WSTĘP
Książek opowiadających o redukcji kilogramów jest wiele, historii
dziewczyn, które zrzuciły wagę, też pewnie znasz bez liku. Może więc
pomyślisz sobie: "Po co mam czytać kolejną historię o odchudzaniu?". To
nie jest książka o dietach, o sporcie, o magicznych postach czy
rytuałach. To jest książka o emocjonalnej przemianie, o tym, co się
dzieje, kiedy traktuje się redukcję jako formę pracy nad swoim
charakterem. Pokazuję w niej, jak w redukcji odnaleźć drogę do osobistej
wolności emocjonalnej, nauczyć się wytyczania granic, samoakceptacji,
stawania we własnej obronie. To książka o tym, w jaki sposób trzy stany
- otyłość, proces redukcji i powrót do zdrowia - wpływają na naszą
tożsamość. Kogo z nas czynią? Co nam daje pozbycie się tożsamości osoby
plus size, a co tracimy wraz z kolejnymi kilogramami?
Byłam w każdym miejscu otyłości, w otchłani otyłości. Zachorowałam już
jako młoda dziewczyna na otyłość 3 stopnia, ze swoją wagą mieściłam się
na krańcu skali. BMI, czyli wskaźnik masy ciała, to norma potrzebna z punktu widzenia medycyny, żeby pokazać, czy nasza waga wiąże się z ryzykiem chorób towarzyszących otyłości, ale też norma społeczna, która
niczym wyrocznia mówi ci, czy jesteś godna uchodzić za osobę atrakcyjną,
czy też powinnaś się martwić. Ze swoimi 143 kg "wywalałam" skalę.
Moja historia jest podobna do historii mnóstwa innych kobiet, które
podjęły decyzję: Zrzucę te kilogramy. Miałam tę moc, by doprowadzić swój
plan do końca, oczywiście za którymś razem. Michael Jordan powiedział
kiedyś: "Nie trafiłem ponad 9000 rzutów [...]. Przegrałem ponad 300
meczów. [...] Przegrywałem w moim życiu ciągle. Dlatego właśnie osiągnąłem
sukces"1. Tak jak ów koszykarz 9 tysięcy razy pudłował, tak ja 9
tysięcy razy łamałam dane sobie słowo i mimo zakazów objadałam się
słodyczami.
Słowa Jordana mam z tyłu głowy, kiedy myślę o redukcji. Większość ludzi
w otyłości ma na swoim koncie liczne potknięcia, falstarty, próby
zakończone spektakularną porażką. Statystyki nie napawają optymizmem.
Wskazują na przykład, że osoby będące na diecie redukcyjnej przez 68
tygodni do 120 tygodnia - licząc od momentu przejścia na dietę -
odzyskiwały w większości stracone kilogramy. Efekt dotyczył tych
pacjentów, którzy nie wspomagali się lekami (stracili 2%, odzyskali
1,9%). Nie ominął też pacjentów wspomagających się farmakoterapią (ci
pacjenci stracili 17,3%, odzyskali 11,6%)2.
Gros osób "wiecznie na diecie" dobrze zna ten smak porażki. Są przecież
wśród nas takie dziewczyny, które jedzą w sposób wzorcowy, ćwiczą
regularnie, a waga ani drgnie. Dlatego od razu na wstępie chcę
zaznaczyć, że nie będę cię pouczać ani moralizować. Nie będę cię
rozliczać ani obiecywać złotych gór. A przede wszystkim nie chcę, żebyś
czuła się winna, że tylu ludziom wyszło, a tobie nie wychodzi, bo:
Każdy sukces poprzedza wiele porażek.
Każda z nas ma inny organizm i inne przeszkody do pokonania. Czasami
nasze ciało albo psyche stoi w takiej opozycji do redukcji, że
samodzielnie nie jesteśmy w stanie nic zrobić (dlatego odwiedzanie
lekarza+dietetyka+psychologa to złote rozwiązanie).
Nic nie jest na zawsze. Niewykluczone, że za jakiś czas wszyscy
ludzie wokół ciebie, którzy zrzucili kilogramy, znowu będą w redukcji,
znowu będą w procesie, bo choroba da o sobie znać. Tak to jest z chorobą
otyłościową - może nawracać.
Być może twoje TERAZ dopiero nadchodzi, może wcześniej nie było ci
dane wystartować, a dzisiaj to będzie ten moment.
Borykałam się z otyłością, odkąd pamiętam. Kochałam jeść i zawsze miałam
w sobie dziecięce przeświadczenie, że "jakoś to będzie". Często osoby
ważące ponad miarę mają tendencję do regulowania emocji za pomocą
jedzenia. Nie tylko smutków czy lęków. Jemy z nudów, z radości, z podniecenia, z rozczarowania. Jemy, bo ktoś nas rzucił, jemy, bo wyznał
nam miłość. Lubimy jedzeniem umilać sobie czas, lubimy, jak jedzenie
towarzyszy ważnym życiowym momentom. Jedzenie było moim rytuałem - do
kina, do Netflixa, do rozmowy z koleżanką, do pracy. Zawsze musiałam
mieć przy sobie batonika, kanapkę czy inną słodką albo tłustą przekąskę.
Zdrowe jedzenie - na takie chciało mi się wymiotować. Nie jestem
królikiem, żeby jeść sałatę - tak mówiłam. Tłuste i słodkie. Im
bardziej, tym lepiej.
Kiedy jesteś w szponach otyłości, masz miliard myśli o sobie. Z jednej
strony: "Dobra, od jutra biorę się za siebie". Z drugiej: "Jezu,
przecież i tak nie schudnę". Z trzeciej: "To ciastko mówi do mnie
"mamo"". Te dwie ostatnie działają w zespole. "I tak się nie uda" plus
"ojej, zjedz mnie" zwykle w efekcie prowadzi do łapczywego zjedzenia
tego czegoś. Po którym wstyd ci, masz wyrzuty sumienia, obiecujesz
sobie, że zaczniesz od jutra. Albo wchodzisz w myślenie: "A czemu by
sobie odmawiać, skoro niewiele mam przyjemności w życiu". Oczywiście są
ludzie, którzy zjedzą te ciastka i stwierdzą z satysfakcją, że było
warto. Chciałam, to zjadłam, mogę. Mam prawo być taka, jaka jestem.
Byłam w różnych miejscach, jak pisałam wcześniej, w otchłani. W pewnym
momencie uwierzyłam, że już nigdy nie schudnę. To była ciekawa chwila,
bo to wcale nie było takie złe. Od tego paradoksalnie zaczęła się moja
przygoda z redukcją. Miałam 37 lat i poczucie, że jestem za stara na
kolejne diety, więc pragnę siebie zaakceptować raz na zawsze i dać sobie
spokój z "katowaniem się" dietą. Choć otyłość odbierała mi witalność i uprzykrzała życie, często miałam poczucie, że w swoim rozmiarze (52/54)
jestem seksowna, ponętna i kształtna. Jadłam ponad normę, ale nie
zawstydzałam siebie. Nie byłam wobec siebie napastliwa. Uważałam
(zresztą do dziś tak sądzę), że masa ciała nie definiuje tego, kim
jestem, ba, wcale nie odbiera mi uroku. Ubierałam się schludnie, nosiłam
kolorowe sukienki, długie włosy i rzęsy. Czułam się dobrze ze swoją
kobiecością. Miałam wsparcie przyjaciółek, czułam się kochana w związku.
Mimo mojej nienormatywnej wagi zapraszano mnie do różnych programów
telewizyjnych, wszak przede wszystkim jestem psychologiem - ekspertem -
i to moja głowa ma znaczenie, a nie ciało i jego rozmiar. Zawsze na tym
- na swojej wiedzy - budowałam własne poczucie kompetencji. Nie na
wadze, bo waga to tylko liczba. A wygląd - rzecz gustu.
Nie byłam w trybie "wiecznie na diecie", nie miałam huśtawek
tyję-chudnę. Ja po prostu od dziecka cały czas byłam duża albo bardzo
duża. Chciałam świata, który zaakceptuje mnie taką, jaka jestem, a jednocześnie czułam się w swoim ciele nie tak jak trzeba. Niestety
czułam, że ciało mnie coraz bardziej drażni i ogranicza, że stopniowo
tracę sprawność. W zależności od nastroju (albo dnia cyklu) miałam
momenty myślenia "wyglądam dobrze" i takie, kiedy czułam, że marnuję
jakiś potencjał, który jest we mnie.
Zawsze byłam największa, najszersza wśród koleżanek. Cokolwiek bym
włożyła, jakąkolwiek ładną sukienkę bym miała na sobie, i tak otyłość
zniekształcała wszystko: wzory, fasony, moją wizję tego, jak się
prezentuję. Często mnie to frustrowało, czułam wstyd. Kiedyś moja
przyjaciółka, psycholożka Julia Izmałkowa, powiedziała, że nie ma złych
sylwetek, tylko ciuchy są niedobrze uszyte. Jest w tym dużo prawdy.
Ubrania dla osób plus size bywają piękne, kolorowe, ale w sieciówkach
często dominują szarobure worki, które mają za zadanie nas schować,
zmieszać z tłem, ukryć, zasłonić. Jest w tym jakiś element fatshamingu.
Ktoś powie: "To tylko ciuchy, nie ma co się nad tym długo rozwodzić".
Ale ubranie to nasz najbliższy towarzysz codzienności. Ubranie jest
częścią naszego wizerunku, niewerbalną próbą wyrażenia siebie. Ubranie
odzwierciedla to, co chcemy zamanifestować. Bywają ubrania mocy - np.
często małą czarną uważa się za tzw. power dress - i ubrania, które
potrafią zniszczyć nastrój na cały wieczór (np. wpijająca się bluzka,
uwierający stanik czy za duże spodnie). W przypadku osób w większym
rozmiarze ubrania przymałe, niewygodne, nieprzewiewne albo workowate
bywają ośmieszające, wywołują poczucie, że coś z nami nie tak, że nie
jesteśmy wystarczająco dobre i wartościowe. Świat mody w sposób
bezpardonowy rozprawia się z ludźmi o bardziej ponętnych kształtach - po
prostu ich kasuje - tak jakbyśmy nie istnieli.
Jest to jeden z elementów wszechobecnego weightismu, czyli dyskryminacji
osób o nienormatywnych rozmiarach. Dyskryminacja pojawia się na każdym
kroku, zarówno w środkach masowego przekazu, reklamach, memach, jak i w sytuacjach społecznych - np. u lekarza czy podczas rozmowy o pracę.
Zdrowie zaczęło mi szwankować mniej więcej po 35 urodzinach. Bolały mnie
nogi i borykałam się z dysfagią - na skutek otyłości miałam problemy z połykaniem pokarmów. Dopadł mnie też rozrost endometrium ściśle związany
z licznikiem na wadze. Nie czułam się obłożnie chora, ale wpadałam w epizody depresyjne i miałam wrażenie, że życie przelatuje mi przez
palce. Czasami nie mogąc wdrapać się na 4 piętro, myślałam sobie, że
rychło umrę, bo zabije mnie ta otyłość, martwiłam się, że serce mi
wysiądzie.
W pandemicznym lockdownie w zasadzie jedynie pracowałam zdalnie i jadłam. Ledwo mogłam się ruszyć - nie chciało mi się nic, tylko jeść.
Nie chciało mi się na przykład spotykać z ludźmi w realu, ba, przestało
mi się chcieć chodzić po domu, bo uważałam, że mam za wielkie
mieszkanie, że trzeba tyle zachodu, by iść do kuchni. Otyłość dawała mi
się mocno we znaki, ale cały czas miałam tyle zajęć, projektów, spraw,
że siebie odkładałam na później.
W końcu ogarnęło mnie poczucie potwornego przemęczenia. Od prawie 15 lat
zajmowałam się pomaganiem ludziom - nie tylko moim pacjentom, ale też
przyjaciołom, osobom w potrzebie. Żyłam po to, żeby innym było lepiej, a siebie olewałam. Jadłam byle co byle gdzie, nie umiałam odpoczywać,
szkoda mi było czasu na relaks. Ciągle się spieszyłam, robiłam dodatkowe
kursy, szkolenia, wspierałam swoją rodzinę, załatwiałam wiele spraw, nie
odmawiałam nikomu, kto potrzebował pomocy. Odmawiałam tylko sobie. Nie
patrzyłam na siebie. Czasem gdy zmęczona kładłam się spać, myślałam:
"Dobra, kiedyś się za siebie wezmę, ale teraz muszę pomóc innym ludziom,
oni bardziej potrzebują pomocy niż ja".
Pewnego grudniowego wieczora coś jednak we mnie pękło. Jeden z projektów, na które się nastawiłam, w który włożyłam całe serce, dostał
ktoś inny. Pomyślałam, że znowu, po raz enty, wypruwam sobie żyły,
robię, co mogę, dla innych i nic z tego nie mam. Powiedziałam dość. Nie
był to jakiś wielki przełom. Powiedziałam DOŚĆ, nie chcę tak żyć. Choć
moje "dość" było nieśmiałe i przepełnione wątpliwościami, poczułam, że
teraz albo nigdy, że muszę zaopiekować się sobą, bo jak nie ja, to nikt
się mną nie zaopiekuje. Stwierdziłam, że chociaż to ryzykowne, biorę
sprawy w swoje ręce. Biorę życie w swoje ramiona. I tulę. Tulę siebie.
Pamiętam, jak 13 stycznia, w swoje urodziny, spojrzałam w lustro i powiedziałam do siebie czule: "Stara, zajmę się tobą. Już do ciebie
wracam".
Poprosiłam dietetyczkę kliniczną Małgorzatę Krukowską o przygotowanie mi
odpowiedniej diety i zapisałam się do renomowanego lekarza bariatry,
pragnąc, żeby mnie wsparł, wysłał na badania, żeby we mnie uwierzył.
Byłam pełna entuzjazmu, czułam, że teraz musi się udać, a kto jak kto,
ale lekarz od otyłości na pewno będzie dla mnie superempatyczny i mnie
wesprze! Usłyszałam tymczasem, że za bardzo sobie pofolgowałam i została
mi wyłącznie chirurgia bariatryczna, czyli operacja zmniejszenia
żołądka. Doktor powiedział, że raczej nie uda mi się nic osiągnąć dietą,
bo tylko kilka procent ludzi wychodzi z otyłości bez operacji. Panicznie
bałam się bariatrii, całe moje ciało mówiło NIE na ingerencję
chirurgiczną. Kiedy usłyszałam od lekarza, że już za późno na
schudnięcie, poczułam się jak pacjent, któremu nie da się pomóc - bo
skoro opcją jest albo operacja, której nie chcę, albo śmierć, no to w zasadzie czy mam jakieś wyjście?
Choć tamten lekarz nie był wspierający, nie poddałam się i w końcu
spotkałam takiego, który wyjaśnił mi plusy i minusy operacji
zmniejszenia żołądka. Dowiedziałam się, że to skuteczna forma leczenia
choroby otyłościowej, ponieważ podczas takiej operacji usuwa się część
żołądka odpowiedzialną za wydzielanie hormonu pobudzającego łaknienie,
greliny, co znacząco przekłada się na utratę masy ciała. Wciąż jednak
nie byłam przekonana do tej formy leczenia, więc pani doktor
diabetolożka zaproponowała mi inną możliwość: zastosowanie zastrzyków z liraglutydem, które miały mi pomóc odzyskać kontrolę nad jedzeniem, w połączeniu z metforminą, lekiem przepisywanym na zdiagnozowaną u mnie
insulinooporność.
Liraglutyd pomógł mi niesłychanie w początkowym okresie pracy nad sobą.
Przyhamował mój wilczy apetyt i dał mi nadzieję na to, że nauczę się
jeść w sposób kontrolowany. Był jak koło ratunkowe na otwartym morzu.
Wielu pacjentów w ten sposób wyraża się o zastrzykach z liraglutydem -
są objawieniem, pozwalają wreszcie chudnąć, są przełomem w leczeniu
otyłości. Zdecydowanie się z tym zgadzam, aczkolwiek sama usłyszałam od
diabetolożki ostrzeżenie: "Zastrzyki to nie jest magiczna różdżka. Jeśli
zaufasz tylko im - przepadniesz, to pewne. Musisz zmienić styl
odżywiania, zacząć się ruszać i przeformatować swoje nastawienie
mentalne".
Początek z analogami GLP-1 przyniósł mi wielką nadzieję, że tym razem
się uda. Przestałam czuć nieposkromiony apetyt. Szybkie uczucie sytości
sprawiało, że ze spokojem kończyłam obiad i do kolacji zapominałam o jedzeniu. Działania niepożądane leku były bardzo męczące, ale nie
utrzymywały się długo. Kilogramy zaczęły spadać w zawrotnym tempie.
Zawsze na początku chudnie się szybciej, bo schodzi z nas nagromadzona
woda. I ja po 2,5 miesiąca miałam już na liczniku pierwsze -10 kg. Nie
mogłam uwierzyć w swoje szczęście. Z naiwnością laika wyliczyłam sobie,
że skoro chudnę około 5 kg w miesiącu, to już za niecały rok będę
superszczupłą dziewczyną. Bardzo się cieszyłam na tę myśl. Nie miałam
pojęcia, jak naprawdę wygląda proces redukcji, bo nigdy nie byłam w niej
dłużej niż kilka tygodni. Nie rozumiałam skomplikowanych mechanizmów
działania mojego organizmu oraz leków. Kierując się prostą matematyką,
myślałam, że już za moment, za kilka miesięcy powitam siebie w rozmiarze
S. Grubo się myliłam.
W kolejnych tygodniach redukcji moje ciało zaciągnęło hamulec. Mimo że
utrzymywałam deficyt kaloryczny, prawidłową dietę i zwiększoną
aktywność, moja masa ciała zaczęła się stabilizować i chudłam mniej niż
kilogram na tydzień. Pojawiły się pierwsze frustracje i rozczarowania,
bo przecież to był dopiero początek tej wędrówki. Wiedziałam, że będzie
ciężko, ale już na starcie? Bardzo wierzyłam jednak w leki, w to, że one
działają i mimo spowolnienia utrzymują mój apetyt w ryzach, bo dalej bez
trudu udawało mi się trwać na diecie od pani dietetyczki.
Znajomi już wtedy zachęcali mnie, żebym zaczęła pisać książkę o redukcji, bo tak sobie świetnie radzę, kilogramy lecą, a ja zachowuję
zdrowy rozsądek. Kręciłam nosem na ten pomysł - moje chudnięcie było
przede wszystkim spowodowane działaniem liraglutydu, nie dostrzegałam
swojego wkładu, tego, że przygotowuję posiłki, że dbam o jakość
jedzenia, że wprowadzam szereg zmian i bardzo pilnuję, aby redukcja
przebiegała w sposób profesjonalny. Lek pomagał mi opanować olbrzymi
apetyt i to lekowi ufałam, myślałam, że tylko dzięki niemu to wychodzi.
Uważałam, że liraglutyd robi coś niejako "za mnie" - jest zewnętrzną
kontrolą. Podczas gdy ludzie dookoła mnie zajadali się słodyczami, brali
dokładki, mówili "o Boże, jakie pączki", ja byłam niewzruszona. Jedzenie
wysokokaloryczne dla mnie nie istniało.
Człowiekowi, który całe życie funkcjonował w poczuciu nienasycenia i permanentnego głodu, liraglutyd jawi się jako magiczny eliksir zaklęty w penie. Nagle, praktycznie z minuty na minutę, przestałam być więźniarką
wiecznego głodu. Zaczęłam żyć. Robić inne rzeczy, nie skupiać się tylko
na denerwowaniu się na siebie, że znowu zgłodniałam. Byłam zachwycona
tym, że wreszcie czuję sytość po śniadaniu czy obiedzie. Mój
rozregulowany organizm dotychczas prawie nigdy nie zaznawał sytości.
Po kilku miesiącach przyjmowania leku dopadło mnie jednak to, co wielu
innych pacjentów - niemalże z dnia na dzień zastrzyki przestały tak
spektakularnie działać, apetyt zaczął wracać. Najpierw powoli, a potem w zasadzie wrócił już całkowicie. Nie pomogła zmiana miejsca nakłuwania
ani ilości preparatu, przestałam reagować na substancję. W popłochu
poczułam, że w tej sytuacji jestem zdana na siebie i że chyba pora
spróbować zaufać sobie i skupić się na tym, co zaczęłam wypracowywać.
Miałam już na liczniku prawie 20 kg mniej, była we mnie ogromna,
przeogromna motywacja, by pracować nad wagą dalej mimo trudności.
Poczułam, że skoro po raz pierwszy w życiu zrzuciłam 20 kg, to cokolwiek
by się działo, muszę doprowadzić sprawę do końca. Cały czas miałam z tyłu głowy operację bariatryczną, ale dałam sobie też szansę
sprawdzenia, czy jeśli będę kontynuowała uważną pracę nad sobą, to moja
waga się zmieni.
Znalazłam w sieci mnóstwo grup pacjenckich i poznałam dziesiątki
historii podobnych do mojej. Gros kobiet i mężczyzn miało podobnie -
leki działały początkowo spektakularnie, a potem nagle przestawały
działać. Na innych leki nie działały w ogóle. Na jeszcze innych działały
zadowalająco, ale pokusa (na przykład żeby pić alkohol) była silniejsza
i ktoś porzucał tę (co nie bez znaczenia) bardzo kosztowną i nierefundowaną farmakoterapię. W połowie 2022 roku pojawił się kolejny
problem - brak leków z tej grupy w aptekach. W dużej mierze wynikający z tego, że przyjmować je zaczęły osoby szczupłe, w normie BMI, pragnące
zastrzykami podkręcić swoją dietę. Wielu pacjentów chorujących na
cukrzycę oraz chorobę otyłościową, którym te substancje są
rekomendowane, ku własnej rozpaczy przerwało kurację, bo leków po prostu
nie można było kupić.
W całym tym gąszczu trudności, podobnie jak inni pacjenci z otyłością
pozostawieni sami sobie, musiałam dokonać pewnego wyboru. Zakończyć
redukcję, poddać się i pewnie powoli wrócić do dawnego życia albo
próbować utrzymać się w zdrowym stylu życia bez farmakologicznego
wsparcia. W moim przypadku jasne było, że wezmę sprawę w swoje ręce i doprowadzę redukcję do końca. I to jest początek mojej książki.
Poradnik, który trzymasz w dłoniach, to zbiór sprawdzonych przeze mnie
sposobów radzenia sobie z napadami głodu. Staram się w nim nakreślić
ścieżkę zmiany stosunku do jedzenia, do ciała, do pracy nad sobą,
pokazać, jaka jest - wyboista i trudna - z perspektywy osoby, która nie
tylko doradza, ale i sama na sobie testuje to, do czego zachęca. Nie
mogę ci obiecać, że ten poradnik sprawi, że schudniesz. Ale może
sprawić, że zaczniesz myśleć o swoim ciele poważnie, a redukcja
przestanie ci się wydawać drogą nie do przejścia.
Zastanawiam się, kim jesteś, kiedy siedzę przed pustą kartką w Wordzie.
Domyślam się, że masz za sobą kilka albo kilkanaście prób schudnięcia.
Że teraz, w chwili, gdy czytasz tę książkę, chcesz schudnąć. Ale co
będzie za godzinę? Albo wieczorem, jak przyjdą goście? Znam smak
przerywanej, lichej motywacji. Raz się chce na maksa góry przenosić i się odchudzać, a za chwilę dupa blada, wjeżdża batonik, kurczak z rożna
czy inna zachcianka i motywacja się ulatnia. A może czytasz te słowa i zagryzasz czekoladą - to by było w moim dawnym stylu.
Wstyd - może się wstydzisz. Może nawet wstydziłaś się kupić tę książkę w księgarni, zachodząc w głowę, co pomyśli sprzedawca: "Ooo, przydałoby
jej się!" albo: "Wydaje jej się, że od przeczytania książki schudnie".
Ale to nie był głos tego sprzedawcy - to twój wewnętrzny krytyk. Pewnie
go masz, jak większość ludzi. Twój krytyk wewnętrzny może być
szczególnie zjadliwy w kwestiach wagi i wyglądu. Jeśli doświadczyłaś
przemocy rówieśniczej w dzieciństwie, np. będąc ofiarą szykan i obelg,
pewnie zakładasz, że większość ludzi myśli o tobie tak źle, jak tamten
kolega z dzieciństwa, który krzyczał za tobą: "Ty gruba beko!". Tak się
przejawia nasz problem z poczuciem własnej wartości. U dziewczyn o niestandardowym rozmiarze zwykle spory, bo gros z nas nasiąkło
wszechobecnymi stereotypami sugerującymi, że wskaźnik BMI jest miarą
naszej wartości.
Wiesz, jak się cieszę, że masz tę książkę w ręku? Wierzę, że to twój
mały krok w kierunku psychologicznej zmiany i odbudowania skomplikowanej
relacji z jedzeniem. Być może potrzebujesz się zainspirować, być może
jesteś zrezygnowana. Warto, żebyś dała sobie szansę popatrzeć na
leczenie choroby otyłościowej w kontekście pracy nad swoim charakterem.
Choć nadwaga to przede wszystkim kwestia somatyczna, wypracowanie
współczującego i racjonalnego myślenia o sobie może być dla ciebie
wielkim wsparciem - takim było to dla mnie.
Jestem psycholożką i psychoterapeutką od kilkunastu lat. Znając wiele
technik pracy z pacjentami, stosując na co dzień przeróżne metody
wspierania ludzi w zmianie ich nawyków, stworzyłam plan zmiany mentalnej
w procesie redukcji. Plan zmiany sposobu myślenia o swoim ciele, o jedzeniu, o wstydzie i o własnej kobiecości. Ten plan pomógł mi w leczeniu, był jedną z trzech (obok wsparcia medycznego i dietetycznego)
najważniejszych gałęzi mojej redukcji. Nie bazuje on na żadnych
nowinkach, nie jest newage'owym tworem. To plan oparty na połączeniu
różnych metod i technik, których skuteczność w zmianie została
sprawdzona i dobrze zbadana.
Choć nie wierzę w to, że siłą manifestacji można zeszczupleć choćby o gram, to jednak uważam, że siłą umysłu można wspomagać drogę dojścia do
zdrowia. Każda choroba, czy nowotworowa czy otyłościowa, lepiej poddaje
się leczeniu, kiedy pacjent dba o swoją kondycję
psychiczną3. Nie znaczy to, że zarzucę cię wyświechtanym
"myśl pozytywnie". Raczej zachęcę, żebyś zrozumiała, co czujesz, co jest
dla ciebie wsparciem, w jaki sposób okazywać samej sobie miłość i szacunek, jak czule dbać o granice.
Mimo że to książka "o odchudzaniu", główną ideą, jaka mi przyświeca,
jest idea wolności psychicznej w procesie redukcji. Samo słowo
"odchudzanie", od którego zresztą się już odchodzi, często przywodzi na
myśl opresyjne narracje społeczne na temat tego, jakie powinnyśmy mieć
ciało, a jakiego nie. Bliskie jest mi ujęcie dr hab. Beaty Miruckiej z książki Podmiot ucieleśniony: "Ciało [...] traktowane jest jako obszar
wybrakowany, który wymaga naprawy i korekty (np. pozbycia się
zbędnych kilogramów). Wolność psychiczna wyraża się w umiejętnym
odpieraniu niekorzystnych komunikatów społecznych na temat ciała,
selekcjonowaniu ich i rozpoznawaniu w nich działań społecznych, które
mają na celu uprzedmiotowienie ciała i zawłaszczenie go, by przez nie
wywierać bardziej skuteczny wpływ na jednostkę"4.
Redukcja w obliczu wolności psychicznej oznacza więc dążenie do zdrowia,
a nie dążenie do spełnienia wyśrubowanych kanonów. Dążenie do swojej
wagi, a nie do wagi podziwianej aktorki. Pracę nad swoim ciałem i ze
swoim ciałem, a nie przeciwko niemu. Wolność psychiczna oznacza, że nie
muszę ślepo dążyć do takiej wagi, jaką ktoś mi narzuca, sposobami, które
są dla mnie zbyt forsujące albo trudne. Wolność to zgoda na to, jaka
jesteś, i wynikająca z tej zgody praca nad udoskonaleniem siebie, a nie
pragnienie uszczęśliwienia kogoś dzięki redukcji. Zapraszam cię więc do
lektury książki - historii o redukcji na własnych zasadach.
DLACZEGO ZACZYNA SIĘ OD AKCEPTACJI CIAŁA
Od chwili narodzin dzieci uczą się, że powinny sprawiać dobre wrażenie.
Zamiast żyć w zgodzie z własnymi potrzebami i uczuciami, uczą się, jak
oceniać sytuację, aby zadowolić innych5.
MARION WOODMAN
Ciało jest naszym domem. Azylem danym raz na zawsze. Rodzimy się i umieramy w tej jednej jedynej powłoce, która towarzyszy nam każdego dnia
życia. Wydawać by się zatem mogło, że będziemy ten azyl traktować niczym
świątynię - najcenniejszy skarb. W praktyce nierzadko cielesność
przysparza nam jednak kłopotów, a nasz stosunek do niej może się
zmieniać i wcale nie przypominać relacji opartej na szacunku.
W psychologii mówi się o "ja" cielesnym kształtującym się w ciągu całego
naszego życia. "Ja" cielesne to poczucie swojego ciała, jego schemat
oraz obraz. Owo "ja" wyznacza sposób doświadczania siebie w swoim ciele,
zapewnia fizyczne poczucie tożsamości, czyli tego, że wiemy w ogóle, kim
jesteśmy, gdzie jesteśmy i jak jesteśmy. Wiem, kim jestem, kiedy znam
swoje ciało, rozumiem je i działam z nim w zgodzie. Gubię się zaś
wewnętrznie, kiedy postępuję ciału na przekór, kiedy ciało zaczyna mnie
ograniczać, drażnić, kiedy zauważam, że zmienia się w sposób dla mnie
nieakceptowalny. Kryzysy życiowe często dotykają ciała. Ciało starzejące
się, tyjące, chudnące, chorujące, niedomagające przysporzyć może
psychicznego cierpienia i wpłynąć na nasze poczucie własnej wartości.
Najlepszym tego przykładem jest okres dojrzewania - zmieniające się
dynamicznie ciało może stanowić źródło lęku, wstydu, niezgody. Kiedy
staje się seksualne - równocześnie ciekawi nas i paraliżuje. Zwłaszcza
jeśli wokół - w przekazach środowiskowych czy religijnych - atrybuty
dojrzałości uznawane są za grzeszne, niemoralne. Dojrzewanie
seksualności i jej fizycznych oznak może być zakłócone przez ataki
rówieśników, przez nadużycia, ale też szarpaninę mniejszego kalibru, na
przykład seksualizację lansowaną przez media. Kiedy ciało dojrzewa
szybciej niż głowa (a zwykle tak jest), zaczynamy się go wstydzić,
chować je, surowo oceniać.
Dane wskazują, że 52% dzieci w wieku 10-11 lat jest niezadowolonych ze
swojego ciała. Zastrzeżenia do własnego wyglądu mają w większości
dziewczynki, które już w tym wieku zamartwiają się niedostatkami urody i tym, czy są wystarczająco szczupłe. Dzieje się tak prawdopodobnie
dlatego, że dzieci wsłuchują się w pełne krytykanctwa narracje o ciele
własnych matek, babć, starszych sióstr czy też w surowe oceny ojców.
Dzieci z łatwością internalizują stosunek do ciała, jaki wybrzmiewa w domu. Jeśli dużo w nim oceniania i szyderstwa, dziecko przyswaja taką
postawę zarówno w kontekście innych, jak i siebie samego. Jedna z moich
pacjentek zobrazowała to kiedyś brutalnie: "Jako pięciolatka wyśmiewałam
grube dzieci w przedszkolu, dokładnie w tak samo bezlitosny sposób, w jaki ojciec wyśmiewał moją otyłą matkę".
Nasze podejście do ciała, którego uczymy się w domu, nie wynika
wyłącznie z tendencji do oceniania innych, jaką przejawiali nasi
rodzice. W domach, w których brakuje ciepła, bliskości i przytulania,
obraz ciała u dzieci jest zwykle gorszy niż w tych, w których domownicy
obdarowują się czułymi gestami. Nie bez znaczenia są przekazy medialne,
które oglądają dzieci, a w których aż roi się od porad, jak ciało
ogarnąć, zmienić, upiększyć. Jak wskazuje prof. Katarzyna Schier w książce Piękne brzydactwo, już 6-letnie dziewczynki mają wiedzę
dotyczącą procedur związanych z odchudzaniem. To szokujące, zwłaszcza
gdy zdamy sobie sprawę, że dopiero około 7-8 roku życia dziecko jest
zdolne poprawnie określić swój obecny rozmiar ciała. Prof. Schier
zauważa też, że wyniki sondaży prowadzonych wśród dzieci w wieku 7-11
lat wskazują na istnienie u nich szeregu ukształtowanych stereotypów
związanych z otyłością. Dzieci chorujące na otyłość są spostrzegane jako
mające mniej przyjaciół, mniej lubiane przez rodziców, gorzej radzące
sobie w szkole, leniwe, mniej szczęśliwe oraz mniej atrakcyjne niż
dzieci szczupłe lub o średniej wadze6.
Prof. Schier podkreśla, że wzorce piękna zmieniły się na przestrzeni
czasu. "W krajach kultury zachodniej szczupłość jest aktualnie łączona
ze "szczęściem, sukcesem, młodzieńczością, byciem społecznie
akceptowanym". Nadwaga i otyłość oznaczają lenistwo, brak silnej woli i obniżoną kontrolę nad własnym życiem. Nadwagę przypisuje się najczęściej
złym intencjom grubych osób, jest ona synonimem ich
słabości"7. Wedle badaczki nawet krótka ekspozycja na wzorce
idealnych sylwetek lansowanych przez media prowadzi do negatywnych
spostrzeżeń na temat własnego wyglądu. Dziecko, patrząc na doskonałą,
upiększoną filtrami urodę w internecie, zestawia ją ze swoim obrazem, a tym samym obniża poczucie własnej wartości.
Kiedy pracuję z kobietami, wspierając je w procesie redukcji otyłości,
zawsze naszą wspólną podróż zaczynam od tematu samoakceptacji i ukochania obecnego (!) stanu rzeczy. Większość kobiet robi to niechętnie
i w poczuciu, że mój pomysł jest zbyteczny i chybiony. Nie dziwię im
się, bo mnie samej zajęło lata zrozumienie, że dopóki nie zacznę się ze
swoim ciałem - z każdą jego cząstką - zaprzyjaźniać, zbyt wiele dobrego
mnie w życiu nie spotka.
Jako dziewczyna z otyłością olbrzymią czasami czułam się nie do końca
"kobieca". Wydawało mi się, że kobiecość to coś, co jest zarezerwowane
dla szczupłych i wysportowanych. Badania pokazują, że moje odczucie nie
jest obce wielu z nas. Gros dziewczyn ma jakiś wzór kobiecości, do
którego nie potrafi doskoczyć. Bywa, że składają się na niego długie
gęste włosy, duże piersi, posiadanie dzieci, talent, delikatny głos,
eteryczne ciało, wrodzona subtelność. Często nazywamy kobiecością coś,
co jest seksowne dla mężczyzn, coś, co jest archetypowym atrybutem
konserwatywnej wizji kobiecości, i denerwujemy się, jeśli nasza
kobiecość do tego nie przystaje. Mówi się, że dla wielu kobiecość zamyka
się wyłącznie w męskiej wizji urody8, że kobiece jest to, co
stereotypowo mężczyźni uważają za atrakcyjne i powabne. Jako że ciało z otyłością nie jest ciałem pożądanym w filmach, nie jest ciałem bohaterek
romansów, wiele kobiet wypiera, wyrzuca ze swojej głowy myśl, że są
istotami kobiecymi, seksualnymi, namiętnymi, że ich ciało pragnie
miłości, przyjemności i zachwytu i jest na nie gotowe.
Nierzadko relację z własną kobiecością zaburzają zarówno mężczyźni
surowo rozprawiający o kanonach szczupłości (np. ojcowie krytykujący
córki albo swoje żony na oczach córek), jak i inne kobiety. Zdarza się,
że padamy ofiarą agresywnej krytyki ze strony koleżanek, słyszymy od
bliskich nam kobiet niepochlebne opinie, nieproszone rady, uwagi
kwestionujące nasz gust czy ciało. Wiem, że część moich pacjentek
najbardziej okrutne słowa o swojej wadze usłyszała z ust własnych matek.
Takie komentarze często zamykają nas w sobie, podkopują naszą pewność
siebie. Mogą do nas przylgnąć na lata, zwłaszcza jeśli przyjmiemy je za
prawdę o sobie.
Zawsze staram się pokazywać moim pacjentkom, że złośliwe słowa innych są
tak naprawdę informacją o nich - o ich lękach, potrzebach, o ich świecie
wewnętrznym - a nie o nas. Niemniej rodzice, partnerzy, przyjaciółki i inni ludzie rzeczywiście potrafią nam powiedzieć słowa, których nie
chcemy słyszeć, których nie chcemy pamiętać. Możemy przez to wbudować w sobie poczucie, że ludzie są okrutni, że nie są życzliwi, że w takim
razie nie przynależymy. I wtedy odwracamy się od kobiecości - niechętne
i zalęknione. Mając tak przykre doświadczenia, trudno otworzyć się na
kobiecą energię, która jest bardzo potrzebna do zbudowania swojej
tożsamości i stabilnego obrazu "ja", czyli świadomości tego, kim jestem
i po co jestem na tym świecie. Dlatego zawsze staram się zachęcać
kobiety do tego, żeby uważnie przyglądały się swoim relacjom i je
weryfikowały, bo szkoda życia na złe znajomości, a czas warto poświęcać
na pielęgnację tych pięknych relacji. Warto też wyciągać wnioski. W moim
otoczeniu były na przykład osoby, które miały do mojego wyglądu wiele
zastrzeżeń, krytykowały moją otyłość w bardzo niewybredny sposób,
oczywiście "dla mojego dobra". Denerwowałam się na nie, obrażałam, aż w końcu zapytałam samą siebie: Dlaczego pozwalam tej osobie być częścią
mojego życia? Czemu zapraszam ją do swojego świata? Zrozumiałam, że moje
zaniżone poczucie własnej wartości, brak wiary w siebie i asertywności
sprawiły, że nie umiałam postawić granicy, licząc w duchu, że ludzie
sami zaczną być znienacka mili, życzliwi i przyjacielscy. Kiedy pojęłam,
że tak nie będzie, pokończyłam znajomości, w których obrywałam. Dało mi
to dużo siły. Czułam się wolna i bezpieczna.
To, jak rozumiemy i odczuwamy nasze kobiece ciało, jakie mamy do niego
podejście, nazywa się w psychologii obrazem ciała. Doświadczać własnej
cielesności możemy w różnoraki sposób, w zależności od przekazów
rodzinnych, rówieśniczych, a nawet kulturowych. Na przykład w Japonii
podejście do ciała jest znacznie bardziej użytkowe - ciało ma służyć
robieniu rzeczy, ma być sprawne i zdolne do pracy, jego piękno wyraża
się przeważnie w ruchu. Z kolei w kulturze Zachodu to głównie media
lansują doskonały wzorzec piękna, który jest niestety bardzo mocno
dookreślony - w przypadku kobiet i dziewcząt jest to smukła, szczupła i wysoka sylwetka, natomiast chłopców i mężczyzn - wysokie i muskularne
ciało9.
Ciało w otyłości bywa ciałem w pancerzu. To ciało w zbroi utkanej ze
wstydu, lęku, poczucia wadliwości, czasem nawet obrzydzenia do siebie.
Negatywne przekonania na swój temat potrafią ogromnie przyhamować
zadowolenie i swobodę w poruszaniu się, w tańcu, w seksie. To nie
otyłość jest winna temu, że mamy na sobie pancerz - tylko nasza głowa,
przesiąknięta wspomnieniami krytycyzmu, z jakim się stykamy, która w związku z otyłością zabrania ciału się bawić, zabrania mu
spontaniczności i swobodnej ekspresji. To strach i suma negatywnych
doświadczeń czynią z nas istoty zamknięte w sobie, niepewne swoich
ruchów, żyjące w przerażeniu, że znowu otrzymamy ciosy. Tych lęków
doświadczają naturalnie też szczupłe kobiety. Kiedy prowadzę swój
webinar "Kobiecość w rozkwicie", zawsze piszą do mnie właśnie szczupłe
kobiety, z pytaniem, czy to także dla nich. Dawniej moją pierwszą
reakcją było zaprzeczenie, bo przecież pracuję w obszarze redukcji. Ale
ten jeden jedyny warsztat faktycznie nie ma wagi. Bo z kobiecością
możemy mieć kłopot zawsze, bez względu na to, jak wyglądamy.
Co jakiś czas na kartach tej książki pojawiać się będą zadania do
przemyślenia. Chciałabym, aby posłużyły ci one za drogowskazy
wspomagające "układanie głowy" w procesie redukcji. Część z nich może
być dość trudna i wymagać chwili namysłu. Daj sobie czas, przestrzeń,
nie odpowiadaj na moje pytania od razu, pozwól sobie na "pobycie" z nimi. Pierwsze zadanie dotyczy unikatowej relacji z własną kobiecością.
Choć gros z nas podobnie definiuje kobiecość jako ogólny konstrukt
znaczeniowy, to jednak definicja własnej kobiecości to suma naszych
doświadczeń i kobiecych historii z przeszłości. Jaka jest zatem historia
twojego kobiecego "ja"? Odpowiedzi poszukaj, posiłkując się poniższymi
pytaniami:
Czym dla CIEBIE jest kobiecość?
Jak ty sama definiujesz to słowo?
Co ukształtowało twoją kobiecość?
Co rzutuje na twoje podejście do kobiecości?
Kto zakłócił ci pokochanie siebie?
Jaki wymiar twojej kobiecości wymaga utulenia?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki