Rozdział 2
Nowa praca, nowe życie...
Mijały dni i stopniowo przyzwyczajałam się do rutyny w nowej pracy. Wprowadziłam drobne zmiany, które moim zdaniem mogły poprawić procedury finansowe przedsiębiorstwa, ale było jeszcze za wcześnie, żeby ocenić rezultaty.
Rzadko widywałam Jorgego Angladę. Dyrektor generalny dużo podróżował i często spędzał poza biurem ponad dwa tygodnie. Mimo okoliczności, w jakich się poznaliśmy, ilekroć wpadliśmy na siebie, zawsze znalazł czas, żeby zamienić ze mną kilka serdecznych słów. Było w tym mężczyźnie coś, co działało na mnie kojąco, ale nie umiałam powiedzieć co, zwłaszcza że zawsze czułam się atakowana przez innych. Pewnie był dobrym człowiekiem. W końcu tam, w restauracji, próbował mi zwrócić uwagę na defekt w ubiorze.
Pracowałam w Anglada & Partners już od ponad dwóch miesięcy, kiedy pewnego dnia zdarzyło się, że razem weszliśmy do windy i szef z wielką uprzejmością zapytał, czy podoba mi się w firmie.
- Jestem zachwycona, naprawdę, mam ciekawe obowiązki, a atmosfera w pracy nie mogłaby być lepsza. - Mój entuzjazm był oczywisty i zauważyłam, że jego oczy o niemożliwym kolorze emanują miękkim światłem.
- Cieszę się, Natasho, my też jesteśmy bardzo zadowoleni z pani pracy. Jak wspomniałem podczas rozmowy kwalifikacyjnej, będzie pani musiała czasem odbywać podróże służbowe. Właśnie zapowiada się wyjazd do Dubaju i chciałbym, żeby poleciała tam pani ze mną.
Dubaj! Wyobraziłam sobie wielbłądy i kwefy, namioty i spacery po pustyni pod gwiazdami, haremy i sułtanów...
- Dubaj! Kiedy wyjeżdżamy? Nigdy nie byłam w tak egzotycznym miejscu! - zawołałam.
Moja gwałtowna reakcja najwyraźniej go rozbawiła, bo uśmiechnął się i w kącikach jego oczu pojawiły się drobne zmarszczki. Na ich widok mój żołądek wykonał jakiś dziwny manewr, a ja pomyślałam, że znowu mi zaszkodziła wypita do śniadania przeklęta kawa.
- Pozostało jeszcze sporo rzeczy do zrobienia - wyjaśnił. - Zamierzamy przedstawić projekt drapacza chmur tylko kilka metrów niższego od Burdż Chalify, najwyższej konstrukcji wzniesionej przez człowieka, stojącej właśnie w tym mieście. Nasze przedsiębiorstwo połączyło siły ze znacznie większą amerykańską firmą. Anglada & Partners zajmie się całą technologią i projektem. Liczę, że przedstawi pani dobrą strategię finansową.
- Oczywiście, panie Anglada, może mi pan zaufać.
Uśmiechnął się do mnie jeszcze raz, po czym wszedł do swojego gabinetu, a ja, przemierzając tych kilka metrów, które mnie dzieliły od miejsca pracy, przyrzekłam sobie, że dam z siebie wszystko w tym projekcie.
Mijając biurko Vanessy López, która jak zwykle konspirowała z Menéndezem, niechcący usłyszałam fragment ich rozmowy.
- Więc wpadłeś na swoją byłą i jej obecnego faceta... - mówiła ostrym, przenikliwym tonem tleniona w paski.
- I wiesz, co mi powiedziała ta zdzira? - Menéndez kipiał ze złości, aż wydatne jabłko Adama podskakiwało mu kompulsywnie.
López pokręciła głową, co sprawiło, że jej duszące perfumy zaatakowały mój wrażliwy nos.
- Powiedziała mi: "Wreszcie wiem, czym jest seks".
Nie zdołałam powstrzymać stłumionego dźwięku, a kiedy uciekł mi z gardła, tamci dwoje spojrzeli na mnie równocześnie. Twarz informatyka przybrała brązowawy odcień, a oczy Vanessy ciskały iskry wściekłości. Od razu wiedziałam, że oto zyskałam w firmie parę wrogów, ale szłam dalej jakby nigdy nic i zamknęłam się w swoim gabinecie.
Wieczorem po pracy wybrałam się z trzema najlepszymi przyjaciółkami do knajpki Vips przy ulicy Ortegi y Gasseta, niedaleko mojego biura.
- Urośnie ci od tego brzuszysko - skwitowała Isabel, rzuciwszy karcące spojrzenie na mój talerz z grubymi naleśniczkami z bitą śmietaną, hojnie polanymi karmelowym syropem.
Nie przejęłam się tym. Mogłam zrozumieć jej gorycz. Wiecznie była na diecie i przy takich okazjach ograniczała się do sączenia małymi łyczkami naparu z mięty.
- Dobrze wiesz, że Natasha, nawet gdy się obżera jak pirania, zawsze wygląda idealnie - odparła Ángela, jak zwykle tuszując impertynencję przyjaciółki.
- Opowiedz o swojej pracy - wtrąciła Ana. - Nie mogę uwierzyć, że twój szef to ten typ z restauracji. Chyba go sobie przypominam, przystojniak z niego.
- No, nieźle się prezentuje - zgodziłam się ze wzruszeniem ramion.
- I trafi na twoją niekończącą się listę byłych?
- Nic z tego, Isabel, nie jest w moim typie.
- Ach, czyżby? A więc nie czyta Tołstoja i regularnie bierze prysznic?
Nie wytrzymałam i parsknęłam śmiechem. Jak zawsze komentarze Isabel były złośliwe, ale dowcipne.
- Cholera, Isabel, aleś ty zajadła. Co w ciebie wstąpiło? Tygrys?
Isabel trochę się rozluźniła.
- Przepraszam, Natacza. - Zawsze mnie tak nazywała, żeby się ze mną podroczyć. - To dlatego, że dziś po raz enty kłóciłam się z mężem.
Nie było w tym nic dziwnego. Żadna z nas nie rozumiała, dlaczego Isabel wyszła za Agustína, strasznego nudziarza - przynajmniej ja go tak oceniałam - któremu przeszkadzało wszystko, co robi jego żona, dziesięć razy bardziej błyskotliwa od niego. Już w czasach narzeczeństwa nic tylko się kłócili.
- O co poszło tym razem? - zapytała Ana, najwyraźniej bardziej zainteresowana swoim olbrzymim koktajlem truskawkowym niż samą rozmową.
Isabel pociągnęła łyk naparu, po czym odpowiedziała:
- Jak zwykle o bzdury. Pokazałam mu los, który kupiłam poprzedniego dnia na loterii w Toledo, miał symetryczny numer, a małżonek zapytał, co zamierzam zrobić z pieniędzmi, jeśli wygram.
- Co mu odpowiedziałaś?
- Powiedziałam: "Najpierw się oczywiście rozwiodę". Chyba nie przyjął tego za dobrze...
Dostałyśmy ataku śmiechu. Isabel była niesamowita.
- Posłuchajcie tego! Jadę z szefem w podróż służbową do Dubaju - wypaliłam, nie umiejąc się już dłużej powstrzymać.
- Dubaj! To dopiero podróż, nie to, co moje - westchnęła Ana z nutką życzliwej zazdrości.
Biedaczka jedyną zagraniczną podróż odbyła do Paryża podczas miesiąca miodowego. Jednak jej małżeństwo nie płynęło mlekiem i miodem za długo. Rozeszli się po półtora roku, a po trzech latach oficjalnie wzięli rozwód. Jej były, kiedy tylko mógł, migał się od płacenia alimentów, przez co ze swoją nauczycielską pensyjką, z wydatkami na syna i kredytem hipotecznym, który wzięła, by kupić maleńkie mieszkanko, z wielkim trudem wiązała koniec z końcem.
- No, jeszcze trochę potrwa, zanim pojedziemy, projekt dopiero jest w fazie rozwoju - oznajmiłam. - Niestety jest coś, z czego się nie wyplączę: weekendowy coaching. Prędzej wolałabym sobie żyły podciąć, niż na to jechać.
- Co... co takiego? - Ángela nigdy nie nadążała za ostatnimi trendami. Pochłaniało ją użeranie się z małymi bestiami i zadzierającym nosa mężulkiem.
- Coaching służy doskonaleniu umiejętności przywódczych, komunikacyjnych, zarządzania czasem i tych cech osobowości, które bezpośrednio wpływają na wyniki ekonomiczne przedsiębiorstwa... - wyrecytowałam.
- A mówiąc po ludzku: wyjazd za miasto, który wymyślono, by kadra przywódcza firmy zebrała się do kupy i przyjemnie spędziła czas, bawiąc się jak dzieci na letnim obozie - wyjaśniła prosto Isabel.
- Cały weekend odcięci od świata, stłoczeni w jakiejś górskiej zagrodzie... - jęknęłam z rozpaczą.
- Ale zapowiada się fajnie.
Dla Any cokolwiek, co by ją wyrwało ze smutnej rodzinnej rutyny, miało posmak przygody. Przesunęłam sobie niecierpliwie ręką po kasztanowatych włosach, po czym kawałkiem przepysznego naleśniczka zmiotłam z talerza ostatnie krople syropu.
- Tak, fajniutko - burknęłam z pełnymi ustami. - Wyobraź sobie, że nawet w wolne dni będziesz zamknięta w otoczeniu swoich dzikich uczniów.
- Ale mówiłaś nam, że twoi koledzy nie są źli, że często się z nimi śmiejesz. Zwłaszcza z tym jednym, Javierem - zauważyła przyjaciółka, nie dając się wytrącić z rozmarzenia.
- Niby tak, ale nie jest to plan, który bym wybrała na weekend, wierz mi. Powiem ci to w kilku słowach, Anita: w wolnym czasie lubię się od tego odłączyć.
- Twój szef jedzie? - zapytała Ángela.
- Chyba tak. Jedzie cała firma, nawet partner Anglady, którego jeszcze nie poznałam.
- W takim razie wątpię, żebyś miała się nudzić - podsumowała Isabel z przebiegłą miną. - Po tym, co nam o nim opowiadałaś, jestem przekonana, że Jorge Anglada wpadł ci w oko...
- Jeszcze czego. - Zmarszczyłam brwi i rzuciłam jej znużone spojrzenie. - Dlaczego uważasz, że zawsze musi mi się ktoś podobać? Kiedy zerwałam z Panchem, przyrzekłam sobie i wam, że minie sporo czasu, zanim się znów zakocham. Od prawie siedmiu miesięcy do nikogo nie wystartowałam...
- Od czterech i pół - wtrąciła Ángela, zawsze skrupulatna w obliczeniach.
- Dobrze, od czterech i pół, wszystko jedno, i proszę: miewam się lepiej niż kiedykolwiek. - Zadarłam brodę, dumna z siebie; niech spróbują zaprzeczyć.
- Prawdę mówiąc, nie wierzyłyśmy, że tak długo wytrwasz. Odkąd skończyłaś trzydziestkę, nie mogłaś wytrzymać nawet dwóch tygodni, żeby się nie zadurzyć w jakimś czubku - wytknęła mi oskarżycielsko Isabel, wbijając we mnie błyszczące zielone oczy.
- Tym bardziej. Jorge Anglada nie jest żadnym czubkiem. To mężczyzna, jakiego każda matka chciałaby dla swojej córki: przystojny, uprzejmy, dobrze wychowany, inteligentny, porządnie ubrany, ma własną firmę... no, prawdziwy skarb.
- Zdecydowanie nie w twoim typie - orzekły jednogłośnie Ana i Ángela.
Posłałam im spojrzenie z gatunku "przecież mówiłam" i zaczęłyśmy gadać o kłopotach małżeńskich Isabel i o tym, jakim sukinsynem okazał się były Any.
-
Gdy kilka dni później przyszłam do biura, od razu zdałam sobie sprawę, że coś jest na rzeczy. Ze swojego miejsca przy biurku miałam wspaniały widok na gabinet szefa. Pan Anglada zdjął marynarkę i rozluźnił krawat pod szyją. Biała, lekko wcięta w talii koszula podkreślała jego szerokie ramiona i tors, na którym nie dało się dostrzec ani grama tłuszczu. Gdybym nie uważała, że nie jest w moim typie, uznałabym, że to niesamowicie atrakcyjny mężczyzna.
Rozmawiał przez komórkę i po raz pierwszy widziałam, jak przy tym gestykuluje, niczym włoski handlarz na targu. Mówił ze zmarszczonym czołem, wyraźnie wściekły. Właściwie krzyczał do mikrofonu, ale szklane ściany działowe - choć niczego nie pozwalały ukryć przed wzrokiem - doskonale tłumiły dźwięki, nie usłyszałam więc ani słowa z tego, co wykrzykiwał.
W pewnym momencie odwrócił się i przyłapał mnie na podglądaniu. Poczułam, że się czerwienię, i zaczęłam pośpiesznie stukać w klawiaturę komputera. Dzięki Bogu on ze swojego miejsca nie mógł dostrzec, że nawet jeszcze nie włączyłam sprzętu. Obserwowałam ukradkiem, jak do drzwi jego gabinetu szybkim krokiem podchodzi María i puka nerwowo. Szef ją wpuścił, lecz za chwilę wyszła. Krótko potem wróciła z jakimś wysokim, eleganckim facetem, który wyglądał na partnera biznesowego, ale widziałam go w biurze zaledwie kilka razy i nigdy nie zamieniliśmy ani słowa. Razem ze swoim zespołem zajmował inną kondygnację budynku, gdzie mieli gabinety prawnicy.
Taki ruch o tak wczesnej porze nie był normalny, a ponieważ jestem wścibska do szpiku kości, zżerała mnie ciekawość. Przez prawie godzinę głowiłam się nad tym, co się dzieje w gabinecie szefa, aż stwierdziłam, że nadszedł czas, by trochę popracować. Dokładnie w tym momencie zapukała do mnie María i powiedziała, że pan Anglada chciałby ze mną rozmawiać.
Przestraszona, zaczęłam w myślach przetrząsać wszystko, co w tych ostatnich miesiącach mogłam spartaczyć, ale nie znalazłam nic, co mogłoby wywołać taką złość w człowieku, którego do tej pory uważałam za wcielenie opanowania i spokoju. Dlatego skierowałam się do jego gabinetu na drżących nogach.
Nie usłyszałam zaproszenia, ale zobaczyłam, że szef przywołuje mnie gestem.
- Dzień dobry, panie Anglada - przywitałam się.
Znów niecierpliwym gestem wskazał mi jedno z krzeseł stojących przed jego biurkiem. Zaniepokojona, zaczęłam mówić bez ładu i składu:
- Pomyślałam, że nie zaszkodzi, jeśli spotkam się z architektami i inżynierami, którzy się zajmują dubajskim projektem, by zaczęli przenosić swoje obliczenia inwestycyjne i przedyskutowali... - Starałam się zapanować nad drżeniem głosu.
Szef patrzył na mnie, jakby nie rozumiał, co, u licha, mówię, i nagle jego zmarszczone czoło rozchmurzyło się, po czym co prawda nie uśmiechnął się promiennie, ale zobaczyłam, że w kącikach jego oczu powstają te atrakcyjne zmarszczki.
Jego spojrzenie spoczęło na moich palcach, które wykręcałam sobie na kolanach niczym węgorze. Ale nie odezwał się, więc mój niepokój jeszcze wzrósł i jak zawsze, kiedy się denerwuję, otwarła się we mnie śluza i popłynął nieprzerwany potok słów:
- Właściwie nie rozmawiałam z nimi dużo, spotkałam się tylko kilka razy. Pomyślałam, że nie zaszkodzi, jeśli się trochę zapoznam z liczbami. Podrę te kartki! Dobra, raczej będę musiała usunąć dokument, bo go jeszcze nie wydrukowałam, ale... - Zawstydzona swoją paplaniną, nareszcie zamilkłam, przygryzając sobie dolną wargę.
Boże, nie wiem, czemu zachowuję się jak głupia dziewucha! Jestem dyrektorką finansową dużego przedsiębiorstwa i dobrze wykonuję swoją pracę, nie popełniłam żadnego błędu. Przenikliwe turkusowe oczy zdawały się wwiercać w mój mózg i znowu poczułam, że jest w nich coś, co trudno uznać za normalne.
- Nie wezwałem pani, Natasho, żeby udzielać reprymendy. - Ton jego głosu, lekko ochrypłego, z pieszczotliwą nutką, przyprawił mnie o gęsią skórkę, a to przywołało wspomnienie Alfreda...
Alfredo, mój dawny chłopak, maniakalnie uczył się na pamięć haseł encyklopedycznych. Pewnego dnia zrobiło mi się zimno i wspomniałam, że mam gęsią skórkę. Do dziś słyszę, jak recytuje: "Gęsia skórka: tak potocznie nazywa się reakcję pilomotoryczną, czyli skurcz mięśni przywłosowych powodujący wyprostowanie włosów na całym ciele. Każdy z tych maleńkich mięśni jednym końcem jest przyczepiony do podstawy mieszka włosowego, a drugim do dolnej tkanki naskórka". Kiedy to powtórzyłam przyjaciółkom, Isabel stwierdziła, że "mięśnie przyłonowe", przyczepione do "woreczka" jej ówczesnego chłopaka, działają nie tylko na zimnie, i przez miesiąc turlałyśmy się ze śmiechu. A biedny Alfredo, mimo że prześliczny, był moim chłopakiem zaledwie przez kilka tygodni. Nawet moja mama - wcielenie cierpliwości - odetchnęła z ulgą, gdy z nim wreszcie zerwałam...
- Proszę posłuchać, nawet nie chciałem rozmawiać o pracy - ciągnął szef, nie mając pojęcia o moim niefortunnym przebłysku wspomnień.
- Ach, nie? - rzuciłam zbita z tropu, nagle wracając do rzeczywistości.
- Niezupełnie.
- W takim razie... - Najchętniej od razu wyciągnęłabym z niego odpowiedź, ale było jasne, że muszę chwilę poczekać.
- Ależ pani w gorącej wodzie kąpana!
Mimo malującej się na jego twarzy powagi odniosłam wrażenie, że znów w duchu się ze mnie śmieje.
- Skoro nie chodzi o pracę... To pewnie ma coś wspólnego z tamtym zdarzeniem w restauracji? - zapytałam, czując, że się czerwienię jak burak.
- Zimno, zimno. - Zdecydowanie pan Anglada miał ochotę zabawić się moim kosztem.
- Proszę mi powiedzieć! - zawołałam błagalnie, zupełnie się zapominając.
- Panno Poliakova, jest pani impulsywną osobą.
"Nawet pan nie wie, jak bardzo" - dodałam w myślach.
Nagle wrócił do rzeczowego tonu:
- Chodzi o wyjątkowo poważną sprawę. Od jakiegoś czasu mój partner i ja podejrzewamy, że ktoś z naszego zespołu szpieguje dla konkurencji.
- Kret? - zapytałam z zapałem. Zawsze mnie pasjonowały filmy i książki o szpiegach i tajnych agentach.
- W rzeczy samej. W konkursach, do których ostatnio przystępowaliśmy, rywalizujące z nami przedsiębiorstwo zawsze nas wyprzedza, przedstawiając projekty będące niemal kopiami naszych. - Pan Anglada niespokojnym ruchem przeczesał sobie piękną dłonią jasnobrązowe włosy.
- Do licha! - Zauważyłam, że wpatruję się w niego z rozchylonymi ustami, i czym prędzej je zacisnęłam. Nagle przyszło mi do głowy coś strasznego. - Nie myśli pan chyba, że to ja...?!
- Na pewno nie, panno Poliakova, niech pani nie będzie dziecinna.
Fatalnie się poczułam po tym przymiotniku. Nie obraziłabym się, gdyby mi zarzucił konfabulowanie, nadmiernie wybujałą fantazję, ale "dziecinna"?!
- Podejrzenia mieliśmy już znacznie wcześniej, zanim dołączyła pani do zespołu Anglada & Partners - wyjaśnił. - I dlatego pani o tym mówię.
Kiwnęłam głową, jakby mi to coś wyjaśniło, choć w rzeczywistości nic nie rozumiałam. Wciąż byłam bardziej zagubiona niż Tezeusz, któremu przecięto nić w labiryncie.
- Chciałbym, żeby zachowała pani czujność. Nie domagam się, żeby weszła pani w rolę detektywa. Ale gdyby zauważyła pani u któregoś ze swoich kolegów coś dziwnego, coś nie na miejscu...
Czyli chciał, żebym została donosicielką. Oburzyła mnie ta propozycja i wypaliłam:
- Nie jestem żadną kablarą!
- Kablara! Co za słowo... Oczywiście, najwyraźniej niedaleko odeszła pani od szkolnego podwórka.
- Panie Anglada, nie podobają mi się pańskie insynuacje... - Jak ten człowiek mógł mi się kiedyś wydać miły? Wciąż miałam w uszach jego niekontrolowany chichot w restauracji.
- Nie wiem, o jakie insynuacje pani chodzi. - Zrobił niewinną minę, ale nie dałam się nabrać.
- Dwa razy zasugerował pan, że zachowuję się jak dziecko - odpowiedziałam, starając się okazać godność. - A ja nie jestem dziewczynką. Jestem profesjonalistką, która bardzo poważnie traktuje swoje obowiązki i...
- Proszę się nie zapędzać, panno Poliakova, i unikać takich ataków złości. Przez chwilę się bałem, że pęknie pani żyłka. Konkretnie ta.
Dotknął palcem punktu na mojej szyi, czym unieruchomił mnie skutecznie jak paralizatorem. Mimo że prawie natychmiast zabrał palec, czułam się jak przestępca rażony prądem. Szef skorzystał, że nietypowo jak na mnie zamilkłam, i dokończył swoje polecenia.
- Nie ma potrzeby, żeby szpiegowała pani kolegów ani żeby pani na kogoś donosiła. - W tym ostatnim słowie pobrzmiewała ironia. - Proszę tylko, aby pani raportowała, jeśli coś wyda się pani dziwne. Nic więcej. To nie wykracza chyba poza pani święte zasady honoru i lojalności?
Nie mogąc już ani sekundy dłużej wytrzymać jego kpiącego spojrzenia, spuściłam wzrok, zawstydzona.
- Oczywiście, że nie, panie Anglada. Obiecuję, że jeżeli zauważę coś dziwnego, zwrócę się do pana. - Poczułam się głupio, i to niestety nie po raz pierwszy. Były miły pan Anglada często się do tego przyczyniał.
- Bardzo dziękuję, Natasho, i proszę, by powściągnęła pani drażliwość. Czasami wydaje się pani nieprzewidywalna jak wóz wyładowany płynną nitrogliceryną toczący się wyboistą drogą. Dziękuję, że poświęciła mi pani czas, i proszę o dyskrecję. A teraz, za pozwoleniem, może pani wrócić do pracy.
Zapanowała cisza, a ja wstałam i bez słowa skierowałam się do drzwi. Już miałam wyjść, kiedy zatrzymał mnie jego głos.
- A, panno Poliakova, oczywiście, może pani rozpocząć rozmowy z architektami i inżynierami. Za niecałe trzy miesiące lecimy do Dubaju.
Trzy miesiące! Oczywiście muszę zacząć ładować baterie. Na myśl o podróży znów się bezwiednie rozchmurzyłam; posłałam szefowi uśmiech, który mam zarezerwowany na szczególne okazje, i odniosłam wrażenie, że na kilka sekund dech mu zaparło.