Prolog
Prolog
To będzie opowieść o bogini, bogu i dziewczynie.
Wszystko, co zostało tu opisane, wydarzyło się dawno, dawno temu, gdy
Szkocja dopiero zaczynała być Szkocją, na zamku zwanym DunBroch.
Bogini Cailleach była bardzo stara. Tak stara, że nazywano ją także
Starą Kobietą Szkocji, choć mało kto oglądał ją pod tą postacią. Jedynie
obdarzeni specjalnym darem Widzący wyczuwali jej obecność w rozszalałej
burzy, huczącym wodospadzie, a nawet topniejącym śniegu zmieniającym się
w kałuże na świeżo zaoranych polach. Cailleach była boginią stworzenia.
To za jej sprawą na drzewach pojawiały się pąki, trawy gęstniały na
wiosnę, cielęta rosły w brzuchach krów, owoce dojrzewały na pnączach.
Cailleach zajmowała się odwiecznym cyklem tworzenia i odnawiania.
Przebiegła była z niej starucha.
Za nic miała zasady, a by dopiąć swego, gotowa była przywdziewać dowolne
maski, uciekać się do wszelkich podstępów i półprawd.
Bóg Feradach był z kolei bardzo młody. Nie w tym sensie, że narodził się
długo po Cailleach, bo na swój sposób istniał od tak dawna jak ona, lecz
w przeciwieństwie do bogini, która w swej widzialnej boskiej postaci
wyglądała zawsze tak samo, Feradach - każdemu, kto go ujrzał - jawił się
jako ktoś inny. Oznaczało to, że zawsze uczył się siebie od nowa - raz
po raz, raz po raz, w pętli osobliwej wiecznej młodości.
Feradach był bogiem zniszczenia. Odpowiadał za odwieczny proces
unicestwiania. Pod jego okiem pożary trawiły krainy, zarazy trzebiły
społeczności, powodzie pochłaniały całe cywilizacje.
Feradach zabierał to, co przestarzałe, a Cailleach siała odnowę.
Wspólnie utrzymywali równowagę.
Lecz niestety, nie zawsze zgadzali się w tym, czego owa równowaga
wymagała. A przynajmniej Cailleach nie zawsze się zgadzała. Młody
Feradach kierował się niewzruszoną sprawiedliwością, bo łatwiej jest
trzymać się jej zasad, gdy oceny nie mąci doświadczenie. Tymczasem
Cailleach była na tyle stara, by mieć swoje zdanie. Uprzedzenia.
Ulubieńców. To oznaczało, że czasem, nawet gdy zniszczenie było w pełni
zasłużone, pragnęła, by to jej strona zwyciężyła.
W takich sytuacjach miała zwyczaj oszukiwać. Od wieków podchodziła
Feradacha swoimi sztuczkami.
W niektórych latach zdarzało jej się uratować przed jego niszczycielską
siłą wojownika, rodzinę lub całą wioskę. W innych traciła wszystkich.
Czasem, gdy jej podstępy się nie sprawdzały, uciekała się do cudów, choć
nie miała ich wiele w zanadrzu. Cailleach była stara, lecz źródło owych
cudów było jeszcze starsze. Pochodziło z najgłębszej części Szkocji,
która zawsze sprzyjała uzdrawianiu i tworzeniu.
Lata naznaczone cudami zdarzały się rzadko.
Ta opowieść dotyczy jednego z nich.
W dniu, w którym historia się rozpoczyna, zamek DunBroch, wznoszący się
nad brzegiem lśniącego jeziora, prezentował się szczególnie wspaniale. W mroźnej zimowej aurze wszystko, co nie było zielone lub czerwone, było
białe lub czarne. Czarna woda i oprószone bielą brzegi. Prowadząca do
zamku czarna droga, porośnięta po obu stronach paprociami osłoniętymi
białymi czapami śniegu. Czarne mury i przykryte białym puchem blanki.
Warstwa sypkiej niczym cukier puder bieli wypełniała wszystkie
zagłębienia na dziedzińcu, nadając mu wygląd lukrowanej bułeczki.
Czerwone owoce rumieniły się na gałązkach ostrokrzewu i wawrzynu,
zawieszonych nad każdym progiem. Stare, zielone chorągwie powiewały
dostojnie na szczytach wysokich wież.
Zamek DunBroch przygotowywał się na bożonarodzeniowe wesele. Tak, w tamtych czasach także świętowano Boże Narodzenie - i wesela - choć żadna
z tych uroczystości nie wyglądała tak jak teraz. To, co w ceremonii
ślubnej dla nas liczy się najbardziej - państwo młodzi, kwieciste
dekoracje i dopasowane do nich sukienki druhen, wieczory panieńskie i kawalerskie, dziewczynki sypiące kolorowe płatki i chłopcy niosący
obrączki - darzono najmniejszym zainteresowaniem. Zaślubiny w DunBroch
polegały na szybkiej wymianie obrączek lub broszek w obecności
duchownego i tyle. Po krzyku. Żadnych pocałunków. Nawet cienia
romantycznych uniesień. Zwykła rzeczowa transakcja. Jednak uczta, która
po niej następowała... to było coś wyjątkowego. Mogła trwać całymi dniami.
Występy mimów, dworskie tańce, pokazy siły i męstwa, zabawy i wygłupy.
No i oczywiście: jedzenie. Jedzenie! Góry jedzenia! W obecnych czasach
takie jego ilości przywodziłyby na myśl wielki festyn, a nie wesele.
Za to obchody Bożego Narodzenia nieco bardziej przypominały to, w jaki
sposób świętuje się ten czas w dzisiejszej Szkocji. Zamiast pieczonego
indyka na stole pojawiał się wprawdzie raczej dzik lub łabędź, o grach,
które w tamtych czasach skupiały rodziny przed kominkiem, dawno już
zapomniano, lecz ozdoby i dekoracje pozostały te same. Wieńce z ostrokrzewu i gałązki bluszczu, strategicznie rozwieszone wiązki jemioły
i wesołe kolędy, dwanaście krótkich zimowych dni pełnych prezentów,
dwanaście długich zimowych nocy pełnych smakołyków i grzanego wina.
Wszystko to tworzyło doskonałą otoczkę dla równie radosnego wydarzenia,
jakie stanowiły zaślubiny.
Bożonarodzeniową panną młodą była Leezie. Głupiutka, kochana, młodziutka
Leezie, która usługiwała na dworze w DunBroch już tak długo, że w zasadzie stała się członkinią rodziny. Uwielbiała wszelkie rytuały i wierzenia, a inspiracje do swoich duchowych poszukiwań czerpała od:
chrześcijan, druidów, Żydów, czarownic, cystersów, wyznawców boga
Cernunnosa, wyznawczyń bogini Morrigan, benedyktynów z opactwa Kelso,
kluniaków... Słowem: od wszystkich! Jeszcze do niedawna z pasją poświęcała
się czczeniu Minerwy, rzymskiej bogini mądrości i rzemiosła, i spędzała
całe tygodnie przy krośnie, układając piosenki o sowach. To był trudny
okres. Na szczęście po jakimś czasie przeniosła zainteresowanie na
astrologię, a potem - na planowanie własnego wesela. Leezie zawsze
pragnęła wyjść za mąż w Boże Narodzenie - idealne połączenie obrzędu i religii - a teraz w końcu udało jej się znaleźć mężczyznę, który mógł
sprawdzić się w tym przedsięwzięciu. Nazywano go Kapustą.
Kapusta, jak wiadomo, nie dostarcza ekscytujących wrażeń, lecz
przynajmniej jest pożywna. Zupełnie jak wybraniec Leezie. Nadawał się.
To jednak nie Leezie będzie bohaterką tej opowieści. Skupi się ona na
innej mieszkance zamku DunBroch.
Zacznijmy od tego, że nazwa ta dotyczy trzech rzeczy. Był więc zamek
DunBroch, czujnie wznoszący się nad porośniętymi lasem wzgórzami. Było królestwo DunBroch ze swoimi rozległymi jeziorami i bystrymi
strumieniami, szachownicą pól na nizinach i wyżynami upstrzonymi
kamiennymi chatkami oraz zgromadzeniem siwych gór i czarnym jęzorem
wzburzonego morza. I był też klan DunBroch, do którego należeli król
Fergus, królowa Elinor, królewna Merida oraz trzej królewicze -
trojaczki Hubert, Harris i Hamish.
