Wstęp
...krajobraz tam, w tundrze wokół Murmańska, przypomina pejzaż z wizji stworzenia świata. Nie ma tam ani jednego drzewa, krzaka czy ludzkiej osady. Nie ma dróg ani ścieżek. Pustka - tylko skały i kamienie, niezliczone strumienie, jeziora i rwące rzeki z bystrzami i wodospadami. Latem są tam mokradła, a zimą - lód, śnieg i czterdzieści do pięćdziesięciu stopni mrozu. Burze śnieżne szaleją przez osiem miesięcy arktycznej nocy. Ten stukilometrowy pas tundry otaczający Murmańsk jak pancerz ochronny to jedna wielka dzicz. Nigdy wcześniej nie prowadzono na tych terenach wojny, ponieważ bezdrożna kamienna pustynia jest praktycznie nie do pokonania dla wojska...
Takie ostrzeżenie skierował generał Eduard Dietl do Adolfa Hitlera, gdy ten szykował się do rozszerzenia operacji Barbarossa aż po brzegi Morza Białego. Nikt go nie słuchał. Generał Dietl był jednym z niewielu oficerów trzeźwo oceniających zupełnie wyjątkowe warunki, w których przyszło walczyć armii niemieckiej. A opisał tylko jedną z wielu strasznych twarzy potężnego wroga, jakim był Związek Radziecki. Niestety na wyższych szczeblach niemieckiej armii i w otoczeniu Hitlera dominowali ludzie o niedostatecznej wyobraźni, co dobrze widać na przykładzie stwierdzenia generała Alfreda Jodla, szefa sztabu dowodzenia w Naczelnym Dowództwie Wehrmachtu - Oberkommando der Wehrmacht (OKW): "Rosyjski kolos to świński pęcherz; wystarczy go ukłuć, a pęknie". Rosyjski kolos okazał się czymś zupełnie innym. Choć oficjalna nazwa państwa brzmiała Związek Radziecki, dla Niemców ich tytaniczna walka na Wschodzie była po prostu Der Russland Krieg - wojną z Rosją. Nazwa ta trafiała w samo sedno. Cała Rosja bowiem, w każdym z jej nieprzyjaznych wymiarów, stanęła do wojny z Niemcami - jej trudne do pokonania ogromne przestrzenie, jej klimat ze skrajnymi warunkami pogodowymi i przede wszystkim jej mieszkańcy z ich prawie nadludzką zdolnością do udźwignięcia znacznie większych trudów niż zachodni przeciwnicy Niemiec, a potem do zadania śmiertelnego ciosu. Rosja była bestią, której Niemcy nie potrafili ujarzmić - bestią, która pożarła napastnika.
"Walczyliśmy w piekle"[1] to świadectwo niemieckich dowódców walczących na niegościnnej rosyjskiej ziemi, do czego armia Hitlera okazała się zupełnie nieprzygotowana. Dla przeciętnego niemieckiego żołnierza była to naprawdę walka w piekle. W książce znalazły się relacje wyższych oficerów niemieckich, którzy walczyli na terenie Rosji w wyjątkowych i przerażających warunkach. Te świadectwa zostały spisane po wojnie z inicjatywy armii amerykańskiej[2] i ukazały się w latach pięćdziesiątych XX wieku jako broszury Departamentu Armii Stanów Zjednoczonych w serii niemieckich raportów, zatytułowanej "German Report Series". Zatrudnienie niemieckiego generała i oficerów sztabu do spisania historii ich kampanii wojennych było pomysłem późniejszego generała brygady S.L.A. Marshalla, przydzielonego pod koniec wojny do dywizji historii wojskowości europejskiego teatru działań wojennych. Niemcy zaczęli pisanie broszur jeszcze jako jeńcy. Wielu miało patriotyczne obiekcje lub obawiało się represji komunistów wobec członków ich rodzin, nadal mieszkających w radzieckiej strefie okupacyjnej. Współpracę z ich strony zagwarantował generał Franz Halder, w latach 1938-1942 szef sztabu generalnego Oberkommando des Heeres (Naczelne Dowództwo Wojsk Lądowych, w skrócie OKH), który zgodził się nadzorować i koordynować prace swoich kolegów oficerów. Dokumentowaniem niemieckich doświadczeń wojennych Halder zajmował się także później, już jako cywilny pracownik armii amerykańskiej aż do odejścia na emeryturę w 1962 roku. Zdaniem jednego z wybitnych archiwistów, Halder myślał, iż to armia amerykańska pracuje dla niego! Jednak to dzięki zmysłowi organizacyjnemu Haldera i jego autorytetowi przedsięwzięcie się powiodło. Do 1954 roku powstało dwa tysiące sto siedemdziesiąt pięć rękopisów o łącznej objętości siedemdziesięciu siedmiu tysięcy stron, napisanych przez pięciuset jeden generałów niemieckiej armii, Waffen-SS i Luftwaffe oraz jedenastu admirałów, a także setki specjalistów. Po 1947 roku oficerowie zostali w większości zwolnieni z aresztu i zatrudnieni przez armię amerykańską do opracowywania różnych tematów w oparciu o własne doświadczenia. Oddano im także do dyspozycji zdobyte niemieckie archiwa. Jedynym błędem, jednak zdaniem historyków zasadniczym, było to, że armii amerykańskiej nie udało się nakłonić autorów do opatrzenia swoich prac przypisami[3].
