Rozdział drugi
Są tylko pokoje dwuosobowe - powiedziała hotelowa.
- W porządku - skinąłem głową. - Może być.
- Czy zajmie pan cały pokój?
- Nie - usłyszałem, nim zdążyłem odpowiedzieć. - Ten pan zamieszka ze mną.
Obejrzałem się: obok mnie, z fleszem przewieszonym przez ramię, stał Jurek Segał, reporter z "Kuriera".
- Chyba nie będziesz protestował - ciągnął, podając mi rękę. - Ja tylko na jedną dobę, a jutro zamienisz na jednoosobowy.
Pokój, który nam przydzielono, był jasny. Gdy wyciągnąłem się na łóżku, przez okno widziałem półkole błękitu z powtykanymi gdzieniegdzie strzępkami obłoków.
- Robienie fotoreportażu to świetna zabawa - mówił Jurek, ładując aparat fotograficzny. - Wczoraj na przykład robiłem w Bydgoszczy kilka zdjęć ze stołówki robotniczej. Kierownik dowiedział się, że dziennikarz chce fotografować i nie odstępował mnie ani na krok... - odciągnął migawkę i pstryknął. - Wciąż mruczał mi do ucha, że dziś wyjątkowo obiad jest nienajlepszy, bo rzeźnia nie dostarczyła cielęciny. Gdy wybrałem stolik do fotografowania, kazał mi chwilkę zaczekać. Zgadnij po co.
- No?
- Zjawiła się kelnerka z tacą. Ustawiła na stole piękną wazę z zupą, rozłożyła nowe nakrycie, a na talerzach umieściła... - Jurek parsknął śmiechem. - Zgadnij co.
- No?
- Pęta kiełbasy jałowcowej. I nikt się nie śmiał. Chłopcy wytrzeszczali oczy i siedzieli sztywno jak kozacy na defiladzie. Zrobiłem zdjęcie, a kierownik parę razy powtórzył mi swoje nazwisko, żebym przypadkiem w reportażu o nim nie zapomniał.
Przez jakiś czas milczeliśmy. Śledziłem obłoki, rozpływające się w górze jak wata z cukru. Niebo robiło się coraz mocniej niebieskie, prawie fioletowe. Tiulową firanką poruszał łagodny wietrzyk pachnący słonawo.
- Zdjęcia, rzecz jasna, nie wykorzystam - powiedział Jurek. Nakrył obiektyw pokrywką i schował aparat do futerału - A co ty zamierzasz robić w Gdańsku? - zapytał.
- Rozejrzę się po stoczni - mruknąłem.
- Jeśli masz ochotę, wyskoczymy wieczorkiem do Sopotu. - Jurek szykował się do wyjścia. - Ruletki co prawda tam nie ma, ale poza tym Monte Carlo. Warto popatrzeć.
- Ta historia ze zdjęciem jest obrzydliwa. - Zamknąłem oczy i niebo nagle przestało istnieć.
- Pa, dzidziusiu - usłyszałem, jak Segał zatrzaskuje za sobą drzwi.
Wychodząc ze stoczni, porządkowałem w myślach wrażenia. Sekretarz komitetu zakładowego opowiadał mi barwnie o sukcesach brygady Kochaniaka, która zdobyła przechodni proporzec. Pozostał mi w pamięci czarniawy chłopaczek, cherlawy i jakby przestraszony. Nazywał się Kochaniak.
- Brygada, którą kieruję - mówił, przymknąwszy oczy i chowając za plecy nieproporcjonalnie wielkie i grube dłonie - dzięki maksymalnemu wysiłkowi i ofiarności całego kolektywu przekroczyła w tym miesiącu sto osiemdziesiąt procent normy.
- A do kina lubicie chodzić? - zapytałem.
- Do kina? - wyglądał na jeszcze bardziej przestraszonego. - Czemu nie - uśmiechnął się i natychmiast popatrzył na mnie z nieufnością. - Co to ja mówiłem o brygadzie ... - szybko wrócił do tematu. - Więc wszyscy byli bardzo ofiarni i...
W hotelu czekał już na mnie Segał. Miał na sobie farmerskie spodnie z nitami przy kieszeniach i nylonową białą koszulę.
- Mam bilety do Sopotu - rzucił. - Zbieraj się.
Przyjrzałem mu się, potem zobaczyłem swoją postać odbitą w dużym stojącym lustrze. Postać była mizerna, przyodziana w szerokie spodnie koloru khaki i brudnoszarą wiatrówkę.
- Poczekaj - przypomniałem sobie. Wyjąłem z teczki jasnoniebieską koszulkę w żółte i czerwone grochy. Jurek z aprobatą skinął głową.
W kwadrans później jechaliśmy już kolejką elektryczną w kierunku Gdyni.
Brudne i ciasne uliczki, pełne wałęsających się ludzi, kobiet w spodniach i mężczyzn w jaskrawych apaszkach wokół szyi. Groteskowy taniec kolorów i odcieni.
- Marynika, Marynika!... - wyrzuca chrapliwie głośnik przy fotoplastikonie.
- Serwus, Jacek. Nie wiesz, gdzie Zocha?
- Maksymalny jazz! Będziesz?
- Tylko jednego robra. Potem prujemy do "Grandu" '.
- Widziałeś, co za nogi?
- Nogi...
- Moneta mi się kończy, jeśli do jutra nie zakombinuję, trzeba będzie wracać.
- Suniemy na deptak?
- Spójrz, Sylwia, jaki przystojny brunet. Ciągle się na nas gapi.
- A kolorową fontannę pani widziała?
- Uwielbiam morze, towarzyszu prezesie. Morze ma dla mnie coś niewysłowionego. Ten błękit...
- Dżek, ja chcę melbę! Słyszysz, Dżek? Idziemy ną melbę do "Kassandry".
- Jeśli nie poderwę do jutra tej blondyny, możesz mi mówić "Dupa".
- Jutro na plaży, w tym samym miejscu.
- O dziesiątej?
- O dziesiątej. Jeśli mama mnie puści.
- Też!
- Co pan sobie myśli?
- Dżek, melbę!...
Szliśmy przed siebie leniwym krokiem. Jurek wsunął mi do ust papierosa, pstryknął zapalniczką.
- Jak ci się tu podoba? - zapytał.
Uśmiechnąłem się. Żałowałem, że jesteśmy tylko we dwójkę i że nie znamy tu nikogo. Dziewczęta były ładne, o wysokich piersiach i włosach modnie spiętych w koński ogon. Szczególnie podobały mi się wysokie i szczupłe, ubrane z wyzywającą odwagą.
- Co byś powiedział o tej? - wskazałem Jurkowi opaloną blondynkę w szafirowych obcisłych spodniach do połowy łydek i lekkim białym sweterku.
- Momencik - Jurek obciągnął koszulę i zdecydowanie podszedł do blondynki, która zatrzymała się właśnie przy kiosku z gazetami.
- Dobry wieczór - usłyszałem. - My się chyba znamy. Czy to nie z panią tańczyłem wczoraj w "Grandzie"?
- Wątpię - blondynka obrzuciła go krytycznym spojrzeniem. - Nie byłam wczoraj w "Grandzie". Ani przedwczoraj. - Obejrzała się. - Franek! - skinęła ramieniem zbliżającemu się mężczyźnie w koszulce z cowboyem na piersiach. - Spóźniasz się, bracie. Pa, Krzysiu - powiedziała głośno do Jurka, by tamten usłyszał. - Do jutra, na plaży.
Segał zbliżył się do mnie, a ja puściłem mu w oczy kłąb papierosowego dymu. Kichnął.
- Pech - odezwał się, rozcierając załzawione oczy. - Ale gdyby nie tamten, miałbym ją na dzisiejszy wieczór.
- Miałbyś - przytaknąłem. - O takie nigdzie nie jest trudno.
- To znaczy o jakie?
- W ogóle - uśmiechnąłem się. - Tego towaru w Polsce jest pod dostatkiem.
Jurek popatrzył na mnie z zainteresowaniem.
- Nie wiedziałem, że jesteś taki kosior - powiedział. - Wyglądasz na spokojnego człowieka.
Wzruszyłem ramionami.
Pomyślałem z zazdrością, że ja nie zdobyłem się na zaczepienie w podobny sposób opalonej blondynki. Mógłbym podejść do niej, zrobić oko do czekającego opodal kolegi i zapytać półgłosem o jakąś ulicę. Potem bym się wykręcił, że akurat nie miała czasu i umówiła się ze mną na dzień następny.
- Zaimponowało ci, że do niej podszedłem? - odezwał się nagle Jurek.
Spojrzałem na niego i lekko skinąłem głową.
- Miałem kiedyś zabawną historię - powiedział. - To było dwa lata temu. Umówiłem się z pewną dziewuszką o siódmej na placu Unii, dochodziła ósma i byłem pewny, że już nie przyjdzie. Ale czekałem. Wieczór był letni, cholernie ładny, obok przechodzili faceci z babkami. Czułem się bardzo skrzywdzony.
- Znam to - uśmiechnąłem się.
- Poczekaj. W pewnej chwili przed wystawą księgarni zatrzymała się dziewczyna. Rzadko się widzi tak ładne dziewczyny, zresztą mogłem się mylić. Byłem wtedy bardzo samotny. Więc ta dziewczyna - włosy miała długie, zupełnie czarne - stanęła sobie przed wystawą i oglądała książki. Myślałem, że czeka na autobus, bo zaraz obok jest autobusowy przystanek, ale przejechało kilka autobusów i dziewczyna nie wsiadła. W pewnej chwili wydało mi się, że na mnie patrzy. Po prostu czułem to spojrzenie, jak mi się zdawało, zachęcające. Zrobiłem parę kroków w jej stronę. Coś jakby uśmiech, odwróciła się. Postanowiłem, że jeśli nie wsiądzie do następnego autobusu, podejdę do niej.
- Podszedłeś?
- Zaraz... - Jurek skręcił w prawo i zobaczyłem migocącą światłami linię molo. - Idziemy tam? - zapytał.
- Owszem.
Minęliśmy zaułek kolorowych kiosków i weszliśmy na poskrzypujące lekko deski molo. Z dołu nadlatywał jednostajny ciepły szmer morza. Na twarzach spacerujących ludzi kładły się fioletowe półcienie.
- Podszedłeś do niej? - powtórzyłem.
Jurek wyjął z kieszeni pudełko "Giewontów" i nie częstując mnie zapalił.
- Autobus dość długo nie nadjeżdżał. Było już dwadzieścia po ósmej i lękałem się, że ona może odejść. Ułożyłem sobie w myśli parę zdań: "Bardzo panią przepraszam. Niech pani nie sądzi, że jestem natrętem. Po prostu bardzo pragnę panią poznać i postanowiłem, że jeśli nie wsiądzie pani do tego autobusu..." Dalej, jak sądziłem, rozmowa potoczy się sama. Widziałem w wyobraźni nas oboje idących Alejami w stronę Łazienek, siadających na ławce i różne takie rzeczy. Rozumiesz. Wreszcie nadjechał autobus i chciałem podejść do niej, ale nie zdążyłem.
- Wsiadła?
- Nie to - Jurek rzucił papieros i przydepnął go obcasem. - Z autobusu wysiadł tłusty facet w pięknie skrojonym filafilu. Gębę miał jak wieprz. Minął mnie i podszedł do dziewczyny, słyszałem, jak powiedział: "Wybacz, malutka, musiałem skończyć robra. Gdzie wolisz - do "Bristolu" czy prosto do mnie?" Popatrzyła na mnie i odeszli... - Jurek zrobił pauzę, prawą dłonią dotknął włosów na skroni. - Rozumiesz?
Kiwnąłem głową potakująco. Przeszliśmy całe molo i trzeba było zawrócić. Powiał wiatr, z dołu nadleciał niespokojny, narastający pomruk.
- Babek jest do cholery i trochę - powiedział Jurek. - Ale bardzo chciałbym jeszcze kiedyś spotkać tamtą dziewczynę. Przez parę następnych dni kręciłem się o ósmej koło księgaeni na placu Unii. Od tego czasu mogę podejść do każdej babki i obojętnie zagaić, nie mam ani źdźbła tremy.
- Do tej także? - wskazałem na krzywonogą piękność o podpuchniętych oczach i kołyszących się, rozłożystych biodrach, w przeraźliwie czerwonym kubraczku, podkreślającym śmiały dekolt.
- Jezus Maria! - Jurek prychnął, zawtórowałem.
W miarę jak zbliżaliśmy się do wyjścia, tłumek spacerujących gęstniał. Rozlegały się głosy powitania, wymieniano uwagi o pogodzie.
- Jeśli na wieczór wiatr - mówił tonem znawcy do swej towarzyszki chudy jegomość w kraciastej kurteczce - jutro murowane słońce.
- Jasiu! - Pryszczaty młodzieniec trącił łokciem kolegę, wskazując mu jegomościa w kracie. - Popatrz, gość z PIHM-u!
Jegomość w kracie przystanął, puścił ramię towarzyszki i obrzucił pryszczatego spojrzeniem pełnym pogardy.
- Że co? - mruknął.
- Omyliłem się, Jasiu - młodzieniec obejrzał się na kolegę. - On jest raczej wilk morski, patrz, jakie ma zęby!
- Chuligan!
Przyspieszyliśmy kroku. Nozdrza drażnił przyjemnie orzeźwiający zapach ozonu i soli. Wiatr wzmógł się, w jedwabnej cienkiej koszulce zrobiło mi się chłodno.
- Czołem, Segał! - drogę zagrodził nam smukły mężczyzna o ładnej, niemal czarnej od słońca twarzy. - Jak się masz, staruszku, nie przypuszczałem, że cię tu spotkam.
- Serwus, Walter! Poznajcie się.
Mężczyzna energicznie uścisnął mi dłoń i niewyraźnie rzucił nazwisko.
- Jolu! - zawołał - Koledzy.
Obejrzałem się. Wsparta o balustradę, stała drobna dziewczyna o nieproporcjonalnie wielkich oczach. Wyprostowała się i podeszła do nas ze spokojnym uśmiechem.
- Na długoście tu wpadli? - zapytał mężczyzna.
Jurek odpowiedział mu coś, czego nie dosłyszałem. Wpatrywałem się w dziewczynę. Z jej twarzy nie schodził obojętny i grzeczny uśmiech.
- Gdzieś już musiałem panią widzieć - powiedziałem.
- Możliwe - wzruszyła ramionami. - Jesteśmy tu od tygodnia.
- W Sopocie z pewnością nie. - Zachciało mi się bardzo zapalić papierosa lub uczynić cokolwiek, co odwróciłoby jej uwagę. - Przybyliśmy tutaj zaledwie parę godzin temu. Czy pani jest z Warszawy?
- Tak.
- Więc chyba w Warszawie.
Jurek z mężczyzną ruszyli naprzód, szliśmy parę kroków za nimi.
- Jak się pani podoba w Sopocie? - ciągnąłem.
- Średnio. W tym roku mieścina jest raczej nudnawa - wykonała ręką półkolisty gest. - W dzień siedzi się na plaży, wieczorkiem trochę tańca w "Grandzie" i to wszystko.
- Rzeczywiście - przytaknąłem, wpatrując się w nią uważnie. - Wie pani, chyba się jednak myliłem. Nigdy przedtem nie zdarzyło mi się pani widzieć.
Uśmiechnęła się z tą samą grzeczną obojętnością.
- Walter - rzuciła półgłosem.
Mężczyzna zatrzymał się i odwrócił do niej.
- Namawiałem Segała, żebyśmy wyskoczyli na potańc - powiedział. - Czy pan miałby chęć? - zwrócił się do mnie.
- Jestem zmęczona. - Dziewczyna wyjęła z torebki szyfonową chusteczkę i obwiązała ją sobie wokół szyi. - Najchętniej poszłabym do domu.
- Jolu... - prosząco zaczął mężczyzna.
- Nie chce mi się - ucięła. - Jestem zmęczona, poza tym "Grand"' już mi się znudził. W kółko te same twarze i te same melodie. Jeśli macie ochotę, pójdźcie sami, mną nie trzeba się krępować.
Mężczyzna szybko się z nami pożegnał. Zauważyłem, że ma niespokojny, jakby zalękniony wyraz oczu.
- Zajrzyjcie jutro na plażę - rzucił, biorąc dziewczynę pod rękę. - Siedzimy zazwyczaj po prawej stronie od molo.
Odprowadziłem ich spojrzeniem, aż znikli za rogiem przecznicy.
- On mnie wcale nie namawiał na potańc - powiedział uśmiechając się Jurek. - Biedny facet. Kocha dziewczynę jak głupi, a ona chce z nim skończyć. Nie zdążył mi powiedzieć w czym rzecz, ale dziś miała się odbyć tak zwana rozmowa decydująca. Chciał się, biedaczek, od tej rozmowy wykręcić.
Przyszedł mi na myśl refren z "Maryniki". Zagwizdałem go cicho: był wesoły i skoczny.
- Równa babka - odezwał się Jurek.
- Niczego sobie - mruknąłem.
- Podoba ci się?
- Niezła.
- Coś mi się zdaje, że już wkrótce będzie do wzięcia.
- Wziąłbyś?
- Jutro rano wyjeżdżam. Ale ty...
- Ja? - ściągnąłem wargi. - Nie wiem. Ona mi przypomina zielony groszek.
- Zielony groszek?
Roześmiałem się głośno, prosto w twarz zaniepokojonego Jurka.