Ta opowieść będzie o królewnie Meridzie.
Meridzie daleko było do wyobrażenia wzorowej, wychowanej na królewskim
dworze córki władcy. Bardziej przypominała płonącą zapałkę, choć w tamtych czasach zapałki jeszcze nie istniały. Burza rudych loków, czujne
spojrzenie, bystry rozum, natura stworzona do wszczynania pożarów, nie
do ich gaszenia. Nie miała sobie równych w sztuce łucznictwa. Przez
ponad dekadę, nim na świecie pojawiły się trojaczki z piekła rodem, była
jedynaczką i w samotnym dzieciństwie przyjaciół zastępował jej łuk.
Ćwiczyła strzelanie bez opamiętania, niemal mimowolnie, w każdej chwili,
której jej matka nie zdołała wypełnić lekcjami haftowania, muzyki i czytania. W strzelaniu znajdowała spokój i sposobność do zatrzymania
się, których nie doświadczała nigdzie indziej. Gdy tylko pojawiał się
problem, którego nie mogła rozwiązać, sięgała po łuk. Gdy ogarniało ją
uczucie, którego nie rozumiała, sięgała po łuk. Długim godzinom treningu
zawdzięczała odciski na czubkach palców i sińce na przedramionach. Nocą,
gdy śniła, wciąż celowała między drzewa, bacząc przy tym skrupulatnie na
porywiste górskie wiatry.
Na kilka miesięcy przed weselem Leezie Merida spakowała swój łuk i kołczan i wyruszyła na wyprawę po całym królestwie. Wiosną towarzyszyła
pasterzom prowadzącym trzody na zbocza gór, gdzie czekały na nich
sezonowe schronienia i kamienne chaty. Późnym latem udała się do
Morventon, by w żeńskim klasztorze studiować literaturę i geografię. Z nadejściem jesieni wybrała się na ekspedycję z dawnymi kompanami ojca,
którzy postawili sobie za cel stworzenie mapy całego DunBroch.
Z początkiem zimy powróciła na wesele i odwiesiła łuk. Jakże bezpieczne
i niezmienione wydało jej się DunBroch po długich miesiącach wędrówki.
Nie miała pojęcia, że Feradach już się zbliżał. A wraz z nim straszliwe
fatum.
Lecz wiedziała o tym Cailleach. Ta przebiegła stara bogini.
Wiedziała też, że DunBroch zasługiwało na zniszczenie, które niósł
Feradach. Lecz Cailleach była stara i miała swoje kaprysy. Miała też
interes w tym, by uratować klan DunBroch.
Więc uciekła się do oszustwa.
O tym będzie ta opowieść.
1. Pukanie po trzykroć
1
Pukanie po trzykroć
Merida już od godziny objadała się bułeczkami, gdy
pukanie rozległo się po raz pierwszy.
Bułeczki były niebiańskie. Świeżutkie. Chrupka skórka otaczała bajecznie
miękkie i ciepłe wnętrze. Dziewczyna uporała się już ze wszystkimi
koślawymi egzemplarzami i zabrała się za te idealne. Na topornym
kuchennym stole piętrzyły się ich jeszcze setki - ich liczba znacznie
przewyższała liczbę gości zaproszonych na bożonarodzeniową ucztę.
Pieczywo było przeznaczone na głupi weselny rytuał: Leezie i Kapusta
mieli pocałować się nad murem ułożonym z bułeczek. Jak by na to nie
spojrzeć, Merida robiła im przysługę, zmniejszając ów mur.
Leezie panną młodą!
Merida wciąż nie mogła w to uwierzyć.
Była już północ, kiedy przeżuwając kolejną bułeczkę, w półmroku kuchni
gołą stopą napisała swoje imię w warstwie mąki pokrywającej kamienną
posadzkę. Jak miło było poczuć chłód podłogi pod stopami i ciepło z buzującego pieca na twarzy. Jak miło było delektować się miękkością
bułeczkowego miąższu rozpływającego się pod podniebieniem i kruchością
chrupiącej skórki na języku. Jak miło było dać myślom paplać, jak
mawiała jej matka, i zajmować się bzdurami, takimi jak to, że jej imię
czyta się od tyłu "Adirem", co wcale nie brzmiało najgorzej. Adirem z DunBroch. "Moje lustrzane odbicie", pomyślała. Jej cień. Tak mroczny i zastygły w zadumie, jak ona była jasna i wiecznie w ruchu.
Merida wypisała w mące "DunBroch". Hcorbnud nie miało tego samego uroku.
Właśnie wtedy rozległo się pukanie.
Puk, puk, puk!
Merida przestała przeżuwać.
Zaczęła nasłuchiwać.
Może to któryś z trojaczków? Hubert miał w oku psotny ognik, gdy gasiła
świecę w ich sypialni.
Lecz na zamku panowała cisza, taka jaka panować może tylko na zamku.
Grube kamienne mury zatrzymywały i gasiły większość dźwięków, a wiszące
na ścianach gobeliny tłumiły resztę. Wszyscy poza Meridą śnili o zaślubinach Leezie i bożonarodzeniowej uczcie, która miała po nich
nastąpić. Pukanie było zapewne tylko trzaskiem polana płonącego w kominku.
Merida dokończyła bułeczkę. Z rozmysłem wybrała kolejną, powstrzymując
nieco trojaczkowy odruch wyciągnięcia którejś z podstawy stosu, żeby
popatrzeć, jak reszta rozsypuje się po całej kuchni. Wybrała idealnie
okrągłą, rozerwała ją na pół i przyglądała się gąszczowi zagłębień
kryjącemu się w środku. Przez ostatnie kilka miesięcy jadła wiele
różnych chlebów i bułek, lecz żadne nie mogły się równać z wypiekami
Aileen. Aileen, zamkowa kucharka, była wiecznie naburmuszona, opryskliwa
i nigdy nie dopuszczała nikogo do swojej kuchni, ale w całej Szkocji nie
znalazłby się nikt, kto gotowałby lepiej. Elinor, matka Meridy, wkładała
wiele wysiłku w wynajdowanie dla niej najnowszych przepisów, które
czasem pochodziły aż z odległej Francji, a za każdym razem, gdy nowa
kulinarna inspiracja przybywała wraz z pocztowym gołębiem, Aileen
barykadowała się w kuchni na całe dni, próbując i eksperymentując w pocie czoła, nim pozwoliła komukolwiek z królewskiej rodziny skosztować
swego dzieła. No, prawie komukolwiek.
Nie pierwszy raz Merida zakradła się do kuchni, aby spróbować efektów
pracy Aileen.
Jedząc bułeczkę, myślała o swoim wielkim powrocie, od którego minęło
dopiero kilka godzin. Były uściski i łzy, cały ten kram. W DunBroch
ceniono gawędy i legendy, a ona uraczyła wszystkich donośną "Balladą o roku Meridy", przeskakując ze stołu na stół w Wielkiej Sali i omijając
po drodze świąteczne dekoracje. Trojaczki, ojciec i Leezie wtórowali jej
radosnymi okrzykami, a matka udawała, że to wszystko jest jej bardzo nie
w smak.
Ach, nie ma to jak w domu! Jak miło było znów zatopić się w przytulnej
wygodzie zamku DunBroch: wśród kominków, od których bije ciepło, i lasu
jasnych świec, przekąsek nienapoczętych przez robactwo i dyskretnych
wychodków, niezamieszkanych przez pchły pledów i luksusów własnej
sypialni. Przyjemnie było odkryć, że nie zmieniły się też drobiazgi:
ziołowe aromaty w kuchni, harmider wywoływany przez trojaczki szalejące
po korytarzach, głębokie jak grzmoty chrząknięcia ojca siedzącego w fotelu przed kominkiem. Rytuał całowania matki w policzek na dobranoc,
gdy ta spisywała wydarzenia dnia w swoim pamiętniku.
Puk, puk, puk!
Znowu pukanie?
Brzmiało zdecydowanie tak, jakby ktoś stukał do drzwi. Trzy ciche
uderzenia, dokładnie takie jak te, które usłyszała wcześniej.
- Hubert, słyszę cię - syknęła szeptem.
Ale to raczej nie był Hubert. Czy dźwięk dochodził od strony drzwi?
Bramę zamku ryglowano na noc, więc nikt nie mógłby dostać się na
dziedziniec, a poza tym najbliższą osadą była malutka wioska z krytymi
strzechą kamiennymi chatami, oddalona o jakieś pół godziny piechotą, gdy
dróg nie pokrywała gruba warstwa śniegu i lodu, która zalegała na nich
akurat w tę Wigilię.
Merida czekała i nasłuchiwała. Cisza.
Sięgnęła po kolejną bułeczkę.
Dziwny niepokój, który jakiś czas temu wyciągnął ją z łóżka, ponownie
się odezwał.
Skąd w ogóle się wziął?
Powinna być w doskonałym nastroju. Kochała swoją rodzinę. Kochała swój
dom. Kochała ich mocniej, niż była w stanie wyrazić słowami. Cudownie
było wrócić i zastać wszystko takim, jakim je opuściła.
Lecz mimo to, nim zeszła do kuchni, leżała rozbudzona w swojej sypialni
na zamkowej wieży, otoczona chłodnym blaskiem księżyca, który przesuwał
się leniwie po gobelinie. Leżała i wściekała się, że jest zbyt ciemno,
by poćwiczyć strzelanie z łuku na polu turniejowym, póki jej umysł i ciało nie odnajdą spokoju. Zamiast tego wierciła się, a jej stopy
wyrywały się, by zabrać ją na kolejną ekscytującą wyprawę.
Dokładnie tak czuła się w nocy tuż przed opuszczeniem zamku kilka
miesięcy wcześniej.
Ale przecież była już na wyprawie. Coś powinno było się zmienić. Ona
powinna była się zmienić.
Wtem pukanie rozległo się po raz trzeci, ponownie wyrywając ją z zamyślenia.
Puk, puk, puk!
Te dźwięki zdecydowanie nie dochodziły z kominka. Rozległy się przy
drzwiach. Nie tych głównych, lecz mniejszych i brzydszych, na tyłach
kuchni, gdzie wozy dostawcze nie niszczyły trawy. Lecz kto mógłby kręcić
się tam w taką noc?
Meridę naszła nagle okropna myśl, że może to któryś z trojaczków jakimś
cudem utknął na dworze na długie godziny i osłabiony mrozem był w stanie
zdobyć się tylko na ciche pukanie. Pognała przez kuchnię, przekręciła
masywny klucz w zamku i z wysiłkiem otworzyła ciężkie drzwi.
Na podwórzu było jaśniej, niż się spodziewała. Olbrzymia tarcza
księżyca, choć schowana za murami zamku, oświetlała śnieg, odbijając się
blaskiem zbliżonym do tego, jaki roztacza światło dzienne. Mroźne
powietrze niosące zapach dymu owionęło Meridę i wpadło do kuchni.
Lśniące jasno gwiazdy migotały tak, że wydawało się, że są mokre.
Na progu nikogo nie było. Nie było też żadnych śladów na śniegu. Lecz
Merida wiedziała, że nie wyobraziła sobie pukania.
Poczuła, jak narasta w niej jakieś drażniące uczucie, dokuczliwe niczym
zadra. Wiedziała, że to o n o od początku kryło się w oparach męczącego
ją niepokoju, choć dopiero teraz stało się na tyle wyraźne, by mogła
rozpoznać jego ostre pazurki. Było jak to mokre i przenikliwe lśnienie
gwiazd, tyle że w jej piersi.
"Magia", szeptało. "Gdzieś tu blisko jest magia".
Czegoś takiego nie doświadczyła już od bardzo dawna.
Właśnie wtedy go zobaczyła.
W granatowym cieniu pod zamkowym murem stała przygarbiona postać. To nie
mógł być człowiek, który odpowiadał za pukanie - na białym śniegu nie
było śladów stóp, które prowadziłyby od niego aż do drzwi. Nieznajomy
zamarł z zsuniętą do połowy rękawiczką, zupełnie bez ruchu, jakby w nadziei, że Merida go nie zauważy.
To nie był gość. To był intruz.
- Hej! - zawołała do niego. - Widzę cię!
Postać nawet nie drgnęła.
Merida żałowała, że dla lepszego efektu nie ma przy sobie łuku, lecz
postanowiła wykorzystać to, co akurat trzymała w ręku - bułeczkę.
Wycelowała jak zwykle idealnie i trafiła intruza prosto w głowę.
- Hej! - powtórzyła. - Mów, kim jesteś!
Nieznajomy odwrócił się w jej stronę. Co malowało się na jego twarzy?
Merida nie mogła się dopatrzyć - spowijał ją gęsty cień.
Sięgnęła po lepszą broń - najbliżej znajdowała się łopata do pieca.
Kilkoma zamaszystymi krokami przemierzyła podwórze.
- Powiedziałam: mów, kim jesteś!
W głosie nieznajomego słychać było wyrzut.
- Nie możesz mi nic zrobić... Au!
Merida uderzyła go w tył kolan. Nie nauczyła się tego podczas szkolenia
bojowego, lecz od swojego brata Huberta, wcielonego diabła. Przez długie
tygodnie chłopiec chował się pod stołem w Wielkiej Sali, szlifując
technikę na Meridzie i innych nierozważnych mieszkańcach zamku, którzy
ważyli się nadto do niego zbliżyć.
Sztuczka zadziałała równie dobrze na tajemniczego nieznajomego, który
upadł na kolana. Jego ukryte w rękawiczkach dłonie zanurzyły się w śniegu aż po nadgarstki. Rzucił Meridzie krótkie, zdumione spojrzenie.
- Nie powstrzymasz mnie - powiedział.
Zupełnie nie takiej odpowiedzi się spodziewała.
- Przed czym miałabym cię powstrzymać?
Lecz nieznajomy bez słowa rzucił się do ucieczki.
Wśród mieszkańców DunBroch Merida miała reputację krnąbrnej raptuski. W jej przekonaniu ta ocena była niesprawiedliwa i zasłużyła sobie na nią
przede wszystkim tym, że była dziewczyną. Jej trzej rudzi braciszkowie,
których złość ogarniała znacznie częściej niż ją, nigdy nie zostali
określeni podobnym epitetem. Ona sama uważała się po prostu za bystrą.
Nie potrzebowała wiele czasu na reakcję. Jasne, często ta reakcja bywała
ostra i zdecydowana, lecz czasem właśnie tego wymagała sytuacja. Na
przykład kręcący się po zmroku intruz potrzebował ni mniej, ni więcej,
tylko zarobić łopatą do pieca i zostać obezwładnionym.
Z tyłu głowy usłyszała cichutki głosik, który brzmiał zupełnie jak jej
matka: "Merido, królewny nie gonią nieznajomych boso po nocy!".
Merida zmrużyła oczy.
I rzuciła się w pogoń.
2. Czarny Kruk
2
Czarny Kruk
Merida szybko uświadomiła sobie, że w tym pościgu
jest coś niezwykłego.
W jednej chwili goniła mężczyznę w pelerynie trzepoczącej na wietrze.
A w kolejnej jelenia.
Lub coś przypominającego jelenia - o podobnym kształcie i bokach
lśniących w srebrzystym blasku gwiazd - co przeskoczyło ponad paprociami
i zagłębiło się w skąpanym w śnieżnej poświacie lesie.
Nie, musiała się pomylić. To z pewnością był lis. Zobaczyła jego ogon
migający szaro na tle czarno-białego krajobrazu.
Wilk z uniesionymi uszami przeskakujący ponad leśnym strumykiem.
Smukły, wyciągnięty w biegu zając, przemykający między drzewami z niewiarygodną zwinnością.
Umięśniony gronostaj, którego zęby błyskały w blasku księżyca.
Puszysty królik zanurzający się w zaroślach niczym obłok mgły.
"Aha", pomyślała. "Czyli to jednak rzeczywiście magia".
Szkocka magia bardzo przypominała szkockie żbiki: była dość rzadka i niezbyt uważny człowiek mógł nie natknąć się na nią przez całe swoje
życie. Większość ludzi myślała o magii (i żbikach) mniej więcej tyle,
ile o śpiewie ptaków lub owocach o zabawnych kształtach - było wiele
innych, dużo ważniejszych rzeczy wymagających ich uwagi. Niektórzy w ogóle nie wierzyli w istnienie magii (i żbików).
