Pan Adam był magnatem z magnatów, ale takich, że nawet
zwierzętom w ich psiarniach i stajniach działo się nierównie lepiej
niż innemu człowiekowi na świecie. Z baszty pałacu nie objąłeś
okiem przestrzeni zasianej ich walącemi się coprawda wioskami, nie
policzyłeś też pługów, które orały ich wyjałowione pola, aniś
wypatrzył końca puszczy, hodowanej poto jedynie, aby mnożył się w
niej gruby zwierz ku uciesze jaśnie pana i jego łaskawych sąsiadów.
I było tej puszczy, tych obszarów i wiosek zgórą przez kilka
wieków. Wkońcu jednak, gdy tęgość rodu osłabła, - Żydki, koloniści,
dorobkiewicze i im podobne robactwo poczęło toczyć majątek. Wszyscy
oni kłaniali się do samej ziemi, pieniądze znosili chętnie, ale
każdy za to coś z dziedzictwa urywał. Ten wziął ogłodzoną wioskę,
inny - zamulony staw, trzeci rozwaloną gorzelnią, czwarty kawałek
lasu, aż wreszcie, za czasów ojca pana Adama, wykłaniali i
wyskubali prawie cały majątek. Nieboszczykowi chodziło o to
najwięcej, aby piwnica zawsze była pełna, a w kuchni paru zdatnych
kucharzy, z odpowiednią liczbą kuchtów. O resztę nie dbał wiele i
patrząc z zamkowych okien na okolicę, wciąż powtarzał: moja
puszcza, moje wsie, mój browar, - choć tytuł owej własności
zapisany był tylko w księgach imaginacji dziedzica. W czasie tej powolnej i stopniowej ruiny pan Adam podrastał.
Widział on, że za każdą wioską sprzedaną, ubywa jeden przyjaciel i
krewny, jeden sługa i jeden gość z liczby tych, którzy zjeżdżali
się na polowania albo imieniny rodziców. Widział, że z każdym dniem
niszczeją ściany pałacu, na pachołkach blaknie liberja, sadzawka
zielskiem zarasta, Żydzi i koloniści kłaniają się nie tak nisko jak
dawniej, a wszelkie dorobkiewiczostwo coraz hardziej kark podnosi.
Z tych powodów w duszy jego wyrodził się nieopisany choć naturalny
wstręt do ubóstwa i ruiny, a nienawiść do wszelkich ludzi niższych
kondycyj, którzy, ile razy mogli, zatruwali życie potężnym niegdyś
możnowładcom. Na grunt tych nienawiści i wstrętów, siano w duszę Adama tęsknotę
do przeszłej świetności rodu. Znał on na palcach wszystkich książąt
i hrabiów, z którymi był spowinowacony, a którzy w epoce upadku
usuwali się od niego. Rozpamiętywał świetne łowy, bale, ciągnące
się po całych tygodniach, klejnoty, które zdobiły suknie jego
prababek, służbę i cugi, po których dziś tylko puste miejsce
zostało. "Żeby też te dobra i te czasy wróciły kiedy!" - myślał
Adam, a jego babka, sędziwa matrona, powtarzała mu codzień: - Patrz, co się dzieje, i bierz do serca, co ci mówię, Adasiu!...
