W wielkiem mieście, wielkich Niemiec, Joanna Lipska
codziennie przechodziła około wielkiego gmachu, którego front teraz
właśnie rozszerzano i przyozdabiano, najlżejszej uwagi na niego nie
zwracając. Wielkiem było to państwo i wielkim zbudowany przez nie
gmach sądowy; cóż ona z potężnemi wielkościami temi mieć mogła
wspólnego! Wiedziała, że w tych obszernych ścianach, porzniętych
szeregami wielkich jasnych okien, rozstrzygają się losy tych,
którzy wiodą majątkowe spory lub popełniają występki i zbrodnie.
Majątkowych sporów ona mieć nie mogła, nie mając żadnego wcale
majątku; gdyby zaś kiedykolwiek nasunęła się jej myśl, że może być
obwinioną o popełnienie zbrodni, wprost parsknęłaby śmiechem. Ale
myśl ta nie nasunęła się jej nigdy, i nigdy wielki gmach sądowy nie
zwrócił na siebie szczególnej jej uwagi. Była ona tak małą ze swem
skromnem nazwiskiem, ze swem zupełnem ubóstwem i ze swą szczupłą
dziewiczą kibicią! Nosiła zawsze czarną wełnianą suknię i czarny
kapelusz, ani ozdobny, ani modny, lecz zpod którego widać było
gęstwinę ślicznych włosów, tak prawie jasnych jak len, gładkich i
lśniących nad czołem, w prosty, ciężki warkocz zwiniętych z tyłu
głowy. Cerę twarzy miała bladawą i często zmęczoną, małe różowe
usta i wielkie szare oczy, które kryształową swą przezroczystością
przypominały czasem oczy dziecięce. Młodą była i niewątpliwie
ładną, lecz każdy znawca ludzi poznałby w niej od razu jedno z tych
dziewcząt, w każdem mieście licznych, które nie bawią się i nie
stroją nigdy, jadają niewiele, oddychają powietrzem wąskich ulic i
ciasnych izdebek. Taki sposób życia tamuje rozwój wdzięków i
zarazem ukrywa je przed ludźmi. Niepielęgnowane i nieuwydatniane
kwitną one blado i więdną niepostrzeżone, jak kwiaty, które
zdrobniały i spłowiały w cieniu; zaćmiewa je i zasłania często
łopuch byle jaki, lecz wygodnie i pysznie rozrastający się w blasku
słońca. Dziewczyna z lnianemi włosami i delikatną dziewiczą kibicią
byłaby może bardzo ładną, gdyby miała cerę świeższą, swobodniejsze
ruchy, świetniejszy strój, gdyby nakoniec chciała i umiała rzucać
się ludziom w oczy, śmiało, zalotnie. Ale widoczne było, że czynić
tego nie chciała i nie umiała. Blada i przywiędła, z ulicznym
gminem zmieszana, w swojej wiecznej czarnej sukience, szła ona
zawsze ulicami miasta śpiesznie, z kibicią trochę naprzód podaną, z
czołem trochę pochylonem, a drobne i kształtne jej stopy, w grubem,
brzydkiem obuwiu, prędko, prędko, bez względu na gracyą ruchów,
stąpały po nierównych kamieniach chodnika. Teraz codziennie
zeskakiwać musiała z chodnika i okrążać mularskie rusztowanie,
wzniesione u ściany sądowego gmachu. Raz tylko podniosła głowę i
popatrzała na robotników, pracujących u szczytu rusztowania,
popatrzała chwilę i pobiegła dalej. Pomiędzy nią a tym gmachem
wielkim i napełnionym posępnemi dźwiękami sporów i zbrodni, cóż
wspólnego być mogło?
Nikt a nikt nie zwrócił był na to uwagi, ale to pewna, że
przed niedawnym czasem wyraz jej twarzy bywał bardzo smutny i
stroskany, a czarna suknia oszyta u dołu białą taśmą. Nosiła żałobę
po ojcu i ciągle myślała o tem, że powinna koniecznie znaleść sobie
sposób zarabiania na życie, aby nie obciążać sobą ciężkiego życia
brata. Była to myśl pozioma i prozaiczna, niemniej rysująca często
głęboką zmarszczkę na jej młodziutkiem czole. Cierpiała wtedy
bardzo i dużo myślała, nietylko nad sobą, ale czasem nad całym
światem i różnemi jego urządzeniami. Czasem także wyglądała tak,
jakby wstydziła się czegoś i wtedy jej oczy zdawały się pokornie
przemawiać do ludzi: - Przebaczcie mi, że istnieję! Dopóki żył stary ojciec, wiedziała, że żyje dla niego, a
także nie znała nędzy. Teraz chodziła po świecie z nieustanną
myślą: - Naco ja komukolwiek lub czemukolwiek przydać się mogę? Często bywała głodną i miewała podarte obuwie, myśląc zaś
o kawałku chleba czy bułki, albo o całych trzewikach, myślała
zarazem. - Wszakże biedny Mieczek sam nie ma zawsze kawałka mięsa,
a koszule jego drą się już w kawałki! A tu ja jeszcze siedzę mu na
karku! Była to troska pozioma, prozaiczna, przyobleczona w głowie
dziewczyny w formę trywialnych słów; niemniej, ilekroć nikt jej nie
widział, drobne jej ręce załamywały się rozpaczliwym ruchem, łzy
młode, więc rzęsiste, opływały policzki, a drżące z żalu usta
szeptały pytanie. - Naco ja komukolwiek czy czemukolwiek na świecie przydać
się mogę? Miała znajome i rówieśnice, które w takiem samem jak jej
położeniu żyły sobie zupełnie spokojnie, a niekiedy nawet i wesoło.
Zręcznie i chciwie chwytały one drobne, codzienne przyjemności
życia, karmiły się niemi, oczekiwały lepszej przyszłości, nie
rozglądały się po świecie i nie oglądały się na nikogo, było im
dość dobrze. Ona tak nie mogła. Dlaczego? Może sama natura
stworzyła ją nieco inaczej; może naturze dopomogły w tem rozmowy
usłyszane, książki przeczytane, widoki tych i owych istnień
sąsiednich, trochę wiedzy przelanej w jej głowę z ust ojca, który
niewiele przed wydaleniem się swem z tego świata, wydalony został z
posady nauczyciela miejscowej szkoły męskiej. Gdyby był dłużej
posadę tę zachował.... A! wcale inaczej działoby się teraz z
dwojgiem jego dzieci. Ale zachować jej nie mógł. Dlaczego? Daleka
przyszłość zdumiewać się nad tem będzie; tymczasem wszyscy to łatwo
odgadną. W sile wieku usłyszał, że nie ma prawa pracować tak jak
chciał i umiał, ani pożywać owoców swej pracy. Może już przedtem
cierpiał wiele i zdrowie sterał; usłuchał od razu i odszedł ze
świata. Na miejskim cmentarzu nie otworzy się już mogiła i nie
wyjrzy z niej przedwcześnie osiwiała głowa pedagoga, z
zaczerwienionemi od pracy oczyma i wielką chmurą zmarszczek, którą
na czole jego złożyły nie lata, lecz jedna chwila, ta, w której mu
w ścianach szkoły powiedziano: "Idź ztąd precz!" Poszedł, a gdy
tylko zniknął, przed córką jego stanęły znaki zapytania: Co czynić?
pozostać z bratem, gotować mu obiady, naprawiać jego bieliznę,
wieczorami czytywać mu książki, rozrywające po pracy biurowej w
landraturze? Wszystko to czynić chciała i umiała, niczem z tego nie
gardziła, lecz ta jego biurowa praca... Zaledwie na wyżywienie i
przyzwoite odzienie dla jednego starczy. Nakoniec, choć gotowanie
obiadów, zamiatanie mieszkania, naprawianie bielizny nie były dla
niej robotami trudnemi, ani upokarzającemi, ale dusza jej zaspokoić
się niemi nie mogła, jak płomyk wiła się w jej piersi, buchała w
górę, rwała się wyżej... Pomimo trosk i zatrudnień bardzo
poziomych, miała ona, ta młoda dusza, poezyą swoję i ambicyą.
Pragnęła czynić coś i czemś być. Dość długo Joanna biła się z różnemi myślami i zamiarami,
aż dnia pewnego wbiegła do małej swojej kuchenki widocznie
wzruszona. W ręku trzymała kosz z bielizną, którą do maglowania
nosiła. Pomimo, iż był dość ciężki, prędko wbiegła po wąskich i
stromych wschodkach i z łatwością postawiła go na stole. Szczupła i
blada, miała jednak siłę organizacyj nerwowych i czynnych.
Postawiwszy kosz na stole, pozostała nieruchomą i zamyśliła się.
Stała na podłodze z desek grubych i sterczących czarnemi głowami
gwoździ; nad nią zwisał sufit niski, belkowany, ciemny od pyłu i
dymu; pod czterema ścianami, oklejonemi lichem i pstrem obiciem,
stało parę stołów i ław drewnianych, szafka z kuchennem i
kredensowem naczyniem, łóżko zasłane szczupłą i białą jak śnieg
pościelą. Tu sypiała; pokoik przyległy służył za sypialnię i
pracownię jej brata, i było to już całe ich mieszkanie, znajdujące
się na tak zwanej "salce", czyli górnem pięterku domu, który
wyglądał zupełnie tak, jakby wzór jego dokonany został przez
pięcioletniego architekta, za pomocą ustawienia z siedmiu kart
dwóch trójkątów u dołu a jednego w górze. Takie górne trójkąty
domków miejskich zawierają w sobie najtańsze mieszkania; dlatego
Lipscy zajęli je po śmierci ojca. Na dole znajdował się szynk ze
sklepikiem od ulicy a wąskiemi drzwiczkami od dziedzińca i
mieszkała rodzina właściciela szynku. Dziedziniec roił się od
mieszkańców różnej płci i wieku. Promień zachodzącego słońca, wnikający przez małe okno,
oblewał złotem głowę stojącej nieruchomo dziewczyny, a na czarnej
jej sukni nielitościwie odkrywał starannie zacerowane rozdarcia.
Splecione ręce zwiesiła na suknię, powieki miała spuszczone i na
ustach marzący uśmiech. O czem z taką rozkoszą marzyła? Czy o
tanecznym wieczorku jakim? o nowej sukni z wesołą, jasną barwą?
Może o czułem słówku, albo ognistem spojrzeniu kochanka? Obudziła się z zamyślenia swego, podniosła twarz i głośno
klasnęła w ręce. Byłto giest radości. Z dziecinną też prawie
radością poskoczyła z miejsca i uchyliła drzwi sąsiedniego pokoju.
Tu jednak palec do ust przyłożyła i samę siebie upomniała: - Cicho! Potem, cichutko znowu samę siebie zapytała: - Śpi, czy nie śpi? W pokoju, przybranym w dość liczne, ale staroświeckie i
ubogie sprzęty, na twardej kanapce leżał młody mężczyzna średniego
wzrostu, uderzającej chudości ciała, z twarzą ściągłą, ładną, ale
której białość niemal papierowa raziła pozorem niezdrowia i
martwoty tem przykrzej, że odbijała od krótkiego czarnego zarostu i
okrywających oczy ciemnych okularów. Niegdyś Mieczysław Lipski był
dzieckiem zdrowem, choć zawsze trochę powolnem i nieśmiałem, ale
trwało to krótko. Miał lat szesnaście i ukończył pięć klas
gimnazyalnych, kiedy cera jego nabywać poczęła tej przykrej,
monotonnej, papierowej białości, ręce wychudły, ruchy zleniwiały;
bolące oczy, z porady lekarza, okryto mu wtedy jak starcowi
ciemnemi okularami; odtąd nigdy już ich nie zdejmował. Szkołę
porzucił, do rzemiosła był za słaby, zaczął pracować w biurze
landratury. Karyera jego była złamana na zawsze. Dlaczego? Nikt
sobie o tem dokładnej sprawy zdać nie mógł. Poprostu uległ był
naciskowi czegoś niewidzialnego, ale przecie istniejącego - gdzie?
w szkole? w domu osmuconym dymisyą ojca? czy w sposobie życia
ubogiej rodziny? czy w moralnem powietrzu, którem oddychało to
miasto? Moźnaby dociec, lecz trudno dociekać. - Czy śpisz, Mieczku? Mieczku, czy śpisz? Nie spał już, usłyszał ciche zapytanie siostry i jeszcze
niewyspany po ciężkiej pracy biedny kancelista landratury, leniwie
wyciągając się na kanapce, wydobył z gardła wzajemne, nieokreślone,
gapiowato brzmiące pytanie: - Ha? Potem, podniosłszy się nieco, oba ramiona w całej ich
długości w górę wyprężył, i głośno poziewając, dopóty usta szeroko
otwierał, póki mu ich nie zamknął prawdziwy grad pocałunków.
Śmiejąc się głośno i mocno całując brata w usta, policzki, czoło,
Joanna wołała: - Mam już Mieczku, mam! mam czego chciałam! znalazłam! Leniwie, obojętnie, ale bardzo łagodnie uwolnił się z jej
objęcia, i przewlekłym, nosowym trochę głosem zapytał: - No, cóż tam takiego? Istna waryatka z ciebie. Co
znalazłaś? pieniądze, czy co? Poważniejąc nagle, odpowiedziała: - Zajęcie. Kancelista wyprostował się całkiem, zdjął okulary, wytarł
je chustką, włożył napowrót, i zza ciemnych szkieł,
zaczerwienionemi mrógającemi oczyma patrząc na siostrę, zapytał: - Jakie? a pieniądze czy z tego będą? Joanna stała o kilka kroków przed nim i opowiadała mu, po
raz pierwszy, wszystkie swe troski i zmartwienia, któremi dotąd
daremnie zasmucać go nie chciała. Niedawno powzięła już była zamiar
wyjechania gdziekolwiek, na początkową nauczycielkę, bonę,
zarządzającą wiejskim jakim domem... gdziekolwiek i na cokolwiek,
byleby już raz coś z sobą zrobić, coś rozpocząć... Ale wahała się.
Sama nie wiedziała dobrze do czego zdatną być może, bo uczyła się
tylko w domu, niewiele... To co umie, umie dobrze, sam ojciec
przecież ją uczył... ale niewiele... Przytem tak jej było żal
rozstawać się z bratem! Dwoje ich tylko na świecie, a on często
niezdrów bywa i jej starań potrzebuje... Tu, w szarych oczach opowiadającej zakręciły się łzy, lecz
wnet zniknęły. Dziś spotkało ją wielkie szczęście. Rożnowska,
właścicielka magla, kobieta dostatnia i położenie jej znająca,
zapytała jej, czyby nie chciała uczyć jej wnuczek, dwóch
niewielkich dziewczynek, bardzo mądrej nauczycielki jeszcze
niepotrzebujących. Naturalnie, propozycyą tę z wdzięcznością
przyjęła. Małe Rożnowskie przychodzić do niej będą na lekcye, bo
tam przy turkocie, i zawierusze magla, uczyć się nie sposób. Ale to
tylko początek. Rożnowska przyrzekła, że zarekomenduje ją jakiejś
swojej znajomej, która na tej samej ulicy ma dwa domy i chłopca,
którego chce do szkoły przygotować. Chłopiec ten przyjaźni się z
wnuczkami Rożnowskiej i razem z niemi na lekcye przychodzić będzie.
Ale i to tylko początek. Byle zacząć! Ten duży Kostuś naprzykład,
syn tego ślusarza, który wiecznie siedzi i pije, a którego matka
zabija się praniem bielizny! Już ma dwanaście lat, a czytać jeszcze
nie umie i często za ojcem do szynku wsuwać się zaczyna. Matka nad
tym chłopcem ręce łamie i gdyby go ktokolwiek chciał uczyć i od
złego odwodzić, choć uboga, wynagrodziłaby to wedle możności...
Jest jeszcze w perspektywie dziewczynka tego mularza, który im w
tym roku piec naprawił i córkę z sobą czasem przyprowadzał, i
malutka Mańka, córeczka stróża, której też wkrótce pora będzie
uczyć się czegokolwiek. Dzieci te zna już ona dobrze. Dużego
Kostusia nieraz do swej kuchenki przyprowadzała i rozczochraną jego
głowę zanurzała w wodzie i szorowała mydłem, poprostu piorąc tego
chłopca, tak jak jego matka prała bieliznę. Ten śmieszny Kostuś
taki duży, barczysty, z wielką głową, chodzi zawsze zgarbiony, a
stąpa tak ciężko, aż drży podłoga; łobuz też z niego, ulicznik,
wódkę już lubi - a jednakże dla niej łagodny jak baranek, daje się
myć, czesać, napominać... Pewna jest, że można będzie tego chłopca
od ulicy i szynku wyratować; co się zaś tyczy tej malutkiej Mańki,
to oddawna już przepadają obie za sobą... - Ty zresztą wiesz, Mieczku, że ja wogóle za dziećmi
przepadam... Nie wiem dlaczego, ale tak jest... Może to po ojcu...
Ot! myślałam i wymyśliłam. Rożnowska mi pomogła... Ale to tylko
początek. Ziarnko do ziarnka zbierze się miarka, a później...
później... Wszystko to mówiła z wielkim i coraz większym zapałem; w
ciemnawym pokoju z oknem od północy żaden promień słońca nie padał
na nią, a jednak po czole jej mknęły widoczne blaski, i rumieńcem
wezbranego życia staczały się na policzki. Mieczysław siedział prosto i sztywnie, zza okularów swych
wpatrując się w nią nieruchomo. Nieruchome też były rysy mizernej i
sennej jego twarzy, trudno byłoby odgadnąć, czy to co mówiła mu,
sprawia na nim jakiekolwiek wrażenie, czy też żadnego wcale nie
sprawia. Tyle tylko, że oczu nie spuszczał z ożywionej jej twarzy,
i że chude palce długich i białych jego rąk, które wsparł o kolana,
coraz żwawiej bębniły po wytartem suknie ubrania. Gdy Joanna mówić
przestała, przewlekłym swym, nosowym głosem powtórzył za nią: - Później!... później!... A potem, szczególnym ruchem, zakłopotanie czy żartobliwość
oznaczającym, wsuwając szyję w krochmalny kołnierz koszuli, nie bez
wahania się zapytał: - No?... cóż?... takie dalekie projekty układasz... a za
mąż wyjść nie myślisz? Wzruszyła ramionami. - Wątpię, aby to kiedykolwiek stać się mogło. Wiesz o tem,
że nikogo prawie nie znamy, nigdzie nie bywamy... jakżeby więc?
jakim sposobem? Zresztą, może... ale spuszczać się na to nie
mogę... Z szyją wciąż w kołnierz wsuniętą i podniesioną nieco
głową, brat wpatrywał się w nią jak i wprzódy, tylko po wąskich
jego wargach, czarnym wąsem ocienionych, przewijało się coś
nakształt żartobliwego uśmiechu. - No... - zaczął znowu, - a ten doktor? Tym razem Joanna zarumieniła się i ze zdziwieniem na brata
spojrzała. Jakto! więc odgadł on w niej to, o czem nigdy przed
nikim ani jednego słowa nie przemówiły jej usta! On, tak obojętny i
senny, musiał jednak pilnie na nią spoglądać, kiedy mógł, nie
wiedzieć z czego, z oczu jej chyba, z gry rysów odgadnąć... Zresztą
nie było tu o czem mówić. Nie było tu wcale, ani romansu żadnego,
ani nawet jego przypuszczenia. Ot tak jakoś, serce uderzyło żywiej.
Musiało przecież żywiej uderzyć, młodem będąc, ale zresztą
milczało, bo nie było w niem nadziei. Rumieniec zgasł na twarzy Joanny, oczy jej i usta
przybrały wyraz szczególnej powagi. Po chwili milczenia, ciszej niż
przedtem mówiła, odrzekła: - Mój Mieczku! ty wiesz dobrze, że byłoby to dla mnie
marzenie zbyt wysokie... Doktor Adam był dla nas bardzo dobrym, w
czasie tak długiej choroby ojca... i powiem ci szczerze, że wydaje
mi się on ideałem człowieka. Ale właśnie dlatego, że tak jest, wiem
dobrze, iż nie myśli on o mnie, i nie pomyśli nigdy... Pochyliła głowę i dokończyła cicho: - Tylko widzisz... miasto nasze takie ciasne... ludzie tu
wszystko jedni o drugich wiedzą i czasem spotykać się z sobą
muszą... więc chcę, aby on wiedział... że ja... wiem dobrze, iż
między nami, nic nigdy nie będzie, ale chcę... aby wiedział, że
zasługuję przynajmniej na jego szacunek... Podniosła twarz i przez szybę okna patrzała w górę,
wysoko, jakby w niedoścignionej oddali widziała jakąś tęczę
idealną, która zawisła nad szarem jej życiem. Mieczysław wydobył
szyję z krochmalnego kołnierza i spuścił głowę. Palce jego bębniły
wciąż po kościstych kolanach, usta nieco się rozwarły. Trudno
byłoby powiedzieć, czy smutnym czuł się, znudzonym, albo jeszcze
sennym. Nagle zapytał: - No, a ileż ci płacić będą? Joannę zapytanie to obudziło natychmiast z zamyślenia czy
marzenia. Natychmiast górną, rozwiewną swoję tęczę opuściła dla
spraw powszednich, które miały dla niej ogromne znaczenie. Wesoło
znowu powiedziała bratu, że zarobek jej będzie niewielki, jednak w
ich wspólnem życiu zaważy wiele. Zresztą to tylko początek...
ziarnko do ziarnka - zbierze się miarka, i później, później... Mieczysław wstał. Prosto, sztywnie postąpił kilka kroków,
chude swe ramiona w wytartych rękawach zaokrąglił dokoła kibici
siostry i mocno ją kilka razy w czoło pocałował. Ona, skoczyła mu
na szyję. Uradowana była i zdziwiona. Objawy czułości bywały u
niego tak rzadkie, że takiego jak teraz, prawie nie pamiętała.
Potem dopiero, gdy wziąwszy czapkę wyszedł do biura, a ona
pogrążona w myślach sama jedna siedziała w kuchence, po głowie jej
przemknęło: - Czy on tak rozczulił się dla mnie z powodu tego
przyszłego zarobku? Więc o niczem więcej nie pomyślał, tylko o
pieniądzach!... Jednak tego wieczoru smutne myśli prędko od niej uciekły.
Przy zapadającym zmierzchu, z dołu, zpod podłogi, wzbijać się ku
niej zaczęły wciąż głośniejsze, niesforne gwary, stukania, krzyki.
Była to chwila, w której, gdy światło dnia usypiało, budził się i
życie swe rozpoczynał szynk. Jakby odgłosy tego nocnego,
podziemnego życia z miejsca ją poderwały, Joanna zerwała się z
ławki i szybko zbiegła na dziedziniec. Biegła ku mieszkaniu
ślusarza pijaka i żony jego praczki. Po drodze, sukni jej uczepiła
się dziewczynka malutka, bosa, pucołowata, rumiana i z kaczemi
ruchami, obok niej biegnąc, razem z nią zniknęła za drzwiami
ciemnej sionki. Gdy po upływie dość długiego czasu wyszły obie na
dziedziniec, za niemi ukazał się ślusarz, człowiek barczysty, z
twarzą obrzękłą od pijaństwa, załzawionemi oczami i wielką
rozczochraną czupryną nad wąskiem czołem. Z ubrania i całej postaci
jego wiał nieporządek jego przyzwyczajeń, nie był jednak dnia tego
pijanym, tylko czegoś uradowanym i rozrzewnionym. Za progiem swego
mieszkania pochylił się i schwyciwszy rękę Joanny, z całej siły
swych warg ją pocałował. Jednocześnie duży Kostuś, barczysty,
ciężki, cały w grube płótno odziany, bosemi stopami ciężko o
kamienie uderzając, ze dzbankiem pełnym wody pobiegł na schodki,
prowadzące do mieszkania Lipskich. Od dość dawna już oddawał on
czasem Joannie różne drobne, gospodarskie przysługi. Rzecz dziwna!
Dwunastoletnie to dziecko miało już czoło zmarszczone i patrzało na
ludzi zpod brwi, nieufnie, czasem przebiegle i ze złością. Matka
zapracowana i wiecznie zgryziona, często łajała go i nawet biła;
ojciec, który przepadał za nim, przynosił mu z szynku niedopałki
cygar i obwarzanki cuchnące wódką; zdrojem zabawy, rozkoszy i
poznania życia był mu - szynk. Jednak od niedawna, to stare,
dziecinne serce po raz pierwszy może rozkwitło uczuciem innem niż
uczucie krzywdy, bojaźni, bosych nóg i karczemnych wrażeń. Nigdy w
życiu nie widział tak ślicznej panienki, jaką w oczach jego była
Joanna, i nie słyszał ani tak łagodnego głosu, ani tak ciekawych
powiastek, jak te, które opowiadała mu ona, ilekroć gotowała obiad
lub naprawiała bieliznę, a on dopomagał jej w czem mógł, albo przy
ścianie kuchenki siedział na ziemi, obejmując ramionami swe
podniesione kolana i patrząc na nią już nie zpod brwi i dziko, lecz
śmiałym, roztropnym wzrokiem. Odkąd mu powiedziała, aby był dobrym
dla malutkiej Mańki, nie bił jej nigdy, nie szczypał i nie
straszył, a bardzo często widzieć ich można było trzymających się
za ręce i z powagą przechadzających się po dziedzińcu. Często też
wstępowali w ten sposób na schodki i wchodzili do kuchenki
Lipskich. W kuchence bywało potem codziennie bardzo gwarno. Zza
cienkiej ściany górnego pięterka domku wychodziły na zewnątrz
cieniuchne głosy dziecięce, bąkające: - A... b... c... a... b... c... Inne, starsze nieco, prawiły: - Pszczoła, acz mała, pożytecznym jest owadem. Ma cztery
skrzydełka, sześć nóżek, dwa różki i żądło... Albo: - Pięć razy sześć trzydzieści... cztery od dziesięciu
sześć i t. d. Duży Kostuś okazał się szczególnym wielbicielem
kaligrafii. Nic mu się tak bardzo nie podobało, jak wodzenie piórem
po papierze, to słabiej, to mocniej i gdy tylko zaczął już pisać
litery, formalnie lubował się swemi arcydziełami. Joanna sama
ułożyła dla niego kaligraficzne wzory. Miała w tem swój cel.
Chłopiec, zakreśliwszy całą stronicę, brał papier w obie ręce,
szerokie swe plecy w płóciennym spencerze garbił nad stołem i
głośno, z tryumfem, z prawdziwą rozkoszą odczytywał swoje pisanie. - Nie czyń drugiemu, co tobie niemiło... Choć ubogo, ale
chędogo... Pieczone gołąbki nie wpadają do gąbki... W porze owej Joanna nigdy już nie bywała smutną. Nawet gdy
szła ulicami miasta, można było spostrzec w ruchach jej i wyrazie
twarzy znaczne zmiany. Wyglądała raźniej, zdrowiej i pogodniej.
Obuwie jej nie było już nigdy podarte, ani suknie tak zniszczone.
Odkwitła. Zdobycze jej były bardzo małe, ale wiadomo, że pojęcie
wielkości i małości jest na tym świecie niezmiernie względne. Dla
niej drobiazgi te były prawie zbawieniem. Od jednych otrzymywała
małe kwoty pieniężne, inni wynagradzali ją inaczej, jak mogli.
Praczka bezpłatnie myła ich bieliznę; mularz posiadający obszerny
ogród, przynosił im warzywa i owoce; mieszkający naprzeciw
piekarzowie, w dodatku do miesięcznego rubla, przysyłali codzień
małą bułkę chleba; stróż domu darmo drzewo na opał rąbał, a czasem
to i owo na rynku kupił i przyniósł w prezencie panience, która dla
jego małej była tak dobrą... Jakże zdziwiła się, gdy spostrzegła,
że nawet pijak ślusarz płacić jej pragnął monetą, innej wprawdzie
natury, ale która niemniej posiadała dla niej cenę wysoką. Ilekroć
wracając z miasta wchodziła na dziedziniec, człowiek ten nie
wiedzieć zkąd zjawiał się także. Czy ujrzawszy ją przez okno
wypadał z szynku, lub wysuwał się zza węgła domu, u którego
próżniaczo godzinami przesiadywał, lub w lepszych dniach swoich
przerywał ślusarską robotę i wychodził ze swego mieszkania, dość,
że zawsze, nieodmiennie, z zegarkową regularnością, gęsta czupryna
i niskie ciemne czoło pochylały się przed nią, a żółte obrzękłe
wargi wyciskały na jej ręku głośny, przeciągły pocałunek. Był to w
gruncie rzeczy obrzydliwy pocałunek pijaka, którego ślady,
bezwiednie prawie i co najprędzej ocierała z ręki, który jednak
brylantem wpadał do jej serca. Jak brylanty radością świeciły jej
oczy, gdy przyniosła i pokazała bratu pół tuzina śnieżnych nowych
koszul, któremi zastąpiła tamte... drące się w kawałki. Tego dnia
także do czarnego zawsze swego kapelusza, przypięła gałązkę
sztucznych kwiatów... Teraz na ludzi patrzała śmiało i spokojnie;
ale był w mieście jeden szczególnie człowiek, z którego
spojrzeniem, ilekroć spostrzegła go, spotkać się pragnęła, chociaż
usiłowała o tem nie myśleć. Był on dla jej ojca bardzo dobrym w
czasie długiej jego choroby, widywała go wtedy często, słuchała
rozmów, które z uczonym pedagogiem uprzejmie prowadził, - potem
przybył na pogrzeb, i gdy chwiejąca się szła za trumną, rękę jej
oparł na swojem ramieniu. I nic więcej pomiędzy nimi nie było, ale
ona i o tem nigdy nie zapomniała. Teraz widywała go tylko na ulicy,
zdaleka, gdy zgrabnym jednokonnym powozikiem objeżdżał domy swoich
pacyentów. Ilekroć spostrzegł ją, kłaniał się grzecznie. Nic
więcej. Jednak, w jej sercu struna jakaś uparła się drżeć przy
każdem jego spotkaniu i śpiewać jej o nim w godzinach ciszy.
Powiedziała sobie: Niepodobna! Ale nikt już więcej nie sprawiał na
nią najlżejszego wrażenia, a czasem, w noce księżycowe, po dniu
pracy, spoczywając, lecz jeszcze nie śpiąc, przez szyby małego okna
patrzała w górę, wysoko... To wielkie szczęście, o którego zdobyciu
ani marzyła, wydawało się jej wtedy tęczą idealną, w
niedoścignionej oddali zawieszoną nad szarą ziemią... Czasem też, wyobrażała sobie, że jest drobnym robaczkiem,
uwijającym się ile tylko sił starczyło u podstaw wyniosłej, aż
niebotycznej budowy.
U podstaw, wyraz ten gdzieś słyszała, czytała. Otóż, była
tam teraz. Wyżej, promiennie było i świetnie. Ludzie tam dźwigali i
kuli marmury drogocenne, ściągali z nieba promienie słońca, szukali
klejnotów, świat i siebie stroili w blaski. Ona, razem z mnóstwem
podobnych sobie maluczkich istot, zbierała w cieniu drobne pyłki,
ale tak zupełnie poprzestawała na tem, że przed jej wyobraźnią
przyszłość stawała pogodna, pełna i nawet z owej górnej tęczy
nieznanego i na zawsze niemego uczucia, nie spadała na wargi jej
żadna kropla goryczy, tylko spływało czasem trochę tęsknoty i
smutku...
Często, w późne wieczory, bezecne pieśni, ohydne śmiechy,
niesforne tupoty i stuki szynkowe, z dołu, zpod podłogi, buchały w
ciemną lub oświetloną księżycem kuchenkę. Dziki ten hałas unosił
się wtedy nad białą pościelą, nad myślami, marzeniami i dziecięco
czystym, cichym snem Joanny.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.