Lecz Merida wierzyła. Nie miała wyboru. Kilka lat wcześniej magia
przywołała ją, a ona odpowiedziała, co poskutkowało serią poważnych
kłopotów i bolesnych nauczek. Wszystko skończyło się najlepiej, jak
mogło, lecz królewna na własnej skórze odczuła, że jest bardzo dobry
powód, dla którego świat ludzi i świat magii istnieją osobno. Rządzą się
innymi prawami. Jej matka powiedziała kiedyś, że są dwa rodzaje ludzi
obdarzonych darem Widzenia: ci, którzy interesują się magią, i ci,
którymi to ona się interesuje. Po ostatnim doświadczeniu Merida
zdecydowała, że z pewnością nie zalicza się do pierwszej grupy.
Lecz mimo to znów jakimś cudem pędziła na złamanie karku, goniąc za
magią przez las.
Czy mogła zawrócić?
"Nie zatrzymasz mnie", powiedział.
Musiała się dowiedzieć, co takiego robił ten obcy na zamkowym podwórzu w środku nocy.
W pewnym momencie stało się jasne, że w zwykłym pościgu nigdy go nie
dopadnie, więc postanowiła spróbować złapać go w pułapkę. To było jej
DunBroch. Znała tu wszystkie podmokłe zagłębienia i wszystkie nagłe
wzniesienia. Wiedziała, w którym miejscu porośnięte mchem głazy stawały
się nie do przejścia, i gdzie drzewa zaczynały tworzyć gęstwinę,
uniemożliwiającą sprawne poruszanie się. Znała drogę do zdradliwego
brzegu, miejsca, w którym wartki potok wcinał się w ziemię z taką siłą,
że droga stawała się stroma i niebezpieczna. Nie do przebycia.
Dobra pułapka.
Goniony i goniąca pędzili na łeb na szyję, mknęli zygzakami, zataczali
kręgi. Zmiennokształtnej zdobyczy zdawało się, że umyka. Lecz w rzeczywistości kierowano nią.
Nieznajomy dotarł na polanę, skrajem której płynął potok, i znalazł się
tam w samą porę, bo od mroźnego powietrza Meridę nieznośnie kłuło w płucach, a stopy paliły ją od biegu po nierównym terenie.
Zatrzymała się gwałtownie, przyciskając dłoń do boku, w miejscu gdzie
dokuczała jej kolka. Patrzyła, jak ścigana przez nią istota, która
kształtem przypominała teraz dużego psa, susami przemierza polanę.
Dzikie walenie serca dudniło jej w uszach, zagłuszając wielotonowy
pluskot wody w rwącym nurcie potoku, lecz dziewczyna wątpiła, by
nieznajomy mógł go w ogóle dosłyszeć ponad szumem suchej trawy pod
swoimi stopami.
I rzeczywiście, potok go zaskoczył.
Zaczął się ślizgać, desperacko przebierając nogami, i dopiero po
dłuższej chwili udało mu się zatrzymać. W ostatniej chwili. Tuż nad
krawędzią.
Powoli odwrócił się w jej stronę.
Teraz nie był jeleniem ani lisem, zającem ani królikiem, gronostajem ani
wilkiem. Był dość przystojnym młodym mężczyzną o grzywie jasnych włosów,
które nasunęły Meridzie skojarzenie z dzikim kucykiem. Jego grubą
pelerynę, oprószoną śniegiem, spinała brosza z wygrawerowanym drzewem o widocznych gałęziach i korzeniach. Nie zauważyła, żeby miał przy sobie
jakąś broń.
- Jesteś... jesteś w pułapce - wysapała Merida. Była zbyt zdyszana, by
nadać głosowi odpowiednią powagę, lecz nadrobiła to groźnym machnięciem
łopatą. - Dwie krowy utopiły się w tej rzece na moich oczach, a one nie
miały peleryn, które pociągnęłyby je na dno. A teraz odpowiadaj: kim
jesteś?
Jego wzrok powędrował do jej bosych stóp, które chłód zabarwił jaskrawą
czerwienią, a potem z powrotem do improwizowanej broni.
- Nie jestem czymś, z czym się walczy - odparł. - Skąd myśl, że byłabyś
w stanie cokolwiek mi zrobić?
- Co robiłeś na podwórzu? - Merida zignorowała jego pytanie.
- Skąd wiedziałaś, że tam jestem?
- Zapukałeś!
- Zapukałem? Zapewniam cię, że nie.
- Ktoś pukał!
- To nie ja!
- Dlaczego przede mną uciekałeś?
- Dlaczego mnie goniłaś?
- Bo myślałam, że to ty pukałeś!
- Ja bym nie pukał! Miałaś nie widzieć mojej pracy.
- Jakiej pracy?
Nie odpowiedział.
Rozległ się przeszywający trzask, gdy Merida łupnęła łopatą o zimny
kamień, odłamując jej sztych i obnażając ostro zakończony metalowy
trzonek. Wycelowała nim w nieznajomego. Nie jak mieczem, lecz jak
strzałą bez łuku, naciągniętą i spoczywającą na ramieniu, gotową
wystrzelić prosto w jego oko.
- Żądam, żebyś mi powiedział, czego szukałeś na zamku DunBroch.
Nieznajomy pokręcił głową, jakby chciał strząsnąć z niej pajęczynę.
- Nie, to tylko sztuczka, która ma mnie odciągnąć. - Zdawało się, że nie
mówi do niej. - Obiecałem sobie, że nie dam się nabrać.
Zeskoczył z ostrego brzegu i zanurkował w huczącym w dole potoku.
Tak po prostu, bez cienia wahania. Ani przez chwilę nie był w pułapce.
Zwyczajnie dał się jej zatrzymać. Ale dlaczego? Z ciekawości? A teraz
zniknął.
Może powinna po prostu wrócić do domu? Może nie wydarzy się nic złego.
"Ale kto pukał?", nie dawało jej spokoju.
Nie zrobił tego nieznajomy, jak sam twierdził, a ona nie znała powodu,
dla którego miałby kłamać. Skoro nie on, to kto? Ktoś, kto chciał, żeby
go tam zobaczyła, żeby przyłapała go na... na czym właściwie? "Nie
zatrzymasz mnie", powiedział. Musiała się dowiedzieć. Koniec i kropka.
Skoczyła za nim.
To było oczywiście czyste szaleństwo. Potok, który zawsze dziczał na
zimę, najwyraźniej nabrał apetytu na mosty, a płynące jego rwącym nurtem
drewniane belki wskazywały na to, że pożarł już co najmniej jeden.
Merida to płynęła, to kręciła się bezwładnie. Obijała się o kamienie.
Kawałki drewna obijały się o nią. Woda wyrwała jej z ręki łopatę i poniosła ją ku nowej przygodzie.
- Nie dam ci uciec! - krzyknęła Merida, zachłystując się lodowatą wodą.
Nie miała pojęcia, czy nieznajomy ją słyszał. Możliwe, że zmienił się w rybę. Poczuła, jak jej kolano ociera się o kamień. - Lepiej poddaj się
już teraz i odpowiedz na moje pytania!
Nagle poczuła, że leci.
I spada...
spada...
spada...
W powietrzu uświadomiła sobie, że dotarła do wodospadu. Znała ten
wodospad! Wiele razy widziała go w ciągu dnia i zawsze wydawał się jej
uroczy, niewielki i malowniczy. Teraz, gdy porwał ją w dół, żadnej z tych rzeczy nie można było o nim powiedzieć. Leciała przez kilka dobrych
sekund, nim uderzyła o powierzchnię płytkiego zbiornika u jego stóp i zaryła ramieniem w żwir na dnie. Nurt był tu wciąż na tyle silny, by
bezceremonialnie popchnąć ją w kierunku brzegu. Między zębami czuła
piasek. Płuca bolały, jakby przekłuły je sople. Wszystkie kończyny
zdrętwiały jej z zimna.
W suchym sitowiu przy jej głowie zatrzeszczały kroki.
Nieznajomy zatrzymał się tuż obok niej i przyglądał się, jak leży
rozpłaszczona na brzuchu i kompletnie pozbawiona resztek królewskiej
godności, o ile w ogóle wcześniej ją miała.
- A właśnie zdawało mi się, że zaczynam rozumieć śmiertelników. Co
próbujesz osiągnąć?
