Wakacje pełne magii - Katarzyna Wierzbicka

Kup ebooka

44.99 zł
40.49 zł (39,09 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Fot. Barbara Soczomska

Katarzyna Wierzbicka – ukończyła bibliotekoznawstwo i informację naukową na Uniwersytecie Warszawskim. Jako pisarka zadebiutowała w 2019 roku bajką O królewiczu, który się odważył! – wygraną w konkursie Piórko organizowanym przez Biedronkę. Jest autorką kilku książek dla dzieci, m.in. powieści świątecznej Elf do zadań specjalnych, serii dla najmłodszych Maciuś i Leon oraz bajki o tolerancji i akceptacji Nikt nie widzi słoni, która w 2023 r. otrzymała nagrodę w XXI edycji konkursu Świat Przyjazny Dziecku.

Pisarka ma na koncie również cykl powieści fantasy dla dorosłych Między światami obejmujący trzy tomy: Tajne przez magiczne (2021), To nie jest kraj dla słabych magów i Z magią jej do twarzy (2023).

Poza pisaniem Katarzyna Wierzbicka pracuje jako nauczycielka przedszkolna. Jest mamą trójki dzieci, które uważa za wspaniałą inspirację do pisania o demonach. Uwielbia książki fantasy, podróżowanie oraz musicale.

 

 

 

Jeśli wydaje wam się, że życie córki czarownika jest ciekawe, to macie rację.

Tylko się wam wydaje.

Tak naprawdę jest okropnie nudne. Zwłaszcza jeżeli wasz ojciec jest zatrudniony w specjalnej, supertajnej komórce do spraw kontroli używania magii. Brzmi intrygująco? Cóż... Obawiam się, że jego praca sprowadza się jedynie do wydawania pozwoleń na użycie czarodziejskich zdolności. Całymi dniami siedzi i przegląda prośby o słoneczną pogodę w dzień czyjegoś ślubu, telepatyczne sprawdzenie, czy narzeczony nie myśli przypadkiem o innej, lub magiczne uleczenie z rozmaitych chorób. No i podania o wygraną w totolotka. Te trafiają się niemal codziennie. Gdyby mój tata dostawał pięć złotych za każdy wniosek o możliwość wykorzystania jasnowidzenia w celu wskazania właściwych numerów w najbliższym losowaniu, bylibyśmy tak bogaci, jakbyśmy sami przynajmniej trzy razy trafili szóstkę.

Oczywiście to niemożliwe. Tylko przyciągnęlibyśmy tym uwagę zwykłych ludzi. A istnienie Iskier, istot obdarzonych magicznymi talentami, jest ściśle tajne i pod żadnym pozorem nie może przedostać się do publicznej wiadomości. Tak przynajmniej powtarza mi do znudzenia ojciec.

Muszę zatem być bardzo, bardzo ostrożna, aby nikt nie domyślił się, co potrafię.

Nie jest to łatwe i źle wpływa na moje relacje z innymi. Ponoć jestem niezwykle wrażliwą introwertyczką, jak twierdzi moja mama. Koszmarnym odludkiem, jak nazywa mnie czasem w myślach. Szczególnie kiedy jest zmęczona proszeniem, bym poszła z nią na imieniny cioci Elżbiety albo zaprosiła do domu koleżankę z klasy.

Tak, jestem świadoma tego, co o mnie myśli. Wiem, co myślą i czują wszyscy wokół. I uwierzcie mi, często wolałabym nie mieć tego daru. Tata powtarza, że z biegiem lat nauczę się go wyłączać. Tymczasem muszę cały czas udawać, że wierzę w to, co ludzie do mnie mówią. Nawet jeśli bezczelnie kłamią.

A robią to przez większość czasu.

Muszę ukrywać swój "specjalny talent" nawet przed mamą. I Emilką, moją piętnastoletnią siostrą. I Piotrkiem, młodszym bratem. Przed Asią na razie nic nie udaję, ale to dlatego, że ma dopiero trzy lata, nie za bardzo cokolwiek rozumie i nie wiemy, czy okaże się jedną z nas, czy jedną z nich. To znaczy Iskrą, jak tata i ja, czy zwykłym człowiekiem, jak mama i Emilka. Piotrek ma siedem lat i są jeszcze szanse, że w okresie dojrzewania odkryje swój talent.

Mam szczerą nadzieję, że okaże się zwykłym człowiekiem. Już w tej chwili jest wystarczająco irytujący. Gdyby nagle otrzymał moc wchodzenia w cudze sny, przesuwania przedmiotów za pomocą samej siły woli lub wywoływania duchów, to zupełnie nie dałby mi żyć. Trzymam zatem kciuki i czekam z lekkim przerażeniem na to, co przyniesie los. W przypadku mieszanych małżeństw szansa odziedziczenia mocy wynosi pół na pół dla każdego z dzieci.

Dawniej miałam nawet żal do taty. Nie mógł wybrać sobie jakiejś czarownicy na żonę? Prawdopodobnie wtedy wszyscy w rodzinie bylibyśmy magiczni. Kiedy mu o tym mówiłam, wzdychał tylko, gładził się po krótko przyciętej jasnej brodzie i powtarzał, że kiedyś zrozumiem. I że miłości nie da się logicznie wybrać, tylko ona wybiera nas. I nic na to nie mógł poradzić.

On naprawdę tak sądzi. Przynajmniej przez większość czasu.

Poznał moją mamę dawno temu, kiedy jeszcze pracował w Dziale Ochrony Informacji Niejawnych. W ramach jednego z pierwszych zadań miał sprawdzić, czy w książkach z gatunku fantastyki, które wtedy pisała, nie kryje się odrobina niebezpiecznej dla nas, Iskier, prawdy. "Na szczęście to był tylko stek wyssanych z palca bzdur" – opowiadał mi z westchnieniem tata. "Ale musiałem trzymać rękę na pulsie i pilnować, żeby przypadkiem nie opublikowała czegoś, co naprowadziłoby zwykłych ludzi na ślad żyjących pośród nich magicznych istot" – dodawał z uśmiechem.

Trzyma tak rękę na pulsie już siedemnaście lat. Przez ten czas moja mama zdążyła wydać kilka książek, dostać jedną nagrodę literacką i narazić się paru wpływowym recenzentom. Szczęś­liwym zrządzeniem losu nigdy nie napisała nic, co byłoby choć odrobinę podobne do prawdy. Podobno. Nie czytałam żadnej z jej powieści. Nie cierpię fantastyki. Mam jej wystarczająco dużo wokół siebie. Cenię sobie jedynie biografie i powieści historyczne. Od czasu do czasu daję szansę jakiejś młodzieżówce z romantycznym wątkiem.

Jak sami widzicie, to wcale nie jest przyjemne ani ciekawe – cały czas udawać kogoś innego. I to pod okiem czarodzieja, który ma świra na punkcie zasad, Kodeksu, bezpieczeństwa i zachowania ostrożności. Taka praca. Podejrzewam, że zrobili mu niezłe pranie mózgu w magicznym liceum, do którego uczęszczał.

Ja też mam się zapisać do tej szkoły. Już za rok, kiedy skończę ósmą klasę. Nauczę się tam kontrolować swoje naturalne umiejętności telepatyczne. A jeśli wykażę zdolności do posługiwania się czystą mocą, to będę musiała chodzić na lekcje z używania zaklęć, czarów, tworzenia eliksirów i ogólnego wpływania na rzeczywistość za pomocą magii. Oczywiście jedynie w sposób zaakceptowany przez Radę Iskier i za pozwoleniem ministerstwa.

Normalnie nie mogę się doczekać. Zapowiada się masa zabawy, czyż nie?

Dobrze, może tata ma rację, kiedy myśli, że jestem do całego systemu bardzo negatywnie nastawiona. Ale powiedzcie: czy wam magia nie kojarzy się z choć odrobiną zabawy? Wolnością, tańczeniem przy ognisku w upalne noce, lataniem na miotle w świetle księżyca, rzucaniem uroków, na kogo się chce i kiedy się chce? A nie z papierologią, biurokracją i pisaniem próśb o możliwość wypowiedzenia nawet malutkiego zaklęcia.

Mój talent pojawił się wyjątkowo wcześnie – miałam około pięciu lat, gdy tata zauważył, że odpowiadam nie tylko na pytania wypowiedziane na głos, lecz także na te, które zostały jedynie pomyślane. Nieźle się wtedy przestraszył. Nie dziwię się. Kto chciałby, by dziecko znało wszystkie jego myśli? Ja z kolei okropnie się wściekłam, kiedy kazał mi ukrywać swoje zdolności przed rodziną i koleżankami z przedszkola. I wcale mi ta złość nie przeszła, gdy potem, z biegiem lat, dowiadywałam się coraz więcej na temat Kodeksu i wszystkich reguł, do których jako Iskra muszę się stosować.

Bycie córką czarownika to twardy orzech do zgryzienia.

Największe problemy zaczęły się w czerwcu, kilka tygodni po moich trzynastych urodzinach i ­kilkanaście dni przed końcem roku szkolnego. Kiedy tata przyjechał odebrać mnie po szkole, od razu wyczułam, jak starannie ustawił bariery wokół swego umysłu. Mimo to odbierałam od niego pewne podekscytowanie i niepokój. Te emocje wypływały z niego tak jak strużki wody ze szczelin w tamie. Nie potrafię tego opisać. Po prostu zobaczyłam go po wyjściu z szatni i już wiedziałam, że gdy tylko wsiądziemy do samochodu, uśmiechnie się nerwowo, zrobi tę swoją przepraszającą, trochę zabawną minę i powie mi coś, czego absolutnie wolałabym nie słyszeć. I co prawdopodobnie jeszcze bardziej skomplikuje mi życie.

– Tato, weź mnie nawet nie denerwuj, że coś nie wypaliło z wyjazdem do babci! – powiedziałam równie stanowczo, co rozpaczliwie, zapinając pasy.

Zerknął na mnie znad kierownicy.

– Skąd wiesz? – zapytał żałośnie. – Przecież tak się starałem zabezpieczyć wszystkie myśli...

Odchyliłam głowę na oparcie siedzenia i przymknęłam oczy. Zacisnęłam usta, żeby nie zacząć wrzeszczeć.

Moja babcia Teresa była prawdziwą czarownicą. Bardzo potężną, o ile zdążyłam się zorientować. Nawet wyglądała jak wiedźma z bajki: pomarszczona, zgarbiona, siwa, z haczykowatym nosem i ukrytymi za grubymi denkami okularów bystrymi jasnymi oczami. Sprawiała wrażenie, jakby wraz z czarnym kocurem mieszkała w chatce na kurzej nóżce, ćwiczyła co rano złowróżbne chichotanie, a co niedziela przyrządzała w osmalonym kotle potrawkę z niegrzecznych dzieci.

Pozory mylą. Babcia Teresa była kobietą o gołębim sercu, zawsze czułym na krzywdę innych. Wiele lat temu przeszła na dietę wegetariańską, a zamiast kota miała papugę. Nigdy nie odmówiła pomocy żadnemu człowiekowi, który zapukał po prośbie do żółtych drzwi jej drewnianego domku stojącego na skraju lasu.

Dla mnie najbardziej liczyło się to, że zawsze potrafiła ukrywać przede mną swoje myśli i emocje. Przy niej czułam się, jakbym była normalna. Słyszałam tylko te słowa, które wypowiadała na głos. Jaka to była ulga... Uwielbiałam spędzać u niej co roku przynajmniej jeden wakacyjny miesiąc. To pozwalało mi podładować baterie oraz odpocząć od zgiełku myśli i uczuć otaczających mnie ludzi.

– Przepraszam, córcia. Wiem, jakie to było dla ciebie ważne. – Tata rzucił mi znad kierownicy zmartwione spojrzenie. – Babcia musiała pilnie wyjechać. Dostała ważne zadanie od Rady. Niestety jego wykonanie zajmie jej prawdopodobnie całe lato.

– To niesprawiedliwe! Czy Rada nie może znaleźć sobie kogoś innego? – jęknęłam.

– Uznali, że twoja babcia jest najbardziej kompetentną osobą, aby rozwiązać ten problem – odparł sztywno.

Zacisnęłam usta i zdjęłam okulary, żeby przetrzeć szkła rękawem koszulki. Ten gest zazwyczaj pomagał mi się uspokoić. Jednak nie tym razem. Wiedziałam, że nie mam co dyskutować ani dopytywać o szczegóły tego superważnego zadania. Każda decyzja wielkiej, tajemniczej Rady naszej społeczności była dla mojego ojca niemal święta. Najwidoczniej nawet wtedy, gdy uderzała bezpośrednio w kogoś z jego rodziny.

– Madzik, proszę cię – głos taty był słodki jak cukierek – nie denerwuj się. Zróbmy tak: te wakacje spędzisz z nami w przyczepie, a na jesieni, gdy babcia wróci, zrobię, co w mojej mocy, aby wysłać cię do niej przynajmniej na tydzień. Dobrze?

– W przyczepie? Chyba żartujesz! – krzyknęłam, odwracając się gwałtownie.

– Obiecuję, że będziemy wybierać spokojne, ciche kempingi. Albo w ogóle kilka razy zanocujemy na dziko, z dala od ludzi. Żebyś mogła odpocząć.

– Odpocząć? – zagotowałam się. – Tato, mam mieszkać przez miesiąc w metalowej puszce z całą waszą piątką?! Na powierzchni dziesięciu metrów kwadratowych?!

– Prawie jedenastu... – bąknął nieśmiało.

Machnęłam ze złością ręką.

– Nieważne! To i tak dużo za mało! Dobrze wiesz, że zbombardujecie mnie kompletnie swoimi myślami. I w ogóle gdzie miałabym spać? Tam są tylko cztery rozkładane łóżka!

Dwa lata temu cała moja rodzina dostała fioła na punkcie kempingów. Nawet Asia – a wtedy liczyła sobie zaledwie roczek i ledwo potrafiła wypowiedzieć swoje imię – klaskała i podskakiwała z radości na widok przyczepy, którą tata za ciężkie pieniądze kupił od kolegi z pracy i z dumą postawił pod naszym blokiem. Jedynie ja na samym początku stanowczo odmówiłam spędzania w tym pudle wakacji. Od dawna utarło się, że latem jeżdżę do babci, więc rodzice nie przekonywali mnie do zmiany zdania.

Tata wiedział, z jakiego powodu byłoby to dla mnie trudne, mama zaś... Cóż, mam wrażenie, że w pewnym momencie postawiła krzyżyk na marzeniach o wspólnym spędzaniu ze mną czasu. To nie znaczy, że mnie nie kocha. Wiem, że dałaby się za mnie pokroić żywcem. Gdy czasem na mnie patrzy, myśląc, że tego nie widzę, czuję płynącą od niej gorącą, przepełnioną troską falę miłości.

Ona po prostu mnie nie rozumie. Dla mojej roztrzepanej, towarzyskiej, pozbawionej jakichkolwiek zdolności magicznych matki jestem kimś w rodzaju ufoludka. Podejrzewam, że pod pewnymi względami lepiej dogadałaby się z zielonym kosmitą z Marsa niż ze mną.

Westchnęłam głośno.

– Spokojnie, córcia. – Tata zerknął w lusterko wsteczne, aby wyjechać ze szkolnego parkingu. – Asia jest tak mała, że da radę spać między mną i mamą na rozkładanej kanapie. A w ciepłe noce możemy wieszać hamak obok przyczepy i któreś z nas będzie nocować na nim.

– Wśród tłumów turystów? I namiotów? I może w ogóle koło śmierdzących toi toiów? – zapytałam z przekąsem.

– Madzik, teraz na większości pól namiotowych są bardzo porządne toalety. Czyste. Z ciepłą wodą w kranie.

Entuzjazm w głosie taty był tak niezachwiany, że czułam się, jakbym biła głową w kamienny mur jego zachwytu nad kempingowym życiem. Wiedziałam, że nie przebiję się z moimi wątpliwościami. Zamilkłam zatem.

– Poza tym – ciągnął niezrażony – to będzie dobry moment, aby poduczyć cię kilku sztuczek. Sposobów na kontrolowanie twojego... specjalnego talentu.

Otworzyłam usta. I zamknęłam. Nie mogłam uwierzyć w to, co właśnie usłyszałam.

– Serio? Chcesz mnie uczyć zaklęć? Mimo tego, że Rada stanowczo zabrania ćwiczyć je poza szkołą? – Zmarszczyłam brwi ze zdziwienia.

– Nie, nie! – Potrząsnął głową. – Źle mnie zrozumiałaś. Podstawy czarowania oczywiście poznasz dopiero w liceum, jeśli zostaniesz uznana za godną tego wyróżnienia. Jednak te wakacje będą pełne okazji do dalszych treningów, jak utrzymać z dala od własnych cudze myśli i odczucia.

– Świetnie. Jakbym tego nie próbowała od mniej więcej ośmiu lat. – Przewróciłam teatralnie oczami.

– Wspólny wyjazd dostarczy nam sporo materiału do ćwiczeń. – Tata spojrzał na mnie błagalnie. – Madzik... wiem, że to nie to, czego chciałaś, ale proszę, postaraj się podejść do tego optymistyczniej. Dla mamy. I rodzeństwa. Piotruś bardzo się ucieszył na wiadomość, że z nami jedziesz.

– Jasne... – wymamrotałam. – Pewnie jest uszczęśliwiony, że będzie miał komu dokuczać.

Mojego brata i mnie łączy szorstki rodzaj miłości. Dzieli nas sześć lat, odmienność temperamentów i przekonanie na jego temat. On uważa, że jest słodki, kreatywny i zabawny. Ja sądzę, że to najbardziej męczący i hałaśliwy siedmiolatek na świecie, który za punkt honoru postawił sobie doprowadzanie mnie do szału. Już sama gonitwa myśli w jego głowie jest dla mnie upiornie uciążliwa. A do tego dochodzą jeszcze paplanie, co mu ślina na język przyniesie, i zwariowane pomysły. Wiem, że muszę go kochać. W końcu jakikolwiek by był, należy do rodziny. Czasem jednak wolałabym móc okazywać mu tę miłość z daleka. Na przykład z innego kontynentu.

Cóż, nie miałam wyboru. Decyzja o wspólnym, rodzinnym wyjeździe już zapadła, czy mi się to podobało, czy nie. Zamiast pakować walizki na wyjazd do babci, musiałam wepchnąć najbardziej niezbędne rzeczy do jednego z turystycznych plecaków taty. W przyczepie jest mało miejsca, więc zostałam grzecznie, lecz stanowczo poproszona o ograniczenie liczby książek, które chciałam ze sobą wziąć. Z około dwudziestu do góra dwóch. Jak sobie możecie wyobrazić, nie poprawiło mi to humoru.

– Spokojnie, mała, będę ci pożyczać mój czytnik. Wgram ci na niego kilka książek, tylko podaj tytuły. – Emilka objęła mnie pocieszycielsko ramieniem, kiedy z ponurą miną przeglądałam półki.

Jej obecność działała na mnie kojąco. Zupełnie jakby otaczał ją puszysty bladoszary obłok spokoju, w który można się zanurzyć, by odpocząć. Emanowała serdecznością i ciepłem. Odwróciłam się i oparłam czoło o jej ramię, uważając, by nie wytrącić jej z ręki kuli.

Moja starsza siostra jest jedną z najdzielniejszych osób, jakie znam. Miała cztery lata, kiedy zdarzył się wypadek. Ja dwa, więc raczej nie powinnam nic pamiętać. Choć możliwe, że zostało mi gdzieś z tyłu głowy wspomnienie rozpaczliwego płaczu mamy, drżących rąk taty, jego łamiącego się, zachrypniętego głosu. Ciągnących się w nieskończoność okresów ich nieobecności w domu, kiedy towarzyszyli Emilce w szpitalach podczas kolejnych operacji i rekonwalescencji.

Długo nie było pewne, czy przeżyje. Pewnie dlatego w jej łagodnym spojrzeniu i nieobecnym uśmiechu nadal tkwi odrobina zawieszenia między światami.

To był zwykły pech. Znalazła się w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie. Gdybyśmy na ten spacer z tatą wyszły odrobinę wcześniej... Gdybym tuż przed przejściem dla pieszych nie rzuciła się na chodnik, krzycząc: "Loda! Madzia cie loda!"... Gdyby tata nie pochylał się nade mną, tłumacząc, że luty nie jest najlepszym miesiącem na jedzenie lodów, zwłaszcza jeśli niedawno się wyszło z zapalenia gardła... Gdyby Emilka akurat wtedy nie puściła jego ręki i nie podeszła do krawężnika... Gdyby kierowca, który dopiero co zrobił prawo jazdy, nie chciał się popisać przed swoją dziewczyną i nie przyspieszył do setki... Gdyby nie wpadł w poślizg na oblodzonej jezdni...

Można by tak gdybać w nieskończoność. Ale nie ma sensu, co Emilka powtarzała mi ­regularnie i z niezmąconym spokojem. Przeszłości nie da się zmienić. Mogło być gorzej. Miała szczęście, że przeżyła, a połamana na drobne kawałki kość w udzie to jeszcze nie koniec świata. Innym zdarzają się gorsze tragedie.

I moja siostra naprawdę w to wierzyła w trakcie długich pobytów w szpitalach, po zabiegach, podczas których jej nogę prostowano, łamano, ustawiano do pionu, wyciągano specjalnymi, przypominającymi średniowieczne narzędzia tortur aparatami. Nigdy, przenigdy nie wyczułam w niej krztyny złości, rozżalenia, poczucia krzywdy lub zawiści o nasze zdrowe, silne nogi.

– Grosik za twoje myśli, Magda. – Jej głos wdarł się w moje wspomnienia.

Uśmiechnęłam się słabo.

– Tak sobie myślę, że jeśli uda mi się przetrwać ten wyjazd, to tylko dzięki tobie.

– Nie będzie źle. Ale nie daj się wmanewrować w wynoszenie zbiornika przenośnej toalety. – Roześmiała się na widok mojej spanikowanej miny. – Spokojnie, tym zawsze zajmuje się tata.

– Przynajmniej tyle – mruknęłam niechętnie. I z westchnieniem zabrałam się do dalszego pakowania.

Wyjechaliśmy w sobotę, zaraz po zakończeniu roku szkolnego. Koniec siódmej klasy przyjęłam z ulgą. Wytrzymałam apel oraz rozdanie świadectw wśród podekscytowanych, pełnych wakacyjnych planów myśli uczniów i nauczycieli. A następnego dnia mama obudziła mnie bladym świtem, kazała szybko się umyć, ubrać i zająć miejsce w samochodzie.

Ziewając okropnie, usiadłam obok Piotrka. Mój brat kręcił się i wiercił niemiłosiernie, ściskając w objęciach swój ukochany różowy plecaczek w kształcie świnki Peppy. Nikt nie wiedział, co on właściwie w nim trzyma. Był to jeden z jego największych skarbów, których strzegł jak oka w głowie. Sądząc po przedmiotach, jakie okazjonalnie z niego wyciągał (na przykład śrubokręt taty, kawałek deski, zardzewiały doszczętnie gwóźdź, notes mamy, połamane figurki dinozaurów, samochodzik bez jednego koła, tubka farby plakatowej), mogło się w nim znajdować wszystko, łącznie z portalem do innego świata.

– Tylko nie ruszaj moich rzeczy! – syknęłam groźnie, stawiając między nami moją bladożółtą torebkę.

– No co ty, siostra. – Piotrek odgarnął na bok przydługą grzywkę i rzucił mi niewinne, błękitne jak niebo spojrzenie. – Dlaczego miałbym to robić?

Cała nasza czwórka z wyglądu wdała się w tatę: mieliśmy jak on jasne włosy i niebieskie oczy. Po naszej rudowłosej, szarookiej mamie odziedziczyliśmy jedynie zadarty nos.

Piotrek był najdrobniejszy: chudy jak przecinek, z przydługimi, wpadającymi mu ciągle do oczu włosami i szerokim szczerbatym uśmiechem wyglądał jak przeuroczy łobuziak z reklamy plastrów na obtarte kolana. Asia, najmłodsza z nas, sprawiała wrażenie aniołka. Przynajmniej dopóki nie zaczynała krzykliwie dopominać się o coś do jedzenia. A głodna była prawie zawsze. Ogromną miłością darzyła Piotrka, który był dla niej najlepszym kompanem do zabawy, wzorem do naśladowania i wyrocznią światopoglądową. Wierzyła w każde jego słowo, podczas gdy nas, starsze siostry, zazwyczaj totalnie ignorowała.

Momentami czułam się odrobinę zazdrosna o ich bliskość. Ja takiej z Emilką nigdy nie zbudowałam, pewnie przez jej częste pobyty w szpitalu. Zresztą starsza siostra zawsze żyła we własnym, pełnym kolorów, farb i obrazów świecie, do którego nikt z rodziny nie miał dostępu.

Na tle ich wszystkich ja byłam tym najbardziej zwyczajnym i nierzucającym się w oczy dzieciakiem. Przyzwyczaiłam się do tego, że ludzie uważają mnie za nudną. Nie taką śliczną i słodką jak Asia, nie taką pomysłową i zabawną jak Piotrek, nie taką uzdolnioną plastycznie i odpowiedzialną jak Emilka. Miałam średniej długości włosy, przeciętną budowę ciała i wadę wzroku, przez którą musiałam nosić okulary. Wyróżniał mnie jedynie talent magiczny, ponoć wyjątkowo silny nawet jak na Iskry.

I właśnie o tej jedynej rzeczy, która czyniła mnie niezwykłą, nikt nie mógł się dowiedzieć.

– Zawsze coś mi zabierasz – fuknęłam na brata i założyłam ostentacyjnie słuchawki na uszy. Niewiele mi to jednak pomogło w kwestii zablokowania gonitwy myśli mojej podekscytowanej wyjazdem rodziny.

Piotrek nie mógł się doczekać, kiedy pójdzie popływać w jeziorze. Asia zastanawiała się, co będzie na drugie śniadanie. Emilka próbowała sobie przypomnieć, czy spakowała blok techniczny i pastele olejne. Moja mama myślała równocześnie, co zrobić na obiad, jak opisać scenę bitewną w nowej książce i gdzie włożyła krem do opalania.

Z kolei od taty napływała fala jakiegoś bliżej nieokreślonego zmartwienia. Ściągnęłam brwi, skupiając na nim uwagę, ale starannie pilnował swoich myśli. Zza blokady w jego umyśle wymykały się jedynie drobne urywki: "może być za późno...", "czy dadzą radę...", "niebezpieczny...".

– Mama, siku! – Podniesiony głos Asi przerwał moją koncentrację.

– Już? – zdziwił się tata. – Kochanie, ruszyliśmy pięć minut temu.

– I głodna jestem. – Usta mojej młodszej siostry wygięły się w podkówkę.

– To masz... bo ja wiem... – Mama otworzyła torbę podręczną, którą trzymała pod swoimi nogami. – Herbatniczki! – Wyprostowała się z triumfalną miną. – Włączę wam audiobook z waszą ulubioną bajką o konikach ze skrzydełkami, a wy wytrzymajcie trochę, dobrze? Żebyśmy znowu nie jechali dziewięć godzin zamiast czterech.

Westchnęłam i pogłośniłam koncert smyczkowy h-moll w słuchawkach.

– Mamo, Asia pluje! – Kilkadziesiąt minut później przez dźwięki skrzypiec przedarł się pisk Piotrka.

– Asiu, nie pluj – odpowiedziała mama automatycznie z przedniego siedzenia. W jej głowie elfy walczyły właśnie z groźnymi smokami, a główny bohater nowej książki gotował się do zadania śmiertelnego ciosu Mrocznemu Królowi.

– Mamo, Asi chyba jest niedobrze. – Głos Piotrka stał się jeszcze bardziej nieszczęśliwy.

– O nie! – Mroczny Król rozpłynął się we mgle, ustępując wizji cierpiących na jelitówkę dzieci zamkniętych w przyczepie postawionej pół kilometra z dala od kempingowych toalet. Zadrżałam, czując płynącą od mamy falę czystego przerażenia. Pochyliła się i zaczęła grzebać w torbie w poszukiwaniu mokrych chusteczek. – Co jej mogło zaszkodzić?

– Pewnie jogurt malinowy i kanapka z kiszonym ogórkiem – odpowiedziała zwięźle Emilka z trzeciego rzędu siedzeń.

– Co? – Mama odwróciła się i spojrzała na nią wstrząśnięta. – Kto jej pozwolił coś takiego zjeść?

– Ty. – Emilka westchnęła głośno. – Rano, gdy wrzeszczała do ciebie spod lodówki, czy może sobie sama wziąć śniadanie. Czytałaś wtedy nową recenzję i byłaś bardzo przejęta tym, że czytelnik nie zrozumiał przesłania twojej książki.

– Musiałam się jeszcze nie dobudzić... – Mama przybrała minę niewiniątka i zbyła uwagę córki machnięciem ręki. – Nieważne, trzeba się zatrzymać! Muszę ją umyć!

– A gdzie ja się tu zatrzymam? – zdenerwował się tata. – Właśnie wjechaliśmy na autostradę.

– Nie wiem! Spróbuj znaleźć zjazd na najbliższą stację!

– Według GPS-u będzie za sześćdziesiąt kilometrów. Wytrzymacie tyle?

Asia otworzyła buzię i zwymiotowała ponownie. To ucięło dalszą dyskusję. W samochodzie uniósł się nieprzyjemny zapach przetrawionych malin i ogórków. Wymieniliśmy z Piotrkiem spojrzenia pełne obrzydzenia i bezsilności.