Jednakże historycy wojskowi Armii Stanów Zjednoczonych, którzy nadzorowali przygotowanie serii, stali na stanowisku, że nie należy narzucać Niemcom własnych pomysłów, i usilnie podkreślali: "Czytelnik powinien pamiętać, że publikacje z "German Report Series" zostały napisane przez Niemców z niemieckiego punktu widzenia. [...] prezentują opinie niemieckiego autora, w które nie ingerował amerykański wydawca. [...] Wszelkie uprzedzenia autorów i niedoskonałości, jakiekolwiek by one były, znalazły wyraz w tym tłumaczeniu, tak samo jak w niemieckim oryginale". To godna podkreślenia profesjonalna powściągliwość. Czytelnikom tej książki należy powtórzyć uwagi skierowane do odbiorców oryginalnych broszur: "Wszelkie wzmianki autora o "normalnych metodach" lub standardowej taktyce piechoty odnoszą się do niemieckiej doktryny walki oraz jednostek zorganizowanych i wyposażonych zgodnie z niemieckim regulaminem".
Ważne miejsce w tej książce zajmują raporty Erharda Rausa, którego generał Guderian uważał za jednego z najlepszych generałów wojsk pancernych w armii niemieckiej. Raus dowodził kolejno 4. i 3. Armią Pancerną na froncie wschodnim, awansując z dowódcy dywizji i korpusu. Mistrzowsko kierował działaniami XI Korpusu Armijnego podczas obrony Charkowa w 1943 roku. Później, chociaż na Wschodzie szczęście przestało sprzyjać Niemcom, jego dowodzenie dwiema armiami pancernymi było wirtuozowskim popisem nieustępliwego, przebiegłego i często błyskotliwego zastosowania metod obrony. W ostatnich miesiącach wojny został w końcu odwołany przez Hitlera. Wkład Rausa w tę książkę to: "Radzieckie metody walki podczas II wojny światowej" (broszura Departamentu Armii nr 20-230, 1950) i "Wpływ klimatu na walki w europejskiej części Związku Radzieckiego" (broszura Departamentu Armii nr 20-291, 1952). General der Infanterie dr Waldemar Erfurth napisał "Wojnę na Dalekiej Północy" (broszura Departamentu Armii nr 20-292, 1951). Generał Erfurth reprezentował Oberkommando des Heeres przy fińskim dowództwie od czerwca 1941 roku do chwili zawarcia przez Finlandię separatystycznego pokoju ze Związkiem Radzieckim we wrześniu 1944 roku. Pełną relację z operacji na froncie fińskim przedstawił w książce "Der Finnische Krieg 1941-1944" (Wiesbaden, 1950), opublikowanej rok wcześniej niż jego broszura wydana przez Departament Armii Stanów Zjednoczonych[4]. Czwarty raport, "Walki w radzieckich lasach i na bagnach" (broszura Departamentu Armii nr 20-231, 1951), przygotował General der Infanterie Hans von Greiffenberg, który jako szef Wydziału Operacji w Oberkommando der Wehrmacht odegrał kluczową rolę w planowaniu operacji Barbarossa - ataku na Związek Radziecki. W ostatnich miesiącach przed operacją Barbarossa latem 1941 roku służył jako szef sztabu generalnego 12. Armii. W maju 1941 roku został mianowany szefem sztabu generalnego Grupy Armii Środek, gdzie służył do maja 1942 roku. Później pełnił funkcję szefa sztabu generalnego Grupy Armii A aż do sierpnia 1943 roku. Generał Franz Halder, kierujący przygotowaniem serii, z której zostały zaczerpnięte te raporty, napisał przedmowę do raportu generała von Greiffenberga, co nie dziwi, jeśli weźmie się pod uwagę ich współpracę w sztabie generalnym Oberkommando des Heeres. Łącznie te cztery relacje to sugestywny obraz warunków walki w europejskiej części Związku Radzieckiego i opis najtragiczniejszych doświadczeń wojennych.