Ród wasz mocny był i sławny, pokąd pilnował całości swego gniazda,
ale dziadowie i ojciec twój nie dbali o to, a my dziś robimy się
pośmiewiskiem dla ludzi. Pamiętaj więc, abyś ty i dzieci twoje
odzyskał co stracone... Pamiętaj, że z grobu powstanę przekląć cię,
gdybyś zawiódł moje nadzieje!... Zmarła babka i matka, poszedł za nią i ojciec Adama, rozbiegli się
kucharze, ale on nauki pamiętał i myślał o tem, aby znowu rozniecić
dogorywający blask starego rodu. Los sprzyjał mu, niedługo bowiem,
wbrew popędowi serca, ożenił się z kobietą chorowitą wprawdzie i
brzydką, która mu jednak ogromny posag wniosła. Była chwila, że Adam mógł cały majątek przodków odzyskać, lecz
wówczas właśnie inne rzeczy odwróciły jego uwagę. W bogatym, młodym
i przystojnym nowożeńcu ocknęła się żyłka ojcowska. Trzebaż było
mieć przecie powozy i konie, psy i służbę, przyjaciół i kochanki;
trzeba było hulać, w karty grać, zagranicę jeździć, - bo inaczej
czemżeby się jasny pan od ciemnego pospólstwa wyróżnił? Paryż,
Rzym, Wiedeń, podziwiały świetność i hojność magnata, a posag
tymczasem topniał... Gdy pan Adam wrócił z żoną do domu, poczuł, że już z jej fortuny
resztki tylko zostały. Że zaś w owej epoce przemysł w kraju
popłacał, Adam więc, dla odbicia strat, rzucił się na drogę
przemysłową. Widział, że jedni robią interesa na gorzelniach, inni
na młynach i tartakach; dalejże więc budować i tartaki, i młyny, i
gorzelnie. Ta ochota trwała lat kilka i w rezultacie zjadła to, co
od uciech zagranicznych ocalało. Tymczasem przyszło na świat dwoje dzieci: syn Mieczysław i córka
Helena. Piękne to były stworzenia, a syn zadziwiająco zdolny, lecz
oboje nad wszelki wyraz wątli. Ponieważ pan Adam zajęty był
przemysłem i dumaniami o podźwignięciu rodu, na matkę więc spadł
ciężar wychowania. Prowadziła je starannie, ale w arcyszczególny
sposób. Dzieci jej nie widziały nigdy śniegu pod nogami, bo ich
przez zimę trzymano w obszernych, ale zamkniętych komnatach. Nie
znały żadnych rozrywek, żadnych ćwiczeń fizycznych, bo to chłopska
rzecz, ale zato mówiły trzema językami obcemi, umiały historją i
literaturę powszechną, a rozmawiały tak, jak profesorowie albo
księża. Dziwny był widok tych chorowitych i pięknych, z oczami rozumnemi i
poważnemi obliczami dzieci, które w kłopot wpędzały ludzi
oświeconych i dojrzałych. Ciż sami ludzie nieraz do Adama mówili: - Nie męczyłbyś tak dziecin, bo strasznie wątłe, i tak już mądre,
że wkońcu może wam ich Pan Bóg pozazdrościć. Ale Adam uśmiechał się na te uwagi. Dzieci wychować się muszą, bo
przecież Pan Bóg, zabierając je, zniszczyłby na ziemi ród
znakomity, a więc sobie samemu wyrządziłby krzywdę. Że zaś są nad
wiek rozwinięte, cudowne prawie - tem lepiej, bo podniosą świetność
rodu do nieznanej przedtem potęgi. I znowu nadeszły złe czasy, znowu różni ludzie poczęli wyszarpywać
po kawałku ziemi, ale Adam już nie dbał o to. Miał przecież syna,
który spełni - niezawodnie spełni nadzieje swojej prababki.
