W zaklętym zamczysku - Jan Gnatowski

Reflow text when sidebars are open.
ROZDZIAŁ I
Trzy lata mijało już, odkąd Imć pan miecznik bracławski zwlókł doczesną powłokę po pełnym utrapień żywocie, a woli jego ostatniej nie stało się jeszcze zadość. Nie z winy jego jedynaka wprawdzie, który przedśmiertne ojcowskie pisanie rzewnymi łzami oblawszy, gotów był jednej chwili, stosownie do nakazu szarżę złożyć i oddać się cały włożonej nań przez rodzica powinności. Co jednak nie dało się uczynić, jako że fata mocniejsze są od człowieczych intencji. Jakżeż to było bowiem komendantowi porzucać swój regiment, podczas gdy u trzech ścian Rzeczypospolitej płonęła krwawa wojna? Regiment pana-Kazimierzowy, cudzoziemskiego autoramentu a wybornego moderunku i ćwiczenia, wysłany został właśnie w tym czasie z Inflant, gdzie już zanosiło się na późniejszy sztumski rozejm, przez cały obszar ziem Litwy i Rusi, na pomoc JW Hetmanowi WK Koniecpolskiemu, pod którego wodzą brał udział w pogromie Tatarów budziackich pod Sasowym Rogiem i tureckiego wojska pod zdradzieckim Abazą w okolicy Paniowiec. Zaledwie na krótką chwilę uciszyło się w stronie Dniestru i Dzikich Pól, wnet przyszedł ordynans ruszania nad Dniepr, kędy młody król gromadził siły na Moskwę.
Dopiero po rozgromieniu Szeina i kniazia Prozorowskiego, po zwycięskim pochodzie królewskim na Kursk i Kaługę i chwalebnym pokoju polanowskim z Moskwą, a szczęśliwym załatwieniu groźnego zatargu z Amuratem IV, przyszła dla całej Rzeczypospolitej chwila odetchnienia i ciszy, jakiej najstarsi ludzie nie sięgali pamięcią. Nie tylko chasa szlachecka i wolentarze, ale i regularne pułki poczęły rozprzęgać się i rozłazić, korzystając z ogólnego bezpieczeństwa. Wtedy mógł i porucznik Miśmiakowski pomyśleć o powrocie do opustoszałego gniazda.
Miał drogę daleką i trudną, regiment jego bowiem zapuścił się aż pod Rżew w pościgu za umykającym nieprzyjacielem i tam go zastał rozkaz odwrotu. Trzeba było żołnierzy odprowadzić do Dniestru i zdać ich najbliższemu rangą oficerowi, a przez cały ten czas dniem i nocą oganiać się rozjuszonemu nienawiścią ku najeźdźcom motłochowi, jako wilk ścigany przez sforę ogarów. W Kijowie dopiero mógł młody rycerz zażyć nieco spoczynku i nabożeństwa u ojców jezuitów na Padole, po czym samowtór ze starym ojcowskim sługą puścił się na Chwastów, Białą Cerkiew i Berdyczów ku Owruczowi.
Czerwiec był i kraj cały z tej strony Dniestru, nietknięty wojną, szalejącą dokoła, na poły pusty jeszcze i dziki, ale szybko zaludniający się słobodami i ludem, nurzał się w puszystym kobiercu traw, w zielonym płaszczu odwiecznych borów, w klekocie mir jardów ptactwa i powodzi słońca, barw i woni. Pan Kazimierz jechał nie spiesząc, bo i nie było do czego, nocując po futorach, popasając na leśnych polanach, albo na wonnych stepowych burzanach, zagadując wesoło spotykanych wieśniaków i regestrowe kozactwo, wracające z wyprawy, jako i on.
Za Chwastowem zaczynał się kraj leśny i prawie bezludny i tu go zatrzymała niemiła przygoda.
Jechał z Tryfonem od wczesnego ranka bez popasu wąską i krętą ścieżyną leśną, przedzierając się przez gąszcz krzewów i zawadzając o wystające korzenie dębów. Dzień był upalny i duszny, w borze nawet nie czuło się cienia, ni wilgoci, wszystko wokół drzemało, senne i ciche. Pan Kazimierz odmawiał z początku pacierze, którym wtórował stary sługa, choć sam należał do wschodniego obrządku; potem bąknął od czasu do czasu jednego do drugiego jakieś oderwane słowo, wreszcie zaczęli obaj kiwać się na kulbakach.
Drzemali tak przez kilka pacierzy, rycerz na przedzie, Tryfon z tyłu, kiedy nagle zdarzyło się coś zgoła nieoczekiwanego.
Nie wiadomo skąd konie, zresztą niepłochliwe, spłoszyły się, stanęły dęba, poczęły wierzgać, pienić się, szaleć. Pan Kazimierz z największym wysiłkiem opanował swego wierzchowca, ale gdy oglądnął się za siebie, zobaczył Tryfona, leżącego bez zmysłów na ziemi z głową ociekającą krwią. Konie wierzchowe i powodny z jukami stały na miejscu, ale całe w wodzie, drżąc i strzygąc uszami z widocznym przerażeniem.
Komendant zeskoczył i podbiegł do rannego, posadził go pod pniem drzewa, o które rozbił sobie łeb tak szpetnie, i sięgnął do manierki po wodę. Nie było jej. Wlał więc wciąż jeszcze nieprzytomnemu parę kropel gorzałki między zaciśnięte zęby, a potem rozglądnął się, czy nie było gdzie w pobliżu źródła. Zdało mu się, że słyszy wdali jakiś szum, jakby leśnego ruczaju, i że mu coś migoce między gałęziami, ale gdy w tę stronę pobiegł, szum zdawał się oddalać odeń i zlał się w końcu z szelestem starych dębów, a błysk, który go złudził, okazał się promieniem słońca wśród gałęzi.
Zniechęcony wracał do towarzysza, kiedy naraz wstrzymał go głos jego zmieszany z drugim. Tryfon rozmawiał z jakąś kobietą, a kobieta musiała być młoda, bo głos był dźwięczny i świeży. Zasłaniał ją krzak leszczyny. Rycerz uchylił gałązkę i spojrzał.
Przy Tryfonie stała, omywając mu ranę płachtą zwilżoną, dziewczyna cudnej urody. Spod wianka z czerwonych maków zwisały jej do ziemi ciężkie czarne warkocze, śniada płeć miała przezroczystość bursztynu, rysy na podziw były foremne, a oczy aksamitne, słodkie i głębokie, wabiły i więziły nieprzepartą mocą. Bosa była i odziana jak wiejskie dziewczęta, w prostej, ciemnej zapasce z wełnianego samodziału, owiniętej dokoła bioder na koszuli, ale koszula lśniła śnieżną białością, "połyki" świeciły bogatym, wzorzystym haftem, a szyję owijało kilka sznurów korali.
Ujrzawszy młodego oficera, dziewczyna nie zasromała się wcale, jak to nakazywały wstydliwość i obyczaj, ale błysnęła mu oczyma, świecącymi jak gwiazdy.
- A skąd wy tu, krasnyj łycariu? - zagadnęła, pokazując w uśmiechu śliczne zęby.
Rycerz, choć z natury wcale nielękliwy, a obozowym życiem do wszelkich przygód zahartowany, zmieszał się daleko więcej od niej i przez chwilę pozostał dłużny odpowiedzi.
Wyręczył go Tryfon, rozsypując się w błogosławieństwach dla tej, jakby z nieba spadłej wspomożycielki, która go i otrzeźwiła, i napoiła, i ranę opatrzyła niczym najlepszy medyk. Ona jednak nie dała mu mówić długo.
- Cóż teraz będzie z wami? - spytała, zwracając się do pana Kazimierza. - Jechać dalej nie możecie, bo choć rana i lekka, ale przecie starania wymaga.
Rycerz ochłonął z pierwszego wrażenia. Przysunął się do dziewczyny i chciał poufale pochwycić ją za rękę, dziękując, ona jednak cofnęła się z zalotnym, ale i nakazującym spojrzeniem.
- Dziękować nie ma za co, a jak już chcecie, to z daleka - zaśmiała się. - Ale biedzie waszej początek dopiero, nie koniec. Co zrobicie?
Rycerz ramionami ruszył.
- Do wsi by nam, albo choć do futoru - rzekł. - Nie pokażesz to nam drogi?
- Czemu nie? - odparła. - Wsi tu blisko nie ma, ale futor jest i znajdziecie tam wszelką wygodę.
- Daleko?
- Tuż zaraz. Trzy razy kamieniem rzucić! Widzielibyście, gdyby nie las.
- A przyjmą nas?
- Przyjmą, jak pięknie poprosicie.
Pan Kazimierz zdziwił się.
- Kogóż to trzeba będzie prosić?
Dziewczyna zaśmiała się.
- Mnie, bo ja tam gospodyni!
Oficer w dłonie klasnął.
- A to przednio się składa! - zawołał. - Takiej gospodyni nie żal pokłonić się o gościnę, a jakby nie chciała, to można i gwałtem wziąć chatę!
Dziewczyna rzuciła mu ostre spojrzenie.
- Nie z takich ja, którym gwałt poradzi - rzekła - a chaty jest też komu strzec.
Pan Kazimierz znów się stropił.
- Nie gniewaj się na żołnierski żart, kalino! - szepnął. - Po dobroci ja jeno przyjdę do ciebie, a nie przeciw woli.
I dodał weselej:
- Nie moje to rzemiosło na baby siłą iść!
Dziewczyna znów mu zęby pokazała w uśmiechu.
- To i lepiej, bo są i baby, co starczą za łycara!
I pochwyciwszy dzban z wodą, który postawiła obok Tryfona, odwróciła się w stronę przeciwną tej, którą przybył pan Kazimierz.
- To jak chcecie, wsadźcie waszego parobka na koń i za mną! A może nie zdużacie dźwignąć go na siodło? To wam pomogę!
Rycerz oburzył się na propozycję, ale ona nie czekając długo, przyskoczyła do Tryfona i dźwignęła go z ziemi silnym ramieniem.
- Ot, widzicie, i dziewka na coś przydać się może! - zaśmiała się.
- Czekajże! Daj pokój! A to utrapiona koza! - upominał i narzekał komendant. Ona jednak tymczasem pomagała staremu gramolić się na siodło i czyniła to istotnie zręczniej, niż jego pan, któremu interwencja niewieścia widocznie mieszała szyki, za chwilę Tryfon był już w siodle, a dziewczyna stanęła przy wierzchowcu pana Kazimierza.
- Może i wam także pomóc?
Rycerz chciał jej odpowiedzieć jakimś obozowym konceptem, ale w tejże chwili powtórzyło się z jego wierzchowcem to samo, co przed godziną stało się powodem katastrofy. Koń począł znów niepokoić się i szarpać. Pozostałe dwa konie zdawały się również przelęknione.
- Co się stało? - zawołał podrażniony rycerz. - Wściekły się, czy co?
- Tfu! urok diabelski! - mruknął, spluwając Tryfon.
Dziewczyna zżymnęła się.
- Wstyd wam, staremu, brednie pleść! - rzekła. - W lesie słońce miga między liśćmi, a konie płoszą się. Ot wam i urok!
Potem zaś nachyliła się do ucha konia Miśniakowskiego i zdało się, jakby mu coś szepnęła.
- Teraz ja mu zadałam urok i będzie z nim pokój! - uśmiechnęła się wesoło.
Konie istotnie uspokoiły się zupełnie i obaj jeźdźcy pośpieszyli śladem przewodniczki, która, nucąc piosenkę, pobiegła przodem tak szybko, że w uciążliwym przeciskaniu się między krzem i pniami ledwie potrafili jej nadążyć.
- A, ot i futor! - zawołała, stając na pobrzeżu lasu.
Na końcu niewielkiej polany stała zagroda obszerna i dostatnia, okolona wysokim częstokołem, spoza którego wyglądał żuraw studzienny i nastroszony w górę dach słomiany. Po bokach widać było kilka budynków gospodarskich, z tyłu zielenił się gęsty sad wiśniowy, z pomiędzy żerdzi ogrodzenia uśmiechały się malwy i słoneczniki.
Na przyzbie przed chatą siedział dziad o długiej zmierzwionej brodzie, białej jak mleko i grzał się w słońcu, wodząc dokoła szklanym, bezmyślnym wzrokiem. Obok dwudziestokilkoletni parobek, wysoki i gibki, jak młody dąbczak, z piękną, ale posępną twarzą, zajęty był czyszczeniem starej rusznicy, od której oczy raz po raz odrywały mu się, biegnąc w stronę lasu, jakby stamtąd czegoś wyglądał. Ujrzawszy dziewczynę u wejścia na polanę, a za nią dwu obcych mężczyzn, zerwał się i szybkim krokiem pośpieszył naprzeciw niej, rusznicę rzuciwszy o ziemię, ale z ręką na wiszącym u pasa czekanie.
- Chciałem już iść za wami, Motro - rzekł półgłosem i jakby z wymówką. - Nawet dziaduś niepokoili się o was. A cóż to za ludzie z wami?
- Goście do nas! - odparła niedbale tonem, jakim przemawia się do służby. - Zabierz ich konie i postaraj się, żeby mieli u nas wszystko, czego ich dusza zapragnie.
Chłopak rzucił nieufne i nieprzyjazne spojrzenie na przybyszów, ale spełnił rozkaz i odprowadził konie do stajni, a potem zakrzątnął się wraz ze starą, bezzębną babą o świdrujących oczkach i szybko pytlującym języku około przyjęcia gości.
Tryfon cierpiał coraz gorzej i zaczynał od rzeczy gadać: trzeba go było położyć w stodółce. Panu Kazimierzowi tymczasem przygotowała stara Jewdocha w świetlicy obfity posiłek z wędzonych kiełbas, sera, miodu, białych kołaczy i jagód leśnych. Rycerz jadł z apetytem. Jewdocha posługiwała, zapraszała i obsypywała go gradem pytań i uwag, na które on z rzadka i półgębkiem jeno odpowiadał, zerkając wciąż na dziewczynę, która siedziała wprawdzie na zydlu, koło drzwi, nie mieszając się jednak ani do ugaszczania, ani do rozmowy. Przywlókł się także i zasiadł przy stole dziad, bełkocąc od czasu do czasu jakieś wyrazy, których nikt nie rozumiał. Parobek siedział na dawnym swym miejscu na przyzbie, czyszcząc jak poprzednio broń i słuchając rozmowy, z której przez otwór okienny, pozbawiony błon dla gorąca, nie mogło mu ujść ani słowo.
Pan Kazimierz dowiedział się od starej bez pytania, że dziad, którego nikt nie rozumiał i na którego nikt nie zdawał się zważać, to właściciel futoru, Maksym, najbogatszy bojar na całą okolicę, a Motra to jego jedyna wnuczka i dziedziczka, zaś Artem, parobek, to krewniak i wychowanek Maksyma, teraz zaś po śmierci jego jedynaka, ojca Motry, podpora i obrona ich wszystkich, bo okolica niebezpieczna, złych ludzi dużo się włóczy i z cudzego żyje, a są i tacy, co radzi błotem na cnotliwych rzucają i Bóg wie, jakie zbrodnie zarzucić im gotowi.
Młodzieniec słuchał i patrzył na Motrę, która ze swej strony rzucała nań wzrok ciekawy, uważny i przenikliwy, jakim chłopak opatruje złowionego po raz pierwszy chrabąszcza. Jego spojrzenia nie zdawały się czynić na niej najmniejszego wrażenia, a ta zupełna obojętność drażniła mimo woli pana Kazimierza, który choć był obcy wszelkiej próżności i o białogłowy dbał dotychczas niewiele, przywykł jednak, jako chłopak wielce urodziwy, zwracać na siebie ich uwagę.
Miał już, otarłszy usta, wstać od stołu i wyjść na podwórko, by się uwolnić od gadaniny starej gospodyni, kiedy nagle Motra odezwała się do niego swym pełnym, dźwięcznym głosem po raz pierwszy od tych paru godzin, które bawił w futorze.
- A wy, panie, choć te trzy dnie musicie u nas zostać, chcecie, czy nie chcecie, bo wasz stary nie utrzyma się przedtem na siodle, choćbyście jego i wiązali.
- Ostałbym chętnie, jeno tak widzę, żem krasnej gosposi gość nie w smak, więc jakże mi ostawać się przeciw waszej woli?
- Wola wasza, nie moja - odparła obojętnie dziewczyna. - Ani ja chcę, ani nie chcę. Chata gościowi otwarta, miejsca, ni jadła nie zbraknie. Taki u nas ojców obyczaj! Chcecie, ostańcie, chcecie, idźcie sobie! Ale myślę, że nie pójdziecie, bo wam sługi żal będzie, a on nie zduża w drogę.
- Mogę go i gdzie indziej zostawić, choćby i we wsi najbliższej. Tyle może dojedzie! - odrzucił rycerz, podrażniony chłodną obojętnością jej słów.
- Nie dojedzie, bo i wsi tu nigdzie nie ma, jak wam już mówiłam. Musicie zostać choć trzy dnie. A za trzy dnie Kupajły.
- Jakiego Kupajły? - spytał rycerz.
Jewdocha w dłonie uderzyła z podziwu.
- Święta Przeczysta! Jest że taki człowiek na świecie, co nie wie o Kupajle? A jeszcze łycar, jeszcze taki wielki łycar! Pewnoście, panie, z bardzo dalekiego kraju i nigdy u nas nie bywali, że nie wiecie o święcie Kupajły?
- Owszem, jestem z tych stron, jeno od małego włóczę się po innych i dlatego nie wiem, co tu wiedzą wszyscy. Powiedzcie, to będę i ja wiedzieć!
- A jakże! Powiem! Czemu nie powiedzieć! - zawołała z ożywieniem Jewdocha i poczęła szeroko rozwodzić się nad opisem święta ognia w wigilię Jana Chrzciciela. Prawiła mu więc o pląsach leśnych i o dziwnych obrzędach, odprawianych przez parobków i dziewczęta, a nawet przez największych panów, którzy tej nocy jednej z chłopstwem kumają się, ucztują i hulają, jako i w dożynki nigdy nie bywa; wspomniała o wielkim gorejącym drzewie, które ma być jako słońce i o świętym Janie, który może nie jest wcale świętym Janem, jeno starym bożkiem, Kupajłą, i jako taki za cześć sobie oddaną wiele dobra ludziom świadczy; i o kwiecie paproci, przy którym znaleźć można nie tylko skarby, ale i umiłowane serce, i o wielu jeszcze innych rzeczach, wielce ciekawych, od których jednak wkrótce uczuł rycerz nieznośny szum i zawrót w głowie, i zdawało mu się, że mu w mózgu kręci się, mieląc go na mąkę, młyńskie koło.
Nagle rozległ się młody, rozkazujący głos.
- Milcz, Jewdocho!
Stara urwała wpół wyrazu, a dziewczyna stanęła przy rycerzu i pilnie wpatrzyła mu się w oczy swym głębokim, przenikliwym wzrokiem.
- Święto Iwana Kupajły to wielkie święto, rycerzu jasny! - rzekła, ściągając z lekka czarne brwi. - Ubogi znaleźć może skarby, a głodny miłowania - miłość, każdy, mający potrzebę, a kto jej nie ma? - światło, radę, pomoc! Na Kupajłę serca się schodzą i związują, losy się łączą, przeznaczenie dopełnia się. Idźcie, pokłonić się Świecącemu, idźcie zapytać wróżb, idźcie zarzucić sieć na szczęśliwość i na miłowanie! Idźcie, panie, na Kupajłę!
- Pójdę! - zawołał w uniesieniu pan Kazimierz.
Po chwili zaś dodał, zaglądając jej w głąb oczu:
- A ty pójdziesz?
- Ja tam zawsze idę! - zapewniła poważnie dziewczyna.
I, jakby chcąc złagodzić nastrój tych słów, dorzuciła z uśmiechem:
- Wszystkie dziewczęta tam idą!
- A mówiłaś, że okolica pusta?
- Na Kupajłę schodzą się tu o wiele mil z okoła.
- Pójdziesz ze mną?
W tejże chwili w otworze okiennym ukazała się twarz Artema, blada, z zaciśniętymi ustami i płonącą źrenicą.
- Z wami i z Artemem - odrzekła dziewczyna. - On mój sługa, wy - gość. Pokażemy wam razem drogę!