Problem nie polegał na tym, że Niemcy nie mieli doświadczenia w walce z Rosjanami. Już w XIII wieku rycerze zakonu inflanckiego najechali ziemie ruskie, korzystając z tego, iż były wtedy wyniszczone przez Mongołów. Mimo to w bitwie na homeryczną skalę na zamarzniętym Jeziorze Czudzkim (inaczej Pejpus) zostali rozbici przez Rosjan. Ci, którzy ją przeżyli, ponieśli zasłużoną śmierć w wodach jeziora, gdy załamał się pod nimi lód. Kiedy pięćset lat później Fryderyk II Wielki stawał do swojej pierwszej bitwy z Rosjanami, zachęcał swoich grenadierów do wymordowania tych - jak mówił z pogardą - barbarzyńców. Po tym doświadczeniu całkowicie zmienił zdanie i z szacunkiem ogłosił, że nie wystarczy zabić Rosjan - trzeba ich jeszcze pokonać. Ojciec współczesnej strategii, generał Carl von Clausewitz, w 1807 roku porzucił pruską armię, aby służyć carowi Aleksandrowi I podczas trwającej batalii z Napoleonem. Pracował w sztabie generała Michaiła Kutuzowa podczas krwawej kampanii 1812 roku i był świadkiem wpływu nietypowych rosyjskich warunków - wielkich odległości, surowego klimatu i niezłomności ludzkich charakterów - na jej wynik. Na własne oczy widział, jak załamała się inwazja starannie zaplanowana według nowoczesnych strategii, a wszelkie przygotowania okazały się żałośnie niewystarczające, podobnie jak podczas niemieckiej kampanii w 1941 roku. Po ekstremalnych warunkach zimowych, które zdziesiątkowały wielką armię, pozostały mu na policzkach i nosie czerwone ślady po odmrożeniach, które jego studenci później niesłusznie przypisywali skłonności do kieliszka. Przez cztery długie lata I wojny światowej Niemcy zbierali kolejne doświadczenia operacyjne na froncie wschodnim.
O wszystkim tym w niewytłumaczalny sposób starano się zapomnieć, gdy Hitler i Oberkommando des Heeres beztrosko planowali, że w ciągu jednej letniej kampanii przełamią obronę Związku Radzieckiego. Można jeszcze zrozumieć zbytnią pewność siebie Hitlera, jeśli weźmie się pod uwagę, że tracił kontakt z rzeczywistością, ale nie ma podobnego usprawiedliwienia dla takiego samego optymizmu sztabu generalnego, który chełpił się tym, że potrafi skrupulatnie planować. Zimowe mundury zamówiono jedynie dla sześćdziesięciu dywizji, które miały pozostać w okupowanej europejskiej części Związku Radzieckiego po zwycięskiej letniej kampanii[5]. Generał Raus, w każdym calu żołnierz pola walki, napisał po wojnie:
... ten, kto pierwszy raz stawia stopę na rosyjskiej ziemi, natychmiast uświadamia sobie, że znalazł się w miejscu całkowicie nieznanym, obcym i dzikim. Niemiecki żołnierz przekraczający radziecką granicę czuł, że wkracza do innego świata, w którym przyjdzie mu zmierzyć się nie tylko z wrogiem, ale również z siłami natury.