Oczekując na to, pan Adam chodził sobie tymczasem po obszernych
salonach i myślał: to o rozrywkach w europejskich stolicach, to o
tem, że ktoś z krewnych, umierając, zapisze mu majątek, to znowu -
że gdzieś w piwnicach zamku leżą skarby, które synowi pomogą
dziedzictwo odzyskać, to znowu, że córka wyjdzie za jakiegoś
księcia, hrabiego, lub w najgorszym razie za członka zwykłej
rodziny szlacheckiej, ale tak starej, żeby pochodziła przynajmniej
od tych szczurów, które Popiela zjadły. Tak myślał i wciąż chodził, a marmurowa posadzka i wysokie
sklepienia obszernych komnat za każdym jego krokiem szeptały
jękliwie: - Pan!... pan!... pan!... A jeżeli niekiedy przystanął i wsłuchiwał się w ciszę, zardzewiałe
chorągiewki na dachach zdawały się skrzypieć głosem starej
gospodyni: - Jaśnie pan!... jaśnie pan!... I nie miałże uwierzyć w dostojność swojej krwi człowiek, któremu
nawet martwe przedmioty hołd składały? Wkrótce żona umarła, dzieci dobrze podrosły, a i pan Adam uczuł
potrzebę wychylenia głowy na świat. Stary pałac męczył go. Za każdą
sztukaterją, opadającą z sufitów albo cegłą z murów, przybywał mu
jeden włos siwy i jedna zmarszczka na czole. Wkrótce pałac stał się
ruiną: w basztach zamieszkały sowy i niedoperze, komnaty pajęczyna
zasnuła, a twarz pana Adama zrobiła się podobną do oblicza posągu,
które piorun we wszystkich kierunkach potrzaskał. Nadchodził
straszny czas: trzeba było syna wysłać zagranicę, aby świat poznał,
a tem samem trzeba było sprzedać majątek, który do tej pory nie
wychodził z rąk ich rodziny, a z córką przenieść się na bruk
miejski. Aż zdziwił się pan Adam zmianom, jakie, po kilkunastoletniej
nieobecności, znalazł w Warszawie. Dawni jego znajomi i krewni
pomarli i została tylko pewna jenerałowa staruszka, dzieląca czas
swój między pasjanse i kojarzenie małżeństw, obcinanie kuponów i
modlitwę. Cała zaś klasa wyższa, do której tęsknił, cofnęła się z
widowni publicznej gdzieś w kąt, ustępując miejsca ludziom nowym,
niekiedy bardzo wątpliwego szlachectwa. Na ulicach karet wprawdzie
było pełno, lecz napróżno upatrywałbyś na nich herbów. W teatrach
loże jaśniały od pięknych kobiet i sukien strojnych, ale napróżno
szukałbyś tam klasycznych a tak dobrze Adamowi znanych rysów. Same
pojęcia o zasługach i wartości człowieka uległy niemniej radykalnym
zmianom. Wyśmiewano już pytania: "Czem się pieczętujesz?" i "Kto
cię rodzi?" a uwielbiano majątek i pracę. Słuchając tego, pan Adam
z trwogą myślał, że jeżeli dłużej potrwa podobnie chorobliwy
nastrój umysłów, to wkrótce przyjdzie mu walczyć o pierwszeństwo z
własnymi propinatorami, którzy robią majątki, i cieślami, którzy
przecież pracować umieją! Narazie zdawało mu się, że wpadł w jakiś odmęt. W salonach
towarzystwa spotykał dorobkiewiczów, którzy niebawem poczęli mu
składać wizyty i których on sam rewizytować musiał. Nowokreowani
baronowie i hrabiowie z pod wiedeńskiego stempla imponowali mu
elegancją. Bankierzy i przemysłowcy usiłowali kłaść swoje miljony
narówni z jego genealogją. Służba, którą przywiózł, zdawała się być
nieokrzesaną, a kareta, w której przyjechał - niemodną. Trzeba było
wynająć mieszkanie ogromne, kupować nowe i wykwintne meble, przyjąć
kosztowną służbę, wdawać się z finansistami i rozmawiać o kwestjach
ekonomicznych ze wszystkimi. Jednocześnie uwiadomiono pana Adama, że jego syn zamiast zwiedzać
teatra europejskich stolic i zawiązywać stosunki z tamtejszą
arystokracją, uniesiony chorobliwym prądem czasu, wstąpił do szkoły
politechnicznej w Zurychu. Zgryzł się Adam narazie, lecz gdy
Mieczysław niepospolitemi zdolnościami zwrócił na siebie powszechną
uwagę, gdy nawet bankierzy warszawscy poczęli zachwycać się jego
naukowemi rozprawami, które znali ze słyszenia, ochłonął i ojciec,
a zczasem na karjerze syna począł śmiałe budować projekta. W pół roku po przyjeździe do Warszawy, był już Adam jak w domu. Z
natury zdolny, łatwo wyrozumiał ducha czasu i gdy inni rozprawiali
tylko o ekonomicznem odrodzeniu całego społeczeństwa, on postanowił
na drodze ekonomicznej odrodzić świetność swego własnego imienia. W salonach bankierów spotykał Adam dość mało jeszcze ogładzonego,
ale sprytnego dorobkiewicza, który zrobił już duży majątek, a był
na drodze do nierównie większej fortuny. Przy pierwszej rozmowie
zubożały magnat Adam i dorobkiewicz pan Rudolf poczuli, że będą
sobie bardzo użyteczni: jeden bowiem miał stosunki i nazwisko, lecz
potrzebował pieniędzy; drugi miał pieniądze, ale potrzebował
stosunków dla siebie, a nazwiska dla potomków. Najwyższem marzeniem
Adama było to, aby dzieci jego syna Mieczysława wróciły do
rodzinnego mienia i pałacu, a ideałem Rudolfa było znowu to, aby
dzieci jego córki posiadały stary herb i jakieś dobra rodzinne. Harmonja ideałów wyrodziła harmonją interesów. Niebawem Adam
ostatnie jakie miał kilkanaście tysięcy rubli oddał Rudolfowi, a
Rudolf począł mu od sumy tej płacić ogromne procenta. Pan Adam
wprowadził Rudolfa na salony arystokratyczne, Rudolf zaś wyjednał
mu w pewnej spółce tytuł prezesa i ogromną pensją. Wreszcie pan
Adam zaręczył Mieczysława z córką Rudolfa, Rudolf zaś cały swój
majątek oddał do dyspozycji Adamowi. Byli oni podobni do dwu ludzi,
którzy wspólnemi siłami wchodzą na stromą wyniosłość, przyczem
kolejno jeden staje drugiemu na ramionach. Interes krępował ich,
lecz pożycie było niemiłe. Każdy z nich sądził, że robi drugiemu
łaskę, każdy uważał się za lepszego, obaj mieli różne nałogi i
tradycje, obaj nie lubili się i nie dowierzali sobie. Gdy wieść o zaręczynach Mieczysława z dorobkiewiczówną gruchnęła
po świecie, ludzie poczęli panu Adamowi kłaniać się znacznie niżej
niż dotychczas, pojawili się też nowi krewni w dalszym lub bliższym
stopniu. I tylko pani jenerałowa, nawskroś legitymistka, kiwając
głową, mówiła do Adama ze smutkiem: - Źle się dzieje, kuzynie! coraz więcej mezaljansów na świecie...
To zaś najgorsze, że i twój syn padł ofiarą tej zarazy. - Ród nasz - odpowiadał pan Adam - posiada zbyt wiele czystej
krwi, ażeby się miał lękać związków z dorobkiewiczami raz na pięć
wieków. - Raz na dwa wieki, kuzynie, raz na dwa wieki!... Boć to przecie w
roku 16... wojewoda... ożenił się z drążkową szlachcianką. No, a
teraz jest gorzej, znacznie gorzej! - Ten Rudolf nawet podobno nie
szlachcic... - I powiedziawszy to, ostrożnie pod stołem wydobyła ze
złotej tabakierki odrobinkę tabaczki. Pani jenerałowa robiła tak
zawsze, ilekroć zdarzyło się jej mówić o nieszlachcie. - Moja kuzyno - odparł Adam - nasienie dębu upada niekiedy na
mierzwę, nigdy jednak nie widziano, aby zrodziło mierzwę, tylko
dąb. Jenerałowa westchnęła, a po chwili milczenia mówiła znowu: - Wydajże przynajmniej Helenkę za Zenona. Chłopak wprawdzie nie ma
tak bystrego umysłu, jaki dziś w modzie, no - ale zato posiada
piękne nazwisko, majątek własny a przytem i po mnie otrzyma spadek.
