Rozdział 6
Minęły dwie, może nawet trzy godziny, odkąd po raz ostatni poprosił farmera i księdza, by zaprowadzili go do tej całej Langford. Początkowo wydawało mu się, że zmiękną, że ten większy przekona mniejszego, by się zgodzili. Przez chwilę rzeczywiście wyglądało na to, że są bliscy decyzji. Ale potem odwrócili się do niego plecami i wymienili kilka urwanych zdań szeptem. Kiedy znów spojrzeli na Maksa, ich twarze były równie nieprzeniknione jak wcześniej.
- To wciąż za mało - oznajmił ksiądz.
Keller zacisnął zęby.
Więc zaczął zmyślać. Nadał sobie nowe nazwisko, nową pracę, całe życie utkane z półprawd i domysłów. Mówił pewnie, z przekonaniem, starannie dobierając każde słowo. Ale najwyraźniej nie był takim dobrym kłamcą jak jego żona. Bo dla pastora to nadal było za mało.
Kilka minut temu obaj mężczyźni wyszli w pośpiechu, gdy w kaplicy rozległo się ciche, niemal nieśmiałe pukanie. Mimo to uderzyło go jak grom. Odruchowo zerwał się na równe nogi, gotów do działania, ale Edmund rzucił mu lodowate spojrzenie.
- Niczego nie kombinuj - powiedział beznamiętnie i zniknął za drzwiami.
W kaplicy zapadła cisza, gęsta i duszna. Max przez chwilę krążył nerwowo wzdłuż tablicy pokrytej drobiazgowymi zapiskami. Litery i liczby zdawały się tańczyć mu przed oczami. Śpiewacy. Uwodziciele. Obserwatorzy. Słowa układały się w koszmarną mieszaninę mitów i ostrzeżeń, w której trudno było oddzielić prawdę od paranoi. Ale jedno zrozumiał bez trudu: da się tu przetrwać.
Trzeba tylko przestrzegać zasad.
Najważniejsza? Nocą spać. Ignorować wszystko, co dzieje się wokół. Nie wchodzić w interakcje.
Kiedy na moment głośno burczący brzuch chemika zamilkł, do jego uszu dotarł strzęp rozmowy toczonej tuż przed kaplicą. Próbował wyłowić każde słowo, ale rozmawiali zbyt cicho, by mógł zrozumieć jej sens.
I wtedy usłyszał to imię.
- Lizi...
Nie mógł uwierzyć. Mówili o jego córce.
Poczuł, jak coś w nim pęka. Chciał się zerwać na równe nogi, wybiec i natychmiast odnaleźć córkę, a potem przytulić ją mocno i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze.
Jednak wiedział, że to niemożliwe. Jeszcze nie teraz.
Wziął głęboki oddech. Musiał czekać. Musiał grać według ich zasad. Ale kiedy nadejdzie właściwy moment... Obiecał sobie, że wszystko się zmieni i to on zacznie rozdawać karty.
Drzwi otworzyły się z przeciągłym skrzypnięciem, a pierwsze, co Max dostrzegł, to drewniana laska. Uderzała o posadzkę z rytmiczną, nieubłaganą mocą. Zaraz za nią pojawiła się drobna postać staruszki. Mężczyzna poczuł, jak jego ciało automatycznie się napina, przygotowując się na konfrontację.
Przed oczami na moment stanął mu obraz innej staruszki, tej nocnej, której twarz przeobraziła się w coś potwornego. Zastanawiał się, czy ta, która teraz zmierza w jego stronę, też posiada takie zdolności.
Nie. Nie myśl o tym.
Odgonił wspomnienie, które przyspieszało bicie jego serca i wywoływało mdłości.
Zbliżająca się seniorka emanowała dostojnością i władzą. Było w niej coś tak magnetycznego, że Keller, choć wyczerpany i oszołomiony, wstał.
Była drobna, pomarszczona, lekko zgarbiona. A jej oczy... W nich kryła się siła, jakiej Max nigdy wcześniej nie widział.
Beatrice Langford - zrozumiał to, jeszcze zanim ktokolwiek mu ją przedstawił.
Za nią weszli Edmund i klecha. Beatrice zwróciła do nich twarz - jedno krótkie spojrzenie powiedziało wszystko: czekajcie za drzwiami, moje psy. Tak właśnie to wyglądało w oczach Maksa.
Edmund i pastor Crowley posłusznie się wycofali, pozostawiając przybysza sam na sam z tą, o rozmowę z którą wcześniej wręcz ich błagał.
Kiedy Beatrice przemówiła, jej głos przeszył powietrze niczym brzęk ostrza. Był głęboki, niski, naznaczony chrypą, ale niósł w sobie coś, co sprawiało, że słowa wbijały się głęboko w jego umysł.