W 1941 roku Wehrmacht nie zdawał sobie sprawy z potęgi tego żywiołu [tj. klimatu] i nie był przygotowany na stawienie mu czoła. Skutkiem tego były kolejne porażki i niepotrzebne cierpienia. Katastrofie zapobiegła jedynie umiejętność znoszenia przeciwności losu przez niemieckich żołnierzy w sytuacjach niepowodzenia. Jednakże niemiecka armia nigdy się już nie podniosła po pierwszym, druzgocącym ciosie.
Niestety Niemcy stali się - na własne życzenie - ofiarami własnych doświadczeń militarnych. W przeszłości prowadzili wojny w kierunku zachodnim lub południowym i o dziwo, nie interesowali się operacjami prowadzonymi gdzie indziej, co przyznał generał Erfurth:
W 1941 roku Niemcy nie mieli żadnej praktycznej wiedzy na temat wpływu silnego mrozu na ludzi, zwierzęta, broń i pojazdy silnikowe. Ludzie w Berlinie nie mieli pewności, jaki rodzaj wojskowej odzieży zapewni najlepszą ochronę przed arktycznym mrozem. W przeszłości niemiecki sztab generalny w ogóle nie interesował się historią wojen w Europie Północnej i Wschodniej. W Niemczech nie opublikowano nawet żadnych relacji z wojen Rosji ze Szwedami, Finami i Polakami. Nikt nie brał pod uwagę, że pewnego dnia niemieckie dywizje będą musiały walczyć i przezimować w północnej Karelii i na Wybrzeżu Murmańskim. Niemiecki sztab generalny miał tendencję do ograniczania swoich studiów wyłącznie do obszaru Europy Środkowej.
W ciągu niecałego stulecia Niemcy trzy razy najeżdżali Francję. W Belgii, Holandii, Danii, a nawet w leżącej na północno-zachodnim krańcu Europy Norwegii panowały z grubsza podobne warunki środowiskowe. Był to przyzwoity teatr wojny dla szanującego się żołnierza. Transport i komunikacja nie stanowiły problemu. Brukowane drogi były normą. Dobrze utrzymana, gęsta sieć kolejowa miała taki sam rozstaw szyn jak Reichsbahn - co było bardzo wygodne. Z kolei teren był dobrze zagospodarowany, co ułatwiało prowadzenie operacji wojskowych. Starannie przecinane lasy, niemal uprawiane, też były zadbane. Mokradła już dawno zostały osuszone i zamienione w szerokie, płaskie, żyzne pola. Klimat, zwłaszcza we Francji, sprzyjał - bardziej niż w Niemczech - prowadzeniu długiej kampanii. A cały teren był wręcz zasłany zasobami potrzebnymi do prowadzenia wojny, zwłaszcza w zamożnej Francji. Co najciekawsze, ludzie w tych krajach znali etykietę wojenną i byli na tyle dobrze wychowani, by wiedzieć, kiedy zostali pobici, i nie zwlekali zbyt długo z przyznaniem tego. Południowe Bałkany były surowe i dzikie, a Serbowie i Grecy bardziej nieustępliwi i krnąbrni, choć nie na tyle, aby powstrzymać Blitzkrieg.
Operacja Barbarossa od samego początku była inna. Z każdym kilometrem przemierzonym w kierunku wschodnim Niemcy w coraz mniejszym stopniu mogli korzystać ze swojego dotychczasowego wojskowego doświadczenia. Byli tak nieprzygotowani na to, co ich czekało, że równie dobrze mogli wylądować na innej planecie. Wszystko działo się na większą skalę - zrazu nawet ich triumfy na Wschodzie przyćmiewały ich zachodnie zwycięstwa. Wielkie bitwy graniczne rozgrywały się na obszarach, na których mogło się zmieścić niejedno małe państwo zachodnioeuropejskie. Początkowo jeńcy wojenni napływali dziesiątkami tysięcy, a później setkami tysięcy. Nacierające kolumny przemierzały ogromne odległości, ale wciąż pozostawały im tysiące kilometrów do pokonania. Ci, którzy ocaleli, wspominali, że tego lata bezkresne, pyliste równiny wydawały się nie mieć końca, a lasy i bagna pochłaniały całe dywizje. Potem zaczęło padać i teren zmienił się w grząskie, wciągające błoto. A gdy przyszedł mróz i drogi znów stały się przejezdne, odetchnęli z ulgą, ale ich radość trwała krótko. Zaraz wskazania termometrów spadły tak nisko, że olej zgęstniał, maszyny się psuły, a broń zamarzała. Pod Moskwą ludzie umierali z zimna albo stawali się kalekami z powodu odmrożeń szybciej niż Anioł Śmierci zgładził kohorty Sennacheryba, choć Asyryjczyk "złotem, purpurą kohort parł" dumnie w szyku na Jerozolimę[6]. Potem Rosjanie, którzy - jak się wydawało - zostali rozgromieni, zatrzymali karkołomny odwrót, dokonali zwrotu o sto osiemdziesiąt stopni i w śniegach przypuścili fanatyczny kontratak. Niektórzy mogą pamiętać scenę wspaniałego radzieckiego kontrataku pod Moskwą z brytyjskiego serialu telewizyjnego "World at War" z lat siedemdziesiątych, którego narratorem był Laurence Olivier. Śnieg hula po ulicach płonącego miasteczka, a staruszki w rozwiewanych przez wiatr łachmanach biją pokłony i żegnają się, składając największy hołd synom radzieckiej ziemi, którzy maszerują w pogoni za Niemcami.