Twoja Helenka zaś jest wprawdzie piękna i dobrze wychowana, ale
posagu nie ma, a dziś każdy pyta przedewszystkiem o posag... Adama aż ciarki przeszły, gdy to usłyszał. Cenił on wprawdzie
majątek i nazwisko, ale ojcowskie serce wstrząsało się na myśl
oddania jedynej córki Zenonowi, którego natura duchowemi skarbami
obdarzyła nader oględnie. Mimowoli przypomniał sobie pan Adam tę
twarz, którą miejscowa demagogja porównywała do owczej, to czoło
niskie i wtył podane, oczy mętne i mocno przerzedzone włosy.
Przyszło mu też na myśl, że ów Zencio mimo usilnej pracy nad sobą
nie był w stanie prowadzić choćby najkrótszej, najłatwiejszej
rozmowy, że umiał patrzeć tylko w tę stronę, w którą patrzyli inni,
i że, gdy został na chwilę sam w pokoju, zapadał w stan
zdenerwowania, bardzo do snu podobny. - Zostawmy to czasowi, kuzyno - Helenka jeszcze za młoda! -
odpowiadał pan Adam i zwykle potem żegnał się z jenerałową. Sama
myśl o połączeniu Helenki z Zenonem odbierała mu humor. Zdarzały
się jednak wypadki, bez porównania dokuczliwsze. Pewnego razu, na
jakimś balu publicznym, Adam usłyszał niechcący rozmowę, prowadzoną
przez dwu nieznanych mu mężczyzn. - Ciekawym - mówił jeden - na jakiej zasadzie wybrano go na
prezesa spółki. Przecież ani nudząc się na wsi, ani hulając
zagranicą, nie miał sposobności obeznać się z operacjami
handlowemi. - Co chcesz - odparł drugi - on się zna lepiej na handlu niż nasi
najsprytniejsi finansiści. Sprzedał przecież swoje przekonania,
nazwisko i syna za kilka miljonów zgórą, no - a przyznasz, że to
wcale ładny interes. Uwag podobnych pan Adam nie brał nigdy do siebie, nie obrażały go
też, choć boleśnie drażniły. Wierzył on w swoją ideę, a ludźmi,
którzy nie mogli się wznieść do zrozumienia jej - pogardzał.
Żałował też, że nie może dziś, jak ongi nieboszczyk ojciec, za
pomocą hajduków nauczyć rozumu demagoga, który o jakimś nieznanym
mu prezesie odzywał się w sposób, zdradzający zbyt małe uszanowanie
dla jego tytułu, a może - i dla herbu. Tymczasem zaś wypadki szły naprzód i plany Adama dojrzewały. W tym
jeszcze roku Mieczysław miał ukończyć szkołę politechniczną, ożenić
się z córką Rudolfa i jako inżynier objąć kierunek bardzo
korzystnego interesu. Kapitalista chciał córce w posagu kupić
dobra, posiadające nieobliczoną wartość, ze względu na bogactwa
kopalne, znaleziono w nich bowiem węgiel i kamień litograficzny.
Ale Adam ani słyszeć o tem nie chciał, kładąc za pierwszy warunek
małżeńskiego związku młodej pary ten, aby Rudolf nabył dziedziczne
dobra ich rodziny, które Adam przed kilkoma laty sam sprzedał, a
które obecnie znowu na licytacją wystawiono. Majątek ten był
zniszczony, pałac prawie w zwaliskach, lasy wycięte, gorzelnie i
browary od wielu lat nieczynne. Rudolf też wszelkiemi siłami
walczył przeciw kupowaniu go, ale Adam uparł się. Twierdził, że
celem jego życia był powrót do gniazda ojców i że rody, pozbawione
starodawnych siedzib swoich, marnieją. Gdy zaś wkońcu zagroził
zerwaniem umowy o małżeństwo, Rudolf mimo gniewu i żalu ustąpił i
polecił adwokatowi swemu rozpocząć starania o kupno.