Wacław - Juliusz Słowacki

Kup ebooka

3.49 zł
2.86 zł (1,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wacław

I.

Witaj mi ziemio stepów gładka, cicha,

Gdzie kwiat dla Boga kwitnie i usycha;

Gdzie dwa kurhany na błękitném niebie

Przez całe stepy patrzą się na siebie;

Gdzie przerywają trupy sen grobowy,

Orłami z sobą prowadząc rozmowy:

Lub gdy je przyjaźń w mogiłach nie zbliża,

To krzyż się groźnie pogląda na krzyża,

I oba drewna niby grożą sobie

Przez całe stepy, zemstą śpiącą w grobie.

Krzyżowe groźby, i poselstwa ptaków

Lecą przez krwawe doliny bodiaków;

I czuć w powietrzu że tu myśli wojna,

Choć słońce złote, choć ziemia spokojna.

Bo choć się skończą rycerstwa i waśnie,

To ziemia mogił tak prędko nie zaśnie;

Ale w jéj sercu wolność się odzywa,

Kiedy się orzeł gdzie z mogiły zrywa,

Kiedy zatętni jaki wicher głuchy,

Gdy zaszeleszczą powojów łańcuchy;

Albo gdy śmignie jaki złoty sumak,

Myśli że biały Puławskiego rumak;

Albo gdy kosa o kamień zadzwoni,

Myśli że Sawa jedzie w tysiąc koni:

Ale już w grobach są ci sławo-kraśni.

Ziemio kurhanów nie marz o nich - zaśnij!

II.

Znasz ty tęczowe Rusałek upiory?

Czy znasz prorocką dumę Wernyhory?

Czy wiész co będzie w jarze Janczarychy,

Gdzie teraz gołąb, lub jelonek cichy,

Ze łzą przeczystą w szafirowém oku,

Gdzieś w xiężycowym się przegląda stoku.

Czy wiész że wszystkie te się sprawdzą śnicia

W jednéj godzinie rycerskiego życia?

Że zemścisz syna, ojca, matkę, brata,

W téj błyskawicy co na szabli lata.

Niech tylko serce rycerza, o Chryste!

Jako lilija będzie we krwi czyste,

Niech tylko wprzódy nie splami zgryzota

Duszy, co jako ptak się w sidłach miota;

Niechaj się tylko każdy dumnie waży

Złotym aniołem, w ojczyźnie na straży:

To, chyba w końcu na takich Aniołów,

Wróg będzie piorun miał w ręku - nie ołów.

III.

Jeśli pod tobą wolny koń stepowy,

Omijaj zamek ten i te parowy;

Niech cię nie wabi ten na zamku czole

Napis, co błyska od słońca na pole:

Bo to jest kłamstwo marmurów ohydne,

Złotem pisane i zdaleka widne.

Uciekaj stepem przez burzanu fale,

Nie wierz napisom, nie zazieraj w sale,

Bo tam owionie i męstwo ci zetrze

Gorsze niż w grobach - zdradziectwa powietrze!

Gorsze niż dżuma co zabija ciało!

Gorsze! - Choć pałac ten wygląda biało,

Choć za nim widać lipy starożytne,

Białe kościołki, jeziora błękitne;

Chociaż łabędzie śpią na tych jeziorach;

Choć róże stoją w jutrzenki kolorach;

Chociaż słowiki mieszkają w topolach,

A daléj błekit i kłosy na polach:

Nie wierz zdradzieckiéj natury obłudzie,

Ten zamek pełny - w tym zamku są ludzie!

IV.

Od czasu jeszcze dawnych Pelopidów,

Od wygaśnienia rodziny Atrydów,

Nigdzie krwi tyle na gmachu kamieniach,

Nigdzie plam tyle od zbrodni w sumnieniach,

Nigdzie rodziny tak czarnéj nie było,

Tak czarnych prochów pod żadna mogiłą...

Chciałbym powiedzieć - W Imię Ojca Ducha!

Kto tak okropnéj powieści wysłucha?

V.

Choć w zamku gości częstują wspaniale,

Gospodarz dawno nie schodzi na sale

Niegdyś widziano go w gromadném kole,

Jak trup śród ludzi, jak upior przy stole.

Zimne po sercach przechodziło mrowie

Kiedy co mówił, gdy pił jakie zdrowie;

A gdy wziął kielich w rękę trupią, siną,

W kielichu krew się zdawała, nie wino.

Każdy co z gości do stołu zasiadał

Nie znał go prawie, nigdy z nim nie gadał;

Gdy wszedł - nie wstawał nikt przed tym

człowiekiem

Choć orderami był srebrny i wiekiem;

Ani posłane z poselstwem od matki

Kiedy go w rękę całowały dziatki,

Jakby przed marą piekielną, szkaradną,

Stają przed ojcem zalęknione; bladną,

I uciekają nie wyrzekłszy słowa,

Lub kamienieją. Nie twarz to surowa -

Bo miłą miał twarz ten człowiek z natury;

Ani wzrok jego dziki i ponury -

Bo na swe dziatki patrząc łzy miał w oku;

Lecz przerażenie z Boskiego wyroku

Wisiało nad nim, jako krwawa tęcza;

A gorzéj - wiedział to sam że odstręcza;

Że coś pomiędzy nim a światem stoi,

Czego się sługa, dziecko, słońce boi.

Więc już oddawna zaniechał z rospaczą

Przepraszać serca, które nie przebaczą;

Ujmować dusze co chcą nienawidzić;

A nie mógł niemi pogardzać i szydzić.

Nawet choć wiedział że tłumną hołotą

Rzucał się sprośny lud na jego złoto;

Tak wielką znalazł pokorę w swéj winie,

Że nie pogardził i otworzył skrzynie;

A wtenczas sercu jego, biczem jędzy

Był brzęk liczonych po zamku pieniędzy.

VI.

Nareszcie uciekł od ludzi i słońca.

A przy nim tylko jak anioł obrońca

Maleńki, blady i nierozkwitniony

Był smutny synek jego piérwszéj żony.

To jedne dziecko przy nim czuwa, tleje,

Jako różyczka przy cedrze więdnieje.

On duszę ojca gdy w rospacz upada,

Szafirowemi oczkami spowiada;

I patrz! że czarny nędzarz nie unika

Tak błękitnego grzéchów spowiednika,

Ale mu z oczek cały błękit świeży

Pije oczyma, i wzdycha i wierzy

W ostatnią pomoc - w moc dziecka pacierzy.

Kiedyś zawczesnym zagrożona zgonem

Dziecinkę swoja nazwał Eolionem;

Bo myślał że ten kwiatek biały, kruchy,

Wezmą ze złotéj kołyseczki duchy

I w nieśmiertelne zaniosą ogniska:

A więc mu nie dał ludzkiego nazwiska

Ale powietrzne, duszy, nie popiołom

Imie, łatwiejsze wymówić aniołom.

Te dziecko jemu zostało przy boku

Ze łzą w źrenicy, z promionkami w oku,

Te czuwa przy nim. Lecz z wyroków Pana

Dusza w dziecięciu bladém obłąkana,

Smutna, i z ciałkiem niedołężném zwadna,

A w obłąkaniach jak aniołek ładna;

Gdy się uśmiécha - zda się że do nieba;

Płacze - to myślisz że mu tak potrzeba

Nad jaką dawną pamiątką, lub szkodą,

Jak zapłakanéj wierzbie stać nad wodą.

Tylko że ojcu, gdy mu dziecie zbladło,

W chorobie dziecka jest zgryzot zwierciadło;

Tylko że nieraz jakaś moc grobowa,

Przekleństwo ojca, kładnie w dziecka słowa;

Lub w obłąkane czynności dziecęce,

Jakieś piekielne mięszają się ręce,

I straszne rzeczy czynią dziecka mocą -

I dziś - gdy Wacław zasnął - przed północą......

. . . . . . . . . . . .

VII.

Lecz gdzież jest młoda małżonka? Grafini?

Czemu nie przy nim? Dawniéj niewolnica,

Dziś samowładna w zamku monarchini;

Z kimże to błądzi po świetle xiężyca?

Z kimże to słucha śpiewania słowików?

Dla kogoż rzuca ucztę, stołowników,

Dzieci i męża bezsenne węzgłowie?

A jednak, mówią, dba o grafa zdrowie,

Sama przyprawia mu z lekarstwem czary.

Nieraz przy łożu jak ulotne mary

Staje powiewna z lampą w ręku, blada,

Słuchać co śpiący o niéj we śnie gada.

A mówią ludzie że nieraz jéj ręka

Słucha czy serce się w chorym nie pęka;

Bo takie drgania mu piersi podnoszą,

Takie go zimne, straszne poty roszą

Gdy śpi, a patrzy na śpiącego żona,

Jakby go anioł śmierci brał w ramiona.

Lecz dzisiaj z kimże na wieczornym chłodzie

Chodzi ta pani po mglistym ogrodzie?

Jeśli zbrodnicza ilość w sercu bije,

Ona się z taką miłością nie kryje,

Ale otwarcie, z bezwstydem na czole,

Kochanka sadza u boku przy stole:

Bo ten kochanek nie wybrany w tłumie,

Zwykle pochlebia jéj skażonéj dumie;

To jaki xiąże, to króla powierny:

Pies nań nie szczeka, przepuszcza odźwierny,

Wszyscy go nawet witają ukłonem;

Zamek jest jego łożem; domem, tronem,

Włada; gdzie indziéj podobny do węża.

Tu zdrajca panem jest żony męża:

Więc to nie z gachem Dyanna grafini

Tajemne schadzki ma w ciemnéj jaskini,

W grocie co gładkim wyłożona brusem,

Szklannéj kaskady zamknięta obrusem;

Szarfa ta wody lecąca z wysoka

Nie puści w grotę śledzącego oka,

Ani xiężyca - lecz przez nią przeleci

Czarna jaskółka, co w grocie ma dzieci,

Ta jedna kryształ skrzydłami rościna:

Na wszystko miłość waży się matczyna.

Lecz noc - jaskółki śpią w gniazdach ukryte,

Lecz ciemność trwożna okryła kobiétę;

Chociaż nie sama drży jak liść osiny,

Kiedy się w gniazdach poruszą ptaszyny;

Gdy woda głośniéj w kaskadzie zakrzyczy.

A ten powiernik kto? duch tajemniczy?

Szata go długa w ciemności obiela,

Na głowie wianek stepowego ziela;

Na głowie siwém porośnietéj runem,

Wiąże się burzan czerwony z piołunem.

A przed nim kocioł, czary i amfory.....

Ku jakiéj sprawie? ku czemu przybory?

Czy klątwy rzucać, czy palić ofiary?

Czy zabić kogo piekielnemi czary?

Z jakiém to widmem Skandynawskiéj Frei,

Grafini dzieło zaczyna Medei?

RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.