Walc wiedeński - Paulina Rabczak

-
Proszę czekać

PROLOG

1907

Mieszkanie Weberów wprost pękało w szwach od zgromadzonych gości. Ściany trzęsły się od śmiechów dzieci i przekomarzań dorosłych, a podłoga drżała od tupotu małych stóp, które przemykały po niej jak szalone. Było głośno, nawet zbyt głośno, ale Franz nie mógł powstrzymać uśmiechu, gdy stał w progu jadalni, przyglądając się temu rodzinnemu obrazkowi. Na przyjęcie z okazji zdania matury przez Karla i jego kuzyna Friedricha przybyli wszyscy najbliżsi krewni i przyjaciele. Heinrich i Katrin przyjechali z dwiema małymi córeczkami nowym automobilem prosto z Wiener Neustadt. Starsza z dziewczynek biegała beztrosko wokół stołu, ścigając się z dwójką dzieci Pauliny i Severina, a młodsza siedziała u ojca na kolanach, tuląc do siebie lalkę. Luisa, już niemal panna, z zapałem rozmawiała o balecie z córką Edwarda i Adrienne, Sylvie, która wpatrywała się w starszą kuzynkę z podziwem. Nawet matka Klary przyjechała wraz z mężem ze Szwajcarii i z dumą przyglądała się wnukom. Brakowało tylko babci Belle, która zmarła przed kilkoma laty, czego Klara do tej pory nie mogła przeboleć.

- I co zamierzacie teraz robić? - spytała Katrin, głaszcząc włoski małej Helene, siedzącej na kolanach Heinricha.

- Już przyjęli mnie do Wyższej Szkoły Technicznej! - Friedrich dumnie wypiął pierś, a Otto poklepał go po ojcowsku po plecach. - Stryjku, musisz mi powoli zacząć szukać pracy w Daimlerze!

- Ja ci nic nie będę załatwiał, dostaniesz się tam dzięki własnej pracy, jeśli zasłużysz! - obruszył się Heinrich.

- A ty, Karl? Nie chcesz iść do konserwatorium? - Paulina spojrzała na niego z ciekawością.

- Za słabo gram na fortepianie, mama potwierdzi.

Klara powoli pokiwała głową. Niestety, wyglądało na to, że muzyczna dynastia von Altenburgów zakończy się na jej osobie. Franz wiedział, jak bardzo ją to bolało. Kolejne rozczarowanie, z którym nie mogła sobie poradzić mimo usilnych starań.

- To co? - dopytywała się Adrienne. - Języki? Filozofia? Ekonomia?

Franz chrząknął gniewnie. Widział zmieszane spojrzenie Karla, który wyglądał, jakby chciał stąd uciec, i czuł, że zaraz wybuchnie złością.

- Dajcie chłopakowi spokój - powiedział stanowczym tonem. - Ja w jego wieku chciałem być profesorem historii, a gdzie skończyłem? Jako dyrektor szkoły i wydawca upadłej gazety!

Karl spojrzał na ojca z ulgą, szczęśliwy, że ten przekierował uwagę na siebie. Franz mrugnął porozumiewawczo do syna, zadowolony, że jego plan się powiódł.

- Właśnie, Franz, a nie chciałbyś jej wskrzesić? - zapytał Edward. - Może gdybyście zmienili tematykę z politycznej na kulturalną, zdobylibyście większy rozgłos?

- To chyba ty byś musiał pisać artykuły razem z moją żoną - wtrącił zgryźliwie Severin. - Nic nie poradzę na to, że ludzie nie są gotowi na socjalizm i nie chcą o tym czytać! Sami idioci w tym społeczeństwie!

- No już, nie denerwuj się, kochanie - szepnęła Paulina.

- Ty mi tu nie "kochaniuj", bo to poważna sprawa!

