Była piąta rano, kiedy Paula otworzyła drzwi swojej kawalerki i zobaczyła kataklizm, a właściwie dwa kataklizmy z walizkami stojącymi na
progu jej mieszkania. Ojciec miał jedną, matka trzy. Wprawdzie
rozmawiała wcześniej z rodzicami o tym, że zamierzają zamieszkać u niej
w czasie remontu swojego mieszkania, ale nie brała tego na poważnie.
Nikt by nie brał. Jej kawalarka miała zaledwie dwadzieścia siedem metrów
kwadratowych. Nikt o zdrowych zmysłach nie wpadłby na tak karkołomny
pomysł, by mieszkały w niej trzy dorosłe osoby. Oni jednak na taki
pomysł wpadli. I właśnie go zrealizowali!
- My, kochanie, tylko na kilka tygodni - stwierdziła matka, wpychając
ojca przez drzwi wraz z walizami. - Nie będziemy ci przeszkadzać.
Paula o mało nie osiwiała. Kilka tygodni? Z nimi? Pod jednym dachem? Bez
możliwości ucieczki?!
Była wyrodną córką. Wyrodną, bo się wyrodziła, była do nich zupełnie
niepodobna. Lubiła święty spokój i kochała swoją prywatną przestrzeń.
Rodziców także kochała, nawet ich uwielbiała, ale zdecydowanie wolała to
robić z daleka.
Oczywiście, chciała im pomóc, jednak współistnienie z nimi przez kilka
tygodni na dwudziestu kilku metrach kwadratowych było dla niej czymś
niewyobrażalnym.
- Ale przecież my się tu nie zmieścimy! - jęknęła, chcąc ich wysłać do
jakiegoś hotelu, motelu czy gdziekolwiek, byle jak najdalej stąd.
Niestety, matka była nieugięta. Wszytko już zaplanowała.
- Ojciec będzie spał na łóżku polowym w kuchni - oświadczyła matka. - Ja
z tobą na tapczanie - dodała po chwili z zadowoleniem. - Przywieźliśmy
polówkę, jest w bagażniku. Mamy też fotel bujany, bo tylko w nim mogę
odpocząć - wyjaśniła. - No i trzeba zdjąć kwiaty z tej półeczki, bo
musimy gdzieś postawić Chrumka z osprzętem.
Chrumek to chomik, a jego osprzęt stanowił najbardziej wypasiony i gigantyczny chomiczy pałac, jaki można sobie wyobrazić. Chrumek był
wieczny, żył już około szesnastu lat. Za każdym bowiem razem, kiedy
zbliżał się jego kres, to albo ojciec, przekonany, że matka nie przeżyje
straty przyjaciela, albo matka, pewna, że ojciec się załamie po śmierci
Chrumka - wymieniali chomika na innego, młodszego osobnika, udając, że
to ten sam, wciąż żywy, tylko zyskujący z wiekiem coraz to nowe
umaszczenie.
- Łazienkę będziemy zajmować według grafiku - planowała matka. - Ja będę
gotować na kilka dni, żeby było wygodniej. Przywiozłam garnki,
elektryczny piekarnik postawimy obok lodówki, a szybkowar i wolnowar
ustawimy w przedpokoju, masz tam gniazdko?
Paula miała ochotę rzucić się z balkonu. Ale to nie był dobry pomysł -
wysoki parter gwarantował jedynie jakieś pomniejsze złamania, bynajmniej
nie święty spokój. Mogła też zostać i zwariować. Trzecim wyjściem z tej
sytuacji było wyjechać do babki Ciupowej, zostawiając kawalerkę we
władaniu rodziców. Babka była wprawdzie osobą bardzo kontrowersyjną,
wredną, dziwną i czasami skrajnie upierdliwą, ale Paula miała u niej
pokój cały dla siebie. I były wakacje. Wtedy rodzice mogliby do woli
demolować jej kawalerkę, razem z Chrumkiem.
Zastanawiała się, czy łatwiej jej będzie znieść babkę z jej dziwactwami,
czy ojca i matkę, siedzących jej na głowie. Zdecydowała się na babkę.
- Tylko wiecie, dziewczyny, zdjęcia to zdjęcia, róbcie sobie, ile i jakie chcecie, ale potem musi być kolejka do wstawiania, żeby nie było,
że wszystkie naraz jesteście z pętlą na szyi albo leżycie w pozycji
zwłok. Bo jak tak wstawicie na Instagram, to będzie głupio! I mają być
piękne albo choć fascynujące! Pokażcie, że macie zainteresowania!
Pokazanie zainteresowań to bardzo ważna sprawa. Kobieta nie może być
tylko piękna, to znaczy na takich konkursach nie może, bo jeszcze ktoś
by posądził, że jest głupia. Właśnie dlatego dziewczynom startującym w konkursie na miss tego czy tamtego zadawane są też pytania. Oczywiście
nie mają kluczowego znaczenia. Nikt nie sprawdza znajomości tabliczki
mnożenia, ale między suknią balową a kostiumem kąpielowym zawsze ktoś
pyta o zainteresowania. Dobrze więc je mieć. Jakieś, jakiekolwiek. To
może być ekologia, ale już nie ekologizm. Moda odpada, bo to zbyt
oczywiste. Literatura też nie jest dobra, bo jak zapytają, trzeba by
znać jakiś tytuł. Zdrowe żywienie jest już zbyt oklepane. No, ale
światłocień ze zbrodnią jest zawsze ciekawy.
Tylko nie wolno z nim przesadzić.
- Ja tam leżeć nie zamierzam, tam muszą być jakieś robale albo mrówki i te pieprzone iglaste paprochy, mowy nie ma - oświadczyła Aurelia. - Wy
sobie leżcie, a ja sobie cyknę na wisielca albo z gilotyną. Całkiem
dobre, jakby je ciut potem jeszcze obrobić? Krew, jakieś duchy czy co?
Wybrały się do Parku Zbrodni trochę się rozejrzeć.
W oddali zobaczyły Mietka Kropidłę, który biegł kupić sobie piwo na
stacji. Tego oczywiście nie wiedziały, ale Mietka zdążyły już poznać, bo
poprzedniego wieczoru trochę z nim zabalowały.
Impreza była szalona, ognisko buchało iskrami, a kiedy dziewczyny
wreszcie padły, komary rozsmakowały się w ich młodej świeżej krwi tak
bardzo, że obudziły się w czerwonych plamach, a na odkrytych częściach
ciała miały bąbel na bąblu.
A jednak były szczęśliwe.
Mimo wszechobecnego zapachu majeranku nie czuły się bliższe formuły niż
w swoich domowych zaciszach, a przecież...
Formuła z Wiedźmian była sławna w całym internecie i każdy wiedział, co
się na nią składa, tylko nikt nie wiedział ani jak ją zrobić, ani jak
zastosować. Sławę bowiem zyskała w sposób szeptany, czyli znajoma
znajomej słyszała, widziała, czytała, ale nic poza tym. Głównym jej
składnikiem było słowo "podobno", a głównym hasłem reklamowym "podobno
genialna!". Poza tym żadnej gramatury, przepisu, nic.
Jedni twierdzili, że trzeba to pić, inni, że wklepywać, znaleźli się też
tacy, którzy chcieli to palić.
Dziewczyny nie były nawet pewne, na co dokładnie ma działać. Przeczuwały
jedynie, że najważniejszy jest chyba pierwszy, podstawowy składnik.
- No, ale ten majeranek? Niby co z nim robić? Przecież nie będę się
smarować majerankiem! Nie jestem kiełbasą! - piekliła się Karola. Ona
przynajmniej umiała się wykłócać o swoje i była na tyle odważna, żeby
wyrażać zastrzeżenia, inne się bały.
Kalina nie lubiła czegoś takiego.
- Jak już znajdziemy, a wiem, że znajdziemy, to sama zobaczysz -
burknęła Kalina. - Do niczego nikogo nie będę zmuszać, powiem tylko, że
to jest w waszym interesie. Nie dość, że można na tym zarobić, to
jeszcze może działać.
Stwierdzenie, że "można na tym zarobić", likwidowało wszelkie
niedogodności i niezgodności.
Wiedźmiany to nie było miejsce z bajki, a już na pewno dla miastowych.
Żadnych knajp (mordownie się nie liczą), żadnych klubów, promenad (jeśli
już są, to zabójcze dla szpilek), bulwarów, nadrzecznych błoni
oświetlonych latarniami, zresztą tu nie było nawet rzeki ani rzeczki,
był tylko zamulony, śmierdzący staw. Latarni też nie było. Miejscowi
jakoś sobie z tym radzili, im po prostu takie atrakcje nie były
potrzebne, ale przyjezdnym brakowało rozrywek, więc organizowali je
sobie sami. Tak jak wczorajsze ognisko, na które przypałętał się Mietek.
Dziewczyny szły do parku jak na ścięcie. Makijaż zajął im zaledwie po
dwie godziny, był więc niedokładny i nieidealny. Kac robił swoje i wyłaził na twarz aż za bardzo, a przecież miały pozować do zdjęć.
- Aparaty? Wzięłyście aparaty? - zapytała Kalina, bo wejście do parku
było płatne, więc latanie tam i z powrotem mijało się z celem.
Dziewczyny oczywiście miały wszystko: aparaty, telefony z aparatami,
dodatki, żeby zdjęcia były choć trochę zróżnicowane, czyli chusty,
chustki, szale, jakieś gadżety. Były obładowane wszelkim dobrem.
W ostatniej chwili dołączyła do nich Paula. Jako jedyna nie była
specjalnie niczym obwieszona i cieszyła się na tę wycieczkę. Dziewczyn
właściwie nie znała, ale uznała, że są dla niej ciekawszym towarzystwem
niż babka. Zamieszkały u sąsiadki babki, były głośne, kolorowe i mniej
więcej w tym samym wieku co ona.
- Ale ty przecież nie zamierzasz iść z nimi na Truchlisko? - zapytała, a właściwie stwierdziła babka Ciupowa, która wybiegła przed dom, patrząc
na wnuczkę oczami wielkimi niczym spodki. - Oszalałaś?! Nie wolno! To
niebezpieczne!
Paula wzruszyła tylko ramionami.
Truchliskiem nazywano tę część wsi, a właściwie lasu, na której
znajdował się Park Zbrodni - zanim jeszcze się tam pojawił. Nawet nie
chodziło o cały ten teren, jedynie o wzgórze, na którym Pakosiowa
ustawiła swój dom z horroru. Truchlisko było miejscem niezwykłym. Nie
dlatego, że coś się tam działo teraz czy kilka dni wcześniej, lecz
dawno, dawno temu - tam chowano czarownice. To był taki niby-cmentarz.
- A dlaczego miałaby nie pójść? I co to za kartoflisko? - zapytała nieco
zalękniona Aurelia, która usiłowała swoje zalęknienie opanować, trochę
bezskutecznie.
- Lepiej uważajcie, one tam są! Naprawdę - odpowiedziała jej babka,
bardzo z siebie zadowolona. Niektóre kobiety lubią straszyć inne
kobiety. Zazwyczaj robią to, kiedy któraś jest w ciąży i zbliża się do
porodu. Opowiadają jej wtedy straszliwe rzeczy. Niestety, ostatnio coraz
rzadziej spotyka się kobiety w ciąży, więc do straszenia nadawała się
każda inna.
- Co, kartofle? - dopytywała Aurelia.
- Nie! Truchła czarownic! - Babka powiedziała to takim głosem, jakby
oznajmiała koniec świata. - W niepoświęconej ziemi! Czarownic! Truchła!
Rozumiesz?!
- A te truchła to co? - zapytała Samantha. - Zwłoki?
I to nagle je trochę zainteresowało, bo tam gdzie zwłoki... No, powiedzmy,
nie zwłoki, ale groby - może być formuła. Ktoś ją mógł tam schować.
Gdzieś na czymś, pod czymś, pomiędzy czymś...
Pakosiowa biła się z myślami. Można nawet powiedzieć, że biła się z nimi
prawie na pięści. I przegrywała. Z jednej strony, nie obchodziło jej, co
znajduje się pod stołem u Mietka w domu, z drugiej - była tego czegoś
ciekawa, a z trzeciej - o ile istnieje jakaś trzecia strona -
zastanawiała się, czy zwłoki nie są trochę jej, choć nie powinny być.
Wiedziała, że jeśli to zwłoki, zaraz każdy powie, że mają coś wspólnego
z nią, a jeżeli nie zwłoki, to też padnie na nią, bo może to być
zagubiona turystka, która przyjechała do parku, albo jakaś zagubiona
dusza.
Zagubione dusze czarownic też łączono z Pakosiową, bo przecież to ona
kupiła Truchlisko, choć nie powinna była kupować. Ale - o dziwo! - nikt
jakoś nie miał pretensji do tego, kto wystawił Truchlisko na sprzedaż.
Samo kupno może by jeszcze Pakosiowej darowano, ale to, jak je
zagospodarowała, już nie. Tutejszym zwyczajem powinna zostawić wzgórze
takim, jakim było, albo gdzieniegdzie posadzić majeranek, łopian i wysiać polne chabry.
Samo Truchlisko uważano za miejsce przeklęte, a więc nie należało się do
niego za bardzo zbliżać. Nikomu jednak nie przeszkadzało jako miejsce
schadzek czy śmietnisko, z opcją załatwiania potrzeb fizjologicznych,
wszystkie inne czynności budziły grozę. I czarownice!
Tak, podobno można je było obudzić.
Pakosiowa teren kupiła tanio i nie zamierzała przejmować się legendami,
ale musiała dbać o swoje interesy i na wszelki wypadek postanowiła
sprawdzić, kim jest kobieta spod stołu. Najbardziej chciała, żeby była
zwidem. I bardzo na to liczyła. Miała zresztą wszelkie ku temu podstawy,
bo informacje uzyskała od Mietka, a jemu zdarzało się widywać przeróżne
rzeczy, o krokodylu w asfalcie nie wspominając.
Poszła więc do domu Mietka, który znajdował się niecałe trzysta metrów
dalej. Wygrzebała klucz spod doniczki, wytarła go w spodnie i weszła do
ciemnej sieni, a stamtąd do jaśniejszego pokoju, gdzie stały wersalka,
stół, fotele i telewizor. Jednak najbardziej rzucały się w oczy... zwłoki
pod stołem.
Były tam! Z pewnością nie był to zwid ani majak.
Pod stołem leżała dość korpulentna kobieta ubrana w garsonkę. Miała
chyba siną twarz, chyba otwarte oczy i chyba rozbitą głowę. Wszystko
chyba, bo tę część kobiety zasłaniała serweta i cerata. Pakosiowa tylko
zerknęła, bo, szczerze mówiąc, z prawdziwymi zwłokami nie chciała mieć
do czynienia, tym bardziej z policją i posądzeniem ją o jakiś - może
nawet czynny - udział w tym zajściu.
Kobieta była zdecydowanie martwa.
Pakosiowa z wrzaskiem wybiegła przed dom. Nie mogła zrozumieć, jak
Mietek przegapił ten jakże oczywisty fakt.
Wyciągnęła z kieszeni komórkę i wybrała numer posterunku.
Mietek wracał do domu nad ranem upalony i pijany, jak co noc po
wypłacie, a że pracował dorywczo i wypłaty też były dorywcze, to
zdarzało mu się to często.
Tym razem imprezował z turystkami, z dziewczynami, co dla niego było
rzadkością. To znaczy może tak bardzo nie imprezował, tylko dołączył do
nich i trochę się u nich zasiedział. Było ognisko i oczywiście stada
komarów. Jemu nie przeszkadzały, ale turystkom dobrze dały w kość,
szczególnie tym, które przesadziły i padły w boju. Nie że zaraz bardzo
padły, tylko trochę.
Z powodu zawrotów głowy Mietkowi droga się dłużyła, ale w końcu dotarł
do furtki i wszedł na zachwaszczoną dróżkę. Kopnął dziurawy garnek,
poklepał krokodyla, który wyłonił się z asfaltowej rzeczki w sadzie,
zjadł kilka kanapek rosnących na krzaku przed domem, westchnął, otworzył
drzwi i już miał wejść do kuchni, kiedy zobaczył kobietę leżącą pod
stołem.
- Szlag mnie zaraz trafi! Co on dodał do tego zielska? Takich efektów
jeszcze nie miałem - poskarżył się nieistniejącym sąsiadom, pomamrotał
trochę do siebie i poszedł się położyć.
Wyimaginowane kanapki nie wystarczyły na długo, więc po godzinie wstał,
wygrzebał z lodówki kawałek zeschłej, ale - jak sądził - jeszcze
jadalnej pasztetowej, dwa jajka, cebulę, śmietanę z lekko tylko
widocznym śladem pleśni i kaszankę. Wrzucił to wszystko na patelnię.
Wyłowił skorupki jaj, zamieszał i zaczął jeść prosto z patelni. Po
chwili jednak włączył gaz. Z chlebaka wyciągnął kilka kromek niezbyt
świeżego chleba.
Zamyślił się nad światem. To trochę trwało.
Kiedy maź na patelni lekko już się przypalała, znów sięgnął po łyżkę i zaczął jeść.
Danie nie należało do luksusowych, ale było, istniało, co w takich
chwilach miało kolosalne znaczenie, bo po mieszance przeróżnych
specyfików i wypaleniu sporej ilości zioła zawsze był tak głodny, że
zjadłby wszystko, nie wyłączając kociej karmy.
Tyle że się skończyła.
Mrusia zaopatrzyła go w trzy zdechłe myszy, które leżały jak wyrzut
sumienia na kuchennym stole, ale nie był w stanie ich zjeść. Znaczyło to
tylko tyle, że karmy nie ma już od kilku dni i Mrusia musi radzić sobie
sama, co zawsze robiła niechętnie.
Zignorował to, że Mrusia nie żyje już co najmniej tak długo jak jego
matka i że karmy nie kupował w ogóle.
Myszy nie zrobiły na nim wrażenia.
Westchnął z rezygnacją, wylizał patelnię i wrócił do łóżka, po drodze ze
zdziwieniem spojrzał na kobietę pod stołem.
Nadal tam leżała.
Mimo wszystko, z domieszką czy bez, towar pierwsza klasa!
- Przebąki są, że pójdzie ten konkurs - powiedziała Aurelia. - Podobno
facet od castingów już buszuje w sieci, ale to ma być najpierw grupowo.
Potem dopiero będzie dziewczyny wybierał. Wiecie, jaki zapowiada się
szał?! Wszystkie pindzie się posrają, a ta, która zwycięży, to normalnie
utopi się w szampanie i będzie srała dolarami.
Konkurs na Miss Instagrama był legendą. Ta legenda krążyła od lat i raczej nie miała wiele wspólnego z rzeczywistością, ale wiele dziewczyn
się na nią łapało, wiele marzyło, a były i takie, które wierzyły w nią
niczym w prawdę objawioną.
Znane są legendy wiejskie, te od krasnoludków i całowania żab, by
przemienić je w książęta przecudnej urody, z kasą i posiadłościami. I to
w zasadzie bywa prawdą, bo jeśli ktoś ma kasę i posiadłości, od razu
wydaje się dziewczynom księciem, nawet gdy ma wulkany pryszczy na twarzy
i budyń zamiast mięśni na brzuchu. Są też legendy miejskie, te z czarną
wołgą i krokodylem wyłażącym z muszli klozetowej na warszawskim
Ursynowie. Krąży też wiele legend sieciowych. O ludziach rozdających
miliony przypadkowym użytkownikom internetu albo o karierach z YouTube'a. O kuzynie z Nigerii, który zmarł przed własną śmiercią i ma
takie samo imię, dlatego prawnik albo barista z tejże Nigerii ma dla
kogoś miliardy. Ludzie wierzą i nawet się na to łapią.
Legenda o szykującym się konkursie na Miss Instagrama krążyła od dawna.
Ten konkurs elektryzował, kusił i wywoływał skrajne emocje. Wszyscy
wiedzieli, że ma być, że się szykuje, że będzie, wiedzieli też
oczywiście, że mogła to być zwykła plotka, tyle że na takie plotki
dobrze jest być przygotowanym. W sieci są miliardy zdjęć dziewczyn,
które pragną być zauważone.
Aby zwiększyć swoje szanse, trzeba jednak coś zrobić.
Takiej okazji nie można przegapić. To by było straszne, wręcz karygodne!
Żeby więc jakoś w to wejść, niektóre dziewczyny postanowiły stworzyć
grupę. To nic nie kosztuje. Żadna wprawdzie nie wiedziała, do czego taka
grupa jest potrzebna, ale wszystkie były przekonane, że taka potrzeba
rzeczywiście istnieje.
Dziewczyny w grupie mogły się też lepiej promować. Razem miały większe
szanse, przynajmniej na pierwszym etapie, bo potem to już wiadomo... Każda
liczyła na więcej, każda wierzyła, że jest tą jedyną. Najmniej szans
miała chyba Kalina, ale ona potrafiła pomóc innym dziewczynom, jakoś je
zorganizować, co na tym etapie było najważniejsze. Już rekrutacja
pokazała, że nadawała się do tego idealnie.
- Kaśki z nami nie będzie? - zapytała Aurelka trochę zdziwiona, a Kalina
tylko wzruszyła ramionami i powiedziała:
- Wypadła za majonez, a Monika za flaczki po zamojsku. Nie mogłam się na
to zgodzić, chyba wiadomo, nie? Mamy być najlepsze! Nie śmieciowe!
Żadna z dziewczyn nie zareagowała obrazą, bo to było oczywiste. Majonez?
Przecież majonez jest synonimem bezguścia, a flaczków nawet po zamojsku
nie jada się na salonach.
- A ta Danka? Przez co odpadła?
- Przez lakiery do podłóg. - Kalina wzruszyła ramionami po raz kolejny,
potem pokręciła głową, zrobiła skrzywioną minę i rzuciła: - Czy to tak
trudno zrozumieć, że nie rozdrabniamy się na pierdoły?! Żadne termomixy,
majonezy i inne gówna. Jesteśmy modelkami! Rozumiecie?! To ma być nasza
działka! Jak to wygląda, żeby ktoś, kto się zajmuje czymś takim na
poważnie, odwalał posty z takim gównem?! Rozumiecie, prawda?
Początkowo myślały, że liczy się tylko wygląd, ale Kalina im
uświadomiła, że jest inaczej.
I miała rację.
- Pasztet wam urody nie doda, rozumiecie? Ani kaszanka!
Jasne, że rozumiały. I dlatego właśnie szykowały się na prywatne
zgrupowanie modelek, choć nie było to takie proste, bo wszystko
organizowały sobie same. Grupę też założyły same i same zamierzały jakoś
to pociągnąć i jeszcze trochę na tym zarobić. Pewnie, że nie teraz,
później. W ostatecznym rozliczeniu każdej prawie działalności błyska na
horyzoncie kasa, choć nie każdemu udaje się do niej dobrać.
- A ciałopozytywność przejdzie, czy też wypada? - zaryzykowała pytanie
Samantha.
Zdębiały.
Samantha miała tak naprawdę na imię Czesława i usiłowała zaistnieć na
Instagramie jako TschesWaVa, ale zupełnie jej to nie wychodziło. Jak
tylko ktoś przeczytał na głos jej nick, od razu wyłapywał problem i leciało: "Co u ciebie, Cześka" albo "Jak leci, Czesławo" - nienawidziła
tego. Nienawidziła! To imię było dla niej traumą i zaświadczeniem, że
jej matka chciała ją skrzywdzić już w niemowlęctwie. Poza tym psuło
wszystkie zdjęcia. Nawet zmiana z Czesławy na TschesWaVa nie pomagała,
ale Samantha - jak najbardziej.
Poza tym dziewczyna miała głowę na karku, ale ręce zdecydowanie lewe.
Interesowała się wszystkim, co może dać jakiś zarobek i nie wymaga
siedzenia w pracy oraz - co ważne - nie szkodzi na hybrydy. No i robiła
genialne selfie. Miała w tej dziedzinie spore, wypracowane przez lata
doświadczeń, umiejętności. Używała przeróżnych tricków. Wiedziała, jak
stanąć, żeby nogi sięgały do nieba, a nie tylko do szyi. Jakie światło
nada jej interesującą bladość, a jakie pokaże jej wewnętrzny blask. Raz
próbowała nawet z ledowymi światełkami zamkniętymi w ustach, ale wyszło
paskudnie, trochę jakby wymiotowała błękitną poświatą. A gdy robiła foto
pośladków, to rozsmarowywała na nich nabłyszczacz do kwiatów, kakao i złoty cień do powiek tak umiejętnie, że wyglądały, jakby każdy z nich
był w siódmym miesiącu ciąży i to bliźniaczej.
Potrafiła cuda.
Liczyła, że to jej się przyda.
Kalina zajęła się stroną organizacyjną, a pozostałe dziewczyny sprawami
urody. Miały wstawiać jak najpiękniejsze zdjęcia z najlepszymi
hashtagami. Moda, biuściki, kolanka, makijaż, dekolty, a nawet plecy.
Kalina zrobiła badanie rynku i wysłała kilkanaście ankiet do wypełnienia
na Facebooku. Wyszło jej, że jeżeli chcą cokolwiek osiągnąć na
konkursie, muszą się zjednoczyć. Instagramer jako taki już się nie
liczy. Zero, nul, bez sensu, marki nie zbuduje, może będzie niezły, może
nawet dobry, ale wielki nie będzie, a tylko wielcy są wielcy, no i...
zarabiają!
To oczywiście jeszcze nie znaczy, że jest źle. Nie! O ile instagramer
czy samotny bloger się nie liczy, to grupa tak. Tyle że nie chodzi o jakąś grupę przypadkowych ludzi, nawet jeżeli wszyscy są lub nazywają
się blogerami, chodzi o specyfikę i pewną specjalizację.
Nic poza specjalizacją nie wchodzi w grę.
- Wszystko inne musi pójść w odstawkę - oświadczyła Kalina kilkunastu
chętnym dziewczynom. Nie wszystkim się to spodobało, bo niektóre miały
swoje wypracowane już układy, a grupa, którą zakładały, dopiero
raczkowała i jej rozwój pozostawał na razie w sferze marzeń. Z jednej
strony, była dla nich szansą, z drugiej - mogły zbyt dużo stracić. Grupa
mogła nie wypalić albo - przeciwnie - być super, ale nie dawać korzyści,
na jakie liczyły. A liczyły na cudeńka, kontrakty na ciuchy, reklamy
bielizny, mydełka, maskary... Towary ze "złota i platyny", czyli produkty
marek z najwyższej półki, tak drogich, że przeciętny człowiek pracuje na
to latami. Ale tak naprawdę wzięłyby wszystko, co dawało jakiekolwiek
wymierne korzyści. Miały świadomość, że najpierw byłyby na umowach
barterowych, ale potem? Mierzyły wysoko! Gdyby grupa się sprawdziła albo
wygrała w konkursie, czekałaby na nie brzęcząca gotówka!
I głęboko w to wierzyły.
Wierzyły też w Kalinę. Była zdecydowana, twarda, czasami może wredna,
ale zawsze wiedziała, co robi. Takie przywódczynie się szanuje.
- No, co z tą ciałopozytywnością? - ponowiła pytanie Samantha.
- Ciałopozytywność? No, nie wiem. Podobno od tego się tyje -
zaryzykowała Karola.
- Od biedy, naprawdę tylko od biedy. - Kalina westchnęła. - To nie jest
nasz target. Jeżeli już musisz? Ale lepiej, żebyś nie musiała musieć.
Samantha zrezygnowała. Nie z grupy, o nie, z propagowania idei
ciałopozytywności.
Było więc ich ledwie cztery: Samantha, Karola, Aurelka i - oczywiście -
Kalina, która to wszystko wykombinowała. Dla niektórych w sieci tempa
dzida i wariatka, osoba, która wymagała posłuszeństwa, lojalności i cholera wie czego w zamian za: "na razie jeszcze nic nie zarabiamy, ale
to się zmieni".
Pozostawało wierzyć. Dziewczyny należały do tych łatwowiernych.
Instagram już się o to postarał i zrobił im niezłą papkę z mózgu.
Zorganizowanie wspólnego wyjazdu było pomysłem Kaliny. Miały się poznać
i polubić. W zasadzie to drugie nie było wcale konieczne, ale bliższe
poznanie się miało sens. Któregoś wieczoru, kiedy wszystkie były już
zmęczone i odrobinę wcięte, Kalina umieściła na Facebooku tekst w stylu:
"Dziewczyny, zróbmy coś razem!". Były wakacje, miały czas i tygodniowa
wspólna wyprawa w nieznane nabierała rumieńców.
- Park Zbrodni! - zaproponowała Kalina jako cel podróży. - Wszystko
załatwię, pokoje nie będą drogie, bo to wiocha, bilety też nie, a żarcie
jakoś same ogarniemy. Co wy na to?
- A po cholerę nam jakiś park? Krzaki nie są dobrym tłem. I są kleszcze,
komary, pokrzywy. Tego dla nas chcesz? Poważnie? Selfie w tarninie?
- Co to w ogóle za park? Jakiej zbrodni? Po co nam to? Ocipiałaś?!
Zbrodnia nie ma nic wspólnego z modą, no, chyba że ktoś wyleje kawę na
torebkę Vuittona.
Kalina popatrzyła na nie z ledwie skrywaną pogardą.
- Nie wiecie nawet, gdzie to jest, prawda? - zapytała, licząc, że któraś
się zorientuje.
Niestety, nie wiedziały.
- Wiedźmiany! - powiedziała z takim zachwytem, jakby obwieszczała im
wygraną w konkursie. - Wiedźmiany! Rozumiecie?
Nie rozumiały. To sprawiło, że Kalina zaczęła się naprawdę zastanawiać,
jakim cudem je wybrała. Takie rzeczy się wie. Po prostu się wie! Była
zniesmaczona.
- Formuła! Coś wam to mówi?
Dziewczyny zamarły.
- Ale ta formuła?! Ta?! Poważnie?! Ta?! - jęknęły z zachwytu. - Nie
robisz sobie jaj?
Zgodziły się.
- Pani Pakosiowa, wasze zwłoki mi się pod stołem walają. Nie wiem, skąd
one się tam wzięły, ale niech pani je zabierze, bo przeszkadzają -
oświadczył Mietek pewnym głosem z dość roszczeniową miną, którą
wyćwiczył przed lustrem, żeby nie przegapić możliwości, jakie dawało mu
znalezisko.
Pakosiowa pokręciła głową z wściekłą dezaprobatą.
- Jakie nasze zwłoki? Jakie nasze?! Nasze leżą pod jabłonią, sama
sprawdzałam! Innych na dziś nie brałam! Tylko te jedne. Kukuła leży z tasakiem w głowie.
Mietek spodziewał się takiego obrotu sprawy, w końcu Pakosiowa rzadko
rozkładała zwłoki w cudzych domach, ale nie zamierzał odpuścić.
- Kiedy ta baba zaległa mi pod stołem... bez tasaka. Pani coś zrobi, bo
szlag mnie już trafia na jej widok.
Pakosiowa zrobiła zdziwioną minę.
- Baba? Przecież ja bab nie biorę. Zaraz im turyści pod spódnice
zaglądają albo usta-usta chcą robić!
- A nie, to nie taka, starsza jakaś, tej by nikt nie zaglądał.
Paniusiowata. Ale nie bardzo się jej przyglądałem.
Pakosiowa się wściekła, pewna, że ktoś znowu usiłuje ją naciągnąć. Dość
często się to zdarzało, odkąd rozkręciła interes.
- Ja już znam te wasze układy! Wiem, jak jest! Sprzedaje się nielegalnie
miejsce zbrodni, żeby taki czy inny mógł się napić, wyspać i przy okazji
jeszcze zarobić! - wrzasnęła wściekła. - Ja na to nie idę! Potem turyści
spacerują, a tu zwłoki zaczynają chrapać! Zwłoki nie mogą chrapać!
Proceder, czyli sprzedawanie miejsca do leżenia, kwitł w najlepsze i pewnie by kwitł nadal, gdyby Pakosiowa nie zaczęła sprawdzać, co i jak.
No i gdyby nie policja, bo kiedyś jeden sobie alibi zapodał: leżał jako
zwłoki, a poszedł kraść do marketu - i wyszło szydło z worka.
Ludzie potrafią kombinować, a tym bardziej w takiej sytuacji. Nawet nie
była specjalnie zdziwiona. No, bo praca była super, tylko leżeć i udawać
martwego. Nie wymaga to wielkich kwalifikacji. Cisza, spokój, ptaszki
śpiewają, trochę selfie z turystami, wiadomo, na to nic się nie poradzi.
W ogóle idea parku była świetna. Na niewielkiej przestrzeni pociętej
ścieżynkami i podzielonej sztucznie, ale zgrabnie na ciekawe zakątki
było wszystko. Pakosiowa już się o to postarała. Była stara gilotyna
kupiona od jakiegoś magika, prawie amerykański dom jak z horroru,
szubienica z sugestywnie dyndającym sznurem, wrak spalonego samochodu
czy stare zdezelowane wesołe miasteczko z tunelem miłości, które chyba
straszyło najbardziej. Wszystko było po prostu wspaniałe i gdyby nie
ogrodzenie i nazwa, ludzie mogliby pomyśleć, że to zwykłe śmietnisko z walającymi się makabrycznymi odpadami. W jednym miejscu leżał jakiś
szmaciany klaun z obciętą głową, w innym kilka makabrycznych lalek i zwłoki, czasami z trzonkiem noża wystającym z piersi, czasami z plastikowym tasakiem przymocowanym do głowy... Wszelkie pomysły rodem z Halloween doskonale się sprawdzały. Wciąż trzeba było jednak wymyślać
nowe, kombinować, bo turyści szybko się nudzili.
Zwłoki były zazwyczaj żywe, w odróżnieniu od reszty eksponatów, i leżały
jedynie od dziesiątej do siedemnastej. Pakosiowa uważała, że dodaje to
autentyczności całemu przedsięwzięciu. Początkowo zatrudniała wszystkich
jak leci, ale niektórzy tak się starali, że miejscowa policja, która
przyjechała kilka razy, wezwana przez jakiegoś turystę, kazała jej
staranniej dobierać kandydatów na zwłoki i odrzucać tych zbyt
sugestywnych.
Zabronić jej nie mogli, ale upomnienie otrzymała.
I pouczenie, a także kilka sugestii.
- Zero kobiet, szczególnie młodych, a nie daj Boże ładnych i do tego w spódnicach czy sukienkach - na szczęście chętnych nie było. - Zero
facetów po wieczornych ustawkach, bo podbite oczy i rozbite głowy jednak
robią paskudne wrażenie.
Zostało więc tylko kilku meneli, którzy byli dość paskudni na
sprawdzanie im pulsu, ale dość malowniczy, by pasować na zwłoki.
Zarabiali i to nieźle. Ale zarobku wciąż im było mało, więc
odsprzedawali swoje miejsca innym.
No, ale baba?!
- I gdzie ona? W domu? U ciebie, Mietek? - Pakosiowa nie dowierzała. -
Może znów zwidy masz, jak ostatnio, co żeś pierogów w wychodku szukał?
- Nie, no nie mam zwidów. Wczoraj też tak jakoś myślałem, ale dziś rano
już nie, normalnie leży.
- No to, czy ja wiem? Moje to one na sto procent nie są, te zwłoki. Może
poczekaj, baba się wyśpi i sama sobie pójdzie, czy jak? - zaproponowała,
nie bardzo wiedząc, co zrobić.
- Tylko wie Pakosiowa, ja to tak sobie myślę, że ona to nie za bardzo
powinna tak spać. Ubranie kościołowe bardziej, normalne buty też, nie od
gnoju... Tak za bardzo to ja jej nie oglądałem, ale macie rację, jak śpi,
niech śpi. A jakby co, to co mam robić? - zapytał na wszelki wypadek.
- Jakby jakie co?
- No, jakby nie wiem? Leżała, powiedzmy, jeszcze jutro, to jak?
- Ooo, to szlag, wtedy chyba policję trzeba by wzywać, żeby ją sobie
gdzieś do wytrzeźwiałki zabrali, czy co?
Pakosiowa nie chciała Mietka straszyć, ale wiedziała, że gdyby kobieta
jeszcze jutro tam leżała, to raczej wytrzeźwiałka nie wchodziłaby w grę.
Znając jednak Mietka, wiedziała też, że jeżeli go nastraszy, gotów jest
do domu przez tydzień nie wrócić, żeby uniknąć ewentualnej wizyty
policji. Jednakże Mietek to jednak Mietek, a więc nikt go nie brał na
poważnie.
- A ona to jakaś może tutejsza?
- A bo ja wiem? Nie przyglądałem się, ale tak jakby bardzo do mojej
byłej teściowej podobna.
- Twoja teściowa nie żyje! I to już od dawna.
- No, niby wiem, ale kilka razy ją przecież widziałem, jak chodziła po
polu z kosą. Kto to wie, żyje, nie żyje? Może wstała i się pod moim
stołem położyła tak po martwemu?
- Mietek, ogarnij się! - jęknęła Pakosiowa. - Masz tu dychę, kup sobie
jakieś piwo, czy co, bo zupełnie od rzeczy gadasz.
Ucieszył się ze zdobyczy i od razu pobiegł do piwopoju. Co prawda liczył
na więcej, ale i dycha dawała szanse na poratowanie zdrowia.
Mietek teściową kiedyś miał, a zwidy miewał na bieżąco.
