W więzach - Natalia Korwin-Szymanowska

Reflow text when sidebars are open.
Wśród ulic jednego z naszych miast gubernialnych, niezwykłe panowało życie. Hotele, pustką świecące zazwyczaj, przepełnione były; od sal restauracyjnych, aż do ostatnie po strychem pokoiku, służba uwijała się, licząc na sute napiwki, na chodnikach zaś stanowiących istną giełdę żydowską, napotykałeś co chwila, obok zwykłych chałatowych postaci, ogorzałe lica o wąsie sumiastym i pańskich, pewnych siebie ruchach.
Liczny zjazd obywatelski w jesiennej, niesprzyjającej temu porze, musiał być wywołany ważną jakąś przyczyną. Ani przecież jarmark wełniany, ani wybory do Towarzystwa nie usprawiedliwiały go obecnie. Zresztą, twarze zbierającej się w grupy i rozprawiającej półgłosem szlachty, nosiły na sobie wyraz gorączkowego zaciekawienia i smutku zarazem. Niezwykły bo też i wstrząsający sprowadził ją tu wypadek. Przed kratkami Sądu Okręgowego rozgrywała się głośna sprawa o zabójstwo, na ławie oskarżonych zaś zasiadał jeden z bogatszych właścicieli ziemskich.
Krwawy dramat wśród klasy ludzi zamożnych i inteligentnych, oparty nie na chęci zysku, lecz na psychicznych czysto czynnikach, budzi zwykle żywsze zajęcie. Tu wypadek ten silniej oddziaływał na zebranych, iż zbrodni dopuścił się współobywatel ich, druh i towarzysz, którego znając od lat dziecięcych, cenić przywykli.
Zawezwany w dniu tym do X., zostałem natychmiast, jako prawnik i krewny podsądnego, wtajemniczony w wir całej sprawy oraz powiadomiony o najdrobniejszych jej szczegółach.
Młody i bogaty Stanisław Gorycki, niezadowolony z obszernych włości, jakie mu ojciec pozostawił w spuściźnie, postanowił, bądź co bądź, ożenić się świetnie. Forsowne gonienie za posagiem w człowieku, który i tak posiadał dość złota, raziło nieco wszystkich, tym bardziej, iż Gorycki z materialistycznych swych poglądów, żadnej nie robił tajemnicy. Szlachetniejsze uczucia, miłość i wzajemna sympatia, były to według niego mrzonki, dobre w książkach tylko, rodzina zaś, nie na romansach, lecz na niezbitej podstawie pieniężnej gruntowaną być winna.
Zapatrywania te, jawnie i z pewną cyniczną szczerością głoszone, miały to dobrego, iż nie pozostawiając przyszłej żonie jego żadnych złudzeń, pozwalały należycie ocenić człowieka. Zarówno zaś bezprzykładna otwartość jak dwieście włók pysznego czarnoziemu, musiały działać bardzo dodatnio, nie szukając bowiem daleko, pan Stanisław pozyskał wkrótce rękę jednej z bogatych dziedziczek, której obszerny majątek dał się doskonale połączyć z pobliskim jego kluczem.
Wprawdzie szeptano, iż panna zajęta jest kim innym, że dla widoków materialnych idzie jedynie za niego; wprawdzie opowiadano dużo o kokieterii jej i gonieniu za złotem, w czym miała zupełnie dorównywać przyszłemu mężowi, ale Gorycki nie zważał na podobne drobnostki. Szukał "partii" i partię znalazł; to mu wystarczało. Co zaś myślą o nim ludzie lub co czuje narzeczona, mniej go już obchodziło. Zresztą, znając swoją wartość materialną, nie wątpił, iż każda panna dumną być musi z jego wyboru, piękność zaś przyszłej żony, chłód jej i głośna zalotność, pochlebiały mu tylko.
Skojarzonej wśród takich warunków parze ludzie nie rokowali zbytniego szczęścia i w rzeczy samej, nowożeńcy nie zaznali go wcale. Majątki połączyły się wprawdzie, stanowiąc wielki klucz w najpyszniejszej położony glebie, serca jednak i dusze obce sobie zostały. Młoda pani, która po to schyliła główkę pod jarzmo hymenu, by większą pozyskać swobodę, tęskniła ciągle do uciech stolicy i świetnych miejsc kąpielowych. Gorycki zbyt praktyczny, jak mówiono, aby zadowalać kosztowne zachcianki żony, silną dłonią chciał wolę swoją na każdym przeprowadzać kroku. Obok dużych fortun zjednoczyły się dwa charaktery nieugięte, porywcze, których nie łagodził najlżejszy promień wzajemnego uczucia. Przy ograniczonych warunkach majątkowych, bolesne starcia byłyby nieuniknione; wobec dostatków, rzadko wprawdzie przychodziło do jawnych utarczek, głucha jednak, podjazdowa walka istnieć nie przestawała. Czarne oczy pani przybierały najczęściej wobec męża zimny, wyzywający wyraz, na ustach pana, sarkastyczny zazwyczaj błądził uśmiech.
Troszkę wyrozumienia i uległości z jej strony, iskra uczucia w jego sercu, a lody te prysnęły by zapewne, ratując dwa życia, łamiące się dobrowolnie. Gorycki jednak nie mógł zapomnieć, iż żona w pierwszej poślubnej rozmowie, bryzgnęła mu w oczy zarzutem, że jako łowiec na posagi, majątek jej pragnął zagarnąć tylko. Pani Izabela zaś nie zdolną była przebaczyć, że mąż obelgę tę zniósł zimno, a nawet potwierdził dowodząc, iż o serce jej nie miał zamiaru ubiegać się wcale, bo wie, że oddawszy je ubogiemu kuzynowi, nie miała dość mocy, by wraz z uczuciem połączyć i rękę. Spekulowała na jego majątek, więc i jemu wolno było uczynić to samo; a teraz pozostaje im tylko spożywać owoce własnych zabiegów.
Chłód i szyderstwo były bronią rozdzielającą ich na zawsze; a jednak, jakby za obopólną zgodą, równomiernie używali ich oboje. W sąsiedztwie szeptano po cichu, iż trafiła kosa na kamień, że zdobyte krocie mogą niestrawnym dla młodej pary stać się kąskiem. Państwo Goryccy jednakże zbyt byli dobrze wychowani i taktowni, by wobec osób trzecich okazywać jawnie rzeczywisty stan swych uczuć. Wprawdzie niechęć i oziębłość nie dały się ukryć zupełnie, ale wiadoma rzecz, że staroświeckie czułości wyszły od dawna z mody, a ludzie tak wielkiej fortuny mieli prawo nadawać sobie tonów nieco.
Z biegiem czasu wreszcie, przestano się mieszać w domowe ich sprawy, podziwiając tylko hojność w przyjęciach, wyborne urządzenie domu, świetne toalety pani i zimną, coraz bardziej posągową jej piękność. Zewnętrzne więc warunki ułożyły się jak najlepiej, na tym najlepszym ze światów, jeżeli zaś, pomimo tych pozorów, w sercu młodej pary wrzała niekiedy burza uczuć, jeżeli przychodziła chwila tęsknoty za spojrzeniem tkliwym i słowem serdecznym, zbyt dumni byli oboje, by zdradzić słabość podobną. Wszak mrzonki te śmiesznością zwali, od śmieszności zaś trzeba się umieć chronić przede wszystkim. Wprawdzie wśród długich, samotnie spędzanych wieczorów, jedno wyciągnięcie dłoni, byłoby ich zbliżyło na zawsze, ale kto pierwszy miał się tu upokorzyć? Hartując przeciw słabości własne serce, Gorycki powtarzał sobie, iż żona nazwała go nikczemnym łowcem na posagi; pani znów przypominała sobie z goryczą brutalne zapewnienie męża, iż miłości jej wcale nie potrzebuje i starać się o nią zupełnie nie myślał.
Przepaść też dzieląca ich wzrastała coraz bardziej, aż wywzajemniając się mężowi za szukanie poza domem rozrywek, pani Izabella zaprosiła na parę tygodni, wracającego właśnie z zagranicy tego samego kuzynka, względem którego, jak utrzymywali ludzie, nie była obojętną niegdyś.
Pan Stanisław mógł wprawdzie nie pozwolić jej przyjmować go w swym domu, sądził wszakże, iż zakaz taki, zdradzając pewną drażliwość czy zazdrość, ubliżyłby jego powadze. Kuzynek więc przybył w gościnę, wyszedłszy zaś w dwa tygodnie później z gospodarzem na polowanie, nie powrócił więcej, znaleziono tylko trupa z roztrzaskaną czaszką, Gorycki zaś uwięziony, natychmiast do winy się przyznał.
Zabójstwo to potworne, niewytłumaczone na pozór, ściągnęło tak liczny zjazd obywatelski do X., a zarazem kazało mi porzucić zajęcia w stolicy, by prawną mą wiedzą ratować, o ile możności, dawnego kolegę i krewnego, w którego winę nie mogłem uwierzyć, wiedząc, iż pomimo gonitwy za złotem, był niezdolnym do zbrodni człowiekiem.
Gdy przyjechawszy zszedłem do restauracji, by posilić się czymkolwiek, zebrani u stolików biesiadnicy o niczym innym nie mówili prawie. Cause celébre poruszała wszystkich. Nieznane mi szczegóły ożenienia Stanisława i domowego jego z żoną pożycia, rzucały na całą tę sprawę pewne, silne światło. Nie wyprowadzając zeń jednak wniosków, pospieszyłem do więzienia miejskiego, chcąc z własnych ust mego kuzyna zaczerpnąć szczegóły i środki do jego obrony.
Skoro przeprowadzany ciekawymi spojrzeniami, stanąłem wreszcie u wrót ponurego gmachu, z piersi mojej mimowolne wybiegło westchnienie, a w myśli zrodziła się bezwiednie filozoficzna uwaga nad niestałością rzeczy ziemskich. Mój Boże, wszak kilka lat temu zaledwie, ja byłem ubogim chłopcem, walczącym z brakiem chłopcem, który zdobywszy po wielu latach pracy mozolnej i źle płatnych korepetycji, dyplom doktora obojga praw, ze łzami składał go na kolanach matki staruszki; on zaś starszy, bogaty, psuty, uchodził już wtedy za lwa salonów, a wpadłszy do naszej skromnej izdebki, śmiał się z mego zapału. Dziś, jakie się koleje losu zmieniły! Ja, zdobywszy już sobie trochę uznania, stałem na wstępie dobrze się zapowiadającej kariery; on - za kratą więzienną, pod ohydnym zarzutem zbrodni, czekał na ratunek od tej wiedzy właśnie, z której szydził niejednokrotnie.
Ciężkie drzwi zgrzytnęły tymczasem; znalazłem się na korytarzu więziennym. Mała, o nagich, wilgotnych ścianach celka, tapczan z boku, stolik i prosty drewniany zydel, oto jak się przedstawiało miejsce, w którym krewny mój musiał przebyć najstraszniejsze chwile swego życia. Wsparty o mur i zapatrzony w wysoko umieszczone okienko, nie poruszył się nawet na odgłos zardzewiałych wrzeciądzy, sądząc snać, że to stróż więzienny przychodzi zabrać obiad stojący na stole, a nietknięty dotąd.
- Stasiu - zawołałem półgłosem.
Odwrócił się. W pięknych, pobladłych jego rysach ani jeden nie drgnął muskuł. Stał z oczyma ponuro we mnie wlepionymi i jakimś dzikim, zaciętym w nich wyrazem.
- Stasiu - powtórzyłem, wyciągając doń rękę - czyż mnie nie poznajesz?
- I owszem - przyznał po lekkim wahaniu - nie pojmuję jednak, iż wiedząc o wszystkim, dłoń do mnie wyciągasz...
- Ha, bracie, trudno; jestem tylko człowiekiem: w niepokalanych nie wierzę, tak, jak nie wierzę, by kamień przez nich rzucony doleciał prosto do nieba. Zresztą, wyciągam do ciebie, nie tylko dłoń krewnego, ale dłoń współczucia, bo jestem pewny, że w nieszczęsnej tej sprawie, kryje się jakaś niezrozumiała dla mnie zagadka.
Rysy Goryckiego rozpogodziły się nieco.
- Dziękuję ci - wyszeptał. - Ty pierwszy rzucasz mi słowo wyrozumienia i otuchy. Tamci wszyscy, wszyscy, nawet ona wierzą, żem go zabił rozmyślnie.
Z jękiem głuchym oczy ręką przysłonił. Widząc, iż proste me słowa złamały pancerz dumy i wzruszyły go silnie, postanowiłem skorzystać z tej chwili, by z rozbrojonego rozrzewnieniem, spowiedź całą wydobyć.
- Słuchaj Stanisławie - mówiłem, dotykając jego ramienia - powiedz mi jak to było, powiedz wszystko, nie tając żadnego szczegółu. Jestem twym krewnym, a przy tym pomyśl: mam cię bronić jutro. Pełna tylko świadomość sprawy da mi możność i siłę do odwrócenia od ciebie strasznego losu, jaki spotyka zwykłych zbrodniarzy.
Podniósł oczy bezmiernym jaśniejące smutkiem.
- Za późno - wyszeptał. - Zabiłem go i temu przeczyć nie mogę.
- Tak, ale nie zabiłeś rozmyślnie?
- Rozmyślnie? Ha, czyż nie rozumiesz, że ja bym sto razy dziś śmierć chętnie poniósł, by jemu przywrócić życie; że męki piekielne zniósłbym z rozkoszą, byle zmazać krew tę z rąk moich?
- A więc powiedz jak to było? - nalegałem.
Po kilku jeszcze słowach zachęty i uspokojeniu głębokiego, wstrząsającego nim wzruszenia, więzień rozpoczął smutną opowieść:
- Skreślić ci ostatnie lata mego życia, myślisz, że to łatwo? - mówił ze smutkiem głębokim. - Pamiętasz dzień ostatniego naszego widzenia? Ty, jako już adwokat przysięgły, stawałeś po raz pierwszy przed kratkami i wygrałeś dość zawiłą sprawę. Rozentuzjazmowany mówiłeś z zapałem o przyszłości, która ci się uśmiechać zdawała; ja znudzony wirem wielkiego świata, wracałem na wieś, by poważnie do pracy się zabrać. Odtąd - dodał z gorzkim uśmiechem - zapytaj ludzi; powiedzą ci, że byłem bardzo, bardzo szczęśliwy. Majątek mój się podwoił, miałem piękną żonę, zazdroszczono mi przecież ogólnie.
W słowach jego przebijał się straszny, gryzący sarkazm. Zrozumiałem, iż dotknął rany, która jątrząc się wiecznie, całe istnienie jego złamała.
- Zazdrość ludzka to mylne nieraz kryterium - podjąłem łagodnie. - Powiedz mi lepiej Stasiu, czy ty byłeś zadowolony z własnego dzieła, czy życie po myśli ci poszło?
Wyciągałem go na słowa, chcąc zajrzeć do głębi tej duszy zranionej i chorej widocznie, chcąc dociec, jakie pobudki ku zbrodni go popchnęły. Gorycki nie zauważył tego nawet. Z łokciem o stół opartym i czołem w dłoni ukrytym, z oczyma beznadziejnie w przestrzeń utkwionymi, nie był on w tej chwili wykwintnym salonowcem, o śmiałym wejrzeniu i szyderczym uśmiechu, lecz człowiekiem zgnębionym moralnie, czującym po raz pierwszy w życiu, potrzebę wyspowiadania się z uczuć tłumionych.
- Czy byłem zadowolony z własnego dzieła? - powtórzył z namysłem. - Tak, masz rację, to było własne me dzieło, nikogo więc za nie winić nie mogę... Nie mam prawa wyrzucać nikomu, że przeceniłem siłę pieniędzy... Za jednym krokiem fałszywym poszedł drugi. Ożeniłem się i to mnie zgubiło...
- Na złą więc trafiłeś kobietę?
- Nie; była piękną, zimną i zalotną, a przede wszystkim posażną, tym mnie skusiła. Patrząc na smutny stan finansowy ogółu, na upadające majątki i ruinę możnych niegdyś ludzi, postanowiłem ożenić się bogato. Zdawało mi się, iż w ten sposób spełnię tylko obowiązek względem kraju i przyszłych mych dzieci. Dzieci tych jednak, odmówił mi Pan Bóg, a w zamian... dał więzienie.
Zerwał się i odsunąwszy bezwiednym ruchem ważkę z kapuśniakiem, którego prosta woń drażniła powonienie jego do wykwintnych potraw przywykłe, zaczął gorączkowymi krokami ciasną mierzyć izdebkę.
- Przeceniłem siłę pieniędzy - powtórzył. - Szukałem posagu i znalazłem go. Nie sądź, żem zwodził żonę, udając uczucie. Nie, to się z uczciwością mą nie zgadzało. Wiedziała, że jej nie kocham, a mszcząc się za to, rzuciła mi nazajutrz po ślubie w oczy wyznaniem, że serce jej do innego należy. Czułem, iż jest to przechwałka podrażnionej kobiety, a jednak przechwałka ta, połączona z mianem łowca na posagi, wykopała na zawsze przepaść między nami. Cios został tak celnie wymierzony, iż zranić mnie musiał. Odtąd zdawało mi się, że ją nienawidzę, a ja nieszczęsny, kochałem ją coraz bardziej. Duma tylko nie pozwoliła mi wyznać tego. Nie chciałem się do własnej zalecać żony, nie chciałem być odepchnięty szyderczo przez kobietę, która przysięgając mi wierność i miłość, chwaliła się równocześnie, iż kocha innego. Chłód jej drażnił mnie, piękność do wściekłości doprowadzała niekiedy. Młodzi, bogaci, otoczeni zbytkiem, za który zaprzedałem się zarówno ja, jak ona, wiedliśmy życie nędzarzy, życie w piekło zamieniające się codziennie. Czasami miałem ochotę upaść przed nią na kolana, ale była taka zimna, taka szydercza, iż nie wiedząc czy ją więcej kocham, czy nienawidzę, uciekałem z domu czym prędzej.
Opadł na powrót na stołek, a czoło jego duże krople potu pokryły.
- Należało chłód ten przełamać - zauważyłem.
- Przełamać dumę Izy? Ha, ha, ha - zaśmiał się gorzko - jakże znać, żeś jej nie widział! Na to trzeba, aby mnie kochała, a ja dla tej kobiety nie byłem niczym, niczym nigdy. Jakby próbując cierpliwości mej, zaprosiła owego kuzyna, którego imieniem urągała mi w dzień ślubu. Dowodziła, iż potrzebuje rozrywek; prawda, smutno jej być musiało w tej lodowej atmosferze wygasłego naszego ogniska. Patrząc na stosunek ich serdeczny, braterski, czułem, iż w duszy mej wrzeć znów i kipieć zaczyna. Byłbym jednak zapanował nad burzą wewnętrzną, gdyby nie to nieszczęsne polowanie. Chłopiec ubogi, a tym samym rozgoryczony nieco, zaczął rzucać sarkazmy na bogatych, którzy od poważania u ludzi, aż do żony wszystko kupić potrafią. Krew mi zawrzała.