Po siedmiu latach małżeństwa tych dwoje dalej zachowywało się tak jak kiedyś, gdy Paulina zaczęła pracę w szkole, a Severin nie mógł sobie poradzić ze swoim uczuciem i ciągle frustrował się na biedną Paulinę. Wciąż się przekomarzali, choć po latach więcej było między nimi czułości niż zgryźliwości, a między docinkami Severin cały czas spoglądał na żonę z miłością. Po tej strasznej tragedii, która ich spotkała, Paulina wciąż była chorobliwie blada i nie odzywała się za często, ale powoli wracała do normalności. Franz współczuł im utraty dziecka z całego serca. Cieszył się, że Paulina, która po śmierci nowo narodzonej córeczki w ogóle nie wychodziła z domu, wreszcie zaczynała żyć jak dawniej i zjawiła się na dzisiejszym przyjęciu.

Rozmawiali jeszcze chwilę o polityce, sztuce, szkole Franza, nowym balecie Edwarda, modelach samochodów, nad którymi pracował Heinrich, i kolejnych działaniach fundacji Pauliny i Severina, aż w końcu zniecierpliwiony Otto wstał z miejsca, prostując się dumnie, i oznajmił tubalnym, uroczystym głosem:

- Wypijmy toast za Fritza i Karla, bo świat należy dziś do nich! Za ich przyszłość!

Po chwili do jadalni wszedł służący z butelką szampana. Franz nie chciał już sobie przypominać horrendalnego rachunku, który przysłano mu do domu po tym, jak Klara zamówiła trunki na dzisiejsze przyjęcie. Służący rozlał alkohol do kieliszków i podał je gościom. Franz obserwował syna dyskretnie, zadowolony, że Karl waha się przed wypiciem szampana. Dobry chłopak, pomyślał, przyzwoicie go wychowaliśmy. Niechby tylko Klara dała mu już spokój z tymi wyrzutami za konserwatorium.

Po chwili rozległ się brzęk kieliszków i głośne wiwaty na cześć obu młodzieńców. Dzieci odesłano do drugiego pokoju. Fritz błyszczał w towarzystwie, opowiadał dowcipy i anegdoty ze swadą światowca, kontynuował bitwę o najlepszą historyjkę z Edwardem i obsypywał zebrane damy komplementami. Karl z kolei po toaście zaszył się na sofie w kącie i siedział tam markotny, zapomniany przez gości, których uwagę pochłonął Fritz. Wszystkich prócz Franza. Podszedł do syna i wziął go pod ramię. Chłopak uśmiechnął się blado i pozwolił mu się poprowadzić. Wyszli razem na zalany słońcem balkon i oparli się o żeliwną balustradę.

- Papo... - zaczął niepewnie Karl, nerwowo przeczesując ciemne loki.

Franz widział w nim samego siebie sprzed trzydziestu lat. Karl był jego wiernym odbiciem, tylko nos miał trochę węższy, zupełnie jak Klara.

- Czemu nie bawisz się z resztą, co? Co cię dręczy?

- No bo Fritz ma już takie sprecyzowane plany na przyszłość, mama jest zła, że nie idę do konserwatorium, a ja... Ja nie wiem, co bym chciał robić w życiu. Nawet nie wiem, czy w ogóle chciałbym iść na studia, a jeśli już, to na jakie. Wiem tylko, że lubię pisać. Myśleć. Podróżować. Że chciałbym najpierw poznać świat, nim zdecyduję, w jaki sposób mógłbym mu się przydać.

Franz poklepał syna po plecach.

- Więc go poznawaj, zmieniaj, doświadczaj. Nie musisz jeszcze dzisiaj wszystkiego wiedzieć. Mama może i jest rozczarowana, ale za jakiś czas jej to minie. Rób to, czego pragniesz, i nawet jeśli nie zaprowadzi cię to tam, dokąd byś chciał, to przynajmniej będziesz mógł powiedzieć, że byłeś sobie wierny. Patrz tylko na siebie, nie na innych.

- Naprawdę?

- Tak. I pamiętaj, zawsze będziemy cię z mamą kochać, nawet jeżeli nie zawsze będziemy się zgadzać. To konserwatorium kiedyś jej przejdzie, jestem pewny.

- Dziękuję, papo - szepnął Karl i spojrzał na ojca wilgotnymi oczami.

Franz wiedział, czego potrzeba synowi. Objął go wpół i poczochrał mu włosy. Był z niego dumny, tak bardzo dumny, że miał ochotę wychylić się z balkonu i obwieścić wszystkim, jakiego cudownego ma syna. Ale lepiej, by Karl sam udowodnił to światu.

I

STRASZNE WIEŚCI

Franz powoli otworzył oczy. W pokoju panowała jeszcze gęsta ciemność, ale z korytarza dobiegały już głosy krzątającej się służby. Było więc wcześnie, zbyt wcześnie, by wstawać, zwłaszcza że dziś niedziela, zatem należało się wyspać przed południową mszą. Po kościele wybierali się na obiad do Zum Schwarzen Kameel1 razem z jakimiś artystycznymi znajomymi Klary, na co Franz nie miał najmniejszej ochoty. Wolał domowe obiady u Severina i Pauliny, na które czasem ich zapraszano.

Westchnął ciężko, myśląc, że powoli zaczyna się starzeć. Włosy miał już szpakowate, twarz pokrywały liczne zmarszczki, a do tego ciągle łupało go w krzyżu. Nie narzekał, bo niektórzy w jego wieku cierpieli na dużo bardziej nieprzyjemne dolegliwości, ale chętnie wróciłby do tamtych czasów, gdy był młodym mężem z dwójką małych dzieci, za którymi biegał po korytarzu.

- A co to się stało, że pan hrabia Weber wstał dzisiaj tak wcześnie? - rozległ się rozbawiony głos Klary.

Franz odwrócił się leniwie w jej stronę. Leżała na boku i podpierała się na łokciu, wbijając w niego figlarne spojrzenie. Kosmyki jasnych włosów spływały jej po twarzy, a wycięta koszula nocna ukazywała nieco zbyt dużo, by można było uznać ją za przyzwoitą, ale Franzowi wcale to nie przeszkadzało.

- Wyglądasz tak samo pięknie i uwodzicielsko jak wtedy, gdy skradałaś się po nocy na moje poddasze - szepnął.

- Kłamiesz, ale dobrze ci to wychodzi. - Wsunęła dłoń w jego włosy.

Gładziła je czule, a na jej ustach malował się ten tak dobrze znany mu uśmiech, jakby coś knuła. Franz przysunął się bliżej, położył dłoń na jej talii i pocałował Klarę w usta. Wiedział doskonale, co zrobić, by sprawić jej przyjemność, i chętnie tę wiedzę wykorzystywał.

- Wiesz, może nie masz już takich ciemnych włosów jak wtedy, ale całujesz dużo lepiej - zachichotała. - Ile to już lat?

- Dwadzieścia pięć. Cztery miesiące. Dwadzieścia dziewięć dni.

- Och, Franz, ty napra... - Głos jej się załamał ze wzruszenia.

- Oczywiście. Ten dzień zmienił wszystko. Na lepsze.

Ucałował ją w czoło, a Klara przesuwała dłonią po jego piersi i paznokciem rysowała małe kółeczka. Satynowa pościel przyjemnie chłodziła zmęczone letnimi upałami ciała. Klara pachniała kawą, papierosami i paryskimi perfumami, które jej ostatnio kupił, delikatnymi i zmysłowymi, z kwiatową nutą. Pachniała domem.

- Pamiętasz, jak chodziliśmy razem po nocy i szukaliśmy twojego brata? - zapytał.

- Tak. Pamiętam, stałam na zimnie i czekałam, aż przyjdziesz, a ty zaspałeś i zbiegłeś na dół, gdy już miałam wracać do domu! I taki byłeś biedny i siny od mrozu, bo zapomniałeś dorzucić węgla do pieca. Byłeś bardzo roztrzepany, ale czułam się z tobą naprawdę bezpiecznie... A pamiętasz, jak miał się urodzić Karl? Nie mogłam bez twojej zgody nawet wyjść na spacer, gdyż zaczynałeś na mnie krzyczeć!

- Martwiłem się, że coś wam się stanie!

- Bo przesadzałeś!

- Ale słusznie! Widzisz, urodził się nam śliczny synek...

- Nie urodził się, tylko ja go urodziłam!

- Tak, ty, moja cudowna....

- Mam nadzieję, że dobrze je w tym Sarajewie - westchnęła. - Tęsknię za nim.

- Za parę dni wróci.

Leżeli tak, rozmawiając o dawnych czasach. Franzowi przypomniało się, jak byli młodzi i dopiero co się poznali, a Klara w nocy przychodziła do niego na poddasze i uciekała przed świtem, by ojciec jej nie przyłapał. Pamiętał, jak nad ranem palili w łóżku papierosy i wpatrywali się w księżyc. To wszystko trwało krótko, ledwo kilka miesięcy, bo gdy Klara powiedziała mu o swoim stanie, musiał wziąć odpowiedzialność za to, co zrobił. Później przyszły dzieci i czuła, spokojna miłość do żony, ale tamte piękne chwile gorącej młodzieńczej namiętności były mu szczególnie drogie.

- Klaro, co ty na to, byśmy odwołali ten obiad w Zum Schwarzen Kameel i zostali dzisiaj cały dzień w łóżku?

- Ale przecież mieliśmy spotkać się z Almą Mahler! - zaprotestowała. - Wiesz, jak bardzo ją lubię.

- Wcale jej nie lubisz, a przyjaźnisz się z nią tylko dlatego, że wydaje ci się, że jej wpływy umożliwią ci wreszcie wystawienie opery.

- Masz mnie. Ale co ja poradzę, że dalej mam nadzieję, że mi się uda.

- W końcu się uda. To wyślij Almie liścik, że się rozchorowałaś, i zostaniemy w łóżku. Dobrze?

- Dobrze. Dziś dam ci się skusić. Właściwie to wcale nie miałam ochoty na ten obiad z Almą.

Franz był bardzo zadowolony z jej decyzji. Służąca przyniosła im śniadanie do łóżka, a oni siedzieli jak dzieci, zajadali się ciepłymi grzankami z masłem i rogalikami z konfiturą morelową, strzepując okruszki z pościeli, a potem leżeli razem i popijali kawę. Klara oddychała spokojnie, a Franz wsłuchiwał się w rytm jej oddechu, w poranne ptasie śpiewy i dobiegający zza okna stukot końskich kopyt uderzających o bruk. Gdzieś w oddali słychać było silnik jadącego automobilu.

- Przypomniało mi się, jak cię zobaczyłam tego pierwszego dnia u Landtmanna - odezwała się nagle Klara. - Chociaż to właściwie nie był pierwszy raz, bo widywałam cię wcześniej na schodach. Kata całymi dniami powtarzała mi, jaki jesteś przystojny i inteligentny i że powinnam się tobą zainteresować...

- Kata ma gust!

- A ty za to nie masz ani krztyny skromności! - Klara szturchnęła go w żebro, a zaraz potem przepraszająco musnęła wargami jego usta. - Musimy się do niej wybrać na lato. Może Philippowi uda się umówić ten koncert w Paryżu, o którym ci już mówiłam.

- Ja dalej nie wiem, coś ty zobaczyła w tym Philippie, że powierzasz mu organizowanie swoich koncertów.

- Jesteś zazdrosny? On tylko zajmuje się moją karierą, i to głównie zagraniczną. W Austrii nie ma takich znajomości jak ja, ale w Paryżu już tak. Gdybyś mi pozwolił na studia w Paryżu, to sama bym się tym zajęła, a tak to...

- No już, wcale nie jestem zazdrosny. Taki młodzik nie ma tyle doświadczenia w kochaniu, co ja, a już zwłaszcza w kochaniu ciebie. - Pocałował ją w szyję.

- Och, Franz!

Podskoczyli w łóżku, gdy usłyszeli szczęk klamki. Do pokoju weszła Luisa w koszuli nocnej zsuwającej się z jednego ramienia. Jasne włosy córki sterczały na wszystkie strony, pod oczami widniały dwie sine podkowy. Zapewne znowu wróciła nad ranem, kiedy cały dom spał.

- Papo, Karl dzwoni. Prosi cię do telefonu. Ponoć to ważne - powiedziała, zasłaniając usta ręką, by stłumić kolejne ziewnięcie.

- Już idę. - Franz wygramolił się spod przykrycia.

Klara zeskoczyła z łóżka za nim i razem wyszli na korytarz, gdzie stał nowy aparat telefoniczny. W zeszłym roku Klara nalegała, by wreszcie wymienić ten stary, a Franz z ubolewaniem się na to zgodził. Pokojówka, która do tej pory trzymała słuchawkę, podała ją Franzowi. Klara stanęła tuż obok, poprawiając koszulę nocną. Nachyliła się w stronę męża, chcąc słyszeć rozmowę.

- Halo, Karl, tu papa - odezwał się Franz wśród trzasków dobiegających z drugiej strony. - Coś się stało? Wszystko dobrze? Zazwyczaj nie dzwonisz w niedzielę rano.

- Papo, arcyksiążę został zastrzelony wraz z małżonką! - rozległ się rozgorączkowany głos syna.

- Co...? - zaskoczony Franz nie zdobył się na nic więcej.

- Ktoś do nich strzelił, chyba jakiś student! Wyobrażasz sobie? Jezus Maria, że też doszło do czegoś takiego!

- A co z tobą? Jesteś bezpieczny, Karli? Nic ci się nie stało?

- U mnie wszystko w porządku. Nie wierzę, drugi zamach w moim życiu! Muszę kończyć, chciałem tylko wam o tym powiedzieć, idę pisać artykuł! Ucałuj mamę, do usłyszenia!

Po chwili rozległ się dźwięk słuchawki odkładanej na widełki, a Franz odwrócił się do żony, która patrzyła na niego wyczekująco. Jej duże, szare oczy błyszczały z niepokoju.

- Arcyksiążę zastrzelony - wydusił z siebie i dopiero w tym momencie zdał sobie sprawę, co się stało.

Nagle zrobiło mu się słabo. Przytrzymał się ramienia żony, by nie upaść. Przestraszona Klara wzięła go za rękę i poprowadziła do salonu. Usadziła męża w wielkim, miękkim fotelu, w którym zwykł czytać gazetę, i usiadła na podłokietniku - coś, czego Franz nienawidził, ale był zbyt poruszony, by zwrócić jej na to uwagę.

Powoli się uspokajał. Klara głaskała go po plecach, co przynosiło mu ulgę, choć w głowie wciąż mu krążyły jak szalone myśli o tym, do czego może doprowadzić śmierć następcy tronu. Analizował ostatnie wydarzenia w świecie, porównywał je z dawnymi dziejami, które miał wyryte w pamięci lepiej niż Pismo Święte, lecz cokolwiek pomyślał, dochodził do jednego przerażającego wniosku, którego obawiał się wypowiedzieć na głos. Wstał z fotela i wyjrzał przed okno. Na jasnym niebie krążyło kilka przerażających sylwetek czarnych ptaków2. Tych samych, które widział tamtego dnia, gdy poznał Klarę, a arcyksiążę Rudolf dokonał żywota, potem zaś pojawiły się w Genewie w dniu morderstwa cesarzowej Elżbiety. Nie zwiastowało to niczego pomyślnego. Franz już zaczął się bać.

*

Paulina westchnęła, opadając na fotel. Właśnie wróciła z ojcem i dziećmi z sumy w polskim kościele. Cieszyła się, że mieszkają dosłownie kilka kroków od niego, bo gdyby Antoś i Irenka zmuszeni byli iść piechotą dalej niż do najbliższego sklepu ze słodyczami, w domu wybuchłaby rewolucja, i to bynajmniej nie socjalistyczna. Po mszy dziadek na szczęście zabrał dzieci do swojego pokoju, gdzie odbywały cotygodniową lekcję o historii Polski, a ona mogła trochę odpocząć. Była wdzięczna ojcu za to, że wciąż miał jeszcze siłę i energię na zabawę i wspominki z wnukami.