Teściową załatwiła mu matka. Nie żeby zabiła, znalazła. Wydała synka za
całkiem fajną dziewczynę z sąsiedniej wsi, jednak ta była za głupia, by
przed ślubem się zorientować, czym Miecio pachnie. Po ślubie zmądrzała i pogoniła dziada, ale swoje przeszła. Kobiety nie mądrzeją tak od razu.
Jej zajęło to kilka lat.
A zwidy to Mietek miał, w sumie nie wiadomo od czego. Może od majeranku?
Dookoła wsi ciągnęły się majerankowe zagony i pachniały dość
intensywnie. No, ale majeranek nie powoduje przecież zwidów. Owszem,
bywały często po zjedzeniu grzybków i marychy, a inne to nawet bez
wspomagania. Nikt się jednak nimi nie przejmował, bo we wsi było
wiadomo, że jego była teściowa miała sporo za uszami.
I nie tylko Mietek ją widywał, mimo że od jej pogrzebu upłynęło sporo
czasu.
Dziewczyny znały się już dość dobrze. Nie osobiście, lecz zdalnie.
Codziennie ze sobą rozmawiały. Łączyła je bliskość internetowa, choć
oczywiście istniało też między nimi współzawodnictwo, które dotyczyło
zwłaszcza ciał, na pewno nie intelektów. To jednak nikomu nie
przeszkadzało. No bo co taki intelekt może? Nic. Nie widać go, a Instagram to tylko obrazki. Jasne, że można zrobić inteligentną minę do
zdjęcia, mieć rozgarnięte spojrzenie czy w mądry sposób zmarszczyć brwi,
ale - tu uwaga! - zmarszczki pozostają, jak się z tą mądrością
przesadzi. Tak więc urodą ciał dziewczyny były tak jakby razem,
natomiast psyche osobno. Takie już jest życie pięknych kobiet!
Niektóre próbowały promować się książkami, na co Kalina łaskawie się
zgadzała, ale, wiadomo, książki marnie przyciągają followersów,
zdecydowanie lepsze są cycki.
Ogólnie rzecz biorąc, najlepiej być pięknym, sławnym i bogatym, ale nie
oszukujmy się, nie jest to wymóg akurat Instagrama - w życiu zawsze
lepiej być pięknym, sławnym i bogatym. I w zasadzie to się ze sobą
wiąże. Bo jak się jest pięknym, to można być sławnym, a za sławą idzie z reguły kasa. Nie każdy jednak "wygrywa w geny" albo dziedziczy majątek.
Ważniejsze jest jednak bogactwo, bo bycie pięknym da się teraz załatwić
prawie od ręki, oczywiście, jak już zejdzie opuchlizna pooperacyjna.
Dziewczyny były piękne! Albo może inaczej: dziewczyny uważały się za
piękne, ale to było dla nich za mało, nie wystarczało, nie w instagramowym ujęciu. Tak czy inaczej bez Photoshopa do zdjęć nie
podchodziły. Miały swoją dumę, która nie pozwalała im pokazywać boczków,
pryszczy, trądziku oraz nadmiaru kilogramów. A przecież czasami każdemu
trafi się pryszcz...
Kalina miała głowę do interesu i w tej głowie nie było miejsca na luksus
posiadania skrupułów. Ważne było "żeby", a nie "jak". Dlatego właśnie
wykombinowała coś, co było dla niej korzystne. Wykombinowała to
spotkanie, które nazwała kursem, żeby się dziewczynom trochę przyjrzeć i zobaczyć, do czego się nadają. Bo, wiadomo, zdjęcia to zdjęcia, a warto
zwrócić uwagę jeszcze na przykład na inteligencję. Dziewczyna nie mogła
być straszliwie głupia, choć za mądra też nie.
Powinna również być posłuszna, lojalna i pozbawiona ambicji, to znaczy
własnych ambicji. Nie, to jeszcze nie tak. Mogła mieć ambicje, byleby te
nie wykraczały poza lustro i bronzer oraz płyn do układania rzęs w warkocze. Brwi dziewczyny nie miały. No i ważne, żeby interesowały się
formułą.
Kalina znalazła kobietę, która wynajęła im dwa pokoje. Mieszkała
kilkadziesiąt metrów od Parku Zbrodni. Miała stary, duży dom i choć
lubiła święty spokój, to dla pieniędzy była gotowa się poświęcić. Tylko
bardzo się martwiła, czy za to poświecenie odpowiednio dobrze jej
zapłacą. Tym razem cieszyła się, że pokoje wynajęła turystkom. Uważała,
że są spokojniejsze i mniej chlają niż mężczyźni. Miała rację. I choć
dziewczyny były bardzo różne, to jednak piły rzeczywiście nieco mniej
niż faceci, no i nie sikały do zlewu.
Samantha kochała romanse, szczególnie te mafijne, oraz literaturę porno,
super się ją czytało. Nie za bardzo się do tego przyznawała, bo Kalina
uważała to za chłam, a z Kaliną lepiej było żyć w zgodzie.
Karola z kolei kochała horrory i wierzyła w moce nadprzyrodzone, czasami
nawet aż za bardzo. Jej matkę to bardzo martwiło, ale wśród koleżanek
dawało spore poważanie, bo wariatów każdy się boi i ich unika. Jednak
unikanie kogoś za bardzo widać, więc lepiej się powstrzymać. Poza tym
Karola nie była zwykłą wariatką, taką, która gada od rzeczy czy biega
nago po ulicy, ona stylizowała się na wariatkę z mocami tajemnymi, a to
przeraża, bo kto wie, co taka może?
Aurelka czy Aurelia, jak kazała się nazywać, była dziwna i bardzo jej to
odpowiadało, bo w obecnych czasach bycie kimś całkowicie zwyczajnym i normalnym po prostu nie popłaca.
Wspólne dla wszystkich dziewczyn było to, że interesowały się pięknem i formułą oraz zarobkami celebrytów.
Pojawienie się Parku Zbrodni w wiosce początkowo jakoś przeoczono.
Pakosiowa przez kilka miesięcy ściągała na swój teren zdezelowane
starocie i wszyscy myśleli, że albo będzie to wysypisko śmieci, albo
szrot.
Wysypisko tak samo cieszyło, jak wkurzało, w zależności od nastroju
sąsiadów, a ten zmieniał się często. Jak było w porządku, to i wysypisko
było w porządku, jak tylko coś szło nie tak, to do powiatu szły donosy o składowaniu niebezpiecznych odpadów, smrodzie rozkładu, ewentualnie
wycieku chemikaliów i zagrożeniu dla ekologicznych upraw majeranku,
których oczywiście nikt nie prowadził, ale przecież mógł.
Szrot był trochę lepszy, bo można było na nim zaopatrzyć się w jakiś
pasek klinowy, o ile jeszcze komuś był potrzebny, czy jakieś stare dekle
lub opony.
Park Zbrodni nie był potrzebny nikomu.
Pakosiowa kupiła teren za namową męża, świeżo poślubionego, który
uważał, że to świetne miejsce na kilka miodowych miesięcy, a może i lat.
Mąż bardzo sobie cenił święty spokój, wiejskie powietrze i sielską
atmosferę, co wydało się jej urocze, a na sprawach uroczych przecież też
da się zarobić. Miała smykałkę do interesów, lubiła zarabiać i, co
istotne, umiała to robić.
Teren został ogrodzony, odpowiednio oświetlony i nad wejściem pojawiła
się tablica z nazwą. No i dopiero wtedy rozpętała się we wsi prawdziwa
burza. Ludzie nie lubią pomysłowych sąsiadów, a takich, którzy mają
pomysł na zarobek, po prostu nienawidzą. Bo jak to ktoś tuż pod nosem
może zarabiać? Tak bezprawnie? Na turystach? Toż to rozbój w biały
dzień! Nie zapytała sąsiadów o pozwolenie! Nie pomyślała o nich! Kasę
będzie kosić, a oni będą patrzeć?! To nie do pomyślenia! Coś trzeba z tym zrobić!
Najlepiej zakazać!
Po tym, jak przepadł jej park penisów, Pakosiowa nie spowiadała się
nikomu ze swojego nowego pomysłu, bo z pewnością i ten nie doszedłby do
skutku. Często jednak powracała do tamtego projektu. Park penisów byłby
o wiele lepszą inwestycją, bo nakładów wymagał tylko początkowo, na
zakup eksponatów, a potem już zarabiałby sam na siebie. Niepotrzebny
byłby nawet stróż, bo kto ukradłby kilkusetkilogramowego penisa? A jeżeli nawet, to co, spacerowałby z nim? Jak? Nawet samochodowe
kradzieże nie bardzo wchodziły w grę... Penisy są nieporęczne.
Zbrodnia natomiast nie może popłacać. Nawet nie wolno się nią parać.
Policja dostaje białej gorączki na samo słowo "zbrodnia", bo to przecież
nie kradzież wafelka w supermarkecie, ale coś o wiele poważniejszego.
Ksiądz był wściekły, a sąsiedzi oburzeni i przerażeni, bo nie chcieli,
aby w pobliżu ich domów dochodziło do... zbrodni.
Wszystko było nie tak.
Na domiar złego zaczęto widywać dawno już przecież martwą teściową
Mietka, która przechadzała się z kosą po polach jako uosobienie śmierci,
w typowo weselnej garsonce z bazaru, w kolorze raz bordo, raz morskim, z włosami na tapir (teściowa, nie garsonka). Żadna kobieta w weselnej
garsonce nie powinna spacerować po polu, tego się po prostu nie robi, bo
to ani nie ma sensu, ani dobrze nie wygląda, tym bardziej z kosą. Ale
kosa jeszcze by uszła, gorzej z garsonką, bo pochowano ją w fioletowej i nikt nie wiedział, jak w tym grobie dała radę się przebrać. Ponadto do
kosy bardziej pasowała czarna sukienka, a już, uchowaj Boże, garsonka,
najlepiej szata z kapturem. No i teściowa Mietka była kobietą
korpulentną... Daleko jej było do kostuchy!
I dlaczego, na litość boską, chodziła po polu? Jak to tak? Pole to pole!
Niby kosa do pola pasuje, ale duch już nie. Kogo ona tam szukała w tym
zbożu czy majeranku?
To wszystko było jakieś nie takie. Wszyscy wieszczyli kłopoty.
Gdyby teściową widywał tylko Mietek, można by to jeszcze jakoś
wytłumaczyć, ale widywali ją we wsi wszyscy! To znaczy nie wszyscy,
kilka osób, i nie wszystkie były trunkowe, choć w przeważającej
większości tak.
Teściową Mietka widywały też byki Hamleta - wielkie, kudłate wielkorogie
byki, które Hamlet dokarmiał marihuaną, czego miejscowi nie mogli mu
darować. Los tych zwierząt spędzał sen z powiek niektórym sąsiadom.
Uważali, że Hamlet znęca się nad zwierzętami. Woleliby, żeby poznęcał
się nad nimi, dla dobra zwierząt.
Pakosiowa nigdy teściowej Mietka po jej śmierci nie widziała, za to
widywał ją jej brat, tyle że on chlał i to tak, że mógł zobaczyć
wszystko, łącznie z kosmitami. No i nikt jej nie widział z bliska, więc
nie było pewne, czy to rzeczywiście duch teściowej Mietka wałęsa się z kosą po polu.
Garsonkę rozpoznała Ciupowa, która kiedyś kupiła sobie taką samą, tę w kolorze bordowym: spódnica za kolano, żakiecik z odciętą baskinką z białą wszywką zamiast bluzki i z broszką na lewej piersi. Może teściowa
Mietka taką kiedyś miała? Jeszcze za życia?
Ale to też pewne nie było.
Było natomiast pewne, że coś się dzieje. I to coś złego!
Takie zdarzenia w Wiedźmianach może nie zaskakiwały, bo jak Wiedźmiany,
to i wiedźmy, ale od dawna żadnych tu wiedźm nie widywano. Owszem, lata
temu, o ile nie wieki, hasały tu, że ho, ho, całymi stadami.
Wiedźmy w zasadzie nie wstają z grobów, ale kto je tam wie?
Kto sprawdzał, niech pierwszy rzuci kamieniem.
Ludzie mogli oczywiście kłamać, ale po co? Co by to komu dało? Bo Mietek
to mógł, nigdy nie był normalny. Wszędzie widział jakieś zjawy i duchy,
tyle że nikt mu nie wierzył. Tak, Mietek mógł kłamać, tylko dlaczego
miałby to robić? Za teściową nie tęsknił, żony (byłej co prawda, ale
jednak) się bał. Nic na kłamstwie nie zyskiwał, jeżeli nie liczyć tych
kilku łyków jabola czy kieliszków bimbru, którym go częstowano przy
takich okazjach.