"Śmiertelników!" To słowo wstrząsnęło nią, choć dziki pościg zdążył jej
już uświadomić, że nie ma do czynienia ze zwykłym człowiekiem.
Oblizała przemarznięte usta, starając się ogrzać je na tyle, by mogły
się poruszyć. Odezwała się cienkim jak lód głosem:
- Żądam odpowiedzi. Schwytałam cię.
- Nie schwytałaś mnie - zapewnił ją.
Merida wyciągnęła rękę i złapała go za kostkę.
Nieznajomy się cofnął.
Nie celowym ruchem kogoś, kto próbuje uniknąć schwytania, lecz raczej
odruchowym drgnięciem osoby uskakującej z drogi żmii.
- To by ci się raczej nie spodobało, królewno.
"Królewno!" To słowo było równie wstrząsające jak "śmiertelnicy".
- Niby czemu? - spytała. Podniosła się na nogi. Wolniej, niż by sobie
tego życzyła. Jej bose stopy były zupełnie odrętwiałe i nabrały nieco
niepokojącego odcienia fioletu. - A może to kolejne pytanie, na które
nie masz odpowiedzi? Potrafisz tylko uciekać?
- Skąd wiesz, że chcesz odpowiedzi? - odpowiedział pytaniem. - Skąd
wiesz, że chcesz złapać swoją zdobycz? Potrafisz tylko gonić?
- Więcej pytań? I wciąż żadnych odpowiedzi - rzuciła Merida, lecz w duchu zaczęła się zastanawiać, czy przypadkiem nieznajomy nie
wstrzymywał się od odpowiedzi, dlatego że nie mógł odpowiedzieć.
Magia rządziła się czasem takimi dziwnymi prawami... - tak mawiały
kobiety, które spotkała w górskich, pasterskich chatach. Po zmroku, gdy
siedziały wokół ognia, snuły opowieści, w które same na wpół wierzyły, o stworzeniach nie z tego świata i innych tajemniczych bytach, które
włóczyły się po królestwie. W tych legendach na magicznie istoty,
szczególnie te o ludzkich kształtach, często nałożone były pewne
ograniczenia. Potrafiły mówić, lecz mogły powtarzać tylko to, co
powiedzieli do nich ludzie, były olśniewająco piękne w każdym szczególe
prócz szkaradnego szczurzego ogona, nie mogły stykać się z wodą ani
promieniami słońca, bo te obracały je w niwecz. Może magia zakazywała
nieznajomemu zdradzić swoje zamiary. A może w ogóle nie miał zamiarów.
- Może jesteś tylko straszydłem zabawiającym się głupimi sztuczkami -
stwierdziła po chwili namysłu.
- Masz mnie za straszydło? - spytał z niedowierzaniem.
- Albo chochlikiem - rzuciła.
- Chochlikiem?
Widziała, że te słowa ubodły go do żywego.
- Widmem, marą. - Zaczynało jej brakować określeń na nazwanie istot,
które czasem przybierały ludzką postać. Coraz mocniej szczękała zębami.
- Mmm... hobgoblinem.
Nieznajomy wydął usta.
- Chcesz odpowiedzi. To proszę bardzo.
Ze zdumieniem patrzyła, jak młodzieniec wyciąga w jej stronę dłonie.
Miał na nich misternie wykonane rękawiczki - cienkie i delikatne niczym
druga skóra, zszyte nicią w kolorze burgundu.
Zaczął je zdejmować. Bardzo powoli. Z dramatycznym namaszczeniem. Merida
przypomniała sobie, że szykował się do ich zdjęcia w chwili, gdy nakryła
go na podwórzu.
- Nie odwracaj wzroku, królewno - polecił jej. Nagą dłonią złapał cienki
pień młodego drzewka rosnącego tuż obok. Ledwo jego skóra dotknęła pnia,
palce zaczęły różowieć od przenikliwego mrozu. Zacisnął je mocno.
Merida zdążyła jeszcze pomyśleć: "Zaraz, może rzeczywiście
nie chciałam poznać odpowiedzi", nim owionął ją gwałtowny podmuch
wiatru.
Wiatr wyraźnie kierował się w stronę drzewka.
Z ziemi uniosła się koronka białego szronu, która niczym pnącza zaczęła
oplatać drzewko. Szron nigdy nie pojawiał się tak szybko - w tym jednak
przypadku przyrastał w oczach, lecz wyłącznie na drzewku. Lód rozrywał
delikatną korę. A co gorsza, wokół gęstniał niepokój, który przybierał
niemal fizyczną formę.
Magia, magia, magia.
Drzewko zaczęło umierać.
Kora zrobiła się matowa, potem obeschła, a na koniec straciła kolor,
jakby coś wyssało z niej życiodajną zieleń. Wydawało się, że koniuszki
gałązek skurczyły się same z siebie.
Merida miała wrażenie, że wystarczyło dotknąć smukłego pieńka, a pękłby
z trzaskiem.
Drzewko było martwe.
Szron zniknął. Wiatr ucichł. Niepokój pozostał.
Nieznajomy ponownie włożył rękawiczkę, nie spuszczając z Meridy
przenikliwego spojrzenia.
Magia, magia, magia.
"O nie!", pomyślała Merida, sama nie wiedząc dlaczego. Siłą
powstrzymywała dreszcze. Nie chciała okazać strachu, choć przepełniał ją
w każdym calu. "O nie, o nie!".
Nieznajomy się wyprostował. Odezwał się, a z jego głosu zniknęło całe
zakłopotanie.
- Nie jestem straszydłem, hobgoblinem, chochlikiem ani marą. Jestem
Feradach i przybyłem, by zniszczyć DunBroch. Pojawiam się tam, gdzie
panuje rozkład, i usuwam go, by świat mógł zacząć od nowa. Niszczę to,
co popadło w gnuśność, by zrobić miejsce na świeżość. Ścieram ziemię i kości, by obnażyć żyzną glebę, na której Cailleach może dokonać dzieła
odnowy. Czy rozumiesz, o czym mówię?
Rozumiała. I nie rozumiała. Ta jej część, która była czuła na tajemnicze
mrowienie magii, zdawała się rozumieć doskonale. Lecz jej bardziej
zwykła, ludzka strona nie mogła przyjąć jego słów. Nikt nie groził
DunBroch już od wielu lat. By zaznać niebezpieczeństwa, Merida musiała
wyruszyć w daleką podróż. Nie spodziewała się zastać go po powrocie do
domu.
- DunBroch jest przegniłe - powiedział Feradach.
- My...mylisz się.
Feradach wskazał coś za swoimi plecami. Z miejsca, w którym rozmawiali,
dało się dostrzec sylwetkę zamku stojącego na skalnym wzniesieniu.
Ciemność nocy i odległość zamazały wszystkie szczegóły, widać więc było
tylko poszarpane chorągwie, wklęśnięte dachy i niszczejące blanki.
Merida patrzyła na nie oczami nieznajomego. Oczami Feradacha. I już
teraz widziała ruinę.
- Ale przecież to wcale nieprawda - zaprotestowała bez przekonania. -
Zamek potrzebuje tylko trochę troski i uwagi. Ojciec obiecał, że zajmie
się dachami, gdy poprawi się pogoda, a matka pozszywa chorągwie, gdy
przyjdą deszcze i zrobi się zbyt mokro na sadzenie roślin. A poza tym to
tylko budowla. Ludzie... no przynajmniej trojaczki rosną jak na drożdżach.
Leezie wychodzi za mąż. To duże zmiany.
- Zmiany nie mierzy się wzrostem i nowym dachem nad głową. Zmiana odbywa
się w sercu, w sposobie myślenia, w nawigowaniu po świecie. I gdyby
zachodziła w DunBroch, nie zostałbym tu wezwany. Ćmę ciągnie do ognia,
rybołowa do wody, łososia do miejsca narodzin. Każde z nich ma swoją
naturę. Ja mam swoją.
- Mylisz się - upierała się Merida.
- Ja nie mogę się mylić - stwierdził lekceważąco. - A poza tym spójrz na
siebie.
- Na mnie?!
- Jesteś córką królów, córką królowych. Czy wydaje ci się, że tylko do
tego zostałaś stworzona?
Merida aż się zachłysnęła z oburzenia.
- Kilka ostatnich miesięcy spędziłam, robiąc wiele innych rzeczy! Nie
masz pojęcia...
- Wycieczki w góry z zagrodnikami. Czytanki z siostrami w Morventon.
Przejażdżki z kartografami - wyliczał Feradach cierpliwie. - Tak, wiem o tym. Jak zmieniłaś się dzięki tym doświadczeniom? Przed wyjazdem byłaś
kimś, kto miał to wszystko zrobić. A po powrocie jesteś kimś, kto tego
dokonał. I zrobiłabyś to wszystko jeszcze raz. Jaki ślad pozostał w twoim sercu, jak zmienił się świat od twoich poczynań? Całe życie
zdobywasz nowe umiejętności i jeździsz konno to tu, to tam. - Feradach
wzruszył ramionami. - Niektóre burze robią wiele hałasu, lecz nie
strącają ani dachówki.
Merida otworzyła usta. I zaraz je zamknęła. Po raz pierwszy w życiu
usłyszała od kogoś takie słowa. Co więcej, zwykle ludzie mówili jej
dokładnie coś przeciwnego: że pędzi zbyt szybko, że oczekuje zbyt
gwałtownych zmian.
- Tej kraj gnuśniał zbyt długo - zawyrokował Feradach. - Czas dać szansę
nowemu pokoleniu. Teraz, gdy tu przybyłem, nic mnie nie powstrzyma.
Oboje spojrzeli na stojące pomiędzy nimi martwe drzewko. Merida miała
ochotę ponownie wszystkiemu zaprzeczyć, lecz czy sama jeszcze niedawno
nie pomyślała, że czuje się dokładnie tak samo jak przed wyjazdem?
"Myśl, Merido, myśl! Użyj swojego sprytu".
Była taka gra, w którą grywali czasem na zamku DunBroch. Nazywała się
Brandubh (Meridzie ta nazwa zawsze wydawała się zabawna, bo "a"
wypowiadało się jak "o", a "bh" brzmiało jak "w"). Chodziło w niej o zdobycie wieży i wypuszczenie z niej więźniów. Zwykle posługiwano się w tym celu pionkami symbolizującymi zbrojnych, lecz czasem gracz mógł
obrać ryzykowną strategię zaskarbienia sobie łaski Czarnego Kruka, czyli
właśnie Brandubha, figury, która poruszała się według własnych zasad.
Nie było łatwo go zdobyć, lecz gdy pojawił się na planszy... powodzenia
dla przeciwnika.
Na DunBroch znajdował się zestaw do gry, który niegdyś prezentował się
wspaniale: przysadziste figurki zwykłych zbrojnych, które idealnie
układały się w dłoni, agatowy Brandubh, ciemny, w imponującym odcieniu
brązowawego fioletu, idealnie wygładzona plansza z łupku z misternie
wyrytymi zasadami. Elinor zdradziła kiedyś Meridzie, że gra była darem
od sąsiedniego królestwa, i rzeczywiście wyglądała jak coś, co darowano
w prezencie, po to by obdarowany odłożył go na najwyższą półkę, gdzie
skarbowi nic nie mogło zagrozić. Lecz ten zestaw nie trafił na półkę i przytrafiło mu się baaardzo wiele - któryś z trojaczków oddał się
buntowniczej inwencji twórczej, korzystając z farb i dłuta (Merida
podejrzewała, że stał za tym Hubert - on jeden miałby odwagę to zrobić).
W grę wciąż dało się zagrać, ale tylko jeśli doskonale pamiętało się
zasady. Tak jak Merida.
Przez długi czas szło jej fatalnie. Lecz w końcu, zupełnie znienacka,
zdołała znaleźć sposób na włączenie do gry Czarnego Kruka, zamiast
próbować wygrać tradycyjną metodą. Podczas rozgrywki, tuż przed tym, jak
udawało jej się zdobyć Brandubha, czuła w ciele delikatne mrowienie. Od
tego czasu wygrywała za każdym razem, dopóki pozostali członkowie
rodziny nie zaczęli odmawiać grania z nią, co wydawało jej się bardzo
niesprawiedliwe.
Brandubh! Brandubh!
Stojąc nad brzegiem wodnego oczka i wpatrując się w zagadkowego boga,
Merida czuła to samo mrowienie, które pojawiało się, gdy miała wezwać
Brandubha. Znała zasady tej gry. Feradach - coś tajemniczego i potężnego. Ona - zwykła śmiertelniczka. Wiedziała, że jej rolą w tej
chwili było zostać przechytrzoną i wrócić do zamku. I umrzeć.
Lecz coś zapukało do drzwi i zaprowadziło ją aż tutaj. I nie był to
Feradach. Zadaniem Feradacha było ją zabić, jednak wciąż jeszcze tego
nie zrobił. Równowaga wzrostu i upadku została zaburzona, a on nie
zamierzał odejść, dopóki jej nie przywróci. Oto wszystkie ruchy, które
wykonano do tej pory.
"Dalej, Merido, rusz głową!", myślała gorączkowo. "Co jest Czarnym
Krukiem w tej grze?"
I nagle już wiedziała.
- Dlaczego tak nerwowo odskoczyłeś ode mnie przed chwilą? Bo wydawało ci
się, że twój dotyk mnie zabije, prawda? - Śmiało postąpiła krok w jego
stronę, wyciągając przemarzniętą dłoń. - Skoro i tak mam umrzeć,
dlaczego nie załatwiłeś tego od razu? Dlaczego nie chcesz zrobić tego
teraz?
Feradach cofnął się tak gwałtownie, że potknął się o własne nogi.
- Nie... nie tak ma się to odbyć.
- W takim razie co z tym drzewkiem? - spytała.
- Drzewkiem?
- Zabiłeś młodziutkie drzewko tylko po to, żeby pokazać mi, co
potrafisz. Wolno ci tak po prostu zabijać? Czy "tak to się miało odbyć"?
- Wyraz jego twarzy upewnił ją, że zmierza w dobrym kierunku. - Ty też
zaburzyłeś równowagę. A skoro tak, to w zamian musiałeś zrobić w ten
sposób miejsce na coś pozytywnego.
- Nie możesz poprosić mnie o oszczędzenie całego DunBroch za jedno małe
drzewko - rzucił Feradach. - To nie byłaby równowaga.
- Nie, nie proszę, byś nas oszczędził - odparła Merida. - Proszę, byś
zgodził się na układ.
- Ja nie idę na układy. Równowaga...
Lecz nim zdołał skończyć, wodospad i oczka wodne zaczęły się
przeobrażać.
3. Układ
3
Układ
W świetle
dnia miejsce to było piękne i wyjątkowe, a płytkie oczka lśniły niczym
szmaragdy i szafiry. Lecz nocą dziwnie nieruchomiały, spowijały się
tajemniczą czernią, niemal znikając w mrocznym krajobrazie.
W momencie gdy Merida wspomniała o układzie, woda w nich zaczęła się
jednak mienić, jakby jej słowa były pytaniem, a oczka posyłały
odpowiedź. Gdzieś spod powierzchni uniosły się kule błękitnego światła,
jakby oczka były dużo głębsze, niż się wydawały. Płomyki, pomyślała, te
niesamowite świetlne znaki, które prowadziły podróżnych do cudów albo
zguby. Zapomniała, jak bardzo były nierzeczywiste, jak inne od blasku
świec i światła słonecznego.
Magia, magia, magia.
Bezchmurne czarne niebo również zaczęło się zmieniać. Intensywny pas
zieleni zatańczył między gwiazdami niczym zimny ogień. Na fir-chlis!
"Gibki lud". Tak to zjawisko nazywano na zamku DunBroch. Merida miała
już okazję je widzieć, zarówno w zielonej, jak i fioletowej odsłonie,
lecz jeszcze nigdy z tak bliska. Wijąca się wstęga ogników zdawała się
wisieć tak nisko, że mógłby dosięgnąć jej ptak.
Rozległo się niskie, melodyjne zawodzenie, jakby wiatr wył w szczelinach
między kamieniami. Dźwięk to opadał, to się wznosił. Czyżby niebo i rzeka śpiewały na przemian?
Nagle miejsce to wydało się święte.
A Feradach i Merida nie byli już sami.
Na drugim brzegu rzeki stała kobieta. Była przygarbiona i pomarszczona
jak wiekowe drzewo albo stare jak świat głazy, które ją otaczały. Jej
śnieżnobiałe włosy wiły się skołtunione w przeróżne kształty. Wspierała
się na ciemnej lasce, powykręcanej niczym nadpalona gałąź. Miała tylko
jedno oko, w którym czerń wirowała z zielenią, zupełnie jak na
rozciągającym się ponad nią gwieździstym firmamencie.
Żołądek Meridy zrobił się ciężki jak kamień. Feradacha mogła wziąć za
straszydło lub hobgoblina, lecz tej postaci nie dało się z niczym
pomylić.
Jakież dziecko w całym DunBroch nie słyszało tych opowieści? Silne
zimowe wiatry nazywano jej oddechem. Jej zgarbione ciało i pomarszczona
twarz, sczerniała laska, mieniące się kolorami gwieździste oko -
wszystko to przedstawiała jej podobizna wytkana na gobelinie wiszącym w Wielkiej Sali zamku. Ta, która sprowadza deszcz, życie i sprawiedliwość.
- Cailleach - szepnęła Merida, szczękając zębami. Ledwo mogła pomieścić
zachwyt i oszołomienie, które poczuła na jej widok. Bogini zimy. Bogini
Szkocji. Merida w życiu nie spodziewała się zetknąć z tak potężną
magią. Z taką magią nie stykał się w Szkocji niemal nikt.
Lecz Feradach wyglądał jedynie na poirytowanego.
- Och, litości.
Feradach, odezwała się Cailleach. Czy tak należy się ze mną witać?
Jej głos brzmiał śpiewnie i zawodząco, tak jak dźwięk, który Merida
usłyszała, zanim bogini się pojawiła. Był jak dziki żywioł i zupełnie
nie przypominał głosu Feradacha.
Jego głos zabrzmiał szczególnie ludzko, gdy zaczął się skarżyć:
- Powinienem był wiedzieć, że maczałaś w tym palce. To pukanie. To byłaś
ty.
Wiesz, że ta rodzina jest dla mnie ważna.
- Nie dam się podstępom - ostrzegł.
Oczywiście, że nie. Cailleach brzmiała na lekko rozbawioną. Merido z DunBroch, jest późna godzina, a ty daleko od domu.
Merida nie wiedziała, co odpowiedzieć. Matka już od bez mała dwudziestu
lat próbowała jej wpoić okazywanie szacunku starszym, lecz obcowanie
twarzą w twarz z boginią nie działało najlepiej na jej instynkty.
- W...w...w...wesołych ś...ś...ś...świąt? - spróbowała, dygocząc i szczękając
zębami.
Narodziłam się na długo przed Bożym Narodzeniem, odparła Cailleach,
lecz zdawało się, że słowa Meridy ją ucieszyły. W każdym razie uniosła
laskę w jej stronę. Dziewczyna pomyślała, że był to tylko gest
pozdrowienia, nim uświadomiła sobie, że całe jej ciało ogarnia przyjemne
ciepło. Więcej czarów! Magiczny podmuch wysuszył jej przemoczoną
sukienkę i włosy. Jej zdrętwiałe nos i stopy rozgrzały się i zdrowo
zarumieniły. Nawet jej myśli zdały się tajać, bo do tej chwili nie
zdawała sobie sprawy z mętliku, jaki miała w głowie.
Naraz przypomniała sobie, że powinna dygnąć.
- Dziękuję.
Feradachu, co robisz tu w tę noc?
- Musisz zdawać sobie sprawę, że zasłużyli na moje odwiedziny,
Starucho - odparł bóg ze złością. - Wymaga tego równowaga.
Równowaga! Ty mówisz o równowadze. Musisz więc zdawać sobie sprawę, że
niczym nieusprawiedliwionym zniszczeniem tego drzewka sam zasłużyłeś
sobie na moje odwiedziny, Młodzieńcze. Jaki układ masz na myśli, Merido
z DunBroch?
- Lepiej mądrze dobieraj słowa - mruknął Feradach do Meridy. - Wypaczy
je, jeśli tylko jej na to pozwolisz. To przebiegła starucha.
Merida prychnęła.
- Ty przed chwilą chciałeś mnie zabić! A teraz dajesz mi rady?
- Nie chciałem cię zabić - odparł sztywno. - To mój obowiązek.
- Moim obowiązkiem było potulne zamążpójście, gdy tylko do niego
dorosnę, i narodzenie mężowi hałastry książątek. A jakoś tego nie
zrobiłam.
- I spójrz tylko, dokąd cię to zaprowadziło!
Merida Wygadana w jednej chwili oddała pole Meridzie Porywczej.
- Chcesz powiedzieć, że gdybym wyszła za mąż, to ciebie by tu nie było?
- Kompletnie nie to chciałem powiedzieć...
- Ale właśnie tak to zabrzmiało.
- Gdybyś rozważyła inne możliwości nieco głębiej, może... - zaczął
Feradach, lecz Merida już wypaliła:
- Ty nie wydawałeś się zbyt skory do rozważenia innych możliwości...
Cisza!
Na dźwięk głosu Cailleach powierzchnia wody zadrżała migotliwie.
Przedstaw swoją propozycję, Merido z DunBroch.
Merida nie chciała posłuchać rady Feradacha, lecz z tyłu głowy nękała ją
myśl, że ostatni magiczny układ niemal skończył się dla niej katastrofą,
bo nie przewidziała, na ile sposobów jej słowa i pragnienia mogą zostać
obrócone przeciwko niej. Czego naprawdę potrzebowała?
- Czas - powiedziała w końcu. - O to tylko proszę. Mogę pomóc im się
zmienić. Pozwól mi przywrócić równowagę bez zniszczenia i śmierci.
- Mieli na to wiele lat - wtrącił Feradach. - Świat wokół nich wciąż się
zmienia, a oni zapierają się, jak mogą, by nie pójść wraz z nim.
Nieważne, co im się przytrafia, wciąż trwają tacy sami, zamiast
wzrastać, zamiast się rozwijać. Muszą zostać zgładzeni. Muszą...
- Dość jasno określiłeś swoje stanowisko! - warknęła Merida.
Głos Cailleach przebił się przez ich kłótnię.
Prawem Feradacha jest zniszczyć DunBroch jeszcze tej nocy, lecz Merida
też ma swoją rację. Jestem gotowa przyzwolić na zawarcie układu.
- Nigdy dotąd nie szedłem na żadne układy - zaprotestował Feradach, a po chwili zawahania uściślił: - Nigdy dotąd nie było potrzeby, by iść na
żadne układy.
A więc może czas na zmianę, zauważyła Cailleach. Układ będzie taki:
Merida spróbuje dowieść prawdziwości swojej racji - że zmiana nie wymaga
zniszczenia. A Feradach spróbuje dowieść swojej - że budować można tylko
na zgliszczach.
- A kto zdecyduje? - spytał Feradach. - Ty?
Dość bezczelności, Młodzieńcze. Moja cierpliwość jest na wyczerpaniu.
Feradach skłonił głowę.
W czasie obowiązywania układu Feradach pokaże Meridzie przykłady
zniszczenia, które sprowadza w imię zmiany. Merida zaś pokaże
Feradachowi zmiany, które wszczyna, by zniszczenia uniknąć. Na koniec
zaś j a zdecyduję, kto zdołał udowodnić swoją rację, a natura zrobi
swoje. O układzie możecie rozmawiać wyłącznie między sobą.
Merida i Feradach nie spojrzeli na siebie, lecz było jasne, że oboje
zamierzali rozmawiać ze sobą najmniej, jak to możliwe.
- Ile mam czasu? - zapytała Merida.
Rok.
Rok! W ciągu roku mógł się zmienić cały świat, a tym bardziej jedna
rodzina.
- Och, dziękuję! - wykrzyknęła.
Jeszcze mi nie dziękuj. Żeby wyszło na twoje, zmienić muszą się wszyscy
członkowie twojej rodziny. Elinor, Fergus, Harris, Hamish i Hubert, a nawet Leezie Muireall. Każde z nich.
Feradach cmoknął, a Merida spodziewała się, że znów zaprotestuje, lecz
on dodał tylko:
- I żadnych więcej oszustw. Żadnego pukania. - Zwracał się nie do
Meridy, lecz do Cailleach. Uwaga brzmiała dość obcesowo, lecz stara
bogini wydawała się lekko skruszona.
Nie będę oszukiwać. Czy przyjmujecie układ?
- Tak! - bez zastanowienia odparła Merida.
Feradach nie wyglądał na zadowolonego.
- Jeśli nie mam wyboru, zgoda, przyjmuję - powiedział.
Mała zmiana ci nie zaszkodzi, rzuciła Cailleach, a w jej głosie
ponownie pojawiło się rozbawienie. A teraz...
Uniosła poczerniałą laskę i wycelowała nią prosto w zielone pasma
światła wijące się wśród gwiazd. Jej niezwykłe oko błysnęło i zalśniło
zupełnie jak one.
Wokół znów poruszyła się magia.
Trwoga i lęk powoli opuszczały serce Meridy. Błękitne kule ogników
stopniowo zniknęły pod powierzchnią wodnych oczek. Zielone światła
zblakły. Feradach westchnął i odwrócił się plecami do Meridy i DunBroch.
Pomarszczone usta Cailleach wykrzywiły się w przebiegłym uśmiechu, po
czym ona sama zaczęła się rozpływać na oczach Meridy, niczym gwiazdy
blednące o świcie. Nim bogowie na dobre opuścili królewnę, po raz
ostatni rozległ się głos Staruchy.
Zatem układ wchodzi w życie.
4. Osecięta
4
Osecięta
Wdzień Bożego
Narodzenia Meridę zbudziła wataha wilków.
Święta! Wydawało się absurdalne, że Boże Narodzenie nadeszło tak po
prostu, jak co roku, gdy zaledwie kilka godzin wcześniej Merida odbyła
nocną rozmowę z dwiema magicznymi istotami. Podwójnie absurdalne było
to, że jak co roku rozpoczęło się od głupiej psoty, którą trojaczki już
o świcie uraczyły swoją siostrę.
Wilki!
Oczywiście okazały się wcale nie być wilkami. Ledwo otrząsnęła się ze
snu, uświadomiła sobie, że to zwykłe psy. Prawdziwa wataha, złożona z włochatych bestyjek, które tylko czekały, by wskoczyć jej na brzuch i wsadzić język do ucha. Ojciec Meridy miał trzy ulubione myśliwskie
ogary, którym wolno było kręcić się po komnatach, matka miała dwa, a po
zamku plątała się jeszcze suczka, do której nikt nie chciał się
przyznać, bo jej ulubionym zajęciem było zwracanie wszystkiego, co
właśnie zjadła, a następnie konsumowanie wymiocin. Merida nigdy nie
rozumiała, dlaczego pozwalano jej przebywać w komnatach, lecz oboje
rodzice byli w tej kwestii bardzo stanowczy.
- Złaźcie! - krzyknęła dzewczyna, czym zapracowała sobie jedynie na psi
język w ustach i chłopięcy chichot dobiegający gdzieś z kąta sypialni.
Trojaczki. Młodsi bracia Meridy potrafili być prawdziwymi diabłami,
szczególnie gdy zabierali się za coś wszyscy razem. Hubert był
bezmyślnymi nogami trójgłowego potwora, a Hamish niepewnymi łapskami.
Mózgiem był Harris.
"Jak ja nie znoszę tych przebrzydłych pętaków!", pożaliła się kiedyś
ojcu, doskonale wiedząc, że to nieprawda.
"Jesteście osecięta i tyle", odparł rozbawiony Fergus. "Wszyscy macie
małe kłujące igiełki, więc lgniecie do siebie jak rzepy ostu, choć bywa
też, że się pokłujecie. A czasem przy okazji i innych. My z braćmi
byliśmy jako dzieci tacy sami".
Też mi coś, osecięta! Dlaczego bracia nie mogli wymyślić milszej
bożonarodzeniowej tradycji? W poprzednim roku wywalili jej na głowę
wiadro mąki i do tej pory nie było wiadomo, jak zdołali wykraść je spod
czujnego oka Aileen. A rok wcześniej wpuścili do sypialni trzy gęsi,
równie rozjuszone jak Merida - nie wiadomo, jak zapędzili je po schodach
wieży. A za rok... tego to już zupełnie nie sposób się było domyślić.
Jeśli za rok jeszcze tu w ogóle będą.
Trudno jej było jednak traktować wydarzenia poprzedniej nocy poważnie,
gdy rozmyślaniom wtórowały złożone dźwięki psich wymiotów gdzieś w jej
łóżku. Rozległ się trzask, gdy merdający ogon strącił coś ze stolika
nocnego. Pled pofałdował się od podskoków. Chwyciła go mocno. Jeśli psy
go ściągną, trojaczki naprawdę dostaną po głowach, bo poprzedniej nocy
Merida rozwiesiła swoją przemoczoną śniegiem spodnią suknię przy kominku
i teraz pod pościelą była ubrana wyłącznie w Meridę.
Jedna z bestii z impetem skoczyła jej na włosy i szarpnęła za głowę,
dokładnie w momencie, gdy dziewczyna dostrzegła trójkę urwisów
wystrojonych w identyczne uśmieszki.
To przelało czarę.
Ryknęła. Ryk zaczął się od nieartykułowanego jęku i przeistoczył w:
- Aaaaaaaaaaaaaiiiiiiiiii, mam nadzieję, że w prezencie dostaniecie
łabędzie łajno, wy paskudne robaki!
Ciche parsknięcia przerodziły się w huczący śmiech, a trojaczki rzuciły
się do ucieczki.
Jeden zawołał:
- Wesołych świąt! - To musiał być Hamish, bo Hubert z pewnością wciąż
się śmiał, a Harris nigdy w życiu nie zdobyłby się na taki banalny
sentymentalizm.
Burcząc i postękując, Merida wygramoliła się z łóżka, owinęła się pledem
i zaczęła brodzić wśród psów. Uświadomiła sobie, że podczas jej
kilkumiesięcznej nieobecności pojawił się nowy członek watahy: chudy i patykowaty młody ogarek o nadającej mu przyjazny wygląd rzadkiej bródce,
plamistej brązowej sierści i małych oczkach o intensywnym spojrzeniu,
które jednak nigdy nie skupiało się na niczym w szczególności. W przeciwieństwie do reszty psów nie starał się jej polizać, lecz tylko
dlatego, że trzymał już coś w pysku i wyraźnie nie zamierzał tego
wypuścić.
- Coś mi się wydaje, że to nie jest twój bożonarodzeniowy prezent -
zwróciła się do niego Merida, gdy w końcu udało jej się wyrwać mu to coś
z paszczy. Jego skarbem okazały się pozostałości po ozdobnej drewnianej
łyżce. Wśród misternie rzeźbionych liści na rączce dostrzegła podpis
"Merida". A raczej "Merid", bo "a" zostało już pożarte.
- Chyba że też masz na imię Merida.
Pies zaoponował piskliwymi i pełnymi wyrzutu szczekami podrosłego
szczeniaka, którego spotkała wielka niesprawiedliwość.
Merida westchnęła. W którymś momencie rodzice ubzdurali sobie, że
kolekcjonuje ozdobne drewniane łyżki (czego zdecydowanie nie robiła), i podarowali jej ich tyle, że musiała ustawić je w rządku na kominku. Tym
bardziej wydawało się więc, że je kolekcjonuje, toteż otrzymywała ich
coraz więcej w nieskończonym łyżkowym błędnym kole. Nie marzyła o kolejnej łyżce, lecz wolałaby mieć możliwość jej nie zechcieć.
Zazwyczaj w tym momencie Bożego Narodzenia zaczynała opracowywać plan
zemsty na trojaczkach, który wdrażała, gdy cichło świąteczne
zamieszanie. Obchody Bożego Narodzenia na zamku były otwarte dla
wszystkich poddanych, inaczej niż rodzinne uroczystości, które je
poprzedzały. Już przed wschodem słońca rozpoczynało się gotowanie,
sprzątanie i ozdabianie komnat, a DunBroch ogarniał zgiełk i harmider.
Po zachodzie słońca bramy otwierały się dla mieszkańców okolicznych
wiosek, zagrodników, najemników i wędrowców, którzy mogli najeść się do
syta i tańczyć do upadłego. Członkowie rodziny królewskiej opowiadali
historie i świętowali, upewniając się, że goście bawią się wyśmienicie i korzystają z okazji, by poudawać, że sami mieszkają na zamku. Wszystko
to wymagało ogromu pracy i wysiłku i to nawet bez dodatkowych zadań
związanych z przygotowaniami do wesela Leezie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki