Trzy
cześć, mamo. - Złożyłam na jej czole pocałunek, po czym starłam delikatnie palcem odciśnięty ślad błyszczyka; wyglądał jak połyskująca muszla. Skórę miała szorstką i napiętą. - Znów masz wysuszoną buzię - mruknęłam, przyglądając się jej twarzy.
Odwróciłam głowę w stronę drzwi i upewniając się, że nikt nas nie podgląda, wyciągnęłam z torebki jej ulubione serum i nawilżający krem z filtrem.
Mama zawsze dbała o pielęgnację, a pielęgniarki (jak na ironię) często zapominały o tej części jej rutyny mimo moich ciągłych próśb i przekazywania im wszystkich kosmetyków, które kupowałam regularnie.
Mama nienawidziła się też opalać.
Używała SPF-u, nawet kiedy nie wychodziła z domu. Zawsze unikała słońca, w tym podczas licznych pobytów na plaży w trakcie wakacji; rzadko można było dostrzec wyraźnie jej rysy, skryte w cieniu olbrzymiego ronda kapelusza. Cała opatulona chustami, mówiła, że nie chce, żeby jej ciało pomarszczyło się jak śliwka w zamian za muśniętą brązem cerę przez kilka tygodni.
Wpoiła mi to tak bardzo, że sama, mimo młodego wieku, chroniłam się przed promieniami, chociaż je kochałam. Wiedziałam, że ona także - ten dystans wynikał tak naprawdę z lęku przed tym, co niewidoczne gołym okiem. Romans ze słońcem, jak ze wszystkim, ma swoje konsekwencje, tak mówiła.
Jako mała dziewczynka nie wiedziałam do końca, co ma na myśli, ale teraz, kiedy smarowałam jej popękaną twarz, chyba zaczynałam rozumieć. Bała się zranienia. Od tamtego lata, kiedy ojciec ją porzucił.
Nas wszystkich.
Zacisnęłam wargi, starając skupić się na wsmarowywaniu specyfiku w skórę. Zapach emulsji wybuchł świeżością, zabijając unoszącą się w sali chemiczną woń detergentów.
W miejscu takim jak to nigdy nie pachniało jedzeniem, a wyłącznie sterylną czystością. Pacjenci nie dostawali śniadań, herbat ani przekąsek. Wszystko, czego potrzebowali, płynęło do ich organizmów rurkami, których sieć mnie przerażała.
Minął rok, a ja wciąż nie mogłam przyzwyczaić się do widoku tej plątaniny.
Do tego, że życie mojej mamy zależy od pikających irytująco urządzeń. Cieszyłam się, że przynajmniej oddycha samodzielnie.
Nawilżyłam jej twarz i wytarłam ręce o swoje dżinsowe szorty. W kąciku ust mamy dostrzegłam jeszcze jedno zaschnięte miejsce, najprawdopodobniej strużkę śliny. Przełknęłam, po czym zdrapałam delikatnie ślad, myśląc, jak bardzo jest to popieprzone.
Zamieniłyśmy się rolami, ot tak, z dnia na dzień.
Czując pod powiekami mrowienie, które nigdy nie zwiastowało niczego dobrego, wzięłam głęboki wdech, doprowadzając się w jednej chwili do porządku. Musiałam działać zadaniowo, inaczej robiłam się słaba, chwytał mnie paraliż, a obiecałam sobie już nigdy się do niego nie doprowadzić.
Nie chciałam więcej doświadczyć tego, co można przyrównać do bycia zakopaną w piasku po szyję.
Do stanu absolutnego braku sprawczości.
Sprawdziłam dokładnie pościel, obchodząc łóżko, później piżamę mamy, jej stopy i dłonie. Poza wysuszoną cerą była zadbana, nie miała odleżyn. W klinice pracowały naprawdę wspaniałe osoby i chociaż z reguły nie znosiłam ludzi, tych tutaj traktowałam jak bogów. Dopóki sprawiali, że mama spała spokojnie, byłam skazana wyłącznie na nich.
Robert też, ale on zawsze wdawał się z nimi w długie rozmowy. Lubił dyskutować o każdym geście mamy, o każdym mrugnięciu powieką, o mimowolnym uniesieniu kącika ust. O rokowaniach.
Ja nie mogłam tego słuchać.
Najczęściej w takich sytuacjach po prostu wychodziłam, udając, że idę do automatu po gorącą czekoladę, a tak naprawdę kupowałam energetyki i wypijałam je pospiesznie, dopóki nie zostały wycofane. Po tym po prostu stałam bezczynnie, wgapiając się w maszynę i marząc o dawce kofeiny.
Dziś się uparłam, żeby przyjść sama. Brat chciał mi towarzyszyć, zważywszy na nasz wyjazd, ale poprosiłam go, by odwiedził mamę później. Mruknął w odpowiedzi, że w takim razie wpadnie wieczorem, ale widziałam po jego minie, że nie jest zadowolony. Zachowywał się, jakby podejrzewał mnie o jakieś intymne rozmowy prowadzone za jego plecami - i może wcale nie był bardzo daleki od prawdy.
Mówiłam mamie dużo rzeczy, których nigdy wcześniej bym nie powiedziała.
Cholernie się tego wstydzę, ale tak naprawdę nauczyłam się z nią rozmawiać, dopiero kiedy zasnęła. Zanim to się stało, zamykałam się w sobie, nie opowiadałam jej swoim życiu prywatnym (może dlatego, że w mojej opinii nie miałam życia prywatnego), zbywałam jej pytania, odburkując coś na odczepnego. Nigdy nie robiła mi z tego powodu wyrzutów, wzdychała jedynie i kręciła głową.
"Oj, Leo, Leo - mówiła, uśmiechając się smutno. - Kiedy ten durny wiek się skończy?"
Obie dobrze wiedziałyśmy, że nie chodziło jej o wiek, ale o mój charakter. Byłam taka, odkąd pamiętam, sama ledwo mogłam ze sobą wytrzymać. Za to Robert, chociaż zaledwie dwa lata starszy ode mnie, jakimś cudem ten "durny wiek" ominął.
Cóż, teraz nie dawałam jej powodów do niepokoju. Gdyby się obudziła, byłaby w szoku, jak dużo jej mówię o wszystkim i o niczym, jak bardzo staram się pomóc, choć gdy wcześniej tej pomocy potrzebowała w domu, wykręcałam się na wszystkie sposoby. Wtedy uważałam, że ma od tego swojego idealnego syna.
Takie niespodziewane próby od losu są niezłym sprawdzianem. Mimo że oboje z Robertem jakoś sobie radziliśmy, miałam wrażenie, że teraz trzymamy się dzięki mnie. Nie pod kątem życiowym czy organizacyjnym, ale emocjonalnym. Gdybym była takim wrażliwcem jak mój brat, dawno już utonęlibyśmy w morzu własnej rozpaczy. Może nawet wylądowalibyśmy w jakimś przytułku. Robert stanowił kotwicę, dbał o rachunki, załatwianie papierkowych spraw, rozmowy z prawnikiem, lekarzami, z dalszą rodziną, chociaż nie było jej zbyt wiele. Ja byłam mulistym dnem, które tę kotwicę trzymało. Czasem umykałam, zmieniałam położenie o milimetr - ale zawsze byłam.
Niewzruszona i nieustraszona.
Sięgnęłam po czytnik, odchrząknęłam, po czym rozsiadłam się wygodnie na fotelu przy łóżku i przeczytałam na głos tytuł kolejnego rozdziału Ksiąg Jakubowych Olgi Tokarczuk. Mama zaczęła tę kosmicznie długą powieść tuż przed swoim zaśnięciem, a ja konsekwentnie czytałam jej kolejne strony, chociaż za każdym razem sama niemal zasypiałam. Opisy były długie, filozoficzne i niewiele z nich rozumiałam. No i mimo upływu roku wciąż nie byłyśmy nawet w połowie.
Kiepsko mi to szło.
Czułam jednak, że mamie sprawia przyjemność ta lektura. Patrzyłam na jej powieki i dostrzegałam pod cienką skórą ledwo widoczne ruchy gałek. Wmawiałam sobie, że przeżywa każde słowo, zdanie. Że tak naprawdę chłonie wszystko, co czytam, a w jej umyśle z liter powstają obrazy.
Gdy skończyłam, ziewnęłam, zerkając za okno. Zaczęło padać. Deszcz bębnił o parapet, a rozległe tereny hurtowni i fabryk wokół kliniki zasnuły się ścianą wody. Spojrzałam na telefon, zastanawiając się, czy Robert pozwoli mi zamówić taksówkę. Nie uśmiechało mi się czekać na autobus na tym pustkowiu, zwłaszcza podczas takiej ulewy.
- Nie powiedziałam ci najważniejszego. - Klepnęłam mamę w udo, jakbym zwracała się do przyjaciółki. Jej twarz ani drgnęła. - Jedziemy nad morze! - Dopiero kiedy wypowiedziałam te słowa, zdałam sobie sprawę, że to dzieje się naprawdę. Jutro o tej porze będę mogła wdychać morską bryzę, chodzić po piasku i wpatrywać się w wodę. Mimowolnie uśmiech rozjaśnił mi twarz, choć tak rzadko się na niej pojawiał. - Do Bursztynu - ciągnęłam. - Pamiętasz Bursztyn? Nie pozwalałaś nam tam spać. Robert wszystko ci opowie, ale dostał się na praktyki do rodziców Filipa. Niesamowite, co? Jak oni mieli na imię? Janusz i... Alicja? Wiem, że po takim czasie może być trochę dziwnie, ale może akurat będzie fajnie. Pozdrowię ich od ciebie. Nie wiem, co będę tam robić, pewnie zanudzę się na śmierć, ale...
Wyświetlany na ekranie puls mamy nagle się zmienił, urządzenie zaczęło pikać z większą częstotliwością. Przestałam mówić i zmarszczyłam brwi, patrząc na nią z niepokojem, ale nic się nie zmieniło. Złapałam ją za rękę.
- Wszystko dobrze? - spytałam, chociaż wiedziałam, że mi nie odpowie.
Puls ciągle rósł, nieznacznie, ale jednak. Już sięgnęłam po przycisk dzwonka przy łóżku, kiedy nagle wszystko wróciło do normy i w sali znów rozbrzmiewało miarowe, wolniejsze pikanie, takie jak wcześniej.
Musiałam cała się spiąć, bo poczułam, jak teraz moje mięśnie się rozluźniają, a powietrze wydobywa się z moich ust przeciągłym sapnięciem. Ponownie usiadłam na fotelu i siedziałam tak jeszcze parę minut, w kompletnej ciszy.
Zupełnie nagle przypomniałam sobie piosenkę, którą śpiewała mi i Robertowi, kiedy jeździliśmy nad morze. Zasypialiśmy przy akompaniamencie trochę fałszującego, ale miękkiego głosu mamy. Nie mogłam wyjść ze zdumienia, że ciągle pamiętam tekst i melodię. Nie miałam pojęcia, co to za piosenka, podejrzewałam, że mama sama ją wymyśliła.
Uśmiechnęłam się pod nosem i zaczęłam cicho nucić dawno niesłyszane słowa:
Idę nad morze
Mewy latają nad nami
Idę nad morze
Czekałam na to latami
Ryby pod wodą, w stopach piach
Widzę ciągle w swoich snach
Chcę tu zostać
Spać już zawsze z szumem fal
Skończyłam i dostrzegłam, że mama oddycha zupełnie spokojnie. Zanim wzruszenie i poczucie dziwnego wstydu ścisnęło mnie za gardło, wstałam i głośno westchnęłam. Chyba wszystko było w porządku.
Pocałowałam ją w czoło i ponieważ nienawidziłam pożegnań, wyszłam na korytarz, nie chcąc przedłużać tej chwili.
Nawet się nie odwróciłam.