Wakacje od miłości - Isabel Keats

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Choćbyś biegł ile sił, twoja przeszłość i tak zawsze cię dopadnie (jak zapewne rzekł jakiś wschodni filozof).

- Pro­szę wejść, pan An­glada przyj­mie pa­nią na­tych­miast - oznaj­miła z wyż­szo­ścią se­kre­tarka, otwie­ra­jąc drzwi prze­stron­nego ga­bi­netu o prze­szklo­nych ścia­nach.

Rzu­cał się w oczy kon­trast mię­dzy sta­rym, wiel­ko­pań­skim bu­dyn­kiem a tymi ogrom­nymi oknami i awan­gar­do­wym wy­stro­jem wnę­trza. Za gi­gan­tycz­nym biur­kiem sie­dział od­wró­cony ty­łem do drzwi męż­czy­zna o ja­sno­brą­zo­wych wło­sach i roz­ma­wiał przez ko­mórkę. Gdy skoń­czył, ob­ró­cił skó­rzany fo­tel w moją stronę i zo­ba­czy­łam jego twarz. Od razu go roz­po­zna­łam. Za­cho­wał nie­prze­nik­nioną minę; zdra­dziły go jed­nak tur­ku­sowe oczy - na mój wi­dok roz­bły­sły we­so­ło­ścią. Było oczy­wi­ste, że on też mnie pa­mięta, a to kpiar­skie spoj­rze­nie spra­wiło, że wró­ci­łam my­ślami do ze­szłego ty­go­dnia...

Jak na­ka­zy­wała tra­dy­cja ab­sol­wen­tek pro­wa­dzo­nej przez ur­szu­lanki ry­go­ry­stycz­nej szkoły Pełne Na­dziei w Wie­rze, spo­ty­ka­ły­śmy się za­wsze w oko­li­cach Bo­żego Na­ro­dze­nia na pry­wat­nym bab­skim zjeź­dzie, świę­tu­jąc ukoń­cze­nie na­uki w roku... (za­po­mnia­łam daty). Pod­czas ko­la­cji wino pły­nęło ni­czym ropa z od­wier­tów w Za­toce Mek­sy­kań­skiej, a pety, mimo nie­stru­dzo­nego wy­siłku kel­ne­rów, któ­rzy nie na­dą­żali z wy­rzu­ca­niem po­piołu i nie­do­pał­ków, pię­trzyły się je­den na dru­gim, jakby chciały się wy­do­stać z po­piel­niczki. Tym­cza­sem my, nie­roz­łączne od cza­sów szkol­nych, nie zo­sta­wia­ły­śmy su­chej nitki na mę­żach lub by­łych, któ­rych liczba po­więk­szała się z roku na rok.

Ja wciąż by­łam sama i po ze­rwa­niu z ostat­nim na­rze­czo­nym - spa­mię­ta­nie li­sty imion za­czy­nało mi spra­wiać trud­no­ści - wolna jak ta­czanka na ste­pie. Przy­ja­ciółki oskar­żały mnie o nie­doj­rza­łość i syn­drom Pio­tru­sia Pana z wy­ni­kiem je­de­na­ście w skali od jed­nego do dzie­się­ciu. Może i ra­cja, ale - jak im mó­wię cza­sami - ich przy­kład nie za­chęca do tego, by rzu­cać się na łeb na szyję w mał­żeń­stwo, a do­kład­niej: w sza­leń­stwo ob­ra­sta­nia dziećmi.

Prawda jest taka, że z tego wciąż wał­ko­wa­nego te­matu nie wy­cią­gamy uży­tecz­nych wnio­sków. Mę­żatki z za­pa­łem wy­li­czają za­lety po­sia­da­nia ro­dziny i dzieci, mimo że wciąż na nie wy­rze­kają, roz­wódki zaś wy­chwa­lają wol­ność, która po­zwala im po­now­nie od­by­wać ta­niec go­dowy po za­koń­cze­niu na­tu­ral­nego cy­klu roz­mna­ża­nia się i od­cho­wa­niu po­tom­stwa, choć uskar­żają się gorzko, że w obec­nej sy­tu­acji do wy­boru nie po­zo­staje im już ani je­den fa­cet, któ­rego można by na­zwać nor­mal­nym. Szcze­rze mó­wiąc, mocno wąt­pię w to, czy któ­raś z nich sama kwa­li­fi­ko­wa­łaby się do ISO "nor­mal­no­ści".

Pa­trząc z boku, jak się nie­ustan­nie uga­niają za chło­pami, czło­wiek by się nie do­my­ślił, że każda z nich po­nad pięć lat trwała w bło­gim sta­nie mał­żeń­skim, a tym bar­dziej nie po­jąłby, że tyle czasu spę­dziły za nie­prze­nik­nio­nymi mu­rami klasz­toru, w któ­rym je­dyne bzy­ka­nie, o ja­kim sły­szano, wy­da­wały nie­liczne za­błą­kane mu­chy.

Ja wio­dłam ży­cie, nie wi­kła­jąc się w ża­den z tych dwóch sta­nów. Z jed­nej strony nie mu­sia­łam zno­sić typa chra­pią­cego noc w noc u mo­jego boku, po­wstrzy­mu­jąc się przed zwa­le­niem go so­lid­nym kop­nia­kiem na pod­łogę. Omi­jało mnie też uże­ra­nie się z plą­czą­cymi się po domu ma­łymi szkod­ni­kami, w kółko za­wra­ca­ją­cymi głowę bied­nej ma­mie, która nie może ich wy­słać na au­to­stradę, żeby się tam po­ba­wiły. Z dru­giej strony jed­nak uża­la­łam się na przy­plą­tu­ją­cych się do mnie don­żu­anów i - cza­sami - na sa­mot­ność.

W tam­tym punk­cie wie­czoru by­łam dość... jak by to po­wie­dzieć... może naj­od­po­wied­niej­szym sło­wem by­łoby "pod­chmie­lona". Od dłuż­szej chwili chciało mi się si­kać, co nie po­zwa­lało uczest­ni­czyć w roz­mo­wie, wsta­łam więc - o mało nie prze­wra­ca­jąc kie­liszka z wi­nem i ta­le­rzyka z chle­bem - i nieco chwiej­nym kro­kiem po­dą­ży­łam do ubi­ka­cji. Ulży­łam so­bie ni­czym hi­po­po­tam w zoo, po czym na­ło­ży­łam błysz­czyk na usta, po­pra­wi­łam fry­zurę i wy­szłam. Do­kład­nie w tym mo­men­cie otwo­rzyły się drzwi mę­skiej to­a­lety i wy­szedł z niej wy­soki fa­cet około czter­dziestki o brą­zo­wych wło­sach i nie­sa­mo­wi­tych tur­ku­so­wych oczach.

- Hej! - za­wo­łał i zła­pał mnie za ra­mię.

Obu­rzona wy­rwa­łam mu się i wy­krzyk­nę­łam:

- Nie waż się mnie do­ty­kać, ob­le­chu!

- Chcia­łem tylko po­wie­dzieć... - na­le­gał mimo mo­jego oporu.

Nie da­łam mu skoń­czyć.

Czu­jąc, że wzbie­ra­jąca we mnie agre­sja try­ska wszyst­kimi po­rami - moż­liwe, że była to kon­se­kwen­cja roz­mowy z przy­ja­ciół­kami, a może sku­tek uboczny dwóch dżi­nów z to­ni­kiem, które już wy­pi­łam - wy­pa­li­łam ostro:

- Czy uczciwa ko­bieta nie może so­bie wyjść na ko­la­cję, żeby jej za­raz nie pró­bo­wał po­de­rwać ja­kiś stary zbo­cze­niec? A prawa ko­biet? Opra­wi­li­śmy je w ramki i mo­żemy o nich za­po­mnieć? Czyż­by­śmy wra­cali do śre­dnio­wie­cza, tej cu­dow­nej epoki, w któ­rej każdy łysy brzu­chacz miał prawo pierw­szej nocy?

Kiedy tak nie­po­wstrzy­ma­nie wy­rzu­ca­łam z sie­bie py­ta­nie po py­ta­niu, po­czu­łam, że lada chwila za­cznę to­czyć pianę z ust. Fa­cet wy­glą­dał, jakby się ku­lił pod tą ka­no­nadą trud­nych py­tań, i prze­stra­szony od­su­nął się na bok. A ja, za­do­wo­lona ze zwy­cię­stwa, za­dar­łam głowę i trium­fal­nie po­ma­sze­ro­wa­łam do swo­jego stołu, me­an­dru­jąc mię­dzy in­nymi klien­tami lo­kalu. Na pewno wszystko sły­szeli, bo kiedy ich mi­ja­łam, sły­sza­łam za sobą tłu­mione śmie­chy, które wzię­łam za wspar­cie i przy­ję­łam z ogromną sa­tys­fak­cją.

Gdy do­tar­łam do ko­le­ża­nek, Ana po­wie­działa:

- Cze­kaj, ob­róć się, kró­lowo wy­zwo­le­nia ko­biet!

Ob­ró­ci­łam się więc te­atral­nie wo­kół wła­snej osi, czu­jąc się jak mo­delka na wy­biegu albo na­wet jak Piękna tań­cząca bez Be­stii. Na­gle jed­nak za­uwa­ży­łam, że we­so­łość przy­ja­ció­łek prze­cho­dzi w hi­ste­ryczny re­chot. Wszyst­kie po­kła­dały się ze śmie­chu na krze­słach, aż się po­pła­kały.

- Co jest? O co cho­dzi? - mam­ro­ta­łam, czu­jąc, że mina mi rzed­nie.

W końcu oświe­ciła mnie Án­gela, po­czciwa du­sza w tej paczce:

- Có­ruś, kiedy wy­szłaś z ubi­ka­cji, spód­nica za­cze­piła ci się o gumkę maj­tek i pa­ra­do­wa­łaś tak przez całą re­stau­ra­cję. Ale nie martw się, wszy­scy i tak są już na­wa­leni...

- I nie­winni jak aniołki... - do­dała ta wredna małpa Isa­bel, która za­wsze się cie­szy z cu­dzych nie­szczęść.

Bły­ska­wicz­nie, choć po­nie­wcza­sie po­pra­wi­łam so­bie spód­nicę i usia­dłam, zwie­sza­jąc głowę, żeby dłu­gie włosy za­sło­niły mi twarz. Te­raz sły­sza­łam, jak do­okoła lu­dzie śmieją się już na ca­łego. Mia­łam wra­że­nie, że na­wet ku­charz zo­sta­wił swoje gary i wy­szedł, żeby się ze mnie po­na­bi­jać. Przez szparę mię­dzy ko­smy­kami wło­sów zer­k­nę­łam w bok i zo­ba­czy­łam, że przy są­sied­nim sto­liku sie­dzi tam­ten fa­cet spod drzwi to­a­lety; po­pa­truje na mnie i trzę­sie się ze śmie­chu.

Nie mo­gąc dłu­żej znieść po­twor­nego upo­ko­rze­nia, wsta­łam, rzu­ci­łam na stół parę bank­no­tów i po­bie­głam do domu, go­towa nie wy­cho­dzić z niego do końca swo­ich dni.

Czy ktoś mógłby so­bie wy­obra­zić moje za­sko­cze­nie i kon­ster­na­cję, kiedy kilka dni póź­niej sta­wi­łam się na roz­mo­wie kwa­li­fi­ka­cyj­nej - do któ­rej przy­go­to­wy­wa­łam się su­mien­nie od ty­go­dni - i oka­zało się, że bę­dzie mnie od­py­ty­wał znie­na­wi­dzony fa­cet z re­stau­ra­cji?

- Do­brze! - za­wo­łał tenże fa­cet, ostro prze­ry­wa­jąc nie­przy­jemną ci­szę, jaka za­pa­no­wała w ga­bi­ne­cie. - Może by­łoby le­piej, gdyby przy­szła dziś pani w spodniach...

Nie­moż­li­wie za­wsty­dzona, po­czu­łam, że się czer­wie­nię aż po białka oczu. Rap­tow­nie od­su­nę­łam do tyłu krze­sło, na któ­rym sie­dzia­łam, bez­li­to­śnie za­ry­so­wu­jąc przy tym nie­ska­zi­tel­nie gładki par­kiet, rzu­ci­łam fa­ce­towi naj­bar­dziej po­gar­dliwe spoj­rze­nie, na ja­kie było mnie stać, sta­now­czym ge­stem chwy­ci­łam to­rebkę i wy­szłam, trza­ska­jąc drzwiami. Po­nie­waż jed­nak były szklane, efekt oka­zał się nie tak dra­ma­tyczny, jak bym so­bie tego ży­czyła. Co mnie naj­bar­dziej ze­zło­ściło w tej spra­wie, to że przez za­bój­czo obłą­kań­czą se­kundę uzna­łam tego od­ra­ża­ją­cego dra­nia za atrak­cyj­nego.

Gło­śno stu­ka­jąc ob­ca­sami, prze­szłam przez ko­ry­tarz i po­śpiesz­nie - to zna­czy z pręd­ko­ścią dro­bią­cej kroki me­cha­nicz­nej lalki, bo tylko na tyle po­zwa­lała mi ob­ci­sła ołów­kowa spód­nica - skie­ro­wa­łam się do windy. Cięż­kie sta­lowe drzwi ka­biny za­my­kały się już za mną, kiedy zni­kąd po­ja­wiła się czy­jaś dłoń o dłu­gich, sil­nych pal­cach i krót­kich, ide­al­nie za­dba­nych pa­znok­ciach. Bez wy­siłku pchnęła drzwi, tak że się otwo­rzyły z po­wro­tem.

- Panno Po­lia­kova, gdyby była pani tak uprzejma, pro­szę wró­cić do mo­jego ga­bi­netu. Jesz­cze nie skoń­czy­li­śmy roz­mowy - ode­zwał się bar­dzo spo­kojny głos.

- Dla mnie jest skoń­czona, pa­nie An­glada. Nie po­zwolę, żeby się ze mnie na­śmie­wano.

Pra­wie czu­łam, jak moje odzie­dzi­czone po ojcu wiel­kie brą­zowe oczy - mig­da­łowe, jakby wy­szły spod pędzla re­ne­san­so­wego mi­strza, we­dług jed­nego z mo­ich by­łych ad­o­ra­to­rów - ci­skają roz­pa­lone, wście­kłe iskry. Mój roz­mówca jed­nak za­cho­wał nie­zmą­cony spo­kój wo­bec tego wy­bu­chu zło­ści. Wy­glą­dał wręcz, jakby był cał­kiem roz­luź­niony, gdy z rę­kami skrzy­żo­wa­nymi na piersi opie­rał się o brzeg drzwi, żeby się nie za­mknęły.

- Pro­szę po­słu­chać, panno Po­lia­kova. Ro­zu­miem, że nie za­czę­li­śmy zna­jo­mo­ści zbyt do­brze, ale za­nim się do­wie­dzia­łem, że pani to pani - nie spodo­bał mi się spo­sób, w jaki pod­kre­ślił to słowo - na pod­sta­wie ży­cio­rysu uzna­łem, że jest pani wła­ściwą osobą na to sta­no­wi­sko. Nie mogę po­zwo­lić, żeby nie­po­ro­zu­mie­nie po­pchnęło nas oboje do nie­zbyt pro­fe­sjo­nal­nego za­cho­wa­nia.

Mó­wił to tak spo­koj­nym i roz­sąd­nym to­nem, że po­czu­łam się przy nim jak biedna hi­ste­ryczka, którą trzeba miar­ko­wać, by nie ro­biła wi­do­wi­ska. Stwier­dzi­łam więc, że po­win­nam na­tych­miast od­zy­skać god­ność, i cho­ciaż w tej chwili mia­łam ochotę po­ka­zać mu ję­zyk i wy­le­cieć stam­tąd jak strzała, po­sta­ra­łam się od­po­wie­dzieć ra­cjo­nal­nie i doj­rzale, jak przy­stało na osobę, która trzy­dziestkę ma już za sobą.

- Ma pan ra­cję, pa­nie An­glada. Pro­szę... o wy­ba­cze­nie. - Le­d­wie wy­du­si­łam z sie­bie te słowa, wal­cząc z gulą dumy, która utknęła mi w gar­dle.

Choć mój roz­mówca za­cho­wał bar­dzo po­ważną minę, od­nio­słam wra­że­nie, że w du­chu się ze mnie śmieje. Przez kilka se­kund mu­sia­łam ze sobą wal­czyć, bo mia­łam ochotę rzu­cić to wszystko w dia­bły, ode­pchnąć go od drzwi i od­da­lić się z całą pręd­ko­ścią, jaką roz­wija ta no­wo­cze­sna winda. On jed­nak, jakby prze­wi­dział moje za­miary, od­su­nął się na bok i ge­stem za­pro­sił, że­bym po­szła za nim, a coś w jego po­sta­wie spra­wiło, że po­słu­cha­łam bez pro­te­stów.

Po­now­nie we­szłam do ga­bi­netu, od­pro­wa­dzana zdu­mio­nym wzro­kiem se­kre­tarki i po­zo­sta­łego per­so­nelu, który - rzecz ja­sna - pil­nie śle­dził to moje cho­dze­nie tam i z po­wro­tem. Biuro zaj­mo­wało całą kon­dy­gna­cję wiel­kiego gma­chu. Nie było żad­nych prze­pie­rzeń, nic nie dzie­liło ogrom­nej prze­strzeni; nie­liczne ga­bi­nety miały ścianki ze szkła, więc wszy­scy wi­dzieli wszystko, choć mo­gli uda­wać, że nie pa­trzą. Pan An­glada bar­dzo uprzej­mym ge­stem za­chę­cił mnie, że­bym usia­dła na jed­nym z wy­god­nych krze­seł sto­ją­cych wo­kół no­wo­cze­snego sto­lika ka­wo­wego.

- Je­żeli nie ma pani nic prze­ciwko, panno Po­lia­kova, za­cznijmy od po­czątku - za­pro­po­no­wał tym swoim głę­bo­kim gło­sem z lekką chrypką, która dziw­nie dzia­łała na moje za­koń­cze­nia ner­wowe.

Ski­nę­łam głową i po­sta­ra­łam się sku­pić na roz­mo­wie kwa­li­fi­ka­cyj­nej, jak­bym do­piero we­szła do ga­bi­netu, a po­przed­nia scena wcale nie miała miej­sca. Osta­tecz­nie by­łam pro­fe­sjo­na­listką; wiele lat prze­pra­co­wa­łam w du­żej mię­dzy­na­ro­do­wej fir­mie jako za­stęp­czyni dy­rek­tora fi­nan­so­wego, a te­raz by­łam zde­cy­do­wana sko­czyć na głę­boką wodę i sama zo­stać sze­fową działu. An­glada & Part­ners było ra­czej ma­łym przed­się­bior­stwem, lecz roz­wi­jało się dy­na­micz­nie, wpro­wa­dza­jąc in­no­wa­tor­skie roz­wią­za­nia in­ży­nie­ryjne w naj­bar­dziej eg­zo­tycz­nych za­kąt­kach pla­nety. Krótko mó­wiąc, kiedy się do­wie­dzia­łam, że szu­kają dy­rek­tora fi­nan­so­wego, po­sta­no­wi­łam, że do­stanę to sta­no­wi­sko.

Mimo wszystko te ja­sne oczy, tak mocno kon­tra­stu­jące z opa­le­ni­zną twa­rzy, prze­szka­dzały mi w sku­pie­niu. Zu­peł­nie wbrew so­bie nie mo­głam nie za­uwa­żyć, że Jorge An­glada to bar­dzo po­cią­ga­jący męż­czy­zna, cho­ciaż nie w moim ty­pie. Zbyt kla­syczne ubra­nie - skro­jony na miarę ele­gancki gar­ni­tur w gra­fi­to­wym ko­lo­rze i je­dwabny kra­wat od Her­m?sa; nad­mierna uprzej­mość - wy­da­wało się nie­wia­ry­godne, że po tym wszyst­kim wciąż chciał prze­pro­wa­dzić ze mną roz­mowę; i za bar­dzo... no, nie wiem, ale za­uwa­ży­łam, że jest w nim coś, co włą­cza w mo­jej gło­wie alarm, o któ­rego ist­nie­niu do tej pory nie mia­łam po­ję­cia. Dioda alarmu mru­gała go­rącz­kowo czer­wo­nym świa­tłem za­po­wia­da­ją­cym nie­bez­pie­czeń­stwo.

Za­pewne to z po­wodu mo­jej ro­syj­skiej krwi za­wsze po­cią­gali mnie męż­czyźni roz­ta­cza­jący aurę bo­hemy i wy­glą­da­jący na udrę­czo­nych. Im bar­dziej udrę­czeni, tym le­piej, nic więc dziw­nego, że moje ży­cie mi­ło­sne było au­ten­tyczną po­rażką. Ostat­nio uma­wia­łam się z mu­zy­kiem jaz­zo­wym gra­ją­cym w naj­ob­skur­niej­szych noc­nych klu­bach Ma­drytu. Przez ten zwią­zek moje zdro­wie psy­chiczne zo­stało po­waż­nie nad­we­rę­żone, nie tylko dla­tego, że gość nie kładł się spać przed świ­tem, pod­czas gdy ja mu­sia­łam wsta­wać o wpół do siód­mej rano, żeby zdą­żyć do pracy, ale też z nad­miaru emo­cji, które drę­czyły jego wraż­liwą du­szę. Kiedy za­pro­po­no­wał, że­by­śmy się ra­zem rzu­cili z wia­duktu i prze­szli do hi­sto­rii jako Ro­meo i Ju­lia ma­dryc­kiej mu­zyki jaz­zo­wej, od­zy­ska­łam zdrowy roz­są­dek i ucie­kłam z tej tok­sycz­nej zna­jo­mo­ści jak od za­razy mo­ro­wej.

Po­nie­waż nie prze­stał mnie na­cho­dzić, nie po­zo­stało mi nic in­nego, jak schro­nić się u przy­ja­ciółki, Án­geli, za­wsze go­to­wej po­dać po­mocną dłoń bliź­niemu w po­trze­bie. Po dwu­dzie­stu dniach sy­pia­nia na so­fie w sa­lo­nie i co­dzien­nych po­bu­dek w wy­ko­na­niu jej trzech dzi­kich be­stii rzu­ca­ją­cych się na mnie szczu­pa­kiem, no i to­wa­rzy­stwa jej męża, na­dę­tego po­zera, który już od pierw­szej chwili pa­trzył na mnie krzywo - nie wiem czemu, ale ja­koś ni­gdy nie przy­pa­damy do gu­stu na­rze­czo­nym i mę­żom na­szych przy­ja­ció­łek... oni nam zresztą też, prawdę mó­wiąc - Pan­cho, mój były, dał w końcu za wy­graną i za­miast zre­ali­zo­wać swój sa­mo­bój­czy plan, po­sta­no­wił wy­ru­szyć z ze­spo­łem na to­ur­née po mia­stecz­kach Hisz­pa­nii.

I tak z wes­tchnie­niem ulgi wró­ci­łam do swo­jego wy­tę­sk­nio­nego miesz­kanka przy ulicy Ar­rieta, w sa­mym cen­trum Ma­drytu, z cu­dow­nymi wi­do­kami na Te­atro Real, i do daw­nego ży­cia, tyle że go­towa na czas nie­okre­ślony wy­rzec się związ­ków uczu­cio­wych. Uda­wało mi się to od po­nad trzech mie­sięcy, co w moim przy­padku kwa­li­fi­ko­wało się do Księgi re­kor­dów Gu­in­nessa. A przy oka­zji wła­śnie mi się przy­po­mniało, że kilka ty­go­dni temu pe­wien nasz wspólny zna­jomy spo­tkał Pan­cha gra­ją­cego na sak­sie w Al­de­aqu­ema­dzie, w pro­win­cji Jaén, i po­wie­dział mi, że mój były wy­glą­dał na szczę­śli­wego.

Sie­dzący przede mną męż­czy­zna od­chrząk­nął kilka razy, przy­wra­ca­jąc mnie do rze­czy­wi­sto­ści. Za­pewne za­dał mi py­ta­nie, które do mnie nie do­tarło, dla­tego po­pro­si­łam:

- Prze­pra­szam, czy mógłby pan po­wtó­rzyć?

Bie­dak wes­tchnął z re­zy­gna­cją. Chyba w ży­ciu nie spo­tka­łam tak cier­pli­wego czło­wieka i ucie­szyło mnie to, bo aż za do­brze wiem, że mie­wam wyże i dołki, a mój cha­rak­te­rek po­trafi wy­sta­wić na próbę naj­więk­szego sto­ika.

- Po­wie­dzia­łem, że w ży­cio­ry­sie wy­mie­niła pani bie­głą zna­jo­mość an­giel­skiego, fran­cu­skiego i ro­syj­skiego. Czy mo­gli­by­śmy przez chwilę po­roz­ma­wiać po an­giel­sku?

- Oczy­wi­ście, pro­szę bar­dzo.

Od tego mo­mentu roz­mowa to­czyła się w ję­zyku an­giel­skim, ale nie mia­łam z tym żad­nego pro­blemu. Jego an­giel­ski był ide­alny, z ak­cen­tem, któ­rego nie po­wsty­dziłby się Fran­cis Mat­thews, pro­wa­dzący Fol­low me, ale mój też - cho­ciaż ame­ry­kań­ski, bo przez rok pra­co­wa­łam jako kel­nerka w ba­rze w Geo­r­ge­town, żeby za­ro­bić so­bie na MBA na tam­tej­szym uni­wer­sy­te­cie - nie po­zo­sta­wał w tyle.

- Je­śli pan chce, mo­żemy te­raz przejść na ro­syj­ski - za­pro­po­no­wa­łam; przy­znaję, cza­sami mnie po­nosi.

- Nie ma ta­kiej po­trzeby. Nie mó­wię po ro­syj­sku. Pani oj­ciec jest Ro­sja­ni­nem? Miesz­kała pani przez ja­kiś czas w Ro­sji?

- Tak, mój oj­ciec był Ro­sja­ni­nem. Zmarł, kiedy mia­łam dzie­sięć lat, ale za­wsze na­le­gał, że­bym po­praw­nie mó­wiła i pi­sała w jego ję­zyku. Ni­gdy nie miesz­ka­li­śmy w Ro­sji. Wi­dzi pan, oj­ciec uciekł zza że­la­znej kur­tyny, ucze­piony pod pod­wo­ziem woj­sko­wej cię­ża­rówki.

- Nie­sa­mo­wite! - Wy­glą­dał na fak­tycz­nie za­in­te­re­so­wa­nego, wy­chy­lił się na­wet tro­chę w moją stronę, jakby chciał le­piej sły­szeć.

- Na­prawdę tak pan uważa? - Kiw­nę­łam głową, po­sy­ła­jąc mu je­den ze swo­ich naj­lep­szych uśmie­chów. - Lu­bił nam opo­wia­dać, mnie i matce, jak spę­dził trzy dni z no­gami wci­śnię­tymi pod jedną z osi kół, z tru­dem utrzy­mu­jąc rów­no­wagę, a rę­kami de­spe­racko ści­skał rurę wy­de­chową. Moja ulu­biona część hi­sto­rii: gdy od­mro­ził so­bie mały pa­lec u le­wej ręki i zo­sta­wił go przy­kle­jony do me­talu. Za­wsze twier­dził, że wcale go to nie bo­lało...

Na­gle za­uwa­ży­łam, że roz­mówca pa­trzy na mnie z dziwną miną, i uzna­łam, że le­piej po­wścią­gnąć en­tu­zjazm i na tym za­koń­czyć moją opo­wieść. Przy­ja­ciółki za­wsze mnie oskar­żały o wy­bu­jałą wy­ob­raź­nię. Ich zda­niem ła­two po­pa­dam w uro­je­nia, choć wszystko w mo­ich hi­sto­riach jest prawdą. Tyle że może roz­mowa kwa­li­fi­ka­cyjna to nie naj­lep­szy mo­ment na wy­nu­rze­nia.

- I... cóż, my­ślę, że to już wszystko. - Zda­łam so­bie sprawę, że ner­wowo wy­krę­cam dło­nie, wsu­nę­łam je więc pod uda. Od­nio­słam wra­że­nie, że jego błysz­czą­cym oczom nie umknął ża­den szcze­gół.

- Bar­dzo in­te­re­su­jące, panno Po­lia­kova. Na­ta­sha, prawda?

Po­tak­nę­łam ski­nie­niem głowy.

- Je­śli nie ma pani nic prze­ciwko temu, będę się zwra­cał do pani po imie­niu - cią­gnął. - Są­dzę, że jest pani osobą, któ­rej szu­kamy. Mimo ra­czej mło­dego wieku ma pani bo­gate do­świad­cze­nie, włada pani an­giel­skim i ro­syj­skim, a ten drugi ję­zyk może być nam przy­datny w przy­szło­ści. Te­raz przy­bliżę pani wa­runki pracy i je­śli będą pani od­po­wia­dały, może pani za­cząć jak naj­szyb­ciej.

Wy­na­gro­dze­nie - kiedy wy­mie­nił kwotę, zro­bi­łam wiel­kie oczy - i ogólne wa­runki oka­zały się znacz­nie lep­sze, niż się spo­dzie­wa­łam, uzgod­ni­li­śmy więc, że w do­tych­cza­so­wym miej­scu za­trud­nie­nia złożę wy­ma­gane pięt­na­sto­dniowe wy­po­wie­dze­nie, po czym za­cznę pracę w fir­mie An­glada & Part­ners.

Po upły­wie pięt­na­stu dni po­now­nie po­ja­wi­łam się w ele­ganc­kim bu­dynku w dziel­nicy Sa­la­manca, ubrana w swój zwy­kły strój do pracy: spód­nica albo spodnie i sto­no­wana bluzka, co­dzien­nie w in­nym od­cie­niu, kla­syczne buty na nie­wy­so­kim ob­ca­sie, a do tego lekki ma­ki­jaż. Na szczę­ście moje bujne włosy w ko­lo­rze po­le­ro­wa­nego kasz­ta­no­wego drewna - to aku­rat odzie­dzi­czone po matce - da­wały się ła­two ukła­dać. Wy­star­czało, że je umy­łam i zo­sta­wi­łam do wy­schnię­cia, by wy­glą­dały bez za­rzutu.

Tego dnia pan An­glada był w po­dróży służ­bo­wej, przy­jął mnie więc pan Gon­zález, dy­rek­tor ad­mi­ni­stra­cyjny; męż­czy­zna w śred­nim wieku, dość tęgi, przy­wi­tał mnie z wy­raźną ser­decz­no­ścią i za­raz po­tem zo­sta­wił pod opieką oso­bi­stej se­kre­tarki pana An­glady. Ta po­ka­zała mi mój ga­bi­net i wpro­wa­dziła mnie w co­dzienną dzia­łal­ność firmy.

Chcąc nie chcąc zre­wi­do­wa­łam pierw­sze wra­że­nie, ja­kie zro­biła na mnie Ma­ría Ibá?ez. Po­przed­nim ra­zem wy­dała mi się osobą chłodną i aro­gancką, pod­czas gdy tak na­prawdę była po pro­stu dość nie­śmiała. Panna Ibá?ez za­pewne bli­żej miała do sześć­dzie­siątki niż do pięć­dzie­siątki i naj­do­słow­niej była panną. Do nie­zbyt przy­ja­znego wy­glądu przy­czy­niała się jej wy­mi­ze­ro­wana, po­marsz­czona twarz przy­po­mi­na­jąca su­szony na słońcu po­mi­dor.

W rze­czy­wi­sto­ści, kiedy się ją tro­chę po­znało, czło­wiek za­raz zda­wał so­bie sprawę, że to cu­do­wna osoba, za­wsze chętna do po­mocy. Praca była jej ży­ciem. Uwiel­biała swo­jego szefa - swo­jego "don Jorge", jak go na­zy­wała - tak jak matka uwiel­bia syna. I niech ni­kogo nie zwiodą po­zory: choć miała złote serce, naj­mniej­sza kry­tyka jej ubó­stwia­nego bo­ha­tera spra­wiała, że ko­bieta za­mie­niała się w agre­sywną pan­terę, co prawda chudą jak pa­tyk, ale groźną.

- Spodoba ci się w na­szej fir­mie, Na­ta­sho. Jest nas mało, ale sta­no­wimy zgrany ze­spół. Don Jorge to bar­dzo in­te­li­gentny czło­wiek, za­czy­nał od zera w domu swo­jego ojca chrzest­nego (nie wiem, czy wiesz, że jego ro­dzice zmarli, kiedy był ma­łym dziec­kiem) i zo­bacz, ile osią­gnął w ciągu nie­spełna pięt­na­stu lat. - Sze­ro­kim ge­stem wska­zała oto­cze­nie.

- Nie­wia­ry­godne - po­twier­dzi­łam, nie zwra­ca­jąc szcze­gól­nej uwagi na jej słowa, zbyt za­jęta pod­glą­da­niem kilku osób z per­so­nelu.

Ze swo­jego ga­bi­netu o prze­szklo­nych ścia­nach wi­dzia­łam całą prze­strzeń biu­rową firmy i wła­śnie w tej chwili od­kry­łam parę, która wy­ko­ny­wała ja­kiś po­ta­jemny ma­newr. Męż­czy­zna, wy­soki i szczu­pły, z oku­la­rami w gru­bej ro­go­wej oprawce i ze ster­czą­cym jabł­kiem Adama, ukrad­kiem po­ło­żył sta­ran­nie zło­żoną kartkę na biurku blon­dynki o buj­nych kształ­tach - żeby nie po­wie­dzieć: gru­bej - któ­rej włosy z pa­sem­kami po­pie­laty blond do­po­mi­nały się po­rząd­nej ma­ski na­wil­ża­ją­cej.

"Oho - po­my­śla­łam z sa­tys­fak­cją. - Wła­śnie na­mie­rzy­łam pierw­szy ro­mans w biu­rze".

- Ma­río, kim jest ten oku­lar­nik? - za­py­ta­łam nie­win­nie.

Od­wró­ciła się, spoj­rzała na nich, nie ba­wiąc się w sub­tel­no­ści, i od­po­wie­działa:

- To Fe­lipe Me­nén­dez, in­for­ma­tyk, praw­dziwy ge­niusz od kom­pu­te­rów. Jak na mój gust troszkę... jak to mówi dzi­siej­sza mło­dzież? - Przez chwilę my­ślała, za­nim od­po­wie­działa na wła­sne py­ta­nie: - Geek! Do­kład­nie, tro­chę ge­eko­waty.

Fak­tycz­nie, wy­pisz wy­ma­luj wy­glą­dał na ge­eka.

- A tamta tle­niona w pa­ski blon­dyna? - "Tle­niona w pa­ski" było moim ulu­bio­nym okre­śle­niem, od­kąd usły­sza­łam je kie­dyś w we­ne­zu­el­skiej te­le­no­weli.

- To Va­nessa Ló­pez, oso­bi­sta se­kre­tarka. Uwa­żaj na nią. Naj­gor­sza plot­kara, jaką znam. Ni­gdy jej nie po­wie­rzaj se­kre­tów. Raz się jej zwie­rzy­łam i nie mi­nęło dzie­sięć mi­nut, a na­wet pra­cow­nicy ka­wiarni na rogu byli po­in­for­mo­wani. - Z urazą wy­ma­lo­waną na twa­rzy przez chwilę pa­trzyła, jak zdraj­czyni Va­nessa prze­biera pal­cami po kla­wia­tu­rze kom­pu­tera.

Wi­dząc tę zbo­lałą minę, za­sta­no­wi­łam się, ja­kiego ro­dzaju se­krety mo­głaby mieć nie­szczę­sna panna Ibá?ez. Może za­mia­tała pa­pro­chy pod wy­cie­raczkę, a może ze­rwała kwia­tek z ra­baty w miej­skim parku? Nie wy­glą­dała na osobę, która mia­łaby burz­liwą prze­szłość. Choć oczy­wi­ście ni­gdy nie można być pew­nym czy­jejś uczci­wo­ści...

Dzień prze­biegł bez in­cy­den­tów. Moja praca była bar­dzo po­do­bna do po­przed­niej, nie czu­łam się więc szcze­gól­nie za­gu­biona. Wy­szli­śmy coś zjeść w znaj­du­ją­cym się tuż koło biura ba­rze ofe­ru­ją­cym ze­stawy obia­dowe i Ma­ría przed­sta­wiła mnie po­zo­sta­łemu per­so­ne­lowi, spoza wy­so­kich sfer; w su­mie ja­kieś osiem osób. Pod­czas po­siłku pa­no­wała oży­wiona at­mos­fera i więk­szość przy­jęła mnie z za­chwy­tem (na szczę­ście je­stem eks­tra­wer­tyczką i za­zwy­czaj bły­ska­wicz­nie na­wią­zuję zna­jo­mo­ści). Nie udało mi się zna­leźć wspól­nego ję­zyka je­dy­nie z Me­nén­de­zem i tle­nioną w pa­ski - my­ślę, że to była nie­chęć od pierw­szego wej­rze­nia.

Naj­bar­dziej przy­padł mi do gu­stu Ja­vier Ca­stro, fa­cet mniej wię­cej w moim wieku. Na­le­żał do ekipy in­ży­nie­rów, ale zu­peł­nie nie pa­so­wał do mo­jego wy­obra­że­nia o tej gru­pie za­wo­do­wej. Kiedy ktoś mó­wił mi o in­ży­nie­rach, wy­obra­ża­łam so­bie chu­dego go­ścia o zie­mi­stej twa­rzy, w oku­la­rach, z wiązką dłu­go­pi­sów wy­sta­ją­cych z kie­szeni na piersi ko­szuli z krót­kimi rę­ka­wami. Ale Ja­vier nie przy­sta­wał do ta­kiego wi­ze­runku. Miał czarne, dość dłu­gie włosy i za­zwy­czaj był ubrany w ciemne dżinsy i sprane ko­szulki z ze­spo­łami roc­ko­wymi, o któ­rych ist­nie­niu nie mia­łam po­ję­cia. Fakt, no­sił oku­lary i jego duże orze­chowe oczy śmiesz­nie wy­glą­dały zza szkieł. Na­tych­miast zda­li­śmy so­bie sprawę, że mamy wiele wspól­nego: lu­bimy te same książki i fran­cu­skie filmy; kawa zwala nas z nóg, ale mo­żemy się bez niej obejść, a po czer­wo­nym wi­nie i jego, i mnie boli głowa.

Z po­siłku wiele nie sko­rzy­sta­li­śmy, ale wie­dzia­łam, że Ja­vier i ja zo­sta­niemy do­brymi przy­ja­ciółmi. Krótko mó­wiąc, mia­łam wra­że­nie, że w fir­mie pa­nuje miła at­mos­fera, i by­łam za­do­wo­lona z tego ży­cio­wego kroku.

Rozdział 2

Nowa praca, nowe życie...

Mi­jały dni i stop­niowo przy­zwy­cza­ja­łam się do ru­tyny w no­wej pracy. Wpro­wa­dzi­łam drobne zmiany, które moim zda­niem mo­gły po­pra­wić pro­ce­dury fi­nan­sowe przed­się­bior­stwa, ale było jesz­cze za wcze­śnie, żeby oce­nić re­zul­taty.

Rzadko wi­dy­wa­łam Jor­gego An­gladę. Dy­rek­tor ge­ne­ralny dużo po­dró­żo­wał i czę­sto spę­dzał poza biu­rem po­nad dwa ty­go­dnie. Mimo oko­licz­no­ści, w ja­kich się po­zna­li­śmy, ile­kroć wpa­dli­śmy na sie­bie, za­wsze zna­lazł czas, żeby za­mie­nić ze mną kilka ser­decz­nych słów. Było w tym męż­czyź­nie coś, co dzia­łało na mnie ko­jąco, ale nie umia­łam po­wie­dzieć co, zwłasz­cza że za­wsze czu­łam się ata­ko­wana przez in­nych. Pew­nie był do­brym czło­wie­kiem. W końcu tam, w re­stau­ra­cji, pró­bo­wał mi zwró­cić uwagę na de­fekt w ubio­rze.

Pra­co­wa­łam w An­glada & Part­ners już od po­nad dwóch mie­sięcy, kiedy pew­nego dnia zda­rzyło się, że ra­zem we­szli­śmy do windy i szef z wielką uprzej­mo­ścią za­py­tał, czy po­doba mi się w fir­mie.

- Je­stem za­chwy­cona, na­prawdę, mam cie­kawe obo­wiązki, a at­mos­fera w pracy nie mo­głaby być lep­sza. - Mój en­tu­zjazm był oczy­wi­sty i za­uwa­ży­łam, że jego oczy o nie­moż­li­wym ko­lo­rze ema­nują mięk­kim świa­tłem.

- Cie­szę się, Na­ta­sho, my też je­ste­śmy bar­dzo za­do­wo­leni z pani pracy. Jak wspo­mnia­łem pod­czas roz­mowy kwa­li­fi­ka­cyj­nej, bę­dzie pani mu­siała cza­sem od­by­wać po­dróże służ­bowe. Wła­śnie za­po­wiada się wy­jazd do Du­baju i chciał­bym, żeby po­le­ciała tam pani ze mną.

Du­baj! Wy­obra­zi­łam so­bie wiel­błądy i kwefy, na­mioty i spa­cery po pu­styni pod gwiaz­dami, ha­remy i suł­ta­nów...

- Du­baj! Kiedy wy­jeż­dżamy? Ni­gdy nie by­łam w tak eg­zo­tycz­nym miej­scu! - za­wo­ła­łam.

Moja gwał­towna re­ak­cja naj­wy­raź­niej go roz­ba­wiła, bo uśmiech­nął się i w ką­ci­kach jego oczu po­ja­wiły się drobne zmarszczki. Na ich wi­dok mój żo­łą­dek wy­ko­nał ja­kiś dziwny ma­newr, a ja po­my­śla­łam, że znowu mi za­szko­dziła wy­pita do śnia­da­nia prze­klęta kawa.

- Po­zo­stało jesz­cze sporo rze­czy do zro­bie­nia - wy­ja­śnił. - Za­mie­rzamy przed­sta­wić pro­jekt dra­pa­cza chmur tylko kilka me­trów niż­szego od Burdż Cha­lify, naj­wyż­szej kon­struk­cji wznie­sio­nej przez czło­wieka, sto­ją­cej wła­śnie w tym mie­ście. Na­sze przed­się­bior­stwo po­łą­czyło siły ze znacz­nie więk­szą ame­ry­kań­ską firmą. An­glada & Part­ners zaj­mie się całą tech­no­lo­gią i pro­jek­tem. Li­czę, że przed­stawi pani do­brą stra­te­gię fi­nan­sową.

- Oczy­wi­ście, pa­nie An­glada, może mi pan za­ufać.

Uśmiech­nął się do mnie jesz­cze raz, po czym wszedł do swo­jego ga­bi­netu, a ja, prze­mie­rza­jąc tych kilka me­trów, które mnie dzie­liły od miej­sca pracy, przy­rze­kłam so­bie, że dam z sie­bie wszystko w tym pro­jek­cie.

Mi­ja­jąc biurko Va­nessy Ló­pez, która jak zwy­kle kon­spi­ro­wała z Me­nén­de­zem, nie­chcący usły­sza­łam frag­ment ich roz­mowy.

- Więc wpa­dłeś na swoją byłą i jej obec­nego fa­ceta... - mó­wiła ostrym, prze­ni­kli­wym to­nem tle­niona w pa­ski.

- I wiesz, co mi po­wie­działa ta zdzira? - Me­nén­dez ki­piał ze zło­ści, aż wy­datne jabłko Adama pod­ska­ki­wało mu kom­pul­syw­nie.

Ló­pez po­krę­ciła głową, co spra­wiło, że jej du­szące per­fumy za­ata­ko­wały mój wraż­liwy nos.

- Po­wie­działa mi: "Wresz­cie wiem, czym jest seks".

Nie zdo­ła­łam po­wstrzy­mać stłu­mio­nego dźwięku, a kiedy uciekł mi z gar­dła, tamci dwoje spoj­rzeli na mnie rów­no­cze­śnie. Twarz in­for­ma­tyka przy­brała brą­zo­wawy od­cień, a oczy Va­nessy ci­skały iskry wście­kło­ści. Od razu wie­dzia­łam, że oto zy­ska­łam w fir­mie parę wro­gów, ale szłam da­lej jakby ni­gdy nic i za­mknę­łam się w swoim ga­bi­ne­cie.

Wie­czo­rem po pracy wy­bra­łam się z trzema naj­lep­szymi przy­ja­ciół­kami do knajpki Vips przy ulicy Or­tegi y Gas­seta, nie­da­leko mo­jego biura.

- Uro­śnie ci od tego brzu­szy­sko - skwi­to­wała Isa­bel, rzu­ciw­szy kar­cące spoj­rze­nie na mój ta­lerz z gru­bymi na­le­śnicz­kami z bitą śmie­taną, hoj­nie po­la­nymi kar­me­lo­wym sy­ro­pem.

Nie prze­ję­łam się tym. Mo­głam zro­zu­mieć jej go­rycz. Wiecz­nie była na die­cie i przy ta­kich oka­zjach ogra­ni­czała się do są­cze­nia ma­łymi łycz­kami na­paru z mięty.

- Do­brze wiesz, że Na­ta­sha, na­wet gdy się ob­żera jak pi­ra­nia, za­wsze wy­gląda ide­al­nie - od­parła Án­gela, jak zwy­kle tu­szu­jąc im­per­ty­nen­cję przy­ja­ciółki.

- Opo­wiedz o swo­jej pracy - wtrą­ciła Ana. - Nie mogę uwie­rzyć, że twój szef to ten typ z re­stau­ra­cji. Chyba go so­bie przy­po­mi­nam, przy­stoj­niak z niego.

- No, nie­źle się pre­zen­tuje - zgo­dzi­łam się ze wzru­sze­niem ra­mion.

- I trafi na twoją nie­koń­czącą się li­stę by­łych?

- Nic z tego, Isa­bel, nie jest w moim ty­pie.

- Ach, czyżby? A więc nie czyta Toł­stoja i re­gu­lar­nie bie­rze prysz­nic?

Nie wy­trzy­ma­łam i par­sk­nę­łam śmie­chem. Jak za­wsze ko­men­ta­rze Isa­bel były zło­śliwe, ale dow­cipne.

- Cho­lera, Isa­bel, aleś ty za­ja­dła. Co w cie­bie wstą­piło? Ty­grys?

Isa­bel tro­chę się roz­luź­niła.

- Prze­pra­szam, Na­ta­cza. - Za­wsze mnie tak na­zy­wała, żeby się ze mną po­dro­czyć. - To dla­tego, że dziś po raz enty kłó­ci­łam się z mę­żem.

Nie było w tym nic dziw­nego. Żadna z nas nie ro­zu­miała, dla­czego Isa­bel wy­szła za Agu­stína, strasz­nego nu­dzia­rza - przy­naj­mniej ja go tak oce­nia­łam - któ­remu prze­szka­dzało wszystko, co robi jego żona, dzie­sięć razy bar­dziej bły­sko­tliwa od niego. Już w cza­sach na­rze­czeń­stwa nic tylko się kłó­cili.

- O co po­szło tym ra­zem? - za­py­tała Ana, naj­wy­raź­niej bar­dziej za­in­te­re­so­wana swoim ol­brzy­mim kok­taj­lem tru­skaw­ko­wym niż samą roz­mową.

Isa­bel po­cią­gnęła łyk na­paru, po czym od­po­wie­działa:

- Jak zwy­kle o bzdury. Po­ka­za­łam mu los, który ku­pi­łam po­przed­niego dnia na lo­te­rii w To­ledo, miał sy­me­tryczny nu­mer, a mał­żo­nek za­py­tał, co za­mie­rzam zro­bić z pie­niędzmi, je­śli wy­gram.

- Co mu od­po­wie­dzia­łaś?

- Po­wie­dzia­łam: "Naj­pierw się oczy­wi­ście roz­wiodę". Chyba nie przy­jął tego za do­brze...

Do­sta­ły­śmy ataku śmie­chu. Isa­bel była nie­sa­mo­wita.

- Po­słu­chaj­cie tego! Jadę z sze­fem w po­dróż służ­bową do Du­baju - wy­pa­li­łam, nie umie­jąc się już dłu­żej po­wstrzy­mać.

- Du­baj! To do­piero po­dróż, nie to, co moje - wes­tchnęła Ana z nutką życz­li­wej za­zdro­ści.

Bie­daczka je­dyną za­gra­niczną po­dróż od­była do Pa­ryża pod­czas mie­siąca mio­do­wego. Jed­nak jej mał­żeń­stwo nie pły­nęło mle­kiem i mio­dem za długo. Ro­ze­szli się po pół­tora roku, a po trzech la­tach ofi­cjal­nie wzięli roz­wód. Jej były, kiedy tylko mógł, mi­gał się od pła­ce­nia ali­men­tów, przez co ze swoją na­uczy­ciel­ską pen­syjką, z wy­dat­kami na syna i kre­dy­tem hi­po­tecz­nym, który wzięła, by ku­pić ma­leń­kie miesz­kanko, z wiel­kim tru­dem wią­zała ko­niec z koń­cem.

- No, jesz­cze tro­chę po­trwa, za­nim po­je­dziemy, pro­jekt do­piero jest w fa­zie roz­woju - oznaj­mi­łam. - Nie­stety jest coś, z czego się nie wy­plą­czę: week­en­dowy co­aching. Prę­dzej wo­la­ła­bym so­bie żyły pod­ciąć, niż na to je­chać.

- Co... co ta­kiego? - Án­gela ni­gdy nie na­dą­żała za ostat­nimi tren­dami. Po­chła­niało ją uże­ra­nie się z ma­łymi be­stiami i za­dzie­ra­ją­cym nosa mę­żul­kiem.

- Co­aching służy do­sko­na­le­niu umie­jęt­no­ści przy­wód­czych, ko­mu­ni­ka­cyj­nych, za­rzą­dza­nia cza­sem i tych cech oso­bo­wo­ści, które bez­po­śred­nio wpły­wają na wy­niki eko­no­miczne przed­się­bior­stwa... - wy­re­cy­to­wa­łam.

- A mó­wiąc po ludzku: wy­jazd za mia­sto, który wy­my­ślono, by ka­dra przy­wód­cza firmy ze­brała się do kupy i przy­jem­nie spę­dziła czas, ba­wiąc się jak dzieci na let­nim obo­zie - wy­ja­śniła pro­sto Isa­bel.

- Cały week­end od­cięci od świata, stło­czeni w ja­kiejś gór­skiej za­gro­dzie... - jęk­nę­łam z roz­pa­czą.

- Ale za­po­wiada się faj­nie.

Dla Any co­kol­wiek, co by ją wy­rwało ze smut­nej ro­dzin­nej ru­tyny, miało po­smak przy­gody. Prze­su­nę­łam so­bie nie­cier­pli­wie ręką po kasz­ta­no­wa­tych wło­sach, po czym ka­wał­kiem prze­pysz­nego na­le­śniczka zmio­tłam z ta­le­rza ostat­nie kro­ple sy­ropu.

- Tak, faj­niutko - burk­nę­łam z peł­nymi ustami. - Wy­ob­raź so­bie, że na­wet w wolne dni bę­dziesz za­mknięta w oto­cze­niu swo­ich dzi­kich uczniów.

- Ale mó­wi­łaś nam, że twoi ko­le­dzy nie są źli, że czę­sto się z nimi śmie­jesz. Zwłasz­cza z tym jed­nym, Ja­vie­rem - za­uwa­żyła przy­ja­ciółka, nie da­jąc się wy­trą­cić z roz­ma­rze­nia.

- Niby tak, ale nie jest to plan, który bym wy­brała na week­end, wierz mi. Po­wiem ci to w kilku sło­wach, Anita: w wol­nym cza­sie lu­bię się od tego odłą­czyć.

- Twój szef je­dzie? - za­py­tała Án­gela.

- Chyba tak. Je­dzie cała firma, na­wet part­ner An­glady, któ­rego jesz­cze nie po­zna­łam.

- W ta­kim ra­zie wąt­pię, że­byś miała się nu­dzić - pod­su­mo­wała Isa­bel z prze­bie­głą miną. - Po tym, co nam o nim opo­wia­da­łaś, je­stem prze­ko­nana, że Jorge An­glada wpadł ci w oko...

- Jesz­cze czego. - Zmarsz­czy­łam brwi i rzu­ci­łam jej znu­żone spoj­rze­nie. - Dla­czego uwa­żasz, że za­wsze musi mi się ktoś po­do­bać? Kiedy ze­rwa­łam z Pan­chem, przy­rze­kłam so­bie i wam, że mi­nie sporo czasu, za­nim się znów za­ko­cham. Od pra­wie sied­miu mie­sięcy do ni­kogo nie wy­star­to­wa­łam...

- Od czte­rech i pół - wtrą­ciła Án­gela, za­wsze skru­pu­latna w ob­li­cze­niach.

- Do­brze, od czte­rech i pół, wszystko jedno, i pro­szę: mie­wam się le­piej niż kie­dy­kol­wiek. - Za­dar­łam brodę, dumna z sie­bie; niech spró­bują za­prze­czyć.

- Prawdę mó­wiąc, nie wie­rzy­ły­śmy, że tak długo wy­trwasz. Od­kąd skoń­czy­łaś trzy­dziestkę, nie mo­głaś wy­trzy­mać na­wet dwóch ty­go­dni, żeby się nie za­du­rzyć w ja­kimś czubku - wy­tknęła mi oskar­ży­ciel­sko Isa­bel, wbi­ja­jąc we mnie błysz­czące zie­lone oczy.

- Tym bar­dziej. Jorge An­glada nie jest żad­nym czub­kiem. To męż­czy­zna, ja­kiego każda matka chcia­łaby dla swo­jej córki: przy­stojny, uprzejmy, do­brze wy­cho­wany, in­te­li­gentny, po­rząd­nie ubrany, ma wła­sną firmę... no, praw­dziwy skarb.

- Zde­cy­do­wa­nie nie w twoim ty­pie - orze­kły jed­no­gło­śnie Ana i Án­gela.

Po­sła­łam im spoj­rze­nie z ga­tunku "prze­cież mó­wi­łam" i za­czę­ły­śmy ga­dać o kło­po­tach mał­żeń­skich Isa­bel i o tym, ja­kim su­kin­sy­nem oka­zał się były Any.

-

Gdy kilka dni póź­niej przy­szłam do biura, od razu zda­łam so­bie sprawę, że coś jest na rze­czy. Ze swo­jego miej­sca przy biurku mia­łam wspa­niały wi­dok na ga­bi­net szefa. Pan An­glada zdjął ma­ry­narkę i roz­luź­nił kra­wat pod szyją. Biała, lekko wcięta w ta­lii ko­szula pod­kre­ślała jego sze­ro­kie ra­miona i tors, na któ­rym nie dało się do­strzec ani grama tłusz­czu. Gdy­bym nie uwa­żała, że nie jest w moim ty­pie, uzna­ła­bym, że to nie­sa­mo­wi­cie atrak­cyjny męż­czy­zna.

Roz­ma­wiał przez ko­mórkę i po raz pierw­szy wi­dzia­łam, jak przy tym ge­sty­ku­luje, ni­czym wło­ski han­dlarz na targu. Mó­wił ze zmarsz­czo­nym czo­łem, wy­raź­nie wście­kły. Wła­ści­wie krzy­czał do mi­kro­fonu, ale szklane ściany dzia­łowe - choć ni­czego nie po­zwa­lały ukryć przed wzro­kiem - do­sko­nale tłu­miły dźwięki, nie usły­sza­łam więc ani słowa z tego, co wy­krzy­ki­wał.

W pew­nym mo­men­cie od­wró­cił się i przy­ła­pał mnie na pod­glą­da­niu. Po­czu­łam, że się czer­wie­nię, i za­czę­łam po­śpiesz­nie stu­kać w kla­wia­turę kom­pu­tera. Dzięki Bogu on ze swo­jego miej­sca nie mógł do­strzec, że na­wet jesz­cze nie włą­czy­łam sprzętu. Ob­ser­wo­wa­łam ukrad­kiem, jak do drzwi jego ga­bi­netu szyb­kim kro­kiem pod­cho­dzi Ma­ría i puka ner­wowo. Szef ją wpu­ścił, lecz za chwilę wy­szła. Krótko po­tem wró­ciła z ja­kimś wy­so­kim, ele­ganc­kim fa­ce­tem, który wy­glą­dał na part­nera biz­ne­so­wego, ale wi­dzia­łam go w biu­rze za­le­d­wie kilka razy i ni­gdy nie za­mie­ni­li­śmy ani słowa. Ra­zem ze swoim ze­spo­łem zaj­mo­wał inną kon­dy­gna­cję bu­dynku, gdzie mieli ga­bi­nety praw­nicy.

Taki ruch o tak wcze­snej po­rze nie był nor­malny, a po­nie­waż je­stem wścib­ska do szpiku ko­ści, zże­rała mnie cie­ka­wość. Przez pra­wie go­dzinę gło­wi­łam się nad tym, co się dzieje w ga­bi­ne­cie szefa, aż stwier­dzi­łam, że nad­szedł czas, by tro­chę po­pra­co­wać. Do­kład­nie w tym mo­men­cie za­pu­kała do mnie Ma­ría i po­wie­działa, że pan An­glada chciałby ze mną roz­ma­wiać.

Prze­stra­szona, za­czę­łam w my­ślach prze­trzą­sać wszystko, co w tych ostat­nich mie­sią­cach mo­głam spar­ta­czyć, ale nie zna­la­złam nic, co mo­głoby wy­wo­łać taką złość w czło­wieku, któ­rego do tej pory uwa­ża­łam za wcie­le­nie opa­no­wa­nia i spo­koju. Dla­tego skie­ro­wa­łam się do jego ga­bi­netu na drżą­cych no­gach.

Nie usły­sza­łam za­pro­sze­nia, ale zo­ba­czy­łam, że szef przy­wo­łuje mnie ge­stem.

- Dzień do­bry, pa­nie An­glada - przy­wi­ta­łam się.

Znów nie­cier­pli­wym ge­stem wska­zał mi jedno z krze­seł sto­ją­cych przed jego biur­kiem. Za­nie­po­ko­jona, za­czę­łam mó­wić bez ładu i składu:

- Po­my­śla­łam, że nie za­szko­dzi, je­śli spo­tkam się z ar­chi­tek­tami i in­ży­nie­rami, któ­rzy się zaj­mują du­baj­skim pro­jek­tem, by za­częli prze­no­sić swoje ob­li­cze­nia in­we­sty­cyjne i prze­dys­ku­to­wali... - Sta­ra­łam się za­pa­no­wać nad drże­niem głosu.

Szef pa­trzył na mnie, jakby nie ro­zu­miał, co, u li­cha, mó­wię, i na­gle jego zmarsz­czone czoło roz­ch­mu­rzyło się, po czym co prawda nie uśmiech­nął się pro­mien­nie, ale zo­ba­czy­łam, że w ką­ci­kach jego oczu po­wstają te atrak­cyjne zmarszczki.

Jego spoj­rze­nie spo­częło na mo­ich pal­cach, które wy­krę­ca­łam so­bie na ko­la­nach ni­czym wę­go­rze. Ale nie ode­zwał się, więc mój nie­po­kój jesz­cze wzrósł i jak za­wsze, kiedy się de­ner­wuję, otwarła się we mnie śluza i po­pły­nął nie­prze­rwany po­tok słów:

- Wła­ści­wie nie roz­ma­wia­łam z nimi dużo, spo­tka­łam się tylko kilka razy. Po­my­śla­łam, że nie za­szko­dzi, je­śli się tro­chę za­po­znam z licz­bami. Podrę te kartki! Do­bra, ra­czej będę mu­siała usu­nąć do­ku­ment, bo go jesz­cze nie wy­dru­ko­wa­łam, ale... - Za­wsty­dzona swoją pa­pla­niną, na­resz­cie za­mil­kłam, przy­gry­za­jąc so­bie dolną wargę.

Boże, nie wiem, czemu za­cho­wuję się jak głu­pia dzie­wu­cha! Je­stem dy­rek­torką fi­nan­sową du­żego przed­się­bior­stwa i do­brze wy­ko­nuję swoją pracę, nie po­peł­ni­łam żad­nego błędu. Prze­ni­kliwe tur­ku­sowe oczy zda­wały się wwier­cać w mój mózg i znowu po­czu­łam, że jest w nich coś, co trudno uznać za nor­malne.

- Nie we­zwa­łem pani, Na­ta­sho, żeby udzie­lać re­pry­mendy. - Ton jego głosu, lekko ochry­płego, z piesz­czo­tliwą nutką, przy­pra­wił mnie o gę­sią skórkę, a to przy­wo­łało wspo­mnie­nie Al­freda...

Al­fredo, mój dawny chło­pak, ma­nia­kal­nie uczył się na pa­mięć ha­seł en­cy­klo­pe­dycz­nych. Pew­nego dnia zro­biło mi się zimno i wspo­mnia­łam, że mam gę­sią skórkę. Do dziś sły­szę, jak re­cy­tuje: "Gę­sia skórka: tak po­tocz­nie na­zywa się re­ak­cję pi­lo­mo­to­ryczną, czyli skurcz mię­śni przy­wło­so­wych po­wo­du­jący wy­pro­sto­wa­nie wło­sów na ca­łym ciele. Każdy z tych ma­leń­kich mię­śni jed­nym koń­cem jest przy­cze­piony do pod­stawy mieszka wło­so­wego, a dru­gim do dol­nej tkanki na­skórka". Kiedy to po­wtó­rzy­łam przy­ja­ciół­kom, Isa­bel stwier­dziła, że "mię­śnie przy­ło­nowe", przy­cze­pione do "wo­reczka" jej ów­cze­snego chło­paka, dzia­łają nie tylko na zim­nie, i przez mie­siąc tur­la­ły­śmy się ze śmie­chu. A biedny Al­fredo, mimo że prze­śliczny, był moim chło­pa­kiem za­le­d­wie przez kilka ty­go­dni. Na­wet moja mama - wcie­le­nie cier­pli­wo­ści - ode­tchnęła z ulgą, gdy z nim wresz­cie ze­rwa­łam...

- Pro­szę po­słu­chać, na­wet nie chcia­łem roz­ma­wiać o pracy - cią­gnął szef, nie ma­jąc po­ję­cia o moim nie­for­tun­nym prze­bły­sku wspo­mnień.

- Ach, nie? - rzu­ci­łam zbita z tropu, na­gle wra­ca­jąc do rze­czy­wi­sto­ści.

- Nie­zu­peł­nie.

- W ta­kim ra­zie... - Naj­chęt­niej od razu wy­cią­gnę­ła­bym z niego od­po­wiedź, ale było ja­sne, że mu­szę chwilę po­cze­kać.

- Ależ pani w go­rą­cej wo­dzie ką­pana!

Mimo ma­lu­ją­cej się na jego twa­rzy po­wagi od­nio­słam wra­że­nie, że znów w du­chu się ze mnie śmieje.

- Skoro nie cho­dzi o pracę... To pew­nie ma coś wspól­nego z tam­tym zda­rze­niem w re­stau­ra­cji? - za­py­ta­łam, czu­jąc, że się czer­wie­nię jak bu­rak.

- Zimno, zimno. - Zde­cy­do­wa­nie pan An­glada miał ochotę za­ba­wić się moim kosz­tem.

- Pro­szę mi po­wie­dzieć! - za­wo­ła­łam bła­gal­nie, zu­peł­nie się za­po­mi­na­jąc.

- Panno Po­lia­kova, jest pani im­pul­sywną osobą.

"Na­wet pan nie wie, jak bar­dzo" - do­da­łam w my­ślach.

Na­gle wró­cił do rze­czo­wego tonu:

- Cho­dzi o wy­jąt­kowo po­ważną sprawę. Od ja­kie­goś czasu mój part­ner i ja po­dej­rze­wamy, że ktoś z na­szego ze­społu szpie­guje dla kon­ku­ren­cji.

- Kret? - za­py­ta­łam z za­pa­łem. Za­wsze mnie pa­sjo­no­wały filmy i książki o szpie­gach i taj­nych agen­tach.

- W rze­czy sa­mej. W kon­kur­sach, do któ­rych ostat­nio przy­stę­po­wa­li­śmy, ry­wa­li­zu­jące z nami przed­się­bior­stwo za­wsze nas wy­prze­dza, przed­sta­wia­jąc pro­jekty bę­dące nie­mal ko­piami na­szych. - Pan An­glada nie­spo­koj­nym ru­chem prze­cze­sał so­bie piękną dło­nią ja­sno­brą­zowe włosy.

- Do li­cha! - Za­uwa­ży­łam, że wpa­truję się w niego z roz­chy­lo­nymi ustami, i czym prę­dzej je za­ci­snę­łam. Na­gle przy­szło mi do głowy coś strasz­nego. - Nie my­śli pan chyba, że to ja...?!

- Na pewno nie, panno Po­lia­kova, niech pani nie bę­dzie dzie­cinna.

Fa­tal­nie się po­czu­łam po tym przy­miot­niku. Nie ob­ra­zi­ła­bym się, gdyby mi za­rzu­cił kon­fa­bu­lo­wa­nie, nad­mier­nie wy­bu­jałą fan­ta­zję, ale "dzie­cinna"?!

- Po­dej­rze­nia mie­li­śmy już znacz­nie wcze­śniej, za­nim do­łą­czyła pani do ze­społu An­glada & Part­ners - wy­ja­śnił. - I dla­tego pani o tym mó­wię.

Kiw­nę­łam głową, jakby mi to coś wy­ja­śniło, choć w rze­czy­wi­sto­ści nic nie ro­zu­mia­łam. Wciąż by­łam bar­dziej za­gu­biona niż Te­ze­usz, któ­remu prze­cięto nić w la­bi­ryn­cie.

- Chciał­bym, żeby za­cho­wała pani czuj­ność. Nie do­ma­gam się, żeby we­szła pani w rolę de­tek­tywa. Ale gdyby za­uwa­żyła pani u któ­re­goś ze swo­ich ko­le­gów coś dziw­nego, coś nie na miej­scu...

Czyli chciał, że­bym zo­stała do­no­si­cielką. Obu­rzyła mnie ta pro­po­zy­cja i wy­pa­li­łam:

- Nie je­stem żadną ka­blarą!

- Ka­blara! Co za słowo... Oczy­wi­ście, naj­wy­raź­niej nie­da­leko ode­szła pani od szkol­nego po­dwórka.

- Pa­nie An­glada, nie po­do­bają mi się pań­skie in­sy­nu­acje... - Jak ten czło­wiek mógł mi się kie­dyś wy­dać miły? Wciąż mia­łam w uszach jego nie­kon­tro­lo­wany chi­chot w re­stau­ra­cji.

- Nie wiem, o ja­kie in­sy­nu­acje pani cho­dzi. - Zro­bił nie­winną minę, ale nie da­łam się na­brać.

- Dwa razy za­su­ge­ro­wał pan, że za­cho­wuję się jak dziecko - od­po­wie­dzia­łam, sta­ra­jąc się oka­zać god­ność. - A ja nie je­stem dziew­czynką. Je­stem pro­fe­sjo­na­listką, która bar­dzo po­waż­nie trak­tuje swoje obo­wiązki i...

- Pro­szę się nie za­pę­dzać, panno Po­lia­kova, i uni­kać ta­kich ata­ków zło­ści. Przez chwilę się ba­łem, że pęk­nie pani żyłka. Kon­kret­nie ta.

Do­tknął pal­cem punktu na mo­jej szyi, czym unie­ru­cho­mił mnie sku­tecz­nie jak pa­ra­li­za­to­rem. Mimo że pra­wie na­tych­miast za­brał pa­lec, czu­łam się jak prze­stępca ra­żony prą­dem. Szef sko­rzy­stał, że nie­ty­powo jak na mnie za­mil­kłam, i do­koń­czył swoje po­le­ce­nia.

- Nie ma po­trzeby, żeby szpie­go­wała pani ko­le­gów ani żeby pani na ko­goś do­no­siła. - W tym ostat­nim sło­wie po­brzmie­wała iro­nia. - Pro­szę tylko, aby pani ra­por­to­wała, je­śli coś wyda się pani dziwne. Nic wię­cej. To nie wy­kra­cza chyba poza pani święte za­sady ho­noru i lo­jal­no­ści?

Nie mo­gąc już ani se­kundy dłu­żej wy­trzy­mać jego kpią­cego spoj­rze­nia, spu­ści­łam wzrok, za­wsty­dzona.

- Oczy­wi­ście, że nie, pa­nie An­glada. Obie­cuję, że je­żeli za­uważę coś dziw­nego, zwrócę się do pana. - Po­czu­łam się głu­pio, i to nie­stety nie po raz pierw­szy. Były miły pan An­glada czę­sto się do tego przy­czy­niał.

- Bar­dzo dzię­kuję, Na­ta­sho, i pro­szę, by po­wścią­gnęła pani draż­li­wość. Cza­sami wy­daje się pani nie­prze­wi­dy­walna jak wóz wy­ła­do­wany płynną ni­tro­gli­ce­ryną to­czący się wy­bo­istą drogą. Dzię­kuję, że po­świę­ciła mi pani czas, i pro­szę o dys­kre­cję. A te­raz, za po­zwo­le­niem, może pani wró­cić do pracy.

Za­pa­no­wała ci­sza, a ja wsta­łam i bez słowa skie­ro­wa­łam się do drzwi. Już mia­łam wyjść, kiedy za­trzy­mał mnie jego głos.

- A, panno Po­lia­kova, oczy­wi­ście, może pani roz­po­cząć roz­mowy z ar­chi­tek­tami i in­ży­nie­rami. Za nie­całe trzy mie­siące le­cimy do Du­baju.

Trzy mie­siące! Oczy­wi­ście mu­szę za­cząć ła­do­wać ba­te­rie. Na myśl o po­dróży znów się bez­wied­nie roz­ch­mu­rzy­łam; po­sła­łam sze­fowi uśmiech, który mam za­re­zer­wo­wany na szcze­gólne oka­zje, i od­nio­słam wra­że­nie, że na kilka se­kund dech mu za­parło.

Rozdział 3

Zmarnowany talent wojowniczki

Od tam­tej pory uwi­ja­łam się w pracy jak w ukro­pie. Przy­szedł czas, żeby się skon­tak­to­wać z lo­kal­nymi do­staw­cami i ne­go­cjo­wać z nimi ceny, ter­miny płat­no­ści, gwa­ran­cje wy­ko­na­nia, kary na wy­pa­dek nie­do­trzy­ma­nia wa­run­ków umowy i na ko­or­dy­no­wa­nie tego wszyst­kiego z ekipą ar­chi­tek­tów, in­ży­nie­rów i kie­row­ni­ków bu­dowy. Kiedy nie ster­cza­łam w ad­mi­ni­stra­cji, ślę­cza­łam nad ki­lo­me­tro­wej dłu­go­ści ar­ku­szami kal­ku­la­cyj­nymi peł­nymi liczb, ta­bel i wy­kre­sów.

A po­tem na­stą­pił naj­trud­niej­szy punkt: zna­leźć fi­nan­so­wa­nie pro­jektu. Tu czu­łam się jak ryba w wo­dzie - tę część lu­bi­łam naj­bar­dziej. W pierw­szej chwili, kiedy spo­ty­kam się z dy­rek­to­rami ban­ków, za­wsze mnie biorą za se­kre­tarkę praw­nika, który mi zwy­kle to­wa­rzy­szy. Kiedy ich wy­pro­wa­dzę z błędu i uświa­da­miają so­bie, że ko­bieta, którą mają przed sobą, nie dość, że nie­zła la­ska - wy­bacz­cie brak skrom­no­ści, ale w tym miej­scu nie będę już ukry­wać: mam tak od dziecka; kiedy mama spa­ce­ro­wała ze mną w parku, wszy­scy ją za­trzy­my­wali, żeby po­wie­dzieć, jaka je­stem śliczna, a po la­tach nie­raz przy­stoj­niacy szep­tali mi do ucha, że ich po­cią­gam - a więc nie dość, że ładna, to jesz­cze by­stra, wów­czas stają na gło­wie, aby mi nad­ska­ki­wać, i dzięki temu za­wsze do­staję wa­runki naj­lep­sze z moż­li­wych.

Przez wiele dni wy­cho­dzi­łam z biura ostat­nia. By­łam tak za­ab­sor­bo­wana pracą, że rzadko wi­dy­wa­łam się z przy­ja­ciół­kami. Moja mama, z którą roz­ma­wiam co­dzien­nie, skar­żyła się, że od wie­ków do niej nie za­glą­da­łam, ale pro­jekt, któ­rym się zaj­mo­wa­łam i za który po raz pierw­szy w ży­ciu w pełni sa­mo­dziel­nie od­po­wia­da­łam, wcią­gnął mnie i po­chło­nął bez reszty.

Pew­nego wie­czoru zo­sta­łam w pracy dłu­żej niż zwy­kle, by ze­sta­wić kwoty. Wi­dok pu­stych biu­rek ko­le­gów, wol­nych od pa­pie­rzysk, które je za­ście­lały za dnia, był tro­chę przy­gnę­bia­jący. Ktoś zga­sił su­fi­towe ja­rze­niówki i je­dy­nym źró­dłem świa­tła stały się mo­ni­tor mo­jego kom­pu­tera oraz znaki wska­zu­jące wyj­ście bez­pie­czeń­stwa.

Na­gle wy­dało mi się, że wi­dzę cień po­ru­sza­jący się w głębi po­miesz­cze­nia. Prze­stra­szona, zga­si­łam mo­ni­tor, mo­dląc się, żeby ten ktoś - je­śli fak­tycz­nie tam jest - nie zdą­żył mnie za­uwa­żyć. Od ty­go­dni nie my­śla­łam o tym, co Jorge An­glada po­wie­dział mi o kre­cie w biu­rze, ale te­raz, kiedy so­bie o tym przy­po­mnia­łam, strach za­czął pły­nąć w mo­ich ży­łach szyb­ciej niż krew i kiedy do­tarł do mó­zgu, po­śpiesz­nie scho­wa­łam się pod biur­kiem.

Do­bra, przy­znaję, tchórz ze mnie, bla, bla, bla; trzeba mieć ja­kieś wady, nie?

Po­dwójna por­cja ga­la­rety nie trzę­słaby się bar­dziej niż ja. Ob­ję­łam nogi i ukry­łam głowę mię­dzy ko­la­nami, sta­ra­jąc się od­dy­chać moż­li­wie bez­gło­śnie. Moi przod­ko­wie, wy­wo­dzący się od Pio­tra Wiel­kiego - a przy­naj­mniej tak lu­bił twier­dzić mój oj­ciec - za­pewne prze­wra­cali się w gro­bach, wi­dząc swoją bo­jaź­liwą pra­pra­pra­pra­praw­nuczkę.

W mo­jej gło­wie za­brzmiał głos - su­rowy, ale znany, do­kład­niej rzecz bio­rąc, od­zy­wa­jący się w mo­men­tach, gdy nie by­łam dumna ze swo­jego za­cho­wa­nia - i po­ci­snął mi nie­złe ka­za­nie: że nie mogę się kryć, pod­czas gdy zły szpieg prze­ka­zuje se­krety przed­się­bior­stwa wro­gowi, że po­win­nam po­my­śleć o bied­nym panu An­gla­dzie i jego stra­co­nej pracy, że wła­sny oj­ciec by się za mnie wsty­dził...

Cóż, na­wijka jak za­wsze.

Z ogromną nie­chę­cią wy­su­nę­łam więc rękę w górę i przez dłuż­szą chwilę prze­su­wa­łam nią w ciem­no­ści po biurku, aż wy­ma­ca­łam no­życzki, które tam za­wsze le­żały. Uzbro­jona w ten spo­sób, drżąc od stóp do głów, na czwo­ra­kach opu­ści­łam kry­jówkę i chył­kiem ru­szy­łam w stronę ga­bi­netu szefa.

Z obo­la­łymi ko­la­nami do­tar­łam do miej­sca pracy Va­nessy Ló­pez i scho­wa­łam się za jej krze­słem, trzy me­try od celu. Te­raz nic nie wi­dzia­łam, a dźwięki, które sły­sza­łam wcze­śniej, uci­chły. Pod­nio­słam się z wielką ostroż­no­ścią, stop­niowo, nie po­zby­wa­jąc się osłony, jaką da­wało mi opar­cie krze­sła. By­łam taka sku­piona na ga­bi­ne­cie szefa, że nie spo­strze­głam, jak ktoś za­szedł mnie od tyłu.

Na­gle na wy­so­ko­ści piersi oto­czyło mnie że­la­zne ra­mię, ni­czym macka Kra­kena, a na mo­ich ustach wy­lą­do­wała czy­jaś wielka dłoń. Do mo­ich ple­ców przy­ci­snęło się silne ciało, zwarte jak be­ton, ale po­mimo stra­chu, który mnie ogar­nął i spra­wił, że krew ogłu­sza­jąco dud­niła mi w uszach, je­dyne, co mi przy­szło do głowy, to że dłoń kreta bar­dzo ład­nie pach­nie.

Se­kundę póź­niej zdo­by­łam się na re­ak­cję i po­dą­ża­jąc za ata­wi­stycz­nym in­stynk­tem prze­trwa­nia, wście­kle wbi­łam prze­ciw­ni­kowi w stopę ob­cas buta, a jed­no­cze­śnie z ca­łych sił ugry­złam go w rękę. Uwol­ni­łam się na­tych­miast i ob­ró­ci­łam się zwin­nie jak ninja, żeby za­ata­ko­wać go zu­peł­nie tę­pymi no­życz­kami.

- Cho­lera ja­sna!

Ten głos, znany, choć znie­kształ­cony bó­lem, spa­ra­li­żo­wał mnie. Za­sty­głam z unie­sio­nymi no­życz­kami i sze­roko otwar­tymi ustami.

- Pan An­glada! - Roz­luź­ni­łam pięść i no­życzki upa­dły na pod­łogę z głu­chym brzę­kiem.

- Do dia­bła, panno Po­lia­kova! Można wie­dzieć, co pani wy­pra­wia? - Jego oczy ci­skały nie­bie­skie bły­ska­wice, bar­dziej za­bój­cze niż świetlny miecz Luke'a Sky­wal­kera.

Wtem na­gro­ma­dzone na­pię­cie i strach, któ­rego do­zna­łam, ustą­piły miej­sca bez­gra­nicz­nemu obu­rze­niu. Było mi wszystko jedno, że sto­jący przede mną czło­wiek to mój szef i może mnie zwol­nić jed­nym pstryk­nię­ciem pal­ców. W tym mo­men­cie nie­spra­wie­dli­wość sy­tu­acji wzbu­dziła we mnie sprze­ciw.

- To nie ja coś tu­taj wy­pra­wiam, pa­nie An­glada. I ja też chcia­ła­bym, żeby mi pan wy­ja­śnił co nieco. Przede wszyst­kim chcia­ła­bym wie­dzieć, dla­czego przy­cho­dzi pan do biura o ta­kiej po­rze, ukrad­kiem jak ja­kiś zło­dziej po nocy, nie za­pa­la­jąc ani jed­nego świa­tła, żeby mnie wy­stra­szyć na śmierć. A po dru­gie, chcia­ła­bym wie­dzieć, dla­czego jest pan ubrany tak, jakby za­mie­rzał pan rzu­cać ka­mie­niami bru­ko­wymi w ko­mendę ba­skij­skiej po­li­cji.

Na­tych­miast prze­stał ssać obo­lałą rękę i zdez­o­rien­to­wany, spu­ścił wzrok na swoje szorty uka­zu­jące ład­nie umię­śnione nogi po­kryte mięk­kim ja­snym mesz­kiem. Głowę skry­wał mu kap­tur ciem­nej bluzy.

- Je­stem tak ubrany, bo wła­śnie skoń­czy­łem bie­gać, a jest zimno jak nie wiem.

Hmm... mu­sia­łam przy­znać, że to wy­ja­śnie­nie brzmi za­do­wa­la­jąco.

- Mi­ja­łem wła­śnie biuro - mó­wił da­lej - i przy­szło mi do głowy, żeby wpaść po parę do­ku­men­tów i przej­rzeć je w domu. Ostat­nie, czego bym się spo­dzie­wał, to za­stać tu ko­goś o tej po­rze. A! Nie za­pa­li­łem świa­tła, bo znam drogę na pa­mięć. I pra­gnę za­uwa­żyć, że wy­ra­że­nie "jak zło­dziej po nocy" nie przy­staje do rze­czy­wi­sto­ści. Mam na­dzieję, że uzna pani moje wy­ja­śnie­nia za prze­ko­nu­jące...

Sar­kazm bi­jący z jego słów był nie do po­my­le­nia z czym in­nym i znów, po raz ko­lejny, za­wsty­dzona spu­ści­łam wzrok.

- Prze­pra­szam, pa­nie An­glada. - Mia­łam wra­że­nie, że przy tym czło­wieku do końca ży­cia będę pro­siła o wy­ba­cze­nie. - Nie ma pan po­ję­cia, jak bar­dzo mnie pan wy­stra­szył. My­śla­łam, że to ten kret, i...

Jego spoj­rze­nie zła­god­niało na wi­dok mo­jej skru­chy. Tur­ku­sowe oczy na mo­ment za­trzy­mały się na mo­jej piersi, która wciąż fa­lo­wała pod wpły­wem wzbu­rze­nia, ale za­raz po­tem dys­kret­nie prze­śli­znęły się na bok.

- Ja też pa­nią prze­pra­szam, Na­ta­sho. Na­pijmy się, żeby uspo­koić nerwy. - Nie cze­ka­jąc na moją od­po­wiedź, wró­cił do swo­jego ga­bi­netu i otwo­rzył no­wo­cze­sną szafkę w kształ­cie sze­ścianu, ukry­wa­jącą małą lo­dówkę.

Wy­pi­jam cza­sem kie­li­szek z przy­ja­ciół­kami, ale mam świa­do­mość, że po­win­nam za­cho­wać ostroż­ność, bo al­ko­hol dość szybko ude­rza mi do głowy. Nie­mniej w tej sy­tu­acji go po­trze­bo­wa­łam. Wciąż czu­łam lek­kie drże­nie ko­lan i dziwne ła­sko­ta­nie w miej­scu, w któ­rym przed chwilą ści­skało mnie jego ra­mię.

Szef wy­jął dwa małe szklane kie­liszki i po brzegi na­peł­nił je wódką. Mu­siała być zmro­żona, bo szkło na­tych­miast po­kryło się z ze­wnątrz mgiełką. Czu­jąc, że tego się ode mnie ocze­kuje, chwy­ci­łam kie­li­szek i opróż­ni­łam go jed­nym hau­stem, ale za­nim zdą­ży­łam roz­trza­skać kie­li­szek o pod­łogę, jak to ro­bią Ko­zacy w fil­mach, za­wio­dły mnie wła­sne siły. Pie­cze­nie w gar­dle i w płu­cach wy­ci­snęło mi łzy, a ca­łym cia­łem wstrzą­snął po­tężny, gruź­li­czy ka­szel. Wi­dząc moje kło­poty, pan An­glada wziął mnie za rękę i de­li­kat­nie od­giął moje ze­sztyw­niałe palce je­den po dru­gim, po czym wy­jął mi z dłoni kie­li­szek i od­sta­wił go na blat.

- Do li­cha, panno Po­lia­kova, zdaje się, że pani ro­syj­ska krew stra­ciła na gę­sto­ści...

Wciąż nie umia­łam za­pa­no­wać nad kasz­lem, to­też sły­sząc ten iro­niczny ko­men­tarz, mo­głam je­dy­nie rzu­cić fa­ce­towi nie­na­wistne za­łza­wione spoj­rze­nie.

On tym­cza­sem z nie­zmą­co­nym spo­ko­jem po­now­nie na­peł­nił oba kie­liszki. Pa­dła­bym tru­pem, gdy­bym wlała w sie­bie, mię­dzy piersi a plecy, jesz­cze jedną dawkę tego płyn­nego ognia! A jed­nak, mimo mo­ich trud­no­ści z przy­swa­ja­niem, wódka ro­biła swoje i mi­nutę póź­niej czu­łam się znacz­nie spo­koj­niej­sza.

- My­ślała pani więc, że to ten kret za­kradł się do biura. Przy­znam, że je­stem pod wra­że­niem. Kiedy zo­ba­czy­łem, że jest pani go­towa rzu­cić się na mnie uzbro­jona tylko w te nie­ostre no­życzki, po­wie­dzia­łem so­bie, że przy­ję­li­śmy do ze­społu nie­złą za­wod­niczkę. Mu­szę pani po­gra­tu­lo­wać, Na­ta­sho, pani nu­man­tyj­ska obrona firmy bar­dzo mnie po­ru­szyła.

Jego oczy skrzyły się na nie­bie­sko, ale po raz pierw­szy - pew­nie to z po­wodu uspo­ka­ja­ją­cego dzia­ła­nia wódki, więc od­wa­ży­łam się na ko­lejny łyk - nie prze­szka­dzało mi, że się ze mnie w du­chu na­bija.

- Pew­nie tak, po­win­ni­ście być mi wdzięczni i pra­gnę za­uwa­żyć, pa­nie An­glada, że okre­śle­nie "nu­man­tyj­ska obrona" czę­ściej po­ja­wia się w wia­do­mo­ściach te­le­wi­zyj­nych niż słowo "kry­zys" - od­par­łam wy­zy­wa­jąco. Nie wiem, czy spra­wiło to roz­luź­nie­nie ty­powe po prze­ży­tym stre­sie, czy po­ziom al­ko­holu we krwi za­czął prze­kra­czać do­zwo­lone li­mity, lecz w tym mo­men­cie g..., prze­pra­szam, nic mnie nie ob­cho­dziło, że roz­ma­wiam z sze­fem. Przy­mknę­łam po­wieki i rzu­ci­łam mu wy­ra­cho­wane spoj­rze­nie. - Mo­gła­bym pana po­zwać za to, że o mało nie przy­pra­wił mnie pan o za­wał...

- Mo­głaby pani - po­twier­dził bar­dzo po­waż­nie.

- W po­rządku, nie musi mnie pan bła­gać, nie zro­bię tego.

Sie­dzący przede mną męż­czy­zna udał, że roz­luź­nia so­bie wy­obra­żony kra­wat; zde­cy­do­wa­nie pan An­glada miał za­cię­cie dow­cip­ni­sia.

- Panno Po­lia­kova, je­stem pani nie­zmier­nie wdzięczny, że nie za­żąda pani od firmy mi­lio­no­wego od­szko­do­wa­nia. Jest pani anio­łem.

- Wiem o tym - od­rze­kłam z naj­bar­dziej aniel­ską miną, na jaką było mnie stać. Na­gle od­nio­słam wra­że­nie, że mój jakże po­wścią­gliwy szef pró­buje ze mną flir­to­wać, ale może to był ko­lejny sku­tek uboczny wódki; pan An­glada wła­śnie na­peł­nił mi kie­li­szek po raz trzeci.

- Pro­szę mi kie­dyś przy­po­mnieć, że­bym pani po­dzię­ko­wał tak, jak pani na to za­słu­guje.

Jego wzrok po­woli prze­su­nął się po mo­jej twa­rzy, cen­ty­metr po cen­ty­me­trze, aż za­trzy­mał się dłu­żej na ustach, które - jak gdyby żyły wła­snym ży­ciem - roz­chy­liły się wy­cze­ku­jąco, pod­czas gdy od­dech co­raz bar­dziej przy­śpie­szał.

Nad­ludz­kim wy­sił­kiem od­sta­wi­łam kie­li­szek na blat. Gło­śne stuk­nię­cie szkła rap­tow­nie wy­rwało mnie z dziw­nego ocza­ro­wa­nia, w któ­rym po­grą­ży­łam się pod hip­no­ty­zu­ją­cym wpły­wem jego oczu. Ze­rwa­łam się na równe nogi. Za­uwa­ży­łam, że moje serce, za­miast bić nor­mal­nie, gra na bon­go­sach; to był naj­bar­dziej pod­nie­ca­jący nie­po­ca­łu­nek, jaki mi się zda­rzył w ży­ciu.

- Cóż, zro­biło się późno. Le­piej już pójdę. - Za­do­wo­lona, że głos nie zdra­dza drże­nia, które ogar­nęło całe moje ciało, po­śpiesz­nie, choć nieco chwiej­nie wy­szłam z ga­bi­netu szefa.

"To wódka" - po­wie­dzia­łam so­bie.

- Przy­je­chała pani sa­mo­cho­dem?

- Nie, miesz­kam w cen­trum i za­wsze ko­rzy­stam z trans­portu pu­blicz­nego.

- Ja miesz­kam tuż obok. We­zmę mo­to­cykl i pod­rzucę pa­nią.

- Nie ma mowy, nie trzeba, na­prawdę - za­pro­te­sto­wa­łam żar­li­wie.

- Na­le­gam.

Jego ton wy­raź­nie da­wał do zro­zu­mie­nia, że pan An­glada nie ustąpi. Ja chcia­łam stra­cić go z oczu, żeby od­zy­skać rów­no­wagę, ale on naj­wy­raź­niej po­sta­no­wił za­cho­wać się po ry­cer­sku. Roz­draż­niona, wy­łą­czy­łam kom­pu­ter, po­zbie­ra­łam pa­piery, które mia­łam roz­rzu­cone na biurku, wsa­dzi­łam ko­mórkę do to­rebki i skie­ro­wa­łam się do windy.

Biuro znaj­do­wało się przy ulicy Goyi, dla­tego mimo póź­nej pory na ze­wnątrz było sporo prze­chod­niów: lu­dzie wstę­po­wali do ba­rów albo po pro­stu spa­ce­ro­wali uczęsz­cza­nym dep­ta­kiem, oglą­da­jąc oświe­tlone wi­tryny skle­pów po­za­my­ka­nych już od kilku go­dzin.

- Pro­szę tu na mnie chwilę za­cze­kać.

- Na­prawdę nie trzeba, pa­nie An­glada. Wolę wziąć tak­sówkę. Nie je­stem od­po­wied­nio ubrana na mo­to­cykl. - Cała w roz­terce, wska­za­łam wą­ską spód­nicę, którą mia­łam na so­bie.

- Pro­szę się nie mar­twić. Na pewno nie pierw­szy raz wsią­dzie pani na mo­tor w spód­nicy. - Nie zwra­ca­jąc uwagi na moje pro­te­sty, wszedł do bu­dynku przy­le­ga­ją­cego do biura; oczy­wi­ście, mó­wiąc, że mieszka tuż obok, Jorge An­glada wy­ra­ził się jak naj­do­słow­niej.

Kilka mi­nut póź­niej mu­sia­łam się po­zbyć dwóch na­trę­tów, któ­rzy za­częli mnie za­cze­piać. Je­den trzy razy pro­sił mnie o ogień, mimo że na sa­mym po­czątku za­zna­czy­łam wy­raź­nie, że nie palę; za trze­cim ra­zem za­su­nę­łam mu wy­kład o tym, jak bar­dzo ten na­wyk szko­dzi zdro­wiu, aby go wresz­cie sku­tecz­nie znie­chę­cić, i naj­wy­raź­niej po­dzia­łało. Drugi za­py­tał mnie, czy się nie znamy ze szkoły albo ze stu­diów albo czy nie wi­du­jemy się w parku. Gdy po raz czwarty pró­bo­wał pod­cho­dów, oznaj­mi­łam z uda­wa­nym moc­nym ak­cen­tem, że wła­śnie przy­je­cha­łam do Hisz­pa­nii, po czym tak go zru­ga­łam po ro­syj­sku, że uciekł w pod­sko­kach.

Wła­śnie w tym mo­men­cie po­now­nie po­ja­wił się pan An­glada z dwoma ka­skami i przez chwilę pa­trzył, jak na­tręt od­dala się z dziwną miną. Mój szef zdą­żył się prze­brać w dłu­gie spodnie i kurtkę na mo­tor. Ru­chem głowy wska­zał wielki mo­to­cykl za­par­ko­wany pod la­tar­nią uliczną.

- Nie boi się pan, że go ukradną albo do­sta­nie pan man­dat? - Nie znam się na mo­to­rach, ale ten wy­glą­dał na po­rządną ma­szynę.

- Nor­mal­nie trzy­mam go w ga­rażu, ale dziś nie mo­głem go od­sta­wić i po­pro­si­łem do­zorcę, żeby miał na niego oko. Gdzie pani mieszka?

Po­da­łam ad­res, a on wpro­wa­dził go do swo­jego smart­fona, pa­trzył przez se­kundę na trasę, po czym scho­wał te­le­fon do jed­nej z licz­nych kie­szeni kurtki mo­to­cy­klo­wej. Jak zwy­kle przy­glą­da­łam się mu za­to­piona w my­ślach. Jego opa­no­wane, pewne ru­chy wy­wie­rały na mnie dziw­nie uspo­ka­ja­jący wpływ. Ob­ser­wu­jąc go, mia­łoby się ochotę da­ro­wać so­bie za­ję­cia jogi i na dłuż­szą chwilę po­grą­żyć się w kon­tem­pla­cyj­nej eks­ta­zie.

Zdjął za­bez­pie­cze­nie z mo­to­cy­kla, wrę­czył mi kask, na­ło­żył so­bie swój i wsu­nął dło­nie w rę­ka­wiczki. Nie­chęt­nie wkła­dam coś, co kie­dyś było na cu­dzych gło­wach, ale ten kask wy­glą­dał na pra­wie nowy. Na­gle za­da­łam so­bie py­ta­nie, ile przy­ja­ció­łe­czek uży­wało go do tej pory, i znowu mu­sia­łam po­trzą­snąć głową, żeby od­pę­dzić ab­sur­dalne my­śli.

Na szczę­ście za­wsze no­szę w to­rebce gumkę do wło­sów, więc bez wa­ha­nia spię­łam je so­bie w ku­cyk i do­piero po­tem wło­ży­łam kask. Mia­łam na tyle do­świad­cze­nia z mo­to­cy­klami, aby wie­dzieć, że przy naj­mniej­szym nie­do­pa­trze­niu wy­cieczka koń­czy się gło­śnym pła­czem, gdy grze­bień nie chce się prze­bić przez zmierz­wione ko­smyki. Kiedy wresz­cie skoń­czy­łam przy­go­to­wa­nia, mój szef już od­pa­lił sil­nik.

- Pro­szę wsia­dać.

Ła­twiej po­wie­dzieć, niż zro­bić. Po­sta­wi­łam jedną nogę na pod­nóżku i pró­bo­wa­łam prze­ło­żyć drugą przez sio­dło - ostroż­nie, żeby nie zro­bić z sie­bie wi­do­wi­ska. Koło nas za­trzy­mała się grupka na­sto­lat­ków. Ga­pili się na mnie bez­czel­nie, było ja­sne, że nie mają w tej chwili nic lep­szego do ro­boty. Mia­łam ochotę na­wrzesz­czeć na nich: "Sio! Sio! Wy­no­cha!", jak Tor­rente.

W końcu udało mi się usiąść okra­kiem i nie po­drzeć spód­nicy, tyle że po­nad po­łowa mo­ich ud zna­la­zła się na wi­doku. Mło­dzież za­częła po­gwiz­dy­wać, ucie­szy­łam się więc, że kask za­krywa mi twarz. W tym mo­men­cie pan An­glada ru­szył i gładko włą­czył się w ciąg po­jaz­dów zmie­rza­ją­cych na ulicę Ca­stel­lana.

Nie chcia­łam, żeby wy­ro­bił so­bie o mnie mylne prze­ko­na­nie, dla­tego le­d­wie opie­ra­łam dło­nie po bo­kach jego tu­ło­wia w pa­sie. Ale z tego po­wodu, gdy świa­tło zmie­niło się na zie­lone i mo­to­cykl po­pę­dził z du­żym przy­śpie­sze­niem, o mało nie spa­dłam ple­cami na as­falt. Wy­rwał mi się krzyk i tak za­dud­nił w ka­sku, że pra­wie od tego ogłu­chłam, po czym za­raz oto­czy­łam kie­rowcę ra­mio­nami w pa­sie i przy­war­łam do niego z ca­łych sił.

Prze­ra­żona - bo w ciele po­wścią­gli­wego pana An­glady naj­wy­raź­niej miesz­kał pan Hyde mo­to­cy­kli­zmu; brał za­kręty i wy­mi­jał sa­mo­chody, jakby to był wy­ścig na to­rze w Je­rez - opar­łam głowę na jego ple­cach i za­ci­snę­łam po­wieki. Nie otwo­rzy­łam ich, do­póki nie po­czu­łam, że mo­tor się w końcu za­trzy­mał.

Dzię­ku­jąc Bogu, Naj­święt­szej Pa­nience i wszyst­kim świę­tym w nie­bie, że do­tar­łam do domu cała i zdrowa, zsia­dłam z mo­to­cy­kla, wy­ko­nu­jąc salto godne Nadii Co­măneci. Zdję­łam kask i drżącą ręką od­da­łam go wła­ści­cie­lowi.

- Dzięki za pod­wózkę - rze­kłam nieco ochry­ple.

- Na­ta­sho, bała się pani?

- Nie, nie - za­prze­czy­łam po­śpiesz­nie, krzy­żu­jąc za ple­cami palce, jak w dzie­ciń­stwie, gdy chcia­łam, żeby mi kłam­stwo uszło na su­cho.

- Pro­szę się nie wy­pie­rać. Chyba do końca ży­cia zo­staną mi na ciele ślady po pani ra­mio­nach.

- Prze­pra­szam. - Opu­ści­łam wzrok za­wsty­dzona.

Na­gle pod moją brodą zna­lazł się pa­lec w mo­to­cy­klo­wej rę­ka­wicy i zmu­sił mnie, że­bym pod­nio­sła wzrok. Je­dyne, co za­uwa­ży­łam w jego twa­rzy, to ja­sne oczy, pa­trzące przez wi­zjer w ka­sku.

- Obie­cuję, że na­stęp­nym ra­zem będę ostroż­niej­szy.

Ugry­złam się w ję­zyk, żeby nie wy­pa­lić, że "na­stęp­nego razu" nie bę­dzie, ale on naj­wy­raź­niej prze­czy­tał to w mo­ich my­ślach, bo znów zo­ba­czy­łam w ką­ci­kach jego oczu te ma­leń­kie zmarszczki, ta­kie, ta­kie... ta­kie po­marsz­czone.

- Ma pani bar­dzo wy­ra­zi­ste oczy, panno Po­lia­kova. Do­bra­noc - po­że­gnał się, po czym mnie pu­ścił i po­now­nie włą­czył sil­nik.

- Do­bra­noc, pa­nie An­glada. - Po­śpiesz­nie skie­ro­wa­łam się do drzwi wej­ścio­wych mo­jej ka­mie­nicy i wsu­nę­łam klucz do zamka.

Zna­la­zł­szy się w sieni, zo­ba­czy­łam przez szybę, jak mój szef od­dala się na mo­to­cy­klu. I do­kład­nie w tym miej­scu przy­rze­kłam so­bie trzy­mać się moż­li­wie naj­da­lej od pana An­glady. Nie żeby ist­niało nie­bez­pie­czeń­stwo, że za­cznie mi się po­do­bać czy coś w tym stylu. Boże, co za bzdura! Po pro­stu było w nim coś... ten nie­ustanny spo­kój, ta przy­tła­cza­jąca pew­ność sie­bie, spo­sób, w jaki wy­da­wał po­le­ce­nia, na po­zór ich nie wy­da­jąc... wszystko to ra­zem dzia­łało mi na nerwy i spra­wiało, że za­cho­wy­wa­łam się dziw­nie.