyć prasie, zebrało się aż dwanaście tysięcy
kobiet.
"My, Polki, postanawiamy uroczyście nie zaznać ani rozrywki, ani
wypoczynku tak długo, dopóki nasza umiłowana Macierz wspólna, Ojczyzna w niebezpieczeństwie będzie. Wszystkie nasze myśli, dążenia i czyny
zespolić chcemy w jednym jedynym pragnieniu, by ratować zagrożoną
Ojczyznę wszystkimi siłami naszymi, każda z nas w odpowiednim dla siebie
zakresie i tu w kraju, i tam na polu walki.
Mężów naszych, ojców naszych, synów i braci nakłonimy, by stanęli do
obrony kraju, a nawet same gotowe jesteśmy chwycić oręż w dłonie, jeżeli
istotna ostatnia zajdzie potrzeba! Pomne jednak na to, że zadaniem
kobiety jest cicha, ofiarna praca i niesienie pomocy cierpiącym,
podążymy z takową rannym i chorym wojakom naszym. Chcemy opatrywać ich
rany krwawe, czuwać nad nimi w długie, bezsenne noce, słowem krzepiącym
wlewać balsam otuchy w zbolałe ich serca. Chcemy przysposabiać posiłek
dla zgłodniałych żołnierzy i szczęśliwe będziemy i dumne, spełniając dla
nich najcięższe i najniższe posługi.
Chcemy konającym słodzić ich ostatnie chwile i miękką dłonią zamykać im
oczy do snu wiekuistego. - Nasz czas, nasze mienie, nasze zdrowie i życie i najdroższe nam, najdroższe na świecie istoty gotowe jesteśmy
złożyć każdej chwili na ołtarzu Ojczyzny, której służyć chcemy do
ostatniego tchnienia. Postanawiamy to i zaprzysięgamy na zbawienie
własnej duszy. Niech nam tak dopomoże Bóg najświętszy, a niewinna męka
Jego Syna"24.
Przywołany wcześniej Adam Grzymała-Siedlecki w jednym z reportaży pisał
o wielkim wrażeniu i podziwie, jakie wywołała u niego pewna mieszkanka
Lwowa, która na wieść o zagrożeniu miasta przez bolszewików
przyprowadziła do tamtejszego punktu poborowego swoich dwóch synów. Było
to dość zaskakujące, mieli bowiem piętnaście i szesnaście lat. "Tych
dwóch mi tylko już Bóg pozostawił. Niech idą bronić Polski. Ale proszę o to: nie do żadnej służby pomocniczej, lecz na front"25 -
powiedziała oficerom prowadzącym werbunek. Korespondent wojenny
zapewniał, że życzeniu tej dzielnej kobiety stało się zadość.
Plakat adresowany do polskich kobiet w obliczu bolszewickiej ofensywy, lato 1920 r.
Nie wszystkie Polki były matkami synów, których z błogosławieństwem
wysyłały na front. Zawsze mogły jednak zostać wojennymi matkami
chrzestnymi żołnierzy walczących z bolszewikami. Była to osobliwa
funkcja powstała jeszcze w okresie pierwszej wojny światowej. Wojennymi
matkami chrzestnymi były kobiety decydujące się na objęcie duchową
opieką wybranego przez siebie żołnierza, który nie miał własnej rodziny.
Przesyłając mu regularnie paczki z żywnością, ciepłą bielizną, książkami
i papierosami, wkładały do nich listy ze słowami otuchy. Owe matki
chrzestne zajmowały się zazwyczaj młodymi, osieroconymi chłopcami,
niejako zastępując im własne matki. "A z rowów strzeleckich szły w daleki świat do matek chrzestnych pisane skargi, żale, naiwne marzenia o szczęściu i radości pokoju, gorące, nabrzmiałe łzami wyrazy dziękczynne
za serce pamięć i opiekę"26 - pisała dziennikarka "IKC" Helena
Filochowska, informując też o kole skupiającym wojenne matki chrzestne,
funkcjonującym w stolicy odrodzonej Rzeczypospolitej: "I w Warszawie
istnieje już od lat organizacja "Chrzestnych Matek Wojennych". W biurach
na ulicy Marszałkowskiej praca wre. Tłumy oficjalnych "matek
chrzestnych" przeglądają listy walczących żołnierzy pozbawionych rodzin
i wybierają sobie synów. Odchodzą olbrzymie furgony paczek
przeznaczonych dla chrześniaków i listy, te listy, pisane jak gdyby ręką
matki"27. Jednocześnie Filochowska ubolewała, że mieszkanki
Krakowa nie palą się do pełnienia tej zaszczytnej funkcji. "Tylko serca
kobiet krakowskich śpią, jakby nie drżała w nich żadna struna
macierzyńskiej miłości dla tych, którzy murem swych tętniących ofiarną
krwią piersi osłaniają kresy Rzeczypospolitej. Mimo kilkakrotnych wezwań
naszego pisma, nie powstało jeszcze w naszym mieście to wielkie
zrzeszenie matek chrzestnych, które biorą w opiekę dalekich, w obliczu
śmierci mężnie trwających synów"28. Trzeba przyznać, że często
pełnienie tej funkcji dawało pewne ukojenie kobietom, które straciły na
wojnie swoich własnych synów.
Bohaterki mimo woli
Polskie kobiety niejeden raz w historii naszego kraju dały popis
niezwykłej odwagi, nie ustępując męstwem i determinacją mężczyznom, a nawet niejednokrotnie ich przewyższając. Często owe akty męstwa wynikały
niejako z przypadku, nie były zamierzonym działaniem, ale reakcją na
sytuację, w której postawił je konflikt zbrojny i bolszewicki najazd.
Niewątpliwie na podziw zasługuje postawa Hanny Zembrzuskiej,
właścicielki majątku Brzuze koło Rypina. 16 sierpnia 1920 roku,
dowiedziawszy się, że znajdujący się w niedalekim Ugoszczu i należący do
Borzewskich pałac został zdobyty przez czerwonoarmistów, a jego
właściciel, Antoni Borzewski, zginął, broniąc swojego domu przed
nieprzyjacielem, bezzwłocznie pojechała do sąsiedniej wsi, aby zabrać
zwłoki Borzewskiego, które zamierzała godnie pochować. Dojechawszy na
miejsce, odważnie poprosiła pijanych żołnierzy o wydanie ciała, a ci, ku
zaskoczeniu służby folwarcznej obserwującej poczynania kobiety, nie
tylko nie zrobili jej krzywdy, ale bez sprzeciwu, niemal natychmiast
wydali zwłoki swej ofiary. A przecież Borzewski dał się im nieźle we
znaki, odpierając dzień wcześniej ich atak z pałacowej wieży, gdzie "do
próbującego wtargnąć podjazdu bolszewickiego strzelił z okna, trafiając
w dwóch bolszewików. Reszta uciekła, ale wkrótce sprowadziła całą bandę
i przeszło sto ludzi"29.
Właściciel majątku poległ trafiony w głowę kulą bolszewika albo, jak
głosi inna wersja, popełnił samobójstwo, nie chcąc wpaść w ręce
nieprzyjaciela. Trzeba przyznać, że pani Zembrzuska wykazała się niemałą
odwagą, stając oko w oko z pijaną tłuszczą i żądając wydania ciała
sąsiada. A przecież w majątku opanowanym przez bolszewików, dokładnie
opróżniających pałacową piwniczkę, rozgrywały się dantejskie sceny:
żołnierze "zrewidowali piwnice i spiżarnie, zabrali wszystkie trunki i konfitury, kazali potem przynieść kubeł z wodą, wszystkie konfitury,
soki i kompoty wlali do kubła, zamieszali i pili, rozkazawszy służącemu,
aby się raczył razem z nimi. (...) Kazali też sobie nastawić gramofon, a jeden, prawdopodobnie jakaś "dusza artystyczna", kładł ciągle głowę w trąbę od gramofonu i delektował się niesłyszanymi widocznie nigdy
dźwiękami. (...) Przed ich nadejściem chłopi rzucili się do rabunku, meble
tylko ocalały dzięki gorliwości lokaja Józefa, w czym dopomagali mu
kucharz i ogrodowy, ale ubranie, bielizna i różne wartościowe drobiazgi
pokradli, między innymi prześliczne wyroby szylkretowe z Japonii,
których w pośpiechu i zamęcie zabrać zapomniano"30.
Bolszewicy, zwłaszcza pijani, mówiąc oględnie, nie słynęli z szacunku do
kobiet, wręcz przeciwnie: zabijali je bez wahania, młodsze gwałcili,
bywało, że torturowali albo w najlepszym przypadku znęcali się nad nimi
psychicznie, czego doświadczyła na własnej skórze pewna ziemianka, która
z najbliższymi uciekła przed najeźdźcą do Torunia. Opowiedziała o tym
Janinie Gawin-Waśniewskiej, autorce utworu Morituri te salutant, ave
Patria opisującego losy Polaków w dobie bolszewickiego najazdu. "Mnie
brano trzy razy na rozstrzelanie - zwierzała się kobieta. - A potem
zmuszali do mycia podłóg pod konwojem żołnierzy"31.
Najwyraźniej jednak odwaga i determinacja właścicielki majątku Brzuze
wprawiły w podziw czerwonoarmistów, skoro nie tylko wydali jej ciało
zmarłego sąsiada, ale także nakłonili wciąż znajdującą się na terenie
majątku służbę folwarczną, by zapewniła jej ochronę w drodze do domu.
Dzięki temu bezpiecznie dotarła do swego majątku, po czym zorganizowała
pogrzeb i pochowała sąsiada, który spoczął na Kalwarii przy klasztorze w Oborach pod rodzinną kaplicą z drugiej połowy XIX wieku.
Mieszkańcy terenów opanowanych przez bolszewickie wojska doskonale
wiedzieli, jakie zagrożenie niesie Armia Czerwona. Zwłaszcza ziemianie
byli narażeni na poważne niebezpieczeństwa, łącznie z utratą mienia, a przede wszystkim życia. Tym bardziej że zdawano sobie sprawę, iż służba
folwarczna i chłopi mogą ulec nośnym hasłom głoszonym przez
bolszewickich agitatorów, jak również dać posłuch broszurom rodzimych
komunistów zachęcających do krwawej rozprawy z "panami". Tak było
chociażby w majątku Kukowo, gdzie służba zmusiła do ucieczki właściciela
majątku, który ukrył się w lesie, a następnie, "chcąc go wydać
bolszewikom, szukała wraz z nimi po lesie, nawet tropiła psami, i tylko
dzięki panice, jaka powstała wśród bolszewików w Lipnie, poszukiwania te
nie dały wyniku"32.
Nie wszyscy jednak ziemianie decydowali się opuścić rodzinne domy i pozostawić cały dorobek kilku pokoleń na pastwę zdziczałej hordy
najeźdźców. "Zdania były podzielone. Jedni uważali, że należy tkwić na
miejscu, nie opuszczać swych majątków, drudzy, bardziej lękliwi, woleli
się ewakuować w Poznańskie. Ewakuacja urzędów na zachód następowała w ostatniej chwili. Inteligencja, urzędnicy na ogół wyjechali przy
zbliżaniu się bolszewików"33. W najgorszej sytuacji
znajdowały się obarczone dziećmi kobiety, których mężowie zgłosili się
na ochotnika do wojska i walczyli na froncie, to one bowiem musiały
podjąć właściwą decyzję. A nie było to łatwe, gdyż zarówno zostając w domu, jak i wyruszając w drogę, narażały nie tylko siebie, ale i swoich
bliskich na niebezpieczeństwo. A mimo to znajdowały jakąś wewnętrzną
siłę, by sprostać temu zadaniu i zabrać dzieci i krewnych z miejsca
zagrożenia. Tak jak Jadwiga Piwnicka, żona walczącego w Wojsku Polskim
Włodzimierza Piwnickiego, która uciekając z najbliższymi w bezpieczne
miejsce, po raz pierwszy w życiu powoziła samodzielnie czwórką
fornalskich koni.
Odwagą i sprytem wykazała się niewątpliwie pewna kobieta, której
nazwisko nie zachowało się dla potomności, ratując szaty liturgiczne z kościoła parafialnego w Szpetalu Górnym. Dosłownie wyrwała je z rąk
plądrujących świątynię kozaków, przekonując ich, że właśnie te rzeczy są
jej bardzo potrzebne. Mimo to bolszewicy zbezcześcili przykościelny
cmentarz, całkowicie zdemolowali plebanię, porwali na strzępy wszystkie
znalezione tam książki, rozbili skrzynię, w której przechowywano świece.
Na szczęście cenną zabytkową figurę świętego Walentego podarowali
kościelnemu, dzięki czemu po opuszczeniu Szpetala przez nieprzyjaciela
figura wróciła na swoje miejsce.
Wyprawa kijowska, dostępne w internecie: https://dzieje.pl/aktualnosci/wyprawa-kijowska [wróć]
"Orędownik Powiatu Obornickiego" nr 66, 10 czerwca 1920, s. 2. [wróć]
Nie podawaj ręki, "Dziennik Bydgoski" nr 183, 21 sierpnia 1920, s. 1. [wróć]
Walka z modą, "Ilustrowany Kurier Codzienny" nr 29, 29 stycznia 1920, s. 5. [wróć]
Ibidem. [wróć]
Ibidem. [wróć]
A. Jankowiak-Maik, A. Jankowiak, Bitwa warszawska - 5 faktów, o których (prawdopodobnie) nie mieliście pojęcia!, dostępne w internecie: https://ciekawostkihistoryczne.pl/2019/08/15/bitwa-warszawska-5-faktow-o-ktorych-prawdopodobnie-nie-mieliscie-pojecia/ [wróć]
J. Pawicki, Udział mieszkańców ziemi kościańskiej w wojnie polsko-bolszewickiej 1919/20, Kościan 2010, s. 17. [wróć]
Dla żołnierza, "Dziennik Białostocki" nr 189, 21 listopada 1919, s. 4. [wróć]
Ibidem. [wróć]
A. Grzymała-Siedlecki, Cud Wisły. Wspomnienia korespondenta wojennego z 1920 roku, Łomianki 2007, s. 162. [wróć]
A. Kowalska-Lasek, Panna na Oblęgorku i na frankach Nobla, Kielce 2019, s. 186. [wróć]
Czy orkiestry mają zamilknąć?, "Ilustrowany Kurier Codzienny" nr 213, 5 sierpnia 1920, s. 4. [wróć]
Ibidem. [wróć]
Budionny zapowiada marsz na Warszawę i obiecuje ścinać głowy "polskim panom", "Ilustrowany Kurier Codzienny" nr 182, 5 lipca 1920, s. 2. [wróć]
M. Krajewski, Ziemia dobrzyńska w cieniu czerwonej gwiazdy. Rok 1920, Wszechnica Edukacyjna i Wydawnicza Verbum, Rypin 2010, s. 116. [wróć]
J. Gawin-Waśniewska, Morituri te salutant, ave Patria, [w:] Ziemia dobrzyńska w cieniu czerwonej gwiazdy. Rok 1920. Aneks, Rypin 2010, s. 185. [wróć]
Ibidem, s. 146. [wróć]
M. Krajewski, Ziemia dobrzyńska..., op. cit., s. 107. [wróć]
Michaił Tuchaczewski, "Ilustrowany Kurier Codzienny" nr 215, 7 sierpnia 1920. [wróć]
Ojczyzna potrzebuje broni! Rodacy, czy nie złożycie jej w ofierze?, "Ilustrowany Kurier Codzienny" nr 181, 4 lipca 1920, s. 1. [wróć]
Nasza zbrojownia, "Ilustrowany Kurier Codzienny" nr 182, 5 lipca 1920, s. 2. [wróć]
J. Pawicki, Udział mieszkańców ziemi kościańskiej..., op. cit., s. 20. [wróć]
Kobiety poświęcają wszystko dla Ojczyzny, "Ilustrowany Kurier Codzienny" nr 224, 16 sierpnia 1920, s. 4. [wróć]
A. Grzymała-Siedlecki, Cud Wisły..., op. cit., s. 24. [wróć]
Chrzestne matki wojenne, "Ilustrowany Kurier Codzienny" nr 192, 15 lipca 1920, s. 2. [wróć]
Ibidem. [wróć]
Ibidem. [wróć]
Z żałobnej karty. Św. pamięci Antoni Borzewski, "Tygodnik Ilustrowany" nr 38, 1920, s. 735. [wróć]
J. Gawin-Waśniewska, Morituri te salutant..., op. cit., s. 209. [wróć]
Ibidem, s. 174. [wróć]
Mazowsze Północne w XIX-XX wieku. Materiały źródłowe 1795-1956, zebrał i opr. J. Szczepański, Warszawa-Pułtusk 1997, s. 273. [wróć]
M. Krajewski, Ziemia dobrzyńska..., op. cit., s. 80. [wróć]
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki