W zapachu włoskiej kuchni, czyli badante ze Wzgórza Czterech Wiatrów - Lucyna Kleinert

Kup ebooka

30.00 zł
24.90 zł (25,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Część pierwsza

ZIMA

Poniedziałek, 30 stycznia 2012 r.

Mam pracę na autentycznej wsi pod Ascoli.

Dziś (23 stycznia) przyjechałam ze wszystkimi tobołami. Niewiele jeszcze widziałam. Tym razem po raz pierwszy jestem razem z rodziną, czyli w sumie ze mną jest nas 7 osób. Nie licząc dwóch psów i jednego kota, który nie był uprzejmy mi się pokazać. Jest to autentyczne gospodarstwo wiejskie na potrzeby chyba własne. Psy i kot mieszkają wyłącznie na dworze.

Jedno z pewnością mi nie grozi a mianowicie głód. Kolejny raz wpadłam w rodzinę jedzącą dobrze.

Ascoli mam na wyciągniecie ręki. Widać jego światła w dole a panorama jest przepiękna i słynna ascolańska góra tuż obok. Zamierzam kilka miesięcy tu popracować, żeby trochę grosza mieć, kiedy w końcu tęsknota przywieje mnie do kraju. Niby Ancarano to nie była metropolia, ale wobec tego gdzie jestem teraz tak mi się jawi. Praca jak praca. Dwoje nie bardzo starych ludzi. Nie wiem dokładnie ile mają lat, ale ona z Alzheimerem w odmianie łagodnej i szczęśliwie nie agresywnej i mąż unieruchomiony od czterech lat na wózku inwalidzkim z bezwładem od pasa. Lekarstw od groma i trochę. Sama nie jestem, bo synowa owej pary nie pracuje i jakoś we dwie mamy pchać ten szpitalny wózek.

Zobaczę sobie teraz z bliska inną włoską rodzinę. Z tego, co się już zorientowałam bardzo tradycyjną i rodzinną. Posiłki jemy wspólne. Dziś zaliczyłam pierwszą kolację z jajecznicą włoską tylko z 14 jaj (przypominam 7 osób) i górą fasoli z tuńczykiem. To jadłam po raz pierwszy. Zjeść się dało, ale nie będzie to moja ulubiona potrawa. W kuchni u sufitu wisi szynka typu parmeńska i jak mi wytłumaczono, jest to szynka od łopatki, czyli mała. Jutro mam sobie zobaczyć i baranki i kózki i króliki i świnki nie licząc kur i kurczaków. Kur jest około 20. Tyle zdążyłam się dowiedzieć. Pokój mam sympatyczny, choć niestety łóżko typu "pojedyncze". A ja jestem rozbestwiona ogromnymi lóżkami. Trudno, postaram się nie spaść. I to tyle z dnia pierwszego.

Dzień kolejny

Wtorek, 31 stycznia 2012 r.

Będziecie mieć przegląd mojej wiejskiej egzystencji. Bardzo proszę. Oto zwierzaki, które na tej farmie włoskiej (można chyba tak to określić) mieszkają. Króliki, Giorgio kozioł, maleńki baranek Pipo, karmiony mlekiem w proszku z butelki, mamy owce z potomstwem, karmnik dla kur i dwie kaczki. Jest jeszcze cielaczek. Świnek nie ma za to widziałam ogromne szynki, które posypane warstwą soli mają tak leżeć dni bodaj ze 40 i po tym terminie zostaną odwrócone.

Gar sugo na wieprzowinie, który był dziś na obiad do spaghetti starczyłby tak dla pułku wojska.. Ciut zostało. Pierwsza partia w ilości 6 osób (doszedł brat gospodarza) zjadła obiad o trzynastej. Po czternastej jadły jeszcze 2 osoby - dzieci moich gospodarzy. Pracująca córka i uczący się w średniej szkole siedemnastoletni syn. Siostra zawozi i przywozi go ze szkoły jadąc do pracy i jadąc na obiad do domu. Później na piętnastą wraca do pracy i w domu pojawi się na kolację około dwudziestej. To ona ma mnie podczas mojego wolnego dnia (sobota) zwozić do Ascoli i później przywieść wieczorem do domu.

Jeszcze nie wiem, jak będę zagospodarowywać te dni wolne. A dziś widziałam pobieżnie gospodarstwo.

Obawiam się tylko o swoją linię. Tu się je same swojskie rzeczy. Od wędlin i serów, które też robi się w domu, po przetwory domowe. I teraz jest jeszcze na dodatek w Italii sezon kalafiorowo- brokułowy. Na kolację będą 3 ogromne i co więcej to nie wiem jeszcze.

Tak, że ten dziennik będzie chyba taki więcej kulinarny, bo praca badante taka sama jak zawsze.

Jednak postanowiłam dopisać, co było jeszcze na kolację, bo wprawiło mnie w zdumienie sposób przygotowania. Kalafior, jak kalafior - gotowany ale polany oliwą (naturalnie z domowych oliwek) i posypany ostra papryczką.

Ale na drugie kolacyjne danie była cukinia (z zamrażalnika) już wydrążona, Do środka włożony został taki włoski smalec, topiona słonina z ostrą papryką.

I tu zaczyna się moje zdziwienie. Pani domu poszła na dwór rozpalić w starym piecu na drzewo. Zimno było jak diabli, bo popołudniu temperatura się obniżyła i padał deszcz ze śniegiem. Jestem na wysokości ponad 450 m. Piec jest w takim piętrowym składziku obok schodów, pod daszkiem. Kiedy już w piecu był żar, ten żar odgarnęła Giuliana na boki a na kamienie pieca położyła blachy z cukinią. Siedziały sobie w tym piecu około pół godziny. W międzyczasie pokroiłyśmy parowki na cztery części wzdłuż i przygotowałyśmy plasterki sera. Cukinia była prawie gotowa, więc do środka poszła ta parówka i na wierzch kawałki sera. I dalej się to piekło w tym starym piecu na drzewo.

W domu jest normalna kuchnia gazowo- elektryczna, ale widzę, że tu używa się do przygotowania różnych rzeczy metod staroświeckich.

I ja miejskie dziecko zapałałam miłością do "wsi spokojnej wsi wesołej ".

Kuchnia Giuliany

Środa, 1 lutego 2012 r.

Giuliana zwana Giulia. Tak ma na imię synowa moich podopiecznych. Ma 46 lat i jest sympatyczną niewiastą. Niezwykle pracowita i stale myśli a to o obiedzie a to o kolacji, bo ma do nakarmienia ze mną 7 osób.

Obiad jest około trzynastej a kolacja punktualnie o dwudziestej, tej "świętej" jedzeniowej godzinie w Italii.

Kuchnia Giuliany różni się trochę od innych kuchni, które znałam. Pojawiły się potrawy, których nigdy nie jadłam. Dlatego nie będę się podszywać z tymi przepisami a będę o tej kuchni opowiadać za zgodą autorki.

Dziś ROSÓŁ, jaki się jada w Abruzzo.

Podam oryginalną ilość produktów. Oczywiście przy mniejszej ilości stołowników trzeba je sporo zmniejszyć. Rosół był z kury i cielęciny. Plus warzywa, jak u nas, ale ze skórką z cytryny. Wiadomo kura gotuje się długo i ta włoska też była twardą. Wcześniej wyjęłyśmy cielęcinę a kura dalej siedziała w rosole. Rosół się gotował a Giuliana wyjęła ogromną miskę i wbiła do niej 20 jaj. Rozbiła je trzepaczką, posoliła i wlała:

0,5 litra mleka

0,5 litra wody

480 g mąki i trochę oliwy z oliwek.

To było ciasto na naleśniki.

Ciasto ubiłyśmy na zmianę ręczną trzepaczką. Dopiero na koniec pomogłam sobie mikserem. Ja tam taka staroświecka nigdy nie byłam.

Z tego ciasta piekłyśmy też na zmianę górę cieniusieńkich naleśników.

Kiedy naleśniki są gotowe, zwija się je w takie ruloniki z tartym parmezanem w środku. Na osobę na pierwszy rzut idzie 5 takich naleśników. Układa się je na talerzu i zalewa gorącym rosołem.

Wcześniej w rosole gotuje się ziemniaki (tak około 3 na osobę).

Ziemniaki wraz z marchewką gotowaną i cielęciną oraz kawałkami kury stanowią drugie danie. Mięso polewa się, czym kto chce, majonezem, keczupem lub rewelacyjnym sosem Giuliany z papryki.

Przepis na ten sos będzie chyba następnym przepisem z "Kuchni Giuliany".

Środa, 1 lutego 2012 r.

Opowiem o psach mieszkających w tzw. obejściu. Są dwa. Pozwolę sobie je przedstawić. Jeden to pięcioletni Dżeki. Pies po przejściach, po wypadku samochodowym ma drutowaną szczękę. Ale czuje się świetnie i chyba już zapomniał o traumie związanej i z wypadkiem i operacją.

Dżeki podobno nie lubi kotów. Obcych kotów. Dla domowego robi wyjątek.

Drugi to młodzieżowiec, bo jednoroczny Rocky, ulubieniec pana domu. Kiedy przyjechałam myślałam, że biedaki są na uwięzi. Było to jednak na szczęście tylko chwilowe z racji, że sąsiedztwo zamieszkuje urocza suczka, do której obaj kawalerowie zapałali uczuciem. Jak to jednak u Włochów uczucie szybko minęło i mają zwróconą wolność.

Szczególną sympatię poczułam do Dżekiego. Może, dlatego, że on do mnie też. Oboje kochamy słońce. Rocky to taki więcej "brat - łata", ale może, dlatego, że prawie szczeniak. Rano całe towarzystwo melduje się pod drzwiami po ciasteczko, jak na włoskie zwierzaki przystało. Kot też. Jako, żem "kocia mama" o kocie opowiem osobno, jak nazbieram wiadomości o jego kocich upodobaniach.

Rocky i Dżeki to tzw. "psy podwórkowe "Mieszkają na dworze i nie mają żadnej budy ani materacyka. Śpią w otwartej szopie i są z tego podobno zadowolone. Chyba tak, bo nie widziałam odznak nieszczęśliwego losu. A jedzą równie dobrze, jak mieszkańcy. Ja będę musiała niedługo wprowadzić reżim jedzeniowy, bo przecież całej garderoby nie będę wymieniać na większy rozmiar.

Wczoraj było tak zimno, że ciężko było wyściubić nos na dłużej. Okolica jak to w Marche pełna dolin i wzgórz a w dole widać Ascoli, tak blisko a jednak tak daleko. Wieczorem za oknem mam jego światła. Mówimy sobie "dobranoc".

Postaram się w kolejnej kartce z dziennika opowiedzieć o moim rozkładzie dnia. I tyle. Pełnia szczęścia u mnie, że mam w końcu internetowy kontakt ze światem i mam zimę, jak prawdziwą.

Czwartek, 2 lutego 2012 r.

Sypie. Prawdziwy śnieg sypie od trzech dni. Topi się, wieczorem podmarza i znów sypie. Mimoza przysypana białą pierzynką a może kocykiem, bo kocyk jest cieńszy. Czyli kolejny plus wsi powyżej, bo w Ascoli śniegu nie ma. Coś tam podobno pada ni to deszcz ni to deszcz ze śniegiem. A ja sobie przypominam zimę.

Może nie ma takiego mrozu, chociaż w telewizji pokazują Italię pod śniegiem, kataklizm straszny ani chybi jutro już nie będzie szkoły. Podobno we Florencji nocą temperatura spadla do minus 14 stopni.

Wobec czego przydało się moje rękodzieło, które zaczęłam przed Świętami i skończyłam już tutaj. Ocieplacze na ręce i czapeńka. Wszystko w kolorze turkusowym, bo to jeden z moich ulubionych kolorów. Z tylu czapeczka ma jeszcze takie "wisiadełka ".

Hu hu ha mogę iść na sanki. Tylko sanek brak.

A za to jest dwudniowe maleństwo, czyli owieczka zwana tu barankiem, która się na farmie urodziła. I zaraz zabrała się za obiad u mamy owcy.

Pipo zdecydowanie urósł.

Giulia. pokazała mi też z dumą maleńką czarną kurkę, która zasiadła na jajkach tak, że za około trzech tygodni pewnie będą małe puchate kuleczki.

Wygląda, więc na to, że idzie zdecydowanie do wiosny mimo zimowego krajobrazu.

Ja kobieta genialna

Piątek, 3 lutego 2012 r.

Czyli Lucia Samochwała. A co?

Około osiemnastej chciałam sobie zerknąć, co słychać w świecie wirtualnym i nie tylko. Załączyłam. Początek normalny do momentu informacji, że Windows przybywa. Ale nie przybył. Niebieska lampka mi się nie załączyła i tak sobie na czerwoną patrzyłam i na znaczek Windowsa. Klops. Zero uczuć. Wyłączyłam. Załączyłam. Wyłączyłam.

Początek normalny z informacją, że nie zamknęłam normalnie. Oczywiście wszystko po włosku i dwie możliwości załączenia. Jedna opcja nie wypaliła. Komputer milczy. To spróbowałam po zamknięciu jeszcze raz drugą opcję. I się zaczęło.

Coś się zaczęło dziać. Latały jakieś kratki po pasku długo... Już go miałam wyłączyć bom z natury szybkościowiec. Szczęśliwie cierpliwość wzięła górę, bo znów zaczęło gadać po włosku i proponować m różne opcje. Niby pomocy. Na jedną się skusiłam i zaryzykowałam. Dobrze, że napisali, że to może potrwać kilka minut. Trwało dużo więcej... już go miałam zamknąć ale jednak wytrzymałam i po tych kilkunastu minutach zaczęły latać po ekranie takie robaczki komputerowe, jakieś cyferki i literki.

Przeleciało w końcu i znów cisza. Pisało "do tylu ""naprzód " i "anuluj". Na mój genialny babski rozum to już był koniec sprawdzania Windows, to se nacisnęłam "do tylu ".

Pokazał się tekst poprzedni i znów "do tylu "Kliknęłam.

I.... Ekran zgasł. A zapaliła się niebieska lampka i komputer mój kochany otworzył swój ekranik ze wszystkim, co na nim mam.

I nie muszę go jutro wlec do Ascoli.

A pod znakiem zapytania, jest mój wyjazd, bo droga może być nieprzejezdna. Sypie dalej a ja nauczyłam się nowego włoskiego słowa "pług śnieżny ", bo takowe zaczęły jeździć.

Acha i wiem, jak się po włosku nazywa bałwan. Śniegowy zresztą. Jak tak posypie jeszcze to go ulepię. Z marchewką, jako nos i dam mu mój stary szalik, co by był elegancki.

No to się pochwaliłam.

Zimowo

Piątek, 3 lutego 2012 r.

Absolutnie zdaję sobie sprawę, że w Polsce, nikomu nie zaimponuję taaakim śniegiem. Ale dla mnie to cudowny widok. Nawet, jeżeli nie widzę gór, bo mgła a zza śnieżną zadymką ukryło się Ascoli. Italia przeżywa ten wybryk natury strasznie. W telewizji na wszystkich programach pokazują zawiane drogi i największym wzięciem, czyli oglądalnością cieszy się prognoza pogody.

W Ascoli jeszcze dziś były czynne szkoły ale od jutra są zamknięte. Do klasy Dawida syna moich gospodarzy przyszło dziś pięciu uczniów. Telefon z Pescary od Grażyny doniósł, że już od dziś nie ma lekcji bo sypie. Ku szalonej uciesze Piotrka. syna mojej przyjaciółki. Sparaliżowało Italię. Bo nie tylko śnieg ale i mróz (u mnie w porywach może z -5° będzie).

Cieszą się z tego śniegu psy. Szaleją na dworze. Dżeki nawet zanurza pysk w śniegu a Rocky nabrał bieli. Śnieg wyprał jego solidne zresztą futro. Jak przyjemnie iść zimą po śniegu z psim przyjacielem. Widok z okna mojego pokoju zimowy. Na drzewach śnieżne czapy, żadne inne określenie nie przychodzi mi do głowy. Tylko kot zgodnie ze swoją naturą nie ma zamiaru uczestniczyć w takich śnieżnych psich wygłupach. Dostał pozwolenie wysuszenia się przy kominku i to jest jego koci dzisiejszy (z racji zimy) przywilej. Pięknie się prezentuje. I tak ma być. Zabawy psie na śniegu i leniwe kocie popołudnie przy kominku. Całkiem sympatyczna ta włoska zima. Tylko jak ja jutro dojadę w tych straszliwych warunkach do Ascoli?

Kuchnia Giuliany - VENTRICINA - smalec włoski

Sobota, 4 lutego 2012 r.

Zasięgnęłam wiadomości o smalcu włoskim u Giuliany. Nawet się kartką podparłam, żeby było zgodnie z receptą i komentarzami Giulii. Bo to wcale nie jest takie proste w przygotowaniu i nawet myślę, że trzeba będzie tę wersję dostosować do polskich warunków, gdyby ktoś chciał ten smalec sporządzić.

Niestety ta recepta wiąże się ze "świniobiciem". Wtedy to właśnie go się robi.

Oryginalna nazwa tego specjału to "ventricina" bo nawet tak daleko poszłam, że i nazwę poznałam.

Kiedy jest lato, w ogrodzie dojrzewa czerwona papryka i papryczki ostre też. Te papryki kroi się na kawałki i suszy się na słońcu. Papryczki również. I to jest bardzo ważny element tej recepty.

Na tę "ventricina" bierze się nie słoninę a podłużny tłuszcz, który znajduje się pomiędzy świńskimi żeberkami. I ten tłuszcz wraz ze zmieloną papryką czerwoną i ostrą oraz rozmarynem i czosnkiem mieli się na maszynce do mięsa. Dodaje się zmielone mięso lub jeszcze lepiej kiełbasę. I nie topi sie, jak u nas. Je się surową masę, ale nie od razu.

Teraz trzeba wziąć świński pęcherz, powiększyć otwór i wywrócić go na drugą stronę z wiadomych względów. Do tego pęcherza (nadmuchanego) wkłada się przyprawioną masę (solą i ewentualnie pieprzem). Tak przygotowane pęcherze wiesza się w przewiewnym miejscu na około 14 dni. Po tym czasie wkłada się masę do słoików.

Je się z chlebem lub przygotowuje się grzanki w kominku. I tu ciekawostka:

Posmarowany chleb wkłada sie do specjalnej siatki do pieczenia i kładzie na żarze posmarowaną stroną. "Ventricina" się topi a chlebek z lekka rumieni. I zapewniam, że jest pyszny.

Naturalnie nie dla wegetarian w tym i mojej osobistej córki.

Poprzednia niedziela

Niedziela, 5 lutego 2012 r.

Niedziela na wsi

Czym się różni od normalnego dnia? Trochę spokojniejszym popołudniem, chociaż czeka jeszcze kąpiel pani starszej. Małżonek został już wykąpany przy pomocy męskiej rodzinnej pomocy. Przypominam, jest bezwładny od pasa i trzeba go przenieść na plastikowy fotel pod prysznic. Do tego potrzebni są domowi mężczyźni, czyli syn i wnuk. Jak ta kąpiel wyglądała nie wiem, bo w międzyczasie razem z córką domu 1, 5 godziny robiłyśmy kluski śląskie na obiad.

Po raz pierwszy robiłam kluski z 35 dużych ziemniaków. Była tego ogromna, już nie miska a micha. Liczyć mi się nie chciało. Cała stolnica i dwie duże blachy. Na jutro zostało trochę a miało być pół na pół.

Tak, że kąpiel zobaczę w przyszłą niedzielę. Przy kominku, który jest rozpalany rano przez Giulię i służy do ogrzewania i kaloryferów i ciepłej wody, siedzą państwo starsi i najmłodsi, czyli córa z narzeczonym.

Przyszły zięć był na "kluskowym "obiedzie i pojawił się z eleganckim pakietem cukiernianych ciastek, mimo, że przyszła małżonka w myśl zasady, że "mężczyzna serce to może ma, ale żołądek to ma na pewno" upiekła ciasto marchewkowe.

Fabiola jutro nie pracuje, bo jako fryzjerka ma poniedziałki wolne. W Italii zakłady fryzjerskie są zamknięte w poniedziałki natomiast w soboty są czynne do 19.30 lub dwudziestej a nieraz do ostatniej klientki.

Jak to na wsi bywa, nie ma specjalnego odpoczynku, bo zwierzakom trzeba jeść dać. Gulia. robi też w sobotę i w niedzielę pranie, bo energia tańsza a jej mąż z synem pracuje przy budowie garażu.

Czyli nie ma wielkiej różnicy pomiędzy piątkiem a światkiem.

Rytm mojego dnia.

Poniedziałek, 6 lutego 2012 r.

Myślę, że mogę, już powiedzieć, że zaskoczyłam w trybiki mojej pracy. Tym razem nie ja organizowałam sobie dzień "po mojemu", ale korzystałam z czteroletnich, wypracowanych metod Giulii. Jeżeli chodzi o jej teścia na wózku to byłam przerażona systemem przenoszenia go z łóżka na fotel i z fotela na łóżko przy pomocy takiej specjalnej deski. Ta deska ma otwory na końcach na rękę i cieńszy koniec.

Dopiero od wczoraj samodzielnie i bez asysty Giulii. kładę spać pana starszego. i następnego dnia podnoszę go z łóżka. Jeżeli złapie się ten specjalny rytm to nie potrzeba specjalnej siły. Pan starszy. jest mężczyzną dużym i ma około 90 kg. Ma nad łóżkiem metalowy uchwyt na rękę. Ręce ma silne. I właśnie na rękach przesuwa się po tej desce przy mojej asekuracji bezwładnych nóg. Jakieś czucie w nogach posiada, bo czuje dotyk moich pantofli, kiedy przesuwam jego stopy. Ale to wszystko. Ma uszkodzony chyba rdzeń kręgowy, bo od pasa jest bezwładny a na dodatek trzeba siły, żeby rozewrzeć mu nogi (do mycia, do ubrania czy zgięcia w kolanach). Straszna choroba zważywszy, że pan starszy. jest umysłowo sprawny.

Jego żona to Alzheimer, żyje już w swoim świecie. Ale je sama, siedzi przy kominku i żadnych większych kłopotów z nią nie ma.

Wstaję rano o 7,15 i oczywiście półprzytomna zaczynam dzień od kawy. O 7, 30 podaję lekarstwo panu starszemu. i zaprowadzam panią starsza. do łazienki. Państwo starsi śpią dalej a ja mogę się zając swoją toaletą. O dziewiatej wchodzę do sypialni i zabieram panią starszą do kuchni na śniadanie. Podciągam pana starszego do pozycji siedzącej i sadzam go na łóżku z nogami spuszczonymi. Lekarstwa i śniadanie. Zmiana pozycji i powrót do łóżka obojga starszych państwa. Do 10, 30 śpi małżonka. Potem ubieram ją i zabieram do łazienki na codzienne ablucje. Kiedy, jest umyta, uczesana zasiada przy kominku a ja idę przygotować pana starszego do wstania. Samo mycie i zmiana pampersa nie jest problemem, choć na łóżku, ale później trzeba go ubrać w spodnie i posadzić. To już wymaga czasu i sposobów. Przejęłam wypracowane przez lata sposoby Gulii. z małymi własnymi poprawkami.

To właśnie teraz przy pomocy tej deski pan starszy przesuwa się na fotel przy mojej pomocy. Kiedy podnosi się na rękach, ja w tym momencie ciągnę go za tył spodni po desce. I tak pomału aż usiądzie wygodnie w fotelu. Do łazienki jedzie sam. Sam się myje i goli. Później pomagam mu się ubrać w koszulę i sweter i zjeżdżamy do kominka. Ma fotel przystosowany do pozycji stojącej i czasem sam tak się ustawia. Jest już około dwunastej w południe.

W czasie od 9.30 do 10.30 coś tam pomagam w domu zrobić. Jak to w domu. Jest nas siedem osób zawsze, więc coś się znajdzie.

O trzynastej obiad i porządki (wspólne) poobiednie. Czasem są potem godziny wolne a czasem pieczemy ciasto lub przygotowujemy już coś pod kątem kolacji.

Dziś ja upiekłam babkę herbacianą a Giulia piecze pizzę (ale nie taką zwykłą) na kolację. To taki rodzaj ciasta z mortadelą pokrojoną na kawałeczki i zatopioną w cieście. Tak domowo mi biegnie czas.

Lekarstwa po obiedzie, krople około 15. 30. Zegar znów stał się moim towarzyszem. Miedzy dziewiętnastą teraz z racji zamkniętych dróg bo zima straszna i obecności wszystkich domowników w domu a dwudziestą normalnie jest kolacja. Zmywamy i około dwudziestej pierwszej mam wolny czas.

O dwudziestej drugiej kładziemy państwa starszych spać. Znów pana starszego przy pomocy deski. Teraz jeszcze ma kilka zastrzyków. To lekarstwo, jest tak paskudne, że trzeba go przed zrobieniem zastrzyku miesząc 10 minut. Jeszcze dwa. Dziś i jutro. Są jeszcze inne niezbyt przyjemne momenty pracy badante związane z fizjologią, ale o tym nie będę pisać. Kiedy minie dwudziesta druga mówię wszystkim "dobranoc" i znikam w łazience a potem siup do łóżka bo chłodno. Kaloryfery ogrzewa kominek. Do północy jestem w Internecie. Potem gaszę światło i zasypiam. Budzę się bez budzika ale bez kawy nie mogłabym egzystować.

Oczywiście to taki skrótowy opis mojego dnia. Zawsze coś jeszcze jest nadprogramowego. Oby tych nadprogramowych atrakcji było, jak najmniej.

A zasypana jestem całkowicie. Obawiamy się tylko odcięcia prądu, bo pompa w kominku ciągnie ciepłą wodę i ogrzewa kaloryfery. Groziłoby to dodatkowo zimnem w pokojach. Przy kominku ciepło a dalej nawet myśleć nie chce.

Polska babka herbaciana

Poniedziałek, 6 lutego 2012 r.

Ja tam patriotką jestem i nie dam się tak do końca zakasować kuchni Guliany. Oczywiście będą jej przepisy, bo ona kucharzy dobrze, ale i ja oprócz mojego popisowego dania czyli klusek śląskich nie dam się zostawić w tyle.

Dziś Giulia piekła na kolację (która była wcześniej z wielu względów) specjalny rodzaj pizzy (podam przepis kiedyś bo bardzo dobra), a ja upiekłam babkę herbacianą. Zjedzona od popołudnia prawie do końca.

Herbata w Italii mało popularna, choć coś drgnęło w tej materii i można się w barach herbaty napić z gustownych czajniczków. Nawet jedną herbaciarnię w Ascoli widziałam.

Składniki:

- szklanka zimnej mocnej herbaty, w której przez 5 minut gotowały się rodzynki

- 80 g masła

- 2 żółtka

- 100 g cukru

- 250 g mąki

- proszek do pieczenia (na tę ilość maki w Italii 16 g)

- szczypta soli

- otarta skórka z cytryny

Masło ucieramy z cukrem. Przyznam się, że zagniotłam w rękach, bo mikser Giulii. jest malutki i delikatny a pałki nie miałam ani makutry. Dodajemy żółtka i wszystko razem ucieramy.

Teraz wsypujemy przesianą mąkę z proszkiem do pieczenia i szczyptą soli i otartą skórką cytrynową. Powoli wlewamy herbatę i ucieramy a na koniec wrzucamy rodzynki.

Pieczemy normalnie w 180 ° w formie wysmarowanej masłem i wysypanej bułką tartą aż się upiecze. Po upieczeniu na wierzch dajemy lukier cytrynowy.

sok z cytryny 1 łyżka

woda 1 łyżka

cukier puder (jak mało albo lubimy więcej lukru to zwiększamy ilość).

Na mroźne wieczory z czymś mocniejszym... Sama radość.

Retrospektywnie pod firankami

Środa, 8 lutego 2012 r.

Zostałam dzisiaj sama na gospodarstwie od rana, czyli prawie od 7,30.

Kiedy tak sobie organizowałam przedpołudnie znów przeleciały mi przez głowę te 9 przeszło lat w Italii.

Jak łatwo przychodzi mi teraz opieka nad bądź, co bądź ciężkimi przypadkami choroby dwojga osób. Żadnych większych problemów po opanowaniu sztuki "deska- fotel, deska - łóżko ".

Jakim cudem w Ancarano dałam sobie od razu radę? Emilia przypadek ciężki, chociaż na początku chodziła i fizycznie była całkiem sprawna. Tylko "la testa malata" bardzo. A ja nie znałam języka, kuchni włoskiej w ogóle zgroza. Uczyłam się wraz z postępującą chorobą Emilii. Podglądałam Palmę i inne Włoszki i tak żyłam tam 5 lat.

Potem Villa Lempa i Luiza. pełnosprawna ale złośliwa i niedobra nie tylko w stosunku do mnie. To tam nauczyłam się stanowczości i wyzbyłam się łagodności, kiedy ona jest niedoceniana. Odeszłam po dwóch latach zmęczona małym miasteczkiem i moją podopieczną. Ale stosunki i wspomnienia po mnie są jak najlepsze do dziś. A ile zobaczyłam. Podglądnęłam życie kilku rodzin.

Potem bywało różnie. Kilkumiesięczne zastępstwa i różne choroby. Ludzie na wózkach i z tak silną demencją, że wymyśliłam pajacyk ze starej koszuli nocnej, kiedy "babcia "rozszarpywała w nocy pampersa i rozrzucała po całym pokoju (mokry pampers). Trzy takie pajacyki uszyłam w rękach i miałam spokój.

Opiekowałam się osobą po powrocie z Domu Starców z odleżyną na pupie wielkości talerzyka deserowego z widoczną kością ogonową. To tam zaprzyjaźniłam się z pielęgniarkami (jedna z nich znalazła mi tę właśnie pracę). Niestety nie udało się nam Anny uratować. Nogę zaatakowała gangrena. Boże, co to była za praca. Nie nocowałam tam. Przychodziłam rano i zaczynałam od dezynfekcji pokoju (zapach straszny). Pomagałam zmieniać opatrunki i odleżyna prawie się wygoiła. Noga niestety nie. Karmiłam Annę sondą. Prowadziłam bilans płynów i wykres temperatury, po to żeby mieć, o czym rozmawiać z lekarzem. Kiedy zaczęłam tę pracę myślałam, że potrwa kilka dni taki stan Anny był ciężki. Żyła cztery miesiące i myślę, że gdyby rodzina zdecydowałaby się szybciej na amputację nogi może żyłaby do dziś. Zmarła pierwszego dnia w szpitalu na moich rękach nie doczekawszy operacji.

Ta praca uodporniła mnie dodatkowo na różne momenty w przypadkach ciężkich.

Chociaż i choroba Raniero w Ancarano dala mi "dobrą szkołę, kiedy dostał krwotoku z ust i cała kuchnia była zalana a ja tłumaczyłam mu, że to czerwone wino, które wypił do obiadu.

Opiekowałam się osobą niewidomą i to była pierwsza praca, z której odeszłam po miesiącu. Nie dałam rady. Przez dwa tygodnie nie spalam ani jednej nocy. Opiekowałam się nią miesiąc w szpitalu i kiedy wyszła do domu zastrzegłam sobie miesiąc próby. Osoba złośliwa, tak, że po mnie nikt nie wytrzymał dłużej, niż tydzień. Opiekuje się nią teraz córka.

A moja ostatnia dłuższa opieka pod Ascoli. Kiedy liczyłam dni do końca kontraktu. Wieść gminna doniosła mi, że zabrano ją na kurację do szpitala psychiatrycznego.

Cudowna praca w Pescarze, od której zaczął się mój "dziennik badante "i Offida, która też dała mi mnóstwo doświadczenia.

A teraz przypadki, które nie są mnie w stanie przerazić (jak już tę deskę opanowałam).

Tak sobie robiłam to, co należało i myślałam o moich podopiecznych. Często praca badante kończy się ze śmiercią (naturalnie nie badante, chociaż i tak się zdarzało). To też wpisane, jest w bilans tej pracy.

Ile razy wchodząc rano do sypialni nadsłuchiwałam oddechu. Szczęśliwie zawsze go usłyszałam. Coś za coś. Za tę pracę, mam znajomość języka, widziałam piękne miejsca, prywatne życie też się ma nienajgorzej. Znam włoską kuchnię i dalej ją poznaję. Słońce świeci mi przez wiele miesięcy a morze ma temperaturę 26 stopni.

Mam wokół siebie życzliwych ludzi. Tu w nowej pracy też czuję się na swoim miejscu a rano wykroiłam trochę czasu dla siebie. Giulia przywiozła 6 kg pieczarek i już są przygotowane. Cześć faszerowanych na kolację a reszta gotuje się (oczywiście pokrojona) do zamrożenia "na zaś".

A czemu retrospekcje pod firankami? Bo bardzo mi się one podobają, te w moim pokoju. Zrobiła je wiele lat temu Giulia będąc młodą mężatką. Chyba wiele młodych mężatek coś tam robi samodzielnie. Ja wyhaftowałam kilka kompletów serwetek i dokończyłam słynny obrus podwieczorkowy, który zaczęłam w wieku 15 lat.

Tak sobie dziś powspominałam, kiedy spokojnie i bez stresów organizowałam przedpołudniową pracę.

Sernik zatapiany i opowiastka rodzinna

Czwartek, 9 lutego 2012 r.

Jest to trochę inny sernik. Wymaga więcej pracy, ale, jest pyszny. Ja dzisiaj upiekłam go z włoską "ricotta" ale zdecydowanie wolę z polskim twarogiem- pełnotłustym zresztą.

To może najpierw składniki:

1, 5 szklanki mąki

1, 5 szklanki cukru (ja dałam mniej, bo "ricotta" jest słodka bardzo)

3 łyżki wody

3 łyżki kakao

1 kostka masła lub margaryny (ja na maśle)

proszek do pieczenia

cukier waniliowy

4 jajka

Masa serowa

50 - 70 dkg sera (wzięłam 70)

4 jajka

1 szklanka cukru

0, 5 kostki masła (125 g)

wiórki kokosowe - posypałam kuleczkami czekolady, bo wiórków nie miałam.

Masło, cukier i cukier waniliowy, kakao i 3 łyżki wody gotować przez 5 minut w dużym garnku, bo po wystudzeniu trzeba dodać 4 żółtka (po jednym) wymieszać i odlać pół szklanki masy.

Dodać przesianą mąkę z proszkiem, wymieszać i połączyć z pianą z białek ubitą na "sztywno".

Kiedy masa stygnie w misce utrzeć ser i zmiksować z całymi jajkami, masłem i cukrem. Rozpuściłam masło do gęstej konsystencji.

Masę kakaową wylać do formy (spora ta forma musi być). Ser można wymieszać ze skórką pomarańczową lub rodzynkami). Mój sernik jest ze skórką, którą od dwóch tygodni namiętnie smażę i wkładam do słoików. Na ciasto wyłożyć ser i wstawić do gorącego piekarnika. Piec około godziny.

Dlaczego zatapiany?. Ano, dlatego, że ser schodzi często na spód a ciasto ciemne wychodzi do góry.

Po upieczeniu odlaną masą smarujemy górę sernika i posypujemy kokosem.

Najlepszy, jest następnego dnia.

Może doczeka.

A teraz opowiastka rodzinna. Ten sernik skojarzył mi się z dzisiejszymi imieninami mojej babci, która nosiła straszliwe imię (niecierpiana go) Apolonia. Nikt tak do niej nie mówił, nazywano ją Pola.

Ale 9 lutego w dniu świętej, Apolonii patronki od bólu zębów, imieniny obchodziła.

Jest w albumie rodzinnym zdjęcie kilku pań w futrach i lakierowanych pantofelkach. Panie maja tak na oko 80 kg i plus. To zdjęcie z imienin babci. Zima była ponoć straszliwa i śniegu moc. Dom dziadków był na wsi na wzgórzu. Wykopany tunel był za wąski dla sań, (bo saniami przyjechali goście) i trzeba było konie zostawić w karczmie w sporej odległości od domu. Dom dziadków to był dom oficerski i dlatego przyjechało sporo oficerów z żonami.

Żeby panie nie odmroziły nóżek, panowie na rekach zanieśli panie domu. Tak opowiadała z łezką w oku moja babcia w temacie "za moich czasów to byli gentelmani "Gentelmani też, ale jakie musiały to być krzepkie chłopy. 80 kg i plus i jeszcze futro. Zapomniałam tylko zapytać czy nieśli swoją żonę czy żonę kolegi.

Gar kapuśniaku, czyli przez włoskie żołądki do Polski

Piątek, 10 lutego 2012 r.

Nie będzie żadnego przepisu, bo mój dziennik coraz bardziej przypomina książkę kucharską.

Ponieważ Giulia jest ciekawa kuchni polskiej a zasypało nas znowu i sypie do nadal, zaproponowałam, że dziś na obiad ugotuję polską zupę, stosowną na taką śnieżno- mroźną pogodę.

Inna sprawa, że mam już dość klasycznej, jedynej włoskiej zupy, czyli gęstej naszej jarzynowej z parmezanem.

Padło na kapuśniak z włoskiej świeżej kapusty, która sobie rośnie pod śniegiem. No to gotowałam z całym sercem i tylko jedno, co mnie męczyło to proporcje. Bo tu się gotuje gar zupy dla 8 osób. Dawid (siedemnastoletni syn) początkowo stwierdził, że on nie będzie jadł, bo za kapustą nie przepada (uwielbia ziemniaki). Ugotowałam i miałam moment satysfakcji, jak po spróbowaniu zjadł 2 talerze. Inni też po dwa.

Gar zupy został pochłonięty. A na deser był polski sernik zatapiany, który co prawda, jest z włoskiego sera ale smakuje po polsku.

No i teraz czekają mnie inne zupy. Moja popisowa "czarna "kartoflanka. Na zamówienie Dawida i fasolowa. Jako ambasadorka polska na ziemi włoskiej stosuję staropolską zasadę "przez żołądek do serca, bo Włosi żołądki mają na pewno i jedzenie kochają nade wszystko.

Moje wolne stoi pod znakiem zapytania przez ten śnieg. I nawet, jak pojadę to targu w Ascoli nie będzie a mam ochotę na niego zajrzeć. Acha i dla Fabioli (córka Giuliany) prezent muszę kupić, bo ma w niedzielę urodziny. A, że interesuje się kuchnią i widzę, że kupuje książki kucharskie to w księgarni znów pod kątem garów poszperam.

Sobota, 11 lutego 2012 r.

Ascoli Piceno

W Ascoli na piazza Roma palmy i śnieg. Ciekawie to wygląda. Na

piazza del Popolo dzieciarnia na śnieżnych górkach.

Słońce świeci i śnieg zaczyna się topić. Dzielni strażacy pracują przy odśnieżaniu dachów. Balkony w śniegu. W dali widać moją ascolańską Górę, którą teraz mam za płotem.

A wieczorem znów zaczęło sypać.

"Ja cie chrzczę", czyli włoski chrzest, czyli "battesimo".

Niedziela, 12 lutego 2012 r.

Powinnam chyba opowiedzieć o chrzcie włoskim, jako że byłam zaproszona na tę uroczystość i mam świeżo w pamięci obchody tejże.

Główny bohater miał około dwóch miesięcy i ubrany był w śliczny szaro- biały garniturek. Spodnie z mankietami i marynarka dwurzędowa + mucha. Acha byłabym zapomniała. Miał też identyczne jak garnitur buciki.

Sama kościelna uroczystość niczym się nie wyróżniała poza tym, że słyszałam, jak ksiądz zwrócił się czule do neofity:

- Kochanie, popatrz teraz na twój kościół.

Po mszy wszyscy byli zaproszeni do domu szczęśliwych rodziców na "drobną "przekąskę. Ta przekąska w postaci różnych pysznych rzeczy i mnogości ciast i ciasteczek sprawiła, że kiedy już znalazłam się w restauracji na obiedzie głodna raczej nie byłam. Niestety.

Specjalnie nakryte stoły w kolorach biało- niebieskich. Balony z napisem "chrzest "i "mój chrzest" i oczywiście biało- niebieskie charakterystyczne cukierki - "confetti". Te cukierki w różnych kolorach dla różnych uroczystości wyrabia fabryka w Sulmonie.

Obiad zaczął się o czternastej i zakończył się wedle osiemnastej. Drobny poczęstunek po chrzcie sprawił, że odpadłam przy końcu obiadu nie będąc w stanie zjeść cielęciny, którą szef własnoręcznie kroił na sali. Nie mówiąc o pozostałych mięsiwach. Ale "chrzestny "tort zaliczyłam. Miałam, co prawda wątpliwości czy ptak użyty w charakterze ozdoby to na pewno bocian, jak mnie zapewniano. Skłaniałabym się raczej do gęsi. Ale gęś symbolem tortu "chrzestnego "raczej byłaby nie na miejscu. Niech, więc będzie bocian.

Główny bohater był obecny podczas całego obiadu. Pozował do zdjęć z coraz innymi osobami, rodzicami i kto tylko tego sobie zażyczył. Nie zapłakał ani raz i tak przyzwyczajał się w wieku dwóch miesięcy do włoskiego biesiadowania.

Teraz wiem, że oni są do tego wdrażani od maleńkości.

A gości zgodnie z włoskim zwyczajem obdarowano w jego imieniu tzw. "bomboniere" z pierdołką w środku i kolejnymi cukierkami wśród niebieskiej kokardy.

I ten sympatyczny akcent zakończył "obiad chrzestny ".

Kuchnia Giuliany - "pasta forno"

Poniedziałek, 13 lutego 2012 r.

Zaczynam doceniać smak potraw ze starego pieca na drewno.

W któryś dzień Giulia zaplanowała na obiad pasta forno, "czyli makaron z piekarnika a właściwie z tego stareńkiego pieca.

Znałam wersję z normalnego piekarnika na gaz lub elektryczność. No i składniki też trochę inne miałam.

A tu postanowiłam po kolei opowiedzieć, co trzeba, żeby zrobić tę oryginalną włoską potrawę.

Potrzeba:

- oliwki, które kroimy w plasterki wzdłuż pestki.

- mozzarella, ale taka trochę inna. Twardsza i pokrojona w kawałki.

- jajka na twardo.

- makaron, jaki lubimy,

- sos pomidorowy

- i ser do posypania.

Po ugotowaniu makaron mieszamy z oliwkami, mozzarella i jajkami na twardo.

Wcześniej polewamy sosem pomidorowym. Posypujemy serem(owczy albo parmezan - lepszy owczy). I zapiekamy w piekarniku. W tym przypadku w piecu chlebowym.

Równocześnie piekły się też ziemniaki z kawałkiem mięsa. Ziemniaki były na kolację. Jako dodatek.

I taki był obiad. Właśnie "pasta forno".

Spokojnie możną taki makaron zrobić w normalnym piekarniku. Też będzie smakował.

Kiedy jesteśmy młode

Wtorek, 14 lutego 2012 r.

Kiedy jesteśmy młode i piękne, zdrowe i niekoniecznie bogate nie myślimy o chorobach. Nie zastanawiamy się i nie myślimy, że gdzieś tam czasem w pobliżu żyją ludzie dotknięci Alzheimerem. Bo i poco mamy sobie o tym myśleć. Ja też nie myślałam, do momentu, kiedy moja praca nie pokazała mi tej choroby z bliska.

W Italii nie ma prawie rodziny, w której ta choroba się nie pojawia. Nie wiem, od czego to zależy? Klimat? Bliskie pokrewieństwo? Bo Włosi przez wiele lat żenili się w swojej okolicy i całe miejscowości to krewni i powinowaci. Dopiero teraz zmieniają miejsca zamieszkania, wyjeżdżają a i do Italii napłynęły cudzoziemki, (bo większość przyjezdnych to kobiety). Krew się wymieszała i może ta choroba nie będzie tak atakować włoskich rodzin.

Na razie chorych przybywa i w każdym prawie ogłoszeniu szukającym "badante "zaznaczone jest, że choroba Alzheimera.

Różne są odmiany tej choroby. Łagodna i niestety agresywna. Ja mam teraz do czynienia z łagodną wersją tej choroby. Ale znowu intuicja mi podpowiada, że w dużej mierze ma na to wpływ osobowość sprzed choroby. Jeżeli była to osoba miła, sympatyczna to w chorobie widać te cechy. Jak moja pani starsza. Kiedy wszyscy z czegoś się śmieją to ona śmieje się najgłośniej. Lubi, kiedy ją pogłaskam albo przytulę. Lubiła tańczyć i teraz, kiedy w telewizji tańczą albo jest muzyka taneczna, wstaje, ujmuje w palce spodnie, jak kiedyś spódniczkę i zaczyna taneczne kroki.

Starsze Włoszki znają na pamięć mnóstwo modlitw. I ona też, często mówi fragment modlitwy.

- "Słodki Jezu, zawsze ".

Przyzwyczaiłam się to słyszeć. Jest na etapie posłusznego dziecka. Je sama i słucha poleceń. Jak dziecko trzeba ją zaprowadzać do łazienki i spokojnie namawiać do wykonania różnych czynności (np. uczesania się, czy umycia rąk). Kiedy już weźmie w rękę mydło lub grzebień wie, do czego te przedmioty służą. Była miłą kobietą i ta cecha w niej została.

Niestety nie wszyscy są w życiu osobami miłymi i sympatycznymi. Agresywna odmiana Alzheimera powoduje, że opieka nad taką chorą osobą, często na dłuższą metę, jest niemożliwa. Ataki agresji, wymysły i trudności z dokonaniem podstawowych czynności opiekuńczych sprawiają, że "badante "zmieniają się, jak w kalejdoskopie. A ta choroba tego nie lubi. Ja przetrwałam w Ancarano najgorsze ze strony Emilii i ona w końcu przywiązała się do mnie wyraźnie. Nigdy nie zapomnę, jak płakała z radości, kiedy wracałam z Polski. A przeszłam z nią swoje. Wszystko, co tylko można sobie wyobrazić. Ataki furii, wyzwiska, nieprzespane noce. To była dobra szkoła dla "badante ".

Tak dzisiaj patrzyłam na panią starszą i myślałam, że młodość i uroda może sobie przeminąć, ale zdrowie nie. A dziś święto właśnie młodych i pięknych i zdrowych. I niech takimi zostaną.

Tort " FABIOLA "

Środa, 15 lutego 2012 r.

Ciasto upiekła córka Giulii Fabiola.

Skoro nadałam temu ciastu imię to i pod moim szyldem go umieszczę, jako matka chrzestna.

Jest niezwykle delikatny i pyszny i co mnie zdziwiło o smaku miętowym i lekko zielony.

W ubiegłą niedziele Fabiola miała urodziny a ciasto upiekła na wtorek do pracy. W niedzielę był obiad tylko rodzinny, bo goście z racji zasp śnieżnych bali się przyjechać.

Ale, jak to się mówi, "co sie odwlecze to nie uciecze"- goście zjadą w tę niedzielę i wobec powyższego ja wolne będę mieć w piątek, bo w sobotę wraz z Giulią będziemy szaleć w kuchni. Mnie czekają jeszcze w niedzielę kluski śląskie z dziurką i taka gorąca przystawka mojego pomysłu, choć lekko ściągnięta z włoskiej książki kucharskiej o przystawkach.

Tyle tytułem wstępu a teraz pieczemy tort "Fabiola "

Składniki:

2 jajka

150 g cukru

pół szklanki wody

pół szklanki oleju

280 g mąki

proszek do pieczenia na tę ilość maki

pół szklanki syropu miętowego

Jajka ucieramy z cukrem i dodajemy pozostałe składniki.

Pieczemy 30 minut w temperaturze 150°.

Uwaga: ciasto, jest bardzo delikatne. Nie otwieramy piekarnika, najwyżej pieczemy dłużej, kiedy wydaje nam się, że jeszcze powinno" siedzieć" w piekarniku.

Kiedy przestygnie przekrawamy i smarujemy konfiturą, dżemem, jaki lubimy. Tu był dżem figowy domowy, ale myślę, że każdy inny również by się sprawdził.

Fabiola ma takie papierowe wzorki, które umieszcza na cieście przed posypaniem cukrem pudrem. Wygląda to bardzo ładnie.

Acha. Można zamiast syropu miętowego dać jakiś kolorowy likier: kolor będzie inny ale ciasto również pyszne. Np. wiśniówka, maraschino, anyżówka i co tam w temacie likierów jest.

Ja z pewnością "Fabiolę "włączę do moich ciast i ciasteczek.

"Tłusty czwartek"

Czwartek, 16 lutego 2012 r.

Nie mam pączków. Są one w Italii ale dziś w ichni "tłusty czwartek ", który nazywa się tak jak u nas, je się "ravioli", ale smażone, jak nasze pączki i z nadzieniem z kasztanów lub kremem.

Oczywiście Giulia od rana działała w tym temacie i efektem są dwie michy "ravioli". Muszę przyznać szczerze, że jak jestem prawie 10 lat w Italii takich "ravioli" nie jadłam. Absolutne mistrzostwo świata.

Uciekłam z kuchni, żeby mnie już na pokuszenie nie wiodły i nie wiem, które lepsze? Te z kasztanami, czy te z kremem.

We wtorek piekę faworki, czyli chrust.

A ponieważ Giulia zajęta była "ravioli" ugotowałam polską fasolową, z lekka zmodyfikowaną, bo boczku wędzonego nie miałam tylko świeży. Całkiem dobra wyszła.

Chandrę mam i zmęczona jestem

Sobota, 18 lutego 2012 r.

Ta chandra jest tak wielka, jak odległość ode mnie do Polski. A zmęczona jestem tak, ze nawet nie chce mi się pisać. I marzę o poniedziałku, kiedy to urodzinowe szaleństwo z obiadem się zakończy. Jak pomyślę o jutrzejszym dopołudniu to zimno mi się robi.

Nic mi dziś nie pomogło. Ani wygwieżdżone niebo z taką jasną gwiazdą, ani światła Ascoli w dole. Nawet śpiące pod drzwiami psy. Kot poszedł w "tango "I miał rację.

Chyba jednak wolę być sama w pracy niż z rodziną nawet najmilszą.

W lepszym nastroju

Niedziela, 19 lutego 2012 r.

Urodziny się udały. Już wszystko wróciło w miarę do stanu przedurodzinowego. Tort nam się udał. Masa orzechowa i dwukolorowy biszkopt mojego autorstwa. Dekoracja była dziełem własnym jubilatki. Świeczki na torcie płonęły tak pięknie i nie dały się zgasić.

Giulia wystąpiła z popisowymi mięsiwami. Ja wymyśliłam nową przystawkę i zrobiłam kluski z 38 kartofli. Nie licząc innych rzeczy.

Jak w poście zatęsknimy za dobrymi rzeczami to opowiem z cyklu "jedzą piją na urodzinach?". Nawet psy były zadowolone na "maksa".

Czas na odpoczynek.

Chandry ciąg dalszy

Poniedziałek, 20 lutego r.

Gdyby nie to, że to niemożliwe pomyślałabym, żem w ciąży. Taką mam huśtawkę nastrojów. Dziś znów krzywa chandry poszła w górę. Nigdy nie byłam skłonna do płaczu. Nie płakałam nigdy z żalu czasem tylko ze złości. A Italia nauczyła mnie płakać. Płacz mam na końcu nosa. Jak sobie czasem coś pomyślę smutnego to zaraz mam oczy pełne łez. A dziś przecież święciło słońce i z Giulią poszłyśmy na spory spacer. I tu można znaleźć stare stareńkie miejsca. Wiekowe źródełko z dwoma zbiornikami. To była pralnia. Dziś naturalnie już opuszczona.

Giulia pokazała mi też maleńki kościółek, który jest własnością prywatną i nabożeństwa w nim odbywają się sporadycznie. Czasem właściciele, którzy mieszkają w Ascoli, organizują w nim "różaniec". Z okazji jakiś lokalnych Świąt też coś w nim się dzieje. Giulia chce w nim zamówić mszę z okazji 25- lecia swojego małżeństwa.

Tak szłyśmy sobie w górę i w górę a ja patrzyłam na panoramę. Na winnice i coraz bliższą moją ascolańską górę. Na skrzyżowaniu drogowskaz do właściciela winnicy znanej w okolicy.

Droga szła cały czas w górę. Jest tam ponoć miłe miasteczko, ale to dłuższy spacer a my musiałyśmy wracać. Widać było nasz dom i jakieś stado owiec.

A najsympatyczniejszy widok zobaczyłyśmy wracając. W krzakach siedział biało- czarny kocur i zawodził niemiłosiernie. W pobliżu usadowił się rudy a na konarze drzewa przytulił się szary. Myślę, że to była kotka, która jeszcze "woli bożej" nie poczuła i uciekła na drzewo przed zalotnikami w myśl zasady, "co na drzewo nie ucieka".

Ten widok poprawił mi na chwilę humor.

Ale tylko na chwilę.

Przygotowania wstępne

Wtorek, 21 lutego 2012 r.

Bo ja, jak się czegoś uczepię (myśli szczególnie) to muszę to zamienić na czas dokonany.

Umyśliłam sobie wycieczkę do Bolonii. Umyśliłam (od tej myśli) i zaczęłam myśleć, jako, żem istota myśląca, choć blondynka kiedyś naturalna.

Najpierw zrobiłam wywiad, jak długo ten pociąg Inter City jedzie z San Benedetto do Bolonii. Podobno jakieś 3 godziny (myślę, że krócej ale to może w sobotę zbadam, jak do Pescary się wybiorę).

Może być, bo nawet licząc, że z Ascoli też muszę się dostać do San Benedetto daje to w sumie jakieś 4 do 5 godzin na pierwsze spojrzenie na Bolonię.

Właściwie to do dziś niewiele o niej wiedziałam. O uniwersytecie naturalnie tak, że zabytkowe miasto, że piękne ponoć... i tyle. To dziś, jak już wiem, że mogę w ciągu jednego dnia obrócić, zaczęłam solidne przygotowania. Poszperałam w komputerze. Co, gdzie i kiedy i wyszło mi na to, że w sumie tylko po głównym placu Bolonii zdążę się porozglądać i coś tam zwiedzić. Coś, jak nasz Rynek w Krakowie. Też trzeba kilku godzin, żeby go obejrzeć.

A że nie samym zwiedzaniem człowiek żyje to wyczytałam, jeszcze, że Bolonia słynie z kuchni (no jasne "spaghetti bolognese") smacznej acz tłustej. Tłusta kuchnia mi nie przeszkadza a wręcz przeciwnie tęsknie do niej i z chęcią coś tam skosztuję. Jakiś przewodnik muszę jeszcze nabyć z planem miasta, tak na "wszelki sluczaj" znając moją skłonność do chodzenia w przeciwną stronę niż powinnam. I na zdjęciach dworzec mi się spodobał. Przypominał mi krakowski. Ciekawe, jak w naturze. To jeżeli chodzi o plany związane z Bolonią wszystko.

A ja jeszcze chcę do Bari. Z Pescary w linii prostej tyle samo km prawie, co z San Benedetto do Bolonii. Może uda mi się dzień wcześniej do Pescary pojechać i tak zaoszczędzić trochę czasu. Pomyślę. To Bari to mi siedzi w blond głowie od lat. Czas na realizację pomysłów. I jeszcze muszę zobaczyć gdzie by tu jeszcze.

Może jeszcze raz Rzym? Autobusem nie tak daleko 180 km.

Tak z pewnością będzie i Rzym.

Czołowe zderzenie z wirusem

Czwartek, 23 lutego 2012 r.

W sąsiedniej polówce domu mam wielbiciela i to nie cichego ale głośnego. Nosi piękne imię Lorenzo i ma aż 2 lata. Miłość jego zaskarbiłam sobie bawiąc się z nim w staroświecką "sroczkę, co to kaszkę ważyła "Na mój widok leci z wyciągniętą rączką i głośno pokrzykuje.

- Cia, cia czyli Lucia.

Ma czarnowłosych rodziców a sam jest ciemnorudym. Podobno po jakiejś prababci. Ma pucułowatą buzię i albo ja taka słaba jestem albo jest ciężki jak nie wiem, co. I właśnie w poniedziałek wieczorem był z wizytą u nas. Bawił się ze mną i z Fabiolą, która go uwielbia (ze wzajemnością, czyli nie mam monopolu na względy). Poprzypominałam sobie i "raka, nieboraka " i "baziu baziu puc " ale "sroczki "nic nie przebiło.

Lorenzo nie był całkiem zdrowy. Podobno bolał go brzuszek, co przedkładało się na pampersy. Wtorek był normalny. Upiekłam faworki. Nic się nie działo. Ale z wtorku na środę (o 4- tej rano) zachorowała Fabiola. Rzygała jak kot i biegunka. Ja o tym jeszcze nie wiedziałam. Bo mnie o 6- tej rano pognało do łazienki.

Wstałam normalnie ale we łbie mi się już kręciło. Kawy nie dałam rady wypić. Teraz ja zaczęłam jechać do nadbałtyckiego miasta. Potem gorączka, ja 38° Fabiola 39*. Przeleżałam półżywa cały dzień. Giulia biegała od jednej do drugiej. Teraz tylko, jako że powoli wracamy do żywych boimy się o "państwa starszych". W sąsiedniej rodzinie chorzy wszyscy. Giulia. dzwoniła do domowej lekarki. Paskudny wirus, kręci się w naszych stronach. Widać to moje osłabienie po Pescarze zaowocowało i kiedy się z nim zderzyłam (tym wirusem), wygrał wirus. Dopiero dziś byłam w stanie otworzyć komputer ale dzień mam ulgowy. W łóżku. Aby do jutra. Będzie dobrze bo musi.

"Wieść Gminna" Luci

Piątek, 24 lutego 2012 r.

Zgłupiałam na punkcie "Rancza", który dopiero teraz mogę za pośrednictwem "IPLA" obejrzeć. Ciężko mi to idzie, bo Internet nie chodzi jak trzeba więc skokami oglądam odcinki ale oglądam i ryczę... o Jezu chyba nie jak krowa a tak mi się tylko kojarzy.

Ale nie będzie o "Ranczu", w którym bohaterka dziwnym zbiegiem okoliczności moje imię ma.

Przepraszam, że trochę natury wniosę ale tak właśnie żyję i zanim Rzym wielkoświatowy tu zawita to będę opowiadać co się u mnie na wsi dzieje.

Wstałam sobie o siódme rano prawie zdrowiutka. Pomachałam czule wirusowi, który załatwił moje ewentualne nadmiary tu i tam i na pożegnanie zostawił mi brak apetytu.

A tu za oknem pierwszy wiosenny dzień. Słońce i ciepło. Około 20 stopni. I to ciepło nie takie zimowe, że w tle zimno ale wyraźnie ciepłą wiosną dmuchało. Pan starszy dziś dłużej w łóżku, bo miał zmieniany cewnik i czekał na wizytę pielęgniarki. To po porannych czynnościach zabrałam się za skórkę pomarańczową, którą namiętnie smażę w ilościach hurtowych. Kiedy wstała pani starsza zabrałam ją na dwór, bo było pięknie. Wpadłam po coś do domu kiedy przywołał mnie krzyk Giulia.

- Lucia Lucia chodź prędko.

Wyleciałam przerażona a Giulia mówi:

- Pilnuj mamy. Nerina rodzi (czarna koza) i lecę.

I poleciała.

No to poszłam sobie poszukać wiosny. Wyraźnie ją widać, choć mimozę zważył mróz i pięknych puchatych, pachnących kuleczek nie będzie. Ale z ziemi, wyszly już irysy. To zobaczyłam na pewno. Złapałam nawet trochę opalenizny.

Wróciła Giulia z wiadomością, że Nerina ma bliźniaki. Nerina jest czarna a dzieciaki płci męskiej są bielutkie bez plamki. Cały tata. Są jeszcze śliczniejsze niż jagniątka. Mają długą aksamitną sierść.

Acha i oczywiście upiekłam placek ze skórką pomarańczową. To tak na marginesie. I tak sobie myślę, że twarda jestem i nawet wirus mi nie dał rady. W sumie to wyszłam z tego zderzenia bez większego szwanku.

Wczoraj była wiosna.

Niedziela, 26 lutego 2012 r.

I tak wyrwawszy się w sobotę z sielankowej scenerii mojej wsi zagłębiłam się w jarmarkowy czar Ascoli. Pozałatwiałam to, co najważniejsze i wybrałam się do Pescary na polski obiad i niewielkie ploteczki. Zanim dotarłam do Pescary po drodze miałam prawie trzygodzinną pauzę w San Benedetto. Wcale mnie to nie zmartwiło, bo raz, że je lubię a dwa, a dawno o nim nie opowiadałam.

Wcześniej w Ascoli oglądnęłam sobie dwie odrestaurowane fontanny i wreszcie po 10 latach widzę je czynne. Te fontanny, widziałam też po powrocie do Ascoli. A my idziemy na spacer w pięknym wiosennym słońcu.

Na deptaku w San Benedetto tłok. Ogródki już pełne. Kwiaty przed kwiaciarniami. Kupiłam Grażynie w Pescarze hiacynta. Dotarłam do słonika pod palmą i rozpoczęłam spacer. Najpierw spodobał mi się śpiący w słońcu pod palmą pies. Nie wiem czy bezpański czy zwykły "włóczykij". Z ziemi wyszło już sporo kwiatów. Na razie same liście ale róże już mają pączki (nie różane jeszcze a liściaste).

Coraz bliżej do morza. Po prawej stronie budynki hoteli jeszcze ciche.

Jest i morze. Takie, jakie powinno być wiosną. Sporo ludzi na plaży.

Słońce świeci. Morze się błyszczy. Pięknie jest.

Kiedy zawróciłam w kierunku dworca, postałam przy fontannach. Przy takich śmiesznych pomniczkach w San Benedetto. Pogapiłam się na uliczkę i pooglądałam sobie kamieniczki. Jedną z ażurowymi balkonikami a drugą narożną ze sklepem z różnymi drobiazgami dla niemowląt. Ten sklep zwrócił moją uwagę, bo wystawa była wyłącznie w kolorze białym.

Dotarłam na dworzec i po jakiejś tam dłuższej chwili przyjechał mój pociąg relacji Ancona - Pescara.

A w Pescarze 22 stopnie i znów ogródki pełne.

Obiad polski zjadłam. Wróciłam do Ascoli bez większych problemów i jeszcze raz (tym razem wieczorem) zachwyciłam się fontannami.

Na niebie był księżyc, jak z dziecięcych bajek. Równolegle na niebie leżał sobie księżycowy rogalik w towarzystwie jasno świecącej gwiazdki. Ten księżyc z gwiazdką poszedł za mną aż na moją wieś.

Dziś wiosna była jeszcze rano. Teraz zrobiło się zimno, jest mgła i pada deszcz. Jesienno- zimowy pada. A było, już tak ślicznie. Nawet opaleniznę złapałam.

Cóż to tylko takie "forpoczty "wiosny. Ale jest, już za progiem.

Intensywne upiększanie

Poniedziałek, 27 lutego 2012 r.

Loki mi dziś zafundowała Fabiola po myciu głowy. Wczorajszy wiosenny dzień zmobilizował mnie do intensywnego się upiększania.

I nie tylko te loki. W tym albo przyszłym tygodniu moje włosy oprocz normalnego "własnego "koloru ozdobi kolorowy balejaż. Ja to mam szczęście, nawet do fryzjera nie muszę "latać "Na miejscu mam i to jeszcze zdolną i otwartą na nowości. Nowe życie trzeba zacząć od czegoś nowego. To w sobotę kupiłam sobie wreszcie takie buty, jakie chciałam. I już widzę się w szarych rajstopach we wzorek, do tych butów naturalnie. Nie wiem, czemu tych rajstop nie kupiłam w San Benedetto. Zaćmienie oszczędnościowe miałam, czy co? Ale w Ascoli też, jest sklep firmowy "Calzedonia" i pewnie będą a jak nie te to inne. Muszę jeszcze powyciągać spódniczki. Dość spodni. Mini to ja już nie noszę ale takie przed kolano to mi się jeszcze podobają (na mnie). Jak się upiększam to całkowicie. Jeden żakiecik obcisły mam, coś tam jeszcze na ciuchach wyszperam. Poza tym torbę nowa wiosenną potrzebuję.

Co prawda stara prawda mówi, że "nie pomoże krem i róż, kiedy baba stara już " Pomoże nie pomoże ale nie zaszkodzi. Kupiłam zestaw maseczek na pysk, bo mi się pokończyły i postanowiłam przerobić stare powiedzenie. Oto wersja Luci"

- "Może pomoże i krem i róż, oszukać lustro, żem stara już ".

I ten optymistyczny akcent wywołał mój zapaą do pracy twórczej i wobec tego na stole pojawiły się muffinki. W dwóch wersjach: z cynamonem i czekoladą oraz skórką pomarańczową i dżemem z czereśni. Spotkały się z takim entuzjazmem, że na talerzu pozostano niewiele.

Polecam intensywne upiększanie. Sprawia, że krzywa samopoczucia wyraźnie pnie się do góry.