- Przyniosłem ci herbatę. - Severin wsunął się cicho do salonu.

Postawił filiżankę ze spodeczkiem na stoliku i z ciężkim westchnieniem usiadł na sofie. Paulina wstała z fotela i usadowiła się obok męża. Objęła go i położyła mu głowę na ramieniu. Severin bezwiednie przesuwał dłonią po jej włosach, nie reagując nawet na szturchanie Pauliny, którą coraz bardziej irytowało jego milczenie.

- Coś się stało, kiedy nas nie było? - zapytała.

- Nie, czemu miałoby się coś stać? - odparł, ale Paulina nie usłyszała w jego głosie przekonania. - O czym dzisiaj opowiada dzieciakom twój ojciec?

- W drodze z kościoła zaczął im mówić o stryjku Władku, powstaniu i o tym swoim przyjacielu, Przemku, który uratował mu życie.

- Idealna historia na dziś - burknął. - Mógłby choć raz opowiedzieć o czymś przyjemnym!

Paulina uniosła głowę i spojrzała na męża. Był czymś wyraźnie rozdrażniony - i to bardziej niż zazwyczaj - a to nie oznaczało nic dobrego.

- Kochanie, co się stało? Powiedz mi, przecież widzę, że coś cię dręczy.

- Franz dzwonił, kiedy byliście w kościele. - Severin niemal wypluł te słowa.

- I...?

- Karl pojechał do Sarajewa zrobić reportaż z wizyty arcyksięcia i jego żony. Był zamach. Arcyksiążę nie żyje.

- O Boże! - wykrzyknęła.

Nagle zakręciło jej się w głowie. Chwyciła męża mocno za ramię.

- Wiesz, co to oznacza? Będzie wojna.

- Boże, Severin, nawet tak nie mów!

- Martwię się, że ten nasz mały świat, który z taką pieczołowitością budowaliśmy, wkrótce runie. Przecież ledwo wróciliśmy do normalności po... No wiesz... - zająknął się Severin.

Paulina wiedziała. Do dzisiaj żadne z nich nie potrafiło mówić wprost o śmierci ich maleńkiej córeczki. Wciąż pamiętała tamte pełne rozpaczy dnie, które spędzała sama w łóżku, gdyż nie miała nawet siły wstać, a Severina przy niej nie było, bo musiał chodzić do pracy i zajmować się dziećmi. Ciągle miała mu to za złe, choć wiedziała, że nie mógł inaczej, ale nie potrafiła mówić o tym bez żalu. Nie powinni byli wracać do tego tematu. Jeszcze nie.

- Ja nie chcę zbyt dużo od losu - podjął Severin po chwili milczenia. - Chcę tylko, abyście byli bezpieczni i szczęśliwi. Ty, Irenka, Toni. Twój ojciec. Myśl, że możemy to wszystko stracić...

- Nie stracimy - odparła stanowczo. - Pewnie tylko niepotrzebnie się zamartwiasz. Może nic złego się nie wydarzy.

- Franz uważa, że wojna wybuchnie szybciej, niż się spodziewamy.

- Nawet jeśli tak będzie, to jesteśmy razem i poradzimy sobie. A może po prostu martwicie się z Franzem na wyrost. Nie powinieneś tyle o tym myśleć. Dwaj starzy pesymiści z was!

- Ja stary? - obruszył się Severin. - To już zniewaga!

- Którą i tak mi wybaczysz!

To powiedziawszy, ucałowała męża i przycisnęła się do niego.

- To co, przestaniesz o tym myśleć?

- Spróbuję. Dla ciebie.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI

1 Pod Czarnym Wielbłądem, słynna restauracja w pierwszej dzielnicy Wiednia, istniejąca od 1618 roku.

2 Nawiązanie do legendy, według której zawsze, gdy członek rodziny Franciszka Józefa ginął w tragicznych okolicznościach, na niebie pojawiały się czarne ptaki. Wykorzystana w poprzednich częściach powieści.