Niemiecki żołnierz nie miał żadnych wątpliwości co do tego, że walczy w piekle. Nie obowiązywały żadne zasady prowadzenia wojny. Pewien niemiecki weteran, który walczył jako grenadier pancerny na obu frontach, stwierdził, że na Zachodzie wojna (1944-1945) wciąż była tą samą starą, honorową grą, podczas której nikt nie wychodził z siebie, żeby postępować bezwzględnie, a walki przygasały po piątej po południu. Ale na Wschodzie "Rosjanie usiłowali cię zabić - przez cały czas!" Dowódca kompanii pancernej przeniesionej z frontu wschodniego do Normandii był zaszokowany, gdy obie strony wstrzymały ogień, aby zabrać swoich rannych. Na Wschodzie obie strony po prostu by po nich przejechały, aby dorwać wrogów. Być może najlepiej ilustruje to zagłada 6. Armii pod Stalingradem. Z dwustu pięćdziesięciu tysięcy Niemców rzuconych do walki, ochrzczonych Rattenkrieg, czyli szczurami wojny, ocalały zaledwie dziewięćdziesiąt dwa tysiące. Jedynie pięć tysięcy spośród nich przeżyło radziecką brutalność i epidemie tyfusu, aby powrócić do kraju w latach pięćdziesiątych XX wieku. Radziecki teatr wojny miał też inne aspekty. Wszystko podczas Russland Krieg było na ogromną skalę. Miała się o tym przekonać niemiecka bateria dział 88 mm ulokowana na stoku jednego z majestatycznych szczytów Kaukazu. W jednej z długich górskich dolin obserwowali przez stereoskopowe celowniki czołg T-34, który znajdował się w niewiarygodnej odległości siedmiu tysięcy metrów. Już ich pierwszy strzał, oddany tak naprawdę dla hecy, rozerwał go, przez co stał się salutem dla słynnych "osiemdziesiątek ósemek" i niesamowitych odległości w Rosji.
Mimo że niemiecka armia jako całość i pojedynczy niemieccy żołnierze trafili wprost do piekła, wykazali się niezwykłą wytrzymałością i pomysłowością. Duma Rausa z ich osiągnięć przebija we wnioskach podsumowujących broszurę "Radzieckie metody walki podczas II wojny światowej". Pisał on: "Mimo Rosji i Rosjan, mimo mrozu i błota, mimo nieodpowiedniego wyposażenia i śmiesznie małej liczebności Niemcy praktycznie w zasięgu ręki mieli zwycięstwo nad Sowietami". To, że Niemcy byli tak blisko sukcesu, mimo słabego przygotowania do walki w specyficznym środowisku Związku Radzieckiego i mimo popychającego kraj do samobójczej zagłady przywództwa Adolfa Hitlera, na wieki pozostanie świadectwem umiejętności tych żołnierzy. Z kolei to, że ponieśli klęskę, było konsekwencją nieszczęsnego przedsięwzięcia rozpoczętego w atmosferze lekkomyślności, której skutków nie odwróciłyby żadne umiejętności.
Peter G. Tsouras,
emerytowany podpułkownik
rezerwy Armii Stanów Zjednoczonych
Alexandria, Wirginia
1995