- Chciałeś ze mną rozmawiać.
Max gorączkowo przełknął ślinę. Widząc jej aurę, nie był już taki pewny, czy to był dobry pomysł.
Seniorka zrobiła kolejny krok do przodu. Wydawało się, że widzi Maksa na wylot.
- Tak - wymamrotał w końcu. - Chcę... porozmawiać - zająknął się.
Beatrice uniosła brew, jego niezgrabność była dla niej swego rodzaju rozrywką.
- Dali ci w ogóle coś do picia?
- Nie dali, proszę pani - wyrzucił z siebie, zanim zdążył się powstrzymać. Proszę pani? Co ja, do cholery, gadam?! Co ja, dziecko? Szybko odchrząknął, próbując odzyskać pewność siebie. - Przepraszam. Nie chce mi się pić - dodał, choć czuł, jak jego wyschnięty język niemal przylega do podniebienia.
Beatrice spojrzała na niego, mrużąc oczy.
- I tak przyniosą - oznajmiła z nutą lekceważenia. - Powinni byli od razu. Pewnie chciałbyś się też przebrać. My tak nie traktujemy gości.
- Dziękuję - rzucił szybko, ale zanim zdążył dodać coś więcej, machnęła ręką, zbywając jego słowa.
- Przypominasz mi kogoś.
Max poczuł, jak serce na chwilę przyspiesza.
- Tak? - zapytał, próbując brzmieć neutralnie.
- Jednego chłopca, który tu mieszka - powiedziała, a on natychmiast wiedział, że mówi Jazzie.
Zatem jego syn żyje, podobnie jak Lizi.
Beatrice przerwała mu myśli.
- Edmund i Samuel opowiedzieli mi o tobie. Wiem, że wyjaśnili ci, czym jest to miejsce.
- Tak - przytaknął. - Opowiedzieli o... nocnych istotach. Jedną z nich widziałem na własne oczy.
- Niezwykłe. Naprawdę niezwykłe - powiedziała z podziwem - Usiądziemy? Mam swoje lata, długo nie ustoję.
Max kiwnął głową, dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, że odkąd ona weszła, oboje ciągle stoją. Beatrice usiadła na krześle, które wcześniej zajmował pastor.
- Gdybyś nie zobaczył Lalkarza, uwierzyłbyś w to wszystko? - zapytała, wskazując głową na zapisany chaotycznie kredą fragment tablicy.
- Wątpię - przyznał otwarcie.
Staruszka zaśmiała się, krótko, ale szczerze.
- Nawet nie wiesz, jak duże miałeś szczęście.
- Wiem.
- Kim jesteś, Max? - Jej głos nagle przybrał wyraźniejszy ton, jak ostrze przecinające ciszę. - Poza tym, że rzekomo zostałeś napadnięty i broniąc się, trafiłeś na stację. Kim jesteś naprawdę?
Zacisnął pięści. Czuł, jak napięcie osiada mu na barkach, ciężkie jak mokry płaszcz.
- Już im mówiłem.
- Tak, wiem. - Przechyliła głowę, próbując go prześwietlić wzrokiem. - Ale mnie musisz powiedzieć prawdę.
Wciągnął powietrze.
- Jestem naukowcem.
- Naukowcem? - prychnęła, a w jej uśmiechu było coś niepokojącego. - Tym bardziej powinieneś kwestionować wszystko, co ci powiedziano. Może cię otruliśmy? Może jesteśmy sektą?
Patrzył na nią przez chwilę, a potem pokręcił głową.
- Nie jesteście.
Powiedział to pewnie. Może aż za pewnie.
- Skąd to przekonanie? Jesteś wierzący? Może Samuel cię urobił swoim świętoszkowatym tonem?
- Nie, nie jestem wierzący. - Max wziął głęboki oddech. - Czytałem twoje notatki.
Beatrice zamarła, jej spojrzenie stało się stalowe.
- Notatki?
- Tak, opisywałaś swoje próby otworzenia przejścia.
- Jak je zdobyłeś?
- Znalazłem - skłamał, zatajając udział Leny. - Pod podłogą. W tym wymiarze skrzynia również jest schowana pod podłogą?
- Tu jest inaczej - odpowiedziała enigmatycznie.
Max pochwycił to, co wydało mu się luką w jej pewności.
- Ci mężczyźni powiedzieli mi, że nie da się stąd wyjść, ale nie wierzę im, oni nie są naukowcami. Ty jesteś.
Langford odchyliła się lekko, przyglądając mu się i oceniając wartość każdego jego słowa.
- Skąd pomysł, że chciałabym stąd wyjść? - zapytała z cieniem ironii.
Max uniósł brew, uśmiechając się lekko, uznając, że żartowała.
- A co, może podoba ci się zasypianie przy tych kołysankach?
Mąż Rosanny poczuł, że znowu jest sobą. Pokonał to poczucie obowiązku traktowania jej jak jakąś władczynię świata. Uwolnił się spod jej uroku.
Na twarzy Beatrice pojawił się cień rozbawienia, choć równie szybko zniknął.
- Więc znalazłeś moje notatki i zapragnąłeś tu przyjść? Rozejrzeć się, zebrać próbki, a potem wrócić? Żadnego napadu nie było?
- Był, oczywiście, że był, w końcu dostają się tutaj tylko osoby "o czystym sercu, które przed czymś uciekają" - zacytował słowa pastora. Oj, jak straszliwie się mylili. Jak straszliwie. - Skoro już tu jestem. Chcę ci pomóc. Chcę dołączyć do twoich badań.
Beatrice zakaszlała, dławiąc się czymś gorzkim.
- Nie ma już żadnych badań, Max. A stąd nie da się wyjść.
Chemik pochylił się w jej stronę.
- Nigdy ci w to nie uwierzę - powiedział cicho, lecz z taką siłą, że nawet Beatrice, która zdawała się niezachwiana w swoim chłodnym autorytecie, przez moment zadrżała.
Jej spojrzenie zmrużonych oczu wyostrzyło się, badając go jak stetoskopem.
- Co mówisz? - Nachyliła się jeszcze bardziej w jego stronę, chcąc go lepiej usłyszeć.
Co ona? - przemknęło mu przez głowę. Teraz udaje, że nie dosłyszy?
- Mówię, że... - Nie zdążył dokończyć.
- Aua! - Beatrice nagle wydała z siebie zduszony okrzyk, zsuwając się ze swojego miejsca na zimne płyty. - Aua, ratunku! Pomocy! - Jej krzyk wypełnił całą kaplicę, odbijając się echem od drewnianych ścian.
Max zamarł, kompletnie zbity z tropu. Nie miał pojęcia, co jej się stało. Ma zawał?
- Ratunku! - wrzasnęła ponownie, z twarzą wykrzywioną w bólu.
Mężczyzna wstał nerwowo, wyciągając ręce przed siebie, by mogła się go złapać, nie miał pojęcia, co innego mógłby zrobić. Stał zamroczony, spoglądając na leżącą przed nim staruszkę.
- Co... co się dzieje?! - wyrzucił w końcu, desperacko szukając logiki w tej sytuacji.
Do środka wpadł Edmund.
- Co zrobiłeś mojej matce?! - zawarczał gardłowo.
- Matce? - wykrztusił Max, bardziej z szoku niż faktycznego pytania.
Jakim cudem coś tak ogromnego mogło pochodzić od tej drobnej, kruchej staruszki?
- Ale ja nic... ja nie...
- Uderzył mnie - sapnęła Beatrice, ledwie unosząc głowę z ziemi. Jej oczy były zaszklone. Z jej nosa ciekła cienka strużka krwi.
- Co?! - Max poczuł, jak świat wokół niego zaczyna się chwiać. - Nie!
- Popchnął mnie, uderzyłam głową o posadzkę - upierała się, a teatralne łzy spłynęły po jej pomarszczonych policzkach i zmieszały się z krwią. Jej dłonie drżały, gdy ledwie trzymała się na łokciach.
Kellerowi niemal eksplodowały skronie.
- Jak mogłem ją popchnąć, skoro oboje siedzieliśmy?
W głowie wirowały mu pytania, jakby ktoś nałożył na niego maskę tlenową i wtłaczał do niej chaos.
Edmund rzucił się w jego stronę, złapał go za przód zakrwawionej bluzy i jednym ruchem uniósł na wysokość swoich oczu. Znaleźli się więc ponownie w tym samym położeniu co kilka godzin temu, gdy wewnątrz tej kaplicy była jeszcze Rosanna.
- Podniosłeś rękę na moją matkę - wycedził przez zaciśnięte zęby, a jego twarz była tak blisko, że Max mógł poczuć nieświeży oddech mężczyzny. - Nie wybaczę ci tego!
- Przestań... - Max z trudem wydukał to słowo. - Ja nic... Nie dotknąłem jej!
Beatrice zaczęła głośniej jęczeć na ziemi.
- Nie? - Edmund syknął. - To co ja właśnie widzę?! Pobiła się sama?!
Keller poczuł, że coś w nim pęka. Nie tylko z powodu strachu, ale i desperacji. Wiedział, że nic nie zrobił, a mimo to znajdował się w centrum jakiegoś cholernego spektaklu, w którym tylko on nie dostał scenariusza.
Lena - myśl przebiegła mu przez głowę, jasna i nagła jak błysk światła.
Błagam, pomóż mi.