Wahadło - Julian Hardy

Kup ebooka

53.99 zł
43.19 zł (39,39 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

8. Sylvie

Pierw­sze­go stycz­nia ty­siąc dzie­więć­set sie­dem­dzie­sią­te­go dru­gie­go roku zo­sta­ła otwar­ta gra­ni­ca po­mię­dzy Pol­ską a NRD. Ma­rek za­mie­rzał wy­ko­rzy­stać otwie­ra­ją­ce się przed nim moż­li­wo­ści i za­in­we­sto­wać w han­del z de­mo­lu­da­mi, jak na­zy­wa­no kra­je ko­mu­ni­stycz­ne. Otrzy­mał wkład­kę pasz­por­to­wą do do­wo­du oso­bi­ste­go, któ­ra upraw­nia­ła do wy­jaz­dów do kra­jów ko­mu­ni­stycz­nych prak­tycz­nie bez ogra­ni­czeń. Dys­po­no­wał trze­ma nie­ba­ga­tel­ny­mi atu­ta­mi: sa­mo­cho­dem, wol­nym cza­sem i pie­niędz­mi. Za­po­wia­dał się pra­co­wi­ty i lu­kra­tyw­ny rok.

Gra­ni­ca była na ro­gat­kach Szcze­ci­na, w Lu­bie­szy­nie, albo w po­bli­skim Koł­ba­sko­wie, więc do naj­bliż­sze­go nie­miec­kie­go mia­stecz­ka, Pa­se­wal­ku, z cen­trum Szcze­ci­na miał za­le­d­wie go­dzi­nę jaz­dy. Mógł zdą­żyć przed za­mknię­ciem skle­pów, na­wet kie­dy wy­jeż­dżał po za­ję­ciach. Przy­wo­ził to­wa­ry na za­mó­wie­nie dla wła­ści­cie­li stra­ga­nów na szcze­ciń­skich ryn­kach: To­bru­ku, Tu­rzy­nie i Pla­cu Ki­liń­skie­go. Płasz­cze ze sztucz­ne­go fu­tra, ro­bo­ty ku­chen­ne, po­ściel, ubra­nia dzie­cię­ce, za­baw­ki, buty Sa­la­man­der ku­po­wa­ne za de­wi­zy w In­ter­sho­pie - ich­nim Pe­wek­sie - ro­dzyn­ki i elek­tro­na­rzę­dzia. Hi­ta­mi eks­por­to­wy­mi oka­za­ły się ko­sze wi­kli­no­we, dżin­sy i duże, ko­lo­ro­we grze­bie­nie, obo­wiąz­ko­wo we­tknię­te w tyl­ną kie­szeń mar­mur­ko­wych spodni. Że­la­zny atry­but wiej­skich ele­gan­tów. Całe rol­nic­two w tym kra­ju zo­sta­ło sko­lek­ty­wi­zo­wa­ne, dla­te­go bra­ko­wa­ło świe­żych wa­rzyw i owo­ców, jed­nak trud­no je było prze­wieźć przez gra­ni­cę i nie­zbęd­ny był za­ufa­ny od­bior­ca.

Na jed­nym wy­jeź­dzie za­ra­biał na czy­sto ty­siąc, a na­wet dwa, je­że­li uda­ło się ze­brać wię­cej za­mó­wień. Przy­zwo­ita pen­sja wy­no­si­ła trzy ty­sią­ce, więc han­del opła­cał się bar­dziej niż pra­ca na eta­cie. Cel­ni­cy nie­miec­cy dwo­ili się i tro­ili, żeby chro­nić ry­nek we­wnętrz­ny, jego już jed­nak zna­li i wie­dzie­li, że prze­strze­ga prze­pi­sów. Wy­jąt­kiem była pew­na mło­da cel­nicz­ka, któ­ra, kie­dy na nie­go tra­fia­ła, ro­bi­ła po­wierz­chow­ną re­wi­zję. Pew­ne­go razu pod­ku­si­ło go li­cho i z my­ślą o niej ku­pił nie­co wię­cej to­wa­ru. Traf chciał, że mia­ła dy­żur.

- Co mam z tobą zro­bić? Spo­rzą­dzę pro­to­kół i skon­fi­sku­ję to­war. - Zro­bi­ła su­ro­wą minę, ale za bar­dzo jej nie wy­szła. Wy­kro­cze­nie było bła­he i nie kwa­li­fi­ko­wa­ło się na po­waż­niej­szą karę.

Cze­kał, od­da­jąc jej ini­cja­ty­wę. Niech się dziew­czy­na wy­ka­że. Kon­fi­ska­tą się nie prze­jął.

- Kim ty je­steś? Pra­cu­jesz? Uczysz się? - Jak wie­lu ener­dow­skich cel­ni­ków, nie­źle mó­wi­ła po pol­sku. Jed­nak do Po­la­ków zwra­ca­ła się po nie­miec­ku, uda­jąc, że nie zna ję­zy­ka. Mie­li spe­cjal­ne kur­sy i in­struk­cje, jak się za­cho­wy­wać.

- Stu­diu­ję w Szko­le Mor­skiej. Nie mam sty­pen­dium, więc han­dlem za­ra­biam na utrzy­ma­nie. Żyje mi się do­brze. - Nie za­mie­rzał jej prze­ko­ny­wać, chcąc wzbu­dzić li­tość, że kle­pie bie­dę.

- Skąd masz taki sa­mo­chód? - Po­kle­pa­ła po ma­sce, przy­pa­tru­jąc się z za­in­te­re­so­wa­niem trój­zę­bo­wi.

- Wa­ka­cje spę­dzi­łem w An­glii. Zbie­ra­łem tru­skaw­ki. Za­ro­bi­łem tyle, że wy­star­czy­ło na sa­mo­chód. Zna­ko­mi­ty, nie­miec­ka ja­kość.

- No tak, wy mo­że­cie wy­jeż­dżać na Za­chód - stwier­dzi­ła z ża­lem.

- Do­pie­ro od nie­daw­na. I tyl­ko na za­pro­sze­nie. Trud­niej do­stać wizę an­giel­ską niż pasz­port. Uzna­ją po­twier­dze­nie z Con­cor­dii. To taka or­ga­ni­za­cja, któ­ra or­ga­ni­zu­je wy­jaz­dy do pra­cy se­zo­no­wej.

- Mu­si­my koń­czyć, ta roz­mo­wa trwa za dłu­go. Pro­szę je­chać.

- Dzię­ku­ję. Jak masz na imię?

- Co ci do tego? Je­stem cel­nicz­ką.

- W to nie wąt­pię, dla­te­go two­je imię jest ta­jem­ni­cą pań­stwo­wą.

- Sy­lvie - od­po­wie­dzia­ła po chwi­li wa­ha­nia i uśmiech­nę­ła się. - Zjeż­dżaj, ale już!

- Hmm, Sy­lvie?

- Co jesz­cze? Po­wie­dzia­łam, że­byś je­chał. Bo spi­szę pro­to­kół!

- I już mnie wię­cej nie zo­ba­czysz.

Sy­lvie zro­bi­ła wte­dy coś bar­dzo głu­pie­go. Dys­kret­nie na­pi­sa­ła na kart­ce wy­dar­tej z no­te­su nu­mer te­le­fo­nu. Na szko­le­niach, któ­re prze­cho­dzi­li cel­ni­cy, ostrze­ga­no przed Po­la­ka­mi. Nie wprost, po­nie­waż obo­wią­zy­wa­ła ofi­cjal­na li­nia o in­ter­na­cjo­na­li­stycz­nej przy­jaź­ni. Jed­nak wy­star­cza­ją­co wy­raź­nie, żeby do każ­de­go do­tar­ło: Po­la­cy to po­śród brat­nich kra­jów naj­mniej pew­ny ele­ment. No po pro­stu za­ka­ła na­sze­go obo­zu. Wie­lu jest prze­ciw­ni­ka­mi ustro­ju so­cja­li­stycz­ne­go, to uro­dze­ni anar­chi­ści i bun­tow­ni­cy, za­wsze były z nimi kło­po­ty. Dla­te­go na­le­ży się wy­strze­gać kon­tak­tów pry­wat­nych. Je­że­li zbłą­dzisz i za­wrzesz bli­ską zna­jo­mość z oso­bą płci prze­ciw­nej o re­ak­cyj­nych po­glą­dach, par­tia i służ­ba bez­pie­czeń­stwa są od tego, żeby życz­li­wie ostrzec. Co do Po­la­ków nie ma ta­kiej moż­li­wo­ści i dla­te­go oby­wa­te­le NRD, a cel­ni­cy w szcze­gól­no­ści, po­win­ni się wy­strze­gać przy­pad­ko­wych zna­jo­mo­ści. Co in­ne­go ofi­cjal­ne im­pre­zy, na któ­rych spo­ty­ka się spraw­dzo­ny ide­owo ak­tyw.

- Mam wol­ne w pią­tek. Za­dzwoń... je­śli masz ocho­tę - po­wie­dzia­ła, nie pa­trząc na nie­go, jak­by się wsty­dzi­ła chwi­li sła­bo­ści.

- Za­dzwo­nię. Na pew­no... Sy­lvie?

- Cze­go jesz­cze chcesz?

- Nie będę nad­uży­wał na­szej zna­jo­mo­ści, o nic nie po­pro­szę. Ro­zu­miesz, praw­da?

- O nic mnie ni­g­dy nie po­pro­sisz? Je­steś tego pew­ny? - Mach­nię­ciem ręki na­ka­za­ła mu od­je­chać.

- O co cho­dzi­ło? - za­py­ta­ła za­cie­ka­wio­na ko­le­żan­ka.

- Miał za dużo to­wa­ru. Nie­wie­le. Nie war­to było spi­sy­wać pro­to­ko­łu.

- My­śla­łam, że za­wsze prze­strze­ga prze­pi­sów.

- Też tak my­śla­łam, dla­te­go mu od­pu­ści­łam. Na pew­no się już nie wy­chy­li - tłu­ma­czy­ła się. Do­my­śli­ła się, że ta nad­wyż­ka to­wa­ru na jej zmia­nie nie była przy­pad­ko­wa.

- Od kie­dy zro­bi­łaś się taka wy­ro­zu­mia­ła? - Ko­le­żan­ka mru­gnę­ła do niej po­ro­zu­mie­waw­czo.

- My­ślisz, że on to zro­bił ce­lo­wo? - szu­ka­ła po­twier­dze­nia swo­ich po­dej­rzeń.

- Nie­któ­rych fa­ce­tów raj­cu­ją do­mi­nu­ją­ce ko­bie­ty. No wiesz, cel­nicz­ki, mi­li­cjant­ki. Taki przy­stoj­ny chło­pak. Na rand­kę ko­niecz­nie weź kaj­dan­ki i przy­kuj go do łóż­ka.

- O tak! Po­pro­szę Jo­he­na ze Stra­ży Gra­nicz­nej, na pew­no mi po­ży­czy.

Uśmie­cha­ły się dys­kret­nie, żeby szef zmia­ny ich nie przy­ła­pał na oka­zy­wa­niu ludz­kich uczuć. Był gor­li­wym człon­kiem par­tii i wy­jąt­ko­wym ku­ta­fo­nem.

W każ­dy piąt­ko­wy wie­czór wy­jeż­dżał do NRD. Sy­lvie miesz­ka­ła w ho­te­lu ro­bot­ni­czym w nie­wiel­kim mia­stecz­ku Löck­nitz, tuż za gra­ni­cą. Za­bie­rał ją spod ho­te­lu, żeby się z ich związ­kiem nie ukry­wać, co by­ło­by głu­po­tą. Sta­si27 i tak o wszyst­kim wie­dzia­ła. Zna­leź­li uro­czy ho­te­lik w Świ­no­uj­ściu, w któ­rym spę­dza­li czas. Głów­nie się ko­cha­li. W prze­rwach cho­dzi­li na spa­ce­ry, do re­stau­ra­cji, na dys­ko­te­kę, a je­że­li po­go­da za­chę­ca­ła - na pla­żę. Sy­lvie oka­za­ła się ko­bie­tą na­mięt­ną, da­wa­ła mu tyle, ile za­pra­gnął, a na­wet wię­cej. Lu­bi­ła się też wy­sza­leć na par­kie­cie. Była dziew­czy­ną nie­skom­pli­ko­wa­ną, nie mia­ła wiel­kich ocze­ki­wań, wszyst­ko, co od nie­go do­sta­wa­ła, pre­zen­ty czy piesz­czo­ty, któ­rych jej nie szczę­dził, spra­wia­ło jej ra­dość. Od­wo­ził ją w po­nie­dzia­łek wcze­snym ran­kiem, po­tem je­chał na za­ję­cia, a cza­sa­mi od­sy­piał week­en­do­we sza­leń­stwa.

Sy­lvie zna­la­zła sta­łe­go od­bior­cę na pol­skie to­wa­ry - ko­bie­tę w śred­nim wie­ku z ta­jem­ni­czym ży­cio­ry­sem. Wo­ził wy­łącz­nie to, co było do­zwo­lo­ne. Świe­że owo­ce, pły­ty po­pu­lar­nych ze­spo­łów, bi­żu­te­rię z bursz­ty­nu, je­den ter­mo­wen­ty­la­tor, dwa kar­to­ny Marl­bo­ro i ny­lo­no­we bluz­ki, ko­niecz­nie z wzor­ka­mi na pier­si. Za za­ro­bio­ne mar­ki ku­po­wał pieprz, sło­dy­cze, pió­ra na na­bo­je, a je­że­li się tra­fi­ło, zło­to od Ro­sja­nek, żon ofi­ce­rów Ar­mii Czer­wo­nej sta­cjo­nu­ją­cych w NRD. Te sym­pa­tycz­ne, szcze­re ko­bie­ty pa­nicz­nie się bały, że o tych trans­ak­cjach do­wie­dzą się mę­żo­wie, któ­rzy je za ta­kie biz­ne­sy pra­li po pu­pach woj­sko­wy­mi pa­ska­mi.

Sy­lvie, jak każ­da ko­bie­ta, lu­bi­ła do­sta­wać pre­zen­ty, któ­re były dla niej po­twier­dze­niem atrak­cyj­no­ści. Z oczy­wi­stych wzglę­dów nie mo­gła przyj­mo­wać rzu­ca­ją­cych się w oczy. Ma­rek ku­po­wał w księ­gar­ni "Pod Ar­ka­da­mi" wy­da­wa­ne w wer­sji an­giel­skiej pięk­ne al­bu­my o sztu­ce, któ­ra była jej pa­sją, a w Pe­wek­sie ko­sme­ty­ki i luk­su­so­wą bie­li­znę. Te ostat­nie pre­zen­ty naj­bar­dziej lu­bi­li, po­nie­waż od razu je przy­mie­rza­ła. Szcze­gól­nie za­pa­mię­tał dzień, w któ­rym za­brał ją do Pe­wek­su i ob­ku­pił w mod­ne ciu­chy. Była szczę­śli­wa jak dziew­czyn­ka, któ­ra do­sta­ła wy­śnio­ną za­baw­kę.

- Mam w du­pie, co o mnie będą ga­da­li, jak za­ło­żę mod­ne dżin­sy - po­wie­dzia­ła, prze­cią­ga­jąc się uro­czo. Dżin­sy le­ża­ły na sto­le, ob­ci­sła, su­per­mod­na skó­rza­na kurt­ka wi­sia­ła na opar­ciu krze­sła.

Szczę­ście nie trwa wiecz­nie. Od­wie­dził ją agent Sta­si. Choć się bar­dzo sta­rał, nie zna­lazł nic, co mógł­by uznać za ła­pów­kę. Przej­rzał kil­ka al­bu­mów, ale na szczę­ście nie spraw­dził sto­pek re­dak­cyj­nych.

- Wi­dzę, że in­te­re­su­je się pani sztu­ką. Mamy wspól­ne za­in­te­re­so­wa­nia.

Dał jej wy­bór. Kon­ty­nu­ować zna­jo­mość, zo­stać TW i do­no­sić albo z nim ze­rwać. Mu­sie­li się roz­stać, a Sy­lvie prze­pła­ka­ła całą noc. Nad ra­nem po­sta­no­wi­ła, że przy pierw­szej oka­zji pry­śnie do Nie­miec Za­chod­nich. Na wia­do­mość, że Sta­si się nim za­in­te­re­so­wa­ła, Ma­rek prze­stał jeź­dzić do NRD.

Jako je­den z nie­licz­nych po­sia­da­czy au­to­mo­bi­lu cie­szył się wzglę­da­mi płci pięk­nej. Dla wie­lu stu­den­tek sama moż­li­wość prze­je­cha­nia się au­tem sta­no­wi­ła nie lada atrak­cję. Kil­ku­dnio­wa prze­jażdż­ka po­łą­czo­na ze zwie­dza­niem Pra­gi albo Bu­da­pesz­tu była już nie­od­par­tą po­ku­są. Mo­gły na ta­kim wy­jeź­dzie za­ro­bić, bo za nic nie pła­ci­ły, a on po­ma­gał w han­dlu. Po­sta­no­wił, że zda się na przy­pa­dek. Jak jest chęt­na, znaj­dzie spo­sób, żeby to za­su­ge­ro­wać. A na­tar­czy­wość z mo­jej stro­ny może do­pro­wa­dzić do kre­pu­ją­cych sy­tu­acji. Raz i dru­gi wy­co­fał się, kie­dy wy­czuł, że dziew­czy­na się przy­mu­sza. Cze­go się spo­dzie­wa­ła, że ją wy­sa­dzę na środ­ku dro­gi? Za jej po­kój, kie­dy bra­ła osob­ny, nie pła­cił. Po­zo­sta­łe wy­dat­ki po­kry­wał, bo tak się uma­wia­li.

Cia­ło ko­bie­ce i ko­bie­cość jako zja­wi­sko go fa­scy­no­wa­ły. Oprócz da­wa­nia i bra­nia roz­ko­szy sta­rał się wy­ko­rzy­stać te oka­zje, żeby zgłę­bić na­tu­rę nie­wie­ścią. Uroz­ma­ico­ne ży­cie sek­su­al­ne spra­wi­ło, że opa­no­wał ars aman­di na wy­so­kim po­zio­mie.

Zda­rza­ło się, że to­wa­rzysz­ki han­dlo­wych eska­pad pró­bo­wa­ły go na­kło­nić do kon­ty­nu­owa­nia zna­jo­mo­ści. Jed­ne py­ta­ły wprost, czy się z nimi spo­tka, inne da­wa­ły do zro­zu­mie­nia, że są nim za­in­te­re­so­wa­ne. Były to prze­cięt­ne dziew­czy­ny. Prze­cięt­nie ład­ne, prze­cięt­nie in­te­li­gent­ne, prze­cięt­nie atrak­cyj­ne. I prze­cięt­nie cno­tli­we. Nie znaj­do­wał w nich ni­cze­go, co by go szcze­gól­nie eks­cy­to­wa­ło. Do­szedł do wnio­sku, że atrak­cyj­nych Po­lek jest nie­wie­le. A je­że­li się taka tra­fi, znaj­du­je naj­lep­sze­go fa­ce­ta, któ­re­go się trzy­ma, pla­nu­je mał­żeń­stwo, a po­tem cią­żę. Choć był w uprzy­wi­le­jo­wa­nej sy­tu­acji, od roz­sta­nia z Ka­sią nie spo­tkał na swo­jej dro­dze ko­bie­ty, w któ­rej by się za­ko­chał.

27 Sta­ats­si­cher­he­its­dienst - Pań­stwo­wa Służ­ba Bez­pie­czeń­stwa NRD.

9. Agnieszka i plastik

Tyl­ko raz wpro­si­ła się na wy­jazd dziew­czy­na, któ­ra zro­bi­ła na nim wra­że­nie. Agniesz­ka stu­dio­wa­ła pra­wo. Na ten kie­ru­nek zda­wa­ło kil­ku kan­dy­da­tów na jed­no miej­sce, więc trud­no się było do­stać. Za­sta­na­wiał się, co taka dziew­czy­na robi na pra­wie, któ­re wy­da­wa­ło mu się naj­nud­niej­szym kie­run­kiem i nie wró­ży­ło za­wrot­nej ka­rie­ry za­wo­do­wej. No bo kim się zo­sta­je po pra­wie? Na apli­ka­cję ad­wo­kac­ką do­stać się było nie­zmier­nie trud­no. Nie­licz­ne wol­ne miej­sca były za­re­zer­wo­wa­ne dla ro­dzin. Ne­po­tyzm w za­wo­dach praw­ni­czych, a szcze­gól­nie w ad­wo­ka­tu­rze, osią­gnął mon­stru­al­ne roz­mia­ry.

Tak czy ina­czej na fo­te­lu pa­sa­że­ra sie­dzia­ła po raz pierw­szy atrak­cyj­na dziew­czy­na. Kie­dy się do nie­go uśmie­cha­ła, na jej po­licz­kach po­ja­wia­ły się uro­cze do­łecz­ki. Był to je­den z tych po­god­nych uśmie­chów, któ­ry u ko­biet po­ja­wia się na za­wo­ła­nie i poza wzbu­dza­niem sym­pa­tii do wła­ści­ciel­ki nie­wie­le zna­czy.

Je­cha­li przez sło­wac­kie Ta­try. Je­sień za­bar­wi­ła lasy wspi­na­ją­ce się mo­zol­nie na stro­me zbo­cza wszyst­ki­mi ko­lo­ra­mi z pa­le­ty im­pre­sjo­ni­sty.

- Po­ko­na­łem tę tra­sę wie­lo­krot­nie, jed­nak za każ­dym ra­zem do­strze­gam coś no­we­go. To wy­jąt­ko­wo pięk­ny kraj.

- A jacy są lu­dzie?

- Trud­no po­wie­dzieć, po­zna­łem nie­wie­lu Sło­wa­ków. Ko­bie­ty w re­cep­cjach po­ło­żo­nych przy tra­sie ho­te­li. Sym­pa­tycz­ne, ale chy­ba za nami nie prze­pa­da­ją. I tak jest le­piej niż u Cze­chów. Ci to nas ser­decz­nie nie­na­wi­dzą. Dla­te­go wy­bie­ram tra­sę przez Sło­wa­cję.

- Nie po­tra­fię tego zro­zu­mieć. Wszy­scy je­dzie­my na jed­nym wóz­ku, a jesz­cze się pod­gry­za­my.

- Taką mamy na­tu­rę. To z po­wo­du bie­dy ro­bi­my się zgryź­li­wi. Gdy­by się nam po obu stro­nach gra­ni­cy le­piej po­wo­dzi­ło, na pew­no by­li­by­śmy po­god­niej­si i życz­liw­si. Zwy­kli lu­dzie nie mają w gło­wach zda­rzeń sprzed kil­ku­set czy kil­ku­dzie­się­ciu lat. Zresz­tą co ich ob­cho­dzi, kto z kim i prze­ciw komu trzy­sta lat temu? Mu­szą się zna­leźć tacy, któ­rzy im tę hi­sto­rię będą nie­ustan­nie przy­po­mi­nać, siew­cy nie­na­wi­ści. Ła­two jest ma­ni­pu­lo­wać ludź­mi, pod­sy­ca­jąc ni­skie in­stynk­ty.

Spoj­rza­ła na Mar­ka z no­wym za­in­te­re­so­wa­niem. Nie spo­dzie­wa­ła się po nim tak doj­rza­łych osą­dów.

- A ty je­steś po­god­ny, pew­nie dla­te­go, że ci się do­brze po­wo­dzi?

- Po­wo­dzi mi się rze­czy­wi­ście nie­źle, a jak na PRL, moż­na po­wie­dzieć: zna­ko­mi­cie, i czę­sto się śmie­ję, ale jaki je­stem, to się do­pie­ro oka­że. - Ze­szło mu na zwie­rze­nia.

- Masz dziew­czy­nę? - za­py­ta­ła nie­ocze­ki­wa­nie.

- Mie­wam, od cza­su do cza­su, ale ta­kiej sta­łej nie mam.

Od kie­dy za­czął jeź­dzić na han­del, z żad­ną się nie zwią­zał.

- No tak, ma­ry­narz ma w każ­dym por­cie na­rze­czo­ną.

- Tak było daw­no i jest już nie­praw­dą. Stat­ki za krót­ko sto­ją w por­tach. Z dru­giej stro­ny, je­że­li po­trak­to­wać to po­wie­dze­nie jako ostrze­że­nie przed mał­żeń­stwem, to się zga­dza. Co to za mał­żeń­stwo, kie­dy są ra­zem naj­wy­żej trzy mie­sią­ce w roku? W li­te­ra­tu­rze moż­na zna­leźć opi­sy wiel­kiej mi­ło­ści, któ­ra prze­trwa­ła dłu­gie roz­sta­nia, jed­nak mnie się to nie uśmie­cha.

- Jak jest z dziew­czy­na­mi, któ­re za­bie­rasz na wy­jaz­dy?

- A jak ma z nimi być? - Udał, że nie ro­zu­mie py­ta­nia.

- No, czy się re­wan­żu­ją, wia­do­mo, o co cho­dzi. - Pil­no­wa­ła się, żeby nie na­zy­wać rze­czy po imie­niu.

- Nie po­tra­fię od­po­wie­dzieć, czy to jest re­wanż, czy to jest ko­cha­nie - od­parł, pa­ra­fra­zu­jąc po­etę. Trud­no do­ciec, co my­śli ko­bie­ta.

- A więc jed­nak. - Była usa­tys­fak­cjo­no­wa­na, że wy­do­by­ła od nie­go od­po­wiedź. - A jak są­dzisz?

- Coś się tak przy­cze­pi­ła? Ta­kie wy­py­ty­wa­nie jest nie na miej­scu. Nie ocze­ku­jesz chy­ba, że za­cznę opo­wia­dać ze szcze­gó­ła­mi, jak jest?

Było już póź­no, a wy­ru­szy­li wcze­śnie rano. Z po­wo­du pu­ła­pek ra­da­ro­wych i dra­koń­skich kar na­kła­da­nych na Po­la­ków tra­sę po­ko­na­li, prze­strze­ga­jąc prze­pi­sów do bólu.

W to­wa­rzy­stwie atrak­cyj­nej dziew­czy­ny czas upły­wał miło, jed­nak te­raz po­czuł zmę­cze­nie. Mu­siał zna­leźć noc­leg, bo dal­sza jaz­da sta­wa­ła się nie­bez­piecz­na i tyl­ko roz­mo­wa ra­to­wa­ła przed pod­sy­pia­niem. Po chwi­li za­je­cha­li do po­ło­żo­ne­go przy dro­dze nie­wiel­kie­go ho­te­lu. Re­cep­cjo­nist­ka prze­rwa­ła po­le­ro­wa­nie pa­znok­ci, żeby ich po­wi­tać.

Był tak zmę­czo­ny, że nie oglą­da­jąc się na Agniesz­kę, po­pro­sił o dwa po­ko­je. Nie był w na­stro­ju, choć w in­nych oko­licz­no­ściach chęt­nie by z nią po­flir­to­wał.

Kie­dy zszedł na śnia­da­nie, cze­ka­ła na nie­go w ja­dal­ni. Ona już zja­dła.

- No wstał wresz­cie śpią­cy kró­le­wicz. Jak się spa­ło? - za­py­ta­ła z po­god­nym uśmie­chem.

Wy­glą­da na za­do­wo­lo­ną, że spra­wy mię­dzy nami tak się uło­ży­ły.

- Zna­ko­mi­cie. Wczo­raj pa­dłem. Jesz­cze ni­g­dy tak da­le­ko pierw­sze­go dnia nie do­je­cha­łem. Dla­te­go po­trze­bo­wa­łem dłu­żej po­spać. Przed wie­czo­rem bę­dzie­my w Bu­da­pesz­cie.

- To wspa­nia­le. Czy zdą­ży­my pójść na spa­cer? Chcia­ła­bym zo­ba­czyć pa­no­ra­mę mia­sta ze Wzgó­rza Gel­ler­ta. Po­ro­bić noc­ne zdję­cia.

- Wy­bie­rze­my się na Wzgó­rze Gel­ler­ta - obie­cał.

Do Bu­da­pesz­tu do­tar­li w pią­tek po po­łu­dniu. Mie­li dwa dni na od­po­czy­nek, zwie­dza­nie i re­laks. Ze swo­im sta­łym od­bior­cą, Lász­lem, był umó­wio­ny w so­bo­tę wie­czo­rem. Za­trzy­my­wał się za­wsze w tym sa­mym ho­te­lu, miał tam kon­tak­ty han­dlo­we. Chciał się przede wszyst­kim po­zbyć spo­rej par­tii bi­sep­to­lu prze­zna­czo­ne­go na ry­nek ru­muń­ski. Dyk­ta­tor tego kra­ju, Ce­au­?e­scu, wy­zna­wał ar­cha­icz­ny po­gląd, że po­tę­ga na­ro­du i jego do­bro­byt za­le­żą od licz­by miesz­kań­ców. Ofia­rą tej de­ma­go­gii pa­dły ru­muń­skie ko­bie­ty, któ­rym od­mó­wio­no pra­wa do de­cy­do­wa­nia o dzie­ciach. W kra­ju, w któ­rym wszel­kie for­my za­po­bie­ga­nia cią­ży były su­ro­wo ka­ra­ne, Ru­mun­ki sto­so­wa­ły bi­sep­tol jako spe­cy­fik po­ron­ny.

Ma­rek, jak śre­dnio­wiecz­ny ku­piec, do­star­czał to­war do ka­ra­wan­se­ra­ju, z któ­re­go przej­mo­wa­ła go ko­lej­na ka­ra­wa­na.

Wiel­kie wzię­cie mia­ły dre­sy z kre­szu. Za­bie­rał też sprzęt tu­ry­stycz­ny: ple­cak, na­miot, dwa śpi­wo­ry, bu­tle ga­zo­we i pre­zer­wa­ty­wy, któ­rych na Wę­grzech nie moż­na było ku­pić. Kre­my Ni­vea, bu­tel­ki wody ko­loń­skiej Pra­sta­ra w wi­kli­no­wym oplo­cie i in­dy­wi­du­al­nie za­mó­wio­ne przez od­bior­cę to­wa­ry uzu­peł­nia­ły ofer­tę. Se­kret uda­ne­go han­dlu krył się w róż­no­rod­no­ści to­wa­rów, któ­rych łącz­na war­tość była znacz­na, przy za­cho­wa­niu obo­wią­zu­ją­cych ogra­ni­czeń na każ­dy z osob­na. Cel­nik, wi­dząc górę to­wa­ru, krę­cił no­sem, lecz nie miał się do cze­go przy­cze­pić.

[...]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

1. Pan Teofil Świadek

Wrze­sień 1965, Szcze­cin

Roz­po­czął się rok szkol­ny. Choć było po­chmur­no, po raz pierw­szy od kil­ku dni nie pa­da­ło - więc wy­bra­li się na wa­ga­ry. Cała ich pacz­ka. Trzech chłop­ców i trzy dziew­czy­ny. Cho­dzi­li do dru­giej kla­sy li­ceum. Trzy­ma­li się ra­zem od pod­sta­wów­ki.

Po­je­cha­li roz­kle­ko­ta­nym tram­wa­jem nad Głę­bo­kie, małe je­zio­ro po­ło­żo­ne za mia­stem. Do­sko­na­łe miej­sce na taki wy­pad. Tram­waj, po­cząt­ko­wo za­tło­czo­ny, po­wo­li pu­sto­szał. Po jed­nej stro­nie to­ro­wi­ska roz­cią­gał się Las Ar­koń­ski, a po dru­giej im­po­nu­ją­ce, po­nie­miec­kie ko­sza­ry. Trzy przy­stan­ki przed koń­co­wym w wa­go­nie oprócz nich po­zo­sta­ły dwie wie­ko­we ko­bie­ci­ny. Wra­ca­ły do swo­ich pod­miej­skich przy­siół­ków z tor­ba­mi peł­ny­mi za­ku­pów. Pod­sta­wo­we pro­duk­ty - je­dy­nie na ta­kie było je stać. Przy­do­mo­we ogród­ki uzu­peł­nia­ły skrom­ną die­tę. Jed­na za­ję­ła ko­lej­kę wie­czo­rem i spę­dzi­ła w niej noc, dru­ga do­łą­czy­ła rano. Taka to była sier­mięż­na rze­czy­wi­stość. Nie­pi­sa­ne ko­lej­ko­we pra­wo ze­zwa­la­ło za­jąć miej­sce dla jed­nej oso­by. Przy­wy­kły, jak więk­szość Po­la­ków, i nie po­tra­fi­ły już so­bie wy­obra­zić in­ne­go ży­cia. Sta­nie w ko­lej­ce mia­ło swo­je za­le­ty. Ta­kie "od­sta­ne" to­wa­ry wy­da­wa­ły się cen­niej­sze, a ich "zdo­by­cie" nada­wa­ło sens bez­barw­nej eg­zy­sten­cji tych, któ­rzy nie mie­li in­ne­go za­ję­cia. Czu­li się wte­dy przy­dat­ni, jak my­śli­wi z epo­ki pa­le­oli­tu, któ­rzy przy­dźwi­ga­li do obo­zo­wi­ska udziec ma­mu­ta.

Ma­tu­ra nie mia­ła już ta­kie­go pre­sti­żu jak przed woj­ną, na­dal się jed­nak li­czy­ła. W la­tach sześć­dzie­sią­tych zda­wa­ło eg­za­min doj­rza­ło­ści za­le­d­wie kil­ka pro­cent mło­dzie­ży. Li­ceum nr 2 im. Hen­ry­ka Po­boż­ne­go, "Po­boż­niak", było jed­ną z naj­lep­szych szkół w mie­ście. Moż­na po­wie­dzieć, że szóst­ka li­ce­ali­stów za­li­cza­ła się do eli­ty. Więk­szość ich ko­le­ża­nek i ko­le­gów uczy­ła się w szko­łach za­wo­do­wych i już za rok mia­ła roz­po­cząć do­ro­słe ży­cie, zwy­kle mo­no­ton­ną i wy­czer­pu­ją­cą pra­cę w fa­bry­kach. Tak zwa­ne nor­my pra­cy były nie­ustan­nie śru­bo­wa­ne, co wy­wo­ły­wa­ło kon­flik­ty z dy­rek­cją, a na­wet prze­rwy w pra­cy. Nie były to jesz­cze straj­ki, trwa­ły zwy­kle kil­ka go­dzin, zwia­sto­wa­ły jed­nak po­waż­niej­sze za­bu­rze­nia spo­łecz­ne.

Miejsc pra­cy nie bra­ko­wa­ło. Po­spiesz­nie in­du­stria­li­zu­ją­ce się pań­stwo funk­cjo­no­wa­ło jak gi­gan­tycz­na ssaw­ka za­spo­ka­ja­ją­ca nie­wy­czer­pa­ne za­po­trze­bo­wa­nie prze­my­słu na ro­bot­ni­ków. Bez­ro­bo­cie po­ja­wia­ło się wy­łącz­nie w tek­stach pro­pa­gan­do­wych o nie­do­li, ja­kiej do­świad­cza czło­wiek pra­cy w ka­pi­ta­li­zmie. Pro­pa­gan­da suk­ce­su, któ­re­go próż­no było szu­kać w twar­dych re­aliach ży­cia, prze­ży­wa­ła roz­kwit.

Wa­ga­ro­wi­cze do­je­cha­li do koń­co­we­go przy­stan­ku. Szli le­śnym duk­tem cią­gną­cym się wzdłuż je­zio­ra, któ­re­go po­marsz­czo­ną toń sma­ga­ły ga­łąz­ki wierzb. Wy­głu­pia­li się, po­krzy­ki­wa­li, ba­wi­li w ber­ka, po­py­cha­li. Za­cho­wy­wa­li się jak wy­pusz­czo­ne na wy­bieg źre­ba­ki. Spło­szo­ne wro­ny pod­ry­wa­ły się nie­chęt­nie do lotu i msz­cząc się za za­kłó­ce­nie spo­ko­ju, wy­kra­ki­wa­ły zło­wróżb­ne prze­po­wied­nie. Wie­wiór­ki smyr­ga­ły po­mię­dzy drze­wa­mi, pra­co­wi­cie gro­ma­dząc za­pa­sy na zimę. Do­tar­li do nie­wiel­kiej, osło­nię­tej la­sem dzi­kiej pla­ży. Sa­mot­ny węd­karz na ich wi­dok za­klął pod no­sem i zwi­nął sprzęt. Wy­stra­szy­li wszyst­kie ryby, któ­rych w tym je­zio­rze i tak było jak na le­kar­stwo. Kil­ka nie­wiel­kich krą­pi, któ­re zło­wił od rana, wy­star­czy na skrom­ną ko­la­cję dla dwoj­ga star­szych lu­dzi.

Roz­ło­ży­li koce, wy­cią­gnę­li ka­nap­ki, któ­re przy­go­to­wa­ły mamy, i zje­dli z ape­ty­tem. Oprócz ka­na­pek mie­li wino. Po bu­tel­ce na gło­wę. Naj­tań­sze, ro­bio­ne z ja­błek. Ulu­bio­ny tru­nek mę­tów i stu­den­tów, zwa­ne J-23, od pseu­do­ni­mu bo­ha­te­ra po­pu­lar­ne­go spek­ta­klu te­atru te­le­wi­zji. Tyle aku­rat kosz­to­wa­ło, a sce­na­rzy­ści wy­ka­za­li się po­czu­ciem hu­mo­ru, bo "J" sta­ło za "jab­cok", jak na­zy­wa­no te wina. Po­tem plu­ska­li się i pły­wa­li. Woda była cie­pła. Choć nie­bo za­snu­wa­ły chmu­ry, nie czu­ło się chło­du. Na­rzu­ci­li na grzbie­ty ko­szu­le i prze­szli do głów­ne­go punk­tu pro­gra­mu. Otwo­rzy­li pierw­szą bu­tel­kę i pu­ści­li w obieg.

Do­bra wróż­ka Al­kio­ne od po­ko­leń wsłu­chi­wa­ła się w mło­dzień­cze ma­rze­nia, wie­dzia­ła więc, jak rzad­ko się speł­nia­ją. Zda­rza­ły się lata, kie­dy wo­kół wi­dzia­ła tyl­ko przed­wcze­sną, bru­tal­ną śmierć. Tak było z chłop­ca­mi uro­dzo­ny­mi pod ko­niec XIX wie­ku. W la Bel­le Épo­que. Co za par­szy­wa iro­nia. Za­iste dla nich pięk­na! Peł­ni ży­cia, szczę­śli­wi, z na­dzie­ją wkra­cza­li w ży­cie, a wkrót­ce sto­sy uma­za­nych gli­ną tru­pów na za­bło­co­nych po­lach bi­tew. Mło­dzi chłop­cy, nad któ­ry­mi tyl­ko mat­ki za­pła­ka­ły. Taka była pierw­sza woj­na świa­to­wa, któ­ra mia­ła zmie­nić wszyst­ko. Wy­słu­chi­wa­ła ich ma­rzeń, wie­dząc, że nit­ka mło­de­go ży­cia wkrót­ce zo­sta­nie prze­cię­ta przez bez­na­mięt­ne Par­ki.

Al­kio­ne nie­chęt­nie od­wie­dza­ła Pol­skę, po­nie­waż ocze­ki­wa­nia, choć skrom­ne, kro­jo­ne na mia­rę moż­li­wo­ści, mia­ły nie­wiel­ką szan­sę po­wo­dze­nia w tym smut­nym kra­ju. Na­tu­ra nie jest spra­wie­dli­wa. Nie przy­cho­dzi­my na świat z rów­ny­mi szan­sa­mi. Dla jed­nych jest nad­mier­nie szczo­dra, in­nym już na star­cie ską­pi ta­len­tów, pie­nię­dzy, uro­dy, czy­li wszyst­kie­go, co po­ma­ga w osią­gnię­ciu suk­ce­su.

Ma­rek po­znał Teo­fi­la Świad­ka przez przy­pa­dek. Star­szy pan zno­sił wę­giel do piw­ni­cy. Kie­dy Ma­rek go mi­jał, po­tknął się i upu­ścił wy­peł­nio­ne do po­ło­wy wia­dro. Peł­ne­go by nie udźwi­gnął. Wę­giel wy­sy­pał się na chod­nik. Wo­zak zrzu­cił przy­dzia­ło­we dwie i pół tony na uli­cę i trze­ba je było znieść do piw­ni­cy, żeby nie blo­ko­wać przej­ścia. A w nocy ktoś mógł uszczk­nąć kil­ka wia­der cen­ne­go opa­łu.

Miesz­ka­ją­cy w są­sied­niej bra­mie pan Teo­fil wy­glą­dał na swo­je lata. Śred­nie­go wzro­stu, przy­sa­dzi­sty, z nie­wiel­kim brzu­chem, miał zmierz­wio­ne szpa­ko­wa­te wło­sy, a na twa­rzy pierw­sze star­cze pla­my. Jego prze­ni­kli­we oczy spo­glą­da­ły na świat przez oku­la­ry w czar­nej opra­wie. Był eme­ry­tem, co po­win­no ozna­czać, że kle­pie bie­dę. Ubie­rał się jed­nak przy­zwo­icie, choć kon­ser­wa­tyw­nie, i nie spra­wiał wra­że­nia przy­mie­ra­ją­ce­go gło­dem. Na tym są­siedz­ka wie­dza się koń­czy­ła. Pan Teo­fil nie­chęt­nie wda­wał się w po­ga­węd­ki. Było za­gad­ką, czym się zaj­mo­wał, za­nim prze­szedł na eme­ry­tu­rę. Ma­rek przy­po­mniał so­bie ostat­nią umo­ral­nia­ją­cą lek­tu­rę i za­pro­po­no­wał, że znie­sie wę­giel.

- Dzię­ku­ję za po­moc, Mar­ku. Za­pra­szam na her­ba­tę, jak ci się nie spie­szy - za­pro­po­no­wał pan Teo­fil, kie­dy ostat­nie wia­dro zni­kło w piw­ni­cy.

Wy­rósł już z po­dwór­ka, na któ­rym spę­dza­ły czas dzie­ci, dla­te­go chęt­nie przy­stał na za­pro­sze­nie.

Miesz­ka­nie było jed­no­po­ko­jo­we. Jed­nej oso­bie na­le­żał się je­den po­kój. Ta­kie były prze­pi­sy. Dwóm oso­bom też na­le­żał się je­den, więc sa­mot­ni byli po­nie­kąd uprzy­wi­le­jo­wa­ni. Dla ro­dzin z jed­nym dziec­kiem bra­ko­wa­ło miesz­kań dwu­po­ko­jo­wych. Do­pie­ro dru­gie dziec­ko zwięk­sza­ło szan­sę na przy­dział dwu­po­ko­jo­we­go z kwa­te­run­ku, choć na­dal po­zo­sta­wa­ła ona ilu­zo­rycz­na.

Po­kój był duży i ele­ganc­ko ume­blo­wa­ny. Nie były to tan­det­ne me­blo­ścian­ki, w ja­kich gu­sto­wa­li Po­la­cy go­to­wi od­stać w ko­lej­ce dwie doby, żeby taką "zdo­być". "Zdo­by­wa­no" na­wet pa­pier to­a­le­to­wy. Kie­dy "rzu­ci­li" ja­ki­kol­wiek to­war, przed skle­pa­mi po­ja­wia­ły się ta­siem­co­we ko­lej­ki, peł­zną­ce do przo­du z pręd­ko­ścią śli­ma­ka.

Cze­ka­jąc, aż pan Teo­fil za­pa­rzy her­ba­tę, prze­glą­dał za­war­tość pó­łek. Za­uwa­żył wie­le to­mów li­te­ra­tu­ry kla­sycz­nej. Chęt­nie by się z nimi za­po­znał. Pan Teo­fil po­sta­wił na sto­le czaj­nik z her­ba­tą, ta­le­rzyk z kru­chy­mi cia­stecz­ka­mi i fi­li­żan­ki. Z gdań­skiej sza­fy z krysz­ta­ło­wy­mi szy­ba­mi wy­jął bu­tel­kę wi­śniów­ki i na­lał do mi­nia­tu­ro­wych kie­lisz­ków.

- Uro­dzi­łem się trze­cie­go stycz­nia ty­siąc dzie­więć­set­ne­go roku, więc na­zwi­sko do mnie pa­su­je, je­stem świad­kiem hi­sto­rii dwu­dzie­ste­go wie­ku. Po­cho­dzę z in­te­li­genc­kiej ro­dzi­ny, od po­ko­leń za­sie­dzia­łej w Ga­li­cji. Przed woj­ną do­świad­cza­łem uro­ków bez­tro­skiej mło­do­ści. W sierp­niu ty­siąc dzie­więć­set czter­na­ste­go za­bój­stwo ar­cy­księ­cia Fer­dy­nan­da po­ło­ży­ło kres Bel­le Épo­que i roz­pę­ta­ło tra­gicz­ny ciąg zda­rzeń, któ­re do­pie­ro nie­daw­no ule­gły pew­ne­mu ucy­wi­li­zo­wa­niu. Prze­ży­wa­łem oso­bi­ście wszyst­kie te dra­ma­ty. Pa­mię­tam, pa­mię­tam jak dziś, cała ma­tu­ral­na kla­sa na­sze­go li­ceum, osiem­na­sto­let­ni mło­dzień­cy, o pęcz­nie­ją­cych z dumy prysz­cza­tych twa­rzach, pod­ju­dze­ni pa­trio­tycz­ny­mi fra­ze­sa­mi cy­nicz­ne­go bel­fra, z mło­dzień­czym en­tu­zja­zmem za­cią­gnę­li się do woj­ska. Wma­wia­no im, że zwy­cię­żą i na świę­ta wró­cą do domu. Prze­ma­sze­ru­ją trium­fal­nie uli­ca­mi, ob­rzu­ca­ni kwia­ta­mi przez omdle­wa­ją­ce na ich wi­dok dziew­czę­ta. Prze­ży­ło dwóch, może trzech. Mia­łem to szczę­ście, że by­łem za mło­dy, aby mnie wy­słać do oko­pów.

Wi­dzę, że in­te­re­su­ją cię książ­ki. Pod­czas re­pa­tria­cji z Wil­na stra­ci­łem nie­mal całą bi­blio­te­kę. Szko­da, bo było w niej wie­le bia­łych kru­ków.

- Tro­chę ksią­żek jed­nak zo­sta­ło. Zresz­tą w tym po­ko­ju nie zmie­ści się wię­cej. Tym bar­dziej że pan do­ku­pu­je. Wi­dzę spo­ro no­wo­ści.

- Trze­ba przy­znać, że wła­dze dba­ją o ry­nek wy­daw­ni­czy. Obec­nych na­kła­dów nie da się po­rów­nać z przed­wo­jen­ny­mi. Po pro­stu się nie da. Jak­by przed woj­ną Pol­skę za­miesz­ki­wa­ło ple­mię anal­fa­be­tów. Bio­rę do ręki bar­dzo do­brą, trud­ną po­wieść i co wi­dzę? Na­kład: pięć­dzie­siąt ty­się­cy!

- Co z tego, sko­ro wie­lu ksią­żek nie da się ku­pić. I to tych naj­cie­kaw­szych. Są sprze­da­wa­ne spod lady. - Wszy­scy o tym wie­dzie­li.

- Zga­dza się. Na­kła­dy by­wa­ją róż­ne. Pew­nie chciał­byś wie­dzieć, kim by­łem przed przej­ściem na eme­ry­tu­rę?

- Nie ukry­wam, że mnie to cie­ka­wi.

- By­łem cen­zo­rem. Nie bar­dzo ci się po­do­ba ten za­wód, praw­da?

- No cóż. Chy­ba nikt nie lubi, żeby mu ktoś dyk­to­wał, co może czy­tać.

- Przed woj­ną by­łem dzien­ni­ka­rzem. Pi­sa­łem w wi­leń­skim "Sło­wie". Wte­dy ten za­wód coś zna­czył. Nie było te­le­wi­zji, ra­dio mia­ło ogra­ni­czo­ny za­sięg. Pra­sa kształ­to­wa­ła opi­nie, zna­ne­go dzien­ni­ka­rza słu­cha­no jak wy­rocz­ni. Na­le­ża­łem wpraw­dzie do par­tii, jed­nak sym­pa­ty­zo­wa­łem z Na­ro­do­wą De­mo­kra­cją. To była par­tia pra­wi­co­wa, ukie­run­ko­wa­na na współ­pra­cę z Ro­sją, wro­ga ży­wio­ło­wi ger­mań­skie­mu. Jej za­ło­ży­ciel i przy­wód­ca, Dmow­ski, był ru­so­fi­lem i to się nie zmie­ni­ło na­wet po woj­nie z bol­sze­wi­ka­mi.

Kie­dy do­sta­łem po­wo­ła­nie do woj­ska, mia­łem dwa­dzie­ścia lat. Słu­ży­łem w Dzie­wią­tej Dy­wi­zji. Go­ni­li­śmy się z bol­sze­wi­ka­mi tam i z po­wro­tem. My ich nad Dniestr, oni nas nad Wi­słę, to my ich zno­wu nad Dniestr.

- Na hi­sto­rii o tej woj­nie za wie­le nie mó­wi­li. Tyl­ko, że to była awan­tur­ni­cza po­li­ty­ka Pił­sud­skie­go.

- Po­wiem ci coś, cze­go nie usły­szysz od osób z mo­je­go po­ko­le­nia, wy­cho­wa­nych w kul­cie Mar­szał­ka. Była awan­tur­ni­cza i bez­sen­sow­na. Wy­ja­śnię ci to kie­dy in­dziej. Pod­czas ostat­niej woj­ny na­le­ża­łem do AK. Na Wi­leńsz­czyź­nie to­czy­ły się krwa­we wal­ki. Do­cho­dzi­ło do okrut­nych mor­dów. Nie spie­szy­ło mi się do par­ty­zant­ki, ba­łem się jak dia­bli, jed­nak tak wte­dy na­le­ża­ło po­stą­pić. Pa­mię­tam, jak­by to było wczo­raj.

Pan Teo­fil zdjął oku­la­ry i w za­my­śle­niu prze­cie­rał je szmat­ką.

- Bied­na wieś po­ło­żo­na da­le­ko od szo­sy. We­szli­śmy do niej w po­szu­ki­wa­niu schro­nie­nia, Niem­cy ści­ga­li nas od wie­lu dni i pa­da­li­śmy ze zmę­cze­nia. Za­iste, zna­leź­li­śmy schro­nie­nie. Po­śród tru­pów. Wszy­scy wy­mor­do­wa­ni. Sta­łem bez ru­chu, nie wiem jak dłu­go, i pa­trzy­łem na zwło­ki ca­łej ro­dzi­ny roz­rzu­co­ne na po­dwór­ku, jak­by to były bier­ki rzu­co­ne ręką nie­cier­pli­we­go gra­cza. Czwór­ka dzie­ci, dwie dziew­czyn­ki, dwóch chłop­ców, dro­biazg jesz­cze. I wiesz, co wte­dy po­my­śla­łem? Że i ja przy­ło­ży­łem rękę do tej zbrod­ni. Bo my­śmy z roz­my­słem szczu­li Po­la­ków na Niem­ców. En­de­cja była an­ty­nie­miec­ka. I mię­dzy in­ny­mi z tego szczu­cia Pol­ska pro­wa­dzi­ła sa­mo­bój­czą po­li­ty­kę, któ­rej skut­kiem był wrze­sień trzy­dzie­ste­go dzie­wią­te­go, a po­tem oku­pa­cja nie­miec­ka i so­wiec­ki ucisk. Oni na nas na­pa­dli, a nie mu­sie­li­by, gdy­by spra­wy po­to­czy­ły się ina­czej. Nie mu­sie­li­by. Z tym na­szym szczu­ciem szli­śmy na rękę So­wie­tom. Dmow­ski spo­ty­kał się po­ta­jem­nie z ich am­ba­sa­do­rem1. Nie­daw­no hi­sto­ry­cy do­tar­li do do­ku­men­tów.

- Coś po­dob­ne­go! - Ma­rek nie miał wpraw­dzie po­ję­cia, ja­ki­mi me­an­dra­mi po­dą­ża­ły po­li­tycz­ne in­try­gi Dru­giej Rzecz­po­spo­li­tej, ale ta­kie po­ta­jem­ne spo­tka­nia wy­da­ły mu się po­dej­rza­ne.

- Sły­sza­łeś może o Bo­le­sła­wie Pia­sec­kim? Był przy­wód­cą Fa­lan­gi, naj­bar­dziej ra­dy­kal­ne­go skrzy­dła en­de­cji. To był już nie­mal fa­szyzm. Po­zna­li­śmy się w par­ty­zant­ce, wal­czy­li­śmy w jed­nym zgru­po­wa­niu, choć w róż­nych od­dzia­łach. Po woj­nie zo­stał aresz­to­wa­ny. Z jego ży­cio­ry­sem cza­pa mu­ro­wa­na. Skon­tak­to­wał się ze Sie­ro­wem... Też nie wiesz, kim był? Za­stęp­cą Be­rii.

- O nim już kie­dyś sły­sza­łem.

- Ci, co o nim sły­sze­li wię­cej, mo­gli tej wie­dzy nie prze­żyć. No więc Pia­sec­ki prze­ko­nał Sie­ro­wa, ge­ne­ra­ła Sie­ro­wa, że on coś im, zna­czy NKWD, ma do za­ofe­ro­wa­nia. Bę­dzie pod­ko­py­wał Ko­ściół od we­wnątrz. A mu­sisz wie­dzieć, że przed woj­ną en­de­cja i Ko­ściół to była bli­ska współ­pra­ca. Wi­docz­nie Sie­row pa­mię­tał, że się do­ga­dy­wa­li z Dmow­skim, więc na to po­szedł. Na­dą­żasz?

- Na ra­zie ow­szem.

- Ja też sie­dzia­łem. So­wie­ci zwi­nę­li całe wi­leń­skie AK. Ba­łem się po­twor­nie. Już po mnie, my­śla­łem. W naj­lep­szym ra­zie wy­wio­zą na Sy­be­rię i tam zdech­nę. Przy­szedł do mnie, do celi Pia­sec­ki i mówi:

"Przy­łącz się do mnie, Teo­fil, a wyj­dziesz. Pój­dziesz do cen­zu­ry. By­łeś dzien­ni­ka­rzem, na­da­jesz się, a im bra­ku­je lu­dzi z wy­kształ­ce­niem i do­świad­cze­niem dzien­ni­kar­skim. Ci, co przed woj­ną pi­sa­li w ko­mu­ni­stycz­nych ga­ze­tach, nie żyją albo mają waż­niej­sze za­da­nia. Są re­dak­to­ra­mi na­czel­ny­mi, mi­ni­stra­mi, a do cen­zu­ry ktoś iść musi. Tekst pro­pa­gan­do­wy byle głu­pek na­pi­sze, a w cen­zu­rze po­trze­ba lu­dzi my­ślą­cych".

Po­cząt­ko­wo od­ma­wia­łem. "To nie­pa­trio­tycz­ne", mó­wi­łem, ale mnie prze­ko­nał. No i chcia­łem żyć. Więc się zgo­dzi­łem.

I rze­czy­wi­ście, po­trze­ba było lu­dzi my­ślą­cych. Bo tekst po cen­zu­rze mu­siał wy­glą­dać, jak­by tej in­ge­ren­cji nie było. Au­tor nie za­wsze po­tra­fił prze­ro­bić albo mu nie za­le­ża­ło, więc kie­dy coś trze­ba było jed­nak na­pi­sać, za­da­nie spa­da­ło na cen­zo­ra. Mu­siał pod­po­wie­dzieć, co i jak zmie­nić, żeby się czy­tel­nik nie po­ła­pał, że znik­nął frag­ment ar­ty­ku­łu. A przede wszyst­kim, co znik­nę­ło.

Nie­któ­rzy au­to­rzy mie­li nas za dur­niów. Uwa­ża­li, że je­że­li uży­ją pry­mi­tyw­nej alu­zji, my się nie po­ła­pie­my. Po­tem doj­rze­li, zro­zu­mie­li, że nie tędy dro­ga. Za­miast nas prze­chy­trzać, za­czę­li dys­ku­to­wać, pró­bo­wa­li prze­ko­ny­wać. I oni, i my mie­li­śmy swo­je ra­cje. Dla cen­zo­ra to była nie lada sa­tys­fak­cja, kie­dy usły­szał: "Wła­ści­wie to ma pan ra­cję, le­piej tego nie pi­sać, bo ciem­ny na­ród opacz­nie zro­zu­mie. A mą­drzy i tak poj­mą, o co cho­dzi". In­te­li­gent­ne­mu czy­tel­ni­ko­wi wy­star­czy za­sy­gna­li­zo­wać te­mat i on resz­tę so­bie do­śpie­wa. Zda­rza­li się, wpraw­dzie nie­czę­sto, zda­rza­li się jed­nak spry­cia­rze, któ­rzy po­tra­fi­li wy­pro­wa­dzić cen­zu­rę w pole. W na­kła­dzie pię­ciu ty­się­cy eg­zem­pla­rzy wy­da­no "Sztu­kę ko­cha­nia" Owi­diu­sza, a tam taka pe­reł­ka. Cy­tu­ję: "Lu­dzie źli, okrut­ni, dzi­cy, no po pro­stu bol­sze­wi­cy".

- Ale nu­mer ktoś wy­wi­nął! Ma pan może ten eg­zem­plarz?

- Nie­ste­ty, nie uda­ło mi się go zdo­być. Jest taki ro­syj­ski pio­sen­karz, Wło­dzi­mierz Wy­soc­ki. Pi­sze tek­sty i śpie­wa, a cen­zu­ra na to ze­zwa­la, bo Ro­sja­nie go uwiel­bia­ją. To jego pio­sen­ka: Mo­skwa - Ode­ssa2. Moja ulu­bio­na.

Pan Teo­fil włą­czył im­po­nu­ją­cych roz­mia­rów ma­gne­to­fon szpu­lo­wy. Ma­rek po raz pierw­szy wi­dział taki cud tech­ni­ki.

Raz któ­ryś lecę z Mo­skwy do Ode­ssy

I zno­wu, psia­krew, od­wo­ła­li lot

Wy­ni­ka to ze słów jej wy­so­ko­ści ste­war­des­sy

Ma­je­sta­tycz­nej jak Ae­ro­fłot

Ko­lej­ny ko­mu­ni­kat za­brzmiał znów

Że nad Mur­mań­skiem wyż i nie­bo szcze­re

Przyj­mu­je Ki­jów Ki­szy­niów i Lwów

A ja tam nie chcę, mnie tam po cho­le­rę

- Ro­zu­miesz, taka me­ta­fo­ra. Nie mo­że­my ro­bić tego, co chce­my. I cała Ro­sja śpie­wa pio­sen­ki Wy­soc­kie­go. Gdy­by żył Sta­lin, to by go roz­wa­li­li, jed­nak re­żim zmiękł, więc śpie­wa, co mu w du­szy za­gra, i nikt go nie ru­sza.

Choć za­wód cen­zo­ra wzbu­dzał in­stynk­tow­ną nie­chęć, Ma­rek po­lu­bił te roz­mo­wy. Chło­nął wie­dzę, jaką mu prze­ka­zy­wał pan Teo­fil. Nie do­ty­czy­ła ona nie­ste­ty te­ma­tu, któ­ry go in­te­re­so­wał naj­bar­dziej, czy­li dziew­czyn; po star­szym panu wi­dać było, że nie­wie­le po­tra­fi o płci pięk­nej po­wie­dzieć, ale re­kom­pen­so­wał te bra­ki do­głęb­ną zna­jo­mo­ścią wszyst­kie­go, co się dzia­ło w Pol­sce i na świe­cie przez ostat­nie pół­wie­cze. A przede wszyst­kim zna­jo­mo­ścią me­cha­ni­zmów, ja­kie te dzia­ła­nia uru­cha­mia­ły. Dzię­ki tym roz­mo­wom Ma­rek za­czy­nał le­piej ro­zu­mieć ota­cza­ją­cą go rze­czy­wi­stość.

- Szko­da, że do­pie­ro te­raz po­ją­łem, jak krę­ci się świat - zwie­rzał się pan Teo­fil. - Gdy­bym wie­dział wcze­śniej... No wła­śnie, co mógł­bym zro­bić? Co mógł­bym w swo­im ży­ciu zmie­nić?... Chy­ba nic - od­po­wie­dział sam so­bie po dłuż­szym za­sta­no­wie­niu. - Może wy­emi­gro­wać do Ar­gen­ty­ny, jak Gom­bro­wicz? Taka emi­gra­cja jest do­bra dla czło­wie­ka czy­nu. In­ży­nie­ra, ro­bot­ni­ka. In­te­lek­tu­ali­ście szczę­ścia nie przy­nie­sie. Cie­ka­we py­ta­nie. Co mógł­bym zro­bić ina­czej? Na pew­no nie pi­sał­bym do en­dec­kiej pra­sy ar­ty­ku­łów pod­ju­dza­ją­cych do woj­ny z Niem­ca­mi. Może na­le­ża­ło, prze­wi­du­jąc, co się wy­da­rzy, wstą­pić do par­tii ko­mu­ni­stycz­nej?

- I nie przyj­mo­wać za­pro­sze­nia z Mo­skwy. Po­dob­no Sta­lin wy­koń­czył wszyst­kich pol­skich ko­mu­ni­stów.

- Wszyst­kich to prze­sa­da, nie­któ­rych to on na­wet lu­bił. Ale więk­szość rze­czy­wi­ście źle wte­dy skoń­czy­ła. Jak się było ko­mu­ni­stą, to do Mo­skwy na­le­ża­ło wy­je­chać do­pie­ro po sie­dem­na­stym wrze­śnia. O ile za­pro­si­li. Rów­nie do­brze mo­gli wy­słać do pra­cy w Ka­zach­sta­nie. Do­pie­ro jak for­mo­wa­li Dy­wi­zję Ko­ściusz­kow­ską, to wszyst­kich ide­owych do niej ścią­ga­li. Było ry­zy­ko śmier­ci, jed­nak ci z fron­tu ide­olo­gicz­ne­go na ogół prze­ży­li. "Ko­mi­sa­rzy się kule nie ima­ją", ma­wia­no.

A co da­lej? Trzy lata woj­ny do­mo­wej. Cen­zu­ra do­pie­ro się or­ga­ni­zo­wa­ła i jesz­cze wszyst­kie­go nie ogar­nia­ła. Po­tem pięć lat sta­li­now­skich po­rząd­ków. To były cięż­kie cza­sy. Rów­nież dla ko­mu­ni­stów. Na­le­ża­ło się trzy­mać z boku. Ja­kieś bez­piecz­ne sta­no­wi­sko par­tyj­ne na prze­cze­ka­nie. I gdzie bym wy­brał? Do­kład­nie tam, gdzie by­łem. Bo w cen­zu­rze, wbrew temu, co się wszyst­kim wy­da­je, moż­na zdzia­łać coś do­bre­go. Nie­wie­le, ale jed­nak. Wy­bro­nić war­to­ścio­we utwo­ry. Skło­nić au­to­ra roz­sąd­ny­mi ar­gu­men­ta­mi, żeby po­szedł na kom­pro­mis. Tak się dzia­ło. Po­eci, pi­sa­rze, ma­la­rze two­rzy­li dzie­ła opie­wa­ją­ce par­tię, Sta­li­na i mie­li po­tem wol­ną rękę, bez­pie­ka się od nich od­chrza­nia­ła. Już poza po­li­ty­ką two­rzy­li utwo­ry wy­bit­ne. Wła­dzy po­ka­za­li, że są swoi, że moż­na im ufać. Wku­py­wa­li się za­an­ga­żo­wa­ny­mi utwo­ra­mi. Tak po­stę­po­wa­li: Gał­czyń­ski, Tu­wim, Wa­żyk, Przy­boś, Ta­de­usz Bo­row­ski, zna­ko­mi­ci ma­la­rze. Nie mó­wię o ide­owych ko­mu­ni­stach, lecz o ar­ty­stach, któ­rzy po­szli na układ i dzię­ki temu za­miast cier­pieć prze­śla­do­wa­nia, mo­gli two­rzyć dla do­bra nas wszyst­kich, z pew­ny­mi ogra­ni­cze­nia­mi, któ­re sami so­bie na­kła­da­li albo my im po­ma­ga­li­śmy je za­kre­ślić.

Naj­bar­dziej cier­pia­łem z po­wo­du wła­snej nie­mo­cy twór­czej. Pró­bo­wa­łem pi­sać wier­sze, ale z ja­kie­goś po­wo­du nie po­tra­fi­łem. Przed woj­ną za­po­wia­da­łem się na nie­złe­go po­etę. Wy­da­łem to­mik wier­szy, z któ­re­go by­łem bar­dzo dum­ny. Wpraw­dzie na­kła­dem wła­snym, bo tak się wte­dy wy­da­wa­ło, ale za­wsze to książ­ka na pół­ce. Mo­głem dać w pre­zen­cie, po­chwa­lić się przed zna­jo­my­mi. Ina­czej wte­dy na mnie pa­trzy­li. Sło­wo "po­eta" do­da­wa­ło splen­do­ru. Kie­dy za­sia­dłem za biur­kiem cen­zor­skim, wena bez­pow­rot­nie prze­mi­nę­ła. Zmie­nił się spo­sób my­śle­nia, umysł prze­stał być wol­ny.

- Więc twier­dzi pan, że cen­zu­ra może przy­nieść coś do­bre­go ca­łe­mu spo­łe­czeń­stwu?

- Co by się sta­ło, gdy­by znie­sio­no cen­zu­rę? Bo­ha­te­rom spek­ta­kli te­le­wi­zyj­nych le­piej by się po­wo­dzi­ło. Au­to­rzy sce­na­riu­szy nie opar­li­by się po­ku­sie, żeby po­ka­zać, jak się żyje na Za­cho­dzie. Dzi­siaj zły jest pry­wa­ciarz. Na­wet epi­te­ty dla nie­go wy­my­śla­ją ob­raź­li­we. No­wo­mo­wa, jak z Or­wel­la. Spe­ku­lant! Ba­dy­larz! Pe­li­siarz! To od pe­lis z fu­tra. Dzia­łacz z Wy­dzia­łu Pro­pa­gan­dy KC, któ­ry to wy­my­ślił, do­stał pew­nie pre­mię. Że taki czuj­ny ide­owo. Jedz, jedz te cia­stecz­ka. Z pie­kar­ni na Kra­siń­skie­go. Pry­wat­nej, ma się ro­zu­mieć. Jak­by tu pie­ka­rza prze­ro­bić na ge­szef­cia­rza? - za­sta­na­wia­ją się spe­ce od pro­pa­gan­dy.

Gdy­by Po­la­kom po­ka­zać, jak się żyje na Za­cho­dzie, też by tak chcie­li. Pra­gnie­nie do­bro­by­tu nie­moż­li­we do za­spo­ko­je­nia jest nie­zwy­kle de­struk­cyj­ne dla pań­stwa. Go­muł­ka ro­zu­mie, że Po­la­cy nie mogą żyć na ta­kim po­zio­mie jak na Za­cho­dzie, więc im tego nie na­le­ży po­ka­zy­wać. Nie po­zwa­la na za­dłu­ża­nie kra­ju, zda­jąc so­bie spra­wę, że kre­dy­ty trze­ba spła­cać, a prze­mysł cięż­ki ob­cią­żo­ny pro­duk­cją zbro­je­nio­wą nie do­star­cza su­row­ców nie­zbęd­nych dla prze­my­słu lek­kie­go. Mogę kon­ty­nu­ować? Nie za­nu­dzam cię przy­pad­kiem?

- Nie, nie, pro­szę mó­wić. To cie­ka­we, co pan opo­wia­da, ni­g­dy o ta­kich spra­wach nie my­śla­łem.

- Nie ty je­den. Zna­ko­mi­ta więk­szość Po­la­ków nie ogar­nia pod­sta­wo­wych za­sad eko­no­mii. Ich ocze­ki­wa­nia spro­wa­dza­ją się do niż­szych norm, tań­szej wód­ki i kieł­ba­sy. I to na­tych­miast! Taki mają ho­ry­zont my­ślo­wy.

- A po woj­nie? Jak było po woj­nie? - do­py­ty­wał Ma­rek.

- A jak mia­ło być? Kraj zruj­no­wa­ny. Pa­no­wał głód, nie było się gdzie po­dziać, bo w wie­lu mia­stach więk­szość do­mów zo­sta­ła zbu­rzo­na. Na wsi nie­le­piej. Niem­cy pa­li­li całe wio­ski. Trze­ba było od­bu­do­wy­wać z ruin domy i fa­bry­ki, roz­mi­no­wy­wać, upra­wiać zie­mię. Po­trzeb­na była ja­kaś for­ma spra­wie­dli­wo­ści, so­li­dar­no­ści spo­łecz­nej, tu było po­par­cie zde­cy­do­wa­nej więk­szo­ści na­ro­du. Choć woj­na się skoń­czy­ła, w go­spo­dar­ce na­dal obo­wią­zy­wa­ły wo­jen­ne za­sa­dy. Zna­cjo­na­li­zo­wa­no prze­mysł, prze­pro­wa­dzo­no re­for­mę rol­ną, par­ce­lu­jąc więk­sze ma­jąt­ki. Skon­fi­sko­wa­ną zie­mię przy­dzie­la­no bie­do­cie wiej­skiej albo za­kła­da­no PGR-y. Bez tych re­form na­ród cier­piał­by jesz­cze więk­szą bie­dę. Po kil­ku la­tach, po ilu do­kład­nie to kwe­stia do dys­ku­sji, ten ko­mu­nizm wo­jen­ny za­czął przy­no­sić wię­cej szko­dy niż po­żyt­ku. Bo ja uwa­żam, że na­wet kil­ka lat po woj­nie ko­mu­ni­stycz­na go­spo­dar­ka rów­no­wa­ży­ła ko­rzy­ści z nie­wąt­pli­wy­mi szko­da­mi. Do­pie­ro póź­niej za­czę­ły się scho­dy. Cen­zu­ra bro­ni­ła tych re­form. Zie­miań­stwu wy­własz­cze­nie nie mo­gło się po­do­bać. To się po­nie­kąd wią­za­ło z woj­ną do­mo­wą. Tyl­ko bez­sil­ną wście­kło­ścią po utra­cie ma­jąt­ku, któ­ry na­le­żał do ro­dzi­ny od po­ko­leń, moż­na tłu­ma­czyć bez­sen­sow­ny opór. Cy­nicz­ni sta­ty­ści po­tra­fi­li wcią­gnąć do tej krwa­wej roz­gryw­ki na­iw­ną, pa­trio­tycz­ną mło­dzież.

Pro­blem obec­nej eki­py po­le­ga na tym, że przy­szło jej się zmie­rzyć z kil­ko­ma wy­zwa­nia­mi jed­no­cze­śnie. Po pierw­sze, mamy nie­spo­ty­ka­ny wyż de­mo­gra­ficz­ny. Po­trze­ba szkół, wyż­szych uczel­ni, miejsc pra­cy i miesz­kań. W tej wła­śnie ko­lej­no­ści. Pa­mię­tasz tę ak­cję za Go­muł­ki: Ty­siąc szkół na ty­siąc­le­cie? Gdy­by w tym cza­sie nie pro­du­ko­wa­no ty­się­cy czoł­gów, by­ło­by ła­twiej. Miej­sca pra­cy - ko­lej­ne wy­zwa­nie. Szcze­cin jest mia­stem szcze­gól­nym. Więk­szość fa­bryk zo­sta­ła zbu­rzo­na, a to, co po­zo­sta­ło, roz­sza­bro­wa­ła Ar­mia Czer­wo­na. Wszyst­ko, co się dało, de­mon­to­wa­li i wy­wo­zi­li jako re­pa­ra­cje wo­jen­ne. Dla nich to było mie­nie po­nie­miec­kie. Ła­twiej jest jed­nak od­bu­do­wać zde­wa­sto­wa­ny za­kład niż bu­do­wać od pod­staw. Dla­te­go na Zie­miach Za­chod­nich miejsc pra­cy ni­g­dy nie bra­ko­wa­ło. Ofi­cjal­na pro­pa­gan­da prze­pro­wadz­kę na za­chód przed­sta­wia­ła jako ro­man­tycz­ne osad­nic­two, jak z we­ster­nu. Wła­dzom za­le­ża­ło na two­rze­niu fak­tów do­ko­na­nych, żeby Pol­ska nad Odrą moc­no po­sta­wi­ła sto­pę.

Ina­czej się mia­ła sy­tu­acja w Pol­sce wschod­niej. To był od wie­ków naj­bar­dziej za­co­fa­ny re­gion. Za­bo­bon­ni ka­to­li­cy obar­cze­ni wszel­ki­mi przy­wa­ra­mi na­szej na­cji. Przede wszyst­kim chci­wość i za­wiść. W ta­kim kra­ju trud­no bu­do­wać od pod­staw. Na­dal jest jak w Mo­na­cho­ma­chii:

W mie­ście, po­nie­waż zbiór pu­stek tak zo­wiem,

W god­nym sie­dli­sku i chło­pa, i Żyda,

W mie­ście - gród, ziem­stwo trzy­ma­ło al­bo­wiem

Sta­re za­mczy­sko, pu­sto­ty ohy­da -

Było trzy karcz­my, bram czte­ry ułom­ki,

Klasz­to­rów dzie­więć i gdzie­nie­gdzie dom­ki.

W tej za­wo­ła­nej zie­miań­skiej sto­li­cy

Wie­leb­ne głup­stwo od wie­ków sie­dzia­ło;

Pod sta­ro­żyt­nej schro­nie­niem świąt­ni­cy

Pra­wych czci­cie­lów swo­ich utu­cza­ło.

Zbie­gał się wier­ny lud; a w oko­li­cy

Wszyst­ko od­gło­sem uwiel­bie­nia brzmia­ło3.

Do od­bu­do­wy nie­zbęd­ny był prze­mysł cięż­ki pro­du­ku­ją­cy stal i ce­ment. Jed­nak żeby uru­cho­mić zruj­no­wa­ne fa­bry­ki, po­trzeb­ne były ogrom­ne in­we­sty­cje. Kre­dy­ty na do­god­nych wa­run­kach mo­gli­śmy uzy­skać od Ame­ry­ka­nów z Pla­nu Mar­shal­la. Nie­ste­ty ZSRR ze wzglę­dów ide­owych na­ka­zał z nich zre­zy­gno­wać. Oszczęd­no­ści kra­jo­wych nie było, za­re­kwi­ro­wa­li je oku­pan­ci, zresz­tą przed woj­ną też były nie­wiel­kie. Po­zo­sta­wa­ło jed­no wyj­ście: za­osz­czę­dzić na pła­cach. Nie dało się wy­ci­skać z oby­wa­te­li środ­ków na fi­nan­so­wa­nie prze­my­słu cięż­kie­go i lek­kie­go. Albo-albo. Dy­le­mat zo­stał roz­strzy­gnię­ty kosz­tem prze­my­słu lek­kie­go, któ­ry wy­twa­rza pro­duk­ty przy­dat­ne lu­dziom. Ogra­ni­cze­nie płac da­wa­ło po­dwój­ną ko­rzyść. Pań­stwo zy­ski­wa­ło środ­ki na in­we­sty­cje, a Po­la­ków za ich nędz­ne pen­sje stać było je­dy­nie na za­kup pod­sta­wo­wych pro­duk­tów, więc mi­ze­ria prze­my­słu lek­kie­go nie skut­ko­wa­ła in­fla­cją. Pol­ska ko­mu­ni­stycz­na oka­za­ła się sku­tecz­na w od­bu­do­wie znisz­czeń, za­pew­nie­niu da­chu nad gło­wą i wy­ży­wie­niu wszyst­kich oby­wa­te­li, czy­li za­spo­ko­je­niu pod­sta­wo­wych po­trzeb. Kie­dy naj­gor­sze mi­nę­ło, znisz­cze­nia zo­sta­ły usu­nię­te i ja­koś to prze­ży­li­śmy, z punk­tu wi­dze­nia pro­pa­gan­dy było już tyl­ko go­rzej. Cen­zu­ra mu­sia­ła bro­nić nie­po­pu­lar­nych de­cy­zji. Po­la­kom trud­no było zro­zu­mieć, że mu­szą się zbro­ić, żeby ode­przeć agre­sję z Za­cho­du, któ­ry uwa­ża­li za so­jusz­ni­ka i wzór do na­śla­do­wa­nia. Jed­nak PZPR, wy­ko­nu­jąc po­le­ce­nia z Krem­la, za­ka­za­ła wszel­kich dy­wa­ga­cji na ten te­mat. "Za­chód jest na­szym wro­giem. Ko­niec dys­ku­sji!"

Po­świę­ce­nie ca­łe­go na­ro­du do­pro­wa­dzi­ło do uprze­my­sło­wie­nia. Uwa­run­ko­wa­nia mię­dzy­na­ro­do­we, zim­na woj­na, spo­wo­do­wa­ły, że pro­duk­cja prze­my­słu cięż­kie­go za­miast na po­trze­by prze­my­słu lek­kie­go, czy­li nas wszyst­kich, idzie na czoł­gi i ar­ma­ty, a moż­na by z niej wal­co­wać bla­chy, któ­re prze­mysł lek­ki prze­ro­bi na pral­ki, lo­dów­ki, sa­mo­cho­dy, a na­wet ta­kie cuda tech­ni­ki jak zmy­war­ki do na­czyń, któ­re u nich, na Za­cho­dzie, moż­na już po­dob­no ku­pić. Nie wspo­mi­na­jąc o sta­li nie­zbęd­nej do bu­do­wy miesz­kań. Za­miast do­bro­by­tu mamy sto sie­dem­na­sty pułk czoł­gów. Je­że­li się nie da żyć jak na Za­cho­dzie, to le­piej tego nie po­ka­zy­wać, bo w ten spo­sób Po­la­ków wpę­dzi­my w de­pre­sję. A na­wet tak się wku­rzą, że za­czną my­śleć o zmia­nie sys­te­mu. Na ra­zie jesz­cze nie ustro­ju, bo do ta­kie­go my­śle­nia nie doj­rze­li­śmy, ale do zmia­ny sys­te­mu. Ina­czej mó­wiąc: o re­for­mach. Za­cza­dzi­my umy­sły ma­rze­nia­mi, ja­kich nie da się speł­nić.

- Czy­li to zbro­je­nia od­po­wia­da­ją za bie­dę? Czy mu­si­my się aż tak zbro­ić?

- Za­czy­na się od za­tru­tych słów. One nic nie kosz­tu­ją. Tak się przy­naj­mniej wy­da­je tym, któ­rzy nimi bez­myśl­nie sza­fu­ją. "Jak świat świa­tem, Nie­miec Po­la­ko­wi ni­g­dy bra­tem". Trud­no o bar­dziej kłam­li­wy slo­gan. Przez dwie­ście pięć­dzie­siąt lat, czy­li do roz­bio­rów, gra­ni­ca po­mię­dzy Rze­szą Nie­miec­ką a Pol­ską się nie zmie­ni­ła. Ostat­nia woj­na z Za­ko­nem Krzy­żac­kim za­koń­czy­ła się w ty­siąc pięć­set dwu­dzie­stym pierw­szym roku. Na­stęp­na była we wrze­śniu ty­siąc dzie­więć­set trzy­dzie­ste­go dzie­wią­te­go, bo roz­bio­ry od­by­ły się prak­tycz­nie bez jed­ne­go wy­strza­łu. Świat nie zna dru­gie­go ta­kie­go przy­pad­ku. W tym cza­sie po­mię­dzy Fran­cją a jej za­chod­ni­mi są­sia­da­mi: Mo­nar­chią Habs­bur­gów, Zjed­no­czo­ny­mi Pro­win­cja­mi, czy­li Ho­lan­dią, Bra­ban­cją i nie­ist­nie­ją­cą już Bur­gun­dią, woj­ny to­czy­ły się nie­ustan­nie z krót­ki­mi prze­rwa­mi na zła­pa­nie od­de­chu przed ko­lej­ną ba­ta­lią.

Opluć są­sia­dów i na­zwać zdraj­ca­mi wszyst­kich, któ­rzy się sprze­ci­wia­ją. Po­śród nie­na­wist­nej wrza­wy pro­pa­gan­da cięż­ko pra­co­wa­ła, by wy­do­być to ar­cha­icz­ne uczu­cie z głę­bi pod­świa­do­mo­ści. Obrzy­dli­wy, nie­ste­ty spraw­dza­ją­cy się w po­li­ty­ce me­cha­nizm. Ci, któ­rzy go uru­cha­mia­ją, nie po­no­szą żad­nych kon­se­kwen­cji. Zbrod­nia­rzom wo­jen­nym zda­rza­ło się nie­kie­dy za­siąść na ła­wie oskar­żo­nych. Ale tym, któ­rzy do woj­ny szczu­li? Ni­g­dy! Oni po­zo­sta­ją bez­kar­ni.

- Prze­cież bez prze­rwy ob­rzu­ca się bło­tem Za­chód, a cen­zu­ra na to ze­zwa­la. Czy to nie jest szczu­cie?

- Masz ra­cję, ale ta­kie są dy­rek­ty­wy so­wiec­kie, na któ­re nie mamy wpły­wu. Mu­si­my się im pod­po­rząd­ko­wać.

- Pana sło­wa są ta­kie przy­gnę­bia­ją­ce, jak­bym słu­chał hym­nu na cześć ludz­kiej głu­po­ty.

- Za­sta­na­wia­łeś się może nad Sien­kie­wi­czem? Wiel­ki pi­sarz, lau­re­at Na­gro­dy No­bla... Pra­ca w cen­zu­rze mia­ła swo­je za­le­ty. We Wro­cła­wiu w czter­dzie­stym ósmym roku od­był się Świa­to­wy Kon­gres In­te­lek­tu­ali­stów w Obro­nie Po­ko­ju4. Sły­sza­łeś o tej im­pre­zie?

Pan Świa­dek lu­bił wda­wać się w dłu­gie i za­wi­łe dy­gre­sje.

- Coś mi się obi­ło o uszy.

- O uszy ci się obi­ło? Wiel­ka, pro­pa­gan­do­wa im­pre­za i co cie­ka­we, rze­czy­wi­ście mię­dzy­na­ro­do­wa. Do Wro­cła­wia przy­je­cha­li naj­wy­bit­niej­si in­te­lek­tu­ali­ści z ca­łe­go świa­ta. Wpraw­dzie de­le­ga­cja ra­dziec­ka pu­ści­ła na sali ob­rad ta­kie­go bąka, że smród się roz­niósł po ca­łym świe­cie, ale ogól­nie bio­rąc, Kon­gres był suk­ce­sem władz PRL. De­le­ga­tem oczy­wi­ście nie by­łem, choć do Wro­cła­wia po­je­cha­łem. Przed­wo­jen­ny in­te­li­gent, znam an­giel­ski i fran­cu­ski. Wła­dze po­trze­bo­wa­ły ko­goś ta­kie­go w ku­lu­arach, do nie­ofi­cjal­nych roz­mów. Więc roz­ma­wia­łem, roz­ma­wia­łem - roz­ma­rzył się pan Teo­fil. - Pew­ne­go razu bra­łem udział w pa­sjo­nu­ją­cej dys­ku­sji. Przy sto­li­ku w Piw­ni­cy Świd­nic­kiej5 sie­dzie­li­śmy w trój­kę. Gra­ham Gre­ene, Sło­nim­ski i ja. Roz­ma­wia­li­śmy, a jak­że, o li­te­ra­tu­rze. Roz­mo­wa ze­szła na no­bli­stów. I wiesz, co Gra­ham wte­dy po­wie­dział?

- Nie mam po­ję­cia - przy­znał Ma­rek, nie pró­bu­jąc zga­dy­wać.

- Nie spo­tka­łem dru­gie­go pi­sa­rza tak złak­nio­ne­go krwi jak wasz Sien­kie­wicz. U nie­go opi­sy okrut­nych mor­dów są ucztą li­te­rac­ką. Za­chły­stu­je się roz­le­wem krwi. On to okrut­ne wbi­ja­nie na pal "czer­ni" ko­zac­kiej wiel­bi całą du­szą6.

- Ow­szem, masz ra­cję, ale jak to jest na­pi­sa­ne! - od­po­wie­dział An­to­ni.

- I w tym leży sed­no. Nie­waż­ne, jaka jest praw­da, li­czy się in­ter­pre­ta­cja. Wte­dy to zro­zu­mia­łem, co po­zwo­li­ło mi zna­leźć sa­tys­fak­cję w pra­cy cen­zo­ra. A co do Sien­kie­wi­cza, to kie­dy zo­stał strą­co­ny z pie­de­sta­łu, na któ­rym go po­sta­wił na­ród, przy­szła mi do gło­wy ob­ra­zo­bur­cza myśl: A Wo­ło­dy­jow­ski? Prze­cież nie mu­siał się za­bi­jać, mógł wy­sa­dzić twier­dzę, pod­pa­la­jąc lont, i uciec. Ale nie, on wy­brał śmierć sa­mo­bój­czą, któ­ra jest grze­chem śmier­tel­nym. I taki grzesz­nik ma być sym­bo­lem mi­ło­ści do oj­czy­zny? Ko­ściół zna­lazł roz­wią­za­nie tego pa­ra­dok­su. Nie na­zy­wać sa­mo­bój­stwa sa­mo­bój­stwem, lecz ak­tem po­świę­ce­nia dla oj­czy­zny! Za­po­mnie­li tyl­ko wy­ja­śnić, jaką to ko­rzyść od­nio­sła Rzecz­po­spo­li­ta z tego aktu po­świę­ce­nia. Je­że­li już, to stra­tę, bo mógł jesz­cze dłu­go słu­żyć oj­czyź­nie. Bro­nić jej, pło­dzić i wy­cho­wy­wać dzie­ci, a może ulżyć doli swo­ich nie­wol­ni­ków. Nic to. Nic to.

- Ja­kich zno­wu nie­wol­ni­ków? - zdzi­wił się Ma­rek.

- Chłop pańsz­czyź­nia­ny był wy­zy­ski­wa­ny wprost nie­praw­do­po­dob­nie. Żyło mu się czę­sto go­rzej niż nie­wol­ni­ko­wi w sta­ro­żyt­nym Rzy­mie. Czy wiesz, że "karą", jaką po­no­sił dzie­dzic za za­bi­cie chło­pa, był mie­siąc aresz­tu i od­by­cie po­ku­ty na­ka­za­nej przez księ­dza?

- Pew­nie zbrod­niarz na­wet nie mu­siał od­sia­dy­wać kary.

- Na pew­no. Szlach­ta, pa­no­wie bra­cia, jak sie­bie na­zy­wa­li, krzyw­dy by so­bie nie zro­bi­li. Prze­cież brat nie skrzyw­dzi bra­ta... Wy­star­czy na dzi­siaj. Do pańsz­czy­zny jesz­cze kie­dyś po­wró­ci­my, bo to był rak, któ­ry zże­rał tkan­kę pań­stwa, do­pro­wa­dza­jąc do jego upad­ku.

Jesz­cze dłu­go po­no­si­li­śmy kon­se­kwen­cje pańsz­czy­zny. Kie­dy wy­bu­chła woj­na z Bol­sze­wi­ka­mi, chło­pi uni­ka­li po­bo­ru, a na­wet de­zer­te­ro­wa­li. Sy­tu­ację uzdro­wi­ło do­pie­ro po­wo­ła­nie na pre­mie­ra Win­cen­te­go Wi­to­sa. Wi­tos, sam chłop, ro­zu­miał wieś, któ­ra mu ufa­ła. Po jego ode­zwie na­sta­wie­nie chło­pów do woj­ny się zmie­ni­ło.

Na za­koń­cze­nie roz­mo­wy pan Teo­fil wy­szedł z pew­ną pro­po­zy­cją.

- Mam dla cie­bie ofer­tę. Raz w ty­go­dniu przy­nie­siesz wę­giel na cały ty­dzień. Ku­pi­łem na­wet bryt­fan­nę, w któ­rej się zmie­ści kil­ka wia­der. Na­rą­biesz drew­na na pod­pał­kę. Zro­bisz za­ku­py. Ta­kie pro­duk­ty, któ­re moż­na ku­pić w Sa­mie bez wy­sta­wa­nia w ko­lej­ce. Mąka, cu­kier, chleb, pro­szek do pra­nia. Wy­cho­dzi kil­ka ki­lo­gra­mów, a ja mam pro­ble­my z krę­go­słu­pem. Będę ci pła­cił. Pięć­dzie­siąt zło­tych.

- To dużo pie­nię­dzy. Wię­cej niż moje kie­szon­ko­we.

- Mam przy­zwo­itą eme­ry­tu­rę - roz­wiał wąt­pli­wo­ści Mar­ka star­szy pan. - Mo­żesz zo­stać na ko­la­cji. Przy­go­tu­ję wte­dy coś sma­ko­wi­te­go. Ja będę bro­nił cen­zu­ry, wy­ja­śniał, dla­cze­go jest po­trzeb­na, a ty wy­tkniesz błę­dy w moim ro­zu­mo­wa­niu.

Pan Teo­fil po­waż­nie pod­szedł do swo­je­go za­da­nia. W każ­dy po­nie­dzia­łek po lek­cjach Ma­rek za­czy­nał od wy­nie­sie­nia wia­dra po­pio­łu i przy­nie­sie­nia pię­ciu wia­der wę­gla. W znaj­du­ją­cym się w po­ko­ju du­żym pie­cu ka­flo­wym pan Teo­fil pa­lił co­dzien­nie, a w nie­wiel­kim boj­le­rze, w któ­rym pod­grze­wał wodę do ką­pie­li, raz na kil­ka dni. Jako je­den z nie­licz­nych w skła­da­ją­cym się z sze­ściu ka­mie­nic blo­ku za­mie­nił że­liw­ny piec wę­glo­wy w kuch­ni na elek­trycz­ny z pie­kar­ni­kiem. Miał lo­dów­kę "Śnież­ka" i pral­kę pół­au­to­ma­tycz­ną, po­pu­lar­ną "Fra­nię". W oczach Mar­ka miesz­ka­nie było kom­for­to­we i zna­ko­mi­cie wy­po­sa­żo­ne.

Brał kart­kę z wy­pi­sa­ny­mi za­ku­pa­mi i szedł do Samu. Po­tem od­wie­dzał ry­nek przy Pla­cu Ki­liń­skie­go, gdzie uzu­peł­niał za­ku­py o świe­że wa­rzy­wa, któ­rych za­wsze było pod do­stat­kiem. Wśród kra­jów ko­mu­ni­stycz­nych je­dy­nie w Pol­sce były do­stęp­ne w wiel­kiej ob­fi­to­ści i po przy­stęp­nych ce­nach. Zdro­we od­ży­wia­nie Po­la­cy za­wdzię­cza­li wy­szy­dza­ne­mu po­wszech­nie Go­muł­ce, któ­ry obro­nił przed za­ku­sa­mi Mo­skwy pol­skich rol­ni­ków i nie do­pu­ścił do peł­nej ko­lek­ty­wi­za­cji. Więk­szość grun­tów rol­nych po­zo­sta­ła w pry­wat­nych rę­kach. Pań­stwo­we go­spo­dar­stwa rol­ne za­kła­da­no głów­nie na Zie­miach Od­zy­ska­nych, czy­li ode­bra­nych Niem­com, więc nie za­cho­dzi­ła po­trze­ba wy­własz­cza­nia rol­ni­ków. Przy­pad­ki zmu­sza­nia do ko­lek­ty­wi­za­cji były ogra­ni­czo­ne do sto­sun­ko­wo nie­wiel­kie­go are­ału, co nie umniej­sza­ło krzyw­dy rol­ni­ków do­tknię­tych tym nie­szczę­ściem7.

Pod­czas ko­la­cji za­czy­na­ła się oży­wio­na dys­ku­sja. Pan Teo­fil wpro­wa­dzał Mar­ka w skom­pli­ko­wa­ne re­gu­ły, ja­kie rzą­dzą świa­tem, pro­wo­ku­jąc dys­ku­sje, nie­raz po­przez kon­tro­wer­syj­ne i ob­ra­zo­bur­cze stwier­dze­nia. Szko­ła nie dba­ła o kształ­to­wa­nie cha­rak­te­rów mło­dych Po­la­ków. Li­czy­ła się wie­dza spro­wa­dza­ją­ca się do bez­myśl­ne­go opa­no­wa­nia sze­re­gu re­guł, wzo­rów, dat oraz de­fi­ni­cji, któ­re w zna­ko­mi­tej więk­szo­ści do ni­cze­go się w ży­ciu nie przy­da­wa­ły. Nie­licz­ny­mi wy­jąt­ka­mi były kół­ka za­in­te­re­so­wań pro­wa­dzo­ne przez pa­sjo­na­tów.

Tego dnia roz­mo­wa ze­szła na ko­mu­nizm, co było nie­uchron­ne. Nie da się żyć w tym ustro­ju, nie za­sta­na­wia­jąc się nad jego wa­da­mi - licz­ny­mi - i za­le­ta­mi - nie­licz­ny­mi.

- Nie­ła­two jest jed­no­znacz­nie oce­nić ko­mu­nizm. W oczach wie­lu ma same wady. Nie da się za­prze­czyć, że to ustrój opre­syj­ny, w któ­rym lu­dziom żyje się źle. Je­dy­nie nie­licz­na gru­pa apa­rat­czy­ków ma się cał­kiem nie­źle. Jed­nak to nie cała praw­da. W pew­nych ob­sza­rach ten ustrój ma suk­ce­sy.

Zmia­na sto­sun­ków spo­łecz­nych w Pol­sce na­stą­pi­ła w wy­jąt­ko­wo ko­rzyst­nym dla ko­mu­ni­stów okre­sie. Zbrod­nie po­peł­nia­ne przez Trze­cią Rze­szę skoń­czy­ły się za spra­wą Ar­mii Czer­wo­nej. Gdzie dzi­siaj by­li­by­śmy, gdy­by to Trze­cia Rze­sza wy­gra­ła woj­nę? Po­ło­wa Po­la­ków by tego zwy­cię­stwa nie prze­ży­ła. Hi­tler to ja­sno wy­ło­żył w Mein Kampf. Ta prost­sza, nie­wy­kształ­co­na część na­ro­du do­sko­na­le to ro­zu­mia­ła. Nie­ste­ty eli­ty szu­ka­ły wszel­kich wy­krę­tów, byle nie przy­znać, że to wy­sił­ko­wi zbroj­ne­mu ZSRR nasz na­ród za­wdzię­czał prze­trwa­nie. Pol­ska nie jest taka, ja­kiej by­śmy pra­gnę­li, nie­pod­le­gła i bo­ga­ta, ale jest i spo­ra w tym za­słu­ga pol­skich ko­mu­ni­stów, któ­rzy po­tra­fi­li się po­ro­zu­mieć ze Sta­li­nem, co nie było ła­twe ani bez­piecz­ne. Jed­no nie­opatrz­nie wy­po­wie­dzia­ne zda­nie i czło­wiek zni­kał na za­wsze.

We wto­rek pan Teo­fil po­sta­no­wił wy­gło­sić wy­kład na te­mat eko­no­mii ko­mu­ni­zmu. Roz­po­czął od de­kla­ra­cji:

- Obo­wią­zu­je do­gmat, że tyl­ko pań­stwo może być wła­ści­cie­lem za­kła­dów pra­cy, a naj­le­piej jesz­cze zie­mi rol­nej. Ko­mu­ni­ści nie po­tra­fią so­bie z tym pro­ble­mem po­ra­dzić, bo pań­stwo­wa wła­sność środ­ków pro­duk­cji się nie spraw­dza. Wszę­dzie tam, gdzie wła­ści­cie­lem jest pań­stwo, za­kła­dy pro­du­ku­ją wy­ro­by, któ­re znaj­du­ją na­byw­ców tyl­ko dla­te­go, że nasz ry­nek jest za­mknię­ty na kon­ku­ren­cję z Za­cho­du, nie wspo­mi­na­jąc o za­po­ro­wej ce­nie do­la­ra. Wy­star­czy prze­ka­zać taki za­kład oso­bie pry­wat­nej, na­wet do­tych­cza­so­we­mu dy­rek­to­ro­wi, a sta­je się cud. Są licz­ne przy­pad­ki z Ju­go­sła­wii, gdzie czę­ścio­wo spry­wa­ty­zo­wa­no pro­duk­cję. Rów­nież w ZSRR był okres, na­zy­wa­ny NEP, No­wa­ja Eko­no­mi­cze­ska­ja Po­li­ti­ka, kie­dy ze­zwo­lo­no na pry­wat­ną wła­sność. Go­spo­dar­ka z dnia na dzień roz­kwi­tła. Ko­mu­ni­ści po­spiesz­nie za­koń­czy­li ten eks­pe­ry­ment.

- Dla­cze­go? Sko­ro przy­no­sił do­bre re­zul­ta­ty?

- Nie do­my­ślasz się? Wła­śnie dla­te­go! Prze­cież to był nie­pod­wa­żal­ny do­wód, że cała ta szem­ra­na teo­ria o wyż­szo­ści spo­łecz­nej wła­sno­ści środ­ków pro­duk­cji to to­tal­na bzdu­ra. Im nie cho­dzi­ło o to, żeby lu­dziom żyło się le­piej, tyl­ko żeby za­cho­wać wła­dzę.

- Czy nie mo­gli po­zwo­lić na pry­wat­ne fa­bry­ki, nie tra­cąc przy oka­zji wła­dzy?

- Do­bre py­ta­nie. Może nie pró­bo­wa­li? Ten, kto wy­my­śli spo­sób na po­go­dze­nie ka­pi­ta­li­zmu z dyk­ta­tu­rą par­tii ko­mu­ni­stycz­nej, moim zda­niem osią­gnie suk­ces. To by sta­no­wi­ło w ter­mi­no­lo­gii mark­si­stow­skiej ode­rwa­nie bazy, czy­li wła­sno­ści środ­ków pro­duk­cji, od nad­bu­do­wy, czy­li sys­te­mu mo­no­par­tyj­ne­go. Jak się za­sta­no­wić, to de­mo­kra­cja ozna­cza ogrom­ny ba­ła­gan i mar­no­traw­stwo. Wal­ka po­li­tycz­na po­mię­dzy par­tia­mi jest bez­li­to­sna. Czy mo­nar­chia, czy par­tia ko­mu­ni­stycz­na, nie ma więk­sze­go zna­cze­nia, je­że­li nie będą się wtrą­cać do go­spo­dar­ki i za­do­wo­lą wła­dzę po­li­tycz­ną. Przez ty­sią­ce lat wszel­kiej ma­ści dyk­ta­to­rom to wy­star­cza­ło, co naj­wy­żej sami się przy oka­zji wzbo­ga­ca­li, aż po­ja­wi­li się ko­mu­ni­ści, za­własz­czy­li go­spo­dar­kę, do­pro­wa­dza­jąc do jej chro­nicz­nej nie­wy­dol­no­ści.

Sa­mot­ność drę­czy­ła pana Teo­fi­la. Nie miał z kim po­roz­ma­wiać. Przed są­sia­da­mi się nie otwie­rał, z oba­wy, że go po­tę­pią. Cen­zu­ra nie była w PRL lu­bia­na. Zresz­tą byli to pro­ści lu­dzie, z któ­ry­mi nie znaj­do­wał wspól­nych te­ma­tów. Tak zwa­na in­te­li­gen­cja pra­cu­ją­ca, kla­sa spo­łecz­na wy­my­ślo­na na po­trze­bę teo­rii, po­zo­sta­wa­ła sto­sun­ko­wo nie­licz­na. Spo­tka­nia to­wa­rzy­skie były wy­da­rze­nia­mi ka­me­ral­ny­mi, w za­mknię­tym gro­nie. Oba­wia­no się do­no­si­ciel­stwa. Wpraw­dzie do­nos nie gro­ził już po­waż­ny­mi kon­se­kwen­cja­mi, jak w cza­sach sta­li­now­skich, lecz ży­cia z pew­no­ścią nie uła­twiał.

Za­szu­flad­ko­wa­ny jako czło­wiek re­żi­mu były pra­cow­nik cen­zu­ry mógł się spo­dzie­wać, że zna­jo­mi i są­sie­dzi będą go uni­ka­li. Nie na­le­ża­ło ich za to wi­nić. Nie­jed­na ka­rie­ra za­ła­ma­ła się z po­wo­du nie­bacz­nie wy­po­wie­dzia­nych słów. Dla­te­go zna­jo­mość z Mar­kiem była dla pana Teo­fi­la taka cen­na. Za kie­szon­ko­we do­sta­wał drob­ne przy­słu­gi, ale przede wszyst­kim zy­ski­wał part­ne­ra do roz­mów. Mógł przy oka­zji prze­ka­zy­wać Mar­ko­wi swo­ją roz­le­głą wie­dzę. Był mą­drym czło­wie­kiem, któ­re­mu przy­szło żyć w cza­sach ta­kim jak on wy­bit­nie nie­sprzy­ja­ją­cych.

- Świat się zmie­nia na na­szych oczach. Te zmia­ny na­stę­pu­ją co­raz szyb­ciej. Taka jest na­tu­ral­na ko­lej rze­czy. Naj­waż­niej­sze jed­nak, żeby po­now­nie nie po­grą­żył się w ot­chła­ni woj­ny. Prze­ży­łem trzy, na dwóch za­bi­ja­łem i pró­bo­wa­no mnie za­bić. To, że żyję, że mogę z tobą roz­ma­wiać, jest wy­łącz­nie kwe­stią szczę­ścia. Na woj­nie nie ma zna­cze­nia, czyś bo­ha­ter, czy tchórz. O prze­ży­ciu de­cy­du­je śle­py los.

- Skąd może na­dejść trze­cia woj­na świa­to­wa?

- By­li­śmy dwu­krot­nie o krok od woj­ny ato­mo­wej. Pod­czas woj­ny ko­re­ań­skiej i sto­sun­ko­wo nie­daw­no, bo w ty­siąc dzie­więć­set sześć­dzie­sią­tym trze­cim pod­czas kry­zy­su ku­bań­skie­go. Miej­my na­dzie­ję, że taka sy­tu­acja już się nie po­wtó­rzy.

- Kie­dy pan wspo­mniał kry­zys ku­bań­ski, uświa­do­mi­łem so­bie, jak nie­daw­no to się zda­rzy­ło. By­łem dziec­kiem, a śni­ła mi się kil­ka razy woj­na ato­mo­wa. Wi­dzia­łem przez okno grzyb ato­mo­wy wy­ra­sta­ją­cy na ho­ry­zon­cie. To były prze­ra­ża­ją­ce sny.

- Nie by­łeś wy­jąt­kiem, wie­lu mia­ło po­dob­ne sny. Strach to za­raź­li­wa cho­ro­ba, któ­ra prze­no­si się z czło­wie­ka na czło­wie­ka szyb­ciej niż gry­pa.

- Czy na­praw­dę by­li­śmy wte­dy bli­scy za­gła­dy?

- Pod­czas woj­ny ko­re­ań­skiej głów­no­do­wo­dzą­cy woj­ska­mi ame­ry­kań­ski­mi ge­ne­rał McAr­thur do­ma­gał się zrzu­ce­nia bomb ato­mo­wych na chiń­skie mia­sta. Po­mi­ja­jąc aspekt mo­ral­ny zbrod­ni po­peł­nio­nej na mi­lio­nach cy­wi­lów, ta­kie po­stę­po­wa­nie mo­gło do­pro­wa­dzić do wy­bu­chu woj­ny świa­to­wej, dla­te­go pre­zy­dent Tru­man usu­nął po­zba­wio­ne­go za­sad mo­ral­nych awan­tur­ni­ka ze sta­no­wi­ska.

- A kry­zys ku­bań­ski?

- Też trud­na od­po­wiedź z ga­tun­ku: "Co by było gdy­by?". Nikt, na­wet uczest­ni­cy tam­tych zda­rzeń, nie od­po­wie jed­no­znacz­nie, co się mo­gło zda­rzyć. Choć było bli­sko. Dia­bel­nie bli­sko. Za­ło­gi okrę­tów ame­ry­kań­skich, któ­re usta­no­wi­ły blo­ka­dę Kuby, i stat­ków ro­syj­skich wio­zą­cych na wy­spę broń ato­mo­wą na­wią­za­ły już kon­takt wzro­ko­wy. Pod­czas kry­zy­su ku­bań­skie­go zda­rze­nia mo­gły się wy­mknąć spod kon­tro­li i eska­lo­wać w dra­ma­tycz­ny spo­sób.

Na ko­la­cję pan Teo­fil po­dał ko­tle­ty scha­bo­we. Praw­dzi­wy ra­ry­tas. Na­wet w tych lep­szych re­stau­ra­cjach pod szyl­dem scha­bo­we­go ser­wo­wa­no ko­tle­ty z ży­la­stej kar­ków­ki. Tak okra­da­no klien­tów. Ma­rek po­dej­rze­wał, że star­szy pan za­opa­tru­je się w mię­so u tak zwa­nej baby, któ­ra przy­wo­zi­ła ze wsi atrak­cyj­ne ką­ski za­ufa­nym klien­tom. Taki po­kąt­ny han­del był za­ka­za­ny pod karą grzyw­ny. Przed kil­ku laty za nie­le­gal­ny han­del gro­zi­ło wię­zie­nie.

- By­wa­ło cięż­ko - wes­tchnął pan Teo­fil, kie­dy Ma­rek po­chła­niał z ape­ty­tem trze­ci ko­tlet. - Pod ko­niec lat czter­dzie­stych po­ja­wi­li się nad­gor­li­wi pro­sta­cy. Po­ko­le­nie ZMP8. Po­lo­wa­li na tek­sty prze­pusz­cza­ne przez ko­le­gów i sta­ra­li się wy­ka­zać ich po­błaż­li­wość. Po­dej­rza­ną po­błaż­li­wość. Sło­wo "po­dej­rza­ny" ro­bi­ło za­wrot­ną ka­rie­rę. Od po­dej­rza­ne­go do im­pe­ria­li­stycz­ne­go agen­ta wio­dła pro­sta dro­ga. Po­słu­gi­wa­li się wszel­ki­mi me­to­da­mi. To na­wet nie była kwe­stia cza­sów, w ja­kich przy­szło nam żyć. My­ślę, że jest pe­wien typ czło­wie­ka, któ­ry dla wła­snej ko­rzy­ści zro­bi wszyst­ko. Tacy znaj­dą się w każ­dym miej­scu i w każ­dym cza­sie.

Jak pa­ją­ki w pa­ję­czy­nie, czy­ha­li na błę­dy ko­le­gów, żeby ich po­grą­żyć. W jed­nych miej­scach było to trud­niej­sze, w in­nych ła­twiej­sze, jak w cen­zu­rze. W fa­bry­ce jak ktoś wy­ra­biał nor­my, nie wda­wał się w dys­ku­sje po­li­tycz­ne i nie miał wuj­ka w Ame­ry­ce, to mu mo­gli na­gwiz­dać. Naj­nie­bez­piecz­niej było w la­tach czter­dzie­ści dzie­więć do pięć­dzie­siąt trzy. Sta­li­nizm w peł­nym roz­kwi­cie. Wszę­dzie tro­pio­no szpie­gów i zdraj­ców. Było nie­bez­piecz­nie. Przy­szło nam się mie­rzyć z naj­niż­szy­mi in­stynk­ta­mi. Ta­aak... Zda­rza­li się dzien­ni­ka­rze, nie­ma­ło ich było, któ­rzy do­no­si­li na ko­le­gów. Wska­zy­wa­li tek­sty, aka­pi­ty na czer­wo­no z wy­krzyk­ni­ka­mi, że niby cen­zor ce­lo­wo prze­pu­ścił tref­ny tekst. Były do­no­sy, a jak­że. Nie cho­dzi­ło o szko­dli­we tre­ści, lecz o znisz­cze­nie ko­le­gi. Ta­kie ży­cie... Le­piej, że­byś się do­wie­dział ode mnie, bo prze­bu­dze­nie bywa bo­le­sne.

Naj­go­rzej jest, kie­dy ma się do czy­nie­nia ze sło­wem, któ­re moż­na do­wol­nie zin­ter­pre­to­wać. Byli tacy, któ­rzy za­wsze po­tra­fi­li do­wa­lić. Zna­leźć coś nie­po­praw­ne­go. Osią­ga­li w tym mi­strzo­stwo. Na szczę­ście ist­nia­ły za­pi­sy cen­zor­skie, któ­re ogra­ni­cza­ły do­wol­ność in­ge­ren­cji. Co nie było w za­pi­sie, po­zo­sta­wa­ło do­zwo­lo­ne. My je zna­li­śmy, więc trud­no nas było za­ka­po­wać, je­że­li się ich ści­śle trzy­ma­li­śmy. Te za­pi­sy nie­raz mnie ra­to­wa­ły. Jed­nak au­to­rzy ich nie zna­li, to były taj­ne ma­te­ria­ły.

Ja to czy­ta­łem w jego oczach. Jak taki gno­jek ze mną roz­ma­wiał, oczy go zdra­dza­ły. Że szu­ka cze­goś, ja­kie­goś haka, żeby do­nieść. Dziw­nie tak pa­trzył. A ja się ro­bi­łem pryn­cy­pial­ny i grzmia­łem, jak z try­bu­ny. Do­strze­ga­łem wte­dy w tych jego zdra­dziec­kich oczkach roz­cza­ro­wa­nie. Ro­bi­ły się ta­kie małe, jak u pro­sia­ka. Uni­ka­łem roz­mów w czte­ry oczy. Na­wet pry­wat­nych. Kie­dy był świa­dek, nic mi nie gro­zi­ło. Bo ten trze­ci my­ślał ra­cjo­nal­nie: "Jak przy­znam ra­cję szpic­lo­wi, któ­ry zmy­ślił ob­cią­ża­ją­cy tekst, to za­py­ta­ją, dla­cze­go mil­cza­łem? Uzna­ją za współ­win­ne­go. Le­piej się wy­przeć". I za­prze­cza­li, a do­no­si­ciel od­cho­dził z ni­czym. Pro­sta lo­gi­ka. Kie­dy zo­sta­łem kie­row­ni­kiem, ka­pu­sie mie­li u mnie prze­rą­ba­ne.

Jed­nym z ulu­bio­nych te­ma­tów roz­wa­żań pana Teo­fi­la była Dru­ga Rzecz­po­spo­li­ta - krót­ki, barw­ny okres, gdy prze­ży­wał swo­ją mło­dość.

- Wy­da­je ci się za­pew­ne, że Dru­ga Rzecz­po­spo­li­ta była pań­stwem de­mo­kra­tycz­nym? Nie do koń­ca tak było. Wol­ność mia­ła swo­je gra­ni­ce. Kon­tro­la pra­sy funk­cjo­no­wa­ła w sfe­rze nie­do­po­wie­dzeń, nie­for­mal­nych za­sad na­rzu­ca­nych przez wła­dze i Ko­ściół. Kom­pro­mi­sów za­wie­ra­nych w imię świę­te­go spo­ko­ju. Zda­rza­ły się po­bi­cia nie­wy­god­nych dzien­ni­ka­rzy przez bo­jów­ki par­tyj­ne, a na­wet przez woj­sko­wych. Do kon­fi­skat ca­łych wy­dań ga­zet do­cho­dzi­ło ty­sią­ce razy. I to za­rów­no or­ga­nów PPS, jak i Na­ro­do­wej De­mo­kra­cji. Gdzie tu wol­ność pra­sy, teo­re­tycz­nie gwa­ran­to­wa­na przez kon­sty­tu­cję? Mie­li­śmy do czy­nie­nia z kla­sycz­nym przy­kła­dem ma­gicz­ne­go my­śle­nia. Jak cze­goś nie na­zwie­my, to nie ist­nie­je.

Wa­run­kiem pu­blicz­nej emi­sji fil­mu było uzy­ska­nie w Wy­dzia­le Pra­so­wym MSW tak zwa­nej kar­ty fil­mo­wej. Za ocen­zu­ro­wa­nie fil­mu trze­ba było za­pła­cić. Za­ka­za­ne było wy­świe­tla­nie fil­mów o "tre­ści por­no­gra­ficz­nej i w ogó­le prze­ciw­nych mo­ral­no­ści lub pra­wu". Bar­dziej bez­tro­sko nie dało się tego ująć. Film mógł być bła­hą ko­me­dyj­ką, ale okre­śle­nia "w ogó­le" i "lub" po­zwa­la­ły w ma­je­sta­cie pra­wa uwa­lić każ­de dzie­ło. Je­śli cen­zo­ro­wi ma­te­riał się nie spodo­bał lub nie pa­so­wał do wy­zna­wa­nych przez nie­go za­sad, film nie tra­fiał na ekra­ny.

Wte­dy wi­dzia­łem to ina­czej. Mo­ich tek­stów nikt nie kon­fi­sko­wał. By­łem mło­dy, do­sta­łem etat w re­dak­cji, mia­łem przed sobą przy­szłość. Im bli­żej woj­ny, tym moje tek­sty były bar­dziej za­an­ga­żo­wa­ne. Pió­ro za­tru­te ja­dem. Wro­gość ła­two jest wzbu­dzić, wy­star­czy nie­wie­le: "Są nam obcy!", "Chcą nas znisz­czyć!", "Za­wsze byli na­szy­mi wro­ga­mi!", "Wy­zy­sku­ją nas". Po­wie­la­łem te wy­świech­ta­ne slo­ga­ny na wszel­kie moż­li­we spo­so­by. Nie było cen­zu­ry, któ­ra by mnie po­wstrzy­ma­ła. No bo Pol­ska to wol­ny kraj. Po co nam cen­zu­ra? Sami do­sko­na­le wie­my, co jest słusz­ne, więc moż­na bez­kar­nie są­czyć jad czy­tel­ni­kom. Cen­zu­ra nie tyl­ko ogra­ni­cza wol­ność, ale od cza­su do cza­su sta­je się tamą prze­ciw­ko kłam­stwom i oszczer­stwom. Cen­zor nie prze­pu­ści za­tru­te­go ja­dem tek­stu, bo po­tra­fi spoj­rzeć da­lej niż au­tor, do­strzec jego kon­se­kwen­cje.

Więc pi­sa­łem, jak to się te­raz mówi, "po li­nii par­tyj­nej". Czy­tel­ni­cy czy­ta­li, at­mos­fe­ra gęst­nia­ła. Mó­wiąc wprost, na­ra­sta­ła hi­ste­ria wo­jen­na. Nie twier­dzę, że to było złe, taka wro­gość, bo oni so­bie na nią za­słu­ży­li. Tyl­ko że nam się kon­flikt z nimi po pro­stu nie opła­cał. Nie war­to pro­wo­ko­wać sil­niej­sze­go. Wma­wia­li­śmy ciem­ne­mu lu­do­wi, że mamy wspa­nia­łą ar­mię, nie­za­wod­nych so­jusz­ni­ków, więc z Hi­tle­rem i Sta­li­nem li­czyć się nie mu­si­my, mogą nam na­sko­czyć. Znajdź mi na­ród, któ­ry nie lubi, jak mu się wci­ska ta­kie bred­nie. Ży­dzi mó­wią o so­bie "Na­ród wy­bra­ny". My tak wpraw­dzie nie mó­wi­my, ale my­śli­my po­dob­nie. Dla­te­go, pa­trząc na te wy­mor­do­wa­ne ro­dzi­ny, do­strze­ga­łem w ich tra­gicz­nym lo­sie rów­nież swo­je winy.

A po­tem zo­sta­łem cen­zo­rem. Żeby prze­żyć, przy­zna­ję, choć szyb­ko po­lu­bi­łem to za­ję­cie. Cen­zu­ra wy­wo­dzi się od rzym­skie­go urzę­du cen­zo­ra, spra­wo­wa­ne­go już pięć­set lat przed na­szą erą. Ci cen­zo­rzy dba­li o do­bre oby­cza­je. Mie­li też inne za­da­nia, jed­nak to dba­łość o po­rzą­dek i mo­ral­ność w ży­ciu pu­blicz­nym za­pi­sa­ła się w hi­sto­rii.

Wia­do­mo, cho­dzi o ko­mu­ni­stycz­ną wła­dzę, temu nikt nie za­prze­czy. Ale czy war­to pro­wo­ko­wać Zwią­zek Ra­dziec­ki? To by­ła­by ko­lej­na re­pe­ty­cja sta­re­go błę­du. Na­stą­pić na od­cisk po­tęż­ne­mu są­sia­do­wi i niech się dzie­je co chce, tak? Kto za to za­pła­ci? Na koń­cu zwy­kli lu­dzie. Za­wsze tak było.

No po­wiedz sam, czy roz­sąd­ny czło­wiek tak po­stę­pu­je? Czy Ame­ry­ka­nom i An­gli­kom po­do­ba­ło się to, co ro­bił Sta­lin? A jed­nak od­da­li mu pół Eu­ro­py, bez wal­ki, bo chcie­li unik­nąć woj­ny z ZSRR. Chur­chill, bo to była jego de­cy­zja, na­ło­żył cen­zu­rę na zbrod­nię ka­tyń­ską, żeby nie draż­nić so­jusz­ni­ka. Bry­tyj­czy­ków prze­ko­na­no, że to Niem­cy wy­mor­do­wa­li pol­skich ofi­ce­rów. Zda­rza­ły się na­wet po­bi­cia Po­la­ków, któ­rzy pu­blicz­nie sprze­ci­wia­li się tej wer­sji.

- Pra­ca w cen­zu­rze jest nie­ustan­ną grą - roz­po­czął ko­lej­ną opo­wieść pan Teo­fil. - Oni, zna­czy au­to­rzy, chcą nas prze­chy­trzyć, więc pró­bu­ją się po­ro­zu­mieć z czy­tel­ni­ka­mi po­nad na­szy­mi gło­wa­mi. Róż­ne alu­zje, któ­rych my rze­ko­mo nie do­strze­ga­my, bo je­ste­śmy tępi, a czy­tel­ni­cy je ro­zu­mie­ją. Jak coś było gru­by­mi nić­mi szy­te, po­ja­wiał się za­pis cen­zor­ski. Zda­rza­ły się bar­dzo in­te­li­gent­ne alu­zje, ta­kich nie war­to było wy­kre­ślać, no bo kto je zro­zu­mie? Tak na­praw­dę to była gra roz­gry­wa­na w czwo­ro­ką­cie. Ta­kie kół­ko gra­nia­ste czte­ro­kan­cia­ste. Był twór­ca, któ­ry pra­gnął, żeby jego tekst prze­szedł bez in­ge­ren­cji cen­zor­skiej, cho­ciaż wie­dział, że wy­kro­czył poza do­zwo­lo­ne gra­ni­ce. Był cen­zor, któ­ry to na ogół wy­ła­py­wał. Na ogół, bo w koń­cu nikt nie jest nie­omyl­ny. Poza tym tak zwa­ne za­pi­sy cen­zor­skie do­syć da­le­ko in­ge­ro­wa­ły w in­ten­cje au­to­rów. Na­le­ża­ło wy­ła­py­wać nie tyl­ko tek­sty w oczy­wi­sty spo­sób wro­gie, ale i ta­kie, któ­re mo­gły­by zo­stać źle ode­bra­ne. Cen­zor mu­siał wy­czu­wać, skąd wie­je wiatr. Dla­te­go wo­lał skre­ślić za dużo niż prze­pu­ścić coś, co się nie spodo­ba temu trze­cie­mu, czy­li wła­dzy. Zda­wał so­bie spra­wę, że tekst prze­czy­ta wie­lu funk­cjo­na­riu­szy, a znaj­dą się wśród nich tacy, któ­rzy wszę­dzie wie­trzą wro­gą dzia­łal­ność, na­wet w baj­kach dla dzie­ci. Na baj­ki też były za­pi­sy i nie­któ­rych nie wol­no było wy­da­wać, żeby się dzie­ciom lis prze­che­ra nie ko­ja­rzył ze Związ­kiem Ra­dziec­kim. No i był wresz­cie ten czwar­ty, rze­ko­mo naj­waż­niej­szy, czy­li od­bior­ca. Oby­wa­tel. Wol­ne żar­ty! W rze­czy­wi­sto­ści on był dla cen­zo­ra nie­istot­ny. Li­czy­ło się zda­nie wła­dzy i au­to­ra. Od­bior­ca: czy­tel­nik, widz, słu­chacz, był nie­my, a i tak swo­je wie­dział.

Pro­pa­gan­da wszyst­ko po­tra­fi prze­wró­cić do góry no­ga­mi. Czy nie le­piej za­po­bie­gać ta­kie­mu za­kła­ma­niu niż z nim wal­czyć na ar­gu­men­ty? Ak­cep­tu­je­my kłam­stwa po­peł­nia­ne przez tych, z któ­ry­mi nam po dro­dze. Wie­lu Po­la­ków ar­gu­men­ty ko­mu­ni­stów, nie­za­leż­nie od tego, jak waż­kie, i tak by od­rzu­ci­ło. Bo to Ru­scy i ko­mu­chy, dla­te­go wszyst­ko, co po­wie­dzą, jest kłam­stwem. Fak­ty się nie li­czą. Na­ród w swo­jej igno­ran­cji po­zo­sta­je ciem­ny, jak przed wie­ka­mi. Na­sza hi­sto­ria to od kil­ku­set lat pa­smo klęsk i upo­ko­rzeń, a my ją wiel­bi­my, jak­by­śmy byli ja­kimś, nie przy­mie­rza­jąc, mo­car­stwem. Pol­ska od mo­rza do mo­rza. Mo­car­stwem, ow­szem, by­li­śmy w szes­na­stym wie­ku, nie­ste­ty nasi an­te­na­ci ten ma­je­stat Rzecz­po­spo­li­tej roz­trwo­ni­li. Ma­gna­te­ria od­po­wia­da­ła za psu­cie pań­stwa, a szlach­ta szła na jej pa­sku. Wy­star­czy się wy­brać do mu­zeum, obej­rzeć por­tre­ty, żeby się prze­ko­nać, jacy oni byli. Wiel­kie brzu­chy i czer­wo­ne od opil­stwa próż­ne gęby.

Ma­rek za­in­te­re­so­wał się dzie­ja­mi Po­mo­rza Za­chod­nie­go.

- Jaka była hi­sto­ria Ziem Za­chod­nich? Czy rze­czy­wi­ście mają sło­wiań­ski ro­do­wód? - Roz­mo­wy z pa­nem Teo­fi­lem na­uczy­ły go scep­ty­cy­zmu.

- Współ­cze­sna hi­sto­ria, ostat­nie kil­ka­dzie­siąt lat, jest przed­mio­tem dys­ku­sji po­li­tycz­nej. Cen­zu­ra in­ter­we­niu­je, kie­dy dys­ku­sja do­ty­ka te­ma­tów, któ­rych od­biór może się oka­zać nie­przy­chyl­ny dla wła­dzy. A hi­sto­ria sprzed kil­ku­set lat? Jak my­ślisz, czy cen­zu­ra in­ter­we­nio­wa­ła w na­ukę hi­sto­rii daw­nych wie­ków?

- Chy­ba nie mu­sia­ła, w koń­cu mie­li­śmy wal­kę z na­po­rem ger­mań­skim i ucisk chłop­stwa.

- Rze­czy­wi­ście, in­ge­ren­cja cen­zu­ry w pod­ręcz­ni­ki hi­sto­rii z tego okre­su jest nie­wiel­ka. W su­mie nie­po­trzeb­na, bo hi­sto­rię pol­skiej pań­stwo­wo­ści od Miesz­ka I opi­sa­li naj­wy­bit­niej­si hi­sto­ry­cy w spo­sób zgod­ny z obec­nym sta­nem wie­dzy i nie było tam ni­cze­go, co by się wła­dzy nie spodo­ba­ło. Ko­mu­ni­ści prze­łknę­li gład­ko na­wet Chrzest Pol­ski.

Na­to­miast in­try­gu­ją­ca jest spra­wa hi­sto­rii Sło­wian. Czy wiesz, że nie ist­nie­je czte­ry­sta lat na­szej hi­sto­rii w su­mie naj­waż­niej­szych, bo do­ty­czą­cych po­cząt­ków pań­stwa Pia­stów? Nie wie­my, kie­dy Sło­wia­nie po­ja­wi­li się na na­szych zie­miach. Mie­li tu rze­ko­mo być pięć­set lat przed na­szą erą, jak pró­bu­ją udo­wad­niać usłuż­ni hi­sto­ry­cy, choć to nie­udol­ne fał­szo­wa­nie hi­sto­rii. Wte­dy na­sze zie­mie zaj­mo­wa­li Ger­ma­nie, a do­kład­nie: ple­mio­na ger­mań­skie przy­by­łe ze Skan­dy­na­wii. Sło­wia­nie mo­gli się po­ja­wić naj­wcze­śniej po roku pięć­set pięć­dzie­sią­tym, gdy prze­kro­czy­li Wi­słę. I tu po­ja­wia się cen­zu­ra. Tak być nie może, po woj­nie po­wró­ci­li­śmy na Zie­mie Od­zy­ska­ne, to nasz "sło­wiań­ski ro­do­wód"9! Na­le­ża­ło to po­twier­dzić. Hi­sto­ry­cy nie po­su­nę­li się jed­nak do fa­bry­ko­wa­nia dzie­jów Sło­wian. Dla­te­go na hi­sto­rii nie do­wie­dzia­łeś się ni­cze­go o zda­rze­niach, ja­kie mia­ły miej­sce na tych zie­miach od roku pięć­set­ne­go przed na­szą erą aż do dzie­więć­set czter­dzie­ste­go Anno Do­mi­ni. I to już jest za­słu­ga hi­sto­ry­ków, nie cen­zu­ry. Praw­dę hi­sto­rycz­ną za­stą­pi­ła le­gen­da o Po­pie­lu.

- Czy­li nasi hi­sto­ry­cy na­ło­ży­li so­bie au­to­cen­zu­rę! - obu­rzał się Ma­rek. - Na­uko­wiec nie może tak po­stę­po­wać. Jego obo­wiąz­kiem jest po­szu­ki­wa­nie praw­dy.

- Za­pi­su na ten te­mat nie było, prze­mil­cza­no jed­nak fa­scy­nu­ją­cą hi­sto­rię tych ziem. Wan­da­lo­wie, Bur­gun­do­wie, Goci to ple­mio­na ger­mań­skie, któ­re zaj­mu­ją po­cze­sne miej­sce w hi­sto­rii Eu­ro­py, a na­wet świa­ta. Goci, któ­rzy roz­po­czę­li swo­ją wę­drów­kę po kon­ty­nen­cie od dol­nej Wi­sły, na­je­cha­li i znisz­czy­li Rzym. Za­nim z im­pe­tem wkro­czy­li na kar­ty hi­sto­rii, po­miesz­ki­wa­li na na­szych zie­miach, na wschód od Wi­sły.

- Jak dłu­go zaj­mo­wa­li te te­re­ny? - Te­mat za­fa­scy­no­wał Mar­ka.

- Tego nikt do­kład­nie nie wie, ale dłu­go. Może na­wet kil­ka­set lat. Nie wie­my też, jak się ukła­da­ły ich sto­sun­ki z miej­sco­wą lud­no­ścią, bo ktoś z pew­no­ścią na tych zie­miach za­miesz­ki­wał. Roz­pro­szo­ne osad­nic­two, pry­mi­tyw­na cy­wi­li­za­cja, któ­rą oni so­bie pod­po­rząd­ko­wa­li. To były nie­zwy­kle ży­wot­ne, wo­jow­ni­cze ple­mio­na ger­mań­skie. Od pią­te­go wie­ku przed na­szą erą do pią­te­go wie­ku na­szej ery, przez ty­siąc lat po­kry­wa­ją­cych się z hi­sto­rią Rzy­mu, obec­ność na tych zie­miach ple­mion ger­mań­skich nie pod­le­ga dys­ku­sji. To nie był przy­pa­dek. Ger­ma­nie nie mo­gli się osie­dlić na te­re­nie ce­sar­stwa, któ­re­go gra­nic strze­gły le­gio­ny, a gdzieś się mu­sie­li po­dziać. Z tego okre­su za­cho­wa­ły się licz­ne źró­dła pi­sa­ne. Te ple­mio­na na­ro­bi­ły ta­kie­go za­mie­sza­nia, że nie mo­gło być ina­czej. Za to po­mię­dzy ro­kiem pięć­set­nym a dzie­więć­set­nym ob­szar obec­nej Pol­ski to na ma­pie Eu­ro­py bia­ła pla­ma. Brak ja­kich­kol­wiek po­twier­dzo­nych źró­deł pi­sa­nych.

- Co za wstyd!

- Wstyd? Po­wie­dzieć "wstyd" to mało. Nasz wspa­nia­ły na­ród jako ostat­ni, tak, ostat­ni spo­śród zna­czą­cych na­cji eu­ro­pej­skich, opa­no­wał sztu­kę czy­ta­nia i pi­sa­nia. W od­róż­nie­niu od Su­me­rów i Egip­cjan, któ­rych nikt pi­sma nie uczył, bo sami je wy­my­śli­li i to przed pię­cio­ma ty­sią­ca­mi lat, my je otrzy­ma­li­śmy w da­rze, po­nie­waż pe­wien ce­sarz nie­miec­ki za­ży­czył so­bie, że­by­śmy wresz­cie za­czę­li od­po­wia­dać na jego li­sty.

Ple­mio­na, któ­re za­miesz­ki­wa­ły te zie­mie, nie zna­ły pi­sma, ale też nie na­pa­da­ły na są­sia­dów, któ­rzy daw­no anal­fa­be­ta­mi być prze­sta­li, stąd na­sza o nich nie­wie­dza. Od trzy­na­ste­go wie­ku do ostat­niej woj­ny zie­mie na wschód od Odry, obec­nie na­zy­wa­ne "od­zy­ska­ny­mi", pod­le­ga­ły zwierzch­nic­twu nie­miec­kie­mu. Nie­licz­ni tu po pol­sku mó­wi­li i nie­licz­ni się za Po­la­ków uwa­ża­li.

Ma­rek od pew­ne­go cza­su zbie­rał się do za­da­nia fun­da­men­tal­ne­go py­ta­nia.

- Pa­nie Teo­fi­lu! Dla­cze­go wy­bu­chła dru­ga woj­na świa­to­wa? Czy to rze­czy­wi­ście było zbrod­ni­cze sza­leń­stwo Hi­tle­ra, czy może za­ist­nia­ły inne, obiek­tyw­ne przy­czy­ny?

- Ta woj­na mia­ła swój po­czą­tek w li­sto­pa­dzie ty­siąc dzie­więć­set osiem­na­ste­go roku. Wąt­pli­wo­ści do­ty­czą­ce tak zwa­ne­go pol­skie­go ko­ry­ta­rza były po­ru­sza­ne na kon­fe­ren­cji po­ko­jo­wej w Wer­sa­lu. Za­de­cy­do­wał je­den z czter­na­stu punk­tów Wil­so­na, w któ­rym pre­zy­dent USA obie­cał Pol­sce nie­pod­le­głość i do­stęp do mo­rza. Ra­cjo­nal­ni po­li­ty­cy ro­zu­mie­li, że ten ko­ry­tarz dzie­lą­cy Niem­cy na dwie czę­ści musi do­pro­wa­dzić do ko­lej­nej woj­ny. Chcąc za­cho­wać jed­ność te­ry­to­rial­ną Nie­miec, pró­bo­wa­no za­tkać nam gębę por­tem w Kłaj­pe­dzie i zie­mia­mi li­tew­ski­mi, że­by­śmy mie­li do­stęp do tego por­tu. Ten da­le­ko­wzrocz­ny plan nie prze­szedł z po­wo­du na­sze­go sprze­ci­wu10.

- Z tego, jak pan to mówi, wy­ni­ka, że trze­ba było brać tę Kłaj­pe­dę z po­ca­ło­wa­niem ręki...

- Zga­dza się. To roz­wią­za­nie mia­ło roz­licz­ne za­le­ty. Przez ko­ry­tarz do­sta­li­śmy do­stęp do mo­rza, nie­ste­ty na tym od­cin­ku wy­brze­ża nie było żad­ne­go por­tu. Gdańsk był Wol­nym Mia­stem, więc Pol­ska zmu­szo­na była wiel­kim kosz­tem wy­bu­do­wać port w Gdy­ni, któ­ry z eko­no­micz­ne­go punk­tu wi­dze­nia nie miał więk­sze­go sen­su. Dwa ry­wa­li­zu­ją­ce ze sobą por­ty po­ło­żo­ne w bez­po­śred­nim są­siedz­twie? A Kłaj­pe­da to duży, do­sko­na­le po­ło­żo­ny port, sko­mu­ni­ko­wa­ny z Ro­sją. Cały tran­zyt z ZSRR był­by nasz. Bo wte­dy Za­to­ka Fiń­ska za­ma­rza­ła w zi­mie. Nie­ste­ty, my wo­le­li­śmy już na po­cząt­ku od­zy­ska­nej cu­dem nie­pod­le­gło­ści skłó­cić się z dwo­ma po­tęż­ny­mi są­sia­da­mi, za­miast z nimi współ­pra­co­wać. Co by nam dali Niem­cy, gdy­by­śmy zre­zy­gno­wa­li z ko­ry­ta­rza i wzię­li w za­mian Kłaj­pe­dę? Wszyst­ko i jesz­cze wię­cej. I być może by na nas nie na­pa­dli dwa­dzie­ścia lat póź­niej.

1 31.12.1925 r. do­szło do taj­ne­go spo­tka­nia Dmow­skie­go z am­ba­sa­do­rem ZSRR Pio­trem Woj­ko­wem. Se­kre­tarz am­ba­sa­dy ZSRR M. Ar­ka­diew ra­por­to­wał: "Je­ste­śmy w stop­niu do­sta­tecz­nym, a może na­wet za moc­no zwią­za­ni z en­de­ka­mi".

2 Au­tor: Wło­dzi­mierz Wy­soc­ki, tłum.: Woj­ciech Mły­nar­ski.

3 Ar­cy­bi­skup Igna­cy Kra­sic­ki, Mo­na­cho­ma­chia, 1877 r.

4 Świa­to­wy Kon­gres In­te­lek­tu­ali­stów w Obro­nie Po­ko­ju - miał on prze­ko­nać świa­to­wą opi­nię pu­blicz­ną, że kra­je ko­mu­ni­stycz­ne sto­ją na stra­ży po­ko­ju.

5 Po­pu­lar­na wro­cław­ska pi­wiar­nia.

6 Po­dob­ne po­glą­dy miał J. Kacz­mar­ski, por. Knia­zia Ja­re­my na­wró­ce­nie.

7 10% grun­tów prze­ję­ły spół­dziel­nie rol­ni­cze, a po­dob­ny are­ał PGR-y. W rę­kach pry­wat­nych po­zo­sta­ło 80% zie­mi. Pol­ska jako je­dy­ny kraj blo­ku wschod­nie­go nie prze­pro­wa­dzi­ła przy­mu­so­wej ko­lek­ty­wi­za­cji.

8 ZMP (Zwią­zek Mło­dzie­ży Pol­skiej) - mło­dzie­żo­wa or­ga­ni­za­cja ko­mu­ni­stycz­na.

9 Sło­wiań­ski ro­do­wód - ty­tuł książ­ki Paw­ła Ja­sie­ni­cy.

10 Źró­dło in­for­ma­cji: https://www.jstor.org/sta­ble/20030570

2. 400 MiG-ów

Kwie­cień 1967 - Pa­ryż, am­ba­sa­da Wiel­kiej Bry­ta­nii

Wie­czo­rem za­dzwo­nił te­le­fon. Ro­bert Me­is­sner po­my­ślał, że od pew­ne­go cza­su więk­szość waż­nych zda­rzeń w jego ży­ciu za­czy­na się od te­le­fo­nu. Jesz­cze nie­daw­no ktoś przy­cho­dził, ko­goś spo­ty­kał na uli­cy, w re­stau­ra­cji. Każ­de zda­rze­nie roz­po­czy­na­ło się od kon­tak­tu oso­bi­ste­go. Te­raz ten bez­na­mięt­ny, brzę­czą­cy na­tar­czy­wie te­le­fon. Ba­ke­li­to­wa skrzyn­ka, któ­ra de­cy­du­je o na­szym ży­ciu. Dzwo­nił Mun­go, jego były szef. Pro­sił o pil­ne spo­tka­nie.

Już na nie­go cze­ka­li. Tro­chę pod­sta­rza­ły, siwy Mun­go Sparks, pod­puł­kow­nik MI6 na za­słu­żo­nej eme­ry­tu­rze, i mło­dy, dy­na­micz­ny Mark Strutt, wy­so­kiej ran­gi funk­cjo­na­riusz tej służ­by.

- Nie ma to jak sta­rzy kum­ple. O co tym ra­zem cho­dzi?

- O Pol­skę! - wy­ja­śnił Strutt. - Dzie­je się coś nie­po­ko­ją­ce­go. Prze­czy­ta­li­śmy twój ra­port z pięć­dzie­sią­te­go siód­me­go. Nie po­my­li­łeś się! Mi­nę­ło dzie­sięć lat, a Go­muł­ka na­dal u wła­dzy. Ostat­nio coś się jed­nak wy­da­rzy­ło. Od roku je­stem re­zy­den­tem MI6 w War­sza­wie. Nie wcho­dząc w szcze­gó­ły, mamy, a pre­cy­zyj­niej: ja mam, ko­goś w miej­sco­wo­ści Wi­sła. Ze zro­zu­mia­łych wzglę­dów nikt w MI6 o nim nie wie. Jest tam pa­ła­cyk, przed woj­ną wa­ka­cyj­na re­zy­den­cja pre­zy­den­ta RP. Do Wi­sły przy­jeż­dża­ją na po­lo­wa­nia i dys­kret­ne ciup­cia­nie czo­ło­wi apa­rat­czy­cy PZPR. Pierw­sze spo­tka­nie od­by­ło się przed trze­ma ty­go­dnia­mi, dru­gie za­le­d­wie ty­dzień temu. Ma­gne­to­fon umie­ści­li­śmy w ra­diu "Tu­ran­dot", cu­dzie tech­ni­ki PRL. Prze­bieg roz­mów, ich pla­ny to praw­dzi­wa bom­ba po­li­tycz­na. Gru­pa spi­skow­ców pla­nu­je usu­nąć Go­muł­kę. Spo­sób, w jaki chcą to prze­pro­wa­dzić, jest rów­nie szo­ku­ją­cy. Dwu­krot­nie spo­ty­ka­ła się ta sama piąt­ka. Ba­ron PZPR ze Ślą­ska Edward Gie­rek, wi­ce­pre­mier Piotr Ja­ro­sze­wicz, szef MON Woj­ciech Ja­ru­zel­ski, wi­ce­mi­ni­ster spraw we­wnętrz­nych Fran­ci­szek Szlach­cic i, last but not le­ast, gło­wa spi­sku Ju­rij An­dro­pow, od nie­daw­na prze­wod­ni­czą­cy KGB.

- Chce się wy­ka­zać - stwier­dził sar­ka­stycz­nie Ro­bert.

- Bar­dzo chce się wy­ka­zać - zgo­dził się Mun­go. - Pla­nu­ją ku­pić my­śliw­ce MiG-21 za sumę prze­kra­cza­ją­cą rocz­ny eks­port ca­łej go­spo­dar­ki. Czte­ry­sta sa­mo­lo­tów w jed­nej trans­ak­cji!11

- Jesz­cze ża­den kraj nie ku­pił w jed­nej trans­ak­cji bro­ni za kwo­tę prze­kra­cza­ją­cą war­tość rocz­ne­go eks­por­tu. To sa­mo­bój­stwo eko­no­micz­ne. - Mark wy­uczył się lek­cji. - MiG-21 jest no­wo­cze­snym my­śliw­cem12, po­rów­ny­wal­nym do ame­ry­kań­skie­go F-104 lub fran­cu­skie­go Mi­ra­ge III. W pol­skim lot­nic­twie słu­ży za­le­d­wie je­den dy­wi­zjon13, co zro­zu­mia­łe, zwa­żyw­szy na cenę i wy­so­kie kosz­ty eks­plo­ata­cji. F-104 kosz­tu­je mi­lion pięć­set ty­się­cy do­la­rów. Po­la­cy za­pła­cą za MiG-i zbli­żo­ną cenę. W tego typu kon­trak­tach przyj­mu­je się na ogół mnoż­nik zero prze­ci­nek osiem. Ozna­cza to, że ku­pu­jąc sa­mo­lot za pół­to­ra mi­lio­na, trze­ba wy­dać na szko­le­nie pi­lo­tów, urzą­dze­nia na­ziem­ne, re­mon­ty sil­ni­ków po re­sur­sie, czę­ści za­pa­so­we i wszel­kie po­zo­sta­łe kosz­ty do­dat­ko­wo mi­lion dwie­ście ty­się­cy do­la­rów. Je­że­li trans­ak­cja doj­dzie do skut­ku, a naj­praw­do­po­dob­niej doj­dzie, Pol­ska za­pła­ci ZSRR gru­bo po­nad mi­liard do­la­rów. W oce­nie na­szych eks­per­tów ich go­spo­dar­ka tego nie udźwi­gnie. Cały eks­port PRL w ty­siąc dzie­więć­set sześć­dzie­sią­tym szó­stym, we­dług da­nych GUS, pol­skie­go urzę­du sta­ty­stycz­ne­go, wy­niósł dzie­więć­set sie­dem­dzie­siąt mi­lio­nów do­la­rów. Te­raz mo­żesz od­słu­chać ta­śmy.

Każ­de spo­tka­nie trwa­ło oko­ło dwóch go­dzin. Był przy­tło­czo­ny tym, co usły­szał. Pe­wien frag­ment roz­mo­wy szcze­gól­nie go po­ru­szył.

Ju­rij An­dro­pow mó­wił:

- Jesz­cze jed­no, to­wa­rzy­szu Gie­rek. Jak wie­cie, Breż­niew zo­stał od­zna­czo­ny wie­lo­ma or­de­ra­mi. Bo­ha­te­ra Związ­ku Ra­dziec­kie­go otrzy­mał dzie­wię­cio­krot­nie. On przy­kła­da wiel­ką wagę do tych od­zna­czeń. Bra­ku­je mu tyl­ko jed­ne­go: Krzy­ża Wiel­kie­go Or­de­ru Vir­tu­ti Mi­li­ta­ri. Am­ba­sa­dor Ari­stow już kil­ka razy pro­sił Go­muł­kę o ten or­der. A on upar­ty, jak to on. Nie i nie. Bre­dził, że na­ród mu nie wy­ba­czy. Jaki zno­wu na­ród? Nie ro­zu­miem, o co Go­muł­ce z tym Vir­tu­ti cho­dzi. To jak, to­wa­rzy­szu? Mogę dać Breż­nie­wo­wi przy­rze­cze­nie w wa­szym imie­niu?

- Za­pew­nij­cie to­wa­rzy­sza Breż­nie­wa - od­rzekł Gie­rek - że może szy­ko­wać na ga­lo­wym mun­du­rze miej­sce na Vir­tu­ti. Pro­szę tyl­ko, żeby to nie było czwar­te miej­sce w pią­tym rzę­dzie, a ta­kie bar­dziej eks­po­no­wa­ne14.

Nie wie­dział, czy się śmiać, czy pła­kać. Breż­niew, przy­wód­ca nu­kle­ar­ne­go su­per­mo­car­stwa, na wi­dok or­de­ru za­mie­niał się w sro­kę zło­dziej­kę. Oleń­ka Ma­ła­cho­wa, nie­speł­nio­na mi­łość jego ży­cia, opo­wie­dzia­ła mu kie­dyś dow­cip: Ja­kich od­zna­czeń nie ma jesz­cze to­wa­rzysz Breż­niew? Bra­ku­je mu ty­tu­łów: "Mat­ka bo­ha­te­ra" i "Mia­sto bo­ha­ter".

- No i co o tym są­dzisz? - Wpa­try­wa­li się w nie­go ze sku­pie­niem.

- A więc tak to wy­glą­da. Praw­dzi­wy szok! Nie mam po­ję­cia, w jaki spo­sób Wiel­ka Bry­ta­nia może za­re­ago­wać. Jest mi oczy­wi­ście nie­zmier­nie przy­kro, że w gło­wach czo­ło­wych po­li­ty­ków z mo­jej oj­czy­zny uro­dził się taki po­rą­ba­ny po­mysł. Trud­no jest co­kol­wiek pro­gno­zo­wać, a naj­trud­niej przy­szłość. Mo­że­my je­dy­nie spe­ku­lo­wać, jaki wpływ na losy Pol­ski bę­dzie mia­ło "Sprzy­się­że­nie pię­ciu".

- Do­sko­na­ły kryp­to­nim - oce­nił Mark.

- Je­że­li do wła­dzy doj­dą lu­dzie, któ­rzy dla jej zdo­by­cia go­to­wi są zruj­no­wać oj­czy­znę, to ja im suk­ce­su nie wró­żę. Z na­gra­nych roz­mów wy­ni­ka, że za­mie­rza­ją się fi­nan­so­wać za­chod­ni­mi kre­dy­ta­mi. Pol­ska nie jest za­dłu­żo­na. Go­muł­ka nie brał kre­dy­tów, bo ro­zu­miał ogra­ni­cze­nia ko­mu­ni­stycz­nej go­spo­dar­ki. A te tę­pa­ki my­ślą, że swo­imi ża­ło­sny­mi bu­bla­mi pod­bi­ją świat.

- Są­dzisz, że nie zdo­ła­ją zmo­der­ni­zo­wać go­spo­dar­ki? - do­cie­kał Mun­go.

- Ha, ha, ha. W pięć­dzie­sią­tym siód­mym ba­wi­łem się w grę wła­sne­go po­my­słu. Jej re­zul­tat po­zwa­la prze­wi­dzieć przy­szłość, przy­naj­mniej w ogra­ni­czo­nym za­kre­sie. Ła­zi­łem po War­sza­wie i oglą­da­jąc eks­po­no­wa­ne na wy­sta­wach skle­po­wych to­wa­ry, za­da­wa­łem so­bie dzie­cin­ne py­ta­nie: Mo­żesz mieć wszyst­ko, co tu jest, za dar­mo. Może przy­da się w domu albo na pre­zent? Spró­buj­cie zgad­nąć: co chcia­łem do­stać za dar­mo?

Nie mie­li po­ję­cia.

- Sło­ik mio­du i bu­tel­kę wód­ki!

Ryk­nę­li zdro­wym śmie­chem.

- By­łem nie­daw­no w War­sza­wie. Od pięć­dzie­sią­te­go siód­me­go nie­wie­le się zmie­ni­ło. Jak te pa­lan­ty, Gie­rek i spół­ka, za­mie­rza­ją spła­cać za­cią­gnię­te kre­dy­ty? Prze­cież oni na­wet pa­pie­ru to­a­le­to­we­go nie po­tra­fią wy­pro­du­ko­wać. Mark zna te­mat, ale gdy­bym cię za­py­tał, Mun­go, co to jest, po­wie­dział­byś, że drob­no­ziar­ni­sty pa­pier ścier­ny.

- Jaki z tego wnio­sek?

- Ko­mu­ni­ści mają dupy nie do zdar­cia!

Kie­dy prze­sta­li się śmiać, mógł do­koń­czyć wy­wód.

- Nie wie­my, czy z tego pla­nu co­kol­wiek wy­nik­nie. Wiel­ka Bry­ta­nia nie może za wie­le zdzia­łać. Naj­wy­żej nie po­ży­czać. Po­ja­wia się na­wet moż­li­wość, że w per­spek­ty­wie kil­ku, kil­ku­na­stu lat Pol­ska sta­nie się nie­wy­pła­cal­na, co może przy­nieść nie­prze­wi­dzia­ne kon­se­kwen­cje.

11 Taka trans­ak­cja mia­ła miej­sce. Źró­dło: https://pl.wi­ki­pe­dia.org/wiki/MiG-21

12 Pręd­kość max: MiG-21 - 2,05 M. F16, pol­ski my­śli­wiec z 2025 r. - 2,02 M. Pol­ska za­ku­pi­ła w 2003 r. czter­dzie­ści osiem ta­kich sa­mo­lo­tów.

13 Dy­wi­zjon li­czył dwa­na­ście sa­mo­lo­tów, pułk lot­ni­czy - trzy­dzie­ści sześć.

14 Or­der wrę­czo­no Breż­nie­wo­wi pod­czas jego wi­zy­ty w Pol­sce w lip­cu 1974 r. Żeby za­spo­ko­ić wy­bu­ja­łe ego gen­se­ka, przy­zna­no mu tak­że ty­tuł "Ho­no­ro­wy gór­nik PRL".

3. Po drugiej stronie lustra

8 sierp­nia 1967

W Par­ku Ka­spro­wi­cza roz­pi­li po ja­bo­lu. Mu­sie­li od­pu­ścić za­ta­cza­ją­ce­go się urzę­da­sa w zmię­tym i obrzy­ga­nym gar­ni­tur­ku, bo w oko­li­cy po­ja­wił się pa­trol mi­li­cji. Roz­glą­da­li się, kogo by tu ob­ro­bić, ale nikt się nie na­pa­to­czył. Było już za póź­no. Szcze­ci­nia­nie po zmro­ku sta­ra­li się omi­jać ten roz­le­gły park. A przy­naj­mniej jego naj­bar­dziej za­pusz­czo­ne oko­li­ce. Je­dy­nie sła­bo oświe­tlo­na żuż­lo­wa dro­ga na za­ple­czu Kon­su­la­tu ZSRR i Szpi­ta­la MSW była o tej po­rze uczęsz­cza­na. Sta­no­wi­ła uży­tecz­ny skrót, z któ­re­go ko­rzy­sta­ło wie­lu spóź­nio­nych prze­chod­niów, chcą­cych za­osz­czę­dzić kil­ka mi­nut na tra­sie do przy­stan­ku tram­wa­jo­we­go na Ro­ose­vel­ta.

Pa­tron tej uli­cy zwią­za­ny był z hi­sto­rią mia­sta. W Jał­cie uzgod­nił ze Sta­li­nem nowy po­dział Eu­ro­py. Gdy­by się ści­śle trzy­mać usta­leń, le­żą­cy na za­chod­nim brze­gu Odry Szcze­cin po­wi­nien przy­paść Niem­com. Sta­lin wy­wal­czył jed­nak ten waż­ny port dla Pol­ski. Ro­ose­velt w Jał­cie stał już nad gro­bem i spra­wy do­cze­sne go nie zaj­mo­wa­ły. Tu, gdzie Ro­ose­vel­ta się za­czy­na­ła, dwa­dzie­ścia lat po woj­nie na­dal była wy­ło­żo­na ko­ci­mi łba­mi, na któ­rych sa­mo­cho­dy ła­ma­ły re­so­ry, a ka­mie­ni­ce wy­glą­da­ły na dwa­dzie­ścia lat star­sze niż przed dwu­dzie­stu laty. Oko­li­ca spra­wia­ła przy­gnę­bia­ją­ce wra­że­nie. Nie­bu­sze­wo było przed woj­ną dziel­ni­cą ro­bot­ni­czą po­ło­żo­ną w są­siedz­twie stocz­ni. Mo­gła ist­nieć inna, prze­wrot­na przy­czy­na ta­kie­go wy­bo­ru pa­tro­na. Po le­wej stro­nie tej uli­cy cią­gnę­ło się ca­ły­mi ki­lo­me­tra­mi mo­rze gru­zów. Ame­ry­kań­skie bom­bow­ce zrów­na­ły z zie­mią stocz­nię i nie­ja­ko przy oka­zji więk­szą część dziel­ni­cy miesz­kal­nej. Na ob­sza­rze kil­ku ki­lo­me­trów kwa­dra­to­wych nie ostał się ża­den bu­dy­nek. Ty­sią­ce lu­dzi zo­sta­ło po­grze­ba­nych pod tym ru­mo­wi­skiem.

Ci trzej, do­brze już wy­pi­ci, nad ta­ki­mi spra­wa­mi się nie za­sta­na­wia­li. Ich za­in­te­re­so­wa­nia ogra­ni­cza­ły się do go­rza­ły, dup i roz­ró­by. Wte­dy na­pa­to­czył się ten chło­pak. Sam się pro­sił, żeby go sfle­ko­wać.

Tego dnia Ma­rek Star­ski wra­cał do domu póź­niej niż zwy­kle. Za­sie­dział się u ko­le­gi, któ­ry miał ład­ną, nie­ste­ty star­szą sio­strę - ró­wie­śnik młod­sze­go bra­ta nie miał u niej szan­sy. Szedł przez Gór­ne Nie­bu­sze­wo, nie­bez­piecz­ną dziel­ni­cę, w któ­rej nie­ustan­nie do­cho­dzi­ło do chu­li­gań­skich wy­bry­ków. Nie­licz­ni prze­chod­nie prze­my­ka­li uli­ca­mi chył­kiem, bo­jaź­li­wie, jak­by za­wsty­dze­ni. Był już bli­sko ru­chliw­szej i bez­piecz­niej­szej Ro­ose­vel­ta, kie­dy po­ja­wi­li się ci trzej. Za­ta­cza­jąc się, szli całą sze­ro­ko­ścią chod­ni­ka. W sła­bym świe­tle la­tar­ni nie wi­dział ich za do­brze. W pierw­szym od­ru­chu chciał za­wró­cić i uciec, za­wsty­dził się jed­nak. Zszedł na jezd­nię, mi­nął ich i ode­tchnął z ulgą. Wte­dy po­czuł ude­rze­nie w tył gło­wy, któ­re go oszo­ło­mi­ło.

Czło­wiek nie tyl­ko mózg ma nie­zwy­kły. Choć po­zor­nie kru­chej kon­struk­cji, jest nie­zwy­kle od­por­ny. Wy­trzy­ma na­praw­dę wie­le. Z dru­giej stro­ny cza­sa­mi wy­star­czy nie­for­tun­ny cios w skroń, ude­rze­nie gło­wą o bruk, żeby za­bić. Za­nim zdą­żył upaść, kil­ku­krot­nie ude­rza­li go pię­ścia­mi. Oszo­ło­mio­ny, nie bro­nił się.

- Pod ob­cas go! - za­wy­li dzi­ko, ko­piąc po ca­łym cie­le.

Kie­dy znie­ru­cho­miał, do­tar­ło do nich, że nie od­dy­cha. Pi­jac­ką eu­fo­rię za­stą­pił strach. Na­gle wy­trzeź­wie­li. Chcąc się otrzą­snąć z prze­ra­że­nia, za­czę­li od­gry­wać twar­dzie­li. Prze­rwa­li ra­bo­wa­nie wszyst­kie­go, co da­wa­ło się opy­lić, i ode­szli. Chcie­li jak naj­szyb­ciej uciec z miej­sca zbrod­ni, ale żeby nie wyjść na cy­ko­rów, tyl­ko przy­spie­szy­li kro­ku. Pi­jac­kie wul­gar­ne prze­chwał­ki usta­ły w pół zda­nia.

Przy le­żą­cym bez ży­cia chłop­cu po­ja­wi­ła się zni­kąd ko­bie­ta spo­wi­ta w dłu­gi, czar­ny płaszcz. Jej twarz za­kry­wał czar­ny we­lon. Sta­nę­ła nad nim i sze­ro­kim ru­chem za­rzu­ci­ła ca­łun na nie­ru­cho­me cia­ło. Nie zdo­ła­ła go za­kryć cał­ko­wi­cie. Dra­po­wa­ła ręką tka­ni­nę, prze­cią­ga­jąc to tu, to tam. Są­czy­ła sło­wa ci­chym, ko­ją­cym gło­sem.

- Oszczędź so­bie bólu i cier­pie­nia, bo tym bę­dzie two­ja dro­ga na tym pa­do­le łez. Jaki ma sens szar­pa­nie się z ży­ciem, je­że­li śmierć jest nie­uchron­na? Zre­zy­gnuj. Nie mu­sisz nic ro­bić, wy­star­czy, je­śli prze­sta­niesz się opie­rać.

Mia­ła go w swo­ich ob­ję­ciach. Czu­ła, jak bi­cie ser­ca zwal­nia, czu­ła, że się jej nie wy­rwie.

W oknie pierw­sze­go pię­tra po­ka­za­ła się zwa­bio­na ha­ła­sem star­sza pani. W ręku trzy­ma­ła słu­chaw­kę te­le­fo­nu. Na po­łą­cze­nie z po­go­to­wiem cze­ka­ło się go­dzi­na­mi, ale i tak nie mia­ła nic lep­sze­go do ro­bo­ty. Mło­dy czło­wiek le­żą­cy na uli­cy nie po­ru­szał się, a ona była re­li­gij­na. Nie mo­gła po­peł­nić grze­chu za­nie­cha­nia, przy­czy­nia­jąc się do jego śmier­ci. Nie­ocze­ki­wa­nie w słu­chaw­ce roz­legł się ostry, prze­pa­lo­ny pa­pie­ro­sa­mi ko­bie­cy głos.

- Po­go­to­wie. Słu­cham!

Peł­nią­ca tego dnia dy­żur ko­bie­ta mia­ła czter­dzie­ści pięć lat, choć wy­glą­da­ła na wię­cej, męża al­ko­ho­li­ka, co było w tam­tych la­tach bar­dziej re­gu­łą niż wy­jąt­kiem, i dwo­je dzie­ci. Star­sza cór­ka cho­ro­wa­ła na cu­krzy­cę. Była zmę­czo­na ży­ciem, nie­na­wi­dzi­ła swo­jej wy­czer­pu­ją­cej fi­zycz­nie, a przede wszyst­kim psy­chicz­nie pra­cy i chcia­ła jak naj­szyb­ciej za­koń­czyć dy­żur. Cze­ka­ło ją jesz­cze sta­nie w ko­lej­ce, je­że­li chcia­ła coś ku­pić na skrom­ny po­si­łek. Zo­sta­ło pół go­dzi­ny uże­ra­nia się z awan­tu­ru­ją­cy­mi się pi­ja­ka­mi i pła­czą­cy­mi ko­bie­ta­mi.

- Na chod­ni­ku leży męż­czy­zna. Nie ru­sza się. Przed chwi­lą go po­bi­li, ob­ra­bo­wa­li i ucie­kli. Wi­dzia­łam wszyst­ko przez okno.

- Na­zwi­sko i ad­res.

- Uli­ca Dłu­go­sza dwa, przy pie­kar­ni... Po co wam na­zwi­sko?... Prze­cież mó­wię! On się nie ru­sza.

Ko­bie­ta nie mia­ła do­tąd kon­tak­tu z po­go­to­wiem. Jak więk­szość Po­la­ków pa­nicz­nie bała się po­da­wa­nia na­zwi­ska, co za­zwy­czaj ozna­cza­ło kło­po­ty. Odło­ży­ła słu­chaw­kę.

Ta­jem­ni­cza nie­zna­jo­ma, któ­ra tro­skli­wie za­opie­ko­wa­ła się Mar­kiem, z uśmie­chem trium­fu po­wró­ci­ła do okry­wa­nia płasz­czem nie­ru­cho­me­go cia­ła.

- Dzie­siąt­ka, zgłoś się. - Dys­po­zy­tor­ka we­zwa­ła je­dy­ną ka­ret­kę, któ­ra była na in­ter­wen­cji w tej dziel­ni­cy.

- Dzie­siąt­ka zgła­sza się.

- Gdzie je­steś, złot­ko?

- Do­jeż­dżam do szpi­ta­la MSW, będę za pięć mi­nut. Wio­zę pa­cjen­ta ze zła­ma­ną nogą.

- Ada­siu, zrób coś dla mnie. Mie­li­śmy ano­ni­mo­we zgło­sze­nie na Dłu­go­sza. Po­bi­ty męż­czy­zna leży na uli­cy, przy pie­kar­ni. Star­sza pani, któ­ra to zgło­si­ła, spra­wia­ła wra­że­nie wia­ry­god­nej. Mo­żesz tam­tę­dy prze­je­chać?

- Zro­bię to, spe­cjal­nie dla cie­bie, Bo­żen­ko, ale to na pew­no ko­lej­ny pi­jak.

Przez nie­zwy­kły zbieg oko­licz­no­ści po­go­to­wie do­tar­ło na miej­sce se­kun­dy po ostat­nim ude­rze­niu ser­ca.

- Od­zy­skał od­dech. Mamy go z po­wro­tem!

Pie­lę­gniarz, stu­dent ostat­nie­go roku me­dy­cy­ny, zmę­czo­ny wie­lo­go­dzin­nym dy­żu­rem i wy­sił­kiem re­ani­ma­cji, po­czuł nie­zwy­kły przy­pływ ener­gii. Za­wsze tak było, kie­dy ra­to­wał czy­jeś ży­cie. Dla­te­go zde­cy­do­wał, że zo­sta­nie le­ka­rzem, a po mę­czą­cych za­ję­ciach brał dy­żu­ry w po­go­to­wiu.

- Ga­zem do szpi­ta­la. Po­trzeb­na na­tych­mia­sto­wa ope­ra­cja.

Po trzech mi­nu­tach byli na izbie przy­jęć. Je­dy­ny w mie­ście dy­żur­ny neu­ro­log na ko­zet­ce od­sy­piał dy­żur, któ­ry wy­dłu­żył się do dwu­dzie­stu czte­rech go­dzin. Obu­dzi­ła go, po­trzą­sa­jąc za rękę, pie­lę­gniar­ka.

- Cięż­ki przy­pa­dek, dok­to­rze. Śmierć kli­nicz­na. Re­ani­mu­ją go.

- Już idę, Ma­ry­siu. - Po­spiesz­nie ochla­pał twarz i truch­tem pod­biegł na salę ope­ra­cyj­ną.

Tej nocy Ma­rek trzy­krot­nie prze­kra­czał gra­ni­cę po­mię­dzy ży­ciem i śmier­cią. Miał krwia­ka na mó­zgu. Kie­dy nad­szedł świt, nie dało się po­wie­dzieć, czy prze­ży­je. Szan­se były pół na pół.

- Dok­to­rze, pa­cjent się wy­bu­dził! - Mło­da, pulch­na pie­lę­gniar­ka, szcze­ra twarz, dłu­gie blond wło­sy i błę­kit­ne oczy, przy­wo­ła­ła peł­nią­ce­go dy­żur le­ka­rza.

Ma­rek le­żał na od­dzia­le in­ten­syw­nej te­ra­pii, jego ży­cie na­dal było za­gro­żo­ne. Le­karz przyj­rzał mu się uważ­nie, pod­niósł po­wie­kę i za­świe­cił do oka.

- Miej­my na­dzie­ję, że z tego wyj­dzie. Ro­ko­wa­nia nie były do­bre. Jak dłu­go był przy­tom­ny?

- Za­le­d­wie chwi­lę, pa­nie dok­to­rze.

- Po­wie­dział coś?

- Pró­bo­wał, ale po­now­nie stra­cił przy­tom­ność.

Zo­stał zi­den­ty­fi­ko­wa­ny po po­łu­dniu. Mat­ka za­wia­do­mi­ła mi­li­cję, a za­nie­po­ko­jo­na jej bez­czyn­no­ścią ob­dzwo­ni­ła wszyst­kie szpi­ta­le. Od­na­lazł się na Pio­tra Skar­gi, w nie­wiel­kim szpi­ta­lu gar­ni­zo­no­wym, jed­nej z lep­szych pla­có­wek w mie­ście, któ­ra peł­ni­ła tej nocy dy­żur. Ro­dzi­ców nie wpusz­czo­no na in­ten­syw­ną te­ra­pię. Ro­dzi­ny były przez służ­bę zdro­wia trak­to­wa­ne jako zło ko­niecz­ne. Po go­dzi­nie ocze­ki­wa­nia do­wie­dzie­li się, że stan syna jest cięż­ki. Zo­stał po­bi­ty, miał wiel­kie szczę­ście, że szyb­ko tra­fił na stół ope­ra­cyj­ny. Jesz­cze mi­nu­ta, dwie i by­ło­by po nim.

- Nie ma co tu sie­dzieć i prze­szka­dzać nam w pra­cy. - Pie­lę­gniar­ka była sta­now­cza. - Pro­szę wra­cać do domu. Ma­cie pań­stwo te­le­fon?... Nie? Są­sie­dzi mają?... Jak syn od­zy­ska przy­tom­ność, po­wia­do­mi­my. To może po­trwać dłu­go. Wy­sia­dy­wa­nie w szpi­ta­lu nic nie po­mo­że.

Po­now­nie od­zy­skał przy­tom­ność. Ni­cze­go nie pa­mię­tał. Na­wet jak się na­zy­wa. Neu­ro­log, któ­re­mu za­wdzię­czał ży­cie, wy­ja­śnił, że do­znał po­waż­ne­go ura­zu. Pęk­nię­cie czasz­ki, na szczę­ście bez prze­miesz­czeń, oraz krwiak, do któ­re­go usu­nię­cia nie­zbęd­na była tre­pa­na­cja czasz­ki do­ko­na­na wier­tłem.

Wy­stra­szył się tej tre­pa­na­cji. Le­karz go uspo­ko­ił.

- Mia­łeś ogrom­ne szczę­ście. Nie po­win­no być na­stępstw - za­pew­nił z po­czu­ciem sa­tys­fak­cji z do­brze wy­ko­na­nej skom­pli­ko­wa­nej ope­ra­cji. - Nie zmar­nuj ży­cia, któ­re­go cu­dem nie stra­ci­łeś - do­dał po chwi­li.

Mi­li­cja nie mu­sia­ła się wy­si­lać, żeby usta­lić, że na­pad miał pod­ło­że ra­bun­ko­we. Ty­po­wy w tej dziel­ni­cy wy­bryk chu­li­gań­ski, wy­róż­nia­ją­cy się je­dy­nie bru­tal­no­ścią. Ura­zy oraz licz­ne si­nia­ki świad­czy­ły o ze­zwie­rzę­ce­niu spraw­ców, któ­rym nie wy­star­czy­ło ob­ra­bo­wa­nie nie­przy­tom­nej ofia­ry. Sko­pa­li, żeby mieć o czym opo­wia­dać kum­plom. W pra­sie nie po­ja­wi­ła się żad­na wzmian­ka. Cen­zu­ra dba­ła, żeby in­for­ma­cje o prze­stęp­stwach nie prze­do­sta­wa­ły się do opi­nii pu­blicz­nej. Psu­ły sie­lan­ko­wy ob­raz pań­stwa so­cja­li­stycz­ne­go.

Re­kon­wa­le­scen­cja trwa­ła kil­ka ty­go­dni. Ro­dzi­ce od­wie­dza­li go co parę dni, za to pan Teo­fil by­wał czę­stym go­ściem. Za­wsze przy­no­sił ja­kieś sma­ko­ły­ki. Sier­pień był sło­necz­ny, więc mo­gli spę­dzać czas na in­try­gu­ją­cych dys­ku­sjach w za­dba­nym przy­szpi­tal­nym ogro­dzie.

Ze szpi­ta­la wy­szedł inny czło­wiek. Coś się w nim trwa­le od­mie­ni­ło. Nie był już we­so­łym, lek­ko­myśl­nym, tro­chę nie­śmia­łym chłop­cem. Do­tar­ło do nie­go, jak kru­che jest ży­cie, jak ła­two je stra­cić. Więc na­le­ży się cie­szyć każ­dym dniem, jak­by miał być ostat­ni. Kie­dy le­żał bez­rad­ny na in­ten­syw­nej te­ra­pii, po­sta­no­wił, że już ni­g­dy nie po­zwo­li, żeby go bez­kar­nie bito. Do­świad­czył na wła­snej skó­rze okru­cień­stwa, ja­kie się kry­ło w mrocz­nych za­ka­mar­kach za­pew­nia­ją­cej po­zor­ne bez­pie­czeń­stwo cy­wi­li­za­cji.

Wszy­scy mie­li do nie­go pre­ten­sje, że się dał po­bić. Mat­ka nie­ustan­nie gde­ra­ła, że sam jest so­bie wi­nien, bo się włó­czy po no­cach. Oj­ciec jej wtó­ro­wał. Prze­słu­chu­ją­cy go sier­żant mi­li­cji nie krył nie­chę­ci.

- Sam się pro­si­łeś. Trze­ba było ucie­kać, a nie zgry­wać bo­ha­te­ra.

Zo­rien­to­wał się, że gli­ny nie za­mie­rza­ją się prze­pra­co­wy­wać. Gdy­by to było mor­der­stwo, to co in­ne­go. Zna­leź­li­by ko­goś, komu by się je dało przy­pi­sać, żeby nie psuć sta­ty­styk.

Do­stał we­zwa­nie z pro­ku­ra­tu­ry. Pod­pi­sa­ne "J. Wój­cik". Cze­kał pod drzwia­mi po­ma­lo­wa­ny­mi far­bą olej­ną o nie­okre­ślo­nym ko­lo­rze przez bite dwie go­dzi­ny. Prze­wi­dział, że tak bę­dzie, więc za­brał pod­ręcz­nik i na­wet nie za­uwa­żył, jak mi­nął czas. Ktoś po­trzą­sał go za ra­mię.

- Ma­rek Star­ski? Nie sły­sza­łeś, jak wo­ła­łam?

Sta­ła nad nim mło­da ko­bie­ta nie­pa­su­ją­ca do ste­reo­ty­pu groź­nej ne­me­zis prze­stęp­ców. Wy­da­wa­ło mu się, że ma pod trzy­dziest­kę, choć mógł się my­lić. Nie po­znał jesz­cze ko­biet na tyle do­brze, żeby traf­nie oce­niać ich wiek. Wska­za­ła krze­sło i nie zwra­ca­jąc na nie­go uwa­gi, prze­glą­da­ła akta.

- Czy coś za­pa­mię­ta­łeś? Wiesz może, kto to był?

- Pa­mię­tam, że było ich trzech. Twa­rzy nie wi­dzia­łem, było ciem­no. Po­tem do­sta­łem w gło­wę i nic wię­cej nie pa­mię­tam. Ock­ną­łem się w szpi­ta­lu.

Po­krę­ci­ła gło­wą, wy­raź­nie zde­gu­sto­wa­na.

- I jak we­dług cie­bie mamy ich zna­leźć? Ni­cze­go nie pa­mię­tasz?

- Nic mi nie przy­cho­dzi do gło­wy. Mógł­bym ich mi­nąć na uli­cy, a i tak bym nie roz­po­znał.

- Po­dob­nych na­pa­dów mamy set­ki. Ten był wy­jąt­ko­wo bru­tal­ny, ale mia­łeś też tro­chę szczę­ścia. Mo­głeś stra­cić ży­cie. Po­wiem wprost: od­kła­dam akta two­jej spra­wy. Szko­da mo­je­go cza­su. Gdy­by się po­ja­wi­ło coś no­we­go, we­zwę. Nie li­czy­ła­bym jed­nak na prze­łom. Za pół roku umo­rzę spra­wę. - Wsta­ła i po­da­ła mu rękę, koń­cząc prze­słu­cha­nie.

Spo­dzie­wał się ko­lej­nych zło­śli­wo­ści pod swo­im ad­re­sem, ale przy­glą­da­ła mu się życz­li­wie. Ona pierw­sza nie pró­bo­wa­ła go ob­wi­niać za na­pad. Ze spo­ko­jem przy­jął do wia­do­mo­ści, że spraw­cy unik­ną kary.

W szko­le dzia­ła­ła sek­cja SKS, w któ­rej naj­spraw­niej­si ucznio­wie tre­no­wa­li po lek­cjach. W ustro­ju, któ­ry dą­żył do mak­sy­mal­ne­go spo­łecz­ne­go wy­ko­rzy­sta­nia wy­sił­ku, wy­ci­śnię­cia każ­de­go jak cy­try­ny, w tej sek­cji nie było miej­sca dla sła­be­uszy, bez pre­dys­po­zy­cji, bo choć­by nie wiem jak się sta­ra­li, nie zdo­bę­dą pu­cha­rów, któ­re dy­rek­tor usta­wi w ga­blo­cie. Ko­le­dzy zo­sta­wa­li po lek­cjach, żeby wy­ko­ny­wać ćwi­cze­nia, któ­re roz­wi­ja­ją mię­śnie. Za­zdro­ścił im. Nie było szan­sy, żeby się wci­snął do SKS-u, więc mu­siał roz­wią­zać pro­blem we wła­snym za­kre­sie. W domu tre­no­wać nie mógł. Za każ­dym ra­zem, kie­dy za­czy­nał w cia­snym miesz­ka­niu ro­bić pomp­ki czy skło­ny, mat­ka z wrza­skiem mu prze­ry­wa­ła i za­ga­nia­ła go do prac do­mo­wych. Ćwi­cze­nia fi­zycz­ne uwa­ża­ła za bez­pro­duk­tyw­ne, dzia­ła­ły jej na ner­wy. Miał się uczyć i po­ma­gać w domu. Za­pi­sał się więc do sek­cji kul­tu­ry­sty­ki w osie­dlo­wym klu­bie kul­tu­ry. Pie­nią­dze od pana Teo­fi­la bar­dzo się przy­da­ły. Po­cząt­ki nie wy­glą­da­ły za­chę­ca­ją­co. Mło­dzi lu­dzie wpa­trze­ni w przy­wie­zio­ne z Za­cho­du sfa­ty­go­wa­ne ko­lo­ro­we ma­ga­zy­ny, w któ­rych prę­ży­li się atle­ci, pró­bo­wa­li im do­rów­nać. Po tre­nin­gach pili wód­kę, bo po­dob­no po­ma­ga­ła w bu­do­wie mu­sku­la­tu­ry. Bra­li też ja­kieś świń­stwo, któ­re ku­po­wa­li w ap­te­kach na re­cep­tę od za­przy­jaź­nio­ne­go le­ka­rza. Po­nie­waż jaj­ka były do­stęp­ne i ta­nie, po­chła­nia­li nie­praw­do­po­dob­ne ilo­ści ja­jecz­ni­cy, żeby "zro­bić masę". Mar­ka kul­tu­ry­sty­ka nie in­te­re­so­wa­ła, a kul­tu­ry­ści ze zdjęć wzbu­dza­li w nim od­ra­zę. Chciał je­dy­nie wzmoc­nić mu­sku­la­tu­rę, po­pra­wić syl­wet­kę i tro­chę przy­tyć. Na sali śmier­dzia­ło tak, że mu­siał po­wstrzy­my­wać wy­mio­ty. Za­ciął się jed­nak i przy­cho­dził czte­ry razy w ty­go­dniu. Na go­dzi­nę, po­nie­waż dłu­żej nie wy­trzy­my­wał, a mo­no­ton­nych ćwi­czeń nie zno­sił. Ko­le­dzy z sek­cji prze­ko­ny­wa­li, że to nic nie da, ale on igno­ro­wał "do­bre rady". Sku­pił się na roz­wo­ju mię­śni i ogól­nym wzmoc­nie­niu. Po sze­ściu mie­sią­cach czuł się usa­tys­fak­cjo­no­wa­ny - przy­tył trzy ki­lo­gra­my i prze­stał stra­szyć chu­do­ścią, był te­raz szczu­pły i nie­źle umię­śnio­ny. Dum­ny ze swo­je­go wy­glą­du, na­brał pew­no­ści sie­bie. Na­wet prysz­cze na twa­rzy już go nie de­pry­mo­wa­ły.

4. Studia

Maj 1968

Na koń­co­wych ba­da­niach w szko­le mie­rzo­no wzrost i wagę. Ma­rek wy­cią­gał szy­ję jak gą­sior, pró­bu­jąc unieść cia­ło nad zie­mię, za­pew­ne dla­te­go za­pi­sa­no mu w ksią­żecz­ce zdro­wia sto osiem­dzie­siąt pięć cen­ty­me­trów, któ­re się prze­kła­da­ły na sześć stóp i je­den cal. Wa­żył sie­dem­dzie­siąt trzy ki­lo­gra­my. Chciał­by wa­żyć wię­cej - li­czył, że przy­ty­je wkrót­ce; po­dob­no na stat­kach do­brze kar­mi­li. Był nie­zmier­nie szczę­śli­wy, po­nie­waż wie­rzył, że wzrost i mu­sku­la­tu­ra są naj­lep­szą gwa­ran­cją suk­ce­su ży­cio­we­go męż­czy­zny.

Na­stęp­ne­go dnia po ode­bra­niu świa­dec­twa ma­tu­ral­ne­go za­niósł kom­plet wy­ma­ga­nych do­ku­men­tów wraz z po­da­niem do Wyż­szej Szko­ły Mor­skiej na Wa­łach Chro­bre­go. Bry­ła bu­dyn­ku wy­róż­nia­ła się im­po­nu­ją­cą fa­sa­dą z po­kry­te­go pa­ty­ną cza­su, po­ro­śnię­te­go blusz­czem pia­skow­ca.

An­kie­ta, któ­rą wy­peł­niał pra­co­wi­cie przez trzy dni, mia­ła kil­ka­na­ście stron i zo­sta­ła sko­pio­wa­na z wzo­ru prze­słu­cha­nia oso­by po­dej­rze­wa­nej o dzia­łal­ność wy­wro­to­wą zmie­rza­ją­cą do oba­le­nia siłą ustro­ju PRL: "Z ja­kiej kla­sy spo­łecz­nej po­cho­dzi­li dziad­ko­wie?". Naj­le­piej, gdy­by ro­dzi­ce byli przed­sta­wi­cie­la­mi kla­sy ro­bot­ni­czej, do­sta­wa­ło się wte­dy punk­ty za po­cho­dze­nie. Jemu nie były po­trzeb­ne. Zdał z szó­stą lo­ka­tą na stu osiem­dzie­się­ciu zda­ją­cych i zo­stał przy­ję­ty do WSM.

Po eg­za­mi­nach wy­pły­nął w rejs szkol­ny na SY "Dar Po­mo­rza", le­gen­dar­nym ża­glow­cu, na któ­rym uczy­ło się że­glar­skie­go fa­chu wie­le po­ko­leń pol­skich ka­pi­ta­nów. Kie­dy wy­pły­nę­li na otwar­te mo­rze, do­pa­dła go cho­ro­ba mor­ska. Był prze­ra­żo­ny. Wilk mor­ski nie może mieć ta­kiej kom­pro­mi­tu­ją­cej przy­pa­dło­ści. Cho­ro­ba mę­czy­ła go wie­le go­dzin, na szczę­ście nie wy­mio­to­wał. Na po­kła­dzie, za­ję­ty pra­cą, miał je­dy­nie lek­kie nud­no­ści. Kie­dy nic nie ro­bił, było go­rzej. Po zej­ściu pod po­kład miał ocho­tę pu­ścić pa­wia, le­d­wo do­bie­gał do koi i na­wet le­żąc, czuł się fa­tal­nie. Kam­buz i mes­sa, z któ­rych do­cho­dził za­pach je­dze­nia, były dla nie­go stre­fą za­ka­za­ną, w któ­rej wy­rzy­gał­by wnętrz­no­ści. Rano było nie­co le­piej. Na po­kła­dzie już nie mu­li­ło. Po kil­ku dniach mógł pod­czas sztor­mu wcho­dzić do kam­bu­za, naj­bar­dziej rzy­gli­we­go miej­sca na ża­glow­cu. Oka­za­ło się, że jest od­por­ny na cho­ro­bę mor­ską.

Wspi­nał się na kre­ślą­ce elip­sy po za­snu­tym bu­rzo­wy­mi chmu­ra­mi nie­bie czter­dzie­sto­me­tro­we masz­ty. Kie­dy grot miał dwa refy, fala za­le­wa­ła po­kład - wte­dy czuł, że żyje. Prze­ży­wał pierw­szą z wie­lu fa­scy­nu­ją­cych przy­gód, ja­kie wy­zna­czył mu los.

Za­wi­nę­li do Hel­si­nek. Po raz pierw­szy był za gra­ni­cą. Cho­dzi­li całą gru­pą po mie­ście i chło­nę­li mi­tycz­ny Za­chód. Fi­no­wie byli po­god­ni, ko­lo­ro­wo ubra­ni, życz­li­wi, uśmie­cha­li się do ka­de­tów i po­zdra­wia­li. Mie­li po kil­ka do­la­rów kie­szon­ko­we­go, więc wy­sta­wy skle­po­we mo­gli je­dy­nie oglą­dać. Tak się róż­ni­ły od pol­skich, że trud­no im było uwie­rzyć w to, co wi­dzą. Choć ba­jecz­nie ko­lo­ro­wych, atrak­cyj­nych to­wa­rów było za­trzę­sie­nie, nie było ko­le­jek. Przy­gnę­bie­ni prze­li­cza­li ceny na zło­tów­ki. Były astro­no­micz­ne. Może dla­te­go jest tyle to­wa­rów, że na­wet dla Fi­nów są za dro­gie?

Jed­nak w każ­dym skle­pie klien­ci coś ku­po­wa­li. I nie wy­glą­da­li na za­moż­nych. To byli zwy­kli lu­dzie. Naj­więk­sze emo­cje wzbu­dza­ły skle­py mię­sne. Nie zda­wa­li so­bie spra­wy, że może być aż tyle ga­tun­ków mięs i wę­dlin. Na­wet przez szkło pach­nia­ły świe­żo­ścią i za­chę­ca­ły, żeby spró­bo­wać. Na sam wi­dok ślin­ka na­pły­wa­ła do ust. Każ­dy mógł wejść i ku­pić, ile chciał, bez wy­sta­wa­nia w ko­lej­ce, bez ogra­ni­czeń, i nikt nie na­zy­wał go spe­ku­lan­tem.

Moż­na żyć ina­czej, a pro­pa­gan­da ko­mu­ni­stycz­na to zbi­tek pół­prawd i or­dy­nar­nych kłamstw. Nie ma prze­śla­do­wa­ne­go pro­le­ta­ria­tu, są za­do­wo­le­ni lu­dzie, któ­rzy pra­cą za­ra­bia­ją na go­dzi­we ży­cie. Mają z pew­no­ścią pro­ble­my, prze­ży­wa­ją dra­ma­ty, jak każ­dy, jed­nak do­ty­czy to wszyst­kich: bied­nych i bo­ga­tych.

Fin­ki oglą­da­ły się za gru­pą przy­stoj­nych ka­de­tów, a na­wet po­sy­ła­ły za­lot­ne uśmie­chy. Cza­sem do nich za­ga­da­li, jed­nak nie pró­bo­wa­li pod­ry­wać. Za sła­bo zna­li an­giel­ski, fiń­skie­go ni w ząb, nie mie­li pie­nię­dzy na­wet na her­ba­tę z ciast­kiem. Mo­gli je­dy­nie od­wza­jem­niać uśmie­chy.

Na noc­nych wach­tach in­ten­syw­nie od­czu­wał prze­mi­ja­nie cza­su, któ­re po­zo­sta­wia­ło w du­szy bo­le­sne pra­gnie­nia i nie­okre­ślo­ny nie­po­kój. Umysł uwol­nio­ny od co­dzien­nych trosk kom­po­no­wał opo­wia­da­nia przy­po­mi­na­ją­ce noc­ne sny, lecz prze­ży­wa­ne na ja­wie. Po­mię­dzy tymi tre­ścia­mi po­ja­wia­ły się za­ska­ku­ją­ce prze­my­śle­nia do­ty­czą­ce te­ma­tów kre­owa­nych przez nie­skrę­po­wa­ną wy­obraź­nię. Za­czął za­pi­sy­wać wszyst­ko, co mu się ro­iło w gło­wie. Za­uwa­żył, że kie­dy pi­sze, dal­sza część opo­wia­da­nia roz­wi­ja się sama, bez udzia­łu jego świa­do­mo­ści.

Z cza­sem na­uczył się oce­niać kry­tycz­nie swo­je tek­sty. Dużo czy­tał, a lek­tu­ry wy­bie­rał róż­no­rod­ne. Po­cząt­ko­wo pod­świa­do­mie, na­stęp­nie me­to­dycz­nie ana­li­zo­wał for­mę li­te­rac­ką. Za­trzy­my­wał się na zda­niach, któ­re mu się szcze­gól­nie spodo­ba­ły, sta­ra­jąc się usta­lić, co jest w nich wy­jąt­ko­we­go. Po­chło­nię­ty pi­sa­niem, nie od­czu­wał upły­wu cza­su. Kie­dy nad­cho­dzi­ła noc­na wach­ta, zni­kąd po­ja­wia­ła się muza, wcią­ga­jąc go w wir emo­cji tak in­ten­syw­nych, że prze­no­sząc się do fik­cyj­ne­go świa­ta, tra­cił kon­takt z rze­czy­wi­sto­ścią.

Ko­le­dzy za­uwa­ży­li tę jego kre­atyw­ność i do­kła­da­li sta­rań, żeby po­dej­rzeć, co on ta­kie­go wy­pi­su­je. W jego od­czu­ciu było to rów­nie nik­czem­ne jak pod­słu­chi­wa­nie spo­wie­dzi, strzegł więc no­te­su jak oka w gło­wie. Po­nie­waż ka­bi­ny prak­ty­kan­tów były dwu­na­sto­oso­bo­we, na­strę­cza­ło to wie­le trud­no­ści. Nie roz­sta­wał się z no­te­sem ani na chwi­lę. Wie­dział jed­nak, że nie od­pusz­czą i prę­dzej czy póź­niej wy­my­ślą spo­sób na wy­kra­dze­nie no­ta­tek. Naj­prost­szym roz­wią­za­niem wy­da­wa­ło się upi­cie go, więc się pil­no­wał.

Już na pierw­szej im­pre­zie jego po­dej­rze­nia się po­twier­dzi­ły. Wy­pił zdro­wie so­le­ni­zan­ta, ale na­stęp­nych to­a­stów, do któ­rych go przy­mu­sza­no, sta­now­czo od­mó­wił. Oznaj­mił za­sko­czo­nym ko­le­gom, że zło­żył ślub abs­ty­nen­cji, a każ­dy na­stęp­ny kie­li­szek bę­dzie zła­ma­niem da­ne­go ślu­bu. Za­nim wpa­dli na ko­lej­ny ge­nial­ny po­mysł, rejs się skoń­czył.

5. Pierwsze kroki w handlu

Kwie­cień 1969

Ma­rek wy­brał się z ko­le­gą, któ­ry stu­dio­wał o rok wy­żej, do "Pi­no­kia" - stu­denc­kie­go klu­bu Po­li­tech­ni­ki na osie­dlu aka­de­mic­kim. Wpraw­dzie był czwar­tek, nie było tego dnia kon­cer­tu ani in­nej im­pre­zy, jed­nak po­go­da była pod psem, dla­te­go w klu­bie po­ja­wi­ło się wie­lu stu­den­tów. Wkrót­ce wy­pły­wał w rejs sta­żo­wy na stat­ku szkol­nym MS "Na­wi­ga­tor". Chciał się do­wie­dzieć, jak za­ro­bić na han­dlu.

- Dwie bu­tel­ki wód­ki i kar­ton Marl­bo­ro ku­pisz w Pe­wek­sie za sie­dem do­lców. Tyle mo­żesz le­gal­nie wwieźć do Ere­fe­nu. Pój­dziesz do "Żyda"... Tak wszy­scy mó­wią - tłu­ma­czył ko­le­ga, wi­dząc zdzi­wie­nie Mar­ka. - W Ham­bur­gu jest kil­ka skle­pów bli­sko por­tu, każ­dy ci po­ka­że. Za wód­kę i pa­pie­ro­sy za­pła­cą pięt­na­ście do­lców i sprze­da­dzą to, co idzie aku­rat w Pol­sce. Bierz to, co wszy­scy. Te­raz cho­dzi szam­pon i guma do żu­cia. Ra­dzę za­brać czte­ry flasz­ki i dwie sztan­gi pa­pie­ro­sów. Nie­miec­cy cel­ni­cy nie zro­bią ki­pi­szu na stat­ku szkol­nym. Wie­dzą, że ka­de­ci nie mają for­sy, więc wie­le nie ry­zy­ku­jesz. Wyj­dziesz do mia­sta dwa razy. Na bra­mie cię prze­pusz­czą. Wy­ło­żysz czter­na­ście do­la­rów, przy­wie­ziesz to­war, za któ­ry bę­dziesz miał po­dwój­ną prze­bit­kę, na­wet wię­cej. Jak zgło­sisz do od­pra­wy, sprze­dasz w pań­stwo­wym ko­mi­sie, a jak wy­nie­siesz po ci­chu, od­ku­pi od cie­bie stra­ga­niarz. Za­ro­bisz pięć pa­ty­ków na czy­sto. Na tym po­le­ga biz­nes.

- Ge­nial­ny in­te­res! - ucie­szył się Ma­rek, któ­ry czuł już w kie­sze­ni cię­żar za­ro­bio­nych pie­nię­dzy. Pięć ty­się­cy to były dwie pen­sje urzęd­ni­ka. Ro­bot­ni­cy za­ra­bia­li wię­cej. - A do­da­tek de­wi­zo­wy?15

- Stu­den­ci do­sta­ją za­le­d­wie dzie­sięć cen­tów dzien­nie. - Ko­le­ga skrzy­wił się z nie­sma­kiem. - Uzbie­ra się kil­ka do­lców. Nie bierz do­la­rów, tyl­ko bony. W Bal­to­nie wód­ka jest aż sześć cen­tów tań­sza niż w Pe­wek­sie.

Ma­rek, świa­dom swo­jej atrak­cyj­no­ści, prze­stał się wresz­cie wsty­dzić i uni­kać dziew­czyn. Za­pro­sił na rand­kę miłą i ład­ną stu­dent­kę me­dy­cy­ny - Ka­się. Spoj­rza­ła na nie­go spod przy­mru­żo­nych po­wiek i po chwi­li wa­ha­nia zgo­dzi­ła się. Miał ocho­tę ska­kać z ra­do­ści. Ubra­na w pro­stą, ba­weł­nia­ną su­kien­kę w kwia­ty i pan­to­fle na nie­wiel­kim ob­ca­sie, była atrak­cyj­na w nie­dzi­siej­szym sty­lu. Mia­ła dłu­gie, kasz­ta­no­we wło­sy, wą­skie bio­dra mło­dej dziew­czy­ny i piw­ne oczy, w któ­rych igra­ły dia­bel­skie ogni­ki. De­li­kat­ny jak mgieł­ka za­pach per­fum, na po­licz­kach opa­da­ją­ce nie­sfor­ne ko­smy­ki. Już na pierw­szej rand­ce za­ko­chał się w jej spoj­rze­niu, gło­sie, w po­nęt­nych kształ­tach ry­su­ją­cych się pod su­kien­ką, we wszyst­kim.

Kie­dy po­szła z nim do łóż­ka, czuł się tak szczę­śli­wy, jak­by za­wie­si­ła dla nie­go księ­życ na nie­bie.

Szko­ła Mor­ska mia­ła do­sko­na­łe za­ple­cze spor­to­we. Si­łow­nia była le­piej wy­po­sa­żo­na od osie­dlo­wej i przede wszyst­kim czy­sta. Tre­no­wa­li w niej wy­kła­dow­cy i stu­den­ci, dla któ­rych nie li­czy­ła się im­po­nu­ją­ca mu­sku­la­tu­ra, lecz pre­zen­cja, spraw­ność i zdro­wie. Ćwi­czył za­pa­mię­ta­le, chcąc ode­gnać lęki, ja­kie po­zo­sta­wi­ło po­bi­cie. In­struk­tor opra­co­wał dla nie­go ze­staw ćwi­czeń. Tym ra­zem tre­ning go nie nu­dził. Miał swój cel. Chciał być nie­zwy­cię­żo­ny, jak Bru­ce Lee, któ­re­go fil­my do­tar­ły wła­śnie do Pol­ski, na ra­zie tyl­ko na ka­se­tach. Oglą­da­no je w aka­de­mi­kach z za­par­tym tchem. Może to było dzie­cię­ce ma­rze­nie, ale dłu­gie go­dzi­ny spę­dza­ne w si­łow­ni nie były cza­sem zmar­no­wa­nym. Kie­dy był zu­peł­nie wy­czer­pa­ny, przy­po­mi­nał mu się na­pad. Ból, strach i po­ni­że­nie. Za­ci­skał zęby i ćwi­czył da­lej.

15 Wy­na­gro­dze­nie ma­ry­na­rza skła­da­ło się ze skrom­nej pen­sji i do­dat­ku de­wi­zo­we­go: od 1 do 4 do­la­rów za dzień w mo­rzu, w za­leż­no­ści od sta­no­wi­ska. Mógł wy­brać do­la­ry albo bony, za któ­re ku­po­wał to­wa­ry w skle­pie dla ma­ry­na­rzy - Bal­to­nie.

6. Trzydzieści sześć godzin

30 li­sto­pa­da 1970, War­sza­wa,

po­sie­dze­nie Biu­ra Po­li­tycz­ne­go KC PZPR16

I Se­kre­tarz KC PZPR Wła­dy­sław Go­muł­ka wy­ja­śnił ze­bra­nym, że stan fi­nan­sów pań­stwa zmu­sza do pod­wyż­sze­nia cen żyw­no­ści, po­nie­waż jest do spła­ce­nia kre­dyt na za­kup sa­mo­lo­tów MiG-21.

Biu­ro Po­li­tycz­ne pod­ję­ło jed­no­gło­śnie de­cy­zję o pod­wyż­ce cen de­ta­licz­nych mię­sa, prze­two­rów mię­snych oraz in­nych ar­ty­ku­łów spo­żyw­czych. Mi­li­cja i woj­sko zo­sta­ły po­sta­wio­ne w stan pod­wyż­szo­nej go­to­wo­ści.

12 grud­nia 1970

I Se­kre­tarz KC PZPR Wła­dy­sław Go­muł­ka w prze­mó­wie­niu ra­dio­wo-te­le­wi­zyj­nym po­in­for­mo­wał Po­la­ków o wpro­wa­dza­nych zmia­nach cen. Pod­wyż­ki ob­ję­ły czter­dzie­ści pięć grup ar­ty­ku­łów, głów­nie spo­żyw­czych, naj­do­tkli­wiej ude­rza­jąc w uboż­sze war­stwy spo­łe­czeń­stwa.

12 grud­nia 1970, Dzien­nik Te­le­wi­zyj­ny

Lek­tor Sta­ni­sław Cze­śnin, dy­rek­tor ge­ne­ral­ny do spraw po­li­tycz­nych Te­le­wi­zji, wy­ja­śnia, dla­cze­go do­szło do pod­wyż­ki cen żyw­no­ści, i to aż o dwa­dzie­ścia trzy pro­cent. Py­ta­ni przez re­por­te­rów, co są­dzą o pod­wyż­kach, ro­bot­ni­cy, rol­ni­cy, eme­ry­ci, go­spo­dy­nie do­mo­we ze zro­zu­mie­niem przy­ję­li wzrost cen, de­kla­ru­jąc po­par­cie dla PZPR.

14 grud­nia 1970, Gdańsk

W gdań­skiej Stocz­ni imie­nia Le­ni­na wy­buchł strajk. Wie­lo­ty­sięcz­na ma­ni­fe­sta­cja pro­te­stu­ją­cych prze­ciw pod­wyż­kom ro­bot­ni­ków prze­szła uli­ca­mi mia­sta.

15 grud­nia 1970, War­sza­wa - am­ba­sa­da ZSRR, ul. Bel­we­der­ska 49

Obec­ni: Ju­rij An­dro­pow, Fran­ci­szek Szlach­cic, Piotr Ja­ro­sze­wicz. Ge­ne­rał Ja­ru­zel­ski prze­by­wał w tym cza­sie w szta­bie an­ty­kry­zy­so­wym po­wo­ła­nym ad hoc przez Biu­ro Po­li­tycz­ne, zaś Edward Gie­rek pil­no­wał po­rząd­ku na Ślą­sku.

Piotr Ja­ro­sze­wicz in­for­mu­je ze­bra­nych, że strajk w Trój­mie­ście wy­ga­sa.

- Do­sta­łem wła­śnie po­uf­ną in­for­ma­cję, że na trze­cie­go stycz­nia Cy­ran­kie­wicz za­pro­sił do sie­bie am­ba­sa­do­rów NRF17, Fran­cji i Wiel­kiej Bry­ta­nii. Bę­dzie z nimi roz­ma­wiał o kre­dy­tach, któ­re po­zwo­lą przy­naj­mniej czę­ścio­wo od­wo­łać pod­wyż­ki.

Ju­rij An­dro­pow stwier­dza, że do spo­tka­nia Cy­ran­kie­wi­cza z am­ba­sa­do­ra­mi, a w kon­se­kwen­cji od­wo­ła­nia pod­wy­żek, nie wol­no do­pu­ścić. W żad­nym wy­pad­ku! In­for­mu­je, że jego lu­dzie z Biu­ra Po­li­tycz­ne­go po­trze­bu­ją pre­tek­stu, żeby za­żą­dać ustą­pie­nia Go­muł­ki. Ob­wi­nią go za prze­la­ną ro­bot­ni­czą krew. Su­ge­ru­je, żeby tego pre­tek­stu do­star­czył. Szlach­cic?

Uczest­ni­cy spo­tka­nia do­brze zna­li re­pu­ta­cję An­dro­po­wa, am­ba­sa­do­ra ZSRR na Wę­grzech w 1956 roku. Nie bez przy­czy­ny za­pra­co­wał na przy­do­mek "kata Po­wsta­nia Wę­gier­skie­go". Dla­te­go w ża­den spo­sób nie byli za­sko­cze­ni to­kiem jego ro­zu­mo­wa­nia.

Fran­ci­szek Szlach­cic wy­ja­śnia, że po­trzeb­na jest zgo­da Go­muł­ki na uży­cie ostrej amu­ni­cji do tłu­mie­nia za­mie­szek. Za­pew­nia, że na­kło­ni I Se­kre­ta­rza do ak­cep­ta­cji ra­dy­kal­nych środ­ków zwal­cza­nia ro­bot­ni­cze­go pro­te­stu.

Po wyj­ściu go­ści An­dro­pow prze­szedł do po­miesz­cze­nia, z któ­re­go mógł dzwo­nić bez­po­śred­nią li­nią do KGB.

- Dy­żur­ny? Niech ju­tro od sa­me­go rana So­ko­łow uma­wia mnie z pierw­szym. Za­no­tuj­cie. Spo­tka­nie musi się od­być ju­tro. Je­że­li ab­so­lut­nie nie­moż­li­we, to po­ju­trze, sie­dem­na­ste­go. Wte­dy jak naj­wcze­śniej. Od go­dzi­ny sie­dem­na­stej spra­wa prze­sta­je być ak­tu­al­na. Niech po­wie Breż­nie­wo­wi, że cho­dzi o Gier­ka... Tak, Gier­ka... Co?... Bę­dzie wie­dział. Przy­le­cę z War­sza­wy. Gdy­by mgła, czy coś, da­dzą znać z am­ba­sa­dy. Niech uma­wia od trzy­na­stej, nie wcze­śniej... Jak?... Każ­da go­dzi­na do­bra.

Roz­siadł się w fo­te­lu ze szklan­ką whi­sky. Był ko­ne­se­rem tego trun­ku. Dzień pra­cy do­biegł koń­ca, mi­nę­ła pół­noc. Czas pły­nął nie­ubła­ga­nie. Był już szes­na­sty grud­nia. Nie po­wie­dział Po­la­kom ca­łej praw­dy. Nie mógł za­gwa­ran­to­wać wy­star­cza­ją­cej licz­by gło­sów. Bra­ko­wa­ło czte­rech, mógł być pew­ny za­le­d­wie dwóch - byli jego agen­ta­mi, zo­sta­li zwer­bo­wa­ni jesz­cze pod­czas woj­ny. Na po­zo­sta­łych nie miał więk­sze­go wpły­wu. Szcze­gól­nie na Cy­ran­kie­wi­cza. Był pre­mie­rem z nada­nia sa­me­go Sta­li­na, któ­ry z ja­kie­goś po­wo­du lu­bił tego ły­se­go Po­la­ka. W jego to­wa­rzy­stwie za­wsze się roz­luź­niał. Na ko­goś ta­kie­go nie wy­star­czy tup­nąć, żeby zre­zy­gno­wał ze sta­no­wi­ska. Po­trzeb­ny był nie­ba­ga­tel­ny ar­gu­ment.

Za­da­nie, któ­re­go się pod­jął, wy­da­wa­ło się her­ku­le­so­we. Wy­cza­ro­wać do osiem­na­ste­go list Biu­ra Po­li­tycz­ne­go KC KPZR do Biu­ra Po­li­tycz­ne­go KC PZPR za­wie­ra­ją­cy pryn­cy­pial­ne po­tę­pie­nie zda­rzeń, któ­re mia­ły się do­pie­ro zma­te­ria­li­zo­wać sie­dem­na­ste­go, czy­li ju­tro, w mie­ście, któ­re­go nikt z BP KPZR nie po­tra­fi wska­zać na ma­pie? I jesz­cze ta cho­ler­na róż­ni­ca cza­su! Kie­dy w Gdy­ni pad­ną strza­ły, w Mo­skwie bę­dzie już go­dzi­na dzie­wią­ta. Je­że­li chce się być Pierw­szym, jed­nym z dwóch naj­po­tęż­niej­szych lu­dzi na świe­cie, trze­ba umieć so­bie ra­dzić z prze­ciw­no­ścia­mi. Wpro­wa­dze­nie do po­rząd­ku dzien­ne­go po­sie­dze­nia Biu­ra Po­li­tycz­ne­go KPZR naj­póź­niej na wcze­sne go­dzi­ny po­po­łu­dnio­we za­twier­dze­nia li­stu do KC PZPR za­wie­ra­ją­ce­go oce­nę wy­da­rzeń, któ­re ni­ko­go z tego gro­na nie ob­cho­dzi­ły, wy­da­wa­ło się rów­nie praw­do­po­dob­ne jak za­ła­twie­nie po zna­jo­mo­ści Vic­to­ria Cross dla to­wa­rzy­sza I Se­kre­ta­rza. Ta­kie­go li­stu na­wet Breż­niew nie miał pra­wa pod­pi­sać bez za­twier­dze­nia przez Biu­ro. Żeby wy­per­swa­do­wać Cy­ran­kie­wi­czo­wi dal­sze "pre­mie­ro­wa­nie", po­trze­bo­wał gru­be­go kija.

Wie­lu dzia­ła­czy PZPR zo­rien­tu­je się, że do­szło do pro­wo­ka­cji. Nie są głup­ca­mi i po­tra­fią li­czyć do trzy­dzie­stu sze­ściu. Tyle go­dzin upły­nie od strza­łów w Gdy­ni do do­rę­cze­nia li­stu. Będą wie­dzie­li, że to zda­rze­nie ab­so­lut­nie nie­wy­ko­nal­ne, więc mu­siał za­dzia­łać układ, któ­ry miał prze­ło­że­nie za­rów­no na tego, kto wy­dał roz­kaz otwar­cia ognia w Gdy­ni, jak i na Breż­nie­wa oraz BP KPZR. Ale co z tego? Współ­dzia­ła­nie tak róż­nych ak­to­rów tego ukła­du po­win­no im dać do my­śle­nia. Za­wsze le­piej pod­cze­pić się pod zwy­cię­ski obóz.

Po­la­cy wy­wią­za­li się ze swo­je­go zo­bo­wią­za­nia. Ku­pi­li czte­ry­sta MiG-ów, o dwie­ście wię­cej, niż mu­sie­li z ra­cji zo­bo­wią­zań so­jusz­ni­czych i rze­czy­wi­ście po­trze­bo­wa­li. Z sa­mej gór­ki za­ro­bił dla swo­jej oj­czy­zny po­nad pół mi­liar­da do­la­rów. Dla­te­go on rów­nież się wy­wią­że. Wzniósł szklan­kę. To­wa­rzysz An­dro­pow do­brze przy­słu­żył się oj­czyź­nie. Sa­lut!

Nie zdra­dził spi­skow­com, że Go­muł­ka przej­rzał ich za­mia­ry. Ktoś mu­siał do­nieść. Je­że­li nie do­pro­wa­dzi w naj­bliż­szym cza­sie do za­twier­dze­nia li­stu, któ­re­go szkic oso­bi­ście przy­go­to­wał, to na nad­zwy­czaj­nym po­sie­dze­niu BP zwo­ła­nym na dzie­więt­na­ste­go to­wa­rzysz Wie­sław wy­wa­li z Biu­ra Po­li­tycz­ne­go Gier­ka i jego po­ma­gie­rów: Krucz­ka oraz Tejch­mę. Breż­niew, któ­ry nie zno­si Go­muł­ki, nie bę­dzie za­chwy­co­ny. List z Mo­skwy trze­ba do­star­czyć naj­póź­niej osiem­na­ste­go w go­dzi­nach po­po­łu­dnio­wych, żeby dać Cy­ran­kie­wi­czo­wi czas do na­my­słu. To za­da­nie wy­ko­na am­ba­sa­dor Ari­stow, on sam się nie roz­dwoi.

16 grud­nia 1970, go­dzi­na 6.00

Piotr Ja­ro­sze­wicz od­le­ciał do Mo­skwy po bło­go­sła­wień­stwo dla kan­dy­da­tu­ry Edwar­da Gier­ka na sta­no­wi­sko I Se­kre­ta­rza PZPR. Pre­mier ZSRR Alek­siej Ko­sy­gin przy­chy­lił się do ko­niecz­no­ści zmia­ny na sta­no­wi­sku I Se­kre­ta­rza PZPR, wy­ra­ża­jąc po­par­cie dla Gier­ka.

16 grud­nia 1970, rano, ga­bi­net w KW MO w Gdań­sku udo­stęp­nio­ny wi­ce­mi­ni­stro­wi Fran­cisz­ko­wi Szlach­ci­co­wi

Ka­pi­tan Mi­chał Ko­si­niak z De­par­ta­men­tu III, zwal­cza­ją­ce­go dzia­łal­ność an­ty­pań­stwo­wą, cze­kał od dwu­dzie­stu mi­nut. Był po­de­ner­wo­wa­ny, ale też pod­eks­cy­to­wa­ny. Zda­wał so­bie spra­wę, że tkwi w epi­cen­trum wy­da­rzeń, a spo­tka­nie może mieć je­den cel: do­sta­nie od mi­ni­stra waż­ne za­da­nie. Taka oka­zja tra­fia się w ży­ciu tyl­ko raz.

Se­kre­tar­ka zaj­rza­ła do po­cze­kal­ni.

- Pan mi­ni­ster pro­si.

Za­pro­wa­dzi­ła go do ga­bi­ne­tu i otwo­rzy­ła drzwi. Ko­si­niak był re­li­gij­ny, przed wej­ściem prze­że­gnał się w du­chu.

- Mam dla was waż­ne za­da­nie o celu pa­trio­tycz­nym, któ­re ma uchro­nić oj­czy­znę od za­gła­dy, jaką pod­stęp­nie knu­ją im­pe­ria­li­ści, cze­ka­jąc tyl­ko na sprzy­ja­ją­ce oko­licz­no­ści.

- Nie za­wie­dzie­cie się na mnie, to­wa­rzy­szu mi­ni­strze - za­pew­nił Ko­si­niak gor­li­wie.

Był zbyt na­iw­ny, żeby na miej­scu usta­lić, co za to bę­dzie miał. Jesz­cze się nie na­uczył, że ta­kich fra­je­rów jak on zby­wa się po wy­ko­na­niu za­da­nia po­kle­pa­niem w ra­mię.

17 grud­nia 1970, go­dzi­na zero: 6.00 - Przy­sta­nek Szyb­kiej Ko­lei Miej­skiej SKM: Gdy­nia Stocz­nia18

Ko­si­niak jako je­dy­ny spo­śród ofi­ce­rów prze­by­wa­ją­cych w punk­cie do­wo­dze­nia za­cho­wy­wał spo­kój. Mu­siał się wziąć w garść, po­nie­waż to on do­wo­dził. Po­zo­sta­li dy­go­ta­li ze zde­ner­wo­wa­nia. Od dwu­dzie­stu mi­nut na sta­cji kłę­bił się tłum stocz­niow­ców. Wy­plu­wa­ły ich do pią­tej trzy­dzie­ści pięć pod­jeż­dża­ją­ce w kil­ku­mi­nu­to­wych od­stę­pach skła­dy SKM. Ko­si­niak wy­dał roz­kaz, żeby po­cią­gi do­jeż­dża­ły tyl­ko do sta­cji Gdy­nia Stocz­nia, za­trza­sku­jąc w ten oto spo­sób pu­łap­kę. Na pe­ro­nie tło­czy­ło się trzy ty­sią­ce zde­spe­ro­wa­nych ro­bot­ni­ków. Więk­szość pra­co­wa­ła w po­bli­skiej stocz­ni. Od­po­wia­da­jąc na nada­ne wie­czo­rem w ra­diu i te­le­wi­zji we­zwa­nie do sta­wie­nia się w pra­cy pod groź­bą zwol­nie­nia dys­cy­pli­nar­ne­go, usi­ło­wa­li do­stać się do swo­ich za­kła­dów. Oświad­cze­nie wy­gło­sił se­kre­tarz KC Ko­cio­łek, naj­bliż­szy współ­pra­cow­nik Go­muł­ki. Ko­lej­ne pró­by opusz­cze­nia pe­ro­nu koń­czy­ły się nie­po­wo­dze­niem. Wszyst­kie wyj­ścia za­blo­ko­wa­ło woj­sko i jed­nost­ki spe­cjal­ne MO.

Ko­si­niak, po­mi­mo że na opra­co­wa­nie pla­nu miał nie­wie­le cza­su, przy­go­to­wał pro­wo­ka­cję per­fek­cyj­nie. Dał znak żoł­nie­rzo­wi od­po­wie­dzial­ne­mu za ob­słu­gę szcze­kacz­ki - prze­no­śne­go me­ga­fo­nu. Za­sko­cze­ni ro­bot­ni­cy usły­sze­li, że stocz­nia jest za­mknię­ta i mają wró­cić do do­mów. W prze­ciw­nym ra­zie siły po­rząd­ko­we uży­ją bro­ni.

Jak mają wró­cić do domu, je­że­li po­cią­gi nie od­jeż­dża­ją, a wyj­ścia z dwor­ca są za­blo­ko­wa­ne? Zde­spe­ro­wa­ni ro­bot­ni­cy usi­ło­wa­li się stam­tąd wy­rwać. Po raz ko­lej­ny na­par­li na blo­ku­ją­cych wyj­ścia żoł­nie­rzy.

Na to cze­kał Ko­si­niak. Zszedł z punk­tu do­wo­dze­nia i pod­szedł do do­wód­cy plu­to­nu roz­sta­wio­ne­go na­prze­ciw pe­ro­nu, któ­re­go za­da­niem było blo­ko­wa­nie przej­ścia przez tory.

- Bacz­ność!

- Mel­du­ję się na roz­kaz, oby­wa­te­lu ka­pi­ta­nie!

- Trze­ba ich za wszel­ką cenę po­wstrzy­mać. Wy­daj­cie roz­kaz. Ognia!... Na co cze­ka­cie! Ogłu­chli­ście?! Wy­daj­cie roz­kaz! Na­tych­miast! - po­na­glał znie­cier­pli­wio­ny, wi­dząc, że do­wód­ca się waha.

Ofi­cer, mło­dy chło­pak awan­so­wa­ny na po­rucz­ni­ka przed mie­sią­cem, wpa­try­wał się w nie­go prze­ra­żo­ny.

- Jak­że to: ognia, oby­wa­te­lu ka­pi­ta­nie? Prze­cież to Po­la­cy, nie­uzbro­je­ni ro­bot­ni­cy. Nie mo­że­my strze­lać do bez­bron­nych cy­wi­lów!

- To nie Po­la­cy, to kontr­re­wo­lu­cjo­ni­ści. Słu­gu­sy mię­dzy­na­ro­do­we­go im­pe­ria­li­zmu. Wy­daj­cie roz­kaz albo po­sta­wię przed są­dem wo­jen­nym.

- Wolę od­po­wia­dać przed są­dem niż strze­lać do bez­bron­nych lu­dzi. A gad­kę o kontr­re­wo­lu­cjo­ni­stach wsadź so­bie w dupę! - Po­rucz­nik pod­jął de­cy­zję. Być może naj­waż­niej­szą w ży­ciu.

Pod­ko­mend­ni z prze­ra­że­niem pa­trzy­li na roz­gry­wa­ją­cy się na ich oczach dra­mat.

- Od­bie­ram wam do­wódz­two, po­rucz­ni­ku. Żoł­nie­rze! Na moją ko­men­dę... Ognia!

Żoł­nie­rze, mło­dzi chłop­cy, po­bo­ro­wi, po­pa­trzy­li po so­bie, po­pa­trzy­li na swo­je­go do­wód­cę, któ­ry z czer­wo­ną od emo­cji twa­rzą stał z boku i w mil­cze­niu przy­glą­dał się ca­łej sce­nie. Nie po­słu­cha­li ko­men­dy. Nie pod­nie­śli au­to­ma­tów do po­zy­cji strze­lec­kiej, trzy­ma­li je lu­fa­mi skie­ro­wa­ny­mi w zie­mię. Oczy rów­nież wbi­li w zie­mię. Żeby nie pro­wo­ko­wać wzro­kiem. Żeby się nie wy­róż­niać. Wła­śnie, za swo­im do­wód­cą, od­mó­wi­li wy­ko­na­nia roz­ka­zu. Czy ich rów­nież cze­ka sąd wo­jen­ny?

Ko­si­niak wie­dział, co na­le­ży zro­bić i do cze­go się zo­bo­wią­zał. Za chwi­lę ro­bot­ni­cy prze­ła­mią blo­ka­dy i ro­zej­dą się do do­mów. Czas na­glił. Pod­szedł do pierw­sze­go z brze­gu i ode­brał mu au­to­mat. Żoł­nierz chęt­nie od­dał broń. Wy­da­wa­ło mu się, że w ten spo­sób unik­nie dia­bel­skiej al­ter­na­ty­wy. Strze­lać do nie­uzbro­jo­nych, prze­ra­żo­nych lu­dzi albo od­mó­wić wy­ko­na­nia roz­ka­zu. Ko­si­niak ode­brał mu jesz­cze ła­dow­ni­cę z za­pa­so­wy­mi ma­ga­zyn­ka­mi. Od­szedł i skrył się za nie­wiel­kim bu­dyn­kiem dys­po­zy­to­ra ru­chu. Prze­że­gnał się, wy­chy­lił zza dys­po­zy­tor­ni i otwo­rzył ogień. Strze­lał z kil­ku­dzie­się­ciu me­trów do zwar­te­go tłu­mu. Do­stał od mi­ni­stra Szlach­ci­ca za­da­nie: dzi­siaj mu­szą zgi­nąć ro­bot­ni­cy; wie­lu ro­bot­ni­ków. Nie do­cie­kał, dla­cze­go ma ich za­strze­lić. Nie jego spra­wa. Wy­ko­na za­da­nie, a na­gro­da go nie omi­nie.

Ma­ga­zy­nek pu­sty. Ostroż­nie wy­chy­lił się zza dys­po­zy­tor­ni i przyj­rzał swo­je­mu dzie­łu. Na pe­ro­nie za­miast tłu­mu, któ­ry wi­dział przed chwi­lą, wiło się bez­gło­we stwo­rze­nie wiel­ko­ści smo­ka. Po­szcze­gól­ne koń­czy­ny po­two­ra zmie­nia­ły bez­u­stan­nie kształt, wy­da­jąc przy tym ści­na­ją­ce krew w ży­łach od­gło­sy.

Z tej od­le­gło­ści po­cisk z AK-47 prze­bi­jał cia­ło na wy­lot. Strze­la­jąc w zbi­ty tłum, każ­dą kulą za­bił albo zra­nił. Ilu? Czy wy­strze­lać ko­lej­ny ma­ga­zy­nek? Dwa ma­ga­zyn­ki, sześć­dzie­siąt kul? Wy­szedł zza bu­dyn­ku i spo­koj­nym kro­kiem pod­szedł do żoł­nie­rzy, zbi­tych w za­sty­głą z gro­zy Gru­pę La­oko­ona19, jak­by w fi­zycz­nej bli­sko­ści ko­le­gów szu­ka­li uciecz­ki przed kosz­ma­rem roz­gry­wa­ją­cym się na ich oczach. Ko­si­niak rzu­cił au­to­mat pod nogi jed­ne­go z nich. Mi­ja­jąc zmar­twia­łe­go ze zgro­zy po­rucz­ni­ka, po­wie­dział mar­twym gło­sem, na tyle gło­śno, żeby wszy­scy sły­sze­li:

- Przy­wra­cam wam do­wódz­two, oby­wa­te­lu po­rucz­ni­ku.

I po­chło­nął go mrok w tu­ne­lu mię­dzy pe­ro­na­mi.

17 grud­nia 1970, Szcze­cin - Plac Hoł­du Pru­skie­go

Tego dnia rek­tor WSM od­wo­łał po­po­łu­dnio­we za­ję­cia. Uczel­nię od cen­trum wy­da­rzeń dzie­li­ło za­le­d­wie kil­ka­set me­trów20. Ma­rek z gru­pą ko­le­gów wy­brał się na Plac Hoł­du Pru­skie­go. Chcie­li na wła­sne oczy zo­ba­czyć, co się dzie­je. Nie przy­szło im do gło­wy, że będą świad­ka­mi hi­sto­rycz­nych zda­rzeń. Ta­kich jak oni przy­pad­ko­wych wi­dzów ze­bra­ły się pod KW PZPR i po­bli­ską Ko­men­dą Wo­je­wódz­ką MO ty­sią­ce. Do­łą­czy­li do ro­bot­ni­ków ze Stocz­ni imie­nia War­skie­go, któ­rzy w po­łu­dnie zwar­tą gru­pą, prze­ła­mu­jąc ko­lej­ne za­po­ry sta­wia­ne na ich dro­dze przez MO, prze­ma­sze­ro­wa­li uli­ca­mi mia­sta ze stocz­ni pod sie­dzi­bę Ko­mi­te­tu Wo­je­wódz­kie­go PZPR. Ro­bot­ni­cy do­ma­ga­li się od­wo­ła­nia pod­wy­żek cen. Po­ja­wi­ły się ha­sła po­li­tycz­ne: "Precz z czer­wo­ną bur­żu­azją", "Precz z Go­muł­ką". Choć było prze­ni­kli­wie zim­no, wie­lu przy­szło w kom­bi­ne­zo­nach ro­bo­czych. Ko­lum­nę de­mon­stran­tów zwia­sto­wał upior­ny stu­kot ude­rza­ją­cych o bruk drew­nia­nych bu­tów ro­bo­czych, oku­la­ków. Było w tym stu­ko­cie coś nie­re­al­ne­go, jak­by ci lu­dzie przy­by­wa­li nie z tego świa­ta.

Ma­rek wi­dział, jak de­mon­stran­ci pod­pa­la­ją bu­dy­nek KW, wdzie­ra­ją się na par­ter, wy­rzu­ca­ją przez okna sprzę­ty i por­tre­ty przy­wód­ców. Tłum skan­do­wał: "Woj­sko z nami! Woj­sko z nami!". Idio­ci. Do­brze za­pa­mię­tał lek­cje Re­al­po­li­tik, ja­kich mu udzie­lał pan Teo­fil.

- Niech nie ro­bią z nas ba­ra­nów, każ­dy po­tra­fi ob­li­czyć, ile bę­dzie strat­ny po pod­wyż­ce! - wy­krzy­ki­wał gniew­nie star­szy męż­czy­zna w kom­bi­ne­zo­nie.

- Precz z czer­wo­ną bur­żu­azją! - skan­do­wa­ło kil­ku­dzie­się­ciu mło­dych stocz­niow­ców.

Za szy­ba­mi okien na wyż­szych pię­trach wi­dać było po­ru­sza­ją­ce się syl­wet­ki. Nie mie­li do­kąd uciec, par­ter pło­nął, przed bu­dyn­kiem kłę­bił się tłum de­mon­stran­tów. Je­że­li ci wy­stra­sze­ni lu­dzie za­żą­da­ją po­mo­cy od woj­ska, za chwi­lę może dojść do ma­sa­kry.

Ja­kaś siła trzy­ma­ła Mar­ka w miej­scu wbrew roz­sąd­ko­wi, któ­ry na­ka­zy­wał od­da­lić się jak naj­prę­dzej. Nie czuł związ­ku du­cho­we­go z de­mon­stran­ta­mi. Ich pro­ble­my by­to­we jego nie do­ty­czy­ły. Dzię­ki roz­mo­wom z pa­nem Teo­fi­lem na­brał dy­stan­su do bie­żą­cych wy­da­rzeń po­li­tycz­nych. Zda­wał so­bie spra­wę, że ro­bot­ni­czy pro­test nie­wie­le zmie­ni, bo za bra­ki za­opa­trze­nia i dro­ży­znę od­po­wie­dzial­ny jest nie­wy­dol­ny sys­tem, a nie po­szcze­gól­ne jed­nost­ki, na­wet je­że­li to wy­jąt­ko­wi kre­ty­ni, co w PZPR nie było rzad­ko­ścią. Je­że­li wła­dza pod na­ci­skiem uli­cy ustą­pi i cof­nie pod­wyż­ki, sys­tem po­zo­sta­nie ten sam, więc ani pro­duk­cja, ani wy­daj­ność pra­cy się nie zwięk­szą. Czy ci cięż­ko do­świad­cze­ni przez ży­cie lu­dzie zda­ją so­bie z tego spra­wę? Może i do­brze, że przy­szli pod KW, choć za­miast pod­pa­lać bu­dy­nek, w któ­rym są uwię­zie­ni sze­re­go­wi pra­cow­ni­cy, po­win­ni się ro­zejść, a wte­dy wła­dza pod wpły­wem wstrzą­su, ja­kim były straj­ki i ulicz­ne de­mon­stra­cje, może i za­spo­ko­iła­by naj­pil­niej­sze po­trze­by, a przede wszyst­kim na ja­kiś czas po­lu­zo­wa­ła­by swo­bo­dę go­spo­dar­czą - to zna­czy "od­krę­ci­ła ku­rek".

Po kil­ku go­dzi­nach bez­pro­duk­tyw­ne­go pro­te­stu, oko­ło sie­dem­na­stej, de­mon­stran­ci przy­pu­ści­li szturm na po­bli­ską Ko­men­dę Wo­je­wódz­ką MO. Przed bu­dyn­kiem sta­ła sza­lu­pa okrę­to­wa sym­bo­li­zu­ją­ca zwią­zek mia­sta z mo­rzem. Uży­to jej do wy­wa­że­nia drzwi bu­dyn­ku. Na szczę­ście de­mon­stran­ci za­do­wo­li­li się tym sym­bo­licz­nym ge­stem, bo gdy­by pró­bo­wa­li zdo­być bu­dy­nek, w któ­rym były zma­ga­zy­no­wa­ne duże ilo­ści bro­ni, do­szło­by do ma­sa­kry.

Kie­dy prze­su­wał się wzdłuż Pla­cu Żoł­nie­rza w kie­run­ku Alei Wy­zwo­le­nia, zo­ba­czył coś za­ska­ku­ją­ce­go. Ni­ski, bar­czy­sty męż­czy­zna w skó­rza­nej kurt­ce zde­cy­do­wa­nym kro­kiem wiódł gru­pę żu­li­ków wzdłuż skle­pów, ja­kie znaj­do­wa­ły się na par­te­rze bu­dyn­ku przy­le­ga­ją­ce­go do Ko­mi­te­tu Wo­je­wódz­kie­go. Na jego po­le­ce­nie, po­par­te za­chę­ca­ją­cy­mi ge­sta­mi, mło­do­cia­ni chu­li­ga­ni ob­rzu­ci­li ka­mie­nia­mi wy­sta­wy skle­pu fir­mo­we­go Pol­skie­go Lnu i Skład­ni­cy Har­cer­skiej, a po­tem ra­bo­wa­li to­wa­ry z wy­staw. Dla­cze­go nie za­bra­łem apa­ra­tu fo­to­gra­ficz­ne­go?! Był na­ocz­nym świad­kiem pro­wo­ka­cji es­bec­kiej, któ­rej ce­lem było zrzu­ce­nie winy za de­mon­stra­cję na tak zwa­ne "ele­men­ty chu­li­gań­skie i prze­stęp­cze"21. Po co ta­kim ku­po­ny lnu i skła­da­ne mo­de­le sa­mo­lo­tów?

Mrok roz­ja­śnia­ły pło­mie­nie wy­do­by­wa­ją­ce się z okien gma­chu KW PZPR. Ma­rek za­jął sta­no­wi­sko ob­ser­wa­cyj­ne na chod­ni­ku pod bu­dyn­kiem Klu­bu 13 Muz. W wie­lo­ty­sięcz­nym tłu­mie zgu­bił ko­le­gów. Wte­dy pa­dły pierw­sze strza­ły. Bez wa­ha­nia za­nur­ko­wał w uli­cę Tkac­ką, od­da­la­jąc się od cen­trum wy­da­rzeń. Nie chciał bez­sen­sow­nie ry­zy­ko­wać, za­mie­rzał jak naj­szyb­ciej wró­cić do domu. Tram­wa­je od kil­ku go­dzin nie kur­so­wa­ły, więc wy­bie­rał bocz­ne uli­ce, na któ­rych nie gro­ma­dzi­ły się tłu­my. Mi­ja­ły go ko­lum­ny po­jaz­dów MO i woj­sko­wych zmie­rza­ją­ce w stro­nę cen­trum, skąd do­cho­dzi­ła co­raz in­ten­syw­niej­sza strze­la­ni­na. Prze­cież nie strze­la­ją do lu­dzi! To na po­strach, w po­wie­trze. Na­wet strza­ły w zie­mię gro­zi­ły dra­ma­tycz­ny­mi kon­se­kwen­cja­mi. Ry­ko­sze­ty były rów­nie za­bój­cze jak bez­po­śred­nie tra­fie­nia.

17 grud­nia 1970, go­dzi­na 20.00

Pre­mier Jó­zef Cy­ran­kie­wicz wy­gła­sza prze­mó­wie­nie ra­dio­we22 w tre­ści zbli­żo­ne do słyn­ne­go prze­mó­wie­nia z paź­dzier­ni­ka ty­siąc dzie­więć­set pięć­dzie­sią­te­go szó­ste­go, w któ­rym gro­ził ro­bot­ni­kom z Po­zna­nia od­rą­ba­niem pod­nie­sio­nej na par­tię ręki. Bro­ni pod­wy­żek. Gro­zi i uspo­ka­ja. Po to­nie gło­su daje się wy­czuć, że nie czu­je się w ża­den spo­sób za­gro­żo­ny. Jesz­cze nie wie, że jego czas mi­nął.

Ko­si­niak obu­dził się zla­ny po­tem. Nie wie­dział, gdzie się znaj­du­je. Do­pie­ro po chwi­li do­tar­ło do nie­go, że jest w ho­te­lu gar­ni­zo­no­wym. Po­wró­ci­ło wspo­mnie­nie zbrod­ni. Ból roz­sa­dzał czasz­kę, pełzł przez cia­ło z bez­li­to­sną kon­se­kwen­cją, do­cie­ra­jąc do każ­de­go, na­wet naj­dal­sze­go ner­wu. Wy­da­wa­ło się, że ta dro­ga krzy­żo­wa nie ma koń­ca, stra­cił ra­chu­bę cza­su. Nie po­tra­fił ze­brać my­śli. Za­mknął oczy. Pul­so­wa­nie w gło­wie było nie do znie­sie­nia. Jak­by w mózg wkrę­ca­ło się wier­tło. Cia­ło wy­da­ne na męki, roz­szar­py­wa­ne od środ­ka. Chcia­ło mu się wyć z roz­pa­czy. Na­gle ból ustą­pił. Spoj­rzał na ze­ga­rek. Była dru­ga w nocy. Całe to wy­da­ją­ce się nie mieć koń­ca cier­pie­nie w rze­czy­wi­sto­ści trwa­ło nie­speł­na go­dzi­nę, choć jemu się wy­da­wa­ło, że mi­nę­ła wiecz­ność. Nie­pew­nym kro­kiem po­czła­pał do ła­zien­ki i zwy­mio­to­wał.

Na­stęp­nej nocy ból się po­wtó­rzył. Na wszel­ki wy­pa­dek miał pod ręką dwie bu­tel­ki wód­ki. Na­lał peł­ną szklan­kę, wy­pił, za­gry­za­jąc kieł­ba­są. Nie po­mo­gło. Wy­pił dru­gą. Ból jak­by osłabł. Po trze­ciej zro­bił się zno­śny, w każ­dym ra­zie do prze­trzy­ma­nia. Wy­pił wód­kę tak szyb­ko, że się upił. Zwa­lił się bez­wład­nie na łóż­ko i za­snął cięż­kim, pi­jac­kim snem. Rano po­szedł do zna­jo­me­go pie­lę­gnia­rza i wy­do­był od nie­go kil­ka am­pu­łek mor­fi­ny. Po­tem wy­brał się do le­ka­rza, któ­ry go do­kład­nie prze­ba­dał i orzekł, że nic nie zna­lazł, a ból z pew­no­ścią przej­dzie. Dur­ny ko­no­wał. Gdy­by miał wy­bór, to wo­lał­by, żeby bo­la­ła noga. Mógł­by ją uciąć. Gło­wy nie da się uciąć. Eks­pe­ry­men­tu­jąc z mor­fi­ną, usta­lił, że po za­ży­ciu po­ło­wy am­puł­ki da się wy­trzy­mać, a wy­star­czy na dłu­żej. Je­den z sa­ni­ta­riu­szy, któ­re­go na­ga­by­wał o leki prze­ciw­bó­lo­we, wy­ja­śnił, jak się to koń­czy. Uza­leż­ni się od mor­fi­ny, a co gor­sza, żeby do­znać ulgi w cier­pie­niu, bę­dzie mu­siał zwięk­szać daw­ki. Nie pod­da­wał się. Na zmia­nę trzy dni pił wód­kę, trzy brał mor­fi­nę, a je­den dzień, jed­ną go­dzi­nę w ty­go­dniu, zno­sił cier­pie­nie na dwóch kie­lisz­kach wód­ki i dwóch ko­de­inach. Pła­kał ze szczę­ścia, kie­dy w ma­ga­zy­nie SB zna­lazł ki­lo­gram opium, któ­re pod­mie­nił na kar­mel i pa­lił w faj­ce, ogra­ni­cza­jąc wód­kę do jed­ne­go dnia w ty­go­dniu, po­dob­nie jak mor­fi­nę. Przed­tem lu­bił wy­pić, te­raz nie znaj­do­wał w wód­ce przy­jem­no­ści. Pił w po­nu­rym na­stro­ju, draż­nił go smak i za­pach. Gdy­by nie ból, zo­stał­by abs­ty­nen­tem.

18 grud­nia 1970, go­dzi­na 17.00 - go­dzi­na trzy­dzie­sta szó­sta

Am­ba­sa­dor Ari­stow do­rę­cza list Biu­ra Po­li­tycz­ne­go KPZR do Biu­ra Po­li­tycz­ne­go PZPR23. Pi­smo wska­zu­je na za­kłó­ce­nie sto­sun­ków mię­dzy PZPR a kla­są ro­bot­ni­czą i na po­trze­bę szyb­kie­go roz­wią­za­nia nie­po­ko­ją­cej sy­tu­acji środ­ka­mi po­li­tycz­ny­mi i eko­no­micz­ny­mi. Kie­row­nic­two ra­dziec­kie usta­mi am­ba­sa­do­ra prze­ka­zu­je człon­kom KC PZPR po­zy­tyw­ną opi­nię o kan­dy­da­tu­rze Gier­ka na I Se­kre­ta­rza.

Noc z 18 na 19 grud­nia 1970

Fran­ci­szek Szlach­cic i kie­row­nik wy­dzia­łu ad­mi­ni­stra­cyj­ne­go KC PZPR Sta­ni­sław Ka­nia in­for­mu­ją Gier­ka, że mi­li­cja i woj­sko po­prą jego kan­dy­da­tu­rę na sta­no­wi­sko I Se­kre­ta­rza.

19 grud­nia 1970, go­dzi­na 8.30

Wła­dy­sław Go­muł­ka czy­ta list z Mo­skwy. Pu­czy­ści utrzy­my­wa­li go w nie­wie­dzy do ostat­niej chwi­li. Do­tąd li­sty KC KPZR do KC PZPR były ad­re­so­wa­ne na Go­muł­kę.

Jó­zef Tejch­ma zwra­ca się do nie­go z ape­lem: "Po­win­ni­ście pod­jąć ostat­nią w swo­im ży­ciu wiel­ką de­cy­zję i odejść". Stra­szy woj­ną do­mo­wą, a na­wet zbroj­ną in­ter­wen­cją ZSRR.

19 grud­nia 1970, po­sie­dze­nie Biu­ra Po­li­tycz­ne­go PZPR

Biu­ro Po­li­tycz­ne prze­gło­so­wu­je wnio­sek o od­wo­ła­nie ze sta­no­wi­ska I Se­kre­ta­rza KC PZPR. Teo­re­tycz­nie Go­muł­ka po­wi­nien w gło­so­wa­niu zmiaż­dżyć Gier­ka, jed­nak po­ja­wia się na krót­ko i przed gło­so­wa­niem wy­cho­dzi, tłu­ma­cząc się złym sta­nem zdro­wia. Wie już, że opu­ści­li go naj­bliż­si współ­pra­cow­ni­cy: Ste­fan Ję­dry­chow­ski - mi­ni­ster spraw za­gra­nicz­nych, Jó­zef Cy­ran­kie­wicz - pre­mier, Sta­ni­sław Ko­cio­łek - wi­ce­pre­mier współ­od­po­wie­dzial­ny za ma­sa­krę w Gdy­ni, Igna­cy Loga-So­wiń­ski.

Go­muł­ka zo­stał od­wo­ła­ny. Gło­so­wa­nie nad kan­dy­da­tu­rą Gier­ka było for­mal­no­ścią. Biu­ro Po­li­tycz­ne od­wo­ła­ło w ko­lej­nym gło­so­wa­niu czte­rech człon­ków, po­twier­dza­jąc, że nie po­pie­ra­li kan­dy­da­tu­ry Gier­ka, kie­dy jed­nak po­zna­li układ sił w BP, tak­że na nie­go za­gło­so­wa­li24. Czte­ry plus je­den (Go­muł­ka) rów­na się pięć. Do utrzy­ma­nia sta­no­wi­ska za­bra­kło jed­ne­go gło­su, po­nie­waż w przy­pad­ku rów­no­wa­gi de­cy­du­je I Se­kre­tarz.

20 grud­nia 1970, VII Ple­num KC PZPR

Cy­ran­kie­wicz przed­kła­da proś­bę Go­muł­ki o od­wo­ła­nie z funk­cji I Se­kre­ta­rza KC PZPR z po­wo­du złe­go sta­nu zdro­wia. Wnio­sek zo­sta­je przy­ję­ty jed­no­gło­śnie.

23 grud­nia 1970, War­sza­wa - po­sie­dze­nie Sej­mu

Jó­zef Cy­ran­kie­wicz po­da­je się do dy­mi­sji. Pre­mie­rem zo­sta­je jed­no­gło­śnie wy­bra­ny Piotr Ja­ro­sze­wicz.

23 grud­nia 1970, Lon­dyn

Kanc­lerz Skar­bu An­tho­ny Bar­ber za­po­zna­je rząd Jej Kró­lew­skiej Mo­ści z re­ko­men­da­cja­mi na roz­mo­wy z PRL. "Nie na­le­ży udzie­lać kre­dy­tów ani gwa­ran­cji fi­nan­so­wych". Przed udzie­le­niem re­ko­men­da­cji Bar­ber za­po­znał się z "Ra­por­tem Fre­me­ry II".

23 grud­nia 1970, kan­ce­la­ria Pre­ze­sa Rady Mi­ni­strów

Nowo po­wo­ła­ny pre­mier Piotr Ja­ro­sze­wicz spo­ty­ka się z am­ba­sa­do­ra­mi NRF, Fran­cji i Wiel­kiej Bry­ta­nii. Po przy­ję­ciu gra­tu­la­cji zwra­ca się do ich rzą­dów z proś­bą o udzie­le­nie po­życz­ki mo­der­ni­za­cyj­nej w wy­so­ko­ści jed­ne­go mi­liar­da do­la­rów. Roz­mo­wa prze­bie­ga w przy­ja­znej at­mos­fe­rze. Dy­plo­ma­ci za­pew­nia­ją o po­par­ciu dla no­we­go kie­row­nic­twa PRL. Obie­cu­ją przed­ło­żyć pol­ski wnio­sek swo­im rzą­dom. Am­ba­sa­dor Wiel­kiej Bry­ta­nii pod­czas dys­ku­sji o po­życz­ce, któ­ra, jak prze­ko­nu­je pre­mier, ma zo­stać prze­zna­czo­na na mo­der­ni­za­cję prze­my­słu, nie za­bie­ra gło­su.

15 lu­te­go 1971, po­sie­dze­nie BP PZPR

Edward Gie­rek in­for­mu­je ze­bra­nych o kre­dy­cie w wy­so­ko­ści mi­liar­da do­la­rów, ja­kie­go NRF oraz Fran­cja udzie­lą Pol­sce. Biu­ro Po­li­tycz­ne po­dej­mu­je uchwa­łę o od­wo­ła­niu pod­wy­żek cen żyw­no­ści. Ła­two jest być szczo­drym na kre­dyt.

Luty 1971, ga­bi­net Edwar­da Gier­ka. Obec­ni: Gie­rek, Ja­ro­sze­wicz, An­dro­pow

- To­wa­rzy­szu An­dro­pow, po wpły­nię­ciu na kon­to NBP mi­liar­da do­la­rów prze­ka­że­my Mię­dzy­na­ro­do­we­mu Ban­ko­wi Współ­pra­cy Go­spo­dar­czej w Mo­skwie, któ­ry sfi­nan­so­wał za­kup MiG-ów, pięć­set mi­lio­nów, co po­zwo­li osta­tecz­nie roz­li­czyć trans­ak­cję - po­in­for­mo­wał pre­mier Ja­ro­sze­wicz.

- To zna­ko­mi­cie. Nie za­po­mi­naj­cie, że dłu­gi na­le­ży spła­cać, to­wa­rzy­szu Pio­trze. Nie tyl­ko te fi­nan­so­we - przy­po­mniał An­dro­pow.

Ko­si­niak kil­ka razy po­ja­wiał się w se­kre­ta­ria­cie Szlach­ci­ca i pod­py­ty­wał se­kre­tar­kę, czy mi­ni­ster go wzy­wał.

- Nie wzy­wał i pro­szę wię­cej nie przy­cho­dzić. Jak we­zwie, zo­sta­nie pan po­wia­do­mio­ny - wy­ja­śnia­ła opry­skli­wym to­nem.

Nie po­tra­fił tego zro­zu­mieć. Prze­cież tyle dla nie­go zro­bi­łem! Od­wa­li­łem całą brud­ną ro­bo­tę. Na­le­ży mi się na­gro­da. Przy­naj­mniej awans na ma­jo­ra. Li­czył na wię­cej. Awans i kie­row­ni­cze sta­no­wi­sko. Z każ­dym dniem roz­go­ry­cze­nie ro­sło. Zro­zu­miał, że nie bę­dzie we­zwa­nia do se­kre­ta­ria­tu. Zro­bił, co miał zro­bić, a te­raz ma mil­czeć. Mi­ni­ster go wy­ki­wał. Nie po­tra­fił tego po­jąć. Tym bar­dziej że cena, jaką za­pła­cił, była wy­so­ka. Bóle nie usta­wa­ły. Na­ra­sta­ła w nim zim­na, śle­pa nie­na­wiść. Za­tłukł­by gada go­ły­mi rę­ka­mi.

Szlach­cic nie miał za­mia­ru wy­na­gra­dzać kre­ty­na. Je­że­li nie mu­siał, to nie da­wał. Ko­si­niak był nie­wia­ry­god­nie na­iw­ny, przed pod­ję­ciem się brud­nej ro­bo­ty nie za­gwa­ran­to­wał so­bie re­kom­pen­sa­ty. Szlach­cic nie chciał, żeby co­kol­wiek go z nim łą­czy­ło. Prę­dzej czy póź­niej zro­bi coś nie­od­po­wie­dzial­ne­go, a wte­dy le­piej nie mieć z nim nic wspól­ne­go. I tak ma szczę­ście, w cza­sach sta­li­now­skich ta­kich jak on li­kwi­do­wa­no, żeby po­zbyć się świad­ków.

Ko­si­niak prze­cho­dził przy­spie­szo­ny kurs ma­kia­we­li­zmu, a upo­rczy­we bóle wy­wo­ły­wa­ły wście­kłość, któ­rej nie miał na kim wy­ła­do­wać. Na po­le­ce­nie Szlach­ci­ca był dys­kret­nie ob­ser­wo­wa­ny. Kie­dy do mi­ni­stra do­tar­ły nie­po­ko­ją­ce sy­gna­ły, po­zbył się kło­po­tli­we­go ofi­ce­ra, wy­sy­ła­jąc go na pro­win­cję. Roz­mo­wę dys­cy­pli­nu­ją­cą prze­pro­wa­dził zna­ny z cham­stwa puł­kow­nik. Po tej po­ga­węd­ce Ko­si­niak stu­lił uszy i po­je­chał do Szcze­ci­na.

16 Daty po­sie­dzeń Biu­ra Po­li­tycz­ne­go KC PZPR oraz po­zo­sta­łych zda­rzeń są au­ten­tycz­ne.

17 Nie­miec­ka Re­pu­bli­ka Fe­de­ral­na. W PRL na­zwa ofi­cjal­na na wzór NRD.

18 Zda­rze­nia na sta­cji Gdy­nia Stocz­nia do mo­men­tu zej­ścia Ko­si­nia­ka (po­stać fik­cyj­na) z punk­tu do­wo­dze­nia opi­sa­ne są zgod­nie z do­ku­men­ta­cją hi­sto­rycz­ną.

19 An­tycz­na rzeź­ba przed­sta­wia­ją­ca La­ko­ona i jego sy­nów za­sty­głych w męce ko­na­nia.

20 17 grud­nia 1970 r. w Szcze­ci­nie do­szło do uży­cia bro­ni przez mi­li­cję i woj­sko wo­bec de­mon­stran­tów. W wy­ni­ku starć ulicz­nych śmierć po­nio­sło szes­na­ście osób, a prze­szło sto zo­sta­ło ran­nych.

21 W tym frag­men­cie au­tor opi­sał swo­je prze­ży­cia.

22 Treść prze­mó­wie­nia od­two­rzo­na na pod­sta­wie źró­deł hi­sto­rycz­nych.

23 Treść li­stu na pod­sta­wie źró­deł hi­sto­rycz­nych.

24 Wy­nik dru­gie­go gło­so­wa­nia po­zwa­la usta­lić jed­no­znacz­nie, kto po­parł Gier­ka. Cy­ran­kie­wicz mu­siał gło­so­wać za swo­ją dy­mi­sją. Ana­li­za zmian skła­du BP po trzech ple­nach KC PZPR: 20.12.1970, 7.02.1971, 11.12.1971 - po­twier­dza taki, a nie inny prze­bieg gło­so­wa­nia.

7. Zbieranie truskawek

Luty 1971

Ko­le­ga Mar­ka się że­nił i z tej oka­zji wy­pra­wiał wie­czór ka­wa­ler­ski. W mę­skim gro­nie wy­bra­li się do "Ka­ska­dy", lo­ka­lu roz­ryw­ko­we­go z va­rie­te i strip­ti­zem o szem­ra­nej opi­nii. Wol­no­sto­ją­cy be­to­no­wy bu­dy­nek był kosz­mar­kiem ar­chi­tek­to­nicz­nym, a w środ­ku nie było le­piej, choć dla Szcze­ci­nian lo­kal ten stał się sym­bo­lem luk­su­su. Prze­cięt­ne­go Po­la­ka nie stać było na wi­zy­ty w "Ka­ska­dzie". Co naj­wy­żej po po­łu­dniu, kie­dy na kil­ka go­dzin za­mie­nia­ła się w sto­łów­kę.

Ma­rek, któ­ry roz­stał się nie­daw­no z Ka­sią, za­uwa­żył, że przy­glą­da mu się dys­kret­nie ład­na dziew­czy­na, sie­dzą­ca sa­mot­nie przy ba­rze. Bez wa­ha­nia do niej pod­szedł.

- Czy mogę się przy­siąść? - za­py­tał.

Flirt roz­wi­nął się po­myśl­nie. Przy­pa­dli so­bie do gu­stu. Nie mi­nę­ło wie­le cza­su, a oby­dwo­je za­pra­gnę­li tego sa­me­go.

- Za dwa­dzie­ścia mi­nut mamy noc­ny au­to­bus po­spiesz­ny do Mię­dzyz­dro­jów. Prze­lo­to­wy z War­sza­wy. Na miej­scu bę­dzie­my po pół­no­cy. Mały ho­tel "Pod Ró­ża­mi", po­kój nu­mer osiem. Jak w pio­sen­ce. A ju­tro spa­cer po pro­me­na­dzie. Co ty na to? - ku­sił.

W so­bo­tę wie­czo­rem za­pro­sił Graż­kę do "Pie­kieł­ka", ka­wiar­ni tłum­nie od­wie­dza­nej przez ku­ra­cju­szy i by­wal­ców, wszel­ką fau­nę uzdro­wi­sko­wą. W lo­ka­lu pa­no­wa­ły iście pie­kiel­ne ciem­no­ści, roz­świe­tla­ne mru­ga­ją­cy­mi czer­wo­ny­mi lam­pa­mi. Ab­so­lut­na no­wość.

- Za­tań­czy­my wol­ny. To ta­kie obej­mo­wa­nie z cho­dzo­nym. No wiesz, dziew­czy­na się przy­tu­la, po­zwa­la ca­ło­wać - za­pro­po­no­wa­ła Graż­ka. - Cza­sa­mi tań­czy­my z dziew­czy­na­mi, wiesz, tak same ze sobą. Ja za­wsze pro­wa­dzę. Wy­star­czy, jak się wczu­jesz w moje ru­chy.

- Dzi­siaj ty rzą­dzisz. Ro­bi­my wy­łącz­nie to, na co masz ocho­tę.

- Na­praw­dę zro­bisz wszyst­ko, co będę chcia­ła?

- Prze­cież obie­ca­łem.

- No to się prze­ko­na­my, jak jest z two­imi obiet­ni­ca­mi.

Pie­nią­dze za­ro­bio­ne pod­czas szko­le­nio­wych rej­sów prze­zna­czył na kup­no mo­to­cy­kla WSK. Nowy kosz­to­wał dzie­więć ty­się­cy pięć­set zło­tych i moż­na go było ku­pić na raty. Za pię­cio­let­ni, w nie­złym sta­nie za­pła­cił czte­ry ty­sią­ce. O sa­mo­cho­dzie mógł je­dy­nie po­ma­rzyć. Ceny, na­wet za gru­cho­ty, były na gieł­dzie astro­no­micz­ne. Nowe auta ku­po­wa­no na ta­lo­ny, któ­re otrzy­my­wa­li dzia­ła­cze par­tyj­ni, przo­dow­ni­cy pra­cy oraz wy­bit­ni ar­ty­ści. Sa­mo­chód z Po­lmo­zby­tu na ta­lon był znacz­nie tań­szy od uży­wa­ne­go na gieł­dzie. Taki pa­ra­doks, je­den z wie­lu.

Umó­wił się z Gra­ży­ną na dwu­dnio­wy wy­pad nad mo­rze. Ma­rzec był wy­jąt­ko­wo ka­pry­śny, na szczę­ście w pią­tek się roz­po­go­dzi­ło. Wy­ma­rzo­na oka­zja, żeby wy­pró­bo­wać mo­to­cykl.

- Co byś po­wie­dział na wspól­ny wy­jazd do An­glii na wa­ka­cje? Na zbie­ra­nie tru­ska­wek. Po­dob­no moż­na do­brze za­ro­bić - za­pro­po­no­wa­ła.

Jed­ną z po­zy­tyw­nych zmian po Grud­niu było roz­luź­nie­nie po­li­ty­ki pasz­por­to­wej. Żeby do­stać pasz­port, wy­star­czy­ło za­ło­żyć kon­to de­wi­zo­we i mieć na nim sto do­la­rów. Rzą­dzą­cy do­szli do wnio­sku, że po po­wro­cie więk­szość Po­la­ków wpła­ci na kon­to za­ro­bio­ne pra­cą na czar­no pie­nią­dze, kre­dy­tu­jąc w ten spo­sób pań­stwo. To była wiel­ka zmia­na w po­rów­na­niu z ogra­ni­cze­nia­mi, ja­kie obo­wią­zy­wa­ły za Go­muł­ki. Pasz­por­ty były prze­cho­wy­wa­ne w biu­rach pasz­por­tów pro­wa­dzo­nych przez SB. Przed każ­dym wy­jaz­dem trze­ba się było zgło­sić po pasz­port i wy­spo­wia­dać przed funk­cjo­na­riu­szem. Po po­wro­cie w okre­ślo­nym ter­mi­nie na­le­ża­ło pasz­port zwró­cić. Przy oka­zji tej dru­giej wi­zy­ty od wie­lu osób, któ­re mo­gły mieć na Za­cho­dzie cen­ne kon­tak­ty, na przy­kład na­ukow­ców, żą­da­no pi­sem­nych spra­woz­dań25.

Za­sko­czy­ła go tym py­ta­niem.

- Jak to so­bie wy­obra­żasz? Nie mam tyle kasy - od­parł, przy­pusz­cza­jąc, że cho­dzi o krót­ki wy­pad, za któ­ry on za­pła­ci.

- Do­my­ślam się. Jest taka or­ga­ni­za­cja, na­zy­wa się Con­cor­dia.

- I co z tą Con­cor­dią? - za­in­te­re­so­wał się. Mo­gła coś wie­dzieć.

- Żeby wje­chać do An­glii, po­trzeb­na jest wiza, któ­rą wy­da­ją bar­dzo nie­chęt­nie. Mu­sisz mieć ro­dzi­nę albo za­pro­sze­nie, wy­ku­pio­ny bi­let w obie stro­ny, wy­spo­wia­dać się w kon­su­la­cie i tak da­lej. Poza tym na­wet jak wstem­plu­ją wizę, to i tak mogą za­wró­cić z gra­ni­cy, jak im się nie spodo­basz. Zda­rza­ły się ta­kie wy­pad­ki. Con­cor­dia or­ga­ni­zu­je przy­jaz­dy mło­dzie­ży z ca­łej Eu­ro­py. W se­zo­nie po­trze­bu­ją rąk do pra­cy, głów­nie przy zbie­ra­niu tru­ska­wek i in­nych pra­cach po­lo­wych. Za­rob­ki są niż­sze niż w Lon­dy­nie na zmy­wa­ku, ale to i tak przy­zwo­ita for­sa. Grunt, że z ich za­pro­sze­niem do­sta­je się wizę bez pro­ble­mu i na gra­ni­cy się nie cze­pia­ją. Wie­dzą, że cho­dzi o far­me­rów, któ­rzy bez ta­nich rąk do pra­cy by się roz­ło­ży­li. Mu­sie­li­by pła­cić An­go­lom dużo wię­cej, a ich pro­duk­ty wy­pa­dły­by z ryn­ku. Więc wpusz­cza­nie tych z Con­cor­dii to nie­ja­ko obo­wią­zek służb gra­nicz­nych. Ja bym wszyst­ko za­ła­twi­ła. Ty masz mo­to­cykl, więc za­osz­czę­dzi­my na do­jeź­dzie.

- A gdzie bę­dzie­my miesz­kać? Czy te za­rob­ki wy­star­czą na wy­na­ję­cie lo­kum?

- Nie ma ta­kiej po­trze­by. Far­me­rzy or­ga­ni­zu­ją dla pra­cow­ni­ków se­zo­no­wych pola na­mio­to­we. Za­kwa­te­ro­wa­nie za dar­mo, mogą mniej pła­cić. Skal­ku­lo­wa­ne tak, żeby się każ­de­mu opła­ca­ło. Rząd do­sta­je kasę za wizy, far­me­rzy mają ta­nią siłę ro­bo­czą, a my za­ra­bia­my. Ty za­pew­niasz trans­port, na­miot i sprzęt kem­pin­go­wy, bo go­to­wać bę­dzie­my sami. Nie za­ro­bi­my tyle, żeby sto­ło­wać się w re­stau­ra­cjach, na­wet naj­tań­szych. Ko­le­żan­ka już była i wszyst­ko opo­wie­dzia­ła. Dasz mi pasz­port, za­świad­cze­nie z ban­ku o kon­cie i do­wód re­je­stra­cyj­ny mo­to­cy­kla. An­go­le będą chcie­li wie­dzieć, jak wró­ci­my; jak do­je­dzie­my, ich nie in­te­re­su­je, tyl­ko że­by­śmy się wy­nie­śli. Po­ja­dę do Po­zna­nia do kon­su­la­tu po wizy. Pa­su­je ci taki układ?

- Cze­mu nie? - od­parł, wy­obra­ża­jąc so­bie, jak ją bę­dzie pie­przył w tym na­mio­cie. I jesz­cze przy oka­zji za­ro­bi.

- Rok szkol­ny koń­czy się dwu­dzie­ste­go czerw­ca, mogę się jed­nak urwać wcze­śniej. A u cie­bie jak to wy­glą­da? - Gra­ży­na była na­uczy­ciel­ką geo­gra­fii w pod­sta­wów­ce w Go­le­nio­wie.

- Nie tak pro­sto, ale zro­bię wszyst­ko, żeby zdać eg­za­mi­ny do pięt­na­ste­go czerw­ca. Na szczę­ście mam w tej se­sji tyl­ko trzy i dwa za­li­cze­nia. Będę mu­siał po­dejść do dwóch w ze­rów­ce, wte­dy się wy­ro­bię. Kie­dy wra­ca­my?

- Tu ja je­stem w gor­szej sy­tu­acji. Rok szkol­ny za­czy­na się pierw­sze­go wrze­śnia. Mogę się spóź­nić, ale tyl­ko kil­ka dni. Uma­wia­my się, że wra­casz ze mną, tak?

- Tak się uma­wia­my. Je­że­li coś się zmie­ni, za­pła­cę za twój bi­let, że­byś nie była strat­na. Jest sta­tek do Szcze­ci­na, kon­te­ne­ro­wiec. Od­pły­wa z Pur­fle­et pod Lon­dy­nem. Za­bie­ra­ją też pa­sa­że­rów. Za bi­let moż­na pła­cić w zło­tów­kach. Na wszel­ki wy­pa­dek za­bio­rę pie­nią­dze na dwa bi­le­ty. Spraw­dzi­łem, co zro­bić, jak się mo­tor roz­kra­czy. Sta­tek pły­nie czte­ry dni, a po dro­dze za­wi­ja do Ko­pen­ha­gi.

Ku­pił na gieł­dzie uży­wa­ną przy­cze­pę mo­to­cy­klo­wą. Nie była dro­ga, a mo­gli na nią za­ła­do­wać cały ba­gaż: sprzęt tu­ry­stycz­ny, za­pas zup w prosz­ku, kon­serw i pum­per­ni­kla, żeby za­osz­czę­dzić na je­dze­niu.

Każ­dy wie­dział, że wy­jeż­dża­jąc na Za­chód, trze­ba za­brać tyle wa­łów­ki, ile się da, bo to wiel­ka oszczęd­ność. Wpraw­dzie Po­la­cy za­ra­bia­li trzy­dzie­ści do­la­rów mie­sięcz­nie, ale do­to­wa­na żyw­ność była w Pol­sce znacz­nie tań­sza. Na tej róż­ni­cy mo­gli za­osz­czę­dzić wię­cej, niż kosz­to­wa­ła przy­cze­pa, a wa­run­ki trans­por­tu mie­li luk­su­so­we. Po­mie­ści­li w niej duży na­miot, dmu­cha­ne ma­te­ra­ce, śpi­wo­ry, ku­chen­kę na gaz, za­pas bu­tli i wie­le in­nych przy­dat­nych na bi­wa­ku sprzę­tów.

Wy­ru­szy­li bla­dym świ­tem. Je­cha­ło im się przy­jem­nie, po­go­da była wy­ma­rzo­na. Za­trzy­my­wa­li się na pu­stych par­kin­gach, zja­da­li ka­nap­ki i je­cha­li da­lej z pręd­ko­ścią nie­prze­kra­cza­ją­cą sześć­dzie­się­ciu ki­lo­me­trów na go­dzi­nę, żeby nie za­jeź­dzić sil­ni­ka. Na noc zje­cha­li do przy­droż­ne­go lasu i roz­bi­li na­miot. Tra­sa po­nad ty­siąc ki­lo­me­trów do Hoek van Hol­land za­ję­ła dwie i pół doby. Prze­pra­wi­li się pro­mem do An­glii i po ko­lej­nej do­bie jaz­dy "pod prąd" do­tar­li na miej­sce, nie­opo­dal mia­stecz­ka Mo­re­ton-in-Marsh w ma­low­ni­czym Cot­swold. Far­ma, na któ­rej znaj­do­wał się obóz, była duża i do­sko­na­le zor­ga­ni­zo­wa­na, a pole kem­pin­go­we wy­po­sa­żo­ne w sa­ni­ta­ria­ty z prysz­ni­ca­mi. Część pra­cow­ni­ków po­cho­dzą­cych z kil­ku­na­stu kra­jów do­tar­ła już na miej­sce, choć se­zon zbio­ru tru­ska­wek jesz­cze się nie za­czął. Jako jed­ni z nie­licz­nych mie­li wła­sny śro­dek trans­por­tu, mo­gli więc po pra­cy zwie­dzać An­glię. Sie­lan­ka trwa­ła dwa ty­go­dnie. Gra­ży­na rzu­ci­ła go dla An­gli­ka, któ­re­go po­zna­ła przy zbie­ra­niu tru­ska­wek. Fa­cet wy­glą­dał na dup­ka, więc po­dej­rze­wał, że zro­bi­ła to z wy­ra­cho­wa­nia. Spe­cjal­nie się nie prze­jął. Nie ko­chał jej, choć bra­ko­wa­ło mu chęt­nej dziew­czy­ny na wy­cią­gnię­cie ręki.

Za­przy­jaź­nił się z Cla­ire, mło­dziut­ką rzeź­biar­ką z Bri­sto­lu. Spę­dza­li ra­zem wol­ny czas, jeź­dzi­li mo­to­cy­klem po ma­low­ni­czej oko­li­cy. Do­brze się im roz­ma­wia­ło. Na wiej­skich dro­gach Cot­swold spo­ty­ka­li wi­do­wi­sko­we ka­wal­ka­dy jeźdź­ców w ele­ganc­kich stro­jach, wo­kół któ­rych uwi­ja­ła się sfo­ra ła­cia­tych fo­xho­un­dów z ro­ze­śmia­ny­mi py­ska­mi.

Był ko­niec sierp­nia. Gra­ży­na mia­ła wkrót­ce wra­cać do Pol­ski. Choć go rzu­ci­ła, za­mie­rzał wy­wią­zać się ze zo­bo­wią­za­nia.

- Gra­żyn­ka?

- No cześć, Mar­ku. Wi­dzę, że zna­la­złeś so­bie faj­ną dziew­czy­nę, dłu­go po mnie nie pła­ka­łeś.

- No wła­śnie... Pew­nie za kil­ka dni wra­casz?

- A dla­cze­go py­tasz?

- Za­po­mnia­łaś? Mia­łem za­pła­cić za twój bi­let, więc je­że­li wra­casz...

- Ja­kiś ty ho­no­ro­wy. Nie, dzię­ku­ję. Za­ła­twi­łam so­bie prze­dłu­że­nie wizy. Chy­ba już do Pol­ski nie wró­cę. Zło­ży­łam wnio­ski do Ka­na­dy i Au­stra­lii, gdzieś na pew­no ten azyl do­sta­nę. Ale do­ce­niam, że się chcia­łeś wy­wią­zać. Po­rząd­ny z cie­bie fa­cet. Trzy­maj się.

Cla­ire też mu­sia­ła wra­cać, więc i jego nic już na Con­cor­dii nie trzy­ma­ło. Uda­ło mu się za­osz­czę­dzić trzy­sta osiem­dzie­siąt fun­tów, któ­re wy­mie­nił na trzy ty­sią­ce dwie­ście ma­rek. Ja­dąc przez Niem­cy, za­trzy­my­wał się w ko­mi­sach z uży­wa­ny­mi au­ta­mi. Zna­lazł sa­mo­chód swo­ich ma­rzeń, trzy­let­nie­go Volks­wa­ge­na Gar­bu­sa 1300 w ide­al­nym sta­nie i z ma­łym prze­bie­giem. Nowy w tej wer­sji kosz­to­wał pięć ty­się­cy, więc trzy ty­sią­ce, któ­re star­go­wał na dwa dzie­więć­set, było ceną oka­zyj­ną.

- U nas tar­gu­ją się tyl­ko Cy­ga­nie i Po­la­cy - śmiał się roz­ba­wio­ny wła­ści­ciel ko­mi­su.

Tym bar­dziej że przy­słu­gi­wał zwrot po­dat­ku VAT, trzy­sta dwa­dzie­ścia ma­rek, o czym Ma­rek do­wie­dział się ku swe­mu za­sko­cze­niu. W Pol­sce od wy­wo­żo­nych to­wa­rów po­bie­ra­no wy­so­kie cło albo obo­wią­zy­wał za­kaz wy­wo­zu, żeby chro­nić ry­nek, na któ­rym bra­ko­wa­ło nie­mal wszyst­kie­go. A Niem­cy do­pła­ca­li do eks­por­tu. Sa­mo­chód miał wgnie­cio­ne drzwi, to była drob­na na­pra­wa, tym bar­dziej że wła­ści­ciel zo­sta­wił pusz­kę ory­gi­nal­nej far­by. Mo­to­cykl za­ła­do­wał na przy­cze­pę, ale był za dłu­gi i wy­sta­wał. Mu­siał więc zbić z de­sek pro­wi­zo­rycz­ną prze­dłuż­kę, żeby go po­li­cja nie zhal­to­wa­ła. Wła­ści­ciel ko­mi­su przy­glą­dał się, jak pra­cu­je, i za­pro­po­no­wał ro­bo­tę w na­le­żą­cym do nie­go szro­cie. Na lewo, za ty­siąc czte­ry­sta do ręki. Prze­pra­co­wał pół­to­ra mie­sią­ca. Zo­stał­by dłu­żej, bał się jed­nak prze­giąć na uczel­ni.

Za kie­row­ni­cą swo­je­go pierw­sze­go auta po­czuł się jak król szos. Pro­wa­dził sa­mo­chód po raz pierw­szy od kur­su na pra­wo jaz­dy, któ­ry za­li­czył na pierw­szym roku stu­diów. Kurs miał tę za­le­tę, że był tani i nie­mal wszy­scy zda­wa­li za pierw­szym po­dej­ściem. Wje­chał na au­to­stra­dę i nie chcąc ku­sić losu, po­ru­szał się wol­no pra­wym pa­sem. Spóź­nił się na za­ję­cia o dwa ty­go­dnie, ale dał ła­pów­kę za zwol­nie­nie le­kar­skie, żeby po­za­ła­twiać for­mal­no­ści cel­ne i po­dat­ko­we, któ­re swo­ją za­wi­ło­ścią przy­pra­wia­ły o za­wrót gło­wy. Za­pła­cił cło. Przed wy­jaz­dem za­po­znał się z prze­pi­sa­mi, dla­te­go wziął z ko­mi­su lewą umo­wę kup­na na ty­siąc pięć­set ma­rek. Dzię­ki tej za­po­bie­gli­wo­ści cło go nie zruj­no­wa­ło, cho­ciaż w urzę­dzie skar­bo­wym krę­ci­li no­sem, że cena za­ni­żo­na. Po­nie­waż ro­bi­li tak nie­mal wszy­scy, i jemu się upie­kło. Zro­bił bla­char­kę i oso­bi­ście wy­ma­lo­wał na ma­sce pięk­ny trój­ząb. Wresz­cie przy­krę­cił pol­skie ta­bli­ce i za­je­chał swo­ją bry­ką na uczel­nię. Sa­mo­chód wzbu­dził nie­ma­łą sen­sa­cję. W tym cza­sie nie­wie­le było w Pol­sce za­chod­nich aut w do­brym sta­nie. Po­ja­wi­li się po­ten­cjal­ni na­byw­cy ofe­ru­ją­cy ogrom­ne pie­nią­dze, on miał jed­nak inne pla­ny. Po sprze­da­ży mo­to­cy­kla i opła­ce­niu cła zo­sta­ło po­nad dwa ty­sią­ce ma­rek - dla stu­den­ta praw­dzi­wa for­tu­na. Stać go było na wy­na­ję­cie kom­for­to­wej ka­wa­ler­ki i ga­ra­żu.

Wy­brał się z wi­zy­tą do swo­je­go men­to­ra. Chciał się po­chwa­lić sa­mo­cho­dem, no i daw­no się nie wi­dzie­li.

- Ma­rek! Jaka wspa­nia­ła nie­spo­dzian­ka!

- Pa­nie Teo­fi­lu!

W pre­zen­cie przy­niósł trzy pacz­ki ty­to­niu faj­ko­we­go Black Ve­lvet. W Pe­wek­sie była tyl­ko Am­pho­ra, a pan Teo­fil lu­bił Black Ve­lvet, do któ­re­go się przy­zwy­cza­ił, a Pe­weks wła­śnie zmie­nił asor­ty­ment. Jak­by na złość klien­tom.

- Jest taka or­ga­ni­za­cja. Zwią­zek Mło­dzie­ży So­cja­li­stycz­nej. Le­piej się do niej za­pisz.

Za­mie­rzał za­pro­te­sto­wać, bo to prze­cież że­na­da, lecz się po­wstrzy­mał. Je­że­li star­szy pan do cze­goś na­ma­wiał, to z pew­no­ścią do­brze to prze­my­ślał.

- Masz sa­mo­chód, i to za­chod­ni. Ko­le­żan­ki będą się wpra­sza­ły na prze­jażdż­kę, a ko­le­dzy... Ła­twiej ak­cep­tu­je­my, że cze­goś mieć nie mo­że­my, niż że ktoś inny to ma. Two­ja tecz­ka na­puch­nie od do­no­sów. Więc zrób to, o co pro­szę, a zneu­tra­li­zu­jesz je przy­naj­mniej czę­ścio­wo. Przyjdź na kil­ka ze­brań, za­bierz głos, ale tak pryn­cy­pial­nie, wte­dy, mam na­dzie­ję, da­dzą ci spo­kój.

- To może się jesz­cze za­pi­szę do TPPR26. Mó­wię po­waż­nie - za­pew­nił, wi­dząc, że pan Teo­fil się ob­ru­szył. - Or­ga­ni­zu­ją wy­jaz­dy do ZSRR. Po­cią­gi przy­jaź­ni. Po dro­dze chla­nie, na miej­scu han­del i też chla­nie, z kom­so­mol­ca­mi. Po­dob­no Ro­sjan­ki są bar­dzo ład­ne i lu­bią Po­la­ków. Prze­cież nie mu­szę się tym TPPR afi­szo­wać. Nikt nie bę­dzie wie­dział.

- Wi­dzę, że za­czy­nasz my­śleć. Nie na­ma­wiam, że­byś się za­pi­sał do par­tii, bo nie po­wi­nie­neś. Je­steś mło­dy. Tyle się może wy­da­rzyć... Za­pi­szesz się, jak bę­dziesz mu­siał, choć mam na­dzie­ję, że ten dzień ni­g­dy nie na­dej­dzie, po­nie­waż to by ozna­cza­ło po­waż­ne kło­po­ty.

- Do par­tii się nie za­pi­szę, choć­by nie wiem co. W ra­zie cze­go pry­snę z Pol­ski.

De­kla­ra­cje się speł­nia­ją albo nie speł­nia­ją. Tak to z nimi bywa.

Do ZSRR jeź­dził na wy­ciecz­ki or­ga­ni­zo­wa­ne przez TPPR. Przy­na­leż­ność do tej or­ga­ni­za­cji uwa­ża­no za ob­ciach, li­czy­ła się jed­nak for­sa, jaką moż­na było za­ro­bić, zresz­tą nikt o tym TPPR nie wie­dział. W tam­tą stro­nę wo­ził ku­po­wa­ne w Pe­wek­sie za­chod­nie dżin­sy, su­kien­ki i ko­sme­ty­ki, od nich przy­wo­ził zło­to i apa­ra­ty fo­to­gra­ficz­ne oraz do­la­ry. Był ostroż­ny, wo­ził to­war w ta­kich ilo­ściach, żeby cel­ni­cy się nie przy­cze­pi­li. Wy­cho­dził z za­ło­że­nia, że le­piej za­ro­bić mniej, ale nie ry­zy­ko­wać kło­po­tów. W ra­zie wpad­ki mo­gli go re­le­go­wać z uczel­ni.

Po­lu­bił te wy­jaz­dy. Przy­no­si­ły nie­zły do­chód i po­zwa­la­ły zwie­dzać świat. Do­tarł aż nad Mo­rze Czar­ne, do So­czi, gdzie prze­żył wa­ka­cyj­ny ro­mans z fa­scy­nu­ją­cą Ro­sjan­ką.

25 Je­że­li ktoś chciał po­now­nie wy­je­chać na Za­chód, to je­że­li es­bek za­żą­dał, spra­woz­da­nie na­pi­sać mu­siał. Tyl­ko od nie­go za­le­ża­ło, co na­pi­sze. Samo zło­że­nie spra­woz­da­nia nie ozna­cza­ło pod­ję­cia współ­pra­cy z SB, choć tak jest to obec­nie przed­sta­wia­ne.

26 TPPR - To­wa­rzy­stwo Przy­jaź­ni Pol­sko-Ra­dziec­kiej.