Wahadło - Julian Hardy
53.99 zł
43.19 zł
(39,39 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Pierwszego stycznia tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego drugiego roku została otwarta granica pomiędzy Polską a NRD. Marek zamierzał wykorzystać otwierające się przed nim możliwości i zainwestować w handel z demoludami, jak nazywano kraje komunistyczne. Otrzymał wkładkę paszportową do dowodu osobistego, która uprawniała do wyjazdów do krajów komunistycznych praktycznie bez ograniczeń. Dysponował trzema niebagatelnymi atutami: samochodem, wolnym czasem i pieniędzmi. Zapowiadał się pracowity i lukratywny rok.
Granica była na rogatkach Szczecina, w Lubieszynie, albo w pobliskim Kołbaskowie, więc do najbliższego niemieckiego miasteczka, Pasewalku, z centrum Szczecina miał zaledwie godzinę jazdy. Mógł zdążyć przed zamknięciem sklepów, nawet kiedy wyjeżdżał po zajęciach. Przywoził towary na zamówienie dla właścicieli straganów na szczecińskich rynkach: Tobruku, Turzynie i Placu Kilińskiego. Płaszcze ze sztucznego futra, roboty kuchenne, pościel, ubrania dziecięce, zabawki, buty Salamander kupowane za dewizy w Intershopie - ichnim Peweksie - rodzynki i elektronarzędzia. Hitami eksportowymi okazały się kosze wiklinowe, dżinsy i duże, kolorowe grzebienie, obowiązkowo wetknięte w tylną kieszeń marmurkowych spodni. Żelazny atrybut wiejskich elegantów. Całe rolnictwo w tym kraju zostało skolektywizowane, dlatego brakowało świeżych warzyw i owoców, jednak trudno je było przewieźć przez granicę i niezbędny był zaufany odbiorca.
Na jednym wyjeździe zarabiał na czysto tysiąc, a nawet dwa, jeżeli udało się zebrać więcej zamówień. Przyzwoita pensja wynosiła trzy tysiące, więc handel opłacał się bardziej niż praca na etacie. Celnicy niemieccy dwoili się i troili, żeby chronić rynek wewnętrzny, jego już jednak znali i wiedzieli, że przestrzega przepisów. Wyjątkiem była pewna młoda celniczka, która, kiedy na niego trafiała, robiła powierzchowną rewizję. Pewnego razu podkusiło go licho i z myślą o niej kupił nieco więcej towaru. Traf chciał, że miała dyżur.
- Co mam z tobą zrobić? Sporządzę protokół i skonfiskuję towar. - Zrobiła surową minę, ale za bardzo jej nie wyszła. Wykroczenie było błahe i nie kwalifikowało się na poważniejszą karę.
Czekał, oddając jej inicjatywę. Niech się dziewczyna wykaże. Konfiskatą się nie przejął.
- Kim ty jesteś? Pracujesz? Uczysz się? - Jak wielu enerdowskich celników, nieźle mówiła po polsku. Jednak do Polaków zwracała się po niemiecku, udając, że nie zna języka. Mieli specjalne kursy i instrukcje, jak się zachowywać.
- Studiuję w Szkole Morskiej. Nie mam stypendium, więc handlem zarabiam na utrzymanie. Żyje mi się dobrze. - Nie zamierzał jej przekonywać, chcąc wzbudzić litość, że klepie biedę.
- Skąd masz taki samochód? - Poklepała po masce, przypatrując się z zainteresowaniem trójzębowi.
- Wakacje spędziłem w Anglii. Zbierałem truskawki. Zarobiłem tyle, że wystarczyło na samochód. Znakomity, niemiecka jakość.
- No tak, wy możecie wyjeżdżać na Zachód - stwierdziła z żalem.
- Dopiero od niedawna. I tylko na zaproszenie. Trudniej dostać wizę angielską niż paszport. Uznają potwierdzenie z Concordii. To taka organizacja, która organizuje wyjazdy do pracy sezonowej.
- Musimy kończyć, ta rozmowa trwa za długo. Proszę jechać.
- Dziękuję. Jak masz na imię?
- Co ci do tego? Jestem celniczką.
- W to nie wątpię, dlatego twoje imię jest tajemnicą państwową.
- Sylvie - odpowiedziała po chwili wahania i uśmiechnęła się. - Zjeżdżaj, ale już!
- Hmm, Sylvie?
- Co jeszcze? Powiedziałam, żebyś jechał. Bo spiszę protokół!
- I już mnie więcej nie zobaczysz.
Sylvie zrobiła wtedy coś bardzo głupiego. Dyskretnie napisała na kartce wydartej z notesu numer telefonu. Na szkoleniach, które przechodzili celnicy, ostrzegano przed Polakami. Nie wprost, ponieważ obowiązywała oficjalna linia o internacjonalistycznej przyjaźni. Jednak wystarczająco wyraźnie, żeby do każdego dotarło: Polacy to pośród bratnich krajów najmniej pewny element. No po prostu zakała naszego obozu. Wielu jest przeciwnikami ustroju socjalistycznego, to urodzeni anarchiści i buntownicy, zawsze były z nimi kłopoty. Dlatego należy się wystrzegać kontaktów prywatnych. Jeżeli zbłądzisz i zawrzesz bliską znajomość z osobą płci przeciwnej o reakcyjnych poglądach, partia i służba bezpieczeństwa są od tego, żeby życzliwie ostrzec. Co do Polaków nie ma takiej możliwości i dlatego obywatele NRD, a celnicy w szczególności, powinni się wystrzegać przypadkowych znajomości. Co innego oficjalne imprezy, na których spotyka się sprawdzony ideowo aktyw.
- Mam wolne w piątek. Zadzwoń... jeśli masz ochotę - powiedziała, nie patrząc na niego, jakby się wstydziła chwili słabości.
- Zadzwonię. Na pewno... Sylvie?
- Czego jeszcze chcesz?
- Nie będę nadużywał naszej znajomości, o nic nie poproszę. Rozumiesz, prawda?
- O nic mnie nigdy nie poprosisz? Jesteś tego pewny? - Machnięciem ręki nakazała mu odjechać.
- O co chodziło? - zapytała zaciekawiona koleżanka.
- Miał za dużo towaru. Niewiele. Nie warto było spisywać protokołu.
- Myślałam, że zawsze przestrzega przepisów.
- Też tak myślałam, dlatego mu odpuściłam. Na pewno się już nie wychyli - tłumaczyła się. Domyśliła się, że ta nadwyżka towaru na jej zmianie nie była przypadkowa.
- Od kiedy zrobiłaś się taka wyrozumiała? - Koleżanka mrugnęła do niej porozumiewawczo.
- Myślisz, że on to zrobił celowo? - szukała potwierdzenia swoich podejrzeń.
- Niektórych facetów rajcują dominujące kobiety. No wiesz, celniczki, milicjantki. Taki przystojny chłopak. Na randkę koniecznie weź kajdanki i przykuj go do łóżka.
- O tak! Poproszę Johena ze Straży Granicznej, na pewno mi pożyczy.
Uśmiechały się dyskretnie, żeby szef zmiany ich nie przyłapał na okazywaniu ludzkich uczuć. Był gorliwym członkiem partii i wyjątkowym kutafonem.
W każdy piątkowy wieczór wyjeżdżał do NRD. Sylvie mieszkała w hotelu robotniczym w niewielkim miasteczku Löcknitz, tuż za granicą. Zabierał ją spod hotelu, żeby się z ich związkiem nie ukrywać, co byłoby głupotą. Stasi27 i tak o wszystkim wiedziała. Znaleźli uroczy hotelik w Świnoujściu, w którym spędzali czas. Głównie się kochali. W przerwach chodzili na spacery, do restauracji, na dyskotekę, a jeżeli pogoda zachęcała - na plażę. Sylvie okazała się kobietą namiętną, dawała mu tyle, ile zapragnął, a nawet więcej. Lubiła się też wyszaleć na parkiecie. Była dziewczyną nieskomplikowaną, nie miała wielkich oczekiwań, wszystko, co od niego dostawała, prezenty czy pieszczoty, których jej nie szczędził, sprawiało jej radość. Odwoził ją w poniedziałek wczesnym rankiem, potem jechał na zajęcia, a czasami odsypiał weekendowe szaleństwa.
Sylvie znalazła stałego odbiorcę na polskie towary - kobietę w średnim wieku z tajemniczym życiorysem. Woził wyłącznie to, co było dozwolone. Świeże owoce, płyty popularnych zespołów, biżuterię z bursztynu, jeden termowentylator, dwa kartony Marlboro i nylonowe bluzki, koniecznie z wzorkami na piersi. Za zarobione marki kupował pieprz, słodycze, pióra na naboje, a jeżeli się trafiło, złoto od Rosjanek, żon oficerów Armii Czerwonej stacjonujących w NRD. Te sympatyczne, szczere kobiety panicznie się bały, że o tych transakcjach dowiedzą się mężowie, którzy je za takie biznesy prali po pupach wojskowymi paskami.
Sylvie, jak każda kobieta, lubiła dostawać prezenty, które były dla niej potwierdzeniem atrakcyjności. Z oczywistych względów nie mogła przyjmować rzucających się w oczy. Marek kupował w księgarni "Pod Arkadami" wydawane w wersji angielskiej piękne albumy o sztuce, która była jej pasją, a w Peweksie kosmetyki i luksusową bieliznę. Te ostatnie prezenty najbardziej lubili, ponieważ od razu je przymierzała. Szczególnie zapamiętał dzień, w którym zabrał ją do Peweksu i obkupił w modne ciuchy. Była szczęśliwa jak dziewczynka, która dostała wyśnioną zabawkę.
- Mam w dupie, co o mnie będą gadali, jak założę modne dżinsy - powiedziała, przeciągając się uroczo. Dżinsy leżały na stole, obcisła, supermodna skórzana kurtka wisiała na oparciu krzesła.
Szczęście nie trwa wiecznie. Odwiedził ją agent Stasi. Choć się bardzo starał, nie znalazł nic, co mógłby uznać za łapówkę. Przejrzał kilka albumów, ale na szczęście nie sprawdził stopek redakcyjnych.
- Widzę, że interesuje się pani sztuką. Mamy wspólne zainteresowania.
Dał jej wybór. Kontynuować znajomość, zostać TW i donosić albo z nim zerwać. Musieli się rozstać, a Sylvie przepłakała całą noc. Nad ranem postanowiła, że przy pierwszej okazji pryśnie do Niemiec Zachodnich. Na wiadomość, że Stasi się nim zainteresowała, Marek przestał jeździć do NRD.
Jako jeden z nielicznych posiadaczy automobilu cieszył się względami płci pięknej. Dla wielu studentek sama możliwość przejechania się autem stanowiła nie lada atrakcję. Kilkudniowa przejażdżka połączona ze zwiedzaniem Pragi albo Budapesztu była już nieodpartą pokusą. Mogły na takim wyjeździe zarobić, bo za nic nie płaciły, a on pomagał w handlu. Postanowił, że zda się na przypadek. Jak jest chętna, znajdzie sposób, żeby to zasugerować. A natarczywość z mojej strony może doprowadzić do krepujących sytuacji. Raz i drugi wycofał się, kiedy wyczuł, że dziewczyna się przymusza. Czego się spodziewała, że ją wysadzę na środku drogi? Za jej pokój, kiedy brała osobny, nie płacił. Pozostałe wydatki pokrywał, bo tak się umawiali.
Ciało kobiece i kobiecość jako zjawisko go fascynowały. Oprócz dawania i brania rozkoszy starał się wykorzystać te okazje, żeby zgłębić naturę niewieścią. Urozmaicone życie seksualne sprawiło, że opanował ars amandi na wysokim poziomie.
Zdarzało się, że towarzyszki handlowych eskapad próbowały go nakłonić do kontynuowania znajomości. Jedne pytały wprost, czy się z nimi spotka, inne dawały do zrozumienia, że są nim zainteresowane. Były to przeciętne dziewczyny. Przeciętnie ładne, przeciętnie inteligentne, przeciętnie atrakcyjne. I przeciętnie cnotliwe. Nie znajdował w nich niczego, co by go szczególnie ekscytowało. Doszedł do wniosku, że atrakcyjnych Polek jest niewiele. A jeżeli się taka trafi, znajduje najlepszego faceta, którego się trzyma, planuje małżeństwo, a potem ciążę. Choć był w uprzywilejowanej sytuacji, od rozstania z Kasią nie spotkał na swojej drodze kobiety, w której by się zakochał.
27 Staatssicherheitsdienst - Państwowa Służba Bezpieczeństwa NRD.
Tylko raz wprosiła się na wyjazd dziewczyna, która zrobiła na nim wrażenie. Agnieszka studiowała prawo. Na ten kierunek zdawało kilku kandydatów na jedno miejsce, więc trudno się było dostać. Zastanawiał się, co taka dziewczyna robi na prawie, które wydawało mu się najnudniejszym kierunkiem i nie wróżyło zawrotnej kariery zawodowej. No bo kim się zostaje po prawie? Na aplikację adwokacką dostać się było niezmiernie trudno. Nieliczne wolne miejsca były zarezerwowane dla rodzin. Nepotyzm w zawodach prawniczych, a szczególnie w adwokaturze, osiągnął monstrualne rozmiary.
Tak czy inaczej na fotelu pasażera siedziała po raz pierwszy atrakcyjna dziewczyna. Kiedy się do niego uśmiechała, na jej policzkach pojawiały się urocze dołeczki. Był to jeden z tych pogodnych uśmiechów, który u kobiet pojawia się na zawołanie i poza wzbudzaniem sympatii do właścicielki niewiele znaczy.
Jechali przez słowackie Tatry. Jesień zabarwiła lasy wspinające się mozolnie na strome zbocza wszystkimi kolorami z palety impresjonisty.
- Pokonałem tę trasę wielokrotnie, jednak za każdym razem dostrzegam coś nowego. To wyjątkowo piękny kraj.
- A jacy są ludzie?
- Trudno powiedzieć, poznałem niewielu Słowaków. Kobiety w recepcjach położonych przy trasie hoteli. Sympatyczne, ale chyba za nami nie przepadają. I tak jest lepiej niż u Czechów. Ci to nas serdecznie nienawidzą. Dlatego wybieram trasę przez Słowację.
- Nie potrafię tego zrozumieć. Wszyscy jedziemy na jednym wózku, a jeszcze się podgryzamy.
- Taką mamy naturę. To z powodu biedy robimy się zgryźliwi. Gdyby się nam po obu stronach granicy lepiej powodziło, na pewno bylibyśmy pogodniejsi i życzliwsi. Zwykli ludzie nie mają w głowach zdarzeń sprzed kilkuset czy kilkudziesięciu lat. Zresztą co ich obchodzi, kto z kim i przeciw komu trzysta lat temu? Muszą się znaleźć tacy, którzy im tę historię będą nieustannie przypominać, siewcy nienawiści. Łatwo jest manipulować ludźmi, podsycając niskie instynkty.
Spojrzała na Marka z nowym zainteresowaniem. Nie spodziewała się po nim tak dojrzałych osądów.
- A ty jesteś pogodny, pewnie dlatego, że ci się dobrze powodzi?
- Powodzi mi się rzeczywiście nieźle, a jak na PRL, można powiedzieć: znakomicie, i często się śmieję, ale jaki jestem, to się dopiero okaże. - Zeszło mu na zwierzenia.
- Masz dziewczynę? - zapytała nieoczekiwanie.
- Miewam, od czasu do czasu, ale takiej stałej nie mam.
Od kiedy zaczął jeździć na handel, z żadną się nie związał.
- No tak, marynarz ma w każdym porcie narzeczoną.
- Tak było dawno i jest już nieprawdą. Statki za krótko stoją w portach. Z drugiej strony, jeżeli potraktować to powiedzenie jako ostrzeżenie przed małżeństwem, to się zgadza. Co to za małżeństwo, kiedy są razem najwyżej trzy miesiące w roku? W literaturze można znaleźć opisy wielkiej miłości, która przetrwała długie rozstania, jednak mnie się to nie uśmiecha.
- Jak jest z dziewczynami, które zabierasz na wyjazdy?
- A jak ma z nimi być? - Udał, że nie rozumie pytania.
- No, czy się rewanżują, wiadomo, o co chodzi. - Pilnowała się, żeby nie nazywać rzeczy po imieniu.
- Nie potrafię odpowiedzieć, czy to jest rewanż, czy to jest kochanie - odparł, parafrazując poetę. Trudno dociec, co myśli kobieta.
- A więc jednak. - Była usatysfakcjonowana, że wydobyła od niego odpowiedź. - A jak sądzisz?
- Coś się tak przyczepiła? Takie wypytywanie jest nie na miejscu. Nie oczekujesz chyba, że zacznę opowiadać ze szczegółami, jak jest?
Było już późno, a wyruszyli wcześnie rano. Z powodu pułapek radarowych i drakońskich kar nakładanych na Polaków trasę pokonali, przestrzegając przepisów do bólu.
W towarzystwie atrakcyjnej dziewczyny czas upływał miło, jednak teraz poczuł zmęczenie. Musiał znaleźć nocleg, bo dalsza jazda stawała się niebezpieczna i tylko rozmowa ratowała przed podsypianiem. Po chwili zajechali do położonego przy drodze niewielkiego hotelu. Recepcjonistka przerwała polerowanie paznokci, żeby ich powitać.
Był tak zmęczony, że nie oglądając się na Agnieszkę, poprosił o dwa pokoje. Nie był w nastroju, choć w innych okolicznościach chętnie by z nią poflirtował.
Kiedy zszedł na śniadanie, czekała na niego w jadalni. Ona już zjadła.
- No wstał wreszcie śpiący królewicz. Jak się spało? - zapytała z pogodnym uśmiechem.
Wygląda na zadowoloną, że sprawy między nami tak się ułożyły.
- Znakomicie. Wczoraj padłem. Jeszcze nigdy tak daleko pierwszego dnia nie dojechałem. Dlatego potrzebowałem dłużej pospać. Przed wieczorem będziemy w Budapeszcie.
- To wspaniale. Czy zdążymy pójść na spacer? Chciałabym zobaczyć panoramę miasta ze Wzgórza Gellerta. Porobić nocne zdjęcia.
- Wybierzemy się na Wzgórze Gellerta - obiecał.
Do Budapesztu dotarli w piątek po południu. Mieli dwa dni na odpoczynek, zwiedzanie i relaks. Ze swoim stałym odbiorcą, Lászlem, był umówiony w sobotę wieczorem. Zatrzymywał się zawsze w tym samym hotelu, miał tam kontakty handlowe. Chciał się przede wszystkim pozbyć sporej partii biseptolu przeznaczonego na rynek rumuński. Dyktator tego kraju, Ceau?escu, wyznawał archaiczny pogląd, że potęga narodu i jego dobrobyt zależą od liczby mieszkańców. Ofiarą tej demagogii padły rumuńskie kobiety, którym odmówiono prawa do decydowania o dzieciach. W kraju, w którym wszelkie formy zapobiegania ciąży były surowo karane, Rumunki stosowały biseptol jako specyfik poronny.
Marek, jak średniowieczny kupiec, dostarczał towar do karawanseraju, z którego przejmowała go kolejna karawana.
Wielkie wzięcie miały dresy z kreszu. Zabierał też sprzęt turystyczny: plecak, namiot, dwa śpiwory, butle gazowe i prezerwatywy, których na Węgrzech nie można było kupić. Kremy Nivea, butelki wody kolońskiej Prastara w wiklinowym oplocie i indywidualnie zamówione przez odbiorcę towary uzupełniały ofertę. Sekret udanego handlu krył się w różnorodności towarów, których łączna wartość była znaczna, przy zachowaniu obowiązujących ograniczeń na każdy z osobna. Celnik, widząc górę towaru, kręcił nosem, lecz nie miał się do czego przyczepić.
[...]
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
Wrzesień 1965, Szczecin
Rozpoczął się rok szkolny. Choć było pochmurno, po raz pierwszy od kilku dni nie padało - więc wybrali się na wagary. Cała ich paczka. Trzech chłopców i trzy dziewczyny. Chodzili do drugiej klasy liceum. Trzymali się razem od podstawówki.
Pojechali rozklekotanym tramwajem nad Głębokie, małe jezioro położone za miastem. Doskonałe miejsce na taki wypad. Tramwaj, początkowo zatłoczony, powoli pustoszał. Po jednej stronie torowiska rozciągał się Las Arkoński, a po drugiej imponujące, poniemieckie koszary. Trzy przystanki przed końcowym w wagonie oprócz nich pozostały dwie wiekowe kobieciny. Wracały do swoich podmiejskich przysiółków z torbami pełnymi zakupów. Podstawowe produkty - jedynie na takie było je stać. Przydomowe ogródki uzupełniały skromną dietę. Jedna zajęła kolejkę wieczorem i spędziła w niej noc, druga dołączyła rano. Taka to była siermiężna rzeczywistość. Niepisane kolejkowe prawo zezwalało zająć miejsce dla jednej osoby. Przywykły, jak większość Polaków, i nie potrafiły już sobie wyobrazić innego życia. Stanie w kolejce miało swoje zalety. Takie "odstane" towary wydawały się cenniejsze, a ich "zdobycie" nadawało sens bezbarwnej egzystencji tych, którzy nie mieli innego zajęcia. Czuli się wtedy przydatni, jak myśliwi z epoki paleolitu, którzy przydźwigali do obozowiska udziec mamuta.
Matura nie miała już takiego prestiżu jak przed wojną, nadal się jednak liczyła. W latach sześćdziesiątych zdawało egzamin dojrzałości zaledwie kilka procent młodzieży. Liceum nr 2 im. Henryka Pobożnego, "Pobożniak", było jedną z najlepszych szkół w mieście. Można powiedzieć, że szóstka licealistów zaliczała się do elity. Większość ich koleżanek i kolegów uczyła się w szkołach zawodowych i już za rok miała rozpocząć dorosłe życie, zwykle monotonną i wyczerpującą pracę w fabrykach. Tak zwane normy pracy były nieustannie śrubowane, co wywoływało konflikty z dyrekcją, a nawet przerwy w pracy. Nie były to jeszcze strajki, trwały zwykle kilka godzin, zwiastowały jednak poważniejsze zaburzenia społeczne.
Miejsc pracy nie brakowało. Pospiesznie industrializujące się państwo funkcjonowało jak gigantyczna ssawka zaspokajająca niewyczerpane zapotrzebowanie przemysłu na robotników. Bezrobocie pojawiało się wyłącznie w tekstach propagandowych o niedoli, jakiej doświadcza człowiek pracy w kapitalizmie. Propaganda sukcesu, którego próżno było szukać w twardych realiach życia, przeżywała rozkwit.
Wagarowicze dojechali do końcowego przystanku. Szli leśnym duktem ciągnącym się wzdłuż jeziora, którego pomarszczoną toń smagały gałązki wierzb. Wygłupiali się, pokrzykiwali, bawili w berka, popychali. Zachowywali się jak wypuszczone na wybieg źrebaki. Spłoszone wrony podrywały się niechętnie do lotu i mszcząc się za zakłócenie spokoju, wykrakiwały złowróżbne przepowiednie. Wiewiórki smyrgały pomiędzy drzewami, pracowicie gromadząc zapasy na zimę. Dotarli do niewielkiej, osłoniętej lasem dzikiej plaży. Samotny wędkarz na ich widok zaklął pod nosem i zwinął sprzęt. Wystraszyli wszystkie ryby, których w tym jeziorze i tak było jak na lekarstwo. Kilka niewielkich krąpi, które złowił od rana, wystarczy na skromną kolację dla dwojga starszych ludzi.
Rozłożyli koce, wyciągnęli kanapki, które przygotowały mamy, i zjedli z apetytem. Oprócz kanapek mieli wino. Po butelce na głowę. Najtańsze, robione z jabłek. Ulubiony trunek mętów i studentów, zwane J-23, od pseudonimu bohatera popularnego spektaklu teatru telewizji. Tyle akurat kosztowało, a scenarzyści wykazali się poczuciem humoru, bo "J" stało za "jabcok", jak nazywano te wina. Potem pluskali się i pływali. Woda była ciepła. Choć niebo zasnuwały chmury, nie czuło się chłodu. Narzucili na grzbiety koszule i przeszli do głównego punktu programu. Otworzyli pierwszą butelkę i puścili w obieg.
Dobra wróżka Alkione od pokoleń wsłuchiwała się w młodzieńcze marzenia, wiedziała więc, jak rzadko się spełniają. Zdarzały się lata, kiedy wokół widziała tylko przedwczesną, brutalną śmierć. Tak było z chłopcami urodzonymi pod koniec XIX wieku. W la Belle Époque. Co za parszywa ironia. Zaiste dla nich piękna! Pełni życia, szczęśliwi, z nadzieją wkraczali w życie, a wkrótce stosy umazanych gliną trupów na zabłoconych polach bitew. Młodzi chłopcy, nad którymi tylko matki zapłakały. Taka była pierwsza wojna światowa, która miała zmienić wszystko. Wysłuchiwała ich marzeń, wiedząc, że nitka młodego życia wkrótce zostanie przecięta przez beznamiętne Parki.
Alkione niechętnie odwiedzała Polskę, ponieważ oczekiwania, choć skromne, krojone na miarę możliwości, miały niewielką szansę powodzenia w tym smutnym kraju. Natura nie jest sprawiedliwa. Nie przychodzimy na świat z równymi szansami. Dla jednych jest nadmiernie szczodra, innym już na starcie skąpi talentów, pieniędzy, urody, czyli wszystkiego, co pomaga w osiągnięciu sukcesu.
Marek poznał Teofila Świadka przez przypadek. Starszy pan znosił węgiel do piwnicy. Kiedy Marek go mijał, potknął się i upuścił wypełnione do połowy wiadro. Pełnego by nie udźwignął. Węgiel wysypał się na chodnik. Wozak zrzucił przydziałowe dwie i pół tony na ulicę i trzeba je było znieść do piwnicy, żeby nie blokować przejścia. A w nocy ktoś mógł uszczknąć kilka wiader cennego opału.
Mieszkający w sąsiedniej bramie pan Teofil wyglądał na swoje lata. Średniego wzrostu, przysadzisty, z niewielkim brzuchem, miał zmierzwione szpakowate włosy, a na twarzy pierwsze starcze plamy. Jego przenikliwe oczy spoglądały na świat przez okulary w czarnej oprawie. Był emerytem, co powinno oznaczać, że klepie biedę. Ubierał się jednak przyzwoicie, choć konserwatywnie, i nie sprawiał wrażenia przymierającego głodem. Na tym sąsiedzka wiedza się kończyła. Pan Teofil niechętnie wdawał się w pogawędki. Było zagadką, czym się zajmował, zanim przeszedł na emeryturę. Marek przypomniał sobie ostatnią umoralniającą lekturę i zaproponował, że zniesie węgiel.
- Dziękuję za pomoc, Marku. Zapraszam na herbatę, jak ci się nie spieszy - zaproponował pan Teofil, kiedy ostatnie wiadro znikło w piwnicy.
Wyrósł już z podwórka, na którym spędzały czas dzieci, dlatego chętnie przystał na zaproszenie.
Mieszkanie było jednopokojowe. Jednej osobie należał się jeden pokój. Takie były przepisy. Dwóm osobom też należał się jeden, więc samotni byli poniekąd uprzywilejowani. Dla rodzin z jednym dzieckiem brakowało mieszkań dwupokojowych. Dopiero drugie dziecko zwiększało szansę na przydział dwupokojowego z kwaterunku, choć nadal pozostawała ona iluzoryczna.
Pokój był duży i elegancko umeblowany. Nie były to tandetne meblościanki, w jakich gustowali Polacy gotowi odstać w kolejce dwie doby, żeby taką "zdobyć". "Zdobywano" nawet papier toaletowy. Kiedy "rzucili" jakikolwiek towar, przed sklepami pojawiały się tasiemcowe kolejki, pełznące do przodu z prędkością ślimaka.
Czekając, aż pan Teofil zaparzy herbatę, przeglądał zawartość półek. Zauważył wiele tomów literatury klasycznej. Chętnie by się z nimi zapoznał. Pan Teofil postawił na stole czajnik z herbatą, talerzyk z kruchymi ciasteczkami i filiżanki. Z gdańskiej szafy z kryształowymi szybami wyjął butelkę wiśniówki i nalał do miniaturowych kieliszków.
- Urodziłem się trzeciego stycznia tysiąc dziewięćsetnego roku, więc nazwisko do mnie pasuje, jestem świadkiem historii dwudziestego wieku. Pochodzę z inteligenckiej rodziny, od pokoleń zasiedziałej w Galicji. Przed wojną doświadczałem uroków beztroskiej młodości. W sierpniu tysiąc dziewięćset czternastego zabójstwo arcyksięcia Ferdynanda położyło kres Belle Époque i rozpętało tragiczny ciąg zdarzeń, które dopiero niedawno uległy pewnemu ucywilizowaniu. Przeżywałem osobiście wszystkie te dramaty. Pamiętam, pamiętam jak dziś, cała maturalna klasa naszego liceum, osiemnastoletni młodzieńcy, o pęczniejących z dumy pryszczatych twarzach, podjudzeni patriotycznymi frazesami cynicznego belfra, z młodzieńczym entuzjazmem zaciągnęli się do wojska. Wmawiano im, że zwyciężą i na święta wrócą do domu. Przemaszerują triumfalnie ulicami, obrzucani kwiatami przez omdlewające na ich widok dziewczęta. Przeżyło dwóch, może trzech. Miałem to szczęście, że byłem za młody, aby mnie wysłać do okopów.
Widzę, że interesują cię książki. Podczas repatriacji z Wilna straciłem niemal całą bibliotekę. Szkoda, bo było w niej wiele białych kruków.
- Trochę książek jednak zostało. Zresztą w tym pokoju nie zmieści się więcej. Tym bardziej że pan dokupuje. Widzę sporo nowości.
- Trzeba przyznać, że władze dbają o rynek wydawniczy. Obecnych nakładów nie da się porównać z przedwojennymi. Po prostu się nie da. Jakby przed wojną Polskę zamieszkiwało plemię analfabetów. Biorę do ręki bardzo dobrą, trudną powieść i co widzę? Nakład: pięćdziesiąt tysięcy!
- Co z tego, skoro wielu książek nie da się kupić. I to tych najciekawszych. Są sprzedawane spod lady. - Wszyscy o tym wiedzieli.
- Zgadza się. Nakłady bywają różne. Pewnie chciałbyś wiedzieć, kim byłem przed przejściem na emeryturę?
- Nie ukrywam, że mnie to ciekawi.
- Byłem cenzorem. Nie bardzo ci się podoba ten zawód, prawda?
- No cóż. Chyba nikt nie lubi, żeby mu ktoś dyktował, co może czytać.
- Przed wojną byłem dziennikarzem. Pisałem w wileńskim "Słowie". Wtedy ten zawód coś znaczył. Nie było telewizji, radio miało ograniczony zasięg. Prasa kształtowała opinie, znanego dziennikarza słuchano jak wyroczni. Należałem wprawdzie do partii, jednak sympatyzowałem z Narodową Demokracją. To była partia prawicowa, ukierunkowana na współpracę z Rosją, wroga żywiołowi germańskiemu. Jej założyciel i przywódca, Dmowski, był rusofilem i to się nie zmieniło nawet po wojnie z bolszewikami.
Kiedy dostałem powołanie do wojska, miałem dwadzieścia lat. Służyłem w Dziewiątej Dywizji. Goniliśmy się z bolszewikami tam i z powrotem. My ich nad Dniestr, oni nas nad Wisłę, to my ich znowu nad Dniestr.
- Na historii o tej wojnie za wiele nie mówili. Tylko, że to była awanturnicza polityka Piłsudskiego.
- Powiem ci coś, czego nie usłyszysz od osób z mojego pokolenia, wychowanych w kulcie Marszałka. Była awanturnicza i bezsensowna. Wyjaśnię ci to kiedy indziej. Podczas ostatniej wojny należałem do AK. Na Wileńszczyźnie toczyły się krwawe walki. Dochodziło do okrutnych mordów. Nie spieszyło mi się do partyzantki, bałem się jak diabli, jednak tak wtedy należało postąpić. Pamiętam, jakby to było wczoraj.
Pan Teofil zdjął okulary i w zamyśleniu przecierał je szmatką.
- Biedna wieś położona daleko od szosy. Weszliśmy do niej w poszukiwaniu schronienia, Niemcy ścigali nas od wielu dni i padaliśmy ze zmęczenia. Zaiste, znaleźliśmy schronienie. Pośród trupów. Wszyscy wymordowani. Stałem bez ruchu, nie wiem jak długo, i patrzyłem na zwłoki całej rodziny rozrzucone na podwórku, jakby to były bierki rzucone ręką niecierpliwego gracza. Czwórka dzieci, dwie dziewczynki, dwóch chłopców, drobiazg jeszcze. I wiesz, co wtedy pomyślałem? Że i ja przyłożyłem rękę do tej zbrodni. Bo myśmy z rozmysłem szczuli Polaków na Niemców. Endecja była antyniemiecka. I między innymi z tego szczucia Polska prowadziła samobójczą politykę, której skutkiem był wrzesień trzydziestego dziewiątego, a potem okupacja niemiecka i sowiecki ucisk. Oni na nas napadli, a nie musieliby, gdyby sprawy potoczyły się inaczej. Nie musieliby. Z tym naszym szczuciem szliśmy na rękę Sowietom. Dmowski spotykał się potajemnie z ich ambasadorem1. Niedawno historycy dotarli do dokumentów.
- Coś podobnego! - Marek nie miał wprawdzie pojęcia, jakimi meandrami podążały polityczne intrygi Drugiej Rzeczpospolitej, ale takie potajemne spotkania wydały mu się podejrzane.
- Słyszałeś może o Bolesławie Piaseckim? Był przywódcą Falangi, najbardziej radykalnego skrzydła endecji. To był już niemal faszyzm. Poznaliśmy się w partyzantce, walczyliśmy w jednym zgrupowaniu, choć w różnych oddziałach. Po wojnie został aresztowany. Z jego życiorysem czapa murowana. Skontaktował się ze Sierowem... Też nie wiesz, kim był? Zastępcą Berii.
- O nim już kiedyś słyszałem.
- Ci, co o nim słyszeli więcej, mogli tej wiedzy nie przeżyć. No więc Piasecki przekonał Sierowa, generała Sierowa, że on coś im, znaczy NKWD, ma do zaoferowania. Będzie podkopywał Kościół od wewnątrz. A musisz wiedzieć, że przed wojną endecja i Kościół to była bliska współpraca. Widocznie Sierow pamiętał, że się dogadywali z Dmowskim, więc na to poszedł. Nadążasz?
- Na razie owszem.
- Ja też siedziałem. Sowieci zwinęli całe wileńskie AK. Bałem się potwornie. Już po mnie, myślałem. W najlepszym razie wywiozą na Syberię i tam zdechnę. Przyszedł do mnie, do celi Piasecki i mówi:
"Przyłącz się do mnie, Teofil, a wyjdziesz. Pójdziesz do cenzury. Byłeś dziennikarzem, nadajesz się, a im brakuje ludzi z wykształceniem i doświadczeniem dziennikarskim. Ci, co przed wojną pisali w komunistycznych gazetach, nie żyją albo mają ważniejsze zadania. Są redaktorami naczelnymi, ministrami, a do cenzury ktoś iść musi. Tekst propagandowy byle głupek napisze, a w cenzurze potrzeba ludzi myślących".
Początkowo odmawiałem. "To niepatriotyczne", mówiłem, ale mnie przekonał. No i chciałem żyć. Więc się zgodziłem.
I rzeczywiście, potrzeba było ludzi myślących. Bo tekst po cenzurze musiał wyglądać, jakby tej ingerencji nie było. Autor nie zawsze potrafił przerobić albo mu nie zależało, więc kiedy coś trzeba było jednak napisać, zadanie spadało na cenzora. Musiał podpowiedzieć, co i jak zmienić, żeby się czytelnik nie połapał, że zniknął fragment artykułu. A przede wszystkim, co zniknęło.
Niektórzy autorzy mieli nas za durniów. Uważali, że jeżeli użyją prymitywnej aluzji, my się nie połapiemy. Potem dojrzeli, zrozumieli, że nie tędy droga. Zamiast nas przechytrzać, zaczęli dyskutować, próbowali przekonywać. I oni, i my mieliśmy swoje racje. Dla cenzora to była nie lada satysfakcja, kiedy usłyszał: "Właściwie to ma pan rację, lepiej tego nie pisać, bo ciemny naród opacznie zrozumie. A mądrzy i tak pojmą, o co chodzi". Inteligentnemu czytelnikowi wystarczy zasygnalizować temat i on resztę sobie dośpiewa. Zdarzali się, wprawdzie nieczęsto, zdarzali się jednak spryciarze, którzy potrafili wyprowadzić cenzurę w pole. W nakładzie pięciu tysięcy egzemplarzy wydano "Sztukę kochania" Owidiusza, a tam taka perełka. Cytuję: "Ludzie źli, okrutni, dzicy, no po prostu bolszewicy".
- Ale numer ktoś wywinął! Ma pan może ten egzemplarz?
- Niestety, nie udało mi się go zdobyć. Jest taki rosyjski piosenkarz, Włodzimierz Wysocki. Pisze teksty i śpiewa, a cenzura na to zezwala, bo Rosjanie go uwielbiają. To jego piosenka: Moskwa - Odessa2. Moja ulubiona.
Pan Teofil włączył imponujących rozmiarów magnetofon szpulowy. Marek po raz pierwszy widział taki cud techniki.
Raz któryś lecę z Moskwy do Odessy
I znowu, psiakrew, odwołali lot
Wynika to ze słów jej wysokości stewardessy
Majestatycznej jak Aerofłot
Kolejny komunikat zabrzmiał znów
Że nad Murmańskiem wyż i niebo szczere
Przyjmuje Kijów Kiszyniów i Lwów
A ja tam nie chcę, mnie tam po cholerę
- Rozumiesz, taka metafora. Nie możemy robić tego, co chcemy. I cała Rosja śpiewa piosenki Wysockiego. Gdyby żył Stalin, to by go rozwalili, jednak reżim zmiękł, więc śpiewa, co mu w duszy zagra, i nikt go nie rusza.
Choć zawód cenzora wzbudzał instynktowną niechęć, Marek polubił te rozmowy. Chłonął wiedzę, jaką mu przekazywał pan Teofil. Nie dotyczyła ona niestety tematu, który go interesował najbardziej, czyli dziewczyn; po starszym panu widać było, że niewiele potrafi o płci pięknej powiedzieć, ale rekompensował te braki dogłębną znajomością wszystkiego, co się działo w Polsce i na świecie przez ostatnie półwiecze. A przede wszystkim znajomością mechanizmów, jakie te działania uruchamiały. Dzięki tym rozmowom Marek zaczynał lepiej rozumieć otaczającą go rzeczywistość.
- Szkoda, że dopiero teraz pojąłem, jak kręci się świat - zwierzał się pan Teofil. - Gdybym wiedział wcześniej... No właśnie, co mógłbym zrobić? Co mógłbym w swoim życiu zmienić?... Chyba nic - odpowiedział sam sobie po dłuższym zastanowieniu. - Może wyemigrować do Argentyny, jak Gombrowicz? Taka emigracja jest dobra dla człowieka czynu. Inżyniera, robotnika. Intelektualiście szczęścia nie przyniesie. Ciekawe pytanie. Co mógłbym zrobić inaczej? Na pewno nie pisałbym do endeckiej prasy artykułów podjudzających do wojny z Niemcami. Może należało, przewidując, co się wydarzy, wstąpić do partii komunistycznej?
- I nie przyjmować zaproszenia z Moskwy. Podobno Stalin wykończył wszystkich polskich komunistów.
- Wszystkich to przesada, niektórych to on nawet lubił. Ale większość rzeczywiście źle wtedy skończyła. Jak się było komunistą, to do Moskwy należało wyjechać dopiero po siedemnastym września. O ile zaprosili. Równie dobrze mogli wysłać do pracy w Kazachstanie. Dopiero jak formowali Dywizję Kościuszkowską, to wszystkich ideowych do niej ściągali. Było ryzyko śmierci, jednak ci z frontu ideologicznego na ogół przeżyli. "Komisarzy się kule nie imają", mawiano.
A co dalej? Trzy lata wojny domowej. Cenzura dopiero się organizowała i jeszcze wszystkiego nie ogarniała. Potem pięć lat stalinowskich porządków. To były ciężkie czasy. Również dla komunistów. Należało się trzymać z boku. Jakieś bezpieczne stanowisko partyjne na przeczekanie. I gdzie bym wybrał? Dokładnie tam, gdzie byłem. Bo w cenzurze, wbrew temu, co się wszystkim wydaje, można zdziałać coś dobrego. Niewiele, ale jednak. Wybronić wartościowe utwory. Skłonić autora rozsądnymi argumentami, żeby poszedł na kompromis. Tak się działo. Poeci, pisarze, malarze tworzyli dzieła opiewające partię, Stalina i mieli potem wolną rękę, bezpieka się od nich odchrzaniała. Już poza polityką tworzyli utwory wybitne. Władzy pokazali, że są swoi, że można im ufać. Wkupywali się zaangażowanymi utworami. Tak postępowali: Gałczyński, Tuwim, Ważyk, Przyboś, Tadeusz Borowski, znakomici malarze. Nie mówię o ideowych komunistach, lecz o artystach, którzy poszli na układ i dzięki temu zamiast cierpieć prześladowania, mogli tworzyć dla dobra nas wszystkich, z pewnymi ograniczeniami, które sami sobie nakładali albo my im pomagaliśmy je zakreślić.
Najbardziej cierpiałem z powodu własnej niemocy twórczej. Próbowałem pisać wiersze, ale z jakiegoś powodu nie potrafiłem. Przed wojną zapowiadałem się na niezłego poetę. Wydałem tomik wierszy, z którego byłem bardzo dumny. Wprawdzie nakładem własnym, bo tak się wtedy wydawało, ale zawsze to książka na półce. Mogłem dać w prezencie, pochwalić się przed znajomymi. Inaczej wtedy na mnie patrzyli. Słowo "poeta" dodawało splendoru. Kiedy zasiadłem za biurkiem cenzorskim, wena bezpowrotnie przeminęła. Zmienił się sposób myślenia, umysł przestał być wolny.
- Więc twierdzi pan, że cenzura może przynieść coś dobrego całemu społeczeństwu?
- Co by się stało, gdyby zniesiono cenzurę? Bohaterom spektakli telewizyjnych lepiej by się powodziło. Autorzy scenariuszy nie oparliby się pokusie, żeby pokazać, jak się żyje na Zachodzie. Dzisiaj zły jest prywaciarz. Nawet epitety dla niego wymyślają obraźliwe. Nowomowa, jak z Orwella. Spekulant! Badylarz! Pelisiarz! To od pelis z futra. Działacz z Wydziału Propagandy KC, który to wymyślił, dostał pewnie premię. Że taki czujny ideowo. Jedz, jedz te ciasteczka. Z piekarni na Krasińskiego. Prywatnej, ma się rozumieć. Jakby tu piekarza przerobić na geszefciarza? - zastanawiają się spece od propagandy.
Gdyby Polakom pokazać, jak się żyje na Zachodzie, też by tak chcieli. Pragnienie dobrobytu niemożliwe do zaspokojenia jest niezwykle destrukcyjne dla państwa. Gomułka rozumie, że Polacy nie mogą żyć na takim poziomie jak na Zachodzie, więc im tego nie należy pokazywać. Nie pozwala na zadłużanie kraju, zdając sobie sprawę, że kredyty trzeba spłacać, a przemysł ciężki obciążony produkcją zbrojeniową nie dostarcza surowców niezbędnych dla przemysłu lekkiego. Mogę kontynuować? Nie zanudzam cię przypadkiem?
- Nie, nie, proszę mówić. To ciekawe, co pan opowiada, nigdy o takich sprawach nie myślałem.
- Nie ty jeden. Znakomita większość Polaków nie ogarnia podstawowych zasad ekonomii. Ich oczekiwania sprowadzają się do niższych norm, tańszej wódki i kiełbasy. I to natychmiast! Taki mają horyzont myślowy.
- A po wojnie? Jak było po wojnie? - dopytywał Marek.
- A jak miało być? Kraj zrujnowany. Panował głód, nie było się gdzie podziać, bo w wielu miastach większość domów została zburzona. Na wsi nielepiej. Niemcy palili całe wioski. Trzeba było odbudowywać z ruin domy i fabryki, rozminowywać, uprawiać ziemię. Potrzebna była jakaś forma sprawiedliwości, solidarności społecznej, tu było poparcie zdecydowanej większości narodu. Choć wojna się skończyła, w gospodarce nadal obowiązywały wojenne zasady. Znacjonalizowano przemysł, przeprowadzono reformę rolną, parcelując większe majątki. Skonfiskowaną ziemię przydzielano biedocie wiejskiej albo zakładano PGR-y. Bez tych reform naród cierpiałby jeszcze większą biedę. Po kilku latach, po ilu dokładnie to kwestia do dyskusji, ten komunizm wojenny zaczął przynosić więcej szkody niż pożytku. Bo ja uważam, że nawet kilka lat po wojnie komunistyczna gospodarka równoważyła korzyści z niewątpliwymi szkodami. Dopiero później zaczęły się schody. Cenzura broniła tych reform. Ziemiaństwu wywłaszczenie nie mogło się podobać. To się poniekąd wiązało z wojną domową. Tylko bezsilną wściekłością po utracie majątku, który należał do rodziny od pokoleń, można tłumaczyć bezsensowny opór. Cyniczni statyści potrafili wciągnąć do tej krwawej rozgrywki naiwną, patriotyczną młodzież.
Problem obecnej ekipy polega na tym, że przyszło jej się zmierzyć z kilkoma wyzwaniami jednocześnie. Po pierwsze, mamy niespotykany wyż demograficzny. Potrzeba szkół, wyższych uczelni, miejsc pracy i mieszkań. W tej właśnie kolejności. Pamiętasz tę akcję za Gomułki: Tysiąc szkół na tysiąclecie? Gdyby w tym czasie nie produkowano tysięcy czołgów, byłoby łatwiej. Miejsca pracy - kolejne wyzwanie. Szczecin jest miastem szczególnym. Większość fabryk została zburzona, a to, co pozostało, rozszabrowała Armia Czerwona. Wszystko, co się dało, demontowali i wywozili jako reparacje wojenne. Dla nich to było mienie poniemieckie. Łatwiej jest jednak odbudować zdewastowany zakład niż budować od podstaw. Dlatego na Ziemiach Zachodnich miejsc pracy nigdy nie brakowało. Oficjalna propaganda przeprowadzkę na zachód przedstawiała jako romantyczne osadnictwo, jak z westernu. Władzom zależało na tworzeniu faktów dokonanych, żeby Polska nad Odrą mocno postawiła stopę.
Inaczej się miała sytuacja w Polsce wschodniej. To był od wieków najbardziej zacofany region. Zabobonni katolicy obarczeni wszelkimi przywarami naszej nacji. Przede wszystkim chciwość i zawiść. W takim kraju trudno budować od podstaw. Nadal jest jak w Monachomachii:
W mieście, ponieważ zbiór pustek tak zowiem,
W godnym siedlisku i chłopa, i Żyda,
W mieście - gród, ziemstwo trzymało albowiem
Stare zamczysko, pustoty ohyda -
Było trzy karczmy, bram cztery ułomki,
Klasztorów dziewięć i gdzieniegdzie domki.
W tej zawołanej ziemiańskiej stolicy
Wielebne głupstwo od wieków siedziało;
Pod starożytnej schronieniem świątnicy
Prawych czcicielów swoich utuczało.
Zbiegał się wierny lud; a w okolicy
Wszystko odgłosem uwielbienia brzmiało3.
Do odbudowy niezbędny był przemysł ciężki produkujący stal i cement. Jednak żeby uruchomić zrujnowane fabryki, potrzebne były ogromne inwestycje. Kredyty na dogodnych warunkach mogliśmy uzyskać od Amerykanów z Planu Marshalla. Niestety ZSRR ze względów ideowych nakazał z nich zrezygnować. Oszczędności krajowych nie było, zarekwirowali je okupanci, zresztą przed wojną też były niewielkie. Pozostawało jedno wyjście: zaoszczędzić na płacach. Nie dało się wyciskać z obywateli środków na finansowanie przemysłu ciężkiego i lekkiego. Albo-albo. Dylemat został rozstrzygnięty kosztem przemysłu lekkiego, który wytwarza produkty przydatne ludziom. Ograniczenie płac dawało podwójną korzyść. Państwo zyskiwało środki na inwestycje, a Polaków za ich nędzne pensje stać było jedynie na zakup podstawowych produktów, więc mizeria przemysłu lekkiego nie skutkowała inflacją. Polska komunistyczna okazała się skuteczna w odbudowie zniszczeń, zapewnieniu dachu nad głową i wyżywieniu wszystkich obywateli, czyli zaspokojeniu podstawowych potrzeb. Kiedy najgorsze minęło, zniszczenia zostały usunięte i jakoś to przeżyliśmy, z punktu widzenia propagandy było już tylko gorzej. Cenzura musiała bronić niepopularnych decyzji. Polakom trudno było zrozumieć, że muszą się zbroić, żeby odeprzeć agresję z Zachodu, który uważali za sojusznika i wzór do naśladowania. Jednak PZPR, wykonując polecenia z Kremla, zakazała wszelkich dywagacji na ten temat. "Zachód jest naszym wrogiem. Koniec dyskusji!"
Poświęcenie całego narodu doprowadziło do uprzemysłowienia. Uwarunkowania międzynarodowe, zimna wojna, spowodowały, że produkcja przemysłu ciężkiego zamiast na potrzeby przemysłu lekkiego, czyli nas wszystkich, idzie na czołgi i armaty, a można by z niej walcować blachy, które przemysł lekki przerobi na pralki, lodówki, samochody, a nawet takie cuda techniki jak zmywarki do naczyń, które u nich, na Zachodzie, można już podobno kupić. Nie wspominając o stali niezbędnej do budowy mieszkań. Zamiast dobrobytu mamy sto siedemnasty pułk czołgów. Jeżeli się nie da żyć jak na Zachodzie, to lepiej tego nie pokazywać, bo w ten sposób Polaków wpędzimy w depresję. A nawet tak się wkurzą, że zaczną myśleć o zmianie systemu. Na razie jeszcze nie ustroju, bo do takiego myślenia nie dojrzeliśmy, ale do zmiany systemu. Inaczej mówiąc: o reformach. Zaczadzimy umysły marzeniami, jakich nie da się spełnić.
- Czyli to zbrojenia odpowiadają za biedę? Czy musimy się aż tak zbroić?
- Zaczyna się od zatrutych słów. One nic nie kosztują. Tak się przynajmniej wydaje tym, którzy nimi bezmyślnie szafują. "Jak świat światem, Niemiec Polakowi nigdy bratem". Trudno o bardziej kłamliwy slogan. Przez dwieście pięćdziesiąt lat, czyli do rozbiorów, granica pomiędzy Rzeszą Niemiecką a Polską się nie zmieniła. Ostatnia wojna z Zakonem Krzyżackim zakończyła się w tysiąc pięćset dwudziestym pierwszym roku. Następna była we wrześniu tysiąc dziewięćset trzydziestego dziewiątego, bo rozbiory odbyły się praktycznie bez jednego wystrzału. Świat nie zna drugiego takiego przypadku. W tym czasie pomiędzy Francją a jej zachodnimi sąsiadami: Monarchią Habsburgów, Zjednoczonymi Prowincjami, czyli Holandią, Brabancją i nieistniejącą już Burgundią, wojny toczyły się nieustannie z krótkimi przerwami na złapanie oddechu przed kolejną batalią.
Opluć sąsiadów i nazwać zdrajcami wszystkich, którzy się sprzeciwiają. Pośród nienawistnej wrzawy propaganda ciężko pracowała, by wydobyć to archaiczne uczucie z głębi podświadomości. Obrzydliwy, niestety sprawdzający się w polityce mechanizm. Ci, którzy go uruchamiają, nie ponoszą żadnych konsekwencji. Zbrodniarzom wojennym zdarzało się niekiedy zasiąść na ławie oskarżonych. Ale tym, którzy do wojny szczuli? Nigdy! Oni pozostają bezkarni.
- Przecież bez przerwy obrzuca się błotem Zachód, a cenzura na to zezwala. Czy to nie jest szczucie?
- Masz rację, ale takie są dyrektywy sowieckie, na które nie mamy wpływu. Musimy się im podporządkować.
- Pana słowa są takie przygnębiające, jakbym słuchał hymnu na cześć ludzkiej głupoty.
- Zastanawiałeś się może nad Sienkiewiczem? Wielki pisarz, laureat Nagrody Nobla... Praca w cenzurze miała swoje zalety. We Wrocławiu w czterdziestym ósmym roku odbył się Światowy Kongres Intelektualistów w Obronie Pokoju4. Słyszałeś o tej imprezie?
Pan Świadek lubił wdawać się w długie i zawiłe dygresje.
- Coś mi się obiło o uszy.
- O uszy ci się obiło? Wielka, propagandowa impreza i co ciekawe, rzeczywiście międzynarodowa. Do Wrocławia przyjechali najwybitniejsi intelektualiści z całego świata. Wprawdzie delegacja radziecka puściła na sali obrad takiego bąka, że smród się rozniósł po całym świecie, ale ogólnie biorąc, Kongres był sukcesem władz PRL. Delegatem oczywiście nie byłem, choć do Wrocławia pojechałem. Przedwojenny inteligent, znam angielski i francuski. Władze potrzebowały kogoś takiego w kuluarach, do nieoficjalnych rozmów. Więc rozmawiałem, rozmawiałem - rozmarzył się pan Teofil. - Pewnego razu brałem udział w pasjonującej dyskusji. Przy stoliku w Piwnicy Świdnickiej5 siedzieliśmy w trójkę. Graham Greene, Słonimski i ja. Rozmawialiśmy, a jakże, o literaturze. Rozmowa zeszła na noblistów. I wiesz, co Graham wtedy powiedział?
- Nie mam pojęcia - przyznał Marek, nie próbując zgadywać.
- Nie spotkałem drugiego pisarza tak złaknionego krwi jak wasz Sienkiewicz. U niego opisy okrutnych mordów są ucztą literacką. Zachłystuje się rozlewem krwi. On to okrutne wbijanie na pal "czerni" kozackiej wielbi całą duszą6.
- Owszem, masz rację, ale jak to jest napisane! - odpowiedział Antoni.
- I w tym leży sedno. Nieważne, jaka jest prawda, liczy się interpretacja. Wtedy to zrozumiałem, co pozwoliło mi znaleźć satysfakcję w pracy cenzora. A co do Sienkiewicza, to kiedy został strącony z piedestału, na którym go postawił naród, przyszła mi do głowy obrazoburcza myśl: A Wołodyjowski? Przecież nie musiał się zabijać, mógł wysadzić twierdzę, podpalając lont, i uciec. Ale nie, on wybrał śmierć samobójczą, która jest grzechem śmiertelnym. I taki grzesznik ma być symbolem miłości do ojczyzny? Kościół znalazł rozwiązanie tego paradoksu. Nie nazywać samobójstwa samobójstwem, lecz aktem poświęcenia dla ojczyzny! Zapomnieli tylko wyjaśnić, jaką to korzyść odniosła Rzeczpospolita z tego aktu poświęcenia. Jeżeli już, to stratę, bo mógł jeszcze długo służyć ojczyźnie. Bronić jej, płodzić i wychowywać dzieci, a może ulżyć doli swoich niewolników. Nic to. Nic to.
- Jakich znowu niewolników? - zdziwił się Marek.
- Chłop pańszczyźniany był wyzyskiwany wprost nieprawdopodobnie. Żyło mu się często gorzej niż niewolnikowi w starożytnym Rzymie. Czy wiesz, że "karą", jaką ponosił dziedzic za zabicie chłopa, był miesiąc aresztu i odbycie pokuty nakazanej przez księdza?
- Pewnie zbrodniarz nawet nie musiał odsiadywać kary.
- Na pewno. Szlachta, panowie bracia, jak siebie nazywali, krzywdy by sobie nie zrobili. Przecież brat nie skrzywdzi brata... Wystarczy na dzisiaj. Do pańszczyzny jeszcze kiedyś powrócimy, bo to był rak, który zżerał tkankę państwa, doprowadzając do jego upadku.
Jeszcze długo ponosiliśmy konsekwencje pańszczyzny. Kiedy wybuchła wojna z Bolszewikami, chłopi unikali poboru, a nawet dezerterowali. Sytuację uzdrowiło dopiero powołanie na premiera Wincentego Witosa. Witos, sam chłop, rozumiał wieś, która mu ufała. Po jego odezwie nastawienie chłopów do wojny się zmieniło.
Na zakończenie rozmowy pan Teofil wyszedł z pewną propozycją.
- Mam dla ciebie ofertę. Raz w tygodniu przyniesiesz węgiel na cały tydzień. Kupiłem nawet brytfannę, w której się zmieści kilka wiader. Narąbiesz drewna na podpałkę. Zrobisz zakupy. Takie produkty, które można kupić w Samie bez wystawania w kolejce. Mąka, cukier, chleb, proszek do prania. Wychodzi kilka kilogramów, a ja mam problemy z kręgosłupem. Będę ci płacił. Pięćdziesiąt złotych.
- To dużo pieniędzy. Więcej niż moje kieszonkowe.
- Mam przyzwoitą emeryturę - rozwiał wątpliwości Marka starszy pan. - Możesz zostać na kolacji. Przygotuję wtedy coś smakowitego. Ja będę bronił cenzury, wyjaśniał, dlaczego jest potrzebna, a ty wytkniesz błędy w moim rozumowaniu.
Pan Teofil poważnie podszedł do swojego zadania. W każdy poniedziałek po lekcjach Marek zaczynał od wyniesienia wiadra popiołu i przyniesienia pięciu wiader węgla. W znajdującym się w pokoju dużym piecu kaflowym pan Teofil palił codziennie, a w niewielkim bojlerze, w którym podgrzewał wodę do kąpieli, raz na kilka dni. Jako jeden z nielicznych w składającym się z sześciu kamienic bloku zamienił żeliwny piec węglowy w kuchni na elektryczny z piekarnikiem. Miał lodówkę "Śnieżka" i pralkę półautomatyczną, popularną "Franię". W oczach Marka mieszkanie było komfortowe i znakomicie wyposażone.
Brał kartkę z wypisanymi zakupami i szedł do Samu. Potem odwiedzał rynek przy Placu Kilińskiego, gdzie uzupełniał zakupy o świeże warzywa, których zawsze było pod dostatkiem. Wśród krajów komunistycznych jedynie w Polsce były dostępne w wielkiej obfitości i po przystępnych cenach. Zdrowe odżywianie Polacy zawdzięczali wyszydzanemu powszechnie Gomułce, który obronił przed zakusami Moskwy polskich rolników i nie dopuścił do pełnej kolektywizacji. Większość gruntów rolnych pozostała w prywatnych rękach. Państwowe gospodarstwa rolne zakładano głównie na Ziemiach Odzyskanych, czyli odebranych Niemcom, więc nie zachodziła potrzeba wywłaszczania rolników. Przypadki zmuszania do kolektywizacji były ograniczone do stosunkowo niewielkiego areału, co nie umniejszało krzywdy rolników dotkniętych tym nieszczęściem7.
Podczas kolacji zaczynała się ożywiona dyskusja. Pan Teofil wprowadzał Marka w skomplikowane reguły, jakie rządzą światem, prowokując dyskusje, nieraz poprzez kontrowersyjne i obrazoburcze stwierdzenia. Szkoła nie dbała o kształtowanie charakterów młodych Polaków. Liczyła się wiedza sprowadzająca się do bezmyślnego opanowania szeregu reguł, wzorów, dat oraz definicji, które w znakomitej większości do niczego się w życiu nie przydawały. Nielicznymi wyjątkami były kółka zainteresowań prowadzone przez pasjonatów.
Tego dnia rozmowa zeszła na komunizm, co było nieuchronne. Nie da się żyć w tym ustroju, nie zastanawiając się nad jego wadami - licznymi - i zaletami - nielicznymi.
- Niełatwo jest jednoznacznie ocenić komunizm. W oczach wielu ma same wady. Nie da się zaprzeczyć, że to ustrój opresyjny, w którym ludziom żyje się źle. Jedynie nieliczna grupa aparatczyków ma się całkiem nieźle. Jednak to nie cała prawda. W pewnych obszarach ten ustrój ma sukcesy.
Zmiana stosunków społecznych w Polsce nastąpiła w wyjątkowo korzystnym dla komunistów okresie. Zbrodnie popełniane przez Trzecią Rzeszę skończyły się za sprawą Armii Czerwonej. Gdzie dzisiaj bylibyśmy, gdyby to Trzecia Rzesza wygrała wojnę? Połowa Polaków by tego zwycięstwa nie przeżyła. Hitler to jasno wyłożył w Mein Kampf. Ta prostsza, niewykształcona część narodu doskonale to rozumiała. Niestety elity szukały wszelkich wykrętów, byle nie przyznać, że to wysiłkowi zbrojnemu ZSRR nasz naród zawdzięczał przetrwanie. Polska nie jest taka, jakiej byśmy pragnęli, niepodległa i bogata, ale jest i spora w tym zasługa polskich komunistów, którzy potrafili się porozumieć ze Stalinem, co nie było łatwe ani bezpieczne. Jedno nieopatrznie wypowiedziane zdanie i człowiek znikał na zawsze.
We wtorek pan Teofil postanowił wygłosić wykład na temat ekonomii komunizmu. Rozpoczął od deklaracji:
- Obowiązuje dogmat, że tylko państwo może być właścicielem zakładów pracy, a najlepiej jeszcze ziemi rolnej. Komuniści nie potrafią sobie z tym problemem poradzić, bo państwowa własność środków produkcji się nie sprawdza. Wszędzie tam, gdzie właścicielem jest państwo, zakłady produkują wyroby, które znajdują nabywców tylko dlatego, że nasz rynek jest zamknięty na konkurencję z Zachodu, nie wspominając o zaporowej cenie dolara. Wystarczy przekazać taki zakład osobie prywatnej, nawet dotychczasowemu dyrektorowi, a staje się cud. Są liczne przypadki z Jugosławii, gdzie częściowo sprywatyzowano produkcję. Również w ZSRR był okres, nazywany NEP, Nowaja Ekonomiczeskaja Politika, kiedy zezwolono na prywatną własność. Gospodarka z dnia na dzień rozkwitła. Komuniści pospiesznie zakończyli ten eksperyment.
- Dlaczego? Skoro przynosił dobre rezultaty?
- Nie domyślasz się? Właśnie dlatego! Przecież to był niepodważalny dowód, że cała ta szemrana teoria o wyższości społecznej własności środków produkcji to totalna bzdura. Im nie chodziło o to, żeby ludziom żyło się lepiej, tylko żeby zachować władzę.
- Czy nie mogli pozwolić na prywatne fabryki, nie tracąc przy okazji władzy?
- Dobre pytanie. Może nie próbowali? Ten, kto wymyśli sposób na pogodzenie kapitalizmu z dyktaturą partii komunistycznej, moim zdaniem osiągnie sukces. To by stanowiło w terminologii marksistowskiej oderwanie bazy, czyli własności środków produkcji, od nadbudowy, czyli systemu monopartyjnego. Jak się zastanowić, to demokracja oznacza ogromny bałagan i marnotrawstwo. Walka polityczna pomiędzy partiami jest bezlitosna. Czy monarchia, czy partia komunistyczna, nie ma większego znaczenia, jeżeli nie będą się wtrącać do gospodarki i zadowolą władzę polityczną. Przez tysiące lat wszelkiej maści dyktatorom to wystarczało, co najwyżej sami się przy okazji wzbogacali, aż pojawili się komuniści, zawłaszczyli gospodarkę, doprowadzając do jej chronicznej niewydolności.
Samotność dręczyła pana Teofila. Nie miał z kim porozmawiać. Przed sąsiadami się nie otwierał, z obawy, że go potępią. Cenzura nie była w PRL lubiana. Zresztą byli to prości ludzie, z którymi nie znajdował wspólnych tematów. Tak zwana inteligencja pracująca, klasa społeczna wymyślona na potrzebę teorii, pozostawała stosunkowo nieliczna. Spotkania towarzyskie były wydarzeniami kameralnymi, w zamkniętym gronie. Obawiano się donosicielstwa. Wprawdzie donos nie groził już poważnymi konsekwencjami, jak w czasach stalinowskich, lecz życia z pewnością nie ułatwiał.
Zaszufladkowany jako człowiek reżimu były pracownik cenzury mógł się spodziewać, że znajomi i sąsiedzi będą go unikali. Nie należało ich za to winić. Niejedna kariera załamała się z powodu niebacznie wypowiedzianych słów. Dlatego znajomość z Markiem była dla pana Teofila taka cenna. Za kieszonkowe dostawał drobne przysługi, ale przede wszystkim zyskiwał partnera do rozmów. Mógł przy okazji przekazywać Markowi swoją rozległą wiedzę. Był mądrym człowiekiem, któremu przyszło żyć w czasach takim jak on wybitnie niesprzyjających.
- Świat się zmienia na naszych oczach. Te zmiany następują coraz szybciej. Taka jest naturalna kolej rzeczy. Najważniejsze jednak, żeby ponownie nie pogrążył się w otchłani wojny. Przeżyłem trzy, na dwóch zabijałem i próbowano mnie zabić. To, że żyję, że mogę z tobą rozmawiać, jest wyłącznie kwestią szczęścia. Na wojnie nie ma znaczenia, czyś bohater, czy tchórz. O przeżyciu decyduje ślepy los.
- Skąd może nadejść trzecia wojna światowa?
- Byliśmy dwukrotnie o krok od wojny atomowej. Podczas wojny koreańskiej i stosunkowo niedawno, bo w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym trzecim podczas kryzysu kubańskiego. Miejmy nadzieję, że taka sytuacja już się nie powtórzy.
- Kiedy pan wspomniał kryzys kubański, uświadomiłem sobie, jak niedawno to się zdarzyło. Byłem dzieckiem, a śniła mi się kilka razy wojna atomowa. Widziałem przez okno grzyb atomowy wyrastający na horyzoncie. To były przerażające sny.
- Nie byłeś wyjątkiem, wielu miało podobne sny. Strach to zaraźliwa choroba, która przenosi się z człowieka na człowieka szybciej niż grypa.
- Czy naprawdę byliśmy wtedy bliscy zagłady?
- Podczas wojny koreańskiej głównodowodzący wojskami amerykańskimi generał McArthur domagał się zrzucenia bomb atomowych na chińskie miasta. Pomijając aspekt moralny zbrodni popełnionej na milionach cywilów, takie postępowanie mogło doprowadzić do wybuchu wojny światowej, dlatego prezydent Truman usunął pozbawionego zasad moralnych awanturnika ze stanowiska.
- A kryzys kubański?
- Też trudna odpowiedź z gatunku: "Co by było gdyby?". Nikt, nawet uczestnicy tamtych zdarzeń, nie odpowie jednoznacznie, co się mogło zdarzyć. Choć było blisko. Diabelnie blisko. Załogi okrętów amerykańskich, które ustanowiły blokadę Kuby, i statków rosyjskich wiozących na wyspę broń atomową nawiązały już kontakt wzrokowy. Podczas kryzysu kubańskiego zdarzenia mogły się wymknąć spod kontroli i eskalować w dramatyczny sposób.
Na kolację pan Teofil podał kotlety schabowe. Prawdziwy rarytas. Nawet w tych lepszych restauracjach pod szyldem schabowego serwowano kotlety z żylastej karkówki. Tak okradano klientów. Marek podejrzewał, że starszy pan zaopatruje się w mięso u tak zwanej baby, która przywoziła ze wsi atrakcyjne kąski zaufanym klientom. Taki pokątny handel był zakazany pod karą grzywny. Przed kilku laty za nielegalny handel groziło więzienie.
- Bywało ciężko - westchnął pan Teofil, kiedy Marek pochłaniał z apetytem trzeci kotlet. - Pod koniec lat czterdziestych pojawili się nadgorliwi prostacy. Pokolenie ZMP8. Polowali na teksty przepuszczane przez kolegów i starali się wykazać ich pobłażliwość. Podejrzaną pobłażliwość. Słowo "podejrzany" robiło zawrotną karierę. Od podejrzanego do imperialistycznego agenta wiodła prosta droga. Posługiwali się wszelkimi metodami. To nawet nie była kwestia czasów, w jakich przyszło nam żyć. Myślę, że jest pewien typ człowieka, który dla własnej korzyści zrobi wszystko. Tacy znajdą się w każdym miejscu i w każdym czasie.
Jak pająki w pajęczynie, czyhali na błędy kolegów, żeby ich pogrążyć. W jednych miejscach było to trudniejsze, w innych łatwiejsze, jak w cenzurze. W fabryce jak ktoś wyrabiał normy, nie wdawał się w dyskusje polityczne i nie miał wujka w Ameryce, to mu mogli nagwizdać. Najniebezpieczniej było w latach czterdzieści dziewięć do pięćdziesiąt trzy. Stalinizm w pełnym rozkwicie. Wszędzie tropiono szpiegów i zdrajców. Było niebezpiecznie. Przyszło nam się mierzyć z najniższymi instynktami. Taaak... Zdarzali się dziennikarze, niemało ich było, którzy donosili na kolegów. Wskazywali teksty, akapity na czerwono z wykrzyknikami, że niby cenzor celowo przepuścił trefny tekst. Były donosy, a jakże. Nie chodziło o szkodliwe treści, lecz o zniszczenie kolegi. Takie życie... Lepiej, żebyś się dowiedział ode mnie, bo przebudzenie bywa bolesne.
Najgorzej jest, kiedy ma się do czynienia ze słowem, które można dowolnie zinterpretować. Byli tacy, którzy zawsze potrafili dowalić. Znaleźć coś niepoprawnego. Osiągali w tym mistrzostwo. Na szczęście istniały zapisy cenzorskie, które ograniczały dowolność ingerencji. Co nie było w zapisie, pozostawało dozwolone. My je znaliśmy, więc trudno nas było zakapować, jeżeli się ich ściśle trzymaliśmy. Te zapisy nieraz mnie ratowały. Jednak autorzy ich nie znali, to były tajne materiały.
Ja to czytałem w jego oczach. Jak taki gnojek ze mną rozmawiał, oczy go zdradzały. Że szuka czegoś, jakiegoś haka, żeby donieść. Dziwnie tak patrzył. A ja się robiłem pryncypialny i grzmiałem, jak z trybuny. Dostrzegałem wtedy w tych jego zdradzieckich oczkach rozczarowanie. Robiły się takie małe, jak u prosiaka. Unikałem rozmów w cztery oczy. Nawet prywatnych. Kiedy był świadek, nic mi nie groziło. Bo ten trzeci myślał racjonalnie: "Jak przyznam rację szpiclowi, który zmyślił obciążający tekst, to zapytają, dlaczego milczałem? Uznają za współwinnego. Lepiej się wyprzeć". I zaprzeczali, a donosiciel odchodził z niczym. Prosta logika. Kiedy zostałem kierownikiem, kapusie mieli u mnie przerąbane.
Jednym z ulubionych tematów rozważań pana Teofila była Druga Rzeczpospolita - krótki, barwny okres, gdy przeżywał swoją młodość.
- Wydaje ci się zapewne, że Druga Rzeczpospolita była państwem demokratycznym? Nie do końca tak było. Wolność miała swoje granice. Kontrola prasy funkcjonowała w sferze niedopowiedzeń, nieformalnych zasad narzucanych przez władze i Kościół. Kompromisów zawieranych w imię świętego spokoju. Zdarzały się pobicia niewygodnych dziennikarzy przez bojówki partyjne, a nawet przez wojskowych. Do konfiskat całych wydań gazet dochodziło tysiące razy. I to zarówno organów PPS, jak i Narodowej Demokracji. Gdzie tu wolność prasy, teoretycznie gwarantowana przez konstytucję? Mieliśmy do czynienia z klasycznym przykładem magicznego myślenia. Jak czegoś nie nazwiemy, to nie istnieje.
Warunkiem publicznej emisji filmu było uzyskanie w Wydziale Prasowym MSW tak zwanej karty filmowej. Za ocenzurowanie filmu trzeba było zapłacić. Zakazane było wyświetlanie filmów o "treści pornograficznej i w ogóle przeciwnych moralności lub prawu". Bardziej beztrosko nie dało się tego ująć. Film mógł być błahą komedyjką, ale określenia "w ogóle" i "lub" pozwalały w majestacie prawa uwalić każde dzieło. Jeśli cenzorowi materiał się nie spodobał lub nie pasował do wyznawanych przez niego zasad, film nie trafiał na ekrany.
Wtedy widziałem to inaczej. Moich tekstów nikt nie konfiskował. Byłem młody, dostałem etat w redakcji, miałem przed sobą przyszłość. Im bliżej wojny, tym moje teksty były bardziej zaangażowane. Pióro zatrute jadem. Wrogość łatwo jest wzbudzić, wystarczy niewiele: "Są nam obcy!", "Chcą nas zniszczyć!", "Zawsze byli naszymi wrogami!", "Wyzyskują nas". Powielałem te wyświechtane slogany na wszelkie możliwe sposoby. Nie było cenzury, która by mnie powstrzymała. No bo Polska to wolny kraj. Po co nam cenzura? Sami doskonale wiemy, co jest słuszne, więc można bezkarnie sączyć jad czytelnikom. Cenzura nie tylko ogranicza wolność, ale od czasu do czasu staje się tamą przeciwko kłamstwom i oszczerstwom. Cenzor nie przepuści zatrutego jadem tekstu, bo potrafi spojrzeć dalej niż autor, dostrzec jego konsekwencje.
Więc pisałem, jak to się teraz mówi, "po linii partyjnej". Czytelnicy czytali, atmosfera gęstniała. Mówiąc wprost, narastała histeria wojenna. Nie twierdzę, że to było złe, taka wrogość, bo oni sobie na nią zasłużyli. Tylko że nam się konflikt z nimi po prostu nie opłacał. Nie warto prowokować silniejszego. Wmawialiśmy ciemnemu ludowi, że mamy wspaniałą armię, niezawodnych sojuszników, więc z Hitlerem i Stalinem liczyć się nie musimy, mogą nam naskoczyć. Znajdź mi naród, który nie lubi, jak mu się wciska takie brednie. Żydzi mówią o sobie "Naród wybrany". My tak wprawdzie nie mówimy, ale myślimy podobnie. Dlatego, patrząc na te wymordowane rodziny, dostrzegałem w ich tragicznym losie również swoje winy.
A potem zostałem cenzorem. Żeby przeżyć, przyznaję, choć szybko polubiłem to zajęcie. Cenzura wywodzi się od rzymskiego urzędu cenzora, sprawowanego już pięćset lat przed naszą erą. Ci cenzorzy dbali o dobre obyczaje. Mieli też inne zadania, jednak to dbałość o porządek i moralność w życiu publicznym zapisała się w historii.
Wiadomo, chodzi o komunistyczną władzę, temu nikt nie zaprzeczy. Ale czy warto prowokować Związek Radziecki? To byłaby kolejna repetycja starego błędu. Nastąpić na odcisk potężnemu sąsiadowi i niech się dzieje co chce, tak? Kto za to zapłaci? Na końcu zwykli ludzie. Zawsze tak było.
No powiedz sam, czy rozsądny człowiek tak postępuje? Czy Amerykanom i Anglikom podobało się to, co robił Stalin? A jednak oddali mu pół Europy, bez walki, bo chcieli uniknąć wojny z ZSRR. Churchill, bo to była jego decyzja, nałożył cenzurę na zbrodnię katyńską, żeby nie drażnić sojusznika. Brytyjczyków przekonano, że to Niemcy wymordowali polskich oficerów. Zdarzały się nawet pobicia Polaków, którzy publicznie sprzeciwiali się tej wersji.
- Praca w cenzurze jest nieustanną grą - rozpoczął kolejną opowieść pan Teofil. - Oni, znaczy autorzy, chcą nas przechytrzyć, więc próbują się porozumieć z czytelnikami ponad naszymi głowami. Różne aluzje, których my rzekomo nie dostrzegamy, bo jesteśmy tępi, a czytelnicy je rozumieją. Jak coś było grubymi nićmi szyte, pojawiał się zapis cenzorski. Zdarzały się bardzo inteligentne aluzje, takich nie warto było wykreślać, no bo kto je zrozumie? Tak naprawdę to była gra rozgrywana w czworokącie. Takie kółko graniaste czterokanciaste. Był twórca, który pragnął, żeby jego tekst przeszedł bez ingerencji cenzorskiej, chociaż wiedział, że wykroczył poza dozwolone granice. Był cenzor, który to na ogół wyłapywał. Na ogół, bo w końcu nikt nie jest nieomylny. Poza tym tak zwane zapisy cenzorskie dosyć daleko ingerowały w intencje autorów. Należało wyłapywać nie tylko teksty w oczywisty sposób wrogie, ale i takie, które mogłyby zostać źle odebrane. Cenzor musiał wyczuwać, skąd wieje wiatr. Dlatego wolał skreślić za dużo niż przepuścić coś, co się nie spodoba temu trzeciemu, czyli władzy. Zdawał sobie sprawę, że tekst przeczyta wielu funkcjonariuszy, a znajdą się wśród nich tacy, którzy wszędzie wietrzą wrogą działalność, nawet w bajkach dla dzieci. Na bajki też były zapisy i niektórych nie wolno było wydawać, żeby się dzieciom lis przechera nie kojarzył ze Związkiem Radzieckim. No i był wreszcie ten czwarty, rzekomo najważniejszy, czyli odbiorca. Obywatel. Wolne żarty! W rzeczywistości on był dla cenzora nieistotny. Liczyło się zdanie władzy i autora. Odbiorca: czytelnik, widz, słuchacz, był niemy, a i tak swoje wiedział.
Propaganda wszystko potrafi przewrócić do góry nogami. Czy nie lepiej zapobiegać takiemu zakłamaniu niż z nim walczyć na argumenty? Akceptujemy kłamstwa popełniane przez tych, z którymi nam po drodze. Wielu Polaków argumenty komunistów, niezależnie od tego, jak ważkie, i tak by odrzuciło. Bo to Ruscy i komuchy, dlatego wszystko, co powiedzą, jest kłamstwem. Fakty się nie liczą. Naród w swojej ignorancji pozostaje ciemny, jak przed wiekami. Nasza historia to od kilkuset lat pasmo klęsk i upokorzeń, a my ją wielbimy, jakbyśmy byli jakimś, nie przymierzając, mocarstwem. Polska od morza do morza. Mocarstwem, owszem, byliśmy w szesnastym wieku, niestety nasi antenaci ten majestat Rzeczpospolitej roztrwonili. Magnateria odpowiadała za psucie państwa, a szlachta szła na jej pasku. Wystarczy się wybrać do muzeum, obejrzeć portrety, żeby się przekonać, jacy oni byli. Wielkie brzuchy i czerwone od opilstwa próżne gęby.
Marek zainteresował się dziejami Pomorza Zachodniego.
- Jaka była historia Ziem Zachodnich? Czy rzeczywiście mają słowiański rodowód? - Rozmowy z panem Teofilem nauczyły go sceptycyzmu.
- Współczesna historia, ostatnie kilkadziesiąt lat, jest przedmiotem dyskusji politycznej. Cenzura interweniuje, kiedy dyskusja dotyka tematów, których odbiór może się okazać nieprzychylny dla władzy. A historia sprzed kilkuset lat? Jak myślisz, czy cenzura interweniowała w naukę historii dawnych wieków?
- Chyba nie musiała, w końcu mieliśmy walkę z naporem germańskim i ucisk chłopstwa.
- Rzeczywiście, ingerencja cenzury w podręczniki historii z tego okresu jest niewielka. W sumie niepotrzebna, bo historię polskiej państwowości od Mieszka I opisali najwybitniejsi historycy w sposób zgodny z obecnym stanem wiedzy i nie było tam niczego, co by się władzy nie spodobało. Komuniści przełknęli gładko nawet Chrzest Polski.
Natomiast intrygująca jest sprawa historii Słowian. Czy wiesz, że nie istnieje czterysta lat naszej historii w sumie najważniejszych, bo dotyczących początków państwa Piastów? Nie wiemy, kiedy Słowianie pojawili się na naszych ziemiach. Mieli tu rzekomo być pięćset lat przed naszą erą, jak próbują udowadniać usłużni historycy, choć to nieudolne fałszowanie historii. Wtedy nasze ziemie zajmowali Germanie, a dokładnie: plemiona germańskie przybyłe ze Skandynawii. Słowianie mogli się pojawić najwcześniej po roku pięćset pięćdziesiątym, gdy przekroczyli Wisłę. I tu pojawia się cenzura. Tak być nie może, po wojnie powróciliśmy na Ziemie Odzyskane, to nasz "słowiański rodowód"9! Należało to potwierdzić. Historycy nie posunęli się jednak do fabrykowania dziejów Słowian. Dlatego na historii nie dowiedziałeś się niczego o zdarzeniach, jakie miały miejsce na tych ziemiach od roku pięćsetnego przed naszą erą aż do dziewięćset czterdziestego Anno Domini. I to już jest zasługa historyków, nie cenzury. Prawdę historyczną zastąpiła legenda o Popielu.
- Czyli nasi historycy nałożyli sobie autocenzurę! - oburzał się Marek. - Naukowiec nie może tak postępować. Jego obowiązkiem jest poszukiwanie prawdy.
- Zapisu na ten temat nie było, przemilczano jednak fascynującą historię tych ziem. Wandalowie, Burgundowie, Goci to plemiona germańskie, które zajmują poczesne miejsce w historii Europy, a nawet świata. Goci, którzy rozpoczęli swoją wędrówkę po kontynencie od dolnej Wisły, najechali i zniszczyli Rzym. Zanim z impetem wkroczyli na karty historii, pomieszkiwali na naszych ziemiach, na wschód od Wisły.
- Jak długo zajmowali te tereny? - Temat zafascynował Marka.
- Tego nikt dokładnie nie wie, ale długo. Może nawet kilkaset lat. Nie wiemy też, jak się układały ich stosunki z miejscową ludnością, bo ktoś z pewnością na tych ziemiach zamieszkiwał. Rozproszone osadnictwo, prymitywna cywilizacja, którą oni sobie podporządkowali. To były niezwykle żywotne, wojownicze plemiona germańskie. Od piątego wieku przed naszą erą do piątego wieku naszej ery, przez tysiąc lat pokrywających się z historią Rzymu, obecność na tych ziemiach plemion germańskich nie podlega dyskusji. To nie był przypadek. Germanie nie mogli się osiedlić na terenie cesarstwa, którego granic strzegły legiony, a gdzieś się musieli podziać. Z tego okresu zachowały się liczne źródła pisane. Te plemiona narobiły takiego zamieszania, że nie mogło być inaczej. Za to pomiędzy rokiem pięćsetnym a dziewięćsetnym obszar obecnej Polski to na mapie Europy biała plama. Brak jakichkolwiek potwierdzonych źródeł pisanych.
- Co za wstyd!
- Wstyd? Powiedzieć "wstyd" to mało. Nasz wspaniały naród jako ostatni, tak, ostatni spośród znaczących nacji europejskich, opanował sztukę czytania i pisania. W odróżnieniu od Sumerów i Egipcjan, których nikt pisma nie uczył, bo sami je wymyślili i to przed pięcioma tysiącami lat, my je otrzymaliśmy w darze, ponieważ pewien cesarz niemiecki zażyczył sobie, żebyśmy wreszcie zaczęli odpowiadać na jego listy.
Plemiona, które zamieszkiwały te ziemie, nie znały pisma, ale też nie napadały na sąsiadów, którzy dawno analfabetami być przestali, stąd nasza o nich niewiedza. Od trzynastego wieku do ostatniej wojny ziemie na wschód od Odry, obecnie nazywane "odzyskanymi", podlegały zwierzchnictwu niemieckiemu. Nieliczni tu po polsku mówili i nieliczni się za Polaków uważali.
Marek od pewnego czasu zbierał się do zadania fundamentalnego pytania.
- Panie Teofilu! Dlaczego wybuchła druga wojna światowa? Czy to rzeczywiście było zbrodnicze szaleństwo Hitlera, czy może zaistniały inne, obiektywne przyczyny?
- Ta wojna miała swój początek w listopadzie tysiąc dziewięćset osiemnastego roku. Wątpliwości dotyczące tak zwanego polskiego korytarza były poruszane na konferencji pokojowej w Wersalu. Zadecydował jeden z czternastu punktów Wilsona, w którym prezydent USA obiecał Polsce niepodległość i dostęp do morza. Racjonalni politycy rozumieli, że ten korytarz dzielący Niemcy na dwie części musi doprowadzić do kolejnej wojny. Chcąc zachować jedność terytorialną Niemiec, próbowano zatkać nam gębę portem w Kłajpedzie i ziemiami litewskimi, żebyśmy mieli dostęp do tego portu. Ten dalekowzroczny plan nie przeszedł z powodu naszego sprzeciwu10.
- Z tego, jak pan to mówi, wynika, że trzeba było brać tę Kłajpedę z pocałowaniem ręki...
- Zgadza się. To rozwiązanie miało rozliczne zalety. Przez korytarz dostaliśmy dostęp do morza, niestety na tym odcinku wybrzeża nie było żadnego portu. Gdańsk był Wolnym Miastem, więc Polska zmuszona była wielkim kosztem wybudować port w Gdyni, który z ekonomicznego punktu widzenia nie miał większego sensu. Dwa rywalizujące ze sobą porty położone w bezpośrednim sąsiedztwie? A Kłajpeda to duży, doskonale położony port, skomunikowany z Rosją. Cały tranzyt z ZSRR byłby nasz. Bo wtedy Zatoka Fińska zamarzała w zimie. Niestety, my woleliśmy już na początku odzyskanej cudem niepodległości skłócić się z dwoma potężnymi sąsiadami, zamiast z nimi współpracować. Co by nam dali Niemcy, gdybyśmy zrezygnowali z korytarza i wzięli w zamian Kłajpedę? Wszystko i jeszcze więcej. I być może by na nas nie napadli dwadzieścia lat później.
1 31.12.1925 r. doszło do tajnego spotkania Dmowskiego z ambasadorem ZSRR Piotrem Wojkowem. Sekretarz ambasady ZSRR M. Arkadiew raportował: "Jesteśmy w stopniu dostatecznym, a może nawet za mocno związani z endekami".
2 Autor: Włodzimierz Wysocki, tłum.: Wojciech Młynarski.
3 Arcybiskup Ignacy Krasicki, Monachomachia, 1877 r.
4 Światowy Kongres Intelektualistów w Obronie Pokoju - miał on przekonać światową opinię publiczną, że kraje komunistyczne stoją na straży pokoju.
5 Popularna wrocławska piwiarnia.
6 Podobne poglądy miał J. Kaczmarski, por. Kniazia Jaremy nawrócenie.
7 10% gruntów przejęły spółdzielnie rolnicze, a podobny areał PGR-y. W rękach prywatnych pozostało 80% ziemi. Polska jako jedyny kraj bloku wschodniego nie przeprowadziła przymusowej kolektywizacji.
8 ZMP (Związek Młodzieży Polskiej) - młodzieżowa organizacja komunistyczna.
9 Słowiański rodowód - tytuł książki Pawła Jasienicy.
10 Źródło informacji: https://www.jstor.org/stable/20030570
Kwiecień 1967 - Paryż, ambasada Wielkiej Brytanii
Wieczorem zadzwonił telefon. Robert Meissner pomyślał, że od pewnego czasu większość ważnych zdarzeń w jego życiu zaczyna się od telefonu. Jeszcze niedawno ktoś przychodził, kogoś spotykał na ulicy, w restauracji. Każde zdarzenie rozpoczynało się od kontaktu osobistego. Teraz ten beznamiętny, brzęczący natarczywie telefon. Bakelitowa skrzynka, która decyduje o naszym życiu. Dzwonił Mungo, jego były szef. Prosił o pilne spotkanie.
Już na niego czekali. Trochę podstarzały, siwy Mungo Sparks, podpułkownik MI6 na zasłużonej emeryturze, i młody, dynamiczny Mark Strutt, wysokiej rangi funkcjonariusz tej służby.
- Nie ma to jak starzy kumple. O co tym razem chodzi?
- O Polskę! - wyjaśnił Strutt. - Dzieje się coś niepokojącego. Przeczytaliśmy twój raport z pięćdziesiątego siódmego. Nie pomyliłeś się! Minęło dziesięć lat, a Gomułka nadal u władzy. Ostatnio coś się jednak wydarzyło. Od roku jestem rezydentem MI6 w Warszawie. Nie wchodząc w szczegóły, mamy, a precyzyjniej: ja mam, kogoś w miejscowości Wisła. Ze zrozumiałych względów nikt w MI6 o nim nie wie. Jest tam pałacyk, przed wojną wakacyjna rezydencja prezydenta RP. Do Wisły przyjeżdżają na polowania i dyskretne ciupcianie czołowi aparatczycy PZPR. Pierwsze spotkanie odbyło się przed trzema tygodniami, drugie zaledwie tydzień temu. Magnetofon umieściliśmy w radiu "Turandot", cudzie techniki PRL. Przebieg rozmów, ich plany to prawdziwa bomba polityczna. Grupa spiskowców planuje usunąć Gomułkę. Sposób, w jaki chcą to przeprowadzić, jest równie szokujący. Dwukrotnie spotykała się ta sama piątka. Baron PZPR ze Śląska Edward Gierek, wicepremier Piotr Jaroszewicz, szef MON Wojciech Jaruzelski, wiceminister spraw wewnętrznych Franciszek Szlachcic i, last but not least, głowa spisku Jurij Andropow, od niedawna przewodniczący KGB.
- Chce się wykazać - stwierdził sarkastycznie Robert.
- Bardzo chce się wykazać - zgodził się Mungo. - Planują kupić myśliwce MiG-21 za sumę przekraczającą roczny eksport całej gospodarki. Czterysta samolotów w jednej transakcji!11
- Jeszcze żaden kraj nie kupił w jednej transakcji broni za kwotę przekraczającą wartość rocznego eksportu. To samobójstwo ekonomiczne. - Mark wyuczył się lekcji. - MiG-21 jest nowoczesnym myśliwcem12, porównywalnym do amerykańskiego F-104 lub francuskiego Mirage III. W polskim lotnictwie służy zaledwie jeden dywizjon13, co zrozumiałe, zważywszy na cenę i wysokie koszty eksploatacji. F-104 kosztuje milion pięćset tysięcy dolarów. Polacy zapłacą za MiG-i zbliżoną cenę. W tego typu kontraktach przyjmuje się na ogół mnożnik zero przecinek osiem. Oznacza to, że kupując samolot za półtora miliona, trzeba wydać na szkolenie pilotów, urządzenia naziemne, remonty silników po resursie, części zapasowe i wszelkie pozostałe koszty dodatkowo milion dwieście tysięcy dolarów. Jeżeli transakcja dojdzie do skutku, a najprawdopodobniej dojdzie, Polska zapłaci ZSRR grubo ponad miliard dolarów. W ocenie naszych ekspertów ich gospodarka tego nie udźwignie. Cały eksport PRL w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym szóstym, według danych GUS, polskiego urzędu statystycznego, wyniósł dziewięćset siedemdziesiąt milionów dolarów. Teraz możesz odsłuchać taśmy.
Każde spotkanie trwało około dwóch godzin. Był przytłoczony tym, co usłyszał. Pewien fragment rozmowy szczególnie go poruszył.
Jurij Andropow mówił:
- Jeszcze jedno, towarzyszu Gierek. Jak wiecie, Breżniew został odznaczony wieloma orderami. Bohatera Związku Radzieckiego otrzymał dziewięciokrotnie. On przykłada wielką wagę do tych odznaczeń. Brakuje mu tylko jednego: Krzyża Wielkiego Orderu Virtuti Militari. Ambasador Aristow już kilka razy prosił Gomułkę o ten order. A on uparty, jak to on. Nie i nie. Bredził, że naród mu nie wybaczy. Jaki znowu naród? Nie rozumiem, o co Gomułce z tym Virtuti chodzi. To jak, towarzyszu? Mogę dać Breżniewowi przyrzeczenie w waszym imieniu?
- Zapewnijcie towarzysza Breżniewa - odrzekł Gierek - że może szykować na galowym mundurze miejsce na Virtuti. Proszę tylko, żeby to nie było czwarte miejsce w piątym rzędzie, a takie bardziej eksponowane14.
Nie wiedział, czy się śmiać, czy płakać. Breżniew, przywódca nuklearnego supermocarstwa, na widok orderu zamieniał się w srokę złodziejkę. Oleńka Małachowa, niespełniona miłość jego życia, opowiedziała mu kiedyś dowcip: Jakich odznaczeń nie ma jeszcze towarzysz Breżniew? Brakuje mu tytułów: "Matka bohatera" i "Miasto bohater".
- No i co o tym sądzisz? - Wpatrywali się w niego ze skupieniem.
- A więc tak to wygląda. Prawdziwy szok! Nie mam pojęcia, w jaki sposób Wielka Brytania może zareagować. Jest mi oczywiście niezmiernie przykro, że w głowach czołowych polityków z mojej ojczyzny urodził się taki porąbany pomysł. Trudno jest cokolwiek prognozować, a najtrudniej przyszłość. Możemy jedynie spekulować, jaki wpływ na losy Polski będzie miało "Sprzysiężenie pięciu".
- Doskonały kryptonim - ocenił Mark.
- Jeżeli do władzy dojdą ludzie, którzy dla jej zdobycia gotowi są zrujnować ojczyznę, to ja im sukcesu nie wróżę. Z nagranych rozmów wynika, że zamierzają się finansować zachodnimi kredytami. Polska nie jest zadłużona. Gomułka nie brał kredytów, bo rozumiał ograniczenia komunistycznej gospodarki. A te tępaki myślą, że swoimi żałosnymi bublami podbiją świat.
- Sądzisz, że nie zdołają zmodernizować gospodarki? - dociekał Mungo.
- Ha, ha, ha. W pięćdziesiątym siódmym bawiłem się w grę własnego pomysłu. Jej rezultat pozwala przewidzieć przyszłość, przynajmniej w ograniczonym zakresie. Łaziłem po Warszawie i oglądając eksponowane na wystawach sklepowych towary, zadawałem sobie dziecinne pytanie: Możesz mieć wszystko, co tu jest, za darmo. Może przyda się w domu albo na prezent? Spróbujcie zgadnąć: co chciałem dostać za darmo?
Nie mieli pojęcia.
- Słoik miodu i butelkę wódki!
Ryknęli zdrowym śmiechem.
- Byłem niedawno w Warszawie. Od pięćdziesiątego siódmego niewiele się zmieniło. Jak te palanty, Gierek i spółka, zamierzają spłacać zaciągnięte kredyty? Przecież oni nawet papieru toaletowego nie potrafią wyprodukować. Mark zna temat, ale gdybym cię zapytał, Mungo, co to jest, powiedziałbyś, że drobnoziarnisty papier ścierny.
- Jaki z tego wniosek?
- Komuniści mają dupy nie do zdarcia!
Kiedy przestali się śmiać, mógł dokończyć wywód.
- Nie wiemy, czy z tego planu cokolwiek wyniknie. Wielka Brytania nie może za wiele zdziałać. Najwyżej nie pożyczać. Pojawia się nawet możliwość, że w perspektywie kilku, kilkunastu lat Polska stanie się niewypłacalna, co może przynieść nieprzewidziane konsekwencje.
11 Taka transakcja miała miejsce. Źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/MiG-21
12 Prędkość max: MiG-21 - 2,05 M. F16, polski myśliwiec z 2025 r. - 2,02 M. Polska zakupiła w 2003 r. czterdzieści osiem takich samolotów.
13 Dywizjon liczył dwanaście samolotów, pułk lotniczy - trzydzieści sześć.
14 Order wręczono Breżniewowi podczas jego wizyty w Polsce w lipcu 1974 r. Żeby zaspokoić wybujałe ego genseka, przyznano mu także tytuł "Honorowy górnik PRL".
8 sierpnia 1967
W Parku Kasprowicza rozpili po jabolu. Musieli odpuścić zataczającego się urzędasa w zmiętym i obrzyganym garniturku, bo w okolicy pojawił się patrol milicji. Rozglądali się, kogo by tu obrobić, ale nikt się nie napatoczył. Było już za późno. Szczecinianie po zmroku starali się omijać ten rozległy park. A przynajmniej jego najbardziej zapuszczone okolice. Jedynie słabo oświetlona żużlowa droga na zapleczu Konsulatu ZSRR i Szpitala MSW była o tej porze uczęszczana. Stanowiła użyteczny skrót, z którego korzystało wielu spóźnionych przechodniów, chcących zaoszczędzić kilka minut na trasie do przystanku tramwajowego na Roosevelta.
Patron tej ulicy związany był z historią miasta. W Jałcie uzgodnił ze Stalinem nowy podział Europy. Gdyby się ściśle trzymać ustaleń, leżący na zachodnim brzegu Odry Szczecin powinien przypaść Niemcom. Stalin wywalczył jednak ten ważny port dla Polski. Roosevelt w Jałcie stał już nad grobem i sprawy doczesne go nie zajmowały. Tu, gdzie Roosevelta się zaczynała, dwadzieścia lat po wojnie nadal była wyłożona kocimi łbami, na których samochody łamały resory, a kamienice wyglądały na dwadzieścia lat starsze niż przed dwudziestu laty. Okolica sprawiała przygnębiające wrażenie. Niebuszewo było przed wojną dzielnicą robotniczą położoną w sąsiedztwie stoczni. Mogła istnieć inna, przewrotna przyczyna takiego wyboru patrona. Po lewej stronie tej ulicy ciągnęło się całymi kilometrami morze gruzów. Amerykańskie bombowce zrównały z ziemią stocznię i niejako przy okazji większą część dzielnicy mieszkalnej. Na obszarze kilku kilometrów kwadratowych nie ostał się żaden budynek. Tysiące ludzi zostało pogrzebanych pod tym rumowiskiem.
Ci trzej, dobrze już wypici, nad takimi sprawami się nie zastanawiali. Ich zainteresowania ograniczały się do gorzały, dup i rozróby. Wtedy napatoczył się ten chłopak. Sam się prosił, żeby go sflekować.
Tego dnia Marek Starski wracał do domu później niż zwykle. Zasiedział się u kolegi, który miał ładną, niestety starszą siostrę - rówieśnik młodszego brata nie miał u niej szansy. Szedł przez Górne Niebuszewo, niebezpieczną dzielnicę, w której nieustannie dochodziło do chuligańskich wybryków. Nieliczni przechodnie przemykali ulicami chyłkiem, bojaźliwie, jakby zawstydzeni. Był już blisko ruchliwszej i bezpieczniejszej Roosevelta, kiedy pojawili się ci trzej. Zataczając się, szli całą szerokością chodnika. W słabym świetle latarni nie widział ich za dobrze. W pierwszym odruchu chciał zawrócić i uciec, zawstydził się jednak. Zszedł na jezdnię, minął ich i odetchnął z ulgą. Wtedy poczuł uderzenie w tył głowy, które go oszołomiło.
Człowiek nie tylko mózg ma niezwykły. Choć pozornie kruchej konstrukcji, jest niezwykle odporny. Wytrzyma naprawdę wiele. Z drugiej strony czasami wystarczy niefortunny cios w skroń, uderzenie głową o bruk, żeby zabić. Zanim zdążył upaść, kilkukrotnie uderzali go pięściami. Oszołomiony, nie bronił się.
- Pod obcas go! - zawyli dziko, kopiąc po całym ciele.
Kiedy znieruchomiał, dotarło do nich, że nie oddycha. Pijacką euforię zastąpił strach. Nagle wytrzeźwieli. Chcąc się otrząsnąć z przerażenia, zaczęli odgrywać twardzieli. Przerwali rabowanie wszystkiego, co dawało się opylić, i odeszli. Chcieli jak najszybciej uciec z miejsca zbrodni, ale żeby nie wyjść na cykorów, tylko przyspieszyli kroku. Pijackie wulgarne przechwałki ustały w pół zdania.
Przy leżącym bez życia chłopcu pojawiła się znikąd kobieta spowita w długi, czarny płaszcz. Jej twarz zakrywał czarny welon. Stanęła nad nim i szerokim ruchem zarzuciła całun na nieruchome ciało. Nie zdołała go zakryć całkowicie. Drapowała ręką tkaninę, przeciągając to tu, to tam. Sączyła słowa cichym, kojącym głosem.
- Oszczędź sobie bólu i cierpienia, bo tym będzie twoja droga na tym padole łez. Jaki ma sens szarpanie się z życiem, jeżeli śmierć jest nieuchronna? Zrezygnuj. Nie musisz nic robić, wystarczy, jeśli przestaniesz się opierać.
Miała go w swoich objęciach. Czuła, jak bicie serca zwalnia, czuła, że się jej nie wyrwie.
W oknie pierwszego piętra pokazała się zwabiona hałasem starsza pani. W ręku trzymała słuchawkę telefonu. Na połączenie z pogotowiem czekało się godzinami, ale i tak nie miała nic lepszego do roboty. Młody człowiek leżący na ulicy nie poruszał się, a ona była religijna. Nie mogła popełnić grzechu zaniechania, przyczyniając się do jego śmierci. Nieoczekiwanie w słuchawce rozległ się ostry, przepalony papierosami kobiecy głos.
- Pogotowie. Słucham!
Pełniąca tego dnia dyżur kobieta miała czterdzieści pięć lat, choć wyglądała na więcej, męża alkoholika, co było w tamtych latach bardziej regułą niż wyjątkiem, i dwoje dzieci. Starsza córka chorowała na cukrzycę. Była zmęczona życiem, nienawidziła swojej wyczerpującej fizycznie, a przede wszystkim psychicznie pracy i chciała jak najszybciej zakończyć dyżur. Czekało ją jeszcze stanie w kolejce, jeżeli chciała coś kupić na skromny posiłek. Zostało pół godziny użerania się z awanturującymi się pijakami i płaczącymi kobietami.
- Na chodniku leży mężczyzna. Nie rusza się. Przed chwilą go pobili, obrabowali i uciekli. Widziałam wszystko przez okno.
- Nazwisko i adres.
- Ulica Długosza dwa, przy piekarni... Po co wam nazwisko?... Przecież mówię! On się nie rusza.
Kobieta nie miała dotąd kontaktu z pogotowiem. Jak większość Polaków panicznie bała się podawania nazwiska, co zazwyczaj oznaczało kłopoty. Odłożyła słuchawkę.
Tajemnicza nieznajoma, która troskliwie zaopiekowała się Markiem, z uśmiechem triumfu powróciła do okrywania płaszczem nieruchomego ciała.
- Dziesiątka, zgłoś się. - Dyspozytorka wezwała jedyną karetkę, która była na interwencji w tej dzielnicy.
- Dziesiątka zgłasza się.
- Gdzie jesteś, złotko?
- Dojeżdżam do szpitala MSW, będę za pięć minut. Wiozę pacjenta ze złamaną nogą.
- Adasiu, zrób coś dla mnie. Mieliśmy anonimowe zgłoszenie na Długosza. Pobity mężczyzna leży na ulicy, przy piekarni. Starsza pani, która to zgłosiła, sprawiała wrażenie wiarygodnej. Możesz tamtędy przejechać?
- Zrobię to, specjalnie dla ciebie, Bożenko, ale to na pewno kolejny pijak.
Przez niezwykły zbieg okoliczności pogotowie dotarło na miejsce sekundy po ostatnim uderzeniu serca.
- Odzyskał oddech. Mamy go z powrotem!
Pielęgniarz, student ostatniego roku medycyny, zmęczony wielogodzinnym dyżurem i wysiłkiem reanimacji, poczuł niezwykły przypływ energii. Zawsze tak było, kiedy ratował czyjeś życie. Dlatego zdecydował, że zostanie lekarzem, a po męczących zajęciach brał dyżury w pogotowiu.
- Gazem do szpitala. Potrzebna natychmiastowa operacja.
Po trzech minutach byli na izbie przyjęć. Jedyny w mieście dyżurny neurolog na kozetce odsypiał dyżur, który wydłużył się do dwudziestu czterech godzin. Obudziła go, potrząsając za rękę, pielęgniarka.
- Ciężki przypadek, doktorze. Śmierć kliniczna. Reanimują go.
- Już idę, Marysiu. - Pospiesznie ochlapał twarz i truchtem podbiegł na salę operacyjną.
Tej nocy Marek trzykrotnie przekraczał granicę pomiędzy życiem i śmiercią. Miał krwiaka na mózgu. Kiedy nadszedł świt, nie dało się powiedzieć, czy przeżyje. Szanse były pół na pół.
- Doktorze, pacjent się wybudził! - Młoda, pulchna pielęgniarka, szczera twarz, długie blond włosy i błękitne oczy, przywołała pełniącego dyżur lekarza.
Marek leżał na oddziale intensywnej terapii, jego życie nadal było zagrożone. Lekarz przyjrzał mu się uważnie, podniósł powiekę i zaświecił do oka.
- Miejmy nadzieję, że z tego wyjdzie. Rokowania nie były dobre. Jak długo był przytomny?
- Zaledwie chwilę, panie doktorze.
- Powiedział coś?
- Próbował, ale ponownie stracił przytomność.
Został zidentyfikowany po południu. Matka zawiadomiła milicję, a zaniepokojona jej bezczynnością obdzwoniła wszystkie szpitale. Odnalazł się na Piotra Skargi, w niewielkim szpitalu garnizonowym, jednej z lepszych placówek w mieście, która pełniła tej nocy dyżur. Rodziców nie wpuszczono na intensywną terapię. Rodziny były przez służbę zdrowia traktowane jako zło konieczne. Po godzinie oczekiwania dowiedzieli się, że stan syna jest ciężki. Został pobity, miał wielkie szczęście, że szybko trafił na stół operacyjny. Jeszcze minuta, dwie i byłoby po nim.
- Nie ma co tu siedzieć i przeszkadzać nam w pracy. - Pielęgniarka była stanowcza. - Proszę wracać do domu. Macie państwo telefon?... Nie? Sąsiedzi mają?... Jak syn odzyska przytomność, powiadomimy. To może potrwać długo. Wysiadywanie w szpitalu nic nie pomoże.
Ponownie odzyskał przytomność. Niczego nie pamiętał. Nawet jak się nazywa. Neurolog, któremu zawdzięczał życie, wyjaśnił, że doznał poważnego urazu. Pęknięcie czaszki, na szczęście bez przemieszczeń, oraz krwiak, do którego usunięcia niezbędna była trepanacja czaszki dokonana wiertłem.
Wystraszył się tej trepanacji. Lekarz go uspokoił.
- Miałeś ogromne szczęście. Nie powinno być następstw - zapewnił z poczuciem satysfakcji z dobrze wykonanej skomplikowanej operacji. - Nie zmarnuj życia, którego cudem nie straciłeś - dodał po chwili.
Milicja nie musiała się wysilać, żeby ustalić, że napad miał podłoże rabunkowe. Typowy w tej dzielnicy wybryk chuligański, wyróżniający się jedynie brutalnością. Urazy oraz liczne siniaki świadczyły o zezwierzęceniu sprawców, którym nie wystarczyło obrabowanie nieprzytomnej ofiary. Skopali, żeby mieć o czym opowiadać kumplom. W prasie nie pojawiła się żadna wzmianka. Cenzura dbała, żeby informacje o przestępstwach nie przedostawały się do opinii publicznej. Psuły sielankowy obraz państwa socjalistycznego.
Rekonwalescencja trwała kilka tygodni. Rodzice odwiedzali go co parę dni, za to pan Teofil bywał częstym gościem. Zawsze przynosił jakieś smakołyki. Sierpień był słoneczny, więc mogli spędzać czas na intrygujących dyskusjach w zadbanym przyszpitalnym ogrodzie.
Ze szpitala wyszedł inny człowiek. Coś się w nim trwale odmieniło. Nie był już wesołym, lekkomyślnym, trochę nieśmiałym chłopcem. Dotarło do niego, jak kruche jest życie, jak łatwo je stracić. Więc należy się cieszyć każdym dniem, jakby miał być ostatni. Kiedy leżał bezradny na intensywnej terapii, postanowił, że już nigdy nie pozwoli, żeby go bezkarnie bito. Doświadczył na własnej skórze okrucieństwa, jakie się kryło w mrocznych zakamarkach zapewniającej pozorne bezpieczeństwo cywilizacji.
Wszyscy mieli do niego pretensje, że się dał pobić. Matka nieustannie gderała, że sam jest sobie winien, bo się włóczy po nocach. Ojciec jej wtórował. Przesłuchujący go sierżant milicji nie krył niechęci.
- Sam się prosiłeś. Trzeba było uciekać, a nie zgrywać bohatera.
Zorientował się, że gliny nie zamierzają się przepracowywać. Gdyby to było morderstwo, to co innego. Znaleźliby kogoś, komu by się je dało przypisać, żeby nie psuć statystyk.
Dostał wezwanie z prokuratury. Podpisane "J. Wójcik". Czekał pod drzwiami pomalowanymi farbą olejną o nieokreślonym kolorze przez bite dwie godziny. Przewidział, że tak będzie, więc zabrał podręcznik i nawet nie zauważył, jak minął czas. Ktoś potrząsał go za ramię.
- Marek Starski? Nie słyszałeś, jak wołałam?
Stała nad nim młoda kobieta niepasująca do stereotypu groźnej nemezis przestępców. Wydawało mu się, że ma pod trzydziestkę, choć mógł się mylić. Nie poznał jeszcze kobiet na tyle dobrze, żeby trafnie oceniać ich wiek. Wskazała krzesło i nie zwracając na niego uwagi, przeglądała akta.
- Czy coś zapamiętałeś? Wiesz może, kto to był?
- Pamiętam, że było ich trzech. Twarzy nie widziałem, było ciemno. Potem dostałem w głowę i nic więcej nie pamiętam. Ocknąłem się w szpitalu.
Pokręciła głową, wyraźnie zdegustowana.
- I jak według ciebie mamy ich znaleźć? Niczego nie pamiętasz?
- Nic mi nie przychodzi do głowy. Mógłbym ich minąć na ulicy, a i tak bym nie rozpoznał.
- Podobnych napadów mamy setki. Ten był wyjątkowo brutalny, ale miałeś też trochę szczęścia. Mogłeś stracić życie. Powiem wprost: odkładam akta twojej sprawy. Szkoda mojego czasu. Gdyby się pojawiło coś nowego, wezwę. Nie liczyłabym jednak na przełom. Za pół roku umorzę sprawę. - Wstała i podała mu rękę, kończąc przesłuchanie.
Spodziewał się kolejnych złośliwości pod swoim adresem, ale przyglądała mu się życzliwie. Ona pierwsza nie próbowała go obwiniać za napad. Ze spokojem przyjął do wiadomości, że sprawcy unikną kary.
W szkole działała sekcja SKS, w której najsprawniejsi uczniowie trenowali po lekcjach. W ustroju, który dążył do maksymalnego społecznego wykorzystania wysiłku, wyciśnięcia każdego jak cytryny, w tej sekcji nie było miejsca dla słabeuszy, bez predyspozycji, bo choćby nie wiem jak się starali, nie zdobędą pucharów, które dyrektor ustawi w gablocie. Koledzy zostawali po lekcjach, żeby wykonywać ćwiczenia, które rozwijają mięśnie. Zazdrościł im. Nie było szansy, żeby się wcisnął do SKS-u, więc musiał rozwiązać problem we własnym zakresie. W domu trenować nie mógł. Za każdym razem, kiedy zaczynał w ciasnym mieszkaniu robić pompki czy skłony, matka z wrzaskiem mu przerywała i zaganiała go do prac domowych. Ćwiczenia fizyczne uważała za bezproduktywne, działały jej na nerwy. Miał się uczyć i pomagać w domu. Zapisał się więc do sekcji kulturystyki w osiedlowym klubie kultury. Pieniądze od pana Teofila bardzo się przydały. Początki nie wyglądały zachęcająco. Młodzi ludzie wpatrzeni w przywiezione z Zachodu sfatygowane kolorowe magazyny, w których prężyli się atleci, próbowali im dorównać. Po treningach pili wódkę, bo podobno pomagała w budowie muskulatury. Brali też jakieś świństwo, które kupowali w aptekach na receptę od zaprzyjaźnionego lekarza. Ponieważ jajka były dostępne i tanie, pochłaniali nieprawdopodobne ilości jajecznicy, żeby "zrobić masę". Marka kulturystyka nie interesowała, a kulturyści ze zdjęć wzbudzali w nim odrazę. Chciał jedynie wzmocnić muskulaturę, poprawić sylwetkę i trochę przytyć. Na sali śmierdziało tak, że musiał powstrzymywać wymioty. Zaciął się jednak i przychodził cztery razy w tygodniu. Na godzinę, ponieważ dłużej nie wytrzymywał, a monotonnych ćwiczeń nie znosił. Koledzy z sekcji przekonywali, że to nic nie da, ale on ignorował "dobre rady". Skupił się na rozwoju mięśni i ogólnym wzmocnieniu. Po sześciu miesiącach czuł się usatysfakcjonowany - przytył trzy kilogramy i przestał straszyć chudością, był teraz szczupły i nieźle umięśniony. Dumny ze swojego wyglądu, nabrał pewności siebie. Nawet pryszcze na twarzy już go nie deprymowały.
Maj 1968
Na końcowych badaniach w szkole mierzono wzrost i wagę. Marek wyciągał szyję jak gąsior, próbując unieść ciało nad ziemię, zapewne dlatego zapisano mu w książeczce zdrowia sto osiemdziesiąt pięć centymetrów, które się przekładały na sześć stóp i jeden cal. Ważył siedemdziesiąt trzy kilogramy. Chciałby ważyć więcej - liczył, że przytyje wkrótce; podobno na statkach dobrze karmili. Był niezmiernie szczęśliwy, ponieważ wierzył, że wzrost i muskulatura są najlepszą gwarancją sukcesu życiowego mężczyzny.
Następnego dnia po odebraniu świadectwa maturalnego zaniósł komplet wymaganych dokumentów wraz z podaniem do Wyższej Szkoły Morskiej na Wałach Chrobrego. Bryła budynku wyróżniała się imponującą fasadą z pokrytego patyną czasu, porośniętego bluszczem piaskowca.
Ankieta, którą wypełniał pracowicie przez trzy dni, miała kilkanaście stron i została skopiowana z wzoru przesłuchania osoby podejrzewanej o działalność wywrotową zmierzającą do obalenia siłą ustroju PRL: "Z jakiej klasy społecznej pochodzili dziadkowie?". Najlepiej, gdyby rodzice byli przedstawicielami klasy robotniczej, dostawało się wtedy punkty za pochodzenie. Jemu nie były potrzebne. Zdał z szóstą lokatą na stu osiemdziesięciu zdających i został przyjęty do WSM.
Po egzaminach wypłynął w rejs szkolny na SY "Dar Pomorza", legendarnym żaglowcu, na którym uczyło się żeglarskiego fachu wiele pokoleń polskich kapitanów. Kiedy wypłynęli na otwarte morze, dopadła go choroba morska. Był przerażony. Wilk morski nie może mieć takiej kompromitującej przypadłości. Choroba męczyła go wiele godzin, na szczęście nie wymiotował. Na pokładzie, zajęty pracą, miał jedynie lekkie nudności. Kiedy nic nie robił, było gorzej. Po zejściu pod pokład miał ochotę puścić pawia, ledwo dobiegał do koi i nawet leżąc, czuł się fatalnie. Kambuz i messa, z których dochodził zapach jedzenia, były dla niego strefą zakazaną, w której wyrzygałby wnętrzności. Rano było nieco lepiej. Na pokładzie już nie muliło. Po kilku dniach mógł podczas sztormu wchodzić do kambuza, najbardziej rzygliwego miejsca na żaglowcu. Okazało się, że jest odporny na chorobę morską.
Wspinał się na kreślące elipsy po zasnutym burzowymi chmurami niebie czterdziestometrowe maszty. Kiedy grot miał dwa refy, fala zalewała pokład - wtedy czuł, że żyje. Przeżywał pierwszą z wielu fascynujących przygód, jakie wyznaczył mu los.
Zawinęli do Helsinek. Po raz pierwszy był za granicą. Chodzili całą grupą po mieście i chłonęli mityczny Zachód. Finowie byli pogodni, kolorowo ubrani, życzliwi, uśmiechali się do kadetów i pozdrawiali. Mieli po kilka dolarów kieszonkowego, więc wystawy sklepowe mogli jedynie oglądać. Tak się różniły od polskich, że trudno im było uwierzyć w to, co widzą. Choć bajecznie kolorowych, atrakcyjnych towarów było zatrzęsienie, nie było kolejek. Przygnębieni przeliczali ceny na złotówki. Były astronomiczne. Może dlatego jest tyle towarów, że nawet dla Finów są za drogie?
Jednak w każdym sklepie klienci coś kupowali. I nie wyglądali na zamożnych. To byli zwykli ludzie. Największe emocje wzbudzały sklepy mięsne. Nie zdawali sobie sprawy, że może być aż tyle gatunków mięs i wędlin. Nawet przez szkło pachniały świeżością i zachęcały, żeby spróbować. Na sam widok ślinka napływała do ust. Każdy mógł wejść i kupić, ile chciał, bez wystawania w kolejce, bez ograniczeń, i nikt nie nazywał go spekulantem.
Można żyć inaczej, a propaganda komunistyczna to zbitek półprawd i ordynarnych kłamstw. Nie ma prześladowanego proletariatu, są zadowoleni ludzie, którzy pracą zarabiają na godziwe życie. Mają z pewnością problemy, przeżywają dramaty, jak każdy, jednak dotyczy to wszystkich: biednych i bogatych.
Finki oglądały się za grupą przystojnych kadetów, a nawet posyłały zalotne uśmiechy. Czasem do nich zagadali, jednak nie próbowali podrywać. Za słabo znali angielski, fińskiego ni w ząb, nie mieli pieniędzy nawet na herbatę z ciastkiem. Mogli jedynie odwzajemniać uśmiechy.
Na nocnych wachtach intensywnie odczuwał przemijanie czasu, które pozostawiało w duszy bolesne pragnienia i nieokreślony niepokój. Umysł uwolniony od codziennych trosk komponował opowiadania przypominające nocne sny, lecz przeżywane na jawie. Pomiędzy tymi treściami pojawiały się zaskakujące przemyślenia dotyczące tematów kreowanych przez nieskrępowaną wyobraźnię. Zaczął zapisywać wszystko, co mu się roiło w głowie. Zauważył, że kiedy pisze, dalsza część opowiadania rozwija się sama, bez udziału jego świadomości.
Z czasem nauczył się oceniać krytycznie swoje teksty. Dużo czytał, a lektury wybierał różnorodne. Początkowo podświadomie, następnie metodycznie analizował formę literacką. Zatrzymywał się na zdaniach, które mu się szczególnie spodobały, starając się ustalić, co jest w nich wyjątkowego. Pochłonięty pisaniem, nie odczuwał upływu czasu. Kiedy nadchodziła nocna wachta, znikąd pojawiała się muza, wciągając go w wir emocji tak intensywnych, że przenosząc się do fikcyjnego świata, tracił kontakt z rzeczywistością.
Koledzy zauważyli tę jego kreatywność i dokładali starań, żeby podejrzeć, co on takiego wypisuje. W jego odczuciu było to równie nikczemne jak podsłuchiwanie spowiedzi, strzegł więc notesu jak oka w głowie. Ponieważ kabiny praktykantów były dwunastoosobowe, nastręczało to wiele trudności. Nie rozstawał się z notesem ani na chwilę. Wiedział jednak, że nie odpuszczą i prędzej czy później wymyślą sposób na wykradzenie notatek. Najprostszym rozwiązaniem wydawało się upicie go, więc się pilnował.
Już na pierwszej imprezie jego podejrzenia się potwierdziły. Wypił zdrowie solenizanta, ale następnych toastów, do których go przymuszano, stanowczo odmówił. Oznajmił zaskoczonym kolegom, że złożył ślub abstynencji, a każdy następny kieliszek będzie złamaniem danego ślubu. Zanim wpadli na kolejny genialny pomysł, rejs się skończył.
Kwiecień 1969
Marek wybrał się z kolegą, który studiował o rok wyżej, do "Pinokia" - studenckiego klubu Politechniki na osiedlu akademickim. Wprawdzie był czwartek, nie było tego dnia koncertu ani innej imprezy, jednak pogoda była pod psem, dlatego w klubie pojawiło się wielu studentów. Wkrótce wypływał w rejs stażowy na statku szkolnym MS "Nawigator". Chciał się dowiedzieć, jak zarobić na handlu.
- Dwie butelki wódki i karton Marlboro kupisz w Peweksie za siedem dolców. Tyle możesz legalnie wwieźć do Erefenu. Pójdziesz do "Żyda"... Tak wszyscy mówią - tłumaczył kolega, widząc zdziwienie Marka. - W Hamburgu jest kilka sklepów blisko portu, każdy ci pokaże. Za wódkę i papierosy zapłacą piętnaście dolców i sprzedadzą to, co idzie akurat w Polsce. Bierz to, co wszyscy. Teraz chodzi szampon i guma do żucia. Radzę zabrać cztery flaszki i dwie sztangi papierosów. Niemieccy celnicy nie zrobią kipiszu na statku szkolnym. Wiedzą, że kadeci nie mają forsy, więc wiele nie ryzykujesz. Wyjdziesz do miasta dwa razy. Na bramie cię przepuszczą. Wyłożysz czternaście dolarów, przywieziesz towar, za który będziesz miał podwójną przebitkę, nawet więcej. Jak zgłosisz do odprawy, sprzedasz w państwowym komisie, a jak wyniesiesz po cichu, odkupi od ciebie straganiarz. Zarobisz pięć patyków na czysto. Na tym polega biznes.
- Genialny interes! - ucieszył się Marek, który czuł już w kieszeni ciężar zarobionych pieniędzy. Pięć tysięcy to były dwie pensje urzędnika. Robotnicy zarabiali więcej. - A dodatek dewizowy?15
- Studenci dostają zaledwie dziesięć centów dziennie. - Kolega skrzywił się z niesmakiem. - Uzbiera się kilka dolców. Nie bierz dolarów, tylko bony. W Baltonie wódka jest aż sześć centów tańsza niż w Peweksie.
Marek, świadom swojej atrakcyjności, przestał się wreszcie wstydzić i unikać dziewczyn. Zaprosił na randkę miłą i ładną studentkę medycyny - Kasię. Spojrzała na niego spod przymrużonych powiek i po chwili wahania zgodziła się. Miał ochotę skakać z radości. Ubrana w prostą, bawełnianą sukienkę w kwiaty i pantofle na niewielkim obcasie, była atrakcyjna w niedzisiejszym stylu. Miała długie, kasztanowe włosy, wąskie biodra młodej dziewczyny i piwne oczy, w których igrały diabelskie ogniki. Delikatny jak mgiełka zapach perfum, na policzkach opadające niesforne kosmyki. Już na pierwszej randce zakochał się w jej spojrzeniu, głosie, w ponętnych kształtach rysujących się pod sukienką, we wszystkim.
Kiedy poszła z nim do łóżka, czuł się tak szczęśliwy, jakby zawiesiła dla niego księżyc na niebie.
Szkoła Morska miała doskonałe zaplecze sportowe. Siłownia była lepiej wyposażona od osiedlowej i przede wszystkim czysta. Trenowali w niej wykładowcy i studenci, dla których nie liczyła się imponująca muskulatura, lecz prezencja, sprawność i zdrowie. Ćwiczył zapamiętale, chcąc odegnać lęki, jakie pozostawiło pobicie. Instruktor opracował dla niego zestaw ćwiczeń. Tym razem trening go nie nudził. Miał swój cel. Chciał być niezwyciężony, jak Bruce Lee, którego filmy dotarły właśnie do Polski, na razie tylko na kasetach. Oglądano je w akademikach z zapartym tchem. Może to było dziecięce marzenie, ale długie godziny spędzane w siłowni nie były czasem zmarnowanym. Kiedy był zupełnie wyczerpany, przypominał mu się napad. Ból, strach i poniżenie. Zaciskał zęby i ćwiczył dalej.
15 Wynagrodzenie marynarza składało się ze skromnej pensji i dodatku dewizowego: od 1 do 4 dolarów za dzień w morzu, w zależności od stanowiska. Mógł wybrać dolary albo bony, za które kupował towary w sklepie dla marynarzy - Baltonie.
30 listopada 1970, Warszawa,
posiedzenie Biura Politycznego KC PZPR16
I Sekretarz KC PZPR Władysław Gomułka wyjaśnił zebranym, że stan finansów państwa zmusza do podwyższenia cen żywności, ponieważ jest do spłacenia kredyt na zakup samolotów MiG-21.
Biuro Polityczne podjęło jednogłośnie decyzję o podwyżce cen detalicznych mięsa, przetworów mięsnych oraz innych artykułów spożywczych. Milicja i wojsko zostały postawione w stan podwyższonej gotowości.
12 grudnia 1970
I Sekretarz KC PZPR Władysław Gomułka w przemówieniu radiowo-telewizyjnym poinformował Polaków o wprowadzanych zmianach cen. Podwyżki objęły czterdzieści pięć grup artykułów, głównie spożywczych, najdotkliwiej uderzając w uboższe warstwy społeczeństwa.
12 grudnia 1970, Dziennik Telewizyjny
Lektor Stanisław Cześnin, dyrektor generalny do spraw politycznych Telewizji, wyjaśnia, dlaczego doszło do podwyżki cen żywności, i to aż o dwadzieścia trzy procent. Pytani przez reporterów, co sądzą o podwyżkach, robotnicy, rolnicy, emeryci, gospodynie domowe ze zrozumieniem przyjęli wzrost cen, deklarując poparcie dla PZPR.
14 grudnia 1970, Gdańsk
W gdańskiej Stoczni imienia Lenina wybuchł strajk. Wielotysięczna manifestacja protestujących przeciw podwyżkom robotników przeszła ulicami miasta.
15 grudnia 1970, Warszawa - ambasada ZSRR, ul. Belwederska 49
Obecni: Jurij Andropow, Franciszek Szlachcic, Piotr Jaroszewicz. Generał Jaruzelski przebywał w tym czasie w sztabie antykryzysowym powołanym ad hoc przez Biuro Polityczne, zaś Edward Gierek pilnował porządku na Śląsku.
Piotr Jaroszewicz informuje zebranych, że strajk w Trójmieście wygasa.
- Dostałem właśnie poufną informację, że na trzeciego stycznia Cyrankiewicz zaprosił do siebie ambasadorów NRF17, Francji i Wielkiej Brytanii. Będzie z nimi rozmawiał o kredytach, które pozwolą przynajmniej częściowo odwołać podwyżki.
Jurij Andropow stwierdza, że do spotkania Cyrankiewicza z ambasadorami, a w konsekwencji odwołania podwyżek, nie wolno dopuścić. W żadnym wypadku! Informuje, że jego ludzie z Biura Politycznego potrzebują pretekstu, żeby zażądać ustąpienia Gomułki. Obwinią go za przelaną robotniczą krew. Sugeruje, żeby tego pretekstu dostarczył. Szlachcic?
Uczestnicy spotkania dobrze znali reputację Andropowa, ambasadora ZSRR na Węgrzech w 1956 roku. Nie bez przyczyny zapracował na przydomek "kata Powstania Węgierskiego". Dlatego w żaden sposób nie byli zaskoczeni tokiem jego rozumowania.
Franciszek Szlachcic wyjaśnia, że potrzebna jest zgoda Gomułki na użycie ostrej amunicji do tłumienia zamieszek. Zapewnia, że nakłoni I Sekretarza do akceptacji radykalnych środków zwalczania robotniczego protestu.
Po wyjściu gości Andropow przeszedł do pomieszczenia, z którego mógł dzwonić bezpośrednią linią do KGB.
- Dyżurny? Niech jutro od samego rana Sokołow umawia mnie z pierwszym. Zanotujcie. Spotkanie musi się odbyć jutro. Jeżeli absolutnie niemożliwe, to pojutrze, siedemnastego. Wtedy jak najwcześniej. Od godziny siedemnastej sprawa przestaje być aktualna. Niech powie Breżniewowi, że chodzi o Gierka... Tak, Gierka... Co?... Będzie wiedział. Przylecę z Warszawy. Gdyby mgła, czy coś, dadzą znać z ambasady. Niech umawia od trzynastej, nie wcześniej... Jak?... Każda godzina dobra.
Rozsiadł się w fotelu ze szklanką whisky. Był koneserem tego trunku. Dzień pracy dobiegł końca, minęła północ. Czas płynął nieubłaganie. Był już szesnasty grudnia. Nie powiedział Polakom całej prawdy. Nie mógł zagwarantować wystarczającej liczby głosów. Brakowało czterech, mógł być pewny zaledwie dwóch - byli jego agentami, zostali zwerbowani jeszcze podczas wojny. Na pozostałych nie miał większego wpływu. Szczególnie na Cyrankiewicza. Był premierem z nadania samego Stalina, który z jakiegoś powodu lubił tego łysego Polaka. W jego towarzystwie zawsze się rozluźniał. Na kogoś takiego nie wystarczy tupnąć, żeby zrezygnował ze stanowiska. Potrzebny był niebagatelny argument.
Zadanie, którego się podjął, wydawało się herkulesowe. Wyczarować do osiemnastego list Biura Politycznego KC KPZR do Biura Politycznego KC PZPR zawierający pryncypialne potępienie zdarzeń, które miały się dopiero zmaterializować siedemnastego, czyli jutro, w mieście, którego nikt z BP KPZR nie potrafi wskazać na mapie? I jeszcze ta cholerna różnica czasu! Kiedy w Gdyni padną strzały, w Moskwie będzie już godzina dziewiąta. Jeżeli chce się być Pierwszym, jednym z dwóch najpotężniejszych ludzi na świecie, trzeba umieć sobie radzić z przeciwnościami. Wprowadzenie do porządku dziennego posiedzenia Biura Politycznego KPZR najpóźniej na wczesne godziny popołudniowe zatwierdzenia listu do KC PZPR zawierającego ocenę wydarzeń, które nikogo z tego grona nie obchodziły, wydawało się równie prawdopodobne jak załatwienie po znajomości Victoria Cross dla towarzysza I Sekretarza. Takiego listu nawet Breżniew nie miał prawa podpisać bez zatwierdzenia przez Biuro. Żeby wyperswadować Cyrankiewiczowi dalsze "premierowanie", potrzebował grubego kija.
Wielu działaczy PZPR zorientuje się, że doszło do prowokacji. Nie są głupcami i potrafią liczyć do trzydziestu sześciu. Tyle godzin upłynie od strzałów w Gdyni do doręczenia listu. Będą wiedzieli, że to zdarzenie absolutnie niewykonalne, więc musiał zadziałać układ, który miał przełożenie zarówno na tego, kto wydał rozkaz otwarcia ognia w Gdyni, jak i na Breżniewa oraz BP KPZR. Ale co z tego? Współdziałanie tak różnych aktorów tego układu powinno im dać do myślenia. Zawsze lepiej podczepić się pod zwycięski obóz.
Polacy wywiązali się ze swojego zobowiązania. Kupili czterysta MiG-ów, o dwieście więcej, niż musieli z racji zobowiązań sojuszniczych i rzeczywiście potrzebowali. Z samej górki zarobił dla swojej ojczyzny ponad pół miliarda dolarów. Dlatego on również się wywiąże. Wzniósł szklankę. Towarzysz Andropow dobrze przysłużył się ojczyźnie. Salut!
Nie zdradził spiskowcom, że Gomułka przejrzał ich zamiary. Ktoś musiał donieść. Jeżeli nie doprowadzi w najbliższym czasie do zatwierdzenia listu, którego szkic osobiście przygotował, to na nadzwyczajnym posiedzeniu BP zwołanym na dziewiętnastego towarzysz Wiesław wywali z Biura Politycznego Gierka i jego pomagierów: Kruczka oraz Tejchmę. Breżniew, który nie znosi Gomułki, nie będzie zachwycony. List z Moskwy trzeba dostarczyć najpóźniej osiemnastego w godzinach popołudniowych, żeby dać Cyrankiewiczowi czas do namysłu. To zadanie wykona ambasador Aristow, on sam się nie rozdwoi.
16 grudnia 1970, godzina 6.00
Piotr Jaroszewicz odleciał do Moskwy po błogosławieństwo dla kandydatury Edwarda Gierka na stanowisko I Sekretarza PZPR. Premier ZSRR Aleksiej Kosygin przychylił się do konieczności zmiany na stanowisku I Sekretarza PZPR, wyrażając poparcie dla Gierka.
16 grudnia 1970, rano, gabinet w KW MO w Gdańsku udostępniony wiceministrowi Franciszkowi Szlachcicowi
Kapitan Michał Kosiniak z Departamentu III, zwalczającego działalność antypaństwową, czekał od dwudziestu minut. Był podenerwowany, ale też podekscytowany. Zdawał sobie sprawę, że tkwi w epicentrum wydarzeń, a spotkanie może mieć jeden cel: dostanie od ministra ważne zadanie. Taka okazja trafia się w życiu tylko raz.
Sekretarka zajrzała do poczekalni.
- Pan minister prosi.
Zaprowadziła go do gabinetu i otworzyła drzwi. Kosiniak był religijny, przed wejściem przeżegnał się w duchu.
- Mam dla was ważne zadanie o celu patriotycznym, które ma uchronić ojczyznę od zagłady, jaką podstępnie knują imperialiści, czekając tylko na sprzyjające okoliczności.
- Nie zawiedziecie się na mnie, towarzyszu ministrze - zapewnił Kosiniak gorliwie.
Był zbyt naiwny, żeby na miejscu ustalić, co za to będzie miał. Jeszcze się nie nauczył, że takich frajerów jak on zbywa się po wykonaniu zadania poklepaniem w ramię.
17 grudnia 1970, godzina zero: 6.00 - Przystanek Szybkiej Kolei Miejskiej SKM: Gdynia Stocznia18
Kosiniak jako jedyny spośród oficerów przebywających w punkcie dowodzenia zachowywał spokój. Musiał się wziąć w garść, ponieważ to on dowodził. Pozostali dygotali ze zdenerwowania. Od dwudziestu minut na stacji kłębił się tłum stoczniowców. Wypluwały ich do piątej trzydzieści pięć podjeżdżające w kilkuminutowych odstępach składy SKM. Kosiniak wydał rozkaz, żeby pociągi dojeżdżały tylko do stacji Gdynia Stocznia, zatrzaskując w ten oto sposób pułapkę. Na peronie tłoczyło się trzy tysiące zdesperowanych robotników. Większość pracowała w pobliskiej stoczni. Odpowiadając na nadane wieczorem w radiu i telewizji wezwanie do stawienia się w pracy pod groźbą zwolnienia dyscyplinarnego, usiłowali dostać się do swoich zakładów. Oświadczenie wygłosił sekretarz KC Kociołek, najbliższy współpracownik Gomułki. Kolejne próby opuszczenia peronu kończyły się niepowodzeniem. Wszystkie wyjścia zablokowało wojsko i jednostki specjalne MO.
Kosiniak, pomimo że na opracowanie planu miał niewiele czasu, przygotował prowokację perfekcyjnie. Dał znak żołnierzowi odpowiedzialnemu za obsługę szczekaczki - przenośnego megafonu. Zaskoczeni robotnicy usłyszeli, że stocznia jest zamknięta i mają wrócić do domów. W przeciwnym razie siły porządkowe użyją broni.
Jak mają wrócić do domu, jeżeli pociągi nie odjeżdżają, a wyjścia z dworca są zablokowane? Zdesperowani robotnicy usiłowali się stamtąd wyrwać. Po raz kolejny naparli na blokujących wyjścia żołnierzy.
Na to czekał Kosiniak. Zszedł z punktu dowodzenia i podszedł do dowódcy plutonu rozstawionego naprzeciw peronu, którego zadaniem było blokowanie przejścia przez tory.
- Baczność!
- Melduję się na rozkaz, obywatelu kapitanie!
- Trzeba ich za wszelką cenę powstrzymać. Wydajcie rozkaz. Ognia!... Na co czekacie! Ogłuchliście?! Wydajcie rozkaz! Natychmiast! - ponaglał zniecierpliwiony, widząc, że dowódca się waha.
Oficer, młody chłopak awansowany na porucznika przed miesiącem, wpatrywał się w niego przerażony.
- Jakże to: ognia, obywatelu kapitanie? Przecież to Polacy, nieuzbrojeni robotnicy. Nie możemy strzelać do bezbronnych cywilów!
- To nie Polacy, to kontrrewolucjoniści. Sługusy międzynarodowego imperializmu. Wydajcie rozkaz albo postawię przed sądem wojennym.
- Wolę odpowiadać przed sądem niż strzelać do bezbronnych ludzi. A gadkę o kontrrewolucjonistach wsadź sobie w dupę! - Porucznik podjął decyzję. Być może najważniejszą w życiu.
Podkomendni z przerażeniem patrzyli na rozgrywający się na ich oczach dramat.
- Odbieram wam dowództwo, poruczniku. Żołnierze! Na moją komendę... Ognia!
Żołnierze, młodzi chłopcy, poborowi, popatrzyli po sobie, popatrzyli na swojego dowódcę, który z czerwoną od emocji twarzą stał z boku i w milczeniu przyglądał się całej scenie. Nie posłuchali komendy. Nie podnieśli automatów do pozycji strzeleckiej, trzymali je lufami skierowanymi w ziemię. Oczy również wbili w ziemię. Żeby nie prowokować wzrokiem. Żeby się nie wyróżniać. Właśnie, za swoim dowódcą, odmówili wykonania rozkazu. Czy ich również czeka sąd wojenny?
Kosiniak wiedział, co należy zrobić i do czego się zobowiązał. Za chwilę robotnicy przełamią blokady i rozejdą się do domów. Czas naglił. Podszedł do pierwszego z brzegu i odebrał mu automat. Żołnierz chętnie oddał broń. Wydawało mu się, że w ten sposób uniknie diabelskiej alternatywy. Strzelać do nieuzbrojonych, przerażonych ludzi albo odmówić wykonania rozkazu. Kosiniak odebrał mu jeszcze ładownicę z zapasowymi magazynkami. Odszedł i skrył się za niewielkim budynkiem dyspozytora ruchu. Przeżegnał się, wychylił zza dyspozytorni i otworzył ogień. Strzelał z kilkudziesięciu metrów do zwartego tłumu. Dostał od ministra Szlachcica zadanie: dzisiaj muszą zginąć robotnicy; wielu robotników. Nie dociekał, dlaczego ma ich zastrzelić. Nie jego sprawa. Wykona zadanie, a nagroda go nie ominie.
Magazynek pusty. Ostrożnie wychylił się zza dyspozytorni i przyjrzał swojemu dziełu. Na peronie zamiast tłumu, który widział przed chwilą, wiło się bezgłowe stworzenie wielkości smoka. Poszczególne kończyny potwora zmieniały bezustannie kształt, wydając przy tym ścinające krew w żyłach odgłosy.
Z tej odległości pocisk z AK-47 przebijał ciało na wylot. Strzelając w zbity tłum, każdą kulą zabił albo zranił. Ilu? Czy wystrzelać kolejny magazynek? Dwa magazynki, sześćdziesiąt kul? Wyszedł zza budynku i spokojnym krokiem podszedł do żołnierzy, zbitych w zastygłą z grozy Grupę Laokoona19, jakby w fizycznej bliskości kolegów szukali ucieczki przed koszmarem rozgrywającym się na ich oczach. Kosiniak rzucił automat pod nogi jednego z nich. Mijając zmartwiałego ze zgrozy porucznika, powiedział martwym głosem, na tyle głośno, żeby wszyscy słyszeli:
- Przywracam wam dowództwo, obywatelu poruczniku.
I pochłonął go mrok w tunelu między peronami.
17 grudnia 1970, Szczecin - Plac Hołdu Pruskiego
Tego dnia rektor WSM odwołał popołudniowe zajęcia. Uczelnię od centrum wydarzeń dzieliło zaledwie kilkaset metrów20. Marek z grupą kolegów wybrał się na Plac Hołdu Pruskiego. Chcieli na własne oczy zobaczyć, co się dzieje. Nie przyszło im do głowy, że będą świadkami historycznych zdarzeń. Takich jak oni przypadkowych widzów zebrały się pod KW PZPR i pobliską Komendą Wojewódzką MO tysiące. Dołączyli do robotników ze Stoczni imienia Warskiego, którzy w południe zwartą grupą, przełamując kolejne zapory stawiane na ich drodze przez MO, przemaszerowali ulicami miasta ze stoczni pod siedzibę Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Robotnicy domagali się odwołania podwyżek cen. Pojawiły się hasła polityczne: "Precz z czerwoną burżuazją", "Precz z Gomułką". Choć było przenikliwie zimno, wielu przyszło w kombinezonach roboczych. Kolumnę demonstrantów zwiastował upiorny stukot uderzających o bruk drewnianych butów roboczych, okulaków. Było w tym stukocie coś nierealnego, jakby ci ludzie przybywali nie z tego świata.
Marek widział, jak demonstranci podpalają budynek KW, wdzierają się na parter, wyrzucają przez okna sprzęty i portrety przywódców. Tłum skandował: "Wojsko z nami! Wojsko z nami!". Idioci. Dobrze zapamiętał lekcje Realpolitik, jakich mu udzielał pan Teofil.
- Niech nie robią z nas baranów, każdy potrafi obliczyć, ile będzie stratny po podwyżce! - wykrzykiwał gniewnie starszy mężczyzna w kombinezonie.
- Precz z czerwoną burżuazją! - skandowało kilkudziesięciu młodych stoczniowców.
Za szybami okien na wyższych piętrach widać było poruszające się sylwetki. Nie mieli dokąd uciec, parter płonął, przed budynkiem kłębił się tłum demonstrantów. Jeżeli ci wystraszeni ludzie zażądają pomocy od wojska, za chwilę może dojść do masakry.
Jakaś siła trzymała Marka w miejscu wbrew rozsądkowi, który nakazywał oddalić się jak najprędzej. Nie czuł związku duchowego z demonstrantami. Ich problemy bytowe jego nie dotyczyły. Dzięki rozmowom z panem Teofilem nabrał dystansu do bieżących wydarzeń politycznych. Zdawał sobie sprawę, że robotniczy protest niewiele zmieni, bo za braki zaopatrzenia i drożyznę odpowiedzialny jest niewydolny system, a nie poszczególne jednostki, nawet jeżeli to wyjątkowi kretyni, co w PZPR nie było rzadkością. Jeżeli władza pod naciskiem ulicy ustąpi i cofnie podwyżki, system pozostanie ten sam, więc ani produkcja, ani wydajność pracy się nie zwiększą. Czy ci ciężko doświadczeni przez życie ludzie zdają sobie z tego sprawę? Może i dobrze, że przyszli pod KW, choć zamiast podpalać budynek, w którym są uwięzieni szeregowi pracownicy, powinni się rozejść, a wtedy władza pod wpływem wstrząsu, jakim były strajki i uliczne demonstracje, może i zaspokoiłaby najpilniejsze potrzeby, a przede wszystkim na jakiś czas poluzowałaby swobodę gospodarczą - to znaczy "odkręciła kurek".
Po kilku godzinach bezproduktywnego protestu, około siedemnastej, demonstranci przypuścili szturm na pobliską Komendę Wojewódzką MO. Przed budynkiem stała szalupa okrętowa symbolizująca związek miasta z morzem. Użyto jej do wyważenia drzwi budynku. Na szczęście demonstranci zadowolili się tym symbolicznym gestem, bo gdyby próbowali zdobyć budynek, w którym były zmagazynowane duże ilości broni, doszłoby do masakry.
Kiedy przesuwał się wzdłuż Placu Żołnierza w kierunku Alei Wyzwolenia, zobaczył coś zaskakującego. Niski, barczysty mężczyzna w skórzanej kurtce zdecydowanym krokiem wiódł grupę żulików wzdłuż sklepów, jakie znajdowały się na parterze budynku przylegającego do Komitetu Wojewódzkiego. Na jego polecenie, poparte zachęcającymi gestami, młodociani chuligani obrzucili kamieniami wystawy sklepu firmowego Polskiego Lnu i Składnicy Harcerskiej, a potem rabowali towary z wystaw. Dlaczego nie zabrałem aparatu fotograficznego?! Był naocznym świadkiem prowokacji esbeckiej, której celem było zrzucenie winy za demonstrację na tak zwane "elementy chuligańskie i przestępcze"21. Po co takim kupony lnu i składane modele samolotów?
Mrok rozjaśniały płomienie wydobywające się z okien gmachu KW PZPR. Marek zajął stanowisko obserwacyjne na chodniku pod budynkiem Klubu 13 Muz. W wielotysięcznym tłumie zgubił kolegów. Wtedy padły pierwsze strzały. Bez wahania zanurkował w ulicę Tkacką, oddalając się od centrum wydarzeń. Nie chciał bezsensownie ryzykować, zamierzał jak najszybciej wrócić do domu. Tramwaje od kilku godzin nie kursowały, więc wybierał boczne ulice, na których nie gromadziły się tłumy. Mijały go kolumny pojazdów MO i wojskowych zmierzające w stronę centrum, skąd dochodziła coraz intensywniejsza strzelanina. Przecież nie strzelają do ludzi! To na postrach, w powietrze. Nawet strzały w ziemię groziły dramatycznymi konsekwencjami. Rykoszety były równie zabójcze jak bezpośrednie trafienia.
17 grudnia 1970, godzina 20.00
Premier Józef Cyrankiewicz wygłasza przemówienie radiowe22 w treści zbliżone do słynnego przemówienia z października tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego szóstego, w którym groził robotnikom z Poznania odrąbaniem podniesionej na partię ręki. Broni podwyżek. Grozi i uspokaja. Po tonie głosu daje się wyczuć, że nie czuje się w żaden sposób zagrożony. Jeszcze nie wie, że jego czas minął.
Kosiniak obudził się zlany potem. Nie wiedział, gdzie się znajduje. Dopiero po chwili dotarło do niego, że jest w hotelu garnizonowym. Powróciło wspomnienie zbrodni. Ból rozsadzał czaszkę, pełzł przez ciało z bezlitosną konsekwencją, docierając do każdego, nawet najdalszego nerwu. Wydawało się, że ta droga krzyżowa nie ma końca, stracił rachubę czasu. Nie potrafił zebrać myśli. Zamknął oczy. Pulsowanie w głowie było nie do zniesienia. Jakby w mózg wkręcało się wiertło. Ciało wydane na męki, rozszarpywane od środka. Chciało mu się wyć z rozpaczy. Nagle ból ustąpił. Spojrzał na zegarek. Była druga w nocy. Całe to wydające się nie mieć końca cierpienie w rzeczywistości trwało niespełna godzinę, choć jemu się wydawało, że minęła wieczność. Niepewnym krokiem poczłapał do łazienki i zwymiotował.
Następnej nocy ból się powtórzył. Na wszelki wypadek miał pod ręką dwie butelki wódki. Nalał pełną szklankę, wypił, zagryzając kiełbasą. Nie pomogło. Wypił drugą. Ból jakby osłabł. Po trzeciej zrobił się znośny, w każdym razie do przetrzymania. Wypił wódkę tak szybko, że się upił. Zwalił się bezwładnie na łóżko i zasnął ciężkim, pijackim snem. Rano poszedł do znajomego pielęgniarza i wydobył od niego kilka ampułek morfiny. Potem wybrał się do lekarza, który go dokładnie przebadał i orzekł, że nic nie znalazł, a ból z pewnością przejdzie. Durny konował. Gdyby miał wybór, to wolałby, żeby bolała noga. Mógłby ją uciąć. Głowy nie da się uciąć. Eksperymentując z morfiną, ustalił, że po zażyciu połowy ampułki da się wytrzymać, a wystarczy na dłużej. Jeden z sanitariuszy, którego nagabywał o leki przeciwbólowe, wyjaśnił, jak się to kończy. Uzależni się od morfiny, a co gorsza, żeby doznać ulgi w cierpieniu, będzie musiał zwiększać dawki. Nie poddawał się. Na zmianę trzy dni pił wódkę, trzy brał morfinę, a jeden dzień, jedną godzinę w tygodniu, znosił cierpienie na dwóch kieliszkach wódki i dwóch kodeinach. Płakał ze szczęścia, kiedy w magazynie SB znalazł kilogram opium, które podmienił na karmel i palił w fajce, ograniczając wódkę do jednego dnia w tygodniu, podobnie jak morfinę. Przedtem lubił wypić, teraz nie znajdował w wódce przyjemności. Pił w ponurym nastroju, drażnił go smak i zapach. Gdyby nie ból, zostałby abstynentem.
18 grudnia 1970, godzina 17.00 - godzina trzydziesta szósta
Ambasador Aristow doręcza list Biura Politycznego KPZR do Biura Politycznego PZPR23. Pismo wskazuje na zakłócenie stosunków między PZPR a klasą robotniczą i na potrzebę szybkiego rozwiązania niepokojącej sytuacji środkami politycznymi i ekonomicznymi. Kierownictwo radzieckie ustami ambasadora przekazuje członkom KC PZPR pozytywną opinię o kandydaturze Gierka na I Sekretarza.
Noc z 18 na 19 grudnia 1970
Franciszek Szlachcic i kierownik wydziału administracyjnego KC PZPR Stanisław Kania informują Gierka, że milicja i wojsko poprą jego kandydaturę na stanowisko I Sekretarza.
19 grudnia 1970, godzina 8.30
Władysław Gomułka czyta list z Moskwy. Puczyści utrzymywali go w niewiedzy do ostatniej chwili. Dotąd listy KC KPZR do KC PZPR były adresowane na Gomułkę.
Józef Tejchma zwraca się do niego z apelem: "Powinniście podjąć ostatnią w swoim życiu wielką decyzję i odejść". Straszy wojną domową, a nawet zbrojną interwencją ZSRR.
19 grudnia 1970, posiedzenie Biura Politycznego PZPR
Biuro Polityczne przegłosowuje wniosek o odwołanie ze stanowiska I Sekretarza KC PZPR. Teoretycznie Gomułka powinien w głosowaniu zmiażdżyć Gierka, jednak pojawia się na krótko i przed głosowaniem wychodzi, tłumacząc się złym stanem zdrowia. Wie już, że opuścili go najbliżsi współpracownicy: Stefan Jędrychowski - minister spraw zagranicznych, Józef Cyrankiewicz - premier, Stanisław Kociołek - wicepremier współodpowiedzialny za masakrę w Gdyni, Ignacy Loga-Sowiński.
Gomułka został odwołany. Głosowanie nad kandydaturą Gierka było formalnością. Biuro Polityczne odwołało w kolejnym głosowaniu czterech członków, potwierdzając, że nie popierali kandydatury Gierka, kiedy jednak poznali układ sił w BP, także na niego zagłosowali24. Cztery plus jeden (Gomułka) równa się pięć. Do utrzymania stanowiska zabrakło jednego głosu, ponieważ w przypadku równowagi decyduje I Sekretarz.
20 grudnia 1970, VII Plenum KC PZPR
Cyrankiewicz przedkłada prośbę Gomułki o odwołanie z funkcji I Sekretarza KC PZPR z powodu złego stanu zdrowia. Wniosek zostaje przyjęty jednogłośnie.
23 grudnia 1970, Warszawa - posiedzenie Sejmu
Józef Cyrankiewicz podaje się do dymisji. Premierem zostaje jednogłośnie wybrany Piotr Jaroszewicz.
23 grudnia 1970, Londyn
Kanclerz Skarbu Anthony Barber zapoznaje rząd Jej Królewskiej Mości z rekomendacjami na rozmowy z PRL. "Nie należy udzielać kredytów ani gwarancji finansowych". Przed udzieleniem rekomendacji Barber zapoznał się z "Raportem Fremery II".
23 grudnia 1970, kancelaria Prezesa Rady Ministrów
Nowo powołany premier Piotr Jaroszewicz spotyka się z ambasadorami NRF, Francji i Wielkiej Brytanii. Po przyjęciu gratulacji zwraca się do ich rządów z prośbą o udzielenie pożyczki modernizacyjnej w wysokości jednego miliarda dolarów. Rozmowa przebiega w przyjaznej atmosferze. Dyplomaci zapewniają o poparciu dla nowego kierownictwa PRL. Obiecują przedłożyć polski wniosek swoim rządom. Ambasador Wielkiej Brytanii podczas dyskusji o pożyczce, która, jak przekonuje premier, ma zostać przeznaczona na modernizację przemysłu, nie zabiera głosu.
15 lutego 1971, posiedzenie BP PZPR
Edward Gierek informuje zebranych o kredycie w wysokości miliarda dolarów, jakiego NRF oraz Francja udzielą Polsce. Biuro Polityczne podejmuje uchwałę o odwołaniu podwyżek cen żywności. Łatwo jest być szczodrym na kredyt.
Luty 1971, gabinet Edwarda Gierka. Obecni: Gierek, Jaroszewicz, Andropow
- Towarzyszu Andropow, po wpłynięciu na konto NBP miliarda dolarów przekażemy Międzynarodowemu Bankowi Współpracy Gospodarczej w Moskwie, który sfinansował zakup MiG-ów, pięćset milionów, co pozwoli ostatecznie rozliczyć transakcję - poinformował premier Jaroszewicz.
- To znakomicie. Nie zapominajcie, że długi należy spłacać, towarzyszu Piotrze. Nie tylko te finansowe - przypomniał Andropow.
Kosiniak kilka razy pojawiał się w sekretariacie Szlachcica i podpytywał sekretarkę, czy minister go wzywał.
- Nie wzywał i proszę więcej nie przychodzić. Jak wezwie, zostanie pan powiadomiony - wyjaśniała opryskliwym tonem.
Nie potrafił tego zrozumieć. Przecież tyle dla niego zrobiłem! Odwaliłem całą brudną robotę. Należy mi się nagroda. Przynajmniej awans na majora. Liczył na więcej. Awans i kierownicze stanowisko. Z każdym dniem rozgoryczenie rosło. Zrozumiał, że nie będzie wezwania do sekretariatu. Zrobił, co miał zrobić, a teraz ma milczeć. Minister go wykiwał. Nie potrafił tego pojąć. Tym bardziej że cena, jaką zapłacił, była wysoka. Bóle nie ustawały. Narastała w nim zimna, ślepa nienawiść. Zatłukłby gada gołymi rękami.
Szlachcic nie miał zamiaru wynagradzać kretyna. Jeżeli nie musiał, to nie dawał. Kosiniak był niewiarygodnie naiwny, przed podjęciem się brudnej roboty nie zagwarantował sobie rekompensaty. Szlachcic nie chciał, żeby cokolwiek go z nim łączyło. Prędzej czy później zrobi coś nieodpowiedzialnego, a wtedy lepiej nie mieć z nim nic wspólnego. I tak ma szczęście, w czasach stalinowskich takich jak on likwidowano, żeby pozbyć się świadków.
Kosiniak przechodził przyspieszony kurs makiawelizmu, a uporczywe bóle wywoływały wściekłość, której nie miał na kim wyładować. Na polecenie Szlachcica był dyskretnie obserwowany. Kiedy do ministra dotarły niepokojące sygnały, pozbył się kłopotliwego oficera, wysyłając go na prowincję. Rozmowę dyscyplinującą przeprowadził znany z chamstwa pułkownik. Po tej pogawędce Kosiniak stulił uszy i pojechał do Szczecina.
16 Daty posiedzeń Biura Politycznego KC PZPR oraz pozostałych zdarzeń są autentyczne.
17 Niemiecka Republika Federalna. W PRL nazwa oficjalna na wzór NRD.
18 Zdarzenia na stacji Gdynia Stocznia do momentu zejścia Kosiniaka (postać fikcyjna) z punktu dowodzenia opisane są zgodnie z dokumentacją historyczną.
19 Antyczna rzeźba przedstawiająca Lakoona i jego synów zastygłych w męce konania.
20 17 grudnia 1970 r. w Szczecinie doszło do użycia broni przez milicję i wojsko wobec demonstrantów. W wyniku starć ulicznych śmierć poniosło szesnaście osób, a przeszło sto zostało rannych.
21 W tym fragmencie autor opisał swoje przeżycia.
22 Treść przemówienia odtworzona na podstawie źródeł historycznych.
23 Treść listu na podstawie źródeł historycznych.
24 Wynik drugiego głosowania pozwala ustalić jednoznacznie, kto poparł Gierka. Cyrankiewicz musiał głosować za swoją dymisją. Analiza zmian składu BP po trzech plenach KC PZPR: 20.12.1970, 7.02.1971, 11.12.1971 - potwierdza taki, a nie inny przebieg głosowania.
Luty 1971
Kolega Marka się żenił i z tej okazji wyprawiał wieczór kawalerski. W męskim gronie wybrali się do "Kaskady", lokalu rozrywkowego z variete i striptizem o szemranej opinii. Wolnostojący betonowy budynek był koszmarkiem architektonicznym, a w środku nie było lepiej, choć dla Szczecinian lokal ten stał się symbolem luksusu. Przeciętnego Polaka nie stać było na wizyty w "Kaskadzie". Co najwyżej po południu, kiedy na kilka godzin zamieniała się w stołówkę.
Marek, który rozstał się niedawno z Kasią, zauważył, że przygląda mu się dyskretnie ładna dziewczyna, siedząca samotnie przy barze. Bez wahania do niej podszedł.
- Czy mogę się przysiąść? - zapytał.
Flirt rozwinął się pomyślnie. Przypadli sobie do gustu. Nie minęło wiele czasu, a obydwoje zapragnęli tego samego.
- Za dwadzieścia minut mamy nocny autobus pospieszny do Międzyzdrojów. Przelotowy z Warszawy. Na miejscu będziemy po północy. Mały hotel "Pod Różami", pokój numer osiem. Jak w piosence. A jutro spacer po promenadzie. Co ty na to? - kusił.
W sobotę wieczorem zaprosił Grażkę do "Piekiełka", kawiarni tłumnie odwiedzanej przez kuracjuszy i bywalców, wszelką faunę uzdrowiskową. W lokalu panowały iście piekielne ciemności, rozświetlane mrugającymi czerwonymi lampami. Absolutna nowość.
- Zatańczymy wolny. To takie obejmowanie z chodzonym. No wiesz, dziewczyna się przytula, pozwala całować - zaproponowała Grażka. - Czasami tańczymy z dziewczynami, wiesz, tak same ze sobą. Ja zawsze prowadzę. Wystarczy, jak się wczujesz w moje ruchy.
- Dzisiaj ty rządzisz. Robimy wyłącznie to, na co masz ochotę.
- Naprawdę zrobisz wszystko, co będę chciała?
- Przecież obiecałem.
- No to się przekonamy, jak jest z twoimi obietnicami.
Pieniądze zarobione podczas szkoleniowych rejsów przeznaczył na kupno motocykla WSK. Nowy kosztował dziewięć tysięcy pięćset złotych i można go było kupić na raty. Za pięcioletni, w niezłym stanie zapłacił cztery tysiące. O samochodzie mógł jedynie pomarzyć. Ceny, nawet za gruchoty, były na giełdzie astronomiczne. Nowe auta kupowano na talony, które otrzymywali działacze partyjni, przodownicy pracy oraz wybitni artyści. Samochód z Polmozbytu na talon był znacznie tańszy od używanego na giełdzie. Taki paradoks, jeden z wielu.
Umówił się z Grażyną na dwudniowy wypad nad morze. Marzec był wyjątkowo kapryśny, na szczęście w piątek się rozpogodziło. Wymarzona okazja, żeby wypróbować motocykl.
- Co byś powiedział na wspólny wyjazd do Anglii na wakacje? Na zbieranie truskawek. Podobno można dobrze zarobić - zaproponowała.
Jedną z pozytywnych zmian po Grudniu było rozluźnienie polityki paszportowej. Żeby dostać paszport, wystarczyło założyć konto dewizowe i mieć na nim sto dolarów. Rządzący doszli do wniosku, że po powrocie większość Polaków wpłaci na konto zarobione pracą na czarno pieniądze, kredytując w ten sposób państwo. To była wielka zmiana w porównaniu z ograniczeniami, jakie obowiązywały za Gomułki. Paszporty były przechowywane w biurach paszportów prowadzonych przez SB. Przed każdym wyjazdem trzeba się było zgłosić po paszport i wyspowiadać przed funkcjonariuszem. Po powrocie w określonym terminie należało paszport zwrócić. Przy okazji tej drugiej wizyty od wielu osób, które mogły mieć na Zachodzie cenne kontakty, na przykład naukowców, żądano pisemnych sprawozdań25.
Zaskoczyła go tym pytaniem.
- Jak to sobie wyobrażasz? Nie mam tyle kasy - odparł, przypuszczając, że chodzi o krótki wypad, za który on zapłaci.
- Domyślam się. Jest taka organizacja, nazywa się Concordia.
- I co z tą Concordią? - zainteresował się. Mogła coś wiedzieć.
- Żeby wjechać do Anglii, potrzebna jest wiza, którą wydają bardzo niechętnie. Musisz mieć rodzinę albo zaproszenie, wykupiony bilet w obie strony, wyspowiadać się w konsulacie i tak dalej. Poza tym nawet jak wstemplują wizę, to i tak mogą zawrócić z granicy, jak im się nie spodobasz. Zdarzały się takie wypadki. Concordia organizuje przyjazdy młodzieży z całej Europy. W sezonie potrzebują rąk do pracy, głównie przy zbieraniu truskawek i innych pracach polowych. Zarobki są niższe niż w Londynie na zmywaku, ale to i tak przyzwoita forsa. Grunt, że z ich zaproszeniem dostaje się wizę bez problemu i na granicy się nie czepiają. Wiedzą, że chodzi o farmerów, którzy bez tanich rąk do pracy by się rozłożyli. Musieliby płacić Angolom dużo więcej, a ich produkty wypadłyby z rynku. Więc wpuszczanie tych z Concordii to niejako obowiązek służb granicznych. Ja bym wszystko załatwiła. Ty masz motocykl, więc zaoszczędzimy na dojeździe.
- A gdzie będziemy mieszkać? Czy te zarobki wystarczą na wynajęcie lokum?
- Nie ma takiej potrzeby. Farmerzy organizują dla pracowników sezonowych pola namiotowe. Zakwaterowanie za darmo, mogą mniej płacić. Skalkulowane tak, żeby się każdemu opłacało. Rząd dostaje kasę za wizy, farmerzy mają tanią siłę roboczą, a my zarabiamy. Ty zapewniasz transport, namiot i sprzęt kempingowy, bo gotować będziemy sami. Nie zarobimy tyle, żeby stołować się w restauracjach, nawet najtańszych. Koleżanka już była i wszystko opowiedziała. Dasz mi paszport, zaświadczenie z banku o koncie i dowód rejestracyjny motocykla. Angole będą chcieli wiedzieć, jak wrócimy; jak dojedziemy, ich nie interesuje, tylko żebyśmy się wynieśli. Pojadę do Poznania do konsulatu po wizy. Pasuje ci taki układ?
- Czemu nie? - odparł, wyobrażając sobie, jak ją będzie pieprzył w tym namiocie. I jeszcze przy okazji zarobi.
- Rok szkolny kończy się dwudziestego czerwca, mogę się jednak urwać wcześniej. A u ciebie jak to wygląda? - Grażyna była nauczycielką geografii w podstawówce w Goleniowie.
- Nie tak prosto, ale zrobię wszystko, żeby zdać egzaminy do piętnastego czerwca. Na szczęście mam w tej sesji tylko trzy i dwa zaliczenia. Będę musiał podejść do dwóch w zerówce, wtedy się wyrobię. Kiedy wracamy?
- Tu ja jestem w gorszej sytuacji. Rok szkolny zaczyna się pierwszego września. Mogę się spóźnić, ale tylko kilka dni. Umawiamy się, że wracasz ze mną, tak?
- Tak się umawiamy. Jeżeli coś się zmieni, zapłacę za twój bilet, żebyś nie była stratna. Jest statek do Szczecina, kontenerowiec. Odpływa z Purfleet pod Londynem. Zabierają też pasażerów. Za bilet można płacić w złotówkach. Na wszelki wypadek zabiorę pieniądze na dwa bilety. Sprawdziłem, co zrobić, jak się motor rozkraczy. Statek płynie cztery dni, a po drodze zawija do Kopenhagi.
Kupił na giełdzie używaną przyczepę motocyklową. Nie była droga, a mogli na nią załadować cały bagaż: sprzęt turystyczny, zapas zup w proszku, konserw i pumpernikla, żeby zaoszczędzić na jedzeniu.
Każdy wiedział, że wyjeżdżając na Zachód, trzeba zabrać tyle wałówki, ile się da, bo to wielka oszczędność. Wprawdzie Polacy zarabiali trzydzieści dolarów miesięcznie, ale dotowana żywność była w Polsce znacznie tańsza. Na tej różnicy mogli zaoszczędzić więcej, niż kosztowała przyczepa, a warunki transportu mieli luksusowe. Pomieścili w niej duży namiot, dmuchane materace, śpiwory, kuchenkę na gaz, zapas butli i wiele innych przydatnych na biwaku sprzętów.
Wyruszyli bladym świtem. Jechało im się przyjemnie, pogoda była wymarzona. Zatrzymywali się na pustych parkingach, zjadali kanapki i jechali dalej z prędkością nieprzekraczającą sześćdziesięciu kilometrów na godzinę, żeby nie zajeździć silnika. Na noc zjechali do przydrożnego lasu i rozbili namiot. Trasa ponad tysiąc kilometrów do Hoek van Holland zajęła dwie i pół doby. Przeprawili się promem do Anglii i po kolejnej dobie jazdy "pod prąd" dotarli na miejsce, nieopodal miasteczka Moreton-in-Marsh w malowniczym Cotswold. Farma, na której znajdował się obóz, była duża i doskonale zorganizowana, a pole kempingowe wyposażone w sanitariaty z prysznicami. Część pracowników pochodzących z kilkunastu krajów dotarła już na miejsce, choć sezon zbioru truskawek jeszcze się nie zaczął. Jako jedni z nielicznych mieli własny środek transportu, mogli więc po pracy zwiedzać Anglię. Sielanka trwała dwa tygodnie. Grażyna rzuciła go dla Anglika, którego poznała przy zbieraniu truskawek. Facet wyglądał na dupka, więc podejrzewał, że zrobiła to z wyrachowania. Specjalnie się nie przejął. Nie kochał jej, choć brakowało mu chętnej dziewczyny na wyciągnięcie ręki.
Zaprzyjaźnił się z Claire, młodziutką rzeźbiarką z Bristolu. Spędzali razem wolny czas, jeździli motocyklem po malowniczej okolicy. Dobrze się im rozmawiało. Na wiejskich drogach Cotswold spotykali widowiskowe kawalkady jeźdźców w eleganckich strojach, wokół których uwijała się sfora łaciatych foxhoundów z roześmianymi pyskami.
Był koniec sierpnia. Grażyna miała wkrótce wracać do Polski. Choć go rzuciła, zamierzał wywiązać się ze zobowiązania.
- Grażynka?
- No cześć, Marku. Widzę, że znalazłeś sobie fajną dziewczynę, długo po mnie nie płakałeś.
- No właśnie... Pewnie za kilka dni wracasz?
- A dlaczego pytasz?
- Zapomniałaś? Miałem zapłacić za twój bilet, więc jeżeli wracasz...
- Jakiś ty honorowy. Nie, dziękuję. Załatwiłam sobie przedłużenie wizy. Chyba już do Polski nie wrócę. Złożyłam wnioski do Kanady i Australii, gdzieś na pewno ten azyl dostanę. Ale doceniam, że się chciałeś wywiązać. Porządny z ciebie facet. Trzymaj się.
Claire też musiała wracać, więc i jego nic już na Concordii nie trzymało. Udało mu się zaoszczędzić trzysta osiemdziesiąt funtów, które wymienił na trzy tysiące dwieście marek. Jadąc przez Niemcy, zatrzymywał się w komisach z używanymi autami. Znalazł samochód swoich marzeń, trzyletniego Volkswagena Garbusa 1300 w idealnym stanie i z małym przebiegiem. Nowy w tej wersji kosztował pięć tysięcy, więc trzy tysiące, które stargował na dwa dziewięćset, było ceną okazyjną.
- U nas targują się tylko Cyganie i Polacy - śmiał się rozbawiony właściciel komisu.
Tym bardziej że przysługiwał zwrot podatku VAT, trzysta dwadzieścia marek, o czym Marek dowiedział się ku swemu zaskoczeniu. W Polsce od wywożonych towarów pobierano wysokie cło albo obowiązywał zakaz wywozu, żeby chronić rynek, na którym brakowało niemal wszystkiego. A Niemcy dopłacali do eksportu. Samochód miał wgniecione drzwi, to była drobna naprawa, tym bardziej że właściciel zostawił puszkę oryginalnej farby. Motocykl załadował na przyczepę, ale był za długi i wystawał. Musiał więc zbić z desek prowizoryczną przedłużkę, żeby go policja nie zhaltowała. Właściciel komisu przyglądał się, jak pracuje, i zaproponował robotę w należącym do niego szrocie. Na lewo, za tysiąc czterysta do ręki. Przepracował półtora miesiąca. Zostałby dłużej, bał się jednak przegiąć na uczelni.
Za kierownicą swojego pierwszego auta poczuł się jak król szos. Prowadził samochód po raz pierwszy od kursu na prawo jazdy, który zaliczył na pierwszym roku studiów. Kurs miał tę zaletę, że był tani i niemal wszyscy zdawali za pierwszym podejściem. Wjechał na autostradę i nie chcąc kusić losu, poruszał się wolno prawym pasem. Spóźnił się na zajęcia o dwa tygodnie, ale dał łapówkę za zwolnienie lekarskie, żeby pozałatwiać formalności celne i podatkowe, które swoją zawiłością przyprawiały o zawrót głowy. Zapłacił cło. Przed wyjazdem zapoznał się z przepisami, dlatego wziął z komisu lewą umowę kupna na tysiąc pięćset marek. Dzięki tej zapobiegliwości cło go nie zrujnowało, chociaż w urzędzie skarbowym kręcili nosem, że cena zaniżona. Ponieważ robili tak niemal wszyscy, i jemu się upiekło. Zrobił blacharkę i osobiście wymalował na masce piękny trójząb. Wreszcie przykręcił polskie tablice i zajechał swoją bryką na uczelnię. Samochód wzbudził niemałą sensację. W tym czasie niewiele było w Polsce zachodnich aut w dobrym stanie. Pojawili się potencjalni nabywcy oferujący ogromne pieniądze, on miał jednak inne plany. Po sprzedaży motocykla i opłaceniu cła zostało ponad dwa tysiące marek - dla studenta prawdziwa fortuna. Stać go było na wynajęcie komfortowej kawalerki i garażu.
Wybrał się z wizytą do swojego mentora. Chciał się pochwalić samochodem, no i dawno się nie widzieli.
- Marek! Jaka wspaniała niespodzianka!
- Panie Teofilu!
W prezencie przyniósł trzy paczki tytoniu fajkowego Black Velvet. W Peweksie była tylko Amphora, a pan Teofil lubił Black Velvet, do którego się przyzwyczaił, a Peweks właśnie zmienił asortyment. Jakby na złość klientom.
- Jest taka organizacja. Związek Młodzieży Socjalistycznej. Lepiej się do niej zapisz.
Zamierzał zaprotestować, bo to przecież żenada, lecz się powstrzymał. Jeżeli starszy pan do czegoś namawiał, to z pewnością dobrze to przemyślał.
- Masz samochód, i to zachodni. Koleżanki będą się wpraszały na przejażdżkę, a koledzy... Łatwiej akceptujemy, że czegoś mieć nie możemy, niż że ktoś inny to ma. Twoja teczka napuchnie od donosów. Więc zrób to, o co proszę, a zneutralizujesz je przynajmniej częściowo. Przyjdź na kilka zebrań, zabierz głos, ale tak pryncypialnie, wtedy, mam nadzieję, dadzą ci spokój.
- To może się jeszcze zapiszę do TPPR26. Mówię poważnie - zapewnił, widząc, że pan Teofil się obruszył. - Organizują wyjazdy do ZSRR. Pociągi przyjaźni. Po drodze chlanie, na miejscu handel i też chlanie, z komsomolcami. Podobno Rosjanki są bardzo ładne i lubią Polaków. Przecież nie muszę się tym TPPR afiszować. Nikt nie będzie wiedział.
- Widzę, że zaczynasz myśleć. Nie namawiam, żebyś się zapisał do partii, bo nie powinieneś. Jesteś młody. Tyle się może wydarzyć... Zapiszesz się, jak będziesz musiał, choć mam nadzieję, że ten dzień nigdy nie nadejdzie, ponieważ to by oznaczało poważne kłopoty.
- Do partii się nie zapiszę, choćby nie wiem co. W razie czego prysnę z Polski.
Deklaracje się spełniają albo nie spełniają. Tak to z nimi bywa.
Do ZSRR jeździł na wycieczki organizowane przez TPPR. Przynależność do tej organizacji uważano za obciach, liczyła się jednak forsa, jaką można było zarobić, zresztą nikt o tym TPPR nie wiedział. W tamtą stronę woził kupowane w Peweksie zachodnie dżinsy, sukienki i kosmetyki, od nich przywoził złoto i aparaty fotograficzne oraz dolary. Był ostrożny, woził towar w takich ilościach, żeby celnicy się nie przyczepili. Wychodził z założenia, że lepiej zarobić mniej, ale nie ryzykować kłopotów. W razie wpadki mogli go relegować z uczelni.
Polubił te wyjazdy. Przynosiły niezły dochód i pozwalały zwiedzać świat. Dotarł aż nad Morze Czarne, do Soczi, gdzie przeżył wakacyjny romans z fascynującą Rosjanką.
25 Jeżeli ktoś chciał ponownie wyjechać na Zachód, to jeżeli esbek zażądał, sprawozdanie napisać musiał. Tylko od niego zależało, co napisze. Samo złożenie sprawozdania nie oznaczało podjęcia współpracy z SB, choć tak jest to obecnie przedstawiane.
26 TPPR - Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Radzieckiej.